Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Troszkę o zwierzętach

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Pies i kot – rycina z XVIII lub początku XIX w., odbita w oficynie wdowy po Cornelisie Stichterze

Mój znajomy przeczytawszy jeden z odcinków bloga napisał mi w mailu: Tyle lat się znamy, a nie miałem pojęcia, że nie lubisz psów (zwłaszcza jamników) a także i lasu.

Muszę sprostować. Mój stosunek do lasu wymaga odrębnego omówienia, ale jest daleki od „nielubienia”. Co zaś tyczy psów i innych zwierząt oraz dzieci — jest taki jak do wszystkich ludzi dookoła: jednych lubię bardziej lub mniej, innych nie lubię, do większości mam stosunek obojętny. W miarę bliższego poznawania często też inaczej patrzę na człowieka, którego wcześniej nie dostrzegałam i vice versa.

Podobnie jest z psami. Niektóre lubię, inne niezbyt. One także, jedne się łaszą inne na mnie warczą. Prawdą jest, że niespecjalnie lubiłam wspomnianą Figę i inne jamniki. Są to przecież nie pieski pokojowe, a zwierzęta dobierane i hodowane pod kątem przydatności w niektórych rodzajach polowań i traktowanie ich jako poduszki-przytulanki do snu może powodować różne aberracje. Mnie przypominają nieszczere i śliskie lizusy — ale to, jak zawsze wyłącznie moje zdanie nie poparte niczym.

Nie znoszę też psów, które wymuszają na człowieku podporządkowanie się i je egzekwują. Pewien mój znajomy miał wielkiego i groźnego psa, który nie znosił zapachu alkoholu. Jego sprawa, ale kiedy zaprosił kiedyś gości na Sylwestra pies został potraktowany środkami uspokajającymi i zamknięty w ubikacji. Niestety, czasem goście musieli tam też się udać. Było to okropne, niwelujące atmosferę beztroskiego świętowania. Po pierwsze traciło się prywatność i wszyscy wiedzieli, że tam idziesz, bo trzeba było prosić gospodarza o przytrzymanie psa. Po drugie gospodarz za kołnierz nie wylewał, więc pies rzucał się na niego, tym gorliwiej, im bardziej przestawały działać lekarstwa. W końcu gospodarz wymyślił, że przywiąże psa pod stołem, do czterech nóg dla pewności. Oznaczało to oczywiście jedzenie z talerzykami w rękach w bezpiecznej odległości od bogato zastawionego stołu. Wszyscy już trochę wypiliśmy, a grzeczność wymagała, żeby nie ulotnić się przed północą. Mnie się to jednak udało, coś wymyśliłam. Potem słyszałam, że na zakończenie imprezy pies zerwał się z uwięzi i pogryzł gospodarza.

Czy takie zwierzę można lubić? Można współczuć, ale bynajmniej nie gospodarzom zapraszających do domu gości.

Jeśli jesteśmy już przy psychicznych odchyłkach psów muszę napisać o działkowym psie-przybłędzie. W okolicy nazywano go „Głupi”. Był to pies z ogromną niezagojoną raną na czole. Prawdopodobnie została zadana wiadrem, bowiem pies nie bał się niczego: siekiery, łopaty, piły łańcuchowej, kosiarki, elektronarzędzi, — z wyjątkiem szczęku ocynkowanych wiader. Pies był bardzo przyjazny, wesoły, a raczej wesołkowaty. Łasił się do każdego, błaznował po psiemu, popisywał się. Żarł wszystko. Resztki ze śmietnika, nawóz z pola. Kiedyś wystawiłam na schodki dla ostudzenia żeliwny garnek po topieniu smalcu, z tych wpuszczanych w fajerkę kuchni, o kształcie zwężającej się ku górze amfory. Działka nie była jeszcze wówczas ogrodzona i pojawiały się na niej wszystkie możliwe zwierzęta: sarny, zające, psy, koty, lisy a nawet kuny czy łasice (nie odróżniam tych zwierząt). „Głupi” wsadził głowę do garnka, a potem nie mógł jej wyjąć. Biegał po okolicy z garnkiem na głowie, a ja i sąsiedzi usiłowaliśmy go złapać i uwolnić. Po trzech dniach gdzieś zniknął i więcej go nie widzieliśmy. Przeżył jednak, bo w zimie na sąsiedniej działce znalazłam garnek, ale nigdzie w pobliżu nie było zwłok psa.

Temu psu współczułam – tyle nieszczęść go spotkało, ale los jakby próbował mu to wynagrodzić dając głupawą radość i entuzjazm (nie szkodzi, że spowodowane zapewne uszkodzeniem mózgu).

Ostatni weekend spędziłam w Puszczy. Rozmawialiśmy o zwierzętach. Pani Jola opowiadała o swoim psie. To przykład psa spryciarza. Rano wpadł do jej sypialni próbując zmusić do wstania, ubrania się i wyjścia z nim na zewnątrz. Zaczął więc ogryzać jej palce. Akurat pani Jola wolałaby trochę podrzemać, wiec pies poszedł do kuchni. Szafki pani Joli mają drzwiczki na magnesy, więc zamykają się same z głośnym trzaskiem. Pies otwierał drzwiczki jak najszerzej i puszczał je. W końcu pani Jola miała dosyć i musiała wstać.

O psach i ich sprycie można by mówić w nieskończoność. Ale o ptakach?

Cała rozmowa zaczęła się od opowieści emerytowanego leśniczego o ptakach porywających włoskie orzechy, które w tym roku bardzo obrodziły. Leśniczy twierdził, że musi bardzo rano zbierać orzechy, bo inaczej porywają je kawki, niosą i rzucają na asfalt czekając, aż rozjadą je samochody. Nie jestem pewna czy opowiadał coś, co sam widział, czy po prostu gdzieś usłyszał lub przeczytał tę opowieść. Ale gdy opowiadał o tym, jak ptaki przenoszą te orzechy – chyba musiał to widzieć. Twierdził, że gdy orzech miał miękką, zieloną otoczkę, ptak wbijał weń zamknięty dziób i tak niósł orzech.

Jeżeli jestem już przy orzechach, to pewnie nikt mi nie uwierzy, kiedy powiem, że wiewiórki lubią wiśnie. W tym roku w lipcu zjadły z działki wszystkie wiśnie szklanki. Zazwyczaj zjadają je ptaki, ale w tym roku zabrały się za nie wiewiórki.

Poniżej dowód:

W następnym odcinku o słowiku który naśladował telefon komórkowy oraz o innych moich dziwnych obserwacjach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.