Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Proste historie. Strzały na granicy

Jarosław Kapsa

Wybuch prochowni w Cytadeli Warszawskiej, o 9 rano 13 października 1923 roku, wstrząsnął całym miastem. W kilkuset domach śródmieścia wyleciały szyby, ulice pokryły się potrzaskanym szkłem. Tysiące osób obserwowało ze łzami w oczach rudawy dym nad Cytadelą i korowód ambulansów wywożących zabitych i rannych. W samej prochowni na strzępy rozerwanych zostało pięciu robotników i jedna robotnica; zginęli mieszkańcy sąsiadujących z prochownią pomieszczeń Pawilonu X, między nimi: żona kaprala Klimka z kilkuletnią córeczką. Ogółem naliczono 25 ofiar śmiertelnych, w tym 6 kobiet i 5 dzieci. Rannych, przewiezionych do szpitali, było ponad 100¹.

I

Nie był to, jak początkowo sądzono, wypadek. Rząd wydał w tej sprawie oświadczenie: „Zbrodnicza ręka dokonała w dniu wczorajszym zamachu w Stolicy przez wysadzenie w powietrze prochowni w Cytadeli. Sto kilkadziesiąt ofiar zabitych i rannych żołnierzy i robotników, a nawet kobiet i dzieci – oto widoczne następstwo tej zbrodni. Poza szkodami wielomiliardowymi i próbą osłabienia środków obrony bezpieczeństwa państwa. Szczęśliwemu przypadkowi jedynie zawdzięczać należy, że wybuch objął tylko część składów amunicyjnych, a tym samym pociągnął za sobą nieobliczalną wprost liczbę ofiar w życiu ludzkim i zupełne zniszczenie całych dzielnic miasta. Po próbach terroru przez rzucanie bomb we wszystkich miastach polskich i zamachach na urzędy kolejowe – wybuch dzisiejszy jest naocznym jaskrawym wyrazem bezwzględnej walki przeciw Polsce. Walki prowadzonej od dłuższego czasu na polach życia państwowego – od oczerniania Polski zagranicą, podkopywania zaufania do naszego Państwa, szerzenia zamętu wewnętrznego wszelkimi środkami, wyzyskiwanie ciężkiego położenia oraz przeszkadzanie naprawie skarbu przez nie liczącą się z niczym spekulację lichwiarską i czarnogiełdziarską, sztuczne powiększanie drożyzny, wywołujące niezadowolenie i rozgoryczenie zmęczonej tym stanem ludności.²”

Policja powiązała ten zamach z serią innych aktów terroru. Po zamachu na prezydenta Narutowicza przemoc rozlewała się po całym kraju. 16 lutego 1923 roku podłożono dynamit pod mieszkanie posła Weinzhera w Będzinie, 20 kwietnia urządzono zamach na mieszkanie rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie prof. Natansona, 5 maja na siedzibę żydowskich związków zawodowych w tym mieście. W Warszawie bombami zaatakowano redakcję „Rzeczpospolitej” „Gazety Polskiej”, Uniwersytet Warszawski – zabijając prof. Orzęckiego. Próbowano także podłożyć ładunki wybuchowe pod lokale wojskowych komisji uzupełniań (PKU) w Białymstoku i Częstochowie. O terroryzm podejrzewano „podziemne” organizacje faszystowskie, taka sugestia zawarta była w interpelacji dotyczącej krakowskich zamachów, złożonej przez posłów komunistycznych Sylwestra Łańcuckiego i Stefana Królikowskiego³.

Inny obraz sprawie nadały zeznania „skruszonego” terrorysty. W maju 1923 roku w Częstochowie do kom. Stanisza zgłosił się członek partii komunistycznej Józef Cechnowski informując o przygotowywanym zamachu na miejscowy lokal PUK. Cechnowski zgodził się na współpracę z policją, nie tylko ujawnił strukturę organizacji terrorystycznej, ale też pomógł wprowadzić do niej policyjnych agentów. Dzięki tego komisarzowi Piątkiewiczowi udało się rozbić struktury i aresztować liderów. Byli nimi oficerowie WP por. Walery Bagiński i Antoni Wieczorkiewicz.

Bagiński, jako 15-latek, współtworzył podczas rewolucji 1905-1907 Ligę Obrony Szkoły Polskiej. Po wyjeździe z Królestwa w Krakowie szkolił się w szeregach „Strzelca”, po wybuchu I wojny światowej walczył w I Brygadzie Legionów Polskich. Za odmowę złożenia przysięgi trafił wraz z piłsudczykowską elitą do obozu w Szczypiornie. Uwolniony zaangażował się w organizowanie POW, uczestniczył w akcjach rozbrajania Niemców, tworzył podległą rządowi lubelskiemu milicję ludową. Wcielony do wojska brał udział w wojnie z bolszewikami, wspierał powstanie śląskie; za odwagę odznaczony został krzyżem Virtuti Militari. W 1921 roku został wykładowcą w Centralnej Szkole Zbrojmistrzów w Cytadeli Warszawskiej.

Zasługami patriotycznymi legitymować się mógł także Antoni Wieczorkiewicz; aktywny działacz POW, komendant okręgowy milicji ludowej, uczestnik II Powstania Ślaskiego, porucznik WP w 34 pp. Z zeznań Cechnowskiego wynikało, że obaj od 1920 roku są członkami KPP; bezpośrednio od Wieczorkiewicza otrzymał rozkaz organizacji zamachów w Krakowie i Zagłębiu, a przygotowaniem ładunków zajmował się osobiście Bagiński.

Obu oficerów aresztowano 2 sierpnia 1923 roku, dwa i pół miesiąca przed wybuchem w Cytadeli. Podobno (tu zeznania świadków były uważane za niewiarygodne) informację o zamachu przyjęli z radością śpiewając „Czerwony Sztandar.”⁴

Listopadowy proces w 1923 roku zakończył się wyrokiem kary śmierci dla Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Nie udowodniono bezpośredniego związku oskarżonych z zamachem na Cytadelę; ale zebrany przez policję materiał dowodowy potwierdzał, zdaniem sądu, odpowiedzialność z tytułu przygotowania innych zamachów terrorystycznych, a także działań będących zdradą państwa.

Sąd nie miał wątpliwości, że oskarżeni działali na rzecz ościennego państwa: ZSRR. Takowe wątpliwości podnosili politycy. Komentując wyrok publicysta prawicowy Junosza-Gzowski podważał tezę o związku terrorystów z „krajem ościennym”; pytał retorycznie: „Nie wiemy — kto był inicjatorem tej tajemniczej bandy terrorystycznej, do której należeli Bagiński i Wieczorkiewicz. (…) Ale prawo moralne żąda od nas, abyśmy dotarli do podwalin omawianej sprawy, abyśmy szukali (moralnie przynajmniej) nie tylko tych drobnych pionków — Bagińskich i Wieczorkiewiczów — lecz i osoby, w szajce terrorystycznej, wysoko — postawionej. Osoby te do dziś dnia są zakonspirowane, przebywają wśród nas, mącą spokój publiczny.⁵”

W kręgach endeckich zrodziła się teoria o „lewicowym skrzydle” „Strzelca”, inspirowanym przez Józefa Piłsudskiego. Powołana została komisja sejmowa kierowana przez endeka Stanisława Kozickiego, z udziałem polityków nie tylko prawicowych lecz także PPS i PSL „Wyzwolenie”. Komisja odrzuciła tezę o sowieckiej inspiracji zamachu. Odwołując się do zasług oskarżonych Ignacy Daszyński skutecznie przekonał prezydenta Stanisława Wojciechowskie do wydania w sierpniu 1924 roku aktu łaski zamieniającego karę śmierci na 15 lat więzienia⁶.

II

Posłowie negowali związek organizacji terrorystycznej z „państwem ościennym”. Przeczyło jednak temu zachowanie owego państwa. KPP zorganizowało najpierw próbę odbicia skazanych z warszawskiego aresztu na ul. Dzikiej. Potem, pod kierownictwem Marcusa Ajzenszera⁷, funkcyjnego KPP, przeprowadzone było polowanie na „skruszonego świadka” Cechnowskiego.

W 1925 roku przeprowadzono w Warszawie nieudaną próbę zamachu, zginął w nim policjant Wittman; na śmierć skazano trzech ujętych zamachowców: Hibnera, Kniewskiego i Rutkowskiego. Cechnowskiego zgładzono podczas kolejnego zamachu we Lwowie, sprawcą był ukraiński komunista Naftali Botwin. Dyplomacja sowiecka bezpośrednio wywierała nacisk na polskie MSZ, by doprowadzić do ułaskawienia Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Grożono, że za śmierć obu komunistów zapłacą, aresztowani przez czekistów, Polacy.

Konflikty polityczne w Polsce obfitowały przemocą. Procesowi oficerów-komunistów towarzyszyły echa tzw. „wypadków krakowskich”; w listopadzie 1923 roku robotnicy strzelali do interweniujących podczas zamieszek ułanów. Wygodnym było poszukiwanie źródeł terroru u politycznych przeciwników, a nie tam, gdzie rzeczywiście były. W dodatku ta kwestia „polityki państwa ościennego” była problemem nowym.

Ład globalny opierał się na przekonaniu, że cywilizowane państwa szanują międzynarodowe prawo. Zawierane po wojnie traktaty były wyrazem tego oczekiwania. Istniała w nim pewna logiczna przewidywalność umożliwiająca kompromisowe negocjowanie spraw spornych. W tych ramach logicznych próbowano postrzegać nową Rosję. Dla lewicy złem absolutnym była Rosja carska, na nowe władze patrzono z przychylną nadzieją. Dla prawicy nowa Rosja stać się powinna kontynuatorką „starej”; potrzebna więc była real-polityka uwzględniająca jej „interes państwowy”.

Państwo sowieckie nie mieściło się w tych normach ładu międzynarodowego, nie istniało dla niego tradycyjne pojęcie „interesu państwowego”, obojętne były spory terytorialne, nie przywiązywało wagi do stosunków z państwami sojuszniczymi. Państwo sowieckie miało być narzędziem realizacji rewolucji światowej, w tym sensie obojętne stawały się kwestie terytorialne czy narodowe. Rewolucja wymagała odrzucenia starego ładu, w tym także ładu moralnego. Rosja sowiecka stawała się państwem „bandyckim”, prowadzącym wobec sąsiadów to, co nazywamy „wojną hybrydową”. Celem tej wojny nie były zdobycze terytorialne czy materialne, chodziło o maksymalne osłabienie innych państw, dezintegracje ich i zaszczepienie wirusa samozagłady.

Zamachy terrorystyczne były częścią tej wojny, równolegle trwała dywersja na pograniczu, na Wołyniu i na Białorusi. Grupy bandytów, dozbrojone po sowieckiej stronie, dokonywały napadów na dwory, posterunki policji, instytucje publiczne.

Najgłośniejszą akcją był napad na pograniczne miasto Stołpce w sierpniu 1924 roku: obrabowany został urząd pocztowy, zdemolowano lokale komendy policji. i stacji kolejowej. Zdaniem policji: „Centrala tej akcji znajduje się w Moskwie — jest to tzw. G. P. U. (Gosudarstwiennoje Politiczeskoje Uprawlenje), pododdział w Smoleńsku, a w Mińsku jest ekspozytura, na czele której stoi znany przywódca bandytów, Mucha-Michalski. Zadaniem band dywersyjnych jest terroryzowanie policji granicznej przez mordowanie jej funkcjonarjuszy, mordowanie właścicieli ziemskich i podpalanie folwarków, napady na miasta celem wywołania paniki i obniżenia autorytetu władz polskich, niszczenie objektów państwowych, rabunek, rozkład ducha armji, policji i społeczeństwa. Oskarżeni o napad na Stołpce, Piotr Joda, lat 22, prawosławny, zamieszkały w Sałonaj, gminy i powiatu Wołożynskiego, Mikołaj Gorączko, lat 23, prawosławny, zamieszkały w Stołpcach i Edward Stapiński vel Kaczmarczyk z Lublina, w zeznaniach swych przed sądem stwierdzili, że napad na Stołpce był aktem czysto dywersyjnym i że atakiem na Stołpce kierowali oficerowie bolszewiccy w ubraniu cywilnem i że celem tego napadu było zabranie dokumentów rządowych, zniszczenie objektów rządowych, a zwłaszcza urządzeń telegraficznych i telefonicznych.⁸”

Pokłosiem wojny i pierwszego „buntowniczego” etapu rewolucji była głęboka demoralizacja ludzi; tworzyły się różnorodne bandy żyjące z rabunku, gwałtu i mordu. Umacnianie władzy sowieckiej w głębi Rosji wymagało zwalczania tych band, nawet, jak w okręgu tambowskim, z użyciem gazów trujących. Na pograniczu ten żywioł wykorzystywano kierując na polska stronę.

Tak „wojna hybrydowa” żywiła się sama. Wyobraźnia polityków nie przewidywała, że Traktat Ryski zawarty w marcu 1921 roku kończy z Rosją Sowiecką wojnę normalną, rozpoczynając hybrydową. Nie przyjmowano do wiadomości, że takowa trwa, że organy sąsiedniego państwa kierują, szkolą i dozbrajają grupy bandyckie i terrorystyczne napadające na instytucje i obywateli Polski.

Szokiem też była metoda „ubezpieczenia” terrorystów, nazywana formalnie, zgodną z Traktatem wymianą osób między Rosją Sowiecką a Polską. Z zażenowaniem mówił o tym w Sejmie, w marcu 1923 roku, poseł Zygmunt Seyda wnioskując o przyjęcie stosownej ustawy.

1 lutego 1923 roku w Moskwie rząd Polski zawarł układ z Rządem Rosji w oparciu o układ o repatriacji z 24 lutego 1921 roku; zgodnie z tym porozumieniem Rosja otrzymać miała 317 osób (wskazanych imiennie na przedstawionej liście) Polska wzajemnie: 617. Podany przez Rosję wykaz obejmował osoby skazane za przestępstwa popełnione po 30 kwietnia 1921 roku, w tym akty terroryzmu, sabotażu, szpiegostwa.

Zdaniem Seydy była to sytuacja niesłychana w świecie cywilizacyjnym, celowo skazywano na karę śmierci Polaków, którzy nie popełnili przestępstw, po to, by zyskać zakładników na wymianę. 23 takie osoby skazane za „zdradę stanu” przewieziono do Mińska, ich los zależał od decyzji Sejmu. Seyda, apelując o przyjęcie w związku z takim szantażem ustawy, zwracał uwagę, że Polska przyjmując ten układ wkracza na pochyłą drogę.

Odpowiadał mu poseł komunistyczny Królikiewicz; jego zdaniem w ustawie chodzi o wypuszczenie z więzień robotników i chłopów skazanych za przekonania komunistyczne. „Są dwie ojczyzny – ojczyzna robotników i chłopów i tej służymy” – krzyczał. Odpowiedziały mu głosy posłów: „agent komunistyczny, do Moskwy, wyrzucić…⁹”

Na podstawie tej ustawy w lutym 1925 roku, przedstawiciele rządu wynegocjowali wymianę Bagińskiego i Wieczorkiewicza na dwóch zasłużonych Polaków: ks Bronisława Ussasa i Józefa Łuczkiewicza.

Ks. Ussas (1885-1977), od października 1922 do listopada 1925 roku był przedstawicielem Państwa Polskiego, przewodniczącym leningradzkiej delegatury Komisji Rewindykacyjnej, utworzonej na mocy Traktatu Ryskiego w sprawie odzyskania wywiezionych do Rosji zbiorów muzealnych i archiwalnych. Dzięki zaangażowaniu ks. Ussasa Polska odzyskała szereg skarbów, w tym kolekcję obrazów Bacciarellego, archiwalia króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, zbiory listów Henryka Dąbrowskiego itp.¹⁰

W inny sposób zasłużył się Polsce Jerzy Łuczkiewicz. W październiku 1918 roku w Gruzji powstało z inicjatywy rządu Rady Regencyjnej formalne przedstawicielstwo Państwa Polskiego, kierowane przez Wiktora Ostrowskiego. Szefem służb konsularnych został były sędzia Jerzy Łuczkiewicz; w tym trudnym okresie powstawania nowego państwa – Gruzji – Łuczkiewicz organizował pomoc prawną i materialną dla blisko 15 tysięcznej Polonii. Zadania przedstawicielstwa w 1920 przejęła misja Tytusa Filipowicza; po aresztowaniu jej uczestników i zajęciu Gruzji przez Sowietów, Łuczkiewicz nadal angażował się w interwencje pomocowe ratujące Polaków.¹¹

Z jednej strony byli ludzie skazani przez niezawisły, polski sąd na karę śmierci za czyny terrorystyczne; z drugiej strony ludzie, którzy drogą legalną, reprezentując Państwo Polskie, próbowali z sowieckiej zagłady ratować ludzi i skarby kultury; tak wyglądał rachunek wymiany.

III

„W dniu 29 marca 1925 roku w pociągu specjalnym przewożono przez granicę polsko-rosyjską byłych oficerów wojsk polskich Wieczorkiewicza i Bagińskiego, skazanych przez Sąd Wojskowy w Warszawie na karę śmierci za zamachy dynamitowe, później ułaskawionych i przeznaczonych do wymiany z sowietami. Znajdujący się w tym samym wagonie, co więźniowie. przodownik Policji Państwowej Józef Muraszko w pewnej chwili dwukrotnie strzelił z rewolweru w kierunku więźniów zadając obydwom śmiertelne rany, które w krótkim czasie spowodowały ich śmierć. Następnie Józef Muraszko dobrowolnie oddał się w ręce władz, obecnych na miejscu.”¹²

Wymiana zorganizowana była zgodnie z uchwałą Rady Ministrów z dnia 1 marca 1925 roku, podjętą na wniosek Ministra Spraw Zagranicznych. Miejsce i czas wymiany był utajniony, do granicy dostarczono Bagińskiego i Wieczorkiewicza w wagonie pociągu osobowego, towarzyszył im prezes Komisji Repatriacyjnej Kulikowski i 8-osobowa eskorta policyjna kierowana przez aspiranta policji Szyszkiewicza. W Stołpcach zmieniona została eskorta, do niej dołączył starosta stołpecki Zajączkowski. W Stołpcach na własną prośbę do eskorty dołączył także wracający z kilkudniowego patrolu granicznego Józef Muraszko.

„Po upływie kilku minut, gdy pociąg przebiegł 3-ci kilometr za Stołpcami, w części wagonu, zajętej przez eskortę, padły dwa, jeden po drugim, bezpośrednio następujące strzały, poczem dał się słyszeć krzyk przeraźliwy – Bagiński upadł na twarz, a Wieczorkiewicz usunął się na podłogę i, trzymając się za bok, stał skulony w kącie wagonu. Na zapytanie Prezesa Delegacji Kulikowskiego, kto strzelał, odezwał się st. przodownik Urzędu Śledczego przy Komendzie Policji w Stołpcach Józef Muraszko oświadczył, że strzelał on, i jednocześnie podając otaczającym go osobom na rozwartej dłoni rewolwer, w słowach prędkich i bezładnych tłumaczył powód swego czynu, chęcią odwetu za wyrządzone mu przez bolszewików krzywdy i obawą, by tak niebezpieczni przestępcy, jak Bagiński i Wieczorkiewicz, nie szkodzili nadal Polsce. Kiedy następnie, po rozbrojeniu Muraszki przez aspiranta policji Szyszkiewicza, ktoś z obecnych zwrócił mu uwagę, że właśnie czyn jego może zaszkodzić Polsce i spowodować nieobliczalne następstwa, Muraszko prosił o zwrot rewolweru, zapewniając, że sam się zastrzeli.¹³

Echa strzałów na granicy rozniosły się po Polsce. Pisał o tym korespondent warszawski kresowego „Kuriera Stanisławskiego”: „Sprawa ta wywołała w Warszawie powszechne oburzenie i słusznie. Bagiński i Wieczorkiewicz, znani terroryści, skazani swego czasu na śmierć, ułaskawieni zostali pod groźbą bolszewików, którzy za ich głowy obiecywali ściąć kilkadziesiąt głów Polaków, uwięzionych w Rosji.

Obecnie zaś znowu następuje wymiana ich, a właściwie uwolnienie. Rozumiemy intencje Rządu, który nie może patrzeć na męki Polaków w bolszewji i nie może pozostać obojętnym wobec takiego faktu, jak ostatnio spalenia żywcem ks. Fedkowicza. Nie mniej jednak tego rodzaju postępowanie zagraża poważnie praworządności Państwa, bo każdy wywrotowiec czuć się będzie bezkarnym i wszelka akcja tłumienia u nas bolszewizmu spełznąć musi na niczem. Nadmienić już teraz trzeba, że np. z chwilą zaaresztowania posła-komunisty Łańcuckiego, rząd bolszewicki zaraz zaaresztował także konsula naszego w Tyflisie po to, by go ewentualnie wymienić za Łańcuckiego.¹⁴”

Inny był ton wystąpienia w Sejmie PPS-owca Norberta Barlickiego zgłaszającego 2 kwietnia 1923 roku wniosek uchwały Sejmu wzywającej rząd do „surowego ukarania wszystkich winnych udziału w ohydnym morderstwie dokonanym na osobach przewożonych więźniów Bagińskiego i Wieczorkiewicza” i przedłożenia w tej sprawie sprawozdania Sejmowi.

„Dla mnie” – mówił Barlicki – „ten mord jest objawem symptomatycznym, jest dowodem ciężkiej choroby, którą dotknięty jest organ bezpieczeństwa, którą dotknięta jest policja (…) Organ bezpieczeństwa staje się niebezpieczeństwem dla państwa (…) fakt ten zaszedł na terenie, gdzie mieszkają tzw. mniejszości narodowe. Od dłuższego już czasu jesteśmy zaniepokojeni wieściami o gwałtach i okropnościach, które tam się dzieją (…) ja zapytuję czy tam, na tych Kresach, może wytworzyła się tego rodzaju atmosfera, która sprzyja podobnie dzikim objawom niesłychanie zbrodniczej anarchji.”¹⁵

Ludzie często chcą wiedzieć tyle, ile wiedzą; chcą by wiedza ugruntowała posiadane już przekonania. Barlicki nie znał rewolucji, nie znał Rosji sowieckiej; poznawał ją tylko w specyficznej sytuacji uczestnicząc w negocjowaniu Traktatu Ryskiego. Bolszewicy to byli dla niego dawni koledzy z okresu „konspirowania” w czasie studiów w Petersburgu. Opowieści o paleniach dworów, o mordowaniu i gwałtach, o rabunkach, przyjmował ze sceptycyzmem, jako wyolbrzymione skargi na ludową sprawiedliwość. Jego wizja wydarzeń na Białorusi składała się na przekaz ideologiczny: „obszarnicy polscy” z pomocą policji walczą ze słusznym buntem ludu.

W odróżnieniu od Norberta Barlickiego Józef Muraszko był rzeczywistym przedstawicielem owego białoruskiego ludu. Pochodził ze stron włączonych do ZSRR, jego ojcowizna należała do utraconego świata.

Tłumacząc się z popełnionej zbrodni mówił: „że do bolszewików czuł i czuje nienawiść już od dawna, gdyż, walcząc w roku 1917 w szeregach białych, miał naoczne sceny ich ciągłych gwałtów i rozbojów, że jako patrjota polak, jeszcze w początkach tworzenia się korpusu generała Dowbora – Muśnickiego, już był w jego szeregach; chodząc na wywiady; widział, jak bolszewicy mordowali schwytanych żołnierzy polskich i to jeszcze więcej pogłębiło jego nienawiść do nich; że po rozwiązaniu korpusu Dowbora – Muśnickiego zaciągnął się, jako ochotnik do regularnych już wtedy wojsk polskich, gdzie dosłużył się szarży podchorążego; że po wyjściu z wojska wstąpił do policji państwowej z przydziałem na kresy, gdzie tępiąc bandy dywersyjne znowuż spotkał się ze szkodliwemi dla Polski elementami bolszewickiemi; że wychowany na wojnie, mając wiecznie do czynienia z niebezpieczeństwem, tępiąc zawsze jednego, i tego samego wroga: bolszewika.

Kochając swoją ojczyznę Polskę całą duszą, był oburzony wiadomością o wysadzeniu w powietrze cytadeli warszawskiej i o zamachu bombowym na uniwersytet w Warszawie, dokonanym według głosów prasy i opinji społecznej przez dwóch komunistów zbrodniarzy i do tego oficerów polskich Walerego Bagińskiego i Antoniego Wieczorkiewicza; że już wtedy czuł do nich nienawiść i był przekonany, że nie minie ich zasłużona kara, że śledził w prasie za ich losem i kiedy dowiedział się o skazaniu ich przez Sąd Wojskowy na karę śmierci przez rozstrzelanie, to pomyślał: „jak to źle, że w Polsce nie ma szubienicy, bo szkoda kuli dla takich zbrodniarzy”!

Po niejakim czasie dowiedział się, że Prezydent Rzeczypospolitej ułaskawił ich, a nawet były słuchy, że obaj skazani zostaną wywiezieni do Rosji, że w ogóle dużo słuchów i wersji było na ten temat, lecz podsądny nie mógł tego zrozumieć; nie mieściło mu się to w głowie i nie chciało mu się wprost wierzyć w to, tem bardziej, że burzliwe artykuły prasy ostro to krytykowały. (…)

W drodze przyglądał się cały czas aresztowanym Bagińskiemu i Wieczorkiewiczowi, widział ich twarze dumne, ironiczne i z pogardą patrzące na otoczenie, czuł, że złość w nim wzbiera, myśli mu się plączą i nie może zdać sobie zupełnie sprawy z całej tej sytuacji – że zbrodniarze tryumfują; im dalej, tem większa złość go opanowywała, czuł, że nienawidzi ich i musi choć w jakikolwiek sposób zhańbić ich, poniżyć; bezwiednie przysunął się bliżej do nich i przeleciała w nim myśl schwycić ich za głowy i uderzyć jedną o drugą, lecz raptem. jakby pchnięty przez kogo, wyrwał z kieszeni rewolwer i strzelił, nie celując, nie rozumując, nie pamiętając, był jakby w omroczeniu i dziś nie może sobie przypomnieć, co było dalej, był jakby we śnie.

Do chwili tej nie miał zamiaru zabicia ich, nikt go nie namawiał do tego i jak to stało się sam nie może zdać sobie sprawy – naszło to na niego nagle i bez jego woli. Wreszcie oskarżony oświadczył, że nie żałuje swego czynu, boć przecie zabił wrogów swej ojczyzny; zbrodniarzy, na których zemścił się za wszystkie krzywdy wyrządzone przez nich Polsce, uważa, że on, jako polak i katolik, nie mógł inaczej postąpić.”¹⁶

Kolejne zeznania świadków potwierdzały, że zamach nie był zbrodnią przygotowaną. Muraszko w oczach przełożonych był dobrym policjantem, lecz także osobą z wyraźnie rozstrojoną psychiką, dziedzictwem przeżyć wojennych. Na świadków powołano także osoby, byłych zakładników, opowiadających Muraszce o swoich przejściach w więzieniach sowieckich. Dodajmy tu także, że oprócz wojskowych prokuratorów przeciw Muraszce występowali także pro-komunistyczni adwokaci, wynajęci przez wdowy po Wieczorkiewiczu i Bagińskim.

Ostatecznie 24 października 1925 roku Sąd wydał wyrok, w którym uwzględnił rację obrony: uznał, ze zbrodnia popełniona została w stanie silnego wzruszenia i skazał Muraszkę na dwa lata więzienia.

W uzasadnieniu Sąd pisał: „Sąd szczególną uwagę kładzie na zeznania świadków, dotyczące tego momentu i biorąc je, jako całokształt, upatruje w nich zewnętrzne przejawy przeżyć psychicznych oskarżonego Muraszki przy popełnieniu czynu przestępnego i dochodzi do przekonania, iż w momencie tym dania strzałów do więźniów Bagińskiego i Wieczorkiewicza podsądny Muraszko miał świadomość zamroczoną i był w stanie silnego wzburzenia duchowego. (…) Mając zaś wyżej ustalony podkład psychiczny, podsądny Muraszko nieoczekiwanie staje nagle przed tymi, których uważał za największych w Polsce zbrodniarzy i zdrajców, którzy za kilka godzin mają zatryumfować bezkarnie na wolności, sam zaś podsądny, poświęcając większą część swego życia na usługi dla Ojczyzny, walcząc i tępiąc stale wrogie jej elementy w warunkach nader ciężkich, stoi tu przed nimi wyczerpany, przemoknięty i głodny, a przedtem jeszcze słyszy na dworcu wrogie okrzyki ze strony zebranej publiczności; pod adresem więźniów padają wyrazy „zdrajcy” (…) Sąd w zupełności daje wiarę zeznaniom oskarżonego Muraszki, dotyczącym jego przeżyć w tym momencie, i dochodzi do wniosku, że dopiero w tej chwili pod wpływem silnego wzruszenia duchowego powstał u oskarżonego Muraszki zamiar zabójstwa Wieczorkiewicza i Bagińskiego, który pod wpływem tegoż wzruszenia i zrealizował, dając natychmiast odruchowo dwa strzały w stronę więźniów.”¹⁷ (s. 120)

Pomimo zabójstwa komunistów dyplomacji polskiej udało się przywrócić procedury wymiany zakładników. Dzięki temu ks. Ussas i Jerzy Łuczkiewicz mogli wrócić do kraju. Muraszko wydalony został z policji, po odbyciu wyroku więzienia mieszkał na polskiej Białorusi; zabity został w czasie II wojny światowej przez komunistycznych partyzantów.

Wojna „hybrydowa” na granicy wygasła w 1926 roku, gdy ustabilizowała się sytuacja po sowieckiej stronie, a utworzenie Korpusu Ochrony Pogranicza wzmocniło obronę polskich granic. Po wpadce Bagińskiego i Wieczorkiewicza KPP zrezygnowało z organizowania akcji terrorystycznych z ładunkami wybuchowymi. Ograniczono się do terroru indywidualnego, skierowanego głównie przeciw podejrzanym o zdradę; podsycano także atmosferę różnych strajków i manifestacji, prowokując w nich użycie przemocy.

Metody działań „państw bandyckich”, w tym stosowanie „wojen hybrydowych” nadal stanowi „terra incognita” w dyplomacji państw cywilizowanych. Wiadomo, że stwór taki istnieje, ale nie wypracowano procedur postępowania z takowym zagrożeniem.

1 Robotnik nr 280 z 14 października 1923 s. 1-3 „Wybuch prochowni w Cytadeli Warszawskiej”
2 Gazeta Warszawska nr 281, 14 X 1924, s. 1. „Odezwa Rządu”
3 Interpelacja do Prezydenta Rady Ministrów z dnia .. maja 1923 Biblioteka Sejmowa
4 Informacje o procesie: Robotnik nr 318 z 21 listopada 1923 „Sprawa Bagińskiego i Wieczorkiewicza, cd w nr 319 i 320
5 Słowo Polskie nr 330 z 5.12.1923 r A. Junodsza-Gzowski „Poważna luka” s. 3
6 Niepodległość i Pamięć R 25 nr 3 (63) 2018 Kamil Borecki Obóz narodowy wobec wybuchu w Cytadeli Warszawskiej w 1923 roku i jego konsekwencji na podstawie relacji prasowych s. 15-44
7 Expres Zagłębia R 9 nr 287 z 19 października 1934 s. 3; relacja o zatrzymaniu Ajzenszera opisuje jego związek z zamachami na Cechnowskiego
8 Kazimierz Raczyński „Z tajemnic kryminologa” Poznań 1927 s. 80
9 Stenogram Biblioteka Sejmowa 23 posiedzenie Sejmu z 13 marca 1923
10 Uratowane przez ks Ussasa zbiory trafiły do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i biblioteki KUL D. Dzierżawska „Ksiądz Bronisław Ussak 1885-1977”. W Zbiorze „Zbiór rękopisów ofiarowanych przez ksiądza Bronisława Ussaka Bibliotece Uniwersyteckiej KUL Lublin 1979
11 Marek Mądzik Próby nawiązania stosunków politycznych między Polską a Gruzja w latach 1918. Rocznik Lubelski 29-30, s. 77-87 1987-1988
12 „Sprawa Józefa Muraszki” broszura Warszawa 1926 s. 1
13 jw. s. 5
14 Kurier Stanisławowski 29.03.1925 (1924) nr 244 s. 2 „Listy warszawskie”
15 Stenogram 192 posiedzenia Sejmu RP z dnia 2 kwietnia 1925 Biblioteka Sejmowa
16 „Sprawa Józefa Muraszko” s. 15
17 jw. s. 118-120


Dodaj komentarz

Herzliya. Zachowanie się człowieka w nieludzkich warunkach

Halina Birenbaum

Tekst został wygłoszony na seminarium pracowników Muzeum Auschwitz-Birkenau w Yad Vashem w Jerozolimie 9 listopada 1994 roku, opublikowany w Biuletynie Informacyjnym Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu – Pro Memoria nr 3/1995.

Przyjaciółka z Auschwitz. Stała przy mnie, gdy mnie postrzelił esesman 1 stycznia 1945. Róźka błagała blokową w szpitalu, żeby mnie ratowała! Daremnie. Po latach, obie, matki po dwójce dzieci nad morzem w Herzlii

Sprawa zachowania się ludzi podczas wojny i okupacji niemieckiej absorbuje mnie właściwie od dzieciństwa, poprzez getto warszawskie, wywózki do Treblinki, potem w obozach zagłady – i tak do dziś. W ciągu nieomal sześciu lat Holocaustu przeżywałam te koszmarne doświadczenia, nieustannie nasiąkałam atmosferą oficjalnie panującego mordu, a jednocześnie wpatrywałam się bystro w otaczające mnie ciasno, do uduszenia, poniewierane i męczone tłumy więźniów. Obserwowałam ich, po prostu szukałam w nich odpowiedzi, zaprzeczenia gotowanej nam nieuchronnie śmierci, strzępu wiary, że ten koszmar minie szybko.

Nauczyłam się wtedy czytać w twarzach ludzkich i niesamowicie wyostrzonym instynktem odgadywać reakcje, błyskawicznie oceniać wciąż zmieniające się sytuacje, otoczenie czy poszczególne jednostki. Niewiele już zaskakiwało lub zadziwiało w tych masowo spadających na nas tragediach. Okazało się w ciągu tych lat, że nie było zła, od którego nie byłoby jeszcze gorszego. Starałam się jak mogłam uporać się z tym. Musiałam jakoś istnieć, bo przecież zostałam urodzona, oddychałam, chodziłam, odczuwałam ból, zimno, głód – byłam i wciąż jestem tym wyłącznie, co w sobie mam.

W jakiś, zupełnie dla mnie samej nie do pojęcia sposób, znalazłam się nagle za murami, za naelektryzowanymi drutami, osaczona budkami wartowniczymi z wycelowanymi w nas karabinami maszynowymi i ludźmi-automatami, siejącymi śmierć za byle co – mimo tylu pięknych zasad, w których ludzi w ciągu pokoleń wychowywano. Znalazłam się w miejscu, gdzie normalnie zabijano i palono ludzi. Żydów za to tylko, że urodzili się Żydami; Cyganów, bo urodzili się Cyganami – zabijano ludzi, za to, że po prostu mimo okrucieństw wojny i okupacji zachowali swą wiarę, wierność sobie i tym, którzy ich uczyli być ludźmi naprawdę.

Doraźna rzeczywistość była i zawsze jest, nie ważne gdzie, kiedy i na jaki okres, jedynie realną normą, do której żyjące stworzenie musi się ustosunkować i działać, by istnieć dopóki się da i póki starczy sił. W obozach niewiele zastanawiałam się nad swymi siłami, żyjąc w ustawicznym strachu i grozie. W chwilach natychmiastowego zagrożenia, które zdarzało się niemal na każdym kroku, czułam w sobie najmocniej tylko szalone napięcie i jeszcze intensywniej pulsujące we mnie życie oraz jedyne pragnienie zachowania go. Odpychałam od siebie myśl, że za moment może mnie nie być więcej, jak tylu, tylu innych, wśród których tłoczyłam się w barakach, na narach, na apelach, w kolejkach po zupę, a potem widziałam ogień i dym z ich palonych ciał buchający z kominów krematoriów. Wiedziałam, że lada dzień przyjdzie mi podzielić ich los, a jednak nie przestawałam oczekiwać cudu.

Nadsłuchiwałam wszystkimi zmysłami czy nie zarysowuje się gdzieś, na dalekim horyzoncie tego bezkresnego piekła jakiś nikły bodaj znak, że kres naszych mąk zbliża się, że to się kiedyś skończy. Żyłam tym wyczekiwaniem, ono było moim pokarmem w latach nieopisanego głodu; ogrzewało mnie, gdy stałam naga na mrozie podczas niekończących się apeli i selekcji. Było ono moją ucieczką w marzenia od błota, grozy i ohydy obozowej w dobro i miłość, których kiedyś zaznałam; stanowiło moją najwyższą miarę względem tego, czego doświadczałam na co dzień, oddychając swądem palonych masowo ludzi, mojego palonego narodu. Wzrastałam pośród tego bestialstwa od 10. do 15. roku życia. Wchłonęłam w siebie tak wiele, a może nawet wszystko, co w życiu ludzkim, co w człowieku – a nawet i w śmierci, której tyle widziałam i którą tak często sama niemal umierałam. Jest mi dobrze znany jej bliski posmak, atmosfera i uczucia chwil poprzedzających ową chwilę ostatnią. Zawsze jednak w końcu jakiś cud lub przypadek pozostawiał mnie po stronie żywych.

***

Życie, nie mniej niż te wszystkie cierpienia w obozie, wydawało mi się potężne, wieczne jak niebo, gwiazdy i słońce. Marzyłam o klęsce hitlerowskich „nadludzi”, o domu, jedzeniu, bezpieczeństwie, rodzinie, miłości – że znów staną się kiedyś moim udziałem. O tym, że kiedyś sama będę znowu człowiekiem, innym od tych, którzy zabijali, bili – od tych co pomagali zabijać i prześladować. Była to wtedy moja cudowna bajka, fascynująca legenda – obrona, jedyna własność, której nikt nie był w stanie mi odebrać.

Właśnie tam – na dnie tego piekła, w którym tkwiłam jako Żydówka, żydowskie dziecko, któremu zabroniono nawet tymczasowo żyć w obozie – zrodziło się we mnie to głębokie poczucie własnego człowieczeństwa. Okazało się ono silniejsze od głodu, robactwa, strachu na widok zielonych mundurów esesmanów oraz wypasionych kradzionymi nam porcjami chleba i zupy, według ostatniego krzyku oświęcimskiej mody ubranych blokowych, szreiberek, sztubowych, kapo i ich pomocnic czy pupilek, zwanych piplami – więźniarek wszelkich narodowości, nie raz gorszych od esesmanów i bardziej niebezpiecznych, gdyż stale były wśród nas.

Do ukochanej, jedynie pozostałej mi z całej rodziny bratowej powiedziałam – gdy błagała mnie, abym podeszła do kapo dzielącej zupę i poprosiła o dolewkę – bo czasem dawała dzieciom, że jeśli będzie nam sądzone przeżyć, przeżyjemy i bez tej zupy, a jeśli nie, dolewka nie pomoże, ani nie zaspokoi naszego głodu. Hela miała 20 lat i gasła jak nikła świeczka,. Nie mogłam w żaden sposób zmusić się do żebrania, do pchania się. Widziałam jak inne się pchały, błagały, a kapo waliła je żelazną chochlą po głowach, ohydnie wyzywała, brudziła resztkami rozchlapującej się po ich głowach i ubraniach zupy. Widziałam siebie w wyobraźni tak właśnie obsmarowaną, zbitą, z miską w wyciągniętej w daremnym błaganiu dłoni – jakby już wdeptana w to bagno, rozgnieciona jak obrzydliwy robak. Nie patrzyłam w oczy bratowej, nie mogłam znieść jej wyrzutu za brak odwagi, by jednak spróbować łaski. Byłam gotowa oddać jej własną porcję, wmówić w nią, że nie znoszę smaku tej obrzydliwej zupy, że nie mogę jej przełknąć, aby tylko zechciała przyjąć ją ode mnie; przekonać jakoś bratową – ale nie narazić się na upokorzenie, które było dla mnie gorsze niż głód, niż śmierć nawet, jak się okazało w innym przypadku. A byłam przecież zwykłą, szarą więźniarką, miałam zaledwie 13 lat, ledwie zdążono wcześniej coś we mnie wpoić, nauczyć, wychować. I tak bardzo pragnęłam żyć, przetrwać i by moja bratowa też przetrwała! Bez niej w ogóle nie wyobrażałam sobie mojego życia!

Kiedy wyznaczyli ją w czasie selekcji na lewo – na śmierć, natychmiast pojęłam to w całej pełni. Nagle wtedy zapomniałam o strachu, o tym czym jest potęga esesmańskich władców. Złapałam ją ze wszystkich sił w swe objęcia, nogi jakbym wmurowała w ziemię – i nie dawałam jej sobie wyrwać, ani siebie wyprzeć z miejsca, w które się wparłam. Jakoś nie wzięli, ani mnie, ani jej. To „przedstawienie” spodobało się panom naszego życia i śmierci, darowali nam tym razem.

Potem cały obóz mówił o bohaterstwie jakiejś dziewczyny, której udało się uratować z rąk Mengele siostrę…

A Hela, moja bratowa, istny szkielet człowieka, szeptała do mnie, że ona i tak już nie żyje, jeszcze tylko oddycha moim oddechem, moim życiem. Hela nie spodziewała się, że pójdę za nią do końca. Ja też się nie spodziewałam, że przestanę bać się wszystkiego – jedynie powrotu bez niej na blok. Zastępowała mi matkę, odkąd Mamę odebrali mi przy wejściu do „łaźni” na Majdanku, zanim nawet zdążyłam się spostrzec.

Na początku, w Birkenau został utworzony blok dla dzieci: dawali tam biały chleb, mleko i nie szło się do pracy. Kobiety o ogolonych głowach, często wyglądające przez to jak dzieci, też wpychały się na ten dziecięcy blok. Ja nie chciałam tam w żaden sposób pójść, aby nie rozstawać się z Helą. Kobiety śmiały się ze mnie, mówiły, że jestem głupia, mogłabym Heli stamtąd pomóc. Nie słuchałam, każda chwila z nią razem była mi ważniejsza i droższa od białego chleba i mleka. Po pewnym czasie zabrali cały ten dziecięcy blok do gazu. Ja zostałam wśród dorosłych. Mama, jeszcze w warszawskim getcie, uczyła mnie, że zawsze muszę mówić, iż mam 17 lat, inaczej nie dadzą mi wejść do obozu… Dzieci, starych i chorych nie potrzebują przecież.

***

Minęły lata – im dalej oddziela mnie przestrzeń czasu od moich głównych, tragicznych doświadczeń, wchłoniętych na krawędzi śmierci i największego zła, tym trudniej mi z tą ogromną wiedzą poznaną i doświadczoną, z tym co czytam na ten temat w książkach lub co słyszę w powszechnie utrzymywanych i głoszonych opiniach.

Tadeusz Borowski pisze, między innymi, w jednym ze swych opowiadań w książce „Pożegnanie z Marią”, że nigdy nadzieja nie wyrządziła ludziom tyle zła, co w obozach hitlerowskich, bo przez złudę na szanse przeżycia gotowi byli dopuścić się wszelkiej podłości.

Natomiast Viktor E. Frankl, logopsychiatra i pisarz z Austrii, również więziony w Auschwitz i w innych obozach na terenie Niemiec, pisze w swej słynnej książce „Psycholog w obozie koncentracyjnym” (Man’s Search for Meaning), że na ogół więźniowie, którzy utracili nadzieję, wyzbywali się również swego człowieczeństwa albo chęci walki o życie…

Zapamiętałam zdanie często powtarzane, gdy mówiło się o upodleniu człowieka, o bestialskich okrucieństwach – „Wojna wsio spiszet”. Czyli wszystko zostanie zapisane na rachunek wojny, znaczy w pewnych warunkach wszystko jest dozwolone.

Viktor Frankl utrzymuje, że zachowanie nienormalne w nienormalnych warunkach jest normalne. Twierdzi jednak, że każdy człowiek, w jakiejkolwiek nie znalazłby się sytuacji, posiada zawsze jeszcze swą ostatnią, wewnętrzną wolność wyboru reakcji. Jest w nim wszystko: i dobro i zło. Nie warunki urabiają go, człowiek sam wybiera swoje reakcje, poczucie sensu każdej chwili, odpowiedzialności wobec tego sensu nawet w najgorszym cierpieniu. Frankl przytacza słowa Dostojewskiego: „obym pozostał godny swego cierpienia”.

W gettach i obozach nie posługiwano się słowami takimi jak: moralność, sumienie, serce… Słowa te stanowiły gorzką ironię, absurd. Coś z naiwnego, przedawnionego świata, pusty dźwięk bez pokrycia. Jednak sens tych wartości tam nie zginął; był wręcz potężniejszy, głębszy, prawdziwszy. Mobilizował w człowieku wszystko, co w nim było najlepsze, wznosił go ponad niego samego, bo normalne warunki sprzed gett i obozów nie wymagały były tego. Same słowa stawały się często zbędne, bo nie wyrażały tu niczego, bo nie miało się sił ich składać, wypowiadać – wszystko wokoło mówiło aż nazbyt wiele – przygniatało, dusiło, obezwładniało do nieprzytomności.

To błoto, ludzie tonący w nim i we własnych ekskrementach, zasmarowani nimi, ich wychudłe, niemal nagie ciała, wybałuszone oczy, zgolone włosy, twarze bezbarwne, bez wyrazu, zszarzałe, rozmokłe, baraki, kolczaste druty, walka o łyk wody, powietrza, centymetr przestrzeni!

W takich warunkach inne są proporcje, inne staje się znaczenie słów i pojęć, choć ludzie pozostają przecież ci sami.

W ogólnej tragedii, sytuacja jednostek nigdy nie jest jednakowa, a także niejednakowe są ludzkie reakcje na zaistniałą rzeczywistość. Zależy to wszystko od niezliczonych czynników zewnętrznych i wewnętrznych u każdego człowieka. I takie są również oceny i opisy owych zdarzeń.

Ja poznałam to wszystko z bliska, bezpośrednio. Do najdrobniejszych detali zapamiętałam fakty, atmosferę, w której miały miejsce, barwy, zapachy, odczucia. Na siebie spoglądałam oczyma duszy, bo w obozach nie miałam gdzie zobaczyć swego odbicia, chyba że w oczach innej więźniarki, mającej jeszcze chęć i siły na mnie spojrzeć.

***

A potem, po wojnie – do dziś szukam tamtego obrazu siebie i moich bliskich, którzy nie przeżyli w opisach świadków, historyków, psychologów, filozofów, literatów. Jest takich opisów wiele.

To, co zapisało się tam we mnie, często jest inne, niż w ich książkach lub w głoszonych często i powszechnie opiniach.

Ludzie, zresztą, niechętnie słuchali i słuchają o tych przeżyciach, niechętnie odnoszą się do książek o tychże, chyba, że znajdują w nich szczególne sensacje.

Ci, co przeżyli, byli i są przepełnieni własnymi wspomnieniami, a ci co tam nie byli, wolą wiedzieć mniej, a raczej chętniej wypowiadać swoje negatywne opinie o tych pierwszych. Za hańbę uważają bezbronność ofiar, osądzają za tchórzostwo, poddańczość, za samą chęć przeżycia w nieludzkich warunkach.

A właśnie życie, tak nic nie znaczące wtedy i tak łatwe do odebrania, stanowiło jedyną wartość. Wszystko koncentrowało się na ocaleniu życia swojego i swych najbliższych!

Ludzie ginęli, pragnąc uratować swych bliskich, a nieraz i obcych. Szli za nimi dobrowolnie do wagonów, do gazu, aby przynajmniej umrzeć razem, umocnić się wzajemnie w ostatniej minucie spojrzeniem, uściskiem dłoni. Ale – według tych, którzy tam nie byli i nie lubią słuchać – w tym nie ma żadnej sensacji ani wielkiej chwały czy bohaterstwa.

„Należało się bronić” – mówią – „nie akceptować życia w upokorzeniu, walczyć wszelkimi sposobami, nawet nożem kuchennym, a nie dać się prowadzić jak owce na rzeź!…”

Niedawno przeczytałam w pewnej książce o powstaniu w getcie warszawskim makabryczny opis sceny, w której, gdy Niemcy zbliżali się do bunkra, dumny bojownik zabija swoją matkę, żeby ta nie zginęła w upokorzeniu z rąk hitlerowskiego oprawcy, a potem sam strzela do siebie.

Ja też kiedyś stałam na placu, w tłumie Żydów złapanych w getcie warszawskim na wywózkę do Treblinki, gdy nagle wycelowano w nas karabin maszynowy. Zapanowało szalone napięcie, mieliśmy tu zaraz, natychmiast umrzeć. Byłam z ojcem, bratem i mamą.

Brat Chilek był zatrudniony na Umschlagplatzu przy uprzątaniu trupów pozostałych tam po odjeździe transportów, miał więc blaszkę z numerem tam pracujących i mógł od nas odejść. Nie odszedł.

W czwórkę objęliśmy się mocno, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, wkładając w to spojrzenie duszę całą, wszystko co było najlepsze w nas. Mama uśmiechnęła się do mnie i wyszeptała, że każdy człowiek musi kiedyś umrzeć, a my umrzemy teraz razem: „nie bój się, to nie będzie straszne!”…

W jej głosie i w wyrazie jej twarzy było tyle powagi, człowieczeństwa i jakiegoś wewnętrznego pogodzenia z losem, że ta chwila wydawała mi się wprost uroczyście świętą. Czułam, że znajduję się na najwyższym szczeblu mojego życia i naszego człowieczeństwa. Byłam ogromnie przejęta ważnością tej ostatniej chwili – nie byłam przerażona faktem, że zaraz odbiorą mi ją bezpowrotnie. Na „szczęście” nadjechał pociąg z Treblinki i nie musieli zabijać nas na miejscu.

Nie wiem, czy właśnie nie czułabym się straszliwie upokorzona i przerażona, gdybym umierała ze świadomością, że strzela do mnie mój syn, by jakoby ratować mi honor. Od hitlerowca byłoby to normalne, on był władcą-mordercą, a my zwykłymi ludźmi w jego szatańskich szponach.

Primo Levi w znanej książce „Czy taki jest człowiek” (If This Is a Man) wciąż „na gorąco” analizuje zachowanie się współwięźniów i nazistowskich oprawców, doszukuje się powodów takiego czy innego zachowania się jednych i drugich – w ich psychice, pochodzeniu, uczuciach, intelekcie, itp. Pisze o esesmanach prowadzących transporty do wagonów do obozów śmierci tak, jak o innych ludziach, zastanawia się nad ich charakterami, bodźcami działania.

Pamiętam, że w tym szalonym piekielnym napięciu, które wprost paraliżowało zmysły, gdy nas szukali, gdy nas łapali, prowadzili – sam widok niemieckich, zielonych mundurów ział śmiercią i grozą. Była to zimna, wszechpotężna ściana śmierci, ucieleśnienie śmierci. A czy można analizować śmierć samą w sobie?

Nie odważyłabym się wówczas spojrzeć w twarze esesmanów, a twarze, które mimo woli widziałam, gdy nas prowadzili, bili, strzelali do nas, wydawali spokojnie swe zbrodnicze rozkazy-wyroki, były kamienne, niczego nie wyrażały.

Kto jeszcze miał siły w ogóle myśleć wtedy o czymś innym, niż dokąd nas prowadzą, jak się ratować, czym utulić zagłodzone, spragnione, zaszczute, wycieńczone leżeniem w kryjówkach dziecko? Jak uporać się z samym sobą i bezradnością ogółu w tej beznadziejnej wędrówce w najgorsze nieznane, albo potem, na katordze o wiecznym głodzie, strachu i chorobach w obozie?

Mógłby jeszcze to robić chyba ktoś, kto nie miał za sobą lat poniewierki w getcie, kto posiadał poza lagrem kogoś, dom, rodzinę, dostawał listy, paczki do obozu, albo pracował w nim na wybranych placówkach, jak kuchnia, Bekleidung, „Kanada” albo Sonderkommando, gdzie znajdowało się jedzenie i ubranie, a nawet złoto, pieniądze i brylanty po zagazowanych ludziach. Ale to nie był przecież los ogółu i nie da się tego mierzyć, ani analizować miarą pojęć sprzed tych nieludzkich realiów, a także i po nich.

Borowski pisze o chlebie, który niedawno w Warszawie trzymała była w rękach jego matka, piekła go, pakowała dla niego na wysyłkę do Oświęcimia. Wzrusza się tym chlebem, snuje tęskne lub ironiczne asocjacje… Ktoś inny w jego doskonałych zresztą opisach życia w obozie szuka już nie chleba czy brukwiowej polewki, lecz jabłka…

Wiesław Kielar w swej mrożącej krew w żyłach książce „Anus mundi” też mówi o brylantach z „Kanady”, o kontaktach handlowych i innych z funkcyjnymi więźniami, esesmanami różnych rang – i nagle wszyscy są na jednej niemal skali, są ludźmi zależnymi jedni od drugich, kontaktującymi się w jakichś wspólnych potrzebach i interesach materialnych. Tam postać esesmana, spojrzenie jego – to już nie tylko śmierć, nieodwołalny wyrok.

Nie była to moja rzeczywistość, ani też większości więźniów obozu śmierci, a zwłaszcza Żydów. Mogę ją już raczej znaleźć w Borowskiego „Proszę państwa do gazu!”

***

Nasze domy zabrano, spalono – rodziny wymordowano doszczętnie. W obozie dali nam istnieć przez pewien tylko czas, od jednej selekcji do którejś kolejnej, z góry wydanym wyrokiem śmierci, bo Żydzi muszą umrzeć, wszyscy!

Pewnego dnia jedna młoda dziewczyna zeskoczyła z ciężarówki wiozącej zabranych w selekcji do gazu. Hössler, komendant obozu, zezwolił jej wrócić na blok, mówiąc do niej łagodnie: „Dlaczego to zrobiłaś? Przecież ty i tak musisz zginąć, jesteś przecież Żydówką!”

W tym została określona zasadnicza różnica w sytuacji więźniów poszczególnych narodowości.

Mój świat wyglądał tam inaczej niż świat Borowskiego, Kielara, niż świat chemika Primo Levi’ego – lub pewnej mojej znajomej z bunkra, w którym przez trzy tygodnie ukrywaliśmy się pod płonącymi domami podczas likwidacji warszawskiego getta, teraz pracującej w Bekleidungs w Birkenau.

Przynosiła z tej pracy rozmaite „skarby”, które mogła z łatwością wymieniać na wszystko. Dzieliła się nawet z niektórymi koleżankami. Chodziły do niej ciągle, jak po prośbie, i raczej im nie odmawiała. Starałam się nie przechodzić obok jej nary, aby nie wyczytała z mojej twarzy, jak bardzo pragnę, żeby mi coś dała, cokolwiek. Wstyd okazał się silniejszy od głodu, paraliżował. To było we mnie, niezależne od warunków.

Z początku byłam w obozie z bratową Helą oraz kuzynką Haliną, starszą ode mnie o dwa lata. Zwykle stałyśmy obok siebie na apelach, by nas nie rozłączono do innej pracy, do innych bloków, aby otrzymać przynajmniej dwie lub trzy nie rozcięte porcje chleba, bo niektóre były mniejsze, niektóre większe, a każda kruszynka była drogocenna. Pożyczonym nożem, podawanym z rąk do rąk, kroiła Hela ten chleb sprawiedliwie na równe kromki i dzieliła je między nas, żeby żadnej nie skrzywdzić.

Po pewnym czasie zrobił się jej ropny pęcherz na pięcie i musiała na kilka dni pójść na „rewir”. Moja kuzynka przejęła więc funkcję dzielenia tych, tak gorąco wyczekiwanych porcji chleba. Kroiła sobie grube kromki, mnie cienkie. Ogarnął mnie taki dziwny wstyd… za nią. Odwracałam głowę, żeby na to nie patrzeć, i marzyłam o nadejściu następnego dnia, co w obozie trwało wieki – o godzinie na apelu, w której znów będą rozdawać chleb.

Kuzynka przeniosła się po pewnym czasie na inny blok, bo chciała pracować w komandzie, gdzie za ciężką pracę dawano dwa razy w tygodniu Zulagę – dodatkową porcję chleba i plasterek kiełbasy. Wolała też nie mieć obowiązku dzielenia się z nami. Straciłyśmy jakoś kontakt z nią. Przyszła do nas raz tylko, gdy usłyszała o tej sławnej selekcji, w której nie dałam odebrać sobie bratowej.

Hela była już umierająca, lecz ja jeszcze wierzyłam, że ona przetrzyma, wyzdrowieje i robiłam co tylko mogłam. W końcu nie ruszyła się z nary na gwizdek na apel. Ustawiono ją na noszach przed blokiem, w błocie obok mnie. Po apelu zabrali ją na rewir. Wybłagałam u blokowej, żeby mi pozwoliła odwiedzić Helę, kiedy będą prowadzić tam innych chorych, a gdy mi to przyrzekła, zaczęłam zbierać swe porcje chleba, by je zanieść Heli. Sądziłam, że tym ją uratuję. Sama żywiłam się jedynie porcją brukwiowej polewki lagrowej a głód usypiałam marzeniami o czasach, w których byłam syta.

Kiedy przyszłam do bratowej, leżała w rewirze na górnej narze jak duch. Oczy miała wielkie, twarz przezroczystą wprost. Nagle, jakby ożyła na mój widok: „Halinka, przyszłaś do mnie, przyszłaś?!” Położyłam przed nią uzbierany w ciągu kilku dni chleb – nawet nie spojrzała na niego. Wpatrywała się tylko uporczywie we mnie, jakby chciała wchłonąć w siebie na zawsze obraz mojej postaci. Kiedyś mówiła do mnie, że jeśli Chilek nie przeżyje, nie wyjdzie już nigdy za mąż i obie zostaniemy na zawsze razem…

Tuż po przywiezieniu nas do obozu, po obcięciu nam włosów, Hela przytuliła mnie do siebie, mówiąc do mnie – „Ty moje małe kurczątko!”. Biła się o miejsce dla mnie na narze, na podłodze, o miskę na zupę, o trochę paskudnego rumianku do picia, o kartofla w łupinie, który wyrywano sobie z rąk, rozdeptując się wzajemnie w błocie.

Nie wróciła do mnie więcej. Przetrwała w obozie tylko trzy miesiące – dla mnie był to cały wiek doświadczeń życiowych, nauki o ludziach, o wszystkim – i początek czekających mnie jeszcze większych męczarni obozowych.

Po kilku miesiącach zaczął okrutnie dręczyć mnie świerzb. Ktoś powiedział mi, że Ukrainki z 13-go bloku sprzedają za porcję chleba maść dziegciową, skuteczną ponoć na świerzb. Kuzynka znajdowała się właśnie na tym 13-tym bloku, myślałam więc, że spotkamy się przy tej okazji. Byłam wtedy tak ogłuszona utratą Heli, tak samotna! Skamieniała po prostu.

Kupiłam za swą porcję chleba maść u Ukrainki i zaczęłam dopytywać się o Halinę, nie przeczuwając nic złego, wszak trzymała się dobrze, była zdrowa, nie wychudzona jeszcze. Usłyszałam od jej koleżanki z nary, że w czasie selekcji, gdy Unterscharführer Taube nie wskazał jej na lewo, czyli na śmierć, blokowa przekonała go, wskazując na Halinę: „und diese, Herr Unterscharführer?“ – „a ta?“. Esesman skinął głową na zgodę. Nie odmówił blokowej Eliczce, słowackiej Żydówce, wszystkim znanej ze swego okrucieństwa.

Moja blokowa z 27-go bloku nie była dużo lepsza, biła, klęła, kradła z naszych porcji chleba i zupy, jak inne. Miała ze sobą matkę, kapo szwalni, gdzie z Helą pracowałyśmy na początku naszego pobytu w „B” lagrze w Birkenau. Żydów słowackich przywieziono tam dużo wcześniej, niż nas, polskich Żydów. Z licznych transportów niewielu ocalało. Jednak tym, co przetrwali wiodło się dobrze jako funkcyjnym – starym więźniom, obeznanym dokładnie z „prawami” tego piekła.

Mówiły, że my przyjechałyśmy do pensjonatu, w porównaniu do warunków, w jakich one tu żyły na początku. Teraz poniekąd mściły się na nas, że przybyłyśmy później i nasza doza cierpień będzie mniejsza. Nieraz zastanawiałam się, obserwując je mimo woli, jak mogły one być tak okrutne wobec współtowarzyszy losu, wobec chorych czy starszych od siebie wiekiem, wobec tych najnieszczęśliwszych ze wszystkich współrodaków?! „Przecież sama ma tu matkę”, myślałam o mojej blokowej – młodej, ładnej, odzianej w piękne, wełniane palto 20-letniej dziewczynie. „Tymi rukami, ja was tu ubijem, wy polskie świnie”, wrzeszczała na apelach, potrząsając groźnie pięściami…

Z nikim nie rozmawiałam o tym. Nie były to czasy na rozprawianie nad złem. Ono panowało powszechnie. Najważniejszym było w każdej chwili mieć się na baczności przed nim, nauczyć się omijać je, na tym tylko się skupić, a nie na próżnych żalach czy analizach. Niemal niczego, oprócz zła nie można było od nikogo spodziewać się. Należało bronić się wszelkimi sposobami, każdy po swojemu i wedle swych sił.

Owego dnia na 13-tym bloku spotkałam koleżankę szkolną mojego starszego brata – była flegierką na tym bloku Eliczki. Na tej funkcji wiodło się jej lepiej, niż zwykłym więźniarkom.

Celina zaczęła wypytywać o moje losy w obozie, zaprowadziła do swej nary, którą dzieliła z Prajsową i jej, o rok ode mnie starszą córką, Róźką. Przedstawiła mnie, mówiąc: „spójrzcie, jak to dziecko się tu trzyma, jaka jest czysta!…” Prajsowa, więźniarka, która usługiwała blokowej i nachtwache Pasternaczce, radziła sobie dzięki temu z organizowaniem jedzenia. W czasie selekcji nie były z Róźką zmuszone wychodzić na apel dzięki protekcji u blokowej.

W pierwszych akcjach wywózek do Treblinki z warszawskiego getta Prajsowa straciła swą starszą córkę Chawcię, podobno szczególnie utalentowaną. Na Majdanku straciła resztę rodziny i tam ślubowała Bogu, że będzie robić wszystko co w jej mocy, aby pomóc ludziom, byle tylko Bóg dał jej uratować tę młodszą, Róźkę. Przez cały czas swego pobytu w obozach starała się dotrzymać tego ślubu.

Mnie wtedy wcisnęła do ręki kilka ząbków czosnku i cebulę, które dostała od zaprzyjaźnionej z nią Polki, która otrzymywała paczki z domu. „Przychodź do nas, zawsze ci w czymś jakoś pomożemy” – pożegnała mnie serdecznie Prajsowa.

Trudno opisać, jak mnie te dary uszczęśliwiły. Pobiegłam na swój blok, jak na skrzydłach, podzieliłam się ze swymi koleżankami z nary radością odkrycia w tym piekle dobroci ludzkiej, jak i otrzymanymi darami.

Zaprzyjaźniłam się z Celiną, Prajsową i Róźką. Prajsowa odtąd nazywała mnie swą lagrową córką i pomagała mi w czym tylko mogła. Raz, gdy w czasie dezynfekcji ukradli mi buty i niemal całą odzież, oprócz palta, dała mi część swej odzieży, a Róźce kazała oddać mi jej skórzane buty, bo ja pracuję w Aussenkommando, a ona zostaje na bloku…

Prajsowa była prostą kobietą, z bardzo biednego domu. Jej stosunki z Celiną nie potoczyły się równomiernie. Celina odsunęła się od Prajsowej, gdy zaczęło się jej samej wieść lepiej, dzięki miłości pewnego polskiego więźnia. Przesyłał jej paczki żywnościowe przez kolegów pracujących w obozie kobiet, a często sam przychodził w ich komandzie. Żywność miał z kantyny obozowej czy z kuchni esesmańskiej, bo tam pracował.

Ze mną Celina nie zrywała kontaktu. Zawsze wyciągałam ze szwalni różne, potrzebne jej lub jej funkcyjnym koleżankom drobiazgi. Potem, gdy dostałam się do „Kanady”, wciąż szmuglowałam dla niej odzież, pachnące mydła, które przenosiłam w butach, i żywność.

Do obozowej „Kanady” dostałam się przez dziwny przypadek, bo do lepszych prac zwykle wybierano ładne, dobrze zbudowane dziewczęta, a ja ze swym zamorzonym, choć jeszcze nie „muzułmańskim” wyglądem, mała, niepozorna, w wyblakłych, gnijących szmatach na sobie, nie miałam żadnych szans. Z Prajsową wtedy straciłam kontakt, gdyż z Róźką zostały przeniesione, a ja nie miałam pojęcia dokąd.

Po zredukowaniu z „Kanady” odprowadzono nas na 25-ty blok, czyli blok śmierci. Tu już nie dostawało się jedzenia, nie wyprowadzono nawet do ustępów. Więzienie w więzieniu, cela skazańców. Zrozpaczone przyjaciółki niektórych więźniarek zakradały się, starając się przez wszelakie szpary wcisnąć im coś do jedzenia, wodę – słowo otuchy. Wyczekiwałam na pomoc od Celiny, jednak na próżno.

Aż raz, pod strażą sztubowych, zaprowadzono nas do ustępów. Była to jakaś niezwykła łaska. Zdobyłam się na odwagę i ukradkiem oderwałam się od grupy, aby pobiec do Celiny. Wiedziałam co mnie czeka, jeśli zauważą moją nieobecność, ale też wierzyłam głęboko, że zdążę zawiadomić Celinę o moim położeniu, a ona uratuje mnie poprzez swe znajomości z funkcyjnymi albo da mi choć cokolwiek do jedzenia. Sama myśl o takiej możliwości przywracała mi siły, wypełniała życiodajną nadzieją.

Zdyszana stanęłam przed blokiem przyjaciółki. Akurat rozmawiała o czymś z koleżanką i nawet nie spojrzała na mnie. Ziemia paliła mi się pod nogami. „Muszę szybko wracać”, upominałam niecierpliwie Celinę, „muszę dogonić grupę, nie jadłam już kilka dni…” Zrobiła ruch ręką, jakby odpędzała się od natrętnej muchy.

Nagle pociemniało mi wszystko, nic już nie miało znaczenia, nic. Jak zbity pies pobiegłam z powrotem do mego więzienia. Mogą mnie już zabić, nie zależało mi więcej na niczym. W tej chwili rozczarowanie było gorsze od grozy śmierci. Takim też może być człowiek, nawet po ponad roku w Birkenau, i na samym dnie tego piekła.

Znany izraelski krytyk literacki napisał do mnie po przeczytaniu moich wspomnień, że nie pojmuje, jak można było jeszcze czuć obrazę w Oświęcimiu, a moją walkę i niezwyciężoną chęć życia tłumaczył moim dziecinnym wiekiem, bo dlaczego by chcieć żyć w podobnych warunkach?…

Niemiecka decyzja co do zredukowanych z „Kanady” zmieniła się. Rozdzielono nas do różnych komand, do różnych bloków – nie zabiją nas w akcji zacierania śladów zbrodni. Zaczęli wysyłać transporty więźniów do obozów w Niemczech. Ja szczęśliwie dostałam się do Kartofelbunkru. Odtąd powiodło mi się lepiej, bo mogłam codziennie szmuglować do obozu po 4 – 5 kartofli i wymieniać je na inne rzeczy.

Kiedy rozkazali wszystkim bez wyjątku więźniarkom zgromadzić się wokół szubienicy, na której wieszali złapaną w nieudanej ucieczce lauferkę Malę Zimetbaum, odnalazłam tam niespodziewanie Róźkę i Prajsową. (Mala uciekła i została potem złapana ze swym ukochanym, polskim więźniem Edkiem Galińskim.) Odtąd trzymałyśmy się razem, choć nie byłyśmy w tych samych blokach. Dzieliły się ze mną zupą, której dostawały od blokowej trochę więcej. Przychodziłam spać na ich narę, bo były tylko we dwójkę, a ja tłoczyłam się w siódemkę w moim bloku. Spychano mnie tam z siennika na zabłocone buty, ściągano ze mnie koc w nocy. W okresie epidemii tyfusu wstawałam mokra od potu ścieśnionych przy mnie, palących gorączką sąsiadek. Było surowo zabronione nocować w cudzych blokach, ale Prajsowa i Róźka ryzykowały, aby mi pomóc, ja zaś niewiele miałam do stracenia, zresztą jak każdy „przestępca”, wierzyłam, że mnie nie przyłapią.

Kiedy znowu byłam razem z Prajsowa i Róźką, Róźka opowiedziała mi raz, że gdy była na swej służbie jako Torwache (straż u drzwi bloku) jakiś mężczyzna zatrudniony w kobiecym lagrze chciał jej dać paczuszkę jedzenia. Odpowiedziała mu, że pewnie oczekuje czegoś od niej w zamian, czego nie znajdzie, niech więc lepiej da te swoje dary jakiejś innej. Róźka miała wtedy 15 lat, a ja ledwie rozumiałam o co chodziło…

Prajsowa, usługując Nachtwache, wynosząc do ustępów za nią kubły, do których załatwiały się uprzywilejowane więźniarki, miała dostęp do pieca. Niemal co wieczór stawiała na ogniu blaszany garnuszek i gotowała w nim, w zdobytej z Waschraumu wodzie pełnej rdzy, zupki z kawałka chleba, ząbka czosnku i kawałeczka margaryny z naszych głodowych przydziałów. Rozdzielała ten gorący posiłek chorym kobietom na narach, każdej po kilka łyżek. Ukrywała chore na tyfus więźniarki pod kojami na dole i opiekowała się nimi. Nieraz ja i Róźka ostrzegałyśmy ją przed niebezpiecznymi następstwami, ale nie chciała nawet tego słuchać.

Nachtwacha zbiła strasznie Prajsową, gdy raz przyłapała ją na tym gotowaniu. Jednego wieczoru, słysząc, że Pasternaczka nadchodzi, chciała szybko wyciągnąć garnuszek z ognia i sparzyła sobie rękę. Musiała pójść na rewir. Byłyśmy z Róźką zrozpaczone. Ale nie było rady. Zaczęłyśmy chodzić do niej co dzień na rewir, który znajdował się w innym lagrze.

Pragnęłyśmy ją ratować, ale czym? Naszymi porcjami chleba. Zjadałyśmy wspólnie jedną z naszych porcji zup, drugą zaś wymieniałyśmy na pajdkę chleba i w ten sposób zanosiłyśmy jej na rewir co dzień trzy porcje chleba. Ucieszona Prajsowa, nie zastanawiając się ani chwili, rozdzielała to dobro innym chorym, a my patrzyłyśmy na to bezradne, głodne.

Gorzej było jednak, gdy raz nasza wizyta u Prajsowej przedłużyła się nieco i bramy obu lagrów zostały już zamknięte. Przez jakąś dziurę przecisnęłyśmy się na wąski teren międzyobozowy, ale nie mogłyśmy się dostać z powrotem do naszego obozu. Lada chwila mógł przechodzić tamtędy posten i zastrzelić nas za próbę ucieczki. Jak inaczej, niż chęć ucieczki, mógłby zrozumieć naszą obecność w tym zakazanym miejscu? Czy pytałby w ogóle lub zastanawiałby się? Na szczęście była ciemna noc, skryłyśmy się wśród jakichś krzaków i nad ranem, gdy Sonderkommando przyszło po trupy z rewiru, przebiegłyśmy do swych bloków na apel.

Kto wiedziałby dziś o mnie – gdyby mnie wtedy złapali i zabili – że zginęłam niosąc zaprzyjaźnionej w obozie kobiecie swą jedyną, dzienną porcję chleba do „szpitala”, w nadziei, że to ją wzmocni i ocali?

***

Wielu uważa, że dzisiaj, w świecie przywróconym do normy, nie można osądzać zachowania się ludzi w owych okropnych czasach. Mówią: „nie wiem jak bym postąpił, gdybym był na ich miejscu”.

Również i tych, którzy współpracowali z prześladowcą, bogacili się na tym chwilowo, ratowali własne życie czy życie swych bliskich kosztem życia współwięźniów, współrodaków, upajali się władzą nad nimi – na końcu zgładzono. Czy też musieli robić to, co robili?

Moim zdaniem nie śmierć uświęca, a życie, które nie dało się upodlić w żadnych warunkach. Inaczej, jakie znaczenie miałaby wierność, poświęcenie?

Martwi, zamęczeni, pobici na śmierć, okradzeni przez współwięźniów z ostatniej, jedynej pajdki chleba czy miski zupy, już nie przemówią. Inni, urodzeni potem, wolą się nad tym nie głowić. Łatwiej jest powiedzieć, że wszystkiemu były winne stworzone przez nazistowski reżim warunki, które deprawowały ludzi.

Tak utrzymuje większość, w ten sposób pisze się scenariusze filmów i sztuk teatralnych. Przedstawia się zło i upodlenie uogólniając je, jako przymus w walce o życie za wszelką cenę. Kto nie był takim, nie mógłby przeżyć – twierdzą. Według tej logiki, wina była więc i w nas, tych, którym cudem, przypadkiem lub nadludzkimi siłami duchowymi udało się przetrwać.

***

Nie mogę przyjąć takiego rozumowania, chociaż wiem, że mój nikły głos niewielu przekona. Nie odnajduję siebie wśród tych pojęć, w obliczu znanych mi faktów z owych lat, ani zachowania się moich bliskich z gett i z obozów.

Ojca mojego widziałam po raz ostatni w życiu na Umschlagsplatzu pod pałkami żydowskich policjantów, popychanego do wagonów do Treblinki. Mnie i mamę zgodzili się wyprowadzić z Umschlagplatzu za złotą obrączkę, garnitur i zegarek brata.

Byłam oszołomiona, przerażona tym wszystkim, co działo się wokół nas! Ciągłe łapanki, kryjówki, opustoszałe mieszkania po wywiezionych bliskich, sąsiadach, znajomych! Niepewność jutra, każdej następnej godziny, mordy, samobójstwa i bezdenna rozpacz… Nie pojmowałam wówczas, na co im jeszcze potrzebny był cudzy garnitur i zegarek?!

Tak samo było w Auschwitz, w „Kanadzie”: pali się masowo ludzi zwożonych z całej niemal Europy, a tu „kochani” oświęcimscy przynoszą swym szczęśliwym wybrankom perfumy z transportu i rozmaite, wyjątkowe śliczności! A potem ich żal, że już nie ma transportów, że nie będzie pracy w tak dobrym komandzie…

A ja nie mogłam już mówić, ludzkie słowo straciło zupełnie sens! Moja przyjaciółka powiedziała na to, że „Halinie już nie wypada rozmawiać z nią, bo dostała lepszą pracę”…

Kiedyś stałyśmy godzinami na apelu, podczas szalonej ulewy. Woda przenikała do kości, zapadała już noc i nie wpuszczali nas do baraków. Na dodatek rozkazali nam klęczeć i trzymać w uniesionych do góry rękach cegły… Ogień z palonych niedaleko ludzi oświetlał obóz, swąd palonego mięsa ludzkiego mdlił, dusił w gardle. Nie widać było końca tej męki. Więcej nie byłam już zdolna czuć ani myśleć, jakby ta woda z nieba rozmyła i wypłukała ze mnie poczucie jakiegokolwiek człowieczeństwa.

Wtem jakaś kobieta klęcząca obok mnie wyszeptała: „zobaczysz, jeszcze będzie świat, będą pisać o nas książki, robić filmy o nas”. Ożyłam, rozjaśniło mi się w oczach. Nasze męki nie będą daremne, nie będą zapomniane – zło nie zwycięży, będzie kiedyś jeszcze świat!

Nie wiem, kim była ta kobieta, czy przeżyła, czy doczekała świata, w którym i dobro i zło zostanie zapisane i ocenione. Ja doczekałam. Ta nieznana kobieta ma w tym także swój udział, jak i szereg innych ludzi różnych narodowości, którzy podali mi rękę w tym piekle, okazali przyjaźń i miłość tak wielką, jak wielkie i bezkresne było w tym niemożliwym, niewyobrażalnym miejscu cierpienie.


Dodaj komentarz

Herzliya. Poobozowe Echa

Halina Birenbaum

Pro Memoria Nr 8 Styczeń 1998
Biuletyn Informacyjny
Państwowego Muzeum Oświęcim-Brzezinka

Halina Birenbaum

Wciąż to żywe widmo obozów. Czarny cień i nie tylko w postaci wspomnień. Coś głębszego jeszcze, wdrążonego w obieg krwi, w duszę. Działa na dobro i zło w ciągu tych wszystkich powojennych lat, na reakcje, na środowisko, potomstwo. Ból, łzy, nigdy niewypłakana tęsknota. Mimowolne porównania: wtedy – dziś, poszukiwania wyjaśnień, nawroty w myślach do miejsc, do sytuacji. Obłędne sny, przedziwne skojarzenia, asocjacje. Nakładanie się dawnych sytuacji na obecne.

W przepełnionym wagonie niemieckiego pociągu, którym wracam z Międzynarodowych Targów Książki z Lipska do Berlina, wyrastają mi nagle przed oczyma góry odzieży w Kanadzie i dzikie myśli o ludziach, jak my tutaj, dojeżdżających do stacji, gdzie zdziera się z nich ubrania, wszelkie ozdoby, biżuterię i zabija, spala.

Nie mogę tego wyszarpać z mózgu, mimo zmagań.

Chodziłam z Brzezinki do Kanady sortować te rzeczy, zanosiłam bundy odzieży do wagonów na wysyłkę do Niemiec, oddychając zapachem życia i dymem śmierci. Końcem świata…

Hałas w głowie ogłusza mnie w tym ogólnym milczeniu, moim i pasażerów wokoło.

Towarzyszący mi niemieccy znajomi uśmiechają się do mnie przyjaźnie. Odwzajemniam się im uśmiechem swego powojennego ja. Ile we mnie postaci – własnych i tych wchłoniętych wtedy! Ile przeobrażeń i ech?!

Nieuzasadniony strach, przymus walki z jakimkolwiek, prawdziwym czy domniemanym zagrożeniem. Wypatrywanie ponownych wyzwoleń w każdej trudniejszej sytuacji, wyczekiwanie na to lepsze, mające wciąż jeszcze nadejść jakimś niespodziewanym cudem – dobicia do jakiejkolwiek następnej mety… Lęk przed nagłym oderwaniem, obelgą, porzuceniem – przed utratą kogoś bliskiego i lekceważenie strat materialnych, byle tylko nie zagrażały życiu.

Nie chowam chleba, czerstwego nie wyrzucam tylko dlatego, że można nim nakarmić zwierzęta czy ptaki. Nie robię zapasów żywności. Ale boję się lekarzy, ewentualnego słowa koniec w ich diagnozie, jak… podczas selekcji przed wyrokiem – na lewo! Napięcie gwałtowne lub ulga… A przecież panuje spokój (przerywany jednak wciąż wojnami, wybuchami terrorystycznymi), setki spraw wszelkiego kalibru normalnie toczącego się życia: dom, rodzina, plany, dążenia.

Miłość i wiara w życie goją rany, rodzą siły, aby móc na nowo zakwitnąć, budować, nawiązać nowe przyjaźnie, bliskość, pokrewieństwo. One są silniejsze od rozpaczy, jak sama natura zresztą.

A odebrane czy spalone mienie? – z tym najłatwiej się uporać, zdobyć inne i cieszyć się nim nie mniej. Po owej najstraszniejszej pożodze każde osiągnięcie sprawia satysfakcję i radość, jest zwycięstwem nad zniszczeniem i śmiercią. Wydaje mi się, że odczuwam zwykle tę radość mocniej, niż inni ludzie. Ale także i smutek. Tkwi on we mnie nieustannie, jakby czuwał, żebym nie zapomniała obozowych cierpień i tego, że miały one naprawdę miejsce w naszym świecie! Przyjaciel z Rzeszowa zauważył kiedyś podczas naszego pierwszego spotkania, że ja nawet kiedy się śmieję, mam w oczach smutek… Osiadł wtedy na dnie duszy i wciąż wyziera bezwiednie. Ale nie zmusza do rezygnacji. Pozwala mi lepiej rozumieć, myśleć i czuć głębiej, znajdywać ujście w działaniu, w przekazywaniu.

Odradzające się energie przetwarzają to wszystko w źródło twórczości. Czerpią z niego również nasi synowie. Niestety przejęli oni także w dużej mierze ów strach i inne wrażliwości. Nie znali nigdy dziadków, krewnych, wiedzieli o nich tylko z moich przerażających opowieści, które rozpoczęły się od pierwszego spostrzeżenia tatuażu oświęcimskiego i pytania: co ty sobie narysowałaś na ręku?…

Dowiedzieli się rychło, że zostałam zawleczona w wielkim tłumie z matką z getta do łaźni w obozie nazistowskim, gdzie w pewnej chwili obróciłam się – i już nie było nigdy mamy! Odtąd, nawet gdy wychodziłam wyrzucić śmiecie, wołali za mną: mamo dokąd?!…

Czy miałam nie opowiadać? Dać ponownie umrzeć mojej matce, ojcu, bratu, aby nie straszyć dzieci?

Do dziś niejedni specjaliści zarzucają mi, że wpoiłam dzieciom tym opowiadaniem najgorszą truciznę – oświęcimską śmierć! (Pisali tak w niektórych recenzjach o izraelskim filmie „Z powodu tej wojny”, w którym uczestniczę wraz z synem.)

Kiedy po raz pierwszy opowiedziałam swe przeżycia z Szoah w szkole, zdumione i zaszokowane nauczycielki zapytały, jak mogę o tym tak otwarcie mówić, to przecież może zaszkodzić dzieciom, nie będą mogły spać w nocy, nabawią się kompleksów!…

Nigdy nie przyszło mi to na myśl, że pamięć o straconych bliskich może zrobić komukolwiek coś złego, ale zawstydziłam się, poczułam się winna i bardzo upokorzona.

Nie mogę jednak wykreślić przeszłych zdarzeń, one i ich skutki wplatają się w moje życie różnymi drogami, czy to się komuś podoba czy nie. Nie spałam wtedy tyle nocy – odpowiedziałam – nikomu więc nie stanie się wielka krzywda, jeśli nie prześpi tej jednej nad naszymi dawnymi dziejami.

Najgorzej bywa, gdy nadchodzą święta. Nakryty białym obrusem, zastawiony tradycyjnymi potrawami stół, przypomina tak boleśnie ojca odzianego odświętnie, odprawiającego dziękczynną modlitwę, matkę zapalające świeczki i szepczącą nad nimi swoje błogosławieństwo z zakrytą dłońmi twarzą.

Obraz domu – kiedyś w Warszawie na Nowiniarskiej…

Nawet wiatr niosący zapach jesieni przypomina te święta i budzi tęsknotę. Połykam łzy, staję się nerwowa, wybucham o byle co. Dzieci w tym czasie zwykły pytać, kto przyjedzie do nas na święto, albo do kogo pojedziemy, bo ich koledzy jadą do cioci, do babci albo też przyjeżdża do nich wujostwo, kuzynowie – a co z nami?

Raz skrzyczałam strasznie syna, żeby więcej nie zadawał takich pytań i żeby raz na zawsze zrozumiał, że my nigdzie nie jedziemy i nikt do nas nie przyjeżdża, bo oprócz siebie nikogo nie mamy – i rozpłakałam się.

Dzieciak zamilkł bezradnie. Nie byłam zdolna w owej chwili zdać sobie sprawy ze swego zachowania. To ciągle powtarzające się pytanie było, jak nóż w serce.

Potem, zaczęliśmy odprawiać święta wraz z przyjaciółmi, których losy były podobne do naszych. Oni zapraszali nas do siebie, my ich do nas. Przy stole stało się radośnie, jak w rodzinie, jednak nie bez ukrytego cienia tamtych wspomnień, którymi także dzieliliśmy się. I nie bez mimowolnego lęku, że lada chwila ten spokój i radość mogą nagle przepaść, albo zostać niespodziewanie odebrane…

Bo wówczas każdy koszmar był najzupełniej normalny, a żadne zło jeszcze nie tym najgorszym – zło było po prostu bezdenne! Ale i potęga ludzkiego dobra w tym piekle, która ratowała następne chwile życia, wiarę i sens walki o nie. Do dziś towarzyszy mi przeświadczenie, że z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji można wyjść cało, skoro dało się przeżyć tamto mimo wszystko i pozostać nadal człowiekiem.

Świadomość tego mają też nasze dzieci, a mnie umożliwiła po odzyskaniu wolności zaufać losowi, zebrać siły, aby rozpocząć nowe życie z dala od korzeni, od wszystkiego i wszystkich, co było takie drogie i bliskie, a po czym nie zostało żadnego śladu, prócz mnie samej.

W innym kraju, klimacie, języku, krajobrazie – wśród innych ludzi. Samotność, sieroctwo i ta tęsknota – moja młodość stara, poobozowa, pooświęcimska, w której tworzyłam to nowe życie, rodzinę, dom. Moje zwycięstwo, ludzki byt – po tamtym piekle. Zwykły dowód, że nadzieja jednak nie jest złudzeniem.

Ale z czymś chyba do obozu przyszłam, skoro potrafiłam wyobrazić sobie wtedy i wierzyć, że świat będzie piękny, jak tylko hitlerowcy przegrają wojnę i skończy się to diabelskie szaleństwo.

Tym, czym byłam i jestem, nie stałam się w getcie warszawskim czy w obozie, choć tam właściwie wzrastałam od 10 do 15 roku życia, wychowałam się i uczyłam tego, co naprawdę człowiekowi do życia konieczne. W owej dusznej, ścieśnionej do nieprzytomności masie ludzkiej, skazanej na tysiączne rodzaje śmierci.

Nie nazistowskie potwory, ani rzeczywistość, w którą nas wtrącili ukształtowały moją osobowość czy zachowanie wtedy i potem. Niektórzy tak twierdzą nieraz, żeby zrzucić z siebie dawne i obecne grzechy. Wszystkiemu – utrzymują do dziś – winni są naziści, terror, warunki.

Oszołomieni w obozach kompletnym rozbiciem wpajanych od pokoleń pojęć ludzkich wartości nie wszyscy staliśmy się jednakowi i koniecznie źli, bo inaczej nie dałoby się przeżyć… (Nieraz słyszałam: kto wie, co ty tam zrobiłaś, że żyjesz, gdy tak wielu zginęło?!)

Zewnętrznie nie przypominaliśmy już postaci ludzkich – ani kobiet, ani mężczyzn, starców czy dzieci. Ledwie można było nas rozpoznać w tej odmienionej, szarej, wychudzonej, zmaltretowanej i ogołoconej ze wszystkiego masie uwięzionych. Ale nie każdy wyszedł stamtąd (jeśli w ogóle wyszedł!) z takim samym ładunkiem doświadczeń, obciążeń i późniejszych przemyśleń czy reakcji.

Każdy miał swój własny Majdanek czy Auschwitz, który inaczej odbijał się na jego losach. Nie sądzę, by można było włączyć wszystkich do jednakowej kategorii, określić jak piętnem, wspólnym mianem specyficznych przeżyć czy poobozowych urazów. Ale tak właśnie przyjęło się określać.

Również nasze dzieci wstawia się pod ogólny mianownik: Dor Hahemszeh, czyli potomne pokolenia ocalałych z Szoah.

Najłatwiej chyba zamykać ludzi w uogólniające ramki, doszukiwać się wspólnych cech i reakcji. I znów to: Wy, ci inni!… Można w ten sposób dzielić ludzi bez końca w rozlicznych celach czy interesach. Wpisywać do rozmaitych grup: do takich, co doświadczyli Holocaustu i takich, którzy go ominęli z daleka lub urodzili się później; zagnanych w bydlęcych wagonach do kacetów, i takich, których uratowali szlachetni ludzie w swych domach, w klasztorach lub wśród partyzantów w lasach.

Przed kilkoma laty powstało międzynarodowe stowarzyszenie Dzieci Holocaustu. Nie, mnie nie przyjęto, bo w odróżnieniu od innych, nie uciekłam przed śmiercią, dałam się zawlec do obozu zagłady… Może i lepiej, że mnie nie przyjęli. Wolę nie należeć do specyficznych grup, a wobec ludzi być zawsze tylko sobą.

Trzeba więc bezustannie zmierzać się z tym wszystkim. Wstydzić się nieraz swej pamięci, czuć się winnym tej zastraszającej przeszłości i udowadniać, że nie jest się słabszym, gorszym, mniej odważnym, czy zdolnym.

Podlegamy (w każdym razie z dala od miejsc, po których przeszła pożoga Holocaustu) hurtowemu, niekoniecznie zaszczytnemu mianu: ocaleni z Szoa… A to ma już wyrazić o nas wszystko: pochodzenie, poziom, charakter.

Jednolita masa ludzka bez własnej twarzy ani wtedy, ani dziś.

I tak też dzieje się w odniesieniu do książek na temat tych przeżyć, pisanych zwłaszcza przez bohaterów owych zdarzeń: a, znów książka o Szoa! To nie jest literatura! Siła tych książek leży jedynie w samych okropnościach zdarzeń, których autor doświadczył i był świadkiem. Po co w ogóle tyle pisać na ten wiadomy, znany temat?! Jak jeszcze żyć potem, gdy się czyta o takich rzeczach?

Ile razy mi mówiono z politowaniem, że powinnam zapomnieć i dziwiono się, że nie wyszłam z tego, nie wyzwoliłam się, utkwiłam obsesyjnie w przeszłości, a to jest złe, niezdrowe, szkodliwe!

Córka znajomej kazała matce zasłaniać rękę z tatuażem oświęcimskim, gdy odwiedzają ją koleżanki szkolne. Frania przeszła nieopisaną mękę łódzkiego getta, rozpaczliwych ucieczek i kacetów. Straciła męża, siedmioletniego syna – niemal całą, wielką rodzinę. Po wyzwoleniu zbudowała sobie nową rodzinę w Tel-Avivie. Zwróciła się do mnie, żebym spisała jej losy – spadek dla córki, która wyszła za mąż i wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych.

Większość ocalałych z Szoah jednak milczała o swej przeszłości, nawet przed własnymi dziećmi. Chcieli udowodnić sobie i swojemu otoczeniu, że niczym nie różnią się od innych.

Nie chciano ich zresztą słuchać, a dzieci wyczuwając ogólną atmosferę, broniły się przed hańbą rodziców. (Nasz starszy syn mając piętnaście lat zmienił nazwisko na hebrajskie – izraelskie. Teraz tego żałuje…)

A tak pragnęliśmy wtedy przeżyć, bodaj po to, by opowiedzieć o wszystkim!

Zduszony, niewypowiedziany ból kładł się jeszcze większym cieniem na członkach rodzin, ciążąc tajemnicą i niezrozumiałą innością. Ich dzieci okazywały mi zawsze wdzięczność, że godzę się wracać do tamtych zdarzeń, a przez swą opowieść dać im możność poznania tego, co przeszli ich rodzice i dziadkowie.

Po latach gorzko żałowali swego milczenia. Posypał się grad spóźnionych wspomnień już niemal znad grobu.

Ja od początku wybrałam inną drogę wierna sobie, ale często skłócona ze środowiskiem podatnym na wpływy, mody czy panującą atmosferę. Nie wstydziłam się tego, że byłam w obozach, czym tam byłam i co stamtąd wyniosłam. Po latach wielu poszło za moim przykładem.

Każdy nosi w sobie rozmaite urazy czy kompleksy z różnych okresów swego życia, z powodu jakichś tragedii, chorób czy błędów. Bywają ludzie o podobnych losach, charakterach, reakcjach. Sieroty, niepożądane dzieci, upośledzeni w przeróżny sposób, a psycholodzy czy inni naukowcy mogą ich ustawiać w grupy statystyczne pod wspólnym mianem, jak to moje – nasze np: uratowana z Holocaustu.

Nadano mi znak czy swoisty, wieczny dyplom… Jeśli wyróżnię się czymś złym czy wybitnym, powiedzą o mnie przede wszystkim, że to ta uratowana z Szoah, a potem dopiero całą resztę. Jedna z tych, których naziści wrzucali do masowych grobów bezimiennie, bez mogiły, bez śladu.

Jestem gorzka, nieodporna na dodatkowe urazy po tamtych – z obozów, nawet jeśli niczego nie da się porównać z tym ostatnim. Tamto stanowi wieczny przykład, przypomnienie!

Nie przeszkadzało mi to wszystko, brać na siebie wszelkiego rodzaju trudów na różnych etapach życia.

Od razu po wojnie podjęłam niebezpieczną, niezwykle ciężką wędrówkę w nielegalnej drodze do ówczesnej Palestyny i tam przy braku minimalnych warunków założyłam rodzinę, dom, urodziłam i wychowałam dwóch synów na wrażliwych, twórczych ludzi. Od najmłodszych lat opowiadałam im o swojej przeszłości w Szoah, o utraconej rodzinie, kolegach, koleżankach.

Nieraz słyszeli w nocy krzyk matki, bo śniło mi się, że Niemcy znów zajeżdżają ciężarówką przed nasz dom, walą w drzwi, a ja szukam gorączkowo jakiegoś schowka na strychu, aby szybko ukryć się w nim z dziećmi.

Albo, że stoję na placu przed łaźnią obozową podczas selekcji i palec esesmana wyznacza mnie nieodwołalnie na lewo, do gazu i nie ma żadnej szansy ucieczki, ratunku, a tak bardzo chcę żyć!!!

Mąż budzi mnie zlaną potem i przywraca do rzeczywistości. Zdumione dzieciaki wracają do łóżek. Ale kamień długo jeszcze leży mi na sercu, dręczy, boję się zasnąć, aby koszmar nie nawiedził mnie ponownie.

To znów, gdy spaceruję z dzieckiem w wózeczku pod izraelskim błękitem i słońcem, przelatujący nad nami samolot wprowadza taką grozę w moją duszę, że mimo woli nachylam się, aby obronić dziecko przed bombą, rozglądam się za schronem i nic mnie już nie cieszy – ani niebo ani słońce. Zapominam na moment, że to nie wrzesień 1939 roku w Warszawie i nie niemiecki samolot.

A po chwili śmieję się z siebie, oglądam piękne wystawy sklepowe i marzę o możliwości kupienia modnej sukienki, pantofelków, torebki…

Obecna rzeczywistość i tamta, plastycznie bliska, świeża, żyje wraz ze mną, we mnie.

Moi nowi znajomi i przyjaciele po wojnie to przeważnie ludzie starsi. Garnęłam się do nich, szukając matki, rodziców zamordowanych w Treblince i na Majdanku, gdy miałam 12-13 lat. Nie widziałam ich nigdy starych, chorych – umarłych. Raptem oderwano ich ode mnie i pognano na śmierć. Błyskawicznie, nieodwołalnie!

Do dziś nie godzę się, nie mogę pomieścić w sobie tego oszołomienia i bólu – szukam ciągle przynależności rodzinnej… Wciąż pytam w duszy – czy mnie widzą gdzieś zza światów jako dorosłą kobietę, matkę własnych dzieci, wnuków, których nigdy nie poznali?

Nauczyłam się od tych starszych znajomych gotować, piec, być gospodynią – jaką mama była kiedyś. Ona nie zdążyła mi przekazać swych umiejętności prowadzenia domu, opieki nad dzieckiem.

Szukałam w pamięci tych śladów i smaku, i wyobrażałam sobie rady czy odpowiedzi, jakich mogłaby mi udzielić na napotkane problemy. Dzieliłam się z nią w myślach swoimi drobnymi lub czasem większymi osiągnięciami. Nieraz marzyłam o tym, aby wtulić się w jej ciepłe, tchnące bezpieczeństwem ramiona i wypłakać raz na zawsze ten cały przepełniający mnie ból.

Jaką, wobec tego, mogłam sama być matką? Ile błędów musiałam popełnić?

Wiele obozowych doświadczeń osiadło we mnie na zawsze, ale chyba nie akurat jedynie w złym sensie. Potrafię mocniej wczuć się w losy innych ludzi, szybko rozpoznawać i sprzeciwiać się wypaczeniom, krzywdzie. Pomagają mi szczególnie w życiu wyostrzone w obozach instynkty i intuicja.

Nie mam w sobie nienawiści, nie potrafię się mścić, bo znam smak cierpienia i od razu identyfikuję się z nim.

Także widok głodnego, opuszczonego psa czy kota przywodzi mi obraz siebie z wtedy. Bezradność, daremne wołanie o pomoc, o życie!

I nagle mrok, depresja.

Na szczęście, nie jestem dziś w większości wypadków bezradna. Mogę pomóc, nakarmić, sprawić komuś radość, a czasem wyleczyć stworzenie, śledząc z satysfakcją poprawę w chorobie.

Najbardziej cieszę się zawsze zwycięstwem nad śmiercią! Bo tam ona szalała wszechwładnie. Jednak możliwy jest cud, zło nie jest niezwyciężone. Skoro przeżyłam i udowodniłam… nadzieję.