Spółki Miejskie


16 Komentarzy

Kora (wspomnienia)

Korę wspominają:
Waldemar Wall-E Kasta,
Marcin Mamoń,
Monika Małkowska
Magda Umer

„Gdy umiera wyjątkowy i ważny człowiek na niebie zaświeci nowa gwiazda. Gdy umiera prawdziwa gwiazda za ziemskiego życia, na niebie zwykle trwają przygotowania do jej przyjęcia na nieboskłonie. Nic dziwnego zatem, że księżyc ściemniał i ze złości poczerwieniał, już nie mówiąc o poruszeniu Marsa i podglądaniu Jowisza i Saturna. Zaćmień bywa wiele, takie raz na ponad sto lat. Nie dziwi nic. Była wyjątkową kobietą. Pierwszą kobietą, na którą w tym kraju mógł zwrócić uwagę młody chłopak z artystycznymi zapędami rocznik 78. Nie dało się jej zwyczajnie nie dostrzec w szarym tłumie w szarej rzeczywistości. Duma, pewność siebie w zabójczym spojrzeniu, odwaga w byciu inną i wyrażaniu poglądów. Wokalistka. Muzyk. Była inspiracją dla wielu twórców i piewców wolności w naszym smutnym i szarym jeszcze do niedawna kraju. W moim i w wielu innych domach dziś żałoba. Ludzie płaczą słuchając nieśmiertelnych kawałków zasłużonej dla polskiej kultury. Spoczywaj w Pokoju Kora.”

Waldemar Wall-E Kasta

*

„Kiedy odwiedziłem Korę po raz pierwszy w jej mieszkaniu przy rogu ulic Sarego i Bogusławskiego w Krakowie, miałem powiedzmy 23/4 lata. A może trochę mniej. Ona już wtedy po 40. Byłem zdumiony jako dwudziestolatek, że kobieta po 40 może być aż tak atrakcyjna i piękna. Wow! Jej wywiady w mediach zawsze mnie drażniły, nie zgadzałem się, nie lubiłem. Jednak w rozmowie, w bliższym kontakcie Kora niezwykle zyskiwała. Była ciekawym rozmówcą, otwartym, ciekawym świata, inteligentnym i co ważne czytającym książki. Wiadomo. Uwielbiałem Manaam, i wciąż nic tu się nie zmieniło, ale za tę jej urodę, wdzięk i przyjemność rozmowy z nią, będę ją pamiętał.”

Marcin Mamoń

*

„W paskudnym „postanowojennym” czasie Tadeusz Rolke zaprosił mnie do współpracy przy kalendarzu ściennym (wielki format, wielkie foty, odwracane karty) z Korą w roli głównej. Ona na każdy miesiąc, wystylizowana niezależnie od pór roku. Wcześniej już pracowaliśmy wspólnie przy zdjęciach na okładkę płyty Maanam „Nocny patrol”. Tym razem sesje zdjęciowe odbywały się w mieszkaniu/pracowni Edzia Dwurnika i jego żony (ówczesnej) Teresy Gierzyńskiej. To było bardzo w stylu Kory – i w duchu czasów. Byliśmy wówczas krytycznie nastawieni nie tylko wobec władzy (jak każdy czy prawie każdy) – kontestowaliśmy też „uładzoną” i skomercjalizowaną (już wtedy) kulturę posthippisowską. W zaimprowizowanej na potrzeby fotograficznego atelier pracowni Dwurnika tworzyliśmy cuda na kiju, korzystając z nader skromnych środków i własnych ciuchów. Ubierałam Korę (znacznie wyższą ode mnie) w moje tuniczko-sukienki (jedna z częściej reprodukowanych fot to ta, na której Kora nosi moją tuniczkę uszytą ze… spadochronu, we wzór zwany kamuflaż; w kawałki jedwabiu, które na niej upinałam (a miałam tego w szafie sporo, bo Milanówek od zawsze zachwycał mnie jakością, kolorami i wzorami). Malowaliśmy ją (Korę) zarówno klasycznymi kosmetykami, jak też – co popadło, co było pod ręką. Olejnych farb nie odważyliśmy się zastosować, ale pasta do zębów jako „posiwienie” włosów – dlaczego nie? Czasem Edzio Dwurnik dodał jakiś barwny akcent – na przykład na dekolcie Kory. To była tak świetna zabawa, że nikt z nas nie miał poczucia obcowania z wyjątkową gwiazdą. Bo Kora nie gwiazdorzyła.

Pamiętam bal dziennikarzy, gdy Maanam grał jako specjalna atrakcja. W trakcie tego balu padła wiadomość: nie żyje Czesław Niemen. Kora zaśpiewała wtedy wyjątkowo wolno, wręcz „metafizycznie” „Planety szaleją”, prosząc nas wszystkich, by nie tańczyć. Dziś pierwszym utworem, jakim Marek Niedźwiecki otworzył audycję Korze (i Maanamowi) poświęconą, były „Planety…”

Ostatni raz rozmawiałam z Korą (i Kamilem) w studio Tok FM. Była z nimi Ramona, pudelka. Jak zawsze Kora stwarzała aurę intensywności – i również w jej kontaktach z Ramoną ta intensywność przekraczała normę. Co tu dużo gadać – to była kapela MOJEGO ŻYCIA. I smutek – napisać R.I.P.”

Monika Małkowska

*

„Poznałam Korę na Famie w Świnoujściu, w lipcu 1969 roku. Miała 18 lat, była tak piękna, że nie sposób było oderwać od Niej oczu. Była dziewczyną gitarzysty z zespołu „Anawa” Marka Jackowskiego i zdawali się być nierozłączni. Nikomu wtedy (może nawet samej Oldze) nie przychodziło do głowy, że będzie kiedyś śpiewała na scenie. Była anonimową pięknością i niezwykłą osobą. Wszyscy zachwycali się nią. Wszyscy. I chyba miała tego świadomość.

Przez kilka kolejnych lat żyliśmy tam jak hippisi… opalaliśmy się na nadmorskich wydmach, goli, młodzi, wyzwoleni – tacy, jakich nas pan Bóg stworzył. W tym czasie na Famę zjeżdżali studenccy artyści z całej Polski i tworzyliśmy przez prawie miesiąc coś w rodzaju hippisowskiej komuny-kabaretu, teatry, chóry, zespoły muzyczne, dyrygenci, jazzmeni, poeci, fotograficy, filmowcy. Byliśmy razem. Wtedy kultura studencka znaczyła bardzo wiele. Pozwalano nam na wiele, bo bano się nas po marcu 1968 roku. Kora mieszkała z Markiem w Krakowie, wielbiła Ewę Demarczyk, kochala Piotra Skrzyneckiego zachwycała się Markiem Grechutą, poezją. To mnie z nią bardzo łączyło.

Chyba po 1975 roku Kora z Markiem przenieśli się do Warszawy i zamieszkali przy ulicy Ogrodowej, na terenie dawnego Getta… byłam tam u nich kilka razy z Maćkiem Zembatym. Zapamiętałam dwoje małych dzieci, piękną kobietę w jakichś hinduskich giezłach parzącą cudowną herbatę… śpiewaliśmy Cohena, rozmawialiśmy o sztuce jako ratunku przed rzeczywistością, filozofowaliśmy do nocy. Wtedy już Marek nie grał w Anawie, tylko razem z Tomaszem Hołujem, Milosem Kurtisem i Jackiem Ostaszewskim stworzyli cudowny zespół „Osjan”. Chodziłam na ich koncerty i tam po raz pierwszy zobaczyłam Korę na scenie. Ją i Małgosię Ostaszewską, żonę Jacka (i mamę naszej słynnej Mai!). Obie niezwykłe, w jasnych szatach, na bosaka, były najpiękniejszą scenografią i czasem nuciły coś cichutko. Piękne!

Byłyśmy blisko jeszcze jakiś czas i kiedy przygotowywaliśmy z Mackiem Zembatym program telewizyjny, w którym po raz pierwszy pozwolono nam zaśpiewać Leonarda Cohena „Słynny niebieski prochowiec” (chyba w 1977 roku), próba generalna odbyła się u Kory w domu. Marek Jackowski, Janusz Strobel i Henio Alber grali na gitarach, Maciek i ja śpiewaliśmy, Korze jeszcze to nie przychodziło do głowy… dała mi wtedy swoje hippisowskie giezło i jakąś chustę. Była serdeczna, kochana, dobra, piękna i …cicha… wtedy jeszcze cicha. I jakby nie z tego świata.

Potem przez kilka lat nie miałyśmy kontaktu. Ja urodziłam pierwszego syna i długo nie śledziłam tego, co dzieje się na scenach. Któregoś dnia spotkałam Korę w gmachu Telewizji. Cała w skórach, w ostrym makijażu, pełna jakiejś nieziemskiej energii… dalej piękna, zjawiskowo zgrabna, ale jakby ktoś inny. Mówiła, że zakładają z Markiem zespół rockowy, i że za chwilę będą najważniejsi i najlepsi w tym kraju. I tak się stało. Takich pokochały ich miliony.

A ja zostałam wtedy w swoim cichym świecie muzyki poważnej i jazzu, Bacha i Komedy, piosenek przedwojennych, Kabaretu Starszych Panów, Agnieszki, Wojtka i Jonasza, Piwnicy pod Baranami. Ale zawsze fascynowała mnie jako ZJAWISKO. Zawsze. I była jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie. Przytulam do serca Jej najbliższych. Planety szaleją.”

Magda Umer

 

 

Reklamy


1 komentarz

Wolność to komfort. Pomarańczowa Inicjatywa Wyborcza

Anna Roś
Wiesław Cupała

Poprzednia część wywiadu: Wolność to komfort. Wszyscy proletariusze bądźcie piękni

„Socjalistyczny surrealizm – pozorna demokracja, pozorna prawda, pozorna opozycja, realna nędza i realna nienawiść, brak przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – zmuszają do poszukiwań odpowiedzi na to wyzwanie czasu. Jedynie dostrzeżenie piramidalnego absurdu tej pozornie realnej sytuacji umożliwia trzeźwe spojrzenie i znalezienie właściwego wyjścia – wyjścia poza stan obezwładniającej społeczeństwo niemożności. (…) Przestańmy wreszcie pogrążać się w beznadziejnej szarości, smutku i śmiertelnej powadze – to do niczego nie prowadzi! Twórcza radość, optymizm i wiara we własne siły są lekarstwem zdolnym nas wyleczyć z najcięższych chorób – także tych paraliżujących jakikolwiek postęp – nienawiści, demoralizacji i pogardy dla wszelkiej władzy.”

(Fragm. ulotki Pomarańczowej Inicjatywy Wyborczej)

Wiesław Rotmistrz Cupała

Jak zareagowaliście na kompromis Okrągłego Stołu?

Sceptycznie. Czuliśmy, że robią nas w konia. Wybory do Sejmu nie były demokratyczne, były plebiscytem. Podczas trwania ustaleń Okrągłego Stołu zawarto kontrakt, że 35 procent miejsc będzie miał Komitet Obywatelski skupiony przy Lechu Wałęsie, a 65 procent PZPR i jego sojusznicy. Tajemnicą poliszynela było to, że na prezydenta zostanie wybrany Wojciech Jaruzelski. Za to ordynacja wyborcza do Senatu była w pełni demokratyczna. Postanowiliśmy w związku z tym porobić sobie z Waldkiem jaja. Siedząc na cypelku nad Odrą na Wyspie Opatowickiej obmyśliliśmy plan. Wpadłem na pomysł, żeby na senatora, jako niezależny kandydat, startował nasz kolega Pablo (Piotr Adamcio – Porucznik 14 Pułku). Za jego kandydaturą przemawiał jego image: miał bardzo grube szkła, był mały, wiecznie niedogolony i zabiedzony. Jego zdjęcie świetnie nadawałoby się na plakat wyborczy. Wymyśliliśmy też pasujące do jego wyglądu hasło – „Twój głos, Mój los.” Koncepcja była wspaniała. Okazało się jednak, że Piotr nie spełnił naszych oczekiwań i zawiódł. Nie pojawił się na spotkaniu przedwyborczym, bo przeszkodziła mu w tym skomplikowana sytuacja uczuciowa. W tych okolicznościach sam Waldek zdecydował się kandydować do Senatu prowadząc Kampanię Prezydencką pod hasłem – „Pomarańczowy Major czy Czerwony Generał? Rozluźnij się i pomyśl, wybór należy do ciebie.” Chciał zrobić Jaruzelskiemu konkurencję.

NAF Dementi

Plakat Majora był zdecydowanie najlepszym plakatem tych wyborów i zdominował wizualnie całe miasto. Jechałem raz z Waldkiem taksówką i taksówkarz mówi: O, chłopiec z plakatu!

Kampania trwała od marca do czerwca. Był to jeden wielki happening, który wywołał duże emocje w środowisku Pomarańczowej Alternatywy i nie tylko. Powstała Pomarańczowa Inicjatywa Wybocza w skład której wchodziłem ja, Wojtek Gorczyński i Tadek Złotorzycki. Ten ostatni zorganizował budowę trybuny pod zegarem na ulicy Świdnickiej, w której stale ktoś dyżurował, a wokół niej zawsze „coś” się działo. Major wygłaszał przemówienia, odbywały się koncerty i występy teatrów ulicznych itp. Codziennie pod trybuną gromadził się tłum. Zorganizowaliśmy zbieranie podpisów, aby móc formalnie zarejestrować kandydata. Potrzeba było 3 tysiące podpisów. W czasie trwania tej kampanii powstał film Marii Zmarz-Koczanowicz pt. „Major albo Rewolucja Krasnoludków”, gdzie można obejrzeć zapis tej kampanii (patrz też komentarz pod tekstem).

Trybuna Fot. Mieczysław Michalak

Czy wszystko przebiegło po waszej myśli?

Prawie wszystko. Tuż przed wyborami, w Dzień Dziecka, nastąpiło zagęszczenie zdarzeń artystycznych związanych z kampanią. Krasnoludki opanowały rynek i okolice. Odbywało się mnóstwo przedstawień teatralnych, występowali muzycy, były tłumy. Zdarzył się jednak pewien zgrzyt. Kolega, którego nazwiska nie pamiętam (nazwijmy go Minotaurem) miał wizję, że zbuduje na rynku labirynt, po którym będą błądzić ludzie. Dostał pieniądze, żeby ten pomysł zrealizować. Okazało się jednak, że zrobił to bardzo niechlujne. Poznosił z różnych sklepów kartony, nawiózł 25 ton toksycznego popiołu z Huty Siechnice i wywalił to wszystko na rynek. To było wszystko z jego strony. Myślał, że ludzie będą tym popiołem napełniać kartony i budować z nich labirynt. Sam ubrał się w garnitur i krawat, i niczym kierownik budowy przechadzał się dumnie po rynku. Oczywiście nic nie wyszło z labiryntu. Tylko grupka dzieci bawiła się tym popiołem zanieczyszczonym metalami ciężkimi niczym w piaskownicy.

Nieudany Labirynt na Rynku Fot. Mieczysław Michalak

Wieczorem okazało się, że Waldek samotnie sprząta góry popiołu, żeby doprowadzić rynek do pierwotnego stanu. Pobiegłem mu pomóc z trzema osobami ze Szczecina, które czekały na pociąg. W piątkę ładowaliśmy te 25 ton do godziny 6 rano. Nie dość, że pieniądze zostały wyrzucone w błoto, to jeszcze musieliśmy się natyrać i zapłacić za śmieciarki. Waldek nocował wtedy u mnie na Olszewskiego. Gdy doszliśmy do domu, to z dwa dni nie mogliśmy dojść do siebie. Jak się trochę pozbieraliśmy nadal kontynuowaliśmy happening, drukowaliśmy plakaty i rozklejaliśmy je, choć było już po wyborach. Chcieliśmy uzmysłowić ludziom, że Jaruzelski będzie prezydentem, bo zostało to ustalone w kuluarach Okrągłego Stołu i że są to kpiny z demokracji.

Jaki był wynik tych wyborów?

Waldek był trzeci w swoim okręgu. Pierwsze miejsce zajął oczywiście kandydat Komunitetu Obywatelskiego – Prof. Karol Modzelewski, drugie Antoni Gucwiński – ówczesny dyrektor wrocławskiego ZOO, popierany przez PZPR. Wielkim naszym sukcesem magicznym było to, że jak głosi plotka cały batalion ZOMO skoszarowany na ulicy Witolda zmówił się i głosował na Waldka.

Mieliście jakieś fundusze na kampanię?

Tak. Mieliśmy budżet. 2000 $ od Ireny Lasoty z Instytutu na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej, była to nagroda dla Waldka za jego działalność oraz 100 $ od Solidarności Walczącej przeznaczone na kampanię wyborczą. Właśnie to stało się przyczyną późniejszych niesnasek.

Jakich niesnasek?

To było już po wyborach, ale szło właśnie o te pieniądze. Było to absurdalne, bo były to pieniądze Waldka i mógł z nimi zrobić co chciał. Mógł sobie na przykład kupić mieszkanie 2 pokojowe, bo wtedy to były naprawdę duże pieniędze. W każdym razie od tego momentu zaczęły się w Pomarańczowej Alternatywie różne kwasy i spiski, żeby Majora odstawić.

Dolar amerykański z portretem Majora

Czy udało się uzurpatorom przejąć władzę?

Walka o władzę jak cała Pomarańczowa Alternatywa była od czapy. Krzysztof Albin, współorganizator kilku happeningów, wystąpił w Teleekspresie. Mówił, że teraz czas na młodzież, że Waldek jest już stary, a oni-młodzi będą sobie robić kluby jazzowe itp. i żeby oddał im pieniądze. Po kampanii tych pieniędzy zostało niewiele. Waldek się wściekł, ale udało mi się go powstrzymać przed publicznym wybuchem. A ponieważ wtedy dojście do mediów było łatwe, to okazało się, że w jeden dzień w Teleekspresie występował Krzysiek i mówił, żeby Major oddał pieniądze, a w drugi dzień występował Major i nic nie mówił o pieniądzach, tylko rozdawał dolary na rynku w Warszawie, i tak na zmianę przez pięć dni. Wszyscy myśleli, że to jest kolejny happening medialny, a to była nieudana próba puczu. W końcu Krzysiek przygotował wielki happening na rynku pt. Karnawał Żebraczy. Zbudował wielkie rusztowanie i podburzał młodą alternatywę przeciwko Majorowi. My z Waldkiem kupiliśmy dużo takich plastikowych trąbek, piszczałek, klaksonów i rozdaliśmy je ludziom. Jak Krzysiek zaczął przemawiać z tego rusztowania, to tłum zrobił taką kocią muzykę, że nic nie było słychać. Zdenerwowany Krzysiek zszedł z rusztowania, a Major zajął jego miejsce i zaczął rozrzucać fałszywe jednodolarówki ze swoją podobizną i w ten sposób, przejmując happening, skończyliśmy z tym „zamachem stanu”. To był jeden z ostatnich głośnych happeningów (22 lutego 1990 roku). Potem były jeszcze różne akcje, ale nie tak głośne. Plan Balcerowicza spowodował, że każdy osobno musiał walczyć o przetrwanie. Major wyjechał do Francji, a towarzystwo się rozproszyło.

Karnawał Żebraczy Fot. NAF Dementi

Podsumowując wszystkie części naszej rozmowy. Jak reagowali na Pomarańczową Alternatywę inni twoi znajomi z opozycji?

Ciekawe jest to, że duża część opozycji wcale nie pochwalała tych działań. Uważano je za niepoważne. Wiele razy spierałem się o sens krasnoludków i happeningów.

A jaki był sens?

Sensem był surrealizm. Nie było w tym żadnej ideologii, pomimo tego, że uważaliśmy się za anarchistów. Happeningi nie były strajkami, nie wysuwaliśmy żadnych postulatów, chyba, że surrealistyczne. Tak samo, jak wykrzykiwane przez nas hasła i rozrzucane ulotki. Było to bardzo świeże. Dzięki happeningowej formule akcji, każdy mógł się włączać do zabawy, nawet jeśli był tylko przypadkowym przechodniem. Pomarańczowa Alternatywa była wentylem bezpieczeństwa łagodzącym napięte stosunki między państwem a obywatelami. Były to nielegalne zgromadzenia, ale tak nonsensowne, że aż rozbrajały. Milicja oczywiście musiała reagować, ale absurd sytuacji udzielał się także im. Mam doświadczenia z różnymi formami oporu, ale kto wie, być może to właśnie surrealizm jest najskuteczniejszą formą społecznego protestu.


1 komentarz

Formy Zamętu. Gdzie te wianki

Maciej Chwistek

Od lat, gdy zakwitały był to znak, że zbliża się noc Kupały. W tym roku zakwitły około dwa tygodnie wcześniej, problem, bo nie mam z kim świętować tak długiego czasu. Pamiętają chyba Niemca. Kwitną w lesie w Zamęcie, zaobserwowane około 30 lat temu. Niżej było kilka skupisk orlików, ale za ładne i dostępne. Przepadły.

Stoję po kolana w wodach Pliszki wypatrując czy zza zakrętu wypłynie jakiś wianek? A tu nic, posucha.

Czy ja za wcześnie wyszedłem, czy za późno? Czy tyle wody już upłynęło, czy to tylko życie? A może jakieś młode chłopaki, zamiast ustawić się w kolejce, to niegrzecznie stanęli gdzieś z przodu. Może się pomyliłem? Może nie w tej rzece, może w stojącej wodzie jeziora? Może w strumieniu piwa i w oparach ziół tajemnych powinienem stać i czekać? A może iść w górę pod prąd, pod nurt wzburzonych fal?