Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Tadek Tabor

Stanisław Ryczek

Obraz autorstwa Pereca Willenberga

Tadek Tabor siedział już od kilku godzin w lesie. Obrał sobie punkt na lekkim wzniesieniu, żeby widzieć leśny trakt z Dąbrowy. Miał nadzieję trafić jeszcze jakieś fanty zanim jutro zgłosi się do dąbrowskiego arbeitsamtu w celu odbycia jeszcze jednego wyjazdu na przymusowe roboty do Rzeszy. Zlecenie dostał od sąsiada Jontka Borowioka, któremu nie uśmiechała się darmowa robota dla niemieckiego Bauera. Tadek dorabiał sobie w ten sposób, odkąd sam uciekł z takiego transportu. Wiedzieli o tym chłopaki z wioski, że za odpowiednią kwotę w dolarach można wynająć Tadka na zastępstwo do takiego wyjazdu.

Sam Tadek oficjalnie w Generalnym Gubernatorstwie już nie przebywał, bo w maju 1942 wyjechał w okolice Essen, a że tam nie dotarł, to już nie jego zmartwienie. Jego metoda polegała na tym, że na punkt wyjazdu zgłaszał się z dokumentami delikwenta, który go wynajął i po odhaczeniu, i zapakowaniu do wagonu, przebierał się w inne ubranie. W Krakowie była przesiadka do pociągu jadącego do Rzeszy. Z tłumu wieśniaków odłączał się elegancko ubrany obywatel pod krawatem, w kapeluszu i spokojnym krokiem oddalał się od kolumny. Niemcy nie zatrzymywali go myśląc, że to podróżny z innego pociągu zaplątał się wśród wiejskich chłopaków. Jednak, gdyby go zatrzymali, miał przygotowany inny komplet dokumentów, więc w razie sprawdzenia, jego nowe nazwisko nie figurowało na liście niewolników jadących do Reichu.

*

Skręcał właśnie kolejnego papierosa, gdy zauważył jakiś ruch na gościńcu. Ujął w rękę oparty o drzewo karabin mauser i lekko uniósł się z pniaka, na którym do tej pory siedział. Odsunął gałązkę, żeby nie zasłaniała widoku. Po chwili usiadł z powrotem i zapalił dopiero co zrobionego skręta. Drogą wlokła się chuda Żydówka z córką. Znał ją to „Naftulka” tak ją nazywali, bo handlowała naftą. Miała też drugie przezwisko „Kawalątko”, bo za swoje towary (nafta, sacharyna, kamyczki do zapalniczek) nie chciała pieniędzy tylko jedzenie. Mówiła: dajcie gospodyni kawalątko mleka, kawalątko masła, kawalątko sera, kawalątko chleba itd. Swój majdan nosiła na plecach zawinięty w prześcieradło wypełnione trocinami, żeby butelki z naftą się nie potłukły. Wyglądała z tym tobołem na plecach jak chudy owad z wielkim odwłokiem. Mała i chuda jak matka dziewczynka właśnie podtrzymywała ciężar z tyłu, bo podchodziły pod górkę. Dziecko, jak mówiła Naftulka, miało 12 lat, ale z powodu swej chudości i wątłego wzrostu wyglądało na dziewięć.

Tadek nie na takie towarzystwo czekał, bo cóż mogła mieć taka bidula. Strzepnął popiół papierosowy z munduru żołnierza wermachtu i przełożył nagana do kieszeni – za paskiem za bardzo uwierał. Mundur był trochę za luźny. Szwab, który go kiedyś nosił był tęższy i chyba troszkę wyższy.

Tadek Tabor lubił żyć na odpowiednim poziomie i nie myślał z niego rezygnować tylko z tego powodu, że jest okupacja. Grubo przed wojną jako pierwszy we wsi miał już rower. Lubił wypić i zabawić się, byle jakie wiejskie jedzenie też go nie zadawalało. Bywało, że tygodniami stołował się w gospodzie w Dąbrowie. Skąd miał pieniądze i jakie były jego interesy nikt we wsi nie wiedział. Rok przed wojną miał wyjeżdżać do Ameryki, ale przez dziewuchę podróż odłożył. Potem wybuchła wojna i wszystko się zmieniło. Intratne interesy się pokończyły, z dziewczyną się rozstał, pieniędzy na dawne życie już nie starczało, a gospodarzyć na spłachetku piasku nie uśmiechało mu się. Niemiecki mundur i rewolwer kupił od znajomego przemytnika z pod Rzeszowa. Poszło na to połowę oszczędności. Karabin znalazł w lesie na miejscu potyczki jakiegoś polskiego oddziału w 39 roku. Doczyścił go ze rdzy i przestrzelał, jednak miał do niego tylko pięć naboi. Obecne jego zajęcie to bandyterka. Można powiedzieć, że stał się współczesnym Janosikiem, łupił bogatych, żeby wspomóc biednych, czyli siebie i swoją rodzinę.

*

Rodzina Liwszyców uciekła z Dąbrowy jeszcze przed definitywną likwidacją getta. W tamtych czasach w getcie już nie można było wytrzymać, co dwa tygodnie Niemcy urządzali strzelaninę, a potem nakładali kary i kontrybucje. Tablice nagrobne z kirkutu posłużyły im do wybrukowania chodników i placu gimnazjalnego. Piękna XVIII synagoga została zamknięta, a następnie zamieniona na graciarnię czy jakiś magazyn. Niemcy, żeby upokorzyć Żydów zaorali Rynek i kazali posiać w środku miasta zboże, a zrobili to tylko dlatego, że wszystkie kamienice na Rynku należały do Żydów. Żydzi musieli nie tylko nosić „łaty” z gwiazdą Dawida na ubraniu, to jeszcze wszystkie ich domy musiały mieć namalowany ten znak. Gdy znów zastrzelili 30 osób, w tym ich dwudziestoletnią kuzynkę Ryfkę Wasserman, postanowili uciekać na wieś. Ich rodzina nie należała do szczególnie majętnych, jednak zdecydowanie nie byli biedakami. Część biżuterii i złota zakopali, a z drugą połową poukrywaną w różnych częściach garderoby ruszyli do znajomych Polaków na wsi, gdzie udało im się przezimować. Jednak zbyt wielu ludzi dowiedziało o ich miejscu pobytu i zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Którejś nocy najstarszy syn Szymona Izaak przekradł się do Dąbrowy, wykopał resztę kosztowności i wyruszyli do znajomej polskiej rodziny w Sutkowie, żeby ich przechowali do lepszych czasów. W lesie, obok Gruszowa, spotkali dwie znajome dziewczyny, niosły kartofle, chleb i mleko kupione we wsi. Powiedziały, że kilka rodzin ukrywa się w tym lesie. Na razie dopóki ciepło siedzą w szałasach, ale przed zimą chcą wykopać ziemianki. Namawiały, żeby się przyłączyć, zapewniały, że jest bezpiecznie. Jednak stary Szymon Liwszyc nestor rodziny podziękował za zaproszenie twierdząc, że mają inne plany. Przed południem zatrzymali się na niewielkiej polanie. Wyjęte jedzenie ułożyli na czystym obrusie rozesłanym na ziemi. Szymon wstał, żeby pobłogosławić posiłek, wtedy rozległy się dalekie strzały. Kanonada dochodziła od strony, z której właśnie nadeszli. Przestraszeni zerwali się na równe nogi. Salomea córka Szymona chwyciła małego Józka, żeby jak najszybciej wyruszyć w dalszą drogę. Znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Szymon uspokoił rodzinę:

– Słuchajcie prawdopodobnie Niemcy odkryli tamto obozowisko. Nie możemy wychodzić teraz na drogę, bo możliwe, że będą przejeżdżali tędy, żeby sprawdzić czy nikt im nie uciekł. Zjemy, odpoczniemy, tu daleko od drogi jesteśmy bezpieczni. Izaak jak zjesz pójdziesz obserwować drogę, tylko z daleka i ostrożnie, żeby cię nikt nie zobaczył. Reszta siedzieć cicho sza.

*

Dalekie strzały trochę zaniepokoiły Tadeusza. Jednak bez przesady, był bardziej ciekawy, co się mogło tam wydarzyć. Zresztą rzadko kiedy zdarzało się, żeby Tadek się bał. Wręcz przeciwnie to jego się bano, bo był odważny i umiał się bić. Wiele razy, przy okazji różnych zatargów, wychodził zwycięski. Doszło do tego, że gdy tylko zjawił się na jakiejś potańcówce największe wiejskie cwaniaki poczytywały sobie za zaszczyt, że mogli postawić mu wódkę. Teraz zastanawiał się, czy to możliwe, żeby w biały dzień partyzanci zrobili strzelaninę z Niemcami. A jeżeli tak, to w jakim celu? Czyżby nie wiedzieli, że za każdego zabitego Niemca zginie trzydziestu wyznaczonych zakładników? A może Szwaby zorganizowały obławę i wzięli ich z zaskoczenia – to wtedy zrozumiałe, że musieli się bronić. Postanowił dyskretnie wycofać się ze swojego stanowiska, po co kusić los.

Trzask gałązki gdzieś z boku zatrzymał go w pół kroku. Przygotował karabin i czekał w pogotowiu. Młody Żyd wyszedł z krzaków pięć kroków od niego. Patrzył w stronę gościńca, nie spodziewał się zagrożenia z tyłu. Tadek przyglądał mu się przez chwilę. Miał wrażenie, że już go gdzieś widział. W końcu chrząknął – Żyd tak się przestraszył, że aż przysiadł.

– Ty Mosiek dawaj zegarek i pieniądze. – Zobaczywszy wycelowaną w siebie broń Izaak trzęsącymi rękami wyjął portfel i podał „Niemcowi”.
– Dawaj zegarek, gdzie go masz? – Tadek nie odpuszczał.
– Nie mam zegarka panie, te pieniądze, to wszystko, co mam.
– Słuchaj, oddaj, bo jak sam znajdę dostaniesz w pysk – zbliżył się podstawiając mu lufę karabinu pod brodę. Wolną ręką odchylił mu marynarkę i z wewnętrznej kieszeni wyciągnął srebrną Doxę z dewizką.
– Widzisz jak kłamiesz. Wyciągaj wszystko z kieszeni. – Gdy opróżniał drugą kieszeń usłyszeli tętent zbliżający się od strony Dąbrowy. Tadek chwycił Żyda za marynarkę na plecach popchnął na ziemię i położył się obok. Odgarnął krzaki, żeby pod gałęziami lepiej widzieć drogę. Na furmance pędzącej na złamanie karku zobaczyli dwóch żandarmów. Ten wyższy siedzący obok powożącego trzymał w ręku pistolet i wydzierał się w niebogłosy. Trudno było zrozumieć jego słowa wśród łomotu końskich kopyt i podskakującego wozu. Gdy uspokoiło się Tadek rozkazał Izaakowi wstać i kontynuował rewizję.

Zachowanie „Niemca” bardzo zaskoczyło Izaaka. Dlaczego ukrywał się przed żandarmami, czyżby nie był prawdziwym żołnierzem? Przyjrzał mu się dyskretnie i stwierdził, że chyba wcześniej go widział, a poza tym „Niemiec” mówił czystą polszczyzną z miejscowym akcentem.

Drobiazgi położone na ziemi przez Żyda nie zainteresowały Tadeusza. Fajki nie palił, tytoń miał swój, innego nie lubił, jedynie scyzoryk z czteroma ostrzami spodobał mu się i kazał podać go sobie.

– Ściągaj buty zobaczymy czy tam czegoś nie schowałeś. – Zajrzał pod wyściółkę pooglądał od spodu i z wierzchu – dość ładne półbuty, ale bransoletki ukrytej w obcasie nie znalazł, a rozmiarowo były na niego za małe, więc mu je zwrócił.
– Możesz schować swój majdan. – już zamierzał odesłać Żyda skąd przyszedł, gdy rozległa się krótka seria i to całkiem blisko, ze strony, w którą pojechali żandarmi. Spojrzeli na siebie pytająco, stali chwilę nadsłuchując, ale oprócz szumu drzew nic nie usłyszeli. W końcu Tadek otaksowawszy Żyda wzrokiem od góry do dołu spytał:
– Słuchaj, jak ty się właściwie nazywasz?
– Jestem Izaak Liwszyc i mieszkam, a właściwie mieszkałem w Dąbrowie.
– Dobra – słuchaj Icek, nie mogę cię teraz puścić, bo możesz narobić głupot, szczególnie jakby cię złapali. Wy Żydzi potraficie wydać nawet tych, co wam pomagają. Pójdziesz teraz ze mną, zobaczymy co tam się stało, a jak się sytuacja uspokoi to cię wypuszczę. I żebyś nie próbował uciekać – pokazał mu karabin.

*

Dzień 22 sierpnia 1943 roku zaczął się dla Engelberta Guzdka jak zwykle. Przekleństwami pogonił służącą, żeby podała śniadanie. Przestraszona dziewczyna biegiem przyniosła na tacy jajecznicę z dziesięciu jajek na podpieczonej kiełbasie i butelkę wódki. Dzisiaj dodatkowo kazał przynieść sobie kiszonych małosolnych ogórków. Dobry humor mu wrócił kiedy podjadł, a butelka pokazała dno. Dopiero wtedy skończył się ubierać. Na świeżo wykrochmaloną koszulę wdział czarną bluzę mundurową. Sprawdził czy oficerki są odpowiednio wyglansowane. Przejrzał się w specjalnie sprowadzonym z Krakowa lustrze dopiero, gdy przypinał pas z nieodłącznym parabellum. Po przyjęciu postawy zasadniczej oraz prezentacji przodem, półprofilem i bokiem stwierdził, że jest gotowy do pełnieniu służby dla Tysiącletniej Rzeszy. Od kilku miesięcy plebania w Otfinowie była jego tymczasowym domem. W Radgoszczy, gdzie był poprzednio komendantem żandarmerii też mieszkał na plebanii. Wiedział, że przy księdzu jest bezpiecznie, bo przecież partyzanci bomby nie podłożą i nie trzeba obawiać się otrucia, gdyż posiłki jadał z księdzem.

Na posterunku zameldowano, że wójt z Mędrzechowa Wendland dał znać, że grupa Żydów kryje się w lasach pod Gruszowem. Guzdek zadzwonił do żandarmerii w Dąbrowie Tarnowskiej i poinformował o tym fakcie, ofiarując swą pomoc. Pomoc została nie tylko przyjęta, ale komendant tamtejszy zaproponował, aby Guzdek przejął dowództwo w tej akcji. Tak więc dzień dobrze się rozpoczynał – znowu ustrzeli się kilku Żydków.

Wyjechali czterema furmankami, miał pod sobą dwudziestu ludzi. Mieli jeden karabin maszynowy, cztery pistolety maszynowe MP, dwadzieścia granatów, większość miała karabiny mauzery i dodatkowo kilku broń krótką. Amunicji pod dostatkiem, suchy prowiant i siedem kilo podsuszonej kiełbasy dostarczonej przez sołtysa. Dodatkowo wójt Dąbrowy, do którego mieli przyjechać po akcji obiecał beczułkę piwa, a dla dowództwa sznapsa. Atmosfera była świetna, żandarmi śmiali się i śpiewali. Taka akcja to jak polowanie, wiadomo, że Żydzi nie będą się bronić, więc żadnego zagrożenia nie ma. Co innego partyzanci od takich można dostać kulkę, a tutaj potrenuje się strzelanie, podje, popije i jeszcze nagroda i pochwały czekają.

I faktycznie zabawę mieli przednią. Dwanaście rodzin czyli 59 osób odeszło do Abrahama. Kilkoro zdołało uciec. Za nimi zorganizowano pogoń, jednak żandarmi i kilku granatowych policjantów niezbyt przykładali się do rozkazu. Trochę pochodzili po lesie, ot tyle, żeby dowództwo się nie czepiało. Woleli przeglądnąć rzeczy i kieszenie zabitych. Więc gdy oberwachmeister Guzdek odjechał, żeby odciąć drogę uciekającym, czarne mundury pojawiły się na pobojowisku niby stado ścierwników.

*

Droga w tym miejscu biegła wąwozem. Piaszczyste skarpy flankujące trakt nie były zbyt wysokie, jednak z powodu braku roślinności i sypkiego piasku ciężkie do pokonania. Przypuszczalnie to spowodowało, że kobieta z córką nie zdołały uciec. Naftulka leżała przy skarpie w kałuży krwi. Obok leżał jej rozbebeszony tobół. Wysoki szwab deptał i kopał jego zawartość. Śmierdziała nafta. Dziesięć metrów dalej drugi Niemiec kopał i okładał pałką leżącą na ziemi małą dziewczynkę. Furmanka stała trochę dalej.

Tadek i Izaak leżąc na skraju skarpy od kilku chwil obserwowali tą scenę. Byli oddaleni od oprawców około dwudziestu metrów. Ten wysoki powiedział coś swojemu kompanowi, tamten przestał bić dziecko i zaczął odpinać kaburę pistoletu. Teraz wypadki potoczyły się bardzo szybko. Żandarm depczący tobół Żydówki schylił się i wyjął zapałki, żeby go podpalić, w tym samym czasie Tadek wprowadził nabój do lufy mauzera i strzelił w plecy żandarma szarpiącego się z odpięciem kabury. Szkop upadł i zaczął się czołgać, żeby schronić się za duży kamień na poboczu drogi i mimo, że ranny, zrobił to bardzo szybko. Tadek zarepetował, szczęknął zamek karabinu i zanim wysoki żandarm dobiegł do furmanki, padły dwa strzały. Kula Tadka chybiła o włos głowę szkopa, ale za to ten z za kamienia trafił Tadka w ramię i to z pistoletu z trzydziestu metrów! – Dobrze strzela – pomyślał. Ale ręka mu zdrętwiała, zwisła i przestał ją czuć – kula strzaskała kość ramienia prawej ręki. Schowali się za nasyp, bo ten wysoki dopadł furmanki i otworzył ogień z PM-u. Kule zagwizdały im nad głowami obcinając kilka gałązek.
– Słuchaj Icek, umiesz strzelać z karabinu? – spytał trzymając się za ramię. Krew poplamiła już jego koszulę i pojawiła się ciemną plamą na mundurze.
– Kiedyś strzelałem z karabinka sportowego, więc chyba potrafię. – Izaak usiłował zapanować nad drżeniem i suchością w gardle.
– Słuchaj, strzelaj w tego gada za furmanką, ja sprzątnę tego za kamieniem. Tylko dobrze celuj, bo to ostatnie naboje. – Podał Żydowi karabin i trzy naboje, a sam wyjął nagana. Tadek był praworęczny, a teraz zmuszony był strzelać lewą, dlatego starał się znaleźć punkt podparcia i dopiero celować. Jednak widząc zmasowany ogień na ich pozycję zarządził zmianę miejsca. Przesunąwszy się kilka metrów, na komendę wysunęli się na dwie sekundy, wystrzelili i znowu zmienili miejsce. Niemcy prali bez ustanku, a właściwie ten wysoki zza furmanki, bo temu drugiemu chyba skończyła się amunicja.

Izaak obawiając się, że zostanie posądzony o tchórzostwo, nie przyznał się, że jest krótkowidzem, dlatego celując w rozmazany kształt nie wierzył, że uda mu się trafić. Gdy w pewnym momencie strzały ucichły obaj pomyśleli, że szwabowi skończyła się amunicja. Tadek pierwszy wychylił się na dłuższą chwilę, a że nie było żadnej reakcji powoli zsunął się ze zbocza na drogę. Zobaczył nieruchomo leżącego Niemca za furmanką, z wycelowanym rewolwerem podszedł do tego za kamieniem, ale i ten się wykańczał. Świadczyło o tym rzężenie i różowa piana na ustach. Tadek chciał go dostrzelić, ale dopiero teraz spostrzegł, że ma pusty magazynek. Icek też zszedł do wąwozu, jemu też skończyły się naboje. Podeszli do furmanki.

Niemiec leżał na brzuchu, po odwróceniu go na plecy, co nie było takie łatwe, bo był naprawdę wielki, okazało się, że dostał prosto w czoło.
– Nieźle go załatwiłeś – pochwalił Icka. Po czym fachowo obszukał zwłoki. Pobieżnie spojrzał na dokumenty i przeciągle zagwizdał.
– Czy ty wiesz kogo zastrzeliłeś? – Żyd wzruszył ramionami. Tadek wręczył mu jego kenkartę i usiadł na dyszlu furmanki – teraz kiedy adrenalina opadła rana dawała mu się we znaki.
– Czy to możliwe, że to ten sam Guzdek, co pozabijał tylu Żydów, Polaków, a ostatnio ponoć Cyganów? – spytał zaskoczony.
– Przecież umiesz czytać, więc co się pytasz? Lepiej znajdź w ich tobołach jakiś opatrunek, bo się całkiem wykrwawię. – Po kilku minutach miał opatrzoną ranę bandażami z niemieckiej apteczki. Po wypiciu głębszego kielicha znalezionego spirytusu w tejże apteczce poczuł się znacznie lepiej.
– No kolego nie ma co, musimy się oddalić z tego miejsca, bo za chwilę może być tu niezbyt bezpiecznie. Chwilę zatrzymali się przy konającym drugim szwabie. Pierwsza kula karabinowa okazała się śmiertelna. Żaden pocisk więcej go nie trafił. Zabrany od Guzdka pistolet maszynowy niósł Izaak. Podeszli do dziewczynki pobitej przez kompana guzdkowego – była nieprzytomna, ale żyła. Tadek kazał Izaakowi umyć jej buzię z krwi i sprawdzić czy ma jakieś rany. Po przetarciu twarzy szmatką moczoną w spirytusie dziecko odzyskało przytomność.
– Gdzie mama? – spytała słabym głosem. Nikt jej nie odpowiedział.
– Jak masz na imię dziewczynko? – Tadek skrzywił usta, bo miał uczucie jakby ktoś wiercił mu w ramieniu. – Spróbuj wstać dziecko.
– Sara, mam na imię Sara –wyszeptała. Icek pomógł jej stanąć. Dziecko zatoczyło się jak pijane, jednak utrzymało się bez pomocy na nogach.
– Słuchaj Saro twoją mamę zabili, pójdziesz teraz z panem Izaakiem on się tobą zaopiekuje. – Tadek wskazał na stojącego obok Liwszyca.

Ten spojrzał na Tadka, potem na dziewczynkę i kiwnął na niego, odwołując go tym gestem na bok. Odezwał się cichym głosem, żeby Sara nie słyszała:
– Moja rodzina czeka w lesie, nie mogę wziąć tego dziecka, bo to dla nas dodatkowe obciążenie.

Tadek zapomniał jakby o bólu ramienia, spojrzał na płaczące dziecko klęczące przy trupie matki, a potem zaczął z innej beczki:
– Pokaż mi ten automat. – Izaak zdjął z ramienia MP i podał Tadkowi, ten położył go obok siebie na ziemi i nieoczekiwanie uderzył Żyda otwartą ręką w twarz.
– To nie jest za tamto kłamstwo o zegarku – tamto zostało ci wybaczone. Teraz dostałeś za odmowę pomocy temu dziecku. I jak nadal będziesz odmawiał dla niej pomocy, to całkiem inna rozmowa będzie między nami. Jak ty chcesz, żeby Polacy pomagali Żydom skoro ty, będąc Żydem, nie chcesz wspomóc żydowskiego dziecka? Jak nie weźmiesz jej ze sobą, to cię tu ubiję jak psa. – Izaak był oburzony jego zachowaniem. Ten bandyta nie dość, że go okradł, teraz każe mu brać dodatkowy ciężar w postaci tego dzieciaka, a na dodatek go bije, tego za wiele.
– A dlaczego ty jej nie weźmiesz, czy nie wiesz, że my Żydzi jesteśmy ścigani i zabijani tylko za to, że żyjemy? – Wybuchnął.
– Po pierwsze ja też jestem ścigany i jak mnie złapią, to skończę tak samo jak Żyd, a po drugie weźmiesz ją, bo ona jest z twojego narodu i w końcu dlatego, że ja ci każę. Bierz dziecko, wracaj do swoich i uciekajcie lasami, bo szwaby będą przeczesywać to miejsce, żeby złapać tych, co zabili Guzdka i tego drugiego. Podejrzenie padnie oczywiście na partyzantów, ale jak was złapią, to wiadomo, że rozwalą. Sięgnął zdrową ręką do kieszeni i wyjął dopiero co zrabowany portfel. Przejrzawszy pobieżnie jego zawartość oddał go Izaakowi.
– Masz, żebyś miał za co żywić to dziecko i żebyś nie mówił, że cię puściłem całkiem bez pieniędzy. Zegarka nie dostaniesz, bo jakiś zarobek muszę przecież mieć.

Rozstali się z urazą. Tadek miał Izaaka za niewspółczującego samolubnego parcha. A Izaakowi został on w pamięci jako polski bandyta, który go okradł, uderzył i obciążył dodatkowym ciężarem w postaci Sary, córki Naftulki i nie miało dla niego znaczenia, że w później pokochał ją jak własne dziecko.

*

Pierwszy na miejsce „zbrodni” przybył komendant posterunku w Otfinowie Wilhelm Stein. On też napisał raport dotyczący śmierci oberwachtmeistera Engelberta Guzdka, słynnego żandarma czeskiego pochodzenia. Z zawodu rzeźnika, który zabił około 2 tysiące ludzi, Polaków, Żydów, Cyganów… A który zaczął swój morderczy proceder od rozstrzelania w 1939 roku w Katowicach 48 powstańców śląskich. W raporcie stwierdził, że Guzdek zginął przez przypadek z jego ręki. W trakcie ścigania partyzantów wyszedł nagle na leśną skarpę i został śmiertelnie postrzelony. Kto by pomyślał, że ten kawałek papieru uratuje życie stu ludziom z okolicznych miejscowości, bo tylu zakładników zostało wyznaczonych do rozstrzelania w razie zamachu na tą kanalię…! Nie wiadomo dlaczego Wilhelm Stein napisał taki raport, być może wśród zakładników był ktoś, na kim mu szczególnie zależało, a może po prostu miał dość tego mordercy i nie chciał, aby jeszcze zza grobu, zabił tych stu ludzi.

Rodzinie Liwszyców udało się przeżyć, wprawdzie wyjeżdżając do świeżo powstałego państwa Izrael, byli prawie bez pieniędzy, ale jednak byli żywi. Tadek Tabor końca wojny nie doczekał. Zabili go wyzwoliciele – ruscy sołdaci, którym nie pozwolił się ograbić. I chociaż drogo sprzedał swoje życie, bo trzech z nich utłukł, to jednak zegarek Izaaka Liwszyca zmienił właściciela. Może należał do rzeczy przynoszących pecha, bo podobno sołdat, który go nosił też z wojny nie wrócił.

***

Po wojnie pracując w redakcji amerykańskiego poczytnego dziennika Izaak Liwszyc, już pod innym nazwiskiem, często opisywał w swoich artykułach antysemityzm Polaków, przytaczając dziesiątki przykładów szmalcownictwa, szantażów i rabunków przez nich dokonywanych. To trochę dziwne, ale nigdy nie przytoczył tej historii, to znaczy opisał ją, ale nie wspomniał ani słowem o Tadeuszu Taborze, który zmusił go do przygarnięcia osieroconej Sary. Rzadko wspominał też o tym, że jego rodzina przeżyła wojnę tylko dlatego, że Polacy, ten naród antysemitów, ryzykując życie swoje i swoich dzieci, przygarnęli ich Żydów, chociaż nie byli oni z ich narodu.

19. 02. 2018 rok

Reklamy


Dodaj komentarz

Jeleń św. Mikołaja

Stanisław Ryczek

William Holbrook Beard – Santa Claus, 1862

Sierżant Policji Powiatowej w Wołowie Konstanty Skowronek męczył się nad sporządzeniem raportu. Zazwyczaj nie sprawiało mu to kłopotu. Ale dzisiejsze zdarzenie wymykało się wszelkiej logice, więc żeby opisać to rzetelnie trzeba trochę wysilić umysł.

Zaczęło się bladym świtem od telefonu działkowicza Ignacego Szkrabka, który zgłosił znalezienie obok swej działki ubrania oraz załączonego listu, z którego wynikało, że właściciel ubrania popełnił samobójstwo. Ekipa śledcza w składzie: technika kryminalistycznego Damiana Spejsona oraz sierżanta Skowronka dotarłszy na miejsce zastała wszystko w takim stanie jak opisał to zgłaszający działkowicz Szkrabek.

Na odczytanie listu, z uwagi na paskudne zimno, działkowicz zaprosił funkcjonariuszy do swojej altanki. List samobójcy był dość długi i pisany odręcznie. Pełno w nim było skreśleń, poprawek i kleksów. Dlatego po zrobieniu zdjęć i pobraniu odcisków palców, oraz obszukaniu ubrania i najbliższego otoczenia, ekipa śledcza chętnie skorzystała z zaproszenia. W altanie było przyjemnie ciepło, w rogu stał piecyk typu koza, w którym płonął ogień a na nim świszczał czajnik. Policjanci nie odmówili gościnnemu gospodarzowi i chętnie wypili po szklance herbaty. Po chwili smacznie zapachniała kiełbasa podsmażona na słonince, więc i na nią dali się namówić. Ale kiedy gospodarz postawił na stół flaszkę monopolówki zdecydowanie odmówili.

List głośno czytał Spejson natomiast sierżant odpaliwszy laptopa przepisywał na czysto jego treść. Szło to nieprędko, bo kapral Spejson z czytaniem miał zawsze trudności, a sierżant nie był mistrzem w pisaniu. Około południa ukończyli jednak żmudną robotę. Byli już wtedy zdrowo wstawieni. Bo mimo, że odmówili początkowo wypicia gorzałki, to kiedy jeden z nich wychodził za potrzebą, ten który zostawał sam na sam z gościnnym gospodarzem, już takim służbistą nie był i dawał się skusić na pół szklaneczki. A, że tych szklaneczek było dość sporo, bo po monopolowej zjawił się samogon, więc koło południa towarzystwo było nieźle ululane.

Jednak, jakby nie patrzeć, robota była zrobiona, śledztwo wdrożone, wystarczyło tylko napisać raport, który właśnie kończył sierżant Skowronek. Wydrukowawszy dokument obudził kaprala Spejsona drzemiącego przy sąsiednim biurku, by i on zapoznał się z jego treścią.

Spejson zaparzył kawę dla siebie i sierżanta, i upiwszy pół szklanki zamienił się, w miarę możliwości, w słuch. Pierwotne brzmienie zmienionego później raportu brzmiało tak:

 

Wołów 06. 12. 2018 r.

Raport

Po telefonie z godziny 7.45 zawiadamiającym o prawdopodobnym samobójstwie na ogródkach działkowych, udaliśmy się z kapralem Spejsonem we wskazane miejsce. Tam zastaliśmy obywatela Szkrabka Wincentego, który wskazał nam miejsce, gdzie leżało ubranie i list przypuszczalnego samobójcy. Po wykonaniu odpowiednich czynności służbowych określonych w takich przypadkach, przeszukaliśmy najbliższe otoczenie niestety nie znajdując denata. Zabezpieczyliśmy więc dowody w postaci ubrania i listu. Nie udało się ustalić personaliów samobójcy, bo nie odnaleziono żadnych dokumentów, a podpis pod listem był nieczytelny. Nie wiadomo też jaki rodzaj śmierci wybrał dla siebie tajemniczy samobójca i po co właściwie zdjął ubranie, a nawet ułożył go w kostkę. Stwierdzono, że rów płynący obok, jest za płytki, żeby w nim utonąć, bo woda sięga tam do kostek. Natomiast z treści listu nie można wydedukować, kto jest jego autorem. W obecnej sytuacji śledztwo utknęło w martwym punkcie.

Tekst listu przytaczam poniżej, a oryginał dołączam do akt sprawy.

 

List pożegnalny

„Postanowiłem rozstać się z życiem ponieważ, oprócz gorzkich rozczarowań, nie przyniosło mi ono nigdy nic dobrego. Pierwszą traumę przeżyłem w wieku dziewięciu lat, kiedy kolega z podwórka zdradził mi, że krasnoludki nie istnieją, a gdy rozpłakałem się odurzony tą wiadomością, wygarnął mi jeszcze, jakby się delektując moją rozpaczą, że bajkami są królewna Śnieżka i złota kaczka, a nawet smok wawelski i że te postaci nigdy nie istniały. Kiedy opowiedziałem o tym mojemu tatusiowi, w nadziei, że zdementuje te straszne wiadomości, popatrzył na mnie dziwnie i ku mojemu zdziwieniu uderzył mnie młotkiem w duży palec u nogi. Wyjaśniając skąd młotek w rękach mego ojca, otóż odkąd pamiętam, po pracy zajmował się wbijaniem w deski podłogi gwoździ. Gwoździe przynosił sobie z fabryki w której pracował. Tysiące gwoździ zdobiły podłogę w naszym mieszkaniu, a on ciągle znajdował miejsca, które można uzupełnić nowymi gwoździami. Takie miał hobby. Oczywiście po uderzeniu zszedł mi paznokieć, a ten który odrósł był niekształtny i ile razy na niego spojrzałem przypominał mi tamtą traumę.

Następną sytuacją stresującą, chociaż nie w tak dużym stopniu, było urodzenie się mojego pierwszego syna Ursyna. Otóż urodził się on czarny, znaczy murzynkiem. Nabrałem wtedy podejrzeń do swojej żony Mirabeli, ale wyjaśniono mi jeszcze na porodówce, że taka sytuacja jeszcze o niczym nie świadczy, bo starczy, że jeden z naszych przodków (Mirabeli albo mój) miał gen murzyński i w którymś pokoleniu może on się odrodzić właśnie w postaci murzyńskiego dziecka. Przyjąłem oczywiście takie uzasadnienie tym bardziej, że mówił to poważny lekarz położnik, w swoim środowisku autorytet. Jednak w pracy zaczęto mi dokuczać, nabijać się ze mnie, a co gorsza pomijać mnie przy premiach i awansach. Poważnie zaniepokoiłem się, gdy drugie dziecko Dżejsika urodziło się rude, a tłumaczenie było podobne. Zresztą w czasie, kiedy dziecko miało zostać poczęte byłem w półrocznej delegacji. A zastanowiwszy się nie jestem pewny czy byłem obecny przy poczęciu Ursyna. Ponieważ denerwowało mnie przezwisko nadane mi w pracy – „Eunuch” poszedłem do lekarza seksuologa, żeby mnie zbadał i wykluczył takie gadanie. Niestety lekarz potwierdził, że jestem pozbawiony jąder i spytał, jak i kiedy to się stało. Wtedy przypomniałem sobie, że moja droga mama, zdenerwowana odwiedzinami u mnie pewnej panienki, zawiozła mnie kiedyś do prywatnej kliniki w celu zrobienia, jak to nazwała, czegoś w rodzaju mastektomii z rekonstrukcją. Dziwiło mnie to, bo wiem, że mastektomia dotyczy piersi, a u mnie operacja przebiegła całkiem gdzie indziej. Po tym zabiegu dokonanym pod narkozą bardzo szybko doszedłem do zdrowia, a jedynym pokłosiem było osłabienie popędu płciowego, ale nie zupełne zahamowanie. Nadal interesowałem się dziewczynami, choć już bez wcześniejszego entuzjazmu. Jeszcze jedną pozytywną cechę zauważyłem po tym zabiegu, otóż stałem się odporny na wszelkie uderzenia w okolice krocza. Ileż ja zakładów wygrałem, kiedy mnie uderzano, a nawet kopano w jądra, a ja nawet nie pisnąłem.

Jednak po tej diagnozie postanowiłem zarzucić wszelkie dyskusje na temat mojej męskości i nie spierać się z kolegami z pracy. Niech sobie mnie przezywają jak chcą.

Moja sytuacja w pracy zmieniła się, kiedy kierownikiem został Maurycy. Był on bardzo dobry dla mnie, a nawet obdarzył mnie swoją przyjaźnią i przeszedł ze mną na „ty”, podczas gdy innych gnoił za każde najdrobniejsze niedociągnięcie. Doszło do tego, że zaczął zapraszać mnie do swego domu. A nawet po solidnym biesiadowaniu sypiałem u niego – o czym nie pozwalał nikomu mówić.

Kiedy już przyzwyczaił mnie do swoich „praktyk” zaczęliśmy bywać w klubach, gdzie wszyscy go znali. Wtedy też, pierwszy raz w życiu, zyskałem wielu znajomych. Byłem z nimi na dwóch tęczowych marszach równości i zacząłem udzielać się politycznie, czego nigdy nie robiłem. Byłem na kilku demonstracjach pod sejmem, a raz uchwyciły mnie kamery jak atakowałem policjantów wyzywając i plując na nich, poczułem się wtedy jak prawdziwy bohater. Szczególnie jak w „Błękitnej Ostrydze” wszyscy mi gratulowali odwagi i zadziorności.

Jednak dziś to wszystko przestało mieć znaczenie i życie moje straciło jakikolwiek sens. A mogło być tak pięknie. Na samo wspomnienie nie mogę zatamować potoku łez cisnących, a właściwie lejących mi się z oczu. Otóż wczoraj leżąc z Maurycym w łóżku zastanawiałem się, co mi przyniesie w nocy święty Mikołaj, na co mój kochany, odparł, że śmieszy go nazywanie nieistniejącej osoby świętym. Kiedy oburzyłem się na jego słowa nadal się śmiał myśląc, że żartuję. A ja wcale nie żartowałem i w wielkim gniewie oświadczyłem, że jeżeli nie wierzy w św. Mikołaja to z nami koniec. Po czym wyszedłem bez pożegnania.

Dziś rano obudziłem się obok swojej Mirabeli i niestety nic nie znalazłem pod poduszką. Zajrzałem jeszcze pod jej poduszkę, ale i u niej nic nie było. Pomyślałem, że pewnie oboje nie zasłużyliśmy w tym roku na prezenty. W tym czasie obudziła się moja żona i spytała, czego szukam. Kiedy powiedziałem o swoich przeczuciach długo popatrzyła mi w oczy (to było takie straszne spojrzenie – jak wtedy mojego ojca) i powiedziała okropne zdanie: „czy ty naprawdę jesteś taki głupi czy udajesz, przecież nawet nasze dzieci już wiedzą, że Mikołaja nie ma”. Po tych słowach pozostało mi tylko skończyć ze sobą.”

Tu w oryginale jest nieczytelny podpis

 

Sierżant Skowronek odłożył raport, a kapral Spejson dopiwszy kawę kiwał głową jakby na potwierdzenie prawdziwości tego treści. W tej chwili rozległy się jakieś niepokojące odgłosy w holu komendy. A za chwilę wszedł dyżurny policjant i zameldował, że jakiś facet podający się za renifera awanturuje się twierdząc, że jest tu jego ubranie i chce je odzyskać. Funkcjonariusze spojrzeli na siebie porozumiewawczo i wyszli wraz z dyżurnym.

Po godzinie sierżant Konstanty Skowronek wrócił do swego biura i znów zasiadł do laptopa, żeby kontynuować nieszczęsny raport.

Raport ciąg dalszy

W godzinach popołudniowych do miejscowej komendy policji przyszedł mężczyzna twierdząc, że dziś rano zostawił ubranie na działkach i chcąc popełnić samobójstwo oddalił się szukając głębokiej wody w celu utopienia się. Potwierdził, że on jest autorem w/w listu. Zeznał, że nazywa się Narcyz Doliński i ma trzydzieści sześć lat, jednak nie przedstawił dowodu tożsamości twierdząc, że zostawił w domu. Na pytanie dlaczego nie popełnił samobójstwa, które deklarował w swoim liście. Odrzekł, że odzyskał wiarę, dlatego wcześniejszy list stracił znaczenie i jest nieaktualny. Na kolejne pytanie, jak to się stało. Opowiedział następującą historię:

„Po zdjęciu ubrania i złożeniu go w kostkę (uważam, że w każdej sytuacji powinna obowiązywać elementarna kultura) poszedłem szukać miejsca, gdzie mógłbym się utopić. Jednak rów był ciągle zbyt płytki. Po pewnym czasie zmarzłem tak dotkliwie, że zacząłem się obawiać zbytniego wychłodzenia organizmu (w końcu mamy początek grudnia). Na szczęście zobaczyłem, że z komina jednej altanki wychodzi dym. Skierowałem się tam, aby się ogrzać. Przyjął mnie tam brodaty typ w kufajce i gumofilcach, z początku nie wzbudził mojego zaufania. Ja w jego oczach pewnie też, przypominam, że byłem tylko w slipkach. Jednak wpuścił mnie do ciepłego wnętrza. Owinięty w jakiś stary koc przy herbacie, którą zaparzył, żebym mógł się szybciej rozgrzać opowiedziałem mu swoją historię i wyjaśniłem dlaczego jestem rozebrany. Moja motywacja w kwestii decyzji o samobójstwie wydała mu się błędna. Następnie przekonał mnie, abym nie dawał wiary nieukom i sceptykom, bo przecież wszyscy inteligentni ludzie wiedzą, że św. Mikołaj istnieje. Oczywiście w bezpośredniej rozmowie zaprzeczają, bo wiara w świętych obcowanie, a nawet w Boga jest w dzisiejszym zlaicyzowanym społeczeństwie śmieszna, ale jeżeli chcę się przekonać o jego istnieniu mogę spytać jakiegokolwiek księdza. I mogę być pewien, że każdy potwierdzi. Jednym słowem przekonał mnie. Jego kojące słowa, ciepło izby i gorąca herbata (mimo, że niesmaczna z posmakiem grzybowym – ble) spowodowały, że zrobiłem się senny. Wtedy on gdzieś poszedł. Już prawie zasypiałem, kiedy spod ławki zaczęły dochodzić jakieś szepty, szelesty i nagle wyszedł stamtąd orszak krasnoludków. Nawet mnie to nie zdziwiło, a przecież powinno, bo już tak dawno przestałem w nie wierzyć. Krasnoludki utworzyły krąg na środku izby i tańczyły jakiś szalony taniec. Nagle rozstąpiły się i w środek kręgu wszedł święty Mikołaj. Był w kufajce, ale jakże pięknej, nawet atłas nie jest tak wspaniały jak materiał, z którego była ta kufajka. Wtedy mnie olśniło, że Mikołajem jest mój gospodarz! Ciężki worek zrzucił z ramion, podłożył drewna do pieca i spojrzał na mnie zapewne sprawdzając czy śpię. Szybko przymknąłem oczy udając sen, ale nadal obserwowałem go spod przymkniętych powiek. Kiedy już się wysapał (worek z prezentami musiał być ciężki) zaczął grzebać w szafie stojącej w rogu. Wyciągnięte ubrania rzucił obok mojej ławki i zaczął smażyć na patelni jajka i kiełbasę.

Gdy jedzenie było gotowe obudził mnie i zjedliśmy wspaniały posiłek. Następnie kazał mi się ubrać w robocze ciuchy, wyjęte wcześniej z szafy, nałożył mi własnoręcznie śmieszną czapkę z rogami renifera, kazał okryć się zielonym kocem i iść do domu. Poklepał mnie delikatnie po twarzy i powiedział: idź rogaczu spotkamy się później. Dlatego pomyślałem, że mam być jego reniferem – oczywiście w przenośni. Dlatego, że renifer jako własność Mikołaja jest lepiej traktowany niż inni. Bardzo ucieszyła mnie ta myśl.

Po przyjściu do domu szybko zajrzałem pod poduszkę, ale były tam tylko majtki mojej żony Mirabeli. Zastanowiwszy się stwierdziłem, że jest to sugestia. Przecież majtki to ubranie, a ja swoje zostawiłem na działkach. Poszedłem więc na działki, gdzie spotkałem pijanego pana Szkrabka, który poinformował mnie, że ubranie zabrała policja. Więc oto jestem i proszę o jego zwrot, bo przecież muszę w czymś chodzić skoro samobójstwa popełniał nie będę.”

W tych okolicznościach śledztwo w sprawie samobójstwa zostało zamknięte.

Skowronek z uczuciem dobrze spełnionego obowiązku kończył raport. Dopisując dodatkowe zalecenie:

Pierwszym zadaniem w dniu jutrzejszym jest odnalezienie altany tajemniczego brodacza nazwanego przez Narcyza Dolińskiego św. Mikołajem i przeprowadzenie rewizji na obecność halocynogenów najprawdopodobniej trzymane są w puszce z herbatą.

Po zakończeniu pracowitego dnia sierżant wyszedł z budynku komendy. Zapadł już wczesny wieczór i właśnie zapaliły się latarnie. Padający od południa śnieg zdążył utworzyć kilkucentymetrową warstwę. Sierżant Skowronek mieszkał tylko kilka ulic od komendy, więc do pracy zawsze chodził piechotą. Kiedy skręcał w swoją ulicę rzucił okiem za siebie i stanął jak wryty. Jakieś sto metrów dalej sunęły czerwone sanie św. Mikołaja. Święty ubrany był w zieloną kufajkę miał czarną wielką brodę, a na głowie czapkę uszankę, ale najdziwniejsze było to, że renifer czy też raczej jeleń ciągnący pojazd, biegł na dwóch nogach. Przypatrzywszy się wnikliwiej sierżant był niemal pewny, że jeleniem był niedoszły samobójca Narcyz Doliński. Mikołaj nie żałował bata, więc sanie nabrały większego pędu i pojazd szybko znikł z oczu sierżanta.

– Jednak sądząc z odgłosu bata zbyt dobrze go nie traktuje. Pewnie to kara za jego głupotę i samobójcze chęci – pomyślał sierżant patrząc na wielkie płatki śniegu tańczące w świetle latarni.

06-07 grudzień 2018


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 20 (Własna przestrzeń)

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Rys. Saul Steinberg – Man reading book without a hammock

Żeby przeżyć ten wyrok starałem się stworzyć moją własną przestrzeń. Na karteczkach – tych czytanych do transportów więźniarki rano – spisywałem Fausta. Pisałem kawałek po kawałku i uczyłem się niemieckiego. W przerwach pomiędzy ćwiczeniami chowałem cytaty klasyków do więziennej kufajki. Byłem nową, wolnościową inteligencją stanu wojennego. Wyrośnięty chłopak, o kościstych i zbyt pięknych dłoniach. Paradowałem w przykrótkich więziennych spodniach – a spodnie jak flagi po łydkach. Przy prawie 190 wzrostu, w butach i okulary Cybulskiego na nosie. Śmiesznie to wyglądało, tak niewinnie, a to był prawdziwy zamach stanu, choć byłem wtedy na etapie stracha na wróble.

***

Pierwsza rocznica odsiadki. Przede mną jeszcze 18 miesięcy i perspektywa więzienia za każdą ponowną odmowę służby wojskowej.

Dzisiaj jedziemy ciężarówką więzienną, ściany się kołyszą, a ja wkuwam łacinę i więziennego Fausta po niemiecku łupię. Chłopaki łypią na mnie. Jest nas ośmiu, silna grupa, zdążyliśmy już się pokłócić i zaprzyjaźnić. Połowa z tej ósemki to ciężkie rabunki z przedłużeniem, czymś poręcznym w ręku.

Pierdolę to! Walę na pamięć obcy im świat, aby uciec przed wszechmocnym systemem. Uparłem się. Uczę się niemieckiego z cytatów Fausta Goethego. Kolumbów usunęli z więziennej biblioteki ze względu na aktualność. Dla więziennego urozmaicenia dobiorę książkę Ewy Kuryluk. Nazywa się Wiedeńska Apokalipsa. Notuję z niej wieczorem na kartkach wiersze Georga Trakla, teksty Egona Schiele, Hoffmanstahla. Wiedeńska Apokalipsa staje się moją rodziną i grypserą. Chcę się wtopić w otoczenie. Nie odzywam się. Od czasu groźby wywołania buntu więziennego jestem obserwowany.

To prestiż. Obstalowuję sobie za łapówkę inną kurtkę więzienną. Taką odpowiednią do wzrostu – do tego buty na miarę. Znajduje się to w moim posiadaniu po serii wymian. Herbata i papierosy w zamian za konserwy, konserwy w zamian za płyn do golenia, a płyn za ubranie. Wszyscy, aż przecierają swe oczy ze zdumienia na widok dziwnego studenta, zwanego złośliwe Kolumbem. To się niesie za mną jeszcze z aresztu w Gliwicach. Jest jak stan paranoi. To więzienie na swój sposób mnie ratuje. Ta paranoja jest mi bardzo potrzebna. Ratuje mnie przed strachem przed lataniem. Mam przeczucie, że tutaj nauczę się fruwać.

Przed pustką istnienia w tym obozie pracy ratował mnie przystanek autobusowy o nazwie Wojkowice-kościół. To przystanek dla odwiedzających. Czasami przyjeżdżała matka, a czasami ojciec.

Strażnicy traktowali mnie po ojcowsku, miałem ledwie 20 lat, uśmiech zawsze na twarzy, faustowski półuśmiech, oczy jakby w półśnie, rozmarzone, za dalekie czasem. Nie rozumieli do końca, dlaczego ta łacina u mnie i Faust na karteczkach. Wymyślali sprytnie, że to mógł być plan ucieczki. Sprawdzali mnie często czy to nie szyfry tajne, czy to nie komunikacja jakaś w sprawie wielkiej ucieczki stąd. To był plan ucieczki, tyle, że innego rodzaju, bo w inną przestrzeń.

Raz nas wywieźli do innego PGR-u. Kazali nam pracować w silosach zbożowych. Zamknęli nas w środku. Przerzucaliśmy zboże, by się nie przegrzało, czyli nie zapaliło.

Ja głupi zawsze, to samo, kradłem minutę za minutą, aby się nachylić nad kolejnym obcym słówkiem, nad kartką ściągawką z Faustem. Strażnik na dole, a silos murowany okrągły, poniemiecki, stary, schody kręcone prowadzą w dół od komory zbożowej do trawy. Dobry był człowiek ten strażnik. Duży był i czarny ze szramą na twarzy i z karabinem pod pachą. Jak on tak na dole, to ja do okna i czytam te kartki. Patrzę na zewnątrz, a tu sad owocowy taki zajebisty na boku. Owoce były takie, że aż strach. No, strażnika nie ma, to skoczę na jabłka – pomyślałem – więzień z paragrafu stanu wojennego, przecież jest jak Kolumb! Musi zdobyć kontynent nieznany. Mięsa nie jadłem, byłem wegetem. To od jogi. Ciągle chodziłem głodny. Kartki moje zostawiam na wąskim parapecie okna silosa i lecę na jabłka.

Lecę na dół bez zezwolenia. Nawet nie wiem, że to ucieczka z więzienia. Otwieram drzwi dolne, są metalowe, a zieleń przede mną i dróżka do jabłek jest wolna. Skaczę parę kroków. Bum! Nagłe odbijam się od brzucha strażnika. Czarny ze Szramą stoi na drodze i drogi pilnuje, w ręku karabin, a w kaburze pistolet. Truchleję, bo oddaliłem się z wyznaczonego miejsca, to podejrzenie ucieczki. On patrzy na mnie inaczej jakoś, tak dziwnie, nie rozumie, ja nie rozumiem! On trzyma coś w ręku i podaje w mą stronę. Widzę są 2 kartki. On do mnie gestem, tymi kartkami przyjaźnie. Nie rozumiem. To mnie uratowało! Poznaję mojego Fausta, to z moich notatek. Wiatr musiał go wymieść spod okna silosu. Strażnik zaś myśli, że lecę na dół, bo mi lektura Fausta uciekła. Podziwia mnie jakoś za to, choć nie rozumie Fausta, bo on rozumie, po co jest silos zbożowy, ale ta reszta faustowska jest zbyt skomplikowana.

Mówi więc:

– No masz, zleciało ci, wiatr wywiał, to twoje. – Wyciąga kartki w dłoni ponownie do mnie.

Patrzę, oddycham z ulgą. Nie ma ucieczki, zatem tylko te kartki moje. W ten sposób Faust spisywany wieczorem w języku, którego jeszcze nie znałem, uratował mnie przed więzienną celą izolacyjną. Miała być za karę, za próbę ucieczki po jabłka polskie i sierpniowe. Po pierwszym tygodniu nowego miejsca, wszystko wraca na swoje tory.