Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Herzliya. Znów w podróży – Berlin ‘95

Halina Birenbaum
z pamiętnika

Berlin – Kolumna Zwycięstwa

9.11.95 Wymiętoszony zeszyt… W samolocie. Lecę już od godziny, ale nie chciało mi się wyciągnąć ręki do torebki po zeszyt. Pragnę spokoju – myśleć w sobie, jednak nie jestem spokojna. Dręczy mnie jakaś niecierpliwość, niesmak, senność. Spałam tej nocy tylko dwie godziny. Wczoraj był zwariowany dzień: pakowanie, gotowanie, zbieranie papierów, na dodatek ślub – stracone trzy godziny… Dla ludzi tak ważne są ceremonie. Myślą, że darzą zaszczytem kogoś, kogo raczą zaprosić. Może tak jest naprawdę, ale mnie te uroczystości nie nęcą, przeciwnie – nudzą mnie i zabierają czas. Tylko w rzadkich przypadkach wzruszają i cieszą. Wyruszyłam z domu z mężem, który mnie odwiózł na lotnisko o trzeciej trzydzieści nad ranem. Czekałam potem sama dalsze trzy godziny, o mało nie zasnęłam na ławce. Ale wolę to niż być w napięciu, że spóźnię się na samolot.

Ostatnio dużo pisałam: opowiadania, wiersze i pamiętniki. Pisałam również u brata, podczas wrześniowego pobytu u niego. Wróciłam do normy, ale czy znów się nie załamię? Nie mam w sobie na co dzień tej wiary i siły życia, którymi promieniuję często na zewnątrz. Nie mam ich w samotności, ze sobą. Tylko w trudnych sytuacjach życiowych objawiają się – na szczęście. Zwykle mąż pobudza mnie do pisania, może i po to, by wyciągnąć mnie z ponurych nastrojów. Dzieciom naszym przeważnie obojętne są moje teksty. Przygnębia to nierzadko, rozczarowuje. W takich chwilach przychodzą nagle listy od nieznanych czytelników czy mają miejsce niespodziewane propozycje wydawnicze i znowu okazuje się, że jestem potrzebna ludziom; oni wierzą we mnie, w to, co robię, czym jestem. Mężowi mojemu zawdzięczam to, że dotarłam i docieram do ludzi w różnych krajach, że mnie poznali i uznali. Inni, choć mnie lubią i cenią, z różnych powodów raczej gaszą we mnie zapał i wiarę w sens mojej pracy, pisania. Dziwnie łatwo ulegam takim wpływom. Moja niepewność siebie wywołuje ciągłą potrzebę oceny przyjaciół. Ile zależności! Jednak przebijam się jakoś. Jestem ciągle jak mała dziewczynka, którą łatwo jest obrazić, upokorzyć lub jednym dobrym słowem unieść. Nieraz wystarczy życzliwy uśmiech, spojrzenie. Oto cała moja natura. A może nie tylko ja jestem taka? Każdemu potrzeba trochę życzliwości!

Dręczą mnie wyrzuty sumienia, że często zaniedbuję dom i nasze koty, psa przez częste podróże. Czy mogę siedzieć w domu, nie spotykać się z ludźmi, którym potrzebna jest moja obecność, wymiana myśli ze mną, mój sposób widzenia świata? Zwłaszcza przekazu przeszłości Holocaustu. Również potrzeba i obowiązek pisania zniewalają mnie. Gdy zaczynam jakiś temat, tonę w nim bez reszty, zaniedbuję niemal wszystko inne, wszystko staje się podrzędne. W pisaniu jest jakiś świat, który pochłania całkowicie, olśniewa, wypełnia nowym życiem, wzruszeniem, ale też potem opróżnia. Jest w tym potęga. Nieraz boję się coś zacząć, krążę po pokoju napięta i nie mogę się zmusić, aby zasiąść do stołu, bo jest za dużo we mnie i nie wiem jak wszystko zebrać, jak ułożyć. Szukam wtedy ucieczki od samej siebie, aż przychodzi chwila, że zaczynam i potem już nic mnie nie odrywa od czystych kartek papieru. Zapisuję wszystko z siebie, jakby całe życie. Ręka ledwie może nadążyć za myślami. Są to godziny męki i szczęścia, napływu sił i wyczerpania. Ale wtedy jestem prawdziwie sobą, nie lękającą się niczego ani nikogo, z poczuciem pełni własnego człowieczeństwa. Ci, których nie interesuje ta strona mojej osobowości, raczej nie mogą pozostać mi bliscy.

Lecę na dwa tygodnie do Berlina. Mąż przyjedzie pod koniec moich prelekcji, a potem pojedziemy razem pociągiem do Polski. To będzie już nie pierwsza taka podróż: Berlin – Katowice – Oświęcim i inne. Jak będzie tym razem? W Berlinie jak zwykle czeka mnie dużo pracy i wzruszeń – siedemnaście spotkań podczas czternastu dni! Mam pewne plany wydawnicze w związku z niektórymi spotkaniami. Ciekawe czy uda się coś zrealizować przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Niemieckiej? Może coś z tłumaczką poznaną w czasie poprzedniego pobytu w Berlinie? Okazała mi duże zainteresowanie i serdeczność. A może to tylko powierzchowne, chwilowe (jak wiele podobnych kontaktów), początkowo niezwykle ciepłe i fascynujące, a potem nic?

W Izraelu przeżywamy teraz wielki wstrząs z powodu zabójstwa na tle politycznym naszego premiera, Icchaka Rabina. Nie mam sił w samolocie, by opisywać to straszliwe zdarzenie, mimo że przeżywamy je wszyscy jak osobistą tragedię. Notuję jedynie odczucia, refleksje o sobie. By zapisać inne, muszę być w domu, przy komputerze, oddalić się od siebie, ujrzeć ogólny obraz rzeczywistości.

Pisanie o sobie stanowi ulgę, upust. Pisanie na narzucony temat jest ciążącym obowiązkiem, przed którym zwykle na początku bronię się, ale gdy go wypełniam, daje największą satysfakcję, nie jak pisanie o swych humorach… Ale te ostatnie piszą mi się lekko, dają ucieczkę od problemów. Potem nie czytam tego przeważnie, chyba że po długim czasie. Mam już kilka zeszytów z moich lotów za granicę. Nic z tym nie zrobiłam, być może te zapiski są zbędne? Przyrzekam sobie zawsze, że po przyjeździe do domu przeczytam je, skoryguję, ale zwykle pochłaniają mnie następne tematy, wrażenia i nie wracam do dawnych. Przeszłość jest tak samo błyskawiczna jak teraźniejszość, trudno mi dogonić je pisaniem… Daty pędzą, prześcigają siebie i mnie również. Lubię pisać wciąż coś nowego, innego, a nie czytać to, co już zdążyłam utrwalić. Nawet nie mam czasu na to albo humoru. Gdy wracają energia i dobre samopoczucie, zaczynam nowy temat i nie wracam do poprzednich. Swoje wynurzenia, spowiedzi piszę, gdy jestem sama w samolocie. Jeśli mąż jest ze mną, mówię mu o tym wszystkim i nie mam potrzeby spisywania. Ale też krępuje mnie na ogół czyjakolwiek bliska obecność w czasie pisania.

Teraz dość. Jestem już w połowie drogi, w niebie, ponad chmurami. Jestem śpiąca, ale nie mogę zasnąć. Samolot jest niemal pusty. O tej porze roku ludzie mniej podróżują. Postaram się pogrążyć w jakichś jaśniejszych myślach, w lepszej cząstce siebie…

14.11.95 Od pięciu dni w Berlinie. Przeżyłam tu wiele pięknych chwil. Oczywiście nie pisałam, nie jestem prawie nigdy sama. Kładę się spać niemal o drugiej nad ranem, rozmawiam godzinami z Marianną, nie zostaje czasu na pisanie, nie mam też warunków. Jest mi za zimno, by wyciągnąć rękę spod kołdry… Nie byłabym nawet w stanie opisać wszystkich spotkań i wzruszeń, które przekazuję i odbieram. Ujmuję swe dzieje spontanicznie, ustnie. Jest ciągle ponuro i ciemnawo na dworze. Nie pada deszcz, ale niebo jest bezustannie zachmurzone. Nie powoduje to złego samopoczucia, nie tęsknię za słońcem, które piecze i wysusza przez prawie cały rok w domu. Od pierwszego dnia mojego przyjazdu jestem wciąż bardzo aktywna. Jestem na spotkaniach z Marianną, która o wszystko troszczy się, ale nie tylko ona. Powinnam zapisywać pytania i reakcje słuchaczy oraz moje własne, ale nie robię tego. Umykam od opisów rzeczy najważniejszych, nie robię tego, co posiadałoby wartość także dla innych. Na szczęście oni tutaj spisują i nagrywają moje opowieści, wnioski, wypowiedzi.

Pierwszego wieczoru zostałam zaproszona do telewizji, do programu „Berlinianka Dnia”, w związku z historyczną rocznicą 9 listopada, spalenia wszystkich synagog w Niemczech, zwaną „Kryształową Nocą”. Potem miałam kilka wystąpień w radio. Sama nie wiem skąd biorę dla nich wciąż żywe przekazy o naszej przeszłości z Shoa i jej cieniach w teraźniejszości. Mój niemiecki znacznie się poprawił. Ludzie kupują moje książki na spotkaniach, nawet po kilka egzemplarzy na prezenty. Niektórzy przynoszą ze sobą książki dawno nabyte, z prośbą o dedykacje. Wielu mnie zna, nie mam nawet pojęcia skąd. Czytali chyba moją „Nadzieję”, albo widzieli jeden z moich filmów… Georg, pierwszy wydawca mojej „Nadziei” po niemiecku, odwiedził mnie u Marianny, był bardzo serdeczny. Odwiedził nas również znajomy ze Znaku Pokuty, którego poznaliśmy w Izraelu, w czasie jego służby w osiedlu chrześcijańskiej organizacji „Ness Ammim” („Cud Narodów”). Wszyscy są tu bardzo dobrzy dla mnie, choć często jest im trudno słuchać o moich przeżyciach w Shoa lub oglądać moje filmy. Rozumiem to. Nieraz staram się lekką rozmową rozładować napiętą atmosferę i skrępowanie. Te przeżycia są nieznośnym ciężarem dla nich, wywołują w nich zaszokowanie, łzy i wiele refleksji, z którymi niełatwo im sobie poradzić. Robię wszystko co należy, skoro tak ich to dziś wstrząsa. Zwłaszcza młodzież lgnie do mnie, pragnie coraz więcej dowiedzieć się ode mnie o czasach nazizmu, hitleryzmu. Niektórzy przychodzą po kilka razy na spotkania ze mną, siedzą, aż ostatni słuchacze rozejdą się, by mnie jeszcze zachęcić do bardziej osobistej rozmowy. Okazują mi wiele uznania i ufności, a nawet osobliwą bliskość. Wszędzie są jednak ludzie!

Odpocznę trochę. Będę pisać innym razem, choć teraz mam czas i panuje tu cisza taka, jest spokój. Muszę dziś zadzwonić do domu, do męża. Wieczorem mam następne spotkanie. Młodzież z organizacji „Znak Pokuty”, zaprowadzi mnie do nich Fritz Mille. To moja pierwsza znajomość z młodym Niemcem w Berlinie, z 1989 roku. Wtedy przyjechałam tutaj pierwszy raz po wojnie.

20.11.95 Na spotkaniu mówiłam mało o latach zagłady, a więcej o życiu powojennym w Izraelu, w kibucu. Nie miałam siły wejść znów tego dnia w głąb i gąszcz zdarzeń Holocaustu. Sobota była wreszcie bez szkół. Rano rozmawiałam długo z Ewą Miglus, młodą Polką mieszkającą z mężem w Berlinie. Ewa pracuje w Towarzystwie Przyjaźni Niemiecko-Polskiej, a ostatnio do późna w nocy z Marianną. Na kolacji byliśmy u Fritza Mille, we wschodnim Berlinie. Otrzymał z powrotem piękny, przedwojenny domek rodziców z ogrodem, który Rosjanie zarekwirowali wraz z całą dzielnicą Berlina, dla stacjonujących po wojnie żołnierzy radzieckich. Fritz bardzo lubi śpiewać żydowskie piosenki, przygrywa sobie do nich na gitarze. Jego dzieci wtórują mu. Wielu Niemców zakochało się w kulturze zamordowanych Żydów z polskich sztetł… Nawet najmłodsza córeczka Fritza śpiewa żydowskie piosenki z ojcem. Zna na pamięć całe teksty. Moje dzieci w Izraelu nie mają pojęcia ani sentymentu do minionego folkloru Żydów diaspory.

20.11.95 Jedenasta rano. Grupa młodzieży niemieckiej z Wupertall, która odwiedziła Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu i widziała tam mój film, przyjechała specjalnie do Berlina (sześć godzin jazdy samochodem), aby się ze mną spotkać osobiście i nagrać rozmowę ze mną. Ma zaraz przyjechać po mnie. Czuję niepokój w sobie, lęk. Czy się wywiążę, czy mnie wysłuchają, zrozumieją? Zawsze ten odwieczny egzamin! Wciąż mi się wydaje, że tym, na których mi najbardziej zależy, nie jestem potrzebna; oni widzą tylko moje wady i słabości. Nie potrafię w takich przypadkach przekonać siebie, że naprawdę coś znaczę. Nieraz wprost nie wiem, co jest w nich, a co we mnie.

21.11.95 Drugie w mojej historii przekazów o Holocauście wystąpienie w muzeum w Wansee. Najpierw młody Niemiec oprowadzał obojętnie, denerwująco niemiecką młodzież szkolną. Zanotowałam sobie jego objaśnienia: „Eutanazja. Czy uczyliście się w szkole o tym pojęciu (pomóc umrzeć…). Cyklon. Czy już uczyliście się na lekcji chemii z czego się składa ten gaz? Zwróćcie uwagę na drogocenne zdjęcia…”. Na zdjęciach Żydzi zganiani do wagonów bydlęcych na śmierć. Płonąca ulica warszawskiego getta, żandarmi niemieccy w kaskach maszerują po jezdni, Żydzi wyskakują z balkonów palących się mieszkań. Wszystko osnute ogniem, dymem. Śmiercionośna buta nazistów, spustoszenie, trupia groza wszędzie… Przewodnik: „Czy możecie sobie wyobrazić co znaczy selekcja? – Tak, słusznie – sortowanie”… To wszak proste, oczywiste… ! Przy zdjęciach stert włosów ludzkich zagazowanych wyraz wstrętu na twarzach zwiedzających. Więcej zainteresowania dla obrazów zniewolonych sowieckich żołnierzy. Doskonały humor po obchodzie muzeum… Nareszcie koniec nudy!. Pytań żadnych (po co przedłużać takie „lekcje”?)! Wszystko jest jasne i ich nie dotyczy. Młodzi są zajęci sobą, pociąga ich ładna koleżanka czy kolega. Przewodnik zwraca się do mnie kilkakrotnie, abym sobie gdzieś usiadła, bo chyba nie mam siły tyle chodzić… Wyraźnie nie chciał mnie w pobliżu, bym przysłuchiwała się jego wyjaśnieniom. Mruknęłam ironicznie, że skoro mogłam przebyć tą całą trasę od warszawskiego getta, Majdanka, Auschwitz, marszu śmierci z Oświęcimia do obozów w Niemczech – i wreszcie z Izraela do Wansee, gdzie zapadła decyzja w 1941 roku o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej, czyli o zagładzie mojego narodu – to mogę z pewnością przejść trasę kilku sal Wansee Willah, dziś muzeum. Przewodnik dalej deklamował bezdusznie swe skrócone do minimum opowiastki o sensie muzeum w Wansee, a gdy przyszła kolej na moją opowieść, wyszedł. Wracał jednak kilkakrotnie, przeszkadzając telefonami zasłuchanym, wstrząśniętym uczniom. Nagle spoważnieli, nastrój się zmienił. Poczuli wreszcie, że coś naprawdę w ich historii się zdarzyło i jak najbardziej ich dotyczy. Niektóre nauczycielki wybuchły płaczem, część uczniów także nie mogła pohamować łez. Przewodnik chciał lekko i sucho o tym wszystkim powiedzieć, jakby nie chodziło o żywych ludzi, a tylko o teorie naukowe… W taki sposób miał im wiele do powiedzenia. Byłam oburzona, jednak moi niemieccy przyjaciele w Berlinie nie bardzo rozumieli dlaczego. Widocznie ich również tak przyzwyczajono mówić na ten temat. Może taką mają mentalność?


Dodaj komentarz

Herzliya. W Domu Literatów Niemieckich w Berlinie

Halina Birenbaum
z pamiętnika

Ilustracja: Tymon Niesiołowski

12.05.95 W pociągu z Berlina do Katowic. Wagon sypialny. Na dworze deszcz, ciemno już. Wieczór. Pociąg stoi na stacji granicznej we Frankfurcie nad Odrą. Obcość taka. Linie szyn, nieoświetlone okna jakiegoś budynku, na uboczu odłączona lokomotywa. Wpatruję się, rozmyślam, tonę oczami i nie tylko nimi w tej niewiadomej, tajemniczej ciemności na stacji – w sobie. Co tam jest, kto tam mieszka? Pustka, droga, drzewa milczące. Gwizd lokomotywy. Ruszamy. Zaraz zmieni się krajobraz, humor. A teraz do świeżych wspomnień.

Przyjechaliśmy do Berlina 2 maja. Po dwunastu spotkaniach (w ciągu czterech dni), z młodzieżą w szkołach izraelskich, aby jeszcze tego samego wieczoru rozpocząć następnych czternaście w Berlinie – do dziś… Zdumiewano się skąd biorę energię i siły?! Jest chyba we mnie jakieś niezgłębione, niewyczerpalne źródło. Bogactwo – zebrane wtedy w najstraszniejszych dniach i nocach mojego dzieciństwa. Stamtąd moja siła i słabość. W tym opowiadaniu.

Z trudem zmuszam się do pisania. Pociąg właśnie ruszył. Niewygodnie mi. Tyle mam w sobie wrażeń, myśli! Daty wielkich rocznic, przyjęcia, uznanie w Niemczech. Wznowiona przyjaźń po rozmaitych rozczarowaniach z Georgiem, pierwszym wydawcą „Nadziei” w Niemczech. Potwierdzona raz jeszcze przyjaźń z Marianną i Hansem po długiej przerwie w korespondencji.

8 maja 1995, w pięćdziesięciolecie zakończenia wojny, miałam ważne wystąpienie podczas promocji mojej książki w Domu Literatów Niemieckich w Berlinie. Stało się to możliwe dzięki udziałowi w tej imprezie znanej pisarki niemieckiej. Byłam zbyt mało znana dla nich, żeby mi zorganizowano prestiżowy wieczór. Leoni pisze bardzo poczytne książki o krzywdach wyrządzonych przez Rosjan i Polaków Niemcom wygnanym z terenów włączonych po wojnie do Polski.

Skojarzyła mnie z nią Marianna, ale ta znajomość była przykrym doświadczeniem. Trudno nam było się porozumieć. Wyrachowana, sztywna i bardzo zdyscyplinowana Niemka, córka bogatego właściciela dworu i licznych ziem na granicy polskiej, które zostały im odebrane i włączone do Polski w 1945 roku, odniosła się do mnie z rezerwą i z góry. Nazwała moją książkę „tekstami”. Zdarzenia mojego życia, stacje śmierci nazwała kontekstami, władczo wyznaczając mi, które będę czytać na wspólnym wieczorze literackim. Napisała sobie wstęp, pytania i odpowiedzi, bez uzgodnienia ze mną. Przesłała mi ten plan w chłodnym, oficjalnym liście do Izraela, a kiedy przyjechałam do Berlina, powiedziała, że niczego już nie da się zmienić.

Zauważyłam głośno, że ona nie potrafi niczego zrobić doraźnie, spontanicznie, z serca. Zawsze wszystko musi być według przyjętego wzoru, od wyłącznie kompetentnego führera?! Najgorsze, że wybrała fragmenty z mojej książki, w których są tylko opisy ohydnych warunków zewnętrznych, bez ludzkich twarzy i reakcji, co nie wywołuje wstrząsu, wzruszenia, nie oddaje ducha tego czasu i mojego pisania. Nie chciałam się na to zgodzić, nawet jeśli przez to nie odbyłby się ten ważny wieczór w najbardziej prestiżowym Domu Literatów w Berlinie. Mimo woli przeszło mi przez głowę, że wówczas oni przygotowali mi to piekło i śmierć, a dziś mi dyktują jak mam o tej śmierci opowiadać!

W końcu przesiedziałam z Marianną całą noc i dobrałam fragmenty, które zawierały to, co wybrała Leoni – ale głównie te o naszych uczuciach i reakcjach. Zupełnie sprzeczny okazał się również sposób naszych przekazów przed publicznością – jej surowy, ograniczony, wyrafinowany, zimny, a mój spontaniczny, wolny, szczery. Nawet jej ubiór był taki ascetyczny: zaciśnięty mocno krawat u szyi, kamizelka zapięta szczelnie na ostatni guzik…

Nie wybaczyła mi tego naturalnego, autentycznego wystąpienia. Powiedziała do Marianny, że jej nienawidzę. Nie wiem skąd to przypuszczenie. Na pewno było inaczej, każdy sądzi według siebie. Chciałam tylko przedstawić treść mojej książki tak, żeby ich poruszyła, żeby się wryła w serce, w pamięć i przekonać niemiecką pisarkę, że moja droga do tego jest słuszna. Ona chyba właśnie przed tym wstrząsem najbardziej się broniła i pragnęła uchronić swych rodaków. Była w szoku po przeczytaniu „Nadziei”, poczucie winy zaciążyło zbyt mocno. Czytała ze swych notatek przygotowanych na ten wieczór, że kiedy ja, mając trzynaście lat, męczyłam się za drutami Auschwitz – ona po raz pierwszy ubrała się w balową suknię, kochała się i brała ślub… Miała wówczas osiemnaście lat i modliła się o zwycięstwo Niemiec! Wspomniała, że wypadło jej wtedy wieźć konia pociągiem do weterynarza, gdy minął ją pociąg pełen jakichś ludzi do obozu, na katorgę i śmierć. Ona była wolna, syta, koń był syty, zadbany. W domu nie wspomniała potem słowem o transporcie zwożonych do obozu. I w tym samoobwinieniu teraz o utracie człowieczeństwa z powodu swego milczenia, znalazła dumne rozgrzeszenie do chwili, gdy ja z największą prostotą i autentyzmem przedstawiłam prawdę o sobie, o nas z wtedy…

Nie chodziło tylko o jej milczenie, a o zachowanie jej i jej środowiska. Oni przeważnie milczeli o wszystkim, nie dzielili się myślami, uczuciami. Wystarczała im skrupulatna przynależność do tradycji, sztywnych zasad, do niby jakiejś wyższej kultury. Ale wiedzieli o wszystkim, co się dzieje w ich kraju, w ich prowincji, korzystali z zabranych innym krajom dóbr, z przymusowej pracy zniewolonych obywateli okupowanych krajów i modlili się, żeby Niemcy hitlerowskie wygrały wojnę! Jak mogli być ludzcy, wzruszać się transportem zagłodzonych, zmaltretowanych ludzi?

O czym miała Leoni mówić ze swą rodziną na ich temat? Oni przecież głosowali na Hitlera, aby uzyskać te wszystkie przywileje, którymi obdarowywali właścicieli ziem, i nie tylko ich, naziści. Wszelkie prace we dworze jej rodziców wykonywali przymusowo zniewoleni Polacy. Jej ojciec i bliscy zgłaszali się entuzjastycznie do walki o zwycięstwo Niemiec. Wstydzili się, gdy jej ojciec wrócił ranny, załamany z frontu rosyjskiego, a nie jako dumny, zwycięski bohater-patriota…

Ton moich odpowiedzi, pełnia prawdziwych uczuć i pojęć rozluźniły jednak atmosferę na sali. Moja prawda była ponad wypaczoną logiką. Nie było we mnie żalu, nienawiści, chęci zemsty, mimo że ja jestem tą, która znajdywała się wtedy na dnie tego piekła, przeszłam przez wszystkie jego kręgi! Niełatwo było słuchać tego, ale głębokie wczucie się i wzruszenie zbliżało, koiło.

W pięćdziesiątą rocznicę klęski nazizmu i zakończenia wojny została wydana moja książka „Nadzieja umiera ostatnia” po raz trzeci w Niemczech i tym razem w wielkim „Fischer Taschenbuch Verlag”. Powinnam o tym była szerzej napisać, ale pragnę tą satysfakcję na razie przeżywać w sobie… W ciągu lat broniłam się przed systematycznym pisaniem pamiętników, uważając je za marnowanie czasu, a dziś jest gorzej, bo nie jestem w stanie tego robić. Trzeba się chyba zmuszać do pisania dla samej siebie, aby zrozumieć ten cały bałagan życiowy, oczyścić się z jego kurzu… Ostatnio nawet nie miałam czasu na pamiętniki. Zapadałam wprost w sen ze zmęczenia i mnogości wrażeń, oczy zamykały się same. Ale znalazłaby się chwila na zanotowanie kilku słów, gdybym naprawdę tego pragnęła. Robię to w pewnym sensie teraz. Jedziemy do muzeum w Oświęcimiu. Mam tam wielu serdecznych przyjaciół.

Powinnam czuć radość, że niedługo znajdę się wśród nich, blisko. Ale coś mnie niepokoi, dręczy. Nie pójdziemy wprost do Centrum jak ubiegłej jesieni i w styczniu, a do skromnego pokoju dla gości, na terenie byłego obozu, ofiarowanego nam przez dyrekcję Muzeum. Basia przyjedzie po nas na dworzec w Katowicach o piątej rano. Będzie musiała wstać chyba o trzeciej nad ranem!… A na dworze zimno, deszcz! Ks. Piotr nalegał usilnie, żeby koniecznie zajechać do niego, on nas odbierze z pociągu, ale w ostatniej chwili musiał gdzieś wyjechać na kilka dni.

Przed dwoma laty ks. Piotr skomunikował się ze mną po przeczytaniu mojej „Nadziei” i odwiedził nas w naszym domu, w czasie swego pobytu podczas seminarium w Jerozolimie. Właśnie w tym czasie został mianowany dyrektorem Centrum Dialogu, które nas gościło już dawniej. Znaleźliśmy szybko wspólny język. Znajomość z ks. Piotrem przyniosła mi głębsze wejrzenie w świat chrześcijański, pozwoliła zrozumieć wiele spraw z życia i tradycji Polaków, które były mi obce i dalekie. Polska stała się dla mnie dzięki temu czymś bardziej znaczącym i swoim, niż tylko w związku z osobistą przeszłością. Poprzez niezwykłą osobowość księdza wniknęłam w pewnym sensie w ten nieznany mi dotąd z bliska świat chrześcijański.


Dodaj komentarz

Herzliya. Z podróży do Ameryki (New York, Cleveland 1995)

Halina Birenbaum
Fragment pamiętnika

Steve McQueen, Static, 2009

 

17.9.95 Sama – do New Yorku, a następnie do Cleveland

Za godzinę wylądujemy w New Yorku. Zabrałam się do pisania – jak zawsze ze wszystkim – za późno. Właśnie pokazują miasto na ekranie telewizyjnym. Przeraża mnie ogromem i obcością. W domu jest spokój i wolałabym tam być teraz. Ale postanowiłam przyjąć zaproszenie na festiwal filmów izraelskich w Cleveland, wyruszyłam w drogę.

Siedzę tu sama, do nikogo nie muszę odzywać się, z czego jestem teraz bardzo zadowolona. Wiele moich marzeń zrealizowało się w tym roku, niemal każdy miesiąc przynosił jakieś niespodziewane osiągnięcie w pracy. A we mnie często smutek, niepokój, niepewność. Często wątpię w siebie, tymczasem ludzie wciąż się dziwią skąd biorę siły, by opowiadać, pisać, podróżować po kraju, po świecie. Chyba więc mam je; inaczej nie potrafiłabym w takim samopoczuciu podejmować ciągle nowych, trudnych wyzwań, wystąpień w różnych językach, nawet takich, którymi nie władam dość dobrze. Umiem się przemóc, ale wyczerpuje mnie to wewnętrznie, opróżnia moje źródła, zostawiając mi tylko łzy i tworząc jakby przepaść we mnie.

Przykro mi podnosić się z miejsca, przepraszać siedzących przy mnie pasażerów. Wszystko mnie żenuje, a najbardziej za duży bagaż, który wlokę ze sobą niezmiennie, gdziekolwiek jadę. Tym razem wzięłam wszystko do samolotu, aby nie tracić czasu; szofer amerykańskiego wydawcy „Nadziei” ma mnie oczekiwać i boję się, że potem nie zdążę na następny samolot do Cleveland. Obyśmy się odnaleźli i rozpoznali bez komplikacji! Pragnę tego spotkania, a to trudne na ogromnym lotnisku, w nielicznych godzinach między przesiadkami z jednego samolotu na drugi.

Wciąż nowe zdarzenia i postaci wkraczają w moje życie. Niemal wszystko związane jest z moją książką lub ustnymi przekazami o Shoa. „Nadzieja” – wydana w Polsce, w 1967 roku – żyje, zanosi mnie w nieznane kierunki, dostarcza rodzinie w Izraelu i Ameryce wielu satysfakcji, wzruszeń. W ostatnich latach krążę – w związku z tym – między Niemcami, Polską i Ameryką. Jeżdżę często do rozmaitych zakątków Izraela. Opowieść o tych przeżyciach jest silniejsza od życia, przekazując ją, wprost przerastam siebie. Za każdym razem odkrywam moc jakby nie z tego świata… Ale to tylko krótkie godziny, nawet chwile. Przeżywam je jednak tak intensywnie, że wydają się wiecznością, jakby nic nie było przedtem i jakby nic nie miało być po nich. Wszystko staje się teraźniejszością, wznoszącą lub rozgniatającą potęgą panującej atmosfery. Zapominam wtedy, że jednak nadejdzie następna chwila, nic nie jest wieczne…

Lecę na dziesięć dni do Ameryki. Wiem, że będą długie dla mnie i trudne. Ale wierzę, że podołam i będą też jakieś chwile satysfakcji, czas nowych doświadczeń, które może znów dokądś zaprowadzą… Najważniejsze, że zobaczę brata, że on już wrócił ze szpitala po wypadku i jest w domu. Największym prezentem na moje urodziny w tym roku był niespodziewany telefon od niego. Żartował ze mną, czułam w jego głosie radość z mojego przyjazdu. Podniosło mnie to na duchu. A dalej okaże się co będzie. Tyle mnie czeka! (…)

Trzeci tomik moich wierszy ukaże się wkrótce w Oświęcimiu. Wszystko inne już niemal przekazałam ustnie, na spotkaniach w szkołach, w Izraelu, Niemczech i w Polsce, w audycjach radiowych, filmach. Dobrze, że zostały nagrane, bo moje wystąpienia są spontaniczne, bez uprzednich przygotowań. Potem nie potrafiłabym ich odtworzyć.

W tym roku nie mogłam się zmusić do pisania, wejść w siebie, odnaleźć siebie. Pragnęłam raczej ucieczki od dobrych i złych wspomnień. Zaczytywałam się w grubych księgach filozoficznych, oddalając od tego, co było we mnie i poniekąd wokół mnie. Rozmyślałam, wyrażałam wiele w listach do bliższych i dalszych przyjaciół, ale to nie było to samo. Dawniej marzyłam uparcie, aby mi zechciano coś opublikować. Częściowo chciałam też udowodnić sobie samej, że jestem do czegoś zdolna. Dziś już tak nie jest. Chciałabym jeszcze, by wydano moje pamiętniki. Może się uda? Czy to uszczęśliwi? Na jak długo? Wciąż budzą się nowe, domagające się przekazu doznania…

W samolocie ruch. Ludzie kręcą się, przebierają… Samolot ma zaraz lądować. A ja jestem w wirze pisania – szkoda jednak, że o rzeczach błahych, nie o czymś konkretnym i przydatnym nie tylko mnie! Samolot zniża się coraz bardziej, niedaleko ląd, już niedługo. Moi przyjaciele w Izraelu, a przede wszystkim rodzina, na pewno są teraz ze mną myślami. A ja piszę o sobie; mała kobieta z olbrzymią biografią, która ciągle się jeszcze kształtuje, nieustannie rozrasta, tworzy się…

Niedziela, 17.9.95 godz. 13.05, w samolocie z New Yorku do Cleveland.

Właśnie pożegnałam się z Mike’em Sharpe, amerykańskim wydawcą „Nadziei” i edytorem – Petrem Coveney. Nasze spotkanie i rozmowa w Inn of Great Neck były bardzo dobre. Obaj wysłuchali moich uwag i propozycji z wielką uwagą, skupieniem, przy wykwintnym, hotelowym śniadaniu. Z ledwością przezwyciężyłam onieśmielenie luksusem i honorami. W ciągu kilku godzin zdążyliśmy zapoznać się, zaprzyjaźnić. Potem odwieźli mnie do samolotu, do Cleveland. Była to ogromna ulga dla mnie, nie czułam się zagubiona na wielkim lotnisku.

Great Neck – dzielnica w Long Island – jest zielona i piękna, a zainteresowani mną Sharpe i Coveney stworzyli ciepłą, serdeczną atmosferę, co oddaliło w niepamięć doznany wcześniej lęk i rozczarowanie w New Yorku, z rana.

Nie wylądowałam, jak się niebawem okazało, w umówionym miejscu, nie odnaleźliśmy się z wysłanym po mnie szoferem. Wycieńczona i zdenerwowana nie dawałam sobie rady z telefonem, z moim słabym angielskim. Długo trwało aż uzyskałam kontakt z sekretarką i żoną wydawcy. Nie czułam się źle, choć gnębiła mnie myśl, że tak ważne dla mnie spotkanie nie dojdzie do skutku, że miniemy się, spóźnię się, zagubię w nieporozumieniu samolot do Cleveland, na festiwal filmów. Wreszcie zjawił się elegancko ubrany szofer, który po chwili jednak znów znikł, aby sprowadzić swego mercedesa. Nie było go dość długo. Ogarniał mnie wzmożony lęk. Czas uciekał. Nie wiedziałam co robić. Tylko napięcie i nerwy! Na dworze ulewa, silny wiatr. Było mi zimno. Ledwie trzymałam się na nogach po nieprzespanej nocy. Wypatrywałam szofera, nie mogąc sobie darować, że pozwoliłam mu odejść, nie poszłam z nim!

W końcu znalazłam się w jego pięknej, ogrzanej przyjemnie limuzynie. Przy wejściu do hotelu już czekał edytor, a w pokoju, przy nakrytym elegancko stole, powitał mnie wydawca – wysoki mężczyzna, o miłej, inteligentnej twarzy.

W pośpiechu, ze zwykłą mi bezpośredniością i energią natychmiast przystąpiłam do poprawek w książce, jakby do przerwanej przed chwilą rozmowy z dawnymi znajomymi; co natychmiast stworzyło dogodną do pracy atmosferę między nami. Moje uwagi, wyjaśnienia wzbudziły żywe zainteresowanie, a nawet uniesienie. Słuchali mnie z rzadko spotykaną gotowością zrozumienia, akceptacji moich propozycji poprawek i dodatków w tekstach. Nasza rozmowa była żywa, swobodna, wprost fascynująca, co potem znalazło wyraz w pięknym wstępie do wydania książki, napisanym przez Sharpe’a. Od pierwszej chwili byliśmy bliscy sobie, porwani entuzjazmem maksymalnego ulepszenia wydania „Nadziei”, co mnie niezmiernie podniosło na duchu. A tak bałam się, że spotkanie nie dojdzie do skutku. Byłaby to osobista porażka i fiasko w oczach moich amerykańskich krewnych…

W ciągu kilku tygodni przygotowywałam się do spotkania. Oczekiwanie nadawało sens moim wysiłkom, memu udaniu się w tak daleką, trudną – nawet fizycznie – podróż, której głównym celem było zaproszenie mnie na festiwal filmów izraelskich. Na samym początku miałoby być niepowodzenie?! Na szczęście wszystko ostatecznie wypadło lepiej niż się spodziewałam. Z trudem rozstaliśmy się na lotnisku w New Yorku, wzruszeni do głębi…

Po godzinie oczekiwania na lotnisku „Hopkins” następny samolot. Znów wlokłam ze sobą ciężką torbę, której również tym razem nie oddałam na bagaż, aby nie tracić czasu na odbiór. Sharpe dźwigał ją aż do odprawy. Długo pozostawałam pod wrażeniem doznanej serdeczności i uznania; zdumiona, że porozumieliśmy się mimo mojej niedoskonałej znajomości angielskiego.

Poczekalnia na lotnisku w Cleveland napełniła mnie jakimś błogim spokojem. Atmosfera dobrobytu, czystości i elegancji, przestronne hale, sklepy, restauracje, rozmaite udogodnienia. Nie bałam się niczego więcej, nic nie dręczyło. Byłam znów sobą. Odzyskałam poczucie wartości, wzmocniona na duchu i uzbrojona w odporność na dalsze zdarzenia, ewentualne przykrości w rodzinie. Moje stosunki z bratową nie są zachętą do przyjazdu ani zwiastunem radości…

Zapadałam wciąż w sen w samolocie, mimo że się broniłam. Lecieliśmy wysoko nad chmurami. Chwilami wydawało mi się, że samolot stoi w miejscu. Było to dziwne uczucie. Cisza wokoło, bezruch absolutny. Pod nami gęste warstwy chmur, bezkresne jak pola śniegu. Nad nami cichy, jednako wodnisty błękit… i nic, jak śmierć głucha, wszechstronna… Czyżby to właśnie była wieczność rajskiego spokoju Niebieskiego Królestwa Boga i duchów? – myślałam przepełniona myślami. Na zewnątrz i w sobie ta martwa cisza, zawieszona w przestworzach.

Piszę teraz o wszystkim już w łóżku, w domu brata, o północy. Usypiam niemal, oczy same się zamykają. Dobrze mi, wszystko się powiodło; także w tym domu, w spotkaniach z ludźmi z Centrum Kultury Żydowskiej w Cleveland, którzy mnie sprowadzili na festiwal filmów. Jutro myślę pisać dalej, ale o sprawach bieżących, a nie o zaległościach w opisach wrażeń z poprzednich podróży w Europie. A może i o nich zdążę również? Na razie cieszę się, że pozbyłam się mych niepokojów, niepewności. Chcę i mogę znów wejść w głąb siebie. Tam znajduję prawdziwą siebie. Oby to trwało! Dziś rozmawiałam po raz pierwszy z Dziunią. Dotąd znałyśmy się tylko z listów, które ona zaczęła do mnie pisać z Iowa, po przeczytaniu mojej książki „Powrót do ziemi praojców”.

Budzę się o czwartej nad ranem, już druga noc tak… Jest to u mnie zwykły objaw, gdy znajduję się za granicą. Nie czuję się dobrze. Może za późno jadłam kolację i za dużo surówki (czego tutaj prawie się nie je, więc dopadłam do niej). Oni prowadzą bardzo niezdrową kuchnię i denerwują się, że ja ciągle odmawiam jedzenia.

Ile przede mną nowych spotkań i zdarzeń! Lękam się wystąpienia w kinie, bo będzie tam obecna cała rodzina brata. Mój angielski jest ubogi, oni zaś lubią krytykować… Ale może ten nasz izraelski film, w którym uczestniczę wraz z synem w dominującej roli, wyświetlany na ekranie dużego kina w Cleveland, przed liczną publicznością, poprawi moje miejsce w ich oczach. Moi synowie śmieliby się, że mi na tym zależy. Po co w ogóle jadę tam? – mówili, nazywając mnie masochistką.

Brat z ledwością chodzi oparty. Nie może się schylić i jest w każdym poruszeniu zdany na pomoc otoczenia. Przy tym ma (czy udaje?) dobry humor, interesuje się żywo wszystkim i jest szczęśliwy, że może być w domu, a nie w szpitalu, gdzie przeleżał cały miesiąc. Ucieszył się ogromnie moim przyjazdem, ale większość czasu spędza sam, w swoim pokoju. Prowadzi swe interesy przez korespondencję i telefonicznie. Podziwiam go. Żal mi go bardzo. Jednak smutno mi, że mi poświęca tak mało czasu. Wyczuwam też, że robi to przez wzgląd na swą żonę, która od zawsze widzi złym okiem jego miłość do mnie.

Moje problemy i zgryzoty wydają się błahe. Nieistotne w obliczu jego stanu. A ja tak się nimi przejmuję, że nieraz wprost nic więcej mi się nie chce. Teraz postrzegam to niemal jako grzech. Przecież jestem zdrowa, sprawna, wyglądam dobrze!

Piszę o sprawach osobistych, ale muszę sobie nakazać, by wrócić do pisania o bardziej absorbujących ludzi zdarzeniach, bo potrafię jeszcze… Reszta też może przyjdzie z czasem.

Znalezienie amerykańskiego wydawcy jest niezwykłym, szczęśliwym przypadkiem. Pragnęłam tak bardzo wznowienia książki w Ameryce. Wzbudziło to we mnie różne nadzieje i ambicje. Nie bardzo jednak wierzę w ich realizację. Znów będzie to chyba tylko ta książka, a chciałam więcej. Marzę o publikacji również innych moich prac. Może zdarzy się to w Niemczech, dzięki wydaniu „Nadziei” w Fischer Verlag? Jakoś wszyscy mnie chwalą, ale nie otwierają mi dalszej drogi. Daremnie marzę o niej przez wszystkie lata, odkąd zaczęłam pisać. Ale dlaczego przywiązuję do tego nieustannie aż tyle uwagi?! Przecież nie jest to kwestia życia!

Jest już siódma rano. Szaro, ciemno, zbiera się na deszcz. Nie zasnęłam od czwartej nad ranem. Nie mogłam spać, myślałam, myślałam. Mówiłam do siebie w duszy, po angielsku, co powiem uczniom ze szkół w Parma, przed i po pokazie naszego filmu „Z powodu tej wojny”. Co powiem wieczorem w kinie dorosłym?

O rzeczach, które nurtowały mnie w domu, przestałam myśleć. Oddaliły się na miarę odległości geograficznych, dzielących od miejsc z nimi związanych. Nagle inna, nowa proporcja doznań – krajobraz, otoczenie, klimat i własna rola, narzucona przez tych, którym tak bardzo zależało na mojej obecności na festiwalu.

Okazano mi uznanie, ujawniono wiarę we mnie. Nie przytłacza tu gęsta, rozprażona wilgoć izraelska. Sama nie wiem, co spowodowało zmianę samopoczucia.

Jedynym moim obowiązkiem jest tutaj wyglądać porządnie, nikomu w tym domu nie zawadzać, nie mówić za dużo czy za mało… Na szczęście ból brzucha ustąpił. Tak się krępowałam, że mogłabym sprawić niespodziewany kłopot dolegliwościami, mimo że tak się pilnuję z jedzeniem, za co już zostałam zganiona przez bratową i brata…

Jest teraz dobry spokój we mnie. Wiem kim jestem i co mam robić; a to jest wiele, jak się okazuje… Jak dotąd wszystko idzie pomyślnie. Wszyscy są życzliwi, przyjaźni. Nie ma spięć w rodzinie, a tego najbardziej się bałam. Zawdzięczam ten wyjątkowy stosunek uznaniu działaczy Cleveland Jews Culture Center.

Film dopiero zaczęli cenić w rodzinie, gdy się okazało, że zostanie pokazany w dużym kinie miejskim, gdy napisano o mnie w ważnej gazecie w Cleveland. Wiele może zdziałać powierzchowność, opinie uznanych osobistości – u nas w kraju też tak jest, ale tutaj bardziej. Ameryka jest w pewnym sensie jak wielka prowincja… Europa jest czymś innym chyba. W każdym razie ja inaczej czuję się w Polsce, a nawet w Niemczech. Tam cenią mnie za to, co jest we mnie, a nie za to, co o mnie piszą czy mówią.

Na dworze już się rozwidniło. Nie pada deszcz, ale nie widać porannego słońca, jak u nas w Izraelu. Zaczęłam pisać po ciemku, niemal nie widząc liter. Posuwałam rękę po liniach wyznaczanych w bloku listowym po omacku, zgadując ich kształt i kolejność… Teraz już mogę je widzieć, ale to nie ma znaczenia.

Wczoraj w nocy, gdy się przebudziłam, nie miałam ochoty na pisanie. Czułam w sobie dziwną panikę: co tutaj robię? jak wytrzymam aż dziesięć dni?! Dlaczego dałam się namówić, a także porwać własnym ambicjom podróży? Ale dziś to uczucie minęło. Odkąd znów zajechałam przed znane mi z poprzednich wizyt z mężem miejsce, starałam się odsunąć wspomnienia związane z tym domem, z jego pokojami, umeblowaniem, z tym, co tu przeżywałam, czego doświadczałam za każdym razem. Po raz pierwszy byliśmy tutaj, gdy miałam trzydzieści pięć lat. Dzieci brata były jeszcze w szkole. Dziś same mają już dzieci w szkole… Jeszcze ich nie widziałam, znam je tylko z fotografii. Zobaczę je w Rosh-Hashanah, bo jestem zaproszona na świąteczną kolację. Ma być dopiero w przeddzień mojego odjazdu.

Dziś wieczorem odwiedzę Dorotę i Stefana. Mieszkają w tej samej miejscowości, w pobliżu brata. Wczoraj rozmawiałam z nimi przez telefon, byli bardzo serdeczni. Stefan mówił, że ciągle pamięta mnie jako młodziutką dziewczynkę, która zjawiła się na progu ich biednego, ciasnego mieszkania na Rue de l’Harpe w Paryżu.

Mój brat spytał wczoraj czy będę miała jakieś fundusze na starość?… Czy mam możliwość oszczędzania? Nie myślę o tym, niczego nie odkładam, a w najgorszym wypadku sprzedam dom i pójdę do domu starców… Mówiąc to bratu byłam tak daleka od realiów życia staruszki! Wydaje mi się właściwie, że z każdym rokiem staję się młodsza, zdrowsza, a nawet w pewien sposób ładniejsza… Zbieram spóźnione plony, wywodzące się z mojego wewnętrznego świata, mojego wiecznego źródła. Dzięki temu źródłu udało mi się przeżyć najcięższe na świecie – Auschwitz. Żywiłam się i trzymałam się tych wewnętrznych zapasów, ukrytych w głębi duszy. Wydaje mi się, że nigdy nie będę stara, nie umrę, bo bezustannie mam skąd czerpać, tworzyć i mam komu przekazywać. Myślałam, by napisać wiersz o tej starości odmładzającej. Zanotowałam…

Dlaczego tak się cieszę, że wróciła mi chęć i możność pisania? Przecież tak niewielu z tych, na których mi zależy, zechce, znajdzie czas czytać to; nie mówiąc już o nikłych szansach publikacji! A przecież pisanie pochłania tyle sił wewnętrznych, czasu i całą mnie! Tym bardziej wiersze, które tak trudno opublikować. Tonę w papierach, jestem ich niewolnikiem… Ale bez nich już nie mogę. A może mi się tylko wydaje?

Jest już ósma rano. Wstanę teraz. Spotkam się w kuchni, przy stole, z bratem i bratową. Przy śniadaniu bywają w dobrych humorach i jest przyjemnie. Jakbym ponownie przybyła z daleka, jakby trwała chwila radosnego powitania gościa. Dobra chwila, choć nie zawsze długa.

8.30. Jeszcze nikogo nie ma w kuchni. Zeszłam po cichu ze schodów. Nagle brat odezwał się wesołym i jak dawniej mocnym głosem: zejdź, nie chodź tak cicho, ja już się golę i zaraz przyjdę do stołu. Zrobiło mi się przyjemnie w duszy. Jestem wypoczęta, pełna nowej energii, mimo że spałam tylko cztery godziny, a w dzień też nie odpoczywałam. Może dalej będzie dobrze? Przecież zawsze mam to swoje głupie, niespodziewane szczęście?!

Dziś o dwunastej jestem zaproszona, wraz z bratową, na obiad do matki mojej byłej nauczycielki angielskiego. Ona pracuje od wielu lat jako żurnalistka w Cleveland Jews News i już w latach siedemdziesiątych pisała kilkakrotnie o mojej książce i o mnie w tygodniku. Z pewnością będę mile przyjęta. Bratowa lubi moje spotkania i wyjazdy ze mną. Jest to urozmaiceniem jej codzienności.

Wtorek, 19.9.95, godzina 23.00

Nareszcie koniec tak długiego dnia, rozpoczętego o czwartej nad ranem. Jestem już zbyt zmęczona, aby czuć niepokój. Trudno mi zebrać myśli i spisać wszystko, co się dziś działo, gdzie byłam. Bratowa jechała ze mną wszędzie, chętniej niż ja sama. Chyba opiszę to jutro, gdy się obudzę, nad ranem. Teraz zamknę oczy i usnę na kilka godzin. Łamią mnie wszystkie kości, oczy się kleją. W drodze powrotnej od żurnalistki, o mało nie zemdlałam ze zmęczenia. Szybko, ukradkiem, żeby bratowa nie zauważyła, wyjęłam tabletkę na uspokojenie. Nie chciałam zdradzić, że się źle czuję, że nie spałam od czwartej nad ranem. Tyle było tam pustego gadania, tyle zbędnie zmarnowanych sił i straconego czasu! Potem musiałam pójść z bratową do Doroty. Z bratem ledwie zamieniłam kilka zdań. On zamyka się w swym pokoju godzinami, a my latamy po mieście trzeba czy nie.

Brat jest jednak niezwykle serdeczny w tych nielicznych godzinach, gdy jesteśmy razem. Podziwiam siłę jego charakteru, życia! Nigdy nie stęka, nie skarży się. Przyjmuje swe dolegliwości i fizyczne ograniczenia z humorem, starając się być maksymalnie samodzielny. A przecież ledwie się porusza, nie może się pochylić, podnieść nóg. Śmiejąc się i żartując, prosi mnie, abym mu nałożyła na jedną nogę skarpetkę, z drugą już sam sobie poradzi i przyrzeka, że jak tylko się wzmocni po szpitalu, będzie mógł sam wszystko zrobić…

Czuję się taka malutka przy nim, zalękniona. Nigdy nie wiem jak postępować, aby był zadowolony. Być przy nim dłużej czy odejść? Nie wiem, kiedy mam zostać, kiedy pójść do swego pokoju, bo może ma dość mojej obecności… A jak pójdę, może obrazi się? Czy w ogóle jest zadowolony, że jestem tutaj? Może wolałby, żebym już sobie pojechała? Chciałabym już mieć za sobą wszystkie humory brata, własne wątpliwości, być już u siebie w domu. W domu chyba jeszcze mocniej odczuję różne urazy stąd, jak uderzenie, które dopiero po czasie sprawia ból. Znów wróci poczucie własnej marności… Lepiej nie myśleć.

Dziś rano mam wystąpić przed setkami uczniów i ich nauczycielami, w kinie. Muszę być silna wewnętrznie i pewna siebie. A wieczorem będę przed publicznością składającą się z samych dorosłych. Będą obecni także znajomi i córki brata z mężami. Obym nie zawiodła!

Wczoraj nie pisałam dużo. Niemal natychmiast zasnęłam, bez żadnych zrywań i snów. Potem poleżałam trochę z uczuciem niepokoju i niezadowolenia z siebie.

Szósta trzydzieści. Zaczęłam pisać o piątej rano. Znów nie zanotowałam niczego ważnego. Nie mam cierpliwości. Nie mam sił do pisania czegoś, co jest czymś większym niż zwykłym dziennikiem. O siódmej zacznę się ubierać, bo o ósmej mamy wyjść z domu z bratową, aby być na dziewiątą w kinie. Organizatorzy chcieli specjalnie przyjechać po mnie, ale bratowa nie dopuściła. Ona wszędzie chce pójść ze mną i brać we wszystkim udział. Chciała siedzieć przy mnie w czasie wystąpienia, by mi pomóc w angielskim w razie potrzeby… Ale jest do tego Avi z Izraela, który zwerbował mnie do podróży. On wszystko załatwia.

Brat zostaje godzinami sam, mimo że ledwie porusza się po mieszkaniu. Bałabym się być ciągle sama, gdybym była na jego miejscu, przy takim bezwładzie i słabości. Nie mogłabym też tyle wychodzić, gdybym była na miejscu bratowej, nie miałabym spokoju. Ale oni tak żyją. Brat ma potężną osobowość, wolę. Jest mądry, zaradny, pewny siebie. Obym ja potrafiła być taka!

20.9.95 godz. 2.00

Czuję się jak po porodzie… Wszystko udało się świetnie! Młodzież w kinie słuchała mnie jak zahipnotyzowana. Uczniowie byli ze szkoły ukraińskiej, polskiej i żydowskiej. Nauczyciele powiedzieli, że nie widzieli nigdy swych uczniów tak skupionych i cichych. Ściskali mnie, dziękowali w głębokim wzruszeniu. Stworzyłam podniosłą atmosferę. Sama nie wiem kiedy i jak opanowałam całkowicie liczną i trudną publiczność. Jakbyśmy się zlali w jedno. To było cudowne! Znów poczułam własną moc i pewność siebie, wynikającą z jakichś nieopisanych głębi.

Bratowa była zszokowana. Nie znała mnie takiej. Z początku milczała pokornie. Przedstawiałam ją z szacunkiem każdemu, kto podchodził uścisnąć mi rękę, wyrazić swe wzruszenie, uznanie. Wielu było takich, aż mi się mieszało w oczach. W drodze powrotnej bratowa powiedziała mi w surowym namaszczeniu, że musi mi zwrócić kilka uwag w związku z moim wystąpieniem. Także z filmu wiele rzeczy należałoby wyjąć!… (Film był wyświetlany przez ponad rok, po pięć razy dziennie, w kinie w Tel Avivie. Wypożyczają go ciągle do szkół, cieszy się nadzwyczajnym powodzeniem). I się zacznie, pomyślałam.

Kamień padł mi na serce. Zapytałam jednak spokojnie, udając skupienie, co mówiłam źle czy niepotrzebnie? Filmu nie mogłabym poprawić, ale siebie w przyszłych wystąpieniach chyba tak. Odpowiedziała, że za dużo ma uwag i są zbyt ważne, aby o nich mówić w aucie, w czasie jazdy; powie mi w domu, muszę je sobie zapisać… Zapewniłam, że na pewno to zrobię i będę jej wdzięczna. Wewnątrz wrzało we mnie. Po tylu wyrazach podziwu i uznania – naraz lodowata kąpiel! W domu, na pytanie brata jak było w kinie, mruknęła gniewnie: było! Opowie mu potem. Udawała wciąż ogromnie zmęczoną i znudzoną. A musiała jeszcze wieczorem jechać ze mną do kina po raz drugi. Zauważyłam, że przecież ludzie z Centrum Kultury usilnie nalegali, żeby mnie wszędzie zawozić. Nie chciała ustąpić. Ona musi ze mną jechać! Ciągle też zabiegała o bilety na wieczór dla swoich córek i znajomych… Ludzie byli zachwyceni filmem i moim przemówieniem. To było wielkie, powtarzali, potężne! Na sali panowało przez cały czas niezwykłe uniesienie, skupienie. Jednak w domu brata było mi źle, smutno! Znów czułam się zmiażdżona, zbędna, zostawiona sobie. Dlaczego tacy są dla mnie bliscy ludzie? Do kiedy tak będzie? Dotąd bratowa znosiła mnie, starała się być miła. Ale dziś poniosła ją złość. Odległość od domu wydaje mi się teraz wprost nie do pokonania.

Mówiłam z mężem przez telefon. Bratowa nie bardzo chciała dopuścić mnie do telefonu. A brat jakby się jej bał, był zakłopotany. Przecież nie chodzi tu o pieniądze, których im bynajmniej nie brak! Jakie to trudne, niepojęte! Nie umiem uporać się z tymi zmiennymi i sprzecznymi przejawami. Pozostaję dzieckiem w pewnym sensie, nie dojrzewam, ani też nie popadam w przytępienie starości, które mogłoby pomóc w utrzymaniu spokoju ducha.

Czeka mnie więc dziś jeszcze wielki wieczór w przepełnionym kinie, w Cleveland. Potem siedem długich, nudnych dni w oczekiwaniu powrotu do domu. Jakoś będę musiała je przeżyć. Nic mnie tu nie ciekawi, nie cieszy, nigdzie nie pragnę pójść, niczego nie pragnę kupić (nie znoszę zakupów, gdy jestem za granicą). Jakbym oglądała Amerykę przez okno mojego mieszkania w Herzliyi… Znam dom brata i okolice z moich poprzednich wizyt. Wszystko jest tu obce dla mnie, odpychające, puste. Tyle tylko, że mogę popatrzeć na brata z bliska, porozmawiać z nim, czuć, że on patrzy na mnie, słucha mnie. Chyba pamięta potem długo moją postać. Brat już kilkakrotnie wspominał, że chce, abym przyjechała z mężem na Bar Micwę tego lata. Nie wyobrażam sobie jak wytrzymalibyśmy tutaj oboje w ciągłym napięciu. Nie chciałabym przyjechać. Ale przeważnie robię to, czego chcą inni…

21.9.95, godz. 4.30

Spałam z ciągłymi przerwami. Nie chciałam pisać. Byłam pod silnym wrażeniem występu w kinie. Rozważałam je w sobie. Wieczór w kinie wypadł wspaniale. Z bratową było to samo, co po rannym wystąpieniu. Skarciła mnie, że powinnam mówić o zaprzeczaniu Holocaustu, zamiast przekazywać emocje z owych lat, jak te o miłości matki, które są wiadome każdemu… Na pytanie brata jak było znów odpowiedziała wzgardliwie, lekceważąco. Z większym entuzjazmem i szczegółowo opowiadała kto był w kinie, z kim spośród znajomych spotkała się, kogo zapomniała zaprosić.

Czułam się tego wieczoru w kinie więcej niż zwycięzcą! Dobrze, że jednak wyruszyłam w tę podróż i wypełniłam co należało! Potrafiłam przekazać autentycznie, poprzez najbardziej ludzkie uczucia, cząstkę prawdy o tamtych latach, przybliżyć Amerykanom postaci straconych, ogrom ich cierpień i zmagań o chwilę życia. Połykano wprost moje słowa… Ci co sami przeżyli Holocaust wyrazili mi głęboką wdzięczność, że w tak wstrząsający sposób przekazałam wszystko. Ci, którzy nie przeżyli tego sami, słuchali z największą uwagą. Opowiadałam z takim przejęciem, siłą, jakby dzieje miały miejsce wczoraj. Mówiłam od serca, jak do jednego bliskiego człowieka. Chwalono nawet mój angielski, co bratowa raczyła potwierdzić. Nikt nie musiał mnie tłumaczyć, pomagać mi. Zięć brata, którego nie znałam prawie, objął mnie nagle serdecznie i pocałował. Powiedział, że lubi mój film, mój wiersz (czytałam wiersz „Jedźcie do Treblinki”) – i mnie! Zaskoczyło mnie to i wzruszyło. Obie córki brata także okazały mi niezwykłą serdeczność. Ale nie mniej okazali mi ją zupełnie obcy ludzie, którym stałam się nagle bliska. Byłam znów sobą w najlepszej swej cząstce i tak mnie odebrano. A w domu, po powrocie, bratowa ścięła mnie jak wodę na mrozie, od razu od progu mieszkania. Lekceważenie, obcość, ironia. W takim nastroju położyłam się spać i nawet nie byłam w stanie pisać. Dobrze, że szybko zasnęłam i przestałam myśleć. Oni gawędzili sobie jeszcze w kuchni o swoich sprawach.

Po kinie poszliśmy wszyscy, rodzina i znajomi (bez brata oczywiście), do kawiarni. Gadano o głupstwach, o jedzeniu, gotowaniu. Byłam jeszcze pod silnym wrażeniem wystąpienia w kinie i nie brałam udziału w paplaninie.

Bratowa zwróciła mi nazajutrz uwagę, że przesadnie pilnuję się z jedzeniem, przebierałam w ciastach i niewiele wzięłam… Była wyraźnie oburzona tym, uważając to za kaprys z mojej strony. Ona jest bardzo tęga i je wszystko co lubi – tłuste, słodkie.

Dziś rano wstałam przed nią. Brat już był w kuchni, przy stole. Zrobiłam mu herbatę, pomogłam nałożyć skarpetki, przyniosłam leżące pod drzwiami gazety. Potem ona przyszła. Miała dobry humor. Pomagałam jej podawać śniadanie do stołu. Stale też zmywałam naczynia.

Wydaje mi się chwilami, że ona jest zadowolona urozmaiceniem, jakie stanowi moja obecność. Pokazała mi list z Centrum Żydowskiej Kultury w Cleveland, gdzie wyrażano prośbę związaną z moim przybyciem na festiwal, zaznaczając jak bardzo im jestem potrzebna i że posyłają mi bilet, z czego ona i brat byli dumni. Pokazują ten list swym znajomym z satysfakcją…

Na prośbę przewodniczącej Centrum, Sou, serdecznej i miłej osoby, mój wydawca przysłał broszurki reklamujące książkę. Brat czytał uważnie. Widać było, że jest bardzo wzruszony. Chciał też pokazać broszury swoim znajomym. Jestem dumna z tego wszystkiego i cieszę się cicho, w sercu.

Rano, gdy schodzę na śniadanie, brat przygląda mi się z zadowoleniem i często wyrywają mu się słowa w jidysz: „o, jak pięknie wyglądasz, bez uroku, bez uroku!”… Jest mi dobrze na duszy w takich chwilach.

Lękam się przeprawy z lotniska w New Yorku na transatlantyckie, ale chyba nie zabłądzę. Chciałam jeszcze porozmawiać z Sou z Centrum Kultury, ale bratowa krzyknęła zagniewana: „po co chcesz do niej dzwonić? co jej chcesz powiedzieć?!”. Kto wie czy będę mogła wysłać stąd do Dziuni kasety? Chyba wezmę je z powrotem do domu i wyślę z Izraela… Czy to nie jest absurdalne, że drobnostka staje się tu problemem? Myślałam o tym, by porozmawiać na pożegnanie z Sharpem, ale brat sam z nim chce mówić i może to jest nawet lepsze. Sharpe jest bardzo życzliwy i zaangażowany. Wydaje mi się, że zrobi wszystko, aby rozpowszechnić moją książkę w Ameryce. (…)

Godz. 23.00. Z nikim nie rozmawiałam przez telefon. Do Los Angeles zadzwoniłam, kiedy brat był w domu, ale nikogo nie zastałam i więcej nie będę próbować. Nie podałam też telefonu brata, bo wolę, żeby nie dzwonili tutaj. Bratową złości wołanie mnie do telefonu i powstaje nieznośne napięcie w domu. Dziunia jednak ma ten numer, ale nie wiem czy dzwoniła. Może krępuje się, a może to jest zbyt drogie dla niej?

Dziękuję Bogu za każdą spokojną chwilę bez wrogości. Zostały mi jeszcze cztery dni! Wzięłam tabletkę na sen, aby przespać noc i nie myśleć, nie zżerać się, nie niepokoić. Wszystko przeleci, większość już mam za sobą i wypadło lepiej niż sądziłam. (Przed moim wyjazdem do Ameryki, ks. Piotr powiedział mi, że wszystko co najcięższe już przeżyłam i nie zostałam pokonana, nie mam więc czego więcej się bać…).

Brat też czuje się lepiej i miewa lepszy humor. Bratowa zapragnęła nagle, by koniecznie zobaczyć mój polski film „Nadzieja umiera ostatnia”, bo zafascynowało ją to, co o nim napisał Sharpe. Brat też chętnie obejrzał go znów, patrzył z wielkim wzruszeniem, szczególnie na część z getta, gdy mówiłam o naszej matce. Spojrzałam na niego jeden raz tylko w czasie oglądania filmu, a na nią ani razu. Siąkała nosem i wykrzyknęła: „że też ci polscy producenci dali do tego filmu takie wspaniałe zdjęcia!” Ja i mój wkład – jak zwykle – nie liczą się. Jednak zachowuje się względem mnie tym razem życzliwiej w porównaniu z tym, co było dawniej. Często podłapuje różne moje określenia i powtarza je entuzjastycznie, bo właśnie według niej wyrażają dobitnie to, co ma na myśli i nie potrafi wypowiedzieć, a ja natychmiast znajduję odpowiednie słowa…

To wszystko jest nowe w naszych stosunkach – dzięki zaproszeniu z Centrum, po pokazie filmu przed wielką publicznością i po przyjęciu przez Sharpe’a mojej książki do druku. Wolałabym jednak już być w drodze powrotnej do domu… Nie jestem tu sobą. Nic jakoś nie ma tu dla mnie sensu. Przykro mi, że nikt z Centrum nie dzwoni więcej do mnie. Wiem, że nie chcą przeszkadzać, nie wiedzą, kiedy mnie mogą zastać w domu. A moja torba jest już spakowana i gotowa do drogi…

Jutro, czyli w piątek, wieczorem, jesteśmy zaproszeni na kolację do starszej córki brata, w poniedziałek – na kolację Rosh-Hashana do młodszej, a we wtorek wyjazd do New Yorku, do domu! Obym tylko sobie poradziła na lotnisku, znalazła odpowiedni autobus i nie spóźniła na samolot do Izraela! Chciałabym już mieć to wszystko za sobą i nie powtarzać takich trudnych, dalekich podróży!

W sobotę mają przyjść do domu brata goście, chcą odwiedzić brata po jego powrocie ze szpitala i korzystają z pretekstu, jakim jest mój przyjazd z Izraela. Wiem, że naprawdę chcą też mnie spotkać, ale bratowa ciągle mówi, że to dla niej wielki i niepotrzebny kłopot, że to przeze mnie. Czuję się winna tego zamieszania. Ucieszę się jednak, gdy przekażą bratu swe wrażenia z wieczoru w kinie… Ale czy go to naprawdę obchodzi? Ma swoje problemy, swoje życie, nie jest zwolennikiem duchowych przeżyć, a moje przekazy są takie.

22.9.95, godz. 8.20

Spałam do siódmej. Piszę w łóżku, bo nikt jeszcze nie wstał. Nie chcę kręcić się sama po domu, robić hałas. Na dworze leje deszcz, wiatr wygina gałęzie drzew, zimno. Odkąd tu przyjechałam wciąż pada i jest pochmurno. Już w New Yorku powitała mnie ulewa. Wczorajsze pisanie wieczorne przerwało mi wejście bratowej do pokoju. Zapytała co piszę, czy jakiś wiersz? Odpowiedziałam, że przygotowuję swój referat listopadowy w Yad Vashem… Właściwie to najbardziej powinnam robić! Liczę już dni dzielące od powrotu do domu. Nie pisałam o moich urodzinach i przyjęciu, jakie mi urządzili synowie w zeszły piątek, 15 września. Było tak miło i dobrze u młodszego syna. Jedzenie, które przygotował było świetne i w ogóle cała atmosfera! Dręczyły mnie jedynie obawy związane ze spodziewaną podróżą do Cleveland. Teraz już jestem tutaj, tak daleka od tego, czym oddychałam w ubiegły piątek.

Tak mało mam dziś wspólnego z bratem. Często czuję się tak, jakbym nie miała z nim o czym mówić. Albo on boi się rozmowy ze mną. Wydaje mu się, że jest winny za moje trudne losy powojenne i woli mniej ze mną rozmawiać, żeby nie poruszać tych tematów. A może nie chce mi poświęcać zbyt dużo czasu, aby nie denerwować żony? Jest między nami moc i … naraz nic. Tyle napięcia w tym wszystkim! A taki był wzruszony moim pojawieniem się na progu ich domu, dosłownie do łez! Nic już nie wiem, czuję się tu taka mała, niezdarna, bez sensu i tak bardzo nie na swoim miejscu. Nie wiem często jak postąpić, co powiedzieć, co ze sobą począć. Moje dzieci nie zrozumiałyby tego, powiedziałyby, że powinnam odjechać albo pójść do hotelu, mam przecież pieniądze ze sobą…

Może jestem niesprawiedliwa, może wszystko zbyt surowo, krytycznie osądzam. Przecież bratowa tym razem raczej stara się być życzliwa, a brat jest zbolały po upadku i operacji, choć jak zawsze potężny w swej osobowości i władczy. Nie mam sił do tych ciągłych wahań i zmian. Nie wierzę w obecną dobroć bratowej, nie czuję się sobą. Chwilami moje prawdziwe ja ujawnia się i działa na nich również. Szkoda, że tylko chwilami. A teraz ubiorę się i zejdę na dół.

Godzina trzynasta trzydzieści. Czas minął dość przyjemnie. Pogodne przedpołudnie – nie na dworze, bo ciągle pada i jest zimno, ale dom jest ogrzany, brat silniejszy. Dobra atmosfera. Zjedliśmy małe śniadanie, pojechałam z bratową po zakupy. Teraz oni przeglądają korespondencję, wymieniają uwagi w sprawach rodzinnych, a ja przeprosiłam i ulotniłam się, po uprzednim zmyciu naczyń (chcę być trochę pożyteczna!) do swego pokoju.

Każdego rana brat przegląda uważnie gazety, korespondencję i wtedy nie wolno się do niego odezwać słowem. Potem zamyka się u siebie w pokoju i siedzi przy telefonie. A ja przyjechałam po wielu latach z daleka i na krótko… Przykro mi, że wpadam nagle w życie innych ludzi i poniekąd odrywam od codziennych spraw. Niektóre sprawy zawsze dają się odłożyć. W każdym razie ja i mój mąż potrafimy dużo więcej poświęcić dla gości. Ale każdy jest inny. Trudno mi nieraz odczytać intencje, zrozumieć zachowanie, reakcje, a zwłaszcza godzić się na nie…

Czas oderwać się od siebie, od rozmyślań i komentarzy związanych ze mną, od tego, co dzieje się tak blisko mnie i mnie tylko dotyczy. (…) Tyle się zdarzyło, a ja brnę ciągle w gorzkich refleksjach. Boję się cieszyć lub nie umiem… Zapisałam już trzy czwarte bloku listowego, nie czytając ani słowa, nie sprawdzając, nie poprawiając niczego. Będę czytać w czasie przepisywania do komputera, jeśli tylko nie spadnie na mnie znów poprzednia niechęć. Oby to nie wróciło! Mam też nadzieję, że tutaj już niewiele mi się przydarzy i dotrwam spokojnie do końca wizyty, od której bratowa tak bardzo pragnęła mnie powstrzymać. Uległa jednak naciskowi Sou z Centrum Żydowskiego w Cleveland…

Moje bratanice powitały mnie bardzo serdecznie w kinie, a dziś wieczorem, jak już pisałam, będę w domu u tej starszej na kolacji. Ona dzwoniła do brata i powiedziała mu, że byłam świetna w czasie wystąpienia w kinie, a moje błędy w angielskim wzbudziły sympatię ludzi, bo miały podobno swoisty urok… Jakże się cieszę, że brat usłyszał to od swojej córki!

Z bratową mam nadal dość przyjazne stosunki (wciąż to zaznaczam z podziwem, bo to prawdziwa niespodzianka!), z czego Dorota chyba nie jest zadowolona. Przy spotkaniu dziś rano, w supermarkecie (ogromny i imponujący!), była bardzo napuszona i sztywna. Dawniej uciekałam do niej, gdy bratowa stwarzała nieznośną atmosferę, a to ona lubiła. Ale Dorota też nie była nigdy względem mnie szczera. Nie podzielała miłości brata do mnie, zazdrościła wielu rzeczy. Starała się pomniejszać mnie w jego oczach, wywyższała siebie i swoich bliskich. Teraz są pogniewani. Nie wiem dlaczego bratowa do niej idzie, przecież widzi wyraźnie, że Dorota jej nie chce. Chyba nudno jej i nie ma w pobliżu innych znajomych. Mąż Doroty jest dobry i jak zawsze przyjazny, ale on niewiele ma do powiedzenia w swym domu.

23.9.95, godz. 7.30

Wieczór u bratanicy był bardzo miły. Przyjęli mnie z niespodziewaną serdecznością i ciepłem. Byli jeszcze pod wrażeniem filmu i mojego wystąpienia w kinie. Okazało się, że bratanice dotąd wspominają z przejęciem swój pobyt w naszym domu, w latach siedemdziesiątych, gdy zwiedzały Izrael. Mąż starszej słuchał z zainteresowaniem wszystkiego, co opowiadałam. Przy pożegnaniu przytulił mnie do siebie i pocałował jak kogoś prawdziwie bliskiego i drogiego. Ich dzieci były mną mniej zainteresowane, czy raczej w ogóle. Nie znały mnie i nikt im o mnie nie opowiadał.

W drodze powrotnej brat zaczął nagle tłumaczyć się przede mną, że jest ciągle zajęty. W czasie pobytu w szpitalu zebrało się bardzo wiele spraw. To prawda, za szybko osądziłam jego zachowanie względem mnie. On cieszy się samą świadomością, że jestem blisko, nawet gdy jest zamknięty w swoim pokoju.

Bratowa przebywa ze mną dużo, co mnie chwilami naprawdę wzrusza. Wczoraj obejrzała polski film (posłałam kasetę dwa lata temu!). Jest nim zachwycona i wszystkim o nim opowiada, poleca. Dobrze, że przesłałam list Sharpe’a o filmie!

Nauczyłam się o nic nie prosić, niczego nie oczekiwać i schodzić z drogi… Zostały mi tutaj trzy dni. Nie będzie chyba źle. Dziś wieczorem mają przyjść goście.

Po pokazie filmu „Z powodu tej wojny”, w kinie w Cleveland, podszedł do mnie między innymi pewien starszy mężczyzna i przez ściśnięte gardło wykrztusił, że był jednym z żołnierzy, którzy oswobodzili Majdanek… Mocno uścisnęliśmy sobie ręce. Żałuję, że nie zapisałam jego nazwiska.

Brat znów wczoraj wspominał o moim przyjeździe z mężem, latem, na Bar-Micwę. Nigdy nie potrafię urazić kogoś, powiedzieć nie. Więc niech będzie, co ma być. I tak niczego niemal nie można w moim życiu zaplanować. Nieraz wypadało wręcz cudownie bez planu…

Godzina piętnasta trzydzieści. Wróciłam z bratową od różnych jej znajomych. Byliśmy w ładnej kawiarni, a potem w dwóch bardzo eleganckich, drogich apartamentach. Długie korytarze pokryte dywanami i tapetami, niezliczone drzwi w każdym kierunku, jedne obok drugich, złote klatki pełne starców… Zamożni ludzie, którzy sprzedali swe prywatne domki, wille i urządzili się w tych półhotelach, aby uwolnić się od obowiązku utrzymywania domów i ogrodów. W moich oczach wygląda to tak, jakby zamienili je na luksusowe oczekiwanie końca… Pustka i obcość, w ciasnocie, drzwi obok drzwi, mnóstwo korytarzy. Przy wejściu bratowa spytała wchodzącego lokatora czy pozwoliłby nam wejść wraz z nim do budynku, bez dzwonienia do znajomej, aby nam otworzyła drzwi. Odpowiedział, że musi najpierw się zastanowić… Bał się nas. Ludzie tu nie wierzą jedni drugim, boją się obcych! Nie jest tak chyba wśród biedoty. Tam może istnieje większa ufność, a może życie nie jest tak drogie?

Znajoma, którą odwiedziłyśmy, Irena-Ida Muszyńska, pochodzi z Międzyrzecza. Ona i jej mąż ukrywali się w ciągu dwu i pół roku, w czasie okupacji hitlerowskiej, u pewnej szlacheckiej rodziny polskiej w Międzyrzeczu. Do dziś są w doskonałych relacjach z tą rodziną. Syn Muszyńskiej to człowiek religijny, odwiedził ostatnio Polskę, nawiązał serdeczne stosunki z księdzem z Centrum Dialogu w Oświęcimiu i z wieloma innymi Polakami, działając wspólnie z nimi, w zwalczaniu nienawiści między ludźmi, antysemityzmu i antypolonizmu. Napisał o tym piękny artykuł, po powrocie z podróży do Polski. Przetłumaczyłam tekst z angielskiego i włączyłam do swego referatu do Yad Vashem, a potem opublikowałam w „Więzi”.

Z bratową wszystko dalej na cichych wodach. Bywają chwile napięcia i nerwów między nią i bratem. Usuwam się wtedy szybko. Nie są to sprawy poważne, ale niemniej przykre. Staram się zwykle trzymać jej stronę, gdy żali się przede mną. Wiem, że brat sobie poradzi. Wykrzyczą się i znów wszystko wróci do normy.

Bratowa przedstawia mnie swoim znajomym jako tę „wielką pisarkę i twórczynię wspaniałych filmów”… O mało nie zapadam się pod ziemię ze wstydu i zakłopotania! Ale przed bratem wciąż mnie ośmiesza i pomniejsza… Jakie to wszystko dziwne, trudne! Jednak szczęście, że tak właśnie się potoczyły moje sprawy i ona teraz lubi pochwalić się siostrą męża! Zawdzięczam to wydawcy z New Yorku i Centrum Kultury Żydowskiej w Cleveland. Bez listu od Sharpe’a i zaproszenia z Centrum nawet nie chciała obejrzeć żadnego mojego filmu, teraz tak się nimi chwali! (…)

Dziś jednak mogę z całą pewnością powiedzieć, że moja podróż miała sens, a rady bliskich, którzy mnie do niej dystansowali, nie były słuszne. Dobrze, że podążam raczej za swoją intuicją i trafiam do różnych ludzi, którzy niespodziewanie prowadzą mnie dalej tam, gdzie powinnam dotrzeć. Ryzykuję i na ogół wychodzę na tym dobrze. Potrafię przezwyciężyć lęk. Coś mnie popycha do działania, podejmowania wszelkiego rodzaju wyzwań i żadna siła nie mogłaby mnie od tego powstrzymać, mimo licznych skrupułów i wątpliwości.

Piszę o sobie, o swej najbliższej rzeczywistości. A mąż jest teraz sam z obowiązkiem utrzymania domu, z opieką nad naszymi zwierzętami. Sam w czasie kilkudniowego urlopu świąt jesiennych! Ale ma kontakt z dziećmi i znajomymi. Jakie to dalekie teraz ode mnie! (…) Gdyby nie nasze pieski i kotki byłoby nam łatwiej, moglibyśmy wyjeżdżać razem i na dłużej. Ale one czekają na naszą miłość i opiekę, cieszą się nami i sprawiają radość swym przywiązaniem i wdziękiem. Nie mogłabym żyć w „bombonierowych klatkach”, gdzie nie wolno trzymać zwierząt domowych. Mało kto by mnie zrozumiał. Ludzie żyją tu raczej tylko dla siebie, chcą żyć wygodnie, lekko. Chyba mają swoje racje, których ja z kolei nie pojmuję.

Odpoczęłam tu trochę fizycznie. Często wyjeżdżam z bratową jej autem. Lubię oglądać mijane krajobrazy, rozległość amerykańskich dróg. Lubiłam to także w Polsce… pęd auta, coraz inne uciekające za oknem widoki, rozmowy. W Izraelu przeważnie siedzę w domu, dbam o jego utrzymanie, ślęczę nad pisaniem, korektami. Pisanie odrywa mnie od wszystkiego. Wchłaniają mnie papiery, w których umieszczam życie. To, co mam naprawdę do napisania, jest ciężką pracą, pełną napięć i namysłów, od czego pod różnymi pretekstami na razie uciekam. Muszę na to mieć pewien spokój wewnętrzny, czas, a może nową perspektywę. Jeżeli jednak nie przymierzę się do tego tak jak kiedyś, nie narzucę sobie obowiązku, dyscypliny, nigdy tego nie zrobię. Wszystko zależy wyłącznie ode mnie i przede wszystkim od spokoju, czasu czy raczej niepokoju z powodu tego wszystkiego, co mam opisać…

A teraz odpocznę, może uda mi się zdrzemnąć. Nie wiem czy mam się przebrać na spotkanie z gośćmi. Czy brat nie będzie krytykował, że zbyt często przebieram się? Lepiej chyba być skromną i mniej rzucać się w oczy. Ale tak mi się chce założyć czerwony sweterek… Jestem starą babką z młodymi bzdurami w głowie i lękiem przed tym, co powiedzą „doroślejsi” krewni. Kiedy się nareszcie zmienię, spoważnieję i stanę się samodzielna?! Tylko twarz mi się zmienia, przybywa zmarszczek, nic poza tym, niestety…

22.30… Goście odeszli, minął miły, wesoły wieczór, kolacja, którą przygotowałam wraz z bratową. Ona była bardzo zadowolona. Goście przyszli niby z mojego powodu, ale ona i brat świetnie się bawili. Potem zmywałam naczynia. Bratowa jest bardzo tęga i z trudem się porusza, zresztą od dzieciństwa jest przyzwyczajona, że ją ktoś obsługuje. Chętnie robię tu wszystko co mogę, aby tylko być jakoś użyteczna, by nikt nie miał dodatkowej pracy przeze mnie.

Szósta rano, na dworze ciemno, jak wśród nocy… Nie śpię już od godziny i piszę w łóżku. Wczoraj położyłam się spać o dwudziestej drugiej trzydzieści. Mogłam jeszcze pisać i chętnie bym to zrobiła, ale nie chciałam wizyty bratowej (jak widzi zapalone światło w pokoju, od razu do mnie wchodzi, pyta co piszę i mówi o różnych bzdurach, a ja zmuszam się do okazywania zainteresowania, aby tylko podtrzymać dobrą atmosferę). Serce mi wali przy tym w napięciu, bo głowę mam jeszcze w przerwanych jej zjawieniem się zapiskach.

Wczoraj dużo rozmawiano o mojej „Nadziei”. Brat i jego przyjaciel adwokat wspominali jak chodzili przed laty po New Yorku w sprawie publikacji książki w Ameryce, ale niczego nie zdziałali. Podziwiali, że sama znalazłam teraz wydawcę, dzięki pewnej życzliwej czytelniczce z Polski, Helenie W. i jej siostrze z New Yorku! A żadna z nas nie jest lekarzem ani adwokatem… Jedynie przypadek i dużo serca.

Helena pracuje w muzeum oświęcimskim. Tam znalazła moją książkę, która ją bardzo wzruszyła. Posłała ją do siostry. Danka zainteresowała wydawcę, sąsiada swej przyjaciółki, który natychmiast entuzjastycznie przyjął książkę do druku! Po kilku osobistych spotkaniach z Heleną, adoptowano mnie jako siostrę w Brzeszczach…

Przyjaciel brata planuje publikację swej recenzji o „Nadziei” w jakiejś dużej gazecie. Wciąż szuka okazji do różnych publikacji. Jest to bardzo przystojny Amerykanin z wieloletnią praktyką i z pozycją! Był ze swą o wiele młodszą od siebie żoną, czwartą z kolei, i z córką, której nie udaje się wyjść za mąż… Opowiadałam im różne żarty, zanosili się od śmiechu. Brat promieniał satysfakcją i radością, ale całe przyjęcie było dla niego zbyt długie. Widziałam to w jego oczach. Postanowiłam wstać od stołu, zebrać naczynia i w ten sposób dać do zrozumienia gościom, że czas się żegnać. Przecież przyszli mnie zobaczyć, więc czułam się odpowiedzialna za samopoczucie brata.

Po odejściu gości, brat nagle zaczął wypominać mi coś przykrego o moich synach, gdy w 1972 roku wziął ich na wycieczkę po Ameryce… Chłopcy mieli wtedy czternaście i dziewiętnaście lat. Bratowa natychmiast skwapliwie zawtórowała mu. Nic im nie odpowiadałam, ale czułam, że zapadam się pod ziemię. Cała dobra atmosfera znikła, jakby ktoś ją zmył! Nie wiem dlaczego mnie zaatakował w tym momencie, po tak miłym wieczorze, czymś co miało miejsce przed tyloma laty?! Może chciał sprawić żonie przyjemność, zademonstrować ich wspólnotę; bo za wiele czasu i uwagi poświęcili mi wszyscy, okazali zbyt wiele zainteresowania? Może było to chęcią usprawiedliwienia się z tego, że nie zapraszali moich dzieci na żadną uroczystość rodzinną, w odróżnieniu od krewnych bratowej. Szybko opanowałam gorycz i zmieniłam temat rozmowy, aby ominąć konflikt.

Dziś jest niedziela, 24 września

Akurat przed tygodniem przyjechałam tutaj. Brat czuje się lepiej, jest silniejszy, ma więcej energii. Już nawet sam założył obie skarpetki… Ale dalej z takim trudem przychodzi mu każde poruszenie się, każda czynność. Bratowa znika z domu na całe godziny. Robi plany dokąd przeprowadzi się po jego śmierci… Czasem wydaje mi się, boję się to wypowiedzieć, że ona już by chciała być wolna od obowiązków, jakie nakłada na nią jego kalectwo. Świadomość tego jest dla mnie okropna.

Ciekawe czy on się tego domyśla? Raczej nie zna się na ludziach, choć jest mądry, inteligentny, bardzo krytyczny. Jednak wybrał ją sobie i Dorotę. Otoczył dobrobytem, zabezpieczył na starość. Z Dorotą są teraz bardzo pokłóceni. Ich wielka przyjaźń skończyła się z powodu spraw finansowych. Dorota miała nieposkromiony apetyt i niekończące się oczekiwania. Części nie udało się zrealizować, więc zatriumfowały zawiść i wrogość, po tylu latach bliskiej przyjaźni!

Mąż Doroty powiedział do bratowej, że ja mogę zamieszkać u nich na czas swego pobytu. Ale brat podobno odpowiedział, że jeśli zawsze jest miejsce dla innych gości, ma być również dla jego siostry! Bratowa musiała ustąpić. Zwłaszcza, że Sou z Centrum Kultury przecież chciała zorganizować mi hotel; na co bratowa nie zgodziła się, bo przecież nie wypada pokazywać przed ludźmi, że rodzina nie ugościła w swym domu siostry z Izraela… Pojutrze wyjeżdżam, wracam do siebie, do mojego życia i spraw!

Brat mówi wciąż, że powinnam nauczyć się oszczędzać pieniądze na starość. On daje bardzo dużo swoim córkom, choć są świetnie urządzone. Mają piękne wille, biura, służące, sekretarki. On wszystko utrzymuje. Chyba inaczej ich rodziny rozpadłyby się, bo wszyscy przywykli do wysokiego poziomu życia, na który sami nie potrafią zarobić… Brat zawsze studiował, był przedsiębiorczy i skrupulatny, zaradny, dobrze zarabiał. Nie jestem do niego podobna, zwłaszcza pod względem materialnym. Ale poradziłam sobie i żyję po ludzku, mimo ciężkich warunków Izraela i bez wyuczonego zawodu. Nie był zadowolony ze mnie, z tego, że nie stałam się adwokatem czy lekarzem, jak on. Jednak dziś moja twórczość stanowi dla niego wielką satysfakcję. Jest z niej dumny, jakby była jego własnym dorobkiem. Moja książka i film to pomnik dla naszej matki i dla niego – tak mi powiedział.

Dobrze, że mam przynajmniej jego z całej rodziny! Kogoś kto mnie pamięta na tym świecie od urodzenia! Miał jedenaście lat, gdy dziadek (ojciec mamy) zawiadomił, że urodziła się siostra. Brat akurat grał w dwa ognie, na boisku szkolnym na Bonifraterskiej. W getcie nalegał surowo, abym – mimo wszelkich okrucieństw – uczyła się. Sam mnie uczył („bo nie możesz zostać analfabetką, gdy wojna się skończy”…). Teraz wykazałam się czymś. Jego wysiłki nie poszły na marne.

Moje dzieci wolą we mnie tylko matkę zajętą wyłącznie nimi i im całkowicie oddaną. Niemało mi dokuczali z tego powodu, a zwłaszcza starszy syn. Do dziś w pewnym sensie, mimo że jest znanym autorem licznych pieśni, płyt, chciałby, abym się chlubiła jego twórczością, a nie zajmowała własną, abym nie wspominała już swych przeżyć z lat zagłady, które często oddalają mnie od nich, zabierają w świat, do którego oni nie należą.

Siódma trzydzieści, w domu jeszcze cisza, wszyscy śpią. Wczoraj nie założyłam czerwonego sweterka, nie przebrałam się na przyjęcie gości, ale miałam ładną bluzkę, która bardzo się podoba moim synom. Bratowa powiedziała, że trykotowa koszulka, którą miałam na sobie cały dzień, jest wystarczająco przyzwoita dla gości, ale brat prosił, abym została w tej bluzce, bo powinnam wyglądać poważniej i elegancko, a w tej wyglądam jak pisarka… Zwracam uwagę na bzdury, ale życie składa się z drobnostek. One mają wpływ na nie, charakteryzują mentalność ludzką, słabości, wielkość, życzliwość czy brak jej, zazdrość.

Następny mój dzień w Ameryce, przedostatni… Wczoraj dzwoniła Dziunia. Świetnie się rozmawiało. Zdumiewała się, że mam taki dźwięczny głos, tak łatwo i wesoło śmieję się, choć piszę wciąż o ciężkich przeżyciach… Myślałam o tym długo w nocy. Głos Dziuni zaskoczył mnie jakąś twardością, ale tyle jest ciepła i miękkości w jej listach! Na zewnątrz człowiek jest zupełnie inny niż wewnątrz. Otrzymała książki, o które prosiła. Chciałam, by autorka z Hajfy, była zakonnica żydowska z Karmelu w Izraelu, posłała jej. To dobre dla nich obu, mają podobne przeżycia z lat okupacji, obie uratowały się dzięki Polakom i opisały te dzieje. Dziunia lubi pisać i otrzymywać listy, a Stella również szuka kontaktów, zwłaszcza w Ameryce. Ani jednej ani drugiej nie widziałam nigdy i znam je wyłącznie z listów oraz telefonów. Takie przyjaźnie nieraz bywają najlepsze…

W listach jest czas na przemyślenie reakcji, prezentację tego, co najlepsze w sobie (ale zależy co ktoś uważa za dobro i zło…). Nie zawsze udaje się to w kontaktach bezpośrednich, blisko.

Dziś będę trochę gotować. Może zadzwonię do Esty, do Los Angeles. Wysłałam do niej list. Wieczorem pójdę z bratem i bratową do bożnicy (konserwatywnej). W domu będą śmiać się ze mnie, ja i bożnica…

25.9.95, ósma rano

Szaro na dworze. Słychać głośniejsze ziewanie czy stękanie brata i głos radia. Spałam do piątej rano. Zbudziłam się po złych snach. Śniło mi się, że jestem na lotnisku, zapomniałam i zostawiłam wszystkie swoje rzeczy u Doroty, że spotkałam Georga Leifelda (wydawcę pierwszej niemieckiej wersji „Nadziei” z Hagen), a on – po serdecznej rozmowie ze mną – uciekł nagle, bez pożegnania i poczułam się bardzo samotna, zagubiona…

Mój blok ma już niewiele pustych kartek. Stał się cienki i trudno mi pisać w łóżku. Muszę się ubrać i zasiąść do stołu. Jutro wyjeżdżam, nareszcie wracam do domu, do swego i do swoich. Przeminęło niemal wszystko, czego pragnęłam, czego się bałam. Było dobrze.

Wczoraj byliśmy u młodszej córki brata, na prośbę jej męża. Przyjęli mnie niezwykle ciepło. Czułam się swobodnie, dobrze, jak u siebie. Nie miałam pojęcia, że obie bratanice mają w związku ze mną tyle sentymentu. Wciąż entuzjastycznie wspominają pobyt u nas w domu. Dawniej, pod wpływem matki, nie okazywały mi tego, ale teraz, gdy ona zmieniła swój stosunek (a może same rozeznały się we wszystkim lepiej), nie lękają się większego wyrażania swych uczuć do mnie. Moje wystąpienie w kinie i film zrobiły wiele. W wielkiej mierze przywróciły i rozbudziły dobre uczucia.

Byliśmy w bożnicy wczoraj. Chciałam o tym napisać więcej, ale mi niewygodnie i ręka boli. Zapomniałam zanotować, że wczoraj rano dzwonił mój mąż. Ucieszyłam się bardzo. Chyba brakuje mu mnie jednak. A nie chciał nawet zapisać sobie telefonu brata! Powiedział, żebym zadzwoniła do domu jak będzie coś ważnego…

Sobota, godz. 16.30

Rano znów byłam w bożnicy z bratową. Potem jedliśmy w domu lunch, w dobrej atmosferze. Odwiedziła nas daleka krewna Margarett z mężem. Po jedzeniu brat rozmawiał ze mną i bratowa zaczęła się wściekać. O ich humorach i kaprysach, dobrych i złych nastrojach, o wszystkich bezsensownych głupstwach, które stanowią dla nich często kardynalne wartości nie warto wspominać. Można oszaleć od tego! Każde z nich zasługuje na nagrodę Nobla, gdy jedna osoba mogła znieść drugą podczas sześćdziesięciu lat!

Zaraz pojedziemy do młodszej córki brata. Zbierze się tam cała rodzina na kolacji. Już jestem spakowana do odlotu.

Dwudziesta trzecia trzydzieści – wszystko było również doskonałe na kolacji. Panowała dobra atmosfera rodzinna. Obie bratanice i ich mężowie okazali mi wiele ciepła, niemal miłości. Mimo woli przyniosłam ze sobą jakąś podniosłość, ukazałam inny sens życia, inne pojęcia. Dali mi to odczuć z wdzięcznością i szczerym uznaniem. Jestem wzruszona do łez.

Godzina piata rano. Obudziłam się o trzeciej nad ranem i nie mogę dłużej spać. Tyle myśli wczorajszych i dawniejszych plącze mi się po głowie – o domu, o czekającej mnie podróży do Niemiec w listopadzie i do Polski. Jechać tam w ogóle z Berlina czy nie? Chciałabym spotkać przyjaciół. Z Niemiec już nie jest daleko. Zobaczę jak się wszystko ułoży po powrocie z Ameryki i wtedy postanowię.

Wczorajsze pisanie znów przerwało mi wejście bratowej. Była już w nocnej koszuli, wysmarowana grubą warstwą kremu do twarzy. Stanęła w drzwiach i zapytała czy trudno mi zasnąć? Czy mogłaby mi dać coś na sen, pomóc w czymś? Wyszłam z łóżka, chowając ukradkiem pod poduszkę swój blok notatek, na który bratowa spojrzała z pewnym onieśmieleniem. Zaczęłyśmy rozmawiać w progu pokoju, dzielić się wrażeniami z tego wieczoru. Powiedziałam, że było naprawdę pięknie: świetna tradycyjna kolacja, nie spodziewałam się tylu serdeczności od jej córek i zięciów. Myślałam, że będzie zadowolona z pochwały, ale ona wykrzyknęła gniewnie: „Czemu się tak dziwisz?! Dlaczego miałaś nie wiedzieć o tym, ilu oni maja krewnych?!”… Była wściekła na mnie. Wpadłam w zasadzkę chwilowej dobroci i własnej nieostrożnej, nieprzemyślanej szczerości. Zapomniałam o swych dawnych, długoletnich doświadczeniach z nią i dostało mi się! Nie wiedziałam co z sobą zrobić, jak cofnąć swe słowa i przywrócić poprzednią, przyjazną atmosferę. Może jej zięciowie nie odnoszą się do niej z taką serdecznością i stąd wybuch gniewu na mnie? W ciągu lat starała się oddalić nasze rodziny od siebie, obrzydzić mnie i moich bliskich w ich oczach. Nie wolno mi było nawet przysyłać fotografii dzieci, od razu był z tego skandal! Wyrzucała je do kosza… Teraz raptem ujrzeli przed sobą człowieka, a nie jakąś rysowaną wzgardliwie karykaturę. Przeniosłam na nich jakąś ludzką głębię, która ich zafascynowała. Było to niezwykłe odkrycie i doznanie.

Nie pamiętam już jak zaczęła się między nami rozmowa przy drzwiach pokoju, o śmierci. Bratowa wspomniała, że jej kuzyn z Paryża kazał spalić swe ciało po śmierci, bo całą jego rodzinę spalono w latach hitlerowskiej zagłady… Odpowiedziałam, że ja też bym wolała, aby mnie spalono gdy umrę, by nie zżerały mnie robaki w ziemi… Przestraszyła się i wykrzyknęła: nie, nie myśl jeszcze o takich rzeczach, nie mów o tym! Dodała, że chciałaby być pochowana pod dużym drzewem, bo korzenie drzew wyciągają wodę z ziemi i wtedy jej ciało nie gniłoby w grobie… Wyznałam, że mnie najlżej byłoby umrzeć na mojej narze w Brzezince, w bloku 27… Spojrzała mi w oczy, nie rozumiejąc, była zalękniona. Pożegnałyśmy się i weszłam do łóżka, a ona podeszła, aby mnie lepiej otulić kołdrą, by mi nie było zimno…

Poczułam się winna tego, że nie potrafiłam w ciągu tych wszystkich lat zaskarbić sobie jej przyjaźni. Chyba wciąż robiłam coś źle, wzbudzałam niechęć i wrogość. Czym?! Jestem niecierpliwa, nie umiem znosić urazów. Biorę wszystko zbyt poważnie, jakby było wieczne. Nie jestem wyrozumiała dla cudzych wad, a sama mam ich moc i pragnę, aby mi je wybaczano. Zrażam się byle czym, zapominając, że przecież niemal wszystko można kiedyś poprawić. Szybko przywiązuję się do ludzi, jestem gotowa dać z siebie wszystko bez chwili zastanowienia. Sprawienie komuś radości jest dla mnie największą radością! Ale gdy się zrażę – zrywam zupełnie.

Przez cały ten „dobry” tydzień modlę się, aby być daleko stąd! Wiem, że ta dobroć jest chwilowa, bardzo powierzchowna, może się rozbić o byle co, zamienić w palącą wrogość. Nie wyjadę stąd z żalem, jak z Polski czy nawet z Niemiec, gdzie żegnam się z ze łzami w oczach i tęsknię potem za ponownym spotkaniem. Ale żal mi bardzo brata – tak męczy się i walczy o każdy samodzielnie postawiony krok, a także bratowej – denerwują się o byle głupstwo, przez prowincjalne zasady, przesadę, o nic właściwie. Mam inne problemy, które im na pewno wydają się nieważne…

Szósta rano. Ostatnia kartka z bloku papieru. Na dworze ciemno, jak w nocy. Jak ludzie tu wstają do pracy? Jestem zupełnie rześka, wyspana, choć spałam tylko trzy godziny i w dzień też nie odpoczywałam. Napiłabym się chętnie kawy, ale przecież nie zejdę szperać w kuchni, gdy wszyscy śpią.

Wczoraj, siedząc w bożnicy, ogarnęło mnie nagle niezwykłe wzruszenie. Jakbym miała wiersz pod palcami. Tak bardzo zapragnęłam napisać, a teraz już nie mogę. Minęło, nie daje się pochwycić… Może w samolocie, jeśli myśl powróci… Na tym kończę swe zapiski tutaj. Reszta w samolocie do Izraela i w domu.

26.09.95, godz. 9.45

Pożegnanie z bratową było zimne, po prostu cmoknęła mnie w policzek i uciekła zanim podeszłam do odprawy. Pozbyła się mnie! Wczoraj wieczorem dręczyłam się, że to ja byłam winna złych stosunków, że ona jest jednak dobra… Żałowałam tego, co opisałam w książce z pierwszych lat powojennych. Dziś znów okazało się, że nie myliłam się wtedy. Z bratem też nie było łatwo. Jest znudzony, cyniczny, niecierpliwy. Nieszczęśliwy z powodu swej fizycznej zależności od innych. Strach pomyśleć! Dobrze, że mieszkam daleko od nich.

Miałam przykre pożegnanie z Dorotą przez telefon. Gdyby brat i jego żona wiedzieli co ona na nich mówiła. Jak oni są zawistni! W ciągu lat byli jak rodzina. Dorota mi oświadczyła, gdy odwiedziła Izrael przed laty, że ona ze swym mężem i córką stanowią rodzinę, a ja już dawno przestałam być… Teraz dziwiła się, że mój brat jeszcze w ogóle żyje. Mówiła, że powinnam to przyjąć jako zwykłą rzecz. Wiek i stan zdrowia mówią, że musi już umrzeć. Bardzo denerwowałam się słuchając wywodów. Brat zapytał po tym telefonie czy miałam miłosną rozmowę z Dorotunią? O! Nigdy nie opowiem. Dobrze, że już uciekam stamtąd, że wspomnę to z wysokości lotu w przestworzach, nad nimi na ziemi… W samolocie, ponad chmurami.

Droga dotąd przebiega dobrze. Na lotnisku w New Yorku pomógł mi jakiś pracownik hiszpańskiego pochodzenia. Poszłam do niego po informację, a on po prostu wziął mi bagaż z ręki, wsiadł ze mną do autobusu i zawiózł na miejsce!

27.9.95, godzina 4.45

Zbliżam się do domu. Niewiele mam wspomnień. O tych z kina nie mówię. Tak jest zawsze w czasie moich spotkań. O niczym nie myślę z tęsknotą, nic nie zostawiam za sobą z bólem. Przykro mi, że nikt z Centrum Żydowskiego w Cleveland nie odezwał się do mnie na pożegnanie. Należałam pod koniec do kręgu rodziny, a nie do zaproszonych delegatów. A może po prostu zapomnieli o mnie? Przecież swoje zrobiłam… Bratowa nie chciała mi podać ich adresu (sama nie zapisałam w mym roztrzepaniu) i nie pozwoliła telefonować.

Brat powiedział, że jego zięć okazał mi tak wielką serdeczność, bo chce, aby żona była lepsza do jego rodziny… Wszystko co dobre u ludzi muszą zawsze tłumaczyć jakimś interesem! Czy nie można kogoś darzyć zwykłą sympatią i uznaniem dlatego, że jest taki, jaki jest?!

Śmiać mi się chce, gdy wspominam narzekania bratowej na przemęczenie z powodu wielkiego zaabsorbowania moim pobytem u nich. Brat też jej żałował. Musiała przeze mnie odłożyć na bok wszystkie swoje sprawy, wyszła ze swego normalnego trybu życia. Wszak Centrum chciało mnie gościć, zajmować się mną. Ale mniejsza z tym. Dobrze, że już mam te dobrodziejstwa za sobą!

Gdy przyjechałam, bratowa pomogła mi przepakować prezenty przywiezione z Izraela dla ich wnuków. Ozdabiała paczuszki z największą przesadą. Dla niej opakowanie jest ważniejsze od zawartości. Nie dopuszczała mnie do organizatorów festiwalu, aby zrobić na nich wrażenie swą troską o mnie. Przed bratem narzekała na zmęczenie i brak czasu z mojego powodu…

Ale wnuki mają wspaniale. Przypatrywałam się im z prawdziwą przyjemnością i wzruszeniem, myśląc mimo woli o naszych koszmarach w getcie warszawskim, o mękach i spustoszeniu, z których i oni się wywodzą, nie mając o tym pojęcia. Jak dobrze, że one są po tamtym wszystkim! Kto inny niż ja może pojąć sens ich bycia?!

27.9.95, 6.30 czasu amerykańskiego

Ma tu być jeszcze śniadanie. Za dwie godziny lądujemy w Izraelu i tam będzie trzynasta trzydzieści. Przeleciało. Wypełniły mnie nowe wrażenia, mam wgląd w inne strony ludzkich osobowości. Nie czytałam niczego z notatek, ale dobrze, że je zrobiłam. Kto wie czy te bazgroły na bibułowym papierze, pisane często po ciemku, dadzą się w ogóle odszyfrować?… Niczego nie zgubiłam, w niczym nie pomyliłam i dałam sobie ze wszystkim radę, sama podczas dalekiej i trudnej podróży. Powitał mnie mąż i gorąc jak z kotła… Izrael, dom!