Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Esej o starości

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Saul Steinberg, 1943

Czytam Przybylskiego „Baśń zimową – esej o starości”. Temat jest bolesny, więc kilka razy zaczynałam i przerywałam. Chwilami nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć, co przeżywali znakomici pisarze tuż przed śmiercią.

Przybylski dość dużo pisze o moim ukochanym Eliocie, jednak zajmuje się zupełnie innymi jego fragmentami niż trafiały do mnie, a więc odczytuje inne znaczenia, a „szczurza aleja gdzie umarli pogubili swoje kości” nie zwróciła jego uwagi na tyle, aby ją skomentować (jak zresztą i inne bliskie mi fragmenty wraz ze słynnym stwierdzeniem, że „przemierzyłem swe życie łyżeczką od kawy” oraz tańcem wokół kolczastego kłęba). Mój ukochany Eliot, a właściwie jego „Gerontion” został rozebrany na części pierwsze i odarty z moich interpretacji.

Odkryłam, że ja, mając dwadzieścia lat, zrozumiałam Eliota (35-letniego) nieco inaczej niż Przybylski, płyciej i bardziej prymitywnie, ale inaczej i to rozumienie przetrwało do dziś. Ktoś odebrał mi mojego Eliota, lepiej go zrozumiał, pogrążając mnie w kolejnej otchłani wstydu.

Zawsze uważałam, że w poemacie tym Eliot dokonując syntezy życia staruszka robi to z pozycji młodego człowieka siedzącego w starczym ciele. Informacja, że miał 35 lat, gdy pisał ten poemat znakomicie pasuje do moich interpretacji. Nigdy nie uważałam, że doskonale wczuwa się w rolę starca, sądziłam raczej że podsumowuje pewien etap życia młodego człowieka usiłując odkryć, co zostanie z niego na starość. Świadczyła o tym, moim zdaniem pewnego rodzaju żywość myśli i skojarzeń, daleko od starczego mamlania problemów.

Cóż, Przybylski rozbiera inne fragmenty, analizuje je, a nie próbuje intuicyjnie odkryć ich sens, jak ja to zawsze czyniłam. Najpierw było intuicyjne poznanie sensu, potem analiza.

Czytając o umierających starcach i literackich produktach ich umierania, odnajduję coś z własnych tęsknot i przeżyć, choć może nie tak gwałtownych.

Ja czuję się, jakby parę lat temu ktoś przetworzył mi kręgosłup, z człowieczego, charakteryzującego się wyprostowaną postawą, w pokrętny, właściwy płazom albo gadom. Od tej pory nie chodzę, a pełzam po ziemi, szukając ratunku, zrozumienia i pomocy.

Znajduję miłych, codziennych ludzi i już na szczęście nie mam do czynienia z tym skoncentrowanym złem, jakie napiętnowało moje ostatnie lata zawodowej aktywności. Ale nie pragnę, tak jak wówczas, spokoju, odpoczynku i luzu. Pragnę smaku życia.

Chcę, żeby truskawka smakowała jak dawniej, a piękna muzyka nie powodowała bolesnego, nadprogramowego skurczu serca. Chcę, żeby moje sny były piękne i dawały mi ulgę, a nie przynosiły kolejne koszmary. Nie chcę w nich liczyć, usiłować załatwić jakąś sprawę, szukać błędów w sprawozdaniach, borykać się z dylematami moralnymi. Nie chcę uzależniać się od Boga. Nie chcę gorączkowo się modlić, wypowiadając modlitwy jak zaklęcia, odsuwające na bok czarną chwilę, nie chcę bić się w piersi powtarzając „moja wina, moja wina”. Nie chcę bólu ani fizycznego ani moralnego (z tym pierwszym trudniej).

Zostawiłam więc „Baśń zimową” swojemu losowi (może do zimy) i wzięłam się za lekturę łatwą, aby wśród zabójstw, pościgów i wybuchających pułapek znaleźć ów powiew optymizmu, że „nic nie jest naprawdę”.

Czytam więc powieść, podobno rozrywkową: „Miała na sobie jasnoniebieski kostium od Walentina z rosyjską sobolową etolą owiniętą wokół szyi i pumpy od Maud Frizon. W ręku trzymała marynarską torebkę ozdobioną błyszczącym inicjałem firmy Hermes: H” Facet patrzący na nią od innego stolika rozmyślał w równie modnym stylu: „Sprawiedliwość jest w moich rękach, rzekł pan, a ja jestem mieczem sprawiedliwości, narzędziem jego zemsty. Moje życie to nieustanna pokuta… itp., itd.”

Czy nie sądzicie, że żyjemy w czasie absolutnego braku wolności? Jesteśmy tylko stojakami dla ubrań, przeżyć, poglądów – a wszystkie firmowane są cudzymi nazwiskami. Połowa z nich zresztą mnie osobiście nic nie mówi. Wszystkie razem zaś stanowią zawartość zsypu – tu szmatka, tam kawałek Biblii. Zmieniam lekturę.

Czytam sobotnie „Wysokie obcasy”, a właściwie przeglądam dział o architekturze wnętrz: Beżowy salon. Nad kanapą Swing firmy Dema… (co to jest „Swing” pisany przez duże S? Nie jest to obraz, choć ewentualnie mógłby być, bo to coś w rodzaju deski z przenikającymi się beżami) Fotel Be Bop. Półki na książki firmy Poliform… itp. Na półce na książki nie ma książek za to leżą kamienie.

Jak mieszkać w takim mieszkaniu? Co może myśleć ktoś, kto zajmuje siedemdziesiąt pięć metrów powierzchni bez jednego osobistego akcentu, książki zastępują kamienie, patera zawiera owoce nie do jedzenia, w kuchni nie ma ani jednego garnka. Obraz nazywa się be bop lub swing i sporządzony jest (bo przecież nie namalowany) pod kolor obicia kanapy.

W moim domu na działce wisi taki obraz. Namalowany w 1922 roku przez malarza znanego i cenionego dziś na aukcjach, zaprzyjaźnionego z rodzicami drugiej żony mojego ojca, podarowany im jeszcze przed wojną. Przetrwał wojenną zawieruchę i zawisł dumnie nad granatową, peerelowską wersalką „zdobytą” przez tę panią kosztem wielu wyrzeczeń i dzięki jej znajomościom.

Sęk w tym, że obraz (moim skromnym zdaniem) przedstawiał rozmytą i artystycznie przetworzoną postać kobiety w ludowym stroju. Niestety, zdaniem drugiej żony mojego ojca obraz powieszony nad granatową wersalką powinien mieć coś z granatu w feerii zastosowanych kolorów, a skoro nie miał (dominował zielony i czerwony), powinien przynajmniej kompozycją dostosować się do owego peerelowskiego mebla. Jakie było z tego wyjście? Proste! Powiesić obraz wzdłuż boku, a nie wszerz. Wyszło więc na to, że kobieta w ludowym pasiaku nie stała, a leżała nad osobami śpiącymi na wersalce, co było pretekstem do cichych żartów z gospodarzy. Jednak gospodyni nie przejmowała się nimi, bowiem nad jej wersalką nie wisiało ślubne podkolorowane zdjęcie, jak w „niższych sferach”, a prawdziwy obraz prawdziwego znanego malarza.

U mnie na działce kobieta też wisi „na leżąco” podtrzymując tradycję, ponieważ nie chciało mi się zmieniać zaczepu w starej ramie. Tyle, że nie wisi nad wersalką, a nad kuchennym blatem. Znajomi uważają, że przedstawia pęczek włoszczyzny.

Czym jest więc sztuka? Oszustwem, czy ukojeniem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.