Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Prawda fikcji

Katarzyna Urbanowicz

Rys. Daniel Mróz — okladka „Noweli szachowej”

Javier Marias, autor ostatnio wydanej powieści „Berta Isla”, w wywiadzie zatytułowanym „Boskie oko internetu”, przeprowadzonym przez Michała Nogasia (GW 8-9 grudnia 2018) opisuje i uzasadnia fakt, że pisze swoje książki na maszynie, a nie na komputerze. Mówi on, że każdą stronę pisze cztery, a nawet pięć razy… Przepisując stronę od nowa, próbuje różnych wariacji, zmienia słowa i układ zdań i odnosi wrażenie, że „papier współpracuje ze mną, podpowiada najdziwniejsze rozwiązania” i dzięki temu zmieniają się wersje tekstu, a ostateczna nijak się ma do początkowej.

Fragment ten zwrócił moją uwagę dzięki temu, że miałam bardzo podobne uczucie, gdy przestawiłam się z pisania na maszynie na komputer. Z pozoru wydaje się, że komputer jest wygodniejszy, łatwiej wprowadzać zmiany i poprawki, można tworzyć kolejne wersje i zapisywać je, a później porównywać. Jeżeli pokonało się barierę odmiennego ustawienia klawiszy w maszynie do pisania i klawiatury w komputerze, pisanie wydaje się łatwiejsze, a przede wszystkim wydajność piszącego jest większa. Nie dziwi więc, że proces powstawania książki jest krótszy i są autorzy, którzy potrafią pisać książkę w dwa, góra trzy miesiące.

Czy istotnie komputer poprawia jakość procesu powstawania książki? Tego nie jestem już pewna. Szybciej i wydajniej nie oznacza, że lepiej. Oczywiście, gdy mamy do czynienia z tzw. czytadłami autorów popularnych, szybkość pisania jest ważna, bowiem zwielokrotnia dochody pisarzy i pozwala im żyć z literatury. Jeśli jednak pisarzowi zależy na powiedzeniu czegoś nowego, nie koniecznie dla masowego czytelnika, ale dla czytelnika wyrobionego, sytuacja zmienia się diametralnie. Przez takie książki niejednokrotnie trudno przebrnąć, wraca się kilkakrotnie do tekstu, czasem z udręką pragnąc zrozumieć go do głębi, nie tylko w tej pierwszej, wierzchniej warstwie, ale w kolejnych, mieszczących się pod spodem. Wiem coś o tym, bowiem męczę się nad lekturą noblisty z 1998 roku, Jose Saramago, powieści „Rok śmierci Ricarda Reisa” ze świadomością, iż mam zbyt małą wiedzę, aby dogłębnie zrozumieć komplet literackich i obyczajowych odniesień do historii Portugalii.

Wiem także, iż to, co ja piszę, tylko w części trafia do czytelnika, ale na szczęście do każdego w innej części. Mogę więc powiedzieć, że każdy z moich czytelników czyta inną książkę i to, co łączy mnie z ludźmi, nie dotyczy tylko mnie i innej pojedynczej osoby, kochanej, bliskiej, czy znajomej, tylko wielu ludzi, każdego po części. Uczucie bliskości wiąże mnie w ten sposób z nieznajomymi, którzy czasami myślą moim rytmem, czasami zaś są w pełni odrębnymi istotami.

Jednak czytanie ambitnych książek przypomina poszukiwanie złota w sitowych płuczkach – kopie się tony żwiru, stojąc po kolana w wodzie, mozolnie kręci sitem, żeby po kilkunastu (oby) podejściach, wypłukać grudkę albo szczyptę złotego piasku. Taką grudką złota jest myśl zawarta w tekście, jej sformułowanie tak bardzo bliskie mojemu myśleniu, iż wydaje się, że wypłynęła z głębi mojej własnej głowy. Przez moment wydaje się wówczas, iż dotknęliśmy sedna tego, co łączy nas z innymi ludźmi, wbrew wszystkim, dobiegającym nas szumom bieżących wydarzeń, rozdmuchanych jak pop-corn, niesmacznych, mdłych, a jednak przeżuwanych z uporem godnym lepszej sprawy, tylko po to, aby zatrudnić swoje szczęki, które nie mogą, albo nie chcą, albo nie potrafią przemówić.

We wspomnianym na wstępie wywiadzie przeczytałam jeszcze jedną frapującą myśl: „Jedyną rzeczą, której nie można podważyć jest fikcja”. Marias uzasadnia to następująco: W dobie internetu jest mnóstwo narracji wzajemnie sprzecznych ze sobą. Historycy spierają się nie tylko o interpretacje, ale i o fakty. „Pani Bovary umarła dokładnie tak, jak opisał to Gustaw Flaubert. A jeśli znalazłby się głupi pisarz próbujący w inny sposób opisać życie jej czy Don Kichota, to wszyscy wiedzieliby, że to nie jest już ta pani Bovary i ten Don Kichot. Fikcja to jedyne terytorium, po którym – gdy chce się coś opowiedzieć – można się poruszać bez obaw. To w zasadzie jedyny powód, dla którego tworzymy i czytamy fikcję – chcemy być czegokolwiek w naszym życiu pewni.”

Współczesność przyniosła nam tę jedną, niepodważalną prawdę, że próżno się nam silić na dumne twierdzenia w rodzaju „prawda was wyzwoli”, ponieważ zawsze można spytać, co jest prawdą i zawsze spierać się o to. Fikcję natomiast zazwyczaj można komuś przypisać, jednostce lub grupie, a spór można najwyżej toczyć o to, czy nam się podoba, czy nie, czy jest pożyteczna, czy przeciwnie, szkodliwa i wreszcie czy powinniśmy sobie nią zawracać głowę. Dlatego ja mam prawo nie wchodzić w spór na temat pewnej celebrytki (pisałam o niej w odcinku „Z Pudelka jestem”), czego nie powinnam była robić, gdyby wszystko, co o sobie mówi lub pisze, było prawdziwą prawdą.

Takoż wypowiedzi naszych polityków mogę traktować na luzie w myśl powiedzenia, które zasłyszałam o pewnej osobie: „Jeżeli X mówi że Y, to mówi”.

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Ludzie mają pokręcone w głowach

Włodek Małkowski

Ilustracja: Daniel Mróz

Dowodem na to, że Ziemia się kręci są nie tylko zakręcone w drzewie słoje, ale i fakt, że ludzie mają pokręcone w głowach. Do tego stopnia, że prostym zależnościom nie są wstanie sprostać. I stąd od Platona powtarzają i komplikują te same brednie.

Moi biedni znajomi są tak przerażeni, że uwierzyli iż za Judaszowe srebrniki skapnie im trochę tolerancji i demokracji na ich egoistyczne potrzeby.

A ja nigdy nie byłem postępowy i wierzyłem w bajkowe opowieści starców. To na ich twarzach widziałem skutki tych bredni o tolerancji i demokracji.

Kiedy dawano mi kromkę chleba czyniąc znak krzyża napominano mnie bym za chleb nigdy nie dziękował. To im wierzyłem. Dzięki temu potrzebę sprawiedliwości miałem wraz z tym chlebem w sposób naturalny, pod naturalnym niebem i nic mnie nie obchodziła ta cała propaganda o równości.

To ci lepiej ubrani mówili o tym, by być jeszcze lepiej ubranym. Nie rozumieją nieszczęśnicy, że okupant dzieli ich tymi srebrnikami w myśl Heglowskiej filozofii … dziel i rządź. Dziś da te srebrniki tym, a jutro tamtym. Ale ogólnie to wszystko służy eksterminacji, czego na przestrzeni setek lat nieraz dał dowód.

Zarabiają czterokrotnie mniej, a mimo to w imię postępu stają po stronie okupanta z nadzieją, że im, kosztem takich faszystów jak ja, da trochę więcej i będą mogli śpiewać ładne piosenki o miłości. Cóż za egoistyczna krótkowzroczność i brak wyobraźni, by się teleportować być może w czas przyszłej tułaczki ich dzieci lub wnuków.

A ja powiadam wam, że za chleb się nie dziękuje. I za miłość się nie dziękuje i za wolność. Nie należy z dziękowania czynić przedstawienia.

Demokracja to system typowo niewolniczy. Aby w Grecji mogło przetrwać gospodarstwo, musiało posiadać co najmniej z 50 niewolników. A we wcześniejszych czasach to i setki. Ale wraz z rozwojem demokracji ludzie narcystycznie pięknieli i bardziej mając zakręcone w głowach pokrętnie tuszowali swoje egocentryczne defekty umysłowe. Cóż nikt nie chciał być postrzegany jako ostatni cham.

Potem przychodził Rzym wprost od tego, którego przed Homerem wygnali z Troi, a on nad Tybrem ustawiając posągi ocalonych bogów ustanowił pietę.

Następnie wieki ciemności.

A po ciemnicy pragnienie jasności tak wielkie, że aż oślepiające, przez co pokrętni wpadli w ciemnotę szczelin wszelkich.

A gdy z tej ciemnoty w tej jasności zupełnie im się głowach pokręciło, to niby zrozumieli, że trzeba do siebie z większym szacunkiem i zrozumieniem.

A tu i tak Ziemia się kręci. I tym sposobem wszyscy stali się niewolnikami, a skoro wszyscy, to wolnych nie ma, a skoro nie ma wolnych, to i niewolnictwo nie istnieje. Bo tego wymaga nowoczesna demokracja od kulturalnych ludzi.

Ziemia aż przyspieszyła z wrażenia na obrotach sfer niebieskich. Więc trzeba było bardziej stukniętych od Platona. Myśleli, myśleli, kręcili i wykręcili demokrację nowoczesną. Gdzie ci bardziej wolni, nędzni i durni wybierają na swoich przywódców wyjątkowych durni w sposób demokratyczny. I tym sposobem panuje nad nimi jeden procent nie znanych im panów, których nigdy nie wybierali.

Ale na szczęście znów nastanie czas ciemnoty, a po nim znów pojawi się jakiś Homer opowiadający przepiękne głupoty o boju, co był ostatnim. I nastanie „prawdziwa” demokracja.

A ZIEMIA się kręci i śpiewamy piosenki o obrotach sfer niebieskich.


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Lekcja religii

Marek Szarek

Lekcja religii – Haddon Sundblom

Na Psiej Górce zimny wiatr zagląda srokom pod ogony, mrozi ludziom szpik w kościach, zniechęca do spacerów. W mojej szkole grypa przetrzebiła personel. Nauczycielki chorują, dzieci słabują, wozny kicha, nawet dzwonek kaszle! Tylko ja stoję samotnie na posterunku, jak ten kamień rzucony na szaniec i niosę wśród ośmiolatków oświaty kaganiec!

Niosę ten kaganiec z narażeniem zdrowia, jak Prometeusz ogień! Nie jest łatwo, tak stać i świecić kagańcem! Wczoraj, zamiast kagankiem – musiałem świecić oczami, bo Pani Dyrektor kazała mi zastąpić katechetkę i poprowadzić lekcję religii w 3 klasie!

Na próżno usiłowałem odwieść dyrektorkę od tego pomysłu, tłumacząc że:
– W kościele bywam raz na rok! Nie pamiętam pacierza, nie słucham Radia Maryja i poszedłem do kina na „Kler”!
– Nic nie szkodzi, zrobi pan dzieciom sprawdzian ze Świętego Mikołaja! – Odpowiedziała dyrektorka i wręczyła mi kartkę z testem. – Proszę przeczytać to na dużej przerwie i przygotować się do lekcji!

Zacząłem czytać ale zawiesiłem się już na pierwszym pytaniu, które brzmiało: Kto na pewno nie przynosi dzieciom prezentów pod choinkę ?
1.Dziadek Mróz?
2.Dzieciątko Jezus?
4. Królowa Śniegu?
5. Staruszek Bożonarodzeniowy?

– Kto to jest Staruszek Bożonarodzeniowy? – Zastanawiałem się wystraszony!

Ale drugie pytanie było jeszcze trudniejsze!

Jak nazywał się artysta, który opracował współczesny wizerunek Świętego Mikołaja dla koncernu Coca-Coli?
1. Clemens Clarke Moor?
2. Haddon Sundblom?
3. Fred Mitzen?

– Hadon-Sadon, Hudon-Sudon, Chudoń-Sudoń – bełkotałem. Nie wiedziałem nawet, jak poprawnie wymówić te nazwiska?

Na końcu testu widniało polecenie, cyt: „ Uczniowie, którzy dobrze odpowiedzieli na wszystkie pytania napiszą list do Świętego Mikołaja, w którym zwierzą się, o jakim prezencie marzą. Pamiętajcie, że on nie lubi, gdy dzieci robią błędy ortograficzne! Uczeń, który wyśle list z błędami, zamiast wymarzonego prezentu dostanie rózgi!”

Wczoraj, na lekcji religii uczyłem dzieci, jak się gra w okręty!