Spółki Miejskie

Herzliya. Z mojej książki „Szukam życia u Umarłych”

Dodaj komentarz

Halina Birenbaum

Okładka książki „Szukam życia u umarłych – wywiad z Haliną Birenbaum” Halina Birenbaum, Barbara Bochenek

Fragment wywiadu Barbary Bochenek z Haliną Birenbaum

Halina Birenbaum: Ludzkość uczy się historii, chce o niej wiedzieć, znać ją, ale nie uczy się z niej. A historia bardzo często się powtarza, jedynie formy czy sposoby działań zmieniają się, ulepszają i uzasadnianie ich w świadomości narodów. Zło i wojny nie znikają ze świata także po Holokauście. Holokaust nie był lekcją, był katastrofą, zwycięstwem największego zła. A z katastrof nie wychodzi się zdrowszym ani mądrzejszym. Niełatwo jest na nowo stawać się po nich jednostkom, narodom, państwom.

Uważam, że ogólnikowe porównanie nazizmu z komunizmem jest niedokładne i szkodliwe. Umniejsza fakt, iż niemieccy naziści – jako pierwsi i jedyni w historii ludzkości – zbudowali rękami ofiar industrię systematycznego mordowania bezbronnych, niewinnych ludzi, wyłącznie za ich pochodzenie. Jako pierwsi wykorzystywali ich ciała do rozmaitych eksperymentów, do hurtowego, codziennego użytku. Handlowali włosami, skórą, szkieletami i tłuszczem ludzkim… Mordowali na setki sadystycznych sposobów, ale zaskoczyła ich klęska Rzeszy i nie zdążyli, na szczęście, zrealizować do końca swych zbrodniczych planów.

Świat po wojnie nie chciał słyszeć o Holokauście, różne były powody…

Barbara Bochenek: Pojęcie „Holokaust” zaczęło funkcjonować w świadomości ludzi, społeczeństw stosunkowo późno, dopiero w latach osiemdziesiątych. Dlaczego Pani woli pisać, mówić „Szoa”?

Halina Birenbaum: Tak, świat nie chciał słyszeć ani uwierzyć w czasie, gdy się to działo, a tym bardziej później. Nie wiedziano nawet jak nazwać pierwsze w historii tego rodzaju bestialstwo i określano je słowem „kataklizm”. Znacznie później pojawiło się angielskie określenie „Holocaust”, jakby związane z czymś świętym, ofiarą całopalną, które przyjęło się na całym świecie. Jednak nie jest to słuszne określenie. Kataklizm określa wielkie katastrofy natury, ogromne epidemie. Miliony ludzi zginęło z rąk innych ludzi, Niemców, nie z powodu wiary czy różnych żywiołów natury.

Hebrajskie określenie mianem „Szoa” tego ideologicznie zamierzonego, realizowanego z premedytacją i gorliwością ludobójstwa jest właściwsze, oznacza całkowite wyniszczenie, spustoszenie, pełną zagładę. Jest najbliższe treści tych zdarzeń i mnie ono bardziej odpowiada. I może dlatego, że właśnie to słowo pochodzi od nas, Żydów, ze wznowionego języka naszych praojców, bo to przecież my, cały naród żydowski był skazany na całkowitą zagładę, najwięcej stracił i wycierpiał.

Często słyszę, że nie należy porównywać cierpień i strat, każde cierpienie jest straszne, boli. Nie myślę nigdy „konkurować” w wyliczaniu ich. Strata zawsze boli, jednak utracić na przykład jedną nogę czy dwie, jedno oko lub oba, to nie to samo, to różnica. Żydzi utracili wszystko i wszystkich! Uratowane z Szoa jednostki, strzępy rodzin nie miały do kogo i dokąd wracać. Ich domy były zajęte, mienie zabrane, gdy ich pognano do Auschwitz, na Majdanek, do Treblinki… nie cieszono się ich powrotem. Często witano ich słowami: „Ty jeszcze żyjesz? przecież wszyscy wasi zginęli?…”.

Ludzie nie mogli i nie mogą do dziś wyobrazić sobie, uwierzyć, że w obozach na terenie Polski zbudowali Niemcy komory gazowe, do których masowo wieziono Żydów z całej Europy, zdzierano z nich odzież, wszystko zabierano, duszono gazem, spalano ich ciała na popiół.

Nic dziwnego, bo przecież na szczęście normalny człowiek nie ma umysłu mordercy, aby móc zrozumieć przestępcze instynkty, nikczemną logikę działania.

Nie jesteśmy wszyscy jednakowi. Większość ludzi w ogóle nie lubi słuchać o cudzych nieszczęściach, tragediach, smutkach, boi się ich, tym bardziej, jeżeli to nie jest w ramach możności identyfikowania się z nimi. Wielu ludzi czuło się po wojnie winnymi, że nie pomogło, nie przyszło na ratunek zabijanym i dlatego wolało nie słuchać ocalonych, obwiniać ofiary, nie wiedzieć ile wycierpiały, czego były naocznymi świadkami. Dziś to się na ogół zmieniło. Coraz więcej ludzi na świecie chce wiedzieć czym był Auschwitz, Holokaust. Coraz więcej ludzi, w tym dużo młodzieży, uczy się o tym, przyjeżdża, by zwiedzić miejsca najstraszniejszych w historii kaźni.

Barbara Bochenek: O tym, że świat po wojnie nie chciał słyszeć o Holokauście napisała Pani artykuł.

*

Jeszcze jeden z tej książki fragment

„Dlaczego powinniśmy pamiętać o Holokauście?” zadawane mi jest ciągle przez rozmaite czynniki społeczne i osoby prywatne. Odkąd doczekałam cudem wolności po latach mąk w getcie warszawskim, obozach zagłady na Majdanku, w Auschwitz, w których straciłam swych najbliższych oraz wszystkich krewnych, są dodatkową raną na duszy, z którą od lat się zmagam. Sens tego pytania był i jest do dziś pewnego rodzaju niesprawiedliwym zarzutem wobec straszliwych cierpień i śmierci milionów ludzi, szczególnie Żydów.

Od samego początku, po wojnie, pojawił się niepojęty dla mnie brak zrozumienia i ogólna atmosfera sprzeciwu wobec tego tematu. Mówiono nam na każdym kroku: „Po co o tym mówić? Po co wspominać to czarne, tkwić w opowieściach i przekazach o nich? Po co odrywać zabliźnione rany? Czy to odwiedzie ludzi od zła, czy coś w nich poprawi?” (słyszałam to nawet od własnego syna), „Młodzież nabawi się kompleksów od tych opowiadań, nie będzie mogła spać po nocach”. Wszystko to zarzucali mi w latach sześćdziesiątych nauczyciele w szkołach izraelskich.

„Niezdrowo jest tkwić w przeszłości” – przestrzegali troskliwi znajomi czy rozmaite osoby wpływowe; „trzeba zapomnieć, żyć dniem dzisiejszym, tamtego i tak nie da się zrozumieć”, „tamto jest upokarzające, hańbiące, bo daliście się mordować, zagazować, spalić… nie broniliście się, nie walczyli… szliście jak owce na rzeź”. Wypominali (i wielu do dziś to czyni) Żydzi, Polacy i inni, którzy sami nie przeżyli tego piekła, którzy mieli szczęście urodzić się później i nie chcieli znać prawdy o milionach zagnanych tam i zgładzonych. Prawdy o ich zmaganiach o chwilę życia, o uczuciach i o reakcjach na krawędzi śmierci, oderwania od bliskich, od wszystkiego. O walce, by pozostać człowiekiem.

Ja mam w sobie to wszystko i tych, z którymi tam byłam i widziałam jak reagowali, jak do ostatniej chwili resztkami sił walczyli o swe życie i życie swych najdroższych, jak umierali.

Pamiętam ich miłość, nadludzkie zmagania, ich oczy umęczone, rozpaczliwie błagające, gdy wdeptani w oświęcimskie błoto, w drodze do komory gazowej, błagali o pamięć!

Opowiadam, bo tylko tyle mogę dla nich zrobić. Oni nie mają nigdzie grobu, nikogo z bliskich, nikogo kto by po nich zapłakał. Mówiąc o nich, przywracam ich na chwilę do życia i moi słuchacze poznają ich, może zatrzymają w sercach.

Nikt nie pyta dlaczego uczyć i przekazywać z pokolenia na pokolenie wszelkie inne zdarzenia w historii ludzkości, rozwoju świata, wojen, klęsk i zwycięstw, osiągnięć w nauce, sztuce, literaturze, technice? A wciąż trzeba na nowo tłumaczyć (czy tłumaczyć się) dlaczego powinniśmy pamiętać Holokaust.

Wciąż borykam się z uczuciami wokół tych pytań, dyskusji, zarzutów. A tyle wspomnień, obrazów Stamtąd, ustnych wyjaśnień, pisanych prozą, wierszem, w listach, mailach i nigdy do końca niewyczerpanych.

W pewnym wierszu napisałam: „pada pytanie jak kamień ciężkie/ po hebrajsku polsku niemiecku / czy moja książka opowiadanie wiersz/ znów?!… na temat zagłady?/ – bronię tłumaczę usprawiedliwiam/ cofam się jąkam/ bąkam jak przed wyrokiem/ że o ludziach wrażeniach chwilach podniosłych/ o nienawiści miłości lękach/ upragnieniu życia pamięci/ wtedy jak wszędzie jak zawsze/ ale/ temat niepożądany trudny/ potężny wszechstronny/ jak owa przeszłość/ jak owe zdarzenia/ jak tylko może być/ ludzkie życie pośród śmierci”(1987).

I w innym pod tytułem „Dlaczego”: „dlaczego/ muszę się zawsze tłumaczyć/ gdy mówię o Szoa/ usprawiedliwiać się/ zwalczać uprzedzenia/ zniżać głos/ siebie/ jakby te przeżycia były hańbą/ dlaczego?!” (1982).

To, co się zdarzyło w latach zagłady hitlerowskiej było czymś, czego ród ludzki nigdy przedtem nie doświadczył, nie mógł sobie nawet wyobrazić. Największe zło, z jakim ludzie musieli się zmierzyć, stało się normalne, legalne. Nie było ważne czy ktoś był profesorem, doktorem, miał wyższą rangę społeczną, był prominentem (których przedtem i dziś cenimy, i sami dążymy, aby takimi się stać). Dawne pojęcia stały się banalne, absurdalne. Wszystko, czego pragnęliśmy to trochę powietrza do oddychania, odrobiny miejsca, by położyć swe ciało, poczuć coś w ustach oprócz dymu z krematoriów, w których palono tysiące ludzi, zaledwie wypędzonych z wagonów, z dziećmi w ramionach.

Musimy pamiętać dla tych, którzy nie przeżyli. My wszyscy, cała ludzkość, jesteśmy im winni. Nazistowscy mordercy chcieli, żeby nikt na świecie nigdy nie dowiedział się co nam uczynili. Przemilczać te dzieje, to wypełniać ich wolę!

Celem pamiętania nie jest nienawiść, zemsta, uświadomienie do czego nienawiść i zemsty prowadzą. Trzeba pamiętać, aby zachować swe człowieczeństwo, by wiedzieć, jakim nie wolno być! Przekazać nie tylko okropności a niemniej to, co było najbardziej istotne i ludzkie w nieludzkim.

Często opowiadam o apelach na spotkaniach z młodzieżą. Nie raz opisywałam mękę apeli w obozach. Zwłaszcza ten jeden szczególny wieczorny apel, kiedy po dniu długim jak wieczność, kilkunastu godzinach katorżniczej pracy, o głodzie, w strachu, słysząc najgorsze wyzwiska, przy biciu, niemożności pójścia za potrzebą, zagnano nas na plac apelowy. Jeszcze nie luksus biegnięcia do latryn, do bloków na ciasne, zatłoczone, zawszone koje. Jeszcze nie dzielenie znikomych porcji chleba, nieprzytomnie wyczekiwanych. Tylko oszałamiające gwizdki i dalszy huragan przekleństw zwołujący na kolejne stanie na placu, liczenie nas…

Na dworze ulewa. Esesmanki z rewolwerami u pasa, w ciepłych, nieprzemakalnych pelerynach i funkcjonariuszki, więźniarki, uzbrojone w kije – wszystkie pilnują, abyśmy stały równo piątkami, w odległości wyciągniętych ramion jedna od drugiej. Mijają godziny. Zazwyczaj o tej porze panuje już Lagerruhe (cisza obozowa) i nie wolno znajdować się na dworze; ale nie wtedy, kiedy leje deszcz, kiedy sama natura sprzymierza się z oprawcami.

Tysiące oczu spoglądają błagalnie na nieosiągalne drzwi baraków. Ulewa wzmaga się wciąż. Na ustach nieme pytanie: jak długo jeszcze, do kiedy tak? Więźniowie mdleją, wpadają w to grząskie, nigdy niewysychające tu błoto. Pada rozkaz, żeby klęczeć: wszystkie na kolana! Ledwie można zgiąć zdrętwiałe nogi. Deszcz przenika do szpiku kości, wypłukuje wszystko wraz ze świadomością bycia człowiekiem. Za naelektryzowanymi drutami kolczastymi słup ognia z komina krematoryjnego, z palonych tam masowo ludzi i wokół zapach palących się ciał.

Nie widziałam już nic, nic nie czułam, jakbym wrosła w ten deszcz i błoto, zlała się z nimi w tym trupim ogniu. I nagle doszły do mnie słowa klęczącej obok kobiety: „Zobaczysz, będzie jeszcze świat i będą o nas pisać książki, robić filmy o nas…” Była to niemożliwa, absurdalna bajka, fantazja niebiańska. Gdzie jest świat?! Kim my jesteśmy tutaj, konający w tym błocie, naprzeciw ziejących ogniem krematoriów?! Nigdy więcej nie spotkałam tej kobiety, która wierzyła jeszcze wówczas w istnienie świata poza wszechpotęgą śmierci Auschwitz. Czy go doczekała?

Do opisu tego apelu chcę dodać jak wyglądał powrót do bloków, gdy znowu przeraźliwe gwizdki oznajmiały, że zezwalają nam rozejść się. Setki przemokłych do szpiku kości kobiet napierało i pchało się do wąskich drzwi baraków. A potem w zabłoconej, ociekającej wodą odzieży właziły na koje, depcząc zabłoconymi drewniakami po głowach kobiet na niższych kojach, wklejały się jedna w drugą, jak śledzie w beczce do spania. Zaś po kilku godzinach, gdy jeszcze ciemno na dworze, budziły gwizdki: „Kaffe hollen!”, „Zeil Apel!!!”. Następne pchanie się do wyjścia, zwykła, znana już bitwa o miejsce w rzędzie, a na ciele zmierzwiona i mokra, ciepła jeszcze odzież, od temperatury przywartych do siebie kobiet w ciasnocie więźniarskich nar, które chłoszcze okrutny wiatr na dworze…

A potem, po wyzwoleniu – obowiązek sumienia, aby pamiętać, potrzeba duszy, która błąka się wiecznie między Tamtym i dzisiejszym światem, a jeden nie potrafi zagłuszyć drugiego. I myśli o tym, nie pytanie, co złożyło się na to, że takie piekło na ziemi mogło zaistnieć, stało się normą, że można było legalnie, oficjalnie, zupełnie bezkarnie mordować ludzi, obdzierać ich ze wszystkiego, rabować ich mienie, stworzyć przemysł – z ich włosów, skóry, zębów, tłuszczu i niemalże z ich ekstrementów?!

A po tym wszystkim „naiwne” pytanie: dlaczego? po co pamiętać o Szoa?! Wydziwianie, że Żydzi się nie bronili, nie walczyli, nie byli patriotami, bohaterami… Mówienie, że Holokaust to wymysł żydowski, że w Auschwitz ginęli jedynie obywatele Polski, Belgii, Francji itp. Nadal te rozmaite teorie, interesy, często nikczemne, polityka, podsycanie świeżej nienawiści jednych do drugich różnymi sposobami, odgrzewanie dawnej przez zaprzeczanie tych strasznych tragedii, obwinianie, szkalowanie ofiar dla rozmaitych celów albo z braku chęci wczucia się w tragedie tych ludzi.

I jak o tym wszystkim milczeć?!

Od lat zauważa się bolesną „konkurencję pamięci”, licytację w ilości ofiar, w cierpieniu, mordowaniu, umieraniu…

*

Jeszcze jeden fragment

Halina Birenbaum: Bardzo bolesna jest licytacja cierpień. Wręcz ubliżające więźniom jest wyliczanie, licytowanie się w cierpieniach, w czasie, liczbie miesięcy, lat spędzonych w przeróżnych obozach koncentracyjnych, obozach zagłady, obozach „pracy” między ofiarami z rozmaitych krajów, różnego pochodzenia, narodowości. Licytowanie się, kto był w tym piekle za opór, bohaterskie, patriotyczne czyny – a kto nie z powodu walki i poświęcenia się dla ojczyzny – kto ginął wyłącznie za to, że urodził się Żydem. Kłótnie na temat o czyich cierpieniach i tragediach jest więcej mowy i opisów, a o czyich jest mniej…

Krzywdzące bardzo jest celowe pomijanie faktu, że przeważająca ilość zamordowanych to byli Żydzi, co jest nieporównywalne z niczym innym, gdyż Niemcy wydali wyrok śmierci na cały naród żydowski.

Jedni chcieliby zagłuszyć drugich, pomniejszyć ogrom cudzych tragedii a wywyższyć własne. Wynieść swoje przeżycia, straty, ból fizyczny i duchowy ponad doznania innych. Ciągły niedosyt „sprawiedliwej” oceny tych prześladowań, poczucia krzywdy w upamiętnianiu, opisywaniu, a nawet pewnego rodzaju zazdrości. Jakby historia jednych ofiar czy świadków umniejszała przeżycia innych, odbierała im ważność, unikalność, do których każdy z nich ma swe, niedające się obalić, w jego mniemaniu, pretensje, predyspozycje, powody.

Wszystkie te szkodliwe, raniące kłótnie między byłymi ofiarami, często dopełniają niektórzy historycy przez swą nadgorliwość. W ambicjach publikowania nowych odkryć wyszukują drobne, techniczne szczegóły, suche topograficzne dane, przenosząc ich ważność nad cierpienia ludzkie, emocje w obliczu nieprzytomnego strachu na krok od śmierci.

Zwłaszcza młodzi historycy, pragnąc wykazać się wiedzą, starają się robić nowe odkrycia techniczne, filozoficzne, co jest dobre i ważne, ale czasem za cenę pomijania najbardziej istotnych spraw życia jednostki i śmierci milionów. Podważając autentyczne zeznania ofiar i naocznych świadków tych zdarzeń, lekceważąc ich – wypaczają prawdę.

Wszak nie da się zaznaczyć długopisem ani komputerem „topografii” punktu w sercu, duszy i umyśle ofiar, w którym mieściło się odczuwanie głodu, strachu, zapadania się pod ciężarem pracy, rozpaczy odrywania od najbliższych, nadludzkiego bólu przedostatnich chwil życia, duszenia się w komorze gazowej – umierania za życia, najokropniejszych sekund czy godzin umierania! Umniejszając je, banalizując do granic absurdu, siłą rzeczy unieważniają je, jakby nie chodziło o człowieka, o jego duszę w tej męce, a o to jak, gdzie, którędy wiodła droga na śmierć, co do milimetra! I to całe niezmierzone zło staje się nagle ważne technicznie, jest na pierwszym planie, normalne, płytkie, banalne. I wtedy tak łatwo mu zaprzeczyć!

„Banalność zła” – taki tytuł dała swej książce Hanna Arendt, opisując proces Adolfa Eichmanna w Jerozolimie oraz swoje bardzo dogłębne spostrzeżenia i wnioski z niezliczonych faktów, przedstawionych przez świadków i sprawcę Eichmanna.

Barbara Bochenek: Powiedziała Pani kiedyś, że „…zapomnienie czy niewiedza, to ponowna śmierć dla zgładzonych i niebezpieczeństwo powtórzenia zbrodni dla żyjących”…

Halina Birenbaum: Każdy człowiek odczuwa lęk przed śmiercią, przed ostatecznym odejściem ze świata i pragnie coś po sobie zostawić w ludziach dla następnych pokoleń. Zgładzeni w Szoa nie mają nawet grobów, macew, na które przychodziliby co roku potomni, krewni i znajomi, aby ich wspominać, położyć kwiat, odprawić modlitwę za ich duszę, zapłakać… Ich krewnych i znajomych również zgładzono, spalono, zburzono ich domy, zatarto wszelkie ślady ich istnienia. Nie wiadomo nawet gdzie i kiedy zastała ich śmierć? Czy w jednym z gett, czy w jednym z nazistowskich obozów, rozsianych po całej okupowanej przez Niemców Europie? W którym obozie? Kiedy, w którym roku, miesiącu, dniu w tych okropnych latach 1939 -1945? Jak umierał każdy z nich? Co czuł i myślał w swych ostatnich chwilach cierpień i agonii, wciśnięty w niezliczony tłum ofiar dzielących ten sam los, pośród ogólnej wrogości, obojętności? Nie było komu zapłakać nad ich tragedią, oni sami nie mieli już więcej łez, bo wciąż było gorzej, ponad strach, ból, łzy!

Zapomnieć o tym wszystkim dziś czy kiedykolwiek – to ponowna ich śmierć przez wymazanie z ludzkiej pamięci, jedynego miejsca, w którym zamordowani, tak straszliwie zamęczeni mogą jeszcze dalej istnieć, gdy na ziemi nie zostało po nich nic. Mogą być obecni w świecie, w którym przestępstwa i zbrodnie nie są więcej receptą ideologiczną na „Nowy Porządek”, a przestępcy i zbrodniarze są powoływani przed sądy sprawiedliwości, skazywani na fizyczne i moralne kary.

Ofiary Holokaustu ginęły z obrazem triumfującego zła przed oczami, nie doczekały klęski katów. My jesteśmy im dłużni zadośćuczynienia sprawiedliwości – dla nich i dla siebie. Jest to możliwe tylko przez wdrążenie pamięci i szacunku dla nich.

Ludzkość, która zapomniałaby o zbrodniach Szoa, udowodniłaby możliwość bezkarnego zarażania nienawiścią, plugastwem całych społeczeństw, w imię szaleńczych idei kolejnych władców – potworów. Potwierdziłaby, że można zabijać, rabować, szczuć ludzi na siebie, wykreślać ich ze zbiorowej pamięci i nie odpowiadać za to przed ludźmi ani Bogiem, nie być potępionym. A przy obecnej technice, broni nuklearnej, biologicznej w rękach rozmaitych „poprawiaczy” porządków świata, jest tym bardziej zastraszające.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.