Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Dwie recenzjo-impresje

Sas

Portret Marianny Bocian autorstwa Zbigniewa Kresowatego

„Stacja Solidarność” – autorzy: Kamil Dworaczek, Tomasz Przedpełski, wydawnictwo IPN, W-wa 2018, s. 134

Czytając tę książkę uzmysławiam sobie sposoby władzy na powszechny sprzeciw mas robotniczych a konkretnie kolejarzy – głodówka we Wrocławiu i odpowiadam na pytanie: Kto tu kogo robi w konia? I jak? Uświadamiam sobie, że metody tzw. komunistycznej władzy zostały odziedziczone przez ich następców oraz doszlifowane w sensie skuteczności manipulacji tanią siłą roboczą w Polsce.

Akcja zdarzenia – rok 1980 a konkretnie 21 – 17 października.

Ostatnie zdanie z rozdziału pierwszego – trzonu publikacji brzmi: „Głodówka zbudowała poczucie wspólnoty wrocławian i była jednym z aktów założycielskich również wrocławskiej „Solidarności”. (s. 33)

ROBOTNICY  – postulaty
RZĄD – opór/negocjacje
ZYSK – czas

a) ustalenie realizacji większości postulatów rozciągnięte w czasie,
b) niezrealizowanie przez rząd części podpisanych postulatów po upływie (dość istotne) określonego w porozumieniu czasu, np. do postulatu 43 – „w sprawie praw i obowiązków pracowników kolejowych zostanie opracowany do 30 IV 1981 r. i przedstawiony do dyskusji MKP Kolejarzy NSZZ „Solidarność” oraz wszystkich załóg jednostek PKP.” (s. 124)

Wnioski:

Plusy dla rządu

Dzięki takiemu podpisaniu porozumienia rząd zyskuje wygaśnięcie fali energii robotników, bo drugi zryw i zorganizowanie się w powszechnym „nie” jest dużo trudniejszy, bo:

– rozczarowanie wobec wiarygodności rządu (psychika),
– częściowe zadowolenie, bo coś zostało zrealizowane (psychika i żołądek), – zmęczenie potencjalnych strajkujących niekomfortową sytuacją głodówki przy zachowaniu ciągłości funkcjonowania strategicznego dla państwa i jego zaborców transportu kolejowego na trasie ZSRR – NRD (psychika i żołądek).

Minusy (względne) dla rządu

– minusem dla zatrudnionych w rządzie jest utrwalenie wydarzeń w pamięci wielu jej uczestników i ich przekazywanie (prawda jest taka, że i pamięć można zasypać – np. postawić pomnik, nazwać szkołę czy plac jaki albo zasypać nowymi sensacjami, które z postulatami skutecznie się rozjeżdżają – ot taki chwyt zapisany przez Kamana: „Zapalasz radio – poranna wiadomość/ W Chile znowu jest całkiem źle”),
– minusem jest też przypływ nowych, wyniesionych energią protestu ludzi do struktur rządzących (od radnego po posła).

Jednak takich „nowych” można łatwo, banalnie łatwo zaślepić przepychem władzy, zakneblować poczuciem bezkarności, przemeblować stan umysłu poprzez uświadomienie posiadania danego stanowiska z uświadomieniem sobie, że przecież na takim stanowisku to już myśleć trzeba inaczej, w tzw. imieniu dobra państwowego jako tworu geopolitycznego.

Ostatecznie taki protest, jaki został opisany w tej książce rozbił, rozluźnił monopol na władzę określonych rodzin służących interesom wtedy jeszcze zaborcy. Dzięki mądrej walce bez walki prowadzonej pod przywództwem Włodzimierza Badełeka przy wsparciu prawnika Antoniego Lenkiewicza i głodującego z kolejarzami mimo braku zgody swoich szefów księdza Stanisława Orzechowskiego, prawdopodobnie wszyscy oligarchowie związani z PRLowskim rządem, musieli ruszyć dupy, podrapać się po głowie, by dla swoich potomków poszukać innych dobrych prac, co możemy obserwować, jeśli zdejmiemy te ciemne okulary wepchnięte nam na głowy przez trudną, ekonomiczną rzeczywistość.

Książkę polecam tylko tym, którzy chcą zrobić sobie wietrzenie mózgu a reszta niech żyje i na okazje w bankach lub sklepach czeka, pardon – na promocje. Hej!

Marianna Bocian i Jej „Ciągła odsłona” – ostatni tom, nad którym czuwała.

Jestem głęboko przekonany, że to, co możemy nazywać poezją, jest ukryte i nie potrafię opisowo przekonać Ciebie do mego uświadomienia. To się odczuwa, nie do końca wiedząc jak się do tego stanu pewności dochodzi, za to wiedząc jak to doświadczenie wywołane lekturą tekstów szybko mija, pozostawiając po sobie w pamięci tajemnicę i rozpływającą się drogę dochodzenia do niej. Ten, któremu uda się odsunąć czarne chmury rzeczywistości, może poezję zobaczyć. Właśnie próbuję odsłonić poezję obecną w ostatnim zbiorze wierszy śp. Marianny Bocian „ciągła odsłona”, który ukształtowała, ale go już nie zobaczyła…

„Wierna wróżko/ Będziemy razem…”- tak Henryk Skolimowski zwraca się do poetki w wierszu jej dedykowanym. Czytam go na IV stronie okładki tomu wydanego we Wrocławiu w 2003 roku.

Z wyznania Wacława Grabkowskiego, który opracowywał typograficznie i składał jej książkę wynika, że zaczął i naniósł swą ostatnią korektę 4 kwietnia 2003 roku, a 5 kwietnia o 16:00 otrzymał telefon od siostry Poetki z wiadomością, że Marianna Bocian umarła. Zapis, o którym mowa, zrobił dzień później, pewnie pojechał na pogrzeb w Czemiernikach, choć o tym już nie wspomina.

„W człowieku żyje coś, co nie tylko z Ziemi pochodzi. (…)
Nie spieszmy się! – Jeszcze mi zagraj
na harfie słońca pieśń wzrastającego lasu,
odsłaniającą świetlisty wdzięk i urodę ziemskiego bytowania,
na ziemi mojego gniazdowiska – Podlasia. (…)”
(fragment ostatniego w książce wiersza bez tytułu).

Na wykładzie Skolimowskiego ukazującego powiązania nauki z prawami natury, byłem w Kłodzku wiele lat temu. Zostało mi w pamięci kilka spraw. W zrozumiałym języku filozof-poeta wskazywał, że umysł ludzki stanowi część logicznego świata przyrody i przekonywał mnie do tego, że obecnie nauki tak bardzo zdominowały poznanie, że w Naturze szukać należy na nowo siły organizującej nasze życie i tego, co widzimy, czyli kosmosu. Poetka też była obecna na tym spotkaniu z nieodłączną, w sumie ekscentryczną po dziś dzień, długą cygarniczką.

Skończyła technikum młynarskie w Krajence na północy kraju, za Piłą, we Wrocławiu studiowała filologię polską i filozofię. Tak więc mogę zaryzykować – zamiłowanie do przewijających się przez jej wiersze motywów chleba i „z-boża” czy rolnika – oracza, ugruntowywała od wczesnych lat samodzielnego myślenia. Jednak nie była typem człowieka czynu, raczej typem opisywacza tak ważnych dla Ziemi, podstawowych w sensie egzystencjalnym i kulturowym prac, chociaż nie jest to ścisła impresja, bowiem na pamiętnym wieczorze 8 grudnia 2019 roku w KMiL we Wrocławiu usłyszałem, że jeździła na żniwa, pracowała, ścierając skórę rąk razem ze świadczącym o tym i jeszcze żyjącym człowiekiem.

Tak więc nie była odbitką typu Orzeszkowej, która z bryczki czy w jakiś inny sposób obserwowała pracę na roli i tak wieloma epitetami, pięknymi zresztą, tę pracę okraszała. Bywało więc, że się trudziła, kłaniając się Ziemi w pas – raz po raz.

Nie była też typem naukowca-poety, jak wspomniany Skolimowski, który w Kłodzku wygłosił tezę: poezja jest po filozofii najbliżej prawdy. Nie stosowała terminologii często odpychającej czytelników wierszy.

Jako Poetka czuła lub wiedziała, że „(…) najważniejszą rzeczą jest właściwe użycie metafory. Tego jednak nie można się od nikogo nauczyć, gdyż jest to sprawa wrodzonego talentu.” (Arystoteles, „Poetyka”). Zatrzymała się więc na uniwersalnych naskórkach przedstawianych myśli, wiedząc (prawdopodobnie), że jej wiersze, jak u Kochanowskiego, są mini – traktatami poetyckimi, takimi subiektywnymi zapisami człowieka prostego, który widzi, wie, że widzi i dzieli się tym z odbiorcą.

Poetka stosowała niemodne dzisiaj i za jej tak niedawnych czasów wyważenie między jasnością stylu języka poetyckiego a jego odpychającą komplikacją, daleką od mowy potocznej. A mnie nie o modę idzie, która spycha nierzadko dobre lecz „przerośnięte w wydziwianiu” wiersze do muzealnego podziemia, tylko o Poezję twórczyni z nazwiskiem ptaka, zrośniętej z polską kulturą wyśmiewaną obecnie przez popularne elukubracje wierszowe.

Poetka związana z tradycją, swoją świadomością i talentem układania słów, wychodzi poza jej ramy uwspółcześniając starą prawdę o ścisłym związku człowieka i innych cudów życia z Naturą. Jej twórczość nie jest przykładem bezpiecznej, a więc propagowanej poezji natchnionej oderwaniem od świata nieliterackiego. Jest tu taki wiersz „Nowoczesny kanibalizm”, w którym bohaterami są postacie zajmujące się organizacją polowań, urzędnicy związani z dworem – „łowczy”.

„Łowczy zachęcają młodzież do narkotycznych podniet
prostytucję nazywając wolnością seksualną
dostarczając pigułek sterylizujących
dyskoteki powoli mają zastąpić kościół
niepodległość, ojczyznę wpisano w przeżytek historyczny
wszyscy są skazani na nowoczesność życia w elektronicznym lagrze…”

Wiersz zaczyna się przejmującym mottem – z listu Engelsa do Marksa o Polsce – nie zacytuję.

W Poezji Marianny Bocian nie ma polityki, chyba że, jak mówił Napoleon do Goethego, wszystko jest polityką. Ten przejmujący niepokojem wiersz jest dla mnie nie tylko komentarzem do lat, w których żyła autorka i do lat, w których piszę te słowa, ale jest też obrazem poezji ściskającej się z życiem, poezji złej dla rządzących urzędników, poezji trwogi i marnych losów dla „piszącej wbrew” autorki.

„Znicestwić żadnego narodu nikt nie podoła bez współdziałania obywateli tegoż narodu, I to nie bez współdziałania przypadkowego, częściowego, nominalnego, ale bez współdziałania starannego.” C. K. Norwid.

Tym mottem do wiersza umieszczonego na stronie 63 zaznaczam inny temat tomu o nazwie Cyprian Kamil Norwid. Poetka stanęła po stronie Norwida, który przedstawia choćby w słynnym wierszu „W Weronie” swoje stanowisko dotyczące siłowania się dwóch racji. Racji zapominanego języka natury i racji „uczonej”, wygłaszanej przez ludzi ciemnym językiem martwych prawd praktycznych.

Norwid jej Poezji towarzyszy nie tylko w ostatnim tomie. I nie wyłącznie jako inspiracja, aluzja a przede wszystkim jako człowiek szanujący dorobek niescjentystycznych prób zamknięcia w wierszach całego świata, który wie, że prawa naukowe nie mogą „obliczyć” i wytłumaczyć wpływu dziedzictwa natury na człowieka –

„A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I – że nikt na nie nie czeka! „
(„W Weronie”, C.K. Norwid)

A teraz Bocian:

„życie istoty Jednokomórkowej odsłania przed nami
naszą kurczącą się o nas samych wiedzę, choć coraz bardziej
jesteśmy tresowani w wykształceniu
– i może o to właśnie
mniej ludzcy w poznawaniu – intelektem zbłąkani!”
(„to możliwe”, str. 62)

Marianna Bocian wysyła wyraźne sygnały odrzucenia bezwiednego podporządkowywania się nowoczesności, przekonuje, że należy żyć inaczej, by bezkrytycznie nie akceptować każdego nowego „ułatwienia”, propagowanego przez symbolicznych „łowczych”.

I jeszcze jedno je wyróżnia – optymizm! W Jej Poezji jest groza, jest krzyk w imieniu istot, których człowiek nie słyszy i jest niewiarygodna wiara, że ten pojedynek zwycięży „światło Życia” – amen.

„nie zachodzi potrzeba drwienia z tej ludzkiej bezsilności
bo to ona coś z Tajemnicy w człowieku odsłania
by nie lękał się samego siebie w świetle Życia
które w rozwoju może okazać się tak jeszcze zupełnie inne
od naszych wyobrażeń i gromadzonej wiedzy
ta inność
już teraz jest dobrze przeczuwana”
(z wiersza „fakt”, s. 13).

Marianna Bocian, ciągła odsłona, AKWEDUKT, Wrocław 2003, str. 106

Marianna Bocian umarła 5 kwietnia 2003 roku w Radzyniu Podlaskim. Pochowana na Cmentarzu parafialnym w Czemiernikach.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Eustachy Rylski

Katarzyna Urbanowicz

Eustachy Rylski

Zawsze sądziłam, iż polskim pisarzem, zasługującym na Nobla (nawet bardziej niż Tokarczuk) jest Eustachy Rylski, do czasu, dopóki ktoś nie powiedział mi: „A kto w ogóle o nim słyszał?”

Faktycznie, ja też usłyszałam lata temu przez przypadek i przez przypadek przeczytałam jego pierwszą książkę „Stankiewicz. Powrót” – składankę z dwóch króciutkich powieści, która wrzuciła mnie, starzejącą się kobietę, matkę, borykającą się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku z kolejkami po kartkowe mięso, którego zawsze było dla rodziny za mało, z wymaganiami zaocznych studiów i nieco już zleżałym intelektem, z własnym ciałem, odmawiającym posłuszeństwa w najbardziej newralgicznych momentach i innymi problemami dnia codziennego.

Któż pomyślałby, że mogą porwać mnie wewnętrzne rozterki syna carskiego oficera z tożsamością, zdradą rodzinnych ideałów i życiowym powołaniem? Ojczyznę to ja miałam wówczas gdzieś, walczyłam o przetrwanie i tyle.

Miałkość ludzi, którzy wówczas mnie otaczali i za najważniejsze zadanie życiowe uważali wyjście na szersze wody z własnym nieudacznictwem w komplecie, odstręczała mnie od idealizmu. Nie przeczuwałam wówczas, że rewolucje robią nie wspaniałe i szlachetne jednostki (które tylko trafiają się tu i ówdzie), ale dekownicy, węszący okazje, przekręciarze i ci, którym paliła się ziemia pod nogami lub których głupio ciągnęło na krawędzie zguby.

Cała ta burza Solidarności w zetknięciu z powszechnym marazmem i czymś, co nazywano ładnie „emigracją wewnętrzną” nałożyła się na osobiste, niemiłe doświadczenia kobiety czterdziestoletniej, która traci siły i napęd do życia stając się przezroczystą nie tylko dla przechodniów, ale i dla bliskich. Z wyjątkiem tych, którzy wskazali mi gałąź na pobliskiej topoli, gdzie zawisnę, bowiem odkryłam ich złodziejstwo, a w przeciwieństwie do nich nie dysponowałam siłą solidarnych towarzyszy. Powieści mini ER dawały mi oddech, perspektywę dziejów, w których mogłam zanurzyć się porzucając doraźność, bieżączkę i problemy bytowe.

W ciągu ostatnich lat przeczytałam jeszcze jedną powieść ER „Warunek” i dziwiłam się, że tak bardzo jest cicho o polskim pisarzu, w moim przekonaniu najlepszym z żyjących. Uznałam więc, iż jest pisarzem zbyt skomplikowanym, żeby zwykły zjadacz chleba mógł go poznać, smakować i zrozumieć. Gdybym miała przyznawać nagrodę Nobla, wahałabym się między Olgą Tokarczuk a nim.

Za Olgą Tokarczuk przemawiałaby rozległość poruszanej tematyki, odmienność poszczególnych dzieł, bliskie mi kobiece spojrzenie na historię, za Eustachym Rylskim wysiłek, jaki należy włożyć w lekturę, żeby zrozumieć to, co celowo jest niedopowiedziane i co jest odmienne od mojego toku myślenia, a więc ma dla mnie walory kształcące.

Właśnie skończyłam lekturę ostatniej powieści Eustachego Rylskiego „Blask”, która we wnikliwej recenzji Gazety Wyborczej uznana została za nieudaną.

Moje zainteresowanie nią było tym większe, że fascynują mnie i namiętnie staram się poznać przedsięwzięcia nieudane, odnaleźć w nich ten moment, gdy szala przechyliła się na ich drugą, ciemną i przegraną stronę.

Napiszę wyraźnie – mnie przeszkadza odnoszenie się do aktualnej sytuacji kraju, chwilami skażone pewną niewiedzą, którą miał autor w początkach „dobrej zmiany”, niezręcznym kamuflażem i oczywiście uproszczenia, niemożliwe do uniknięcia przy takim spojrzeniu. A także unikanie zbyt czytelnych analogii, zasłanianie się nieszczerym, że to nie tu i nie teraz. W przywołanej recenzji ostateczna diagnoza brzmi:

„Kłopot z nową powieścią Rylskiego polega na tym, że przybrała kształt placka z rodzynkami. Wyobrażam sobie, że te ostatnie będą zawzięcie wydłubywane i konsumowane. Jak na przykład dialog o głowie państwa. Otóż jedna z postaci zauważa, że nie można powołać nowego prezydenta, bo przecież to stanowisko jest już obsadzone. W odpowiedzi słyszy: „Niech pan nie żartuje. Chodzi o kogoś, kto z powierzonej funkcji coś by rozumiał”

Dla mnie kłopotem jest coś innego. W recenzji upraszcza się sprawę odejścia dyktatora, stwierdzając, że umarł, ale śmierć jego nie została ogłoszona. W istocie w „Blasku” on nie umarł, tylko jego obecność rozrzedziła się – cokolwiek rozumieć pod tym pojęciem. Tej wieloznaczności brakuje pisarzowi, gdy przytacza rozmaite wydarzenia – mające źródło w wydarzeniach rzeczywistych lub nie, a zwłaszcza w diagnozach stawianych przez polityków. Moim zdaniem autor zaplątał się w ich sieć, zapominając, że czasami należy iść w opozycji do eksponowanych, zbyt wygodnych poglądów i wytłumaczeń.

O pisarzu można poczytać tu: Eustachy Rylski

Są jednakże dzieła nieudane, których nieudanie zawiera wiele ważnych spostrzeżeń. Dlatego też przystąpiłam do lektury pewnej bardzo nieudanej mojej pierwszej powieści, która ostała się w bibułkowej kopii maszynopisu… Kto jeszcze pamięta te niebieskie kalki ołówkowe i czarne maszynowe, wyliczane w biurach co do sztuki w stanie wojennym? Ilu kandydatów na pisarzy musiało je podkradać lub przymilać się do sekretarek? Ile niedocenianych utworów przepadło z powodu zblaknięcia po latach?

Zmęczona nieudacznikami wracam do innych lektur. Ostatnio w ramach poznawania noblistów zaczęłam czytać dzieła noblisty z 2017 roku – Kazuo Ishiguro, a właściwie czwartą jego książkę: „Niepocieszony”.

Jestem rozczarowana i niepocieszona. Poetyka sennego koszmaru nie jest niczym nowym w literaturze, nie po raz pierwszy bohater nie wie gdzie jest, nie wie po co przyjechał i czego od niego oczekuje otoczenie, w dodatku nieznane osoby okazują się jego bliskimi: partnerką, dzieckiem, ojcem partnerki itp. Powieść jest niesłychanie nudna, przegadana, jak wszystkie spotkane przez bohatera osoby dyskutujące, a właściwie przeżuwające jakieś strzępy głupawych spostrzeżeń. Mnie nasuwa skojarzenia z pamiętnikiem zakochanej nastolatki obserwującej każde poruszenie, wygląd i słowo chłopaka. Po kilku stronach taki tekst już niczego nowego nie wnosi do naszej wiedzy o świecie, w którym ma miejsce akcja i do wniosków wysnuwanych przez autora. Przeczytałam 305 stron i załamałam się – przede mną jeszcze 253, nie wiem czy podołam. Zawsze preferowałam oszczędność słowa i drażni mnie nadmierna gadatliwość.

Pocieszam się, że nieudana powieść Rylskiego więcej wnosi do mojej wiedzy o świecie, niż nieudana powieść uznanego noblisty.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Esej o starości

Katarzyna Urbanowicz

Saul Steinberg, 1943

Czytam Przybylskiego „Baśń zimową – esej o starości”. Temat jest bolesny, więc kilka razy zaczynałam i przerywałam. Chwilami nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć, co przeżywali znakomici pisarze tuż przed śmiercią.

Przybylski dość dużo pisze o moim ukochanym Eliocie, jednak zajmuje się zupełnie innymi jego fragmentami niż trafiały do mnie, a więc odczytuje inne znaczenia, a „szczurza aleja gdzie umarli pogubili swoje kości” nie zwróciła jego uwagi na tyle, aby ją skomentować (jak zresztą i inne bliskie mi fragmenty wraz ze słynnym stwierdzeniem, że „przemierzyłem swe życie łyżeczką od kawy” oraz tańcem wokół kolczastego kłęba). Mój ukochany Eliot, a właściwie jego „Gerontion” został rozebrany na części pierwsze i odarty z moich interpretacji.

Odkryłam, że ja, mając dwadzieścia lat, zrozumiałam Eliota (35-letniego) nieco inaczej niż Przybylski, płyciej i bardziej prymitywnie, ale inaczej i to rozumienie przetrwało do dziś. Ktoś odebrał mi mojego Eliota, lepiej go zrozumiał, pogrążając mnie w kolejnej otchłani wstydu.

Zawsze uważałam, że w poemacie tym Eliot dokonując syntezy życia staruszka robi to z pozycji młodego człowieka siedzącego w starczym ciele. Informacja, że miał 35 lat, gdy pisał ten poemat znakomicie pasuje do moich interpretacji. Nigdy nie uważałam, że doskonale wczuwa się w rolę starca, sądziłam raczej że podsumowuje pewien etap życia młodego człowieka usiłując odkryć, co zostanie z niego na starość. Świadczyła o tym, moim zdaniem pewnego rodzaju żywość myśli i skojarzeń, daleko od starczego mamlania problemów.

Cóż, Przybylski rozbiera inne fragmenty, analizuje je, a nie próbuje intuicyjnie odkryć ich sens, jak ja to zawsze czyniłam. Najpierw było intuicyjne poznanie sensu, potem analiza.

Czytając o umierających starcach i literackich produktach ich umierania, odnajduję coś z własnych tęsknot i przeżyć, choć może nie tak gwałtownych.

Ja czuję się, jakby parę lat temu ktoś przetworzył mi kręgosłup, z człowieczego, charakteryzującego się wyprostowaną postawą, w pokrętny, właściwy płazom albo gadom. Od tej pory nie chodzę, a pełzam po ziemi, szukając ratunku, zrozumienia i pomocy.

Znajduję miłych, codziennych ludzi i już na szczęście nie mam do czynienia z tym skoncentrowanym złem, jakie napiętnowało moje ostatnie lata zawodowej aktywności. Ale nie pragnę, tak jak wówczas, spokoju, odpoczynku i luzu. Pragnę smaku życia.

Chcę, żeby truskawka smakowała jak dawniej, a piękna muzyka nie powodowała bolesnego, nadprogramowego skurczu serca. Chcę, żeby moje sny były piękne i dawały mi ulgę, a nie przynosiły kolejne koszmary. Nie chcę w nich liczyć, usiłować załatwić jakąś sprawę, szukać błędów w sprawozdaniach, borykać się z dylematami moralnymi. Nie chcę uzależniać się od Boga. Nie chcę gorączkowo się modlić, wypowiadając modlitwy jak zaklęcia, odsuwające na bok czarną chwilę, nie chcę bić się w piersi powtarzając „moja wina, moja wina”. Nie chcę bólu ani fizycznego ani moralnego (z tym pierwszym trudniej).

Zostawiłam więc „Baśń zimową” swojemu losowi (może do zimy) i wzięłam się za lekturę łatwą, aby wśród zabójstw, pościgów i wybuchających pułapek znaleźć ów powiew optymizmu, że „nic nie jest naprawdę”.

Czytam więc powieść, podobno rozrywkową: „Miała na sobie jasnoniebieski kostium od Walentina z rosyjską sobolową etolą owiniętą wokół szyi i pumpy od Maud Frizon. W ręku trzymała marynarską torebkę ozdobioną błyszczącym inicjałem firmy Hermes: H” Facet patrzący na nią od innego stolika rozmyślał w równie modnym stylu: „Sprawiedliwość jest w moich rękach, rzekł pan, a ja jestem mieczem sprawiedliwości, narzędziem jego zemsty. Moje życie to nieustanna pokuta… itp., itd.”

Czy nie sądzicie, że żyjemy w czasie absolutnego braku wolności? Jesteśmy tylko stojakami dla ubrań, przeżyć, poglądów – a wszystkie firmowane są cudzymi nazwiskami. Połowa z nich zresztą mnie osobiście nic nie mówi. Wszystkie razem zaś stanowią zawartość zsypu – tu szmatka, tam kawałek Biblii. Zmieniam lekturę.

Czytam sobotnie „Wysokie obcasy”, a właściwie przeglądam dział o architekturze wnętrz: Beżowy salon. Nad kanapą Swing firmy Dema… (co to jest „Swing” pisany przez duże S? Nie jest to obraz, choć ewentualnie mógłby być, bo to coś w rodzaju deski z przenikającymi się beżami) Fotel Be Bop. Półki na książki firmy Poliform… itp. Na półce na książki nie ma książek za to leżą kamienie.

Jak mieszkać w takim mieszkaniu? Co może myśleć ktoś, kto zajmuje siedemdziesiąt pięć metrów powierzchni bez jednego osobistego akcentu, książki zastępują kamienie, patera zawiera owoce nie do jedzenia, w kuchni nie ma ani jednego garnka. Obraz nazywa się be bop lub swing i sporządzony jest (bo przecież nie namalowany) pod kolor obicia kanapy.

W moim domu na działce wisi taki obraz. Namalowany w 1922 roku przez malarza znanego i cenionego dziś na aukcjach, zaprzyjaźnionego z rodzicami drugiej żony mojego ojca, podarowany im jeszcze przed wojną. Przetrwał wojenną zawieruchę i zawisł dumnie nad granatową, peerelowską wersalką „zdobytą” przez tę panią kosztem wielu wyrzeczeń i dzięki jej znajomościom.

Sęk w tym, że obraz (moim skromnym zdaniem) przedstawiał rozmytą i artystycznie przetworzoną postać kobiety w ludowym stroju. Niestety, zdaniem drugiej żony mojego ojca obraz powieszony nad granatową wersalką powinien mieć coś z granatu w feerii zastosowanych kolorów, a skoro nie miał (dominował zielony i czerwony), powinien przynajmniej kompozycją dostosować się do owego peerelowskiego mebla. Jakie było z tego wyjście? Proste! Powiesić obraz wzdłuż boku, a nie wszerz. Wyszło więc na to, że kobieta w ludowym pasiaku nie stała, a leżała nad osobami śpiącymi na wersalce, co było pretekstem do cichych żartów z gospodarzy. Jednak gospodyni nie przejmowała się nimi, bowiem nad jej wersalką nie wisiało ślubne podkolorowane zdjęcie, jak w „niższych sferach”, a prawdziwy obraz prawdziwego znanego malarza.

U mnie na działce kobieta też wisi „na leżąco” podtrzymując tradycję, ponieważ nie chciało mi się zmieniać zaczepu w starej ramie. Tyle, że nie wisi nad wersalką, a nad kuchennym blatem. Znajomi uważają, że przedstawia pęczek włoszczyzny.

Czym jest więc sztuka? Oszustwem, czy ukojeniem?