Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Powrót soków wgłąb korzeni

Katarzyna Urbanowicz

Jeden z moich przyjaciół zachęcał mnie do głębszej penetracji zawartości moich szuflad z tekstami odłożonymi do lepszych czasów bądź do nowego ich opracowania. Teksty starzeją się nawet bardziej niż ludzie i ani się obejrzysz, jak stają się przebrzmiałe, pozbawione aktualnie modnych gadżetów, słów, sformułowań, nawiązań do faktów, zwłaszcza medialnych, które dawno się już wszystkim znudziły. Ostatnio nawet Słownik Poprawnej Polszczyzny przestaje być aktualny, skoro pewna, pożal się Boże, dziennikarka, twierdzi że zalatuje jej komunizmem. Cóż, że przesłanie wielu tekstów (jak wszystkie człowiecze sprawy), pozostaje zawsze świeże i aktualne, kiedy ludzi specjalnie nie obchodzą przesłania; oczekują od literatury rozrywki i to możliwie jak najłatwiejszej. No i chwalenia nas, jacy to jesteśmy, jako naród, wspaniali.

W moich zwyczajach leży odkładanie tego, co napisałam na jakiś czas, aby się „odleżało”, ponieważ nie ufam na tyle sobie, aby od razu, w emocji tworzenia orzec, czy tekst jest udany, czy nie. Po jakimś czasie wracam do napisanych słów, jeszcze raz poprawiam to i tamto albo znowu odkładam, aż staje się mi wstrętny i znienawidzony. Wiem, co chciałam osiągnąć, ale nie jestem pewna, czy mi się to udało. Często tak zostaje na lata…

Ostatnio wstąpiłam do fejsbukowej grupy „Mówi Wieko”. Oprócz nawiązania do tytułu czasopisma przybliżającego historię „Mówią Wieki” mają bardzo ciekawy motyw graficzny. Jeden z ciekawszych jakie ostatnio oglądałam!

Logo grupy „Mówi Wieko”

Wspomagana fajną grafiką oglądałam portrety nagrobne dzieci zmarłych w Warszawie przed 1918 rokiem – 103 zdjęcia nagrobne z cmentarzy powązkowskiego i bródnowskiego.

Zadziwiają charakterystyczne twarze zmarłych dzieci, jakże dalekie od przyjętego kanonu „niewinnej duszyczki” czy „małego aniołka” – aż bierze żal, że nie poznało się tych dzieci, choć były zapewne ciekawymi osobowościami. Współczesne fotografie dzieci, w porównaniu z tamtymi są nudne i zunifikowane.

Ale warto tam zajrzeć także w poszukiwaniu ciekawostek historycznych i rycin z epoki.

Na cmentarzu na Bródnie zabraknie zdjęć rodzeństwa mojej Mamy i Jej samej, pochowanych tam dawno temu, uwiecznionych na jednym zbiorowym portrecie, stanowiącym okładkę mojej nowej powieści, mającej ukazać się się w listopadzie. Mój syn uzgadniał z rodziną sposób „ogarnięcia” tego staruteńkiego grobu i przy tej okazji dowiedzieliśmy się (ja także ze zdziwieniem), iż moja Mama takie życzenie wystroju grobu wyrażała lat kilkadziesiąt wstecz – niestety nie przede mną.

Oto zdjęcie grobu:

Moje ukochane kamienie. Widać Mama też je lubiła. Treść umieszczona na szklanej tablicy nie wyświetliła się na zdjęciu, ale brzmi jak wówczas, gdy w 1992 roku skopiowałam ją z jakiegoś buddyjskiego tekstu:

Takie jest milczenie:
Powrót soków
W głąb korzeni
I choćbyś umarł
Zawsze będziesz

Tablicę ze szkła z wtopionym i napisami sporządziła debiutująca malutka firma z Podhala i była to jej testowa produkcja tania i niesłychanie trwała. Widać się nie przyjęła, nie trafiłam już później na możliwości sporządzania takich tablic, mimo kilku pogrzebów bliskich osób, które współorganizowałam.

Okładka mojej nowej książki

Moja Mama i jej rodzina, uwieczniona na zdjęciu, stała się kanwą opowieści z dwudziestolecia międzywojennego. Przedstawiam w niej pewną teorię spiskową, której nikt nie jest w stanie potwierdzić ani odrzucić. Sama powieść jest swego rodzaju eksperymentem: Macie trochę klocków do ułożenia, spróbujcie zrozumieć, dlaczego zginęła młoda dziewczyna u progu artystycznej kariery i – co ważniejsze – czy była w stanie uniknąć swojego losu. Tekst powieści okrasiły wspaniałe piosenki Aleksandry Bacińskiej, w moim przekonaniu dorównujące przebojom Tuwima i innych tuzów kabaretowej poezji dwudziestolecia.

Po tej przydługiej dygresji nawiązuję do umarłych teorii spiskowych. Ongiś sama, na zakręcie mojej kariery zawodowej uległam podszeptom tropicieli spisków i dzięki temu uniknęłam losu bohaterki opowiadania. Nie przesądzam, co pochodziło z jej wyobraźni, a co z realiów, zmieniającego się w 1989 roku świata PRL-u, opisałam jednak firmę podobną tej, w której pracowałam i z której macek wymotałam się, dzięki wypadkowi drogowemu, który położył kres moim możliwościom jakiejkolwiek pracy.

Opowiadanie „Zabłądzić w czekaniu” zamieszczam do pobrania na mojej stronie autorskiej: kasiaurbanowicz.pl (w zakładce „teksty”)

Teorie spiskowe umierają wraz z nami, zazwyczaj wcześniej, niż zdołamy się przekonać ile było w nich prawdy. Wyglądają jak sterta kamieni na grobie, sfotografowanym wyżej, chociaż przyozdobiliśmy je, jak umieliśmy najpiękniej.


Dodaj komentarz

Degustacje. Szczęśliwa byłam tylko wtedy, gdy zabierano nas do kina

Anna Roś

„Czy to nie zabawne – nie wiem, kim jestem,
tymczasem tysiące kobiet pragnie być mną!”

Marylin Monroe

Marylin Monroe

Marylin Monroe przyszła na świat w Los Angeles 1926 roku, w dzień dziecka, jako Norma Jeane Mortenson. Data ta nie była jednak wróżbą szczęśliwego dzieciństwa. Dziewczynka wychowywała się w rodzinie zastępczej i w sierocińcu, z rzadka widując matkę, co dla dziecka jest strasznym doświadczeniem.

Aktorka przez lata prowadziła zapiski dziennikowe w rozmaitych zeszytach. Z nich dowiadujemy się jak wielkiej traumy doświadczyła jako dziecko: „Rodzice wszystkich dzieci w Domu (sierocińcu) umarli. Ja miałam co najmniej jednego rodzica – matkę. Ale ona mnie nie chciała. Zbyt się wstydziłam, aby próbować wyjaśnić to innym dzieciom. Szczęśliwa byłam tylko wtedy, gdy zabierano nas do kina.”

Brak oparcia w dzieciństwie odbił się na jej późniejszych losach. Artystka przez całe dorosłe życie zmagała się z problemami psychicznymi, podobnie zresztą jak jej matka, Gladys Pearl Baker, montażystka filmowa, choć w mniejszym stopniu. Marylin chorowała na depresję dwubiegunową, jej matka była schizofreniczką paranoidalną.

Aktorka trzy razy wychodziła za mąż, ale żaden z tych związków nie okazał się trwały. Pierwsze małżeństwo zawarła w wieku 16 lat, aby uniknąć powrotu do sierocińca, gdyż rodzina pod której opieką przebywała przeprowadziła się. Jej wybrankiem był mieszkający w sąsiedztwie robotnik James Dougherty. Twierdził on, że ich związek był czymś więcej, niż małżeństwem z rozsądku, jednak faktem jest, że trwało ono tylko 4 lata, do czasu, gdy Marylin spotkała fotografa Davida Connovera, który robił zdjęcia pracownicom fabryki samolotów. Jedną z nich była Norma. Dziewczyna nawiązała z nim współpracę jako modelka tzw. pin-up girl. Podpisała też kontrakt z Blue Book Model Agency.

Właśnie w tym czasie, jeszcze jako początkująca artystka, postanowiła zmienić wizerunek i ufarbowała włosy na blond. Swój nowy image w dużej mierze opierała na Jean Harlow, która była jej ulubioną aktorką.

Wkrótce po zmianie wyglądu, dzięki pomocy swojej szefowej z agencji, Emmeline Snively, wkroczyła w świat filmu i przybrała pseudonim artystyczny Marylin Monroe. Początkowo jedynie statystowała i szkoliła swój warsztat. Brała udział w lekcjach śpiewu, tańca i pantomimy, ale już wtedy uwagę na nią zwrócił Sidney Skolsky, dziennikarz „New York Post“. „To było jasne, że Monroe jest gotowa ciężko pracować. Chciała być aktorką i gwiazdą filmową. Wiedziałem, że nic jej nie powstrzyma“.

W 1948 roku aktorka podpisała kontrakt z Columbia Pictures i jej kariera zaczęła nabierać tempa. Początkowo grała role stereotypowych blondynek, później wcielała się w bardziej złożone postacie. Praca w filmie uczyniła z niej symbol seksu i ucieleśnienie marzeń zarówno mężczyzn jak i kobiet.

W 1953/54 roku Marylin Monroe znalazła się na liście najbardziej dochodowych gwiazd. Dodatkową popularność przysporzyły jej nagie zdjęcia z pierwszego numeru „Playboya” opublikowanego w 1953 roku, bez jej zgody. Zapowiadało się na skandal. Artystka udzieliła wówczas wywiadu, w którym szczerze przyznała się do tej sesji sprzed czterech lat. Twierdziła, że była wtedy pozbawiona źródła dochodu, co skłoniło ją do pozowania. Zdjęcia te później zostały kupione przez Hugh Hefnera, który opublikował je nie informując jej wcześniej o swoich zamiarach. Jej tłumaczenia w tej kwestii uznano za wiarygodne i nie wpłynęło to negatywnie na jej karierę.

W 1954 roku kolejnym mężem Marylin został jeden z najpopularniejszych graczy baseballu, Joe DiMaggio. Ten związek był krótszy od poprzedniego. Para rozwiodła się po zaledwie 274 dniach małżeństwa. Aktorka oskarżyła męża o psychiczne znęcanie się. Bejsbolista był o nią chorobliwie zazdrosny i nie mógł pogodzić się z jej wizerunkiem seksbomby. Po kilku latach jednak oboje wyraźnie zbliżyli się do siebie. Ponoć planowali ponownie pobrać się, ale wszystko przerwała nagła śmierć aktorki.

W 1955 roku Marylin zdecydowała się odejść z wytwórni filmowej 20th Century Fox (20th Century Fox nie chciało zmienić zapisu umowy, w odniesieniu do roli Marylin jako kreującej i interpretującej role w scenariuszach) i wraz z przyjacielem, fotografem Miltonem Greenem założyła własną wytwórnię – Marilyn Monroe Productions (MMP).

Przeprowadziła się do Nowego Jorku. Tam poznała dramaturga Arthura Millera, swego przyszłego męża. Zapisała się również do Actors Studio, był to rodzaj warsztatów aktorskich według metody Stanisławskiego. Chodziło o uzyskanie większego realizmu w grze aktorskiej. Był to dla niej intensywny czas pracy nad warsztatem, ale także nad sobą. Pod wpływem Lee Strasberga zaczęła poddawać się psychoanalizie. Odbywała sesje psychoterapeutyczne pod kierunkiem dr Marianne Kris. Trwały one do 1961 roku. W tym czasie dużo czytała i przyjaźniła się z wieloma intelektualistami.

Batalia aktorki o niezależność artystyczną spowodowała, że zaczęto traktować ją poważnie. W końcu 20th Century Fox przyznał jej nowy kontrakt, który dał jej większą kontrolę nad kształtem obsady i większą pensję.

Zaczęło również interesować się nią FBI, ze względu na jej romans z pisarzem, który znany był ze swych lewicowych poglądów. Miller posądzany był o związki z komunistami. Obserwację prowadzono od 1955 roku, aż do śmierci aktorki. Środowisko filmowe uważało, że tego typu relacja może negatywnie wpłynąć na jej karierę. Pomimo tego aktorka nie zerwała z pisarzem, co więcej, przeszła na judaizm i w 1956 roku została jego żoną. Chciała też zostać matką, ale jej plany nie powiodły się. Ciąże kończyły się poronieniami. Zmagała się z endometriozą.

Artystce bardzo zależało na tym związku, jednak i w tym wypadku nie powiodło im się. Najpierw na prośbę męża, zazdrosnego o zaprzyjaźnionego z nią fotografa, Marylin zerwała kontakt z Miltonem Greenem, którego uważała za swoją pokrewną duszę. Innym razem aktorka wiedziona ciekawością przejrzała leżący na stole pamiętnik pisarza. Przeczytała w nim, iż małżonek „wstydzi się jej przed przyjaciółmi“, a jego „wena jest tłamszona przez nieprzewidywalną sierotę“. Wpłynęło to na jej zaufanie do męża. Para wyraźnie oddaliła się od siebie. Aktorka coraz częściej zażywała barbiturany. Kilkukrotnie też znalazła się w szpitalu. Miller specjalnie dla żony napisał scenariusz do „Skłóconych z życiem”. Było jednak już za późno na odbudowę małżeństwa. Separacja nastąpiła w 1960 roku, a rok później Monroe po raz trzeci rozwiodła się.

Aktorka coraz bardziej zmagała się z bezsennością i niską samooceną. Była uzależniona od alkoholu i barbituranów. Zażywała też amfetaminę. Przy pracy przy ostatnim filmie „Skłóceni z życiem” zdrowie aktorki znacząco się pogorszyło. Cierpiała na kamicę żółciową, a jej nałogi doprowadziły do tego, że na tydzień przerwano kręcenie filmu, gdyż znalazła się w szpitalu na detoksykacji. Aktorka przyznała później, że nie lubiła tego filmu ani swojej gry. Obecnie jednak film ten uznawany jest za klasyk, natomiast rola Monroe uważana za jedną z najlepszych w jej karierze.

Gdy w styczniu 1961 roku odbywała się premiera filmu, Marylin znajdowała się w szpitalu psychiatrycznym. O psychikę aktorki dbał wówczas dr Ralph Greenson. Lekarz spotykał się z nią codziennie, nawet na pięciogodzinnych sesjach. Obecnie jego metody uznawane są za błędne. Do szpitala aktorka trafiła wbrew swojej woli. W marcu napisała sześciostronicowy list do Greensona, w którym pisze: „Czułam się jakbym była w więzieniu, chociaż nie popełniłam żadnego przestępstwa.”

Wszystko tam było pod kluczem. Drzwi miały okna, żeby można było obserwować pacjentów. Aktorka nie mogła wykonać telefonu i zdecydowała się rozbić szybę i z kawałkiem szkła w dłoni powiedziała do obsługi szpitala: „Jeśli będziecie mnie traktować jak wariatkę to będę się tak zachowywać”. Po czym została siłą wyciągnięta z pomieszczenia i zmuszona do wzięcia kolejnej kąpieli. Dopiero interwencja DiMaggio zakończyła jej pobyt w szpitalu.

W chwili, gdy aktorka zachorowała, studio zdecydowało się zwolnić aktorkę i pozwać ją do sądu, żądając od niej 750 tysięcy dolarów.

5 sierpnia 1962 roku Marylin nieoczekiwanie zmarła. Miała 36 lat.

Przedwczesne odejście gwiazdy stało się głównym tematem gazet na całym świecie. Przyczyną zgonu, według protokołu z sekcji zwłok, było przedawkowanie środków nasennych. Oficjalnie uznano to za samobójstwo. Jej śmierć jednak otacza zbyt wiele tajemnic i niejasności. Powstało na ten temat mnóstwo teorii. Jak było naprawdę pewnie już się nie dowiemy.

Na pogrzebie Lee Strasberg wygłosił mowę pożegnalną „Marilyn Monroe była legendą. Swoim życiem stworzyła mit o tym co biedna dziewczyna, pozbawiona wsparcia, może osiągnąć. (…) Mam nadzieję, że jej śmierć wzbudzi sympatię i zrozumienie dla wrażliwego artysty i kobiety, która przyniosła radość i przyjemność światu.” Miał rację. Marylin była ikoną już za życia, śmierć nie zmieniła tego. Jej wizerunek stał się marką samą w sobie i natchnieniem dla innych artystów. Pisarka Francine Prose ten fenomen tłumaczy tym, że „Jej piękne ciało zniknęło, zanim zdążyła popełnić dwa amerykańskie grzechy ciężkie: roztyć się i zestarzeć.” Sama Marylin tak pisała: „Nie można uchwycić ani piękna, ani śmierci, bo to coś niewyrażalnego. Jedynie mit może je pojąć, choć nie musi koniecznie być antyczny – liczy się tylko jego natura: zdarza się, że rodzi się we współczesności, ponieważ mit istnieje poza czasem.”

Dobrze postać Marylin Monroe opisuje Sarah Churchwell, która sprzeciwiała się utożsamieniu aktorki z rolami, które przyszło jej grać: Marylin „była bardzo inteligentna i bardzo twarda. Musiała być taka, aby pokonać system studyjny z lat 50. (…) Głupia blondynka była jej rolą – była aktorką, na miłość boską! Tak dobrą aktorką, że nikt obecnie nie wierzy, że mogła być kimś innym niż tą postacią, w którą wcielała się w kinie.” Marylin była nie tylko dobrą aktorką, ale również o wiele głębszą osobą, niż powszechnie ją postrzegano. W jej zapiskach uderzające jest zdanie: „Słyszę dziewczynkę płaczącą w korytarzu i wydaje mi się, że dzieci przejawiają niekiedy nadzwyczajną spostrzegawczość i przenikliwość oraz pewne głęboko ludzkie cechy, które tracą w procesie dorastania.” Myślę, że Marylin nie straciła tej dziecięcej przenikliwości, dlatego jest tak poruszająca.


Dodaj komentarz

Formy Zamętu. Kolory życia

Maciej Chwistek

Dziś dziadkowałem. Poszliśmy wieczorem na spacer. Było wietrznie i dość ponuro. Gdy zbieraliśmy się do powrotu nagle zaświeciło słońce. Las zrobił się czerwony, z głębokimi cieniami. Gaja się sprzeczała (3 latka) że to żółty. Zachęciłem je do przyglądania się pięknemu zjawisku. Nagle niebo zabarwiło się cudownie.

Byłem bez aparatu, bo przecież było ponuro. Popędziliśmy do domu, bo jednak kusiło, by sfotografować, a tu nie jest lekko, bo wszędzie drzewa zasłaniają.

Zostawiłem dzieci i pobiegłem sam. Kolory zmieniały się co chwilę. Panikowałem. Jedyne miejsce to z podwórza, bo na górce. Takiej czerwieni tuż nad drzewami chyba nigdy nie widziałem. Intensywna, a przy tym jakaś zakurzona, zamglona. Życie nabrało rumieńców.