Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Esej o starości

Katarzyna Urbanowicz

Saul Steinberg, 1943

Czytam Przybylskiego „Baśń zimową – esej o starości”. Temat jest bolesny, więc kilka razy zaczynałam i przerywałam. Chwilami nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć, co przeżywali znakomici pisarze tuż przed śmiercią.

Przybylski dość dużo pisze o moim ukochanym Eliocie, jednak zajmuje się zupełnie innymi jego fragmentami niż trafiały do mnie, a więc odczytuje inne znaczenia, a „szczurza aleja gdzie umarli pogubili swoje kości” nie zwróciła jego uwagi na tyle, aby ją skomentować (jak zresztą i inne bliskie mi fragmenty wraz ze słynnym stwierdzeniem, że „przemierzyłem swe życie łyżeczką od kawy” oraz tańcem wokół kolczastego kłęba). Mój ukochany Eliot, a właściwie jego „Gerontion” został rozebrany na części pierwsze i odarty z moich interpretacji.

Odkryłam, że ja, mając dwadzieścia lat, zrozumiałam Eliota (35-letniego) nieco inaczej niż Przybylski, płyciej i bardziej prymitywnie, ale inaczej i to rozumienie przetrwało do dziś. Ktoś odebrał mi mojego Eliota, lepiej go zrozumiał, pogrążając mnie w kolejnej otchłani wstydu.

Zawsze uważałam, że w poemacie tym Eliot dokonując syntezy życia staruszka robi to z pozycji młodego człowieka siedzącego w starczym ciele. Informacja, że miał 35 lat, gdy pisał ten poemat znakomicie pasuje do moich interpretacji. Nigdy nie uważałam, że doskonale wczuwa się w rolę starca, sądziłam raczej że podsumowuje pewien etap życia młodego człowieka usiłując odkryć, co zostanie z niego na starość. Świadczyła o tym, moim zdaniem pewnego rodzaju żywość myśli i skojarzeń, daleko od starczego mamlania problemów.

Cóż, Przybylski rozbiera inne fragmenty, analizuje je, a nie próbuje intuicyjnie odkryć ich sens, jak ja to zawsze czyniłam. Najpierw było intuicyjne poznanie sensu, potem analiza.

Czytając o umierających starcach i literackich produktach ich umierania, odnajduję coś z własnych tęsknot i przeżyć, choć może nie tak gwałtownych.

Ja czuję się, jakby parę lat temu ktoś przetworzył mi kręgosłup, z człowieczego, charakteryzującego się wyprostowaną postawą, w pokrętny, właściwy płazom albo gadom. Od tej pory nie chodzę, a pełzam po ziemi, szukając ratunku, zrozumienia i pomocy.

Znajduję miłych, codziennych ludzi i już na szczęście nie mam do czynienia z tym skoncentrowanym złem, jakie napiętnowało moje ostatnie lata zawodowej aktywności. Ale nie pragnę, tak jak wówczas, spokoju, odpoczynku i luzu. Pragnę smaku życia.

Chcę, żeby truskawka smakowała jak dawniej, a piękna muzyka nie powodowała bolesnego, nadprogramowego skurczu serca. Chcę, żeby moje sny były piękne i dawały mi ulgę, a nie przynosiły kolejne koszmary. Nie chcę w nich liczyć, usiłować załatwić jakąś sprawę, szukać błędów w sprawozdaniach, borykać się z dylematami moralnymi. Nie chcę uzależniać się od Boga. Nie chcę gorączkowo się modlić, wypowiadając modlitwy jak zaklęcia, odsuwające na bok czarną chwilę, nie chcę bić się w piersi powtarzając „moja wina, moja wina”. Nie chcę bólu ani fizycznego ani moralnego (z tym pierwszym trudniej).

Zostawiłam więc „Baśń zimową” swojemu losowi (może do zimy) i wzięłam się za lekturę łatwą, aby wśród zabójstw, pościgów i wybuchających pułapek znaleźć ów powiew optymizmu, że „nic nie jest naprawdę”.

Czytam więc powieść, podobno rozrywkową: „Miała na sobie jasnoniebieski kostium od Walentina z rosyjską sobolową etolą owiniętą wokół szyi i pumpy od Maud Frizon. W ręku trzymała marynarską torebkę ozdobioną błyszczącym inicjałem firmy Hermes: H” Facet patrzący na nią od innego stolika rozmyślał w równie modnym stylu: „Sprawiedliwość jest w moich rękach, rzekł pan, a ja jestem mieczem sprawiedliwości, narzędziem jego zemsty. Moje życie to nieustanna pokuta… itp., itd.”

Czy nie sądzicie, że żyjemy w czasie absolutnego braku wolności? Jesteśmy tylko stojakami dla ubrań, przeżyć, poglądów – a wszystkie firmowane są cudzymi nazwiskami. Połowa z nich zresztą mnie osobiście nic nie mówi. Wszystkie razem zaś stanowią zawartość zsypu – tu szmatka, tam kawałek Biblii. Zmieniam lekturę.

Czytam sobotnie „Wysokie obcasy”, a właściwie przeglądam dział o architekturze wnętrz: Beżowy salon. Nad kanapą Swing firmy Dema… (co to jest „Swing” pisany przez duże S? Nie jest to obraz, choć ewentualnie mógłby być, bo to coś w rodzaju deski z przenikającymi się beżami) Fotel Be Bop. Półki na książki firmy Poliform… itp. Na półce na książki nie ma książek za to leżą kamienie.

Jak mieszkać w takim mieszkaniu? Co może myśleć ktoś, kto zajmuje siedemdziesiąt pięć metrów powierzchni bez jednego osobistego akcentu, książki zastępują kamienie, patera zawiera owoce nie do jedzenia, w kuchni nie ma ani jednego garnka. Obraz nazywa się be bop lub swing i sporządzony jest (bo przecież nie namalowany) pod kolor obicia kanapy.

W moim domu na działce wisi taki obraz. Namalowany w 1922 roku przez malarza znanego i cenionego dziś na aukcjach, zaprzyjaźnionego z rodzicami drugiej żony mojego ojca, podarowany im jeszcze przed wojną. Przetrwał wojenną zawieruchę i zawisł dumnie nad granatową, peerelowską wersalką „zdobytą” przez tę panią kosztem wielu wyrzeczeń i dzięki jej znajomościom.

Sęk w tym, że obraz (moim skromnym zdaniem) przedstawiał rozmytą i artystycznie przetworzoną postać kobiety w ludowym stroju. Niestety, zdaniem drugiej żony mojego ojca obraz powieszony nad granatową wersalką powinien mieć coś z granatu w feerii zastosowanych kolorów, a skoro nie miał (dominował zielony i czerwony), powinien przynajmniej kompozycją dostosować się do owego peerelowskiego mebla. Jakie było z tego wyjście? Proste! Powiesić obraz wzdłuż boku, a nie wszerz. Wyszło więc na to, że kobieta w ludowym pasiaku nie stała, a leżała nad osobami śpiącymi na wersalce, co było pretekstem do cichych żartów z gospodarzy. Jednak gospodyni nie przejmowała się nimi, bowiem nad jej wersalką nie wisiało ślubne podkolorowane zdjęcie, jak w „niższych sferach”, a prawdziwy obraz prawdziwego znanego malarza.

U mnie na działce kobieta też wisi „na leżąco” podtrzymując tradycję, ponieważ nie chciało mi się zmieniać zaczepu w starej ramie. Tyle, że nie wisi nad wersalką, a nad kuchennym blatem. Znajomi uważają, że przedstawia pęczek włoszczyzny.

Czym jest więc sztuka? Oszustwem, czy ukojeniem?


Dodaj komentarz

Proste historie. Turbopatriotyzm i jego krytycy

Jarosław Kapsa

Marcin Napiórkowski – Turbopatriotyzm (fragment książki)

Bez względu na to, co niżej będę pisał, uważam tę książkę za niezwykle ważny głos w dyskusji o społeczeństwie polskim. Jest ona bardzo dobra, zwłaszcza w kategorii określonej przez Bohumila Hrabala: „porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku.” To jest wartość, w odróżnieniu od dzieł słusznych, przetrawianych bez przerywania snu.

Autor nie udaje neutralnego, pisze o sobie jako o zwolenniku postępu, marzącego o Polsce otwartej, europejskiej, ze zgrozą obserwującego zagrożenie „zaściankowością” i „faszyzmem”. Turbopatriotyzm widzi w szerszym kontekście kontrrewolucji przeszłości. „Za sukcesem prawicy stoi nie tylko geniusz retoryczny Jarosława Kaczyńskiego, nie tylko siła oddziaływania nostalgicznych mitów, lecz także niezgrabność, z jaką przez lata próbowaliśmy wcisnąć każdemu po kawałku czekoladowego orła. (…) Jeżeli się nie mylę, jeżeli kult narodowej przeszłości naprawdę zrodził się z rozczarowania polityką postępu, to sensowną próbę powrotu na kurs ku przyszłości trzeba rozpoznać od rzetelnego zrozumienia turbopatriotyzmu” – sumuje swoje rozważania Napiórkowski.

Próba zrozumienia zaczyna się od opisu: mamy w książce obraz turbopatriotyzmu jako swoistego domu wariatów, gdzie personel lekarski jest w większym stopniu stuknięty od leczonych. Może i tak jest. Ale wyczuwa się w tym żałosne kwilenie: przecież jesteśmy mądrzejsi i ładniejsi, czemu więc to oni są zwycięzcami i rżną królową balu.

Rzeczywiście osoby uważające się za lewicowe i postępowe mają dziś w Polsce (i nie tylko) powód do turbotraumy. Symbolem postępu jest pochód, w którym „kapłani wiedzy” prowadzą za sobą rozentuzjazmowane tłumy młodych, pięknych zapaleńców. Tymczasem młodzież wybrała sobie innych liderów, przebrała się w „mundurki faszystowskie” i szuka znaków w przeszłości. Pod sztandarami lewicy i postępu gromadzi się już tylko sfrustrowane grono starzejących się „jajogłowych”. Zatem takie zmiany bolą.

Obiektywne dowodzenie swojej mądrości jest w tym wypadku rzeczą ułomną. Patriotyzm jest formą uczucia, czymś podobnym do miłości scalającej formalne więzi rodziny. Intuicyjnie przyjmujemy miłość jako coś pozytywnego, ale też nie próbujemy określać formy tego uczucia. Trudno nam nawet zdefiniować i narzuć jeden „obowiązujący” model rodziny, a cóż dopiero w ten model wpisywać procedury wyrażania wzajemnych uczuć. Nie ma mądrych uczących jak kochać, można jedynie wskazywać czym się miłość różni od nienawiści.

Trafnie niegdyś odróżniano patriotyzm od nacjonalizmu: patriotyzm to miłość do własnej Ojczyzny, nacjonalizm to nienawiść do cudzych Ojczyzn. Przenosząc to na sferę uczuć indywidualnych wyobraźmy sobie reakcję małżonki na słowa: tak ciebie kocham, że nienawidzę wszystkich innych kobiet. Pewnie żona po takich słowach uzna, że sypia z kłamcą lub zboczeńcem. Tak czy owak, uczucia to temat tak delikatny i indywidualny, że nietaktem byłoby natrętną ingerencją narzucać jeden „słuszny model”.

Nie oznacza to braku ingerencji; „od zawsze” społeczeństwa starały się wpływać na kształt uczuć łączących rodzinę, wiedząc, że ta „komórka” społeczna jest niezbędnym fundamentem każdej wspólnotowości. A skąd wiedziały? Gdybyśmy tylko planowali „lepszą przyszłość”, nie przyjmując się doświadczeniami przeszłości, wartość rodziny mogłaby stać się dyskusyjną. Wszak dziecko lepiej wychować może wykwalifikowany pedagog pod nadzorem światłego urzędnika; podobnie ten światły urzędnik dysponując specjalistami lepiej zaopiekuje się matką-staruszką.

Niestety, tego typu utopie przyszłościowe zostały zweryfikowane historycznymi doświadczeniami.

Wyobrazić sobie też możemy świat bez państw, tym samym straci na znaczeniu uczucie patriotyzmu. Tylko znów doświadczenie historyczne podpowiada, że jest to niebezpieczna złuda.

Zgodzić się możemy, że państwo jest tworem nam niezbędnym, zatem uczucie patriotyczne jest cechą ogólnie pozytywną. Ale z tego nie wynika konieczność narzucenia jednego modelu patriotyzmu. Państwo jest tworem ludzi; ludzie są różnorodni, tworzą państwo po to, by skutecznie broniło tej ich różnorodności.

Ta różnorodność wyraża się w rozmaity sposób: materialny (są biedni i bogaci), religijny, moralny, kulturowy. Sztuczny jest kontrast: jednolity naród – wielokulturowe społeczeństwo; każdy naród jest jednocześnie wielokulturowym społeczeństwem. Państwo jest tworem ludzi, może lepiej lub gorzej wypełniać swoje funkcje. W rodzinie też się zdarza, że zachowanie ojca daleko odbiega od ideału. Miłość, nawet miłość dzieci, nie jest bezwarunkowa; w wypadkach skrajnych można dzieci wydziedziczyć, dzieci też się mogą wyrzec tatusia-tyrana. Uczucie patriotyczne powinno się wyrażać w dążeniu, by państwo było dobre i silne, by możliwie najlepiej chroniło dobro wszystkich obywateli. To samo uczucie prowadzić może do rewolucji, by zmienić lub odrzucić państwo złe.

Napiórkowski zlekceważył ową różnorodność uczuć, uprościł obraz do starcia „softpatriotyzmu” (przyszłość, postęp, otwartość, tolerancja, europejskość) z „turbopatriotyzmem” (zaprzeczeniem tych „europejskich” cech). Jest to wygodne, a przy tym zgodne z zakodowanym archetypem.

Przypomnijmy sobie obrazy Matejki ukazujące schyłek XVIII w., przypomnijmy opisy z podręczników, wpajane literaturą klasyczną. Jest Targowica i jest król Staś; są zdrajcy i reformatorzy. W tym, konkretnym, targowickim, przypadku „zdrajcy” używają symboli republikańskich, to Szczęsny Potocki chce ograniczać władzę absolutną, Sucharzewski gotów jest zabić własne dziecko, by nie było niewolnikiem, Branicki paraduje w sarmackim kontuszu z buławą Żółkiewskiego pod pachą. Reformatorzy ustrojeni są we fraczki i pludry, więcej dla nich znaczy głos salonów paryskich niż opinia szlacheckiego zaścianka, z wyraźną odrazą patrzą na polski naród.

Uczucia nie kierują się faktami. Tak, król Staś jak i Branicki byli kreaturami carycy Katarzyny; ale Konstytucja 3 Maja daje nam komfort jednoznaczności: zdrada to Targowica.

Obraz ten ewoluuje. Ideową poprzedniczką Targowicy, ze swoim sarmatyzmem, wielkimi słowami o wolności i republice, hymnem „nigdy z królami nie będziem w aliansach, przed obcą władzą nie ugniemy szyi”, była konfederacja barska. W kontrze do niej było upokorzenie Rzeczpospolitej narzuceniem Jej na króla kochanka Carycy.

Mamy zatem zakodowany podział: „fraczki cudzoziemskie kontra szlacheckie kontusze”, przy stałej ewolucji odbioru, zależnego od historycznego kontekstu, wartości patriotycznych tych postaw.

Drugi stereotyp, też rodzący się w końcu XVIII w., to wiara w nieomylność sprawiedliwości społecznej, w tym tej wyrażającej się przyśpiewką: „my krakowiacy nosimy broń u pasa, powiesimy sobie króla i prymasa”. Elity są ze swej natury zdradzieckie, dbające tylko o własny interes; lud reprezentuje dobro ogólne; prawdziwy patriotyzm wyraża się działaniem dla ludu lub z ludem.

Owe archetypy nie są tylko polską specjalnością, one snuły się po całej Europie. Widzimy je w Rosji w podziale na „zapadników” i „słowianofilów”, w Hiszpanii, gdzie postępowi liberałowie we fraczkach walczyli z „ciemnotą” karlistów, w Turcji w postaci zmagań „młodoturków” z ideą dworu sułtańskiego. Wszędzie też w podobny sposób pojmowana była sprawiedliwość ludowa, wszędzie patriotyzm był uczuciem adresowanym do ludu.

Nie było także czymś wyjątkowym zastrzeżonym do Polski ujawnianie się kompleksu patriotycznego wobec umitycznionej zagranicy.

Nie tylko król Staś dbał o opinię paryskiego salonu, ale też brutalny car Mikołaj I „Pałkin” starał się przekonywać do swych racji francuskiego podróżnika barona de Custine. Elity hiszpańskie, niemieckie, rosyjskie i polskie nie tylko posługiwały się w życiu publicznym językiem francuskim, ale też z podobną nerwowością wertowały francuskie gazety z obawy, by tam źle o nich nie pisano. Z tego kompleksu wynika przekonanie o własnej wyjątkowości, tak samo silne dziś w Izraelu jak i w Serbii.

Niestety Bóg nie wybrał żadnego Narodu, żadnego nie obdarzył cechami nadzwyczajnymi. Także Polaków. Zatem po pierwsze: jesteśmy zwykłym społeczeństwem-narodem, ani lepszym ani gorszym od innych, historia niczym nas nie wyróżniła, twierdzenie, że jesteśmy „urodzonymi obrońcami wolności” jest gołosłownym chwalipięctwem. Po drugie: skoro nie jesteśmy ani lepsi ani gorsi od innych, to z jakiej racji mamy z nadmierną uwagą wsłuchiwać się w ich opinię i pilnie wdrażać wszystkie proponowane przez nich rozwiązania. Oczywistym jest, że świat rozwija się przez naśladownictwo i odtwórstwo; rozum podpowiada by naśladować i odtwarzać to, co sprawdzone i lepsze, a nie to, co akurat jest modne w Paryżu czy Nowym Jorku. Po trzecie: nie istnieje zbiorowa odpowiedzialność, ani zbiorowa zasługa, człowiek odpowiada tylko za siebie, tak przed sądem powszechnym, sądem Bożym, jak i sądem historii. Słowa „jestem dumny z bycia Polakiem”, brzmią równie pusto jak duma z bycia ssakiem.

Powtarzanie tez o wyjątkowości własnego Narodu tłumaczone bywa koniecznością budowania i chronienia tożsamości narodowej. Ale tworzenie tożsamości zbiorowej jest zajęciem dość ułomnym, bo skoro nie jesteśmy i nie będziemy tacy sami, to dlaczego mamy być toż-sami. Nie ma dowodów na to, że poczucie tożsamości wzmacnia nasze pozytywne uczucia wobec państwa (czyli patriotyzm); ani też, że wpływa na zachowania solidarne.

Przyjmując, że obecnie pod wpływem rządowej propagandy wzrosło poczucie tożsamości zbiorowej, nie widać, by przeniosło się to na obywatelskie zachowania patriotyczne: skrupulatne płacenie podatków, przestrzeganie prawa czy nawet nie zaśmiecanie lasów i nie sikanie do Wisły. I przeciwnie: jeśli naszej tożsamości zagrażać miał napływ „obcych”, to jakie konkretne straty społeczne w tym zakresie spowodował napływ miliona Ukraińców…

Problem tożsamości narodowej zrodził się w końcu XIX w. Podobnie jak większość prądów ideowych i ten był importowany z Niemiec. Tworząc programowe fundamenty endecji Dmowski i Popławski prawie słowo w słowo przepisywali tezy z niemieckiego postromantycznego nacjonalizmu.

I nic w tym dziwnego, odtwórczość była i jest cechą rozwijającą cywilizację. Trudniej zrozumieć dlaczego przez ponad 100 lat ów niemiecki, narodowy model wychowania jest podstawą edukacji publicznej. Wierzono w 1918 roku, że to niemieckiej szkole i niemieckiemu nauczycielowi Niemcy zawdzięczały najlepszą armię świata. I taki model przenoszono, by polska armia wyznaczała mocarstwową pozycję Polski.

Z jakiego jednak powodu dziś mamy także uczyć się polskiego po niemiecku? Czytając współczesny podręcznik do historii, znajdziemy w nim przetłumaczoną z niemieckiego syntezę myśli Dmowskiego i Piłsudskiego: odwieczny naród, odwieczna walka o jego byt, toczona z odwiecznymi wrogami, konieczność zachowania jedności w tej walce…

Patriotyzm w edukacji szkolnej sprowadza się do podporządkowania swego ego zbiorowości, całkowitego poświęcenia się dla charyzmatycznego Wodza, najpełniej dostrzegającego wspólną rację stanu. Ta wizja nie może podlegać dyskusji; w szkole polskiej z zasady nie dyskutuje się, ale przyjmuje prawdy objawione przez nauczycieli.

Tymczasem jeśli mamy się czegoś uczyć z historii Polski, to przekonania, że siłą pozytywną była różnorodność wyboru dróg w poszukiwaniu wspólnego szczęścia. Był Piłsudski i Dmowski, był Witos i Daszyński, był Wielopolski i Traugutt, był Kościuszko i Czartoryski; nie było „wymuszonej” jedności, ale wielość prowadząca do wspólnego celu; nie było jednego Zbawcy Narodu, ale tysiące zasłużonych kształtujących swoim przykładem postawy zbiorowości.

Wiara w „jedność” i Mężów Opatrznościowych, nie tylko w Polsce, ale w wielu innych krajach świata, była autostradą do dyktatury, a dyktatura nigdzie, nie tylko w Polsce, nie przynosiła korzyści narodowi. Patriotyzm prowadzący do dyktatury stawał się równie szkodliwy społecznie jak patriotyzm Targowicy.

Opisywany przez Napiórkowskiego „turbopatriotyzm” jest swoistą kontynuacją, z użyciem nowoczesnych metod, modelu patriotyzmu kształtowanego edukacją publiczną i polityką historyczną państwa. W zakresie podstawowym nie było żadnej rewolucji czy kontrrewolucji PiS-u; model edukacji patriotycznej zachował swoją rytualną ciągłość, nie zmieniając się w istotnym zakresie nawet w czasach „dojrzałego” PRL. Polska i Naród Polski stanowiły dobro najwyższe, któremu podporządkowywać się musiała „prywata” obywateli; Polska była stale zagrożoną atakami wrogów twierdzą, zagrożenie to wymagało od obywateli heroizmu żołnierskiego, w tym umiejętności stania na baczność i wypełniania rozkazów przełożonych; bezpieczeństwo garnizonu obleganej twierdzy zależało od geniuszu Naczelnego Wodza, jego władza nie mogła być krępowana ani prawem, ani moralnością, ani opinią publiczną. Przez 100 lat zmieniały się nazwy wrogów i portrety Naczelnych Wodzów, ale nie uległ zmianie ideał edukacji patriotycznej, swoistego wychowania dla dyktatury.

Można temu modelowi, w ślad za Napiórkowskim, przeciwstawić „softpatriotyzm”. Dualny podział jest wygodny, jak w sporcie możemy patrzeć „kto, kogo” i kibicować naszym.

Nie jest to jednak takie proste. Przedstawmy sobie dwa modele myślenia o państwie: 1) Państwo jest dobrem najwyższym, zagrożeniem jest „prywata” obywateli, 2) Dobrem najwyższym są indywidualne wolności i własność obywateli. Państwo może być ich zagrożeniem, powinno być ograniczane prawem i kontrolowane przez obywateli.

W pierwszym modelu ideał zbliża się niebezpiecznie do obrazu Państwa Hitlera/Stalina, w drugim przypomina się czas upadku I Rzeczpospolitej, gdy Polska „nierządem stała”.

Rozsądek podpowiada kompromis, doszukiwania się formuły pozwalającej silnemu państwu skutecznie bronić wolności i własności obywateli. Kompromis jednak nakazuje rezygnację z walki, uznanie wartości różnorodności, dążenie do zrozumienia racji oponenta.

„Softpatriotyzm” Napiórkowskiego prezentowany jest jako patriotyzm środowiska nazywającego siebie lewicą, „turbopatriotyzm” ma mieć twarz „prawicową”. Operowanie tymi etykietkami ma dziś, a może zawsze miało, tylko wartość marketingową.

Model państwa służebnego, zwanego demokracją liberalną, za fundament uznaje dobro jednostki, w tym równość wobec prawa, nienaruszalność własności prywatnej, wolność wyboru własnej drogi w poszukiwaniu szczęścia. Tak „prawica” jak i „lewica” gotowa jest w imię racji wyższych ten fundament odrzucić, a owe racje wyższe tłumaczy dobrem zbiorowym (dobro narodu, dobro wybranych grup społecznych). W obu ideach własność prywatna ma charakter służebny wobec oczekiwań zbiorowości. Identycznie obie grupy uważają, że nie można niedoskonałej jednostce pozostawić prawa wyboru; władza wie lepiej jak poprowadzić społeczność do szczęścia.

Podobny jest także stosunek do równości wobec prawa; skoro władza zna lepiej od ludzi kierunek drogi do szczęścia, prawo powinno jedynie ograniczać prywatę obywateli, ale nie może ograniczać władzy w realizacji ideału szczęścia zbiorowego. Prawica narzuca dyktaturę, by bronić naród przed zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi; lewica wprowadza dyktaturę, by prowadzić permanentną wojnę rewolucyjną: zabierać bogatym, by dawać biednym, faworyzować defaworyzowanych, wkluczać wykluczonych i wykluczać stare elity. Z punktu widzenia jednostki różnice między wojująca prawicą a rewolucyjną lewicą są równie istotne jak różnice w kolorze krzesła elektrycznego.

Zazdrosne podpatrywanie metod stosowanych przez „turbopatriotyzm” wynika po części z podobnych celów działań.

„Turbo..” chce z pomocą pop-kulturowych form zmienić świadomość odbiorców w celu wyrugowania tego, co „nowinkarskie”, niezgodne z przyjętym dogmatem tradycji, naruszające wyimaginowaną tożsamość narodową. Czyni to sprawnie w sferze tzw. kultury młodzieżowej (gry komputerowe, zabawa memami, treści muzyki hip-hopowej i disco-polo), lekceważąc sferę publicystycznych rozważań i grzesząc grafomanią w tworzeniu turbo-książek i turbo-filmów.

Lewica także pragnie zmienić świadomość obywateli narzucając swój model nowoczesności, rugując to, co stare, sprzeczne z nową, wyimaginowaną tożsamością. Problem w tym, że ze swym przekazem nie potrafi wyjść z getta intelektualnego bełkotu nieczytelnego dla większości odbiorców.

Podział dualny zaciemnia obraz. Narzuca nam się wojnę między dwoma antyliberalnymi (antywolnościowymi) frakcjami, w kraju, gdzie większość ludzi, świadomie lub nie, akceptuje model demokracji liberalnej.

Zauważyć warto, że mimo okazywanej wzgardy do demokracji liberalnej, mimo ciągłej krytyki z lewa i prawa, epatowaniu ciągłymi przykładami słabości i niesprawiedliwości takowego „demoliba”; nadal większość nie daje sobie wmówić, że wola Wodza jest prawem, sprawiedliwość ludowa (wykonywana rękami partii) jest lepsza niż sprawiedliwość przed sądem, że w imię tej sprawiedliwości można komuś zabrać dorobek pracy i dać temu, komu się nie chce pracować.

Mimo różnych form propagandy, nadal większość Polaków uważa, że każdy ma prawo wyboru własnej drogi w poszukiwaniu szczęścia i każdy, indywidualnie, odpowiada za swoje czyny. W podziale wyznaczonym przez Napiórkowskiego brak jest miejsca dla takiej demo-liberalnej większości, a więc oferty edukacji patriotycznej promującej dobre, służebne wobec różnorodnych obywateli, państwo.

Cóż, próbował to robić Bronisław Komorowski i skończyło się tak jak skończyło. Bynajmniej nie przez czekoladowego orła, lecz przez ataki obu stron przekonanych do swych 100 % racji i wynikającym z tego prawie do modelowania mózgu Polaków. Warto to sobie uświadomić czytając bardzo dobrą książkę Marcina Napiórkowskiego.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Dzień Tryfidów

Katarzyna Urbanowicz

W książkach i filmach szukam zupełnie innych przekazów niż otoczenie, interesuje mnie nie tylko to, co autor chciał powiedzieć, lecz i to, co mu mimowolnie „powiedziało się”, choć to nieco schizofreniczne.

Początek takiego szukania zawdzięczam mojej koleżance, nie polonistce bynajmniej, a wieloletniemu pracownikowi ubezpieczeniowemu byłej Centrali Rolniczej Samopomoc Chłopska, z którą jako młoda dziewczyna pracowałam. Koleżanka ta była świetnym fachowcem od ubezpieczeń, zwłaszcza transportowych, autorką kilku podręczników, w owych czasach jedynych z tego zakresu. Była kobietą bardzo inteligentną i dociekliwą. Współpracując przy opiniowaniu dokumentów prawnych, nabyła umiejętności czytania tekstów, odzierania ich z prawnych ozdobników i mętnej mowy. Niesłychanie trafnie potrafiła ocenić konsekwencje dla sensu danego tekstu użycia takiego a nie innego sformułowania.

Poza tym, że cała moja znajomość zawodu pochodzi od niej, łączyło nas jeszcze zamiłowanie do literatury SF i Tolkiena, przy czym ja podsuwałam jej książki, ona zaś czytając je uwielbiała dyskusje nad nimi. Czytając jednak te dzieła, robiła to inaczej niż ja; ja nie rozmyślałam zbyt nad tą literaturą, po prostu ją lubiłam, a tylko niektóre z książek uważałam za warte głębszej analizy, ona zaś czytała je podobnie jak projekty rozporządzeń prezesa Rady Ministrów czy ogólne warunki ubezpieczeń, wyłuskując także i to, czego autor bynajmniej nie chciał powiedzieć, ale co wylazło z jego książki jak szydło z worka.

W latach, gdy dobra zagraniczna literatura SF była mało dostępna wpadła mi w rękę książka, której autora nie pamiętam o niewiele mówiącym, choć tajemniczym tytule: „Dzień Tryfidów”. Była wtedy taka moda (do dziś nie całkiem zapomniana) na „dni” w tytułach: „Dzień szakala”, „Dzień świstaka”, „Dzień świra” i jeszcze całe mnóstwo innych, bardziej zapomnianych dni.

Książkę przeczytałam jednym tchem i tak mnie poruszyła, że natychmiast z powodu zachwytu i chęci podzielenia się moją fascynacją pożyczyłam ją koleżance. Tymczasem ona, o zgrozo, wcale się nią nie zachwyciła. Zapytała mnie: Czy ty nie widzisz, że autor jest faszystą? Że proponuje podporządkowanie człowieka i całej jego osobowości, uczuć, miłości i marzeń wreszcie, społeczeństwu, które wprawdzie w słusznym zdaniem autora celu, niby dla konieczności przetrwania, decyduje o prokreacji, sposobie życia, narzucając jednostce rygory nie do przyjęcia. Nawet w naszym ustroju (były wówczas lata 70-te PRL) to jest nie do przyjęcia!

Zastanowiłam się. Oczywiście, miała rację. Jak najbardziej! Zrozumiałam, że autor zbudował społeczeństwo głęboko totalitarne, z reglamentacją wszystkich zachowań, w dodatku zakładających jednomyślność tego społeczeństwa, co nieuchronnie musi doprowadzić do eliminacji myślących inaczej (o czym jednak autor nawet nie napomykał).

Ale… Zepsuła mi przyjemność czytania.

Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że byłam z takiej analizy dzieła zadowolona. Jako czytelniczka literatury rozrywkowej straciłam swoją dziewiczość, jako czytelniczka literatury poważnej wpadłam w pułapkę oceny wartości autorytetów. Wcale tego nie chciałam. Pisarzom chciałam wierzyć, wejść w ich świat z całym jego konstrukcyjnym i przesłaniowym bogactwem, stając się przez to na moment autorem książki. To wejście w cudzy świat było na tyle fascynujące, że uważałam iż jest warte porzucenia na czas czytania normalnego krytycyzmu.

Ona była r e c e n z e n t k ą, ja c z y t e l n i k i e m, gotowym naiwnie uwierzyć w tezy autora, bo świat przez niego przedstawiony był frapujący i na chwilę uległam złudzeniu, że wszystko w nim jest piękne i słuszne.

Dziś, jako osoba znacznie bardziej dojrzała wiem, co w tej wizji tak mnie pociągało. Po pierwsze: skojarzenie. Pomiędzy tryfidami z powieści, dziwnymi stworami podobnymi do roślin, a tzw. „barszczem Sosnowskiego”, rośliną która wyrwała się z plantacji kołchozowych b. ZSRR, gdzie hodowano ją na wysoko wydajną paszę, i pochłonęła na terenie południowo wschodniej Polski pierwsze ofiary, wprawdzie nie śmiertelne, ale dotkliwie poparzone, na pozór nie istniało podobieństwo. Barszcz Sosnowskiego nie był inteligentnym stworem i nie sposób mu było przypisać zamiaru „polowania” na ludzi. Jego ofiary zapuszczały się na nieużytki, tereny nieskoszone i, zwłaszcza w czasie upałów, wskutek dotknięcia samej rośliny lub nawet nadmiernego zbliżenia, parzyły się otoczką olejków eterycznych, unoszących się wokół. Barszcz był więc jedynie czymś w rodzaju groźniejszej pokrzywy.

Jednak skojarzenie tryfidów z rośliną, która realnie i namacalnie wyrwała się spod władzy człowieka po raz pierwszy uświadomiło mi, że nie wszystko, co robi się w dobrym celu, przynosi dobre wyniki. Jednym słowem „dobrymi chęciami piekło wybrukowane”.

Pozostawiając na boku słuszność lub niesłuszność rozwiązań zastosowanych przez społeczność w „Dniu tryfidów” wiem już, że takie rozwiązania nie są niemożliwe w praktyce i że Ludzkość może łatwo nieoczekiwanie znaleźć się między młotem chaosu a kowadłem uporządkowania.

Co to ma wspólnego z recenzjami? Od tamtych czasów nie miałam nigdy ochoty dzielić się swoimi przeżyciami z czytania książek, a już zwłaszcza tych, które mi się podobały. Odkryciem ich głębi i piękna wolałam nie dzielić się z nikim w lęku, że odbiorą mi nieuchwytny intymny kontakt łączący pisarza z czytelnikiem. Recenzent był dla mnie tylko niechcianym pośrednikiem, kimś w rodzaju konkurenta do tego związku. Jak w trójkącie miłosnym.

Rozumiem też tych, którzy, jak większość społeczeństwa, deklaracje polityków odbierają jak audiobooki. I w pewnej mierze zazdroszczę im.

The day of the triffids – 1962