Spółki Miejskie

Herzliya. Z mojej książki (pamiętniki) „Każdy odzyskany dzień”

1 komentarz

Halina Birenbaum

Krystyna Linder-Kopiecka – Warszawa, Plac Zamkowy

W Warszawie na otwarciu wystawy artystyczno-fotograficznej o Majdanku, gdzie zaprosił nas pan Edward Dziadosz, dyrektor muzeum na Majdanku, podeszła do nas, byłych więźniarek tego obozu, pewna żurnalistka. Katarzyna pisała o mojej książce jeszcze w roku 1967. Natychmiast przypadłyśmy sobie do serca. Okazało się, że łączy nas wiele, żyłka twórcza, ulubione książki – przeszłość w latach wojny. Katarzyna uratowała się dzięki poświęceniu sióstr zakonnych w Turowie, nie przeszła piekła obozów jak ja i pozostała w Polsce. Stała się nieoceniona w nawiązaniu rozmaitych kontaktów z dziedziny literackiej, no i w wędrówkach oraz załatwianiu sprawunków w Warszawie. Każde spotkanie z nią było przeżyciem, każda rozmowa głębszym zacieśnieniem więzów. Jakbym niespodziewanie odnalazła siostrę. Oczytana, rozumna, pogodna, punktualna. Cierpliwa – w każdym razie względem nas i naszego rozbieganego trybu życia w Polsce. Dziwne, że nie znałyśmy się dotąd…

W Lublinie przyjęła nas Krystyna Madalowa, archiwistka muzeum na Majdanku, z którą ledwie zdążyłam wymienić kilka słów podczas swego poprzedniego pobytu. Odtąd utrzymujemy przyjazny kontakt.

Na Majdanek przyjechaliśmy z Martą i Amosem. Przywiózł nas tutaj pan Zygmunt, nasz nowy znajomy w Polsce. Zaproszono nas na herbatę do gabinetu dyrektora, podarowano książki, pan Dziadosz wręczył mi medal „Pax 1939-1945″. Przewodnik władający językiem angielskim (Amos nie zna polskiego), Andrzej Nowodworski, osobiście oprowadzał nas po obozie, a ja tłumaczyłam i opowiadałam Marcie z własnego doświadczenia. Obie nie mogłyśmy opanować łez, ale nie wstydziłyśmy się ich w tym miejscu. Urządzono dla nas pokaz filmów dokumentalnych. I nagrano ze mną dwugodzinny film-video na tle obozu i komory gazowej, w której przesiedziałam wtedy całą noc, ale zabrakło Niemcom nagle gazu…

W wydawnictwie „Czytelnik” czekała mnie wielka niespodzianka: moje wrażenia z pierwszej podróży do Polski zostały opublikowane w drugim nakładzie książki Nadzieja umiera ostatnia. Aż się rozpłakałam z radości – wszyscy wokół mnie łącznie z panem redaktorem i prezesem mieli łzy w oczach.

Odwiedziliśmy redakcję gazety „Folks-Sztyme”, gdzie przyjął nas serdecznie redaktor A. Kwaterko i inni członkowie redakcji.

Helenka Kubica, pracowniczka Muzeum w Oświęcimiu, oczekiwała w Katowicach, aby wziąć nas do swego domu na wsi w Jawiszowicach. Pozostaliśmy w domu Helenki i Jurka Kubiców przez kilka dni. Obwozili nas po okolicy, oprowadzali po różnych zabytkach. Przyjął nas w swym biurze dyrektor muzeum p. K. Smoleń – również były więzień Oświęcimia. Helenka i Jurek doprowadzili nas do bloku nr 27 na B lagrze, w którym przebywałam jako więzień w ciągu wielu miesięcy… Był teraz wyprzątnięty, osnuty ciszą, pusty! Te same nary, korytarze-sztuby, wąskie drzwi, mały pokoik blokowej i szrajberki… Tu kroili i kradli z naszych porcji chleba… Na drzwiach tego pokoiku zawieszony był rozpaczliwy wzrok setek zagłodzonych śmiertelnie ofiar… Górna nara vis a vis drzwi – leżałam tu z Helą przy oknie pod dachem… W nozdrzach zapach chloru na siennikach i przed blokiem, swąd palonego mięsa ludzkiego, dym, ogień, gwizdki na apel, krzyki „kafe hollen!!!” Paniczny bieg do latryn i na apel przed blok… a naprzeciwko za drutami kolczastymi pod prądem – co dzień nowe pociągi bydlęce z ludźmi, krzyki, esesmani i selekcje – na życie, na śmierć… Tutaj. Ja – wtedy, ja dziś z moim mężem, z młodziutką Helenką, wzruszoną i poważną, i z Jurkiem, w pochmurny deszczowy dzień kwietniowy. Mąż szepcze mi do ucha: „Opanuj się, nie płacz, nie jesteś sama!” Ma rację. Zawstydziłam się. Ale niech przynajmniej sfotografuję ten blok, aby było widać numer 27 – dowód, iż nie wymyślam, nie opowiadam bajek młodzieży w Izraelu… Na ziemi koło zburzonego krematorium, niedaleko stawu, gdzie wrzucano wtedy popioły po spalonych transportach ludzi, znajdujemy drobne szczątki jak muszle zwapniałe – to kości ludzkie. Na stawie pływają wieńce kwiatów, rzucane przez dobrych ludzi.

W Oświęcimiu spotkałam się z przewodnikami muzeum. Wysłuchali moich przeżyć i wrażeń teraźniejszych. Wzruszenie było ogromne i tak wiele dowodów zrozumienia oraz uznania, że trudno mi było wprost pojąć, iż doczekałam tego w miejscu, gdzie zaznałam kiedyś tyle zła! Nie znajdowałam słów na wyrażenie swej wdzięczności tym ludziom, którzy przecież dotąd nie znali mnie wcale. Było to nagrodą za to, co tu wycierpiałam, i satysfakcją – że właśnie tutaj okazano mi tyle szacunku i uznania. Podarowali mi album pałaców mojej rodzimej Warszawy.

W Rzeszowie Ryszard Ziemba, jego żona Iwonka i Danusia Laszago mimo późnej godziny oczekiwali nas z kwiatami na stacji. Tak dobrze było znaleźć się w ich ramionach po siedmiogodzinnej jeździe z Warszawy! Ziemba był pierwszym czytelnikiem, który odezwał się do mnie po przeczytaniu mojej książki jeszcze w roku 1967. Rozmawialiśmy, zwiedzaliśmy miasto – Iwonka szykowała wyśmienite posiłki. Podziwialiśmy artystyczne oprawy książek Ryszarda, dzieła jego rąk. Jakie to skarby! Tylko aby móc je obejrzeć warto było zrobić tę daleką podróż z Herclii izraelskiej – do Rzeszowa! Pisał mi o swych książkach, posyłał fotografie niektórych opraw, katalogi wystaw, które mu urządzano, ale nie wyobrażałam sobie, że są aż tak piękne.

Warszawa! Rynek Nowego Miasta, gdzie urodził się i do wojny mieszkał mój mąż. Dwa okna z frontu na parterze. Łzy w oczach – „Tutaj, tutaj był nasz dom!…” Stoi w tym miejscu po czterdziestu latach i ociera łzy z oczu.

Spacerowaliśmy godzinami po ulicach Warszawy. Wzruszenie na dźwięk każdej nazwy ulicy znanej sprzed wojny. Po raz pierwszy chodzimy tu razem, mimo że oboje urodziliśmy się i wychowali w tym mieście. Poznaliśmy się już po opuszczeniu Polski. Mąż lepiej pamięta Warszawę, orientuje się lepiej w położeniu ulic, jest o kilka lat starszy ode mnie, ja jeszcze nie wychodziłam z domu sama przed wojną, byłam dzieckiem. Po naszej dzielnicy, która należała do getta, nie ma żadnych śladów, żadnego podobieństwa. Zbudowano tu, na morzu gruzów, nowe, szerokie ulice, bloki nowych domów, nic nie przypomina owych starodawnych, w których żyliśmy – i z których wygnali nas hitlerowcy do Treblinki, Majdanka, Oświęcimia…

Muranowska, Nalewki, Miła, Nowiniarska, gdzie tyle razy chodziłam snując najrozmaitsze marzenia, oddychałam rodzimością – potęgą życia i grozą śmierci. Zostały jedynie nazwy, tak wymowne i drogie! Toniemy w nich teraz oboje. Wymieniamy wspomnienia. Spacerujemy po Ogrodzie Krasińskich, w którym przed wojną mieściła się moja szkoła. Idziemy na Stawki, na Umschlagplatz. Na słupach tabliczki wskazujące kierunek, ustawione specjalnie, aby ludzie rozeznali się po tej trasie, którą prowadzono Żydów do wagonów bydlęcych mających ich odwieźć do Treblinki. Tego roku ustawiono tu pomnik w 45-lecie powstania żydowskiego. Z trudem zdaję sobie sprawę, że jeszcze żyję i kroczę po tych trotuarach. Dusiłam się w bunkrze pod piwnicą na Miłej 3, nie było tam więcej tlenu, aby zapalić zapałkę – a nad nami niemieccy łapacze – mordercy! Uratowały się tylko pojedyncze osoby. Mój mąż znajdował się w tym czasie w Związku Radzieckim, dokąd zdołał uciec na początku okupacji. Jestem więc zupełnie sama z tymi niesamowitymi wspomnieniami. Mówię o nich – ale czy mnie rozumie, czy może sobie wyobrazić choćby małą cząsteczkę tego?

Ja odnajduję te wydarzenia w każdym starym kamieniu, w każdym strzępie, który pozostał z owych czasów w Warszawie czy gdziekolwiek w Polsce. Wiążę je w mojej pamięci w dziwną składankę, odtwarzającą drogie, znane obrazy. Dla męża mojej przyjaciółki nie pochodzącego z Polski te stare kamienie, mury i domy w Polsce są jedynie wyrazem zaniedbania, braku modernizacji i rozbudowy… Patrzy na nie krytycznie – a ja odszukuję i z radością wskazuję je jako jeszcze jakąś, nowo odkrytą cząstkę swej przeszłości, samej siebie.

Na Umschlagplatzu odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika. Parada wojska polskiego, delegacje z zagranicy, wieńce, kwiaty, orkiestra wojskowa, mowy oficjalne w rozmaitych językach, tłum ludzi. Jasny dzień wiosenny. Łzy palą mi oczy, gardło. Tędy prowadzili nas wtedy w kolumnie, środkiem szosy pod eskortą uzbrojonych esesmanów w zielonych mundurach… Tyle ludzi! Wymęczeni, wymiętoszeni, wyblakli, zszarzali, postarzali, skurczeni – z piwnic, strychów, z płonących domów i kryjówek! Na ten Umschlagplatz, przed budynek tej szkoły na Stawkach… Droga oblana dziś promiennym słońcem wiosennym roku 1988… Jestem tak mocno i tak niepodzielnie z nimi! Ale jestem żywa, kroczę tutaj znów, u boku męża, ojca moich dzieci. Mamy już wnuki. Oni nie znają tych miejsc. Nie byli tu nigdy, choć noszą w sobie ich ślady i odgłosy. Wiem o tym na pewno. Odczują tę swą przynależność, gdy przyjadą tu kiedyś.

Ceremonia kończy się. Zostaję pod jej wrażeniem oraz z sobą z wtedy, gdy dusiłam się w bunkrze, gdy szłam w tej kolumnie do wagonów… Nagle odzywa się głośny, rytmiczny jak do skocznego tańca, śpiew. Plaskanie dłoni i pełne wesołości hebrajskie słowa: „Am Izrael chajF” – Naród żydowski żyje… Żyje? Oni? Te setki tysięcy z tych kolumn, które tędy prowadzono – miliony im podobnych?! Triumf życia?! Radość?! Z jakiej racji tu, dziś, teraz?! W tłumie Polacy pytają jedni drugich, z czego się oni tak cieszą? Przecież mają też inne pieśni? Brak mi tchu. Biegnę tam, przedzieram się przez tłum gapiów, który okrążył śpiewających młodych Żydów z Izraela. Nie słyszą mnie – nie rozumieją. Nie mają pojęcia, gdzie się znajdują, jaki sens mają te miejsca! Tutaj zwyciężyło zło, śmierć odniosła największy triumf w historii ludzkiej, a oni klaszczą, śpiewają rytmicznie, z radością, że żyją, zamiast zjednoczyć się w intymnej ciszy z przebrzmiałymi echami. Przyjechali zza morza, aby manifestować triumf własnego istnienia na tych cmentarzach. Żyję dziś wśród nich, mówię ich językiem – i w dużej mierze jestem jednak obca. Staram się przerzucić most, objaśnić im, powiązać z ową przeszłością, lecz mój głos nie dociera, jest za słaby, mimo że chodzę do szkół, opowiadam, piszę. Nie przemija to bez echa, ale inni często mnie zagłuszają.

Specjalne autokary zabierają nas na akademię do Treblinki. Z dawnego Umschlagplatzu, obmurowanego teraz pomnikiem z białego marmuru!… Wrażenie przeszłości wciąż włada mną, każda drobnostka tu jest tak wymowna… Tłumy z Umschlagplatzu, z placu koło szkoły na Stawkach, jadą do Treblinki… Jadą złożyć hołd męczennikom, wolni, odświętnie odziani, bezpieczni. Mówię, że jesteśmy gośćmi z Izraela, byli więźniowie obozów, getta warszawskiego. W drzwiach autokaru wyciąga do mnie dłoń przewodnik polski i z szacunkiem toruje drogę do wejścia, wskazując wolne miejsca.

Siadam przy oknie na miękkim fotelu, oczy wlepiam w szybę, nie patrząc i nie słuchając siedzących w pobliżu ludzi. Nawet z mężem nie rozmawiam. Jestem gdzie indziej, przy innych ludziach, których on nie znał. Może i z nim dzieje się podobnie, nie wiem.

Krajobrazy polskie znane i nowe, domki, chaty, kiełkujące listki na drzewach, pola. Zbliżamy się. Napisy: „10 km do Treblinki… 7 km do Treblinki… 3 km do Treb…” Ogarnia mnie groza. Dla nich wtedy były to ostatnie kilometry i metry dzielące od wieczności, od śmierci. Ostatnie metry-chwile życia i całego ogromu jego dziejów… Cokolwiek powiem o tym, będzie banalne i niedorzeczne. Jakkolwiek opiszę – nie wyrazi to tego sensu. Czuję go tylko w sobie, ale nie mam na to słów, które równoważyłyby się z tamtą rzeczywistością. W jaki sposób nie zgarnęła mnie wówczas? Czyż to możliwe, że minęło 45 lat, a ja jeszcze żyję, jestem znów w Polsce i jadę z mężem jako turystka na akademię do Treblinki?! Czuję w sobie swe życie – i swą śmierć, jestem z tym żyjącym, uroczystym tłumem – i z tamtym z wtedy, bardziej właśnie z tamtym. Już raz to przeżyłam, a może więcej niż raz…

Na pole kamieni ściągają tłumy. Ludzie chodzą, stoją, siedzą, rozmawiają, modlą się – płaczą. Nagle potężny głos kantora przecina powietrze. Rzewna, rozpaczliwa melodia-modlitwa żydowska wypełnia całą tę przestrzeń, wznosi się do nieba, oplata grozą. Czuję, że oczy rozszerzają mi się, olbrzymieją, niemal wychodzą z orbit. To jest to. Teraz jestem tą prawdziwą sobą – taką, jaką byłam wtedy, gdy łapali nas na ulicach i w domach, aby wysłać tutaj i stracić. Takie miałam wtedy oczy, tak waliło mi serce i prężył się każdy nerw.

Naprzeciw siedzi mój mąż, spogląda na mnie. Nie znaliśmy się przed wojną, choć nasz dom na Nowiniarskiej znajdował się niedaleko ich domu na Rynku Nowego Miasta. Moi rodzice nie widzieli go, jego rodzice nie widzieli mnie. Nie chodziliśmy tymi ulicami jako młoda para, nasi rodzice nie snuli planów w związku z naszą przyszłością, nie wymieniali uwag, ostrzeżeń. Nie było ich na naszym ślubie, nie błogosławili nas w czasie tej uroczystości, nie przytulili do serca naszych dzieci. Siedzimy teraz razem na tej ziemi, a ich popiół jest w niej. Jesteśmy tak bliscy – a oni nawet o tym nie wiedzą. Nie wiedzą, żeśmy się poznali, pokochali, że jesteśmy już dziadkami, że żyjemy tak daleko stąd. A może ich duch widzi nas i obejmuje. Płakałam. Pragnęłam z całej duszy wyjąć z torebki fotografie naszych dzieci i wnuków i wsunąć je do ziemi, pokazać je im – połączyć z nimi naszą teraźniejszość, tu wszakże są, a my przyjechaliśmy do nich, dotykamy swym ciałem ziemi, w której wymieszane są ich popioły!

Oficjalne mowy, ludzie zbliżają się do pomnika, wędrują z miejsca na miejsca, składają wieńce, kwiaty, fotografują.

Nagle wpadam w objęcia Guty. Przyjechała tu również z Izraela. Przytuliłam się do niej i zapłakałam. Leżałyśmy w ciągu trzech tygodni w tym samym bunkrze na Miłej 3 podczas powstania. Kto jak ona wie, czym było dla nas wtedy słowo „Treblinka”?! Stoimy teraz jednakowo osierocone na tym wielkim polu kamieni z obrazem najdroższych, których nie ma. Jesteśmy dziś jak dwie kruszynki przywiane tutaj wiatrem z niepojętych przepaści i dali. Przenikał mnie wprost fizyczny ból na myśl o tym wszystkim. O, jak to bolało tam, w obecnej Treblince!

Pisząc o tym teraz nie śmiem nawet czytać i poprawiać. Słowa te palą jak ogień i nie śmiem ich dotknąć, aby nie zranić ich czy też siebie.

Po miesiącu wracamy do domu. Ostatni dzień kwietnia. Zbyszek siedzi przy nas w taksówce. Odprowadza nas na lotnisko. Przejeżdżamy przez most na Wiśle – na drugim brzegu Zamek, Cytadela, krzyże kościołów. Mój „twardy”, niesentymentalny mąż wskazuje je palcem i dodaje cicho głosem drżącym od wzruszenia: „Starówka, kościół Marii Panny – moja dzielnica… Rynek Nowego Miasta…” Żegnał je wzrokiem, a ja towarzyszyłam mu milczeniem.

15.11.88

Tak, znów piszę na ten temat. Opowiadam z góry na to krytyczno-lekceważące pytanie-zarzut wszystkim, którzy mnie nim obdarzają czy też obdarzą w przyszłości. To jest mój główny temat, temat życia i śmierci ludzi w latach okupacji hitlerowskiej i Zagłady oraz refleksji z lat powojennych związanych z nimi. Nie zmienię siebie, swej osobowości. Wspomnienia i odczucia z owego okresu nie przestają mnie nurtować, absorbować. Inni, ci, którzy urodzili się czy urodzą później – muszą o tym – wiedzieć, a nie tak wielu z tych, co się zdołali uratować, jest w stanie to przekazać.

Piszę wciąż o tym, opowiadam uczniom w szkołach – właściwie więcej opowiadam niż piszę, gdyż oni wolą raczej ustne relacje – mniej kwapią się, aby potrudzić się nad książką…

Wracam z takich spotkań wyczerpana fizycznie i duchowo. Cały dzień potem nie mogę nic robić, nie udaje mi się zasnąć ani wrócić do otaczającej mnie rzeczywistości. Wyprawa w przeszłość trwa, nie ustępuje. Szukam więc ciągle czegoś, aby sobie to jakoś wynagrodzić i dać ujście napięciu. Pragnę być sama, płakać, pisać – ulecieć w dalekie chmury… Dopadam słodyczy, jem i piję wszystko, co mi jest wzbronione. Wydaje mi się nagle, że wszystko mi wolno, skoro zdołałam przeżyć ten koszmar i zmierzyć się z nim na nowo opowiadając przed tyloma słuchaczami. Wypełnia mnie przekonanie, że jestem niezwyciężona, potężna!

I mam wrażenie, że moi słuchacze (lub czytelnicy), przeżywszy przeze mnie tę opowieść, czują to samo.

1988

Zaczęło się jak wszystko w moim życiu – od przypadku. Po opublikowaniu w tygodniku „Zwierciadło” moich wrażeń z pierwszej po czterdziestu latach podróży do Polski „Wyprawa w przeszłość – Polska 1986”, otrzymałam bardzo wzruszający list od pewnej czytelniczki. Krystyna, była więźniarka obozów hitlerowskich, ubolewała, że nie wiedziała o mojej wizycie w Polsce i zapraszała gorąco do siebie podczas następnej. Pisała, że zajmuje się oprowadzaniem grup młodzieży niemieckiej z organizacji Znaku Pokuty po byłych obozach zagłady na terenie Polski. Od dawna zna moją książkę „Nadzieja umiera ostatnia”, czyta im fragmenty po niemiecku, a nawet przetłumaczyła wspólnie z Fritzem Mille, przywódcą organizacji pracującej młodzieży ewangelickiej w Berlinie, i opublikowała w broszurce rozdział tej książki. Mille także przysłał mi serdeczny list 1 egzemplarz tłumaczenia. A potem powstał w Izraelu film „Z powodu tej wojny”.

One thought on “Herzliya. Z mojej książki (pamiętniki) „Każdy odzyskany dzień”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.