Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Opowiadania. Pamiętnik zakonnicy

Stanisław Ryczek

Michał Świder – Zakonnica

23 września 2012

Od dwudziestu dni przebywam w klasztorze sióstr benedyktynek w miasteczku Brenno. Zaznaczam, że nie trafiłam tu z własnej woli. To moja ciotka Kunegunda, głupia dewotka, wsadziła mnie tutaj. Chociaż prawdę mówiąc w klasztorze jest znacznie lepiej niż w domu dziecka, gdzie po śmierci rodziców przebywałam. Te dwa lata wśród półgłówków ze zdegenerowanych rodzin wspominać będę z niesmakiem chyba do końca życia. Jeśli chodzi o prywatność, to i tam, i tutaj, nie jest respektowana. Śpimy we trzy w jednej Sali. Tamte dziewczyny, odwrotnie niż ja, przyszły do klasztoru z rzeczywistej potrzeby serca. A ja muszę oszukiwać. Bo ciotka zagroziła, że jak nie wstąpię do klasztoru, to wrócę z powrotem do „bidula”. Tak się zastanawiam, czy nie byłoby to lepsze, pomęczyć się tam jeszcze ten rok, a potem – wolność. Tylko co to za wolność, jak masz tylko to, co na sobie. A będąc posłuszną więcej zyskam, choćby piękny dom po śmierci ciotki. Jest tylko jeden szkopuł, jak ciotce zachce się żyć jeszcze ze dwadzieścia lat, to ja dziękuję.

Matka przełożona nakazała mi zapoznać się z biblią na razie ogólnie. Dokładnie mam przeczytać tylko Księgi Rodzaju i Wyjścia oraz wybraną przez siebie jeszcze jedną, wybrałam Księgę Hioba. A szczegółowo przestudiować Nowy Testament. Powiedziałam, że uczyłam się tych rzeczy na religii, a ona na to, że to za mało.

20 października 2012

Pomału przywykam do życia klasztornego. A jakie mam wyjście?

Msza poranna, msza wieczorna, pacierze poobiednie, rekreacja, praca w ogrodzie (pomagam siostrze Dalmicji – dziwne imię), spać chodzimy z kurami. A propos kur, mamy ich kilkadziesiąt, jest też stado kaczek i kilka klatek z królikami. Ze zwierząt to wszystko, jest jeszcze pies na łańcuchu o imieniu Łatek, ale boję się do niego podchodzić. Siostra Bernarda opiekująca się zwierzyńcem przekonuje, że Łatek jest bardzo łagodny i żeby się nie bać, ale ja wolę poczekać, w końcu to pies łańcuchowy. W chwilach wolnych czytam zadane lektury, więc cały czas mam wypełniony. Myślę, że o to chodzi, żeby nie myśleć o świeckim życiu, które zostało za furtą.

4 listopada 2012

Telewizora w naszym klasztorze nie ma. Jedynie radio, ale włączane jest tylko na Wiadomości Watykańskie oraz na modlitwy w Radiu Maryja. Tam też odsłuchujemy wiadomości ze świata. O normalnej muzyce można zapomnieć. Telefon jest jeden, w sieni i to jakiś przedpotopowy z wykręcaną tarczą, internet jest dla sióstr słowem abstrakcyjnym. Jednym słowem rewolucja informatyczna ominęła ten klasztor.

Tuż przed dniem Wszystkich Świętych byłyśmy na cmentarzu, aby sprzątnąć i ustroić kwiatami groby zmarłych sióstr. Jednak odbyło się to bardzo wczesnym rankiem, więc cmentarz był prawie pusty. Myślę, że chodziło właśnie o to, abyśmy my młode adeptki (ja jeszcze przed święceniami), nie spotkały zbyt wielu ludzi.

Zawsze myślałam, że Wszystkich Świętych jest świętem zmarłych, a dopiero teraz uświadomiono mi, że to Dzień Zaduszny jest im poświęcony.

15 listopada 2012

Czytam stary testament (wybrane księgi) i tak sobie myślę, że zgromadzono tam rozmaite świńskie historie i to ma być święta księga!? A Żydzi już wtedy mieli manię wielkości, co im zostało do dziś. Nawiasem mówiąc to właśnie ich postępki były najpaskudniejsze. Jak można być tak podłym, żeby wymordować lud, który zgodził się przyjąć ich religię i to trzecim dniu po obrzezaniu, kiedy mężczyźni byli najbardziej chorzy i nie mogli się bronić. Ha! – i Pan Bóg im to wszystko wybaczał, a nawet do tego zachęcał.

30 listopada 2012

Czytam Księgę Hioba i nadziwić się nie mogę skąd autor wiedział o rozmowie szatana z Bogiem. Mało tego, on nawet wiedział, co myślał jeden i drugi. Przez ten zakład szatana z Bogiem biedny Hiob dostał niewyobrażalne cięgi, a po wygranym zakładzie Bóg oddał mu wszystko to, co stracił w dwójnasób. Z tym, że zmarłym dzieciom życia nie wrócił, tylko urodziły mu się nowe. Że niby stara żona znów urodziła dziesięcioro dzieci? – akurat uwierzę w takie bajki. Uważam, że historia ta jest od początku do końca zmyślona. I miała zapewne służyć dla wyznawców Jehowy jako przykład bezwzględnej wiary i poddania się Woli Bożej, aby nawet w najgorszej biedzie nie zwątpić w Niego i nie zaprzeć się Go. Kto wie, może pomogło im to we wchodzeniu do komór gazowych.

6 grudnia 2012

Dzisiaj odwiedził nas św. Mikołaj. Każda z sióstr dostała prezent, jednak z młodych, tylko ja, oprócz „Dzienniczka” siostry Faustyny Kowalskiej, dostałam rózgę. Ksiądz Wincenty, bo to on był Mikołajem, nie mógł powstrzymać się przed złośliwością, a może było to ostrzeżenie? Gość kapnął się, że moje spowiedzi są nie do końca szczere. Pewnie chciałby poznać moje myśli, ale niedoczekanie. Zresztą czy mogłabym wyznać, że mam schowane rzeczy niedozwolone w zgromadzeniu np. telefon (co prawda z rozładowaną baterią i bez ładowarki) albo, że tylko czekam sposobności, żeby stąd zwiać.

Matka przełożona zapytała mnie czy skończyłam czytać Nowy Testament i czy wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Odpowiedziałam, że kończę czytać Listy Apostolskie i jakbym czegoś nie zrozumiała to oczywiście spytam. Nie miałam chęci wchodzić z nią w dyskusję, bo jest przemądrzała i chętnie wszystkich poucza. To taki typ kobiety, co przypomina zatruty cukierek, słodki, a jednak skrywający truciznę.

Jest sprawą oczywistą, że jest tam wiele niejasności na przykład: dlaczego po zmartwychwstaniu Jezusa jego bliscy nie mogli Go poznać? Kobiety przy grobie wzięły Go za ogrodnika. Uczniowie idący do Emaus rozpoznali Go dopiero po łamaniu chleba, a przecież znali Go osobiście. Gdyby nie historia z Niewiernym Tomaszem, który wkładał palce w Jego rany, pomyślałabym, że zorganizowano jakąś mistyfikację. Albo wchodził do wieczernika przez zamknięte drzwi mimo, że nie był duchem (duchy nie jedzą, bo nie mają ciała), a On miał ciało, bo jadł i pił, a jednocześnie przechodził przez mury. Albo dlaczego przez 40 dni, czyli od zmartwychwstania do wniebowstąpienia, ukazał się tylko sześć razy? Gdzie przebywał przez resztę czasu? Albo już z innej beczki dlaczego w modlitwie Skład Apostolski umieszczono słowa „…umarł i pogrzebion; – zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał…” Czy przez te dwa dni przebywał w piekle? Dlaczego nie mógł tego czasu spędzić w niebie? Jednak te pytania wolę zadać księdzu Wincentemu, bo jest normalnym facetem bez manii wielkości i jeżeli czegoś nie wie nie wstydzi się tego powiedzieć.

15 grudnia 2012

Spadł pierwszy śnieg. Rano spojrzałam w okno, a tam, mimo, że jeszcze noc, to blask śniegu rozjaśnił mrok. Dotąd nie mogę przyzwyczaić się do tak wczesnego wstawania. Gdzie sens, gdzie logika, żeby zrywać się o piątej rano i kłaść się o dziewiątej wieczorem. Przecież wszystkie czynności można wykonać w sensownych godzinach, ale tu trzeba myśleć, a nie tylko klepać pacierze!!!

Żeby wypełnić sobie czas wolny postanowiłam wypisać sobie jakie zawody reprezentowane są w Nowym Testamencie. Większość apostołów była rybakami, ale św. Łukasz Ewangelista był lekarzem i jednocześnie malarzem ikon, Mateusz zaś poborcą podatkowym.

Po narodzeniu Jezusa pierwsi odwiedzili go pasterze, ale po nich przybyli królowie (mówi się też o nich, że byli mędrcami albo magami).

Sam Jezus był, tak jak jego ojczym Józef, cieślą.

Oczywiście jego głównymi antagonistami byli kapłani – faryzeusze, sadyceusze i uczeni w piśmie.

Celnicy i jawnogrzesznice byli najbardziej pogardzani przez społeczność żydowską. To, że potępiano prostytutki to zrozumiałe (chociaż zapewne korzystano z ich usług), ale ciekawe dlaczego potępiano celników? Przecież celnik to tak jak dzisiaj urzędnik fiskusa – dziwne… były oczywiście takie popularne zawody wśród żydów jak handlarze i bankierzy, tych Jezus wygnał ze świątyni i na dzień dobry narobił sobie wrogów wśród bogaczy.

Ale najwięcej było chyba żebraków. Tych, co rusz Jezus uzdrawiał. Ślepcy, chromi, niemi, trędowaci ciągle skamleli o uzdrowienie. Ciekawe czy później żałowali swego powrotu do zdrowia? Przecież jako zdrowym nie przysługiwała im jałmużna, a ponieważ nie mieli żadnego zawodu, bo jako kalecy od dziecka żebrali, po uzdrowieniu musieli brać się do roboty jako niewykwalifikowana siła robocza albo zdychać z głodu.

Rolnicy występują tylko w przypowieściach, wydaje się, że żaden znany z imienia nie pojawił się w jego otoczeniu.

Gorącym propagatorem nauki Jezusa był św. Paweł, myślę, że gdyby nie jego działalność misyjna (podróże i listy) chrześcijaństwo pozostałoby tylko jedną z sekt żydowskich. Jeśli chodzi o jego zawód podobno był tkaczem. Nie wiem czy proroka można uznać za zawód, myślę, że taki dar dostawali ludzie różnych zawodów. Ciekawi mnie tylko, czy jak zostali już uznani przez społeczność, to byli kimś w rodzaju kapłanów czy nadal pracowali w swoim „wyuczonym” zawodzie?

Ot takie myśli mnie nachodzą – jakaś depresja czy co?

20 grudnia 2012

Wreszcie kończy się adwent wszystkie czekamy na Boże Narodzenie (może w karnawale jedzenie będzie lepsze), bo mam wrażenie jakby ciągle był post. Odkąd nastała zima skończyła się robota w ogrodzie, więc pracuję w kuchni jako pomoc kuchenna, ja to nazywam, że jako popychadło. Bo wiadomo albo obieranie kartofli, albo rąbanie drzewa, mycie garów, podłogi, albo jeszcze coś, co akurat sobie wymyśli siostra Barbara, nasza kucharka. Nie mogę też pojąć, dlaczego nie gotujemy na kuchence gazowej (przecież jest), że niby na ogniu jest smaczniejsze. Na gazie gotuje się tylko wodę na herbatę albo kompot. Myślę, że to tylko takie gadanie i chodzi o oszczędność kasy. Jakby od ognia zależał smak potraw, to cały świat gotowałby na ogniu, a gaz byłby niepotrzebny.

23 grudnia 2012

Dopiero dzisiaj doceniłam pracę w kuchni i chcę tam wrócić. Zdanie swoje zmieniłam po tym jak zostałam przydzielona do innej pracy. Jakoś trzy dni temu zachorowała siostra Emilia i przełożona mnie wyznaczyła do opieki nad leżącymi. Wspomniana siostra Emilia leżała z grypą i nie sprawia wielkiego kłopotu. Przynoszę jej posiłki, czasem podam herbatę, do ubikacji sama wstaje. W sumie jest OK, ale od lat leżąca siostra Rozalia to jakiś koszmar. Ciągle coś chce. A to popraw poduszkę albo otwórz okno, za chwilę, zamknij okno, bo zimno. Podaj basen, zabierz basen, podmyj mnie, nakarm mnie, zrób mi pić, poczytaj mi żywoty świętych i tak w koło. Człowiek nie ma czasu się podrapać. A przecież ręce ma sprawne i pewne rzeczy mogłaby robić sama. Nigdy nie zastanawiałam się nad eutanazją, ale teraz myślę, że pewnym ludziom można by ją zastosować.

27 grudnia 2012

Święta nie były udane, bo na zmianę z siostrą Beatą doglądałyśmy chorych. I jakoś tak wypadało, że na mojej zmianie siostra Rozalia załatwiała wszystkie potrzeby fizjologiczne, a ja dosłownie rzygam (już dwa razy wymiotowałam). Wszystkie świąteczne potrawy miały zapach jej fekaliów. Powiedziałam siostrze przełożonej, żeby mi przydzieliła inną pracę, a ona, że muszę każdą pracę na rzecz zgromadzenia umieć wykonać, a pielęgnowanie chorych jest jedną z najważniejszych zajęć w naszym zgromadzeniu. Dodała, że kiedyś większość sióstr pracowała w szpitalach, a opiece nad chorym trzeba oddawać się z miłością. Przytoczyła mi słowa Jezusa: „cokolwiek uczyniliście dla jednego z tych najmniejszych, to dla mnie uczyniliście”. Cóż mogłam powiedzieć? Że siostra Rozalia do najmniejszych nie należy, a zachowuje się jak apodyktyczna księżna. Na szczęście jutro wraca już siostra Emilia, a ja do kuchni – hurra nareszcie.

3 stycznia 2013

Już po Sylwestrze i Nowym Roku. Myślałam, że będziemy jakoś szczególnie obchodziły te dni, ale gdzie tam. Jedynie w sylwestra o północy była dodatkowa msza w naszej kaplicy, na którą przyszło kilka babć, a rano spałyśmy godzinę dłużej – wielka mi łaska. W poprzednim życiu sylwester musiał być z winkiem albo chociaż z piwem, a nazajutrz, jak jeszcze coś zostało, leczyło się kaca do wieczora. Niejedna dziewczyna pozbywała się cnoty na tych nocnych zabawach. Mnie jakoś to ominęło – wiadomo – były ładniejsze dziewczyny. Byłam wtedy chuda jak tyczka. Ani biustu, ani tyłka z twarzy też „taka sobie”. Ale teraz zaokrągliłam się i mam wrażenie, że i buzia mi wyładniała. Ale co z tego jak wszystko zakryte habitem.

2 lutego 2013

Wczoraj miałyśmy awarię prądu, coś tam się przepaliło. Do usunięcia usterki przyszedł młody elektryk (nawet ładny chłopak). Dość długo grzebał w skrzynce bezpiecznikowej w sieni, kiedy wreszcie skończył matka przełożona kazała podać mu obiad (mamy taki specjalny pokoik gościnny). Kiedy przyniosłam posiłek zauważyłam, ładującego się i-Phona, nowszy model od mojego, ale ładowarka by pasowała. Pobiegłam do swojego pokoju i wyjęłam swój telefon i sto złotych (połowę mego kapitału). Bałam się, żeby ktoś nie zauważył moich zabiegów. Przed wyjściem chłopaka zajrzałam po pokoiku, by sprzątnąć naczynia. Zagadnięty elektryk zgodził się sprzedać mi ładowarkę, sprawdziwszy wcześniej czy pasuje do mego telefonu. Chciałam mu dać stówę, ale wydał mi pięćdziesiąt, mówiąc, że nie zna aktualnej ceny ale nie wydaje mu się żeby była aż tak duża. Tym sposobem uzyskam kontakt ze światem.

12 lutego 2013

Miałam kłopoty, żeby podłączyć niepostrzeżenie ładowarkę. W mojej sypialni jest to wykluczone – wiadomo – nie jestem tu sama. Po długich zaglądaniach w różne kąty znalazłam gniazdko przy wejściu na strych. Jednak podłączyć mogłam się tylko wieczorem, kiedy już nikt tam nie chodzi. Po naładowaniu baterii przez pół nocy przeglądałam różne strony w internecie przykryta kołdrą wraz z głową o mało się nie udusiłam. Oczywiście rano byłam nieprzytomna. Telefonu nie noszę przy sobie, leży schowany z wyłączonym dzwonkiem w mojej walizce. Na poczcie miałam kilkaset wiadomości, ale tylko kilka od znajomych, reszta to reklamy.

20 marca 2013

Dziś była uroczystość moich obłóczyn. Czyli przestałam być postulantką, a zaczęłam życie w nowicjacie. Po uroczystej mszy, włożeniu habitu i obcięciu włosów (trochę mi ich żal), odbyła się prawie świąteczna kolacja. Na uroczystość przyjechała ciotka Kunegunda. Mam teraz nowe imię – Magdalena – może być, jednak wolę swoje. W trakcie kolacji matka przełożona opowiadała o swoich obłóczynach, które odbyły się w latach 60-tych. Wtedy było to obchodzone bardziej uroczyście. Był przejazd dorożką przez całe miasto, ona też tak jak ja, ubrana była w strój panny młodej (bo jest to zaślubienie Chrystusowi), ale wtedy dochodziło jeszcze leżenie krzyżem na specjalnym dywaniku w trakcie pieśni Veni Creator. Ciotka była szczęśliwa i dumna ze mnie. Ciekawe co by zrobiła, gdyby się dowiedziała, że brak mi powołania. Przecież te wszystkie barwne obrzędy i zabiegi nic nie znaczą bez mojej woli czy chęci, których mi brak. Nie odpowiada mi życie w babińcu z wojskowym drylem (wstawanie, modlitwy, posiłki, wszystko na komendę). Nie ma tu miejsca na indywidualizm, fantazję, wolność. Przypomina mi się pseudo-wojskowa piosenka, którą śpiewał po pijanemu nasz sąsiad Maliniak:

Kazała mi moja mama czarną suknię szyć,
a ja nigdy nie myślałam zakonnicą być.
Raz, dwa, trzy zakonnicą być!
W tym klasztorze, ach mój Boże,
trzeba rano wstać,
a ja młoda jak jagoda lubię długo spać,
Raz, dwa, trzy lubię długo spać! (…)

Nie przypuszczałam, że te durne słowa mogą kiedyś mnie dotyczyć…

1 kwietnia 2013

Dostałam wiadomość, że ciotka Kunegunda jest w szpitalu. Wracając z moich obłóczyn przemokła, zmarzła i przyplątała się grypa. Pewnie po wyleżeniu wyzdrowiałaby, ale zachciało się dewotce uczestnictwa w Triduum Paschalnym. No i w poniedziałek wielkanocny wylądowała w szpitalu z zapaleniem płuc. W liście przekazanym mi przez przełożoną, zastrzega się, że już jej lepiej, więc jest dobrej myśli. Przy okazji przesyła pozdrowienia świąteczne dla całego zgromadzenia, a także dla mnie. (Dobrze, że sobie o mnie przypomniała – kochająca ciocia)

9 kwietnia 2013

Przyszedł telegram zawiadamiający o śmierci ciotki. Podobno wcześniej był telefon ze szpitala, ale mnie oczywiście nie zawołano. Jutro wyjeżdżamy do Wrocławia na pogrzeb. Myślałam, że pojadę sama, ale podobno jako nowicjuszce nie wolno mi samej ruszać się z klasztoru. Więc będzie jeszcze ze mną matka przełożona i siostra Klementyna. Przełożona powiedziała, że będziemy tam kilka dni, bo jesteśmy umówione z notariuszem w sprawie spadku (ja to rozumiem, ale one tam po co?). Będziemy spały w domu ciotki Kunegundy. Myślę, że to moje ostatnie chwile w tym więzieniu – WOLNOŚCI witaj.

15 kwietnia 2013

A gówno z chrzanem!!!

U notariusza okazało się, że owszem jestem jedyną spadkobierczynią spadku, ale ponieważ wstąpiłam do klasztoru, więc to klasztor w osobie matki przełożonej będzie decydował o moim dziedzictwie. Zostałyśmy poinformowane, że w spadku przypadł (mi? – nam?) dom jednorodzinny wraz z działką siedmioarową oraz oszczędności zgromadzone na koncie w banku PKO w kwocie siedemdziesięciu czterech tysięcy z groszami. Dodatkowo ciotka kupiła niedawno jakieś grunta, o których nie wspomniała w testamencie, ale notariusz twierdzi, że jedna sprawa sądowa to załatwi i znajdą się one w dyspozycji spadkobiorcy. Jestem w komunie więc komuna rządzi, a dla mnie figa. Niech szlag trafi wszelkie komuny. W nocy kiedy siostry spały udało mi się wyjąć ze skrytki ciotki małą szkatułkę z biżuterią i kilka tysięcy, nawet nie wiem dokładnie ile, bo nie zdążyłam policzyć. Kuźwa, do tego doszło, że muszę kraść swoją własność!!!

18 kwietnia 2013

Z najdalszego zakątka ogrodu, gdzie stoi figurka madonny z dzieciątkiem zadzwoniłam do wrocławskiego notariusza. Zrobiłam to klęcząc przed posągiem, żeby siostry pracujące w ogrodzie myślały, że się głośno modlę. Musiałam wykonać trzy telefony, bo ciągle był zajęty. Spytałam go czy jak wystąpię z klasztoru to będę mogła dziedziczyć po ciotce. Nie odpowiedział od razu, ale obiecał, że jeszcze raz zapozna się z testamentem i oddzwoni.

I na drugi dzień oddzwonił. Jak tylko poczułam wibracje telefonu, pobiegłam do ubikacji, żeby odebrać. I usłyszałam wspaniałą wiadomość: – TAK, to pani jest jedyną spadkobierczynią, proszę zgłosić się z dowodem osobistym do mojej kancelarii w ciągu tygodnia.

Hurra, żegnaj klasztorze!!!

Nie tracąc czasu udałam się do przełożonej z wiadomością, że opuszczam klasztor. Idę teraz do sypialni spakować rzeczy, a schodząc odbiorę od niej swój dowód osobisty, którego nie oddała mi po przyjeździe z Wrocławia. Zdumiona nie zdobyła się na żadną odpowiedź. Zresztą nie oczekiwałam dyskusji, odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

Kiedy wróciłam po dziesięciu minutach, zdążyła ochłonąć i zażądała wyjaśnień: gdzie, dlaczego, po co i co dalej zamierzam. Moja odpowiedź była krótka – występuję ze zgromadzenia, dziękuję za gościnę i wyjeżdżam do swego domu, który wedle prawa należy do mnie. Jakby przyszły do mnie jakieś listy na adres klasztoru, proszę odesłać je na mój wrocławski adres. Zabrałam dowód i już mnie nie było.

Wychodząc za furtę klasztorną byłam nadal w habicie zakonnym. Swoje pierwsze kroki skierowałam więc do jedynej w tym mieście galerii handlowej. Kiedy w dziale z konfekcją wyszłam z przebieralni sprzedawczyni mnie nie poznała. Całą garderobę miałam wymienioną łącznie z bielizną. Sprzedawczyni obcinała metki bez zdejmowania ze mnie odzieży. Oczywiście nie zapomniałam o wymianie obuwia oraz eleganckiej torby podróżnej. I dopiero po zrobieniu profesjonalnego makijażu udałam się na dworzec PKP. Oczywiście mogłabym pojechać taksówką do samego Wrocławia (stać mnie!), ale chciałam w końcu mieć kontakt z innymi ludźmi.

20 kwietnia 2013

Miałam trochę kłopotów, żeby potwierdzić, że ja to ja. Dowód osobisty otrzymałam będąc w klasztorze, więc zdjęcie w nim mam w stroju zakonnicy. Notariusz zobaczywszy mnie „po cywilnemu” stwierdził, że nie może potwierdzić mojej tożsamości. Wróciłam do domu i zabrałam zakonny habit (dobrze, że go nie wyrzuciłam). W kancelaryjnej ubikacji przebrałam się w niego i po zmyciu makijażu weszłam ponownie do biura notariusza. Dopiero wtedy po gruntownym obejrzeniu mnie, przez notariusza i jego asystentkę, przystąpiono do przekazania dokumentów przejęcia spadku. Teraz już mi go nikt nie odbierze.

14 sierpnia 2013

Właśnie wróciłam z wakacji, które spędziłam na Krecie. Poznałam tam miłość mojego życia. Ma na imię Christos jest Grekiem z polskimi korzeniami. Mówi po naszemu trochę kalecząc polszczyznę. Zna języki: niemiecki, angielski, no i oczywiście grecki. Bardzo przystojny blondyn z piękną opalenizną. Na dodatek ma arystokratyczne pochodzenie, jego dziadek był księciem Peloponezu. Przyjedzie do mnie w listopadzie. Ale po powrocie do Polski czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Otóż okazało się, że jakaś agencja rządowa chce odkupić ode mnie te grunty, które ciotka Kunegunda zakupiła przed swoją śmiercią. Nie mam żadnego doświadczenia w takich interesach, zadzwoniłam więc do pierwszego adwokata jaki mi się wyświetlił na ekranie komputera.

Mecenas Bidermajer zapewnił mnie, że właśnie takie sprawy są jego domeną. Podpisałam mu pełnomocnictwo i jeszcze jakieś papiery. Aha i jeszcze umowę, że jego honorarium wyniesie 5% wynegocjowanej ceny, plus zwrot wszystkich jego kosztów związanych ze sprawą.

23 września 2013

Dziś pan mecenas pofatygował się do mnie osobiście, był bardzo tajemniczy i długo opowiadał mi o skomplikowanych negocjacjach, w których rozmawiał z samym ministrem infrastruktury. Aż mnie zdenerwował tym przydługim wprowadzeniem. W końcu wydukał, że wynegocjował cenę – uwaga – 45 milionów złotych!!!

A co tam kuźwa złoto odkryto czy inną platynę? – pomyślałam sobie. Okazało się, że ziemia ta jest dokładnie w tym miejscu gdzie zaprojektowano największy w Polsce port lotniczy. I bez tych czterdziestu hektarów nie da się go zbudować, mimo, że reszta ziemi jest własnością skarbu państwa. Ale moja ziemia (której na oczy nie widziałam) jest położona gdzieś w środku tego terenu. Więc muszą go odkupić. Pewnie dlatego zgodzili się na tak wysoką cenę, bo budowa jest sprawą prestiżową dla obecnego rządu.

Jestem tak szczęśliwa, że nie mogę pisać, muszę wyjść do jakiegoś klubu, żeby się zrelaksować. Niech wszelkie troski idą w cień. WITAJ BOGACTWO!!!

……………………………………………………………………………….
………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

30 września 2018

Wracam do swoich zapisków po pięciu latach niepisania. Tyle się działo przez ten czas, że nawet nie miałam czasu myśleć, o pisaniu nie było co marzyć. Był to czas beztroski i zabawy, który już niestety minął…

Dziś mija pięć lat od momentu kiedy olbrzymie pieniądze ze sprzedaży ziemi wpłynęły na moje konto. Po odjęciu prowizji adwokata i zapłaceniu podatku, zostało i tak bardzo dużo pieniędzy. W przeliczeniu około 10 milionów dolarów. Pomyślałam sobie, że starczy tego do końca życia. Kto by pomyślał, że już po pięciu latach się skończą.

Niestety dziś moje konto jest znowu puste. Bogactwo, wydawało się wtedy niewyczerpalne, stopniało jak śnieg w maju. Faktem jest, że nie odmawiałam sobie i swoim przyjaciołom niczego. Mieszkałam w najdroższych hotelach jadałam w najdroższych restauracjach, pijałam najdroższe drinki i miałam (na utrzymaniu) najbardziej dystyngowane towarzystwo (tak mi się przynajmniej wtedy zdawało). Dziś nikogo z przyjaciół przy mnie nie ma, milczą nawet ich telefony. Nawet jeżeli któreś z nich odbierze, być może przez roztargnienie, to okazuje się, że akurat w tej chwili nie może rozmawiać i prosi, by zadzwonić później, a najlepiej, że to on oddzwoni. Oczywiście więcej się nie odzywa.

Wróciłam wczoraj do tego starego domu odziedziczonego po ciotce. Tylko on mi został. Nikt tu nie mieszkał przez te lata, kiedy wojażowałam po świecie. Muszę go solidnie wysprzątać, bo kurz pokrył wszystko. Bardzo mi smutno, bo znowu jestem sama. Jeszcze wczoraj, kiedy wsiadałam do samolotu miałam męża (chociaż był to tylko ślub cywilny), nagle okazało się, że on na razie zostaje w Ameryce, a do Polski przyleci za kilka dni. Na pożegnanie wręczył mi elegancką teczkę i oświadczył, że to niespodzianka i żebym otworzyła dopiero jak samolot wystartuje. List, który w niej był pogrążył mnie ostatecznie. Poczułam się jak rozbitek na pełnym morzu – samotna i bez szans na ratunek. Otóż ten, którego kochałam, podziwiałam i obdarzyłam bezgranicznym zaufaniem, pisze mi, że opuszcza mnie, gdyż nigdy mnie nie kochał. Więc teraz, kiedy już roztrwoniłam pieniądze nie może być ze mną, by nie popaść w biedę. Ponieważ jest jeszcze młody wnosi o rozwód, ponieważ kocha inną kobietę.

Na naszym wspólnym koncie było wtedy jeszcze 50 tysięcy dolarów, ale gdy wylądowałam w Warszawie zostało na nim sto dolarów tyle mi zostawił z moich milionów, które przez te lata bezrefleksyjnie wydawał wraz ze swymi przyjaciółmi, którzy oczywiście twierdzili, że są też moimi. Zostałam zupełnie bez żadnych środków do życia. Jutro będę musiała sprzedać lub zastawić coś w lombardzie, żeby zrobić niezbędne zakupy.

4 października 2018

Na szczęście nie musiałam się wyzbywać swojej biżuterii, bo okazało się, że na moim polskim koncie w PKO mam jeszcze 35 tysięcy złotych. Trochę mnie to uspokoiło. Jednak dostałam wiadomość, że moje bagaże, w których zapakowane były najcenniejsze rzeczy zaginęły gdzieś po drodze. Wysłałam maila, że jeżeli się nie znajdą będzie ich to bardzo drogo kosztowało. Same obrazy starych mistrzów są warte kilka milionów złotych a były tam też inne zabytki sztuki użytkowej i zdobniczej w tym kolekcjonerskie złote monety.

W odpowiedzi dano mi znać, że oczywiście LOT zapłaci stawkę odszkodowania przewidzianą w wypadkach zagubienia bagażu, jednak to ubezpieczyciel musi pokryć wartość przesyłki według zadeklarowanej w dokumencie przewozowym.

Ze zdenerwowania z trudem odnalazłam kwit nadania bagażu. I… aż usiadłam z oburzenia. Mój mąż wypełniający dokument wartość przesyłki ocenił na 1000 dolarów. Nie wiem czy zrobił to z oszczędności, z głupoty czy z wredoty. Ponieważ nie odbiera telefonów napisałam mu maila, żeby wytłumaczył swój postępek. Spytałam także czy przesyłka nie trafiła z powrotem do niego.

Oczywiście nie odpowiedział. Za te jego świństwa ostatnio zrobione znienawidziłam go.

20 października 2018

Bagażu nie odzyskałam i już nie odzyskam, bo mecenas Bidermajer zażądał 10 tys. dolarów za zajęcie się sprawą i musiałabym zapłacić z góry bez względu na wynik. Gryzę palce z wściekłości, bo wiem, że to kolejne oszustwo Christosa. Niech mu Bóg albo jego szatan stróż odpłaci za moją krzywdę. Teraz już wiem, że swoje uczucia kierowałam do fałszywego Christosa.

5 grudnia 2018

Dostałam dziś hiobową wieść, że z powodu długów, których rzekomo narobiłam w USA zajęte zostaną moje oszczędności i nieruchomości. Nawet nie zdążyłam się otrząsnąć kiedy (dosłownie na drugi dzień) zjawił się komornik i opieczętował meble w moim domu. Jednocześnie zakomunikował mi, że mam miesiąc czasu na wyprowadzenie się, bo dom też zostaje zajęty.

10 stycznia 2019

Wynajęłam mieszkanie, a właściwie pokój. W dwóch innych mieszkają studenci. Dom zajął komornik. Sprzedałam trochę biżuterii na allegro, oczywiście poniżej jej wartości, ale trudno, ważne, że na przeżycie jest. Szukam pracy, ale fajnych ofert jest niewiele. Poza tym pracodawcy życzą sobie, żeby sekretarka umiała wszystko, obsługiwać biuro, komputer, żeby mówiła i pisała w kilku językach, a pensyjka jak najmniejsza. Ja po angielsku mówię, gorzej z pisaniem, ale w obecnym czasie, kiedy istnieją programy tłumaczące nie sprawiłoby mi to trudności – tak myślę. Słyszałam, że wymaga się od sekretarek również innych „umiejętności”, ale myślę, że nie wszyscy szefowie pozwalają sobie na takie ekstrawagancje. Tym bardziej, w obecnym czasie. gdy tyle mówi się o równouprawnieniu i o różnych akcjach feministek, nie sądzę, żeby ktoś rozsądny jeszcze chciał się bawić w molestowanie.

Pieniądze topnieją choć staram się oszczędzać.

3 maja 2019

Dzisiaj dzień wolny, więc ludzie świętują. Grille, spacery, bajery, a ja ciągle w rozterce. Dwa razy udało mi się zatrudnić. Raz jako sekretarka – wywalili mnie pod koniec miesiąca i nawet nie zapłacili, twierdząc, że naraziłam firmę na straty. A była to firma SŁUP zajmująca się wyłudzaniem VAT-u, nie myśleli, że ich rozszyfruję. Dopiero kiedy napisałam do nich, że doniosę do CBA znalazły się pieniądze na moim koncie. Drugi raz zatrudniłam się w firmie produkującej opakowania plastikowe, jako robotnica. Przepracowałam tam miesiąc, ale widząc chamstwo i ordynarny wyzysk robotnic przez dyrekcję (Szwabów udających Polaków) postanowiłam odejść. Tym bardziej, że kierownik zmiany zrobił się zbyt poufały. Teraz jestem bezrobotną bez prawa do zasiłku. Żeby mieć takie prawo trzeba przepracować sześć miesięcy, a ja tyle stażu nie mam.

28 maja 2019

Prawdopodobnie jestem chora na AIDS…

W poprzednią niedzielę był piękna pogoda, poszłam więc na długi spacer. Przechodząc obok dworca głównego rzucił się na mnie jakiś facet (chyba narkoman) dziabnął mnie strzykawką w lewe ramię. Zaczęłam krzyczeć, zrobiło się zbiegowisko, napastnika obezwładniono i pobito, ale zanim przyjechała policja (trwało to chyba godzinę) facet wykorzystał moment nieuwagi ludzi i uciekł. Zabrano mnie do szpitala i zrobiono test na obecność wirusa. Jednak wyniki będą dopiero po miesiącu. Na kwaterę wróciłam późnym wieczorem, byłam tak zmęczona, że zaraz zasnęłam. Dopiero rano zorientowałam się, że ukradziono mi moje rzeczy. Teraz jestem „na czysto”, znaczy, że mam tylko to co na sobie. W portfeliku zostało mi sto złotych.

30 czerwca 2019

Pieniędzy nie mam już nic. Dziś musiałam wyprowadzić się z wynajmowanego pokoju. Nie wiem co dalej. Wynik przyszedł dwa dni temu – dodatni!

15 lipca 2019

Mieszkam w schronisku im. Brata Alberta. Jednak jakaś choroba mnie toczy. Na rękach, twarzy i szyi wyskoczyły mi krosty, taka czerwona wysypka, poza tym zrobił się wrzód na prawym pośladku więc mogę siedzieć tylko na czymś miękkim i pochylona w lewą stronę. Ciąży nade mną jakieś fatum. Dwie kobiety, które były ze mną w pokoju poskarżyły się, że nie chcą ze mną mieszkać. Pomyśleć tylko, taka patologia, pijaczki uznały mnie za gorszą od siebie. Myślę, że sięgnęłam dna.

20 lipca 2019

Mieszkam sama, może to i lepiej. Nie muszę wysłuchiwać jaka jestem nieprzyjemna, syfiara, hifiara itd. Mam lokum w malutkiej kanciapie tuż za ubikacjami, dalej już jest ściana zewnętrzna. Pocieszam się, że mieszkam jak Harry Potter. Nigdzie nie wychodzę, słucham radia i z własnym talerzem chodzę po posiłki. „Własny talerz” to tutaj symbol całkowitej alienacji. Tak, jestem wyrzutkiem. Czytam Biblię to jedyna księga, od której mnie nie odrzuca. Jeszcze raz, w tym życiu, analizuję Księgę Hioba. Wiem, że jestem współczesnym Hiobem. Czy w moim przypadku też nastąpi odmiana losu? Wątpię, Hiob nigdy nie zaparł się Boga. A ja – szkoda gadać…

23 sierpnia 2019

Wrzód pękł jeszcze w lipcu, rana zagoiła się. Nadal czytam Świętą księgę i chodzę na wszystkie msze św. Popełniłabym samobójstwo już dawno, ale jestem tchórzem. W kaplicy siedzę w najdalszym i najciemniejszym kącie. Byłam u spowiedzi, ale boję się podejść do komunii. Mam wrażenie, że młody przystojny i wypielęgnowany ksiądz Andrzej będzie się brzydził podać mi hostię, tak jak ja kiedyś brzydziłam się siostry Rozalii. Przed samobójstwem przestrzega mnie też sumienie i to, że zgubię duszę. Wystarczy, że zgubiłam ciało i przegrałam życie.

To nieprawda, że nie chcę zbrzydzić księdza swoim wyglądem, chociaż to też ma znaczenie. Jednak w tym wypadku nie to jest najważniejsze… otóż jeszcze jeden grzech nie pozwala mi przyjąć Chrystusa. Grzech, którego nie wyjawiłam. Jest to grzech śmiertelny, grzech zabójstwa.

Jestem na pograniczu śmierci albo choroby psychicznej. Często bez wyraźnego powodu mam napady płaczu. Nachodzą mnie różne myśli. Najbardziej natrętna, powracająca prawie co wieczór to ta, że jako zakonnica zostałam zaślubiona Chrystusowi i zdradziłam go z fałszywym Christosem. Ten zaś, jak to robi prawdziwy szatan, wykorzystał mnie okradł i urządził mi piekło już na ziemi. Więc teraz mam przedsmak tego co czeka mnie po śmierci. Pocieszenia szukam w Dzienniczku siostry Faustyny, wiara w przeogromne Miłosierdzie Boże podtrzymuje we mnie jeszcze ostatnią iskrę nadziei…

26 sierpnia 2019

Doznałam kolejnego upokorzenia. Wyspowiadałam się ze swojego skrywanego grzechu – aborcji, ale nie otrzymałam rozgrzeszenia. Stary ksiądz Euzebiusz zastępujący tego młodego zapowiedział, że musi zastanowić się nad pokutą dla mnie. Nakazawszy modlitwy pokutne i przebłagalne zapowiedział jeszcze jedno spotkanie za tydzień.

4 września 2019

Ksiądz nie przyszedł. Podobno jest chory, ale wrócił ten młody ksiądz Andrzej. Na moje pytanie, kiedy wróci ks. Euzebiusz nie umiał odpowiedzieć. Stwierdził, że jego choroba jest zbyt poważna, żeby w tej kwestii się wypowiadać. Na moje uporczywe pytania. Oświadczył, że ksiądz Euzebiusz jest po wylewie i dotąd nie odzyskał przytomności. Powiedział mi w jakim jest szpitalu.

6 września 2019

Byłam w szpitalu u starego księdza Euzebiusza. Nie miałam dla niego żadnego prezentu. Przyniosłam tylko jedno jabłko (akurat dawali jako deser w schronisku). Położyłam mu na szafce, ale mimo moich usiłowań nie odzyskał przytomności. Wyglądał bardzo źle, woskowa twarz i krótki oddech. Pomyślałam, że nie wyjdzie z tego. Pomodliłam się szeptem przy nim i uścisnęłam mu rękę. Niespodziewanie oddał uścisk, chociaż nadał był nieprzytomny. Wychodziłam już kiedy wypowiedział to zdanie:

– Rzekł Pan – jest ci odpuszczone.

Myślałam, że ocknął się z letargu ale niestety nie. W hallu szpitalnym zobaczyłam znajomą twarz. Zatrzymałam się w pół kroku i stwierdziłam, że to ja – w lustrze. Ale jakaś zmiana nastąpiła w moim wizerunku. Dłuższą chwilę przypatrywałam się swojej twarzy zanim pojęłam, że jest ona gładka bez śladów paskudnej, ropiejącej wysypki. Mało tego, moja twarz była jasna bez ziemistej cery, a oczom powrócił dawny blask. Spojrzałam na dłonie również na nich zginęły krosty, a dałabym głowę, że rano jeszcze były. Kiedy tak stałam zauroczona nagłą zmianą mojej fizjonomii, usłyszałam, że ktoś do mnie mówi. Była to, jak się później dowiedziałam, kadrowa tego szpitala. Pytała czy to ja miałam się zgłosić w sprawie pracy. Odpowiedziałam, że chętnie podejmę każdą pracę. Przeszliśmy do jej biura, gdzie napisałam podanie, które ona od ręki zatwierdziła. Jutro mam zrobić badania i po odebraniu wyników zgłosić się do pracy na stanowisko salowej. Byłam uszczęśliwiona dopóki nie przypomniałam sobie, że przecież mam AIDS. więc badania to wykryją i nie przyjmą mnie do pracy. Poryczałam się i do wieczora przeleżałam w łóżku. Ale nazajutrz wstałam o świcie i poszłam na poranną mszę w jej trakcie przyjęłam komunię. Myślę, że słowa księdza Euzebiusza były skierowane do mnie, bo przecież po nich stał się cud oczyszczenia mego ciała. Z drżeniem i obawą poszłam na badania.

10 września 2019

Z duszą na ramieniu przyszłam po wyniki, a tam pielęgniarka wyskoczyła do mnie z buzią, że miałam się zgłosić nazajutrz, a nie po trzech dniach. Coś tam tłumaczyłam, a ona wręczyła mi książeczkę zdrowia i kazała iść z nią do działu kadr. Nie wierząc własnemu szczęściu usiadłam na ławce w poczekalni i przejrzałam książeczkę. Stwierdzono tam, że wyniki są w normie i nadaję się do pracy w służbie zdrowia. Gdyby nie fakt, że w poczekalni siedzieli pacjenci pewnie bym zatańczyła. Pobiegłam do Sali, gdzie leżał ksiądz Euzebiusz, żeby podziękować mu za cud, który dla mnie uczynił, ale w tej sali leżał już inny pacjent.

12 września 2019

W pogrzebie księdza Euzebiusza na cmentarzu grabiszyńskim prawie nie było osób świeckich. Odprowadzali go dwaj księża (pewnie jego koledzy, bo też w podeszłym wieku) i kilka zakonnic. Jedna z nich wytłumaczyła mi, że ksiądz był emerytem i dlatego nie odprowadzają go wierni, ponieważ już od lat nie miał swojej parafii.

Jeszcze tego samego dnia podpisałam umowę o pracę.

10 października 2019

Zaraz po wypłacie udało mi się wynająć pokój. Jestem w mieszkaniu z dwoma studentkami. Chętnie mnie przyjęły, bo komorne się im zmniejszyło. Z ulgą opuściłam schronisko, chociaż w ostatnich tygodniach zauważyłam zdecydowaną zmianę w stosunku do mojej osoby (szczególnie mężczyzn). Natomiast kobiety, przedtem patrzące na mnie z odrazą i obrzydzeniem, teraz spoglądały z zawiścią. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, sama widzę, że z każdym dniem staję się ładniejsza. Ten cud dzieje się na moich oczach. Co dzień patrząc w lustro nie mogę się nadziwić. Myślę, że nigdy wcześniej nie byłam tak atrakcyjna, jak teraz. Wydaje mi się, że jestem nawet wyższa, ale to chyba złudzenie. Po prostu wyprostowałam się, bo przedtem przygniatały mnie troski i grzechy. Jednak dodatkowo wzmacnia to wrażenie fakt, że zeszczuplałam, a moje ciało ujędrniło się. To też działanie cudu. Jeszcze w schronisku dwie dziewczyny, młode matki, ofiary przemocy rodzinnej, pytały mnie jakich kosmetyków używam. Co miałam powiedzieć, że żadnych? Powiedziałam, że mam znajomą wizażystkę, która w ramach dawnej znajomości, robi mi gratis makijaż.

Pracuję jako salowa i wykonuję te same prace, co w klasztorze robiłam przy siostrze Rozalii, ale nie narzekam, bo praca ta podniosła mnie z dna i dziś znów wróciłam z marginesu do społeczeństwa. Podnoszę się jak Hiob. Może tak, jak on odzyskam to, co straciłam. Nie mam na myśli wielkich pieniędzy, ale stabilne życie w prawdziwej rodzinie z ukochaną osobą. Nie mam jeszcze 30 lat, więc chciałabym mieć dzieci. Myślę, że jest na to szansa. Ostatnio młody kierowca karetki coraz częściej mnie zagaduje. Widzę, że mu się podobam. Obawiam się, że poznawszy moją przeszłość może się zniechęcić. A szkoda by było, bo on też mi się podoba…

Dedukuję, że skoro doświadczyłam cudu uzdrowienia, PAN ma dla mnie dobrą ofertę, a moje życie jest dopiero u zarania, i nie mogę zmarnować tego daru i Go zawieść. Wszak Hiob żył jeszcze ponad sto lat w szczęściu i dobrobycie… ja nie mam takich zamiarów (kto w dzisiejszych czasach żyje sto czterdzieści lat), ale chciałabym wyjść za mąż i chociaż przez część tego czasu, który miał Hiob, żyć w sakramentalnym związku, móc chwalić Chrystusa Miłosiernego, który wydobył mnie z otchłani biedy i rozpaczy.

Październik 2018

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Oczekiwanie

Katarzyna Urbanowicz

Stasys Eidrigevičius – Szkoda, że cię tu nie ma

Oczekiwanie jest jak uczulenie na pyłki, gdy z nosa leje się rzadki śluz, a gdy masz już nadzieję, że przestanie, zaczynasz kichać, to wywraca Ci się żołądek i jest jeszcze gorzej. Zdarza się, że zapominasz na co czekałaś, zajęta nieprzyjemnymi objawami z innej parafii i uświadamiasz sobie po jakimś czasie, że twój czerwony nos niedługo ci odpadnie. Jeśli zaś zdarzy się to, na co czekasz, twoje wrażenia będą równie odległe od tych, na jakie oczekiwałaś, bowiem zaczniesz czepiać się jakichś nieważnych drobiazgów, wszystko po to, aby rozmydlić, rozmiękczyć i zneutralizować to bywsze czekanie. Nieważne, czy czekałaś na coś pozytywnego, czy na zły los. Zaszkodziło ci samo czekanie.

W czekaniu wszystko, co się dzieje równocześnie, traci sens i przestaje być ważne, może poza fizycznymi dolegliwościami. Unieważnienie następuje w mgnieniu oka, pstryk, coś było i nie ma tego czegoś. Zachwycałaś się trafnymi słowami w jakiejś książce, pstryk, ale banał i bzdet. Ludzie tracą głowę dla jakiegoś filmu, pstryk, łeee… Zatkany odpływ, potrzeba hydraulika, nie masz chęci wydzwaniać: najwyżej się nie umyjesz lub umyjesz w kuchni.

Po kilku lub kilkunastu pstrykach zaczynasz dostrzegać jakim jesteś odmieńcem w morzu współplemieńców, współobywateli i w ogóle na całej ziemi nie masz nikogo podobnego doświadczeniem… A nawet, jeśli kogoś masz, to wcale nie masz ochoty go słuchać i oglądać. Żałujesz, że nie jesteś kretem w podziemnych korytarzach, żabą w ciepłym, przyjaznym błocku, rakiem w podwodnej kryjówce, której wejście zastawiłaś kamieniem.

Doczekałaś się nareszcie?

Świat powinien być piękny, radosny, opromieniony, ale nie jest. Może nawet jest jeszcze gorszy, nie masz już bowiem na co czekać.

Stasys Eidrigevičius – Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Muchomory tęczowe

Włodek Małkowski

muchomor tęczowy
w foliowej torebce
leży na parapecie
do góry ogonkiem
kołysząc się śmiesznie

Jan Marcin Szancer – Ułan i muchomor

Oświadczenie

Dzień dobry! W związku z tym, że dostałem SMS-a o ujawnieniu mojej teczki, znalezionej na strychu domu nieboszczki ciotki, w której znajdowały się zeszyty i książki z klasy trzeciej B szkoły podstawowej imienia Feliksa Dzierżyńskiego, książeczka SKO z wkładem 4,74 zł, list miłosny w formie wierszyka do niejakiej Wandy Wasilewskiej oraz dzienniczek z opiniami na mój temat dokonanymi przez pana wuefistę… No cóż! Postanowiłem, że nie będę publicznie odnosił się do wynikających z tego jakichkolwiek zarzutów pod moim adresem oraz na temat genezy początków mojej poezji, jak i umiłowania wszelkich sportów indywidualnych oraz zespołowych, ze wskazaniem na piłkę nożną i siatkówkę. Nie chcę, aby wybitnych sportowców, którym kibicuję łączono z tą sprawą. Wycofuję się także z życia społecznego, rezygnując z zamiaru kandydowania do nagrody za wiersz tygodnia na poetyckich stronach oraz z darmowych biletów na mecze.

***

No tak, skoro cały dzień mi zszedł na ruterach i instalowaniu sterowników, a więc na tym, na czym się nie znam, a mimo to się udało, to znaczy, że jestem bardziej wybitnie uzdolniony, niż mi się to mieści w głowie. Nawet z facebooka zaniepokojeni do mnie napisali z pytaniem, czy to ja loguję się z innej, nie znanej im galaktyki. Odpisałem, aby się nie wtrącali w nie swoje sprawy. A oni na to, coś o jakichś kosmicznych procedurach zakaszleli, bo podobno niejaki Tramp się na mnie skarży, że mu w konwersacji z Putinem przeszkadzam. Ale skoro się udało, to czas wreszcie na muzykę i wybitną poezję. Tak wybitną, że nawet mi się nie mieści w głowie, a więc nie do mnie pretensje o jej poziom, skoro z poza mojej głowy pochodzi, przez co czasami po nocach się zastanawiam: o co mi właściwie chodzi i czy to, aby na pewno mi o to chodzi, czy tylko coś przeze mnie przechodzi, czy też to ja tylko tak sobie przesmykiem głupoty pomykam.

Czas na pioseneczkę, bo smętny ten blues, a więc:

za to mienie bezspadkowe
każdy rolnik odda krowę
zaś mieszkańcy wielkich miast
wszystką wodę prąd i gaz
raz do roku przez sto lat
kto jest młody i bez pracy
odda rower
zadłużając się u taty
a dzieciaki hulajnogi
i tak właśnie tym sposobem
damy radę my Polacy

co tam krowa
co tam rower
po co dziecku hulajnoga
pieszo zdrowiej
świat się dowie i z podziwem
będzie czekał niecierpliwie
kiedy mu oddamy życie
bo jak nie to nogą tupnie
a wy gnoje a wy trutnie
wy faszyści rasiści
koniec z mową nienawiści

gdzie ta krowa
gdzie ten rower
za to mienie bezspadkowe?

Chryzantemy złociste w kryształowym wazonie… To straszne na jaką to głupotę człowiek jest narażony w tym środowisku, gdzie kryształowe wazony już nie są na topie, więc co tu się dziwić, że Stachu do niej nie wróci bujając się na parapecie w foliowej torebce zamiast na fortepianie. Muszę jednak zmienić muzykę, tym bardziej, że pełnia się zbliża, a więc znów okrutny potwór, co w dzieciństwie straszył, krwią mi plując w oczy, w jednej chwili ciszę przeinaczył w rechot tych czarownic o zgrzybiałych licach w szyderczym uśmiechu we mnie wymierzonym.

***

Nie, nie! Miałem coś napisać. Coś, co wymyśliłem w nocy i nawet pod kołdrą na telefonie komórkowym zarysowałem z lekka, by nie zapomnieć, ale doszedłem do wniosku, że skoro ludzkość w galopującym tempie cofa się w rozwoju, to to, co wymyśliłem w nocy będzie dla niej już bardzo trudne do zrozumienia po upływie kilku godzin od mojego wymyślenia.

Agencja NASA przyznała się do tego, że w obecnej chwili nie dysponują już ani technologią, ani naukowcami pozwalającymi na dokonanie wyprawy na księżyc. I nie ma się co temu dziwić, skoro obecny absolwent uniwerku jest na poziomie absolwenta szkoły zawodowej z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To z kim i o czym ja mam rozmawiać? O jakich książkach, filmach, muzyce? Nie, nie róbcie sobie jaj, aż takim relatywistą nie jestem, mimo przyjaznego nastawienia do publiki i dużej wyrozumiałości nie będę robił z siebie frajera.

Za pierwszą swoją wypłatę jako młody chłopak mogłem sobie kupić 1300 paczek papierosów (w dupie mam to czy palenie szkodzi), a wy mi teraz mówicie o dobrobycie. Na randkę szedłem z dziewczęciem w tak pięknej sukience, że nawet snów już nie macie tak kolorowych, choć w sklepach trudno było cokolwiek kupić. I mogłem z nią rozmawiać o wszystkim, nawet o piłce nożnej. A ciastko to było ciastko, słodkie, co najmniej jak jej usta i majestatyczne w swej wielkości jak Latający Holender.

I nie pieprzcie mi, że to tylko dlatego, że byłem młody. Bo aby tak mówić, trzeba mieć coś ciekawego do pokazania, to coś z młodości, co w człowieku młodym pozostało, przez co może być twórczym i pożytecznym. Zdolnym się rozwijać, nie ulegając tak ochoczo kłamstwom zwanym modami. Cool trendi i inne manipulacyjne swędy, z pseudo dobroczynnej agendy dla pasożytów. Czyniące z młodych, wykształconych, z w wielkich miast, bezmyślne cyborgi, tęczowe muchomory sromotnikowe udające beztroskie parasolki w tym kisnącym rosole zwanym postępowością.