Spółki Miejskie


2 Komentarze

Proste historie. Judeo-Polonia

Jarosław Kapsa

Nie sposób dziś bezpiecznie przepłynąć między Scyllą antysemityzmu i Charybdą filosemityzmu. Tragedia Zagłady narzuciła dodatkową cenzurę, w myśl zasady: o zmarłych albo dobrze, albo wcale. Pisząc więc o idei Judeo-Polonii przyjmuję z pokorą możliwość oberwania w łeb z każdej, możliwej strony. Profilaktycznie zacznę od przedstawienia pojęć nie-oczywistych.

1. Test Singera.

W szkole, albo poza szkołą, szczycimy się naszymi Noblistami. Jest oczywiście uwielbiany Sienkiewicz, nieznany, ale szanowany Reymont, „pomnikowy” Miłosz, „moskalikowa” Szymborska…

A Singer, czy Isaac Beshevis Singer jest naszym Noblistą…? Chyba nie, bo to Żyd… Czy jest więc pisarzem izraelskim? No, nie… A amerykańskim? Chyba też nie… Nie pisał o Miami ani o Sacramento, ale o znanych i bliskich mi stronach: o Biłgoraju, Lublinie, Goraju, Nowym Dworze Mazowieckim, Warszawie. Pisał o nich nie jako turysta, ale jako człowiek urodzony pod Radzyminem, a wychowany w Biłgoraju. Pisał nie po angielsku, ale w języku, który powstał i przybrał wartość języka literackiego na obszarze Rzeczpospolitej. Biłgoraj to jego i moja ojczyzna, więc jak mógłbym go nie uważać za „naszego” Noblistę.

2. Prawdziwy Polak, prawdziwy Żyd.

Właściwie to nigdy w życiu nie spotkałem prawdziwego Polaka (Niemca, Ukraińca, Żyda), bo każdy z nich był inny, więc trudno ustalić oryginalność. Dla wygody grupujemy różne stworzenia w szufladki gatunków, ras, klas, narodowości, ale samooszukaństwem jest wywodzenie z tego jednolitości. Z tego samooszustwa wytwarzamy stereotypy; mówimy, że my Polacy to jesteśmy tacy, a oni, Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie, owacy. Rodzi się z tego filo- albo antysemityzm, jak każda ideologia krępująca pracę szarych komórek.

3. Interes narodowy.

Każdy indywidualnie odpowiada za swoje grzechy, każdy indywidualnie szczycić się może swoimi osiągnięciami. Nie ma winy, ani zasługi zbiorowej. Mogę kibicować danej społeczności, ale to nie ja wygrywam mecz czy wojnę (o ile wojnę można wygrać?). Mogę poczuwać się do solidarności z naszymi, ale nie biorę odpowiedzialności, ani tym bardziej nie będę krył świństwa, które ktoś z naszych zrobił. Z tych względów mam spore wątpliwości czy istnieje interes narodowy. Jest rzeczą bardzo trudną, wręcz graniczącą z niemożliwością, wypracowanie wspólnych rozwiązań problemów społecznych nękających każdą zbiorowość; tym trudniejsze wydaje się ustalenie co jest rzeczywistym wspólnym interesem, oprócz sprawy podstawowej: biologicznego przeżycia tej zbiorowości.

Ten wstęp jest potrzebny, nie dla poddenerwowania Czytelników, lecz dla uświadomienia, że w 1918 roku, w chwili odzyskiwania przez Polskę Niepodległości, nie sposób było mówić o stosunkach polsko-żydowskich, lecz o różnorodnych sporach tych, dojrzewających dopiero grup narodowościowych, toczonych na obszarze uważanym za wspólną ojczyznę. Absurdem byłoby odbierać Singerowi prawo uważania Biłgoraja za swoją ojcowiznę, podobnie jak absurdem byłoby odebranie tego prawa przodkom Henryka Wujca.

Problem w tym jak wypracować zasady wzajemnego współżycia na ograniczonym terenie tego miasta w sposób gwarantujący każdemu prawo do własnej tożsamości. Problem tym trudniejszy, że obowiązywała: „doktryna Wilson’a” o samostanowieniu narodów i oparty na niej system traktatu wersalskiego, utożsamiając pojęcia narodu i państwa, wychodzi z tego założenia, że „państwo jest niczem innem, jak tylko przetłumaczonym na język prawniczy pojęciem narodu¹”.

Tym samym „Każde państwo powinno się składać z jednego tylko narodu, mającego poczucie własnej odrębności, pragnącego zachować własną indywidualność i dążącego do zrealizowania swoich własnych zadań i celów. Tylko takie państwo, jednolite pod względem narodowym i pozbawione wskutek tego wszelkich dążeń odśrodkowych, może zapewnić narodowi pełnię rozwoju. Dlatego w obrębie państwa narodowego, poza narodem panującym, nie ma miejsca dla jakichkolwiek innych odrębnych narodowości: powinny one zniknąć, zasymilować się i rozpłynąć w narodzie panującym, któremu udało się utworzyć własne państwo narodowe²”.

Dyskusyjnym było czym jest ten naród, jakie cechy powinien posiadać, czy istotniejszy jest wspólny język, czy też więzi krwi, czy może wspólna kultura i pamięć historyczna…

Koniec XIX wieku to czas „wielkiego wstrząsu” tworzącego współczesne społeczeństwo. Wcześniejsze podziały miały charakter stanowy (chłopi, mieszczaństwo, szlachta) i religijny. Ruch narodowy stawał się formą rewolucyjnego modernizmu, niszcząc stare podziały i struktury. Tak było zarówno w społeczeństwie polskim, jak i żydowskim.

Proces emancypacji powodował, że chłop wydobywał się z miejsca wskazanego mu „przez naturę”, stając się Polakiem czuł się równy szlachcie. W ramach tego procesu musiała nastąpić erozja starej struktury wsi, zniszczony musiał być hierarchiczny układ „zamknięty”, w którym każdy miał swoje miejsce w szeregu, a porządku pilnował despota-wójt na spółkę z proboszczem.

Obraz tych rewolucji z lata „wielkiego wstrząsu” znajdziemy u Reymonta; podobny obraz znajdziemy u I.B. Singera i u Szaloma Asza.

Dawny sztetl też był układem zamkniętym, też był strukturą hierarchiczną, małomiasteczkową oligarchią nadzorowaną przez rabina. Wybór indywidualnej wolności to ucieczka ze sztetla lub walka o zniszczenie „starego”. Żydzi byli przede wszystkim wspólnotą religijną. Wspólnotą zamkniętą, podlegającą drobiazgowej samokontroli ograniczającą wolność indywidualną; wspólnotą świadomie izolującą się od otoczenia.

Bunty i przemiany w sztetlu zmieniały wewnętrzny układ hierarchiczny wspólnoty religijnej. Toczyły się zapiekłe spory ortodoksów z chasydami; po wyodrębnieniu się wspólnot chasydzkich wyraźny był podział na starowiernych ortodoksów i „oświeceniowców” (haskala, ruch reformatorski dążący do asymilacji kulturowej z otoczeniem, przy utrzymaniu odrębności religijnej). Konsekwentnie: ortodoksi dążyli do zakonserwowania izolacji wspólnot religijnych, odgrodzenia murem sztetli od nieprzyjaznego, katolickiego otoczenia; reformatorzy przeciwnie – dążyli do asymilacji nawet kosztem wyrzeczenia się żydowskiej tożsamości.

Miało to swoje konsekwencje. Zamknięcie utrudniało komunikację, tym samym wzmacniało niechętne Żydom stereotypy polskiego społeczeństwa, owocując wzrostem nastrojów antysemickich. Asymilacja miała sens, gdy społeczność polska była otwarta na asymilowanie innych; w przeciwnym wypadku Żyd wyrzekając się żydowskości nie stawał się Polakiem, lecz odrzucanym przez obie wspólnoty „obcym”.

Stary, hierarchiczny układ zamknięty sztetla był w czasach „wielkiego wstrząsu” niemożliwy do zachowania, zbyt szybkie i zbyt powszechne były procesy emancypacyjne. Wzrost nastrojów antysemickich tak w Królestwie Kongresowym jak i w Galicji, powodował konieczność poszukiwania innych dróg „ucieczki ze sztetla”; alternatywą dla asymilacji był syjonizm lub socjalizm.

Tak rzecz wyglądała w ogólnym zarysie przed I wojną światową. W 1918 roku na zlecenie Naczelnego Komitetu Narodowego publicysta warszawski występujący pod pseudonimem Spektator stworzył pod potrzeby ruchu niepodległościowego analizę nastrojów politycznych Żydów w Królestwie Polskim³.

Zaznaczył w niej na wstępie: „Kwestja żydowska w Polsce — to splot najrozmaitszych zagadnień o charakterze społecznym, kulturalnym i politycznym, splot nieszczęśliwy, świadomie przez rząd rosyjski gmatwany, który rozwiązany być musi przez polskie czynniki polityczne, o ile nie chcemy stworzyć sobie przy pozostającym państwie polskiem drugiej kwestji rusińskiej. Rozwiązanie sprawy żydowskiej napotka na trudności ogromne, przeto tem bardziej należy ją badać u źródła, znać ją dokładnie i stosować takie środki zaradcze, iżby rezultat był dla państwa polskiego najpomyślniejszy.” /s 1/

Spektator w sposób następujący opisywał tworzące się żydowskie nurty polityczne: „Asymilatorzy stanowią obóz w żydostwie polskiem najstarszy, ale niestety nie najwpływowszy. Ideologja asymilacji jest ogólnie znana: Żydzi stanowią odrębną grupę wyznaniową, ale nie narodową. Pod względem narodowym są Polakami, tak samo, jak Żydzi niemieccy Niemcami, angielscy – Anglikami itp. Warunki polityczne, w jakich kraj znajdował się przed wojną, nie pozwoliły im rozwinąć energicznej pracy ani w dziedzinie oświatowej, ani też w dziedzinie uspołecznienia, uobywatelenia szerszych, a w ciemnocie i zaniedbaniu kulturalnem i umysłowem grzęznących mas ludowych. (…) Są więc asymilatorzy przedstawicielami pewnego nielicznego, ale dość wpływowego odłamu żydostwa polskiego, ale całości bynajmniej nie reprezentują. (…) W życiu politycznem nie odgrywają asymilatorzy roli stronnictwa. Jest to zupełnie zrozumiałe. Nie są oni partją, łączy ich tylko świadomość wspólnej przynależności do kultury polskiej i — nic więcej. Politycznie i społecznie należą do różnych ugrupowań, najczęściej jednak zasilają szeregi partji postępowo-radykalnych. /s. 5-6/

Nieco inaczej przedstawia się obóz tzw. Neoasymilatorów. Grupa ta, jednocząca pewien odłam inteligencji polsko-żydowskiej młodszej generacji, powstała dopiero podczas wojny w roku 1915. Jako tacy, występują w życiu publicznem. Różnią się w swych poglądach i taktyce od asymilatorów tem, że nie wyrzekając się narodowości polskiej, utrzymują jednak bliższy kontakt z masą, a właściwie mieszczaństwem żydowskiem, gdyż o wpływy wśród proletarjatu walczą grupy inne, o których będzie mowa. (…) Manifestują na każdym kroku swoją przynależność obywatelską i narodową do Polski, ale energiczniej, niż asymilatorzy, występują w obronie praw obywatelskich żydów. /s. 6-7/

Przechodząc do obozów nacjonalistycznych poczniemy od sjonistów jako przeważających liczebnością i wpływami. Ideologja sjonizmu nie liczy u nas ponad 20 lat istnienia. Ideą, która odgrywać zaczęła pewną rolę w życiu społecznem i politycznem Żydów polskich, stał się niedawno, w okresie poprzedzającym bojkot Żydów, a rozrósł się i rozwinął w czasie wojny, idee narodowo–żydowskie przywędrowały do nas wraz z masami Żydów rosyjskich, wydalonych z Rosji, począwszy od lat 80-ciu ubiegłego stulecja.

W miarę, gdy żywioły te, osiedlając się w większych miastach, stykać się zaczęły z ludnością miejscową, a przede wszystkiem z Żydostwem polskiem — rozpoczął się proces wzajemnego oddziaływania jednych na drugich.

Rezultaty tego procesu uwidoczniły się dopiero w latach ostatnich. Okazało się, że pewien odłam Żydostwa polskiego przyswoił sobie idee nacjonalistyczne, jako dobro najwyższe. (…) To, że syjoniści (a wraz z nimi nacjonaliści innych odcieni) zdołali opanować część tłumów, jest z jednej strony ich sukcesem niezaprzeczonym. (…) W ciągu ostatnich dwóch lat potworzyli syjoniści organizacje we wszystkich niemal miastach i miasteczkach Królestwa, a centrala tych organizacji w Warszawie nadaje kierunek pracy i akcji organizacyjno-agitacyjnej.

Nie da się również zaprzeczyć, że wpływ ruchu syjonistycznego i ideałów syjonistycznych na pokolenie młode, łatwo ulegające mrzonkom dalekiej i mitycznej ojczyzny, jest znaczny. (…) Wychodząc z założenia swego programu, że Żydzi stanowią odrębny naród, wysuwają syjoniści żądanie równouprawnienia obywatelskiego i narodowego Żydów w Polsce. (…) Ściśle opracowanego programu, co do tych praw, syjoniści dotąd nie posiadają. Wiadomo jednak z wystąpień publicznych oraz z prasy partyjnej, że domagają się: unarodowienia szkolnictwa, stworzenia specjalnej żydowskiej Rady szkolnej, której należy powierzyć kierownictwo szkolnictwa żydowskiego, oraz uznania sprawy żydowskiej za sprawę nie wewnętrznie polską, ale międzynarodową, której rozwiązanie powierzyć należy kongresowi pokojowemu. (…) Jak ongi za czasów rosyjskich dążyli syjoniści do centralizmu, w nadziei, że ich interesów bronić będą wpływowi Żydzi rosyjscy, tak obecnie pragnęliby sprawę żydowską i jej częściowe choćby rozwiązanie powierzyć kongresowi pokojowemu — w nadziei, że na kongresie tym wpływy żydowskie, acz niewidoczne i dobrze zamaskowane, decydować będą o niejednem zagadnieniu. /s 8-11/

Ludowcy (tzw. grupa ludowa) stanowią drugi obóz nacjonalistyczny żydowski, który za program swój uważa wywalczenie Żydom równouprawnienia politycznego i narodowego w Polsce. Jest to grupa politycznie najmłodsza w Żydostwie polskiem, reprezentuje nacjonalizm krzykliwy, demagogiczny. Uważają ludowcy Żydów za naród odrębny, któremu przysługują na ziemi polskiej te same prawa, co narodowi polskiemu.

Różnią się od syjonistów tem, że podczas gdy tamci kładą nacisk na konieczność organizowania stałej, a prawidłowej emigracji Żydów z Polski i innych krajów do Ojczyzny — Palestyny — ci uważają Polskę za swą ojczyznę i tu pragną rozwijać swą odrębność narodową i kulturalną. (…)

Walka z asymilacją to drugi konik w agitacji demagogicznej ludowców. Prasa żydowska od dawna toczy walkę z asymilacją we wszystkich jej postaciach. Doszło do tego, że dla czytelników pism żydowskich pojęcie asymilacji stało się prawie równorzędne z pojęciem antysemity, wroga zdecydowanego Żydów. W tym duchu urabiana bywa opinja szerokich warstw żydowskich w ciągu szeregu lat ostatnich i nie dziw, że obecnie walka z asymilacją jest w pojęciu narodowo usposobionych Żydów nieodzownym warunkiem żydowskości i demokratyzmu programu i hasłem poszczególnego ugrupowania politycznego i społecznego. Poza tem wysuwają ludowcy żądanie unarodowienia szkoły początkowej i średniej. Różnią się pod tym względem od syjonistów. Ostatni pragnęliby widzieć w szkole początkowej język hebrajski jako wykładowy, nie przeciwstawiają się też zbyt energicznie w wykładaniu wszystkich przedmiotów świeckich w języku polskim, podczas gdy ludowcy żądają stanowczo wprowadzenia do szkół początkowych żargonu, jako języka wykładowego (…) /s. 11-14/

Ogólno-żydowski związek robotniczy »Bund« w Rosji, Polsce i na Litwie jest najwpływowszą, najliczniejszą partją radykalną żydowską. Jest to partja rewolucyjna, odpowiadająca mniej więcej lewicy PPS, chociaż różni się od tamtej w sprawach narodowych. Bund ma u nas tradycję partji proletarjackiej, która walczyła z caratem pod hasłem rewolucji. W latach wolnościowych obejmowała ona prawie cały zorganizowany proletarjat żydowski. Nazwa Bundu wskazuje, że nie tylko był w stałej łączności z socjal-demokracją rosyjską, ale też podlegał częściowo dyrektywom petersburskim i moskiewskim.

Co do przyszłego ustroju Polski partja ta nie posiadała zdecydowanego stanowiska. Inteligenci żydowsko-polscy (…) działający w tej partji, wypowiadali się za koncepcją PPS (przedrozłamowej), zaś działacze rosyjscy Bundu woleli widzieć Polskę, jako część składową republiki rosyjskiej o odrębnej państwowości. Obecnie, w czasie wojny, stanął u nas Bund na stanowisku PPS lewicy tj. neguje zupełnie zagadnienie państwowości polskiej, neguje wszelkie zagadnienia z tą sprawą związane, a w akcie 5-go listopada widział wraz z lewicą PPS jedynie krok imperjalistów ku ujarzmieniu ekonomicznemu kraju. (…) Bund był właściwym twórcą pomysłu „autonomji kulturalnej” dla Żydów w Rosji całej, a więc i w Polsce, i na Litwie. (…) Stoi więc Bund w chwili obecnej na stanowisku autonomji kulturalnej dla Żydów, a popierają go w tem namiętnie i bezwzględnie przezeń zwalczani syjoniści i ludowcy.

Jako partja wywrotowa, a w stosunku do reakcyjnego społeczeństwa polskiego maksymalistyczna, jest Bund w żądaniach swoich po rosyjsku prostolinijny i ma odwagę żądać równouprawnienia żargonu z językiem polskim w życiu publicznem, w sądzie, szkole, poczcie i telegrafie; słowem dwujęzyczność i równorzędność obu tych języków w życiu publicznem Polski jest jednem z najpierwszych żądań Bundu na metę najbliższą. (…) Bund jest też nieubłaganym wrogiem żydowskich partji burżuazyjnych. Z dosadnością tylko socjalistom właściwą, zwalcza Bund przede wszystkim syjonizm jako szkodliwą utopję społeczną, utopję, która wprowadzając do umysłów i serc młodzieży jakieś mityczne i nieuchwytne nadzieje wytargowania dalekiej i nikomu nieznanej ojczyzny, marnuje ogrom energji ludowej. Syjonistów przedstawia Bund jako ludzi, którzy – acz nieświadomie – szkodzą interesom mas ludowych-żydowskich, bo marnują energję ludową na rzeczy dalekie im obce, odciągają lud od walki o swe prawa tu na miejscu. /s. 14-16/

Coś pośredniego między ludowcami a Bundem stanowią ugrupowania socyalistyczno-syjonistyczne. Tu należą Poalej – Sjon (pracownicy Syjonu) oraz syjoniści – socjaliści. Pierwsi tytułują się szumnie międzynarodowym żydowskim robotniczym związkiem socjalno-demokratycznym, którego ostatecznym dążeniem jest… zbudowanie państwa nie tylko niepodległego, ale też demokratycznego, ba! socjalistycznego w Palestynie. Ale nim państwo to będzie zbudowane, idą poalej-sjoniści ręka w rękę ze syjonistami, popierają wszelkie ich poczynania zabarwiając je odcieniem demokratycznym i proletarjackim. Zwłaszcza w walce o prawa narodowe ugrupowania te stanowić będą obóz jednolity a karny. (…) /s. 16-17/

Odrębne stanowisko w Żydostwie polskiem zajmują ortodoksi. Nie powinna nas łudzić nazwa. Jest to obóz może najliczniejszy w Żydostwie polskiem, ale zarazem stanowi ostoję reakcji społecznej. Jest uosobieniem ciemnoty, zacofania i skamieniałej w swej martwocie religijnej i fanatyzmie masy, której ich uspołecznieni bracia niemieccy starają się nadać wygląd i treść ortodoksji europejskiej. Do tzw. ortodoksów należą więc wszyscy prawowierni Żydzi, rozmaici talmudyści, dla których najwyższą instancją w życiu duchowem i religijnem jest opinja rozmaitych cadyków. (…) Cechuje tych ortodoksów, zwanych przed wojną kalwaryjczykami — jako, że taktykę swą uzależniali całkowicie od wskazówek cadyka z Góry Kalwarji — głód i chęć władzy. Jak ognia obawiają się postępu cywilizacji, który może wydrzeć ciemne masy żydowskie z pod ich wpływów. Ich źle maskowanym celem jest objąć pod swoje skrzydła opiekuńcze szkolnictwo początkowe żydowskie, aby w ten sposób udaremnić dopływ prądów współczesnych do młodzieży żydowskiej.

Organizować się na szeroką skalę zaczęli dopiero w czasie wojny, a właściwie po zajęciu Warszawy przez wojska niemieckie. (…) Ich organizacją jest Związek Ortodoksów, kierowany przez wspomnianych rabinów. Niezależnie od tego powstał ostatnio w Królestwie związek rabinów. (…) W obecnej chwili nie ma w Królestwie większego, a nawet mniejszego miasta, w którem Związek nie posiadałby świetnie zorganizowanej filji. (…) O ile bowiem wnosić można z szeregu wystąpień ortodoksów, pragnęliby oni wytworzyć u nas takie stosunki, jakie pod tym względem panują w Galicji. Tam popierają oni podczas wyborów i w ogóle w sprawach politycznych czynniki krajowe polskie (konserwatystów i demokratów), a jako rekompensatę otrzymują daleko sięgające przywileje w dziedzinie kahału i życia kulturalnego. Zdaje się, że i u nas dojdzie do tego rodzaju układu. Stroną dodatnią takiego porozumienia będzie to, że dzięki wpływom swoim i liczebności swoich zwolenników zdołają oni — na podstawie kompromisu — przeprowadzić do sejmu czy innych instytucji takie jednostki, które będą rządowi sprzyjały, a przynajmniej nie będą tworzyły opozycji. Ekwiwalentu będą jednak żądali poważnego, bo rządu dusz nad masą żydowską. (…)

Już obecnie po niespełna roku działalności Związku Ortodoksów na ziemiach Królestwa, zaobserwować można, że jest to praca planowa, prowadzona na wzór niemiecki. Zdołał Związek zgromadzić pod swoim sztandarem wszystkich wybitnych rabinów, a za nim poszły tysiączne tłumy zwolenników chasydów. Najbliższe wybory do gmin żydowskich przyniosą im prawdopodobnie decydujące zwycięstwo na prowincji, gdzie siła obozów przeciwnych jest nieznaczna, a nawet w Warszawie i Łodzi, gdzie staną przeciw nim silne i karne szeregi obozów nacjonalistyczno-sjonistycznych. (…)

W obozie ortodoksów specjalne miejsce zajmuje grupa tzw. Mizrachi (wschód). Jest to grupa, która połączyć pragnie sjonizm z ortodoksją. Wpływów wielkich nie posiada, ale jest przedsiębiorcza i energiczna, na czele jej stoją ludzie ruchliwi i jak na stosunki w obozie konserwatywnym dość światli.” /s 18-21/

Podobny do opisanego podział polityczny utrzymał się także w II Rzeczpospolitej. Pisał o tym, Kerski w książce o ochronie mniejszości: „Życie polityczne mniejszości żydowskiej charakteryzuje daleko posunięta atomizacja. Zarówno pod względem narodowo-politycznym, jak i klasowo-społecznym, Żydzi są podzieleni i skłóceni ze sobą. Powoduje to apatję i indyferentyzm dla żydowskiej myśli politycznej, w której trwałość i dalszy rozwój nikt naprawdę nie wierzy. Żydzi ortodoksyjni połączeni są w organizacji, znanej pod nazwą: Agudas Israel. Organizacja ta powstała w Polsce w 1916 roku, jako część składowa jednej wielkiej orgnizacji, założonej pod tą samą nazwą jeszcze w 1909 roku i mającej swoją centralę w Wiedniu. Statut organizacji zatwierdzony został przez władze polskie w 1919 roku. (…) Idąc od prawicy ku owym partjom wywrotowym, następne miejsce zajmują organizacje syjonistyczne w Polsce, stanowiące również część składową wszechświatowej organizacji syjonistycznej.

Syjoniści w Polsce dzielą się na: 1) syjonistów ortodoksów, tzw. Mizrachi, prowadzących politykę żydowską w duchu religijnym i syjonistycznym; 2) centrum organizacji syjonistycznej, oddzielające sprawy wyznaniowe od wszelkich innych zagadnień (kulturalnych, społecznych, gospodarczych); 3) syjonistyczną partję pracy (…) zmierzającą do pogodzenia i zespolenia żydowskiego programu narodowego z programem klasowym, i 4) Poalej-Sjon prawicę, wyznającą pod względem społecznym zasady klasowe, socjalistyczne.

Wszystkie te ugrupowania syjonistyczne łączy wspólny cel, a tym jest realizacja wspólnego ogniska narodowego w Palestynie. Za syjonistami, zmierzając wciąż ku lewicy, idzie „Żydowska Partja Ludowa w Polsce“ (Jidisze Folks-Partaj in Pojlen), która uważa, że zagadnienie żydowskie w Polsce będzie można rozstrzygnąć przez nadanie żydom autonomji kulturalno-narodowej o charakterze publiczno-prawnym.

Autonomja ta powinna się opierać na gminie żydowskiej, która — wbrew ortodoksom — ma mieć charakter wyłącznie świecki. Językiem narodowym ma być język żydowski (żargon), a nie hebrajszczyzna. Walka klas w programie społecznym partji nie egzystuje. (…)

Z pośród partyj, stojących na gruncie socjalistycznym (II Międzynarodówka Socjalistyczna), najsilniejszym liczebnie i pod względem wpływów jest ,,Ogólno-żydowski Związek Robotniczy w Polsce” (Algemeiner Jidiszer Arbeter Bund in Pojlen), zwany w skróceniu „Bundem”.

Jako najstarsza i najlepiej zorganizowana żydowska partja robotnicza, posiada on faktyczną hegemonję w życiu robotników Żydów. Program jego w niczem nie odbiega od doktryny Marxa. Główne tezy programu są: 1) połączenie i zorganizowanie klasy robotniczej dla walki z kapitalizmem;, 2) obalenie ustroju kapitalistycznego i wprowadzenie w życie nowego ustroju społecznego, opartego na zasadach socjalizmu.

Dla przyśpieszenia momentu tego przewrotu, potrzebni są odpowiedni ludzie. „Bund” przygotowuje ich w związku młodzieży: Cukunft, w którym ta młodzież otrzymuje całkowite wyszkolenie socjalistyczne przed swojem wstąpieniem do „Bundu”. Stronnictwem, stojącem najdalej na lewo, jest „Żydowska Socjalno-Demokratyczna Partja Robotnicza w Polsce (Jidisze Socjalistisz-Demokratisze Arbeter Partaj Poalej-Sjon in Pojlen), zwana w skróceniu „Poalej-Sjon lewica”. Mimo zabarwienia syjonistycznego, partja ta wyznaje najbardziej radykalne zasady, nie aprobując — jak to czyni „Bund” — żadnych związków taktycznych z ugrupowaniami niesocjalistycznemi, a nawet z Polską Partją Socjalistyczną”. /s 566-567/

Jak widać podziały polityczne w społeczności żydowskiej były co najmniej równie głębokie jak wśród Polaków. Twierdzenie o wspólnym interesie narodowym Żydów w Polsce byłoby trudne do udowodnienia. Nawet wspólne dążenie do autonomii nie przekreślało tych podstawowych różnic. Autonomiczne szkolnictwo żydowskie? Ale czy szkoły wyznaniowe czy świeckie, czy językiem wykładowym ma być hebrajski czy jidish…? Równie trudno dowodzić wspólnej postawy Żydów wobec kwestii najważniejszej dla Polaków: odzyskania niepodległości.

Zwracał na to uwagę Spektator: „Trzeba nazwać rzecz po imieniu: w szerokich kołach społeczeństwa żydowskiego panuje obawa przed rządami polskimi. Czy słuszna? Żydzi, gdy między sobą, a więc szczerze, zastanawiają się nad możliwością przejęcia przez władze polskie całkowitej i niepodzielnej władzy, dochodzą zawsze do wniosku, że dziać się będzie Żydom w Polsce krzywda za krzywdą. (…) Myśl, że zwolennicy bojkotu Żydów, do niedawna z dala trzymani od władzy, uzyskają teraz możność przeprowadzenia w życiu swoich idei i ambicji — przyjemną dla Żydów nie jest. (…)

Opinja żydowska i nie tylko żydowska uważa Polaków za imperjalistów. Tego imperjalizmu, który mógłby się stać tendencją rządu we wszystkich dziedzinach gospodarki państwowej — obawiają się Żydzi. Łatwo będzie rządowi polskiemu zjednoczyć przeciwko sobie wszystkie niemal obozy żydowskie, jeśli zechce rozpocząć walkę z Żydami, bez względu na to, do jakich poszczególne obozy przyznają się poglądów i haseł. Na luksus uprawiania polityki wrogiej wobec pewnej części ludności nie może sobie pozwolić w warunkach współczesnych żaden naród, żadne państwo. (…)

A co może dać polityka antyżydowska rządowi polskiemu. Już sam fakt, że Żydów jest u nas do 15 procent (…) wskazuje, że gdyby istotnie zamierzano kontynuować gospodarkę rosyjską, to wytworzonoby w kraju wojnę domową, przy czem Żydzi stanowiliby wprawdzie znaczną mniejszość, ale mniejszość karną, dobrze w takich wypadkach zorganizowaną, rozporządzającą potężnymi wpływami w prasie zagranicznej. Zapoczątkowanie polityki antysemickiej naraziłoby na szwank poważny państwowość polską i podcięłoby jej rozwój prawidłowy. Polityka antysemicka rządu byłaby — wyrażając się poglądowo zagwożdżeniem państwowości polskiej.” / s 22- 23/

Paradoksalnie, bo walczącymi o niepodległość polskimi stronnictwami były partie modernistyczno-radykalne, lojalnym sojusznikiem w tym byli konserwatywni ortodoksi. Kierowano się tu zasadą wyłożoną w katechizmie religii mojżeszowej przez rabina Kramsztyka: „Kraj, w którym cię zrodziliśmy, który nas karmi, utrzymuje, obdarza nas opieką prawa, i który nam daje możność pobierania nauki i oświaty, kraj ten powinniśmy kochać, przyczyniać się do jego dobra, spokoju i szczęścia. Nasza miłość do kraju powinna się objawiać w lojalnem wspieraniu zakładów i instytucji dobroczynnych, oraz w tem, ażebyśmy dobrem i moralnem postępowaniem, oświatą i pracowitością przyczyniali się do pomyślności kraju. (…) Cnota podnosi godność narodu, grzech zaś je s t hańbą ludów⁴” /s 113-114/

Związek Ortodoksów złożył adres lojalności wobec Rady Stanu (powołanemu po Akcie 5 Listopada 1916 roku quasi-parlamentowi polskiemu); uczestniczył w organizacji polskich uroczystości patriotycznych, w swoich odezwach wzywał: „Z głową pochyloną z wdzięczności i sercem pełnem modlitwy ku Bogu, wołamy: Boże, strzeż Polskę!”

Spektator pisał „Dla dokładniejszego uwypuklenia stanowiska ortodoksów wobec państwowości polskiej warto przypomnieć, że zwłaszcza w ostatnich czasach zwalczają oni energicznie wystąpienia syjonistów niemieckich, których dążeniem jest, aby przy decydowaniu przez rząd niemiecki i austryjacki o charakterze państwa polskiego, stworzono polskie państwo narodowościowe, oraz zagwarantowano jednocześnie prawa narodowe mniejszościom: Żydom, Niemcom, Litwinom oraz Rusinom. Ortodoksi potępiają energicznie te dążenia, tłumacząc syjonistom, że urzeczywistnienie tych zakusów będzie klęską ekonomiczną dla Żydostwa polskiego, gdyż społeczeństwo polskie na pewno nie zapomni tego Żydom, że dzięki nim uczyniono zamach na charakter narodowy państwa polskiego i odpowiedzą na to — systematycznym bojkotem ekonomicznym żydów.

Występują też ortodoksi zasadniczo przeciwko żądaniom praw narodowych dla Żydów w Polsce. Twierdzą bowiem, że naród polski w zupełności uznaje konieczność nadania Żydom równouprawnienia obywatelskiego, każdy zaś nietaktowny krok, których na pewno nie braknie przy kampanji o prawa narodowe, wywołać musi ostrą kontragitację polskich żywiołów antysemickich.”

Stosunek syjonistów i folkistów do kwestii niepodległości był przedmiotem swoistej gry politycznej, w której rywalizacja między partiami powodowała podbijanie bębenka oczekiwań. Tu właśnie możemy mówić o stworzeniu idei Judeo-Polonii, a więc państwa opartego o swoistą unię narodów, której gwarantem miały być zewnętrzne mocarstwa. Autonomia żydowska przypominałaby model z ustroju stanowego I Rzeczpospolitej: Żydzi mieliby nie tylko zagwarantowaną samorządność w swoich lokalnych wspólnotach religijnych, ale i odrębne przedstawicielstwo ogólnokrajowe (rodzaj Sejmu Żydowskiego). Ku tej idei Judeo-Polonii kierowały się wspominane przez Spektatora negocjacje syjonistów niemieckich; cieniem tego jest także lobbowanie przez Nachuma Sokołowa i innych syjonistów podczas Kongresu Wersalskiego w celu uzyskania międzynarodowej ochrony praw mniejszości narodowej. Wizja Judeo-Polonii była w polskiej prasie narodowej dowodem antypatriotycznej postawy Żydów, a to bezpośrednio wpłynęło na powojenną erupcję antysemityzmu. Trudno jednak nie pamiętać, że antysemityzm nie zrodził się dopiero po wojnie, że od 1908 roku trwała w Królestwie polsko-żydowska wojna ekonomiczna, zwana bojkotem. Wierzyć można Dmowskiemu, gdy wspominał rozmowę z pewnym angielskim Żydem tłumaczącym, że przez ów bojkot Polacy nie uzyskają w swoich dążeniach niepodległościowych wsparcia od międzynarodowych organizacji żydowskich. Rozmówca Dmowskiego wręcz stwierdził, że bojkot ekonomiczny był dla bytu społeczności żydowskiej większym zagrożeniem, niż rosyjskie pogromy.

Zarzuty wobec stronnictw żydowskich o szukanie wsparcia zagranicznego były chybione, zważywszy, że takowe było także elementem walki o niepodległość Polski. Tak jak wśród Polaków, tak wśród Żydów były różne orientacje. Ogółowi przypisywano proniemieckie sympatie, ale jednocześnie po stronie aliantów walczył Legion Żabotyńskiego. Pogromy powodowały wrogość do Rosji carskiej, ale po rewolucji lutowej z entuzjazmem powitano rodzącą się w Petersburgu demokrację, a wraz z nią ogłoszoną przez Kiereńskiego zasadę równouprawnienia Żydów i zniesienie ograniczeń osiedleńczych. Wbrew obiegowym poglądom poparcie dla Rosji Kiereńskiego, wyrażane nie tylko przez żydowskich socjalistów, ale także partie syjonistyczne i folkistowskie, było większe niż poparcie dla Rosji Lenina i Trockiego. Jak już niegdyś dostrzegł Marks, Żydzi to był najbardziej burżuazyjny naród w Europie, ugruntowany był w nim szacunek dla własności prywatnej i dla religii; odrzucający owe wartości komunizm odstręczał żydowski ogół.

Przypisywane Żydom antypatriotyczne szukanie wsparcia z zewnątrz można było zweryfikować ich postawą w II Rzeczpospolitej. W okresie obowiązującego Polskę traktatu o mniejszościach, w myśl którego można było wnosić skargi pod międzynarodowy trybunał, najwięcej ich złożyła mniejszość niemiecka, za nią mniejszość ukraińska; przedstawiciele polskich Żydów nie złożyli ani jednej skargi formalnej. Nagłaśniane i ostro krytykowane było bierne zachowanie władz państwa w okresie powojennych pogromów; ale też dominował wśród Żydów pogląd, że to państwo polskie, mniej lub bardziej skutecznie, chroni ich przed barbarzyństwem grabieżców i morderców.

Idea Judeo-Polonii zakładająca autonomię narodową Żydów w państwie polskim konsekwentnie prowadziłaby do wyizolowania społeczności żydowskiej, do zamknięcia jej we własnych samorządowych sztetlach i gettach.

I tu znów zauważmy paradoks: taki program, taką swoją wizję Judeo-Polonii głosił Dmowski i endecy. Była to taka środkowo-europejska odmiana apartheidu: macie chodzić tylko do swoich szkół, studiować tylko na swoich uczelniach, kupować i sprzedawać tylko w swoich sklepach, wchodzić w związku małżeńskie tylko w obrębie własnej narodowości-rasy. Nacjonalizmy bywają podobne, ale żaden z nich nie niesie z sobą realnego pomysłu rozwiązywania problemów społecznych.

Biłgoraj był ojczyzną Singera i ojczyzną dziadków H. Wujca; krzywdą jest pozbawienie kogokolwiek prawa do ojczyzny, zabranie mu tego, co stanowi część tożsamości. Jeżeli zgodzimy się, że dany obszar jest Ojczyzną moją i twoją; to już jest wielka rzecz, bo można dalej negocjować warunki pokojowego współżycia. I na tym polegał problem. Problem nie tylko żydowski, nie tylko polski; problem lokalny i globalny… problem, który pochłonął więcej ofiar ludzkich niż dżuma z cholerą razem wzięte.

1 Bueffall Bronisław „Ochrona mniejszości w prawie międzynarodowym” Warszawa 1928 s. 1
2 Kerski Kazimierz Ochrona praw mniejszości w Polsce Poznań 1933 r.
3 Spektator „Stronnictwa żydowskie w Królestwie Polskim” Piotrków 1918 r. Wydawnictwo NKN
4 Prawda wieczna czyli zasady religii mojżeszowej – ułożył Izaak Kramsztyk Warszawa 1906 r.

Reklamy


Dodaj komentarz

Proste historie. Okrucieństwo

Jarosław Kapsa

Rycina przedstawia tortury stosowane w średniowieczu do karania osób oskarżonych o czary, cudzołóstwo, morderstwo, a nawet o bluźnierstwo.

„Okrucieństwo polega na umyślnem i rozmyślnem sprawianiu cierpienia istocie żywej, czującej. Okrucieństwo jest dla okrutnika rozkoszą — mówi Rene Guyon — najobrzydliwszą, jaka się da wyobrazić, a to dlatego, że rozkosz ta jest w istocie swej podłością; pastwić się bowiem możemy tylko nad istotą słabszą, bezbronną — lew w klatce na łasce jest u dziecka. Nie dość tego, w okrucieństwie mamy najbardziej odrażającą formę podłości. Można tłumaczyć czyn podły, spełniony ze strachu, albo dla interesu, ale podłość dla rozkoszy pastwienia się nad tym, kto się bronić nie jest w stanie, nie może nie budzić pogardy najgłębszej w każdym, kto ma w sobie choćby podobieństwo jakieś tego, co się sumieniem nazywa”1 – pisał rektor Uniwersytetu Wileńskiego Marian Zdziechowski, w broszurze wydanej jeszcze przed wybuchem ogólnoświatowej erupcji okrucieństwa, nazywanej II wojną światową. Czytamy w niej dalej: „Wśród występków i zwyrodnień pierwsze miejsce należy się okrucieństwu. Gorszym jest okrutnik od samoluba, marnotrawcy, pijaka, rozpustnika. Samolub wielkie może tworzyć dzieła, wyłącznie samolubstwem się kierując, z rozrzutności marnotrawcy mogą inni korzystać, pijak i rozpustnik szkodzą przede wszystkiem sobie samym. Dla okrucieństwa niema i być nie może okoliczności łagodzących; okrucieństwo można tylko przeklinać. (…) Człowiek dumnie się mieni panem stworzenia, a pod względem moralnym, w uczuciach swoich i instynktach, o ileż niżej stoi od zwierzęcia! Zwierz drapieżnym bywa i krwiożerczym, ale z potrzeby; zdobycz swoją dusi i pożera, rozkoszy w przedłużaniu jej męczarni nie szuka, nie pastwi się nad nią — z wyjątkiem chyba kota, ale któż powie, że kot uświadamia sobie równie żywo, jak człowiek, cierpienia istoty, którą ma w pazurach swoich.”

Okrucieństwo jest cechą różniącą człowieka od zwierząt; z tym poglądem, choć bolesnym dla naszego wyobrażenia o sobie, musimy się pogodzić. Nie da się podważyć także tezy o uniwersalności zjawiska; znamy z opisów tortury chińskie, okrutne formy mordów rytualnych dokonywanych przez amerykańskich Azteków i przez hinduistycznych wyznawców bogini Kali, okrutnymi były tortury katolickiej inkwizycji i zbrodnie luterańskich szwedzkich żołdaków. Człowiek bywał okrutny mimo różnic etnograficznych, religijnych, światopoglądowych, rasowych. Można jedynie dowodzić, że religie i narzucone normy prawne krępowały naturalny instynkt okrucieństwa, próbowały go cywilizować, określać granice. W czasach wojen i rewolucji, gdy owe normy religijne i prawne przestawały funkcjonować, instynkt okrucieństwa wybuchał ze zwielokrotnioną siłą.

W ślad za Zdziechowskim poznajmy incydentalne zdarzenie z czasów hiszpańskiej inkwizycji: proces Elwiry del Campo w Toledo w roku 1568. „Doniesiono na nią, że nie jada wieprzowiny i że zwykła bieliznę zmieniać w sobotę: wyraźna wskazówka, że jest ukrytą żydówką, a tych żydów ukrytych tzw. Marranów, wyznających religję mojżeszową, pomimo że przodkowie ich pod grozą prześladowań przeszli formalnie na katolicyzm, było wówczas w Hiszpanji bardzo wielu. Stawiono ją przed sądem, rozebrano, rozpoczęto indagację. Pierwszym instynktem katowanej ofiary jest zaprzeczenie. Ale to nie pomaga, a ból staje się coraz dotkliwszym; wśród spazmów bólu oskarżona krzyczy, że przyznaje się do winy, że wszystko wyzna. Torturowanie ustaje. Ale co ma wyznać, kiedy nie wie dokładnie, o co ją oskarżono. „Wszystko jest prawdą — woła,— co powiedzieli donosiciele”. Inkwizytorowi to nie wystarcza. Żądają szczegółów; jakich? Coś zasłyszała o zbrodni niejedzenia wieprzowiny. „Nie jadam, bo mi szkodzi”. Nie posuwa to sprawy naprzód; zeznanie musi być dokładniejsze. Tortura się wznawia. Podniesiono ją do góry, wykręcając ramiona; ramiona wywichnięto. Oszalała z bólu krzyczy, błaga, by powiedziano jej, co ma zeznać, na wszystko z góry się zgadza. Daremnie; ojcowie są nieubłagani. Musi wszystkie szczegóły zbrodni opowiedzieć: „Nie wiem, nie pamiętam jakie to są szczegóły, a do wszystkiego się przyznaję; od świadków wiecie całą prawdę o mnie. Po co dręczycie? I tak dalej wkoło, ciągle te same bezmyślne pytania i nieprzytomne odpowiedzi, raczej krzyki i jęki. Coraz nowe i boleśniejsze tortury.”

Już w tamtym okresie zdawano sobie sprawę z irracjonalności stosowania tortur. Ludzie pod wpływem bólu fizycznego gotowi są uczynić wszystko, czego oczekuje kat. Nie oznacza to jednak uproszczenia drogi w poszukiwaniu prawdy. Torturowany mówi to, czego oczekuje kat, może oskarżyć sam siebie i swoich najbliższych o najgorsze zbrodnie, nawet o takie przez nikogo nie popełnione. Czasem dopuszczamy możliwość stosowania tortur usprawiedliwiając je „wyższym celem”. Terrorystę torturami zmusimy, by wydał nam plan zamachu; kidnapera, gdzie ukrył porwane dziecko; wroga na wojnie, by ujawnił plany agresora. Nie zadajemy pytania, w ilu wypadkach tortury przyniosły rzeczywistą korzyść. Może częściej zamiast wartościowych informacji uzyskiwano od podejrzanego terrorysty wymyślony, dla uniknięcia bólu, opis planu zamachu. Biedna kobieta z Toledo mogła nie wiedzieć nic o Marranach, mogła nie znać zwyczajów żydowskich; wyjąc z bólu błagała, by kaci podpowiedzieli jej, do czego, konkretnie ma się przyznać. Ilu podobnych torturowanych, błagających kata o podpowiedź, znaleźć można współcześnie w obozach filtracyjnych w Czeczeni, kazamatach w Afganistanie, katowniach w Syrii. Tak w średniowieczu, jak i dziś rozum (świadomość bezskuteczności tortur) ustępuje przed instynktem. Nie wiemy, czy metody stosowane w więzieniu Abu Ghurajd w przyniosły jakąkolwiek korzyść dla skuteczniejszej walki z terroryzmem; może były tylko akceptacją erupcji okrucieństwa wyzwolonego u amerykańskich żołnierzy pod wpływem wojny. Z uczuciem obrzydzenia do gatunku ludzkiego można czytać opisy rozmaitych tortur stosowanych na świecie w ostatnim dziesięcioleciu; przebrnąwszy tą ponurą lekturę nie znajdziemy dla nich usprawiedliwienia „wyższym celem”.

Historia tej biednej kobiety z Toledo jest dla nas cennym przykładem nie tylko z powodu tortur. Jaki był powód jej uwięzienia? Czujne oko sąsiedzkie zajrzało do garnków i do alkowy, odkryło, że postępuje w sposób nietypowy dla lokalnej społeczności: nie jada wieprzowiny i zmienia co tydzień bieliznę. Kodeks karny, ani inne obowiązujące przepisy prawne, nie regulowały jadłospisów ani harmonogramu zmiany koszul; kobieta nie naruszyła prawa, nie popełniła ani przestępstwa ani wykroczenia. „Zbrodnią” była inność. To tak, jakby współczesnemu politykowi wyrażającemu niechęć do „cyklistów i wegetarian” pozwolić swoje uczucia wyrazić przemocą. W tym jednak wypadku tyranem nie jest jakiś zwariowany Neron, to sąsiedzka wspólnota przejmuje na siebie przywilej bycia oskarżycielem i sędzią jednocześnie.

Nawet, gdyby we Francji nie powstała teoria o „dobrych dzikusach”, to i tak w większości społeczeństw dominowałoby przekonanie o „niewinnym”, „dobrym i sprawiedliwym z natury” ludzie i wrednych elitach, złym prawie, „nieludzkich” normach religijnych. Mówimy o despotach, o inkwizycji, o klerze dręczącym czarownice; odrzucając obrazy udziału w tym prostego ludu. A przecież w erupcjach zbiorowego okrucieństwa to zachowanie ludzi jest czynnikiem najbardziej przerażającym. Lud zdobywszy Bastylię nie ograniczał się do zabicia strażników, grał także w piłkę głową komendanta; znane są opisy tracenia publicznego morderców, kończące się rozszarpywaniem straconego przez „kibicujące” kaźni kobiety. Istniała forma Holocaustu „higieniczna” w postaci komór gazowych i „ludowa”: palenie w stodołach, rozbijanie główek niemowląt o ściany, rozpruwanie nożem brzuchów ciężarnych kobiet.

Państwa, przyjmijmy teorię Gumplowicza, powstawały mocą podboju; władze ujarzmiały podbitych, nakładały podatki i nadawały przepisy prawne, dbając, by kasa się zgadzała, a lud się nie buntował i nie powybijał wzajemnie. Władzy specjalnie nie interesowało w co wierzono na wsi, kto z kim sypiał i co jadał; ważne, że był spokój i haracz wpływał regularnie. Utrzymanie porządku w tych małych wspólnotach lokalnych, w tym także porządku moralnego, było zadaniem samorządu.

Prawo stanowione, niezależnie czy był to Saxon, Corolina czy nowocześniejsze kodeksy, było dla sądu wspólnoty jedynie wskazówką. Trudno by było inaczej, sędziowie bywali analfabetami. Liczył się zwyczaj, wójt był „ojcem”, który według swojego uznania karał, by wychowywać „swoje dzieci”. Opisuje to Zofia Daszyńska-Golińska w monografii o wsi mojej matki: Uściu Solnym2. „Zwykłe kary, na jakie sąd uściecki skazywał, były trojakiego rodzaju. Przede wszystkiem kara więzienna. Z opisu ratusza wiemy, iż więzień było dwa: górne lżejsze, które służyło najczęściej jako więzienie śledcze, rzadko zaś jako kara, oraz dolne, prawdopodobnie w lochu, w którym, jak powiada jeden z wyroków, można być „zgnojonym”. Bardzo charakterystycznem jest, że przebywanie w więzieniu rzadko kiedy stanowi prawdziwą karę. Najczęściej zamykają przestępcę „za kłódkę” dopóki nie wypłaci właściwej kary. Karę stanowią opłaty w pieniądzach i wosku, niekiedy zaś, gdy chodziło o elementy mniej w mieście poważane np. o parobków, albo też gdy przestępstwo nosiło charakter wykroczenia przeciw moralności, skazywano na rózgi. Rózgi spadały na winowajcę lub winowajczynię „pod pręgierzem”, w „kłodzie”, albo wprost w więzieniu po 25, 50, 60, a nawet 100, ale zwykle nie od razu, tylko częściami wymierzanych. W ogóle plagi stosowane są tylko wobec osób niższych.”

Przeważała racjonalność, kto mógł i miał ten mógł wykupić się od kary, płacąc grzywnę i stawiając wódkę wójtowi. Gdy nie… Loch, był jamą w ziemi wykopaną pod ratuszem; tam w wilgotnym błocie, we własnych i cudzych odchodach, gryziony przez szczury i inne insekty, pojony brudną wodą, karmiony pomyjami, delikwent uczył się porządku. Kobiety częściej lądowały pod pręgierzem, obdarte z ubrania i wstydu, stały obrzucane przez dzieciaki grudami ziemi, odchodami, kamieniami. Chłostę wymierzano „częściami”, mało kto wytrzymałby na raz 50 uderzeń bykowca; każde przecinało skórę, odrywało mięśnie od ścięgna…

„Parę miesięcy wlecze się proces sądu uścieckiego przeciw parobkom, służącym u różnych mistrzów, którzy pili i tańcowali we wtorek zapustny, gdy już dzwoniono na pacierze. Opinię publiczną oburza fakt, że parobcy podochoceni odpędzają burmistrza, który, przywołując ich do porządku, kazał muzyce zamilknąć. Sąd skazuje parobków na 20—60 plag, a urząd uznając, że kara jest jeszcze za niską, postanawia, iż parobek, który by się porwał z czynną zniewagą na burmistrza ma mieć odciętą rękę. (…) Czeladnik Byczkowicz skazany na więzienie dolne, z którego uwolniony zostanie dopiero po odcierpieniu 25 plag i to wykluczony od wszelkiej w mieście roboty. Powód kary obu mężczyzn stanowi, iż czeladnik uwiódł majstrową, a cudzej żony całować… nie wolno, chyba za nogi, jako majstrową, majster zaś tolerował go dalej u siebie, zamiast oddalić.? (…) W 1750 roku Wojciechowa Ratayka zachodzi w ciążę przed ślubem przez parobka służącego u jej matki. Całą katastrofę ukrywa, a dziecko każe pogrzebać. Wynika z tego sprawa: sąd zbiera się dwukrotnie, radzi się Saxona, wzywa Boga na pomoc i nie umie rozstrzygnąć, czy dziecko zostało zabite, czy też urodziło się nieżywe. Ostatnia możliwość jest całkiem prawdopodobną „bo była młoda i płocha, tańcowała po weselach, mogła sobie tedy zaszkodzić”. Pomimo to Ratayka skazaną zostaje na śmierć pod mieczem katowskim i dopiero wstawiennictwo księży uścieckich zamienia tę karę na liczne dary dla kościoła, oraz pobożne pielgrzymki obojga małżonków, gdyż żony mąż nie opuszcza. (…) 1 sierpnia 1763 roku sąd roztrząsa sprawę „o grzech nieczystości”, popełniony przez służącego Kaźmierza Strychalskiego, Rozalię Kucównę i Franciszkę Pyciakównę. Mężczyzna za uwiedzenie dwóch kobiet skazany zostaje na dwukrotne odebranie 50 i 60 plag pod pręgierzem i małżeństwo z jedną z dziewcząt. Kucównę, która miała dwóch kochanków, skazuje sąd na tę samą karę. Pyciakówna skazana zostaje na 60 plag, które ma otrzymać po urodzeniu dziecka. (…)” Wyrokiem wydanym 17 czerwca 1763 roku skazano na spalenie na stosie Błażeja Kaczkowskiego oskarżonego o zoofilię. „Taż klacz także, z którą to tenże bezecny uczynek był, ażeby się jakie monstrum z niej nie pokazało i tej nie przepuszczając ma być także spalona na osobliwym stosie drew dla dalszych i większych bezbożności, ażeby się wszelki lud na to zapatrzył i chronił się takowego uczynku i obrazy wielkiego majestatu boskiego.”

Oczywiście, także do zagubionego w błotach, przy zbiegu Raby i Wisły, Uścia musiał dotrzeć zwyczaj polowania na czarownice. Tu jednak powinniśmy poznać kontekst lokalny. Utrzymywanie porządku moralnego liczyć się musiało z naturą ludzi. Picie i bójki to oczywiste rozładowanie nadmiaru energii; byle nie przekraczać granic. Seks, tak i owszem, byle „wredna suka mi chłopa nie podebrała”. Czary i czarownice były codziennością wsi; kto jak nie „babka wiedząca” odgoni chorobę, pomoże przy połogu, zapewni dobrego męża i cielną krowę. Magia była częścią życia, zatem dogmatyczne polowanie na czarownice musiało spotkać się z oporem wsi. Skrupulatni Austriacy doliczyli się, po przyłączeniu Małopolski do swojego imperium, 467 osób parających się czarami. Ta tolerancja miała jednak swoje granice. Nawet w końcu XIX wieku dochodziło na wsiach galicyjskich do samosądów, do okrutnego znęcania się na ludźmi podejrzewanymi, że czarami szkodzą.

W 1760 roku przed uściowym sądem toczył się proces Agnieszki Studzyny. Oskarżono ją o sporządzanie miłosnej mikstury z imbiru i cynamonu na zamówienie kobiet, które chciały w sercach swych mężów na nowo rozpalić uczucia. Do winy przyznała się pod wpływem tortur. Ponieważ Studzyna cieszyła się złą sławą, jako „złodziejka mężów”, spalona została na stosie. W tym samym czasie o podobny czyn oskarżono Apolonię Kosturkową; za nią wstawił się mąż i troje zacnych gospodarzy, zarzuty oddalono. Uście więc nie wyglądało najgorzej na tle innych miasteczek. W Wiśniczu w 1688 roku oskarżona Jadwiga Marcowa pod wpływem tortur‚ ”powołała”, czyli oskarżyła o współudział w czarach 15 innych kobiet, w tym m.in. Jadwigę Talarzynę-Michałkową. Według zeznań oskarżonej, wszystkie razem zbierały zioła, spotykały się w czwartki, tańczyły, smarowały maściami i wspólnie latały na sabaty. „Powołana” przez Marcową Jadwiga Talarzyna w trakcie swojego procesu, na mękach, oskarżyła o współudział w czarach kolejnych 6 kobiet, w tym Reginę Wojciechowską z Kłaja. Ta z kolei ‚powołała’ 3 kolejne domniemane czarownice.3

Procesy o czary nie były jakimś specjalnym wyjątkiem, lecz elementem zbiorowego okrucieństwa mającego na celu utrzymanie ładu i porządku moralnego. Może to jednak brzmi paradoksalnie, ale tak, jak odgórnie, despotycznie narzucany porządek prawny i religijny, tak owe zwyczajowe, zbiorowe „samopilnowanie”, chroniło przed czymś gorszym: przed niekontrolowaną erupcją okrucieństwa. Takowa widoczna była nie tylko w czasie wydarzeń rewolucyjnych, rabacji 1846 roku, „pożogi” 1918-19 roku, „pogromów” lat 90-tych XIX wieku, czy „zbrodni wołyńskich” 1943 roku. Przerażenie budzą opisy samosądów dokonywanych przez chłopów w czasach I wojny światowej; złapany na kradzieży złodziej bywał kamieniowany, wbijany na pal, rzucany świniom na pożarcie.

Pamiętajmy jednak, że Uście czy Galicja nie są szczególnym wyróżnikiem. Okrucieństwo jednostki i okrucieństwo tłumu na całym świecie wygląda podobnie. Można się jedynie samooszukiwać, twierdzić, że to co zdarzyło się w Ruandzie, nie zdarzy się u nas; to co w Syrii, absolutnie nie u nas, to co w Serebrnicy, także nie… Czyżby? A może nasza cywilizacja to tylko cienka pozłotka, kiedy runą mury rygorów prawnych, norm etycznych i religijnych, „wyzwolony” człowiek okazać może całą, przerażającą krasę swojego „nadbydlęctwa”…

 

1 Zdziechowski M. „O okrucieństwie” Kraków 1928 r
2 Daszyńska-Golińska Zofia. „Uście Solne” Kraków 1906 r.
3 Magdalena i Piotr Roszowscy „Nad Uszwicą i Leksandrówką. Na kulturowych ścieżkach wiśnicko-lipnickiego parku krajobrazowego”. Tarnów 2016 r. Na postawie akt sądu w Wiśniczu


Dodaj komentarz

Proste historie. Dwa patriotyzmy

Jarosław Kapsa

Jan Niecisław Baudouin de Courtenay

„Niestety, posiadam tylko zwykły paszport, wydany mi przez odpowiedni urząd państwowy, ale paszportu, poświadczającego moją prawomyślność specjalnie polską, nie posiadam. Co więcej, muszę się ze wstydem przyznać, że bez zastrzeżeń nie mogę należeć do narodu polskiego. Objektywnie jestem oczywiście Polakiem, bo jestem związany z tą grupą ludzi, która się nazywa narodem polskim, zarówno przez język, jako też przez wspomnienia, przez stosunki rodzinne itd. Tego nie mógłbym z siebie wyrwać, a zaprzeczanie temu byłoby bądź to objawem obłędu, bądź też umyślnym kłamstwem. Ale moja świadoma i dobrowolna przynależność do narodu polskiego ma swoje granice. Mogę iść ręka w rękę z Polakami tylko o tyle, o ile bronią własnych praw, nie robiąc zamachów na cudze prawa, o ile pracują twórczo i dodatnio, nie zaś niszczycielsko i ujemnie. Pod hasłami bandyckiemi i eksproprjatorskiemi czy to pojedynczych stronnictw i zrzeszeń polskich, czy choćby nawet całego narodu polskiego, podpisać się nie mogę i muszę się im przeciwstawić. Co więcej, gdyby Polacy byli panami sytuacji i mogli urządzać wyprawy karne dla uciemiężania choćby nawet Niemców i Rosjan, stanąłbym po stronie Niemców i Rosjan. I zdaje mi się, że dobrze bym zrobił. Jestem bowiem tego zdania, że żaden naród nie ma prawa zajmować się rozbojem i wywłaszczaniem. /…/ W oczach polskości szczującej, w oczach polskości wojującej zaczepnie i pod hasłem gnębienia innych, w oczach swoistego „egoizmu narodowego” nie mogę być Polakiem i nie chcę nim być. /…/ Bo proszę mi powiedzieć, za co ja mam kochać lub też nienawidzić całe stada ludzkie. Za co mam kochać lub też nienawidzić wszystkich „Polaków”, czy też wszystkich „Żydów”? Mogę żywić uczucia bądź to przyjazne, bądź wrogie do pojedynczych ludzi, ale nigdy do gromad ludzkich, dla mnie co najwyżej obojętnych1.”

Słowa powyższe wygłosił w 1913 roku Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845-1929), a samo nazwisko, świadczące ponoć o pokrewieństwie z Królem Jerozolimy i władcami Francji, nadawało mu prawo bycia oryginalnym. Niewytłumaczalny zbieg okoliczności spowodował, że autor powyższych słów desygnowany został w 1922 roku kandydatem do stanowiska Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej; szczęściem nie obrano Go, bo chyba miałby koniec gorszy od Gabriela Narutowicza. Powiedzmy też otwarcie, dziś żaden liczący się polityk polski, w obawie o karierę i łaskę elektoratu, nie odważyłby się wypowiedzieć takich słów. Choć, być może, po cichu w pełni by się z nimi zgadzał.

Odwaga urodzonego w Radzyminie potomka francuskich arystokratów miała w sobie urok XIX-wiecznego anachronizmu. Anachronizmu? To raczej błędne określenie wynikające z ułudnej wiary w postęp. Narzucono nam w XX wieku myślenie stadne; człowiek przestał być jednostką samoistną, musimy go kwalifikować, przypisywać do grupy: do kobiet lub mężczyzn, do Polaków lub Rosjan, do katolików lub muzułmanów, do rolników lub urzędników, do producentów lub konsumentów, do prekariuszy lub banksterów. Cierpimy męki nie mogąc dokonać właściwego zaszufladkowania, nie wiemy przez to czy owe napotkane po drodze indywiduum polubić, czy znienawidzić. Czy to jest dowód postępu, czy powrót do barbarzyńskiej epoki rywalizacji plemiennej? A może to przejaw naszej słabości, ucieczki przed osobistą odpowiedzialnością, zakrycie własnych kompleksów frakiem lub sztandarem dziedziczonym od przyszywanych przodków. Ktoś mówiący „jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie” czuje się tak wartościowy, jak platynowa karta PKO BP, a sąsiedzi zerkają nań z szacunkiem jak na szlachetnego borowika. A gdyby ten ktoś powiedział: „jestem człowiekiem, więc mam obowiązki ludzkie, które muszę przedkładać nad interes stadny”; temu należy się w mordę, bo jako niecny kosmopolita obraża uczucia prawdziwie polskie (czeskie, wietnamskie czy argentyńskie).

Odwaga Jana Niecisława Baudouin de Courtenay wyrażała się także stosunkiem do religii. Pochodzący z katolickiej rodziny dokonał publicznego aktu odstępstwa od „wiary ojców”, lecz jednocześnie, kierując się rozumem, uznawał za fundament chrześcijańską moralność. Jego pacyfizm, rażąco odbiegający od nastrojów epoki modlącej się o „wielką wojnę” przynoszącą ludom (a Polsce w szczególności) wolność, wynikał z konsekwentnego uznawania Dekalogu. Pisał: „Nie zabijaj: ani indywiduów, ani grup; ani ludów, ani ras; ani życia, ani szczęścia; ani ciała, ani myśli; ani dobrobytu, ani ideałów. Nie zabijaj: ani nielegalnie, ani legalnie; ani »niehonorowo«, ani »honorowo«; ani skrytobójczo, ani też z całą paradą, przy odgłosie trąb i bębnów.2”

W imię tego „nie zabijaj” głosił: „Wobec fatalności wojny, wobec musu, pędzącego na rzeź całe stada ludzkie, szyderczo brzmi dodatek, spotykany na wszystkich prawie pomnikach, wznoszonych na polach bitew: »polegli śmiercią bohaterską«. Rozumiem bohatera, bądź to ginącego na krzyżu lub na stosie za swoje przekonania, bądź też idącego śmiało na tortury i nie dającego inkwizycji wydusić z siebie zeznań kompromitujących; ale bohatera z musu, bohatera oszalałego i skutkiem wrzawy wojennej pozbawionego ludzkiej świadomości, bohatera pijanego krwią, bohatera mordującego i mordowanego — takiego bohatera uznać nie mogę i nigdy nie uznam3”

Przyzwyczajeni, że każde święto narodowe zaczyna się od złożenia hołdu „poległym w obronie Ojczyzny” (nie praktykuje się wyrażania podobnego hołdu bezbronnym pomordowanym przez uzbrojonych obrońców jakiejś Ojczyzny); z oburzeniem przyjmiemy powyższy cytat. Więc go rozwińmy prezentując w jaki sposób Baudouin de Courtenay wydestylował treść „Popiołów” Żeromskiego.

„Autor „Popiołów” z właściwym sobie mistrzostwem kreśli wspaniałe obrazy „czynów bohaterskich”, dokonywanych przez hordy najezdnicze w Hiszpanji, hordy, między któremi były także zastępy „obrońców ojczyzny” i „obrońców wolności” znad Wisły, Niemna i Warty. Ci „obrońcy ojczyzny” ćwiartowali i miażdżyli Hiszpanów, również „broniących ojczyzny”. Ci „obrońcy wolności” nie tylko dusili wolność obywatelską mieszkańców półwyspu Pirenejskiego, ale poniewierali w najbezecniejszy sposób najelementarniejszą godność ludzką tamtejszych mężczyzn i kobiet. Wszystko to wyziera z obrazów Żeromskiego z przerażającą jasnością. A stąd przy odrobinie logiki i dobrej woli otrzymujemy między innemi następujące wnioski:

1) że wielki wódz tych hord umundurowanych, ów opiewany przez Mickiewicza i tylu innych poetów „bóg wojny”, ów „bohater legendarny”, ów Napoleon Wielki, przemieniając tysiące ludzi w krwiożercze i wszeteczne bestje, w młoty, druzgocące „bliźnich” na miazgę, był zbrodniarzem w n-tej potędze i potworem moralnym, tak samo jak i inni jemu podobni kanibale i niszczyciele;
2) że „wojsko polskie” było zdolne do takich samych „czynów bohaterskich”, jak i wszelkie inne „wojsko” pod każdym stopniem szerokości i długości geograficznej;
3) że nie należy znów tak bardzo oburzać się na rozmaite „rzezie” przysłowiowe, jeżeli właśni „rodacy” i przedstawiciele »de la grrrande nation« urządzali daleko okropniejszą rzeź Saragossy;
4) że mamy nierównie mniejsze prawo do potępiania Turków, znęcających się nad mężczyznami, kobietami i dziećmi Macedonji, jeżeli szanowni „rodacy” w jeszcze bezecniejszy sposób postępowali z mężczyznami, kobietami i dziećmi Hiszpanji;
5) jednym słowem, że wszelka wojna eksterminacyjna, chociażby nawet prowadzona przez własne rodzone wojsko, może wzbudzać tylko grozę, wstręt i obrzydzenie. Że jednak powstawaniu w głowie podobnych wniosków towarzyszy skalanie wyobraźni, wywoływanie dzikiego nastroju krwiożerczo-lubieżnego i w ogóle cofnięcie się człowieczeństwa do stanu przedludzkiego, więc owe wnioski otrzeźwiające zbyt drogo są opłacane4”

„Popioły” były, a może i są nadal lekturą szkolną. Czy uczniowie, po tej lekturze, śpiewając chóralnie „dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy”, mają podobną refleksję? Czy przychodzi im do głowy, że gloryfikacja morderców i gwałcicieli, zbrodniarzy z Saragossy, stoi w pewnej sprzeczności z tym, co uczyli się na lekcjach religii? A może dojrzeli już na tyle, by przyjąć bez wątpliwości wszelką wiedzę wkładaną im urzędowo do głowy; przyjąć, że Dekalog jest uwarunkowany ustadnieniem: nie zabijaj, nie okradaj, nie zdradzaj – naszych, co do „obcych” wszelkie chwyty dozwolone. Przewidział to de Courtenay pisząc w tej samej broszurze: „Będę prawdopodobnie oskarżony o herezję przez czcicieli oświaty obowiązkowej i wywołam w nich zgrozę, ale pomimo to pozwolę sobie twierdzić, że szkoła obowiązkowa i państwowa występuje jako jeden z najwierniejszych sprzymierzeńców zdziczenia, jeżeli jej konsekwencje doprowadzają do Wrześni i Gniezna.  Ale nawet bez obowiązkowości, dzięki pewnym metodom wychowawczym, — pedagogicznym i dydaktycznym, — możemy uważać szkołę za krzewicielkę zdziczenia. Taką musi być szkoła z rózgą, z biciem po twarzy, z biciem linją po rękach, z systemem straszenia, podglądania, donosicielstwa itd. Taką też musi być szkoła, która za pomocą odpowiednio spreparowanych podręczników „religji”, historji, geografji, literatury, gramatyki itd. podtrzymuje i rozwija z jednej strony pomieszanie pojęć i chaotyczność myślenia, z drugiej zaś „nastrój” krwiożerczy i żądny ofiar ludzkich, w związku z nienawiścią międzynarodową, międzyplemienną, międzywyznaniową i międzystanową. /…/ Jedna z tak mocno i słusznie sławionych „zdobyczy wieku XIX go”, będąca w każdym razie doniosłym objawem uspołecznienia uorganizowanych państwowo gromad ludzkich, mianowicie parlamentaryzm zachodnio-europejski, w pewnych chwilach swego urzeczywistniania daje pole do popisu wybuchom rozkiełznanej namiętności i sprzyja wzrostowi zdziczenia, tj. pomieszania pojęć i zanikowi poczucia tego, co godziwe, a co niegodziwe. Ale nawet to, co się sprzedaje i nabywa pod etykietą nauki, może ogłupiać mózgownice i spółdziałać dziczeniu natur ludzkich. Wiedza impresjonistyczna, wchłanianie w siebie wiadomości drobiazgowych oraz wszelkiego rodzaju plotek uniwersalno-historycznych, w ogóle zaspakajanie próżnej ciekawości i zapychanie głowy, bez należytego oświetlenia, bez rozbioru, bez krytyki, bez rozróżniania pojęć, nie zmniejsza wcale dzikości tradycyjnej, ale nawet czyni ludzi jeszcze bardziej pochopnymi do przejawiania tej dzikości w najrozmaitszych kierunkach. Wprost zaś do zdziczenia, tj. do zaćmienia umysłów i do spotęgowania wybuchowości żywiołowej prowadzi znaczna część codziennej strawy umysłowej czytelników gazet i wogóle publicystyki.5”

Owszem, „postęp” wyeliminował przemoc fizyczną ze szkół, z parlamentu, częściowo także z ulicy. Nie można jednak tego samego powiedzieć o systemie straszenia, podglądania, donosicielstwa; w dalszym też ciągu programy szkolne, podręczniki podtrzymują i rozwijają „z jednej strony pomieszanie pojęć i chaotyczność myślenia, z drugiej zaś „nastrój” krwiożerczy i żądny ofiar ludzkich, w związku z nienawiścią międzynarodową, międzyplemienną, międzywyznaniową i międzystanową.”. Dodajmy znacznie ułatwioną przez rozwój mediów możliwość ogłupiania mózgownic i szerzenia zdziczenia. Który obecnie nauczyciel czy katecheta będzie miał odwagę powiedzieć, że nie ma „dobrych wojen”, nie ma „słusznego zabijania”, a zło jest złem bez względu na barwy narodowe? Możemy usprawiedliwiać szczególnymi okolicznościami konieczność użycia przemocy, lecz bezrefleksyjne gloryfikowania zła (bo to nasi je czynili) prowadzić może do nowych zbrodni.

De Courtenay nie odrzucał uczucia jakim jest patriotyzm. Przeciwnie podkreślał wartość, wynikającą z niego, solidarności. Ale patriotyzm nie ma jednej wykładni znaczeniowej. Kpił nasz arystokrata z patriotyzmu „czystości etnicznej”: „Syoniści polscy marzą o ziemi czysto polskiej, podobnie jak syoniści żydowscy marzą o ziemi czysto żydowskiej. Istnieją gorliwi stronnicy frakcyi bojowej partyi PPS, którzy dopiero wtedy zabiorą się do uszczęśliwiania Polaków za pomocą ustroju socyalistycznego, kiedy ziemię polską oczyszczą od wszystkich obcych przybłędów, kiedy po ziemi polskiej będą się ruszać tylko Polacy. Każdemu obcemu, każdemu nie-Polakowi kulą w łeb. Zresztą wolno będzie przyjeżdżać do Polski ludziom z innych narodowości, ale jedynie w charakterze gości czasowych, gości pokornych, nie roszczących sobie pretensyi do żadnego wyodrębnienia narodowego. Cała kula ziemska zostaje podzieloną na ściśle odgraniczone klatki narodowościowe z jak najczystszymi folblutami. Będą to „ojczyzny” narodowo-nieskazitelne: Niemiec siedzi w swojej klatce, Francuz w swojej, Węgier w swojej, Czech w swojej, Słowak w swojej, Polak w swojej, Litwin w swojej itd. i nikomu z nich nie wolno wytknąć nosa poza granice swej czysto-narodowej ojczyzny. Rzecz prosta, iż Austrya i Szwajcarya zostają wykreślone z liczby państw dopuszczalnych. /…/ Ale i poza tą sferą maniaków spotykamy się z dzieleniem stałych mieszkańców danego kraju na „gospodarzy” i „gości”. Nawet ludzie postępowi, uważający siebie za rdzennych Polaków, a więc za „gospodarzy” ziemi polskiej, przemawiają o innych mieszkańcach tej ziemi tonem obszarników, co to mają poddanych na swych gruntach, w swych dobrach. Panowie ci zapominają, że musimy się liczyć z faktem usamowolnienia włościan. A wobec tego faktu zapytuję: Czy w miejscowościach, gdzie Polak obszarnik władał bydłem dwunogiem innoplemiennem (ukraińskiem, białoruskiem, litewskiem), usamowolnieni potomkowie tego bydła dwunogiego mają się uważać za „gości” „gospodarzy” polskich? A może odwrotnie potomkowie byłych obszarników i panów powinni się uważać za „gości” „gospodarzy” ukraińskich, białoruskich, litewskich?6”

I z tego wynikały jego wnioski o dwóch rodzajach patriotyzmu:

„1) Patryotyzm bandytów i ekspropryatorów międzynarodowych, tj. patryotyzm nacyonalistyczny, z hasłem „egoizmu narodowego”, z hasłem wzajemnego tępienia się dwunogich, różniących się wyznaniem, językiem, tradycyami, przekonaniami, patryotyzm, zamieniający „ojczyznę” na więzienie skazańców, na klatkę różnogatunkowych dzikich zwierząt, na piekło, zaludnione przez opętańców nacyonalizmu.
2) Patryotyzm terytoryalny, pod hasłem równouprawnienia wszystkich obywateli wspólnej ojczyzny, wszystkich różnowierzących, różnojęzycznych, różnoprzekonaniowych, pod hasłem solidarności w imię wspólnej pracy na korzyść wspólnej ojczyzny w zakresie dóbr doczesnych i tu na ziemi osiągnąć się dających.

Przy panowaniu patryotyzmu nacyonalistycznego żyje się dobrze tylko podszczuwaczom i nawoływaczom do pogromów albo przynajmniej do prześladowań innych wyznań i narodowości. Masy zaś dwunogie gryzą się i stwarzają sobie piekło na ziemi. /…/ Rzecz prosta, iż patryotyzm terytoryalny i równouprawnienie wszystkich obywateli różnojęzykowych na podstawie uznania ich godności osobistej i prawa do rozporządzania swym światem wewnętrznym, nie zamieni padołu płaczu na raj ziemski i nie usunie walk między ludźmi. Tak, ale będą to walki, ścierania się i objawy konkurencyi w imię haseł ziemskich, w sferze interesów ekonomicznych. Takie walki mają sens i racyę bytu ze stanowiska teraźniejszości. Nie mają zaś najmniejszego sensu walki pod hasłem „gorzkich żalów ” i rozsmakowywania czyichś męczeństw z przed paru tysięcy lat”7.

Czy można prawdę o świecie współczesnym powiedzieć grzeczniej? Pewnie można, tylko po co? Nazwanie po imieniu barbarzyńców bydłem dwunogim ma swój walor wychowawczy. Więc choćby z tego powodu warto dziś czytać słowa nakreślone przez urodzonego w Radzyminie potomka francuskiej arystokracji.

1 J.N. Baudouin de Courtney „ W kwestii żydowskiej” odczyt w dniu 7 lutego 1913 r. Warszawa.
2 „Myśli nieoportunistyczne” Kraków 1898 r.
3 j.w.
4 „Krzewiciele zdziczenia” Kraków 1905 r
5 j.w.
6 „W sprawie antysemityzmu postępowego” Kraków 1911
7 j.w.