Spółki Miejskie

Herzliya. Pamiętam tę mroźną styczniową noc…

Dodaj komentarz

Halina Birenbaum

Nowiny Kurier
Piątek 27 Stycznia 1984

Rys. David Olere

Była to mroźna styczniowa noc 1945 roku, kiedy my, więźniowie Oświęcimia zobaczyliśmy, jak niemieccy hitlerowscy bandyci zapalili po raz pierwszy od czterech lat ogień nie po to, by palić w nim ludzi, jak dotychczas, lecz nareszcie po to, by zniszczyć w nim ślady swych zbrodni. We wściekłej panice palili esesmani dokumenty i szykowali się do ucieczki. Mocny, wyraźny huk dział rosyjskich donosił tej cudownej nocy o kresie naszych męczarni – o szczęściu bliskiego wyzwolenia…

Leżałam wtedy na gołych deskach ciemnej, ciasnej nary, z postrzeloną ręką i plecami, wycieńczona silnym upływem krwi, bólem i gorączką. Wycieńczona piekłem przeżyć, jakie już miałam wtedy za sobą, kilkuletnimi prześladowaniami, głodem, ucieczkami przed śmiercią…

Postrzelił mnie 1 stycznia 1945 posten niemiecki z wieżyczki wartowniczej, widocznie dla własnej rozrywki noworocznej. Uratowanie życia zawdzięczałam tym razem, jak i niejednokrotnie przedtem, pełnej poświęcenia pomocy więźniów, obcych ludzi z rozmaitych krajów. Ta pomoc właśnie, poświęcenie i ofiarność, często nawet przy narażeniu życia, sprawiła ów wielki cud, że doczekaliśmy wyzwolenia!

Do Oświęcimia zawlekli mnie Niemcy latem 1943 roku w transporcie z Majdanka, po tym, jak zabrakło im chwilowo gazu do uśmiercenia nas. Miałam wówczas 13 lat, ale podawałam, że mam 17, jak mnie wyuczyła mama jeszcze w getcie – gdyż dzieci i ludzi starych oraz chorych nie wpuszczali do obozów, zabijali ich na miejscu.

W ciągu niemal dwóch lat wdychałam w siebie zapach palonych masowo – ciał ludzkich. Oświęcim był ciemny w dzień od czarnego, gęstego dymu – a w nocy widny od wysokiego słupu ognia, który walił nieustannie z pieców krematoryjnych.

Miesiącami przesuwały się przed moimi oczami niezliczone sznury pociągów, które zwoziły setki tysięcy ludzi, przeważnie Żydów na stracenie, do gazu. Widziałam przez druty kolczaste, jak ich segregują, rozdzielają rodziny, wyrywają matkom dzieci – jak olbrzymie kolumny ludzi czekają w kolejce do krematorium, nie wiedząc, że idą na śmierć.

W drodze do roboty przechodziłam obok nich, mijałam się z nimi, czasem zagadywaliśmy w ukryciu przed esesmanami jedni drugich, po godzinie już sortowałam ich odzież na wysłanie do Niemiec. A z tych ludzi unosił się jeszcze tylko czarny dym i mdły swąd spalenizny!…

Pamiętam to wszystko, jakby było wczoraj. W uszach dźwięczą mi okrutne słowa komendy esesmanów i esesmanek, gwizdki na apel, gwizdki zwołujące nas na selekcje. Kolczaste, naładowane prądem elektrycznym druty, ciasne, jak klatki baraki i stosy trupów między barakami, ułożone, jak wyschłe kłody drzew.

Widzę przed sobą te udręczone, niepodobne już do ludzi, choć żywe jeszcze ofiary Oświęcimia: zgolone głowy, zapadłe, wygasłe oczy, wychudłe, jak szkielety ciała. Pamiętam ten ciągły strach, ten skręcający kiszki głód, niemiłosiernie dokuczające robactwo, brud, choroby, tyfus plamisty, brzuszny, wrzody ropne czy krwawa dyzenteria przy niemożliwych torturach nie dopuszczania przez władze obozowe do ustępów!…

Na wszystkie cierpienia – jedno tylko istniało „lekarstwo”: komora gazowa.

„Doktór” Mengele był właśnie jednym ze specjalistów i swą diabelską pałeczką wskazywał komu na lewo, do pieca – komu na prawo na dalsze męczarnie w obozie.

Potem odprowadzali wyznaczonych na śmierć do gazu, a zwolnionych do łaźni, gdzie rozdawali coś podobnego do mydła, oznaczone literami R.I.F. Mówiono w obozie, że te litery są skrótem słów Rein Judisches Fetz, jakoby „czysty żydowski tłuszcz”.

Za byle jakie przekroczenia bestialskiego rygoru obozu, za słabość chwilową, chorobę, wychudzenie, karali wyrokiem śmierci.

Przywieźli nas do tego piekła w bydlęcych wagonach. Koszmarna droga nasza trwała dwie doby, bez jedzenia, bez picia, w obłędnej ciasnocie, przymusowo siedząc rzędami na podłodze, jedna między nogami drugiej i nie wolno było (i nie można było), pod grozą rozstrzelania, zrobić najlżejszego poruszenia.

Obok mnie esesman zastrzelił, a potem rozkazał wyrzucić z wagonu młodą kobietę za to tylko, że odważyła się wyprostować ciało na chwilę!…

Zdrętwiała ze strachu i długotrwałej niemożności zmiany pozycji ciała, spragniona do tego stopnia, że wydawało mi się, że brzuch i plecy wyschły mi i skleiły się w jedno – dojechałam do Oświęcimia.

Matkę oderwali ode mnie jeszcze na Majdanku, gdzie ją pognali do gazu. Kiedy szukałam jej rozpaczliwie pośród nagich kobiet w łaźni, starały się mi wmówić znajome kobiety z bunkra getta warszawskiego, że zabrali ją do innego obozu, do lżejszej pracy przy obieraniu kartofli!…

Nie pojmowałam nawet, co do mnie mówią, oniemiała z nieszczęścia, które tak nagle spadło na mnie i nie mogąc w żaden sposób pogodzić się z nim. Jakbym nagle wpadła w otchłań nieopisaną, byłam, jak obłąkana zupełnie. Ale dalszy potok nieszczęść i grozy ocucił mnie znów i zahartował do dalszej walki.

Byłam tęgą, dobrze zbudowaną dziewczynką i to pozwoliło mi na okłamanie katów, na ukrycie prawdziwego, „niedozwolonego” do życia wieku. I tak stałam się więźniem nr 48693 w KL Birkenau…

Całe moje ciało pokryło się ropiejącymi ranami od zagłodzenia, brudu, zimna. Mokra, gnijąca odzież, a zwłaszcza przemoczone, wlepione mocno w rany nóg pończochy i ciężkie, o wiele za duże drewniaki, których jesienią nie było się w stanie wyrwać z błota, a do których zimą przymarzały grudy śniegu i jak kajdany pętały nogi, w czasie gdy esesmani rozkazywali biegać z ciężarami w ciągu kilkunastu godzin dziennie – to koszmar, którego nie da się opisać!…

W ogromne ulewy zostawiali nas godzinami na dworze, specjalnie nie wpuszczali do baraków, nawet w takich godzinach, kiedy nie wolno nam było znajdować się poza ich obrębem. Wymyślali na to różne kary i preteksty.

Niejednokrotnie mało im było dla nas tej męki całodziennego wystawania na deszczu w grząskim, śliskim błocie po kostki i kazali nam wszystkim klęczeć w nim, wśród kamieni, kaleczyć do krwi zdrętwiałe, rozbolałe kolana, a w równo podniesionych rękach do góry kazali trzymać cegły – po dwie w każdej ręce!…

Podczas takich pełnych niewysłowionej męki dni zapominało się nawet o skręcającym kiszki głodzie, selekcjach i „doktorze Oświęcimia” Mangele. Nie widziało się niemal tych tysięcy ludzi na rampie za drutami, posuwających się w kolejce – do komór gazowych.

Tamci byli jeszcze nieświadomi swego losu, byli ubrani w swoją odzież z domu i na razie – ze swymi bliskimi. Szli na śmierć, a my oddychaliśmy śmiercią, czy może… byliśmy nią?…

Wspomniałam to wszystko, bo już niedługo będzie 40 lat, odkąd wyrwałam się stamtąd. Nie raz trudno mi wprost wierzyć, że jestem jeszcze, że naprawdę przeżyłam…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.