Spółki Miejskie

Herzliya. Selekcja w szpitalu – Dr. Marek Balin

Dodaj komentarz

Halina Birenbaum

Przedmowa

Marek, który w czasie okupacji był młodym studentem medycyny i pracował w szpitalu, nigdy nie zwierzał się rodzinie ze swych codziennych przeżyć, w jakie obfitowały owe okupacyjne dni.

Byłam wtedy małą dziewczynką i uważałam swego najstarszego brata za niezwykle opanowanego i odpornego na wszelkiego rodzaju wstrząsy, wzruszenia i najgorsze niespodzianki. Zawsze uśmiechał się do mnie, starał się żartować niemal w każdej sytuacji. Biła z jego całej postaci jakaś siła, chęć życia i pewność siebie, które uspakajały mnie i poniekąd zmniejszały atmosferę trwogi wiszącej nad nami, jak straszna chmura zwiastująca nieszczęście. Nie bałam się niczego, gdy znajdowałam się przy nim, i tak było już od rozpoczęcia pierwszych niemieckich nalotów na Warszawę, aż do naszego rozstania przed wybuchem powstania żydowskiego w getcie.

Marek odprowadził nas wtedy na Miłą, gdzie mieściła się nasza kryjówka, a sam wrócił do mieszkania w bloku pracowników fabryki Schultza na ul. Nowolipie 30. Miał nazajutrz przenieść nam na Miłą zapasy żywności, przygotowane na dłuższy pobyt w bunkrze podziemnym. Nie wzięliśmy ich ze sobą, gdyż była tego dnia okrutna wacha u bramy wyjściowej na Nowolipiu i Marek powiedział, że sam je przeniesie, gdy będą dyżurować mniej okrutni żandarmi i policjanci. Ale w nocy getto zostało oblężone i już nie można było wyjść na ulicę. Rozpoczęła się ostateczna likwidacja getta warszawskiego. Zostaliśmy odcięci!

Spotkaliśmy się dopiero w czerwcu 1945 roku, po wojnie, na ulicy w Warszawie, gdy Marek jechał na rowerze do uniwersytetu, a ja szłam po powrocie z obozów, w podartych sandałach do komitetu żydowskiego na Pragę, szukać czy ktoś może ocalał z krewnych…

Jedynie ja i on zostaliśmy z całej naszej rodziny oraz ze wszystkich krewnych – no i oczywiście te wszystkie wspomnienia, które ja nieustannie, niezmordowanie przekazuję rozmaitymi drogami i sposobami. On raczej starał się zdusić je w sobie, jako ten „mocny”, umiejący opanować i skryć swe uczucia. Marek, lekarz obecnie, zbiegł wtedy w biegu pociągu, ranny wrócił do Warszawy, gdzie ukryła go znajoma Polka. Ja zdołałam przetrwać w rozlicznych obozach nazistowskich.

Niedawno odnalazł Marek przypadkowo opis pewnego tragicznego zdarzenia w szpitalu, w getcie. Nie pamiętał już w ogóle, że kiedyś je zanotował i podał od razu po wojnie do komitetu żydowskiego w Warszawie – a komitet po latach przekazał do Yad Waszem. W latach osiemdziesiątych odnalazł tą relację w Yad Waszem pewien lekarz z Kanady, który zbierał materiały do pracy naukowej o żydowskich lekarzach w warszawskim getcie. Odnalazł Marka i tak wrócił ten tekst do niego – i do mnie. Marek przetłumaczył to na angielski, a ja na hebrajski i podałam obie wersje do internetu.

Mój brat Marek Balin 1948

Selekcja w szpitalu

Dr Marek Balin

Było to 15 sierpnia 1942 roku, na oddziale zabiegów szpitala „Czyste” w getcie warszawskim przy ul. Leszno. Nasz szpital, który normalnie mieścił około 200 chorych, liczył obecnie blisko 600 osób i w dodatku miał jeszcze przyjąć chorych z innych oddziałów. Jak wiadomo, po wygnaniu z olbrzymiego szpitala przy ul. Dworskiej „Czyste” zostało rozbite na szereg oddziałów w getcie, a więc na Stawkach, Żelaznej, Niskiej, Tłumackim i Lesznie.

Od lipca 1942 roku, co dzień Niemcy wywozili tysiące Żydów na śmierć, a wraz z deportacją nieszczęśliwców stale zmniejszali granice getta, odcinali całe ulice i nawet dzielnice, nie szczędząc również szpitali. Otóż do naszego oddziału nastąpił teraz duży napływ chorych i personelu, którzy zdołali uratować się od ciągłych blokad i bestialskich łapanek.

Na nasze nieszczęście Niemcy dowiedzieli się, że u nas gromadzą się Żydzi. Wiedzieli, że większość to ciężko chorzy, niezdolni do pracy, nie mogący chodzić, gdyż oddział nasz przeważnie przyjmował ofiary postrzałów. Dyrekcji szpitala nakazano, by jak w innych instytucjach, szpital zredukował do minimum chorych – do 150 osób i wysłał większą część ludzi na Wschód „do pracy”. Oczywiście zdrowi, którzy dowiedzieli się o tej redukcji, natychmiast rozbiegli się lub pochowali. Ale co robić z chorymi? Jakże dyrekcja mogła dobrowolnie wydać ich na śmierć? Jak przeprowadzić selekcję i świadomie od razu skazać, a drugich ochronić na chwilę? Jakim kryterium należy się kierować?

W szpitalu zapanowała przytłaczająca niemoc. Wszyscy zdawali sobie sprawę ze straszliwego tragizmu sytuacji. Żydzi sami muszą wydać swych braci na śmierć! Wydać ludzi niedołężnych, ułomnych, lub takich, którym najmniejszy ruch sprawiał niesamowity ból. Nie tylko Żydzi – Żydów, ale lekarze – chorych, swoich podopiecznych – chorych, którym starali się przedłużyć życie, zmniejszyć męki, ocalić kończyny i przywrócić zmysły. Chorych – dla których nocami nie sypiali, by w blasku kopcących karbidówek dokonywać ciężkich, skomplikowanych, życiodajnych operacji.

Na wiadomość o żądanie wydania chorych, w pierwszej chwili zdrętwiałem, gdyż natychmiast pomyślałem o mojej chorej, szesnastoletniej Chanie Rozenfeld. Zajmowałem się nią od sześciu miesięcy. Dyrektor Amsterdamski przydzielił mi ją zaraz po amputacji obu stop. To była mała „zbrodniarka”, leżała w ostatniej celi, oddzielonej żelaznymi kratami, pilnowana przez całą dobę przez policjantów. Jej zbrodnia polegała na tym, że zimą 1942 roku przedostała się do dzielnicy aryjskiej, gdzie żebrała o chleb. Złapali ją polscy policjanci i odstawili do więzienia w getcie. W celi więziennej obie jej stopy uległy odmrożeniu. Gdy ją odprowadzano do szpitala, oczywiście pod „godną” eskortą trzech bandytów niemieckich, miała już czarne, zdrętwiałe stopy i była całkowicie wycieńczona.

Przeszła operację. Starałem się przywrócić ją do życia, dokarmiałem jak mogłem. Kikuty poczęły ziarnkować. Zaczęła przybierać na wadze, wracała chęć do życia. Prosiła o pracę, którą staraliśmy się jej dostarczyć. Cerowała, szyła, szydełkowała i zwijała bandaże. Kikuty goiły się coraz lepiej. Dziewczyna wracała do życia i już starałem się dla niej o krzesło na kółkach, bo niebawem miała opuścić łóżko. Aż tu nagle – mieliśmy wydać chorych. Straszna myśl zaświtała mi w głowie… A może ją zabiorą? Wtłoczą tą wątłą kalekę do jakiegoś przepełnionego wagonu i wywiozą? Dokąd? Po co? Chyba nie do pracy? A więc na śmierć! A więc wszystkich wywiozą na śmierć!

Już dawno niektórzy przebąkiwali w getcie, że jeśli wywożą Żydów, to na śmierć, na wielką zbiorową rzeź. Dotychczasowe środki eksterminacji jak getto, głód, tyfus i chaotyczne rozstrzeliwania Żydów przy lada okazji, okazały się dla Niemców zbyt powolne. Udało się im otumanić żydowską policję, tylko nieliczni z pośród nich przejrzeli na czas plany rozkazodawców niemieckich, rzucając swą „władze” i idąc wraz z ofiarami do wagonów. A teraz ci bezwzględni kaci niemieccy rozkazali żydowskim lekarzom, aby wydali chorych. Szpital miał zredukować stan chorych o 300 osób, które należało nazajutrz im wydać. W szpitalu zapanowała panika wśród lekarzy. Z największym trudem utrzymywano tajemnicę przed chorymi, którzy jednak chyba instynktownie wyczuwali zbliżające się niebezpieczeństwo, gdyż tego dnia byli smutniejsi niż zazwyczaj. Przerażenie czaiło się w ich oczach. Z kobiecych cel dochodził stłumiony płacz.

Wieczorem tego pamiętnego dnia, miał zapaść dla większości chorych wyrok śmierci, wydany przez lekarzy. Zwykle wieczorem odbywał się obchód dyżurującego lekarza i kilku wolontariuszy. Tym razem byli to ordynatorzy: dr Rothaub, dr Borkowski i dr Szenicer z naszego oddziału, pod nieobecność ordynatora Amsterdamskiego, który został wzięty przez Niemców jako zakładnik. Komisja tych znakomitych lekarzy miała sądzić. Mieli przed sobą listę z nazwiskami. Obok nazwiska znaczek – + – oznaczać miał deportację, śmierć, a znak minus pozostanie w szpitalu. Przy każdym łóżku lekarze długo przystawali. Mówili cicho, jakimś nieludzkim, chrapliwym głosem. Dyskutowali po łacinie, by chory niczego się nie domyślił i nie pojął grozy tego niesamowitego konsylium.

Ordynatorzy weszli na salę ortopedyczną. Wątłe ciała ze sztywnymi kończynami, zawieszonymi na blokach i szynach. Dr Szenicer coraz częściej korzystał ze swej chusteczki do nosa… Unikał nie tylko spojrzeń chorych, ale i kolegów się wstydził. Chodził po salach ze spuszczoną głową, a rąbek twarzy stale zasłaniała chustka. Przerażona Chana Rozenfeld musiała wszystko rozumieć, bo w chwilę po postawieniu znaczka plus obok jej nazwiska, poczęła w niesamowity sposób płakać.

Również i inni lekarze coraz częściej sięgali po swoje chusteczki. W pewnym momencie szef naszego oddziału opuścił salę. Już go nigdy więcej nie widziałem. Komisja swojej pracy nie skończyła. Nazajutrz Niemcy sami dokonali selekcji i zapełnili pięć furgonów chorymi i wywieźli. Ci, którym udało się zostać, też niedługo zabawili w szpitalu na Lesznie, gdyż w dwa dni po tym, opróżniono szpital ostatecznie i pognano nas wszystkich na Umchlagplatz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.