Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Proste historie. Historia krótka: o owocach, winach i wódkach

Jarosław Kapsa

(dedykowane Jaremie)

Trójka snobów wybrzydza nad winem. Rycina nieznanego artysty ze szwedzkiego tygodnika „Ny Illustrerad Tidning” (1896)

Kultura zaczyna się tam, gdzie kończy się powinność zadbania o potrzeby podstawowe. Głodny nie stworzy sztuki kulinarnej, bezdomny nie będzie myślał o estetyce architektury. Dopiero zaspokojeni w swoich potrzebach podstawowych myślimy o przyjemnościach, korzystamy z wolności poszukując prawdy, piękna, dobra.

Jest częścią kultury sztuka produkcji dobrych alkoholi. Mamy z tym problem, problem alkoholowy. Picie uważane jest za grzech, za niecnotę, deprawację, za stopień do piekieł, wstęp do degradacji uzależnienia. Z wstydem przyjmujemy opinie zagraniczne: pijany jak Polak; równym wstydem okrywa nas przypomnienie, że nasz szlachecki naród przepił swoje państwo, I Rzeczpospolitą, więcej wydając na sprowadzanie zagranicznych win niż na produkcję broni. Ten wstyd zmazać miała aktywność państwa związana z regulacją, ograniczaniem, nakładaniem wysokich podatków. Wszystko to miało w ryzach utrzymać grzech pijaństwa. Z tej regulacji realnym były wpływy z opodatkowania grzechów; stąd państwo bardziej niż na zwalczaniu koncentrowało się na ściąganiu akcyzy, przyjmując hipokryzyjnie słuszność korzystania ze zła dla rodzenia dobrych owoców pożytku publicznego. Przesąd przyzwoitości tylko dusi otwartość wezwania: pijcie więcej wódki, palcie więcej papierosów, oddawajcie się częściej hazardowi, by przez taką ofiarność fundować dzieciom 500+. Wojna jednak, także wojna z alkoholem, nawet gdy czerpiemy z niej korzyści, niszczy wolność, a tym samym uniemożliwia rozwój, tak gospodarki, jak i kultury.

Straty gospodarcze widać w różnych bilansach. Polska jest jednym z największych w Europie producentów jabłek, na Wyspach Brytyjskich takich sadów się nie spotyka. Ale to w Wielkiej Brytanii spożycie cydru wynosi 19,5 l na głowę obywatelską, w Polsce jedynie 0,5 litra. Przyjmując jako klęskę każdy rok jabłkowego urodzaju, przez zwalczanie alkoholizmu młotkiem akcyzy mordujemy w kołysce krajową produkcję jabłecznika. Nie ogranicza to picia, przerzuca jedynie naszych konsumentów na „kosmopolityczne” (produkowane masowo przez koncerny) „piwo z proszku”.

Podobnie z alkoholem mocnym: monopol państwa zniszczył kulturę, zniszczył tradycje dążenia do jakości, dał w zamian tani „narkotyk dla biednych”; szukając dobrego smaku polski konsument poszukuje napoju „wyskokowego” rodem ze Szkocji, Francji, Włoch.

Strat w kulturze wyliczyć się nie da. Kulturalny turysta za chlubę przyjmuje zwiedzanie destylarni w Szkocji i Francji, uczestniczy w degustacjach win węgierskich, francuskich, portugalskich… Czy wstydzimy się, że podobne mieliśmy tradycje, a nasze rodzime trunki wyskokowe podbijały smakiem Europę?

Kultura rodzi się z wolności. Dajmy naszym obywatelom to, z czego korzystać mógł od zawsze Austriak, Węgier, Francuz, Serb, Włoch, Słowak; prawo produkcji wina i wódek do domowego użytku oraz prawo wyszynku tej domowej produkcji w ramach agroturystyki. Tradycja odrodzi się jak zieleń po ożywczym deszczu.

Arturo Petrocelli: Mnisi pijący piwo

Przysmak z domowej apteczki

Kultura produkcji alkoholu jest, przede wszystkim, dziedzictwem polskiej szlachty. Przyjmujemy, w ślad za pamięcią o wieku XIX, że chłopskie było piwo i wódka, szlachcic delektował się zagranicznym winem. Podział ten miał charakter materialny: biedny był skazany na podlejszy trunek kupowany w karczmie. Tylko dwór miał wystarczające moce i możliwości, by samodzielnie pod smak i przyjemność domowników kupować lub produkować dobrą żywność i napoje.

„Babki i prababki nasze, rozporządzając liczną służbą i obszernemi piwnicami, miały różne sekreta przyrządzania wybornych domowych wódek, nalewek i likierów. Owe sekreta i przepisy przechodziły w rodzinie z pokolenia na pokolenie, nieraz zazdrośnie strzeżone i przekazywane dopiero w testamencie jakiejś ukochanej wnuczce lub siostrzenicy. Wiem, na przykład, o pewnym przepisie krupniku litewskiego, który jedna tylko żyjąca osoba ma prawo znać i dopiero przed śmiercią innej osobie go powierzyć.1” – pisała międzywojenna publicystka feministyczna. Tak było: domowa wódka była dziełem kobiet, do czasów wojen napoleońskich jej miejsce było w zarządzanej przez gospodynię apteczce.

Oczywistym był podział: zwykła wódka, okowita, gorzki od fuzli samogon, był trunkiem podłym, dla chłopa i żołnierza; domowe nalewki, likwory, likiery, specjały itp. lekarstwem dla chorych, przysmakiem dla zdrowych. Może z powodów marketingowych sens ma rywalizacja polsko-rosyjska, kto wymyślił nazwę wódkę. Gwoli ścisłości prymat w tym oddać powinniśmy Prusakom: tam w 1750 roku uruchomiono pierwszą gorzelnię przetwarzającą ziemniaki. Wcześniej wódkę „palono” ze zbóż i ze słodu piwnego; wódka z ziemniaków jako tańsza w produkcji stała się powszechnym trunkiem opilców. W oczach smakoszy nie zasługiwała nawet na miano wódki.

Destylacja, przetwarzanie materii mącznej lub owocowej na alkohol, znano w Europie od czasu średniowiecza (przejmując techniki od arabskich medyków) i stosowano głównie w celach leczniczych. Lekarstwo, wbrew późniejszym przesądom, nie musiało być gorzkie i wstrętne; stąd dążenia medyków do ulepszenia smaku rozmaitych eliksirów tworzonych w alembikach w tajemnicy przed profanami. I tak eliksiry stawały się poszukiwanymi liqorami; w ich ziemi ojczystej Italii szlachetniejsze destylaty nazywano Rosoglio (spolszczono to na rosolisy i wywodzono nazwę od słonecznej rosy). Podbój Europy nastąpił, gdy rosolisy stały się przebojem wesela króla Francji Henryka II z Katarzyną Medycejską (1533 rok).

Jak pisał znawca tematu: „od tej chwili włoskie likwory stały się bardziej smakołykami, aniżeli środkami leczniczemi i rozpowszechniały się coraz bardziej po Europie już jako trunki — najpierw na stołach możnych, aż w końcu, stały się napojami powszechnemi. Na początku tego stulecia zaczęto fabrykować likiery owocowe (Ratafie). Amerykanie ratafie z sokiem cytrynowym, Polacy z sokiem wiśniowym, a Francuzi z sokiem brzoskwiniowym i morelowym. Francuskie ratafie rozpowszechniały się na zachodzie, Polskie na wschodzie; i te ostatnie były najbardziej pożądane i utrzymały się po dziś dzień. Coraz większe zapotrzebowanie likierów spowodowało zakładanie dystylarni i fabryk. Po całym świecie powstawały fabryki wyrabiające — każda osobno — specyalne jakieś likiery. — Francuzi, jak zawsze, najbardziej pomysłowi, pozakładali w Bordeaux fabryki tego rodzaju, produkujące dzisiaj, rzec można, wyśmienite likiery. Pod Grenoble, za staraniem tamtejszych zakonników, otwarto fabrykę likierów w klasztorze „de la grande Chartreuse,” gdzie też fabrykują likier znakomity tego samego nazwiska. Benedyktyni znów w Fecamp fabrykują swoją sławną „Benedyktynkę.” Gdańsk „już od 100-tu lat słynie z dobroci swych likierów; Dalmacya z dobroci Maraskina (Persico), Ryga ze swego „Allasch Kummel,” Rossya z likierów gorzkich—żołądkowych, a Polska ze swojej Ratafii wiśniowej, która za granicą większe ma powodzenie niż u nas w kraju. Nie dziwmy się: naszym podniebieniom zawsze lepiej dogadzają przysmaki zagraniczne, z szumnymi napisami francuskimi, angielskimi… byle nie swojskie, byle nosiły piętno zagranicznej fabrykacyi”2

Europejska sława polskiej ratafii wiśniowej była pochodną dworskich eksperymentów, poszukiwań przez zaradne gospodynie najlepszych smaków, by ubogacić przechowywaną w apteczkach kolekcję. Fabryczne gorzelnictwo, które przyszło do nas z krajów pruskich, nastawione było raczej na napitki tanie i popularne.

Józef Bełza, którego podręcznik doczekał się w XIX wieku kilku wydań dowodził: „Wódkę więc w szczególności wyrabiać mnożna z wszelkich owoców, cukier w sobie zawierających, ze zbóż, z korzeni roślinnych mączystych, jak np. ziemniakowi i wielu innych; fabrycznie jednak otrzymuje się ją jedynie z takich istot, których tanio i podostatkiem nabywać można, jakiemi są u nas zboże i ziemniaki. /s. 13-14/ W niektórych jednak krajach wyrabiają wódkę z winogron, śliwek i wiśni. Jakkolwiek wódka wypalana z winogron, zaleca się czystością i wybornym smakiem, nie może jednak wszędzie być otrzymywaną. Przeciwnie gdzie dużo jest śliwek np. węgierek, te korzystnie na nią przerobione być mogą. W Węgrzech taka wódka nosi nazwisko Śliwowicy, ponieważ śliwki zawierają znaczną ilość pierwiastku cukrowego i pewien zapach szczególny, który, połączony ze smakiem jąder, wódce się udziela, dla tego też śliwowica ma pierwszeństwo przed wódkami z innych istot wyrobionemu. Do powyższego celu śliwki użyte, powinny być dojrzałe, z niedojrzałych bowiem lub dobrowolnie opadłych, niewielką ilość wódki otrzymać można. Nawet ususzone śliwki mogą być na wyskok wypalone; postępowanie jednak w tym razie, przy ich przerabianiu, ulega pewnym zmianom. Wiśnie także w niektórych krajach przerabiają się na wódkę np. w Szwajcaryi, Włoszech, w którym to ostatnim kraju używają wyskoku stąd powstałego, do utworzenia wódki zwanej Maraschino. Zwykły gatunek do tego celu używany jest owoc dojrzały czarny, z prunus avium (śliwa czereszma); można jednak i z innych wiśni ją wypalać… /s. 26-27/” /s. 13-14/3

Jak z tego tekstu wynika; do połowy XIX wieku nie były powszechne w Polsce wódki owocowe, nawet słynna śliwowica łącka ma swój karpacko–słowacki rodowód. Polska tradycja wódczana zaczynała się od sięgania po inne dary Boże: bogactwo ziół i roślin dziko rosnących. „Wódki do picia dzielą się na pojedyncze, podwójne, likwory czyli likiery, kremy, i ratafie.” – dowodził Bełza /s. 140/. Wódka pojedyncza powinna być przynajmniej dwa razy przepędzona w destylarni, rozcieńczona wodą do mocy 45% alkoholu, zaprawiona odpowiednio korzeniami, ziołami lub owocami. Do popularnych Bełza zaliczał: wódkę Kminkową, Anyżowa, Galganową (z korzenia galgantu, zwanego chińskim kardamonem), Tatarakowa czyli Kaimasowa, Miętową, Pomarańczową, wódkę Pomarańczową bez przepędzania, wódkę Jałowcową, Cytrynową. Wódki podwójne, tzw. dubeltowe, różniły się od pojedynczych słodkością i mocą. Prawdziwa sztuka wyrażała się w wódkach złożonych (likworach), do których Bełza zaliczał: Goldwasser (wódka złota) lub Rossolis, likwor Krambanibuli, Indyjski żołądkowy, likwor zwany Parfait d’Amour, likwor Dzięglowy, Gdański piersiowy, Czekoladowy, Kawowy, Korzenny, Trunek Cesarza Franciszka, likwor Rubinowy, likwor żołądkowy wrocławski. /s. 145/. Goldwasser był, w tym gronie, mercedesem; produkowana od 1606 roku w Gdańsku wódka była ozdobą królewskich stołów. Tworzenie tego trunku zaczynało się od doboru świeżo ususzonych liści: rozmarynu, melissy cytrynowej, mięty, świeżo ususzonych listków kwiatowych róży, rumianu rzymskiego, do tego korzenia galgantu, korzenia fiołkowego, korzenia dzięglowego, drzewa sasafrasowego, goździków korzennych, cynamonu, kassyi, gałek muszkatołowych, jagód jałowcowych, nasienia anyżowego jagód bobkowych i innych tajemnych ingrediencji. „Wszystko to kraje się, tłucze i nalewa 30 kwartami wyskoku 45° (…) a dodawszy potem 10 kwart wody, zostawia w spoczynku w ciepłem miejscu przez 48 godzin, i po przepędzeniu w Alembiku, odciąga się 18 kwart płynu, który osłodzić należy syropem zrobionym z 5 funtów cukru i 5 funtów wody (2 kwarty), należycie po zagotowaniu, odszumowanym. Likier ten można zostawić czystym lub też go zafarbować. Czasami dodają do niego bezpotrzebnie drobno pokrajanych listków złota malarskiego.” /s. 146/. Ten niezbyt prosty przepis, znany dokładnie tylko gdańskim gorzelnikom, powodował, że przez 300 lat Goldwasser był wyjątkowym skarbem eksportowym. Sława gdańskiej wódki nic jednak nie ujmowała innym. Austrofil mógł sięgać po Trunek Cesarza Franciszka tworzony na bazie drzewa sasafrasowego, anyżu gwiazdkowego, nasion koprowych; „nalewa się 15 kwartami wódki na 45 % (…) mocnej, zostawia w spoczynku przez dni 14, i po przepędzeniu odbiera 10 kwart płynu, który potrzeba osłodzić syropem zrobionym z 4 funtów cukru i 2 kwart wody. Woda koszenillą czerwono zafarbowaną być powinna.” /s. 147/.

Po wódkach Bełza wymienia Kremy. „Kremy należą do najwyborniejszych likierów; i tym się tylko od nich różnią, iż nie bywają zafarbowane, lecz za to są mocniejsze i słodsze. W miejsce materyałów surowych, używa się do ich zaprawiania istot aromatycznych wyciągniętych, czystych, a wyskok, z którego mają być wyrobione, nie powinien okazywać ani śladu olejku przypalonego. Do słodzenia także ich używa się najprzedniejszego białego cukru. Kremy znaczniejsze są następujące: K. Maraskino. (…) K. Pestkowy (Persïko). (…) K. Cynamonowy (…) K. Gwoździkowy. (…) K. Pomarańczowy. (…) K. Różany. (…) K. Kawowy. (…) K. Czekoladowy. (…) /s. 159/”. Następnie opisane zostały ratafie. „Ratafie są to takie likiery, w których skład wchodzi wyskok, cukier, soki rozmaitych owoców i jaka aromatyczna istota. Liczba ich jest bardzo wielka; stąd ograniczyć się wypada tylko na przytoczeniu niektórych. Wiśniowa. (…) Pomarańczowa. (…) Dzięglowa. (…) Jałowcowa. (…) Pigwowa. (…) z trzech owoców wiśni, malin, porzeczek (…) z zielonych orzechów włoskich. (…) Anyżowa. (…) Malinowa”. /s. 162-164/.

Susan Valadon na obrazie Henri Toulouse Lautrec’a – Pijąca

Z sadu do kieliszka

Lektura tych nazw, a cóż dopiero studia nad recepturami, powodować może wyciek ślinki u smakoszy. To nie jest ten kartoflany samogon rozum chłopom odbierający, to trunki godne kryształowych kieliszków. Musimy tu jednak oderwać się do wspaniałości likworów, by osadzić sztukę gorzelniczą w naszej wiejskiej przestrzeni.

Po wojnach śląskich w XVIII wieku następuje tryumfalny pochód ziemniaka przez ziemie środkowej i wschodniej Europy. Warzywo łatwe w uprawie, dostosowane do istniejących warunków glebowych, a przede wszystkim sycące, staje się podstawą chłopskiego wyżywienia, zastępując na stołach rośliny strąkowe. W czasie wojen napoleońskich następuje nowy przełom: upowszechniona zostaje produkcja cukru z buraków; dzięki temu ten specyfik trafiać może nie tylko na stoły arystokratyczne. W gorzelnictwie wynalezione nowe aparaty destylacyjne umożliwiają produkcję tanich wódek z ziemniaków i melasy buraczanej. Bieda chłopska powodowała, że żywność wiejska była wegetariańską, a nawet wegańską (mięso jadano od święta, do rzadkości należało także spożywanie mleka, jaj kurzych czy sera). Monotonność kartoflanej diety mogły łagodzić dary natury: owoce; lecz świadomość ich wartości rodziła się wśród chłopów dopiero w połowie XIX wieku.

I znów, jak do bywa z upowszechnianiem kultur: przykład szedł z krajów o wyższej cywilizacji, trafiał do szlacheckich dworów, stawał się wzorcem dla wiejskiej zagrody. Sadownictwo rodziło się w XVII wieku we Francji. Po wojnach napoleońskich upowszechniano je w Niemczech; z pewnym zdziwieniem i podziwem obserwowano osiedlających się w Polsce niemieckich kolonistów, którzy przy wybudowanych chałupach sadzili drzewa owocowe i tworzyli ogródki warzywne. Upowszechnienie w naszym Królestwie nowych odmian drzew i krzewów owocowych było wielką zasługą mazowieckiego przyrodnika ks. Jana Krzysztofa Kluka z Ciechanowca. W drugiej połowie XIX wieku Towarzystwo Ogrodnicze promowało ideę zakładania „sadów dochodowych”, a więc nowoczesnej produkcji owoców, w miejsce zbierania ulęgałek z grusz na między czy zdziczałych śliwek w zagajnikach. Owe zmiany przeniosły się na rozkwit produkcji rodzimych win owocowych. Rozwój znów ograniczony do dworów, bo prócz braku tradycji upraw owocowych chłopów wiązano z wódką łańcuchem propinacji (szlacheckiego, lokalnego, monopolu na pędzenie i sprzedaż wódki).

„Cała zgraja pasożytów obsiadła wódkę — ten nasz trunek ludowy, napój robotnika, chłopa, ubogiego mieszczanina, i pasożyty te wołają; niech żyje wódka! Dawniej głównie obszarnik, właściciel gorzelni, pan propinacji, ciągnął z wódki zyski, dzisiaj odkupiliśmy propinację za grosz podatkowy, płacąc za nią sowicie i w miejsce „świętej karczmy” (jak ją nazwał jeden z obszarników w sejmie) mamy całą zgraję, która rzuciła się na wódkę i ciągnie z niej niepomierne zyski. W innych krajach lud tyle wódki nie pije. Ma on wino tanie, wcale nie opodatkowane albo bardzo mało, lub dobre piwo smacznie podawane.4” – narzekał galicyjski socjalista. Dodawał z goryczą: „W Austrji Wyższej i Niższej, w Salzburgu, na Morawach, w Styrji, w Karyntji, w Krainie wolno chłopom dla własnego użytku wyrabiać rocznie po 56 litrów spirytusu zupełnie nieopodatkowanego. W Tyrolu, Voralbergu i Dalmacji wolno chłopom wyrabiać po 112 litrów rocznie.” /s. 10/. Niewiele się zmienia w ciągu ponad 100 lat; te same zakazy domowej produkcji wprowadzone w Królestwie przez cara Mikołaja I, a w Galicji za Franciszka I, obowiązują do dziś. Domowy trunek bez problemu kupimy na Słowacji, Węgrzech, Chorwacji, nie mówiąc o Austrii czy Włoszech. A przecież trudno nie zgodzić się z innym galicyjskim publicystą piszącym na początku XX wieku: „…każdy inteligentniejszy włościanin, swój własny sad posiadający, może przy małych zachodach, tanim kosztem przysposobić sobie balon win jagodowych lub beczkę jabłecznika, wybornego a przede wszystkiem zdrowego i taniego napoju. Dr. Barth, omawiając znaczną konsumcyę win owocowych w Wirtembergu, tak o nim pisze:„Kraj ten wykazuje jasno, że koszta wzrastającej konsumcyi win owocowych ponoszą wyłącznie gorzelnie i browary. Gdyby z jednej strony rolnik zechciał się nauczyć z owoców swego sadu lub z tanich jagód leśnych wytwarzać winne napoje dla swej domowej potrzeby, a z drugiej strony inteligentny przemysł wziął w rękę produkcyę podobnych win i wytwarzał je na wielką skalę w dobrym gatunku po cenach tanich, to w miastach, w których klasy średnie konsumują przeważnie piwo, niższe zaś wódkę, powstałby potężny konkurent dla tych dwóch napojów w winie owocowem, którego szerokie zapotrzebowanie jak o najwłaściwszego napoju ludowego z pewnością tylko na dobro tegoż ludu wpłynąć by musiało. Produkcya owoców wzrosłaby niepomiernie w skutek nowego zapotrzebowania, a wszelkie dotąd niewyzyskane przestrzenie pokryłyby się wkrótce drzewami owocowemi lub tak mało wymagającymi pod względem gruntu krzewami jagodowymi.5“/s 5/

Słowa o inteligentnym przemyśle nie przewidziały sytuacji, gdy przemysł stał się socjalistyczny. W Polsce międzywojennej, choć formalnie nie było to legalne, tolerowano produkcję win owocowych dla domowego użytku. Wolność ta powodowała przepływ tradycji i przepisów z dworów do chat wiejskich, zdrowy i smaczny jabłecznik wzbogacał ubogą w witaminę dietę uboższych. Po II wojnie światowej wprowadzono „społeczny monopol” na produkcję win owocowych, zmieniając tym sam smak jabłecznika w womiototwórczą ciecz jaboli. Tradycja robienia win owocowych na szczęście się odradza, oby tylko państwo znów nie zaczęło temu przeszkadzać.

„Wina owocowe, bez dodania miodu lub cukru, można w prawdzie wyrabiać ze wszystkich owoców i jagód, najsmaczniejsze jednak są z jabłek i gruszek. (…) Jabłecznik można wyrabiać czy to z samych jabłek czy też z samych gruszek (gruszniak) lub wreszcie z pomieszanych jabłek z gruszkami. Im szlachetniejszy jest gatunek owocu, tem też lepszem jest wino, z niego wyrobione. Najlepsze wina są z renet, które w stanie zupełnie dojrzałym odznaczają się smakiem słodko-winnym. Najodpowiedniejszymi do wyrobu win są owoce drobne, gdyż te zawierają stosunkowo najwięcej soku i dają najlepszy aromat. Ciała bowiem aromatyczne i barwnikowe znajdują się głównie w skórce owoców, a przy drobniejszych owocach jest stosunek skórki do miąższu owocowego znaczniejszy, niż w owocach większych. Kto ma rozmaite owoce do dyspozycji, powinien wyrabiać wino z każdego gatunku osobno, chociaż znowu w tych wypadkach, gdzie jedne owoce są bardzo słodkie a inne kwaśne, lepiej jest, jeśli słodkie z kwaśnymi zmieszamy. Wina, z samych gruszek wyrabiane, są zazwyczaj mdłe, a nad to trudno się zczyszczają. Dlatego odpowiedniej przerabiać gruszki na wino, dodając do nich jabłek. (…) Wina można wyrabiać tak z owoców letnich, jak jesiennych i zimowych; najlepsze są z owoców jesiennych (…) Najlepsze wina owocowe wyrabiają we Francji, w prowincji Normandji, gdzie napój ten słynie pod nazwą: cidre de Normandie. Tam używają do najlepszych win jedynie jabłek, biorąc razem: jabłka słodkie, kwaskowate i cierpkie, w stosunku następującym: 4 części kwaskowatych jabłek, 2 części cierpkich i 2 części słodkich.6”/s 93/

Viktor Oliva – Pijak absyntu

Kraina miodem, piwem i owocem płynąca

Historia krótka jest skazana na uproszczenie. Ogniskuje się na szlacheckiej tradycji dworu, jako miejsca upowszechniającego w lokalnej kulturze wzorców kultury europejskiej. Życie jest jednak zbyt różnorodne, zwłaszcza w kraju tak wielobarwnym jak Rzeczpospolita. Przyjmijmy, że krupnik litewski, ze swoją tajemną recepturą, był dziedzictwem dworów na Żmudzi, bo ingrediencje dodawane do miodowej wódki były wytworem miejscowej przyrody. Ale już Goldwasser, ten mercedes wśród rarytasów, nie powstał w wiejskim dworze, lecz w domach bogatych mieszczan Gdańska; nie wiemy, czy niemieckich, czy holenderskich, czy może żydowskich. Żydzi zwłaszcza wnieśli swój ogromny wkład w produkcję dobrych alkoholi. Pijaństwo było w religii judaistycznej potępiane, Żydzi pili mniej niż ludność katolicka, mniejszą ilość wynagradzając wyższą jakością. Ale od bronfn (wódki) dzień wypadało zacząć; a gdy przychodziło Purimowe Święto piło się, aż do chwili, gdy imię Hamana się nie zacznie mylić. Pito zwykle mocne, słodkie wódki; najpopularniejszym zaś wkładem w różnorodność trunków byłą pejsachówka, żółtawa, mocna – 50-70% – wódka ze śliwek, leżakowa w dębowych beczkach nie krócej niż 2 – 3 lat. Tu możemy toczyć niekończący się spór, czy śliwowica jest tworem karpackich górali czy tamtejszych Żydów… Czy śliwowica łącka jest oparta na recepturze Samuela Grosbarda produkującego w łąckiej gorzelni owocowej śliwowicę szabasową, czy też Grosbard przejął ową recepturę od miejscowych górali (Lachów czy Łemków, kto to wie?).

Polska w zamierzchłych czasach byłą krainą miodem płynącą. Miód sycony był podstawowym trunkiem słowiańskich wojów, jeden z książąt piastowskich wyłgał się od wyprawy krzyżowej dowodząc Papieżowi, że w Ziemi Świętej brak jest miodu, a on do wina nie nawykły. Równie długie tradycje ma polskie piwowarstwo.

Pisał o tym XIX wieczny historyk: „Niezawodnie, że piwo przyszło do Polski przez Niemcy i z kolei posuwało się dalej. Według opowieści najstarszego, bo z wieku XII-go kronikarza polskiego Marcina Gallusa, za Piastów, piwo było już w powszechnem używaniu, o czem mówi i uczony Czacki. Dytmar, bezstronny historyk, współczesny Bolesławowi Chrobremu, przypisuje mu zbytnie amatorstwo piwa, a nasz Kromer Marcin doczytał się, iż Leszek II, panujący w wieku VIII, nienawidząc pijaństwa, karcił je srogo w narodzie. /s. 3/. W wieku XIII Lukierda albo Ludgarda, pamiętna tragiczną śmiercią, żona Przemysława II, założyła dużo browarów w Kaliszu, gdzie wyrabiano piwa konkurujące skutecznie z brandenburskiemi, konsumowanemi obficie w Polsce (…) W tym czasie wzniesiono browary i w Podolińcu. W wieku XIV, XV i na początku XVI zasłynęły piwa: pułtuskie, świdnickie, halickie (ostatnie za przywilejem Władysława Jagiełły z roku 1408), lwowskie, krakowskie, częstochowskie, gdańskie, bydgoskie, a cudzoziemcy zachęceni tym przemysłem, przybywali do Polski robić karjery. Wzrost ten piwowarstwo nasze zawdzięcza błogim czasom piastowskim, kiedy wolno było wszystkim bez wyjątku robić piwo swobodnie, bo czopowego podatku wcale wtedy nie znano, a historycy nawet nie wiedzą akuratnie kiedy się zjawił. /s. 6/ Wiemy z tradycji i ze świadectw pamiętnikarzy, że po winie i miodzie, piwa konsumowano bardzo wiele. Lubiony był ten trunek namiętnie nie tylko przez lud wiejski, ale i przez szlachtę świecką i duchowną, to też piwa tak zwane „szlacheckie” i „klasztorne”, ,,Marzec” i inne, były wyborne i stały się podaniowemi. Każdy dworek warzył sobie w kociołku nektar z jęczmienia, a nawet i lud długo zachowywał ten zwyczaj, zanim nie nastąpiły ograniczenia, z wyjątkiem chyba Inflant polskich, kędy zdaje się, iż zakaz warzenia po wsiach nie sięgał i włościanie tradycyjnie praktykują je do dziś dnia, jak się o tem sam przekonałem na miejscu./s 10-11/7”

Dodam to o wspomnianej z dobrego piwa Częstochowie. W XVI w. pod ratuszem na rynku był taki ówczesny pub, gdzie podawano 16 gatunków piwa, w tym jedno zagraniczne: wrocławskie8.

Piwo polskie nie zdobyło jednak takiej renomy na rynkach europejskich jak wspominane mocniejsze trunki. Było napojem lokalnym.

Inna rzecz z miodem, zwłaszcza, że kraj nas słusznie chlubił się wielkością i jakością słodkiego produktu. Trudno nie zgodzić się z uwagą Ciesielskiego z 1925 roku: „Toteż należy nam się wcześnie oglądnąć za takiem zużytkowaniem miodu, gdzieby go inna słodycz niełatwo mogła zastąpić: najkorzystniejszem zaś jest niewątpliwie zużytkowanie miodu na wyrób napoji, których zbycie jest bez porównania łatwiejsze, jak surowego produktu. Zwłaszcza dla nas jest ten sposób przerabiania miodu wskazany, bo kraj nasz ma od dawien dawna sławę obfitującego w najlepsze miody tak, że po dziś dzień jeszcze zakupują u nas stare miody do Anglji, Francji i Niemiec. Handel miodami pitnemi byłby u nas niezawodnie daleko więcej ożywiony, gdyby mu nie stała na przeszkodzie ta okoliczność, że kupcowi trudno jest zaopatrzyć się w taką ilość miodów, aby mógł przedsiębiorstwo na większą skalę rozwinąć, a to jedynie z tej przyczyny, że dziś rzadko kto miody pitne wyrabia, i to tylko w tak małej ilości, iż mało bardzo zostaje mu na odsprzedaż. Nie jesteśmy tego zdania, ażeby do rozbudzenia handlu miodem pitnym, potrzeba było zakładać wielkie fabryki, miodosytnie, chociaż i te opłaciłyby się sowicie, ale sądzimy, że najłatwiej cel ten dałby się osiągnąć w ten sposób, żeby prawie każdy pszczelarz, jeśli nie wszystek, to przynajmniej część swego miodu przerabiał, czy to na miody sycone, czy też na wina owocowo-miodowe i w tej drodze przygotował sobie drogę do korzystnego zbytu tego produktu, mającego dziś mały pokup w stanie surowym.9”

Za tym znawcą powtórzmy katalog naszych podstawowych produktów. Miody dzielono na rodzaje w zależności od proporcji patoki do wody; był więc półtorak (2 części patoki i 1 wody), najczęściej jednak występował dwójniak (1 do 1) i trzeciak lub trójniak (1 do 2). Do tradycyjnych napitków zaliczano miody: Kasztelański, 2 części patoli i 1 wody (półtorak), z dodatkiem chmielu, wanilii, liści seleru, bardzo słodki dojrzały po 10 latach; kapucyński, 1:1, z dodatkiem chmielu, imbiru; bernardyński 1:2, z kwiatem i olejkiem róży, korzeniem fiołka, długo dojrzewający (tzw. dębniak); obozowy, klasyczny dębniak, 1: 3, z cynamonem, jałowcowymi jagodami, korzeniem kozłka; kopiec – z barwicy, z cytryną, pomarańczami; kowieński z patoki lipowej z okolic Kowna, dwójniak i trzeciak, bez dodatków; litewski: dwójniak, półtorak, trzeciak, bez chmielu z bzem, jagodami jałowca; polski: dwójniak, trzeciak, z czarna porzeczką, korzeniem kozłka; czysty, z dodatkiem malin; korzenny: z imbirem, cynamonem, goździkami i odrobiną pieprzu.

W XIX wieku wraz z rozwojem upraw owoców rozkwitła produkcja miodów owocowych. Pisał o nich Ciesielski: „Miody sycone są same przez się bardzo przyjemnym i zdrowym napojem, zyskują atoli niezmiernie na swych zaletach, jeżeli zaprawiamy je owocami; z jednej bowiem strony nadają owoce słodkiemu miodowi przyjemnego kwasu i czynią go przez to więcej orzeźwiającym, z drugiej podnoszą i uszlachetniają jego właściwy aromat. Miody sycone, owocami zaprawne, które dla krótkości zwać będziemy miodami owocowemi, wyrównują drogim, szlachetnym winom, jak malaga, madera itp. tak pod względem smaku, jako też co do korzystnego działania na organizm nasz; słusznem przeto jest, ażebyśmy się wyrobem ich gorliwiej jak dotąd zajęli. /s. 18/ Jako ogólną regułę można przyjąć, że do brzeczki dwójniaka jest najlepiej dodawać jedną piątą część soku, to jest na 100 litrów dwójniaka 20 litrów soku, można atoli ilość soku przy słodkich i mało aromatycznych owocach znacznie podwyższyć, a przy owocach kwaśnych i silnie aromatycznych zmniejszyć. (…) Do wyrobu miodów owocowych nadają się wszelkie owoce, tak szlachetne jako też i dzikie, byle tylko nie miały jakiego odrażającego smaku lub niemiłej woni. Najstosowniejszemi są winogrona, jabłka, gruszki, agrest — dalej maliny, poziomki, derenie, wisznie, berberys, wszelkie śliwki, — przydatnemi są nie mniej czernice, ożyny, borówki, porzeczki czerwone, białe i czarne czereśnie, jarzębina, tarki, a nawet dzikie jabłka i gruszki”. /s. 19-20/” . Tak nasze stoły uszlachetniono trunkami zwanymi od rodzaju dodanego soku owocowego: dereniak, maliniak, gruszkowiak itp.

„Tak miody sycone, jako też miody owocowe są napojami ciężkimi, słodkimi, nie nadają się przeto do zwykłego użycia, jako napoje orzeźwiające i rozweselające; temu celowi odpowiadają w zupełności wina owocowo-miodowe, które, podobnie jak wina z winogron samych przyrządzane, działają z jednej strony przez większą zawartość wody, tudzież małą ilość kwasów owocowych, z drugiej umiarkowaną ilością alkoholu (po 11 do 12°/o), podniecają czynność trawienia i działają rozweselająco. /s. 26/ Wyrób win przeciętnych jest następujący: z owoców dojrzałych, czy to z każdego gatunku osobno, czy też kilku gatunków z sobą zmięszanych, wyciska się sok sposobem wyżej już pod ustępem miody owocowe — opisanym. Wyciśnięty najpierw sok czysty zbiera się osobno, a sok popłuczynowy również osobno. Następnie daje się przeciętnie na każdą miarę np. litr czystego soku, trzy (skąpe) litry czystej wody (do picia), lub soku popłuczynowego i jeden litr patoki, to wszystko razem się wymięsza i tak przyrządzony moszcz poddaje się fermentowaniu. Sok popłuczynowy liczy się więc jako czysta woda, czyli o tyle mniej dolewa się czystej wody, ile było soku popłuczynowego. Na smak i dobroć wina wpływa nie tylko gatunek użytego owocu, ale także i gatunek miodu, tak więc przez różną kombinację soków i różnych gatunków miodu, można nieprzeliczone odmiany win wyrabiać; należy jednak ograniczyć się na kilku lepszych i dla odnośnej okolicy najodpowiedniejszych. /s. 28/. Z miodu można także wyrabiać napój lekki, orzeźwiający, bardzo zdrowy, na wzór piwa wyrabianego ze słodu jęczmiennego. To piwo miodowe jest bardzo tanie, a gdy go kto raz skosztuje, będzie je cenił wyżej, niż różne drogie piwa sprowadzane. Wyrób zaś jest nader prosty. Przygotowuje się na ten cel brzeczkę 11 lub 12%, to jest na 88 lub 89 litrów wody czystej, daje się 12 lub 11 litrów czystej patoki. (…) Po zeszumowaniu brzeczki bierze się na każde 100 litrów płynu 200 gramów szyszek chmielowych, które powinny być w najlepszym gatunku. Chmiel ten wkłada się lekko do obszernego woreczka z rzadkiego płótna, np. muślinu, lub też wsypuje się wprost do brzeczki; następnie podkłada się znowu wolny ogień, aby chmiel z brzeczką jednostajnie się zagotował. /s. 40/ Piwo jałowcowe tak samo się wyrabia, dodaje się tylko po ugotowaniu brzeczki, prócz 200 gramów chmielu, na 100 litrów płynu jeszcze 100 gramów świeżych jagód jałowcowych, które razem z chmielem się gotują. Można także chmielu wcale nie dawać, a tylko same jagody jałowcowe, lecz takie piwo nie dla każdego będzie przyjemne, gdy natomiast piwo zaprawione chmielem i jałowcem jest w smaku bardzo miłe, zdrowe i ma wielkie podobieństwo do piwa grodziskiego, które w Grodzisku, w Wielkopolsce, wyrabiają. /s. 42/”

Uff… Kto z nas wie jeszcze jaki smak miało piwo grodziskie ze słodu pszenicznego podwędzonego w dymie z drzewa dębowego lub bukowego, o wysokim nasyceniu dwutlenkiem węgla. Na szczęście nasze rzemieślnicze piwowarstwo w udany sposób odtwarzać zaczęło ten napój wyrabiany według średniowiecznej receptury. I tak też może być z innymi tradycyjnymi napitkami wyskokowymi, które służyły niegdyś nie opilstwu, lecz zdrowiu i przyjemności. Wystarczy zrobić ten pierwszy najważniejszy krok; zerwać z hipokryzją zwalczania i zarabiania przez państwo na grzechach ludzi, dać każdemu prawo produkowania na własny użytek 100 litrów wina lub piwa oraz 25 litrów mocniejszych trunków, dać gospodarstwom agroturystycznym i grupom wiejskich producentów prawo lokalnego wyszynku i sprzedaży alkoholowych produktów regionalnych. Skarb Państwa nie straci jak na najlepsze europejskie stoły powrócą nasze ratafie, nasze wódki korzenne i ziołowe, nasze wina owocowe, nasze miody i piwa. Nie wzrośnie też społeczne niebezpieczeństwo alkoholizmu, gdy zamiast na ilość sprzedawanej wódki i piwa, postawimy na jakość produktów wyskokowych. Mamy bogactwo tradycji, mamy sady, ogrody zielarskie i pasieki, mamy tysiące smakoszy, amatorów eksperymentujących z wytwarzaniem możliwie najlepszych trunków. Oby tylko państwo nie przeszkadzało, skorzystamy na tym wszyscy.

Niko Pirosmani – Uczta

1. Kiewnarska Elżbieta „Nalewki i likiery” Wyd. Bluszcz 1928, s. 3
2. Niklewicz Konrad „Domowa fabrykacja wódek, likierów, kremów, rumów i araków” Przewodnik dla wszystkich. Warszawa 1899, s. 13-14
3. Bełza Józef „O wypalaniu wódki” Warszawa 1840
4. Diamand Herman „Niech żyje wódka. Rzecz o podatkach, kontygentach, bonifikacjach i innych rodzajach wyzysku ludu pracującego” Kraków 1912
5. Z. Jałbrzykowski „Wyrób win z jagód i owoców” Lwów 1901
6. Ciesielski Teofil „Miodosytnictwo. Sztuka przerabiania miodu i owoców na napoje”. Wyd. 5. Lwów 1925
7. Aleksander Jelski „Piwo i piwowarstwo w przeszłości naszej” Warszawa 1883
8. Powtarzam za prof. Marcelim Antoniewiczem
9. Ciesielski Teofil „Miodosytnictwo. Sztuka przerabiania miodu i owoców na napoje”. Wyd 5. Lwów 1925. Uwagi ogólne s. 3

Reklamy


2 Komentarze

Proste historie. Judeo-Polonia

Jarosław Kapsa

Nie sposób dziś bezpiecznie przepłynąć między Scyllą antysemityzmu i Charybdą filosemityzmu. Tragedia Zagłady narzuciła dodatkową cenzurę, w myśl zasady: o zmarłych albo dobrze, albo wcale. Pisząc więc o idei Judeo-Polonii przyjmuję z pokorą możliwość oberwania w łeb z każdej, możliwej strony. Profilaktycznie zacznę od przedstawienia pojęć nie-oczywistych.

1. Test Singera.

W szkole, albo poza szkołą, szczycimy się naszymi Noblistami. Jest oczywiście uwielbiany Sienkiewicz, nieznany, ale szanowany Reymont, „pomnikowy” Miłosz, „moskalikowa” Szymborska…

A Singer, czy Isaac Beshevis Singer jest naszym Noblistą…? Chyba nie, bo to Żyd… Czy jest więc pisarzem izraelskim? No, nie… A amerykańskim? Chyba też nie… Nie pisał o Miami ani o Sacramento, ale o znanych i bliskich mi stronach: o Biłgoraju, Lublinie, Goraju, Nowym Dworze Mazowieckim, Warszawie. Pisał o nich nie jako turysta, ale jako człowiek urodzony pod Radzyminem, a wychowany w Biłgoraju. Pisał nie po angielsku, ale w języku, który powstał i przybrał wartość języka literackiego na obszarze Rzeczpospolitej. Biłgoraj to jego i moja ojczyzna, więc jak mógłbym go nie uważać za „naszego” Noblistę.

2. Prawdziwy Polak, prawdziwy Żyd.

Właściwie to nigdy w życiu nie spotkałem prawdziwego Polaka (Niemca, Ukraińca, Żyda), bo każdy z nich był inny, więc trudno ustalić oryginalność. Dla wygody grupujemy różne stworzenia w szufladki gatunków, ras, klas, narodowości, ale samooszukaństwem jest wywodzenie z tego jednolitości. Z tego samooszustwa wytwarzamy stereotypy; mówimy, że my Polacy to jesteśmy tacy, a oni, Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie, owacy. Rodzi się z tego filo- albo antysemityzm, jak każda ideologia krępująca pracę szarych komórek.

3. Interes narodowy.

Każdy indywidualnie odpowiada za swoje grzechy, każdy indywidualnie szczycić się może swoimi osiągnięciami. Nie ma winy, ani zasługi zbiorowej. Mogę kibicować danej społeczności, ale to nie ja wygrywam mecz czy wojnę (o ile wojnę można wygrać?). Mogę poczuwać się do solidarności z naszymi, ale nie biorę odpowiedzialności, ani tym bardziej nie będę krył świństwa, które ktoś z naszych zrobił. Z tych względów mam spore wątpliwości czy istnieje interes narodowy. Jest rzeczą bardzo trudną, wręcz graniczącą z niemożliwością, wypracowanie wspólnych rozwiązań problemów społecznych nękających każdą zbiorowość; tym trudniejsze wydaje się ustalenie co jest rzeczywistym wspólnym interesem, oprócz sprawy podstawowej: biologicznego przeżycia tej zbiorowości.

Ten wstęp jest potrzebny, nie dla poddenerwowania Czytelników, lecz dla uświadomienia, że w 1918 roku, w chwili odzyskiwania przez Polskę Niepodległości, nie sposób było mówić o stosunkach polsko-żydowskich, lecz o różnorodnych sporach tych, dojrzewających dopiero grup narodowościowych, toczonych na obszarze uważanym za wspólną ojczyznę. Absurdem byłoby odbierać Singerowi prawo uważania Biłgoraja za swoją ojcowiznę, podobnie jak absurdem byłoby odebranie tego prawa przodkom Henryka Wujca.

Problem w tym jak wypracować zasady wzajemnego współżycia na ograniczonym terenie tego miasta w sposób gwarantujący każdemu prawo do własnej tożsamości. Problem tym trudniejszy, że obowiązywała: „doktryna Wilson’a” o samostanowieniu narodów i oparty na niej system traktatu wersalskiego, utożsamiając pojęcia narodu i państwa, wychodzi z tego założenia, że „państwo jest niczem innem, jak tylko przetłumaczonym na język prawniczy pojęciem narodu¹”.

Tym samym „Każde państwo powinno się składać z jednego tylko narodu, mającego poczucie własnej odrębności, pragnącego zachować własną indywidualność i dążącego do zrealizowania swoich własnych zadań i celów. Tylko takie państwo, jednolite pod względem narodowym i pozbawione wskutek tego wszelkich dążeń odśrodkowych, może zapewnić narodowi pełnię rozwoju. Dlatego w obrębie państwa narodowego, poza narodem panującym, nie ma miejsca dla jakichkolwiek innych odrębnych narodowości: powinny one zniknąć, zasymilować się i rozpłynąć w narodzie panującym, któremu udało się utworzyć własne państwo narodowe²”.

Dyskusyjnym było czym jest ten naród, jakie cechy powinien posiadać, czy istotniejszy jest wspólny język, czy też więzi krwi, czy może wspólna kultura i pamięć historyczna…

Koniec XIX wieku to czas „wielkiego wstrząsu” tworzącego współczesne społeczeństwo. Wcześniejsze podziały miały charakter stanowy (chłopi, mieszczaństwo, szlachta) i religijny. Ruch narodowy stawał się formą rewolucyjnego modernizmu, niszcząc stare podziały i struktury. Tak było zarówno w społeczeństwie polskim, jak i żydowskim.

Proces emancypacji powodował, że chłop wydobywał się z miejsca wskazanego mu „przez naturę”, stając się Polakiem czuł się równy szlachcie. W ramach tego procesu musiała nastąpić erozja starej struktury wsi, zniszczony musiał być hierarchiczny układ „zamknięty”, w którym każdy miał swoje miejsce w szeregu, a porządku pilnował despota-wójt na spółkę z proboszczem.

Obraz tych rewolucji z lata „wielkiego wstrząsu” znajdziemy u Reymonta; podobny obraz znajdziemy u I.B. Singera i u Szaloma Asza.

Dawny sztetl też był układem zamkniętym, też był strukturą hierarchiczną, małomiasteczkową oligarchią nadzorowaną przez rabina. Wybór indywidualnej wolności to ucieczka ze sztetla lub walka o zniszczenie „starego”. Żydzi byli przede wszystkim wspólnotą religijną. Wspólnotą zamkniętą, podlegającą drobiazgowej samokontroli ograniczającą wolność indywidualną; wspólnotą świadomie izolującą się od otoczenia.

Bunty i przemiany w sztetlu zmieniały wewnętrzny układ hierarchiczny wspólnoty religijnej. Toczyły się zapiekłe spory ortodoksów z chasydami; po wyodrębnieniu się wspólnot chasydzkich wyraźny był podział na starowiernych ortodoksów i „oświeceniowców” (haskala, ruch reformatorski dążący do asymilacji kulturowej z otoczeniem, przy utrzymaniu odrębności religijnej). Konsekwentnie: ortodoksi dążyli do zakonserwowania izolacji wspólnot religijnych, odgrodzenia murem sztetli od nieprzyjaznego, katolickiego otoczenia; reformatorzy przeciwnie – dążyli do asymilacji nawet kosztem wyrzeczenia się żydowskiej tożsamości.

Miało to swoje konsekwencje. Zamknięcie utrudniało komunikację, tym samym wzmacniało niechętne Żydom stereotypy polskiego społeczeństwa, owocując wzrostem nastrojów antysemickich. Asymilacja miała sens, gdy społeczność polska była otwarta na asymilowanie innych; w przeciwnym wypadku Żyd wyrzekając się żydowskości nie stawał się Polakiem, lecz odrzucanym przez obie wspólnoty „obcym”.

Stary, hierarchiczny układ zamknięty sztetla był w czasach „wielkiego wstrząsu” niemożliwy do zachowania, zbyt szybkie i zbyt powszechne były procesy emancypacyjne. Wzrost nastrojów antysemickich tak w Królestwie Kongresowym jak i w Galicji, powodował konieczność poszukiwania innych dróg „ucieczki ze sztetla”; alternatywą dla asymilacji był syjonizm lub socjalizm.

Tak rzecz wyglądała w ogólnym zarysie przed I wojną światową. W 1918 roku na zlecenie Naczelnego Komitetu Narodowego publicysta warszawski występujący pod pseudonimem Spektator stworzył pod potrzeby ruchu niepodległościowego analizę nastrojów politycznych Żydów w Królestwie Polskim³.

Zaznaczył w niej na wstępie: „Kwestja żydowska w Polsce — to splot najrozmaitszych zagadnień o charakterze społecznym, kulturalnym i politycznym, splot nieszczęśliwy, świadomie przez rząd rosyjski gmatwany, który rozwiązany być musi przez polskie czynniki polityczne, o ile nie chcemy stworzyć sobie przy pozostającym państwie polskiem drugiej kwestji rusińskiej. Rozwiązanie sprawy żydowskiej napotka na trudności ogromne, przeto tem bardziej należy ją badać u źródła, znać ją dokładnie i stosować takie środki zaradcze, iżby rezultat był dla państwa polskiego najpomyślniejszy.” /s 1/

Spektator w sposób następujący opisywał tworzące się żydowskie nurty polityczne: „Asymilatorzy stanowią obóz w żydostwie polskiem najstarszy, ale niestety nie najwpływowszy. Ideologja asymilacji jest ogólnie znana: Żydzi stanowią odrębną grupę wyznaniową, ale nie narodową. Pod względem narodowym są Polakami, tak samo, jak Żydzi niemieccy Niemcami, angielscy – Anglikami itp. Warunki polityczne, w jakich kraj znajdował się przed wojną, nie pozwoliły im rozwinąć energicznej pracy ani w dziedzinie oświatowej, ani też w dziedzinie uspołecznienia, uobywatelenia szerszych, a w ciemnocie i zaniedbaniu kulturalnem i umysłowem grzęznących mas ludowych. (…) Są więc asymilatorzy przedstawicielami pewnego nielicznego, ale dość wpływowego odłamu żydostwa polskiego, ale całości bynajmniej nie reprezentują. (…) W życiu politycznem nie odgrywają asymilatorzy roli stronnictwa. Jest to zupełnie zrozumiałe. Nie są oni partją, łączy ich tylko świadomość wspólnej przynależności do kultury polskiej i — nic więcej. Politycznie i społecznie należą do różnych ugrupowań, najczęściej jednak zasilają szeregi partji postępowo-radykalnych. /s. 5-6/

Nieco inaczej przedstawia się obóz tzw. Neoasymilatorów. Grupa ta, jednocząca pewien odłam inteligencji polsko-żydowskiej młodszej generacji, powstała dopiero podczas wojny w roku 1915. Jako tacy, występują w życiu publicznem. Różnią się w swych poglądach i taktyce od asymilatorów tem, że nie wyrzekając się narodowości polskiej, utrzymują jednak bliższy kontakt z masą, a właściwie mieszczaństwem żydowskiem, gdyż o wpływy wśród proletarjatu walczą grupy inne, o których będzie mowa. (…) Manifestują na każdym kroku swoją przynależność obywatelską i narodową do Polski, ale energiczniej, niż asymilatorzy, występują w obronie praw obywatelskich żydów. /s. 6-7/

Przechodząc do obozów nacjonalistycznych poczniemy od sjonistów jako przeważających liczebnością i wpływami. Ideologja sjonizmu nie liczy u nas ponad 20 lat istnienia. Ideą, która odgrywać zaczęła pewną rolę w życiu społecznem i politycznem Żydów polskich, stał się niedawno, w okresie poprzedzającym bojkot Żydów, a rozrósł się i rozwinął w czasie wojny, idee narodowo–żydowskie przywędrowały do nas wraz z masami Żydów rosyjskich, wydalonych z Rosji, począwszy od lat 80-ciu ubiegłego stulecja.

W miarę, gdy żywioły te, osiedlając się w większych miastach, stykać się zaczęły z ludnością miejscową, a przede wszystkiem z Żydostwem polskiem — rozpoczął się proces wzajemnego oddziaływania jednych na drugich.

Rezultaty tego procesu uwidoczniły się dopiero w latach ostatnich. Okazało się, że pewien odłam Żydostwa polskiego przyswoił sobie idee nacjonalistyczne, jako dobro najwyższe. (…) To, że syjoniści (a wraz z nimi nacjonaliści innych odcieni) zdołali opanować część tłumów, jest z jednej strony ich sukcesem niezaprzeczonym. (…) W ciągu ostatnich dwóch lat potworzyli syjoniści organizacje we wszystkich niemal miastach i miasteczkach Królestwa, a centrala tych organizacji w Warszawie nadaje kierunek pracy i akcji organizacyjno-agitacyjnej.

Nie da się również zaprzeczyć, że wpływ ruchu syjonistycznego i ideałów syjonistycznych na pokolenie młode, łatwo ulegające mrzonkom dalekiej i mitycznej ojczyzny, jest znaczny. (…) Wychodząc z założenia swego programu, że Żydzi stanowią odrębny naród, wysuwają syjoniści żądanie równouprawnienia obywatelskiego i narodowego Żydów w Polsce. (…) Ściśle opracowanego programu, co do tych praw, syjoniści dotąd nie posiadają. Wiadomo jednak z wystąpień publicznych oraz z prasy partyjnej, że domagają się: unarodowienia szkolnictwa, stworzenia specjalnej żydowskiej Rady szkolnej, której należy powierzyć kierownictwo szkolnictwa żydowskiego, oraz uznania sprawy żydowskiej za sprawę nie wewnętrznie polską, ale międzynarodową, której rozwiązanie powierzyć należy kongresowi pokojowemu. (…) Jak ongi za czasów rosyjskich dążyli syjoniści do centralizmu, w nadziei, że ich interesów bronić będą wpływowi Żydzi rosyjscy, tak obecnie pragnęliby sprawę żydowską i jej częściowe choćby rozwiązanie powierzyć kongresowi pokojowemu — w nadziei, że na kongresie tym wpływy żydowskie, acz niewidoczne i dobrze zamaskowane, decydować będą o niejednem zagadnieniu. /s 8-11/

Ludowcy (tzw. grupa ludowa) stanowią drugi obóz nacjonalistyczny żydowski, który za program swój uważa wywalczenie Żydom równouprawnienia politycznego i narodowego w Polsce. Jest to grupa politycznie najmłodsza w Żydostwie polskiem, reprezentuje nacjonalizm krzykliwy, demagogiczny. Uważają ludowcy Żydów za naród odrębny, któremu przysługują na ziemi polskiej te same prawa, co narodowi polskiemu.

Różnią się od syjonistów tem, że podczas gdy tamci kładą nacisk na konieczność organizowania stałej, a prawidłowej emigracji Żydów z Polski i innych krajów do Ojczyzny — Palestyny — ci uważają Polskę za swą ojczyznę i tu pragną rozwijać swą odrębność narodową i kulturalną. (…)

Walka z asymilacją to drugi konik w agitacji demagogicznej ludowców. Prasa żydowska od dawna toczy walkę z asymilacją we wszystkich jej postaciach. Doszło do tego, że dla czytelników pism żydowskich pojęcie asymilacji stało się prawie równorzędne z pojęciem antysemity, wroga zdecydowanego Żydów. W tym duchu urabiana bywa opinja szerokich warstw żydowskich w ciągu szeregu lat ostatnich i nie dziw, że obecnie walka z asymilacją jest w pojęciu narodowo usposobionych Żydów nieodzownym warunkiem żydowskości i demokratyzmu programu i hasłem poszczególnego ugrupowania politycznego i społecznego. Poza tem wysuwają ludowcy żądanie unarodowienia szkoły początkowej i średniej. Różnią się pod tym względem od syjonistów. Ostatni pragnęliby widzieć w szkole początkowej język hebrajski jako wykładowy, nie przeciwstawiają się też zbyt energicznie w wykładaniu wszystkich przedmiotów świeckich w języku polskim, podczas gdy ludowcy żądają stanowczo wprowadzenia do szkół początkowych żargonu, jako języka wykładowego (…) /s. 11-14/

Ogólno-żydowski związek robotniczy »Bund« w Rosji, Polsce i na Litwie jest najwpływowszą, najliczniejszą partją radykalną żydowską. Jest to partja rewolucyjna, odpowiadająca mniej więcej lewicy PPS, chociaż różni się od tamtej w sprawach narodowych. Bund ma u nas tradycję partji proletarjackiej, która walczyła z caratem pod hasłem rewolucji. W latach wolnościowych obejmowała ona prawie cały zorganizowany proletarjat żydowski. Nazwa Bundu wskazuje, że nie tylko był w stałej łączności z socjal-demokracją rosyjską, ale też podlegał częściowo dyrektywom petersburskim i moskiewskim.

Co do przyszłego ustroju Polski partja ta nie posiadała zdecydowanego stanowiska. Inteligenci żydowsko-polscy (…) działający w tej partji, wypowiadali się za koncepcją PPS (przedrozłamowej), zaś działacze rosyjscy Bundu woleli widzieć Polskę, jako część składową republiki rosyjskiej o odrębnej państwowości. Obecnie, w czasie wojny, stanął u nas Bund na stanowisku PPS lewicy tj. neguje zupełnie zagadnienie państwowości polskiej, neguje wszelkie zagadnienia z tą sprawą związane, a w akcie 5-go listopada widział wraz z lewicą PPS jedynie krok imperjalistów ku ujarzmieniu ekonomicznemu kraju. (…) Bund był właściwym twórcą pomysłu „autonomji kulturalnej” dla Żydów w Rosji całej, a więc i w Polsce, i na Litwie. (…) Stoi więc Bund w chwili obecnej na stanowisku autonomji kulturalnej dla Żydów, a popierają go w tem namiętnie i bezwzględnie przezeń zwalczani syjoniści i ludowcy.

Jako partja wywrotowa, a w stosunku do reakcyjnego społeczeństwa polskiego maksymalistyczna, jest Bund w żądaniach swoich po rosyjsku prostolinijny i ma odwagę żądać równouprawnienia żargonu z językiem polskim w życiu publicznem, w sądzie, szkole, poczcie i telegrafie; słowem dwujęzyczność i równorzędność obu tych języków w życiu publicznem Polski jest jednem z najpierwszych żądań Bundu na metę najbliższą. (…) Bund jest też nieubłaganym wrogiem żydowskich partji burżuazyjnych. Z dosadnością tylko socjalistom właściwą, zwalcza Bund przede wszystkim syjonizm jako szkodliwą utopję społeczną, utopję, która wprowadzając do umysłów i serc młodzieży jakieś mityczne i nieuchwytne nadzieje wytargowania dalekiej i nikomu nieznanej ojczyzny, marnuje ogrom energji ludowej. Syjonistów przedstawia Bund jako ludzi, którzy – acz nieświadomie – szkodzą interesom mas ludowych-żydowskich, bo marnują energję ludową na rzeczy dalekie im obce, odciągają lud od walki o swe prawa tu na miejscu. /s. 14-16/

Coś pośredniego między ludowcami a Bundem stanowią ugrupowania socyalistyczno-syjonistyczne. Tu należą Poalej – Sjon (pracownicy Syjonu) oraz syjoniści – socjaliści. Pierwsi tytułują się szumnie międzynarodowym żydowskim robotniczym związkiem socjalno-demokratycznym, którego ostatecznym dążeniem jest… zbudowanie państwa nie tylko niepodległego, ale też demokratycznego, ba! socjalistycznego w Palestynie. Ale nim państwo to będzie zbudowane, idą poalej-sjoniści ręka w rękę ze syjonistami, popierają wszelkie ich poczynania zabarwiając je odcieniem demokratycznym i proletarjackim. Zwłaszcza w walce o prawa narodowe ugrupowania te stanowić będą obóz jednolity a karny. (…) /s. 16-17/

Odrębne stanowisko w Żydostwie polskiem zajmują ortodoksi. Nie powinna nas łudzić nazwa. Jest to obóz może najliczniejszy w Żydostwie polskiem, ale zarazem stanowi ostoję reakcji społecznej. Jest uosobieniem ciemnoty, zacofania i skamieniałej w swej martwocie religijnej i fanatyzmie masy, której ich uspołecznieni bracia niemieccy starają się nadać wygląd i treść ortodoksji europejskiej. Do tzw. ortodoksów należą więc wszyscy prawowierni Żydzi, rozmaici talmudyści, dla których najwyższą instancją w życiu duchowem i religijnem jest opinja rozmaitych cadyków. (…) Cechuje tych ortodoksów, zwanych przed wojną kalwaryjczykami — jako, że taktykę swą uzależniali całkowicie od wskazówek cadyka z Góry Kalwarji — głód i chęć władzy. Jak ognia obawiają się postępu cywilizacji, który może wydrzeć ciemne masy żydowskie z pod ich wpływów. Ich źle maskowanym celem jest objąć pod swoje skrzydła opiekuńcze szkolnictwo początkowe żydowskie, aby w ten sposób udaremnić dopływ prądów współczesnych do młodzieży żydowskiej.

Organizować się na szeroką skalę zaczęli dopiero w czasie wojny, a właściwie po zajęciu Warszawy przez wojska niemieckie. (…) Ich organizacją jest Związek Ortodoksów, kierowany przez wspomnianych rabinów. Niezależnie od tego powstał ostatnio w Królestwie związek rabinów. (…) W obecnej chwili nie ma w Królestwie większego, a nawet mniejszego miasta, w którem Związek nie posiadałby świetnie zorganizowanej filji. (…) O ile bowiem wnosić można z szeregu wystąpień ortodoksów, pragnęliby oni wytworzyć u nas takie stosunki, jakie pod tym względem panują w Galicji. Tam popierają oni podczas wyborów i w ogóle w sprawach politycznych czynniki krajowe polskie (konserwatystów i demokratów), a jako rekompensatę otrzymują daleko sięgające przywileje w dziedzinie kahału i życia kulturalnego. Zdaje się, że i u nas dojdzie do tego rodzaju układu. Stroną dodatnią takiego porozumienia będzie to, że dzięki wpływom swoim i liczebności swoich zwolenników zdołają oni — na podstawie kompromisu — przeprowadzić do sejmu czy innych instytucji takie jednostki, które będą rządowi sprzyjały, a przynajmniej nie będą tworzyły opozycji. Ekwiwalentu będą jednak żądali poważnego, bo rządu dusz nad masą żydowską. (…)

Już obecnie po niespełna roku działalności Związku Ortodoksów na ziemiach Królestwa, zaobserwować można, że jest to praca planowa, prowadzona na wzór niemiecki. Zdołał Związek zgromadzić pod swoim sztandarem wszystkich wybitnych rabinów, a za nim poszły tysiączne tłumy zwolenników chasydów. Najbliższe wybory do gmin żydowskich przyniosą im prawdopodobnie decydujące zwycięstwo na prowincji, gdzie siła obozów przeciwnych jest nieznaczna, a nawet w Warszawie i Łodzi, gdzie staną przeciw nim silne i karne szeregi obozów nacjonalistyczno-sjonistycznych. (…)

W obozie ortodoksów specjalne miejsce zajmuje grupa tzw. Mizrachi (wschód). Jest to grupa, która połączyć pragnie sjonizm z ortodoksją. Wpływów wielkich nie posiada, ale jest przedsiębiorcza i energiczna, na czele jej stoją ludzie ruchliwi i jak na stosunki w obozie konserwatywnym dość światli.” /s 18-21/

Podobny do opisanego podział polityczny utrzymał się także w II Rzeczpospolitej. Pisał o tym, Kerski w książce o ochronie mniejszości: „Życie polityczne mniejszości żydowskiej charakteryzuje daleko posunięta atomizacja. Zarówno pod względem narodowo-politycznym, jak i klasowo-społecznym, Żydzi są podzieleni i skłóceni ze sobą. Powoduje to apatję i indyferentyzm dla żydowskiej myśli politycznej, w której trwałość i dalszy rozwój nikt naprawdę nie wierzy. Żydzi ortodoksyjni połączeni są w organizacji, znanej pod nazwą: Agudas Israel. Organizacja ta powstała w Polsce w 1916 roku, jako część składowa jednej wielkiej orgnizacji, założonej pod tą samą nazwą jeszcze w 1909 roku i mającej swoją centralę w Wiedniu. Statut organizacji zatwierdzony został przez władze polskie w 1919 roku. (…) Idąc od prawicy ku owym partjom wywrotowym, następne miejsce zajmują organizacje syjonistyczne w Polsce, stanowiące również część składową wszechświatowej organizacji syjonistycznej.

Syjoniści w Polsce dzielą się na: 1) syjonistów ortodoksów, tzw. Mizrachi, prowadzących politykę żydowską w duchu religijnym i syjonistycznym; 2) centrum organizacji syjonistycznej, oddzielające sprawy wyznaniowe od wszelkich innych zagadnień (kulturalnych, społecznych, gospodarczych); 3) syjonistyczną partję pracy (…) zmierzającą do pogodzenia i zespolenia żydowskiego programu narodowego z programem klasowym, i 4) Poalej-Sjon prawicę, wyznającą pod względem społecznym zasady klasowe, socjalistyczne.

Wszystkie te ugrupowania syjonistyczne łączy wspólny cel, a tym jest realizacja wspólnego ogniska narodowego w Palestynie. Za syjonistami, zmierzając wciąż ku lewicy, idzie „Żydowska Partja Ludowa w Polsce“ (Jidisze Folks-Partaj in Pojlen), która uważa, że zagadnienie żydowskie w Polsce będzie można rozstrzygnąć przez nadanie żydom autonomji kulturalno-narodowej o charakterze publiczno-prawnym.

Autonomja ta powinna się opierać na gminie żydowskiej, która — wbrew ortodoksom — ma mieć charakter wyłącznie świecki. Językiem narodowym ma być język żydowski (żargon), a nie hebrajszczyzna. Walka klas w programie społecznym partji nie egzystuje. (…)

Z pośród partyj, stojących na gruncie socjalistycznym (II Międzynarodówka Socjalistyczna), najsilniejszym liczebnie i pod względem wpływów jest ,,Ogólno-żydowski Związek Robotniczy w Polsce” (Algemeiner Jidiszer Arbeter Bund in Pojlen), zwany w skróceniu „Bundem”.

Jako najstarsza i najlepiej zorganizowana żydowska partja robotnicza, posiada on faktyczną hegemonję w życiu robotników Żydów. Program jego w niczem nie odbiega od doktryny Marxa. Główne tezy programu są: 1) połączenie i zorganizowanie klasy robotniczej dla walki z kapitalizmem;, 2) obalenie ustroju kapitalistycznego i wprowadzenie w życie nowego ustroju społecznego, opartego na zasadach socjalizmu.

Dla przyśpieszenia momentu tego przewrotu, potrzebni są odpowiedni ludzie. „Bund” przygotowuje ich w związku młodzieży: Cukunft, w którym ta młodzież otrzymuje całkowite wyszkolenie socjalistyczne przed swojem wstąpieniem do „Bundu”. Stronnictwem, stojącem najdalej na lewo, jest „Żydowska Socjalno-Demokratyczna Partja Robotnicza w Polsce (Jidisze Socjalistisz-Demokratisze Arbeter Partaj Poalej-Sjon in Pojlen), zwana w skróceniu „Poalej-Sjon lewica”. Mimo zabarwienia syjonistycznego, partja ta wyznaje najbardziej radykalne zasady, nie aprobując — jak to czyni „Bund” — żadnych związków taktycznych z ugrupowaniami niesocjalistycznemi, a nawet z Polską Partją Socjalistyczną”. /s 566-567/

Jak widać podziały polityczne w społeczności żydowskiej były co najmniej równie głębokie jak wśród Polaków. Twierdzenie o wspólnym interesie narodowym Żydów w Polsce byłoby trudne do udowodnienia. Nawet wspólne dążenie do autonomii nie przekreślało tych podstawowych różnic. Autonomiczne szkolnictwo żydowskie? Ale czy szkoły wyznaniowe czy świeckie, czy językiem wykładowym ma być hebrajski czy jidish…? Równie trudno dowodzić wspólnej postawy Żydów wobec kwestii najważniejszej dla Polaków: odzyskania niepodległości.

Zwracał na to uwagę Spektator: „Trzeba nazwać rzecz po imieniu: w szerokich kołach społeczeństwa żydowskiego panuje obawa przed rządami polskimi. Czy słuszna? Żydzi, gdy między sobą, a więc szczerze, zastanawiają się nad możliwością przejęcia przez władze polskie całkowitej i niepodzielnej władzy, dochodzą zawsze do wniosku, że dziać się będzie Żydom w Polsce krzywda za krzywdą. (…) Myśl, że zwolennicy bojkotu Żydów, do niedawna z dala trzymani od władzy, uzyskają teraz możność przeprowadzenia w życiu swoich idei i ambicji — przyjemną dla Żydów nie jest. (…)

Opinja żydowska i nie tylko żydowska uważa Polaków za imperjalistów. Tego imperjalizmu, który mógłby się stać tendencją rządu we wszystkich dziedzinach gospodarki państwowej — obawiają się Żydzi. Łatwo będzie rządowi polskiemu zjednoczyć przeciwko sobie wszystkie niemal obozy żydowskie, jeśli zechce rozpocząć walkę z Żydami, bez względu na to, do jakich poszczególne obozy przyznają się poglądów i haseł. Na luksus uprawiania polityki wrogiej wobec pewnej części ludności nie może sobie pozwolić w warunkach współczesnych żaden naród, żadne państwo. (…)

A co może dać polityka antyżydowska rządowi polskiemu. Już sam fakt, że Żydów jest u nas do 15 procent (…) wskazuje, że gdyby istotnie zamierzano kontynuować gospodarkę rosyjską, to wytworzonoby w kraju wojnę domową, przy czem Żydzi stanowiliby wprawdzie znaczną mniejszość, ale mniejszość karną, dobrze w takich wypadkach zorganizowaną, rozporządzającą potężnymi wpływami w prasie zagranicznej. Zapoczątkowanie polityki antysemickiej naraziłoby na szwank poważny państwowość polską i podcięłoby jej rozwój prawidłowy. Polityka antysemicka rządu byłaby — wyrażając się poglądowo zagwożdżeniem państwowości polskiej.” / s 22- 23/

Paradoksalnie, bo walczącymi o niepodległość polskimi stronnictwami były partie modernistyczno-radykalne, lojalnym sojusznikiem w tym byli konserwatywni ortodoksi. Kierowano się tu zasadą wyłożoną w katechizmie religii mojżeszowej przez rabina Kramsztyka: „Kraj, w którym cię zrodziliśmy, który nas karmi, utrzymuje, obdarza nas opieką prawa, i który nam daje możność pobierania nauki i oświaty, kraj ten powinniśmy kochać, przyczyniać się do jego dobra, spokoju i szczęścia. Nasza miłość do kraju powinna się objawiać w lojalnem wspieraniu zakładów i instytucji dobroczynnych, oraz w tem, ażebyśmy dobrem i moralnem postępowaniem, oświatą i pracowitością przyczyniali się do pomyślności kraju. (…) Cnota podnosi godność narodu, grzech zaś je s t hańbą ludów⁴” /s 113-114/

Związek Ortodoksów złożył adres lojalności wobec Rady Stanu (powołanemu po Akcie 5 Listopada 1916 roku quasi-parlamentowi polskiemu); uczestniczył w organizacji polskich uroczystości patriotycznych, w swoich odezwach wzywał: „Z głową pochyloną z wdzięczności i sercem pełnem modlitwy ku Bogu, wołamy: Boże, strzeż Polskę!”

Spektator pisał „Dla dokładniejszego uwypuklenia stanowiska ortodoksów wobec państwowości polskiej warto przypomnieć, że zwłaszcza w ostatnich czasach zwalczają oni energicznie wystąpienia syjonistów niemieckich, których dążeniem jest, aby przy decydowaniu przez rząd niemiecki i austryjacki o charakterze państwa polskiego, stworzono polskie państwo narodowościowe, oraz zagwarantowano jednocześnie prawa narodowe mniejszościom: Żydom, Niemcom, Litwinom oraz Rusinom. Ortodoksi potępiają energicznie te dążenia, tłumacząc syjonistom, że urzeczywistnienie tych zakusów będzie klęską ekonomiczną dla Żydostwa polskiego, gdyż społeczeństwo polskie na pewno nie zapomni tego Żydom, że dzięki nim uczyniono zamach na charakter narodowy państwa polskiego i odpowiedzą na to — systematycznym bojkotem ekonomicznym żydów.

Występują też ortodoksi zasadniczo przeciwko żądaniom praw narodowych dla Żydów w Polsce. Twierdzą bowiem, że naród polski w zupełności uznaje konieczność nadania Żydom równouprawnienia obywatelskiego, każdy zaś nietaktowny krok, których na pewno nie braknie przy kampanji o prawa narodowe, wywołać musi ostrą kontragitację polskich żywiołów antysemickich.”

Stosunek syjonistów i folkistów do kwestii niepodległości był przedmiotem swoistej gry politycznej, w której rywalizacja między partiami powodowała podbijanie bębenka oczekiwań. Tu właśnie możemy mówić o stworzeniu idei Judeo-Polonii, a więc państwa opartego o swoistą unię narodów, której gwarantem miały być zewnętrzne mocarstwa. Autonomia żydowska przypominałaby model z ustroju stanowego I Rzeczpospolitej: Żydzi mieliby nie tylko zagwarantowaną samorządność w swoich lokalnych wspólnotach religijnych, ale i odrębne przedstawicielstwo ogólnokrajowe (rodzaj Sejmu Żydowskiego). Ku tej idei Judeo-Polonii kierowały się wspominane przez Spektatora negocjacje syjonistów niemieckich; cieniem tego jest także lobbowanie przez Nachuma Sokołowa i innych syjonistów podczas Kongresu Wersalskiego w celu uzyskania międzynarodowej ochrony praw mniejszości narodowej. Wizja Judeo-Polonii była w polskiej prasie narodowej dowodem antypatriotycznej postawy Żydów, a to bezpośrednio wpłynęło na powojenną erupcję antysemityzmu. Trudno jednak nie pamiętać, że antysemityzm nie zrodził się dopiero po wojnie, że od 1908 roku trwała w Królestwie polsko-żydowska wojna ekonomiczna, zwana bojkotem. Wierzyć można Dmowskiemu, gdy wspominał rozmowę z pewnym angielskim Żydem tłumaczącym, że przez ów bojkot Polacy nie uzyskają w swoich dążeniach niepodległościowych wsparcia od międzynarodowych organizacji żydowskich. Rozmówca Dmowskiego wręcz stwierdził, że bojkot ekonomiczny był dla bytu społeczności żydowskiej większym zagrożeniem, niż rosyjskie pogromy.

Zarzuty wobec stronnictw żydowskich o szukanie wsparcia zagranicznego były chybione, zważywszy, że takowe było także elementem walki o niepodległość Polski. Tak jak wśród Polaków, tak wśród Żydów były różne orientacje. Ogółowi przypisywano proniemieckie sympatie, ale jednocześnie po stronie aliantów walczył Legion Żabotyńskiego. Pogromy powodowały wrogość do Rosji carskiej, ale po rewolucji lutowej z entuzjazmem powitano rodzącą się w Petersburgu demokrację, a wraz z nią ogłoszoną przez Kiereńskiego zasadę równouprawnienia Żydów i zniesienie ograniczeń osiedleńczych. Wbrew obiegowym poglądom poparcie dla Rosji Kiereńskiego, wyrażane nie tylko przez żydowskich socjalistów, ale także partie syjonistyczne i folkistowskie, było większe niż poparcie dla Rosji Lenina i Trockiego. Jak już niegdyś dostrzegł Marks, Żydzi to był najbardziej burżuazyjny naród w Europie, ugruntowany był w nim szacunek dla własności prywatnej i dla religii; odrzucający owe wartości komunizm odstręczał żydowski ogół.

Przypisywane Żydom antypatriotyczne szukanie wsparcia z zewnątrz można było zweryfikować ich postawą w II Rzeczpospolitej. W okresie obowiązującego Polskę traktatu o mniejszościach, w myśl którego można było wnosić skargi pod międzynarodowy trybunał, najwięcej ich złożyła mniejszość niemiecka, za nią mniejszość ukraińska; przedstawiciele polskich Żydów nie złożyli ani jednej skargi formalnej. Nagłaśniane i ostro krytykowane było bierne zachowanie władz państwa w okresie powojennych pogromów; ale też dominował wśród Żydów pogląd, że to państwo polskie, mniej lub bardziej skutecznie, chroni ich przed barbarzyństwem grabieżców i morderców.

Idea Judeo-Polonii zakładająca autonomię narodową Żydów w państwie polskim konsekwentnie prowadziłaby do wyizolowania społeczności żydowskiej, do zamknięcia jej we własnych samorządowych sztetlach i gettach.

I tu znów zauważmy paradoks: taki program, taką swoją wizję Judeo-Polonii głosił Dmowski i endecy. Była to taka środkowo-europejska odmiana apartheidu: macie chodzić tylko do swoich szkół, studiować tylko na swoich uczelniach, kupować i sprzedawać tylko w swoich sklepach, wchodzić w związku małżeńskie tylko w obrębie własnej narodowości-rasy. Nacjonalizmy bywają podobne, ale żaden z nich nie niesie z sobą realnego pomysłu rozwiązywania problemów społecznych.

Biłgoraj był ojczyzną Singera i ojczyzną dziadków H. Wujca; krzywdą jest pozbawienie kogokolwiek prawa do ojczyzny, zabranie mu tego, co stanowi część tożsamości. Jeżeli zgodzimy się, że dany obszar jest Ojczyzną moją i twoją; to już jest wielka rzecz, bo można dalej negocjować warunki pokojowego współżycia. I na tym polegał problem. Problem nie tylko żydowski, nie tylko polski; problem lokalny i globalny… problem, który pochłonął więcej ofiar ludzkich niż dżuma z cholerą razem wzięte.

1 Bueffall Bronisław „Ochrona mniejszości w prawie międzynarodowym” Warszawa 1928 s. 1
2 Kerski Kazimierz Ochrona praw mniejszości w Polsce Poznań 1933 r.
3 Spektator „Stronnictwa żydowskie w Królestwie Polskim” Piotrków 1918 r. Wydawnictwo NKN
4 Prawda wieczna czyli zasady religii mojżeszowej – ułożył Izaak Kramsztyk Warszawa 1906 r.


Dodaj komentarz

Proste historie. Okrucieństwo

Jarosław Kapsa

Rycina przedstawia tortury stosowane w średniowieczu do karania osób oskarżonych o czary, cudzołóstwo, morderstwo, a nawet o bluźnierstwo.

„Okrucieństwo polega na umyślnem i rozmyślnem sprawianiu cierpienia istocie żywej, czującej. Okrucieństwo jest dla okrutnika rozkoszą — mówi Rene Guyon — najobrzydliwszą, jaka się da wyobrazić, a to dlatego, że rozkosz ta jest w istocie swej podłością; pastwić się bowiem możemy tylko nad istotą słabszą, bezbronną — lew w klatce na łasce jest u dziecka. Nie dość tego, w okrucieństwie mamy najbardziej odrażającą formę podłości. Można tłumaczyć czyn podły, spełniony ze strachu, albo dla interesu, ale podłość dla rozkoszy pastwienia się nad tym, kto się bronić nie jest w stanie, nie może nie budzić pogardy najgłębszej w każdym, kto ma w sobie choćby podobieństwo jakieś tego, co się sumieniem nazywa”1 – pisał rektor Uniwersytetu Wileńskiego Marian Zdziechowski, w broszurze wydanej jeszcze przed wybuchem ogólnoświatowej erupcji okrucieństwa, nazywanej II wojną światową. Czytamy w niej dalej: „Wśród występków i zwyrodnień pierwsze miejsce należy się okrucieństwu. Gorszym jest okrutnik od samoluba, marnotrawcy, pijaka, rozpustnika. Samolub wielkie może tworzyć dzieła, wyłącznie samolubstwem się kierując, z rozrzutności marnotrawcy mogą inni korzystać, pijak i rozpustnik szkodzą przede wszystkiem sobie samym. Dla okrucieństwa niema i być nie może okoliczności łagodzących; okrucieństwo można tylko przeklinać. (…) Człowiek dumnie się mieni panem stworzenia, a pod względem moralnym, w uczuciach swoich i instynktach, o ileż niżej stoi od zwierzęcia! Zwierz drapieżnym bywa i krwiożerczym, ale z potrzeby; zdobycz swoją dusi i pożera, rozkoszy w przedłużaniu jej męczarni nie szuka, nie pastwi się nad nią — z wyjątkiem chyba kota, ale któż powie, że kot uświadamia sobie równie żywo, jak człowiek, cierpienia istoty, którą ma w pazurach swoich.”

Okrucieństwo jest cechą różniącą człowieka od zwierząt; z tym poglądem, choć bolesnym dla naszego wyobrażenia o sobie, musimy się pogodzić. Nie da się podważyć także tezy o uniwersalności zjawiska; znamy z opisów tortury chińskie, okrutne formy mordów rytualnych dokonywanych przez amerykańskich Azteków i przez hinduistycznych wyznawców bogini Kali, okrutnymi były tortury katolickiej inkwizycji i zbrodnie luterańskich szwedzkich żołdaków. Człowiek bywał okrutny mimo różnic etnograficznych, religijnych, światopoglądowych, rasowych. Można jedynie dowodzić, że religie i narzucone normy prawne krępowały naturalny instynkt okrucieństwa, próbowały go cywilizować, określać granice. W czasach wojen i rewolucji, gdy owe normy religijne i prawne przestawały funkcjonować, instynkt okrucieństwa wybuchał ze zwielokrotnioną siłą.

W ślad za Zdziechowskim poznajmy incydentalne zdarzenie z czasów hiszpańskiej inkwizycji: proces Elwiry del Campo w Toledo w roku 1568. „Doniesiono na nią, że nie jada wieprzowiny i że zwykła bieliznę zmieniać w sobotę: wyraźna wskazówka, że jest ukrytą żydówką, a tych żydów ukrytych tzw. Marranów, wyznających religję mojżeszową, pomimo że przodkowie ich pod grozą prześladowań przeszli formalnie na katolicyzm, było wówczas w Hiszpanji bardzo wielu. Stawiono ją przed sądem, rozebrano, rozpoczęto indagację. Pierwszym instynktem katowanej ofiary jest zaprzeczenie. Ale to nie pomaga, a ból staje się coraz dotkliwszym; wśród spazmów bólu oskarżona krzyczy, że przyznaje się do winy, że wszystko wyzna. Torturowanie ustaje. Ale co ma wyznać, kiedy nie wie dokładnie, o co ją oskarżono. „Wszystko jest prawdą — woła,— co powiedzieli donosiciele”. Inkwizytorowi to nie wystarcza. Żądają szczegółów; jakich? Coś zasłyszała o zbrodni niejedzenia wieprzowiny. „Nie jadam, bo mi szkodzi”. Nie posuwa to sprawy naprzód; zeznanie musi być dokładniejsze. Tortura się wznawia. Podniesiono ją do góry, wykręcając ramiona; ramiona wywichnięto. Oszalała z bólu krzyczy, błaga, by powiedziano jej, co ma zeznać, na wszystko z góry się zgadza. Daremnie; ojcowie są nieubłagani. Musi wszystkie szczegóły zbrodni opowiedzieć: „Nie wiem, nie pamiętam jakie to są szczegóły, a do wszystkiego się przyznaję; od świadków wiecie całą prawdę o mnie. Po co dręczycie? I tak dalej wkoło, ciągle te same bezmyślne pytania i nieprzytomne odpowiedzi, raczej krzyki i jęki. Coraz nowe i boleśniejsze tortury.”

Już w tamtym okresie zdawano sobie sprawę z irracjonalności stosowania tortur. Ludzie pod wpływem bólu fizycznego gotowi są uczynić wszystko, czego oczekuje kat. Nie oznacza to jednak uproszczenia drogi w poszukiwaniu prawdy. Torturowany mówi to, czego oczekuje kat, może oskarżyć sam siebie i swoich najbliższych o najgorsze zbrodnie, nawet o takie przez nikogo nie popełnione. Czasem dopuszczamy możliwość stosowania tortur usprawiedliwiając je „wyższym celem”. Terrorystę torturami zmusimy, by wydał nam plan zamachu; kidnapera, gdzie ukrył porwane dziecko; wroga na wojnie, by ujawnił plany agresora. Nie zadajemy pytania, w ilu wypadkach tortury przyniosły rzeczywistą korzyść. Może częściej zamiast wartościowych informacji uzyskiwano od podejrzanego terrorysty wymyślony, dla uniknięcia bólu, opis planu zamachu. Biedna kobieta z Toledo mogła nie wiedzieć nic o Marranach, mogła nie znać zwyczajów żydowskich; wyjąc z bólu błagała, by kaci podpowiedzieli jej, do czego, konkretnie ma się przyznać. Ilu podobnych torturowanych, błagających kata o podpowiedź, znaleźć można współcześnie w obozach filtracyjnych w Czeczeni, kazamatach w Afganistanie, katowniach w Syrii. Tak w średniowieczu, jak i dziś rozum (świadomość bezskuteczności tortur) ustępuje przed instynktem. Nie wiemy, czy metody stosowane w więzieniu Abu Ghurajd w przyniosły jakąkolwiek korzyść dla skuteczniejszej walki z terroryzmem; może były tylko akceptacją erupcji okrucieństwa wyzwolonego u amerykańskich żołnierzy pod wpływem wojny. Z uczuciem obrzydzenia do gatunku ludzkiego można czytać opisy rozmaitych tortur stosowanych na świecie w ostatnim dziesięcioleciu; przebrnąwszy tą ponurą lekturę nie znajdziemy dla nich usprawiedliwienia „wyższym celem”.

Historia tej biednej kobiety z Toledo jest dla nas cennym przykładem nie tylko z powodu tortur. Jaki był powód jej uwięzienia? Czujne oko sąsiedzkie zajrzało do garnków i do alkowy, odkryło, że postępuje w sposób nietypowy dla lokalnej społeczności: nie jada wieprzowiny i zmienia co tydzień bieliznę. Kodeks karny, ani inne obowiązujące przepisy prawne, nie regulowały jadłospisów ani harmonogramu zmiany koszul; kobieta nie naruszyła prawa, nie popełniła ani przestępstwa ani wykroczenia. „Zbrodnią” była inność. To tak, jakby współczesnemu politykowi wyrażającemu niechęć do „cyklistów i wegetarian” pozwolić swoje uczucia wyrazić przemocą. W tym jednak wypadku tyranem nie jest jakiś zwariowany Neron, to sąsiedzka wspólnota przejmuje na siebie przywilej bycia oskarżycielem i sędzią jednocześnie.

Nawet, gdyby we Francji nie powstała teoria o „dobrych dzikusach”, to i tak w większości społeczeństw dominowałoby przekonanie o „niewinnym”, „dobrym i sprawiedliwym z natury” ludzie i wrednych elitach, złym prawie, „nieludzkich” normach religijnych. Mówimy o despotach, o inkwizycji, o klerze dręczącym czarownice; odrzucając obrazy udziału w tym prostego ludu. A przecież w erupcjach zbiorowego okrucieństwa to zachowanie ludzi jest czynnikiem najbardziej przerażającym. Lud zdobywszy Bastylię nie ograniczał się do zabicia strażników, grał także w piłkę głową komendanta; znane są opisy tracenia publicznego morderców, kończące się rozszarpywaniem straconego przez „kibicujące” kaźni kobiety. Istniała forma Holocaustu „higieniczna” w postaci komór gazowych i „ludowa”: palenie w stodołach, rozbijanie główek niemowląt o ściany, rozpruwanie nożem brzuchów ciężarnych kobiet.

Państwa, przyjmijmy teorię Gumplowicza, powstawały mocą podboju; władze ujarzmiały podbitych, nakładały podatki i nadawały przepisy prawne, dbając, by kasa się zgadzała, a lud się nie buntował i nie powybijał wzajemnie. Władzy specjalnie nie interesowało w co wierzono na wsi, kto z kim sypiał i co jadał; ważne, że był spokój i haracz wpływał regularnie. Utrzymanie porządku w tych małych wspólnotach lokalnych, w tym także porządku moralnego, było zadaniem samorządu.

Prawo stanowione, niezależnie czy był to Saxon, Corolina czy nowocześniejsze kodeksy, było dla sądu wspólnoty jedynie wskazówką. Trudno by było inaczej, sędziowie bywali analfabetami. Liczył się zwyczaj, wójt był „ojcem”, który według swojego uznania karał, by wychowywać „swoje dzieci”. Opisuje to Zofia Daszyńska-Golińska w monografii o wsi mojej matki: Uściu Solnym2. „Zwykłe kary, na jakie sąd uściecki skazywał, były trojakiego rodzaju. Przede wszystkiem kara więzienna. Z opisu ratusza wiemy, iż więzień było dwa: górne lżejsze, które służyło najczęściej jako więzienie śledcze, rzadko zaś jako kara, oraz dolne, prawdopodobnie w lochu, w którym, jak powiada jeden z wyroków, można być „zgnojonym”. Bardzo charakterystycznem jest, że przebywanie w więzieniu rzadko kiedy stanowi prawdziwą karę. Najczęściej zamykają przestępcę „za kłódkę” dopóki nie wypłaci właściwej kary. Karę stanowią opłaty w pieniądzach i wosku, niekiedy zaś, gdy chodziło o elementy mniej w mieście poważane np. o parobków, albo też gdy przestępstwo nosiło charakter wykroczenia przeciw moralności, skazywano na rózgi. Rózgi spadały na winowajcę lub winowajczynię „pod pręgierzem”, w „kłodzie”, albo wprost w więzieniu po 25, 50, 60, a nawet 100, ale zwykle nie od razu, tylko częściami wymierzanych. W ogóle plagi stosowane są tylko wobec osób niższych.”

Przeważała racjonalność, kto mógł i miał ten mógł wykupić się od kary, płacąc grzywnę i stawiając wódkę wójtowi. Gdy nie… Loch, był jamą w ziemi wykopaną pod ratuszem; tam w wilgotnym błocie, we własnych i cudzych odchodach, gryziony przez szczury i inne insekty, pojony brudną wodą, karmiony pomyjami, delikwent uczył się porządku. Kobiety częściej lądowały pod pręgierzem, obdarte z ubrania i wstydu, stały obrzucane przez dzieciaki grudami ziemi, odchodami, kamieniami. Chłostę wymierzano „częściami”, mało kto wytrzymałby na raz 50 uderzeń bykowca; każde przecinało skórę, odrywało mięśnie od ścięgna…

„Parę miesięcy wlecze się proces sądu uścieckiego przeciw parobkom, służącym u różnych mistrzów, którzy pili i tańcowali we wtorek zapustny, gdy już dzwoniono na pacierze. Opinię publiczną oburza fakt, że parobcy podochoceni odpędzają burmistrza, który, przywołując ich do porządku, kazał muzyce zamilknąć. Sąd skazuje parobków na 20—60 plag, a urząd uznając, że kara jest jeszcze za niską, postanawia, iż parobek, który by się porwał z czynną zniewagą na burmistrza ma mieć odciętą rękę. (…) Czeladnik Byczkowicz skazany na więzienie dolne, z którego uwolniony zostanie dopiero po odcierpieniu 25 plag i to wykluczony od wszelkiej w mieście roboty. Powód kary obu mężczyzn stanowi, iż czeladnik uwiódł majstrową, a cudzej żony całować… nie wolno, chyba za nogi, jako majstrową, majster zaś tolerował go dalej u siebie, zamiast oddalić.? (…) W 1750 roku Wojciechowa Ratayka zachodzi w ciążę przed ślubem przez parobka służącego u jej matki. Całą katastrofę ukrywa, a dziecko każe pogrzebać. Wynika z tego sprawa: sąd zbiera się dwukrotnie, radzi się Saxona, wzywa Boga na pomoc i nie umie rozstrzygnąć, czy dziecko zostało zabite, czy też urodziło się nieżywe. Ostatnia możliwość jest całkiem prawdopodobną „bo była młoda i płocha, tańcowała po weselach, mogła sobie tedy zaszkodzić”. Pomimo to Ratayka skazaną zostaje na śmierć pod mieczem katowskim i dopiero wstawiennictwo księży uścieckich zamienia tę karę na liczne dary dla kościoła, oraz pobożne pielgrzymki obojga małżonków, gdyż żony mąż nie opuszcza. (…) 1 sierpnia 1763 roku sąd roztrząsa sprawę „o grzech nieczystości”, popełniony przez służącego Kaźmierza Strychalskiego, Rozalię Kucównę i Franciszkę Pyciakównę. Mężczyzna za uwiedzenie dwóch kobiet skazany zostaje na dwukrotne odebranie 50 i 60 plag pod pręgierzem i małżeństwo z jedną z dziewcząt. Kucównę, która miała dwóch kochanków, skazuje sąd na tę samą karę. Pyciakówna skazana zostaje na 60 plag, które ma otrzymać po urodzeniu dziecka. (…)” Wyrokiem wydanym 17 czerwca 1763 roku skazano na spalenie na stosie Błażeja Kaczkowskiego oskarżonego o zoofilię. „Taż klacz także, z którą to tenże bezecny uczynek był, ażeby się jakie monstrum z niej nie pokazało i tej nie przepuszczając ma być także spalona na osobliwym stosie drew dla dalszych i większych bezbożności, ażeby się wszelki lud na to zapatrzył i chronił się takowego uczynku i obrazy wielkiego majestatu boskiego.”

Oczywiście, także do zagubionego w błotach, przy zbiegu Raby i Wisły, Uścia musiał dotrzeć zwyczaj polowania na czarownice. Tu jednak powinniśmy poznać kontekst lokalny. Utrzymywanie porządku moralnego liczyć się musiało z naturą ludzi. Picie i bójki to oczywiste rozładowanie nadmiaru energii; byle nie przekraczać granic. Seks, tak i owszem, byle „wredna suka mi chłopa nie podebrała”. Czary i czarownice były codziennością wsi; kto jak nie „babka wiedząca” odgoni chorobę, pomoże przy połogu, zapewni dobrego męża i cielną krowę. Magia była częścią życia, zatem dogmatyczne polowanie na czarownice musiało spotkać się z oporem wsi. Skrupulatni Austriacy doliczyli się, po przyłączeniu Małopolski do swojego imperium, 467 osób parających się czarami. Ta tolerancja miała jednak swoje granice. Nawet w końcu XIX wieku dochodziło na wsiach galicyjskich do samosądów, do okrutnego znęcania się na ludźmi podejrzewanymi, że czarami szkodzą.

W 1760 roku przed uściowym sądem toczył się proces Agnieszki Studzyny. Oskarżono ją o sporządzanie miłosnej mikstury z imbiru i cynamonu na zamówienie kobiet, które chciały w sercach swych mężów na nowo rozpalić uczucia. Do winy przyznała się pod wpływem tortur. Ponieważ Studzyna cieszyła się złą sławą, jako „złodziejka mężów”, spalona została na stosie. W tym samym czasie o podobny czyn oskarżono Apolonię Kosturkową; za nią wstawił się mąż i troje zacnych gospodarzy, zarzuty oddalono. Uście więc nie wyglądało najgorzej na tle innych miasteczek. W Wiśniczu w 1688 roku oskarżona Jadwiga Marcowa pod wpływem tortur‚ ”powołała”, czyli oskarżyła o współudział w czarach 15 innych kobiet, w tym m.in. Jadwigę Talarzynę-Michałkową. Według zeznań oskarżonej, wszystkie razem zbierały zioła, spotykały się w czwartki, tańczyły, smarowały maściami i wspólnie latały na sabaty. „Powołana” przez Marcową Jadwiga Talarzyna w trakcie swojego procesu, na mękach, oskarżyła o współudział w czarach kolejnych 6 kobiet, w tym Reginę Wojciechowską z Kłaja. Ta z kolei ‚powołała’ 3 kolejne domniemane czarownice.3

Procesy o czary nie były jakimś specjalnym wyjątkiem, lecz elementem zbiorowego okrucieństwa mającego na celu utrzymanie ładu i porządku moralnego. Może to jednak brzmi paradoksalnie, ale tak, jak odgórnie, despotycznie narzucany porządek prawny i religijny, tak owe zwyczajowe, zbiorowe „samopilnowanie”, chroniło przed czymś gorszym: przed niekontrolowaną erupcją okrucieństwa. Takowa widoczna była nie tylko w czasie wydarzeń rewolucyjnych, rabacji 1846 roku, „pożogi” 1918-19 roku, „pogromów” lat 90-tych XIX wieku, czy „zbrodni wołyńskich” 1943 roku. Przerażenie budzą opisy samosądów dokonywanych przez chłopów w czasach I wojny światowej; złapany na kradzieży złodziej bywał kamieniowany, wbijany na pal, rzucany świniom na pożarcie.

Pamiętajmy jednak, że Uście czy Galicja nie są szczególnym wyróżnikiem. Okrucieństwo jednostki i okrucieństwo tłumu na całym świecie wygląda podobnie. Można się jedynie samooszukiwać, twierdzić, że to co zdarzyło się w Ruandzie, nie zdarzy się u nas; to co w Syrii, absolutnie nie u nas, to co w Serebrnicy, także nie… Czyżby? A może nasza cywilizacja to tylko cienka pozłotka, kiedy runą mury rygorów prawnych, norm etycznych i religijnych, „wyzwolony” człowiek okazać może całą, przerażającą krasę swojego „nadbydlęctwa”…

 

1 Zdziechowski M. „O okrucieństwie” Kraków 1928 r
2 Daszyńska-Golińska Zofia. „Uście Solne” Kraków 1906 r.
3 Magdalena i Piotr Roszowscy „Nad Uszwicą i Leksandrówką. Na kulturowych ścieżkach wiśnicko-lipnickiego parku krajobrazowego”. Tarnów 2016 r. Na postawie akt sądu w Wiśniczu