Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wierszyki. Medytacja albo taka śmierć

Marek Adamkiewicz

 

nie dotykam dzisiaj niczego
nie mierzę uczuć
nikogo nie sądzę
nie chcę o nikim
nawet myśleć

siedzę się
nie ruszam

Stasys Eidrigevičius – Przypowieść o smutku i radości

lato bez wakacji
a jednak
ciepłem oddycham

energię można dać w prezencie
za gorące ręce

w ciepłym deszczu
mieszają się zapachy

w dobrych rozmowach
mało jest słów
jak złoto każde
jak kropla dżdżu

***

smażę rybę sola
zjadamy się nawzajem
oddychamy razem
całe życie tego świata
a najczęściej
mamy się
w dupie

Stasys Eidrigevicius – Postać z trzema kotami

milczenie
nie jest odpowiedzią
w silnych dłoniach
bezradność
boli bardziej niż pytania

bez słów umierać
mogą tylko chorzy
na raka

kiedy otwieram ramiona wolności
chciałbym tańczyć

a niechbym upadł
ze zmęczenia

Reklamy


Dodaj komentarz

Opowiadania. Żebrak

Stanisław Ryczek

Rembrandt van Rijn – Żebrak siedzący na skarpie

Żebrakowi Kazkowi żyło się dobrze dopóki nie pojawił się „Prorok” – tak go nazywał Kazek w myślach. Co tam dobrze. Żyło mu się luksusowo. Miał mieszkanie na Krzykach, co prawda tylko jeden pokój z aneksem kuchennym, ale za to pokój był naprawdę duży.

Mieszkanie było na parterze w bloku wybudowanym w latach siedemdziesiątych, usytuowane od południowego zachodu. Duże okna czyniły pomieszczenie widnym i przyjemnym. Przed kilkoma laty wyremontował lokal wymieniając stare drewniane okna na nowoczesne plastikowe, panele podłogowe zastąpiły komunistyczne linoleum, w łazience nowa wanna i nowoczesna muszla, ściany i podłoga zostały wykafelkowane.

Ostatnio wynajął fachowców, żeby wymienili drzwi na antywłamaniowe. Drzwi może by i nie wymieniał, bo były jeszcze zupełnie dobre, ale w dawnych czasach, jak jeszcze zajmował się różnego rodzaju zbieractwem, tak zapuścił mieszkanie, znosząc do niego różnego rodzaju „skarby”, że zalęgły się w nim nie tylko karaluchy i myszy, ale nawet szczury. Dla sąsiadów było tego za wiele i któryś z nich wydrapał gwoździem na jego drzwiach „wizytówkę”: TU ŚMIERDZI. Obecnie ten napis nie był już aktualny, bo z mieszkania już nie wydobywały się trujące wonie. Decyzja o wymianie drzwi zapadła, bo była, po pierwsze nieaktualna, a po drugie taki napis jest jednak wstydliwy.

Prawdę powiedziawszy przekonała go do tego Monika, z którą już od kilku lat mieszkał. Zresztą wszystkie zmiany włącznie z przeprowadzeniem remontu dokonały się dzięki niej. To ona przekonała Kazka, żeby przestał chodzić po śmietnikach i znosić rozmaite dziadostwo. Zamówiła kontener, do którego wyniosła piętrzące się pod sufit śmieci, przepchała przelewający się kibel i wszystko dokumentnie wymyła. Następnie kupiła jakieś zapachy i inne środki, dzięki którym przestało śmierdzieć.

Sprawa z Moniką zaczęła się od awantury…

Kazek siedział jak zwykle przy przejściu podziemnym do Galerii Dominikańskiej, obok niego leżał jego wilczur „Tusek”. Zwyczajem żebraczym, niby przypadkiem, odsłoniła mu się chora noga okręcona poplamionym plakatówką bandażem. Prawdę mówiąc na nogę utykał od dzieciństwa – z taką się urodził, ale odpowiednie jej upozowanie znacznie polepszało zyski. Pies też nie wyglądał na zdrowego. Miał chyba rupturę, bo jego jądra były nadnaturalnie duże. Ale mimo tej usterki był okazem zdrowia (szczególnie lubił uganiać się za piłką).

Monika pojawiła się w połowie dnia, czyli w okolicach jedenastej, wtedy natężenie ruchu jest największe i zajęła miejsce naprzeciwko Kazika. Była ubrana w rozwleczony sweter i brudne jeansy, ale była chuda i miała ładną buzię z bladą cerą, wzbudzała więc litość u starszych osób szczególnie wrażliwych na biedę. Dodatkowo napisała na tekturce, że jest bezdomną sierotą, co zawsze zapewnia ludzką ofiarność. Taka konkurencja bardzo nie spodobała się Kazkowi i tylko czekał na moment, kiedy zrobi się trochę luźniej, żeby wykurzyć żebraczkę, która odbierała mu zarobek.

W pewnym momencie jakaś starsza pani mająca wrzucić monetę do jego puszki zobaczyła dziewczynę i skierowała się w jej stronę. Pieniądz przeznaczony dla niego wylądował w kubełku żebraczki. Taka złość zakipiała w Kazku, że nie czekając aż ofiarodawczyni się oddali, wszczął awanturę i kazał jej się wynosić z jego rewiru. Dziewczyna nie chciała zadzierać z wściekłym żebrakiem i jego psem, zebrała swój zarobek i odeszła. Jednak wychodząc z galerii, gdzie zjadła w końcu ciepły posiłek, zobaczyła Kazka leżącego na schodach. Jego pies przywiązany do poręczy miotał się i szczekał. Ludzie omijali to miejsce szerokim łukiem bojąc się psa i nie chcąc dotykać zakrwawionego żebraka. Zaciekawiona podeszła do grupki kilku ludzi stojących opodal i usłyszała, że dosłownie przed chwilą kilku nastolatków napadło na żebraka i zabrali mu pieniądze. Facet w bordowej marynarce, który opowiadał to zdarzenie zaciekawionej grupie osób, powiedział, że dzwonił już na telefon alarmowy 112, i prawdopodobnie pogotowie i policja zaraz będą.

Rzeczywiście po chwili przyjechał radiowóz policyjny. Wysoki policjant odciągnął żebraka od ciągle niespokojnego psa i zaczął go cucić. Policjantka przyniosła wody w jednorazowym kubku i mocząc palce spryskiwała zakrwawioną twarz nieprzytomnego. W końcu Kazek otworzył oczy. Policjant spytał go, jak się czuje i co właściwie się stało. Jednak odpowiedzi żebraka były chaotyczne i trochę bez sensu. Karetki pogotowia nadal nie było, a policjanci mimo wysiłków nie mogli się z nim porozumieć. Kazek wstał i powoli zaczął się zbierać. Policjantka spytała, czy chce złożyć zeznania i zgłosić napad. Kazek tylko odwiązał psa i rozglądał się jakby nie wiedział dokąd iść, pytanie pozostało bez odpowiedzi.

Policjanci nie mieli ochoty go zatrzymywać, w końcu to tylko żebrak, w dodatku pokrwawiony, być może z hifem, lepiej takiego nie dotykać. Małe zbiegowisko zaczęło się rozchodzić. Monika podeszła do Kazka, gdy już nikogo nie było. Spytała, czy chce, żeby mu pomogła, a on zgodził się na to. W taki sposób się to zaczęło i jakoś tak, bez żadnych deklaracji ani umów, pozostała z nim.

Sielanka trwała kilka lat. Kazek miał swoje punkty „pracy”, w dni powszednie siedział w przejściach podziemnych na Świdnickiej albo przy Galerii Dominikańskiej, a w niedziele i święta przy wejściu do katedry. Monika gospodarzyła w mieszkaniu, a czasem jak Kazek był chory lub niedysponowany zastępowała go w żebraniu. Teraz już trochę się wstydziła ubierać w stare połatane łachy, po prostu głupio jej było przed sąsiadami. Dlatego stare ciuchy pakowała do torby i dopiero na miejscu szła do ubikacji, żeby tam się przebrać. Wtedy już w roli żebraczki siadała na miejscu Kazka z nieodłącznym psem Tuskiem, dla którego codzienna żebranina z Kazkiem tak weszła w krew, że nie mógł usiedzieć w domu bezczynnie. Więc musiała go zabierać, a poza tym z psem było bezpieczniej.

I tak się zdarzyło, że to właśnie ona pierwsza poznała „Proroka”…

W trakcie trwania mszy w katedrze – było to w niedzielę – podszedł do niej facet. Taki jakiś nijaki ani młody ani stary. Był w kapeluszu, którego nie zdjął mimo, że było to tuż przy głównym wejściu do katedry, a drzwi były otwarte i na wprost był ołtarz główny. Powiedział do niej tylko jedno zdanie:

– Niech jutro przyjdzie tutaj Kazek. – Po czym odwrócił się i odszedł. Gdy po powrocie powiedziała o tym żądaniu nieznajomego, Kazek tylko się roześmiał.
– A po kiego miałbym stać pod katedrą w poniedziałek i to w powszedni dzień. Zresztą to żaden mój znajomy, ja nie mam takich znajomych. – I tak, jak sobie wcześniej zaplanował, poszedł nazajutrz do przejścia na Świdnicką.

*

Poznał go od razu. Monika opisała „Proroka” tylko pobieżnie, ale w jego wyobraźni tak właśnie się zapisał. Stanął przy Kazku i przyjrzał mu się taksująco, jak nauczyciel patrzy na niesfornego ucznia. Tak właśnie poczuł się Kazek – jak przed nauczycielem.

– Dlaczego nie przyszedłeś pod katedrę, tak jak poleciłem. – Przenikliwe oczy wpiły się w drobną postać Kazika. Chociaż nie mógł wytrzymać tego spojrzenia, postanowił się sprzeciwić bezczelności nieznajomego:
– A cóż to, czy ja jestem twoim niewolnikiem, że mi rozkazujesz?
– Uwierz mi, że chciałbyś nim być, ale na to trzeba zasłużyć. Na razie jesteś niewolnikiem swoich grzechów i nałogów.
– Jakich grzechów, co ty możesz o mnie wiedzieć? – oburzył się Kazek.
– Skoro chcesz wiedzieć mogę ci wyliczyć. Po pierwsze jesteś oszustem, bo twoja noga nie jest chora ani skaleczona, a bandaż jest podbarwiony farbą. Po drugie jesteś leniem i wydrwigroszem. W swoim życiu niewiele pracowałeś – wolisz łatwy pieniądz. Teraz udajesz kalekę, większego niż w rzeczywistości jesteś, ale byłeś też złodziejem. Nawet Monikę trzymasz tyko dlatego, że wyręcza cię w pracach domowych i dla swojej chuci. Związek bez sakramentu małżeństwa to cudzołóstwo – czyżbyś nie wiedział, że to jest grzechem? Przed katedrą klepiesz na kolanach pacierze, ale przecież w Boga nie wierzysz – czy pamiętasz kiedy uczestniczyłeś we mszy świętej? – to też mogę ci powiedzieć – w czwartej klasie szkoły podstawowej. Czy chcesz żebym podał jeszcze kilka ciekawych szczegółów z twojego życia?

Przez chwilę trwała cisza, bo Kazka dosłownie zatkało, a w jego głowie kołatały się myśli: Kim jest ten facet? Skąd on to wszystko wie? Czyżby mnie śledził? A może to jakiś policjant w cywilu? W końcu wyksztusił pytanie.

– Czego ode mnie chcesz i w ogóle o co chodzi, dlaczego mnie prześladujesz człowieku?

Nieznajomy zapatrzył się w tłum przechodzących ludzi i jakby szukał odpowiedzi. W końcu z lekkim uśmiechem zwrócił twarz w stronę Kazka.

– Nie obawiaj się nie chcę twojej krzywdy. Zostałem posłany z pewną misją, dlatego będzie mi potrzebna twoja pomoc. Na początek zakwaterujesz mnie w swoim mieszkaniu, a potem dowiesz się reszty.
– To wykluczone – rzucił się żebrak – u mnie nie ma miejsca, a poza tym dlaczego miał bym cię trzymać u siebie, idź do hotelu. Zresztą ani myślę pomagać ci w jakiejś misji. A może ty szpieg jesteś?
– Nie obawiaj się nie jestem szpiegiem innego państwa. Z pewnych względów nie mogę zamieszkać w hotelu. Zresztą dobrze, czy gdybym ci powiedział, że jutro na twoim podwórku spadnie śnieg czy to by cię przekonało do mnie, że jestem prawdomówny i cię nie oszukam? Czy przystajesz na taką umowę?
– Śnieg w czerwcu? OK, zgadzam się, jak będzie śnieg, to cię przyjmę – zaśmiał się szczerbatymi ustami.
– W porządku przyjdę zaraz po opadach śniegu. Bądź gotowy.

*

– Kazek, zbudź się śnieg pada. – Monika stała przy oknie patrząc z niedowierzaniem na podwórze.

Kazek otworzył jedno oko a potem zerwał się i podbiegł do okna. Spojrzał na termometr – pokazywał 18 stopni na plusie.

– Co się dzieje. – otworzył okno i wystawił rękę. Na przedramię i na dłoń spadło kilka zimnych płatków, które prawie natychmiast stopniały w zatknięciu z ciepłą skórą.

Padało jeszcze, gdy zadzwonił dzwonek. Monika już otwierała, gdy Kazkowi zaświtała myśl, że to pewnie ON. Nie mylił się. Gość wszedł bez zaproszenia i usiadł przy stole zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć. Z uśmiechem powiedział do zbaraniałych gospodarzy.

– Zgodnie z umową jestem.

*

Tak skończył się złoty czas szczęścia Kazika. Od tej pory to Dionizy stał się najważniejszą osobą w ich mieszkaniu. To on ustalał, kiedy będą jeść mięso, a kiedy pościć. Zaprowadził wspólne odmawianie modlitw, przed posiłkami i wieczorem. Kazał wynieść do przedpokoju siennik Tuska i w tym miejscu, gdzie spał pies urządził dla siebie posłanie. Zabronił Monice spać z Kazkiem. Odmawianie różańca zastąpiło dotychczasowe oglądanie telewizji. Nie pozwolił żebrać w niedziele i sprał kijem Kazka po tej kulawej nodze, aż pokazała się krew. Dopiero wtedy kazał założyć bandaż – jak powiedział – żeby nie było oszustwa, krew musi być prawdziwa.

Kiedy Kazek zbojkotował jago zalecenia postu i najadł się kiełbasy poza domem Dionizy tylko spojrzał na niego, gdy wrócił do domu błyskawicznie chwyciły go wymioty i więcej tego nie próbował. Ograniczył też Kazkowi picie. Wykluczył wódkę i do konsumpcji pozostawił tylko wino i to w ograniczonych ilościach. Każde picie alkoholu na mieście kończyło się torsjami, nawet gdy wypił niewiele. Jednym słowem sterroryzował ich tworząc nowy model życia.

Dionizy wychodził w różnych porach dnia, a czasem nocy. Nigdy nie mówił dokąd idzie ani kiedy wróci. Początkowo zamknęli się i nie chcieli go wpuścić do mieszkania, jednak okazało się, że ma swój klucz. Nie wiadomo kiedy go dorobił. Na nic się też zdały próby złamania abstynencji seksualnej w czasie jego nieobecności. Gdy tyko zabierali się za zabronione czynności Kazek nie był w stanie nic uczynić, chociaż dosłownie tuż przed tym był gotowy na sex. Praktycznie nie byli w stanie złamać żadnego przykazania ustanowionego przez Dionizego. Jednak ciągle próbowali się wyłamać spod jego władzy.

Kiedyś Monika stwierdziła, że gdyby więcej o nim wiedzieli mogliby znaleźć jakiś sposób, żeby się od niego uwolnić. Postanowili, że przy najbliższej sposobności trzeba sprawdzić dokąd chodzi i z kim się spotyka. Kazek nie nadawał się do śledzenia, bo był zbyt charakterystyczny i zbyt wolno się poruszał. Podjęła się tego Monika. Ale mimo kilku prób, nie zdołała nic wyśledzić. Dionizy po pewnym czasie znikał jej z oczu i choć była bystra i miała dobry wzrok za każdym razem gubiła go z oczu. Raz prawie na pustej ulicy po prostu rozpłynął się w powietrzu. Gdy opowiedziała o tym fakcie Kazkowi oczywiście nie uwierzył jej i powiedział, że następnym razem sam pójdzie śledzić Proroka.

Jednak los zrządził, że wracając razem z miasta zobaczyli Dionizego idącego w zamyśleniu w stronę Rynku. Przemykając się chyłkiem pod murami dostrzegli, że wszedł do kościoła pod wezwaniem Bożego Ciała przy przejściu podziemnym. Odczekawszy kilka minut wsunęli się cichcem do nawy bocznej i ostrożnie badali wnętrze świątyni. W kościele było całkiem pusto.

Dopiero po pewnym czasie spostrzegli Dionizego przy bocznym ołtarzu. Stał ze skrzyżowanymi rękami przed posągiem Jezusa. Gdy zbliżyli się do niego usłyszeli, że coś mówi, byli zbyt daleko, aby zrozumieć jego słowa. Jednak oprócz znajomego głosu Dionizego usłyszeli inny głos, który na pewno nie należał do niego. Ale nikogo przy nim nie zauważyli. Wycofali się chyłkiem, żeby ich nie zauważył. Nie wiedzieli co o tym myśleć, a przede wszystkim, z kim rozmawiał Dionizy w kościele i co właściwie knuł?

Nazajutrz było święto Bożego Ciała, Kazek oczywiście nie mógł odpuścić takiego zarobku. Ale Dionizy zabronił mu w tym dniu żebraniny. Żeby uniknąć kłótni Kazek stwierdził, że nie będzie żebrał, lecz zadeklarował chęć uczestniczenia w procesji.

Mimo swoich deklaracji postanowił działać według swojego wcześniejszego planu. Czyli od wczesnego rana zbierał jałmużnę przed katedrą. Tragedia nastąpiła pod koniec procesji, kiedy biskup wchodził już do kościoła. Kazek, który do tej pory siedział na małym rozkładanym stołeczku, chcąc uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem tak niezgrabnie to zrobił czy może zdrętwiały mu nogi od długiego siedzenia w jednej pozycji, dość że rąbnął jak długi wprost pod nogi biskupa. Ten potknąwszy się o niego upuścił monstrancję, z której wyleciała Hostia.

Mężczyźni podtrzymujący ręce duszpasterza rzucili się, żeby szybko podnieść monstrancję, co udało im się zrobić i oprócz kilkunastu osób z pierwszych szeregów nikt nie zauważył incydentu. Jednak w monstrancji nie było już hostii, bo gdzieś potoczyła się i nie udało się jej znaleźć. Nie chcąc wstrzymywać procesji zarządzono jej kontynuację. Tuż po dotarciu do ołtarza asystujący księża wstawili drugi opłatek Hostii na miejsce zgubionego i udało się dokończyć obrzęd bez zbędnego zamieszania.

Kazek wrócił do domu załamany. Nie cieszył go nawet wyjątkowo duży zarobek. Czuł się winowajcą całego zdarzenia i żałował, że nie posłuchał Dionizego. Nie chciał rozmawiać z Moniką i położył się w ubraniu do łóżka czując się chorym. Na szczęście Dionizego nie było i nikt nie prawił mu morałów.

*

Obudził się, gdy było ciemno, ale nie była to noc. Przez dwa wąskie okienka sączyło się światło dzienne. Przy jednym ktoś stał i wyglądał na zewnątrz, widział zarys głowy i ramion. Reszta pomieszczenia tonęła w ciemności. Dopiero po chwili zorientował się, że naprzeciwko pod ścianą siedzi jeszcze jeden mężczyzna. Z zewnątrz dochodziły jęki i świst bata – kogoś bito. Przypuszczalnie na to patrzył ten stojący przy okienku. Kazek zerwał się z wiązki słomy, na której do tej pory leżał.

– Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Co to za miejsce?

Ten stojący przy oknie odwrócił się i powiedział coś niezrozumiale, był to wysoki facet z wielką czarną brodą.

„Jakiś obcokrajowiec” – pomyślał Kazek.

Ten drugi siedzący pod ścianą tylko odburknął i położył się na swoim posłaniu. W pomieszczeniu śmierdziało jak w szambie.

„Pewnie jest tu jakiś otwarty kubeł spełniający rolę kibla – przyszło mu do głowy. – A jeżeli tak, to jestem w więzieniu, ale za co mnie zamknęli i to w takich prymitywnych warunkach. Czyżby za wczorajszy wypadek w trakcie procesji? Ale przecież to było nieumyślne, a może złamał jakieś przepisy, najpewniej chodzi o niepłacenie podatków.”

Przypomniał sobie, że przecież PIT-ów to chyba nigdy nie składał. No dobrze, ale przecież w Polsce nie ma takich prymitywnych kryminałów. Przecież zdarzyło mu się siedzieć dwa miesiące za drobną kradzież na Kleczkowskiej i dwa razy w areszcie po 48 godzin, ale na miłość boską w cywilizowanych warunkach. A to chyba jakiś gułag. Na dodatek wsadzili go z jakimiś Arabami czy może z Czeczeńcami. A bicie, przecież to się w głowie nie mieści, żeby więźniów bić.

Podszedł do okna, żeby zobaczyć kogo i za co biją. Jednak okazało się, że jest za niski i nawet stanąwszy na palcach nie da rady nic zobaczyć. Bicie za oknem skończyło się i wszystko ucichło, a po pewnym czasie drzwiczki się uchyliły i ktoś postawił na podłodze gliniany dzbanek z wodą i takąż miskę z jakąś breją. Współwięźniowie na kucaka przysiedli przy misce i wprost rękami, żadnych łyżek nie było, zaczęli jeść breję. Kazek również klęknął na polepie i spróbował „przysmaku”. Była to rozgotowana kasza bez smaku, nie było tu ani soli, ani pieprzu, po prostu ugotowano na wodzie jakąś soczewicę czy inne paskudztwo. Kazek nie był aż tak głodny, żeby to jeść, napił się tylko wody i usiadł na swojej słomie. Tamci zaś futrowali dopóki nie zobaczyli dna. Teraz jak wzrok przywykł do ciemności rysy twarzy tego niższego wydały mu się znajome, ale gdzie mógł widzieć tego człowieka – nie miał pojęcia. Kiedy już się nażarli, wybekali i wypierdzieli jeden wyszczał się nawet w kącie, okazało się, że nawet kubła w celi nie ma, pokładli się i chyba posnęli.

Kazek obserwował promień słońca przesuwający się na glinianej polepie celi, dopóki sen go nie zmorzył. Obudził się, gdy wysokiego brodacza wyprowadzano z celi. Z korytarza dobiegały głosy wielu ludzi. Kilkukrotnie usłyszał słowo Barabasz, więc domyślił się, że jest to imię więźnia. Na zewnątrz też był jakiś więc, słychać było harmider i krzyki.

Z nudów próbował nawiązać jakiś kontakt z drugim więźniem. Wskórał tyle, że dowiedział się jego imienia. Okazało się, że ma na imię Disma albo Dismas, wymowa jego była jakaś niewyraźna i gardłowa. Kazek pomyślał, że to najpewniej Grek albo Węgier. Rozmowa na migi z Dismasem też nie dała żadnych efektów. Kazek rozpoznał tylko gest przeciągnięcia dłonią po szyi więc zrozumiał, że gość jest skazany na śmierć. Ale gdzie aktualnie dzieje się akcja i o co właściwie chodzi, a szczególnie za co siedzi tutaj on Kazek, nie uzyskał odpowiedzi. Nie wiedział jakich gestów użyć, aby o to spytać.

Jednego był pewien: to nie była europejska cywilizacja i zaczęła go prześladować straszną myśl, że to nie są czasy współczesne, ale jeżeli to jest przeszłość, to który rok jest w tej chwili i w jakiej części świata się znajduje?

Ludzie ubrani w jakieś szlafroki czy sutanny, wszechobecny prymityw i gówniane żarcie. Zauważył, że strażnicy czy może żołnierze ubrani są w krótkie tuniki. Noszą coś w rodzaju sandałów, podczas gdy inni chodzą boso, a na wyposażeniu mają piki i krótkie miecze – widział takie na filmach o starożytnej Grecji a może Rzymie – sam już nie pamiętał.

Jego rozmyślania przerwało wejście strażników, którzy wyprowadził obu więźniów na zewnątrz. Słońce oślepiło Kazka na dobą chwilę, a kiedy mógł w końcu otworzyć oczy siedział już na wozie zaprzężonym w woły. Ręce miał związane z tyłu. Wokół wozu było pełno brudnych, zarośniętych, rozkudlonych i krzyczących ludzi, którzy wygrażali więźniom pięściami i kijami. Brudne dzieciaki rzucały w nich kamieniami i grudami zeschłego łajna i błota. Śmierdziało ludzkim potem i gnojem, chociaż nic nie mogło konkurować z zapachem z celi.

Wóz ruszył, a tłum razem z nim. Kazek siedział tyłem do kierunku jazdy, więc nie widział co się dzieje z przodu, a że coś się działo to pewne, bo co raz dochodziły krzyki, śmiechy i wycie tłuszczy. Przez chwilę, gdy byli na zakręcie drogi zobaczył kogoś, zapewne jeszcze jednego aresztanta, który niósł jakąś belkę i akurat upadł pod nią. Pochód zatrzymał się po raz nie wiadomo który, ale teraz na dłuższą chwilę. O czymś deliberowano aż w końcu ktoś inny podniósł belkę zarzucił sobie na ramię i znowu ruszono z tym, że teraz znacznie szybciej.

Słońce paliło niemiłosiernie i Kazek chciał żeby dotarli wreszcie do tego sądu. Miał nadzieję, że znajdzie się ktoś, jakiś tłumacz, i będzie możliwość oczyszczenia się z zarzutów (jeżeli w ogóle jakieś zarzuty wobec niego mają). Na razie musiał skupić uwagę na unikaniu kamieni, które co raz leciały w jego kierunku. Jakaś rozczochrana baba koniecznie chciała go trafić grubym polanem w głowę – co za dzicz – pomyślał – a pilnujący żołnierze w ogóle nie interweniowali. Przecież to samosąd, jak można dopuszczać do takiego zuchwalstwa tłumu. W tym momencie cios dosięgnął jego głowy, aż mu się ciemno zrobiło. Jednak nie zdążył dojść do siebie, bo ktoś mu poprawił chyba kamieniem i stracił przytomność.

*

Ocuciło go mocne ściskanie w nadgarstkach. To żołnierze wiązali rzemienie przywiązując jego ręce do jakiejś belki, nogi już miał przywiązane. Leżał na wznak na czymś niewygodnym, jakby na jakimś kołku. Rozejrzał się w koło i włosy stanęły mu dęba – zobaczył Dismasa przywiązanego do krzyża, który już był postawiony. Żołnierze właśnie go stabilizowali ugniatając stopami ziemię i wciskając kamienie przy jego podstawie. Jeden z nich stojący trochę dalej dyrygował pokazując, w którą stronę prostować krzyż, by wyrównać pion.

– Stójcie, przecież jestem niewinny – krzyknął w rozpaczy, nie myśląc, że przecież nikt go nie zrozumie. – Jak to bez sądu chcecie mnie zabić? Mordercy!

Czterech tęgich żołnierzy podniosło jego krzyż i wpuściło do wcześniej wykopanej dziury. Kazek zawisł gwałtownie i boleśnie wpiły się rzemienie w jego nadgarstki. Uderzył pośladkami o deskę przybitą poprzecznie do krzyża. Mógł na niej usiąść, jednak żeby głębiej odetchnąć musiał podciągnąć się do góry. Po pewnym czasie mięśnie nóg nie wytrzymywały i trzeba było znowu usiąść, ale znów ciężko było oddychać, bo zwisające ciało powodowało ściskanie klatki piersiowej. Tortura krzyża przypominała więc nieustanne falowanie: podciągnięcie do góry oznaczało oddech i zmęczenie mięśni. Siedzenie na deseczce było odpoczynkiem dla mięśni jednak powodowało brak pełnego oddechu, więc też skutkowała zmęczeniem. Ale tę zasadę pozna dopiero później. Póki co nie był jeszcze zmęczony i mógł swobodnie oddychać, więc rozglądał się przerażonymi oczami.

Oprawcy właśnie stawiali trzeci krzyż pomiędzy nim a Dismasem. Jednak ten skazaniec był potraktowany jeszcze gorzej niż oni, bo jego ręce i nogi nie były przywiązane tylko przybite gwoździami. Kazek spodziewał się, że krew z tych ran będzie sikać, ale widocznie żadne duże naczynie nie zostało uszkodzone, więc krwawienie nie było gwałtowne. Środkowy skazaniec miał spuszczoną głowę i milczał, podczas gdy gawiedź ciągle coś do niego krzyczała.

Kazek był niemal pewien, że człowiek ukrzyżowany obok niego jest Jezusem Chrystusem, którego pół świata w jego czasach czci jako Mesjasza i Syna Bożego, i do którego on sam zanosił fałszywe modły, bo przecież modlitwa jego nie wynikała z wiary tylko z chęci zysku. Zresztą nigdy nie zastanawiał się czy Jezus istniał naprawdę i czy naprawdę zmartwychwstał. Teraz miałby szansę sprawdzić jak to się dalej potoczy, gdyby nie to, że nie będzie miał okazji, bo umrze razem z nim.

A może jednak uda się przeżyć – pomyślał z nadzieją – przecież ta tłuszcza nie będzie tutaj spała i w końcu pójdą do domów, a w nocy może uda się jakoś uwolnić. Kazek nie czytał nigdy żadnej ewangelii, więc nie znał zakończenia tej historii. Chociaż słońce paliło niemiłosiernie i wyciskało siódme poty czuł, że ma jeszcze dużo siły.

Przez następne godziny nic się nie działo. Tłum rzedniał. Kilku żołnierzy rozwiesiło jakieś płótno na swoich włóczniach i w tak stworzonym cieniu grali w kości. Zauważył, że jego ubranie i buty były przedmiotem pożądania bardziej niż ubrania tamtych. Skazańcy walczyli o oddech coraz bardziej zmęczeni. Muchy były szczególnie namolne. Całymi chmarami obsiadły spocone ciała skazańców, właziły do oczu, ust i nosa, a dodatkowo nie zadawalały się samym potem, ale jeszcze gryzły. Kazek początkowo bardzo z nimi walczył, ale teraz tylko od czasu do czasu uderzał głową o ramiona, aby choć na chwilę się uwolnić od tej plagi. Oddychać było coraz ciężej, a słońce było nadal wysoko… Czas jakby się zatrzymał. Słup krzyża był mokry od potu i spocone ciało nie miało już stabilnego oparcia ponieważ ześlizgiwało się z deseczki dającej początkowo oparcie. Rzemienie wgryzały się w nadgarstki i w kostki u nóg. Ale to jakkolwiek bolesne i uciążliwe dałoby się wytrzymać, gdyby można było się napić.

Kazkowi szorstki, spuchnięty język wręcz przeszkadzał w ustach.

– Pić, dajcie pić!

Tortura była nie do zniesienia. Co za gnoje, sami siedzą w cieniu i popijają z bukłaków pewnie chłodne wino, a ja tu zdycham z pragnienia! Żeby dali chociaż wody z kałuży! Jezus coś powiedział i jeden z oprawców namoczył gąbkę w naczyniu i dał mu ją do wyssania. Kazek miał nadzieję, że i on dostanie trochę tego płynu, ale żołnierz nie pomyślał o nim i odszedł do swoich kompanów. Kazek zaczął krzyczeć, żeby zwrócić uwagę, że przecież on też chce pić, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Dismas coś powiedział, a Jezus krótko mu odrzekł. Kazek nie liczył co prawda, że zostanie zrozumiany, ale z wściekłością ochryple zapytał:

– A co ze mną będzie!? Uzdrawiałeś i karmiłeś innych, teraz sam piłeś a mi nawet łyka wody nie potrafisz załatwić, taki z ciebie Mesjasz!?

Jezus odwrócił do niego twarz i Kazek dopiero teraz zobaczył jego oblicze, bo do tej pory był albo odwrócony, albo jego głowa była spuszczona i widział tylko jego lewy profil, dodatkowo ukryty w cieniu. Teraz zobaczył twarz niemal odrażającą: prawe oko zapuchnięte i prawie niewidoczne, usta i broda czarne od zakrzepłej krwi, wykrzywione i z trudem łapiące powietrze. Żaden ze znanych wizerunków nie oddawał tego oblicza, które teraz zobaczył przed sobą. Mesjasz umierał, ale zdobył się jeszcze, pewnie ostatkiem sił i odpowiedział na zadane pytanie:

– Tamtemu powiedziałem, że dziś będzie ze mną w raju, ale ty łotrze dziś jeszcze nie umrzesz, bo słońce twego życia nie dotknęło jeszcze horyzontu, ale gdy zajdzie nie doczekawszy się twojej pokuty nie będę mógł ci pomóc. – Kazek zaniemówił.

„Jak to nie umrę? Więc kto mi pomoże wydostać się z tej tragicznej sytuacji?” – Chciał o to spytać, ale Jezus już nie reagował na jego wołanie.

Ogromna chmura pojawiła się nie wiadomo skąd i momentalnie zasłoniła słońce. Zerwał się zimny wiatr i spoconym ciałem Kazika wstrząsnął dreszcz. Zauważył, że nieliczni gapie odchodzą szybkim krokiem w kierunku miasta. Została tylko jakaś mała grupka chyba rodzina Jezusa i trochę dalej stał wysoki brodaty mężczyzna, Kazek rozpoznał w nim uwolnionego więźnia Barabasza. Ruszyli się też żołnierze. Trzech pakowało na wóz swoje rzeczy, a dwóch zbliżało się do ich krzyży. Jeden z nich niósł wielki drewniany młot.

– Po co mu ten młot – pomyślał – i w tym momencie żołnierz wziąwszy duży rozmach uderzył Dismasa w nogi poniżej kolan. Po suchym trzasku Kazek poznał, że kości goleni pękły. Dismas ryczał z bólu, a tamten jeszcze raz uderzył miażdżąc do reszty to, co być może, jeszcze jakoś się trzymało. Dismas zawisł na samych ramionach, już się nie podniesie, żeby zaczerpnąć oddechu. Drugi oprawca w tym czasie przyglądał się Jezusowi i ruchem dłoni powstrzymał tego z młotem, następnie lekkim ruchem, jakby od niechcenia, wbił włócznię w brzuch Jezusa. Grot wszedł głęboko w stronę serca, a kiedy wyciągał drzewce wychlusnęła krew z wodą. Jezus już nie żył, a może nie żył już wcześniej, kiedy skończył rozmowę z Kazkiem. Teraz obaj zbliżyli się do jego krzyża.

– Odejdź gnoju!

Kazek tak bardzo chciałby uniknąć ciosu, ale rzemienie trzymały mocno i młot ze straszną siłą uderzył w jego chorą nogę. W tym momencie deszcz lunął z taką siłą prosto w oczy oprawców, że nie zadawszy drugiego ciosu, owinęli się płaszczami uciekli w stronę wozów. Kazkowi ból odebrał oddech i nawet siekący deszcz nie zdołał otrzeźwić go z omdlenia.

*

Ocknął się i pierwszym co zobaczył była twarz Dismasa, który właśnie wyjął z kieszeni Kazika zagubioną Hostię. Okazało się, że w trakcie upadku monstrancji, Hostia wpadła do butonierki w jego marynarce.

„Dzięki ci Chryste! Więc jeszcze żyję” – pomyślał – i wtedy poczuł, że leży na łóżku i najważniejsze, że jest w swoich czasach i nie zabiją go razem z Jezusem na nagim wzgórzu zwanym Golgotą. A noga uderzona strasznym młotem nie boli.

Kazek był tak roztrzęsiony, że nie dostrzegł braku codziennego bólu, do którego przez tyle lat zdążył się na tyle przyzwyczaić, że traktował go jako coś naturalnego. Dopiero nazajutrz zorientował się, że już nie kuleje, a jego lewa noga jest równie sprawna jak prawa. Ten cud przekonał go, że historia ta nie była snem ani wytworem jego wyobraźni (chociaż Monika twierdziła, że przez te kilka godzin nie ruszał się z łóżka).

I w reszcie zorientował się skąd zna twarz Dismasa. Łotr ukrzyżowany naprzeciw Kazka, czyli po prawej stronie Jezusa był jego znienawidzonym sublokatorem Dionizym albo odwrotnie, Dionizy był kiedyś dobrym łotrem Dismasem. Jeszcze tej nocy Dionizy odszedł, żeby odnieść Hostię do katedry i już nigdy nie wrócił, a szkoda, bo Kazek chciał go spytać o wiele rzeczy…

O jedno wszakże nie musiał pytać – był bowiem pewien i do końca życia nie zwątpił – że Hostia czyli Ciało Jezusa (Corpus Christi), która przez przypadek znalazła się w kieszonce jego marynarki, spowodowała, że znalazł się w chwili jego śmierci obok i osobiście poznał mękę krzyża. Wierzył, że naprawdę wisiał na krzyżu obok Jezusa i zapamiętał jego słowa – „bez pokuty nie będę mógł ci pomóc”. Naturalną konsekwencją tych zdarzeń i słów było jego postanowienie, że już nigdy więcej nie będzie złym łotrem.

marzec 2018


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Obsesja czasu rzeczywistego

Włodzimierz Zylbertal

Rene Magrite – Magik

Jednym z tzw. odwiecznych marzeń ludzkości było – być jednocześnie w wielu miejscach i mieć o tych miejscach możliwie najpełniejszą informację. Marzył o tym i rycerz na wyprawie, nie mogący monitorować sytuacji w swej sypialni małżeńskiej, i żona owego rycerza, niepewna, czy mąż wróci. Marzyła się taka możliwość odciętym od świata więźniom, marzyła przemierzającym lądy i morza awanturnikom, marzyła i królom, na ogół znającym tylko swoje stolice. I oto na początku XXI stulecia mamy czegośmy przez wieki chcieli. SMS, GPS, łącza satelitarne, naziemne, podziemne, podwodne, przewodowe i nie. Ekrany, duże i małe stają się oknem na cały świat.

I co? I nic, proszę ja kogo! Bo technika poszła do przodu z szybkością promienia światła – a ludzie pozostali mniej więcej tam, gdzie przed nią byli, czyli w świecie marzeń. W to graj marketingowcom! Marzenie się nie spełniło? Twój smartfon/tablet/laptop/desktop nie daje Ci wrażenia wszechobecności? My wiemy dlaczego! Potrzebny Ci, człowieku silniejszy procesor, wyraźniejszy ekran, lepszy abonament – stać Cię na to! I tak oto do alko-, praco-, sekso- i tysiąca innych „holizmów” dochodzi kolejny, który nazwiemy tu obsesją czasu rzeczywistego. Polega on na obsesyjnej chęci bycia wszędzie naraz w jednym i tym samym ułamku czasu naszej egzystencji. Wyślij sms babci, sprawdź pocztę elektroniczną, zadzwoń do kumpla, zobacz nowości na http://www.coraznowsze.com – a wszystko to na czas, „na już”, bo babcia tęskni, bo kontrahent napisał, a tak w ogóle to procesor stygnie bez sensu.

Dla każdego osobnika gatunku Homo (podobno) Sapiens, zdolnego do użycia najsłabszego nawet z licznych w naszym mózgu procesorów naturalnych, jasnym jest, że obsesja czasu rzeczywistego służy głównie do nabijania kabzy producentom techniki, natomiast jej całkowite zaspokojenie – jak każdego nałogu – możliwe nie jest. Sęk w tym, że owa obsesja – jak każdy nałóg – w pierwszym swym ruchu nasze naturalne procesory wyłącza, usiłując zastąpić je wyrobami takiej czy innej korporacji walczącej o nasze względy i portfele. Efektem jest, owszem, bycie zawsze on-line i zawsze w realtimie, jednak produktem końcowym takiej obróbki jest… świetnie poinformowany kretyn. Niezdolny do niczego poza pobieraniem i wysyłaniem informacji bez jej weryfikacji, o zrozumieniu treści nie wspomniawszy.

Rewolucja teleinformatyczna, mająca w założeniach swych cele jak najszlachetniejsze, czyli spełnienie jednego z odwiecznych marzeń ludzkości, szybko zafundowała nam coś, o czym marzyciele radzi by zapomnieć: smutek spełnionych marzeń. Szybko się ta rewolucja wykonała, styl życia uległ znaczącej zmianie, ale człowiek tego nawet nie zauważył. Komputery internet, telefonia komórkowa, dostępność praktycznie całej informacji świata na ekranie domowego komputera, laptopa, tabletu, czy smartfona – wszystko to spowszedniało, zanim zdążyliśmy zauważyć, że już jesteśmy wszechobecni w czasie rzeczywistym. Rozpędzoną energię marzeń zagospodarowali producenci coraz to nowszych gadżetów…

Materializacja marzeń o byciu wszechstronnie poinformowanym w czasie rzeczywistym wykonała się po raz pierwszy jakieś dwanaście lat temu, wraz z pojawieniem się pierwszych dojrzałych technicznie systemów transmisji danych w każdy zamieszkały zakątek naszego globu. Wiele pierwszych takich urządzeń pracowałoby do dziś, gdyby nie marketingowa w swej istocie presja zastąpienia ich nowszymi – bo producenci muszą na czymś zarabiać. Wymogi, jakie miałby spełniać taki przedmiot też były znane na długo przed jego sukcesem rynkowym. Ale od czego energia niezauważenie spełnionych marzeń? Funkcje, zastrzeżone pierwotnie dla astronomicznie (wtedy) kosztownych komputerów małych i dużych ma dziś większość telefonów komórkowych, nawet niekoniecznie tych z najwyższej półki. Dziś właściwszym określeniem niż „telefon” jest termin „komunikator osobisty”; takie komunikatory mają w swej ofercie od przeszło 5 lat wszyscy liczący się wytwórcy telefonów komórkowych o producentach komputerów nie wspomniawszy. Ale w dalszym ciągu dodanie mniej lub bardziej przydatnego „bajeru” do modelu nowszego wymusza pozbycie się starszego. W tym to zgiełku ginie świadomość naszego już-i-teraz bycia online i w realtime, a wraz z nią i refleksja nad sensowniejszym niż tylko marketingowe zagospodarowaniem wyzwolonego tym stanem potencjału…