Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Koronawirus SARS-CoV-2 – skąd wzięła się pierwsza zaraza zglobalizowanego świata?

Marek Krukowski i Wiesław Cupała

Coronavirus

„Jeśli [nowy] wirus ucieknie, nikt nie przewidzi jego trajektorii”
Simon Wain-Hobson – wirusolog z paryskiego Instytutu Pasteura

Pandemia wywołana przez wirusa SARS-CoV-2 przenicowała naszą codzienność. „Social distancing”, w sklepie może przebywać tylko 1 osoba, braki papieru toaletowego, #zostanwdomu i surfowanie w sieci… Śmiertelna zaraza wzbudzająca przerażenie, ale i ciekawość. Przeszukiwanie informacji. Ilu zarażonych przybyło dziś na Dolnym Śląsku, a ile w województwie pomorskim? Jaka jest dynamika choroby COVID-19 w Hiszpanii, a jaka w Rosji?

Przedzierając się przez dostępne w sieci informacje, sięgając do artykułów i doniesień na których bazują, a także obserwując ostatni konflikt chińsko-amerykański wokół terminu „Chinese virus”, użytego świadomie przez prezydenta Trumpa, zrozumieliśmy że kwestią kluczową jest próba znalezienia odpowiedzi na fundamentalne pytanie o pochodzenie koronawirusa SARS-CoV-2. Skąd tak zaskakujące pojawienie się wirusa i co warunkuje jego sukces epidemiczny liczony prawie pół milionem zarażonych i ponad 20000 ofiar śmiertelnych?

Podróż przez przestwór oceanu wirusologii rozpoczęliśmy sięgając do dwóch źródeł, „Nature Medicine” oraz „ZeroHedge”, prezentujących diametralnie odmienne poglądy na temat pochodzenia koronawirusa SARS-CoV-2, przez co ich implikacje mają charakter epistemologiczny. Pierwsze z nich uprawdopodobnia transmisję odzwierzęcą koronawirusa SARS-CoV-2, drugie wskazuje na szereg cech tego patogenu uprawdopodobniających hipotezę o jego laboratoryjnym pochodzeniu. Poniżej spróbujemy przedstawić ich najważniejsze konkluzje, bez nadmiernego obciążania czytelników pojęciami i terminologią zrozumiałą dość wąskiemu gronu uczniów czarnoksiężnika.

Jednak zanim przejdziemy do meritum, kilka najważniejszych pojęć i skrótów użytych w tekście:

– SARS-CoV-2 (synonim 2019-nCoV) – koronawirus „severe acute respiratory syndrom coronavirus 2” wywołujący obecną pandemię COVID-19 „Coronavirus Disease 2019”;
– SARS-related CoV – koronawirusy z grupy SARS wyizolowane z różnych gatunków nosicieli (nietoperze, pangolin jawajski, człowiek);
– MERS-CoV – koronawirus „Middle East respiratory syndrom”;
– RNA – kwas rybonukleinowy będący materiałem genetycznym wirusów: grypy, HIV oraz koronawirusów grup SARS-related CoV i MERS-CoV;
– białko S „spike” – glikoproteina osłonki koronawirusa SARS-related CoV o charakterze białka receptorowego z komórkami nosiciela;
– receptor ACE2 – receptor enzymu konwertazy angiotensyny 2, znajdującej się na powierzchni komórek m.in. ludzkich płuc;
– R0 („R nought) – basic reproduction number”, parametr epidemiologiczny określający, ile podatnych osób zostanie przeciętnie zainfekowanych danym patogenem od jednego chorego w okresie zarażania.

I. Transmisja odzwierzęca?

Autorzy doniesienia opublikowanego 17.03.2020 roku w „Nature Medicine” twierdzą, że brak jest dowodów wskazujących na pochodzenie laboratoryjne koronawirusa SARS-CoV-2. Sugerują, że po uprzedniej selekcji wirus przeskoczył z nosiciela zwierzęcego („zoonotic transfer”), którym miałby być niezbyt duży ssak z rodziny łuskowcowatych, pangolin jawajski (Manis javanica), na człowieka. U pangolina jawajskiego procesy selekcyjne wymagałyby dużego zagęszczenia osobników, a w ich wyniku miałby powstać szczep SARS-CoV-2 o powinowactwie do zwierzęcego homologa receptora ACE2, który wiąże białka S „spike koronawirusa”. W tym kontekście ciekawie brzmi uwaga autorów: „Although no animal coronavirus has been identified that is sufficiently similar to have served as the direct progenitor of SARS-CoV-2, the diversity of coronaviruses in bats and other species is massively undersampled.”, świadcząca o bardzo ograniczonym materiale badawczym, jak na tak śmiało postawioną hipotezę o odzwierzęcym pochodzeniu tego patogenu.

Po przeniesieniu koronawirusa na człowieka następowałyby kolejne etapy jego pasażowania i selekcji, których efektem byłoby nabycie zjadliwości przez SARS-CoV-2 (czego efektem jest pandemia choroby COVID-19). Na początku proces ten przebiegał w stosunkowo małych i ograniczonych grupach osób, rozpoczynając się w drugiej połowie listopada i/lub na początku grudnia 2019 roku. Analiza zmienności koronawirusa SARS-related CoV nietoperzy, będącego przedmiotem wieloletnich badań m.in. w Chinach wskazuje, że zjadliwość mogłaby powstać w wyniku rekombinacji i mutacji wirusowego RNA. Przeprowadzenie tych procesów w warunkach laboratoryjnych wymagałoby uprzedniego wyizolowania i namnożenia protoplasty koronawirusa SARS-CoV-2, o bardzo dużym podobieństwie genomu do wirusa wywołującego COVID-19. W związku z brakiem takich informacji autorzy artykułu odrzucili hipotezę o laboratoryjnym pochodzeniu koronawirusa SARS-CoV-2.

II. Ucieczka z laboratorium?

Artykuł w „ZeroHedge” odwołujący się do tekstu na portalu „Harvard to the Big House” opublikowanego w dniu 31.01.2020 roku i uzupełnionego 14.02.2020, przedstawia argumenty sugerujące laboratoryjne pochodzenie koronawirusa SARS-CoV-2. Na początek jednak bardzo ważna uwaga – autor jest anonimowy, choć zamieszczono o nim pewne informacje: to badacz z ponad 30.letnim doświadczeniem, zajmujący się m.in. analizą i sekwencjonowaniem genomów w Theoretical Biology Division Los Alamos National Laboratory oraz będący analitykiem ds. walki z terroryzmem w National Security Agency (NSA). Cytowane przez niego źródła przedstawiają informacje kwestionujące naturalne (odzwierzęce) pochodzenie koronawirusa SARS-CoV-2. Lista przesłanek na to wskazujących jest długa, dlatego porządkując je, dokonaliśmy także ich selekcji.

Ucieczki modyfikowanych wirusów miały najprawdopodobniej miejsce już w 1977 roku, kiedy nastąpił wybuch epidemii szczepu wirusa grypy A/USSR/90/77 (H1N1) w Związku Sowieckim i Chinach. W tym przypadku nie można jednoznacznie ustalić czy wirus ten uciekł z laboratorium jako owoc badań nad bronią biologiczną bądź szczepionką na grypę. Wydarzenie to było później wykorzystane jako przestroga dla prowadzenia eksperymentów wzmacniających funkcje wirusów tzw. GOF („gain-of-function”), wpływając m.in. na wprowadzenie w USA moratorium na finansowanie ze środków federalnych badań nad GOF wirusów: grypy, MERS-CoV i SARS-related CoV w październiku 2014 roku (moratorium to zniesiono w grudniu 2017 roku).

Przeskok międzygatunkowy z nosiciela zwierzęcego na człowieka („zoonotic jump”) jest wynikiem procesów losowych („trial-and-error process”), wymagających miesięcy i/lub nawet lat. Ma on pierwotnie charakter ograniczony i małoskalowy (endemiczny), a mutacje i rekombinacje materiału genetycznego wirusa umożliwiają mu funkcjonowanie zarówno u dotychczasowego nosiciela, jak i w organizmie nowego. Proces selekcyjny wymaga jednak czasu i najczęściej osłabia zjadliwość patogenu. Stąd też wątpliwości, czy przeskok międzygatunkowy koronawirusa SARS-CoV-2 mógł zajść w przeciągu około miesiąca w Wuhan, aglomeracji o wielkości Nowego Jorku? Dodatkowo pojawienie się na przełomie listopada/grudnia pierwszych przypadków COVID-19 kwestionuje odzwierzęce pochodzenie koronawirusa SARS-CoV-2, gdyż nietoperze wskazywane jako nosiciele patogenu, są nieaktywne i hibernują w okresie zimowym.

Manipulacje genomów wirusów doprowadziły m.in. do powstania zmutowanego szczepu wirusa ptasiej grypy H5N1, którego przepasażowanie na zwierzętach laboratoryjnych (fretki) umożliwiło mu przeskok między- i ponadgatunkowy (z ptaków na ssaki), z jednoczesnym zachowaniem pierwotnej zjadliwości. Eksperymenty na Univeristy of North Carolina doprowadziły w 2014 roku do powstania chimerycznego wirusa bazującego na koronawirusie SARS-related CoV nietoperzy – okazał się on niezwykle zaraźliwy wskutek modyfikacji białka S „spike” odpowiadającego za wiązanie się z komórkami nosiciela. Dalsze badania przerwano w związku z moratorium na finasowanie badań nad wzmacnianiem funkcji wirusów (GOF), zwiększających ich zjadliwość.

Kolejnym i bardzo ważnym argumentem kwestionującym spontaniczne powstanie wirusa SARS-CoV-2 oraz jego przeskoku z nosiciela zwierzęcego („zoonotic jump”) są informacje o poważnych problemach z zachowaniem bezpieczeństwa i jego monitoringu w laboratoriach biologicznych w Chinach, w tym laboratorium Instytutu Wirusologii Chińskiej Akademii Nauk w Wuhan, o najwyższej kategorii bezpieczeństwa biologicznego BSL-4 (to pierwsze laboratorium tej kategorii w Chinach). Wirusolodzy chińscy z laboratorium w Wuhan sygnalizowali wcześniej, że metody poboru prób terenowych są bardzo ryzykowne (np. badacze byli często pogryzieni bądź zanieczyszczeni moczem lub kałem nietoperzy przenoszących koronawirusa SARS-related CoV), dochodziło też do pokątnej sprzedaży zwierząt laboratoryjnych w Wuhan. Ponadto w latach wcześniejszych miały miejsce cztery „wycieki” koronawirusa SARS-related CoV z laboratorium w Pekinie.

Informacje, że transmisja pomiędzy ludźmi wirusa SARS-CoV-2 rozpoczęła się pod koniec listopada z miejsca innego niż wskazywany targ zwierząt Huanan („wet market”) w Wuhan, zostały przedstawione w artykule „The possible origins of 2019-nCoV coronavirus” pochodzącym z lutego 2020 roku. Wskazuje on, że w sąsiedztwie targu znajduje się Wuhan Centre for Disease Control & Prevention, położony w odległości niecałych 300 metrów, gdzie są m.in. przetrzymywane zwierzęta laboratoryjne, oraz Instytut Wirusologii Chińskiej Akademii Nauk znajdujący się w odległości około 12 km od targu Huanan, gdzie w laboratorium kategorii BSL-4 przeprowadzane są badania nad koronawirusami SARS-related CoV. W podsumowaniu autorzy wskazują na prawdopodobny „wyciek” tego koronawirusa z laboratorium w Wuhan: „…somebody was entangled with the evolution of 2019-nCoV coronavirus. In addition to origins of natural recombination and intermediate host, the killer coronavirus probably originated from a laboratory in Wuhan.” Artykuł ten szybko zniknął (dostępny tutaj), a obaj badacze całkowicie usunęli swoje profile ze strony ResearchGate.

Powyższą hipotezę potwierdzają m.in. trzy pierwsze znane przypadki zarażenia SARS-CoV-2 z początku grudnia, które nie miały kontaktu z targiem Huanan. Stwierdzono również, że około jedna trzecia początkowo zarażonych koronawirusem SARS-CoV-2 nie miała jakichkolwiek bezpośrednich powiązań z targiem zwierząt w Wuhan, domniemanym pierwotnym źródłem tego patogenu. Analiza retrospektywna z połowy lutego 2020 roku wykazała, że wirusolog z laboratorium w Wuhan traktowana wówczas jako pacjentka „zero” COVID-19, nie miała żadnych związków z tym miejscem. Obecne wyniki badań chińskich przesuwają datę pojawu COVID-19 co najmniej na połowę listopada 2019 roku, a wiele wskazuje, że transmisja koronawirusa SARS-CoV-2 rozpoczęła się w innym miejscu niż rynek zwierząt Huanan w Wuhan.

Argumenty o problemach instytucjonalnych z zapewnieniem bezpieczeństwa biologicznego i pośrednio wskazujące na „wyciek” koronawirusa SARS-CoV-2, wspiera notatka dyrektora Instytutu Wirusologii w Wuhan z dnia 02.01.2020 roku zabraniająca dyskusji na temat „nieznanego zapalenia płuc w Wuhan” bezpośrednio po tym, jak dzień wcześniej nakazał zniszczenie związanych z tym materiałów laboratoryjnych. Sugeruje to pełną wiedzę władz chińskich o wybuchu epidemii na długo przed podjęciem wielkoskalowych działań zapobiegawczych. W połowie lutego 2020 roku chińskie Ministerstwo Nauki rozesłało dyrektywę do wszystkich swoich laboratoriów zalecającą ostrożne obchodzenie się z zakaźnym materiałem biologicznym, co wspiera pogląd o zbyt słabych procedurach bezpieczeństwa stosowanych wcześniej w laboratoriach biologicznych. W tym kontekście wydaje się, że problemy z bezpieczeństwem biologicznym w Chinach mogą wynikać również z odmiennych zasad kulturowych kształtujących badaczy – w Chinach dominuje struktura hierarchiczna w przeciwieństwie do struktur niehierarchicznych, powszechnych w USA, ułatwiających pełny przepływ informacji pomiędzy naukowcami.

Twierdzenie o odzwierzęcej transmisji („zoonotic jump”) tego koronawirusa kwestionują trudności we wskazaniu źródła pochodzenia SARS-CoV-2 (węże, nietoperze, pangoliny). Badania podobieństwa genetycznego metodą SNP („single-nucleotide polymorphism”) koronawirusów grupy SARS-related CoV wskazują, że zróżnicowanie wyizolowanych szczepów SARS-CoV-2 od osób z objawami COVID-19 oraz wirusów SARS-related CoV znalezionymi u nietoperzy jest 14.krotnie większe niż między genomami człowieka i szympansa, a zróżnicowanie koronawirusów SARS-CoV-2 oraz wyizolowanego szczepu SARS-related CoV z pangolina jawajskiego (co ciekawe genom tego wirusa został wyizolowany dopiero na przełomie 2019 i 2020 roku!), jest taka jak pomiędzy genomem człowieka i myszy. Największa skala zmienności wynikająca z punktowych mutacji obejmuje fragment genomu kodujący białka S „spike” koronawirusa, co determinuje stopień powinowactwa do komórek nosiciela, a przez to zjadliwość poszczególnych szczepów wirusów grupy SARS-related CoV. Ponadto analiza kladystyczna (pochodzenia) wskazuje, że wirus SARS-CoV-2 posiada markery genetyczne trzech odrębnych gałęzi rodowych koronawirusa (tworzącego własną gałąź czyli klad), nie mając wyraźnego pokrewieństwa z innymi znanymi dotychczas koronawirusami. Duże powinowactwo wirusa SARS-CoV-2 do receptora ACE2 może też sugerować jego pochodzenie laboratoryjne w wyniku prac nad szczepionką przeciwwirusową. Podobne modyfikacje wirusa ptasiej grypy H5N1, zwiększyły znacznie jego zaraźliwość na drodze kropelkowej.

Zaraźliwość SARS-CoV-2 jest znacznie większa niż innych znanych koronawirusów SARS-related CoV, obejmując relatywnie długi asymptomatyczny okres wykluwania się choroby. Parametry zaraźliwości takie jak basic reproduction number czyli R0 („R nought”) wynoszą nieco ponad 4, co jest najwyższą wartością tego wskaźnika dla ostatnich epidemii (np. wartości R0 dla wirusa Ebola wynoszą 1,5-2,5; wirusa MERS-CoV: 0,3-0,8; a retrospektywna analiza dla wirusa hiszpanki H1N1 daje wartości z przedziału 1,5-2,5). Obserwacje przebiegu zakażeń COVID-19 w Wuhan wskazują, że wirus SARS-CoV-2 najprawdopodobniej wykorzystuje mechanizm ADE (antibody-dependent enhancement) ułatwiający wnikanie wirusów do komórek docelowych, w szczególności makrofagów gospodarza. Skutkuje to drastyczną zmianą przebiegu infekcji, która z formy łagodnej i umiarkowanej przechodzi bardzo szybko w postać zagrażającą życiu. Tego typu reakcje zaobserwowano m.in. w infekcjach wirusami HIV oraz MERS-CoV, który jest blisko spokrewniony z SARS-CoV-2 (na temat koronawirusa MERS-CoV badacze chińscy opublikowali artykuł w końcu listopada 2019 roku, gdzie jedną ze współautorek jest dr Zheng-li Shi, o której poniżej).

Kolejną osobliwością są pewne podobieństwa genomu wirusów HIV i SARS-CoV-2, mających kilka wspólnych krótkich sekwencji genomu kodujących wirusowe białko S „spike” łączące się z receptorem ACE2 komórek gospodarza. Analogicznych sekwencji nie stwierdzono u innych koronawirusów z grupy SARS-related CoV. Jednym z wytłumaczeń tych podobieństw może być użycie krótkich sekwencji wirusa HIV jako epitopów/markerów molekularnych („molecular flag”) umożliwiających identyfikację komórek docelowych w badaniach nad np. nową szczepionką – w takim przypadku SARS-CoV-2 mógłby być chimerą powstałą wskutek manipulacji genetycznej na koronawirusach z grupy SARS-related CoV, służąc do testowania nowych szczepionek przeciwwirusowych. Pogląd o podobieństwach krótkich sekwencji genomu wirusów HIV i SARS-CoV-2 jest kwestionowany ze względu na bardzo małą długość tych sekwencji (od 6 do 12 nukleotydów), a samo doniesienie naukowe zostało wycofane z publikacji. Należy jednak wspomnieć, że obserwacje kliniczne przebiegu infekcji COVID-19 wskazują na zbliżony mechanizm oddziaływania na układ odpornościowy nosiciela jak w przypadku zarażenia wirusem HIV, co potwierdza m.in. poprawa stanu chorych na COVID-19 po terapii z użyciem leków antyretrowirusowych.

Inną unikalną cechą koronawirusa SARS-CoV-2 jest to, że tworzy on swój własny klad (gałąź genetyczną), która rozdzieliła się od innych koronawirusów grupy SARS-related CoV około 260 lat temu. Przez ten czas SARS-CoV-2 nie podlegałby wewnętrznym procesom specjacji, podczas gdy pozostałe gałęzie drzewa ewolucyjnego koronawirusów z grupy SARS-related CoV podlegały mutacjom i rekombinacjom, tworząc liczne nowe szczepy i gatunki. Przyjmując założenie o naturalnym pochodzeniu koronawirusa SARS-CoV-2, byłby on jedynym znanym przedstawicielem swojego kladu (gałęzi koronawirusów) nie podlegającym mutacjom i rekombinacjom przez ponad dwa stulecia, a przez to nie różnicującym się na szereg pokrewnych linii (szczepów). Jest to o tyle zastanawiające, że całość wironów SARS-CoV-2 musiałaby być nieaktywna np. zamrożona i przechowywana przez ten okres w temperaturze -80°C. Prostszym wyjaśnieniem odmienności genomu koronawirusa SARS-CoV-2 mogłaby być modyfikacja jego domniemanego przodka, co sugerowałoby jego pochodzenie laboratoryjne. Hipotezę tą wspiera zgłoszenie patentowe dr Xu Jinping Meng z 2005 roku, badacza afiliowanego wówczas na uniwersytecie w Wuhan, dotyczące inżynierii genetycznej białek S „spike” koronawirusa SARS-related CoV (http://europepmc.org/article/pat/CN1990502), którym zajmowała się m.in. dr Zheng-li Shi.

III. „Zaraźliwe” skutki transferu amerykańskiej wiedzy do Chin

W eksperymentach na Univeristy of North Carolina nad zmodyfikowanym wirusem SARS-related CoV, których pierwotnym rezerwuarem są nietoperze, brała udział chińska badaczka dr Zheng-li Shi (Zhengli Shi) z Instytutu Wirusologii Chińskiej Akademii Nauk w Wuhan. Dr Zheng-li Shi jest wirusologiem prowadzącym badania nad koronawirusami od ponad 30 lat. Z końcem 2016 roku wróciła do Wuhan, gdzie zajmowała się koronawirusami nietoperzy SARS-related CoV i ich transmisją. W styczniu 2020 roku była jednym z współautorów artykułu „Discovery of a novel coronavirus associated with the recent pneumonia outbreak in humans and its potential bat origin” opublikowanym w czasopiśmie Nature. Co ciekawe w trakcie pobytu naukowego w latach 2014 i 2015 w USA otrzymała ona ponad 1 mln USD na dwa granty badawcze („The Ecology of Bat Coronavirususes and the Risk of Future Coronavirus Emergence oraz Emerging Pandemic Threats Program – 2”). Jej ówczesne i późniejsze prace nad koronawirusami były finansowane m.in. przez U.S. Department of Defense, U.S. Threat Reduction Agency i U.S. Biological Defense Research Directorate of the Naval Medical Research Center.

Innym chińskim wirusologiem związanym z eksperymentami na koronawirusach jest dr Xing-Yi Ge, pracujący również w laboratorium w Wuhan, który pojawia się jako współautor artykułu z 2016 roku wraz z innymi badaczami z Univeristy of North Carolina. Dr Xing-Yi Ge był pierwszym naukowcem, który w 2013 roku z powodzeniem wyizolował z nietoperzy koronawirusa SARS-related CoV. Wirus ten atakuje receptor ACE2, podobnie jak koronawirus SARS-CoV-2. Ich sekwencje receptorowe są prawie identyczne, a niewielkie różnice nie wpływają na strukturę przestrzenną białka S „spike” obu koronawirusów.

Epidemiolog dr Ralph Baric kierujący badaniami nad koronawirusami, to naukowiec który gościł dr Zheng-li Shi i dr Xing-Yi Ge na University of North Carolina. Zespół tego naukowca stworzył chimerycznego koronawirusa SARS-related CoV, modyfikując geny białka S „spike” osłonki wirusów, które umożliwiają im związanie się z komórką docelową, a przez to infekcję nosiciela. Pomimo że dr Baric kierował kontrowersyjnymi modyfikacjami hiperwirulentnego szczepu koronawirusa SARS-CoV-2 z nietoperzy, to w wywiadzie z 28.01.2020 roku stwierdził, że obecnie znacznie większym problemem zdrowotnym jest grypa sezonowa (seasonal flu) aniżeli COVID-19. Pominięcie narastającego zagrożenia pandemią COVID-19 przez specjalistę, który przeszkolił i współpracował z dwojgiem prominentnych naukowców chińskich z Wuhan przy modyfikacjach koronawirusa SARS-related CoV jest zastanawiające, zwłaszcza że według WHO koronawirus SARS-CoV-2 jest ponad trzydzieści razy bardziej śmiertelny niż grypa.

Dr Zheng-li Shi i dr Xing-Yi Ge współpracowali także z dr Peterem Daszakiem, prezesem EcoHealth Alliance oraz wieloletnim ekspertem WHO. W 2013 roki badacze ci dokonali izolacji koronawirusa SARS-related CoV z nietoperzy wykorzystującego podobnie jak SARS-CoV-2 mechanizm wiązania białka S „spike” z receptorem ACE2. Dr Daszak jest jednym z 27 naukowców, którzy podpisali oświadczenie w czasopiśmie Lancet traktujące hipotezę o nienaturalnym pochodzeniu i laboratoryjnym „wycieku” koronawirusa SARS-CoV-2 jako teorię spiskową („…The rapid, open, and transparent sharing of data on this outbreak is now being threatened by rumours and misinformation around its origins. We stand together to strongly condemn conspiracy theories suggesting that COVID-19 does not have a natural origin.”). Wydaje się, że w przypadku dr Daszaka może być to próba zdyskredytowania oponentów w związku z tym, że koronawirusy od blisko 20 lat są postrzegane jako potencjalny obiekt do opracowania nowej klasy szczepionek przeciwko HIV, a badania nad tą grupą mają charakter priorytetowy i są bardzo dobrze finansowane. Takie działania doskonale wpisują się w oficjalną linię chińskiej propagandy, wymuszającej m.in. na zachodnich wydawnictwach naukowych cenzurowanie i/lub ograniczanie dostępu do publikacji zajmujących się m.in. kwestiami Tajwanu, Tybetu, okresu rewolucji kulturalnej czy protestów studenckich na placu Tiananmen w 1989 roku.

Prezentację amerykańskich i chińskich badaczy zaangażowanych w badania koronawirusów z grupy SARS-related CoV zakończy przykład innej toksycznej relacji między przedstawicielami amerykańskiego świata nauki ze zjadliwą i hiperwirulentną rzeczywistością Chin. Dotyczy on co prawda innej dziedziny wiedzy – nanotechnologii, lecz łączy się z miejscem wybuchu pandemii SARS-CoV-2, z Wuhan. 28 stycznia 2020 roku FBI zaaresztowało dr Charlesa Liebera, prominentnego chemika Harvard University i pioniera nanotechnologii, który po dwóch dniach został zwolniony za kaucją 1 mln USD. Zarzuty wobec niego obejmują nielegalne zaangażowanie się w chiński Plan Tysiąca Talentów („Thousand Talents Plan”) i „wziątkę” kilku milionów USD od Wuhan University of Technology (pensja 50 tys. USD miesięcznie, 150 tys. USD rocznie jako zwrot poniesionych kosztów oraz 1,5 mln USD za stworzenie tam laboratorium nanotechnologicznego). Dr Lieber w trakcie przesłuchań w 2018 roku przez Departament Obrony (DoD) oraz Narodowy Instytut Zdrowia (NIH) zaprzeczył swojemu uczestnictwu i zaangażowaniu w Plan Tysiąca Talentów. Na dzień dzisiejszy brak jest dowodów, by utworzone przez niego laboratorium nanotechnologiczne miało powiązania z laboratorium BSL-4 Instytutu Wirusologii Chińskiej Akademii Nauk w Wuhan.

Chiński Plan Tysiąca Talentów rozpoczęty w 2008 roku jest nakierowany na rozwój rodzimego potencjału innowacyjnego oraz konkurencyjności Chin na rynkach międzynarodowych. Program ten ma na celu powrót do ojczyzny wyróżniających się obywateli chińskich wykształconych na najlepszych uczelniach amerykańskich i europejskich oraz przyciągnięcie wybitnych badaczy zagranicznych w celu wzmocnienia nauki i gospodarki Państwa Środka. W listopadzie ubiegłego roku Senat USA zasugerował, że program ten może być środkiem, za pomocą którego rząd chiński drenuje własność intelektualną podmiotów amerykańskich dla własnych korzyści. Michael Lauer, zastępca dyrektora National Institute of Health (NIH) stwierdził, że umowy w ramach Planu Tysiąca Talentów zachęcały jej uczestników do utworzenia „laboratoriów-cieni” (shadow labs) w Chinach, powielających ich pracę w instytucjach amerykańskich. W grudniu 2019 roku elitarna grupa doradcza ds. nauki JASON, zaleciła National Science Foundation (NSF) by ujawniać wszelkie potencjalne konflikty interesów lub zobowiązania, które mogą powstać w przypadkach finansowania prac badawczych zagranicą przez obce rządy. Według raportu JASON wysiłki Chin mające na celu zbieranie informacji i wywieranie wpływu na amerykańskie instytucje naukowe i przedsiębiorstwa są prawdopodobnie największe i najlepiej zorganizowane.

IV. Post hoc ergo propter hoc?

Weryfikacja hipotez możliwa jest przy maksymalnie pełnej znajomości faktów i dostępie do źródeł. Niestety Chiny nie dopuściły do Wuhan, źródła pandemii COVID-19, badaczy z innych krajów. Chińskie poczucie dumy wspierające opresywny system polityczny Państwa Środka, oraz duch konfucjanizmu spajający społeczeństwo powodują, że wszelkie głosy krytyki są odrzucane lub ignorowane. Dodatkowo wyrafinowane metody deprawacji i korupcji elit naukowych Stanów Zjednoczonych i Europy przez Chiny, nie służą poznaniu prawdy i zaciemniają fakty…

Czy w związku z tym można jednoznacznie wskazać na pochodzenie i źródła wirusa SARS-CoV-2? Dwa wyjaśnienia są możliwe. Pierwsze zakłada, że koronawirus z grupy SARS-related CoV uległ spontanicznej mutacji i rekombinacji przeskakując z nosiciela zwierzęcego na człowieka na targu zwierząt Huanan (martwy pangolin?) lub z nietoperzy ukrytych w jaskini, znajdującej się w sąsiedztwie chińskiego laboratorium wirusologicznego kategorii BSL-4 w Wuhan. Byłby to koronawirus o niejasnym i nigdy wcześniej nie spotkanym genomie, ponad dwudziestokrotnie bardziej zaraźliwy niż wirus SARS-related CoV; którego białka błonowe S „spike” umożliwiające połączenie z komórkami człowieka, wniknięcie do nich i infekcję, mają unikalny charakter nawiązujący do białek błonowych wirusa HIV w pewnych krótkich lecz kluczowych odcinkach; który w nieznany sposób zainfekował pacjenta zero nie mającego jakiegokolwiek kontaktu z targiem zwierząt Huanan w Wuhan; patogen dostosowany do ludzkiego nosiciela w taki sposób, że doprowadził do największego kryzysu sytemu publicznej opieki zdrowotnej w Chinach, Włoszech i Hiszpanii oraz izolacji ponad miliarda ludzi, a także zamknięcia granic pomiędzy sąsiadującymi państwami.

Druga odpowiedź sugeruje, że źródłem koronawirusa SARS-CoV-2 było nieprzestrzeganie przez chińskich naukowców odpowiednich procedur związanych z zagrożeniami biologicznymi, wydarzenia przed którym ostrzegano wkrótce po otwarciu laboratorium wirusologicznego najwyższej kategorii bezpieczeństwa biologicznego BSL-4 w Wuhan w 2017 roku („wycieki” koronowirusa z grupy SARS-related CoV miały wcześniej miejsce w Chinach co najmniej cztery razy). Byłby to „wyciek” zmodyfikowanego szczepu laboratoryjnego o wyjątkowo wysokiej wirulencji, który być może miał posłużyć do testowania przyszłych szczepionek przeciwwirusowych (chińscy badacze wykazali już wcześniej, że potrafią nadawać takie właściwości wirusom m.in. dzięki wiedzy nabytej w laboratoriach University of North Carolina. np. modyfikując wirusy w obrębie receptorowego białka S „spike” co nadało im wyjątkową zjadliwość). Wysiłki Chin dążące do pełnego ocenzurowania przebiegu wydarzeń związanych z wybuchem pandemii COVID-19 w Wuhan, wspierają taką konkluzję.

18.10.2019 roku w Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health w ramach „Event 201” przeprowadzono symulację przygotowań na wybuch globalnej pandemii. Hipotetycznym czynnikiem zakaźnym był koronawirus z grupy SARS-related CoV, a jego nosicielem trzoda chlewna. Patogen ten miał wywołać „Coronavirus Acute Pulmonary Syndrom” (CAPS), a miejscem gdzie miałaby wybuchnąć pandemia były kraje Ameryki Południowej. Trzy miesiące później pandemia miałby charakter globalny z blisko 10 mln osób zarażonych oraz ponad 600 tys. zmarłych, jednak przyjęte parametry epidemiologiczne CAPS były odmienne od stwierdzonych w pandemii COVID-19 (m.in. okres inkubacji wirusa 5-7 dni, jego R0 1,74, 50% zarażonych wymagałoby hospitalizacji, wskaźnik śmiertelności sięgałby 7%). Ilość ofiar śmiertelnych po 18 miesiącach pandemii sięgnęłaby 65 mln osób, dotykając zwłaszcza metropolii (megacities) krajów drugiego i trzeciego świata. Pandemia doprowadziłaby do globalnego kryzysu finansowego, spadek światowego PKB sięgnąłby 11% przy czym największe straty miałyby ponieść kraje biedne i średnio rozwinięte. Straty na globalnych rynkach finansowych sięgnęłyby 20-40%, a zapaść miałaby trwać nawet dekadę. Co ciekawe jednym z uczestników „Event 201” był Georg Fu Gao, szef Chinese Center for Disease Control and Prevention.

Czy pełna informacja, że koronawirus SARS-CoV-2 „wyciekł” z laboratorium skutkując wybuchem pandemii COVID-19 spowodowałaby, że zachowywalibyśmy się bardziej ostrożnie, utrzymując „social distancing” oraz dopełniając innych ograniczeń gdyby pojawiła się taka konieczność? Być może. Należy jednak dążyć do wprowadzenia międzynarodowego moratorium na wszelkie badania nad podwójnym zastosowaniem wirusów w celu wzmacniania ich funkcji (GOF), a wszystkie szczepy wirusów dotychczas uzyskanych w ten sposób zniszczyć w autoklawach. Dalsze próby naśladowania Boga majstrowaniem w genomach patogenów mogą być wyrokiem śmierci dla naszego gatunku, dla „Homo sapiens”.


Dodaj komentarz

Proste historie. Strach i mędrca szkiełko

Jarosław Kapsa

Doktor Schnabell z Rzymu – XVII-wieczna rycina

Powstanie listopadowe nie tylko wzbogaciło krajobraz Polski barwami biało-czerwonymi¹, ale także przyczyniło się do wprowadzenia w nasze słownictwo życzenia: „by to cholera wzięła”.

Wraz z wojskami rosyjskimi, przesłanymi do tłumienia polskiego „buntu”, przeniesiono z Kaukazu do centrum Europy zarazki azjatyckiej cholery. Ofiarą jej padł dowódca gen Dybicz. Zaraza – niestety – przeniosła się także na wojska polskie i ludność cywilną Królestwa. Po przegranym powstaniu, wraz z emigrantami po postaniu cholera zaniesiona została na tereny państw niemieckich, do Francji, a w 1837 roku wraz z podróżującymi statkami dotarła do Stanów Zjednoczonych.

Kolejne wielkie epidemie także wiązały się z wielkimi wojnami: krymską (1854), prusko-francuską (1870), rosyjsko-turecką (1878); wojna bowiem zwiększała migracje. Zarazie sprzyjało grupowanie dużych ilości ludzi w prymitywnych warunkach obozów wojskowych.

Cholera wcześniej znana była w dalekich krajach azjatyckich i traktowana jako egzotyczna przypadłość lokalna. Rozpowszechnienie jej odświeżyło pamięć: świat nie składa się z izolowanych wysp, rozwój wiąże się z migracją, a ta – prócz pozytywów – przynosi także śmiercionośne zarazki. Tak było z „czarną śmiercią” lat 40-tych XIV wieku, gdy z obleganej Kaffy na Krymie przywleczono do miast włoskich zarazki dżumy. Tak było po wyprawie Kolumba, gdy z Europy do Ameryki popłynęła ospa, a w odwrotną stronę syfilizm. Pobożna kobieta przywiozła z pielgrzymki do Rzymu krętka bladego do Krakowa, pośrednio przyczyniając się do przedwczesnego zgonu króla Jana Olbrachta. Wówczas jeszcze ani król ani pielgrzymująca wierna nie mieli pojęcia o swej roli w wędrówce mikrobów. Intuicyjnie podejrzewano, że zarażeniom sprzyjają kontakty międzyludzkie; ale skąd się wzięła cholera, co jest źródłem zarażenia, czy związana jest z określonymi warunkami środowiskowymi czy może z konstrukcją fizycznych chorych; na owe pytania, do czasu „przełomu bakteriologicznego”, do czasu odkryć Roberta Kocha, można było odpowiedzieć: cholera wie.

Po pandemii lat 30-tych XIX wieku podejrzanym był zarazek. Powszechnie przyjmowana była teoria miazmatyczno-kontagilna: zarazek od człowieka trafiał do gleby, ginął w suchej glebie lub powietrzu, rozwijał się w wilgoci, potem ponownie trafiał do organizmu ludzi. W oparciu o tę teorię monachijski profesor Max von Peterkoffer, twórca wiedeńskiego Instytutu Higieny zdefiniował podstawowe wskazania zapobiegania zarazie, akcentując nie tylko kwestie kwarantanny, policyjnego nadzoru, izolacji chorych, ale przede wszystkim poprawę sanitarnych warunków: asenizacja gleby, kanalizacja miast, dostarczanie czystej wody, dbałość o czyste powietrze. Przyjęta w państwach europejskich była zasada odpowiedzialności władz za zdrowie powszechne, stąd zalecenia wiedeńskich i berlińskich higienistów przeniesiono na język przepisów prawnych i działań inwestycyjnych samorządów. Efektem wymiernym było skanalizowanie, w ciągu ostatniego ćwierćwiecza XIX wieku większości miast i miasteczek niemieckich.

Ta higieniczna profilaktyka nie została przerwana, nawet gdy w opinii środowisk lekarskich zwyciężała doktryna bakteriologiczna z nową receptą: odkryć konkretną przyczynę, izolować zarażonych i szczepić niezarażonych.

Odkrycie przez Kocha laseczników cholery spotkało się z ostrą polemiką monachijskiego higienisty; Peterkoffer uważał, że nie tylko lasecznik, lecz także szereg innych uwarunkowań środowiskowych powoduje chorobę.

Spór przebrał charakter ekstremalny, monachijski profesor publicznie wypił szklaneczkę bulionu z lasecznikami cholery, chcąc udowodnić na własnym organizmie błędność teorii Kocha. Ponieważ, mimo tak desperackich gestów, odkrycia Kocha, potwierdzone kolejnymi badaniami, nie można było zanegować, ciężar sporu między zwolennikami szkoły monachijskiej a berlińskiej przeniósł się na dotyczące przyczyn zarażania i metod walki z zarazą. Na kongresie lekarzy w Berlinie w 1885 roku zwolennicy Peterkoffera powtarzali postulaty o poprawie warunków higienicznych miast, wyznawcy Kocha opowiadali się za izolowaniem chorych.

W Galicji, jak w całej monarchii CiK Austro-Węgier obowiązywała doktryna wiedeńskich higienistów. W większym stopniu otwarte na odkrycie Kocha było środowisko warszawskie. „Gazeta Lekarska” relacjonowała na bieżąco prace Kocha nad lasecznikami.² W 1887 roku O. Bujwid przedstawił w niej własną teorię rozpoznawania bakterii cholerycznych.³ Przykładem godnym uwagi, ze względu na łączenie praktyki szkoły monachijskiej z odkryciami Kocha był publikowany w 1884 roku „Projekt przepisów sanitarnych w celu przeciwdziałania cholerze, w przypadku występowania takowej w Warszawie.”⁴

Rok 1892 był próbą dla polskich bakteriologów. Do Warszawy dotarły informacje o wystąpieniu przypadków cholery w okolicach Lublina. W celu sprawdzenia, czy jest to cholera swojska, czy azjatycka na polecenie gubernatora warszawskiego wyjechała do miejsc zarażonych inspekcja w składzie doktorów: Czausowa, Łukjanowa, Przewoskiego oraz – na własną prośbę J. Polaka. Sprawozdanie z tej ekspedycji przedstawił w „Gazecie Lekarskiej”⁵ Przewoski. Ogniskiem zarazy były Biskupice, miasteczko zamieszkałe przez 1558 mieszkańców, w większości biednych Żydów. W 1890 roku zmarło tu na cholerę 28 osób, rok później 19, w 1892 do końca sierpnia 42. Nosicielem zarazku była przybyła z Rostowa do Biskupic kuzynka księdza.

Przewoski pisał: „Ależ znowu z Rostowa i z innych miejscowości dotkniętych cholerą wyjechały prawdopodobnie w różne strony całe tysiące ludzi; dlaczego tak odlegle choroba wybuchła aż w Biskupicach? Jeżeli rzecz tak się miała istotnie, to przyczyny tego szczególnego zjawiska należałoby szukać w warunkach miejscowych w Biskupicach. Otóż, miejscowość ta stanowi nadzwyczaj nędzną osadę żydowską o 1558 mieszkańcach. Osada leży na niewielkiem wzniesieniu i dokoła niej grunt ma z wierzchu wygląd piaszczysty. Pod osadą płynie maleńka, brudna rzeczułka Gełczew. Woda tej rzeczułki służy do prania bielizny, do moczenia lnu i konopi, a także za napój dla bydła. Ludzie z Biskupic używają do picia wody z pobliskich źródeł, ale również często i z rzeczułki. Zabudowania w Biskupicach są drewniane, ciasne, brudne, najczęściej bez podwórza i bez wychodków. Ludność w ogóle biedna i niezmiernie ciemna. Znaczną większość tej ludności stanowi proletaryjat żydowski. Zajęciem jego jest handel, ale handel drobny, przekupniczy. (…) Ciemnota umysłowa i idące z nią w parze przesądy powiększają jeszcze liczbę przyjaznych warunków dla rozwielmożnienia się epidemii. Najwidoczniej to rzucało się w oczy w Biskupicach. Ludność nie ufała pomocy lekarskiej, ale starannie ukrywała się przed nią. Chorych należało gwałtem odszukiwać, a gdy chorego odszukano, to i wówczas jeszcze rodzina niejednokrotnie ukryć go usiłowała (…) W Biskupicach w 1890 roku umarło 28 osób, w ciągu 1891 roku 19 osób, zaś w 1892 roku tylko od 1 do 28 Sierpnia 42 osoby. Widzimy więc, że w ostatnich tygodniach podskok śmiertelności w Biskupicach nastąpił ogromny. Toż samo w większym stopniu da się niezawodnie stwierdzić i w Lublinie.”

Z Biskupic cholera przeniosła się do Lublina. Pisał o niej dr. Edmund Biernacki. W jego relacji⁶: „cholera w Lublinie gnieździ się na ulicach z gęstem zaludnieniem, ulicach brudnych i niehigienicznych, nieposiadających ani dobrych ustępów, ani wody do picia, nareszcie, rzecz ciekawa, przynajmniej do tego czasu, na ulicach nisko leżących. (…) Zastałem wtedy w szpitalach około 140 cholerycznych, w mieście, liczącem 54000 mieszkańców. Jeślibyśmy przenieśli to na Warszawę, to w stosunku do tego powinnibyśmy mieć tutaj około 1400 chorych w szpitalach (…) Cyfrę zmarłych obliczają najmniej na 600 osób przez jeden miesiąc trwania epidemii, coby dla Warszawy uczyniło 6000! W szpitalach lubelskich, jak obrachowałem z wykazów, zmarło do dnia 21 Września — 204 osoby; na mieście zaś zapewne oprócz tego dwa razy więcej.”

Groźba rozlania się epidemii cholery azjatyckiej po Królestwie wpłynęła na zwiększenie aktywności badawczej. Już wcześniej Bujwid prowadząc badania powietrza w Warszawie wykluczył taką możliwość przenoszenia zarazka. W obliczu epidemii wykonał badania bakteriologiczne wody warszawskiej.⁷ Uznał, że woda z wodociągów i z czerpana z Wisły nie stanowi zagrożenia; poważnym niebezpieczeństwem jest spożywanie nieprzegotowanej wody z płytkich, niezabezpieczonych przez zanieczyszczeniami ściekami, studni. Sumę doświadczeń uzyskanych podczas epidemii 1892 upublicznił Bujwid w broszurze o cholerze.⁸

Pisał w niej: „Każda choroba zakaźna nabawiała nas bezgraniczną trwogą. Teraz znamy przyczyny, wiemy czego się mamy obawiać, wiemy jak zapobiegać. Leczenie cholery stoi w miejscu. Znamy jednak sposoby zarażania – odkrycie Kocha. Dzięki temu cholerze łatwiej się zapobiega niż gruźlicy, dyfterytowi czy ospie. Możliwe i łatwe jest wykrywanie lasecznika w wydzielinach chorego (odczyn Bujwida z 1886 roku). Bakterie żyć mogą tylko w płynach, suszenie je zabija, zabija je także kilkuminutowe gotowanie wody. Zarazić się można jedynie przez kontakt z wydzieliną (nie przechodzi przez powietrze). Nie ma cholery tam gdzie są wodociągi, oczyszcza z zarazku także woda większej rzeki (Wisły). Wystarczy zachować podstawowe zasady higieny. Dezynfekcja łatwa, zarazek zabijają antyseptyczne roztwory.”

W porę podjęte działania profilaktyczne, połączone z ogniskowaniem badań bakteriologicznych, spowodowały ograniczenie epidemii cholery.

„Nazywając rzeczy po imieniu, mamy – niby to – cholerę w mieście. Ale jest to biedna cholera, anemiczna, która jak zestarzały pies zaczepia dwie lub trzy osoby dziennie i zazwyczaj poprzestaje na uszkodzeniu im garnituru. Przed dwudziestu laty o tej porze chorowało już po sto osób dziennie.”⁹ – pisał w 1894 roku Bolesław Prus.

Strach został oswojony, do świadomości ogółu przebił się związek między zaniedbaniami higienicznymi a śmiertelnymi chorobami. Nie znaleziono wówczas panaceum, lekarstwa na cholerę, nie dały rezultatu próby znalezienia szczepionki. Ale swoją skuteczność pokazały metody podstawowe: sprawdziła się idea kanalizacji Warszawy, zrealizowana przez generała Starynkiewicza z inicjatywy polskich higienistów: doktora Markiewicza, doktora Polaka i innych.

Triumf bakteriologów i higienistów w ograniczaniu epidemii cholery był możliwy dzięki zmianie postrzegania roli państwa. Tu jednak oszczędziłbym komplementów.

Od czasu wojen napoleońskich postrzeganie roli państwa na pierwszym miejscu stawiało aspekt militarny. Kwestia zdrowia czy śmiertelności ludu byłaby dla władzy, tak jak w średniowieczu, rzeczą obojętną, gdyby nie potrzeba dysponowania wielką, silną i zdrową armią, przez ten lud tworzoną. XIX-wieczne wojny przestały być ekspedycjami uzbrojonych pułków, stały się wielkimi zgrupowaniami i przemarszami kilkuset tysięcznych armii. Extremum tego stanowiła I wojna światowa. Wyobrazić sobie trzeba hałdy ekstramentów, odpadków żywnościowych czy innych śmieci tworzonych w ciągu kilku miesięcy przez siedzącą w okopach populację równą obecnej ludności Częstochowy czy Radomia; by wiedzieć, że epidemie są wpisane w strategię wojenną. W teorii armię należało chronić przed zarazą, by żołnierz nie ginął od sraczki tylko od kuli wroga; ale to armie wytwarzały ową zarazę, powodującą wyższą śmiertelność od chorób, niż od broni.

W dodatku istota świadomości ludzi, tych z tytułami naukowymi i tej zwykłej ciemnoty, jest niezmienna. Boimy się tego, co nieznane; godzimy się z pokorą na to, co znane i wydaje się nieuchronne. Cholera nie była największym zagrożeniem w 1893 roku, tak, jak i grypa hiszpanka nie była nim w 1918 roku. Plagą, wśród chorób zakaźnych XIX wieku byłą gruźlica, ona odpowiadała za 1/4 przyczyn wszystkich zgonów w Królestwie Polskim i Galicji. Odkrycie lasecznika przez Roberta Kocha w 1882 roku tylko w teorii zakończyło dyskusję o przyczynach tej choroby.

Nadal w kręgu opiniotwórczych lekarzy dominowało przekonanie o niezarażalności gruźlicy; zwolennikiem tej hipotezy był m.in. zasłużony lekarz dr Alfred Sokołowski, długoletni dyrektor pierwszego w Europie przeciwgruźliczego sanatorium w Goerbesdorfie (dziś Sokołowsko) na Dolnym Śląsku. Jego zdaniem by dojść mogło do zarażenia muszą istnieć specjalne warunki: spanie w jednym łóżku, mieszkanie w ciasnym nie przewietrzonym mieszkaniu, złośliwa postać suchot. Zapobiegać można oddzielając chorych i dbając o warunki higieniczne.

Oczywiście, zarażalności sprzyjały warunki środowiskowe, miał rację inny warszawski lekarz, dr Teodor Dunin pisząc: „Głód, złe pożywienie, złe mieszkanie, nędza, nadużycia wszelkiego rodzaju, zmartwienia, troski, przeciążenie pracą umysłową, brak ćwiczeń fizycznych – to najlepsi sojusznicy lasecznika. Suchoty są dzieckiem cywilizacji i tylko od cywilizacji zależy zniesienie nędzy i trosk ludzkich – ograniczenie gruźlicy”¹⁰.

Niemniej, przezwyciężenie klęski gruźlicy wymagać musiało zarówno akceptacji tezy Kocha (zatem ograniczenia możliwości zarażania i odkrycia skutecznych metod zwalczania mikrobów), jak i działań wymienionych przez dr. Dunina.

O wpływie warunków środowiskowych przekonać mogło doświadczenie I wojny. Doświadczenie istotne – bo w latach przedwojennych dominowała wiara, że szkiełko mikroskopowe bakteriologa i wiedza farmaceutów pomoże znaleźć panaceum na wszelkie choroby zakaźne. Znano już przed 1914 rokiem różne formy szczepionek i leków, ograniczające zakres chorób.

Wojna jednak to nie tylko gromadzenie i przemarsze mas ludzkich, to także wielki rabunek zasobów niezbędnych do życia, to wielkie zubożenie ludności. Nędza robi swoje. Dyzenteria, której ofiarą w Kongresówce przed 1914 rokiem padało od 0,4 do 0,9 os. na 10 tysięcy mieszkańców; w okresie wojny śmiertelność wzrosła do 34 na 10 tysięcy; tyfus plamisty przed 1914 rokiem powodował zgonów 0,2-0,3 na 10 tysięcy mieszkańców, w latach wojny śmiertelność wzrosła do 14 na 10 tysięcy; gruźlica przed wojną powodowała śmiertelność 20-23 na 10 tysięcy, w czasie wojny wzrastała od 31,4 w 1915 roku do 46 w roku 1916. W Łodzi śmiertelność powodowana gruźlicą wzrosła aż do 109 zgonów na 10 tysięcy mieszkańców. Warunki wojenne zwielokrotniły także zagrożenie chorobami wenerycznymi.

Latem i jesienią 1918 roku pojawiła się grypa hiszpanka. Epidemia nierówno rozkładała się na obszarze Polski: poniżej 15% populacji było zarażonych na północno-wschodnim Mazowszu i zachodnich powiatach Kongresówki (w Częstochowie do 25%); najwięcej powyżej 50% w powiatach: Będzińskim, Kaliskim, Kolnieńskim, Konińskim, Kozienieckim, Kutnowskim, Lipnowskim, Łaskim, Mławskim, Puławskim, Pułtuskim, Przasnyckim, Radomskim, Sandomierskim, Siedleckim, Słupeckim, Skierniewickim, Wieluńskim. W szpitalu ujazdowskim w Warszawie zmarło na hiszpankę w listopadzie 1918 r.oki 8,6% hospitalizowanych żołnierzy, w grudniu 4%, w styczniu 3,1%. W Warszawie o okresie 4 miesięcy, od października do grudnia zmarło ogółem 569 osób. Największe zagrożenie dotyczyło młodych ludzi. Zakażenie następowało poprzez wydzieliny oddechowe – kaszel, katar.¹¹

Śmiertelność z powodu grypy hiszpanki była nieporównywalnie niższa, od strat powodowanych gruźlicą i tyfusem. Być może sam wirus nie był poważnym zagrożeniem, ale atakował organizmy ludzi wycieńczonych wojną, głodem i zimnem. Hiszpanka budziła strach, bo była czymś nieznanym, nieznane były także formy obrony przed zarażeniem przenoszonym drogą kropelkową.

Rzeczywistym jednak, poważniejszym, zagrożeniem, były znane już i „oswojone” choroby zakaźne. Powojenna epidemia tyfusu na obszarach Rosji i Ukrainy zagrażała życiu około 20-30 milionom ludzi. Zagrożonych w Polsce szacowano na 4 miliony. Odnotowano w 1919 roku 219 tysięcy przypadków choroby, w tym 18, 6 tysiąca zgonów. Poważnym zagrożeniem była także czerwonka, w latach 1920-21 odnotowano 64 tysiące chorych, śmiertelność około 10 tysięcy. Mimo wprowadzonych już w czasie wojny szczepień, nadal dużym zagrożeniem była ospa. Ok 1000 ludzi rocznie umierało na dur brzuszny „chorobę brudnych rak”.

Rozwój XIX-wiecznej bakteriologii był „dzieckiem pozytywizmu”, wiary, że nauka przyniesie owoce w postaci uwolnienia ludzi od najgorszych plag: wojen, nędzy i chorób zakaźnych. Niestety rzadko się zdarza, by postęp moralny szedł w parze z postępem technicznym i społecznym. Jeśli chroni się ludzi, by byli lepszym „bydłem wojennym”, to produkt tej hodowli – czyli wojna – zniszczy wszelkie korzyści z takiego postępu.

Świadomość ludzi dziś i w XIX w. jest podobna. Obserwując szamotaninę działań „antykoronowirosowych” warto sobie uwiadomić, że i wtedy, i teraz największym wrogiem jest strach i niekonsekwencja.

Pisano w „Krytyce lekarskiej” po upowszechnieniu odkryć Kocha: „Obawa przed zakażeniem bywa często przyczyną najdzikszego egoizmu i niehumanitarnego postępowania z chorymi: żony boją się pielęgnować chorych mężów, dzieci nie dochodzą do chorego ojca i odwrotnie. Niejeden chory ginie wprost ze strachu, widząc, jak od razu wszyscy opuszczają go, jak najbliżsi nawet obawiają się pić lub jeść z tych samym naczyń, co on, jak brzydzą się serwetką jego (…) Rodzina, w której dziecko zapadło na jakąś chorobę zakaźną, zostaje odciętą od świata całego: najbliżsi znajomi i krewni zrywają z nią wszelkie stosunki, sąsiedzi nie biorą i nie pożyczają od niej niczego, pater familias nie może sobie miejsca znaleźć z nudów, bo go nawet na winta nie zapraszają, wszystkie dzieci niechore—a bywa ich często sporo — rozsyła się po różnych punktach miasta do dziadków, babek, starych ciotek lub do ludzi zupełnie obcych, lecz bezdzietnych; dzieciom tym dzieje się krzywda, nie mają bowiem tych wygód i tej opieki, co u siebie w domu, ale za to nie tracą wcale szans… zarażenia się tam, gdzie szukają schronienia, tą samą chorobą, od której uciekły lub inną jakąś, jeszcze gorszą. A dyabeł nie jest wcale tak straszny, jak go malują; zarażenie się chorobami nie jest znowu tak łatwe, jak się zdaje i cała ta sprawa zupełnie inaczej wygląda przy oświetleniu krytycznem, jeżeli odrzucimy szablonowy terroryzm. (…) Czyja więc wina, że rozwielmożniła się wszędzie bakteryofobia? Źródła tego nienormalnego zjawiska trzeba, mojem zdaniem, szukać w lekarzach, którzy zamiast uspokajać umysły, sieją przestrach i trwogę, przyczyniające choremu, również jak otoczeniu, wiele niepotrzebnych, cierpień. Proszę tylko mnie dobrze zrozumieć: nie mam nic bynajmniej przeciw rozsądnej izolacyi chorego i sumiennej dezynfekcyi jego mieszkania i sprzętów, lecz jestem przeciw zbytniej przesadzie, na którą sobie pozwala wielu lekarzy i przeciw ich miarom podwójnym – jedna dla nich samych, a druga dla pacyentów. Ten sam lekarz – pedant, który urządza srogą kwarantannę dla całej rodziny, gdy u jednego z jej członków zjawi się choroba zakaźna, nie przestaje jednak odwiedzać wszystkich swoich pacyentów, kiedy jego własne dziecko w domu zapadnie—i bezwarunkowo nie powinien przerwać, praktyki. Tak samo więc, jak lekarz potrafi poradzić sobie samemu w takich wypadkach, powinien również radzić i pacyentom swoim: miara powinna być jedna i ta sama dla wszystkich.”¹²

I nic tu dodać.

*

1 Kolor naszej flagi uchwalił w lutym 1831 r. Sejm Królestwa Polskiego na wniosek posła Walerego Zwierkowskiego
2 Gazeta Lekarska nr 49 z 6. XII. Dział sprawozdawczy, R. Mayzel Robert Koch, spór o sposób hodowli bakterii cholery. Wyniki badań Ermangea (Belgia) nad bakteriami cholery.
3 Gazeta Lekarska 1887 nr 7. O. Bujwid „Odczyn chemiczny na bakterie cholery azjatyckiej”
4 Gazeta Lekarska z 12.VII.1884 r nr 28
5 Gazeta Lekarska nr 40 z 1.X.1892 r E. Przewoski „Sprawozdanie z wycieczki do Lublina i okolic w celu rozpoznania natury panującej tam epidemii”
6 Gazeta Lekarska nr 40 E. Biernacki „Cholera w Lublinie”
7 Gazeta Lekarska nr 40. Bujwid Wody warszawskie wobec groźby epidemii cholery oraz woda studzień
8 Odo Bujwid „O zarazku cholery. Treściwe sposoby rozpoznawania, dezynfekcji i zapobiegania cholerze” Warszawa 1892
9 B. Prus Kroniki Tygodniowe Kurier Codzienny nr 175 dn 27 czerwca 1894
10 Gazeta Lekarska 43 z 27.X. I 44 z 3.XI oraz 45 z 10 XI 1883 r. Teodor Dunin „O zapobieganiu i leczeniu suchot płucnych z przywołaniem teorii pasażytniczej”
11 Biuletyn Ministerstwa Zdrowia Publicznego rok III nr 1 z 1 marca 1920 r. Przyczynek do epidemii grypy hiszpańskiej Stefan Sterling Okuniewski (odczyt z 4 kwietnia 1919 r w WTL) s. 85
12 Krytyka Lekarska 1902 nr 2 Bakteriofobia


Dodaj komentarz

Proste historie. Rusofil

Jarosław Kapsa

Aleksander Lednicki (1906 r.)

Bodajże wiosną 1978 roku milicja przeprowadziła łapankę w Katowicach zatrzymując tłumek birbantów, wagarowiczów, bumelantów, niebieskich ptaków i tym podobną „swołocz”. Spędzono to towarzystwo do kina, zamknięto drzwi i przez kilka godzin torturowano puszczaniem filmu „Syberiada” w reżyserii A. Konczałowskiego. Pomysł ten był reakcją śląskiego wielkorządcy, pana Grudnia (zwanego towarzyszem Decembrem) na prośbę ambasadora ZSRR Borisa Aristowa, by ukazano mu zainteresowanie Ślązaków radziecką kulturą.

Kultura w zamknięciu była swojska i radziecka, jedni pili, drudzy palili, jeden wymiotował, drugi się odlewał, jak to w towarzystwie bywa. Zresztą gdybyśmy w podobny sposób torturowali kulturą mieszkańców Moskwy lub Kijowa zmuszając do oglądania bez przerwy „Potopu” lub „Popiołów”, odbiór sali byłby podobny. Zdarzył się zatem w Katowicach jeden z wielu tysięcy przypadków, gdy chcąc upowszechnić rusofilizm (ruso-syfilizm jak mawiał mój kolega) umocniono rusofobię. Polecam to doświadczenie panu Putinowi, który świadomie lub nie pogłębia, w podobnym do Aristowa i Decembra stylu, globalną rusofobię.

Szkoda, bo w Polsce ewentualny rusofilizm trzeba pielęgnować delikatnie jak kwiaty zimą. O ile nie budzi reakcji deklarowanie się jako anglofil, frankofil, modny też był filosemityzm; okazanie siebie jako rusofila lub germanofila grozić może uszczerbkiem zdrowotnym. A przecież bywały takie chwile jak w 1917 roku, gdy polityka rusofilizmu przynosiła korzystne dla Polski owoce.

„Polska rozstała się z Rosją carską, której wojska, cofając się, paliły wsie polskie, Polska spotkała się ponownie z Rosją bolszewicką, której hordy szły znowu na polską ziemię niszcząc i paląc. Uchodźctwo nasze z kraju szło do Rosji carskiej, wracało do kraju już po przewrocie listopadowym, który swemi okropnościami zatarł wspomnienia o pierwszej wolnościowej i bezkrwawej rewolucji. Została pamięć o okrutnej zimie caratu i o krwawem lepkiem jesiennem błocie bolszewizmu, zapomniano o wiośnie, która, jak „piękna mara senna”, przeszła, przez życie rosyjskie. Manifest, proklamujący niepodległą Polskę był jednym z tych kwiatów, które z bajeczną szybkością zakwitły na glebie rosyjskiej, zoranej przez pierwszą rewolucję wiosenną, a które, ścięte listopadowym przewrotem i jednej zimy nie przetrwały, lecz wszakże, choć krótko, istniały.¹”

Ten owoc, ten kwiat, miał pewną wartość, określoną w zapisach Traktatu Wersalskiego². To odniesienie do deklaracji rządu Rosji wymazywane było i jest z pamięci zbiorowej. Rzecz jednakże nie była błahą w 1919 roku, gdy dyskusyjną jeszcze sprawą było, czy Polska znaleźć się miała w gronie państw zwycięskich, czy przegranych w I wojnie światowej. Najbardziej znany czyn Polaków – Legiony Piłsudskiego – jednoznacznie lokował nasz kraj w gronie sprzymierzeńców Niemiec i Austrii. Dla tryumfującej koalicji bezdyskusyjny był wkład Rosji; zwłaszcza we Francji pamiętano, że przynajmniej dwukrotnie, w 1914 i w 1916 roku, bohaterstwo Rosjan uratowało Paryż. Zatem stanowisko Rosji, choć fizycznie nie istniejącej w 1919 roku, miało istotny wpływ na sprawę polską w Wersalu. Słusznie dziś się wskazuje, że odzyskanie Niepodległości przez Polskę było wynikiem nieskoordynowanych, lecz uzupełniających się różnorodnych działań: aktywistów, pasywistów, zwolenników orientacji na państwa centralne i na walczącą z nimi koalicję aliantów. Śmiało więc możemy uwzględnić w tym też trud rusofilów.

Punkt widzenia zależny jest i był od miejsca siedzenia. Stąd także różnorodność postrzegania Rosji; inna była w Galicji, inna w Królestwie Polskim, inna wśród Polaków zamieszkałych na tzw Ziemiach Zabranych (dawne Wielkie Księstwo Litewskie). Automatycznie wskazuje się Dmowskiego jako okaz rusofilii, zapominając, że temu politykowi można przypisać kopiowanie wzorców nacjonalizmu niemieckiego, fascynację kulturą angielską, a nawet – przejściowo – japońską, w żadnym jednak wypadku nie okazywał sentymentu do kultury rosyjskiej. Dla niego orientacja na Rosję była wynikiem kalkulacji politycznej.

„Osobiście wiele pracy włożyłem w poznanie i zrozumienie Rosji, uważając to za jeden z pierwszych obowiązków ludzi, chcących kierować polityką polską. Nauczyłem się na stosunek nasz do Rosji patrzeć w perspektywie dziejowej, ze spokojem, w którym myśli politycznej nie zamącają namiętności, wytworzone przez przeszłość i podsycane stale do ostatnich czasów przez politykę rosyjską względem Polski, o ile ją można było nazwać polityką. Umiałem z szacunkiem patrzeć na to, co było w Rosji dobre i wielkie, i szukać przyczyn tego, co było złe, małe, co było zgubne nie tylko dla nas, ale i dla niej samej. Zdaniem mojem, było rzeczą niegodną naszego narodu oburzać się jedynie na krzywdy, protestować przeciw nim i albo czekać na zmianę postępowania Rosji, albo też ślepo dążyć do jej zguby, chociażbyśmy sami mieli razem z nią zginąć. Obowiązkiem naszym było mieć swoją względem Rosji politykę, politykę rozumną, zwalczającą w niej to, co dla nas było szkodliwe, ale umiejącą szczerze i uczciwie poprzeć to, co było z korzyścią dla naszej sprawy. Z tego stanowiska patrząc, doszedłem do przekonania, że dla Polski zguba Rosji wcale nie jest potrzebna, że przeciwnie, dla nas konieczne jest istnienie Rosji zdrowej, silnej, rozwijającej się pomyślnie na zasadach, wspólnych wszystkim narodom europejskim. Byłem przekonany, że z taką Rosją będziemy mogli żyć w normalnych stosunkach sąsiedzkich, a nawet widziałem wiele powodów, które nakażą i nam, i jej stosunek przyjazny.³”

Nie sentyment, lecz taka kalkulacja polityczna lidera endecji zderzyła się z romantycznym insurekcjonizmem Piłsudskiego, widzącego w walce z każdą formą Rosji jedyną drogę do niepodległości. Rusofilizm jednak to nie kalkulacja, nie strategia polityczna, lecz rodzaj uczucia. I znów muszę tu przywołać morał o punkcie siedzenia. Zabory trwały zbyt długo by nie wytworzyć zmian w świadomości. Dla wielu Polaków Rosja była drugą Ojczyzną, tak jak dla mieszkańców Galicji ojczyzną była zarówno „wymodlana” Polska jak i istniejące Austro-Węgry. Nawet w Poznańskim, gdzie celowo „sekowano” i „niemczono” Polaków nie brakło chętnych do kariery w strukturach państwa pruskiego. Nie da się tego traktować w kategoriach kolaboracji, bo w ówczesnej świadomości fakt, że wielkopolski Bartek walczył pod Sedanem, a Traugutt na Kaukazie, był czymś oczywistym.

Rosja przełomu XIX/XX wieku była innym krajem niż Rosja Mikołaja I. Trwała przyspieszona transformacja gospodarcza; dynamicznie budował się kapitalizm; dla ludzi zdolnych i przedsiębiorczych tworzyły się szanse na awans materialny i społeczny. Na tych samych uniwersytetach, w tych samych środowiskach, kształtowała się klasa inteligencji rosyjskiej i polskiej. Pozytywizm nakazywał wykorzystywać możliwości tworzone, nawet przez wroga, dla rozwoju edukacji, dla przezwyciężenia nieszczęść chorób i głodu. Rusofilizm rodził się nie z miłości do Cara czy jego żandarmów, lecz z poczucia wspólnego interesu, ze wspólnych marzeń o lepszym państwie rosyjskim, umożliwiającym tak Polakom, jak i Rosjanom lepsze życie. To wspólne marzenie przekładało się na aktywność potomków polskich ziemian robiących karierę zawodową w Petersburgu i Moskwie, w miastach od Harbina (wybudowanego przez Polaków) po Kijów. W zaborczej armii rosyjskiej 20% kadry oficerskiej stanowili Polacy (przy 10% udziale w ludności Rosji); polski patriotyzm Dowbora-Muśnickiego wyrażał się także dumą z awansu na stopień generalski, uzyskanego własną pracą i uzdolnieniami. Polakami, a zarazem lojalnymi wobec państwa Rosjanami, byli potentaci przemysłowi, tacy jak np. rodzina Koziełł-Poklewskich, właściciele hut na Uralu, królowie „syberyjskiej wódki” i i syberyjskiego transportu rzecznego. Jednocześnie Żydem, Polakiem i Rosjaninem był przedsiębiorca z Królestwa, dla Polaków Jan Gotlieb, dla Rosjan Iwan Selimowicz Bloch, którego dzieło o przyszłej wojnie stało się „Biblią pacyfistów”, wpływającą bezpośrednio na pokojowe inicjatywy Mikołaja II w czasie konferencji w Hadze. W środowisko rosyjskie wtopił się, a jednocześnie służył Polsce, Władysław Żukowski, pochodzący z Wołynia, dyrektor Briańskich Zakładów Przemysłowych oraz Petersburskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego, a zarazem polski poseł z guberni piotrkowskiej do III Dumy. Swój autorytet i pozycję wiceprezesa Rady Przedstawicieli Przemysłu i Handlu w Petersburgu wykorzystał Żukowski, by rosyjski wielki biznes przekonywać do konieczności zgody na polityczną autonomię Królestwa Polskiego.

Rusofilizm polski adresowany był do kręgów rosyjskiej, liberalnej inteligencji. Dla niej anachronicznym i antyrozwojowym wydawał się model samodzierżawia. Przedsiębiorcy chcieli wolności gospodarczej jak w Stanach Zjednoczonych, inteligencja marzyła także o wolności politycznej jak w Stanach Zjednoczonych… Nie jest tak, że jakiś determinizm historyczny odbierać musi ludziom marzenia o wolności; nie ma narodu skazanego i przyzwyczajonego do życia pod knutem despoty… Jest obraźliwą formą rusofobii przyjmowanie, że Rosjanie skazani są na carskie samodzierżawie, że nie dorośli, nie dojrzali do demokracji. W końcu taki sam brak dojrzałości można by zarzucić Niemcom w czasach bismarckowskich, czy Francuzom w dobie dyktatury Napoleona III. Rosja w początkach XX wieku mogła być na dobrej drodze, by stać się euro-azjatyckimi Stanami Zjednoczonymi. Taką też dla niej wizję miał Aleksander Lednicki, kolejny rusofil pragnący pogodzić dobro dwóch swoich Ojczyzn: wymarzonej Polski i istniejącej realnie Rosji.

„Urodzony w Mińsku Litewskim, w środowisku niezamożnej szlachty polskiej, Aleksander Lednicki wcześnie przyswoił sobie kulturę rosyjską. Ale myśmy wiedzieli, że był on zawsze gorącym patriotą polskim i na tym szczęśliwym skojarzeniu dwóch kultur oparta była przyjaźń ze ścisłym kołem moskwiczan, reprezentujących elitę rosyjskiej inteligencji. Do tego koła należeli książęta Paweł i Piotr Dołgorukowowie, książęta Eugeniusz i Sergiusz Trubieccy, wybitni działacze polityczni Pietrunkiewicz, Rodiczew i prof. Kokoszkin, ks. Dymitr Szachowski, Wł. Nabokow i inni. Wszyscy oni w tym czasie, gdy Lednicki rozpoczął swą ożywioną działalność na polu współpracy polsko-rosyjskiej, czyli na początku XX stulecia, byli już związani między sobą łącznością polityczną, po pierwsze jako działacze ziemstw i przyszli organizatorzy tzw. zjazdów ziemskich w roku 1904-5, po wtóre jako członkowie Związku Wyzwolenia, tego pierwszego rosyjskiego na poły tajnego związku politycznego. Jego prawe skrzydło utworzyło w październiku 1905 roku pierwszą jawną partię polityczną Wolności Ludu czyli konstytucyjno – demokratyczną (K. D.).⁴”- pisał o nim Paweł Milukow, założyciel i przewodniczący partii konstytucyjno-demokratycznej, w 1917 roku minister spraw zagranicznych Rosji.

Żonaty z Rosjanką, choć pochodzącą od starolitewskiego rodu, Marią Odlanicką-Poczobutt Kriwonosow, Lednicki zyskał sławę jednego z najlepszych adwokatów moskiewskich. Jego salon był otwarty zarówno na rosyjskich, jak i polskich opozycjonistów (ponoć udzielił pomocy uciekającemu z Syberii Dzierżyńskiemu); spełniał w Moskwie podobną rolę wobec opozycji różnych narodowości, jak w latach 70-tych XX Jan Olszewski w Warszawie wobec polskiej opozycji. Angażował się w przeróżne, polskie inicjatywy, w tym pomoc dla Polaków mieszkających na Śląsku Cieszyńskim; ale w nie mniejszym stopniu utożsamiał się z tym nurtem opozycji rosyjskiej, która dążąc do demokracji odrzucała nacjonalizm.

W kwietniu 1905 roku organizując niezależny zjazd polsko-rosyjski w Moskwie (stronie rosyjskiej przewodniczył prof. Uniwersytetu Moskiewskiego D.U. Anuczyn, stronie polskiej prof. Uniwersytetu Jagielońskiego Marian Zdziechowski), argumentując za przyjęciem uchwały wspierającej polski postulat autonomii mówił: „Trafnie powiedział Rodziczew, wskazując, że narody rosyjski i polski są związane tylko jednością przykucia. Lecz przykucie to niepewny środek przytrzymania. Nie ma takiego łańcucha, którego by nie było można stargać. Jeden jest tylko nierozerwalny, najsilniejszy pierwiastek łączności, a tym jest interes wzajemny. Jeśli stworzycie takie warunki, które zadowoliłyby naturalne dążenia kulturalnego narodu, wtedy będziecie mogli spać spokojnie. (…) W obecnym czasie istnieje uprzedzenie z obydwóch stron, wskutek złej i niedostatecznej znajomości między nami. Naród rosyjski w większości wypadków zna naród polski z wiadomości podawanych przez rosyjską prasę zachowawczą, która sobie za cel postawiła przekręcanie faktów i to, żeby być służką pożądliwości niemieckich, szczuć naród słowiański w imię… miłości słowiaństwa; zna go wreszcie z tych „żywych” źródeł, od przedstawicieli tej licznej biurokracyi, która zalała polskie gubernie i która, z wyjątkiem kilku światłych jednostek, będąc nastrojoną wrogo względem ludności kraju, nie znajdowała przyjaznego dla siebie usposobienia w społeczeństwie polskiem⁵”.

W 1905 roku marzenie o niepodległości uważane było jeszcze za nierealną mrzonkę; autonomia dla Królestwa wydawała się dla ogółu sił politycznych w Polsce realnym maksimum. O roli Lednickiego świadczy pozycja jego jako posła w I Dumie, przypomniana przez Milukowa: „Wybrani z pewnych okręgów, a nie od poszczególnych narodów, posłowie ci rozmieścili się według swych frakcyj, ale niezależnie od swej partyjnej przynależności utworzyli wkrótce odrębny klub, który przyjął nazwę „Związku autonomistów“. Znaczenie Lednickiego wyraziło się tutaj w tym, że został on wybrany na prezesa tego Związku. Do Związku tego przystąpiło blisko 120 posłów (gdy wszystkich członków pierwszej Dumy było na początku 448, a pod koniec 478, w tej liczbie 51 Polaków, 74 Ukraińców i Białorusinów, 265 Wielkorusów i 58 innych narodowości). Lednicki chciał nazwać ten klub „Związkiem federalistów”, ale z powodu braku zgody na to między uczestnikami (grupy kozackie zadowalały się nawet „samorządem ziemskim”), trzeba było się ograniczyć do terminu „autonomii”. Program związku, przyjęty 11 maja, opierał się na pojęciu jednostki „terytorialnie narodowej… ale dla prowincyj (obłastiej) dopuszczał szeroki samorząd prowincjonalny⁶”.

Dążenie do autonomii nie oznaczała wyrzeczenia się marzeń o niepodległości Polski. To, co wydawało się mrzonką w 1905 roku, dziewięć lat później stawało się programem realnym. Znów tu odwołać się można do słów rosyjskiego demokraty. „Jako pierwszy płomyk wśród ciemności dla zwolenników polsko-rosyjskiego porozumienia zabłysł 1/14 sierpnia 1914 roku manifest wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, naczelnego wodza. Pierwsze wiersze tej odezwy, napisanej przez sympatyka słowianofilów ks. Grzegorza Trubieckiego, młodszego brata Sergiusza i Eugeniusza, przy współudziale Piotra Struwego, jaskrawo podkreśliły pierwszą część stającego przed Polakami zadania. „Wybiła godzina, kiedy przekazane wam w dziedzictwie przez ojców i dziadów waszych marzenie może się ziścić. Półtora wieku temu żywe ciało Polski zostało rozdarte na strzępy. Ale nie zgasła jej dusza… Niechaj będą starte granice, rozcinające na części naród polski”. ⁷”

Uczestniczące w wojnie wielkie mocarstwa grały na polskich uczuciach. Tym bardziej istotnym było, by do idei polskiej niepodległości przekonać opiniotwórcze elity, by za ich pośrednictwem przekonać „zaborczy naród”. Pisał o tym Leon Kozłowski, współpracownik Lednickiego. „Tak Rosjanom dużo trzeba było mówić o Polsce, i przez te trzy lata wojny tyle powiedziano, że Rosjanie dowiedzieli się w ciągu tego czasu więcej o Polsce, niż w przeciągu stu lat przymusowego współżycia polsko-rosyjskiego. Rosjanie zaczęli zaznajamiać się z Polską w chwili, kiedy już trzeba było z nią się rozstać: tak jednakże i w życiu jednostek się zdarza. A znajomość ta w ostatniej chwili to zrobiła, że z Polską Rosja rozstała się nie z tak przykrem uczuciem, jakie wywołała w niej utrata innych kresów. Rosjanin prędzej i łatwiej pogodził się z myślą o niepodległości Polski, niż z myślą o niepodległości Litwy, Estonji a nawet Finlandji. Ta więc szeroka propaganda, o której mówiliśmy dotąd, ułatwiała drogę dla tej więcej ścisłej propagandy politycznej, do której przechodzimy. (…) Tu, w salonach Lednickiego Moskwa spotykała się z Warszawą. Tu na zebraniach towarzyskich lub dyskusyjnych w gronie więcej ścisłem i poufnem lub też w szerszeni kole przed audytorjum rosyjskim występowali w charakterze prelegentów, mówców lub prosto uczestników zebrania wybitni polscy uczeni, literaci, działacze społeczni. (…) A z Rosjan? Rosję na tych zebraniach reprezentowała ta właśnie według określenia Milukowa „skromna opozycja”, która po przewrocie stanęła u steru władzy, a która wówczas już posiadała w życiu społecznem wielkie wpływy i znaczenie.⁸”

Swoistym fenomenem stało się powołanie w 1915 roku z udziałem Rosjan Towarzystwa Przyjaźni Niepodległości Polski. Sympatie propolskie pozwoliły także Lednickiemu zorganizować na masową skalę pomoc dla przebywających w Rosji Polaków, zmuszonych do wyjazdu z Królestwa. Komitet pomocowy tylko w okresie od 1 sierpnia 1915 do 1 sierpnia 1916 roku uzyskał na ten cel 4,3 mln rubli, w tym ok. 2 mln przeznaczył komitet dobroczynny W.Ks. Tatiany, 1,9 mln Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, resztę stanowiła dotacje miast i osób prywatnych. Komitet w tym okresie objął opiekę 146 tys osób, finansował 59 szkół podstawowych dla 5 699 dzieci, 9 szkół średnich dla 1367 uczniów, 72 schroniska dla 4 tys osób, 33 kursy dla dorosłych dla 741 uczestników.

Odezwa W.Ks Mikołaja Mikołajewicza, nie byłą deklaracją w imieniu państwa. Ale w 1914 roku ani Austria ani Niemcy nie zdobyli się na podobny gest. Dopiero w listopadzie 1916 roku, w rozpaczliwym poszukiwaniu rezerw na dalsze prowadzenie wojny, zdecydowali się podnieść stawkę ogłaszając niepodległość Królestwa Polskiego, ale zawężonego do obszaru zaboru rosyjskiego i pod protektoratem mocarstw centralnych. Lednicki ten fakt przywitał odezwą do Rosjan, by „wyrwać sztandar wolności z rąk niemieckich”. Pisał, gdy marcowa rewolucja 1917 roku otworzyła nowe możliwości:
„Niepodległość Polski nie jest w sprzeczności z jakiemikolwiek bądź interesami państw zachodnich Koalicji, raczej im służy, dogadza, podważając potęgę militaryzmu pruskiego i tworząc poważną podstawę dla równowagi europejskiej. Pozostaje Rosja. Słowianofile rosyjscy, nie ich epigonowie, co w morzu rosyjskiem zlanie się wszystkich strumieni słowiańskich widzieć pragną, ale tej miary, co Aksakow, Danilewskij, rozwiązanie sprawy polskiej, jako sprawy słowiańskiej, widzieli jedynie w odbudowaniu niezależnego państwa polskiego. W ich rozumowaniu dużą rolę odgrywały pobudki moralne. Uważając rozbiór Polski za zbrodnię, dla celów niemieckich, sprzecznych z interesami Rosji, nad narodem bratnim dokonaną, pragnęli zmazania jej: restytucji w imię wyższych wskazań etyki i sprawiedliwości. Będąc jednak wielkimi patrjotami rosyjskimi, tem chętniej wysuwali konieczność wskrzeszenia Polski, że nie widzieli istotnej przeszkody ku temu ze strony Rosji. Poeci rosyjscy pół wieku temu witali, jak feniks z popiołów powstającą, Polskę. Mamy i dziś wielu przyjaciół w Rosji, ludzi prawdziwie oddanych wielkiej idei wolności i braterstwa ludów. (…) Rewolucja rosyjska, usuwając caryzm z jego bezwzględnym biurokratyzmem, tych wspólnych wrogów, jak Polaków, tak i ludu rosyjskiego, zniszczyła tamę nienawiści za krzywdy narodowe ze strony Polaków – a zupełnej ignorancji i fałszywego pojęcia, wytworzonego oświetleniami rządu, – ze strony Rosjan; burzące się za tamami fale dwóch narodów, zerwawszy je, spłynęły wolne, a płynąc w jednym kierunku i do jednego celu wolności i równości, doszły do całkowitego zrozumienia, ponieważ interesy Polski i Rosji mają nader mało kwestji spornych, co jest silnem przeciwstawieniem do interesów niemiecko-polskich. Knut caryzmu nie zabił ducha rosyjskiego, lud rosyjski zrzucił z siebie jednym mocnym ruchem dawne ubóstwianie władzy autokratycznej i jednem z pierwszych dzieł rewolucji było spotkanie się wyciągniętych przyjaźnie dłoni polskiej i rosyjskiej. Lud rosyjski, poznawszy Polaków, podczas wojennych przemarszów przez Polskę na Niemców i spotkawszy zamiast oczekiwanej pogardy i nienawiści wszędzie, czy to w pałacach, czy chatach pomoc i przyjaźń, a wśród cierpień od ran bojowych – pełną poświęcenia i zaparcia się dla ulżenia niedoli siostrę miłosierdzia – Polkę, zrozumiał, jak źle i fałszywie sądził Polaków, zrozumiał, że jednako nieszczęśliwe są oba narody. Przy poznaniu się wspólnem widział, że wolna Polska konieczną jest dla wolnej Rosji i że tylko Polska może być złotem ogniwem, łączącem wolność demokratyczną Rosji z Europą⁹”

Efektem tej argumentacji był manifest Rządu Tymczasowego, napisany przez przyjaciela Lednickiego Pawła Milukowa. „Rząd Tymczasowy za pewną gwarancję trwałego pokoju w przyszłej odnowionej Europie uważa stworzenie niepodległego państwa polskiego, utworzonego ze wszystkich ziem, zamieszkałych przez ludność w większości polską. Połączone z Rosją wolnym sojuszem wojennym, państwo polskie będzie mocną tamą przeciw naporowi mocarstw centralnych na Słowiańszczyznę. Wyzwolony i zjednoczony naród polski sam ustanowi swe formy państwowe, wyraziwszy swą wolę za pośrednictwem konstytuanty, zgromadzonej w stolicy Polski i wybranej przez głosowanie powszechne. Rosja wierzy, że narody połączone z Polską przez wieki wspólnego pożycia, otrzymują przy tym trwałe podstawy dla swego istnienia obywatelskiego i narodowego.¹⁰”

Ten manifest przywołany został na Konferencji Wersalskiej jako jeden z fundamentów nowego, niepodległego państwa polskiego. Milukow wyrażał opinię, że była to: „jedyna, czysto moralna podstawa do żywienia nadziei, że te dezyderaty będą usłyszane przez Polaków, wypływała z identyczności politycznego nastroju rosyjskich i polskich partii politycznych, które doszły w dobrej zgodzie do danego rozwiązania sprawy. (…) Tym życzeniem i my moglibyśmy zamknąć kwestię… gdyby historia zatrzymała się na pierwszych miesiącach rosyjskiej rewolucji. Stało się jednak inaczej. Dzieje rosyjsko-polskich stosunków nie poszły tym i drogami, na jakie liczyliśmy i my, i Lednicki.¹¹”

Była krótka wiosna rosyjskiej demokracji, niestety liberalne elity nie znały swojego narodu, ani nie wykazały determinacji w obronie wolności. Miliony Rosjan walczyły i umierały za Cara, za demokratyczną Rosję nie chciano oddać swego życia. Porównać można jesień 1917 roku w Rosji z jesienią 1918 roku w Niemczech. W Niemczech po obaleniu cesarstwa rządzący socjaldemokraci nie zawahali się sięgnąć po przemoc w obronie demokracji, w imię ochrony wolności rozstrzelano Liebknechta i Różę Luksemburg; we krwi utopiono rewolucję bawarską. W Rosji Kiereński, dysponując dowodami zdrady państwa, nie odważył się rozstrzelać Lenina i innych pasażerów „szwajcarskiego pociągu”, nie odważył się nawet bronić siedziby rządu przez zrewoltowanym motłochem.

Dla Lednickiego rewolucja bolszewicka była aktem zniszczenia Rosji. Rosja Lenina nie była dla niego kontynuatorką ani Rosji Carów ani Rosji Demokratów; była barbarzyńskim anty-państwem. Uciekając z Moskwy do Warszawy pozostał wierny swej rusofilii i w imię tej idei był zdecydowanym antybolszewkiem. W Warszawie traktowano go jak dinozaura, epigona „starej epoki”; jak głos antyczny traktowano publicystykę wydawanego przez niego pisma „Tydzień Polski”. Był bowiem jego rusofilski antybolszewizm czymś egzotycznym na gruncie nowego państwa. Tu spierała się real-polityka Dmowskiego z antyrosyjskim romantyzmem piłsudczyków. Dla Dmowskiego i jego epigonów upadek Rosji był korzystny dla Polski, pozwalał budować jej silną, narodową pozycję.

Dla piłsudczyków każda Rosja była „odwiecznym” wrogiem, więc trzeba sekundować tym, którzy skuteczniej ją osłabią. Jako pierwsi brutalnie zaatakowali Lednickiego epigoni Dmowskiego. W serii tekstów w „Myśli Niepodległej” zarzucono mu renegactwo narodowe, kolaborację z wrogiem, utrudnianie realizacji polskiej polityki niepodległościowej. Zarzuty oddalił powołany na prośbę Lednickiego honorowy Sąd Obywatelski, w skład którego wchodzili zasłużeni dla polskości obywatele, w tym Stefan Żeromski, hr. Władysław Tyszkiewicz, prof. Antoni Sujkowski. Werdykt sądu honorowego nie przeszkodził Zygmuntowi Wasilewskiemu w wydaniu paszkwilanckiej broszury, w której wzywał Lednickiego do pokuty za grzechy rusofilstwa.

Równie trudne były spory z piłsudczykami; adwokat też nie szczędził ostrych słów krytyki polityce tego obozu. Pisał, komentując sojusz Piłsudskiego z Petlurą: „Pokój z Polską nie leży w zamiarach Rosji sowieckiej, bo Polska ta przez sam fakt swego istnienia i organizowania się na zachodnio-demokratycznej podstawie staje się śmiertelnym wrogiem pseudosocjalistycznego rządu, utrzymującego się na powierzchni czerwonym terrorem. Zgodne współżycie polsko-bolszewickie jest nie do pomyślenia, a skoro tak, to jest wskazana zdecydowana antysowiecka polityka (…) Jeżeli dla własnego interesu musimy zwalczać bolszewików, budować Ukrainę, to ten sam interes narodowy każe nam uwzględnić żywotne interesy rosyjskie, znaleźć ich rozgraniczenie z naszemi interesami i nie dopuścić, by idea federacyjno-demokratyczna była realizowana nie naszemi rękoma z uwzględnieniem naszych potrzeb, lecz rękoma naszych wrogów, przeciwko nam. (…) Prawosławna Ukraina ciążyć będzie do prawosławnej Rosji nie tylko pokrewieństwem religijnem, ale swym kompleksem gospodarczo-ekonomicznym. Potęgowanie jej odrębności leży niewątpliwie w naszym interesie, by uniemożliwić wytworzenie się w przyszłości zcentralizowanej Rosji. Budowanie jednak na tej odrębności wielkich planów federacyjnych jest duża stratą sił i energji.¹²”

Jeszcze ostrzej atakował Traktat Ryski: „I bezstronny obserwator naszego życia politycznego odnajdzie w niem niemało cech znamiennych tej psychiki: oślepiający pył półprawd pomieszanych z fałszem, fikcje przyjmowane za prawdę, kształtowanie faktów w zależności od celów partyjnych, niechęć spojrzenia prawdzie w oczy i nazywania rzeczy po imieniu. Ten sam duch fikcyj, który unosił się nad Paryżem, – gdzie zebrali się w roku 1919 delegaci z całego świata, by tworzyć nowy porządek po wojnie światowej, panował i w Rydze, gdzie nasi delegaci zjechali się z bolszewikami, by położyć kres wojnie Polski z bolszewikami, ten sam duch panował i w Sejmie, który ratyfikował traktat pokojowy Polski z sowietami (…) Ale do jakiego stopnia trzeba uwierzyć w fikcję, którą się przyjmuje za prawdę, aby myśleć, że nasz układ z sowietami przez to, że nazywa się „Traktatem pokoju między Polską a Rosją i Ukrainą” jest rzeczywiście rozstrzygnięciem sporu naszego z Rosją i Ukrainą, że to one, Rosja i Ukraina przemawiały do nas w Rydze przez usta Joffego. I w to chcemy wierzyć wówczas, gdy zewsząd z zagranicy dochodzą do nas głosy organizacyj i rosyjskich i ukraińskich, protestujących przeciwko pokojowi Ryskiemu, a z głębi Rosji i Ukrainy dochodzą echa powstań ludu usiłującego wciąż zrzucić znienawidzone i zohydzone rządy bolszewickie. Rola, w jakiej występuje nieszczęśliwa Ukraina w naszej wojnie i w naszym pokoju z bolszewikami była potrzebną dla tego fałszowania faktów i wydawania fikcyj za prawdę (…) Pokój jest zawarty między Polską a Rosją i Ukrainą, tak jak gdyby w wojnie tej po jednej stronie stała Polska, a po drugiej Rosja i Ukraina. My zaś z Ukrainą zawieraliśmy sojusz dla wojny z bolszewikami i występowaliśmy w obronie jej niepodległości. I jeżeli pewien odłam prasy naszej usiłował wojnie z bolszewikami nadać charakter wojny z Rosją, co nie znalazło jednakże uznania ani większości w społeczeństwie, ani w rządzie, to o wojnie z Ukrainą nikt z nas nie myślał w roku 1920. Wychodzi zatem, że zawarliśmy pokój nie z tym, z kim prowadziliśmy wojnę.”

Piłsudski zdobył się na słowa przeprosin wobec ukraińskich sojuszników zdradzonych w Rydze. Ale nie Piłsudski, lecz Lednicki zaprotestował publicznie przeciwko upokorzeniu Polski, gdy na sygnał oburzenia sowieckiego, rząd naszego państwa wydalił przywódców rosyjskiej i ukraińskiej emigracji, w tym sojuszników w wojnie 1920 roku: Semena Petlurę i Borysa Sawinkowa.

Rola rusofila w społeczeństwie niepodległej Polski była rolą politycznego autsajdera. Szanowany przez Rosjan, Gruzinów, Ukraińców, Litwinów, Łotyszy, wśród swoich czuł się jak obcy. Postępująca depresja, ból odczuwany nowymi demagogicznymi zarzutami¹³, doprowadziły Lednickiego do ostateczności. 11 sierpnia 1934 roku popełnił samobójstwo.

1 Leon Kozłowski „Rewolucja rosyjska o Niepodległość Polski. Geneza aktu 30 marca”, Warszawa 1921 s. 12
2 W preambule Układu między Polską a Mocarstwami Sprzymierzonymi z 28 czerwca 1919 r czytamy: „Wobec tego że Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone dzięki powodzeniu swojego oręża przywróciły Narodowi Polskiemu niepodległość, której był niesprawiedliwie pozbawiony; Wobec tego że Rząd rosyjski odezwą z 30 marca 1917 roku zgodził się na przywrócenie niepodległego Państwa Polskiego; Że Państwo Polskie, faktycznie sprawujące teraz zwierzchnictwo nad częściami dawnego Cesarstwa Rosyjskiego, zamieszkałemi w większości przez Polaków, już zostało uznane przez Główne Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone jako Państwo zwierzchnicze i niepodległe; Wobec tego że na zasadzie Traktatu Pokoju, zawartego z Niemcami przez Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone, Traktatu podpisanego przez Polski; niektóre terytoria dawnego Cesarstwa Niemieckiego będą wcielone do terytorjum Polski”za https://www.prawo.pl/akty/dz-u-1920-110-728,16880554.html
3 Roman Dmowski „Polityka polska i odbudowa państwa polskiego”, Warszawa 1925 s. 104
4 Paweł Milukow „Aleksander Lednicki jako rzecznik polsko-rosyjskego porozumienia”, Warszawa 1939
5 Aleksander Lednicki „Mowy polityczne” T I „Przed zwołaniem Dumy”, Kraków 1906 s. 22 i 26
6 Milukow P. s. 16
7 op.cit 26
8 L. Kozłowski s 26
9 Aleksander Lednicki „Z lat wojny. Artykuły, listy, przemówienia 1915-1918”, Warszawa 1921 s. 225 i 271
10 Milukow s. 36
11 op.cit 43-44
12 Aleksander Lednicki „Nasza polityka wschodnia”, Warszawa 1922, Refleksje polityczne s. 22
13 Oskarżono go, że jako adwokat reprezentuje stronę francuską w głośnym procesie żyrardowskim