Spółki Miejskie


1 komentarz

Perły przed wieprze. Wujaszek Wania

Marek Szarek

Wujaszek Wania – reż. Iwan Wyrypajew

W Warszawie – upały. Cesia schroniła się w górach, a ja z córką w teatrze. Zmęczeni teatralnymi eksperymentami, znudzeni awangardą, zbrzydzeni powszechnymi na warszawskich scenach: kopulacją, profanacją i golizną, tym razem postawiliśmy na klasykę. Niech Warlikowski warczy w Nowym, niech Jarzyna przeklina w TR, niech Zadara się stara – my wybraliśmy Czechowa.

W Teatrze Polskim rosyjski reżyser Iwan Wyrypajew wystawia Wujaszka Wanię, czyli sceny z życia ziemian – po bożemu i z dużym powodzeniem. Na sztukę wali publika w wieku 50+ czyli, jakby powiedział sprawozdawca sportowy – zawodnicy kategorii lekko-średniej i półciężkiej, a nawet superciężkiej, bowiem w trakcie spektaklu pod jedną panią pękło krzesło, a inna zasnęła.

Ja też spadłem z krzesła, kiedy na scenę weszła Karolina Gruszka, która grała Helenę, piękną żonę starego reumatyka i egoisty profesora Sierebriakowa (w tej roli doskonały Andrzej Seweryn). Helena, nie wiadomo dlaczego wierna jest mężowi, nudzi się na wsi, pali długie cigarety i czaruje mężczyzn. Gruszka w roli profesorowej jest, jak najpiękniejsza jabłoń w hesperyjskim sadzie. Nic dziwnego, że w sztuce Czechowa wszyscy chcą ją zerwać. Nieszczęśliwą miłością pała do niej tytułowy wujaszek Wania (melancholijno-histeryczny Zbigniew Chojnacki), pożąda jej Astrow – doktor- ekolog – dziwoląg (zabawny Maciej Stuhr), przyjaźnią darzy Helenę brzydka pasierbica Sonia (wzruszająca Marta Kurzak). A od niedzieli, w pięknej aktorce kocha się Szarek (nieudany biznesmen z Wólki Kosowskiej). Szarek snuje się po Psiej Górce, jak Mickiewicz w Alpach-Splugen, duma skąd wziąć pieniądze na następny spektakl i wspomina pamiętną frazę z Wujaszka Wani.

– „Przepadło moje życie! Mój talent, mój rozum, moje szczęście! Gdybym żył odważniej, mądrzej wyszedłbym może na Schopenchauera, Dostojewskiego! A teraz co? Postarzałem się, zbrzydłem. Po prawdzie – do kieliszka zaglądam!”

W tych słowach streszcza się cała akcja i sens sztuki wielkiego Rosjanina: nudne, przegrane życie bohaterów, kłopoty materialne, smutek prowincji, nieodwzajemniona miłość, wódka i bałałajka. Czechow, jakiego znamy i kochamy. Nie ma w spektaklu wiszącej na ścianie strzelby, ale jest pistolet, który w ostatnim akcie musi wypalić! Z jakim skutkiem? Tego Wam nie zdradzę, ale serdecznie radzę – Wybierzcie się na przedstawienie do Teatru Polskiego, zakochajcie w Karolinie Gruszce i nie spadnijcie z krzeseł, kiedy usłyszycie cenę za bilety!

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Myślenie i myślactwo

Katarzyna Urbanowicz

Wojciech Eichelberger

Wojciech Eichelberger w swoim artykule Myślenie a myślactwo – różnice napisał: „Myślenie to uporządkowany proces uruchamiany pytaniem czy wątpliwością, prowadzący do rozwiązania. Rozwiązanie kończy myślenie na dany temat. Myślactwo jest bezładną, samoistną, bezcelową gonitwą myśli. Można je porównać do spamu, który zawala nam skrzynkę mailową. Kradnie czas i energię, których i tak za mało mamy na sprawy naprawdę ważne.”

Przerażają mnie takie refleksje. Mam jeszcze w pamięci zarzuty moich rodziców (dziś oni też nazwaliby to myślactwem), że „myślisz o niebieskich migdałach”, co oznaczało bezproduktywne rozważania na tematy oderwane od codziennego życia i stałych obowiązków, jak odrabianie lekcji, przynoszenie węgla z piwnicy i wysłuchiwania bez sprzeciwów czy dyskusji tego, co mają do powiedzenia starsi na temat mojego wyglądu, wad charakteru i głupich pytań, jakie zadawałam. Wieki całe minęły od tamtego czasu, a mnie jest właśnie żal tych nieskrępowanych wypraw moich myśli w światy odległe od codzienności. Znacznie, znacznie później okazało się, że pewne spostrzeżenia, poczynione wówczas, gdy leżałam na tapczanie i gapiłam się w sufit, jak najbardziej przydają się w życiu codziennym: pomagają zreperować to i tamto w samochodzie Syrena, gdy brak części zamiennych, a samochód stanie na drodze; przydają się nawet do pisania prac z teorii ryzyka na wyższej uczelni, gdy nie zna się języka, aby przetłumaczyć teksty specjalistów, a na pewno do tłumaczenia się ze swoich działań urzędnikom i podejmowania polemik na FB.

Dziś chętnie powróciłabym do nieskrępowanego niczym myślactwa, cóż niestety, już nie potrafię bez szybkiego powrotu i korzenienia się w realiach, a oduczyli mnie ludzie tacy, jak moi rodzice i psycholog, Wojciech Eichelberger.

Trzonem ich rozumowania (nie zawsze wypowiedzianym) jest założenie, że wszystko musi przynosić pożytek i to bardzo doraźny. Z myślactwa, na bieżącą chwilę nie wynika nic pożytecznego, należy więc go zwalczać. Walczenie z gonitwą myśli może ułatwić na przykład medytacja i dlatego powszechnie jest polecana jako antidotum na wszystko, a w dodatku lek uspokajający umysł i ciało. Nie mam tu nic przeciwko medytacji, pokój z nią, ale nie uważam też gonitwy myśli za coś, co należy zwalczać (zwłaszcza, że nigdy nie udało mi się medytować. Takie to moje skrzywienie umysłowe, niestety).

Ja widzę tu pewną analogię do gospodarskiego lasu i puszczy, która się zapuszcza i rozpuszcza. Znany psycholog Wojciech Eichelberger, niczym obecny minister środowiska, nomen omen pan Szyszko (szyszka spadnie i już po niej), widzi same pożytki w tym zbiorze drzew i pętających się między nimi ożywionych organizmów rozmaitych gatunków, niektórych stosownych do odstrzału i przetworzenia, które należy zagospodarować; w świecie poza nim rośnie jednak w siłę stanowisko mówiące o wartościach naturalnych drzewostanów, a nawet potrafi ich przewagi wyliczyć i uzasadnić.

Skoro więc naturalnym stanem rozpuszczenia umysłu jest gonitwa myśli, należy jej się przyjrzeć i poszukać celowości w fakcie, że wieki tak, a nie inaczej nasz mózg i jego wytwory ukształtowały, a więc także bardziej dalekosiężne korzyści musiały płynąć z owej pogardzanej „gonitwy myśli”. Nie jestem psychologiem, ale odczuwam, że wiele dobrych pomysłów w różnych sprawach pojawia się właśnie znikąd, z takiej pozornie bezcelowej gonitwy myśli. Umysł nie lubi się nudzić; jeśli nie jest zajęty czymś bieżącym, zapuszcza się w rejony odległe i często „mimochodem” w snach lub na jawie naprowadza na konkretne rozwiązania. Jest na to wiele przykładów.

W dalszej części swego wywodu autor zachwyca się umysłem, który działa jak komputer, wydajny, szybki i niezawodny. Nie przychodzi mu to do głowy, że jeśli chodzi o szybkie liczenie i tak z nim nie wygramy. Zaś o inne sprawy… Tu kolejny cytat wg odnośnika z artykułu: „Porządek w głowie i porządek w życiu. Wyobraź sobie swoje życie jako wielką szafę. Przez lata zapełniła się wszystkim, co popadło. Urazy, przekonania, sukcesy i błędy, szczęśliwe chwile i niedobre wspomnienia, wartości, emocje, dobre i złe nawyki – wszystko to wymieszane trzymasz w swojej „szafie”. Latami gromadzisz coraz więcej i więcej. Coraz trudniej w tym bałaganie dostrzec to, co ważne, wartościowe, istotne.”

Ciąg dalszy to już reklama rozmaitych warsztatów dla kobiet za jedne 89 zł za 9 tygodni. A więc wiemy już, o co chodzi. To nie jest teoria dla teorii, a dla uzyskania konkretnych korzyści. Tylko tak się jakoś składa, że mężczyźni lubią pouczać kobiety, co dla nich dobre. Podświadomie dyktują im i wdrukowują pewne najświętsze prawdy, a wśród nich tę: Wiadomo, że prochu nie wymyślisz; postaraj się więc być gospodarną i miłą dla otoczenia, a zostaniesz nagrodzona spokojem i optymizmem, i rodzinie będzie z tobą lepiej.

Nie zgadzam się z tymi poglądami w ogóle i w szczegółach. Skąd ktoś ma wiedzę, że ja, albo jakiś dzieciak z nieważnej społecznie rodziny, nudząc się nie wpadnie na coś, co po latach zaowocuje teorią natury czasu, z tego tylko powodu, że tarcza zegara skojarzyła się mu z komarem, który na niej usiadł? Jeśli teoria dzieciaka nie przebije się do światowej myśli filozoficznej, to tylko wskutek działań polityków i takich psychopożalsię psychologów ekspertów, porównujących ludzki umysł do starej szafy mojej mamy albo maszyny liczącej (co z tego, że najnowszej generacji?).

Ja będę jednak nieprawomyślna i zawołam szyderczo: Precz z człowiekiem, skoro komputery wszystko robią lepiej! Jak najszybciej wytępić myślaków i nieporadne płody ich umysłów, jak książki, obrazy, muzyka, ulotne skojarzenia, myślowe ścieżki i takie tam badziewie! Zakazać myślactwa, wychować nowe pokolenia pozbawione takich myślaczych odchyłek! Jednakowoż, na co zwracam uwagę, także psychologia nie jest nauką ścisłą, więc precz z nią i z panem Wojciechem Eichelbergerem! Zastąpmy ją powszechną znajomością Tarota i astrologii — nic na tym naukowość wywodów nie ucierpi, a przetasują się polityczne wpływy. I myślaczo skończmy już ten temat! Za dużo czasu mu poświęciliśmy.

Wasza myślaczka


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Matka Courage i jej dzieci

Marek Szarek

Matka Courage i jej dzieci w reżyserii Michała Zadary

Prasa okrzyknęła Matkę Courage najgłośniejszym wydarzeniem teatralnym roku!

Zatem bez zwłoki, bez pojęcia i bez grosza, bo nawet wejściówki do Narodowego kosztują 40 zł – już drugiego dnia po premierze pognałem na spektakl.

Reżyser Michał Zadara usiłował reanimować przywiędły dramat Brechta za pomocą nowoczesnych efektów specjalnych, które nie robią wrażenia, nawet na tak niewydarzonym jak ja teatromaniaku z Wólki Kosowskiej. Znane są i powtarzane już od pół wieku, jak Polska długa i nudna!

Jest w spektaklu Zadary obowiązkowe kamerowanie i wyświetlanie na wielkim ekranie zawieszonym nad sceną zbliżeń twarzy aktorów, jest animowana makieta zniszczonego wojną miasta – może Damaszku, a może Warszawy w bliskiej przyszłości.

Reżyser poprzebierał aktorów grających XVII-wiecznych żołnierzy wojny 30-letniej w mundury współczesnych europejskich armii. Matka Courage (Stenka) jeździ po scenie starym mercedesem pod zmodyfikowaną polską flagą, której dodano znak krzyża, a Pastor (Zamachowski) rozpala grilla i rąbie drewno designerską siekierą jak w telereklamie Ikea.

Naczelne przesłanie sztuki mówiące, że wojna jest gorsza niż pokój i korzystają na niej tylko potężni szermierze, a biedni zawsze przegrywają, to wytarty banał i nie potrzeba żadnych scenicznych sztuczek, żeby widza do tej starej prawdy przekonać.

W spektaklu na szczególne uznanie zasługuje muzyka. Niektóre songi w aranżacji Jacka „Budynia” Szymkiewicza robią dobre wrażenie, ale nawet one nie są w stanie przełamać dramaturgicznych dłużyzn.

Sztuka trwa ponad 3 godziny i reżyser robi wszystko żebyśmy nie zasnęli w trakcie spektaklu: strzela do widzów z korkowców, trąbi przez megafony, dymi, wali w bębny, każe aktorom wchodzić na drabiny! Ale widzowi oczy kleją się do snu już pod koniec pierwszego aktu, a jedyne pozytywne wrażenia jakie wyniosłem z wizyty w Warszawskim Teatrze Narodowym pochodziły z bufetu, gdzie zażyczyliśmy sobie placek ze śliwkami i gin dla „Courażu”. Namawiałem Anię żebyśmy darowali sobie drugi akt i zostali przy ginie, ale u córki przeważyło poczucie obowiązku. Państwo natomiast po przeczytaniu mojej recenzji możecie bez wyrzutów sumienia zamiast spektaklu Brechta wybrać placek ze śliwkami!

PS: Specjalne podziękowania dla pewnej młodej damy, utalentowanej recenzentki teatralnej, której zawdzięczamy zaproszenia do teatru (nie wiem, czy nie pragnie pozostać anonimowa). Umożliwiła staremu sprzedawcy sztucznej biżuterii wejście do świata prawdziwej sztuki!