Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Bajka o pingwinach

Włodek Małkowski

czarny motyl z lasu leci
leci pilot odrzutowcem
leci sobie nad Mazowszem

a nad łąką pszczoła leci
gonią ją stuknięte dzieci
gdy wleciała za stodołę
dziadek jej przyłożył kołem
cóż wypalił z babką zioło
i się z pszczołą nie certoląc
nim użądli byka w rogi
rzucił babce ją pod nogi

płaczą dzieci aż pies szczeka
babkę rozbolała głowa
więc się skryła w cieniu głogu

leci pilot odrzutowcem
gdy się znalazł nad stodołą
dziadek mu przyłożył kołem
bo wypalił właśnie zioło
co mu będzie straszył owce

płaczą dzieci aż pies szczeka
babka modląc się uśmiecha
a na białym spadochronie
z nieba anioł leci do niej
nad nim lecą trzy bombowce

dziadek dojarawszy skręta
stojąc z kołem przed stodołą
czeka jak obniżą pułap gnoje

płaczą dzieci aż pies szczeka
nagle jak nie gruchnie w studnię

cisza wokół nad Mazowszem
jak w niedzielne przedpołudnie
czarny motyl ponad polem
ma w różowe cętki skrzydła
niebo jakby fioletowe
nagle nie ma już motylka

tańczą z sobą trzy pingwiny
wypaliwszy z fajki dziadka
i to chyba bajki koniec

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Świat schodzi na psy

Włodek Małkowski

Koty The Three Jolly Kittens – at the Feast (chromolitografia oficyny Currier i Ives, 1871)

A dzień dobry ukochani czytelnicy! I proszę mi tu z rana głowy głupotami nie zawracać. Ruszcie mózgiem. W kółko biadolicie, że świat schodzi na psy. Dlaczego? A dlatego, że na to pozwalacie. Należy wydać walkę narzuconej z góry poprawności. Precz z tolerancją represywną!!! Nikogo nie macie obowiązku kochać! Bądźcie sobą! Złość jest takim samym stanem emocjonalnym, jak i inne emocje. Nikogo nie można sądzić za mówienie prawdy. Coś takiego jak mowa nienawiści nie istnieje. A patologia jest po stronie tych, którzy wam zabraniają wolnej ekspresji, z obawy, że nie będą mogli was kontrolować. I to pewnie, jak zwykle, w celach rabunkowych… Moi ukochani! Tylko autentyczność nas wyzwoli!

*

Moja babka nie mówiła Anglia, tylko Anglija, Francyja, Holandyja, Rosyja… Było śpiewnie i melodyjnie. I nikomu w domu to nie przeszkadzało. Po co ja się zgodziłem do tej szkoły iść, tam nauczyli mnie tylko szczekać i miauczeć.

*

W skrzynce pocztowej rezyduje sobie kot, siedzi na starych przesyłkach, których od lat nikt nie odbiera. Myślałem, że to takie jego kocie nieszkodliwe dziwactwo. Ale sąsiad wyjaśnił mi, że to jego punkt obserwacyjny.

Okazało się, że kiedy tylko wychodziłem na chwilę nie domykając drzwi, aby zaczerpnąć świeżego powietrza lub powąchać kwiatki, on telepatycznie powiadamiał inne koty. Zbiegały ze schodów lub strychu i buszowały po moim mieszkaniu. Nawet mnie to bawiło. Zwłaszcza jak nie zdążyły opuścić mieszkania przed moim powrotem, kryjąc się po kątach. Trochę wtedy na nie pokrzyczałem, że robią bałagan i to wszystko.

Wczoraj jednak dopuściły się zuchwalej kradzieży!!

Za zniesienie pralki z trzeciego pietra otrzymałem od pewnej pani piękny kawałek suchej kiełbasy i inne smakołyki. Postanowiłem, że kiełbasę zostawię sobie na planowaną romantyczną randkę przy świecach. Jednak nic z tego. Kiełbasa przepadła bez śladu!

Odwołałem więc randkę…

Kocur siedzi sobie teraz w tej skrzynce i udaje, że nie ma z tym nic wspólnego. Cóż, macie rację, świat schodzi na psy, nawet kotom nie można już ufać, mimo że czasem przynosiłem im z marketu kocią karmę.

A tak byłem zadowolony z tego, że nie muszę domykać drzwi, kiedy się zdrzemnę lub gdy wychodzę na chwilę zaczerpnąć świeżego powietrza. Znajomy mi radzi, bym postarał się o swojego psa, gdyż ten czarny od sąsiada jest z nimi w układzie i szczeka na nie tylko tak, dla zmyły, jak to często politycy robią, publicznie na siebie pyskując.

A tak swoją drogą, skoro świat schodzi na psy… to na co schodzą psy?

*

Podczas odcedzania makaronu opracowałem hipotezę zakładającą, że wszechświat jest jak durszlak, przez którego otwory, zwane czarnymi dziurami, możemy przedostać się do jeszcze większego durszlaka – opadając w postaci płynnej albo wzlatując w stanie oparów.

Cokolwiek nie pomyślałbyś na temat kanalizacji i wentylacji, to są one ogólnie dostępną możliwością ucieczki przed kosmicznym głodomorem, bez względu na to, co mniema się o spożywaniu potraw mięsnych i innych.

*

Kiedy media podały, że kolejny eksperyment nad teleportacją zakończył się niepowodzeniem, zdecydowałem się w końcu na zakup roweru. Obecna moda na hulajnogi potwierdza moje obawy wobec prac nad cząsteczkowym splątaniem kwantowym.

Jadąc na tym rowerze drogą przez las, tak się nad tym zamyśliłem, że aż zbłądziłem, a przecież czas mnie naglił. Na szczęście wskazali mi kierunek staruszkowie, którzy ulegli modzie na bose bieganie dla zdrowia.

Możliwe, że znów gdzieś coś się nie udało, może Chińskim lub Rosyjskim uczonym, ale ja, póki co, mam jeszcze ten rower i kilka par butów, i niewystarczająco poznałem wszystkie leśne ścieżki, by tak jak oni, po prostu biec beztrosko, niczym dziecko.

*

Czekając na błogi sen zjadam sobie jednego barana, po czym zasypiam jak dziecko. Oczywiście wpierw liczę ile mi baranów zostało, aby potem z samymi owcami nie zostać.

Wiadomo, baran to baran, ma piękne kręcone rogi jak Aleksander Macedoński i srebrny dzwoneczek jak dzwon Wawelski oraz czerwoną wstążeczkę niczym bocianie nogi. A owca to puch marny, beczy to tylko i do strzyżenia się nadaje.

Uważam, że w każdym szanującym się mieście powinna być łąka barania, aby cierpiący na bezsenność mogli sobie wybrać jakiegoś baranka na snów przebłaganie. Władze miasta nie rozumieją, że baran to baran, nie to, co świnia, kura, a nawet krowa. Każdy ma prawo do baranka, aby ludzie przed zaśnięciem świń nie liczyli, wilków i oślizłych podstępnych węży oraz skunksów i śmierdzących tchórzy.

*

Wokół coraz więcej jest dowodów na to, że świat schodzi na psy. Podobno społeczeństwo już tak ześwirowało, że nawet służby specjalne są bezradne. A rozwiązanie jest proste, wystarczyłoby, by ludzie zrozumieli to, czego nie rozumieją. Pozbawiliby się wtedy zrozumienia dla faktu swego niezrozumienia i byliby o jedno zrozumienie zubożeni w swojej zarozumiałości.

Tym prostym wywodem żegnam się, życząc dużo szczęścia w nocy, aż do świtu.

Koty The Three Jolly Kittens – After the Feast (chromolitografia oficyny Currier i Ives, 1871)


Dodaj komentarz

Marianna i my

Stanisław Ryczek

Nazywam się Barnaba Wulgata, urodzony w 2057 roku w Almaco. Wszystkie te dane oprócz imienia są zmyślone albo tylko prawdopodobne. Siostry zakonne ochrzciły mnie tym imieniem, bo znalazłem się u nich w dniu poświęconym świętemu Barnabie (teraz koledzy nazywają mnie Banko, trochę bez sensu, ale tak się jakoś utarło). Nazwisko dostałem po siostrze Wulgacie, bo to ona pierwsza mnie odnalazła. Natomiast rok urodzenia wpisano, prawdę powiedziawszy, na oko. Znaleziono mnie bowiem w 2059, a mój wiek określono na półtora roku. Jestem niepełnosprawny i niepracujący, czyli, jak się teraz określa takich jak ja, nieproduktywny pacjent domu opieki.

Jeszcze przed moim urodzeniem zaczęły się pierwsze przypadki urodzin kalekich dzieci. Gdzie powstało ognisko epidemii, nikt dokładnie nie wie. Naukowcy mają w tym względzie sprzeczne wersje. Nie mogą się też zgodzić, co do przyczyny jej powstania. Przyznają jedynie, że bezpośrednią przyczyną wystąpienia kalectwa jest zmutowany gen, ale co spowodowało mutację, tego nikt nie wie. Literatura medyczna pełna jest spekulacji na ten temat, czasem zupełnie idiotycznych. Wyjątkowo głupia teoria mówi, że największy wpływ miało ocieplenie klimatu, a następnie gwałtowne ochłodzenie. Wiele się też mówi o broni biologicznej, która przez jakieś zaniedbanie wydostała się z laboratoriów i zakaziła ludzkość. Niektórzy twierdzą, że meteoryt pokaźnych rozmiarów, który trzydzieści kilka lat temu spadł na terenie Kenii, przyniósł ze sobą nieznany pierwiastek powodujący zwyrodnienia u noworodków. Moim zdaniem, najbardziej prawdopodobna jest teza bodajże doktora Geraldiego, że to żywność genetycznie modyfikowana GMO spowodowała nieodwracalne szkody w ludzkich genach.

Moje kalectwo jest dotkliwe, bo całe życie poruszam się na wózku i nie mogę mówić, ale intelektualnie jestem sprawny i mogę poruszać rękami. Ruchy rąk są niezbyt dobrze skoordynowane i zdarza mi się coś stłuc, ale jakoś udaje mi się funkcjonować. Większość ludzi, szczególnie urodzonych później, ma nieporównanie większe dysfunkcje.

Do dziesiątego roku byłem wychowywany przez siostry zakonne za Zgromadzenia de Notre Dame, bo zostałem oddany do okna życia w ich klasztorze. Pierwotnie Zgromadzenie Sióstr Szkolnych zajmowało się zdrowymi dziećmi, jednak z uwagi na potrzebę społeczną przejęły opiekę nad niepełnosprawnymi – jeszcze wtedy tak nas nazywano. Później powrócono do starej nazwy: kalecy, żeby w końcu nazwa przybrała charakter deprecjonujący nas – zostaliśmy „nieproduktywnymi”. Z czasem powstały jeszcze inne określenia, już bardziej potoczne, takie jak: zawalidrogi, lebiegi, ciemięgi, odrzuty itp.

Po wymarciu większości zakonów (brak było nowych powołań) zajęły się nami domy opieki. Nieźle było, dopóki były to ośrodki prywatne, choć i w państwowych dało się jakoś żyć. Gorzej zaczęło się dziać, kiedy przejęła nas Światowa Organizacja Walki z Niepełnosprawnością, po pewnym czasie przemianowana na Światową Organizację Walki z Nieproduktywnością. Skrót pozostał ten sam ŚOWN.

Kiedy okazało się, że kalekich dzieci jest tak dużo, że poszczególne państwa sobie z problemem nie radzą, postanowiono działać globalnie. Wtedy też powołano tę organizację. Siedziba ŚOWN mieści się w Nowym Jorku i z tego co wiem, tysiącom urzędnikom tam pracującym wiedzie się bardzo dobrze. Już w momencie powstania tej organizacji tylko co dziesiąte dziecko rodziło się bez widocznej skazy. A jeszcze dodatkowo część spośród tych, niby zdrowych, zapadała na choroby psychiczne. Naukowcy różnej maści bili na alarm, że za kilkanaście lat nie będzie miał kto pracować, a ród ludzki wyginie w ciągu stu lat. I to właśnie oni, pseudonaukowcy spowodowali, że opieka nad nami spadła na sam koniec wszystkich budżetów. Było naturalne, że społeczeństwa postawiły na zachowanie swoich sił witalnych, a nas odstawiono na boczny tor. Chociaż przykro mi o tym mówić, rozumiem tę motywację. Martwi mnie jedynie, że zostaliśmy sprowadzeni do roli zwierząt.

Obecnie istnieją farmy zajmujące się – nie wiem jak to nazwać – hodowlą czy raczej utrzymywaniem nas przy życiu. Wymogiem postawionym przez ŚOWN jest, że w każdej takiej placówce muszą być: pomieszczenia ogrzewane z miejscami do spania, jedzenie o odpowiedniej kaloryczności (o walorach smakowych się nie wspomina), światło naturalne oraz elektryczne, zapewnione miejsce spacerowe, a także telewizor (minimum jeden na pięciuset podopiecznych). Można odnieść wrażenie, że już bardziej oszczędnie się nie dało. Czasem aż łzy się cisną do oczu, gdy pokazywany jest w starych kronikach stosunek społeczeństwa do niepełnosprawnych. Gdy ogląda się wspaniale wyposażone sale rehabilitacyjne, wyspecjalizowane rzesze pracowników medycznych, nie chce się wierzyć, do czego dziś doprowadzono.

Na nasz barak, a właściwie oborę, bo chyba tym kiedyś był ten budynek, przypada jeden odbiornik telewizyjny. I chociaż nie ma możliwości przełączenia kanałów, bo pilota zabrał właściciel, a właściwie farmer spełniający obecnie rolę pielęgniarza, to przecież nawet z jednego programu można się wiele dowiedzieć.

Trzy razy dziennie nasz opiekun włącza taśmę karmiącą. Wiadomo, że przy takiej liczbie chorych (jest nas około trzystu) i jednej osobie opieki musiało to zostać zautomatyzowane, tylko dlaczego to musi być takie podłe gówno?! Wydaje mi się, że karma dla psów jest smaczniejsza, niż nasze jedzenie.

Przy karmieniu nie ma sentymentów – kto się nie dopcha do taśmy i nie zdąży złapać, ten nie zje. Nikt nikogo nie karmi, nawet zupełnie niekumaci muszą sobie radzić sami. Początkowo z każdego transportu zawsze umiera pewna grupa tych sparaliżowanych, nie mogących sięgnąć do pożywienia. Później umierają tylko z chorób, zimna, braku witamin i braku słońca. W teorii powinno się nas wyprowadzać raz dziennie na spacer, a wizyta lekarska przewidziana jest co drugi dzień. Tak przedstawiane jest to w telewizji, jednak u nas tylko w lecie otwierane są drzwi, i ci, którzy mogą wyjść, korzystają z wybiegu. Reszta pozostaje w swoich barłogach. Lekarza widzimy kilka razy w miesiącu i nie roztkliwia się specjalnie nad nami. Jeżeli sytuacja pacjenta jest dramatyczna, dostaje zastrzyk jakiegoś antybiotyku i to wszystko. Jeżeli lekarz przypomni sobie o nim przy następnej wizycie, to sprawdzi, czy pomogło. Czasem rzeczywiście pomaga – dobre mają teraz lekarstwa. Ale najczęściej po zastrzyku pacjent już się więcej nie budzi…

Najgorzej jest, kiedy gospodarz zapije albo gdzieś wyjedzie. Wtedy jest kłopot z żarciem. Zostawia jedzenie w podajnikach, ale pacjenci z nudów zjedzą je w półtora dnia, a potem posucha. Nauczony doświadczeniem chowam sobie jedzenie na następne dni, ale większość pacjentów żyje dniem dzisiejszym i potem cierpią głód. Dobrze, że kran z wodą jest dostępny, bo przy dłuższej nieobecności farmera trupów byłoby znacznie więcej. Jest nas kilkanaście osób myślących i w miarę na chodzie, więc lejemy szlauchem wodę do poideł i wtedy reszta pije, ile chce. Wyglądają wtedy jak prawdziwe zwierzęta.

Raz w miesiącu jest kąpiel, wymiana ubrania, a czasem posłań, czyli słomy. Przychodzi wtedy piętnaście kobiet i to one zajmują się naszą kąpielą. Najpierw do łaźni wchodzimy my, sprawni umysłowo. Kobiety i faceci razem. Pomagamy sobie wzajemnie w trakcie mycia. Prysznice włączane są przez obsługę, która zostaje na zewnątrz. Kiedy my kończymy, zapędzani są „psychiczni” w trzydziestoosobowych grupach. Wtedy wchodzą z nimi najęte kobiety i szorują towarzystwo myjkami na specjalnych uchwytach (coś na podobieństwo mopów). W tym czasie gospodarz z dwoma pomocnikami zmywają nasze boksy wodą pod ciśnieniem i wrzucają świeżą słomę. Brudna woda z nieczystościami spływa do kratek odpływowych i znów przez kilka dni będzie trochę mniej śmierdziało w naszym baraku.

Przy okazji muszę nadmienić, że nie ma u nas żadnych latryn. Wszystkie czynności fizjologiczne załatwiamy do rynsztoka, który spłukiwany jest trzy razy dziennie, przed każdym posiłkiem, ale to, co upadnie na posadzkę leży i gnije aż do sprzątania. Latem jest nam lepiej, bo cały dzień otwarte są drzwi na zewnątrz i możemy do woli zażywać powietrza i ruchu. Wybieg jest ogrodzony, więc nikt nas nie pilnuje. Jeżeli ktoś czasem ucieknie, to po kilku dniach albo sam wraca, albo przywozi go SS (Sekcja Specjalna), nazywana przez nas hyclami, bo zajmują się wyłapywaniem kalek. Podobno za trzy ucieczki zamyka się gościa do prawdziwego więzienia. Tak twierdzi nasz opiekun, pan Eustachy Adamiak.

Czasem zdarza się inspekcja. Wtedy oprócz kąpieli wydają nam „świąteczne” ubrania. Są to identyczne szare worki, w jakich chodzimy na co dzień, tyle że nowe i względnie czyste. Kiedy inspekcja wyjeżdża, Adamiak natychmiast je odbiera i wydaje na powrót stare. W dniu wizytacji jest dobre jedzenie (kartofle w mundurkach z parnika i kiszona kapusta). Lubimy te dni.

Mój wózek nie jest przez nikogo konserwowany. Sam o niego dbam. Nie muszę chyba opisywać, jaki widok nędzy i rozpaczy przedstawia. Prawie każda część jest wzmocniona sznurkiem lub drutem. Najbardziej obawiam się o koła. W lewym brakuje prawie połowy szprych, a prawe ledwie się obraca, bo łożysko zaciera się z braku smaru. Ten wózek to moje nogi – kiedy jego zabraknie, moja egzystencja prędko się skończy…

W naszym baraku wszyscy jesteśmy dorośli. Kalekie dzieci, jeżeli się rodzą, są umieszczane w specjalnych dziecińcach i dopiero kiedy dorosną, przywożone są do obiektów, takich, jak nasz. Jednak do nas jeszcze nigdy nie przywieziono żadnego młodziaka. W mediach bardzo dużo mówi się o badaniach prenatalnych. Na całym świecie stały się one obowiązkowe. Kobieta, która się im nie podda, a urodzi dysfunkcyjne dziecko, jest surowo karana, a jej dziecko jako tak zwany nielegal jest jej odbierane. Co z nim robią, nie wiadomo, bo informacja na tym się urywa. Mam nadzieję, że też idą do dziecińców, ale kto to wie… Jednak nawet szczegółowe badania ciąży są zawodne, dzieci wyglądające na zdrowe fizycznie okazują się albo bezmózgami, albo psycholami. Więc tak czy owak są dla społeczeństwa obciążeniem.

W naszym życiu najgorsza jest nuda. W zimie całe dnie spędzamy przed telewizorem, chyba że ogrzewanie nawali, wtedy siedzimy na swoich pryczach przytuleni do siebie. Prycze mamy piętrowe, więc ważne, żeby ten na górze potrafił utrzymać mocz. W naszym boksie jest nas sześcioro. Dwie kobiety i czterech facetów. Wszyscy w podobnym wieku, czyli około czterdziestki. Oprócz mnie wszyscy mogą chodzić i wszyscy są w miarę normalni w sensie umysłowym. Takich boksów jest w baraku jeszcze kilka, reszta to albo debile, albo dauny, jak ich nazywa nasz opiekun, a większość z wadami fizycznymi.

Oprócz oglądania telewizji gramy w karty, sam je zrobiłem z kartoników wyciętych z pudełek po makaronie, które wichura przywiała na nasz wybieg. Gramy też w kości, warcaby i chińczyka, a jak jest cisza, opowiadamy sobie jakieś historie, najczęściej wymyślone, a czasem treść filmów. Początkowo opowiadaliśmy swoje historie, ale wszystkie były jednakowo nieciekawe. Przeważnie po urodzeniu trafialiśmy do przytułków, różniących się tylko warunkami i podejściem personelu do pacjentów. Jedynie niewidoma Marianna miała prawdziwe życie, zanim nie oślepła i mąż oddał ją do naszego Domu Opieki.

Nasz dom, tak jak inne podobne przybytki, ma nazwę całkiem nieadekwatną do panującej tu rzeczywistości, mianowicie „Szczęśliwa Przyszłość”. To dopiero kpina – kalecy ludzie dożywotnio zamknięci w oborze o nazwie „Szczęśliwa Przyszłość”. Niedaleko od naszej farmy jest chlewnia z takim samym przeznaczeniem, o nazwie „Raj na Ziemi”. Czyli jednak można bardziej przeginać.

Ostatnio okazało się, że Marianna, mimo że niewidoma, ma dar jasnowidzenia. Otóż kiedy po raz kolejny reperowałem swój wózek, napomknęła, że próżny mój trud, bo żywot mego wehikułu jest przesądzony. Kiedy ktoś spytał, co ma na myśli, odparła, że definitywnie pójdzie na złom. Rzeczywiście minęło kilka dni i nastąpiła tragedia. Nasz opiekun, pan Adamiak po pijanemu upadł, zahaczywszy się o mój wózek. Wpadł w szał i skopał mnie wraz z wózkiem. Moje siniaki szybko się wygoiły, ale wózek poszedł na złom, bo z obydwu kół zrobiły się ósemki i nikt z nas nie wiedział, jak go naprawić.

Jakby za karę po tygodniu Adamiak złamał nogę, a drugą skręcił w kostce i sam zaczął jeździć wózkiem inwalidzkim. Oczywiście nie takim złomem jak mój, tylko nowym, z niklowanymi obręczami i siedziskiem z prawdziwej skóry. Jednak mój los był przesądzony. Niewładne nogi nie pozwoliły mi wstać z łóżka. Zaczął się dla mnie trudny czas i gdyby nie sąsiedzi przynoszący mi jedzenie i picie, byłoby ze mną źle.

Po pewnym czasie (około miesiąca) nasz opiekun zaczął chodzić o lasce, a Geno z uschniętą ręką wyśledził, że jego wózek stoi koło domu pod wiatą. Wywiązała się dyskusja, że skoro już mu niepotrzebny, można by go zakosić dla mnie. Jedynie Marianna napomknęła, żeby poprosić naszego gospodarza. Nie trzeba będzie kraść. Ale Kuba z wiecznie trzęsącą się głową, stwierdził, że ma wredny charakter i na pewno odmówi.

Garbaty Gutek zadeklarował, że mógłby go wykraść, ale potrzebny jest mu ktoś do pomocy. Sofia z Marianną poszeptały między sobą i obydwie zgłosiły swoją pomoc. Ustalono, że wykorzystają sytuację, kiedy Adamiak nie zamknie na noc wybiegu, często po pijanemu furtkę zostawiał otwartą. A jeżeli będzie jednak zamykał, Marianna jako najwyższa i najsilniejsza przerzuci Gutka i podsadzi Sofię przez ogrodzenie, a następnie odbierze od nich wózek i pomoże im wejść z powrotem. Geno w trakcie akcji będzie obserwował teren i w razie pojawienia się Adamiaka zaćwierka, a gdy niebezpieczeństwo minie, to zakracze.

Plan powiódł się znakomicie i kiedy pewnego dnia się obudziłem, wózek stał przy mojej pryczy. Na migi poprosiłem Gutka, który już nie spał, żeby pobrudził wszystkie niklowane części, bo zbyt rzucają się w oczy i Adamiak, mimo że ostatnio ciągle pijany, niechybnie go rozpozna. Brudu i rozmaitego gnoju zawsze było u nas pod dostatkiem, więc szybko zmieniliśmy wygląd mojego nowego pojazdu.

Przez pierwsze dni nic się nie działo, ale pewnego dnia z rana pan Adamiak przyszedł do naszej obory z batem. Był to zły znak. Z batem opiekun przychodził tylko wtedy, gdy uznał, że należy kogoś ukarać. Ostatnio bat był w użyciu, kiedy ukarał niedorozwinięte rodzeństwo z dwudziestego czwartego boksu za wyjadanie karmy ze stryszku. Teraz zatrzymał się tylko przy piętnastym boksie. Tam mieszka Gacek z wodogłowiem, on też ma wózek, stary zdezelowany niejeżdżący złom. Jednak rzuciwszy okiem, nawet się nie zatrzymał, tylko ruszył w moją stronę. Wiedziałem już, że będzie źle, pewnie bicie mnie nie minie. W całym baraku zrobiło się cicho, wszystkie głowy, nawet te, co zazwyczaj prawie nie myślą, zwróciły się w stronę naszego boksu.

Opiekun kazał nam wszystkim wyjść z baraku. Na zewnątrz było zimno. Był co prawda już kwiecień, ale ten dzień trafił się akurat paskudny, było mglisto i mżyło. Wyjechałem jako ostatni. Wszyscy już stali pod ścianą baraku. Pan Adamiak przemawiał do nas cichym głosem, chociaż zazwyczaj mówi głośno – nie wróżyło to niczego dobrego. Mówił o tym, że kradzież jest grzechem, jednym z najpoważniejszych. Zapisanym już w kamiennych tablicach przez Mojżesza, dlatego zostaniemy przykładnie ukarani. Ale najpierw zażądał przyznania się do winy tego, który ukradł oraz tego, kto wymyślił tę kradzież.

Staliśmy pod ścianą w coraz bardziej mokrych siermięgach i milczeliśmy.

– W takim razie – rzekł – będziecie bici po kolei. Nieważne winny czy niewinny.

Na pierwszy ogień poszedł garbaty Gutek. Opiekun przywiązał mu ręce do specjalnego metalowego stojaka i zaczęła się chłosta. Zadarty chałat zakrywał mu głowę, ale odsłonił garb, w który Adamiak prał ze straszną siłą. Gutek wił się jak piskorz, ale skórzane więzy nie puszczały. Po dziesięciu uderzeniach na garbie pojawiły się krwawe znaki, a przy dwudziestym Guto już klęczał. Przy trzydziestym uderzeniu pan odłożył bat i zmęczony usiadł na pniaku. Wyjął butelkę wódki i pociągnął długi łyk. Guto wył i płakał.

– Teraz ty – wskazał na naszego Kubę.

Kuba ze strachu posikał się, ale z miejsca się nie ruszył. Głowa zaczęła mu się trząść jeszcze bardziej niż zwykle i zapowietrzając się powiedział:

– Panie Eustachy, przecie ja niewinny.
– Powiedziałem – winny, niewinny – dopóki nie powiecie, kto kradł, wszyscy dostaną w skórę. Podchodź do stojaka.

Kuba cofnął się, opierając plecami o ścianę.

– Dobra, to już powiem. Guto z Sofką i Marianną ukradli wózek, a Geno był na obstawie.
– Dobrze – wysyczał. – A teraz Sofia powie, czyj to był pomysł.

Sofia była normalnego wzrostu, ale wszystkie jej członki były za krótkie, więc przypominała karlicę. Teraz cała czerwona nie wiedziała, gdzie ma podziać te sięgające do pasa rączyny.

– Prawdę mówiąc, to nie pamiętam, może byłam wtedy w innym boksie albo może… – Chlaśnięcie batem w głowę zatrzymało ją w pół słowa.
– Albo sobie przypomnisz, albo stawaj przy stojaku, wywłoko.
– Naprawdę nie pamiętam. Niech mnie pan nie bije!

Adamiak złapał ją za włosy i kiedy się potknęła, zawlókł do stojaka. Wtedy Marianna, stojąca obok, ścisnęła mnie za ramię, aż zabolało, i krzyknęła:

– Stój! Ja powiem. Otóż, panie Adamiak, kiedy zniszczył pan wózek naszego kolegi Banka, został on uziemiony i przez ponad miesiąc nie mógł ruszyć się z pryczy. Kiedy więc zobaczyliśmy, że po swoim wypadku zaczął pan chodzić o własnych siłach, a wózek stał bezczynnie, postanowiliśmy przekazać go dla Banka, który stracił swoją własność przez pańską wściekłość. Tak więc wszyscy byliśmy w pewnym stopniu inicjatorami tego czynu.

Adamiak w trakcie tego przemówienia zwolnił uścisk, wypuszczając Sofkę, która szybko wróciła na swoje miejsce, i zbliżył się do Marianny. Usiłował spotkać jej wzrok, ale ona jak to zazwyczaj czynią niewidomi, patrzyła w przestrzeń nad jego ramieniem.

– No i teraz już wiem, kto tu robi zamęt – wycedził. – Porozmawiamy sobie, mądrusio, na osobności.
– A wy – spojrzał na nas – wracać z powrotem do budy, nasze rachunki wyrównamy później.

Zza zamkniętych drzwi słychać było bicie i płacz. Potem wszystko ucichło, ale Marianna na swoją pryczę nie wróciła ani tego dnia, ani w następne.

Nastały ciepłe dni i mogliśmy w końcu wyjść z cuchnącego baraku na słońce. Już pierwszego dnia, wygrzewając się w słońcu, zobaczyłem Mariannę w domu pana Adamiaka. Najpierw mignęła mi w oknie kobieca postać, ale nie byłem pewien, czy to ona. Dopiero kiedy podeszła do okna, robiąc coś przy stole, rozpoznałem ją. Nie była już ubrana w chałat. Miała na sobie jasną sukienkę w kwiaty, a na głowie fantazyjnie zawiązaną chustkę. I nie do wiary – na szyi korale z pereł.

Nagle usłyszałem głos Sofki, nie zauważyłem, kiedy stanęła obok mnie:

– Widzisz, Banko, zdradziła nas. Woli siedzieć w domu Adamiaka i pławić się w luksusach, niż wąchać smród naszej obory.

Pomyślałem, że każdy z nas chciałby być na jej miejscu i Sofia po prostu jej zazdrości. Po chwili stali obok nas wszyscy lokatorzy z naszego boksu, łącznie z Kubą, który zdradził tych, co ukradli wózek. Nawiasem mówiąc, od tamtego wydarzenia minęły już dwa tygodnie i jak dotąd nie było żadnych następstw. Wózek nie został mi odebrany, a pan Adamiak jakby zapomniał o obiecanym „rozliczeniu się z nami”.

Guto pomachał do Marianny, ale ona nie oddała pozdrowienia, mimo że patrzyła w naszą stronę, uśmiechała się i chyba śpiewała, bo poruszała ustami i rytmicznie podrygiwała. Dla mnie było to oczywiste, przecież była ślepa, więc nie mogła nas widzieć, ale inni chyba tego nie rozumieli.

Po pewnym czasie Adamiak zaczął uczyć Mariannę obsługi podajników karmiących, spłukiwania rynsztoków i nalewania wody w poidła dla nas. Po kilku podejściach bezbłędnie trafiała do odpowiednich zabezpieczeń i przełączników. Potem już sama obsługiwała system naszego karmienia. Myślę, że była z tego dumna, że mimo swojej ślepoty jeszcze może być zdolna do tej pracy. Co ja mówię – do jakiejkolwiek pracy.

Nasz boks bojkotował ją. Jedynie Kuba i ja uśmiechaliśmy się do niej i nie cofaliśmy rąk, kiedy po omacku szukała naszych. Jej koleżanka Sofia gniewała się na nią najbardziej i nigdy nie odpowiadała na powitanie.

Aż pewnego razu Marianna przyniosła tacę z ciastem i kawę w blaszanych garnuszkach. Weszła do naszego boksu, jak dawniej usiadła na swoim miejscu i zaprosiła nas do jedzenia. Szarlotka była wspaniała, kawa gorąca i słodziutka jak miód. Nie powiem, że najedliśmy się, było tego jednak za mało, ale od dobrych kilku lat nie jedliśmy nic lepszego. Dzięki temu poczęstunkowi lody zostały przełamane. Nawet Sofia się odgniewała i to ona zadawała najwięcej pytań.

Marianna przedstawiła swoje obecne życie, ale bez specjalnego zachwytu. Wydawało mi się, że była nie tylko oszczędna w słowach, ale starała się być dyskretna. Powiedziała, że po chłoście na gołą skórę została zabrana do domu i przez kilka dni spała w komórce obok spiżarni. Przedtem jednak musiała się wykąpać i zmienić swoją siermięgę na czyste ubranie. Potem na próbę została zatrudniona do ugotowania obiadu, a kiedy panu Adamiakowi posmakował przyrządzony posiłek, zatrudnił ją na stałe.

– A teraz, jak sami widzicie, obsługuję również cały barak – zakończyła.
Sofka jak to baba koniecznie chciała wiedzieć, czy Adamiak z nią śpi. Marianna zażenowana odpowiedziała:
– Właściwie śpię sama, ale muszę spełniać pewne zachcianki pana Adamiaka.
– Jakie to zachcianki? – zapaliła się Sofka. Ale Marianna nie chciała o tym mówić. Pozbierała kubki na tacę i odeszła, tłumacząc, że zanim Adamiak wróci z miasta, musi ogarnąć dom. Poprosiła, żeby jej wizyta u nas pozostała tajemnicą.

Akurat – pomyślałem sobie – cały barak czuł zapach kawy i gdyby Adamiak tylko spytał, to z dwudziestu ust usłyszy prawdę. Patrzyłem jednocześnie na odchodzącą koleżankę, gdy cieniutką laseczką macała przed sobą drogę. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jest bardzo zgrabna i nie dziwię się Adamiakowi, że chłostając jej nagie ciało, mógł nabrać na nią ochoty.

Wszyscy zauważyliśmy, że Adamiak znacznie mniej teraz pił. Zaczął bardziej dbać o siebie. Golił się co drugi dzień i chodził czysto ubrany. Znacznie częściej wyjeżdżał gdzieś samochodem, a w niedzielę zakładał jasną koszulę i garnitur, którego wcześniej nie widzieliśmy. Sofka twierdziła, że to dla Marianny, ale ja myślę, że nie tylko dla niej. Jego wyjazdy świadczą, że ma jakieś interesy w mieście, więc musi być trzeźwy i w miarę czysty.

Jakoś pod koniec lata zaczął pracować w naszej oborze młody, może trzydziestoletni chłopak. Marianna całkiem przestała się pokazywać, a i Adamiak rzadko przychodził. Nie wiedzieliśmy, co o tym sądzić. Geno wymyślił nawet taką hipotezę, że pojechali gdzieś na wakacje. A Sofka przekonywała nas, że wzięli ślub i pojechali w podróż poślubną.

Aż przyszedł ten dzień, kiedy na podwórze wjechało auto Adamiaka. Byliśmy na wybiegu w komplecie, więc z ciekawością czekaliśmy, kto z niego wysiądzie. Najpierw Adamiak w nowym, jasnym garniturze wytargał dużą walizkę na kółkach, a następnie jakaś modnie ubrana pani w kapeluszu, ciemnych okularach i butach na wysokich obcasach wyjęła mały neseser i ciekawie rozglądając się po obejściu, weszła do domu. Marianna nie przyjechała. Sofia była przygaszona, że jej przepowiednia o ślubie się nie sprawdziła, ale nas niepokoił los Marianny.

Nazajutrz cały dzień padało, więc siedzieliśmy w naszym boksie, zabijając poobiednią nudę grą w karty, gdy przy naszych drzwiczkach stanęła… Marianna. Okazało się, że tą modną panią przywiezioną przez Adamiaka była właśnie ona. Miała teraz jasne falowane włosy, ekstra ubranie i makijaż jak amerykańska aktorka. Była piękna wprost nieziemsko, ale to wszystko nic – nasza Marianna WIDZIAŁA! To nieprawdopodobne, ale odzyskała wzrok.

Po przywitaniu usiadła przy naszym nieheblowanym stoliku i dłuższą chwilę po kolei się nam przypatrywała. My również nie mogliśmy oderwać od niej oczu. Wyglądała jak piękny motyl, który przez przypadek wleciał w naszą szarzyznę.

– Tyle z wami przeżyłam i dopiero teraz zobaczyłam, jak wyglądacie – powiedziała bez uśmiechu.
– Jak to się stało, że widzisz? Czy to cud i kto go uczynił? – Sofia nie mogła wprost wytrzymać z ciekawości.
– Moje schorzenie było związane z jakimś zwyrodnieniem plamki żółtej i okazało się, że obecna medycyna jest w stanie to wyleczyć. Chirurgia oka tak bardzo w ciągu ostatnich kilku lat posunęła się do przodu, że można powiedzieć: czynią cuda przy pomocy lasera.
– Opowiedz, jak to się odbyło. Czy bardzo bolało i gdzie tak długo byliście? – dopytywała Sofka.
– Niedaleko stąd w górach jest klinika okulistyczna i tam byłam operowana. Pan Adamiak zapłacił za operację dużo pieniędzy, więc lekarze i obsługa byli bardzo mili. Operacja odbyła się ze znieczuleniem i nic nie bolało. Po tygodniowej adaptacji w klinice pojechaliśmy w podróż do Włoch i tam, nad Morzem Śródziemnym pierwszy raz w życiu miałam prawdziwe wakacje.
– I co teraz będziesz robić? Zostaniesz żoną pana Adamiaka? – spytał Guto wąchając z tyłu jej włosy.
– Pewnie będzie tak, jak do tej pory. Będę zajmować się domem, bo do obsługi baraku został najęty Gwidon – krewny pana Adamiaka. Co do małżeństwa, to nie było o nim mowy.

Potem rozpięła elegancką torbę, wyjęła i rozdała nam prezenty. Sofka dostała chustkę na głowę i komplet bielizny. Geno skarpety i rękawiczki (moim zdaniem lewa powinna być mniejsza, bo tę rękę ma uschnięta). Garbaty Gutek dostał damską parasolkę, Kuba komplet chustek do nosa (za to, że doniósł, nic nie powinien dostać), a ja elegancki pisak i gruby notes.

– Żebyś mógł się komunikować, bo twego migowego języka nie każdy rozumie – powiedziała i pogładziła mnie po twarzy swoją opaloną dłonią.

Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni ze spotkania, ale kiedy odeszła, zrobiło nam się przykro i żal (chyba najbardziej samych siebie). Przed nią zaczęło się życie, a my pozostaliśmy na swojej straconej pozycji.

Marianna zaczęła przychodzić do nas regularnie, zawsze wybierała godziny wieczorne, kiedy Gwidon już skończył pracę, a Adamiak gdzieś wyjeżdżał. Przynosiła zawsze coś dobrego. Zazwyczaj było to jakieś ciasto, ale zdarzało się też jedzenie z obiadu. Nikt nie myślał, że to pozostałości z obiadu Adamiaka, Gwidona i Marianny. Pożeraliśmy te smakowitości z szalonym apetytem i z niecierpliwością czekaliśmy na następną jej wizytę.
Razu pewnego, kiedy Marianna była u nas i opowiadała jakąś historię ze swoich wakacji, a my pałaszowaliśmy przyniesione przez nią kartofle ze smacznym sosem, niespodziewanie w drzwiach stanął Adamiak. Okazało się, że nie usłyszeliśmy jego auta, bo po ujechaniu kilku kilometrów zepsuło się i wrócił piechotą. Dlatego zaskoczył Mariannę na niedozwolonych odwiedzinach.

Kazał jej natychmiast wracać do domu, a na nas tak popatrzył, że aż nam w pięty poszło. Od tej pory skończyły się wizyty naszej przyjaciółki i smakołyki przez nią przynoszone.

Jednak łączność między nami się nie urwała i czasem któreś z nas dostawało od niej karteczkę. Raz i ja taką korespondencję przechwyciłem. A było to w ten sposób: siedziałem na swoim wózku przy ogrodzeniu, gdy przechodząca akurat Marianna upuściła tuż przy płocie szary plastikowy przedmiot. Mimo problemów z sięgnięciem, za pomocą patyka udało mi się go dostać. Okazało się, że wewnątrz pojemniczka jest list dla nas. Informowała, że na razie nie może, ale gdy tylko nadarzy się okazja, to nas odwiedzi. I rzeczywiście nastąpiło to późnym wieczorem, kiedyśmy już zasypiali. Nie zapalając światła w baraku, trafiła do naszego boksu. Przyszło jej to bez trudu, bo robiła to setki razy, będąc jeszcze niewidomą. Poinformowała nas szeptem, że robi starania, żeby się usamodzielnić i nas uwolnić z rąk Adamiaka. Na nasze pytanie, jak zamierza to zrobić, odrzekła:

– Wiem, gdzie Adamiak trzyma mój paszport. Kiedy wszystko będzie gotowe, zabiorę go i wyjadę do miasta. Tam zarejestruję działalność gospodarczą dotyczącą opieki nad nieprodukcyjnymi. W dziale kontroli regionalnej placówki ŚOWN zgłoszę, że rozmawiałam z wami w sprawie waszego przejścia pod moją opiekę i przedstawię wasze podania, w których napiszecie, dlaczego chcecie stąd odejść. Najtrudniejszą sprawą jest znalezienie lokum dla naszego ośrodka. Mam coś na oku, ale to potrwa. Musicie napisać podania i czekać.

Teraz, mając nadzieję na odmianę losu, staliśmy się innymi ludźmi. Przestaliśmy myśleć tylko o jedzeniu i ogłupiających programach telewizyjnych. Często śmialiśmy się i nawet żartowaliśmy, a nocami marzyliśmy o wolności. Na kartkach wyrwanych z mojego notatnika napisaliśmy podania, opisując złe warunki panujące w naszym domu opieki „Szczęśliwa Przyszłość”. Kuba również dostał kartkę do napisania podania, ale z zastrzeżeniem, że jeśli zdradzi tym razem, zbijemy go i wyrzucimy do innego boksu, niech mieszka z debilami. Chyba się przejął tą groźbą.

Jednak nikt nie musiał donosić. Ten dupek Gwidon znalazł podanie Gena w umówionej kryjówce, skąd odbierała korespondencję Marianna. Skrytka była pod luźną cegłą w zewnętrznej ścianie baraku. Jak to się stało, że gówniarz wsadził tam łapę, tego nikt nie wie.

Adamiak szalał. Geno dostał straszne baty, ale nic nie powiedział. Właściwie nie musiał mówić, bo nasz opiekun wiedział, kto miał być odbiorcą pisma. Dla pewności zrobił przeszukanie rzeczy Marianny i znalazł podania Kuby i Sofii. Dodatkowo jeszcze inne papiery świadczące o jej zamiarach. Wieczorem nasz boks znów stanął w komplecie pod ścianą baraku. Naprzeciwko nas był Adamiak z Gwidonem, a trochę z boku Marianna. Adamiak krótko przemówił.

– Tym razem nie będzie żadnego przesłuchania, bo wszystko jest jasne.

Skoro skarżycie się na rękę, co daje wam chleb, będziecie przez tę rękę ukarani. To tyle, co chciałem wam powiedzieć. Gwidon, zaczynaj.

Gwidon zamocował linę z uformowaną pętlą na gałęzi jedynego drzewa na naszym wybiegu i ustawił pod nią taboret. Zamarliśmy, wyglądało na to, że nie żartują, oni naprawdę będą nas wieszać!

– Pierwszy powieszony będzie Geno. Podchodź tutaj niewdzięczniku.

Geno, solidnie dzisiaj wysmagany batem, miał cichą nadzieję, że swoją karę już otrzymał. Teraz, kiedy to usłyszał, rzucił się do ucieczki, ale Gwidon dorwał go, zanim Geno dopadł ogrodzenia. Silny młodzieniec niemal przyniósł wierzgającego Gienka i ustawił na taborecie. Adamiak założył mu pętlę i zwrócił się do Marianny:

– Teraz twoja kolej – wykopnij stołek spod jego nóg.

Marianna nie ruszyła się z miejsca i nie wykonała tego rozkazu, mimo targania za włosy i bicia w twarz. Jej upór spowodował, że egzekucja się nie odbyła. Adamiak nie zdecydował się dokończyć jej samemu. Może się bał, że kiedy się sprawa wyda, będzie pociągnięty do odpowiedzialności. Tak czy siak śmierć przeszła bokiem. Zdjęto Gienkowi pętlę i pozwolono nam wszystkim wrócić do baraku. Odetchnęliśmy z ulgą, ale tej nocy nie było dane nam zasnąć, i to nie tylko z nadmiaru wrażeń.

Było pewnie już po północy, gdy drzwi do baraku cicho się otworzyły. Zabłysła latarka i ktoś zbliżył się do naszego boksu. Wepchnięto jakąś osobę do środka i latarka się oddaliła. Sofia spytała:

– Marianno, czy to ty?

Zamiast odpowiedzi usłyszeliśmy tylko jej szloch.

Zasnąłem dopiero nad ranem, inni chyba też, bo przespaliśmy porę karmienia porannego. Jedynie Guto zdążył zaczerpnąć z poidła trochę lury nazywanej herbatą. Humory mieliśmy zwarzone. Skończyły się nasze marzenia o wolności. Marianna jeszcze spała, albo udawała, głowę miała nakrytą derką. Nie budziliśmy jej.

– Ona przeszła chyba najgorzej wczorajszy dzień – odezwał się Gutek.
– Nawet ubranie jej zabrał – stwierdziła Sofka. Rzeczywiście, też zauważyłem wystającą spod derki dawną jej siermięgę.
– O, przepraszam, najgorzej miałem ja, bo i baty dostałem, i byłem już pod szubienicą z pętlą na szyi. Takiego stresu nikomu nie życzę – jęczącym głosem rzekł Geno.

Marianna wstała koło południa. Akurat graliśmy w karty we trzech, Geno jęczał na swojej pryczy (chłosta zawsze boli przez wiele dni), a Sofka coś szyła. Wszyscy przerwaliśmy swoje zajęcia i w osłupieniu wpatrywaliśmy się w twarz naszej towarzyszki.

Opaska na jej oczach nasiąknięta była krwią. Sofka podbiegła do niej z krzykiem przerażenia i podciągnęła w górę zwój bandaża.

Jęknęliśmy wszyscy. Marianna miała wykłute oczy. Znowu była ślepa. Tym razem już na zawsze.

Spod pledu wystawała elegancka torebka, w środku był jej paszport i nasze podania z podpisem Adamiaka i jego zgodą na nasze odejście.

Wieczorem Marianna stała się rozmowniejsza. Pomyślałem, że zaakceptowała swoją sytuację. Znowu jak dawniej serdecznie gawędziliśmy, a nawet smutno się uśmiechaliśmy. Po zgaszeniu świateł, już leżąc na pryczy, Marianna powiedziała jeszcze jedno mądre zdanie, które zapisałem na pierwszej stronie moich zapisków: „Trwajcie i nie traćcie nadziei, bo kiedyś odmiana losu nadejdzie”. Kiedy zasypiałem słyszałem jeszcze jej monotonny szept, chyba się modliła.

Rano znaleźliśmy ją powieszoną. Adamiak z Gwidonem nie zdjęli stryczka z naszego drzewa i to z niego skorzystała. Pogrzeb miała taki, jak wszyscy zmarli w naszym baraku. Gwidon wrzucił ciało na przyczepkę ciągnika i zawiózł na niedaleki pagórek pełniący rolę cmentarza. Za przyczepą szła tylko nasza piątka, Adamiak się nie pojawił. Do płytkiego dołu Gwidon chciał nogą zepchnąć ciało Marianny, ale nie pozwoliliśmy na to. Moi przyjaciele, chociaż nie przyszło im to łatwo, sami ułożyli ją w grobie. Trumny nie było, ale Gutek znalazł jakiś karton i przykrył jej twarz tekturą. Ledwie odmówiliśmy krótką modlitwę, gdy zniecierpliwiony Gwidon zaczął zasypywać grób. Kiedy skończył, jakby ze złości, że musiał tak długo czekać, przejechał po nim traktorem. Zapamiętamy mu ten gest. Kiedy przyjdzie obiecana odmiana losu, a wierzymy, że to nastąpi, bo Marianna nigdy się nie myliła, obaj z Adamiakiem zapłacą za jej oczy i śmierć. Wtedy może zrozumieją, że nie była psem, kotem czy lalką, tylko żywym człowiekiem.

Jeszcze długo staliśmy przy grobie i śpiewaliśmy pieśń „Pójdź do Jezusa do niebios bram”, ale tylko pierwszą zwrotkę i refren, bo tyle tylko moi koledzy znali, a ja nie miałem przy sobie swego notesu, żeby zapisać im całą pieśń.

Może to i dobrze, że w kółko powtarzali ten refren, przecież takie częste wołanie musi w końcu dotrzeć do Boga. Słowa pieśni podniosły mnie na duchu, myślę, że moich przyjaciół też, bo coraz głośniejszy był ich śpiew. W końcu na całe gardło wyśpiewaną prośbę musieli słyszeć również mieszkańcy naszej obory oraz Adamiak z Gwidonem.

„Słuchaj, Jezu jak cię błaga lud,
Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud;
Przemień, o Jezu, smutny ten czas,
O Jezu, pociesz nas! ”

Kiedy odchodziliśmy do swego baraku, zachodzące słońce oświetlało cmentarne wzgórze. Stał tam tylko jeden, samotny krzyż dla wszystkich zmarłych i jeszcze żyjących mieszkańców domu „Szczęśliwa Przyszłość”. Wiem, że ile razy spojrzymy na ten krzyż, przypomnimy sobie naszą Mariannę i jej słowa wlewające nadzieję w nasze serca.

Styczeń 2019