Perły przed wieprze. Weekend na Mazurach

Marek Szarek

Tomasz Olszewski – Mazury – niedaleko Mikołajek

W weekend wyruszyłem na Mazury. Jechałem byle jakim autem, byle jakimi drogami, byle dalej od Warszawy. Już za Serockiem wzrok wchodzi w krajobraz, chętnie, jak nóż w bochen chleba. Kraj oddycha głęboko i otwiera się na oścież, niczym wrota stodoły. Na lewo pola słomiane, po prawej łąki bocianie, a w górze mazowieckie niebo czyste, jak suknia Przenajświętszej Panienki na gipsowej figurze w przydrożnej kapliczce. Wieśniacy siedzą przed chałupami i gapią się na zmotoryzowane kolumny Warszawiaków.

Niespiesznie wjeżdżam do Pułtuska. Na brukowanym rynku rozparła się starożytna kolegiata. W środku, w bocznej kaplicy schowany wstydliwie za kratą, zamknięty na kłódkę wisi obraz świętej Vilgefortis – kobiety z brodą.

Legenda głosi, że święta wymodliła sobie brodę, która wyrosła jej w ciągu nocy. Zarośnięte lico pobożnej dziewicy miało zniechęcić do ożenku pogańskiego narzeczonego, którego raił córce bezwzględny ojciec. Po sukcesie Conchity Wurst w Konkursie Eurowizji do pułtuskiej kaplicy ciągnęły pielgrzymki gapiów zaintrygowanych niezwykłym podobieństwem świętej do austriackiej gwiazdy drag queen.

Z pułtuskiego rynku widać pięknie odpicowany Zamek Biskupów przemianowany na Dom Polonii, a przez bramy zabytkowych kamieniczek drewniane wychodki i koślawe gołębniki stojące na podwórkach po których łażą tubylcy przyodziani w ubranka z lumpeksu.

Wyjeżdżam z Pułtuska i zbaczam na Krasne – dawną siedzibę familii Krasińskich. W tutejszym kościele wzniesionym według projektu niezawodnego Tylmana z Gameren mieści się mauzoleum magnackiego rodu. Świątynia jest zamknięta na 4 spusty, a z plebanii, dokąd idę prosić o klucz przeganiają mnie, jak natrętną muchę. Obiecywałem sobie nie byle jaką ucztę estetyczną, pamiętając cuda, jakie Dobrogost Krasiński ufundował w węgrowskich kościołach, ale nie dla psa kiełbasa, nie dla Szarka Krasne.

Jak niepyszny odpalam fiacika i po godzinie jestem w Przasnyszu. Puste już o godzinie 17-stej miasto śpi snem nieprzespanym. Jedynie w miejscowej farze gorliwi parafianie odmawiają Koronkę Bożego Miłosierdzia. W parku za kościołem ustawiony na pomniku Św. Stanisław Kostka błogosławi, a może grozi mieszkańcom wzniesionym wysoko krzyżem.

Za rogiem dożywa ostatnich dni kino „Światowid”. W repertuarze: „Zerwany Kłos” i „Apartament”- film, który cyt: „daje widzowi niepowtarzalną szansę poznania Jana Pawła takim, jakim znało go tylko kilku najbliższych przyjaciół”. Nie korzystam z okazji poznania prywatności Jana Pawła, opuszczam Przasnysz i przekraczam dawną granicę Prus Wschodnich.

Wjeżdżam na leśną drogę w pobliżu Świętajna. Okolice skolonizowali stołeczni letnicy zakwaterowani w przyczepach kempingowych z holenderskiego demobilu. Wysiadam z auta, czuję zapach grilowanej karkówki, otwieram piwo, rozpoczynam wypoczynek po polsku.

Wesołe miasteczko. Tajemnicza nieznajoma z tramwaju linii 3

Włodek Małkowski

Rys. Sigmablade

A było to w czasach, gdy ludzie upadli w przerażenie
przed tymi, którzy nakazali im twarze maskami zasłaniać
tak, aby zatracili umiejętność postrzegana dźwięku prawdy
i nie byli już zdolni rozpoznać kłamcy!

Ujrzałem ją w tramwaju linii 3, jako jedyną o twarzy nieprzesłoniętej maseczką. Zbliżyła się do mnie stojącego na pomoście przed strefą zakazaną, stanęła obok bez maseczki i w błękitnej koszulce ,,polo’’, sięgnęła po smartfona, niczym po zaczarowane lustereczko. Zdawała się zerkać znad niego na mnie, jakby szukając bliższego kontaktu. Poprawiała co chwilę włosy, być może ze względu na urok mojej koszulki i z każdym ruchem dłoni uwalniała słodki zapach włosów wypełniający tramwaj. Ludzie w maseczkach milczeli nieśmiało obserwując te ceremonie.

Pomyślałem sobie, że być może to podstępna kontrolerka biletów i odwróciłem się do niej plecami, udając, że z zaciekawieniem patrzę na drogę przede mną, jednak w szybie dobrze widziałem jej odbicie, jak zerkała na mnie, co chwila rozniecając ruchem dłoni zapach, który sprawiał, że począłem mieć lekkie zawroty głowy, a oddech mój zdawał się nie z płuc a okolic żołądka do oczów moich napływać i spojrzenie mi jej postacią wypełniać. Może powinienem się odwrócić i na wszelki wypadek z miesięcznym biletem tramwajowym w dłoni zapytać, czy aby w odpowiednim kierunku podążam na Rynek Górniak leżący na przeciw Placu Niepodległości, ale wydało mi się to zbyt śmieszne. W końcu nie wiedząc czemu wysiadłem pod katedrą, aby przesiąść się na tramwaj linii 11.

Widziałem jak znad smartfona, niczym znad zaczarowanego lustereczka uśmiecha się do mnie tak pięknie, że aż z niedowierzaniem dłonią sprawdziłem, czy aby na pewno na twarzy nie mam maski. Powoli oddalała się ode mnie. Za skrzyżowaniem tramwaj linii 3 zapłonął i rozpłynął się w jasnym blasku, który uleciał ponad dachy domów przenikając ciemniejącą czerwień wieczornego nieba o zachodzie słońca.

W nocy kiedy ujrzałem kometę znów poczułem ten sam zapach jej włosów i zdaje się, że tak już mi zostanie.

Wesołe miasteczko. Ambitny plan

Włodek Małkowski

Rys. Sigmablade

Dzień minął, a tak jakby go nie było. Wszystko przez to, że na sam jego koniec, aby jednak zaznaczyć, że był, postanowiłem zrobić kilka zdjęć. Nic z tego jednak nie wyszło, gdyż mało co się na tym znam, a postawiłem sobie bardzo ambitny plan. Tak ambitny, że aż wtrąciło mnie to w zdumienie.

Na szczęście w porę zorientowałem się, że z każdą chwilą jestem coraz bardziej zdumiony swoją niezdarnością wobec ambitnych zamierzeń fotograficznych. Na tyle wcześnie, że jeszcze zachowałem pamięć drogi powrotnej, aby wydostać się z tego zdumienia. W przeciwnym razie nie pozostałoby mi nic innego, jak zmarnować noc na próbie zrobienia tych zdjęć.

Mieszka tu artysta-fotografik, ponoć geniusz, ale właśnie dlatego nie śmiem mu głowy zawracać. Tym bardziej, że jest mi życzliwy i kilka razy pomógł mi przy moim laptopie. Gdy do niego wchodzę to zawsze na palcach, aby nie było potem, że to przeze mnie, który nie zna się na wchodzeniu do atelier artysty, spadł mu na podłogę któryś z jego osobliwych aparatów. I jestem tam zwykle nie dłużej niż kilka minut, aby potem nie było, że przez to, że nie znam się na tym, jak długo można być u takiego fotografa, nie zdążył zrobić ujęcia życia. Albo, żeby je zrobił i zwariował.

Postanowiłem puścić sobie taneczną muzykę, gdyż jest to jedyna muzyka przy której nie tańczę. Cóż nie znam się na tańczeniu. Jeśli już mnie najdzie ochota na taniec to zmieniam ją na nietaneczną i wtedy sobie tańczę na złość tej nietanecznej naśladując tą taneczną, która już na szczęście tego nie widzi. A nietanecznej nic do tego, jak ja tańczę, skoro jest nietaneczna.

Nauczyłem się tak postępować w dzieciństwie. Kiedy przeczytałem piękny wiersz to odchodziłem od niego tam, gdzie nie ma pięknych wierszy i mówiłem swój, przez co czasami mnie gonili, gdyż byli nietolerancyjni wobec mojej poezji. Miałem wtedy pewność, że mój wiersz zrobił odpowiednie wrażenie, czego nie mogłem się spodziewać w żadnym kółku poetyckim. A bywało też tak, że ten, co najzacieklej mnie gonił następnym razem się popłakał.

A więc słucham tanecznej muzyki i nawet jestem zadowolony, że nie udało mi tych zdjęć zrobić. W tym tygodniu możliwe, że spotkam się z kimś, kto zna się na sztuce wizualnej, to mu powiem, co chciałem dokładnie zrobić, a on już będzie wiedział co i jak, bo on z tych, co potrafią tańczyć do tanecznej muzyki. I czyż życie nie jest piękne? Jakby co, to jego będą gonić za te zdjęcia.

Są chwile, w których nie mogę się nadziwić z powodu piękności życia. Szczególnie kiedy słucham tanecznej muzyki. Właśnie przy tej tanecznej muzyce wspominam fragmenty bardzo smutnej opowieści literackiej Herlinga Grudzińskiego, której dziś poświęciłem cztery godziny. Tak, jak i wczoraj, i przedwczoraj.

Może nie tyle wspominam, co zachowuję w moim umyśle i sercu cień niepokojącego zdarzenia. Moja myśl pozbawiona jest intelektualnych czy filozoficznych rozważań, pamiętam jedynie pojedyncze słowa z poszczególnych scen. Słowa zdają się nieszczególne, banalne w tym oderwaniu od całości, a jednak teraz kołyszą się we mnie do tej tanecznej muzyki, aż kiedyś wykołyszą wiersz. Może w autobusie na telefonie, a może o świcie przed domem.

Słowo słowu nierówne, jak i człowiek człowiekowi. Słowa i ludzi widzę w następujących po sobie obrazach. Przychodzą do mnie z 40 stopniowego mrozu bezkresów udręki i poniżenia. Ileż wierszy tam zamarzło. Zdaje się, że Sołżenicyn pisał o młodym poecie, który upadł i umarł na śniegu w połowie wiersza.

Tak więc kochani, nie tańczę do tanecznej muzyki. Ta muzyka jest dla ludzi upodlonych, dla tych, co z upadku w śmierć zmartwychwstają chwytając się ostatnich drobinek człowieczeństwa.