Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Klauzula sumienia a obowiązek służby wojskowej

Ireneusz Ziółkowski

Palenie książeczek wojskowych. Warszawa, pl. Zamkowy. IX ’91

WSTĘP

Artykuł pochodzi z połowy lat ’90. Drukiem artykułu zainteresowany był Tygodnik Powszechny. Niestety nie doszło do tego z prozaicznej przyczyny: redakcja, a konkretnie ówczesny szef działu politycznego TP, red. Krzysztof Burnetko, zażądała ode mnie skrócenia tekstu o połowę, najlepiej do 8 stron, a maksymalnie do 10 stron, wtedy robiąc z niego ‘temat numeru’. Byłem zmęczony tym tekstem – z wykształcenia nie jestem prawnikiem, pewne rzeczy musiałem zgłębiać od podszewki; ślęczałem w czytelniach poznając teorie, przegryzając się przez kodeksy, orzecznictwo i komentarze; zajęło mi to parę miesięcy. Pierwotnie tekst miał 24 strony, ten oto jest ‘wersją’ skróconą o blisko 1/3. Brakowało mi już do niego serca i dystansu.

Dlaczego zająłem się tematem? Zasadniczo z trzech powodów. Jako uczestnik ruchu Wolność i Pokój czułem się zobligowany, by przegryźć się przez temat. Chciałem poznać racje, dla których obdżektorzy, mimo istnienia ustawy o służbie zastępczej, nie mogą skorzystać z tego prawa? W latach 90., u zarania III RP, tysiące młodych ludzi było represjonowanych: większości „łamano sumienia” i zmuszano do służby z bronią w ręku, setki skazano na kary więzienia w zawieszeniu, a kilkadziesiąt osób na kary bezwzględnego więzienia. Zaskakiwała zupełna bezczynność ówczesnych instytucji państwa i bezradność oficjalnych organizacji powołanych do obrony praw człowieka i obywatela – mimo nagłośnienia przez media (szczególny rozgłos nadano sprawie Romana Gałuszko), mimo niezliczonych komentarzy różnej maści medialnych autorytetów i ekspertów, mimo deklaracji polityków (w tym czołowych), mimo opinii konstytucjonalistów, mimo ‘zrozumienia’ płynącego ze strony biskupów, mimo ‘mądrości’ emanującej od profesorów, prawników, sędziów, etyków, etc. Gałuszko i inni obdżektorzy dalej siedzieli w pierdlu! Rodziło to odruch sprzeciwu i bunt. Last but not least: osobiste zaangażowanie się w obronę Romana Gałuszko na KULu, na którym wtedy studiowałem – co ostatecznie skończyło się relegacją z tej szacownej uczelni – dopełniło osobistych motywów zajęcia się tematem.

Czytając tekst dzisiaj uświadomiłem sobie, jak głęboko w PRL-owską przeszłość sięga patologia w wymiarze sprawiedliwości; jak niespełnionym postulatem była i nadal jest niezawisłość, i niezależność sędziowska; jak w sądach wciąż na próżno szukać sprawiedliwości. Z drugiej strony, z perspektywy czasu wyraźnie widać, że w pierwszej połowie lat 90, dzięki stanowczemu sprzeciwowi wobec represji, m.in. WiPu i różnych środowisk: pacyfistów, anarchistów, ruchów i stowarzyszeń broniących praw człowieka, dzięki stałemu naciskowi i presji na opinię publiczną, w Konstytucji RP z roku 1997 znalazł się zapis podnoszący prawo do służby zastępczej, do rangi prawa konstytucyjnego (Art.85 ust.3 Konstytucji RP). Do zbadania jest kwestia implementacji tego zapisu Konstytucji w późniejszym ustawodawstwie oraz statystyki dotyczące obdżektorów w kolejnych latach.

Artykuł konsultowałem z różnymi osobami; szczególnie chciałbym w tym miejscu podziękować, też koledze ‘wipniętemu’, wtedy (zdaje się) asystentowi na wydziale prawa UW, dr. Jerzemu Kolarzowskiemu – to dzięki jego podpowiedzi powstał rozdział o roli sądów wojskowych. Chciałbym podziękować również ex WiPowcom, wówczas parlamentarzystom: Radosławowi Gawlikowi i Januszowi Okrzesikowi, dzięki których wydatnej pomocy uzyskałem dostęp do wielu pism procesowych dot. obdżektorów, a także prof. Wojciechowi Modzelewskiemu za udostępnienie danych uzyskanych przez niego ze Sztabu Generalnego.

Artykuł kończy się na prezentacji projektów nowelizacji ustawy o obowiązku obrony RP, które miały być wtedy procedowane, czyli w okresie w którym TP zainteresował się tą analizą.

Prawdziwy epilog ‘batalii o prawa obdżektorów’ dopisała historia w 2010 roku, gdy ex WiPowiec z Krakowa, jako minister MON, zawiesił obowiązkową służbę wojskową i uzawodowił armię.

P.S. Tekst debiutuje po ćwierćwieczu, w zasadzie w niezmienionej i nieskróconej formie, po drobnych korektach stylistycznych, interpunkcyjnych, itp. Miejscami, dodałem notkę lub link z obecnej 25-letniej perspektywy. Brak jest przypisów i bibliografii, za co przepraszam, ale większość źródłowych materiałów zawieruszyła się przez te lata – nie mam teraz serca do szperania w archiwach.

Palenie książeczek wojskowych. Warszawa, pl. Zamkowy. IX ’91

O SPOSOBACH EGZEKWOWANIA PRAWA DO ODMOWY SŁUŻBY WOJSKOWEJ W III RZECZYPOSPOLITEJ. CASUS ROMANA GAŁUSZKO

,,Człowiek jednak może zwracać się do dobra tylko w sposób wolny […] tak więc godność człowieka wymaga, aby działał ze świadomego i wolnego wyboru, tzn. osobowo, od wewnątrz poruszony i naprowadzony, a nie pod wpływem ślepego popędu wewnętrznego lub też zgoła przymusu zewnętrznego.” Sobór Watykański II, Konstytucja Gaudium et spes, pkt 17

„To się bowiem podoba Bogu, jeżeli ktoś ze względu na sumienie uległe Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie.” (1P 2,19)

Wyrażenie „objector conscientious” oznacza w języku angielskim osobę, która ze względu na sprzeciw sumienia wynikający z wyznawanej religii, z przekonań moralnych lub ze względów światopoglądowych odmawia pełnienia służby wojskowej. Prawo do odmowy służby wojskowej oraz do ubiegania się o alternatywną służbę cywilną jest respektowane w większości państw demokratycznych. [*kompendium dot. rozwoju europejskiej idei pacyfizmu do oświecenia]

W 1967 roku Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało prawo obdżektorów do zastępczej służby cywilnej i równorzędnego traktowania ich z innymi poborowymi. W myśl owej rezolucji o służbę zastępczą można ubiegać się z powodu ,,[sprzeciwu] sumienia albo głębokiego przekonania wynikającego z religijnych, etycznych, moralnych, humanitarnych, filozoficznych albo podobnych motywów”. W uzasadnieniu stwierdzono: ,,Prawo to winno być uważane za logicznie wynikające z fundamentalnych praw jednostki (…), które są zagwarantowane w art. 9 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka”.

W roku 1987 Komisja Praw Człowieka ONZ zaapelowała do wszystkich państw ,,o uznanie, że sprzeciw sumienia wobec służby wojskowej winien być uważany za wykonywanie prawa do wolności myśli, sumienia i religii”, a także o to, by powstrzymały się one od poddawania takich osób uwięzieniu, a także by służbę zastępczą przyznawano w sposób obligatoryjny na żądanie zainteresowanego. W tym samym roku powyższe zalecenia potwierdził Komitet Ministrów Rady Europy. W podobnym tonie wypowiedział się dwa lata później Parlament Europejski.

Chociaż prawo do odmowy służby wojskowej ze względów sumienia nie jest włączone do katalogu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, to raport przygotowany ostatnio dla Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy sugeruje, że prawo to powinno się w niej znaleźć.

W większości krajów europejskich prawo gwarantuje otrzymanie służby zastępczej. Niechlubnym wyjątkiem jest Grecja, gdzie więzionych jest wiele osób, którym odmawia się nawet prawa do ubiegania się o służbę zastępczą.

Głodówka pod Sejmem wrzesień ’89

PRAWO DO SŁUŻBY ZASTĘPCZEJ W POLSCE

Od momentu uchwalenia w końcówce PRLu w roku 1988, ustawy o służbie zastępczej, której wywalczenie były dużym sukcesem opozycyjnego ruchu ,,Wolność i Pokój” (WiP) – status prawny obdżektorów uległ zasadniczej zmianie. Upadający reżim komunistyczny zaprzestał represji. Służbę zastępczą otrzymywał każdy, kto się o nią starał. Jednak uchwalona ustawa była zła i od początku nie spełniała oczekiwań WiP-u. Alternatywną służbę zastępczą, a także odroczenia od służby wojskowej dla jedynych żywicieli rodzin, rolników, wciąż traktowano jak próbę wymigania się od obowiązku obrony Ojczyzny. Jak na ironię, sytuacja obdżektorów pogorszyła się, gdy po transformacji ustrojowej przy „okrągłym stole” wielu działaczy Ruchu WiP na fali przemian weszło w strukturę Władzy.

We wrześniu ’89. odbyła się ponad miesięczna głodówka WiP pod Sejmem; domagano się skrócenia służby wojskowej i zastępczej, objęcia obdżektorów prawem pracy, zwolnienie jedynych żywicieli rodzin i rolników – głodówka zakończyła się połowicznym sukcesem. Na początku lat 90. zaczęto dokręcać śrubę. Najpierw dziesiątki osób skazano na kary więzienia w zawieszeniu, później zaostrzono represje i młodych ludzi zamykano. Niezliczonym łamano sumienia zmuszając do wdziania wojskowych kamaszy. W proteście na placu Zamkowym, pod ‘Zygmusiem’ w Warszawie, wipowcy i anarchiści z RSA spalili swoje książeczki wojskowe, później przykuwali się do Belwederu. Władza testowała granice. W roku 1992 szerokim echem odbiło się skazanie na 1,5 roku więzienia Romana Gałuszko, który powołując się na wyznanie wiary katolickiej odmówił pełnienia służby z bronią w ręku. Pomimo wielu protestów i apeli – między innymi katolickiej organizacji Pax Christi, czy studentów KUL, oraz uznania przez Amnesty International Gałuszko i innych skazanych obdżektorów za więźniów sumienia, mimo listów poparcia, wystąpień Parlamentarzystów, próśb o jego uwolnienie – musiał odsiedzieć za ‘dobre sprawowanie’ pół kary, w więzieniu. Prezydent Lech Wałęsa, nie skorzystał wobec pacyfisty z prawa łaski, za to drugą ręką ułaskawia w tym czasie gangstera „Słowika” [*zamieszanego później w zabójstwo byłego komendanta głównego Policji generała Marka Papały] Widać pacyfiści, chcący skorzystać z przysługującego im prawa, stanowią dla odrodzonej Ojczyzny większe zagrożenie niż tkwienie Państwa w mackach mafii.

SPOŁECZNE I PRAWNE TŁO REPRESJI WOBEC OBDŻEKTORÓW

Dlaczego, mimo istnienia prawa do służby zastępczej, obdżektorzy nie otrzymują jej i zapadają wyroki skazujące? Jest kilka czynników.

Pierwszy natury mentalnej, wynika z zakorzenionego przeświadczenia, że chłopak, który nie był w wojsku nie jest prawdziwym mężczyzną. Taka presja ma miejsce szczególnie w małych miejscowościach i na wsi. Niebagatelny wpływ odgrywa narodowa tradycja rycerska i pamięć wojen wyzwoleńczo-obronnych. W rezultacie wielu urzędników uważa obdżektorów za obywateli drugiej kategorii, próbujących wymigać się od wypełnienia ,,zaszczytnego obowiązku”. To wpływa na podejmowane przez nich decyzje odmowne.

Drugim czynnikiem jest wysokie bezrobocie, które powoduje, że przydział do służby zastępczej staje się fikcją. Prof. Wojciech Modzelewski (na zlecenie Komitetu Badań Naukowych Instytutu Studiów Politycznych PAN), dokonał analizy realizacji służby zastępczej, na podstawie danych uzyskanych ze Sztabu Generalnego. Wynika z niej, że większość osób, które otrzymały służbę zastępczą w latach 1989-1995 nie mogła podjąć pracy ze względu na wzrost bezrobocia. Z ogólnej liczby 14 775 osób, którym w latach 1989-93 przyznano służbę zastępczą, pracę otrzymało zaledwie 6 925 osób. Ta niekorzystna tendencja osiągnęła apogeum w 1992 roku (a więc w roku skazania Romana Gałuszko), gdy z ogólnej liczby 3 672 osób, które otrzymały służbę zastępczą, pracowało tylko 300 (sic!) osób. W 1995 roku służbę zastępczą rzeczywiście odbywało tylko 26% uprawnionych. Zwiększył się też czas oczekiwania na skierowanie do zakładu pracy; sprawy skierowań przechodzą z roku na rok, co powoduje kumulujące się narastanie zaległości w tym względzie. Jest przy tym paradoksem, że duża część poborowych ma miejsce pracy, a kieruje się ich do służby zastępczej, gdzie tych miejsc pracy znaleźć nie można. Liczba ubiegających się o służbę zastępczą w latach 1991-1995 jest w miarę stabilna, z niewielką tendencją wzrostu. Procent decyzji odmownych wyraźnie wzrósł począwszy od 1991 roku, osiągając wielkość 35-40%. Zauważmy, że w tym samym czasie nasiliły się kroki represyjne wobec poborowych, którym odmówiono służby zastępczej. W rezultacie wiele osób po odmownej decyzji albo rezygnuje z dalszego starania się o nią i „ze złamanym sumieniem” idzie do wojska, albo się miga, albo zostaje skazana na karę więzienia, w tym bezwzględnego.

Nietrudno zrozumieć przesłanki społeczne jako tło represji wobec obywateli, ale trudno pogodzić się z indolencją instytucji powołanych do ich obrony. Wynika to z nieprawidłowej konstrukcji prawa, możliwych interpretacji przepisów oraz braku… dobrej woli? O ile konstrukcja prawa decyduje o ustroju państwa, o jego celach i zasadach funkcjonowania, to ‘dobra wola’ decyduje o sposobach egzekwowania istniejących przepisów. Nikt nie zrobił rzetelnej analizy prawnej, a jak zrobił, to schował do szuflady?

Głodówka pod Sejmem wrzesień ’89

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej [*w połowie lat ’90.], nie nadąża za Ustawodawcą i nakładając na obywatela „święty obowiązek” obrony Ojczyzny (art. 92 ust. 1), zawęża rozumienie spełnienia „zaszczytnego obowiązku patriotycznego” wyłącznie do pełnienia służby wojskowej (art. 92 ust. 2). Z kolei w w/w ustawie o powszechnym obowiązku obrony RP, zastępcza służba cywilna – obok służby wojskowej, obrony cywilnej, etc. – została uznana za jedną z równorzędnych form realizowania konstytucyjnego obowiązku obrony Ojczyzny. Z kolei powołane ustawą komisje oceniające sumienie obdżektorów są sprzeczne z konstytucyjnymi gwarancjami wolności myśli i sumienia. Ale po kolei.

Główni ‘podejrzani’ (poza obowiązkiem służby wojskowej) to: art. 189 ust.1 oraz art.190 ust.1 – ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP (z dnia 21 listopada 1967 roku, później wielokrotnie nowelizowanej). Artykuły te, z jednej strony (art.189) przyznają obywatelowi prawo do ubiegania się o służbę zastępczą, z drugiej (art.190) przyznają urzędnikom – zupełnie do tego nieprzygotowanym – prawo do oceniania wiarygodności poglądów moralnych lub wyznania. Zgodnie z tym artykułem poborowi mogą występować – ze względu na przekonania religijne lub wyznawane zasady moralne – do rejonowej komisji poborowej z pisemnymi wnioskami o skierowanie do służby zastępczej. Ale nie mają gwarancji, że je otrzymają.

W myśl przepisów Kodeksu karnego, obdżektorzy już w punkcie wyjścia stają w niekorzystnej sytuacji, bowiem sama chęć uzyskania – zgodnie z ustawą – służby zastępczej potencjalnie nosi już w sobie znamiona przestępstwa, gdyż suponuje zamiar zaniechania nakazanego Konstytucją działania, czyli uchylanie się od obowiązkowej służby wojskowej. Zamiar ów nabiera znamion przestępstwa po odmownej decyzji komisji i po dalszym, uporczywym domaganiu się przez obdżektora możliwości odbycia służby zastępczej.

W momencie podjęcia przez komisję decyzji odmownej obdżektor ma wybór: albo postąpi wbrew swojemu sumieniu i pójdzie do wojska, albo trwając przy swoich przekonaniach odmówi wypełnienia tego konstytucyjnego obowiązku. O tym, czy popełni przy tym przestępstwo, rozstrzyga decyzja administracyjna urzędnika państwowego, de facto niezdolnego do oceny sumienia, choćby z racji niemożności określenia jednoznacznych kryteriów takiej oceny. Możliwość odwołania się do Naczelnego Sądu Administracyjnego (NSA) nie zmienia zasadniczo wiele, bo sąd ten bada przede wszystkim, czy nie było uchybień proceduralnych – a wszystko przecież odbywa się zgodnie z przepisami prawa.

Chociaż w sprawie jednego z obdżektorów toczącej się przed NSA, 17 maja 1991 roku, miało miejsce precedensowe (odnoszące się co do zasady, a nie tylko do kwestii formalnych) orzeczenie, stwierdzające, że sformułowanie odnośnego przepisu (art. 189 ust.1 w/w ustawy) ,,budzi istotne wątpliwości dotyczące tak charakteru jak również skuteczności takiego wniosku poborowego, a w szczególności zakresu jego rozpoznania przez komisje poborowe (…) należy podnieść, że przekonania religijne i wyznawane zasady moralne stanowią korelaty wolności wyznania i wolności sumienia, podniesionych w art. 82 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej do rzędu prawa obywatelskiego. W konsekwencji tego nie podobna zgodzić się z poglądem, by skierowanie poborowego do odbycia służby zastępczej uzależnione było od uznania komisji poborowej. Za takim wnioskiem przemawia zbieżność znaczeniowa ‚przekonań religijnych’ i ‚wyznania’ oraz ‚zasad moralnych’ i ‚sumienia’ .”

Orzeczenie wskazuje na sprzeczność istniejącą w prawie, między powoływaniem gremiów oceniających sumienie i zasady moralne, a konstytucyjnymi gwarancjami wolności wyznania i sumienia. W świetle tej wykładni art. 189 ust. 1 w/w ustawy, obdżektorzy stając przed komisjami mają nie tylko prawo do ubiegania się o służbę zastępczą, ale także implicite prawo do jej otrzymania, zgodnie z konstytucyjnymi gwarancjami wolności.

W tym precedensowym orzeczeniu NSA podał również wykładnię procedury postępowania w rozpatrywaniu podań o przyznanie służby zastępczej. Wynika z niej, że służby zastępczej nie można uznawać „jako przeciwieństwa lub wyjątku od pełnienia służby wojskowej”, oraz ,,Ocena żądań poborowego nie jest zatem uzależniona od uznania komisji poborowej i winna być dokonana w sposób zindywidualizowany, a nadto powinna być wyczerpująco i szczegółowo umotywowana. Przepisy (…) nie stwarzają również podstaw do przyjęcia, że na poborowym ciąży obowiązek udowodnienia, uprawdopodobnienia czy też wykazania, że odbywanie przez niego służby wojskowej pozostaje w jawnej sprzeczności z jego poglądami religijnymi czy też wyznawanymi zasadami moralnymi i budzi rzeczywisty konflikt sumienia (…) zaś obowiązek wyjaśnienia stanu faktycznego sprawy ciąży na organach administracji wojskowej”.

Marsz Wielkanocny 90 r.

Praktyka funkcjonowania komisji poborowych wykazała diametralnie odmienną interpretację prawa – począwszy od narzucenia obdżektorom obowiązku udowadniania, że ,,nie są wielbłądami”, a skończywszy na lapidarnych i ogólnikowych uzasadnieniach odmownej decyzji nie przyznającej służby zastępczej. Co więcej, kolejne orzeczenia NSA w analogicznych sprawach podawały już całkowicie odmienną (sic!) interpretację. Aby nie być gołosłownym przytoczę sentencję z orzeczenia wyroku jaki wydał NSA w Warszawie (Ośrodek Zamiejscowy w Poznaniu) w dniu 23 lutego 1993 roku – a więc w niecałe dwa lata po precedensowym orzeczeniu NSA z Wrocławia: ,,ciężar dowodu mającego wykazać, że wyznawane zasady moralne sprzeciwiają się odbywaniu zasadniczej służby wojskowej spoczywają na poborowym. Pogląd ten jest utrwalony (sic! – moje) w orzecznictwie Naczelnego Sądu Administracyjnego w tego rodzaju sprawach”. Także kolejne orzeczenia NSA podawały interpretację, iż służba zastępcza stanowi tylko wyjątek od reguły, którą jest odbywanie służby wojskowej.

W świetle powyższego nasuwa się pytanie: dlaczego Rzecznik Praw Obywatelskich, w obliczu skali represji wobec obdżektorów oraz z racji dwóch sprzecznych i wykluczających się orzeczeń SN, nie zaskarżył w/w ustawy do Trybunału Konstytucyjnego? A przecież uchybień było znacznie więcej, choćby brak instancji odwoławczej od wydanych decyzji administracyjnych (co pozbawiało obdżektorów prawa do merytorycznej obrony swoich racji przed niezależnym i niezawisłym sądem), fakt sądzenia cywilów przez sądy wojskowe, itd. Nikomu to nie przeszkadzało!? Wystarczy wspomnieć o „bezradności” RPO, prof. Tadeusza Zielińskiego, który uznał, że nie ma żadnej możliwości obrony praw obywateli zagwarantowanych w Konstytucji RP, zaś Romanowi Gałuszko wypomniał mu, że jest sam sobie winien, bo nie skorzystał z przysługującego mu prawa odwołania do NSA, tak jakby – mając na uwadze sprzeczne orzeczenia SN – to mogło w czymś pomóc. Pozostał gest Piłata.

Nieodparcie nasuwa się przypuszczenie, że źródłem takiej właśnie interpretacji prawa przez sądy czy indolencji RPO mogą być w tym przypadku naciski ze strony władzy wykonawczej. Oczywiście jest to tylko przypuszczenie, lecz z braku innego racjonalnego wytłumaczenia, wydaje się prawdopodobne.

Pikietówa, nr 1, Glodówka pod Sejmem, IX-X 1989

REPRESJE ZA WIARĘ – CASUS ROMANA GAŁUSZKO

Roman Gałuszko występując o przyznanie służby zastępczej, w uzasadnieniu powołał się na wiarę katolicką. Procent proszących o służbę zastępczą ze względów religijnych nie jest duży, zaledwie od 4% do7% ogółu starających się. Jeszcze w 1988 roku liczba ta stanowiła 40%. Wiadomo, że w Polsce przytłaczająca większość poborowych jest wyznania katolickiego. Przyznanie służby zastępczej z tego powodu byłoby groźnym precedensem, zagrażając osłabieniem Sił Zbrojnych państwa, opartych na powszechnym poborze. Sąd wojskowy skazując Gałuszko nawet nie krył swoich intencji, wskazując w uzasadnieniu wyroku, że skazanie na bezwzględną karę więzienia będzie miało moc odstraszającą dla innych obdżektorów.

Wyrok skazujący Romana Gałuszko jest namacalnym przykładem nadużycia swobody oceny prawnej, na niekorzyść obdżektora. W uzasadnieniu orzeczenia Sądu Najwyższego Izby Wojskowej w Warszawie, z dnia 29 maja 1992 roku, w jego sprawie, czytamy, że postępowanie oskarżonego – odmowa pełnienia służby wojskowej i dalsze, uporczywe domaganie się przyznania służby zastępczej – „bez względu na jego przekonanie co do słuszności decyzji organu powołującego go do odbycia służby wojskowej (…) należało ocenić jako przejaw złej woli, wyrażającej się w jawnym manifestowaniu nieposłuszeństwa konstytucyjnemu obowiązkowi obrony Ojczyzny i lekceważenia obywatelskiej powinności”. Co więcej sędziowie stwierdzili, iż: ,,Poborowy nie może (…) dowolnie interpretować decyzji właściwego organu wojskowego w zakresie jego powołania do służby, a w przypadku, gdy jest dla niego niekorzystna – uchylić się od ciążącego na nim obowiązku służby.”

Dalsze domaganie się przez Gałuszko przyznania służby zastępczej po odmownej decyzji komisji, czyli podtrzymywanie chęci korzystania de facto z konstytucyjnego prawa do wolności sumienia i wyznania, jest według sędziów Izby Wojskowej Sądu Najwyższego ,,jawnym manifestowaniem nieposłuszeństwa” wobec konstytucyjnego obowiązku obrony Ojczyzny. Sędziowie zapomnieli przy ty, że zgodnie z art. 4 ust, 2 ustawy o obowiązku obrony RP, służba zastępcza jest równorzędną, alternatywną formą realizacji tego obowiązku! Widzimy, że według Izby Wojskowej SN decyzje administracyjne rozstrzygają (sic!) o prawie obywatela do korzystania z praw gwarantowanych w artykule 82 Konstytucji RP. Trudno to skomentować inaczej – sędziowie zaplątali się we własne t(n)ogi.

Postawa obdżektorów, konsekwentnie odmawiających służby wojskowej, niezbicie wskazuje na autentyczność ich przekonań oraz na to, że to urzędnicy z komisji odmawiając im prawa do otrzymania tej służby, a także sędziowie podtrzymujący takie decyzje, popełniają czyn… niezgodny z prawem i zagrożony karą więzienia! W myśl artykułu 192 k.k. każdy, kto ,,ogranicza obywatela w jego prawach ze względu na jego bezwyznaniowość lub przynależność wyznaniową, podlega karze pozbawienia wolności do lat 5”. Z sytuacją taką mieliśmy do czynienia choćby w przypadku wspomnianego Romana Gałuszko, o ile – zgodnie z nauką Kościoła katolickiego – miał prawo, nie tylko starać się, ale i otrzymać służbę zastępczą [krytyczne stanowisko].

Argumentem uzasadniającym odmowę przyznania służby zastępczej Romanowi Gałuszko było twierdzenie, iż Kościół katolicki nie zabrania pełnienia służby wojskowej. Również fakt, iż w wojsku istnieje Ordynariat Polowy umożliwiający praktykę religijną, zdaniem sędziów Izby Wojskowej Sądu Najwyższego, pozbawia katolika możliwości sprzeciwu sumienia związanego z pełnieniem służby z bronią w ręku. Przyjrzyjmy się zasadności użytych argumentów.

W przypadku Romana Gałuszko mamy do czynienia z dwoma kategoriami, ściśle ze sobą splecionych motywów odmowy pełnienia służby wojskowej. Pierwsza kategoria ma charakter moralny, druga zaś religijny. Istota relacji zachodzącej między nimi polega na tym, że niepokój moralny sumienia ma swoje źródło w wyznawanej religii, a konkretnie wynika z możliwości sprzeniewierzenia się V przykazaniu Dekalogu oraz ewangelicznemu nakazowi miłości nieprzyjaciół. W tej sytuacji istnienie instytucji Ordynariatu Polowego nie ma związku z samym doświadczeniem powinności moralnej, a tym samym nie ma wpływu na płynący stąd bezwarunkowy i normatywny osąd sumienia.

Na Soborze Watykańskim II podczas dyskusji na interesujący nas temat (o której pisał o. Jacek Salij w artykule ,,Problem odmowy służby wojskowej na Soborze Watykańskim II” w: <Więź> nr 7-8, 1987 r.) biskupi postawę jaką wykazał się Gałuszko, uznali za wyraz ducha profetycznego naszych czasów, godny naśladowania, zaznaczając jednocześnie, iż ci którzy pełnią służbę wojskową w zgodzie ze swoim sumieniem i dla dobra wspólnego, również zasługują na najwyższe uznanie. Ostatecznym wyrazem tej dyskusji jest zapis w dokumencie Gaudium et Spes: ,,wydaje się słuszne, żeby ustawodawstwo humanitarne ustosunkowało się do tych, którzy z motywów swego sumienia odmawiają noszenia broni, jeżeli tylko godzą się na inny sposób służenia wspólnocie ludzkiej. […] Ci wszakże, którzy oddani sprawie ojczyzny służą w wojsku, niech uważają siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności narodów.” (KDK 79). Wobec powyższego słusznym jest twierdzenie, iż Kościół katolicki nie zabrania pełnienia służby wojskowej, wręcz przeciwnie – zaleca jej pełnienie, o ile… nie jest to sprzeczne z sumieniem katolika. Jednak nie pociąga to automatycznie za sobą twierdzenia, że katolik nie ma prawa odmówić służby z bronią w ręku. Takie określenia jak ,,wyraz ducha profetycznego” czy „postawa godna naśladowania” użyte w dyskusji, wskazują na intencje biskupów uchwalających przytoczony zapis. Takie ujęcie wynika z nowego spojrzenia na problematykę zachowania pokoju, a także z dostrzeżenia i podkreślenia roli jaką pełni sumienie indywidualnego człowieka przy rozstrzyganiu trudnych problemów moralnych.

Powoływanie się przez urzędników państwowych na wypowiedzi poszczególnych biskupów, między innymi biskupa polowego gen. Sławoja Leszka Głódzia (który ma prawo mieć własne zdanie), nie może być podstawą do przyjęcia interpretacji, że katolik – zgodnie z wiarą katolicką – nie może odmówić uczestniczenia w nauce zabijania. Równie dobrze można byłoby wskazać na inne, istniejące w Kościele profetyczne postawy miłości nieprzyjaciół i wyrzeczenia się przemocy, np. na św. Maksymiliana, męczennika ściętego za odmowę pełnienia służby wojskowej, a we współczesnej Polsce na ks. Jerzego Popiełuszko, z jego ewangeliczną dewizą „zło dobrem zwyciężaj” czy też na kapelana ks. Jana Zieja, zwanego „prorokiem V przykazania”. Bardzo wymowne są też słowa nauczania papieża Leona XIII zawarte w encyklice Praeclara gratulationis: ,,Prawie wszystkie narody ogarnięte wzajemnymi podejrzeniami, prześcigają się w przygotowaniu do wojny. Młodzież, pomimo właściwego dla tego wieku braku doświadczenia, wystawiana jest na niebezpieczeństwo życia żołnierskiego, z dala od rady i pouczeń rodziców. Chłopcy, którzy osiągnęli właśnie szczyt swoich męskich sił, odciągani są od uprawiania pól, od studiów, od handlu, od zajmowania się sztuką, aby nosić broń”. Nauczanie Kościoła, opiera się na ewangelicznej prawdzie wiary o Zbawczej Miłości i Miłosierdziu Bożym głoszonych przez Jezusa Chrystusa całemu światu i wszystkim ludziom bez wyjątku. Do świadczenia takiej postawy miłości płynącej z głębokiej wiary – w tym miłości nieprzyjaciół – w szczególny sposób powołani są wszyscy chrześcijanie, a zatem także katolicy. Wszystko to ma moc poświadczającą o braku podstaw do odmawiania katolikom, właśnie „jako katolikom”, prawa do odmowy uczestniczenia w działaniach organizacji militarnych, tym samym prawa do otrzymania cywilnej służby zastępczej. Śmiało można powiedzieć, że Roman Gałuszko miał prawo odmówić pełnienia służby wojskowej odwołując się wprost do nauki Kościoła katolickiego. Specyfika religii katolickiej sprawia, że osoby powołując się na wyznanie tej wiary, powinny w uzasadnieniu położyć nacisk na aspekt merytoryczny (co nb. Roman Gałuszko uczynił), a nie tylko czysto formalny, tak jak ma to miejsce, np. w przypadku Świadków Jehowy, którzy po przedstawieniu zaświadczenia o przynależności do tego wyznania są automatycznie przenoszeni do rezerwy. W podobnej sprawie w roku 1992 wypowiedział się Episkopat Węgier potwierdzając prawo katolików do ubiegania się o służbę zastępczą. [Nb. dla zainteresowanych ciekawa książka „Schowaj miecz. Głos sumienia w sprawie służby wojskowej.” wydanej przez ojców franciszkanów (pod red. Stanisława Celestyna Napiórkowskiego, Niepokolanów 1993)]

W świetle powyższego należy jednoznacznie stwierdzić, iż casus Romana Gałuszko jest niepokojącym precedensem, wskazującym na dwie tendencje: na dyskryminację katolików przez urzędy państwa odmawiające im korzystania z konstytucyjnych praw obywatelskich i politycznych ze względu na wyznawaną religię, oraz na arbitralne i utylitarne interpretowanie nauki Kościoła katolickiego, wskazuje na instrumentalne wykorzystanie religii dla doraźnych celów politycznych.

W czasie, gdy skazano Romana Gałuszko, premierem RP była Hanna Suchocka, której rząd miał zaplecze głównie w UD, KL-D i ZCh-N. Gdy wspomnę, że w tym samym czasie drugą ręką podpisywano m.in. Konkordat, wszystko staje się bardziej oczywiste. Nie trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem, gdy jest się… kozłem ofiarnym. Jeden z kolejnych skazanych wtedy obdżektorów, nazywał się nomen omen Baranek.

Plakat

CYWILE PRZED SĄDAMI WOJSKOWYMI

Wróćmy do zasadniczego wątku – do praktyki sądowej. W momencie stwierdzenia przez komisje, iż podane przez obdżektora powody moralne lub religijne są niewystarczające do uzyskania służby zastępczej, po przejściu drogi sprawdzającej poprawność procedury przez sąd administracyjny, oraz w przypadku dalszego trwania obdżektora przy swoim zamiarze, sprawa jest kierowana przez prokuratora do… sądu wojskowego. Kolejny ‘podejrzany’.

W myśl przepisu art. 565 pkt 3 Kodeksu postępowania karnego (k.p.k.) dotyczącego kategorii czynów podlegających sądom wojskowym, oraz zgodnie z art. 245 ustawy o powszechnym obowiązku obrony, sprawy obdżektorów kierowane są do tych sądów, a nie do sądów powszechnych, których jurysdykcji obdżektorzy – jako osoby cywilne – powinni podlegać. Sądy wojskowe nie badają całokształtu okoliczności czynu – zwanych w literaturze fachowej „prawdą obiektywną” lub „prawdą materialną”, a tylko stwierdzają fakt zaistnienia odmowy służby wojskowej, czyli ograniczają się do ustalenia tak zwanej „prawdy formalnej”.

Oto raz jeszcze fragment z przytaczanego już orzeczenia IW SN w sprawie Romana Gałuszko: ,,Autorowi rewizji powinno być wiadomo, że sąd karny nie jest władny do zmiany decyzji administracyjnej, jak również nie może wypowiadać się w kwestii jej zasadności”. Twierdzenie podtrzymywane przez sędziów sądów wojskowych, że sprawdzenie słuszności racji na jakie powołują się obdżektorzy, chcąc otrzymać służbę zastępczą (a tym samym stwierdzenie ewentualnie błędnej decyzji komisji oraz orzeczeń NSA) nie jest przedmiotem rozprawy, wskazuje na brak rozumienia związku logicznego wynikania, jaki zachodzi między przyczyną, a skutkiem. Tym samym nie sposób prawidłowo ustalić, kto w zaistniałej sytuacji jest rzeczywiście winny.

W polskim prawie karnym funkcjonuje zasada zwana zasadą winy i mówi ona, że odpowiada tylko ten, kto nie dość, że przyczynił się do skutku, ale jest tego skutku winny. Czy skutku odmowy służby wojskowej winny jest obdżektor, którego czyn (tu: wina) w istocie polega na chęci skorzystania z przysługującego mu prawa – zarówno ius jak i lex – do otrzymania służby zastępczej, czy też winna jest zła konstrukcja prawa lex, w której brak jest regulacji powołującej niezależną instancję (trybunał/sąd) rozstrzygający spór pomiędzy obdżektorem z jednej strony, a komisjami poborowymi i NSA – z drugiej? Może wina leży po stronie tych, którzy uchwalili prawo powołujące do istnienia komisje oceniające sumienia oraz – siłą rzeczy – ferujące błędne decyzje? Niezależnie od odpowiedzi jedno można powiedzieć z pewnością: w istniejących przepisach jest luka prawna, przez którą sprawy obdżektorów trafiają na wokandę sądów wojskowych, zupełnie nieprzygotowanych do ich rozstrzygania.

Sędziowie sądów wojskowych w arbitralny sposób odrzucają całą obronę jako bezwartościową i nie mającą związku z badanym czynem odmowy pełnienia służby wojskowej. W rezultacie – pomimo istniejącej w prawie karnym zasady, iż okoliczności których sprawca nie zawinił, nie można nigdy uznać za obciążające go – całą winą obarcza się obdżektorów.

Trzeba również zaznaczyć, że sędziowie sądów wojskowych, będąc jednocześnie oficerami Wojska Polskiego, podlegają Sztabowi Generalnemu i siłą rzeczy muszą dbać przede wszystkim o interes Sił Zbrojnych. Oto przykładowy wyjątek z uzasadnienia wyroku w sprawie przeciwko Romanowi Gałuszko: ,,Manifestowanie (…) obiektywnie nie uzasadnionych powodów odmowy pełnienia służby wojskowej przez oskarżonego, nie może być obojętne dla interesów sił zbrojnych RP, skoro było ono niezgodne z obowiązującym prawem oraz nacechowane było uporczywością oraz złą wolą”.

W takim stanie rzeczy, obdżektorzy w istocie są pozbawieni prawa do sprawiedliwego rozpatrzenia ich sprawy przez niezawisły i bezstronny sąd. Stanowi to pogwałcenie art. 6 pkt 1 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności ratyfikowanej przez Polskę, co daje wystarczającą podstawę do zaskarżenia władz państwowych do Międzynarodowego Trybunału przy Parlamencie Europejskim w Strasburgu, co zresztą uczynił jeden ze skazanych obdżektorów.

Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jakie ujawnia cała ta sytuacja jest brak możliwości realnego egzekwowania istniejącego prawa i to prawa o randze konstytucyjnych gwarancji wolności i swobód obywatelskich.

MOŻLIWE ROZWIĄZANIA

Z przecieków medialnych wiadomo, że projekt nowej ustawy o powszechnym obowiązku obrony, przygotowany przez MON, przewiduje przynajmniej jedną znaczącą zmianę w interesującej kwestii. Dotyczy ona nowej formy pełnienia służby zastępczej – bez broni, ale w oddziałach skoszarowanych – według modelu francuskiego (nb. ostatnie doniesienia wskazują na to, że Francja zmierza do całkowitego uzawodowienia armii). Słabością projektu wydaje się być fakt, że w tym przypadku należałoby wziąć pod uwagę osoby, które będą odmawiały również takiej formy pełnienia służby zastępczej ze względów filozoficznych, bądź światopoglądowych.

Poza tym w projekcie przewiduje się pozostawienie komisji oceniających wiarygodność motywów płynących z wyznania i sumienia, co jest największym mankamentem tej propozycji, bo w ogóle nie rozwiązuje problemów, o których mowa. Również proponowane ograniczenie możliwości uzyskiwania odroczeń (rolnicy, jedyni żywiciele rodzin, itd.), wskazuje na restrykcyjny charakter projektowanej ustawy i budzi obawy przed nadmierną militaryzacją życia społecznego.

Niestety drugi projekt, przygotowany przez grupę posłów Unii Wolności, proponujący ujęcie spraw związanych ze służbą zastępczą w odrębną ustawę, został odrzucony przez Sejm. W projekcie tym przewidywano dwa istotne rozwiązania. Po pierwsze wprowadzony zostałby przepis znoszący istnienie komisji oceniających sumienie i rozstrzygających o przyznaniu służby zastępczej. O skierowaniu do tej służby decydowałby specjalnie do tego celu powołany pełnomocnik ministra pracy i opieki socjalnej, zaś do jej uzyskania wystarczyć powinna ,,deklaracja woli” osoby zainteresowanej. Drugie novum to rozszerzenie zakresu motywów umożliwiających ubieganie się o tę służbę o wzgląd na racje filozoficzne i wyznawany światopogląd.

Słabością tej propozycji jest wspomniany fakt istnienia wysokiego bezrobocia, jednak – jak pisze w przywołanym już wcześniej opracowaniu prof. Wojciech Modzelewski – być może decentralizacja systemu kierowania do pracy, np. ze szczebla wojewódzkich urzędów pracy do gmin, uelastycznienie trybu zatrudnienia, rozszerzenie kategorii zakładów pracy, w których obdżektorzy mogliby odbywać służbę zastępczą, pozwoliłoby kierować większą ich liczbę do jej odbywania. Przeciwnicy obligatoryjnego przyznawania służby zastępczej podnoszą argument, że taka konstrukcja przepisów otwierałaby furtkę dla wielu osób, którym w istocie służba zastępcza z powyższych względów nie powinna przysługiwać. Pewną zaporą dla takiej praktyki jest możliwość wydłużenia czasu trwania służby zastępczej względem służby wojskowej np. o jedną czwartą.

Wydaje się, że rozwiązania proponowane w projekcie poselskim rzeczywiście wychodziły naprzeciw zaleceniom prawa międzynarodowego i oczekiwaniom obdżektorów. Uchwalenie tych zmian w sposób realny zabezpieczałoby realizację prawa człowieka do wolności myśli, wyznania i sumienia. Obecna restrykcyjna praktyka – jak pisze prof. Modzelewski – krzywdzi nie tylko tych, którzy są skazywani na kary więzienia, ale przede wszystkim tych, których pod groźbą uwięzienia de facto zmusza się do odbycia służby wojskowej wbrew ich przekonaniom. Inną niebagatelną konsekwencją mógłby być fakt wymuszenia przez takie przepisy rzeczywistych zmian stosunków panujących w wojsku, co w świetle napływających informacji o licznych dezercjach, samobójstwach i istnieniu nieformalnych struktur, jest bardzo poważnym argumentem na ich korzyść.

Trzeba jeszcze wspomnieć, iż w obu projektach przewidziano kary więzienia dla tzw. totalnych obdżektorów, czyli osób odmawiających pełnienia zarówno służby wojskowej, jak i służby zastępczej, co w ustroju demokratycznym stanowi równie poważny problem. Jak się wydaje, kierunkiem i celem wszelkich proponowanych zmian powinno być zniesienie powszechnego obowiązku służby wojskowej i powołanie kontraktowej armii zawodowej.

Po odrzuceniu przez Sejm projektu poselskiego (niestety!) pozostaje tylko projekt proponowany przez MON. Obecnie został on skierowany do komisji sejmowej. Debata nad nim daje możliwość wniesienia poprawek mniejszości, których ewentualne przyjęcie mogłoby przyczynić się do uchwalenia dobrej ustawy, której nie trzeba byłoby później wielokrotnie nowelizować.

Dupa Ushat,nr.2.1

EPILOG

Na koniec przytoczmy słowa Jana Pawła II, wygłoszone na placu św. Piotra w dniu 10 stycznia 1982 roku: „Łamanie sumień jest straszną krzywdą wyrządzoną człowiekowi, jest najboleśniejszym uderzeniem w ludzką godność. Jest poniekąd gorsze od zadawania śmierci fizycznej, od zabijania. ‚Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało’ – mówi Chrystus, wskazując o ile większym złem jest zabijanie ludzkiego ducha, ludzkiego sumienia. (…) Podnoszę głos do Boga wraz ze wszystkimi ludźmi dobrej woli, aby to prawo z całą odpowiedzialnością było respektowane.”

W świetle powyższych rozważań, nasuwają się pytania: czy funkcjonowanie tak niespójnego i sprzecznego w sobie prawa, prowadzącego do rażącej niesprawiedliwości, nie powoduje większego społecznego niebezpieczeństwa, niż żądania niewielkiej grupy młodych obywateli chcących skorzystać z przysługującego im prawa? Czy stosowanie represji wobec młodzieży jest właściwym zabiegiem wychowawczym kształtującym i pielęgnującym miłości do Ojczyzny? Odpowiedzi na te pytania są ważne dla wszystkich poczuwających się do odpowiedzialności za charakter i kształt odrodzonej Ojczyzny, a nie tylko dla zainteresowanych problemem obdżektorów,

„Tyle i takiej egzystencji naród ma, ile jest w stanie człowieka uszanować” – niech te słowa Norwida wciąż przypominają nam, że nie wolno tracić z oczu faktu, iż prawa w pierwszym rzędzie muszą chronić godność ludzką, a w wymiarze społecznym muszą spełniać elementarne zasady sprawiedliwości i praworządności.

Tego życzę twórcom nowej Konstytucji, a także – trochę skromniej – twórcom nowej ustawy o służbie zastępczej i o obronności Ojczyzny.

Dupa Ushat, nr.2

 


Dodaj komentarz

Proste historie. Zwyczajny faszyzm cz. 2. Ocaleńcy

Jarosław Kapsa

Fot. Wojciech Plewiński – Uchodźcy greccy

Alarmistycznie brzmiący donos skierowano w 1952 roku do Sekretariatu KC PZPR w sprawie sytuacji w Legnicy. W mieście wzrastała spekulacja, czego dowodem wyniki akcji zorganizowanej przez władze wojewódzkie: zatrzymano 43 spekulantów, w tym 28 Żydów i 15 Polaków, zarekwirowano radia, aparaty fotograficzne, zegarki, papierosy, tekstylia. Legnica w tym czasie miała 45 tysięcy mieszkańców, funkcjonowały tu dwa zakłady odzieżowe, w budowie był zakład metalurgiczny. Znaczną część miasta stanowiła strefa zamknięta, miejsce stacjonowania wojska sowieckiego. Autorzy donosu wskazywali z oburzeniem, że poważna część ludności prowadziła prywatne sklepy i warsztaty, a część nie pracuje utrzymując się ze spekulacji.

„Przyjeżdżają tu spekulanci z Lublina, Rzeszowa, Krakowa, Poznania, Wrocławia. (…) Wykorzystuje się obecność Armii Czerwonej i próbuje demoralizować żołnierzy radzieckich.”

Zauważono nieskuteczność działań KM PZPR, MRN bez autorytetu: przewodniczący Gryglaszewski był adwokatem z przedwojennego Zagłębia Naftowego w Borysławiu, urzędnicy „zbiurokratyzowani i obcy, np. Durak, Krakowiak”. Nadmierny liberalizm podobno cechował działania MO i prokuratury, szef prokuratury planował wyjazd do Palestyny.

Konkluzja byłą prosta i oczywista: konieczne zmiany personalne, oraz ukrócenie „prywaciarstwa”.¹

Taki „gogolowski” obraz miasta na Ziemiach Odzyskanych nie pasował do ideologii budowania socjalizmu. Trudno było podejrzewać, że działania mieszkańców mogły zdemoralizować morderców i gwałcicieli z armii sowieckiej; ale narażały ich na zarażenie się chorobą „normalności”, w której wojna zastępowana była handlem.

Wpływ normalności na wojsko sowieckie, to temat uboczny i ukrywany; oficjalnie informacje o stacjonującej tu Armii Czerwonej skrzętnie ukrywano. Legnica jednak, przez swoją nazwę i historię, miała być miastem-symbolem powrotu na Ziemie Piastowską; żywym muzeum, tłem dla powieści Zofii Kossak-Szczuckiej „Legnickie Pole”, uzupełnieniem stronic zapisanych przez W. J. Grabskiego „300 miast wróciło do Polski”.

A tu, gdzie trwać miała odwieczna walka o polskość, Żydzi handlowali tekstyliami z Tadżykami z Armii Czerwonej… I to w czasie, gdy na Dolnym Śląsku trwał wielki eksperyment łączący internacjonalizm socjalistyczny z ideami faszystowskiego egoizmu narodowego.

Z wojny bałkańskiej nad Nysę²

W końcu roku 1948 na Dolny Śląsk przybyły dwa pierwsze transporty z dziećmi greckimi, uchodźcami z trwającej tam wojny domowej. Była to wojna „nowego typu”, także ucieczka przed nią tworzyła zupełnie nowy typ emigracji.

Wojna miała charakter „sterowanej rewolucji”; przeciw organizującym się strukturom, wyzwolonego spod niemieckiej okupacji, państwa greckiego wystąpiły siły zbrojne kierowane przez partię komunistyczną. Obawy Stalina, by lokalny konflikt nie zmienił się w szerszą wojnę zagrażającej powojennym zdobyczom ZSRR; powodował ograniczenie pomocy dla greckich rewolucjonistów.

W obliczu klęski rewolucji, z inspiracji Stalina, kraje tzw. „demoludów”, udzieliły przegranym „pomocy humanitarnej”. Taką miało być przejęcie uchodźców. We wspomnianych dwóch transportach, jednym przybywającym bezpośrednio z północnej Grecji, drugim z Bułgarii i Albanii, przywieziono 3 200 dzieci. Rozmieszczono je w przygotowanych poniemieckich domach; w Lądku Zdrój 1100 osób , w Solicach Zdrój (dziś to Szczawno-Zdrój) 800, w Międzygórzu 300, w Płakowicach k Lwówka 500, w Bardo Ślaskim 500. W 1949 roku napływały kolejne transporty z dorosłymi bojownikami. Przybyły trzy transporty z Albanii ze 5602 osobami, w 1950 jeden transport z Albanii i dwa z Bułgarii z 3680 osobami. Ogółem w latach 1948-1950 przyjechało ok. 12,5 tys, w tym 9282 dorosłych i 3200 dzieci. Kierowana przez komunistów armia rewolucyjna nie była etnicznie różnorodna; wśród przybyłych 53,% stanowili Macedończycy, 47% Grecy).

Organizację pomocy uchodźcom z Grecji partia powierzyła członkowi KC PZPR Ostapowi Dłuskiemu (1892-1964). Była to postać nietuzinkowa, pochodzący z Buczacza Żyd (Alfred Langer) absolwent prawa Uniwersytetu Wiedeńskiego, karierę internacjonała zaczynał w austriackiej partii komunistycznej, po 1920 roku skierowano go do Polski, gdzie współorganizował KPP i KP Zachodniej Ukrainy; oskarżony był w słynny procesie „świętojurskim”, uniknął więzienia wyjeżdżając w 1930 roku do ZSRR; w 1936 roku skierowany został do pracy w Komunistycznej Partii Francji. W Polsce, gdzie powrócił po wojnie, redagował „Głos Ludu”, współorganizował Komitet Słowiański, działał w Komitecie Obrony Pokoju.

Pomysłem Dłuskiego było skoszarowanie uchodźców z Grecji w jednym miejscu; wybrał Zgorzelec. Dzieci skierowano do Państwowego Ośrodka Wychowawczego, utworzonego w zespole poniemieckich koszar. Dla dorosłych wydzielono kwatery w domach w kwartale ulic: Warszawska, Langiewicza, Dzierżyńskiego (dziś ul. Daszyńskiego), tworząc tam ośrodek Funduszu Wczasów Pracowniczych – Akcja Specjalna. W POW w koszarach było 2675 dzieci (1416 chłopców i 1259 dziewczynek), zatrudniono dla nich 910 opiekunów i pracowników, w większości z grona uchodźców. W sumie w Zgorzelcu zamieszkało ok 7 tys Greków i Macedończyków.

Wojna w Grecji była – jak wspomniano – wojną nowego typu. Żołnierzy obowiązywała drakońska dyscyplina, część z nich została do partyzantki wcielona siłą; wychowywano ich metodą niekończących się szkoleń politycznych. Do armii wcielano dzieci, walczyć mogły po ukończeniu 14 roku życia. To widać było w twarzach uchodźców.

Po doświadczeniach II wojny światowej nie raziła bieda, nie dziwiły choroby; uchodźcy pochodzili z ubogich stron greckiej północy; byli to w większości pasterze, wielu z nich – zwłaszcza w grupie dzieci – niepiśmienni. To też nie było dziwne dla odbudowujących się po wojnie Polaków. Zaskakiwała jednak „rewolucyjna dyscyplina”, świadome rozerwanie więzi rodzinnych, podtrzymywanie metody niekończących szkoleń politycznych (prania mózgów); przekonywanie dzieci, że są nadal żołnierzami, że ich zadaniem jest przygotowanie się do nowej fazy walki o komunistyczną Grecję. W koszarach, gdzie hodowano bojowników, panował wojskowy reżim wymuszany biciem, karami dyscyplinarnymi (w tym więziennymi metodami izolatek).

W 1950 roku w ramach łączenia rodzin dojechało 524 dzieci (w tym 452 z Czech i Węgier), po 1954 roku jeszcze 200 dzieci. Ogółem w Polsce wychowywało się 3925 dzieci: wśród nich było 620 półsierot, 113 sierot; ok 60% z nich miało rodziców, od których ich świadomie separowano.

W 1951 roku tworząc ze Zgorzelca „miasto pokoju”, koszary przekazano wojsku; dzieci wysłano do podszczecińskich Polic. Pojechało tam 979 dzieci z 74 wychowawcami. Resztę rozmieszczono w domach dziecka: Płakowice 330 dzieci, Szklarska Poręba 220 dzieci, Oborniki Ślaskie 205, Bardo 266, Duszniki Zdroj 240, Wojanów k. Jeleniej Góry 204, Legnica 202, Pracze Odrzańskie 200, Wrocław 13, Zgorzelec 48.

W dawnym zamku w Płakowicach oraz w Szklarskiej Porębie dzieci z Grecji mogły spotkać podobnych uchodźców, z wojny w Korei. Polska przyjęła kontyngent 1400 dzieci, z tego do Płakowic skierowano 378, do Szklarskiej Poręby 150.

Dzieci rozrzucono, w Zgorzelcu pozostali dorośli. Dorosłych także traktowano jak potencjalnych żołnierzy, nie pozwalając na usamodzielnienie. Przybywali w wyznaczonym kwartale, nie pozwalano na nawiązywanie prywatnych kontaktów z mieszkańcami Zgorzelca, utrzymywano nad nimi ideologiczny nadzór.

W 1950 roku w ramach aktywizacji zawodowej 3500 osób, podzielonych na brygady robocze skierowano do pracy w PGR. Wśród pozostałych było 2800 inwalidów, w tym 40% niezdolnych do pracy. Dla nich utworzono w Zgorzelcu Dom Opieki przy ul. Kościuszki, przygarniający 349 podopiecznych. Dla 300 osób stworzono warunki aktywizacji zawodowej w ramach Spółdzielni Pracy Delta, produkującej galanterie skórzaną. Z czasem resztę inwalidów skierowano do spółdzielni w Jeleniej Górze, Legnicy, Niemczy, Wałbrzychu, Świdnicy; dla uchodźców utworzono spółdzielnie „Jutrzenka” w Ząbkowice Ślaskich oraz „Wspólny Wysiłek” w Legnicy.

W latach 50-tych zrezygnowano już z koncentrowania uchodźców w jednym miejscu. Najwięcej z nich przeniosło się do Wrocławia (3 tys), w Zgorzelcu pozostało 3,5 tys, mniejsze grupy zasiedliły Legnicę, Jelenią Górę, Wałbrzych; do województwa rzeszowskiego trafiło 1500, w szczecińskim zamieszkało 1000, w Warszawie 200, rodziny greckie osiadły także w Krakowie, Łodzi, Poznaniu.

W 1951 roku eksperymentalnie podjęto próbę zasiedlania greckich i macedońskich pasterzy na wsiach w Bieszczadach opustoszałych po „akcji Wisła”; greckimi stała się wieś Krościenko pod Ustrzykami Dolnymi, a potem wsie Moczary i Liskowate; w 1953 roku szacowano liczbę tych greckich i macedońskich osadników na 3000, po 1956 roku ilość ta zmniejszyła się o połowę.

Mimo rozproszenia nadal próbowano utrzymywać nad uchodźcami ideologiczny nadzór. Notatka Biura Sekretariatu KC PZPR³ informowała, że wśród nich było 3 tysiące komunistów z Komunistycznej Partii Grecji, w latach 1951-53 uzyskali oni prawo przejścia do PZPR.

Według tej notatki KPG prowadziło politykę awanturniczą, dogmatyczną, poszukiwało zdrajców, atakowało Macedończyków jako agentów Tito. To ostatnie odzwierciedlało stosunek „ortodoksyjnego” stalinowskiego komunizmu do Jugosławii. Połowa uchodźców deklarowała swoją narodowość jako Macedończycy z północnej Grecji; greccy komunisci z KPG traktowali ich jako „podejrzanych”.

Inwigilowano także Greków, włączając na prośbę KPG do tego organa polskiej UB. Kontrolowano korespondencję, blokowano możliwość otrzymywania paczek z kraju, za dowód nielojalności uznawano nawet próby kontaktowania się z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem, by dowiedzieć się o losie bliskich.

Już od 1954 roku część uchodźców podjęło starania o powrót do kraju; Macedończycy chcieli wracać do Jugosławii. Od polskich władz oczekiwano pomocy w łączeniu rodzin, rozrzuconych po różnych krajach „demoludów”.

KPG oddziaływała ideologicznie monopolizując wydawnictwa; od 1950 roku w Zgorzelcu redagowano pismo „Demokratik”. W 1953 roku redakcje przeniesiono do Wrocławia. Do stolicy Dolnego Śląska przeniosły się także władze nadzorujące uchodźców: tzw Gmina Demokratycznych Uchodźców, od 1953 roku nazywająca się Związek Uchodźców Politycznych z Grecji im N. Belojanisa. Z czasem jednak następowała asymilacja społeczności greckiej, przy jednoczesnym wyemancypowaniu się z politycznego nadzoru. W 1975 roku pozostało w Polsce 4,5 tys Greków.

Ocaleńcy z Zagłady⁴

Opowieść o greckich i macedońskich uchodźcach przypomina podobny los uchodźców palestyńskich po wojnie 1948 roku. To właśnie nazwać można „uchodźctwem nowego typu”.

Po I wojnie światowej liczbę uchodźców z różnych państw (z Rosji, z Turcji, ofiar tzw „wymiany ludności” w nowej siatce państw Europy Środkowej (Polska, Niemcy, Węgry, Rumunia, Czechosłowacja itd.) szacowano na 3-4 mln ludzi.

Mimo ogromu problemu owe wielkie grupy zostały zaadoptowane przez państwa, uległy procesowi asymilacji. W przypadku opisywanych Greków, czy Palestyńczyków, zastosowano metodę inną: celowe utrzymywanie ich w stanie skoncentrowanej izolacji, by grupy uchodźcze stanowiły rezerwuar sił do nowej wojny. W pewnym sensie taką metodę „skoncentrowanej izolacji” przećwiczono na Dolnym Śląsku na ludności żydowskiej.

Po Zagładzie Ziemie Odzyskane mogły wydawać się Ziemiami Obiecanymi dla nielicznych ocaleńców. Pierwszymi byli więźniowie Gross Rosen i innych obozów koncentracyjnych ulokowanych na Dolnym Śląsku; liczbę ich szacowano na około 13 tysięcy.

Utworzony został w Dzierżoniowie Komitet Pomocy Żydom z Obozów Koncentracyjnych, który udzielał pomocy około 6 tysiącom ocalałych; zamieszkali oni w Dzierżoniowie, Bielawie, Pieszycach, Ludwikowicach Kłodzkich, Wałbrzychu i Głuszycy.

W „internacjonalistycznej” ideologii komunistycznej, dla doświadczonego szczególnie boleśnie wojną narodu żydowskiego, stworzono specjalne warunki. Jako jedyna narodowość w Polsce Żydzi uzyskali swoistą autonomię; prawo do odrębności kulturalnej, oświatowej, politycznej; nad realizacją tych praw czuwał Centralny Komitet Żydów Polskich, a w rządzie specjalnie utworzony pełnomocnik o randze ministerialnej. Możliwość działalności uzyskało 11 żydowskich partii politycznych, w tym 8 w pełni zalegalizowano (Bund, Frakcja Żydowska PPR, Poalej Syjon Lewica, Poalej Syjon Prawica, Haszomer Hacair, Ichud, Hitachduth i Mizrachi); tolerowano także 3 ugrupowania niezalegalizowane (Aguda, Stronnictwo Demokratyczne i syjoniści-rewizjoniści). Ta autonomia dotyczyła, niestety, garstki ocaleńców; z okupacji hitlerowskiej uratowało się około 50 tysięcy Żydów Polskich, około 200 tysięcy przetrwało wojnę w ZSRR.

Rozwój osadnictwa żydowskiego na Ziemiach Odzyskanych łączyć się musiał z napływem repatriantów z ZSRR. Ocaleńcy nie mieli dokąd wracać, część pozostawiła swoje domy w „sowieckim raju”, część zastała swój rodzimy dom zajęty przez polską rodzinę. Na Dolnym Śląsku czekały puste domy, zakłady pracy i gospodarstwa rolne po wygnanych Niemcach. Tu zatem skierowano transporty repatriantów.

Pierwsze transporty żydowskich repatriantów z ZSRR przybyły na Dolny Śląsk we wrześniu 1945 roku, kulminacją ich była wiosna 1946 roku. Przybyły 124 transporty z 86.563 osobami, które rozlokowano w 42 miejscowościach: najwięcej we Wrocławiu (13.057osób), Dzierżoniowie (10.356 osób), Wałbrzychu (7.466 osób), Bielawie (4.769 osób), Legnicy (4.140 osób) i Kłodzku (3.431 osób). Opiekę na przybyłymi objął utworzony w czerwcu 1945 roku Wojewódzki Komitet Żydów Polskich, kierowany przez Jakuba Egita.

W tym pierwszym „pionierskim” okresie gwarantowana autonomią wolność przynosiła pozytywne efekty. Otwarto różnorodne instytucje: szkoły, domy dziecka, wydawnictwa, domy pomocy społecznej, placówki lecznicze. Działały kółka dramatyczne i kluby sportowe. We Wrocławiu funkcjonował Teatr Żydowski, w Wałbrzychu Szpital Żydowski im. Dawida Guzika. W ograniczonym stopniu umożliwiono rozwój życie religijnego; otwierano domy modlitw, lecz nie akceptowano szkolnictwa religijnego.

Wolność polityczna ograniczona była ramami ideologii. W praktyce o „rząd dusz” nad ocaleńcami rywalizowały dwa nurty: syjonistyczny oraz socjalistyczny „Bundu”.

Dla syjonistów Dolny Śląsk miał być tylko przystankiem w drodze do Ojczyzny – Izraela. Od 1945 roku organizowano siatki przerzutowe, przez „zieloną granicę” do Ziemi Obiecanej. W szkołach i innych instytucjach trwał jawny, choć nielegalny, werbunek do organizacji syjonistycznych.

W Bolkowie na Dolnym Śląsku w latach 1947-1948 działał obóz szkoleniowy Hagany, który ukończyło przynajmniej około 2000 osób, skierowanych następnie do Palestyny. Podobnie pół-legalnie wykorzystywano prace w PGR czy zakładach pracy, jako rodzaj szkolenia i przygotowania do osadnictwa w Izraelu. Idee syjonistów odpowiadały marzeniom młodych „ocaleńców”; nie widzieli oni swojego życia na „narodowym cmentarzu”, marzyli o własnej Ojczyźnie.

Na wzrost wyjazdów wpłynął także strach powodowany informacjami o „pogromie kieleckim”; w okresie między sierpniem 1946 roku a grudniem 1946 roku. liczba ludności żydowskiej na Dolnym Śląsku zmniejszyła się z około 90 tysięcy do 72 tysięcy. Odpływ trwał także przez kolejne lata. W 1949 roku, przed ogłoszeniem decyzji o legalnych możliwościach wyjazdu do Izraela, na Dolnym Śląsku było już tylko 43 tysięcy Żydów.

Być może ten odpływ byłby mniejszy, gdyby nie narzucana odgórnie ideologizacja życia, forsowana przez socjalistyczny Bund, a później przez Frakcję Żydowską PZPR. Uchwałą Rady Ministrów z 25 lipca 1946 roku powołany został w ramach rządu Komisariat ds. Produktywizacji Ludności Żydowskiej (działający od 1947 roku).

Hasło „produktywizacja” brzmiało jak z broszur przedwojennych faszystów. Za „nieproduktywne” uznawano tradycyjne zajęcia ludności żydowskiej: handel, drobną prywatną wytwórczość; „nieproduktywne” było nie pracowanie we soboty i obchodzenie żydowskich świąt religijnych.

Promowano pracę „produktywną” w PGR, pracę w innych wielkich zakładach państwowych, w tym zwłaszcza pracę w wałbrzyskich kopalniach. Produktywna i po cichu promowana była też praca Żydów w UB, MO oraz administracji państwowej. Takie „uproduktowienie” spotykało się z biernym oporem ludności żydowskiej.

W połowie 1947 roku 5058 Żydów (15,1%) prowadziło prywatne przedsiębiorstwa, a 4607 (13,8%) – indywidualne warsztaty; z wykonywania wolnych zawodów utrzymywało się 1546 (4,6%), z pracy w handlu – 1047 osób (3,1%) W sztucznie tworzonym, odrębnym dla Żydów, sektorze spółdzielczym zatrudnienie znalazło 3077 Żydów (9,2%), w przedsiębiorstwach samorządowych – 916 (2,7%), urzędach samorządowych – 662 (2,0%), kopalniach – 868 (2,6%) i rolnictwie – 599 (1,8%).

Rok później Żydzi dolnośląscy padli ofiarą wojny wydanej prywatnemu handlowi i wytwórczości przez Hilarego Minca. Próbowano ratować się tworząc spółdzielnie, ale walec socjalizmu skazał na zagładę „tradycyjną nieproduktywność” żydowską. Być może efektem tego stało się zwiększenie strumienia wyjazdów do Izraela.

We wrześniu 1949 roku w polskiej prasie zamieszczono komunikat PAP o możliwości optowania za obywatelstwem Państwa Izrael. Z Dolnego Śląska wyjechało wówczas około 20 tysięcy Żydów, w tym 16 tysięcy dorosłych i 4 tysiące dzieci. Liczebność skupiska żydowskiego w regionie zmniejszyła się do 20 tysięcy, skupionych głównie we Wrocławiu, Dzierżoniowie i Wałbrzychu.

Jednocześnie skończyły się możliwości działań społecznych w ramach autonomii. Zlikwidowano Centralny Komitet Żydów w Polsce, jego miejsce zajęło w 1950 roku Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce; przejęło ono cały dorobek różnych żydowskich organizacji: szkoły, placówki kultury, wydawnictwa.

Biurokratyczna „czapa” TSKŻ nałożona została także na spółdzielczość produkcyjną. Upaństwowiono żydowskie placówki służby zdrowia i opieki społecznej. Zdelegalizowano partie polityczne; „Bund” zmuszony został do wtopienia się w PZPR, w styczniu 1949 roku jego przywódcy złożyli publiczną samokrytykę z powodu „wspierania żydowskiego nacjonalizmu”.

Resztki żydowskości Dolnego Ślaska zmyły brudne fale 1968 roku. Brudne fale nie były zaskoczeniem. Ograniczanie podstawowych praw Żydów w Polsce, z jednoczesnym faworyzowaniem ich „uprodukcyjnienia” i propagandowo-urzędowym filosemityzmem, prowokowało wręcz niechęć ludności polskiej. Przedwojenny antysemityzm przetrwał w stadium sztucznego zamrożenia; w warunkach uchylenia „lufcika w oknie wolności”, ujawnił się w równym stopniu w szeregach PZPR jak w wśród opozycji.

List ZG TSKŻ z listopada 1957 roku do Sekretariatu PZPR⁵ zwracał szczególną uwagę na sytuację Dolnego Ślaska. Opisywano przypadki gwałtów. W Bielawie, 13 listopada 1957 roku, nauczycielka szkoły TPD pobiła do krwi uczennicę Binder, mówiąc twoje jest miejsce w Palestynie, interweniującą matkę nazwała Żydówą. W Wałbrzychu chuligani kilkakrotnie przewrócili kiosk prowadzony przez Żyda i namalowali na nim antysemickie hasła. W Ząbkowicach Matuszewski pobił 10-letniego Sztajhauera, prokuratura umorzyła sprawę, nie widząc w tym czynie szkodliwości społecznej. W zakładach włókienniczych w Bielawie, w kopalniach Wałbrzychu, w Szczecinie i w Łodzi odnotowano liczne przykłady wyrzucania Żydów z pracy w powodu narodowości. W Stoczni Szczecińskiej zwolnili pracownika kulturalno-oświatowego prowadzącego kiosk Ruchu, argumentując: Bermana zwolnili, Minca zwolnili to i my zwolnimy. W Wałbrzychu wyrzucono z pracy Chanę Osińską, bo „żydówka nie może analizować polskich papierów”. W Bielawie w na wiecu w fabryce waty i kołder postulowano zwolnienie żydowskiego kierownictwa.

Zdaniem zarządu TSKŻ hasła i postulaty antysemickie pojawiają się nawet na naradach partyjnych centralnych ministerstw. Żydzi otrzymują anonimy, straszy się ich, wśród ludności żydowskiej panuje strach, taki jak 1946 roku. Jak widać antysemityzm 1956 roku nie ograniczał się tylko do rozliczenia Minca i Bermana, do usunięcia z UB znienawidzonych katów, typu Różańskiego i Fejgina… Zwykły żydowski „ocaleniec”, ten któremu w socjalizmie nie pozwolono żyć „po staremu”, świętować szabas, któremu zabrano sklep i towar, wysyłając do pracy przymusowo-produkcyjnej w kopalni, ten zwykły nieszczęśnik płacić miał za „błędy i wypaczenia” stalinowskiego socjalizmu.

Wyodrębnienie, powodujące atmosferę izolowania; faworyzowanie lub defaworyzowanie grup społecznych ze względu na ich narodowość, cała ta prowadzona przez komunistów faszystowska inżynieria społeczna, nie mogła przynieść pozytywnych skutków dla Polski i dla Dolnego Śląska.

Tragedia II wojny światowej nie wpoiła władzy najświętszego przykazania: żyj i pozwól żyć innym. Nie nauczyła, że najważniejszą z wolności każdego człowieka jest prawo wyboru własnej drogi w poszukiwaniu szczęścia. Wolano uszczęśliwiać na siłę, niż dać ludziom prawo wyboru.

1. Biuro Sekretariatu KCPZPR. Notatka w sprawie spekulacji na terenie miasta Legnicy. 26 listopad 1952 r
2. Informacje o losach ludnosci greckiej i macedońskiej na Dolnym Śląsku za: Mieczysław Wojecki „Ludność Grecko-Macedońska na Dolnym Ślasku” Sobótka 1980 nr 1.; Anna Kurpiel Uchodźcy z greckiej wojny domowej w na Dolnym Śląsku https://depot.ceon.pl/bitstream/handle/123456789/3895/A.K.%20uchod%c5%bacy-2.pdf?sequence=1&isAllowed=y
3. Biuro Sekretariatu KC PZPR O sytuacji ludności greckiej w Polsce. Przed 5 lipcem 1957 roku
4. Informacje o losie Żydów na Dolnym Śląsku za: B. Szaynok, Ludność żydowska na Dolnym Śląsku w latach 1945- 1950, Wrocław 2000; Piotr Witek „Żydowska Autonomia. Społeczność żydowska w Polsce w pierwszych latach po II wojnie światowej” Ohistore http://ohistorie.eu/2018/07/20/zydowska-autonomia-spolecznosc-zydowska-w-polsce-w-pierwszych-latach-po-ii-wojnie-swiatowej; Andrzej Rykał. Prace i Studia Geograficzne 2016. T 6 Z.1. S 151-163 „Produktywizacja Żydów w Polsce po Drugiej Wojnie Światowej na przykładzie działalności rolniczej”
5. Biuro Sekretariatu KC PZPR List ZG Tow Spol-Kult Żydów w Polsce w sprawie antysemityzmu z 20 listopada 1956


Dodaj komentarz

Proste historie. Zwyczajny faszyzm

Jarosław Kapsa

Zdarzył się w 1956 roku nietypowy protest pracowników PGR Drzenin k. Gryfic: ruszyli oni na komendę powiatową MO chcąc odbić z aresztu swojego kierownika. Przyczyną buntu było zachowanie lokalnego kacyka, przewodniczącego Gromadzkiej Rady Narodowej, Stanisława Mikuły. Tenże Mikuła znany był w PGR jako były: najpierw kierownik, potem personalny, a w końcu zaopatrzeniowiec. Ta degradacja wiązała się z alkoholizmem Mikuły, zdaniem pracowników: pił, bił i nie szanował robotników. Opowiadano także, że pieniądze na alkohol zdobywał wykopując z grobów trupy niemieckie i rabując im złote zęby. To picie, bicie i zachowanie zawstydzające nawet poganiaczy niewolników w XIX w Alabamie, było tolerowane, bo bitymi i „nie szanowanymi” byli zatrudnieni w PGR niemieccy „podludzie”.

Wywalony za pijaństwo Mikuła, dzięki wsparciu kolegów został pracownikiem Powiatowej Rady Narodowej w Gryficach. Gdy organizowano „demokratyczne” wybory do rad gromadzkich, mimo protestu i bojkotu miejscowych, „wybrano” go na przewodniczącego GRN w Drzeninie.

Pierwsze kroki jako notabl skierował, po pijanemu, do kierownictwa PGR żądając wydania książki meldunkowej. Gdy obecny tam kierownik odmówił, wezwał MO z Gryfina i razem z mundurowymi odstawił aresztowanego kierownika do komendy powiatowej.

Na wieść o tym pracownicy wsiedli na furmanki oraz do służbowego samochodu ciężarowego i ruszyli odbić „swojego szefa”.

Cudem, z pomocą słownej perswazji, agitatorzy z KP PZPR uciszyli tłum, obiecując sprawiedliwe załatwienie sprawy. Zamiast sprawiedliwości pracownicy PGR doczekali się następnego dnia wizyty funkcjonariuszy MO i UB, szukających inicjatorów buntu. Odpowiedzią był strajk. Sprawę zakończyła dopiero interwencja KW PZPR w Szczecinie, uznająca rację protestujących.¹

Nie była to historia ani nadzwyczajna, ani niecodzienna. Takich pijanych półanalfabetów wywyższonych awansem społecznym do grona lokalnej elity było więcej. Co tu kryć: Ziemie Odzyskane² były zbiornikiem zarówno ludzkich strumieni, jak i ścieków. Pamięć zbiorową zasiedliła opowieść o Kargulach i Pawlakach, repatriantach ze wschodu. Ale obok nich była masa wykolejonych wojną, żądnych awansu materialnego i społecznego, biedaków z Kieleckiego i Mazowsza. Chronili się tu ci poszukiwani przez władzę ludową „za antykomunizm”, i ci, którzy nadto gorliwie ów komunizm krzewili. Dążenie by z tej różnorodności tworzyć jednolitą bryłę masy ludowej owocować musiało kopiowaniem faszyzmu. Cóż zrobić – PRL w praktyce stawał się państwem faszystowskim, z jedną drobną różnicą: w faszyzmie pociągi jeździły punktualnie.

„W prasie pojawiły się głosy, że na ziemiach odzyskanych znajduje się spory odsetek rodzin, które będąc niewątpliwie polskiego pochodzenia uległy w ciągu stuleci germanizacji i które pragnęłyby dzisiaj powrócić na łono narodu polskiego. Wyrażano przy tym opinię, że nie należy stawiać przeszkód temu powrotowi i przyznać polskie prawa obywatelskie wszystkim, którzy powołując się na swe polskie pochodzenie złożą deklarację wierności dla narodu polskiego. (…)

Traktując sprawę zgermanizowanych Polaków najzupełniej pozytywnie, uważam jednak, że należy wobec tej grupy ludności zachować daleko idącą ostrożność. Błędem było by — moim zdaniem — przyznawać jej od razu prawa narodu polskiego, tak jak tego chcą niektórzy. Przy ocenie omawianej kwestii nie należy zapominać o tym, że Polacy, którzy ulegli w ostatnich generacjach wynarodowieniu, mieli duże korzyści ze zmiany swej narodowości. (…)

Należało by wyjść z założenia, że osoby te zasłużyły sobie na to, by były wysiedlone z granic Państwa Polskiego — tak jak wszyscy Niemcy. Jeżeli się tego z nimi na razie nie uczyni, to powinno to być uważane za łaskę okazaną im przez rząd polski, łaskę, którą mogą uzyskać tylko wówczas, jeżeli się będą o nią ubiegać składając odpowiednią prośbę. Spełnienie tej prośby nie mogłoby bynajmniej oznaczać, że omawiane osoby zostałyby uwolnione od wszelkich restrykcji, które powinny je spotkać jako dotychczasowych członków narodu niemieckiego, i że zostałyby pod względem praw obywatelskich od razu zrównane z osobami narodowości polskiej.

Pozostawienie ich w kraju mogłoby nastąpić jedynie pod określonymi warunkami. Najważniejszym z warunków byłby ten, by tak jak inni Niemcy utraciły one posiadaną własność nieruchomą. Konieczność tego warunku została już wykazana. W interesie naszym leżałoby przede wszystkim, aby zatrzymać u siebie robotników rolnych i przemysłowych. (…)

„Niemcy pochodzenia polskiego” nie posiadaliby polskiego prawa obywatelskiego, aż do chwili przyznania im tego prawa. Z tego wynikałby dla nich szereg dalszych ograniczeń prawnych w okresie przejściowym. Byliby oni pozbawieni praw wyborczych do ciał ustawodawczych oraz do ciał samorządowych, a także prawa piastowania urzędów publicznych; rzeczą do rozważenia było by, w jakiej mierze mogliby oni być pracownikami kontraktowymi takich instytucji, jak koleje państwowe, poczta itp. (…)

Szybkiej asymilacji zgermanizowanych Polaków można by jedynie wówczas oczekiwać, gdyby zostali oni rozproszeni po ziemiach polskich i zmuszeni do zamieszkania wśród ludności o wyraźnym polskim obliczu narodowym. Zatrudnieni w większych gospodarstwach włościańskich, w rzemiośle i przemyśle u pracodawców polskich, nauczyliby się szybko języka polskiego i zostaliby wchłonięci przez społeczność polską.”³

Współodpowiedzialność Niemców za zbrodnie hitlerowskie była oczywista, trudno moralnie potępiać program odwetu. Polityka odwetu nie ma swoich naturalnych granic, przyjmowana zasada odpowiedzialności zbiorowej ma pokoleniową rozciągłość. Skoro w imię sprawiedliwości socjalistycznej płacić za grzechy dziadów i ojców mieli potomkowie klas wyzyskiwaczy; to nie wypada wręcz podobnej zasady nie stosować wobec potomków „narodu zbrodniarzy”. Od zarania PRL w sposób twórczy połączył socjalistyczne wykluczenie klasowe i faszystowskie wykluczenie narodowe. Rzecz, nawet w teorii dialektyki marksistowskiej, nie prosta, a co dopiero, gdy przyszło ją ćwiczyć na żywym organizmie.

Mieliśmy zatem na Ziemiach Odzyskanych dwie grupy „niemieckich podludzi”. Pierwsza to ta, która czuła się Niemcami i chciała być Niemcami; w imię tego gotowa była porzucić swoją „małą Ojczyznę”, tracąc dorobek swój i swoich przodków. Drugą grupę określano jako „ludność rodzima”, „autochtoniczna”, w imię swego związku z „małą Ojczyzną” chciała pozostać na terenach przyznanych Polsce, deklarując wolę zostania lojalnymi obywatelami – Polakami. Wybór nie zależał od woli „podludzi”. To władza „panów” decydowała kto jest Niemcem i będzie wysiedlony, a kto ma szansę starać się, by być uznanym za Polaka i uzyskać prawo pozostania na swojej ojcowiźnie.

Uznani za Niemców mieli być wysiedleni, jednak gorliwość administracji zderzyła się tu zarówno z biernym oporem, jak i racjami ekonomicznymi. W 1954 roku na terenie woj. wrocławskiego mieszkało jeszcze 39110 Niemców, w tym 17801 mężczyzn i 21309 kobiet. Największymi skupiskami ludności niemieckiej były: Wałbrzych 18650 osób, Kłodzko 5350, Legnica 2634, Świdnica 2000, ponad 1000 mieszkało w okolicach Złotoryi i Jawora oraz we Wrocławiu. Z tej liczby: blisko 40 tys. osób, 15 tys. zatrudnionych było w górnictwie i przemyśle, 4500 w rolnictwie, śladowe zatrudnienie było w handlu (300 osób) i rzemiośle (400 osób). Około 4000 Niemców to młodociani, uczniowie szkół, ponad 1500 liczyła grupa osób starszych lub niezdolnych do pracy inwalidów.⁴

Proces wysiedleń z wrocławskiego zakończył się w 1948 roku, powyższe liczby ilustrują związane z tym problemy. Przyjąć można, że ok 10% (zwykle osób starszych i kalekich) nie chciało wyjeżdżać nie wierząc już w żadną przyszłość, chcąc po prostu „umrzeć u siebie”. Jednak zdecydowaną większość zatrzymała polska administracja. Bez pracy 4 500 Niemców nie sposób było zagospodarować dolnośląskich PGR-ów, 35% górników w wałbrzyskim zagłębiu było Niemcami. Nazwijmy rzecz po imieniu – zagospodarowanie Ziem Odzyskanych wymagało wykorzystania pracy niewolniczej niemieckich „podludzi”.

Ten sam aspekt widoczny był w traktowaniu drugiej grupy „podludzi”: tzw „ludności rodzimej”. Według szacunków partyjnych ludności „rodzimej” było ponad 1 mln, w tym w woj. opolskim 560 tys., katowickim 470 tys., olsztyńskim 100 tys., gdańskim 60 tys., zielonogórskim 8 tys., białostockim 3 tys. W teorii były to osoby, które złożyły deklaracje o woli przystąpienia do „narodu polskiego”.

W latach 50-tych, gdy zrodziła się taka możliwość, część autochtonów wystąpiła z wnioskami o prawo wyjazdu do Niemiec, rezygnując tym samym z „przynależności do narodu polskiego”. Z woj. wrocławskiego mogło do 1955 roku wyjechać jedynie ok. 500 Niemców i to wyłącznie do NRD. Z innych województw od 1952 wyjechało „ludności rodzimej” 65 tys. w tym 75% do RFN. Największy exodus trwał w latach 1956-57; z katowickiego wyjechało 20063 osób, z olsztyńskiego 13850 osób, opolskiego 12667, gdańskiego 5037. Powróciło w tym czasie z NRF ok 200 osób. Wniosków wyjazdowych w 1957 złożono jeszcze 35 tys., dotyczyły 100 tys osób; w tym w woj. katowickim 17 tys. (30 tys. osób), olsztyńskim 12 tys. (50 tys. osób), opolskim 6 tys. (20 tys. osób), gdańskim 2 tys. (8 tys. osób), koszalińskim 200 (1000 osób), białostockim 30 (100 osób), zielonogórskim 50 (200 osób). Do tego dodać można ponad 30 tys. osób z województwa wrocławskiego i ok. 20 tys. mieszkających w woj, szczecińskim.

Notatka sporządzona na potrzeby BP KC PZPR przestrzegała, że pozytywne rozpatrzenie może zwiększyć liczbę. W katowickim emigrowała głównie ludność z miast: inteligencja, rzemieślnicy, robotnicy, w tym 500 górników. Ludność wiejska, na Górnym Śląsku i Opolskim – zdaniem informatorów partyjnych – inwestowała w gospodarstwa, pragnęła stabilizacji. Odwrotnie było w olsztyńskim, gdzie chciała wyjechać ludność wiejska. Wg notatki partyjnej wielu zamierzających wyjechać to: starcy, sieroty, wdowy, osoby chore, inwalidzi, jednostki znane z agitacji i karane; a więc „materiał ludzki”, którego należy się pozbyć.⁵

Ubytku nie równoważył napływ z tzw „drugiej fali repatriacji” (powrót z ZSRR ok. 12 tys. osób). Falę odpływu z Górnego Śląska powstrzymano metodami administracyjnymi; zgodę uzyskiwali starsi i kalecy, zatrzymywano „siłę roboczą”. Konieczna była także zmiana polityki. Panująca po październiku 1956 roku odwilż pozwoliła na ujawnienie skali niegodziwości stalinizmu, kraj huczał protestami, z którymi rządzący musieli się liczyć.

Faszystowska praktyka stała w wyraźnej sprzeczności z deklarowanym komunistycznym „internacjonalizmem”. Bankrutowała gospodarka oparta na wyzysku „pracy niewolniczej”. Uchylenie „okna na świat” pozwalało konfrontować życie w realsocjalizmie z praktyka kapitalizmu; trudno było bronić racji, że komunizm sprzyja robotnikom. W socjalistycznych kopalniach Górnego Śląska w miesiącu było 30-31 dni roboczych, dniówka trwała 10-12 godzin, stosowano tzw. „rolki”, praca przez dwie zmiany w ciągu jednej doby; zatrudniano kilkanaście tysięcy osób młodocianych i kobiet przy najcięższych pracach dołowych. Mimo takiego wyzysku problemem strategicznym był brak węgla.

Podobny wyzysk i zawyżone normy były w przemyśle ciężkim i na tzw. „wielkich budowach socjalizmu”.

Jeszcze bardziej nieefektywny okazywał się wyzysk w PGR, pomimo wymuszania pracy w niedziele i święta. Wbrew ideologii wyżywić Polskę mogły jedynie indywidualne gospodarstwa rolnicze; odwrót od przymusowego uspółdzielniania i pegeeryzacji był rozpaczliwą próbą ratowania bytu.

I tu pojawiały się problemy zrodzone z istnienia grup „podludzi”. Zgodnie z polityką „odwetu” ludność rodzima, podobnie jak niemiecka, została pozbawiona praw własności do swych domów i gospodarstw. Tylko na Górnym Śląsku zabrano autochtonom 2 500 domów. Identycznie praw własności pozbawiono wyrzucanych z lubelszczyzny i rzeszowskiego w ramach akcji „Wisła”. Z wiadomych względów własności nie posiadali przybyli ze wschodu repatrianci. Doktrynalne komunistyczne lekceważenie praw własności doprowadziło do chaosu. Przekazywano osadnikom – repatriantom do użytkowania własność niemiecką (w tym także pozostających w Polsce autochtonów) nie nadając im praw własności. Bywało, że w jednym domu mieszkało i na jednym gospodarstwie pracowały dwie rodziny – autochtonów i repatriantów – obie uważając, że są u siebie.

Podnoszony publicznie w 1956 roku postulat Ślązaków, by przywrócono im prawo do własnych domów, był nie tylko krzykiem o sprawiedliwość, ale i wołaniem o tworzenie trwałego fundamentu gospodarczego. Brak poszanowania własności prowadził także do sankcjonowania zwykłego rabunku. Po okresie rabunku „sowieckiego” (wywozu materiałów, surowców i urządzeń z Ziem Odzyskanych), przyszedł żywiołowy, polski szaber, zastąpiony szybko zorganizowanym, „państwowym” szabrem. Trwał on do połowy lat 50-tych; brano wszystko: od cegieł na odbudowę stolicy, przez tory kolejowe, kostkę kamienną z dróg, szyby z okien domów, po urządzenia „niemieckich” warsztatów rzemieślniczych. W 1952 roku dla wzmocnienia akcji ściągania „zakontraktowanej” żywności wysłano na Ziemie Zachodnie ok 20 tys. młodych aktywistów ZMP. W efekcie tylko na Mazurach w ponad połowie gospodarstw do 2 ha nie było ani jednej krowy, z braku narzędzi i maszyn musiano odłogować blisko 18 tys. ha ziemi.⁶

Względy doktrynalne – ideologia internacjonalizmu – a także – w przypadku Niemców – interwencje „zaprzyjaźnionego” państwa ludowego NRD, wspieranego przez ZSRR, prowadziły do tworzenia fasadowych form. W Szczecinie w strefie sowieckiej (port przeładunkowy) powstało niemieckie stowarzyszenie Antifa z sekcjami kulturalnymi i sportowymi; władze polskie pod sowieckim naciskiem zmuszone było je akceptować. Na Dolnym Śląsku funkcjonowało 54 szkoły podstawowe z językiem niemieckim, 1 liceum ogólnokształcące w Wałbrzychu, 1 liceum pedagogiczne w Świdnicy, 2 zasadnicze szkoły górnicze w Wałbrzychu i Boguszowie, 1 liceum dla pracujących w Wrocławiu; uczyło się w tych szkołach 4000 Niemców, podręczniki sprowadzane były z NRD. Istniało także 90 punktów bibliotecznych, wydawano tygodnik „Arbeitstimme” (od 1951 r.), oraz broszury propagandowe o NRD, działało 11 zespołów artystycznych.⁷

Podobny model, nadzorowanej pod względem ideologicznym autonomii kulturalnej, realizowano także na Górnym Śląsku i w Opolskim, pod warunkiem, że nie nazywano prezentowanej kultury niemiecką. Ten internacjonalizm powielano na wszystkie grupy narodowościowe w PRL. Monopol na żydowskość miało kontrolowane ideologicznie Żydowskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, identyczne towarzystwo utworzono dla Białorusinów, Czechosłowaków, a także, w 1957 roku, dla Ukraińców.

Była to jednak tylko doktrynalna fasada przesłaniająca realną faszystowską treść. Z powodów doktrynalnych lepiej była traktowana mniejszość żydowska; inne narodowości – nie tylko niemiecką – skazywano na wykluczenie; utrudniając dostęp do wyższej edukacji, a tym samym awans społeczny i zawodowy. Rządzić miała polska, robotniczo-chłopska, elita.

W takim systemie awans opisanego na wstępie osobnika spod Gryfic, tego co pił, bił i trupom niemieckim złote zęby wyrywał, był czymś naturalnym. Dziwne są jedynie utrwalone fantazje jakoby realny socjalizm był czymś lepszym od realnego faszyzmu. Tak bywa, gdy prawda czasu ustępuje przed prawdą ekranu.

1. Biuro sekretariatu KC PZPR. Notatka o sytuacji w stoczni szczecińskiej. 28 lipca 1956 r. Zbiór publikowany na stronie Biblioteki Narodowej http://www.polona.com
2. Świadomie używam tu zakłamanej, propagandowej nazwy: Ziemie Odzyskane, jako odniesienia geograficznego.
3. Rajmund Buławski. „Problem Niemców polskiego pochodzenia” Kraków, 1945
4. Biuro Sekretariatu KC PZPR. Informacja o sytuacji ludności niemieckiej na terenie Dolnego Ślaska. Wrocław, wrzesień 1954
5. Biuro Sekretariatu KC PZPR. Notatka w sprawie wyjazdów części ludności rodzimej z Ziem zachodnich do obu państw niemieckich
6. Biuro Sekretariatu KC PZPR. Notatka o Warmiakach i Mazurach w woj. olsztyńskim Olsztyn, 19.06.1954
7. Biuro Sekretariatu KC PZPR. Informacja o sytuacji ludności niemieckiej na terenie Dolnego Ślaska. Wrocław, wrzesień 1954