Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Pozytywne nastawienie

Włodek Małkowski

Zbigniew Lengren – Profesor Filutek

Budzisz się w przepiękny majowy poranek. Podchodzisz do okna, aby ptaszki na drzewie pozdrowić. Ale wrona na twój widok od razu kracze, abyś spieprzał i w nie swoje sprawy się nie wpierdalał.

Myślisz sobie: no cóż, trudno, to ptaszysko nigdy mnie nie lubiło. Ale nie tracisz pozytywnego nastawienia do życia, mając jeszcze w pamięci wczorajszą rozprawę naukową doktora Borówki z Zelowa o pozytywnym nastawieniu do życia w okolicach Zgierza na planecie Ziemia, którą przeczytałeś. Co się będziesz stukniętą wroną przejmować.

A więc zaparzasz kawę, włączasz muzykę z zamiarem podzielenia się z publiką powszednią mądrością. Zerkasz w internet, aby również zaczerpnąć z mądrości innych, ale już po chwili przecierasz z niedowierzaniem okulary. I ekran przecierasz. To niemożliwe – szepczesz pod nosem.

Spoglądasz w okno, a tam gołębie już osrały twój parapet i wrona na gałązce drzewa rechocze z satysfakcją.

Dolewasz sobie kawy i zapalasz papierosa. Mimo, że od profesora Borówki wiesz, jakie to niezdrowe i źle wpływa na dobre nastawienie do życia w okolicach Zelowa na planecie Ziemia. A więc nie jesteś już taki mądry jak myślałeś.

Nic ci nie pozostaje, jak niezbyt mądrze pomyśleć o kimś, kto ci jest drogi. Wiedząc, że nie wymaga to wielkiej mądrości i nie potrzebny ci do tego żaden doktor Borówka z okolic Zelowa.

Zapalasz jeszcze jednego papierosa, choć wiesz, że to głupie, ale co tam. Taka piękna muzyka i ty już tak pięknie spokojny.

Milcząc pozdrawiasz wszystkich. Wrona na gałązce dygnąła jak grzeczna panienka. Chichoczą ze szczęścia dwa wróbelki. I nie ma znaczenia, że już nic mądrego nie napiszesz. Ważne, że świat o świcie usłyszał twoje milczące pozdrowienie. Myślę, że doktor Borówka byłby z ciebie zadowolony.

Na pewno ładnie jest w tym Zelowie. Uśmiechasz się delikatnie i pozdrawiasz wszystkich z Zelowa, trwając bezmyślnie w ciszy. To zupełnie wystarczy, aby być mądrym bez wszystkich tych mądrości. Bez żadnego nastawienia, sam przez się dobrze nastawiony, mimo kawy z dolewką i po dwóch papierosach.

Reklamy


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Z prądem

Marek Szarek

Antykwariat na Ursynowie – Fot. Anna Czuba

Wizyty w księgarniach wywołują u mnie depresję. Błądzę między półkami z nowościami, jak pijane dziecko we mgle. Bezradny patrzę na nazwiska autorów, o których nic nie wiem, zniechęcony odczytuję tytuły, które nic mi nie mówią, zmęczony kartkuję kolejne książki usiłując znalezć w nich jakiś punkt zaczepienia, zdanie, które zaciekawi, frazę, która poruszy wyobraźnię, powód, żeby przeczytać i przyczynę, dla której autor pisał.

Tonę w oceanie nowych edycji. Zalewa mnie potop literatury faktu, dusi lawina fikcji literackiej, gwałci armia poradników i przewodników wszelkiej maści. Recenzenci i blogerzy pieją hymny pochwalne, wydawnictwa drukują bestsellery, a legion pisarzy snuje swoje narracje, tworzy nowe mitologie, sagi, baśnie i historie z życia wzięte. Najnowsze powieści kryminalne zadają mi do rozwiązania coraz wymyślniejsze policyjne szarady, autorzy horrorów straszą mnie kolejnymi mutacjami transylwańskich wampirów, nieszczęśliwe bohaterki romansów, zamiast do rzeki rzucają się w wir orgazmów, a autorzy reportaży jadą na koniec świata, żeby opowiadać jak wygląda zły dotyk na wyspach Polinezji. Szczerek uwodzi mnie stylistyką „gonzo”, a Hugo-Bader wyciska łzy z oczu opowieściami o przegranych życiowo bojownikach Solidarności.

Jeszcze próbuję być a courant. W akcie upartej determinacji nabywam dzieła aktualnych noblistów, czytam głośne powieści zagranicznych autorów, wypożyczam z bibliotek tomiki poetów współczesnych. Ale wszystko to jest walka z wiatrakami i łabędzi śpiew czytelnika w pewnym wieku.

Muszę skończyć z tą żałosną donkiszoterią i zanurzyć się w powroty, wrócić do dzieł z lat minionych, czytać klasykę i literaturę popularną, z którą się kiedyś przyjaźniłem, bo przecież wszystko już zostało powiedziane i napisane.

Nie powinienem uganiać się za modą, jak podstarzała kokota za młodymi kochankami. Zamknę się w mojej bibliotece, wywieszę białą flagę i będę mleć w bezzębnych dziąsłach przeżutą kiedyś papkę literatury. Ograniczę się do tych kilku starych i młodszych pisarzy, których kocham, którzy piszą wciąż jedną i tę samą książkę. Do Stasiuka z jego nostalgiczną tęsknotą do peryferii świata i czasu, do amerykańskiej epopei Filipa Rotha, do jeszcze nie przeczytanych książek Maraiego, w które wejdę jak w sen.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Historyczne diety

Katarzyna Urbanowicz

Przeglądanie starych książek odziedziczonych po zmarłych, wiekowych osobach podobne jest czasem do odkrywania światów całkiem odmiennych od dzisiejszych. Między ich kartkami tkwią prawdziwe rarytasy. Kilkoma z nich, efektem przejrzenia zaledwie czterech półek, z regałów w obszernym garażu, postanowiłam się zająć dzisiaj.

Pierwsza zdobycz to kartki żywnościowe z czasów niemieckiej okupacji:

Niestety, brak organu wydającego oraz danych właściciela kartek i jego adresu. Może to była jakaś podróbka? Wszak niżej zapisano że nieważna bez prawidłowej rejestracji, a takowej brak. Zalecono przechowywać starannie i bardzo starannie ją schowano, tak że przetrwała do dziś. Nakazano także dokładnie oddzielać poszczególne odcinki małej wartości. Urzędy mają zawsze tendencję do celebrowania i podkreślania rzeczy oczywistych.

Oto porcja na 5 dni dla urlopowicza: na bogatym obszarze? (reichsgebief).

1590 g chleba (ale precyzja!) w tym 1150 g jakiejś jego odmiany, co daje nieco ponad 30 dkg dziennie. 200 g mięsa, tj. 4 dkg Niewiele jak na cały dzień dla mężczyzny, choć mnie by wystarczyło. Inna rzecz, co jeszcze można było kupić oprócz żywności na kartki; jeśli niewiele dla uzupełnienia diety, to musiała być bardzo monotonna.

Teraz przeskoczę na linii czasu kilka lat i zajrzę do zeszytu w kratkę, w którym pewien nauczyciel/ka od dnia 24 czerwca notował swoje dzienne wydatki. Zeszyt jest opatrzony jedynie numerem miesiąca (przy czym zaszła pomyłka, lipiec w części notatek (na zdjęciu) oznaczono jako VI, potem jednak już sierpień oznaczono prawidłowo jako VIII. Dzięki temu korzystając ze stuletniego kalendarza udało mi się ustalić rok zapisków: 1948. Zapisany adres pozwolił zlokalizować miejsce: Stegna k/Gdańska, poste restante.

Jakże uboga była dieta owego nauczyciela! Prawdopodobnie stołował się gdzieś i codziennie płacił za obiad 5 zł w czerwcu i lipcu. Czasem przebywała z nim/nią rodzina i wówczas płacił 20 zł za 4 osoby lub 10 za 2. Co poza tym kupował? Mleko zwykłe i mleko zsiadłe (po 5 zł), czasem jajka. W lipcu kupił 1 kg jaj za 37 zł, a w sierpniu za 40 zł. Jaja kupował na kilogramy, zresztą do dziś na Podlasiu na targach tak je sprzedają, prawdopodobnie dlatego, że jaja od młodych kurek lub perliczek są dużo mniejsze niż od starych (przeciętnie wchodzi 23-25 a nawet 28 szt/kg).

I oczywiście kupował chleb. Na chleb wydawał 10 zł na kilka dni. W sierpniu zaszalał: raz kupił bułkę + 4 małe bułeczki i zapłacił za nie aż 50 zł. Raz w lipcu kupił 1/4 l śmietany (5 zł), a raz ½ za 20 zł, raz czereśnie (10,40), raz masło (17,50), a w sierpniu kilogram pomidorów za 40 zł. Raz dostał od kogoś za darmo (w każdym razie ceny nie podano) 2 cebule. Z rozpusty były także kiedyś w sierpniu serniczki za 30 zł, ale w ogóle musiał się liczyć z pieniędzmi – za mieszkanie zapłacił za 2 miesiące 1000 zł. 26 sierpnia skończył urlop.

W dalszym ciągu zeszyt wykorzystywał już ktoś inny spisujący w nim nazwy narządów odpowiadających numerom stref refleksyjnych pokazanych na rysunku prawej stopy (rysunku brak). Z odwrotnej strony zeszytu ktoś trzeci zamieścił informacje jakie miejsca należy masować w razie określonych chorób i tak na przykład w razie alergii należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz i coś tam jeszcze nieczytelnego. Mnie zainteresował artretyzm stawu biodrowego ale odpadłam, gdy przeczytałam, że należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz, żołądek i jelita, jakieś m. stawu biodrowego i stawu barkowego i któreś kręgi lędźwiowe. Za dużo tego. Chociaż nawet na białaczkę były sposoby… I na chorobę wieńcową – wystarczyło jedynie masować serce. Logiczne niewątpliwie.

Ceny pochodzą z czasów przed wymianą pieniędzy 30 października 1950 roku, której dokonano w proporcji 100 zł starych na 3 zł nowe(ceny i płace) oraz 100 zł na 1 zł (gotówka) przy założeniu, że nie wszystkie środki zostaną wymienione – obowiązywały limity.

Średnia pensja w roku 1950 wynosiła 551 zł, (wcześniejszych danych sprzed reformy walutowej nie odnalazłam), jednak w roku reformy mój ojciec, inżynier konstruktor w zakładach PLL „LOT” po przeliczeniu otrzymywał ok. 360 zł – znacznie mniej niż robotnik . Nie udało mi się także odnaleźć danych zarobków mojego dziadka, nauczyciela, w 1948 r. inspektora szkolnego, zaszeregowanego do grupy VI urzędników państwowych, natomiast moja ciotka w tymże roku, początkowa nauczycielka kontraktowa w liceum dla dorosłych na Śląsku zarabiała 300 zł/1 godz. tygodniowo w wymiarze miesięcznym 10 godz. tygodniowo, a więc miesięcznie 3000 zł.