Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Zatrzymane w ruchu

Katarzyna Urbanowicz

Fot. Marek Zurn

Mój przyjaciel fotografik, Mark Zürn, napisał ostatnio w komentarzu do ulicznej scenki: „Lubię klasyczną fotografię uliczną, w której na pierwszym planie jest portretowany człowiek w relacji do innych ludzi i otoczenia. To jest centrum miasteczka, ale brak tu wielopoziomowych skrzyżowań, przeszklonych albo obdrapanych elewacji, lśniącej pod światło kostki brukowej czy dramatycznych kontrastów i „wyżartej” czerni bez szczegółów – czyli scenerii tak lubianej przez wielu street photographers, dla których takie tło jest ważniejsze od pokazania fotografowanych ludzi, a maleńka sylwetka człowieka jest co najwyżej drugorzędnym znakiem graficznym w kadrze, anonimową postacią bez właściwości i indywidualnych cech. Na powyższym zdjęciu dominuje chaos kolorystyczny, ludziom się nie śpieszy i właściwie niewiele tu się dzieje. Współcześni street photographers nie mają tu szans na zrobienie spektakularnego zdjęcia. Albo może mają, o ile człowiek interesuje ich bardziej niż efektowna sceneria, no i nie lękają się ludzi, by móc otwarcie robić im zdjęcia z bliska. Chętnie przeczytam komentarze tych, co lubią zdjęcia uliczne.”

Odpisałam: Urokiem takich fotografii jest możliwość snucia rozmaitych teorii, co do wymowy obrazu, gdy jesteśmy przyzwyczajeni, że oglądany obraz musi coś oznaczać. Ja na przykład (lubiąc rozmaite uogólnienia – nie zawsze uprawnione, ale często pociągające) od razu widzę na tym zdjęciu przeciwstawienia świata starych i młodych. Starzy są czynni, dokądś idą (choć nawet z trudem jak ten pan z dalekiego planu), a młodzi mogą sobie pozwolić na nicnierobienie, choć od nich właśnie należałoby oczekiwać czynnego udziału w życiu codziennym. Wymowę tego zdjęcia podkreśla stojący na pierwszym planie rower. Wyobrażam sobie, że taka przeciętna ulica dziewiętnastowieczna pokazywałaby obraz odwrócony: – młodzi pracują, starzy się gapią. Tak czy inaczej wniosek ogólny mój jest taki: starzy i młodzi to są dwa światy, nie przystające do siebie.

Tak się złożyło, że ostatnio wypożyczyłam album malarstwa Bruegela, pełen setek postaci ujętych w scenach ludowego życia Holendrów (niezależnie od idei jaką miały obrazować dzieła). Z powodu słabego wzroku musiałam posłużyć się lupą, żeby to i tamto obejrzeć. Złościły mnie te obrazy, a jednak przyciągały tym, że nie potrafiłam od razu zrozumieć ich przesłania. Nauczono mnie szukać przesłania w dziełach sztuki, zarówno literackich, jak i malarskich, i posłuszna temu wpojonemu obowiązkowi uważałam za dowód niedostatku mojego intelektu sytuację, gdy nie mogłam go odgadnąć.

Oczywiście po krótkim czasie odkryłam pewne prawidła (o których milczeli komentatorzy obrazów), pozostawiający mnie w niepewności spostrzeżeń. Album, który wypożyczyłam, bronił się przed jednoznacznością. Zresztą najsłynniejsze obrazy szkoły holenderskiej u profanów budzą takie zawirowania symboliczne, które u każdego powodują obawę przed jednoznacznym wypowiadaniem własnej opinii. Ten problem nie występuje przy ulicznych fotografiach, bowiem nawet ich autor (w przeciwieństwie do malarza) nie posiadł wiedzy na temat pokazywanych postaci, wszelkie interpretacje, poza zupełnie odjechanymi, są równouprawnione.

Aktualna tematyka wielkopiątkowa: obraz „Droga Krzyżowa”.

Pieter Bruegel Starszy – Droga krzyżowa

Tłum postaci, każdą oglądam pod lupą. W albumie widnieje też fragment obrazujący upadek Chrystusa pod krzyżem, ale w całej (pomniejszonej) przestrzeni obrazu nie sposób go odnaleźć. Na obrazie setki postaci, wykonujących różne ruchy i czynności, wszystko się myli i migocze w oczach. Notuję w pamięci: biały koń w tle, układ lin na jego ciele, podwójna postać w czerwonej szacie i ciapciatej przepasce na włosach. Poniżej trójka postaci reagujących emocjonalnie. Ale gdzież u diabła jest ten Chrystus!?

Nie widać go w ogóle w całym zamieszaniu. Jedna z wielu scenek, ani mniej ani więcej ważna. Malarz umieścił ją w ścisłym centrum obrazu, ale na dalekim planie, a owo ścisłe centrum zaowocowało zszytym środkiem książki, dopiero w internecie lepiej widać. Ale i tak długo szukałam, zanim znalazłam fragment, od którego pochodzi tytuł.

Nie Chrystus jest więc ważny w obrazie pt. „Droga Krzyżowa”. On jest pretekstem, gdyby ktoś się przyczepił, jest w samym centrum, ale kogo on w ogóle obchodzi?

Ktoś ucieka z workiem na plecach, ktoś takie worki sobie wyrywa, inna grupa z podobnymi workami przygląda się, co z tego wyniknie, dwójka chłopaków z towarzyszeniem malca poddusza trzeciego, ktoś spieszy z dzieckiem na barana, aby nie umknęło mu widowisko, dzbanek się przewrócił, a ktoś zbiera końskie g…no na opał albo do użyźnienia ziemi, mnóstwo ludzi zajętych jest nie wiadomo czym. Podobnie jak przez nas obchodzone są święta. Rzadko kogo przejmuje cała ogromna ich symbolika, spływająca przez wieki na kształt tej uroczystości. Nie ograniczona tylko do wypoczynku i jedzenia, poprzedzonych porządkami przedświątecznymi.

Wracam do ulicznej scenki Marka Zürna. Ja tam widzę kilkoro młodych, obijających się ludzi i starszą kobietę w czerwonej kurtce z wysiłkiem pokonującą drogę. Oni sterczą bezproduktywnie pod sklepami, mimo że mają rower (na pierwszym planie), po prostu olewają pomysły o tym, aby wykazać się jakąkolwiek czynnością. Po co, wszak lepiej sterczeć bezmyślnie, czyż nie?

Jak patrzył na świat malarz ze szkoły holenderskiej? Czemu umierając polecił zniszczyć żonie obrazy, które uznał za kontrowersyjne? Czego się obawiał i jak jeszcze, w sposób przeze mnie niedostrzegalny, szyfrował swój przekaz. Co chciał nam pozostawić jako refleksję? Wszak i wówczas, i obecnie obowiązują nas określone kody kultury i nie każdy jest w stanie im się sprzeciwić.

Na szczęście oglądając utrwalone przez fotografa sceny uliczne nie czuję tak wielkiej odpowiedzialności, jak w przypadku oglądania dzieł malarstwa o wielkiej i uznanej wartości.

Znakomitym ćwiczeniem w tym zakresie jest oglądanie galerii zdjęć z ulicznych demonstracji. Pozornie ludzie związani są jednym celem, ale nie zawsze cel ten wydaje się najważniejszy. Czasami odnosi się wrażenie, iż zgromadzonym chodzi całkiem o coś innego – tak jak na przywołanym obrazie Piotra Bruegla.

Reklamy


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Mauzoleum hrabiego Claude-Henry d’Harcourt

Marek Szarek

Pomnik nagrobny hrabiego Claude-Henry d’Harcourt

Zwiedzając onegdaj paryską katedrę Notre-Dame zwróciłem uwagę na umiejscowioną w południowej ścianie nawy kaplicę Sainte-Guillaume, zwaną też kaplicą rodziny Harcourt. Centralne miejsce pomieszczenia zajmowało mauzoleum hrabiego Claude-Henry d’Harcourt generała armii królewskiej zmarłego w 1769 roku.

Generał nie wsławił się żadnym wiekopomnym czynem, ale pomnik nagrobny miał okazalszy niż król!

Wykonany z białego marmuru grobowiec wieńczyła wspaniała grupa rzeźbiarska dłuta Jean’a Baptiste Pigalle. Tego samego, którego nazwisko kojarzy się moim rodakom z nazwą placu, gdzie ponoć sprzedawane są najlepsze kasztany i najdroższa miłość w Paryżu. Rzeźbiarz włożył w swoją pracę wiele trudu i talentu, ale za dzieło zainkasował od wdowy po generale niebagatelną sumę 60 000 liwrów!

Główną część mauzoleum stanowi kamienny sarkofag, z którego wychyla się nagi, wychudzony tors mężczyzny w podeszłym wieku, (pisząc te słowa gryzę się w język, bo hrabia w chwili śmierci miał 65 lat). Wycieńczony starzec spogląda w kierunku stojącej u jego głowy persony. To zakapturzona śmierć, która pokazuje generałowi klepsydrę z przesypującym się piaskiem wyznaczającym kres jego ziemskiej wędrówki. Wieko trumny podtrzymuje piękny chłopiec – geniusz życia dzierżący w ręku gasnącą, opuszczoną w dół pochodnię. Pochodnia ma oświetlić i wskazać żonie hrabiego drogę do miejsca spoczynku męża. Hrabina dołączy do niego 10 lat później.

Zespół pomnikowy Harcourtów zapamiętałem tylko dlatego, że wyrzeźbione przez artystę zwisające bezwładnie ciało generała skojarzyło mi się ze słynnym obrazem Davida ukazującym śmierć Marata w wannie. Wyobraziłem sobie malarza bywającego w katedrze, jak podpatruje i wykorzystuje kompozycję mauzoleum Harcourtów. Być może dzieło Pigalle rzeczywiście zainspirowało Davida. Dla mnie ważne jest, że tamto skojarzenie utrwaliło wspomnienie.

Jacques-Louis David – Śmierć Marata 1793

Pomnik Harcourtów nie był, ani najpiękniejszym, ani najcenniejszym skarbem, jaki skrywały wnętrza Notre–Dame, ale pamięć o nim pozwala mi dzisiaj skreślić te kilka słów, będących wyrazami podziwu i hołdu dla paryskiej świątyni.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Co dzieci zapamiętują ze świąt Wielkanocy

Katarzyna Urbanowicz

Kolejny rok, kiedy święta Wielkanocy wprawiają mnie w pomieszanie i obawy. Nigdy nie wiem, co będzie, czy wyjadę gdzieś czy nie, tyle spraw przed nimi wymaga zastanowienia, rozwiązań i podjęcia decyzji – jak zwykło bywać wówczas, gdy człowiek nie jest w pełni samodzielny. Plan wyjazdu jest, ale są obawy. Czy tego roku dam radę pokonać trzy schodki prowadzące do domu, wprawdzie jest zamontowana poręcz, ale boli mnie prawa ręka, a zazwyczaj trzymam się poręczy oburącz, a więc… Co ze sobą zabrać, żeby ci, co mnie odwiozą, nie wyrażali obaw, że nie pomieszczą się z moim oprzyrządowaniem (i tak wyrażają obawy, a ja mam zgryz z podjęciem decyzji, co zostawić).

Aspekty duchowe Świąt Wielkanocy dawno już umykają mojej świadomości. Pozostały (bynajmniej nie puste) rytuały, jak dzielenie się jajkiem i inne, które mają utrwalać moje więzi z bliskimi przed ostatecznym odejściem. Zwłaszcza, że w gazecie, choć nie czytuję nigdy nekrologów i pomijam je wzrokiem, tym razem zauważyłam, że odszedł ktoś, kogo wieki temu, jako młoda dziewczyna kochałam i ze zdziwieniem poczułam żal, że kilkadziesiąt lat temu, z tej niewyznanej miłości nic nie wyszło.

Sięgnęłam pamięcią jak najdalej wstecz, do dzieciństwa, próbując sobie uświadomić, jak wówczas przeżywałam Wielkanoc. Wspomniałam już kiedyś, że dla mnie była bardzo miłym świętem w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, kiedy mama ustawiała przy stole krzesło „dla tego, który odszedł” zamiast dla zagubionego wędrowca.

Cała moja ówczesna radość kręciła się koło możliwości najedzenia się do syta. To były czasy po II wojnie, biedne, gdy każdy cukierek był oglądany 10 razy, zanim dało się go dziecku. Na Boże Narodzenie cukierki wisiały na gałązkach choinki i dopiero po Trzech Królach, gdy zwyczajowo choinkę rozbierano, można było ich skosztować, a jadło się je jeszcze przez miesiąc. Na Wielkanoc dziecko oczekiwało wędlin, a podczas święcenia potraw mogło obejrzeć koszyczki innych osób, chociaż święconki nie były takie, jak dziś: tylko jajka, sól, chleb w towarzystwie gałązki krzaczka borówki, a kawałek kiełbasy lub pieczeni i chrzan dodano już później, w latach 50-tych).

Przed moim drewnianym kościółkiem na Bielanach, pośród zeschłych traw i badyli, wystawiano długi stół, nakryty śnieżno białym obrusem i przychodzący ludzie ustawiali tam swoje talerzyki w związanej na supeł serwetce (rzadziej koszyczki), rozwiązywano supełki i odsłaniano nęcącą zawartość, nęcącą przez ilość, a nie jakość święconki. Cały, długi stół zastawiony jedzeniem!

Co pół godziny wychodził ksiądz z kropidłem i święcił przygotowane potrawy. Ci, którzy przyszli bezpośrednio po poprzedniej turze święcenia, ustawiali swoje talerzyki jak najbliżej księdza, ci, którzy przyszli później, musieli zadowolić się dalszą odległością. Moja mama nie należała do ludzi, którzy lubią się tłoczyć i przepychać i dlatego zazwyczaj nasza święconka stała daleko od księdza i jego kropidła. Męczyłam wówczas mamę pytaniami, czy na pewno święcona woda z kropidła padnie choć kropelką na naszą święconkę. Nie pamiętam już co mama mi odpowiadała, ale na pewno nie była to odpowiedź zadowalająca. Kiedyś, gdy ksiądz machał kropidłem zbyt mało energicznie, jak na mój gust, podsunęłam dłonie nad święconkę, aby czuć odrobinę święconej wody i rozczarowałam się. Wbrew mętnym tłumaczeniom mamy uważałam, że nasze potrawy nie zostały skutecznie poświęcone.

Innym problemem, któremu poświęcałam dużą uwagę i na który nie uzyskałam odpowiedzi od dorosłych, był odstęp czasowy między Wielkim Piątkiem a Niedzielą Wielkanocną. Pokarmy święciliśmy w sobotę, ale wolno było je jeść dopiero w niedzielę. Wiedziałam z lekcji religii (w tym czasie też była w szkole, zanim ją usunięto na lata), że Chrystus został ukrzyżowany, a po trzech dniach zmartwychwstał, w związku z tym, jeśli ukrzyżowanie odbyło się w piątek, to zmartwychwstanie powinno nastąpić najwcześniej w poniedziałek (licząc od dnia następnego po piątku). I tutaj nie uzyskałam odpowiedzi, a kiedy zadałam pytanie na lekcji religii, dlaczego zaczynamy świętowanie za wcześnie, dostałam od katechetki – pierwszy i ostatni raz drewnianą linijką po łapach.

Do tamtej pory nie miałam starć z katechetką, choć inne dzieci często obrywały. Właściwie wcześniej nie rozumiałam dlaczego, przecież lekcje religii polegały głównie na kolorowaniu ładnych obrazków i zapisywaniu tego, co katechetka nam podyktowała. Moje doświadczenie było bardzo bolesne, bowiem nasza katechetka, wbrew temu, co później oglądałam w licznych filmach, biła nie po stronie wewnętrznej dłoni, a po stronie zewnętrznej. W dodatku tak naprawdę nikt nie wiedział, za co obrywał. Zazdrościłyśmy bardzo dwóm koleżankom innego wyznania, które mogły spędzać lekcje na korytarzu bez obaw o oberwanie linijką i oczywiście dokuczałyśmy im z tego powodu.

Wspomnienia ze Świąt Wielkanocy zlewają mi się ze sobą. To, co zapamiętałam najlepiej, to był fakt, że kiedyś Wielkanoc wypadła 2 marca i było tak ciepło, że do kościoła poszłam w krótkich skarpetkach i samej sukience, konfrontuję jednak swoje wspomnienie z kalendarzem i albo chodzi o rok 1950, gdy Wielkanoc wypadała 2 kwietnia, albo o inną, marcową niedzielę, nie Wielkanoc.

Nad duchowym wymiarem świąt, ich symboliką zaczęłam zastanawiać się dużo później, gdy już przeżywszy w wieku 14 lat kryzys wiary, na długie lata przestałam w ogóle myśleć o religii. Dziś wiem i rozumiem o wiele więcej, ale choć bardzo chciałabym wierzyć, nie potrafię. Choć byłoby miło, gdyby okazało się, że po latach spotkam w jakimś miejscu mężczyznę, którego nekrolog dziś przeczytałam. Oczywiście jest jeden warunek – musielibyśmy wszystko pamiętać z naszego życia. I móc porozmawiać o tym, nie tylko głupio siedzieć na chmurce, machając zieloną gałązką – jak opowiadała nam katechetka.