Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Tyle piwa za darmo…

Mariusz Maszkiewicz

Opowiadanie ukazało się w Kulturze,
w czerwcu 1986 roku (nr 6/465).
Publikacja za zgodą autora.

Kolumna wojsk polskich – październik 1968 roku

Do wojska powołano mnie we wrześniu 1966 roku. Z kartą mobilizacyjną przejechałem za darmo przez całą Polskę do Gorzowa Wielkopolskiego. Wcześniej, na dworcu, żegnali mnie kumple. Było trochę wódki, pośpiewali… Mój brat też był. Pocieszał mnie i kazał się niczym w wojsku nie przejmować… Nie brać niczego do serca i „totalnie olewać”… wszystko. Brat rok przedtem przeszedł do rezerwy, był na bieżąco. Znałem z jego opowiadań tę nudę i dyscyplinę. Nudę na co dzień, a dyscyplinę od święta.

Początek rzeczywiście nie był najciekawszy. W nudzie i oczekiwaniu na każdy następny dzień mijały mi miesiące. Przenoszono mnie dwa razy do różnych jednostek. Ale najgorsze miałem przed sobą. Mniej więcej na wiosnę 1968 roku oddzielono mnie od kumpli, z którymi już się zżyłem. Niektórzy z nich byli znajomymi jeszcze ze szkoły. Przydzielono mnie do jednostki w Nysie. Na pół roku przed wyjściem z wojska traktowano nas tam jakbyśmy byli dopiero co przyjętym narybkiem. Sierżant — wulgarny grubas nasz bezpośredni przełożony, wrzeszczał cały dzień. Dzielnie mu w tym pomagali różni kaprale. Oficerowie też nie byli lepsi. Co kilka nocy alarmy, pobudki, ćwiczenia na placu apelowym. Padnij! W kałużę. Powstań! Bieg! Nieraz kazano nam jechać z całym sprzętem na „Skotach” lub ciężarówkami kilka kilometrów w las, tak dla rozrywki, dla wprawy, bez sensu… A rano pobudka jak normalnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Między szeregowymi też zaczęły się napięcia. Jedni donosili, inni kombinowali kosztem reszty, sprytnie się wysługując słabszymi, jeszcze inni to wszystko musieli cierpliwie znosić.

Aż nadszedł sierpień 1968 roku. Nie pamiętam dziś dokładnie, którego to przebudzono nas, czy był 23, czy 24, a może wcześniej? Około północy ryk syreny. Krzyki na korytarzach. „Za pięć minut wojsko z plecakiem, na placu apelowym!!”. Niby normalnie, tak, jak już się do tego zdążyliśmy przyzwyczaić. Mówiło się o manewrach, które miały się odbyć pod koniec sierpnia czy na początku września. Byliśmy przygotowani. Cały sprzęt też. Kilka dni przed tą pobudką ładowaliśmy żelastwo na wagony kolejowe. Wszystko stało gotowe na bocznicy. Tej nocy kazano ustawić się w kolumnę marszową i — kierunek na bocznicę! Tam stał przygotowany eszelon. Załadowaliśmy się do wagonów w przekonaniu, że to na manewry. Zresztą nikt w tym pośpiechu i zaspaniu nie zastanawiał się dokąd nas wiozą. Dosypialiśmy w wagonie porozkładani na podłodze, zmęczeni, obojętni i źli. Kiedy zaczęło świtać niektórzy dopatrzyli się niepolskich znaków. Minęliśmy jakąś stację — nie pamiętam teraz jej nazwy — i było jasne, że jesteśmy w Czechosłowacji. Żołnierze szeptali między sobą, że teraz jest tu niewesoło, że Czesi buntują się przeciwko Ruskim. Przede wszystkim, to żeśmy się cholernie bali. Co z nami tu zrobią? I co mamy tutaj robić?

Wysadzono nas gdzieś pod Pragą. Zarządzono apel i przemówił pułkownik, którego przedtem nikt nie widział w jednostce. Zaczął, że międzynarodowa sytuacja jest napięta, że odżywa faszyzm, że imperializm amerykański chce wyrwać z naszego obozu Czechosłowację, podjudzając ją do zerwania sojuszu ze Związkiem Radzieckim i innymi państwami Układu Warszawskiego. Powiedział też, że wezwali nas patrioci czechosłowaccy, abyśmy pomogli bronić ich państwa przed amerykańską inwazją i przed zdrajcami. Zaraz potem rozdano ostrą amunicję, każdemu po 120 sztuk oraz małe czarne pojemniczki na kartkę z nazwiskiem, imieniem i datą urodzenia. Mieliśmy tę małą „trumienkę” schować do kieszeni na piersi. Mówiliśmy — trumienka identyfikatorka.

Bałem się. To już nie poligon, nie ćwiczenia. Najgorsze przy tym było uczucie, że zostałem wplątany w coś obrzydliwego, o czym strach myśleć. Paru między nami się odważyło. Wypowiedzieli się głośno. Bardzo szybko ich zabrano. Później dowiedziałem się, że jeden dostał osiem lat, a paru innych po pięć. Odsiedzieli co do jednego dnia.

Tłumaczono na każdym kroku jakie są konsekwencje odmowy wykonania rozkazu w warunkach wojennych. Co i raz dawano do zrozumienia, że Ruskich jest więcej niż wszystkich Czechów razem wziętych.

Po kilku dniach stania w lesie pod Pragą dowiedzieliśmy się, że w Pradze Rosjanie, że pilnują tam Czechów. W promieniu dwudziestu kilometrów od miasta sami Ruscy, a dalej polskie wojska. Praga obstawiona i nikomu nie wolno bez specjalnego pozwolenia wyjeżdżać.

Któregoś dnia wracaliśmy „Skotem” z patrolu i na skrzyżowaniu z asfaltową drogą zatrzymał nas kierujący ruchem Rusek ze skośnymi oczami, żółty. Musieliśmy czekać, bo kolumna czołgów wlokła się poboczem. Wyszedłem wtedy, żeby zapalić i podchodzę do niego. Pytam: „Ty Russki?”, a on nic. Pytam dalej: ,,Dołgo tu stoisz?”, a on dalej milczy, tylko pokazał mi dwa palce, że już dwa dni na tym posterunku. „A kuszał ty szto?”. On przeczy głową. Dałem mu papierosa, bo tak chciwie patrzył, poszedłem do swoich i pojechaliśmy dalej. Był dziwny. Niby Rusek, a nie Rusek. Smutny, przygnębiony.

W tych lasach pod Pragą przesiedzieliśmy prawie miesiąc. Byłem wściekły, bo przecież moje dwa lata służby upływały z początkiem jesieni, a tu ani mowy o powrocie do Polski. Atmosfera była bardziej nerwowa niż przed miesiącem. W lasach znajdowano co jakiś czas zwłoki naszych żołnierzy. Taka była psychoza, że nawet do kibla baliśmy się w nocy wchodzić samemu. Któregoś dnia o świcie znaleziono koło naszego obozowiska trupa węgierskiego oficera. Poderżnięto mu gardło. Miał nawet przecięty ten wysoki kołnierzyk przy mundurze; zalany krwią, na całym ciele. Musiał się mocno szamotać. Zastanawialiśmy się dlaczego tutaj go pozostawiono. Nie sądziliśmy, żeby to Czesi, wyglądało na ruską robotę. Komuś musiało zależeć na tym, aby atmosfera była napięta.

Pod koniec września przyszedł rozkaz ewakuacji. Mieliśmy jechać do Mlada Boleslav. Polscy spadochroniarze — „Czerwone Berety” — opanowali tam lotnisko wojskowe. Nam kazano zająć się okolicznymi jednostkami wojskowymi, koszarami. Pamiętam, że był smutny, jesienny dzień. Jechaliśmy za kolumną rosyjskich czołgów. Przed Mlada Boleslay przestało padać, a kiedy dojeżdżaliśmy do miasta przejaśniło się. Wtem kolumna stanęła. Coś się stało z czołgiem. Podbiegłem z kumplami do przodu i co się okazało; kobiety i matki z wózkami, z dziećmi wyszły przed te czołgi. Czołgista pierwszego nie chcąc wjechać na nie, lekko zboczył i po śliskim nasypie wpadł w dół. Nie wiem, czy tam była rzeka, czy suche koryto. W każdym razie nikt żywy z tego czołgu nie wyszedł. Ruscy powyskakiwali z innych tanków i odbezpieczając broń grozili tym kobietom. Padł nawet jakiś strzał, w górę, na postrach. Kobiety uciekły.

Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu koszar, które niby mieliśmy przejąć w opiekę, ustawiono nas w tyralierę i padł rozkaz: Do przodu! A oficerowie i cała kadra za nami… Za naszymi plecami. To dlatego, że bali się nas, tego, że w razie strzelaniny będzie okazja do zemsty. Zwykli tchórze. Wiem teraz, że oficer to gorszy pętak niż ktokolwiek inny. Straciliśmy do nich resztę szacunku.

Obeszło się bez strzału. Czescy wartownicy ze strachu oddawali broń, nie czekając na swojego dowódcę.

Kiedy po opanowaniu jednostki pozostawiano nas w różnych punktach, znalazłem się przy jednej z bram wjazdowych. Stał tam „Skot”. Po kilku godzinach podjechali ciężarówkami Czesi, nie zorientowani jeszcze w sytuacji. Zdziwili się naszą obecnością. Poleciałem po dowódcę. Przybiegł zaraz jeden z naszych pułkowników. Zaczał się kłócić z czeskim dowódcą, chyba w stopniu majora, który nie chciał wjechać do koszar i poddać się. W końcu Czech zawrócił do swoich, wsiadł do ciężarówki i wszyscy odjechali szybko.

Za jakieś dziesięć minut słyszę, że znów nadjeżdżają ciężarówki. Niewiele było widać, bo już szaro się robiło i deszcz mżył. Na którymś z zakrętów zamajaczyły sylwetki wielkich samochodów. Padł na nas strach. Myśleliśmy, że Czesi wracają, odbić swoich, internowanych w jednym z baraków. Już wcześniej zdawaliśmy sobie sprawę, że tyle gotowej do strzału broni musi w końcu przynieść niezamierzony wybuch, starcie czy choćby strzelaninę. Najgorsza była świadomość, że to się zacznie w każdej chwili, może teraz, może później. Jeden z oficerów wydał rozkaz, żeby strzelać do pierwszego, to odrzuci się resztę. Strzelili ze „Skota”. A tu wybuchy aż po samo niebo. Taki grzyb ognisty. Mokro od deszczu, ale las się momentalnie zajął. Wrażenie takiego małego wybuchu jądrowego. Po kilku detonacjach — cisza. Podchodzimy bliżej, a tu strzępy ludzkie, kawałki samochodów. Okazało się, że to nasi jechali z benzyną. Polacy. Dwudziestu sześciu ich było razem. Nie wiem, co się stało później z tym oficerem, który dał rozkaz strzelania. Obowiązywało prawo, że w wypadku bezpośredniego zagrożenia własnego życia można strzelać. Wiadomo, co to oznacza w warunkach wojennego napięcia. Zabicie człowieka wydawało się czymś banalnie prostym i łatwym, żadnych konsekwencji, żadnych wyrzutów sumienia.

W tych koszarach staliśmy do samego końca, czyli powrotu do Polski, na początku grudnia. Czesi byli pilnowani przez naszych strażników. Nie wolno im było opuszczać baraku. Czuliśmy się jak klawisze. Później mieli zajęcia na placu apelowym, ale bez broni, dla ruchu…

Niedaleko koszarów, gdzie siedzieliśmy, był mały browar. Oficerowie przymykali oczy na nasze wyprawy. Wchodziliśmy do zakładu z odbezpieczona bronią, ale czuliśmy się jak u siebie. Siadało się przy wielkich beczkach, jak nie było pod ręką kufli, to ściągaliśmy z oświetlenia klosze, piło się do granic możliwości. Aż pęcherze nam roznosiło. Czesi patrzyli na nas niemiło. Pluli za nami na ziemię. Trochę było głupio. Ale… przecież nikt tu nie był z własnej ochoty. Może oni kiedyś się znajdą w podobnej sytuacji jak my.

Pod koniec października zdarzyła się jeszcze jedna nieprzyjemna historia. Przed bramę jednostki wolno zajechała czeska furgonetka. Coś jak nasza „Nyska” czy „Żuk”. Na dachu mieli zamontowane głośniki. Zaczęli przemawiać po polsku. Krzyczeli, że jesteśmy agresorami, okupantami, że według międzynarodowych konwencji nie mamy prawa tu przebywać, i tak dalej. Któryś z naszych nie wytrzymał i strzelił. Tamci też mieli broń. Nastąpiła wymiana strzałów. Ktoś ze „Skota” przywalił tak, że aż koła się zakręciły i zaczęły dymić. W środku jęczeli ranni Czesi. Dwóch już nie żyło. Czterech w ciężkim stanie przewieźli do szpitala. W samochodzie pełno było ulotek, ale dowódca zabronił nam ich dotykać.

Do domu wróciłem przed Bożym Narodzeniem. Mój stary nie chciał mnie znać. Wiedział wszystko z radia i miał żal, że brałem w tym udział. Nawet przy wigilijnym stole nie siedzieliśmy wszyscy razem. Matka płakała i wyzywała ojca, że taki nieludzki, że czego chce ode mnie.

Reklamy


Dodaj komentarz

Skorupiak – Rafał

Agnieszka Cupała

Astacus Fluviatilis – Rak Szlachetny

Niewidoczny skorupiak trzymał w szczypcach moją przeponę i jakkolwiek bym się nie starała poruszyć, czułam to. Jego uścisk mnie nie bolał, tylko dusił, a ja usiłowałam mu się wyrwać i przez to było coraz gorzej, coraz bardziej zaciskał szczypce na mojej przeponie.

Nazwałam tego skorupiaka Rafał, bo uważam, że wszystko, co otrzyma imię, staje się trochę mniej groźnie. A więc Rafał przychodził do mnie co jakiś czas, czasem wiedziałam, że zaraz się spotkamy, a czasem witał się ze mną zupełnie z zaskoczenia. Miał czerwony, krwisty kolor i bardzo mocny zacisk. W gruncie rzeczy przyzwyczaiłam się do niego i bardzo prawdopodobne, że miał nawet dobre intencje, bo wyławiał mnie na brzeg, kiedy się topiłam w tym cholernym, szlamowatym oceanie. Niemniej jednak zaczynałam mieć powoli dość Rafała i jego ciągłych wizyt, bo z jego powodu wydawałam pieniądze ze stypendium na kolejne piwa. Napojony piwem Rafał, na chwilę zasypiał i przestawał ściskać moją przeponę.

Rafał nie był zwykłym skorupiakiem, bo był niewidzialny. Jego obecność można było tylko wyczuć. Czułam też jego czerwony kolor. Kiedy przychodził z wizytą, zamykałam się w swoim pokoju, a świat zewnętrzny zaczynał mi się wydawać bardzo odległy i nierealistyczny. Od uścisku Rafała zwijałam się w pozycji embrionalnej na łóżku i zamieniałam w płód uduszony w drogach rodnych. Znikałam. Niby nie tonęłam, ale brakowało mi tchu i energii do życia.

Możliwe, że Rafał nie był skorupiakiem, tylko wampirem. A może był wampirycznym skorupiakiem. Jak rak z wielkimi zębatymi szczypcami, wysysającymi ze mnie energię do życia. Jeśli Rafał miał dobre zamiary, to dlaczego pod jego wpływem zamieniałam się w bezwolny uduszony płód? Kto przy zdrowych zmysłach chciałby być uduszonym płodem? Na pewno nie ja. Mocowałam się z Rafałem, sama usiłowałam się zamienić w skorupiaka, usiłowałam przeistoczyć swoje dłonie w ostre szczypce, które mogłyby chwycić Rafała za przeponę i rozszarpać jego mięso na kawałki. Potem może bym go nawet zjadła. Nigdy nie jadłam skorupiaka, a lubię nowe smaki. Ale moje dłonie, nawet jeśli stawały się na chwilę ostrymi szczypcami, nie dorównywały wielkością i determinacją szczypcom Rafała. A więc – po co walczyć? Lepiej od razu się poddać, nigdy nie wygram, nie pozbędę się go, nie rozszarpię go na kawałki, nie ugotuję i nie zjem.

Rafał i ja trwaliśmy w symbiozie, a może on był po prostu pasożytem? To znaczy, że byłam dla niego ważna, najważniejsza na świecie, bo przecież bez mojej energii nie mógł żyć. I jak tu pokonać Rafała? Z przeistoczenia się w skorupiaka już zrezygnowałam. Rafał był zawsze górą. Na razie zaczęłam pić piwo, bo wtedy Rafał się uspokajał i trochę poluźniał uścisk. Pieniądze może mi się nie skończą, ale co będzie z moim mózgiem i wątrobą… i jelitami? Na dłuższą metę, piwo mnie wykończy i to Rafał rozszarpie moje martwe mięso i ugotuje mnie w przyprawach. A potem przestanę istnieć, zostanę strawiona i wydalona. A kolor Rafała, jego szczypce, staną się widzialne. Może nawet przywdzieje czerń, kiedy ksiądz będzie się modlił za moje zbawienie. Ta myśl napawała mnie odrazą, byłam zniesmaczona swoimi myślami i tokiem rozumowania. Rafał istniał tylko we mnie. Nikt inny nigdy go nie widział. Skoro był niewidzialny i niewyczuwalny dla wszystkich poza mną, dlaczego miał taką siłę? Dlaczego całe moje życie obracało się wokół niego? Czemu całą energię skoncentrowałam na nim? Bo Rafał był mną. To ja miałam ostre szczypce, byłam niewidzialna i niewyczuwalna, byłam małym, twardym pasożytem, krwistoczerwonym wampirycznym rakiem.


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 18. Więzienny Makbet

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Plakat Rafał Olbiński

„Bo Makbetowi nikt klęski nie zada, zanim na zamek Dunsinane uderzy Las Birnam!” Głos tego, który wie niesie się cicho i dobitnie w przestrzeni… Jestem w więzieniu w Wojkowicach Śląskich. Siedzę w barakowej sali TV dla dobrze sprawujących się więźniów i oglądam Makbeta w teatrze telewizji. Udało mi się przechytrzyć system przekupując starszego blokowego. Wpuścił mnie za łapówkę na salę z telewizorem i teraz kuli się pewno jak głodny pies. Wie, że zdradził ludową i robotniczą dla mnie. Co noc przychodzi kontrola wartownicza. Zawsze słychać wcześniej głośny szczęk klucza w kracie zamykającej barak na noc. Kli, kla, klak – tak brzmi klucz do kraty za dnia! Cyk, cyk. Cak, cak! – Ten dźwięk jest inny. Echa są różne. To jest nocne. On mnie ostrzega waleniem w drzwi. Znajomość procedur to fizyka i emcekwadrat gliwickiego zamku! Zamki. Tak mówią na cięższe wiezienia! Inna fizyka, chemia, matematyka, geografia. Wszystkie przedmioty ścisłe są inne tutaj.

Wiem jak się szybko schować. Gdyby mnie złapali teraz byłaby izolatka albo transport do innego więzienia, za karę. Nie mogę się zdradzić. Znikam za krzesłami. Leżę na gumolicie. Przestrzeń pokoju wbija się we mnie jak nóż. Rzędy prostych krzeseł. Dwadzieścia miejsc. Polski telewizor kolorowy. Na ścianach sceny z budowania nowej Polski jak święte obrazki. Długie, grube firany z taniego materiału na oknach chronią przed światem z zewnątrz. Czekam aż przejdą ci z kontroli wartowniczej. W głowie widy, widzenia, majaki:

– Pamiętasz las Birnam z „Makbeta” Szekspira? Pamiętasz Króla?!
– Króla?
– Tak.
– Króla Olch?
– Nie.
– Nie pamiętam Króla! Pamiętam tylko archetyp Króla. To byłem ja, mój ojciec, brat, przyjaciel, kumpel z konspiry i dziadek Robert.

Czy ja zwariowałem? W pierdlu słyszę głos Makbeta! To jakaś paranoja stanu wojennego? Po projekcji w reżimowym teatrze telewizji dygotał we mnie głos „Trzeciej Zjawy”! Ja sam zamieniłem się w słup! „Możesz się czuć jak lew, niezwyciężony: nic z twojej głowy nie strąci korony, żadne zamachy, ni bunty, ni zdrada, bo Makbetowi nikt klęski nie zada, zanim na zamek Dunsinane uderzy Las Birnam.” To jest dyktatura, taka jak komuna. Ale co z komuną? – Pytam samego siebie i jakby staję się częścią wielkiego dramatu. Siedzę w więzieniu nocy i myślę o wolności. Słowo tli się martwo. Jeszcze dmucham, jeszcze iskrę ratować próbuję! Późno jest. To wygasłe miejsce. Jest iskra, ale i tak zgaśnie. A więc nigdy? Bo jak wierzyć, że drzewa ruszą do ataku? Któż by wymógł to na nich? To tylko wspaniałe wróżby? Las z ludzi! To jest wilczy ślad kukułczego gniazda! Nie zgub go! Muszę stworzyć ludzki Las Birnam. Pozwolić mu wyjść na zamek komuny. Dopiero wtedy wygram z królem tego świata. Tym królem duńskim był Edward Gierek. U nas nigdy nie rządził książę Hamlet. Bezpieka działała w królestwie Edwarda.

Oddech od czubka głowy poprzez kręgosłup, lędźwie, łydki, przechodzi w stopy tak, jakbym unosił się nad ziemią. Potem znikam i wydycham siebie.

Co ja robię, przecież zbliża się trzecia nad ranem! Czterokrotnym stukaniem w drzwi miałem dać znać na zewnątrz, że chcę wyjść z zamknięcia. Kontrola wartownicza już dawno wyszła z baraku numer trzy. A tu ciągle… „Dopóki las Birnamski nie powstanie, bunt mi nie grozi; moje panowanie jest niewzruszone, podlegam jedynie prawom natury: czasowi, co płynie i niesie ku ludzkiemu przeznaczeniu, gdy duch opuszcza nas w ostatnim tchnieniu.” Czułem się, jakbym odwiedził wyrocznię w Delfach.