Spółki Miejskie

Perły przed wieprze. Tereska

Dodaj komentarz

Marek Szarek

Sir John Everett Millais – Ofelia

W liceum kochałem się w Teresce. Była najlepszą uczennicą w klasie, ale nie kujonem, co w pocie czoła pracuje na szkolny sukces, tylko świadomą własnej wartości, młodą intelektualistką. Siedziała samotnie w ostatniej ławce, z wyższością spoglądając na uczniowską czerń. Na lekcjach błyszczała erudycją i oryginalnymi sądami, a polonistka zawsze stawiała jej najwyższą notę.

Odnosiłem niemiłe wrażenie, że Tereska zamknięta w swojej osobnej wyniosłości, nawet nie zauważyła, że przez 4 lata uczęszczaliśmy razem do tej samej szkoły. Smukła, chuda blondynka bez biustu, ubierała się w zwiewne, hipisowskie sukienki i wyglądała jak Ofelia na obrazach angielskich prerafaelitów.

Po maturze widywałem Tereskę na Uniwersytecie. Udawałem wtedy anarchistę, słuchałem piosenek Wysockiego, a pod pachą nosiłem powieści Cortazara. Zapuściłem brodę, na uczelnię chodziłem ubrany w robotniczą kufajkę i okute blachą buty odkupione od palacza z miejskiej kotłowni. Miałem nadzieje, że Teresce zaimponują te przebieranki, doceni mój lewicowy nonkonformizm i zwróci na mnie uwagę.

Kiedyś zaprosiłem ją nawet na kawę, zagadywałem o teatr Grotowskiego, o literaturę iberoamerykańską, o politykę. Moja elokwencja nie robiła na Teresce większego wrażenia. Randka przeszła bez dalszych konsekwencji, a dziewczyna pozostała zimna i odległa, jak Afrodyta wycięta z ilustracji do podręcznika historii.

Minęło parę lat. W międzyczasie zawaliłem egzaminy na polonistyce i skreślono mnie z listy studentów. Podjąłem pracę w sklepie z zieleniną. Jeździłem starym Żukiem po wiejskich targach, kupowałem od chłopów jajka, nosiłem na plecach worki z kartoflami, sprzedawałem owoce po mazurskich pegeerach. Wiosną, wyprawialiśmy się do podkrakowskich Wawrzeńczyc po nowalijki, a zimą pod Grójec po jabłka. Straciłem cały swój fason młodego buntownika. Umawiałem się na randki z niewymagającymi dziewczynami, z którymi można było wypić tanie wino i pościskać się w kinie.

Była jesień, gdy spotkałem Tereskę przypadkowo na ulicy. Odprowadziłem dziewczynę do domu i obiecałem że pomogę jej zaopatrzyć się w ziemniaki na zimę. Następnego dnia wniosłem po schodach i rzuciłem pod drzwiami wybranki 50-kilogramowy wór kartofli w podarunku. Jutowy worek przewiązałem czerwoną kokardą, a do środka włożyłem list miłosny. Mój trud został doceniony! A kartofle były w najlepszym gatunku – Almy!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.