Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Wilczy las

Katarzyna Urbanowicz

Demonologia ludowa – etnografia lubelszczyzny

Postanowiłam odrębny odcinek poświęcić mojemu stosunkowi do lasu. Niektórzy moi znajomi, jak większość czytelników zresztą, myli autora z bohaterem. Zamieszczenie opowiadania „Wasz fiolet” o kobiecie popadającej w paranoję z powodu lęków m.in. przed lasem uznało, że ja także boję się lasu i nie lubię go (podobnie jak jamników).

Mój przyjaciel z dawnych lat napisał nawet z podświadomie sformułowaną pretensją: „Tyle lat cię znam, a nie wiedziałem, że nienawidzisz lasu… Ja bez niego nie mogę żyć.”

Miałam mu to wytłumaczyć w mailu, napiszę jednak na blogu.

Do lasu nie mam żadnych uprzedzeń. A jednak…

W astrologii kwadratura planet różni się od ich opozycji tym, że skłania do dyskusji i prób osiągnięcia rezultatu w postaci uzgodnienia, przepracowania, w przeciwieństwie do opozycji planet, która skłania raczej do walki i przeciwstawiania się czemuś. Tak więc używając astrologicznej analogii, mój stosunek do lasu jest raczej z gatunku kwadratur niż opozycji.

Myśląc o lesie najdalszą pamięcią sięgam do lat dziecinnych. Rzecz działa się prawdopodobnie w roku 1948 lub wcześniej na Białostoczczyźnie, prawdopodobnie na dzisiejszych terenach puszczy Białowieskiej. Wnioskuję to stąd, że do szkoły poszłam w wieku 5 lat (nikt w domu nie był w stanie ze mną wytrzymać – dziś nazywa się to ADHD), a urodziłam się w roku 1942, siostra w 1945. W czasie tych wydarzeń nie chodziłam jeszcze do szkoły, był więc to prawdopodobnie rok 1946 lub 1947.

W lecie matka ze mną i siostrą jeździła na letnisko. Towarzyszyłyśmy przyjaciółce mamy, do której przedwojennych majątków wieś ta należała. Matka lubiła tam jeździć. Pobyt nie kosztował drogo, a traktowano ją tam z głębokim szacunkiem i wręcz uniżonością. Przyjaciółka matki była „dobrą dziedziczką”, więc ludzie ją życzliwie pamiętali i szanowali, a co więcej, nie będąc pewni stałości powojennych porządków, na wszelki wypadek woleli dobrze żyć ze swoim byłym państwem.

Wieś znajdowała się w środku rozległej puszczy. W mojej pamięci zostały przede wszystkim ogromne łopiany porastające brzeg małej rzeczki, ginącej w lasach okrążających wieś, o których mówiono: „nieprzebyta puszcza”. Samo słowo „łopuchy” budzi we mnie do dziś skojarzenie z upalną tajemniczą wilgocią i małą Calineczką kulącą się na liściu.

W pobliżu wsi puszcza wyglądała jak każdy inny las — rzadko rosnące stare sosny i świerki, miękki mech i podłużne wielkie szyszki, którymi bawiłyśmy się z siostrą, a które stare, wiejskie kobiety zbierały do wielkich, zarzucanych na plecy koszy, aby nimi palić pod kuchnią. Ale coś z tajemniczości i grozy tego określenia wywierało wpływ na drzewa rosnące wokół, wydawały się bowiem większe i szumiały groźniej, niż jakiekolwiek inne drzewa. W tym lesie, między dwoma pniami matka rozwieszała sznurkowy hamak, w którym bujałam się, podczas gdy siostra spała w wózku.

We wsi najciekawsze były wieczory. Matka wraz ze swoją przyjaciółką, siadywały w kuchni z wiejskimi kobietami. My bawiłyśmy się w kącie i przysłuchiwałyśmy dorosłym. W tym otoczeniu matka nie mogła tak kierować rozmowami, jak u siebie w domu i to sprawiało, że mogłam słyszeć mnóstwo interesujących rzeczy, zupełnie dla mnie nowych. Wprawdzie matka uważała, że jej dzieci nie powinny słuchać głupich bajek prostych bab, ale przyjaciółka ją wyśmiała. Twierdziła, że na tych bajkach wychowało się wiele dzieci ze sfer ziemiańskich włącznie z jej córkami i w niczym to im nie zaszkodziło. Moja matka, urodzona w mieście, a wychowana w sierocińcu u zakonnic, uważała, że bajki tylko szkodzą dzieciom, uczą je głupstw i przesądów. Była jednak podatna na wpływy ludzi, którzy jej imponowali, a do których należała jej przyjaciółka, chociażby z racji swojej niegdysiejszej pozycji wielkiej właścicielki ziemskiej – tak, że przynajmniej w jej obecności nie sprzeciwiała się obowiązującym zwyczajom. Mówiła wprawdzie do mnie z pogardą, że są to proste wiejskie kobiety i nie można przywiązywać zbytniej wagi do tego, co plotą, ale uwagi te puszczałam mimo uszu, bo opowiadania tych kobiet były barwne i fascynujące; słuchać ich można było bez końca z zapartym tchem.

I tak oprócz baśni usłyszałam mnóstwo „prawdziwych historii” o wilkach, wilkołakach, duchach, zmorach, utopcach i strzygach. Nie obeznana do tej pory z baśniową mitologią nie odróżniałam tych stworzeń od siebie, zwłaszcza wilków od wilkołaków, ale bałam się ich tak samo. Kobiety opowiadały, że w czasie ostrych zim wilki buszowały po wsi nawet w biały dzień, a ludzie bali się wyjść do stajni, obory lub studni. Najstraszniejszą chyba historię opowiadano o młodym koniku, kasztanku, który był własnością syna opowiadającej. Źrebak ten wydostał się przez niedomknięte drzwi stajni i uciekał po całym podwórku, goniony przez stado wilków. Rodzina zamknięta w chacie, bała się wyjść i syn opowiadającej musiał patrzeć, jak wilki zagryzają jego ukochanego konika i słuchać jego przedśmiertnego rżenia, od czego zawsze już w chwilach napięcia drga mu powieka.

Było także mnóstwo innych historii o wilkach: o niemowlęciu, które matka zostawiła w lesie zbierając jagody i które zagryzły wilki, o kobiecie z drugiej wsi, której wilki tak słuchały jak swojej pani i robiły wszystko, co im kazała. Kobieta ta chodziła śmiało sama po lesie, a kiedyś widziano ją, gdy szeptała na ucho coś sekretnie dwom wilczycom. Następnego dnia wilki zagryzły krowę na pastwisku jej największej nieprzyjaciółki. Było wreszcie opowiadanie o młodej dziewczynie, maltretowanej przez narzeczonego, która nie mogąc znieść tego traktowania, poszła sama w nocy do lasu, na spotkanie śmierci. Rano ku przerażeniu wsi, wróciła cała i żywa, ale z pokąsanymi przez wilki rękami. Od tej pory zmieniła się zupełnie. Przestała odzywać się do ludzi, jeśli coś chciała, okazywała to warczeniem i gestami; odeszła też od chłopca, a on znalazł sobie inną dziewczynę, mimo że narzeczona była najbogatsza w okolicy. Pewnej nocy znaleziono jednak chłopca z drugą dziewczyną zagryzionych przez wilki. Gdy ludzie ruszyli śladem wilczych tropów, doszli do chaty narzeczonej i przez okno ujrzeli, że z wilczycy zmienia się z powrotem w dziewczynę. Związali ją więc, zbili batami, że ledwo dyszała i w głębokim lesie przywiązali do drzewa, aby zamarzła, nikt bowiem nie miał tyle odwagi, aby własnoręcznie zabić kogoś, kogo znało się od dziecka. Ale kompani dziewczyny — „wilcy” — nie dali jej zginąć. W lesie pozostały tylko przegryzione więzy, a sama dziewczyna, już w postaci wilczycy, długo nękała okolicznych chłopów, nie zmieniając się jednak na szczęście w kobietę, bo wiedziała, że ludzie jej już wśród siebie nie chcieli.

Wszystkie te opowieści zapadły głęboko w mój umysł. Bałam się chodzić do lasu mimo bliskości wsi i jasnego dnia. Matka jednak śmiała się z mojego strachu.

— Wilki mogą wyjść z lasu do wsi — mówiła — jedynie w czasie bardzo ostrych zim, kiedy w lesie nie mogą znaleźć pożywienia. Poza tym, polują tylko w nocy. W środku lata, a tym bardziej w dzień, nie zbliżają się do siedzib ludzkich na odległość głosu.

Matka postanowiła wyleczyć mnie z moich obaw. Pewnego dnia powiedziała, że idzie na grzyby, a my mamy zostać na polanie w lesie i tu na nią czekać. Wsadziła siostrę do wózka, a mnie do hamaka i zabroniła nam ruszać się z miejsca. Wybuchłam płaczem.

— Mamusiu, nie zostawiaj mnie samej — wołałam — ratuj mnie, ratuj mnie!

Gdy matka odchodziła, z krzykiem pogoniłam za nią i uczepiłam się jej sukienki, próbując ją zatrzymać. Matka urwała jakąś witkę z krzaka i zbiła mnie, po czym wsadziła z powrotem do hamaka. Ale strach przed wilkami i pozostawieniem w lesie był we mnie silniejszy, niż obawa przed biciem. Znowu pobiegłam za matką zanosząc się krzykiem. Tym razem matka była bardziej stanowcza. Zdjęła pasek od sukienki, odwiązała sznurek od torby przywiązując nimi mnie do hamaka za ręce i nogi, po czym zbiła mnie tak mocno, że na udach i rękach wystąpiły sine i krwawe pręgi. Zabrała wówczas koszyk i poszła do lasu.

Wrzeszczałam tak, że wydawało mi się, że za moment umrę od tego wrzasku. Brakowało mi już tchu, czułam, że się duszę, ale nie mogłam przestać krzyczeć. Dookoła był spokojny, słoneczny las, a mnie wydawało się, że za chwilę zza krzaka wypadnie gromada wilków z błyszczącymi czerwonymi ślepiami i rzuci się na mnie, skrępowaną i unieruchomioną, rozszarpując na krwawe kawałki. Wolałabym już umrzeć od wrzasku, teraz, w tej sekundzie, niż oczekiwać tego cierpienia, które nieuchronnie musi się pojawić, gdy wilki zaczną żywcem szarpać moje ciało; trzeba więc wrzeszczeć jak najgłośniej, może wszystko w środku mnie samo popęka.

Wtedy pojawiła się wiejska staruszka. Rozwiązała mnie, zdjęła z hamaka i zaczęła uspokajać. Kiedy nadeszła matka, staruszka postawiła mnie na ziemi, wymyślając matce jędrnymi, chłopskimi słowami, dosadnymi i pełnymi zimnej, spokojnej pogardy ludzi, którzy nie mają żadnych wątpliwości. Obrażona matka zabrała nas i wróciła do wsi. Byłam już spokojna, ale po raz pierwszy poczułam ogromną siłę nienawiści do matki. Gdybym była duża i silna i umiała to zrobić, na pewno bym ją zabiła, albo namówiła wilki, żeby ją zagryzły. Gotowa byłam zawrzeć pakt z każdym wilkołakiem, który potrafiłby sprawić, żeby matka umarła w takich mękach, jakie szykowała dla mnie.

W ten sposób skończyły się nasze wakacje. Przyjaciółka mamy powiedziała bez ogródek, że matka postąpiła głupio i okrutnie, a wilki zagryzły niemowlę w ubiegłym roku właśnie w środku lata i że jej zdaniem miałam prawo się bać. Matka doszła do wniosku, że w tej sytuacji nie może dłużej korzystać z jej gościny, tym bardziej, że wiejskie kobiety odnosiły się do niej teraz bardzo wrogo i nawet spluwały na jej widok.

Wsiadłyśmy więc na wynajętą furkę, która zawiozła nas do stacji kolejowej, a powożący chłop od razu podkreślił, że nigdy by z taką paniusią, jak ona, nie pojechał za żadne pieniądze, gdyby nie to, że pani dziedziczka usilnie go o to prosiła.

Dziś za sprawą internetu i telewizji dzieci bardziej żyją w świecie wymyślonym niż rzeczywistym. Zapewne dlatego są uodpornione – do czasu – na niektóre typy lęków.

Ale w mojej pamięci las przetrwał jako struktura obca, do której należy podejść z rezerwą. Wspaniale jest słuchać szumu lasu przed burzą, kiedy w otoczeniu cichną nagle ptaki, a człowiek może siąść na chwilę na ławce przed domem oglądając błyskawice świadomy, że za chwilę może skryć się w domu, zamknąć drzwi i że chociaż nie ma piorunochronu (który w mieście jest na każdym wysokim budynku) to sąsiedzi mają wyższe domy, piętrowe, więc prawdopodobieństwo uderzenia pioruna w mój parterowy jest niewielkie.

Nawet gdy na skraju lasu pioruny powaliły kilkanaście drzew przeżywałam to jedynie jak mieszczuch oglądający w telewizji wystąpienie rzeczki „Smródki” z koryta – z zaciekawieniem i fascynacją. Droga prowadząca na nasze działkowisko została zablokowana i fajnie było patrzeć jak niedoświadczeni kierowcy usiłują w leśnym gąszczu zawrócić, albo porzucają samochody i brnąc po kolana w kałuży, przenoszą swój dobytek, zamiast luksusowo dowieźć go pod wiatę własnego domu.

Czytałam kiedyś powieść o mieszkańcach świata „po katastrofie”, zamkniętych za palisadą wioski, w której to powieści pojawiał się motyw straszliwych, wieczornych, przerażających dźwięków. Na końcu okazywało się to szumem lasu.

Daleka jestem od takiego odbioru. Chodzę do lasu chętnie, wolę las dziki od takiego, w którym spotyka się co krok grzybiarza, jednak każde leśne bagienko przywołuje obraz leśnej rusałki, każdy omszały kamień legowisko dziwnego stwora, każdy szum i trzask pękających gałęzi odgłosy czegoś nieznanego i nieoczywistego. Moje obecne lęki, to strach przed samotnym natknięciem się na zastawione sidła (w moim lesie na działce brak zasięgu telefonu komórkowego i poza sezonem grzybów rzadko kto tam spaceruje, las jest pełen wykrotów i nor, w których łatwo wpaść).

Jestem jednak jak najdalsza od myśli odgradzania się od niego wielkim murem. Nie lubię jednak być w nim sama — choć ćwiczę to uparcie.

Jednak w snach i fantazjach zawsze LAS jest wielką, zaskakującą niewiadomą.


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Każdy orze jak może

Marek Szarek

Józef Chełmoński – Orka

Moja praca w szkole to orka na ugorze, jednak to nie jest zaorany ugór, tylko droga przez mękę.

Dzisiaj niedziela, więc łapię oddech i usiłuję napisać coś w dzienniczku. Spod pióra sypią się płytkie kalambury. Stałem się pisarzem niedzielnym, Nikiforem fejsa. Słowo – pisarz, też zostało użyte na wyrost, przecież jestem tylko niedzielnym felietonistą. A chciałem być, jak Szołochow albo Tokarczuk!

Szołochow dzisiaj niemodny, wyklęty i podejrzany. Ale Nobla dostał! Handke też dostał, chociaż też podejrzany. O Austriaku mówi się, że: nacjonalista, faszysta i mizogin.

Już nic nie rozumiem. Dają nobla politycznie za ideolo, czy merytorycznie za artyzm?

Raz tak, raz siak, siała baba mak, nie wiedziała jak? Nobel wiedział, ale zapomniał.

Akademicy szwedzcy wiedzą, ale nie powiedzą. Pogubili się w roku ubiegłym, nikomu nie dali, bo molestowali. Wcześniej, zamiast literatowi, dali muzykowi, a jeszcze wcześniej błaznowi. Dario Fo dostał Nobla za – cyt; „…rywalizację z błaznami średniowiecznymi…”

Uzasadnienie nagrody dla Olgi Tokarczuk też jest osobliwe, bo co to znaczy, że pisarka została uhonorowana za: „przekraczanie granic z encyklopedyczną pasją, jako inną formą życia”? Może Szwedzi pomylili Tokarczuk z Lemem?

Niemniej, nie można akademikom odmówić poczucia humoru, bo takie zwroty, jak – „encyklopedyczna pasja”, to są fajerwerki dowcipu, rzekłbym, stylistyczne zimne ognie! Ogień krzepnie – mózg truchleje!

Łatwo mi się śmiać ze szwedzkich akademików, kiedy oni co roku muszą wymyślać jakieś zgrabne uzasadnienia dla swoich decyzji. To jest tak samo trudne, jak napisać dobry wykład noblowski. Polka napisała i wygłosiła ładną mowę. Wprawdzie trochu mnie przestraszyły opowieści o efekcie motyla i Szwedach, którzy rzucili się na nas przez morze, ale się uspokoiłem, bo pomyślałem, że przez ten Potop Sienkiewicz miał pochop, a potem już było z górki i w efekcie (motyla) nobla dostali: Chłopi, Miłosz, Szymborska i Tokarczuk!

W przyszłym roku Pani Olga opisze to wszystko w narracji czwartoosobowej, czterotomowej, biblijnej i dwójnasób noblowskiej. Ale tego drugiego Nobla, już od Szwedów pisarka honorowo nie odbierze, za karę, że Jasną Panienkę oblegali w Częstochowie!

I w ten sposób powstanie nowa polska mitologia, która pojedna zwaśniony naród. Wilk będzie tam syty, owca cała i badylek zielony, a nad wszystkim polata motylek!


Dodaj komentarz

Herzliya. Suchy dokument a tak wiele

Halina Birenbaum

Lista więźniów Auschwitz odnaleziona w bibliotece w Łodzi

Dokumenty, statystyka – suche zapisy zdawkowe w swojej urzędowej formie. Nie na nich się opieram zazwyczaj, gdy przekazuję swoje doświadczenia z lat zagłady. Mam je w sercu, w duszy, w świadomości i będą tam, dopóki nie zaćmi umysłu mgła nadchodzącego końca. A może i wtedy jeszcze pozostaną świeże w ostatnich przytomnych przebłyskach. I ten oświęcimski numer na moim ręku – dowód wszystkiego stamtąd na wieki. Z tym mnie już pochowają.

W ciągu lat odbudowy życia, z dala od miejsc owych tragicznych zdarzeń – w promiennym słońcu (i szeregu nowych wojen) Izraela – nie myślałam, że jeszcze te miejsca kiedyś ujrzę. Należały przecież do przeszłości, z której musiałam się w jakiś sposób wyrwać, aby móc zmierzyć się z trudami realnej rzeczywistości – aby móc po prostu żyć jak ludzie, którzy tego nie przeszli. Oświęcim, Majdanek, w ogóle Polska, gdzie już nie znałam nikogo i nikt nie miał pojęcia o moim istnieniu ani z wtedy, ani z dziś stały się dla mnie legendą, krainą niewidzialnych duchów.

Po wyzwoleniu z obozów nazistowskich, gdy wróciłam do zrujnowanej Warszawy, jako 15 letnia staruszka, aby szukać tam życia wśród moich umarłych, nie przyszło mi nawet na myśl pojechać znów do Oświęcimia, Majdanka czy Treblinki. Upajałam się odzyskaną wolnością, świadomością, że mogę opowiadać o nich wreszcie w czasie przeszłym. Potem wyjechałam daleko i wydawało mi się, że znikłam na zawsze z horyzontu kraju, w którym się urodziłam i nigdy do niego nie wrócę.

Moje dzieci jednak słyszały w naszym domu od maleńkości język polski, w jakim porozumiewałam się z mężem i bliskimi przyjaciółmi. Znały nazwę Auschwitz-Oświęcim, nasze kompletne sieroctwo rodzinne i mój numer na ręku. Wiedziały też, że jestem inna, niż matki ich izraelskich kolegów. Nie zawsze rozumiały tę inność i nie zawsze się z nią godziły.

Nie wiedziałam w ciągu tych lat, co pozostało z byłych obozów śmierci prócz wspomnień. Nie było też kontaktów między naszymi krajami.

Po dwudziestu latach opublikowano w Warszawie moje okupacyjne wspomnienia, a po niemal czterdziestu latach zezwolono na kilkudniowe, grupowe przyjazdy do Polski. Był to dla mnie przełom. Kontakty z polskimi czytelnikami, którzy po przeczytaniu książki pisali do mnie serdeczne, wzruszające listy, skłoniły mnie w końcu do podjęcia decyzji o odwiedzeniu rodzinnych stron. Utwierdziły mnie w tej decyzji zdjęcia i opowieści przyjaciół, którzy wyprzedzili mnie w tej podróży w przeszłość. Kwiaty składane przez nich na ruinach krematoriów w Oświęcimiu, przy komorze gazowej na Majdanku przekonały mnie, że to wszystko co było, nie jest legendą, że moje dziś i to ogromne, dalekie wczoraj nie są oderwane od siebie, choć żyję gdzie indziej i mówię innym językiem. Trudno mi było jednak zetknąć się z tym wszystkim od nowa fizycznie i duchowo. Nie miałam odtąd spokoju. Wiedziałam. że muszę tam przyjść, złożyć kwiaty.

W domu bali się o mnie. Starszy syn i mąż uprzedzali, żebym nie jechała do Oświęcimia i Treblinki, bo dostanę tam ataku serca. Ale właśnie te miejsca cierpień i kaźni były głównym celem mojej wyprawy. Chciałam przekroczyć ich bramy z własnej, nieprzymuszonej woli. Dotknąć ich bez strachu. A gdy po pewnym czasie otrzymałam pierwszy list z Muzeum Oświęcimia, synowie wstrząsnęli się na widok adresu na kopercie: Oświęcim?! Cóż, nie znali Polski z czasów powojennych, normalnych, jedynie tę ze strasznej legendy matczynego dzieciństwa.

W czerwcu 1986 roku przyjechałam z grupą izraelską do Warszawy. Oderwana od wszystkich i od siebie, szłam po moim rodzinnym mieście sprzed wojny szlakami, na które stoczono moje życie od września 1939, aż po Auschwitz… Notowałam na każdym kroku swoje myśli, odczucia. Opisywałam widziane i to, co wyobrażałam sobie, że zobaczę i doznam na terenie byłych obozów, których ogrom dosłownie mnie przytłaczał, mimo, że ciągle był w mojej pamięci. Miałam się zetknąć naocznie z tym, co jest we mnie z wtedy – i z ludźmi żyjącymi tam dziś, nie znającymi tych miejsc z własnych ówczesnych doświadczeń, jak ja. Błąkałam się w myślach. Co tam zastanę?

Samo słowo – muzeum – nie mogło jakoś z początku wpasować się w moje pojęcie o tym strasznym miejscu męczarni i mordu. Tkwiłam w nim przez niemal dwa lata, długie jak wieki! Czy ktoś mnie zauważy, (jak bardzo pragnęłam wówczas, żeby nie zwrócono na mnie uwagi, bo zawsze było to śmiertelnym niebezpieczeństwem!), zechce ze mną mówić? Czy potrafią zrozumieć ile i jakie więzy łączą mnie z tym miejscem, a nawet z dźwiękiem jego nazwy?! Jak bardzo przynależę do niego? Ale dlaczego by mieli mnie słuchać pracownicy Muzeum? Mają dokumenty, z pewnością bardziej miarodajne i dokładne niż moja opowieść, uczyli się wszelkich danych o obozie, więźniach i oprawcach, a ja znam tylko swoje osobiste przeżycia… Jestem obcym człowiekiem, przybyłym na chwilę zza morza, aby odszukać swe, zacierające się ślady. Tu jest ich praca, codzienne życie. I bezustannie niesamowite emocje.

Z nieopisaną potęgą cisnęły się do mózgu wspomnienia, które tutaj na ziemi polskiej, oświęcimskiej, tak bardzo pragnęłam teraz przekazać komuś bliskiemu, rozumiejącemu – a przecież nikogo nie znałam, nikt mnie nie znał i wątpiłam, czy zechce poznać. Nie byłam żadną bohaterką, działaczką konspiracji! Zwykła, szara więźniarka, pragnąca powierzyć koniecznie komuś tu swoje przeżycia z tych miejsc…

Miałam ze sobą kilka moich małych prac o Oświęcimiu i ten zeszyt, w którym spisywałam na gorąco swe wrażenia od wejścia do samolotu do Polski. Książki mojej nie muszą znać – myślałam – minęło prawie 20 lat od jej wydania, nakład został natychmiast wyczerpany, a z powodu zerwania stosunków między Polską i Izraelem po Wojnie Sześciodniowej w 1967 roku, nie został wznowiony. Kogo więc zaciekawi jakaś anonimowa kobieta, jedna z wielu odwiedzających były obóz zagłady i pragnących przekazać swoje przeżycia? Przecież nie poświęcą swego czasu na wysłuchiwanie wciąż tych samych koszmarów!

Czułam, że nie wytrzymam tej samotności ze swym ciężarem wspomnień i uczuć. Nie mogę być obca i nieznana ludziom związanymi z tym tematem. Muszę wpleść się jakoś w ich świadomość, w istnienie tego pomnika-muzeum, bo tyle z tego miejsca wyniosłam i jestem nim tak wypełniona! Jestem naturalną cząstką, niestety, tych śmierci i wyzwolenia. Przeżyłam. Dziś wróciłam jako wolny człowiek! Jako wolny człowiek! Muszę im opowiedzieć o ludziach, z którymi tu byłam, wśród których tłoczyłam się w ciągu tylu dni, tygodni, miesięcy. O walkach z góry przegranych, pragnieniach, które nigdy nie miały się spełnić. We mnie jest ten świat nieludzki i nadludzki. Nie da się go odnaleźć tylko w uporządkowanych dokumentach i książkach napisanych przeważnie w czasach spokojnych, w normalnych warunkach. Nie zobaczą tam twarzy, nie usłyszą głosów, którymi ja wówczas nasiąkłam. Ale czy mnie ktoś przyjmie w jakimś biurze Muzeum? Zechce wysłuchać? Stanę na progu – i co powiem? Po co przyszłam, kogo szukam, w jakiej konkretnej sprawie? Konkretnej, kiedy?

Przyjechałam wreszcie do Oświęcimia. Był pogodny, letni dzień. Słońce, błękit – i druty kolczaste, brama, baraki. To tutaj! To ja. Z wtedy wyłącznie! Cisza i zieleń na zewnątrz pozwalają mi tam wrócić wszystkimi zmysłami, bez strachu. Słyszę głosy, jęki, wyzwiska, brnę w błocie, boję się podnieść głowę na budki wartownicze…

Kompletna niewiedza tych, co mnie otaczają i słuchają wyjaśnień. Młoda, ładna przewodniczka tłumaczy skupionej w okół niej gromadce, że było tu tyle a tyle, stąd i stąd, zabijali, mordowali, bili, strasznie, strasznie… Jak dobrze, że potrafi im coś wytłumaczyć! Podziwiam ją, czuję wdzięczność, że może coś powiedzieć. Jednak nie chwytam sensu, nie mogę się włączyć w wyjaśnienia – dla mnie to zbyt delikatne, zbyt kulturalne… Tamto było dzikie, ponad i poniżej wszelkiego, co ludziom wiadome lub znane. Ale dziś trzeba, musi się mówić inaczej.

Gwizdki na apel, szaleńcza pchanina o „lepsze” miejsce na placu przed blokiem, głód skręcający kiszki, ziąb przenikający do szpiku kości. Gwizdki na selekcje, do pieca, komina. Ryk śmierci w powietrzu, na ziemi i w niebie. Wszystko jest tak okropne, że właściwie nic już nie jest straszne, bo wszystko najgorsze, najbardziej niemożliwe jest na co dzień jedynie realne, i człowiek już nie jest człowiekiem, życie ludzkie nie ma żadnej wartości, nic w ogóle nie znaczy, gdy się nie należy do rasy niemieckich panów. Nic nie warte jest słowo ludzkie, bo nie wyrazi tego dna piekła – jest już zbędne. Wszystko pali się i spala w tym ogniu z pieców. W płucach i sercu mam ten dym.

Oddycham nim tak mocno i przenikliwie! Nie mogę zmieścić w tej, co stoi przed barakiem i słucha wyjaśnień – tamtej siebie, która brnęła w tym piekle i ma je na zawsze przed oczyma. Pomieścić przeszłość w teraźniejszości oraz obie we mnie! Mała, samotna – wśród tylu obecności wewnętrznych i zewnętrznych.

Zdobyłam się na odwagę i poprosiłam izraelskiego przewodnika, by mnie zaprowadził do kogoś z biura, chciałam o coś zapytać, napisałam coś o obozie i pragnę pokazać komuś.

Od progu zaczęłam wyrzucać z siebie, kim jestem, kim byłam. Wyjęłam swoje zapiski z Izraela o Oświęcimiu… Kierownik (Franciszek Piper) wezwał młodą pracownicę, Helenę Kubicę, która zajmowała się studiowaniem losów dzieci w obozach. W rozgorączkowaniu, w jakie ich wprowadziłam swym napięciem i pośpiechem nawet nie dopuściłam, aby mnie zaprosili do stołu i usiedli ze mną. Wreszcie jednak porozumieli się między sobą i kierownik zaproponował przynieść szybko magnetofon… Bałam się, że moja grupa odjedzie i nie zdążę im opowiedzieć wszystkiego. Chciałam też przeczytać to, co spisałam w swym zeszycie na gorąco, jadąc po Polsce po 40 latach. Nie spodziewałam się tylko, że nagłe łkanie zdusi mi głos. Nigdy przedtem nie płakałam, gdy opowiadałam te przeżycia. Teraz wszystko było inaczej, mocniej – bliżej!

Słuchali mnie w absolutnym skupieniu, wzruszeniu, ze łzami w oczach, na policzkach. (Kierownik starał się je ukryć, dlatego chwilami wychodził z pokoju). Nie byłam więcej sama ani obca! Mówiłam o tym w Polsce, w byłym obozie, będącym dziś Muzeum Upamiętnienia, w swoim rodzimym języku, do Polaków, którzy wiedzieli, o czym mówię, choć na szczęście, mój los nie był ich udziałem. Okazało się, że byli spragnieni żywej wiedzy prostego więźnia, przeżywali ją intensywnie, identyfikując się ze mną. Nie było między nami jakichkolwiek barier. Odczułam niezwykłą ulgę i satysfakcję. Zostałam zrozumiana dogłębnie przez ludzi, którzy badają i uwieczniają pamięć o tych dziejach w dokumentach, naukowo, dokładnie. Od lat ślęczą niezmordowanie przy tej pracy wraz z innymi swymi kolegami i koleżankami wśród upiorów Auschwitz, aby utrzymać ten pomnik – muzeum. Nie dają mu się zapaść, mimo nieustannych trudności z upływem lat. Co bym zrobiła tego dnia bez nich? Czy w ogóle – gdyby nie ich działalność – zostałby tu jakiś ślad?

Odtąd jestem częstym gościem w Muzeum, zaprzyjaźniona niemal z wszystkimi i podejmowana, jak ktoś bliski! Okazywane ciepło i uznanie są ukojeniem upokorzeń i urazów z wtedy, a zwłaszcza w tym właśnie miejscu. Każde następne spotkanie to radość i dalszy dodatkowy wkład w utrwalenie i pogłębienie zrozumienia dla owej przeszłości, wniosków oraz prawdziwego sensu upamiętniania.

Jednak nie znaleźli mnie na listach więźniów w Archiwum. Przecież nie wszystkie dokumenty zachowały się, sama widziałam, jak przed wyruszeniem w ”marsze śmierci”, Niemcy palili te dokumenty w ogniskach na dworze, zanim musieli opuścić obóz.

I nagle, pewnego styczniowego ranka 1997 roku zadzwonił telefon w moim domu w Herzlii. Z Muzeum w Oświęcimiu zawiadomiono mnie, że odnalazłam się w dokumentach oświęcimskich nadesłanych z Moskwy. Hala Grynsztejn, numer 48693, zawód, a zamiast daty mojego urodzenia – znak zapytania!… Łzy zatkały mi gardło. Suchy zapis, a tyle treści! Potwierdzenie na piśmie z tamtego czasu! Wszystko więc jest prawdą, co opowiedziałam, napisałam, nagrałam na taśmy magnetofonowe, video… To byłam ja. Zarejestrowano mnie, nikt nie może temu zaprzeczyć!

Upalny lipcowy dzień 1943 roku. Stałam na placu przed łaźnią naga, w gęstym tłoku setek innych nagich kobiet, po odebraniu wszystkiego, ścięciu włosów. Wszystko w okół nas nieznane, niewiadome, obrzydliwe, ziejące grozą. Wciąż gubiłam bratową, jedyną osobę, która pozostała mi z całej rodziny, ze wspomnień o domu i ludzkim życiu. Drżałam na myśl, że nas rozłączą! Nie poznawałyśmy się po zgoleniu włosów w tym stłoczeniu obcych, oszołomionych i śmiertelnie przerażonych kobiet.

Walczyły ze sobą zaciekle, z wrogością już na samym wstępie lub radziły się jedna drugiej w panice, co odpowiedzieć, jaki zawód warto podać, jaki wiek, gdzie stanąć, do której esesmanki podejść, bo może jest mniej okrutna? Chciało mi się tak strasznie pić po 48 godzinach jazdy w rozprażonym wagonie bydlęcym. Nie było niczego, a kolejka do rejestracji w palącym słońcu nie miała końca. Cała ta procedura przeistaczania nas w mieszkanki FKL Auschwitz-Birkenau trwała aż do wieczora. Nagle zauważyłam wiadro z jakąś cieczą i dopadłam do niego ustami bez zastanowienia. Wstrętne mydliny wlały mi się do gardła…

Pośród nie dającej się opisać grozy, bicia i upokorzeń rejestrują nasze imiona, daty urodzenia, zawód… Każde słowo może okazać się niebezpieczną pułapką, sprowadzić najgorsze. Dane te w rękach oschle notujących je władz obozu – to wyrok na życie lub na śmierć każdego z nas.

Wiedziałam już, że nie wolno mi powiedzieć prawdy o moim wieku. Nie mogę sobie już dziś przypomnieć ani wyobrazić tej chwili, kiedy w kolejce za Helą, moją bratową, miałam im się „przedstawić”. Jaki mogłam mieć wtedy głos i wyraz twarzy, gdy recytowałam w najwyższym napięciu: Hala Grynsztejn, 17 lat, gorseciarka… Na odnalezionej po latach liście zobaczyłam, że zamiast daty mojego urodzenia postawili wówczas znak zapytania. Może nie wierzyli w moje 17 lat, a może myśleli, że mam więcej? Być może nie chcieli od razu decydować o moim losie z powodu tej niejasności, a potem zapomnieli o tym znaku zapytania nad moim wiekiem, nad moim życiem?

Dokument, suchy, zimny, a tak wiele! Dotąd nie potrafiłam docenić znaczenia i wartości zwykłego zapisu.