Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Bieda

Piotr Ikonowicz

Maynard Dixon – Forgotten Man (1934).

Pewna pani pozwoliła sobie na uwagę, że „bieda wyklucza mentalnie”. Z tego wniosek, że im kto bogatszy tym bystrzejszy.

Kiedyś bieda wiązała się z analfabetyzmem i niedobiałczeniem, co wpływało na upośledzenie funkcji mózgu. Te czasy mamy na szczęście za sobą. Tymczasem z badań wynika, że duża część inteligencji żyje w ubóstwie. Wiąże się to z prekaryjnymi umowami o pracę i drastycznym spadkiem nakładów na kulturę i naukę.

Ta dyskusja o „głupich biedakach” i „mądrych bogaczach” odzwierciedla bardzo dobrze podział klasowy w naszym kraju gdzie 10% najlepiej sytuowanych zagarnia 40% PKB. Oczywiście, żeby zawłaszczać owoce naszej pracy trzeba pewnego sprytu. Szczególnego rodzaju inteligencji.

Redaktor z TVN-u zapytał mnie na wizji czy warto wydawać pieniądze podatników na leczenie bezdomnych, których rany ropieją i śmierdzą, skoro oni sami wybrali bezdomność, taki styl życia. To było pytanie czy bezdomni są ludźmi. Ono mówi wiele o tym, co myślą ci co mają, o tych, którzy nie mają. Z drugiej strony jest urzędowy optymizm państwowej telewizji, która dostrzega krzywdy tylko wtedy, kiedy może o nie obwinić opozycję.

Pozwalam sobie na pewien mistycyzm, ale faktem jest, że czuję, że mamy przeciw sobie zło. Zło w prawie czystej postaci. Jego przejawem są urągliwe komentarze w Internecie pod wiadomościami o ludzkiej krzywdzie. Obiektami tych brutalnych werbalnych ataków są ofiary, o wiele, wiele rzadziej sprawcy. Autorom tych komentarzy zależy na ugruntowaniu złej opinii o przegranych i usankcjonowaniu zasady, że cel uświęca środki. Często stosuje też trik Goebbelsa polegający na dehumanizacji ofiar. Szczególnie to dotyczy rodziców posiadających liczne potomstwo. Na celowniku były też poszczególne grupy społeczne, które tak jak pracownicy byłych PGR-ów nie dawali sobie rady w nowym ustroju.

Bez tych trolli, nienawistników, bez tego oceanu złej woli i pogardy, polska transformacja mogła się potoczyć mniej traumatycznie. Mogła pociągnąć za sobą mniej ofiar. Jednak żyjemy w rzeczywistości, w której każda podłość znajduje natychmiastowe usprawiedliwienie, a za czyny szlachetne i odważne staje się przed sądem.

Bieda wiąże się z upokorzeniem głównie dlatego, że bogatym udało się narzucić wszystkim swój system wartości. A przecież większość ludzi niezamożnych ma z czego być dumna. Ich życie jest trudniejsze, a jednak jakoś dają radę. To nie sztuka regularnie płacić rachunki kiedy się zarabia krocie.

Słowo „winien” ma dwa znaczenia. Chodzi o to, że jesteśmy komuś winni pieniądze, ale także, że jesteśmy „winni” w sensie moralnym. Niestety te dwa znaczenia są mylone, żeby napiętnować moralnie dłużników.

Większość tych kobiet i mężczyzn, którzy przychodzą po pomoc nie toczy walki, bo kiedyś postanowili żyć intensywnie i szukać przygód. Oni, a zwłaszcza one, znaleźli się w niewłaściwym miejscu i czasie. Wpadli pod koła historii, stanęli na drodze czyjejś żądzy pieniądza, byli miażdżeni przez system chociaż go nigdy nie zaczepiali. Czy jednak heroizm, którego wymaga ich walka o przetrwanie jest gorszej próby, tylko dlatego, że został na nich wymuszony? Nie wydaje mi się. Zwłaszcza, że wielu nie sprostało wymogom konfrontacji z potworem i ulegli, poddali się. W taki czy inny sposób zginęli.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Kandydatki na czarownice 1

Katarzyna Urbanowicz

Amedeo Modigliani – Kobieta z rudymi włosami

Blisko czterdzieści lat temu pracowałam w Centrali Rolniczych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” i uczestniczyłam w pewnej, bardzo poważnej konferencji, odbywającej się w warszawskim „Domu Chłopa” (był to jak na owe czasy luksusowy hotel i centrum konferencyjne). Konferencja miała za zadanie ukazać zebranym przedstawicielom powiatów z całej Polski konieczność zajęcia się propagandą i zabezpieczeniami przeciwpożarowymi na wsi.

Tematyka była obszerna, obejmowała mnóstwo problemów, od ubezpieczeń, funduszy prewencyjnych, Straży Pożarnej, BHP w gospodarstwie rolnym i innych ważnych spraw, więc konferencja przeciągała się. Byliśmy wszyscy po sutym obiedzie, za oknami zapadł już zmrok, a prelegent nawijał coś monotonnie. Niektórzy uczestnicy przysypiali. Wtedy pewna kobieta ze Śląska, wysoka, chuda, koło czterdziestki, o intensywnie rudych włosach, robiąca na oko bardzo poważne wrażenie, odezwała się na głos ni z tego ni z owego:

— Pomówmy lepiej o miłości.

Coś niesłychanego stało się z salą. Były to czasy, gdy takie spotkania i narady były niesłychanie nudne, wzorowane jeszcze na przemówieniach Gomółki. „Samopomoc Chłopska” była prawie ministerstwem. Myśl, że można coś takiego powiedzieć publicznie nie mieściła się w głowie nikomu. Prelegent zaniemówił, w końcu coś wybąkał na temat tego, że nie jesteśmy w szkole i sztubackie żarty nie są na miejscu. Jednak ta niestosowna wypowiedź spowodowała, że wszyscy obudzili się, prelegent przestał nudzić i zaczął się streszczać, niektórzy zaczęli szeptać i chichotać się. Nie ulega wątpliwości, że byłby to jedyny, interesujący wszystkich temat.

Czyż nie była prawdziwą czarownicą?

Zapamiętałam to zdarzenie, bo później poznałam ową rudą kobietę (wówczas z dziesięć lat starszą ode mnie). Była chyba jedyną osobą, poznaną w tamtym okresie mojego życia, która nie ukrywała, że żyje się wyłącznie dla uczucia fascynacji drugim człowiekiem, a cała reszta jest mierzwą. Poza tym nie było w niej nic nadzwyczajnego, ale pociągała mnie swoim brakiem zahamowań przed okazywaniem poglądów i niefrasobliwością, z którą pomijała nawet najważniejsze, zajmujące wszystkich kwestie.

Mój szef (w którym się w tamtych czasach platonicznie podkochiwałam), nie znosił jej, a ja przeżywałam rozdwojenie: z jednej strony fascynował mnie on, swoją wiedzą, inteligencją, umiejętnością prowadzenia skomplikowanych politycznych gier, światowym obyciem; jednak był zdecydowanym prawicowcem w poglądach, co we mnie wywoływało przykre uczucia braku pełnego zachwytu dla jego osoby.

Z drugiej zaś strony pociągała mnie jej osobowość, krańcowo odmienna, pozbawiona wiary w sprawdzone autorytety, poszukująca jedynie swojej drogi, bez oglądania się na ludzką opinię. Nie robiła nic złego, nie stała na bakier z uznaną moralnością, ani nic takiego, (przynajmniej o tym nic nie wiem), ale nie dowierzała z zasady żadnym autorytetom. Mówiła pięknie gwarą w czasach, gdy gwarowość uznawano za synonim niższego statusu społecznego. Nie była żadną intelektualistką, miała wykształcenie tylko średnie, była jednak bardzo dobrym pracownikiem i zawsze czuła się na swoim miejscu, więc nikt jej specjalnie nie tępił, choć czasem lekceważono, jako z lekka stukniętą. Może istotnie była czarownicą?

Oczywiście przyznawałam jej wówczas (jedynie) teoretycznie rację, (a przyznaję dziś w całej rozciągłości). Prawicowość (wg obecnych klasyfikacji; wtedy nazwa ta była zarezerwowana dla politycznych odstępców) szefa w poglądach na kobiety, ich rolę, jego poczucie wyższości, należne z racji stanowiska, urodzenia i zamożności, drażniły mnie, jednak nie mogę zapomnieć, że wyłącznie jemu zawdzięczam skierowanie na studia, że kpiąc z mojego braku wykształcenia w pewien sposób zmusił mnie do podjęcia tego wysiłku w 38 roku życia.

Na drzwiach pokoju, w którym pracowałam z kilkoma osobami znajdował się spis pracowników za szklaną szybką w solidnej metalowej oprawie. W tej kolumnie nazwisk jedynie moje imię i nazwisko, pozbawione tytułu, wyróżniało się. Uważałam to za napiętnowanie i byłam szczególnie drażliwa, gdy z tego żartowano.

Inna sprawa, czy podjęcie studiów na kierunku, którym zupełnie wtedy nie byłam zainteresowana, poza podniesieniem stopnia wiary w siebie, dało mi więcej zadowolenia z życia.

Jej zaś, tej rudej czarownicy, zawdzięczałam pierwsze refleksje na temat tego, co w życiu jest ważne, choć w moim przypadku nie wszystko było takie proste.

Zawsze największym zarzutem, jaki mi stawiano, począwszy od rodziny poprzez współpracowników i szefów, była nadmierna uczuciowość, spontaniczność, brak konwencjonalności. Ileż ja się namęczyłam próbując przystosować mój styl do potrzeb korespondencji urzędowej, z jej specyficznym słownictwem, konstrukcją zdań i argumentacją mającą raczej zaciemniać problem niż go rozjaśniać!

Starając się żyć jak wszyscy i wypełniać przypisane mi role społeczne nie doznawałam satysfakcji. Czasami sądziłam, że jedynym uczuciem, które we mnie zostało był nieokreślony żal i ból, ale ponieważ byłam honorowa, starałam się nigdy uczuciem tym nie kierować. Za swój fetysz uznałam zdrowy rozsądek, a tymczasem i on nie przyniósł mi ulgi. Z moimi „odchyleniami” walczyłam lata, sama uważając je za bzdurę i czerpiąc z nich tylko udrękę, a w dodatku bojąc się opinii otoczenia.

Ale wykiwałam ich wszystkich.

Tuż przed napisaniem pracy magisterskiej zdobyłam pierwszą nagrodę za opowiadanie SF „Plama na wodzie” i wydano ją w zbiorku, który jeszcze gdzieś tam pałęta się po Allegro. Pisząc pracę na temat niepewności i ryzyka w działalności gospodarczej miałam kłopot z częścią stanowiącą wstępną podbudowę teoretyczną.

W Polsce uważano wówczas prowadzenie firmy w warunkach ryzyka za typowy przykład absurdu (kto normalnie rozsądny w gospodarce „planowej” podejmuje się czegoś takiego?). Języków obcych nie znałam na tyle, żeby tłumaczyć materiały, poprzestałam na tłumaczeniu tytułów rozdziałów książek, które podałam w bibliografii, nie miałam więc skąd wziąć teorii. Zresztą w tym okresie wszystko mi się plątało – opowiadania SF, praca magisterska, trudności materialne i problemy życiowe.

Kiedy termin oddania pracy już się zbliżał wstawiłam do niej fragmenty wymyślone na potrzeby uzasadnienia wydarzeń i zamieszczone w opowiadaniu „Plama na wodzie”. Brzmiały bardzo mądrze i nadawały się. Nikt ich nie zakwestionował, pracę oceniono bardzo dobrze, nawet otrzymałam za nią jakąś nagrodę rektora uczelni.

Po latach przeczytałam notkę o identycznej teorii (przynajmniej tak brzmiało to w prasowym skrócie) opublikowanej przez jakiegoś słynnego angielskiego ekonomistę.

Czyż nie byłam wtedy czarownicą?


Dodaj komentarz

Herzliya. Dzieje rodziny Pilcer

Itka-Judith (Judyta) Pilcer-Meir
Zapisała Halina Birenbaum, Herzliya, Izrael, 6.4.89

Józef Mehoffer – „Malwy w ogrodzie” początek lat 30. XX wieku

Było to latem 1939 roku. Mama uparła się pojechać na letnisko z naszą małą siostrzyczką, Franusią. Trzy moje starsze siostry – Gusta, Esta i Blima należały już w tym czasie do organizacji „Hanoar Hacyjoni” w Katowicach i jechały co roku na kolonie z ramienia tej organizacji. Moja matka, Wita Pilcer, z domu Wajngarten, starała się bardzo o przyjecie mnie również na taką kolonię, ale miałam dopiero 10 lat, to jest mniej, niż pozwalał na to wiek przyjęcia do organizacji i przewodnicy sprzeciwiali się temu. Obawiali się problemów z małą, rozpieszczoną dziewczynką. Jednak mama nalegała, powiedziała, że nie pośle trzech dużych córek, jeśli nie wezmą mnie także…

Siostry przyrzekły, że dopilnują mnie i pomogą mi, i w końcu, ku mojej wielkiej radości, przewodnicy wycofali się ze swej negatywnej pozycji. Właściwie było to już moje drugie takie doświadczenie – po raz pierwszy pojechałam z nimi na kolonię latem 1938-ego.

Madrych (przewodnik po hebrajsku), Janek Cymerman, zaprosił mnie na rozmowę, zapytał o moje imię i natychmiast zdecydował, że w organizacji będą mnie zwać z hebrajskiego, Jehudit, a nie jak mnie nazywali w domu w idisz, Itka. Byłam z tego bardzo zadowolona, nowe, hebrajskie imię spodobało mi się od razu i byłam z niego dumna.

Wzruszona i uszczęśliwiona wyruszyłam z grupą młodzieży do wsi Sakwa obok Rabki. Było tam wspaniale. Starsi członkowie organizacji okazali mi dużo sympatii. Troszczyli się o mnie, opiekowali i starali się uprzyjemnić mi każdą chwilę na kolonii, abym nie tęskniła za domem, za matką.

Do Sakwy w roku 1939 zjechała się najlepsza młodzież żydowska ze Śląska i Zagłębia. Wieś rozbrzmiewała naszymi śpiewami, śmiechem, zarażającą wesołością, pewnością siebie i siłą młodości, które usuwały w bok wszelkie troski. Panowała tu cudowna, atmosfera, niezapomniana radość życia i szczęście. Tańczyliśmy, weseliliśmy się, wdychaliśmy pełnymi płucami czyste powietrze i wolność. Świat wydawał się piękny i taki obiecujący! Spędziliśmy w Sakwie około 6 tygodni. Pod koniec tego okresu wróciłam ze swymi siostrami i z całym tym bogatym zasobem wrażeń do domu, nie przeczuwając ciężkiej chmury, która zbliżała się do nas.

Wojna czekała u progu. Wyszła nam na spotkanie jak grom z jasnego nieba, który ogłuszył i w mgnieniu oka przekreślił całe dobro tego ostatniego lata, jasnego i szczęśliwego. Wrażenia po nim zostały wymazane doszczętnie, jakby nie było go nigdy. Zastąpiły je napięcie, strach, okropne pogłoski i nie mniej straszne wiadomości, poświadczające te złowrogie pogłoski.

Jeszcze zanim wojska hitlerowskie wkroczyły do Polski mówiono, że Katowice zostaną włączone do Rzeszy, gdyż kiedyś było to miasto niemieckie i wielu obywateli jest pochodzenia niemieckiego. Żydzi zaczęli uciekać.

Mój ojciec, Abraham {Adolf} Pilcer, który był kupcem tekstylnym w Katowicach, zdecydował, że uciekniemy do Krakowa, gdzie mieliśmy krewnych. Z początku mieszkaliśmy u nich, a po pewnym czasie wynajęliśmy sobie mieszkanie.

Niemcy zajęli całą Polskę i nas również dosięgli, jak wszystkich Żydów w każdym miejscu, gdzie spodziewali się znaleźć schronienie. Kiedy utworzono getto w Krakowie, ojciec przeprowadził nas z pomocą przemytnika do Chrzanowa, miasta jego dzieciństwa. Choć urodził się we Wiedniu, ale wyrósł i wychował się w Chrzanowie. Nasza rodzina rozdzieliła się na małe grupki i z pomocą owego przemytnika przebyliśmy tę trudną przeprawę.

Najpierw wyruszyli z przewodnikiem rodzice, Esta i Blima, po nich, najstarsza Gusta. Wyglądająca na Polkę, ośmieliła się pojechać pociągiem, jak aryjczycy, którym to było dozwolone. Wzięła z sobą Franusię. Ponieważ nie posiadała żadnych dokumentów, poprosiła pewnego, nieznajomego pasażera w wagonie, żeby wziął do siebie małą, jasnowłosą i niebieskooką Franusię. Dzieci nie potrzebowały Kenkarty (dowód osobisty).

Ja poszłam sama z przewodnikiem, ale nie aż do przeznaczonej stacji. Resztę drogi miałam odbyć o własnych siłach według wskazówek i rad przewodnika. Szłam długi czas równo wzdłuż drogi. Raz po raz przechodzili obok mnie żandarmi niemieccy, ale nie podejrzewali, że jestem Żydówką. Później dołączyłam się do napotkanej w drodze kobiety polskiej i z nią razem maszerowałam aż do owej wioski, skąd miałam wsiąść w dorożkę i pojechać do Chrzanowa. Na pytanie nieznajomej kobiety odpowiedziałam, że idę do krewnych mieszkających w tej wsi na placu rynkowym. Ona również nie podejrzewała, że jestem Żydówką i że słowa moje nie są zgodne z prawdą. Z trudem pozbyłam się jej w tłumie na rynku, nim zorientowała się, że ją okłamuję. Tymczasem zgubiłam pieniądze otrzymane od przewodnika na opłatę dorożki. Nie wpadłam jednak w panikę i zdecydowałam nie tracić czasu na daremne szukanie zguby. Wsiadłam do dorożki, podając adres w Chrzanowie. W domu już zapłacili za mnie woźnicy.

Żydom było wzbronione przenosić się (jechać w ogóle) z miasta do miasta, wiec nie mogliśmy się zameldować jako obywatele Chrzanowa. Nasz pobyt w miasteczku, w mieszkaniu opróżnionym dla nas przez dobrego przyjaciela ojca, był nielegalny i bardzo problematyczny. Sytuacja poprawiła się, gdy Niemcy zaczęli wysiedlać Żydów z okolicy i koncentrować ich w Chrzanowie…

Udaliśmy się wtedy do jednego z tych miasteczek i wróciliśmy z wysiedleńcami do Chrzanowa. I w ten sposób staliśmy się legalni… Mogliśmy teraz poruszać się tu swobodnie.

W Chrzanowie nie było getta, ale co pewien czas odbywały się akcje, w których łapano Żydów na wysyłkę do obozów pracy. Ojciec został raz złapany, znalazł się w obozie, zachorował tam, został pobity i ranny, ale po kilku tygodniach zdołał wydostać się i wrócić do nas dzięki jakimś udanym trikom, które wymyślił. Również moja siostra, Esta, została wysłana do obozu pracy. Właściwie zatrzymano starszą siostrę, Blimę, z powodu szmuglu żywności, a przypadkowo miała przy sobie dokumenty Esty…

W nocy przyszli po nią esesmani. Kiedy młodziutka i delikatna Esta zachorowała w obozie, odesłali ją do domu. Nie były to jeszcze w owym okresie obozy zagłady, gdzie uśmiercano Żydów gazem. Mnie zatrzymali dwukrotnie, ale umknęłam w ostatniej chwili dzięki sprytnemu pomysłowi i swemu, nieżydowskiemu wyglądowi.

W Chrzanowie, a głównie w okresie gdy byliśmy tu nielegalni i nie otrzymywaliśmy nawet tych znikomych przydziałów żywności, jakie dzielono na specjalne karty żywnościowe – siostry moje zajmowały się szmuglem. Ja pomagałam w tym również z obawy przed łapankami. Dzieci nie wysyłano na przymusowe roboty. Przemycałyśmy żywność z takich wsi, jak Jawożno, Szczakowa i innych, a sprzedawałyśmy ją w Sosnowcu i w ten sposób utrzymywałyśmy rodzinę. Ojciec nie był w stanie zajmować się szmuglem, zwłaszcza, że mężczyzn bez ustanku łapali do obozów pracy i było niebezpiecznie dla nich pokazywać się na dworze.

Jednego dnia wysiadłyśmy, ja i Gusta z pociągu, gdy na stacji już zaczaili się na nas Niemcy – zasadzka. Cofnęłyśmy się do tyłu, na koniec stacji, aby wydostać się stąd jakoś nie przez główne wyjście. Gusta zdołała wyłamać deskę w płocie i wymknęłyśmy się na ulicę. Weszłyśmy na podwórko jakiegoś domu. Siostra zostawiła mnie z paczkami, a sama poszła rozejrzeć się, co dzieje się w okolicy. Na to podwórko zbiegło jeszcze kilku szmuglerów żydowskich z paczkami „towaru”. Znajdowało się w tym domu przedsiębiorstwo pewnego folksdojcza. On zaalarmował na nich gestapo. Gestapowcy wezwali mnie również, pytali, co tu robię, ale ja do końca udawałam Polkę nie rozumiejąca ani słowa po niemiecku. Wreszcie uderzyli mnie i rozkazali natychmiast wynosić się stąd! Pozostałych Żydów pobili śmiertelnie i zabrali z sobą. Wyszłam z podwórka powoli, demonstrując spokój ducha oraz pewność siebie, aby nie wzbudzić podejrzenia, że boję się, bo wtedy już zrozumieliby, że też jestem Żydówką. Moja siostra widziała to wszystko. Na ulicy odebrała ode mnie paczki i szybko uciekłyśmy z tego miejsca zanim znów przyjdą Niemcy…

Nastal dzień 18-ego stycznia 1943 roku – dzień ogólnego wysiedlenia. Pracowałam razem z siostrami w szopie i również tego rana przyszłam do pracy jak zwykle. Ale od razu powiedziano nam, że wszyscy Żydzi bez wyjątku mają bezzwłocznie się stawić na plac rynkowy. Odbywała się tam selekcja. Matki z małymi dziećmi, starzy i słabi do jednej grupy – młodzi, zdolni do pracy do drugiej. Nikt nie miał pojęcia, co zrobią z ludźmi z pierwszej grupy, ale rozumiano, że lepiej znaleźć się w grupie młodych…

Kilka dni przed wysiedleniem krążyły już pogłoski, że coś się ma stać i mama posłała mnie z Franusią do rodziny poza Chrzanowem, abyśmy się tam schowały. Franusia, która mnie bardzo kochała i zawsze chętnie zgadzała się zostawać ze mną bez mamy, tym razem nie była spokojna. W nocy budziła się co raz, skarżyła się, że jakiś smutek ciąży jej na sercu, prosiła, żebyśmy wróciły do domu, do mamy. Jakby coś przeczuwała. Teraz przylgnęła do matki w tym tłumie na placu. Była ubrana w ładne, czerwone paletko zimowe z białym kołnierzykiem futrzanym z królików, wełnianą czapeczkę z nausznikami, rajtuzki i buciki pod kolor – odzież, która zwykle tak jej pasowała. Nagle mama zaproponowała mi wziąć Franusię, spróbować wydostać się stąd i gdzieś się schować z nią do ukończenia selekcji. Nie wyglądałyśmy na Żydówki i ten fakt dawał pewne szanse. Ale żółta łata była naszyta na moim palcie z przodu. Ukryłam ją, przykładając futrzaną mufkę do piersi i w ten sposób, trzymając małą siostrzyczkę za rękę, wyszłam z nią z placu rynkowego, który zalegały tłumy Żydów.

Zbliżyłam się do stacji autobusowej z myślą wymieszania się z Polakami wysiadającymi z pojazdu. Ucieszyłam się, że autobus akurat przystanął obok nas i będziemy mogły włączyć się w tłum wysiadających pasażerów rozchodzących się w różne strony. Jednak nie znikłyśmy z pola widzenia esesmana, stojącego na straży po drugiej stronie jezdni i pilnującego, aby żaden Żyd nie wymknął się na wolność z placu objętego selekcją: kogo na życie, kogo na śmierć. Esesman pchnął moją mufkę – żółta łata stała się widoczna. Kilka brutalnych uderzeń w głowę – i znów jesteśmy na oblężonym wokoło placu rynkowym. Tym razem nie było tu żadnej szpary, żeby móc się wydostać.

Posuwałyśmy się naprzód w selekcji. Mama powiedziała, żebyśmy się rozproszyły, niedobrze iść razem w rzędzie tak liczną rodziną. Trzy moje siostry niech idą osobno – a ja z mamą i Franusią osobno. Franusia przytuliła się do mnie i do mamy. W ostatniej chwili mama popchnęła mnie do starszych sióstr – tam jest bezpieczniej, zdecydowała nagle. Byłam mała i szczupła, jednak udało mi się przejść z młodymi, zdaniem sortujących nazistów, stosownymi do pracy w obozie. Ojciec także przeszedł w takiej grupie mężczyzn. Mamę z Franusią wyznaczyli do grupy niezdolnych do pracy. Nie mieliśmy pojęcia, dokąd ich prowadzą. Więcej nie widzieliśmy ich.

Nasz dom w Chrzanowie Niemcy zablokowali, jak domy wszystkich Żydów wysłanych na stracenie. Ten nasz ciepły dom, który mama tak zwykła była pielęgnować, stwarzając w nim atmosferę serdeczności, pogody i otuchy nawet w najcięższych latach wojny! Odprawiała uroczyście święta, z uniesieniem zapalała szabasowe świeczki, starała się wiernie utrzymać dom i naszą tradycję żydowską. Wszystko to zostało nam odebrane w jednej chwili krótkim, strasznym, ogłuszającym rozkazem, że wszyscy Żydzi muszą natychmiast zgłosić się na plac rynkowy! Zostali wysłani tysiącami do Oświęcimia. Nie wiedzieliśmy o tym nic do końca wojny, będąc odciętym zupełnie od reszty skupisk żydowskich – i od całego świata.

Nas posłali z początku do obozu w Marschtadt, stamtąd przesłano nas do Petroswaldau. Ojca też tam zasłali w grupie mężczyzn. Często trafiało się nam spotkać ojca, albo dostać od niego jakieś pozdrowienie przez towarzyszy niedoli, którzy pracowali w pobliżu naszego obozu. Nieraz nawet się nam udawało przekazać mu część naszych porcji jedzenia specjalnie dla niego zaoszczędzanych.

Kiedy prowadzili nas do obozu po tej selekcji, starsza nasza siostra, Gusta, zdecydowała uciec z transportu. Jechaliśmy zwykłym, nie bydlęcym pociągiem, używanym zawsze, gdy chodziło o wywózkę Żydów. Przy zbliżeniu się do jakiejś stacji, pociąg zwolnił bieg. Pomogłyśmy Guście wyskoczyć przez okno. Upadła na ziemię, przeleżała tak, aż pociąg znikł i wróciła do Chrzanowa. Udało się jej wyważyć zablokowane drzwi naszego mieszkania. Znalazła tam resztę pieniędzy, które mama ukryła przedtem, włączając nas wszystkich w tajemnice schowka, abyśmy wiedziały o nim w razie potrzeby. Nie było tego wiele, bo przecież mama posługiwała się wszystkim, co mieliśmy na utrzymanie rodziny jeszcze w okresie, gdy nie byliśmy zameldowani jako obywatele Chrzanowa. Sprzedawała wtedy rzeczy z domu, swą odzież, co się tylko dało. Gusta, mająca wygląd aryjski była odważna, zdecydowana, pewna siebie i zaradna. Pewnego dnia spotkała swego chłopca, Erika Pristera i razem z nim znalazła schronienie w domu Polaków w Trzezbinie. Nikt ich nie wydal do końca okupacji hitlerowskiej. Gusta, piękna i wesoła na zewnątrz, poruszała się swobodnie, mimo że nie posiadała żadnych dokumentów zaświadczających, iż nie jest Żydówką.

W okresie, gdy zajmowałyśmy się szmuglem żywności jeszcze, Blima została także zaaresztowana i uwieziona. Teraz w obozie w Niemczech byłyśmy razem, ja, Blima, Esta i jak wspomniałam, nasz ojciec, trzymany w pobliskim obozie dla mężczyzn. Wspomagaliśmy się wzajemnie w tych dniach nieopisanej męki, głodu, chorób, bicia – śmierci.

Dnia 8-ego maja 1945 roku zostaliśmy oswobodzeni z obozu przez Rosjan. Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście do miasta naszego urodzenia – Katowic. W naszym mieszkaniu przy ulicy Kościuszki 12 znajdowali się już inni lokatorzy. Mieszkaliśmy tu aż do przyjścia Niemców i ucieczki przed nimi do Krakowa na początku okupacji Polski. Do wojny uczyłyśmy się w szkole imienia „Berka Joselewicza”. Wróciliśmy tu teraz odmienieni, inni, nauczeni strasznymi doświadczeniami życia i śmierci, jakby zgrzybiali starcy.

Mama z Franusią nie wróciły. Ogarnęła nas rozpacz, rezygnacja – sieroctwo. A szczególnie ojca. Nie posiadaliśmy jakichkolwiek środków do życia, nie wiedzieliśmy do kogo się zwrócić, od czego zacząć co z sobą począć. Staliśmy bezradnie na ulicy, ojciec trzymał nędzny worek z naszymi, niejakimi rzeczami. I nagle zauważyłam przyjaciela Gusty. Erik Prister, obecnie jej mąż, jak się okazało niebawem. Wskazałam na niego ojcu. Erik podszedł do nas. Zapytaliśmy o Gustę, a on na to, że Gusta je lody w pobliskiej lodziarni…

Wpadliśmy sobie w objęcia, wybuchając płaczem. Gusta i Erik wzięli nas do swego domu. W ciągu długiego czasu nie mogliśmy się uspokoić i przyjść do siebie. Ja odwiedziłam jeszcze rodzinę w naszym byłym mieszkaniu (dawni sąsiedzi), tu również wybuchłam głośnym płaczem. Moi bliscy dowiedzieli się o tym później dopiero. Raz po raz ocieraliśmy łzy, starając się skryć je jedni przed drugimi, aby nie obciążać dodatkowym bólem.

Pozostaliśmy w Katowicach do roku 1957. Potem moje siostry wyemigrowały do Stanów Zjednoczonych, a ja stworzyłam sobie rodzinę w Izraelu. Moje więzi z siostrami pozostawały zawsze serdeczne i zażyłe jak najbardziej, i tak po dziś dzień. Ojciec zmarł przed laty.

Ostatnio udało się nam z przyjazną pomocą i współpracą prezydenta miasta, p. Jerzego Swirada, przyjaciół polskich oraz związku ziomków katowickich w Izraelu i w Polsce, zaprojektować i wykonać postawienie pomnika w Katowicach ku czci zgładzonych Żydów katowickich na placu, gdzie mieściła się w ciągu dziesiątek lat wspaniała, wielka synagoga, w której zwykli modlić się i świętować do dnia, gdy hitlerowcy spalili ją, a ich wszystkich zgładzili. Pomnik ten stanowi dla nas swoiste zadośćuczynienie i satysfakcję, za które jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy się do tego przyczynili.