Spółki Miejskie

Babcia Ezoteryczna. Kandydatki na czarownice 1

Dodaj komentarz

Katarzyna Urbanowicz

Amedeo Modigliani – Kobieta z rudymi włosami

Blisko czterdzieści lat temu pracowałam w Centrali Rolniczych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” i uczestniczyłam w pewnej, bardzo poważnej konferencji, odbywającej się w warszawskim „Domu Chłopa” (był to jak na owe czasy luksusowy hotel i centrum konferencyjne). Konferencja miała za zadanie ukazać zebranym przedstawicielom powiatów z całej Polski konieczność zajęcia się propagandą i zabezpieczeniami przeciwpożarowymi na wsi.

Tematyka była obszerna, obejmowała mnóstwo problemów, od ubezpieczeń, funduszy prewencyjnych, Straży Pożarnej, BHP w gospodarstwie rolnym i innych ważnych spraw, więc konferencja przeciągała się. Byliśmy wszyscy po sutym obiedzie, za oknami zapadł już zmrok, a prelegent nawijał coś monotonnie. Niektórzy uczestnicy przysypiali. Wtedy pewna kobieta ze Śląska, wysoka, chuda, koło czterdziestki, o intensywnie rudych włosach, robiąca na oko bardzo poważne wrażenie, odezwała się na głos ni z tego ni z owego:

— Pomówmy lepiej o miłości.

Coś niesłychanego stało się z salą. Były to czasy, gdy takie spotkania i narady były niesłychanie nudne, wzorowane jeszcze na przemówieniach Gomółki. „Samopomoc Chłopska” była prawie ministerstwem. Myśl, że można coś takiego powiedzieć publicznie nie mieściła się w głowie nikomu. Prelegent zaniemówił, w końcu coś wybąkał na temat tego, że nie jesteśmy w szkole i sztubackie żarty nie są na miejscu. Jednak ta niestosowna wypowiedź spowodowała, że wszyscy obudzili się, prelegent przestał nudzić i zaczął się streszczać, niektórzy zaczęli szeptać i chichotać się. Nie ulega wątpliwości, że byłby to jedyny, interesujący wszystkich temat.

Czyż nie była prawdziwą czarownicą?

Zapamiętałam to zdarzenie, bo później poznałam ową rudą kobietę (wówczas z dziesięć lat starszą ode mnie). Była chyba jedyną osobą, poznaną w tamtym okresie mojego życia, która nie ukrywała, że żyje się wyłącznie dla uczucia fascynacji drugim człowiekiem, a cała reszta jest mierzwą. Poza tym nie było w niej nic nadzwyczajnego, ale pociągała mnie swoim brakiem zahamowań przed okazywaniem poglądów i niefrasobliwością, z którą pomijała nawet najważniejsze, zajmujące wszystkich kwestie.

Mój szef (w którym się w tamtych czasach platonicznie podkochiwałam), nie znosił jej, a ja przeżywałam rozdwojenie: z jednej strony fascynował mnie on, swoją wiedzą, inteligencją, umiejętnością prowadzenia skomplikowanych politycznych gier, światowym obyciem; jednak był zdecydowanym prawicowcem w poglądach, co we mnie wywoływało przykre uczucia braku pełnego zachwytu dla jego osoby.

Z drugiej zaś strony pociągała mnie jej osobowość, krańcowo odmienna, pozbawiona wiary w sprawdzone autorytety, poszukująca jedynie swojej drogi, bez oglądania się na ludzką opinię. Nie robiła nic złego, nie stała na bakier z uznaną moralnością, ani nic takiego, (przynajmniej o tym nic nie wiem), ale nie dowierzała z zasady żadnym autorytetom. Mówiła pięknie gwarą w czasach, gdy gwarowość uznawano za synonim niższego statusu społecznego. Nie była żadną intelektualistką, miała wykształcenie tylko średnie, była jednak bardzo dobrym pracownikiem i zawsze czuła się na swoim miejscu, więc nikt jej specjalnie nie tępił, choć czasem lekceważono, jako z lekka stukniętą. Może istotnie była czarownicą?

Oczywiście przyznawałam jej wówczas (jedynie) teoretycznie rację, (a przyznaję dziś w całej rozciągłości). Prawicowość (wg obecnych klasyfikacji; wtedy nazwa ta była zarezerwowana dla politycznych odstępców) szefa w poglądach na kobiety, ich rolę, jego poczucie wyższości, należne z racji stanowiska, urodzenia i zamożności, drażniły mnie, jednak nie mogę zapomnieć, że wyłącznie jemu zawdzięczam skierowanie na studia, że kpiąc z mojego braku wykształcenia w pewien sposób zmusił mnie do podjęcia tego wysiłku w 38 roku życia.

Na drzwiach pokoju, w którym pracowałam z kilkoma osobami znajdował się spis pracowników za szklaną szybką w solidnej metalowej oprawie. W tej kolumnie nazwisk jedynie moje imię i nazwisko, pozbawione tytułu, wyróżniało się. Uważałam to za napiętnowanie i byłam szczególnie drażliwa, gdy z tego żartowano.

Inna sprawa, czy podjęcie studiów na kierunku, którym zupełnie wtedy nie byłam zainteresowana, poza podniesieniem stopnia wiary w siebie, dało mi więcej zadowolenia z życia.

Jej zaś, tej rudej czarownicy, zawdzięczałam pierwsze refleksje na temat tego, co w życiu jest ważne, choć w moim przypadku nie wszystko było takie proste.

Zawsze największym zarzutem, jaki mi stawiano, począwszy od rodziny poprzez współpracowników i szefów, była nadmierna uczuciowość, spontaniczność, brak konwencjonalności. Ileż ja się namęczyłam próbując przystosować mój styl do potrzeb korespondencji urzędowej, z jej specyficznym słownictwem, konstrukcją zdań i argumentacją mającą raczej zaciemniać problem niż go rozjaśniać!

Starając się żyć jak wszyscy i wypełniać przypisane mi role społeczne nie doznawałam satysfakcji. Czasami sądziłam, że jedynym uczuciem, które we mnie zostało był nieokreślony żal i ból, ale ponieważ byłam honorowa, starałam się nigdy uczuciem tym nie kierować. Za swój fetysz uznałam zdrowy rozsądek, a tymczasem i on nie przyniósł mi ulgi. Z moimi „odchyleniami” walczyłam lata, sama uważając je za bzdurę i czerpiąc z nich tylko udrękę, a w dodatku bojąc się opinii otoczenia.

Ale wykiwałam ich wszystkich.

Tuż przed napisaniem pracy magisterskiej zdobyłam pierwszą nagrodę za opowiadanie SF „Plama na wodzie” i wydano ją w zbiorku, który jeszcze gdzieś tam pałęta się po Allegro. Pisząc pracę na temat niepewności i ryzyka w działalności gospodarczej miałam kłopot z częścią stanowiącą wstępną podbudowę teoretyczną.

W Polsce uważano wówczas prowadzenie firmy w warunkach ryzyka za typowy przykład absurdu (kto normalnie rozsądny w gospodarce „planowej” podejmuje się czegoś takiego?). Języków obcych nie znałam na tyle, żeby tłumaczyć materiały, poprzestałam na tłumaczeniu tytułów rozdziałów książek, które podałam w bibliografii, nie miałam więc skąd wziąć teorii. Zresztą w tym okresie wszystko mi się plątało – opowiadania SF, praca magisterska, trudności materialne i problemy życiowe.

Kiedy termin oddania pracy już się zbliżał wstawiłam do niej fragmenty wymyślone na potrzeby uzasadnienia wydarzeń i zamieszczone w opowiadaniu „Plama na wodzie”. Brzmiały bardzo mądrze i nadawały się. Nikt ich nie zakwestionował, pracę oceniono bardzo dobrze, nawet otrzymałam za nią jakąś nagrodę rektora uczelni.

Po latach przeczytałam notkę o identycznej teorii (przynajmniej tak brzmiało to w prasowym skrócie) opublikowanej przez jakiegoś słynnego angielskiego ekonomistę.

Czyż nie byłam wtedy czarownicą?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.