Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Sraczka jamnika

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Pablo Picasso – Jamnik

Zaczęło się od jagód. Pewnego dnia poszłyśmy z działkowymi sąsiadkami do lasu na jagody. Ja wróciłam wcześniej: komary nie dawały spokoju, upał wyciskał pot z każdego poru skóry, bolał krzyż przygięty w niewygodnej pozycji. Pomyślałam, że nie muszę się tak katować. Co innego Irenka, ta miała gości i postanowiła na obiad zaserwować im pierogi z jagodami. Zresztą jej goście zbierali jagody razem z nią.

Po powrocie Irenka pokazywała mi swoją poplamioną bluzkę:

– Widzisz, jagoda wpadła mi do stanika i tak się rozgniotła, że przesiąkła także przez bluzkę.

Potem okazało się, że to nie była jednak jagoda, a krwawienie z piersi. W konsekwencji Irenka trafiła do szpitala na biopsję, a potem na operację, podczas której usunięto jej pierś. To doświadczenie przeorało całe jej życie, zdrowotnie, rodzinnie, zawodowo i w wielu innych dziedzinach.

Trzy lata później na działkę przyjechała do nas w odwiedziny Ala ze swoim jamnikiem.

Mąż zawsze lubił Alę, a ja byłam w sprawie Ali i innych kobiet bardzo naiwna. Uważałam, że do męża, jako osoby najbliższej albo ma się zaufanie, albo zrywa się małżeństwo. Idealistka, jak wszyscy Strzelcy. Jeżeli działo się coś, co budziło moje podejrzenia, starałam się nie dopuścić do siebie myśli, że mogłabym przeprowadzać jakieś śledztwa, dochodzić prawdy, czy coś w tym rodzaju. To byłoby przeciwko mojej godności, nieprawdaż?

Jak w każdy piątek późnym wieczorem wyruszaliśmy na działkę. Pełni zapału uprawialiśmy naszą ziemię obsiewając działkę trawą, sadząc drzewka i sukcesywnie budując dom. Lubiliśmy zapraszać gości i z nimi balować. Irenka była już trzy lata po amputacji piersi, ale doskonale pamiętałam te jej „jagody” na bluzce.

Był upał i w ciągu dnia zmieniłam już trzy sukienki. Plewiąc grządki pociłam się okropnie, ale w tamtych czasach jeszcze miałam taka niedobrą regułę postępowania, że gdy coś zacznę, to muszę skończyć, choćby nie wiem co się waliło i paliło. Uważałam, że najwyższą cnotą człowieka jest konsekwencja w postępowaniu. Ostatnia sukienka pochodziła już z tzw. „zapasów”, czyli rezerwowych ubrań znajdujących się na działce. Była to niezdarnie uszyta przeze mnie z turkusowego płócienka prosta kiecka bez rękawów z karczkiem. Płócienko było dość sztywne i szew karczka ocierał moje piersi.

Wizyta Ali od początku nie przebiegała w taki sposób, jakiego się spodziewałam. Przede wszystkim nie przyjechała sama, tylko ze swym jamnikiem, Figą. Na sierść niektórych psów mam uczulenie (odkąd poparzona nadmiernie na plaży przespałam się pod nową kołdrą, będącą prezentem od mojej teściowej, do której dla większego ciepła czy działania przeciwreumatycznego dodała sierść psa), tak wiec do styczności z psami podchodzę nieufnie. Poza tym, odkąd pewien niewielki pies niezauważony przeze mnie podbiegł z tyłu i mnie ugryzł, nie lubię tych zwierząt (poza wyjątkami) i nie ufam im.

Figi nie lubiłam jeszcze z innych powodów. Był to pies nadmiernie rozpieszczany, taka poduszka pod głowę lub podnóżek na stopy, ściągający niezasłużone, moim zdaniem, zachwyty gości, starających się przypodobać gospodarzom w przesadnej uwadze poświęcanej temu wyjątkowo głupiemu i nieruchawemu zwierzęciu.

Tak więc przyjazd Alki z Figą wcale mnie nie cieszył. Poza tym na działce pies jest zawsze przeszkodą. Nie można postawić na ziemi żadnego garnka, nie można powstrzymać go przed kopaniem dziur na grządkach czy czynieniem innych szkód. Kiedyś pies sąsiadów ściągnął mi spod dachu worek z serem obciekającym z serwatki, aż z całych pięciu litrów wiejskiego mleka! Tym razem też nie dość, że chciałam coś zrobić, to jeszcze musiałam uważać na cudzego psa!

W dodatku szybko okazało się, że pies nie jest zdrowy i ma krwawą sraczkę. Mąż natychmiast wsiadł z Alą do samochodu i zaczął jeździć po okolicy szukając weterynarza, który pomógłby biedactwu. Nie wyobrażałam sobie, żeby poświęcił tyle uwagi moim dolegliwościom, co wówczas tej suce.

To przekonanie jakoś podświadomie musiało oddziaływać na mój organizm. Wieczorem, po skończonym pieleniu zauważyłam na sukience na wysokości piersi sporą plamę krwi. Powiedziałam mężowi i Ali o tym, ale wcale się nie przejęli. Sraczka jamnika, jako problem medyczny i emocjonalny była ważniejsza.

Ja uważałam, że to szorstki szew karczka sukienki podrażnił piersi i stąd krwawienie, ale w podświadomości ciągle tkwiła pamięć o „jagodzie” na bluzce Irenki i tym, że był to początek ogromnych zmian w jej życiu (łącznie z tą, że od tamtej pory jej mąż twierdził, że Irena przestała już być kobietą). A poza tym czułam wściekłość, że tej jamnikowej bzdurze mąż poświęca całą swą uwagę.

W poniedziałek poszłam do prywatnej przychodni, ale lekarz nie uważał tej sprawy za banalną i twierdził, że szew sukienki nie miał tu nic do rzeczy. Sprawę uważał za poważną i pilną, wobec czego już we wtorek załatwił dla mnie badania w Centrum Onkologii. Wówczas nie bardzo było tam jak dojechać, więc poprosiłam męża, żeby mnie zawiózł samochodem. Widać kolidowało to jakoś z jego planami, bo wykręcał się, ale uparłam się. Postawił samochód na parkingu i został w nim, nie chciał wejść ze mną do budynku. Psychicznie czułam się bardzo źle i miałam też żal do niego, że nie wspiera mnie ani nie poświęca tyle uwagi co durnemu jamnikowi. Zrobiono mi mammografię, potem USG i jeszcze jakieś inne badania i w korytarzu czekałam na wynik. Oczekiwanie przedłużało się, rejestratorka powiedziała, że lekarz przeprowadzający badanie poprosił o konsultację z innymi, w końcu czekali na ordynatora, a czas przedłużał się. Mój stres rósł i chwilami zdawało mi się, że nie wytrzymam tej niepewności. Uważałam, że skoro lekarze zażądali konsultacji z innymi, to sprawa stała się bardzo poważna, że moje szanse na wyleczenie maleją i właściwie to zastanawiają się tylko, jak mi powiedzieć, że umrę. Pamiętam z opowieści Ireny, że wszystko odbywało się taśmowo, mammografia (bez USG, które wówczas było nowością), termin biopsji, potem operacja. A tu jakieś zawracanie głowy.

W końcu poproszono mnie do gabinetu i tu lekarze zaczęli zadawać mnóstwo pytań. Moje przerażenie rosło, gdy więc je dostrzegli, oświadczyli, że badania NICZEGO nie wykazały. Ordynator powiedział jednak, że w jego wieloletniej praktyce miał tylko jeden przypadek, gdy krwawienie z piersi nie okazało się rakiem tylko zakażeniem bakteryjnym, a u mnie tego nie podejrzewa. Znowu powtórzyłam swoją opowieść o szorstkim szwie, ale zlekceważyli ją. Tak więc w zasadzie nic mi nie było. W zasadzie – bo jak twierdził ordynator, coś musiało być, tylko nie wiadomo z jakich przyczyn aparatura okazała się niewystarczająca. Zasugerowano mi, żebym udała się do Akademii Medycznej, gdzie naukowcy mieli jakąś najnowszą zagraniczną aparaturę, którą testują i może, przy protekcji ordynatora i sporej, jak na owe czasy zapłacie, uda mi się z niej skorzystać.

Wyszłam ze szpitala skołowana, a mąż nawet nie zapytał jaki jest wynik badań, a ja mu nie pytana nie powiedziałam. Nazajutrz sama pojechałam do AM, wziąwszy wcześniej w pracy pożyczkę „chwilówkę” na ten cel i przeprowadzono to badanie, które znowu nic nie wykazało. Przez kilka lat jeździłam regularnie co roku do Centrum Onkologii, aż wreszcie przekonano się, że nic z tego nie wynikło.

Z biegiem czasu nabrałam przekonania, że mój organizm zaprotestował w ten sposób przeciwko zainteresowaniu męża sraczką jamnika Ali i postanowił przetestować mężowskie zainteresowanie moim zdrowiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.