Spółki Miejskie

Notatki z czasu zarazy

Dodaj komentarz

Kolaż cyfrowy Wiesława Cupały

Ludwika Ogorzelec (Paryż)

Wczoraj namawiana przez przyjaciół z Wrocławia – mimo obiekcji, że nie powinnam zawozić ewentualnego wirusa z Paryża (który jest jak „oko cyklonu” koronawirusa na mapie Europy) moim przyjaciołom czy rodzinie w Polsce (bo kto wie, co już złapaliśmy?) – zastanawiałam się w wielkich emocjach, jak zorganizować mój wyjazd do Polski … ale od wczoraj wieczorem jestem już spokojna. Macron wprowadził Stan Wojenny, zamknął granice i nikt bez papieru z deklaracją „na honor”, że ja Ludwika Ogorzelec, urodzona (…) zamieszkała (…), muszę zrobić zakupy żywnościowe w (…) albo w dystansie 500 m od domu, w pojedynkę pospacerować dla zdrowia czy wyprowadzić psa (którego nie mam).

Są tam jeszcze inne nakazy, których jeżeli nie będę przestrzegała zapłacę mandat od min. 35€ do ???

…no i w 4 godzinie tych nakazów zapanowała jeszcze większa cisza wokół mojego domu… jedynie jazz z radia gra mi non-stop + TVP info z Ipoda i BFM francuski serwis informacyjny z komputera, który w swojej atmosferze jest naprawdę katastroficzny (tzn. prawdziwy?).

Wczoraj przyjaciel lekarz, pracujący w jednej z ważnych klinik, kilka godzin wcześniej mówił mi o tym, że Macron w trakcie swojego orędzia o 20-tej zapowie Stan Wyjątkowy (Wojenny), że wojsko wkroczy do Paryża. Wygadał się, że we Francji zaprzestają robienia testów, bo jest to zbędne, i za bardzo kosztowne. Rozpoznanie zachorowań będzie robione tylko po objawach… chyba dlatego Niemcy wyprzedziły Francję w statystykach zachorowań skoro tutaj nie robią testów?

Skąd mogą wiedzieć ile naprawdę jest zainfekowanych osób? Dzisiaj do godziny 12 w południe można było zdecydować, gdzie się chce odbyć swoją kwarantannę, więc tłumy paryżan udało się na dworce kolejowe, aby w zatłoczonych pociągach uciec do swoich starszych rodziców, dziadków czy swoich wiejskich domów na prowincji. Każdy z osobna uważał, że to tylko on i skoro nie jest jeszcze chory to jego prawo. No i powieźli wirusa na prowincję…

Bogdan Timingeriu (Wrocław)

Scena 1

Ładna pogoda. W krótkich spodenkach i podkoszulku otwieram okna na oścież. Słychać śpiew ptaków, którego słucham, i warkot pojazdów, którego nie słucham. Tak przekonująco udaję, że nie marznę, aż uwierzyłem w to. Nie muszę nic z nikim. Może raz na dwa miesiące pooglądać różne twarze, porozmawiać. Zrobiłem to dwa tygodnie temu i teraz nic nie ciśnie. Przymus kwarantanny, ale jednak z marginesem wyboru, nic nie zmienił. Żeby scena się skończyła, ktoś musi wejść albo wyjść. Jestem pewien, że wyjdzie. Trochę nie wyszło, ale nie będę robił scen.

Scena 2

Coś mi przyszło do głowy. Szkoda, że zapomniałem. Może tak: W końcu czuję jedność ze społeczeństwem. Moja bierność i bezsilność nie jest już prywatna. Czuję, że kiedy inni ryzykują życie dla mojej niekoniecznej wygody, to ja dekuję się bez poczucia nieprzyzwoitości. Nie mówię o służbie zdrowia, bo tak ma być i koniec… Postanowiłem więc podnieść na duchu dzielne pracownice branży handlowej, upewniwszy się najpierw, czy duch leży. Pominę akcję w Biedronce (materiał na nowelę) i w aptece (materiał na romantyczny horror z elementami sci-fi). Do Żabki przyszedłem w ostatniej chwili. Ekspedientki z objawami choroby sierocej kiwały się na stołkach. Pan od noszenia z nieprzytomnym wzrokiem błądził między półkami. Najpierw zreanimowałem jedną panią. Rozmawialiśmy o różnych szkołach wypieku ciast domowym sposobem. Pan ożywił się przy wymienianiu wad i zalet różnych gatunków piw i win. Kiedy ich opuszczałem, byli w świetnym nastroju, zarumienione policzki i błyszczące oczy. Odprowadzili mnie do drzwi tylko dlatego, że poprosiłem, by nie wynosili na rękach. To ja już sobie pójdę.

Scena 3

Ta druga pani z Żabki też była upadła na duchu i też udało się ją ożywić.

Scena 4

W bloku na blokowisku ruchy pionowe, jak w Trzonoliniowcu podczas godziny policyjnej. Kobiety noszą tace z ciastami, panowie butelki z płynami. Gołymi palcami wciskają przycisk windy. Mówię: Dzień dobry! Odpowiadają: Winda się zepsuła? Tak samo na drugim i na szóstym piętrze.

Marek Szarek (Warszawa)

„Wirus krąży, strzeż się ciąży!”

11.03.20

Premier podjął decyzję o zamknięciu wszystkich szkół i uczelni. Puste są kina i teatry. Na razie, wirusa wykryto u kilkudziesięciu obywateli, ale chorych przybywa. Zaczął się szturm na sklepy. Warszawiacy wykupują artykuły spożywcze i środki czystości. Obserwuję, jak tłumy klientów wywożą z ursynowskich supermarketów wózki wypełnione: makaronem, ryżem i wodą chlupiącą w wielkich plastikowych baniakach. Ludzie zachowują się tak, jakby wierzyli, że ryż i woda uchronią ich przed zarazą. W czwartek i piątek miałem dyżury w pracy. W szkole siedziało dwudziestu nauczycieli i jeden uczeń. Jedna z nauczycielek ubrana była w wełnianą, naciągniętą na czoło czapkę, na twarzy miała gumową maskę, a na grzbiecie długi pikowany skafander z metalizowanego plastiku. Wyglądała, jak obcy, 8 jeździec Apokalipsy. Wciąż szokuje mnie widok zamaskowanych postaci w miejscach publicznych – myślę, że szybko przyzwyczaję się do tych widoków.

13.03.20

Skończyłem dzisiejszy dyżur. Kilkudziesięciu nauczycieli czekało w pustej szkole na ostatni dzwonek. Po powrocie do domu, dowiedziałem się, że rząd zamyka granice, ogranicza transport osobowy i działalność galerii handlowych. Na dodatek, zepsuł się mój telewizor, aparat odbiera tylko program TVN24, gdzie bez przerwy gadają o epidemii. Cesia jest zdenerwowana, kłócimy się o głupstwa, mnie także udziela się panika. Jako niedawny zawałowiec jestem w grupie osób podwyższonego ryzyka. W prasie czytam, że dzięki epidemii odmłodzi się społeczeństwo i państwo zaoszczędzi na emeryturach. W niedzielę zamierzałem wyjechać na wieś w odwiedziny do brata, lecz wciąż się waham. Media apelują, żeby ograniczać podróże. Z okazji wyjazdu Cesia upiekła placek cytrynowy, a ja odstałem godzinę przed piekarnią, czekając na pieczywo.

14. 03.20

W osiedlowej budce z zieleniną, już od rana ustawił się długi ogonek po ziemniaki. Ludzie w kolejce są agresywni i nieprzyjemni. Sklepikarka sprzedaje po 3 kilo kartofli na osobę. Sytuacje, jak za komuny, czekam kiedy wprowadzą kartki na mięso. Na szczęście, przed zamknięciem biblioteki zdążyłem zaopatrzyć się w zapas lektur. Wypożyczałem dzienniki: Mycielskiego, Iwaszkiewicza i Łapickiego. Czytam, a propos, najpierw Mycielskiego z okresu stanu wojennego, potem diariusze Iwaszkiewicza z września 39–go. Na deser Łapicki. Podobno, młode aktorki, podejmujące pracę w Teatrze Narodowym, w którym przystojny pan Andrzej grał główne rolę, witane były przez starsze koleżanki, taką oto przestrogą – „Łapa krąży, strzeż się ciąży!”

Kończę te notatki i do zobaczenia do jutra, w myśl zasady – „Niech se krąży, Szarek zdąży”

14.03.20

W sobotni wieczór jadę autem przez śródmieście Warszawy. Opustoszałe miasto wygląda, jak w stanie wojennym podczas godziny policyjnej, brakuje tylko żołnierzy grzejących dłonie przy koksownikach. Warszawiacy serio potraktowali rygory epidemii i nie wychodzą na ulicę. My z żoną także jesteśmy przejęci. Siedzimy w domu i mierzymy sobie temperatury. Przed chwilą, Cesi termometr wskazał 37 stopni, jesteśmy spanikowani i przekonani, że to sprawa koronowirusa. Prosimy córkę, która na czas weekendu bawi u przyjaciół, żeby nie wracała do domu. Z przerażeniem czekamy na kolejne symptomy choroby.

15.03.20

W niedzielne, słoneczne popołudnie, nie wytrzymuję i wychodzę z suką na Psią Górkę. Obserwuję całe rodziny przechadzające się po zielonych terenach Ursynowa. Dorośli spacerują, młodzież biega, dzieci śmigają na rowerach. Media podają sprzeczne informacje – nakazują siedzenie w domach, ale także zalecają wietrzenie się na świeżym powietrzu?

16.03.20

Szał zakupów już minął, tylko przed aptekami wiją się jeszcze ogonki uformowane przez starsze osoby. Ludzie rozsypani w luźną tyralierę z determinacją czekają na swoją kolej. Komu życie, komu śmierć?

17.03.20

Na szczęście, to był fałszywy alarm, Cesia już od 3 dni nie gorączkuje. Jednak nadal zwlekamy z wyjazdem na wieś. A córka wciąż siedzi u przyjaciół, towarzystwo zaczęło się nudzić, więc zrobiło zrzutkę, zamierzają kupić telewizor na spółkę. Trochu się z nich podśmiewam, bo to młodzież z intelektualnymi ambicjami, lewicujący absolwenci filozofii, którzy zawsze z pogardą spoglądali na konsumentów kultury masowej. Ale cóż, jaka epoka, taki Dekameron. A w internecie politykierzy nie odpuszczają nawet w czasie zarazy. Również, wśród moich znajomych trwają zażarte dyskusje. Titanic tonie, a orkiestra rżnie nadal! Ja także uległem politycznym namiętnościom i przekrzykuję się z Jackiem na fejsie.

-Golono!
-Strzyżono!

Ale to jałowe spory. Odstawiam kompa i udaję się na poszukiwania papieru toaletowego!

Katarzyna Urbanowicz (Warszawa)

Jak wiele starszych osób z mojego osiedla (zasiedlanego w końcu lat 60-tych i na początku 70-tych) należę do grupy nieszczęśników poddanych przymusowej, nieustannej kwarantannie, nie ze względu na koronawirusa, a z uwagi na słabe możliwości poruszania się. Za moich młodych lat mama mawiała: „złej tańcownicy przeszkadza rąbek u spódnicy”. To prawda. Kiedy idę otwierać drzwi oddzielające odgałęzienie korytarza z moim mieszkaniem od reszty budynku, napotykam na pierwszą trudność.

Moją sąsiadkę, ciężko chorą odwiedza często syn przyjeżdżający na rowerze. To dziwne, jak ludzie wrażliwi na ochronę przyrody, są zupełnie niewrażliwi na swoich bliźnich. Korytarz jest dość długi, a ja muszę przejechać go 2 razy (za sprawą pożarników) tam z powrotem, by otworzyć i zamknąć drzwi za gościem. Jakiś czas temu wystarczył zamek zatrzaskowy, ale teraz eksperci zażądali zakręcanego paluszkami. Piszę „przejechać”, bo poruszam się z balkonikiem. Otóż syn sąsiadki stawia z uporem maniaka swój rower naprzeciw jej drzwi, zaopatrzonych w dużą wycieraczkę (swoją drogą niepotrzebną zupełnie, bowiem kto przemierzy metry korytarzy, wiele wycieraczek, od wejścia łącznie z wyłożonymi nimi windami, nie ma już śladu błota na butach). Między wycieraczką, a rowerem jest przestrzeń wolna na kilka centymetrów. Chodzący człowiek przejdzie po wycieraczce, balkonik z kółeczkami o średnicy kilka cm nie przejedzie; pchacz musi albo odprowadzić rower w inne miejsce, albo to samo zrobić z wycieraczką. Ręce są zajęte opieraniem się o balkonik (po to on jest), nogą można najwyżej kopnąć cudzą wycieraczkę (o ile danego dnia niezbyt boli i jest mało sztywna).

Spotykam czasem owego syna sąsiadki na korytarzu, więc przekazałam mu prośbę, aby stawiał rower nie na przeciwko wycieraczki. Na to on oświadczył, że oczywiście, już pogotowie zabierające mamę do szpitala miało trudność z przejechaniem obok jego roweru, ale póki co mama jest w szpitalu, a rower dalej sąsiad stawia w tym samym miejscu.

Potem jest już tylko gorzej. Śmietnik z segregowalnią jest pod górkę, a wielkie wrota z trudem dają się pchnąć i zamknąć na klucz. Wśród kwarantannowiczów i kwarantannowiczek panuje przekonanie, że w śmietniku umieszczono kamery mające śledzić, kto i jak posegregowane śmieci wyrzuca i odpowiednio karać zwiększonym czynszem. Ponieważ sporo osób nie wychodzi z domu, śmieci wynosi ich rodzina i znajomi, mają więc złudne przekonanie, że kamerzysta nie zidentyfikuje, z którego lokalu pochodzą odpadki.

Więc my, potencjalne ofiary śmiertelne koronawirusa, zaopatrzeni w zapasy (co jak co, ale czasy słusznie minione nauczyły nas zdobywać dobra wszelakie), cieszymy się, że nie jesteśmy narażeni na zarazę i poszukujemy dobrych stron naszej sytuacji. Ja na przykład wróżę dobry trend dla czytelnictwa. Mimo że z nieznanych mi względów ubolewa się nad osobami poddanymi kwarantannie w szpitalach zakaźnych, które rzekomo nie mogą mieć książek ani laptopów (ale ogłasza się wszem i wobec, że wirus żyje na przedmiotach najwyżej kilkadziesiąt godzin), wierzę, że książka papierowa ma przyszłość, łatwiej się jej pozbyć po przeczytaniu niż laptopa na przykład. Dobry trend dla czytelnictwa wynikać będzie pewnie także z tego faktu, iż przeczytawszy z 10 książek Radosława Mroza albo Blanki Lipińskiej może ktoś zechce sięgnąć do Olgi Tokarczuk, która nie pisze wszystkiego jak się mawiało dawniej „na jedno kopyto”. Wypożyczalnie pełne są Noblistów od Stanisława Reymonta począwszy. W ślad zaś za poszukiwaniem dobrych książek może poprawią się notowania recenzentów, osób, których stać na więcej, niż ogłaszanie z kilkoma wykrzyknikami, iż oto ukazał się nowy bestseller.

W czasach mojej młodości mieliśmy dwóch literackich Noblistów – Henryka Sienkiewicza i Stanisława Reymonta. Ten drugi wydawał mi się okropnym nudziarzem, kiedy więc mój dziadek, Benedykt Jacórzyński (piszę o nim w cyklu „Z szuflad starego biurka”) pokazał mi swoje dzieło pt. „Ludzie polni”, uznałam, że jest to literacka dziesiąta woda po kisielu. Moją uwagę, świeżo upieczonej studentki polonistyki przyciągali modni wówczas skandalizujący pisarze zagraniczni, a w szczególności Sartre i jego małżonka, Simone de Beauvoir, autorka „Mandarynów”, powieści opisującej świat francuskich intelektualistów i związków ich łączących, tak odległy od polskiej siermiężności rodem z Reymonta i wiejskiej moralności, pozbawionej niuansów damsko-męskich, dostępnych dopiero w obecnej Polsce młodym, za sprawą serwisów randkowych. Nie mogę także zapomnieć, że moja pierwsza powieść, uznana za dzieło nieudane, podpadła krytykom także z powodu, iż główna bohaterka, sekretarka nieszczęśliwie zakochana w szefie-intelektualiście, w odruchu rozpaczy poddaje się samopieszczotom (bez opisów takowych, jedynie w postaci jednego zdania wydanego sobie przez bohaterkę polecenia), co uznano za niedopuszczalne w ambitnej literaturze. Ów krytyk zresztą, w czasie uroczystości mojego 70-lecia z podziwem stwierdził, że wykroczyłam poza dopuszczalną ówczesną moralność, co świadczy, iż owo zdanie tkwiło w jego pamięci przez 30 kolejnych lat, co dziś uważam za swój ogromny sukces literacki.

Ale wracam do „Ludzi polnych”. Dziś oczywiście inaczej czytam książkę mojego dziadka. Skanuję kilkaset stronic opisu życia wsi dwudziestolecia międzywojennego i na coś innego zwracam uwagę. Świat ten jawi mi się bynajmniej nie jako sielanka z problemami dawno zapomnianymi (jak posag i opinia wiejskiej dziewczyny tudzież sprawy majątkowe na wsi). Mimo to stateczny, powolny rozwój akcji, długie dialogi bohaterów tak bardzo odbiegają od dzisiejszego życia, jego tempa, że odczuwam to jako kojące.

Przy okazji: Otrzymałam tomik wierszy Stefana Bardczaka „Wołyń bogaty” i zauroczył mnie jeden z wierszy pt. „Kostopol”. – Jest to miasteczko powiatowe okolic wsi urodzenia mojego zmarłego męża. A oto fragment, który oddaje ten nastrój:

„U fury, co się przez ulice wlecze
u dyszla i uprzęży
wiesza się nuda i siada koniowi na grzbiecie…”

Nie wiem jednak jak długo przyjdzie mi się cieszyć ową nieustanną kwarantanną, bowiem jak słusznie, choć nielitościwie zauważył pewien rozpolitykowany nonszalancki profesor – wirus zapewne zmieni strukturę demograficzną kraju.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.