Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Klątwa

Stanisław Ryczek

Bruegel Starszy – “Przysłowia Niderlandzkie” (detal)

Samochód stał pod blokiem Ignaca Labidy już trzeci dzień. Kobieta zawzięła się i nękała go początkowo mailami i telefonami, a teraz koczuje pod jego klatką schodową. Każde wyjście Ignacego z domu kończy się nagabywaniem, prośbami, groźbami i czepianiem się jego garderoby przez babę. Gdy pojawiła się trzy dni temu, wręczyła mu trzy tysiące złotych, których nie chciała przyznać mu w ramach ubezpieczenia, w zamian prosiła, żeby cofnął klątwę.

Sprawa zaczęła się od spornej kwoty z firmą ubezpieczeniową, której przedstawicielką była Iwona Knapik. W wypadku samochodowym, gdzie Ignacy był stroną pokrzywdzoną, straty zostały wycenione na trzy tysiące. Ignacy stwierdził, że to za mało i odwołał się od decyzji urzędniczki, zażądał jeszcze tysiąca pięciuset złotych. Jednak jego odwołania, zarówno jedno jak i drugie, nie zostały uwzględnione. Odstąpił wtedy od sprawy, lecz na zakończenie korespondencji wysłał maila tej treści: „Żeby ci się do dupy nalało i moja krzywda bokiem ci wyszła”. Oczywiście pracując od lat w tym zawodzie Iwona nie takie złorzeczenia dostawała. Więc przeszła nad tym do porządku dziennego. Jednak kiedy na trzeci dzień potrącony czajnik z gorącą wodą poparzył jej pośladki, a w szczególności odbyt przypomniała sobie o tej niedorzecznej klątwie. Jednak dopiero kiedy w lewym boku, tuż nad biodrem pojawił się, a następnie zaczął rosnąć jakiś guz, zaczęło jej świtać, czy to przypadkiem nie jakieś fatum i chociaż nigdy nie była przesądna przestraszyła się nie na żarty. Iwona była kobietą w średnim wieku, szczupła, z ładną jeszcze atrakcyjną buzią. Miała męża i dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Jak dotąd życie układało im się dobrze. Oboje z mężem pracowali, dzieci jeszcze w podstawówce nie sprawiały problemów. Jednym słowem byli normalną, przeciętną rodziną. Lekarze nawet po badaniach nie potrafili zdiagnozować guza. Jedni twierdzili, że to łagodny nowotwór, inni z kolei, że to rodzaj rogu skórnego. Wzięli wycinek i kazali czekać. Tymczasem w jej rodzinie działo się coraz gorzej. Jednego dnia zdarzyły się dwa wypadki: syna ugryzł pies, a córka spadła ze schodów i wybiła sobie cztery zęby, wszystkie jedynki z góry i z dołu. Pies po zbadaniu okazał się wściekły, więc chłopaka położono w szpitalu zakaźnym. Wybite zęby były już na nieszczęście stałe. Dentystka obiecała zrobić wszystko, żeby je odbudować, aby nie zostało śladu wypadku, jednak dopiero po wygojeniu ran. Dziecko było załamane i ciągle płakało. Gdy następnego dnia spalił im się prawie ukończony, ale jeszcze nie ubezpieczony domek letniskowy, a męża niesłusznie oskarżono o kradzież i zwolniono z pracy. Wtedy Iwona postanowiła działać. Skontaktowała się z Labidą mailowo, a następnie telefonicznie proponując, że z własnej kieszeni zapłaci mu brakującą kwotę, a nawet więcej, byle tylko cofnął klątwę. Po dwunastym telefonie Ignacy przestał odbierać połączenia…

Już od dawna zdarzało się, że kogo Ignacy wziął na celownik, ten prędzej czy później miał jakieś nieprzyjemne zdarzenie, nazwijmy je losowym. Zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej. Chłopiec ciągle dokuczający i szczególnie gnębiący małego Ignasia utonął w czasie wakacji. I już w trzeciej klasie nikt mu nie dokuczał, a żeby było śmieszniej większość tych, którzy robili to wcześniej, nagle bez żadnej logicznej przyczyny polubili go. W szkole zawodowej, gdzie Ignac poznawał tajniki zawodów budowlanych, matematyczka, która szczególnie uwzięła się, na Bogu ducha winnego chłopaka, złamała girę i to w sposób tak skomplikowany, że już do końca szkoły nie pokazała się w klasie. Nie trzeba dodawać, że dzięki temu udało mu się skończyć tę zawodówkę, bo gość co ją zastąpił polubił safandułowatego Labidę. Zasuwając przez całe lata na budowie Ignacy nie miał jakichś szczególnych wrogów. Większość tolerowała go, bo lubił wypić i zabawić się po wypłacie. A i przed wypłatą, jeżeli tylko miał pieniądze. Jednak jak to w życiu bywa znalazł się taki, co postanowił wyplenić „alkoholizm” na budowie. Facet nie wiedział jeszcze na co się porwał. Walczyć z pijaństwem w czasach komuny? Przecież to walka z wiatrakami. Jednak kierownik Kukułka był zdeterminowany i konsekwentnie realizował swój pomysł. Zaczęło się od tego, że zaczął polować na wnoszących trunki na teren budowy. Oczywiście pierwszym złapanym był Ignacy. Skończyło się to tylko ustnym ostrzeżeniem, ale po kolejnej wpadce, gdy złapał go w stanie „nieważkości” przy robocie, była już nagana z wpisaniem do akt. W tym samym dniu, pijąc piwo z kolegami w barze pod 11-stką, przeklął kierownika Kukułkę. W następnym dniu kierownik nie pojawił się w pracy, a za dwa dni buchnęła wiadomość, że leży nieprzytomny w szpitalu, bo nieszczęśliwie wypadł z pociągu, kiedy ten był w pełnym biegu. Wiadomość tak ucieszyła Ignacego, że postanowił to uczcić kilkoma kuflami piwa, tak jak co dzień zresztą w tym samym barze pod 11-stką. Tak się złożyło, że tak jak w poprzednim dniu konsumował browar przy tym samym stoliku i przy czwartym kuflu przeklął Kukułkę po raz drugi, twierdząc, że to co go spotkało, to i tak za mało za tę krzywdzącą naganę „więc niech go szlag trafi”.

W tym samym czasie w Wojewódzkim Szpitalu Neurologicznym, gdzie leżał nieszczęsny kierownik Kukułka, pielęgniarka przez pomyłkę podłączyła mu kroplówkę z płynem do dezynfekcji toalet zamiast glukozy. Dlaczego tak zrobiła nie umiała później wytłumaczyć. Pomyłka taka nie mogła się jej w głowie pomieścić, a szczególnie sędziom, bo przecież oprócz całkiem innych etykiet i jasnych opisów preparatów nawet kolor płynu się nie zgadzał. Pielęgniarka miała za sobą 12 lat nienagannej pracy w tym szpitalu, dlatego sąd przychylił się do prośby adwokata i skazał ją tylko na 3 lata więzienia.

I tak to szło, mimo dziwnych wypadków Ignacy Labida ciesząc się z nieszczęść spotykających jego wrogów nie łączył tych wypadków ze swoimi życzeniami i złorzeczeniami. Były jeszcze dwa lub trzy przypadki, które zapadły mu w pamięć. Dziewczyna, która odmówiła mu tańca na wiejskiej zabawie, została zgwałcona jeszcze tej samej nocy, gdy wracała do domu. Facet wpadający pod samochód tuż po tym, gdy uderzył go twarz w ulicznej sprzeczce, nieźle został poturbowany. I majster, co stracił oko w tydzień po ukaraniu Ignaca za permanentne spóźnianie się do pracy.

Ignacy już od dwóch lat był na zasłużonej emeryturze, póki co cieszył się dobrym zdrowiem. Kiedyś dokuczało mu starokawalerstwo, ale z czasem przyzwyczaił się do samotności. Jeśli chodzi o kobiety, to od czasu do czasu zapraszał samotną znajomą w podobnym wieku i sobie wzajemnie radzili. Tyle, że Barbara nigdy nie chciała zostać na noc – zbyt się bała plotek – a Ignacemu wisiało co o nim ludzie gadają.

Jednak ostatnie wydarzenie trochę go zaniepokoiło. Blok, w którym mieszkał Labida nie był duży, mieszkało w nim tylko dziewięć rodzin, w tym okna sześciu mieszkań usytuowane były od ulicy. Auto z nieznaną rejestracją od razu wzbudziło zainteresowanie sąsiadów, a kiedy zaobserwowali dziwne zachowanie kobiety, która nie dość, że dzień i noc koczowała w samochodzie, to nagabywała nieciekawego Labidę, a nawet zdarzyło się, że przed nim na trotuarze uklękła. Ciekawość lokatorów bloku wzrosła na tyle, że nie tylko śledzili każde wyjście Ignacego z mieszkania, ale mimo jesiennego chłodu otwierali okna, żeby więcej usłyszeć. Taka nachalna ciekawość zdenerwowała by każdego, a już szczególnie Ignaca, którego większość sąsiadów traktowała na co dzień jak powietrze, on wobec nich żywił zresztą takie same zainteresowanie.

Pieniądze wręczone przez kobietę wziął, bo uważał, że mu się słusznie należą. A że było ich dwukrotnie więcej niż wnioskował w swoim odwołaniu, to nawet lepiej, kaska zawsze się przyda. Tak samo guzik go obchodziło, że są to pieniądze z jej prywatnej kieszeni – „jak się daje, to się kraje”. Jednak cofnąć klątwę – niby jaką? Kiedy wytłumaczyła mu, że odkąd przysłał jej tego przeklętego maila, jej życie zaczęło się walić. Stwierdził w odpowiedzi, żeby go sama usunęła ze swojej poczty, bo przecież on Labida nie ma do niej dostępu. Na tym skończyła się wstępna rozmowa.

Iwona już dawno to zrobiła rozumując podobnie, że wystarczy maila usunąć, a pech minie. Jednak tak się nie stało. Postanowiła więc przycisnąć Labidę, żeby wyrzucił klątwę ze swoich myśli. Jednak on mimo próśb i gróźb nie chciał albo nie umiał tego zrobić. Przekonała się o tym, gdy dzień po tej rozmowie dostała maila, że na ich wspólne małżeńskie konto „wszedł komornik”, a mąż oddzwonił, że stało się to na wniosek jego firmy w związku z tym fałszywym oskarżeniem o kradzież. Wtedy też postanowiła, że nie odjedzie dopóki sprawy z Labidą nie załatwi. Telefonicznie wzięła u szefa tydzień urlopu z twardym postanowieniem złamania gościa. Jednak minęły już trzy doby i nic nie osiągnęła. Facet prawie nie wychodził z domu – tylko kilka razy go zaczepiła i jak na razie żadne prośby nie odnoszą skutku – brak jakiejkolwiek dobrej wiadomości. Była już tak zdeterminowana, że nawet uklękła pokornie przed gnojem i dalej nic. Jeszcze w tym dniu „zarobiła” mandat za to, że nie włączyła migacza jadąc na stację benzynową, bo i paliwo jakoś szybciej niż zazwyczaj zeszło. Pewnie dlatego, że noce chłodne i na kilka godzin nocnych musi włączać silnik, żeby się ogrzać w aucie. Na pobliski CPN jeździ późną nocą, żeby kupić coś do zjedzenia i chociaż trochę się umyć. Dziś oprócz hot-doga i soku pomarańczowego wzięła kawę z automatu i przy jedynym stoliku zamyśliła się nad swoją sytuacją. Stwierdziła, że jeżeli przełom nie nastąpi w ciągu kilkunastu godzin, to się załamie i będzie musiała odpuścić. Po zastanowieniu kupiła butelkę najtańszej wódki – czyściochy. Być może do czegoś się przyda.

Ignacy obudził się na okropnym kacu. Z trudem otworzył oczy, budzik pokazywał czwartą rano. Nie pamiętał czy zostało choć trochę wódki. Napił się wody z kranu i zataczając się sprawdził lodówkę – no oczywiście pusto. Oglądając wieczorem filmiki porno w internecie tak dobrze mu się piło, nawet dziwił się, że 0,7 poszło, a jego nic nie bierze. – Żeby chociaż setkę na klina. No nic trzeba jechać do nocnego. Sięgnął po kluczyki do auta, ale przypomniał sobie, że przecież jest w naprawie. Wzdrygnął się na myśl o nieuchronnym spotkaniu z babą. Spojrzał przez okno i doznał olśnienia – Ooo, nie ma auta! Gdyby nie bolesny kac pewnie by się uśmiechnął. Wyszedł na ulicę i z przyjemnością wciągnął zimne powietrze. Sięgnął do kieszeni po papierosy. Przez moment zdawało mu się, że coś, jakby cień wyskoczył z załomu muru i następnej chwili jakiś strop zawalił mu się na głowę.

Ocknął się i stwierdził że leży twarzą na czymś miękkim i jednocześnie kłującym. Ból głowy był nie do zniesienia, miał wrażenie, że zaraz się porzyga. Do tego suchość w ustach i język jak kołek. Jezu, żeby chociaż łyk wody – pomyślał. Jednocześnie otworzył jedno oko i stwierdził, że to na czym leży to ściółka leśna i że nadal jest ciemno, a światło padające chyba z reflektorów samochodu świeci mu w oczy. Obok usłyszał jakiś szelest. Z bólem, powoli odwrócił głowę w tym kierunku. Kobieta klęcząc na jednym kolanie robiła coś na ziemi. Nie mógł sprecyzować czym była zajęta, coś jakby wiązała. Była odwrócona tyłem, ale od razu ją rozpoznał po fryzurze i niebieskiej kurtce – baba z samochodu, jego prześladowczyni! Chciał się poruszyć, ale ręce i nogi miał czymś związane. Słysząc jego poruszenie kobieta odwróciła głowę. Była blada i trzęsły jej się usta, Ignacy chciał o coś spytać, ale nie wiedział jak pokonać suchość w gardle, a na dodatek stwierdził, że ma zaklejone usta jakąś taśmą. Spojrzał na jej ręce i zobaczył, że trzyma w nich sznur z uformowaną pętlą. Dopiero po chwili zaskoczył, że jest ona przygotowana dla niego.

Iwona Knapik nie była morderczynią. Całym wysiłkiem zmuszała się, żeby się nie rozryczeć. Wiedziała, że musi zabić tego człowieka. Jednak jej ciało było nieposłuszne, trzęsła się, łkała i mało nie mdlała. Już przy ogłuszeniu Labidy miała okropne wyrzuty sumienia, a teraz będzie musiała go powiesić. Stwierdziła, że musi to jakoś wytłumaczyć, nie tyle jemu, ile sobie. Wstała i oparła się o maskę auta, zasłoniła ciałem jeden reflektor, więc Ignacemu było łatwiej patrzeć – nie raziło już tak mocno. Jej przemowa ciężko docierała do przepitego i obolałego Ignaca.

– Słuchaj człowieku będę musiała cię zabić, mimo, że żadnego realnego przestępstwa nie popełniłeś. Jednak twoja klątwa zaciążyła na mojej rodzinie i na mnie. Myślę, że jeżeli twój mózg przestanie wysyłać destrukcyjne sygnały, twoja klątwa przestanie działać. Jeżeli możesz jakoś zmienić tę sytuację to powiedz, masz ostatnią szansę. – To mówiąc zerwała mu taśmę z ust. Ignacy zdołał wycharczeć tylko jedno słowo.
– Pić – Iwona miała jeszcze połowę soku pomarańczowego i już miała go podać, ale pomyślała, że po tym padalcu już się nie napije z tego samego kartonu, a na karcie zostały już ostatnie grosze. Przypomniała sobie o butelce wódki w bagażniku. – A jakby tak spoić gnoja i dopiero wtedy załatwić? Byłaby większa szansa, że policja uwierzy w samobójstwo. – Myśl wydała się niegłupia. Odkręciła flaszkę i przystawiła Ignacemu do ust. Myślała, że będzie musiała zmusić go do wypicia, najlepiej zatykając nos, jak to widziała na filmach. Ale facet zassał sam bez przymusu i wychlał ponad pół flaszki.
– Daj papierosa – Wychrypiał, gdy się oderwał od szyjki.
– Nie mam, nie palę.
– Mam w prawej kieszeni kurtki. Wyjmij i mi przypal. – Wykonała niezdarnie jego polecenie, gdy w końcu przypaliła mu papierosa, poprosił żeby go posadzić. Oparła go o drzewo, ręce miał okręcone taśmą z tyłu, więc palił bez ich pomocy. Przez dłuższą chwilę wciągał dym i ciężko zipał. Alkohol zaczął chyba działać, bo jego mózg wskoczył na obroty. Zaczął kombinować, czy brać ją na litość czy na strach. Stwierdził, że mieszanka tych dwóch technik w tym przypadku będzie optymalna.
– Słuchaj kobieto, czy zdajesz sobie sprawę, ile dostaniesz za morderstwo z premedytacją? – Więc ci powiem, 25 lat – jak wyjdziesz będziesz babcią. Nie myśl sobie, że ktoś będzie na ciebie czekał. Mąż, jak go masz, dawno już będzie z inną babą. Dzieci ułożą sobie życie i będą miały własne dzieci, a może nawet wnuki. Będziesz wrakiem nikomu niepotrzebnym – jak ja w tej chwili. Ubzdurałaś sobie, że rzuciłem na ciebie klątwę, a cóż to ja jestem, czarownikiem czy jakimś szatanem? Proszę odpuść mi i rozstańmy się w zgodzie. Oddam ci te trzy tysiące i nic nikomu nie powiem, że dałaś mi w łeb i przywiozłaś mnie tutaj. Po co ci brać na sumienie śmierć starego człowieka? Wszyscy sąsiedzi widzieli ciebie i twój samochód i chociaż jesteś z Warszawy, czy skądś tam, policja znajdzie cię po numerze rejestracyjnym auta. Przecież żaden sąd nie uwierzy w jakąś klątwę, kara cię nie minie. – Wypluł dopalającego się peta i spojrzał na nią z nadzieją.
– Myślę, że to będzie inaczej. Kiedy cię w końcu znajdą pomyślą, że po pijanemu popełniłeś samobójstwo. Być może z powodu depresji. Poza tym oficjalnie ja nie mam żadnego motywu do popełnienia morderstwa, a stałam pod blokiem, bo popsuł mi się samochód i poprosiłam cię o pomoc w naprawie. Zresztą to nieważne – ostatnie pytanie: czy możesz cofnąć klątwę?
– Dobrze cofam: czary mary cofam klątwę, która z głupoty napisałem w mailu do pani Iwony Knapik. Klątwę uważam za niebyłą, tak mi dopomóż Bóg i wszyscy święci, amen. Wystarczy czy jeszcze coś dopowiedzieć? – Przez chwilę zastanawiała się jak to wykonać. Gałęzie były za wysoko, a nawet gdyby poprowadzić go pod inne drzewo, to przecież nie zdoła go podciągnąć do góry. Po chwili wahania zdecydowała się na zadzierzgnięcie.
– Wystarczy. Jednak ci nie wierzę. – Głos jej stwardniał. Mówiąc podeszła do Labidy założyła mu pętlę i obwiązała dookoła pnia sosny, mocno dociskając. Twarz mu poczerwieniała i zaczął się dusić. Poczekała aż straci przytomność rozcięła i zdjęła taśmę z rąk i nóg. Postawiła obok niedopitą butelkę wódki i posprzątała fragmenty taśmy klejącej. Jeszcze raz przejrzała otoczenie czy pozostało nic kompromitującego. Gdy odjeżdżała Labida jeszcze rzęził.

Była już na szosie, gdy jej komórka złapała zasięg i zapikała dwa razy. Nie zatrzymując się otworzyła pierwszego esemesa. Mąż pisał, że wyjaśniła się sprawa tej kradzieży, w rezultacie przywrócono go do pracy, a dyrektor osobiście gorąco go przeprosił. Ponadto adwokat proponuje założyć sprawę o odszkodowanie. Zatrzymała auto na poboczu i otworzyła drugą wiadomość. Syn pisał, że jutro wychodzi ze szpitala, bo już wszystko dobrze. Odetchnęła z ulgą i rozpłakała się. Po chwili otarła łzy i ruszyła dalej.

Labida tracąc przytomność osunął się i sznur z szyi przesunął się na żuchwę zwalniając ucisk żył, co dało możliwość powrotu krążenia krwi. Co prawda słabego, ale wystarczającego, żeby świadomość powróciła. Pierwszą czynnością po odzyskaniu przytomności, wykaszleniu się i uspokojeniu oddechu, było dopicie reszty wódki i zapalenie papierosa. Gdy wyszedł z lasu na asfalt dłuższą chwilę zastanawiał się, w która stronę do miasta. Wreszcie ruszył tam, gdzie było jaśniej, słusznie dedukując, że jasność spowodowały miejskie światła. Mijały go samochody, ale żaden się nie zatrzymał. Jednak po półgodzinie doszedł do rogatek. Mijając nocny sklep postanowił kupić kilka piw i wtedy zorientował się, że nie ma portmonetki. Stojąc przed wystawą przeglądał kieszenie i usiłował sobie przypomnieć, czy wychodząc z domu ją zabrał. A może zabrała mu ją ta Knapik albo zgubił dusząc się pod sosną. Był wściekły, nie dość, że ledwo uciekł śmierci z pod kosy, to nawet piwa nie może się napić. Przekleństwo zakipiało mu na ustach wściekłe i jadowite, wykrzyczane pełnym głosem przed sklepem monopolowym o godzinie 6 rano.
– A żebyś zdechła diabłu na rogach suko. – Przed jego blokiem stał wóz straży pożarnej. Okna w jego mieszkaniu były powybijane i okopcone. Strażacy zwijali węże.
– No tak, wychodząc zostawiłem czajnik na gazie. – Wyszeptał zrezygnowany. Mieszkanie było ubezpieczone, ale przyrzekł sobie, że nie będzie się handryczył z firmą ubezpieczeniową.
– A niech tam – wezmę ile dadzą – bandyci.

Widlak zepsuł się tuż przed zakrętem. Operator świadomy w jak niebezpiecznym miejscu stoi jego sprzęt szybko wyskoczył, żeby sprawdzić przyczynę awarii i właśnie wtedy nadjechał ten samochód. Ledwie zdążył uskoczyć ratując się od niechybnej śmierci. Widły maszyny przebiły przednią szybę auta i samochód zawisł jak nabity na rożen. Kierującej kobiecie jedna z ostróg wbiła się w środek piersi na wysokości serca. Kiedy operator widlaka otworzył drzwi auta zobaczył jej szeroko otwarte oczy i usłyszał wyszeptane słowa:
– A jednak klątwa wróciła…

Reklamy


Dodaj komentarz

Czarownica

Stanisław Ryczek

John William Waterhouse – Krąg Magiczny

Monika po przyjeździe do domu stwierdziła, że ją okradli. Po trzecim obszukaniu wszystkich kieszeni i wysypaniu zawartości torebki na stół portfelik się nie odnalazł.

– No kurczę, a żeby to szlag trafił – krzyknęła w nerwach – to już drugi raz w tym roku, co za banda złodziei tu grasuje. – Stwierdziła brak gotówki, na szczęście nie było tego dużo, może ze sto dwadzieścia złotych z groszami. Gorzej, że zginęła też karta płatnicza, szczęściem nie miała przy sobie dowodu osobistego. Odpaliła laptopa i weszła na stronę swojego banku. No tak jak przypuszczała już dokonano zakupów za 49 złotych, czyli tyle na ile pozwala transakcja zbliżeniowa, zakupów dokonano bez wbijania PIN-u, bo przecież złodziej go nie znał. Zablokowanie karty zajęło jej kilka następnych sekund. – Nie zdąży się nachapać kanalia – pomyślała z satysfakcją. Po zaparzeniu mocnej herbaty i uporządkowaniu rozrzuconych rzeczy, okropnie nie lubiła bałaganu, pomyślała, że jednak dobrze byłoby wiedzieć kto właściwie ją okradł. Postanowiła zrobić retrospekcję ostatnich godzin spędzonych na zakupach. Popijając gorący napar drobnymi łyczkami zamyśliła się patrząc bezmyślnie w stojącą na stole szklaną kulę, kupioną tydzień temu na bazarze. W gładkim szkle uwięzione było kilka pęcherzyków powietrza, przedmiot właściwie do niczego niepotrzebny, ale urzekł dziewczynę swą tajemniczością, że postanowiła go kupić. Przypominała sobie, że po skończonej pracy wzięła jak zwykle gorący prysznic, żeby zmyć te wszystkie fabryczne smrody. Łaźnia jest co prawda wspólna, ale dzisiaj było tylko cztery dziewczyny, w pracy nigdy jeszcze kradzież się nie zdarzyła. Zresztą po wyjściu z zakładu robiła przecież zakupy więc portfel jeszcze miała.

Zaraz jak to było – przechodziła obok tego nowego sklepu obuwniczego. Zatrzymała się przed wystawą, nawet ładny towar mieli, zainteresowały ją szczególnie czerwone pantofelki na ładnej szpilce – fajne na imprezę – pomyślała. Jednak do wewnątrz nie weszła, miała jeszcze zakupy w spożywczym, a poza tym trzeba poczekać na wypłatę, wtedy można będzie trochę zaszaleć. Potem była chwilę na poczcie odebrać przesyłkę. I market, tam ostatni raz miała w rękach portfel. Mruży oczy, żeby przypomnieć sobie sytuację przy kasie. Widzi jak ekspedientka przesuwa kolejne artykuły przed laserowym czytnikiem, a ona żeby nie tracić czasu pakuje zakupy do reklamówki. Następnie wkłada kartę do czytnika i wystukuje PIN, wyciąga i chowa kartę i paragon do portfela a portfel do kieszeni płaszcza. Kuca, żeby podnieść pudełeczko tic-tac-ów, które właśnie upadło i teraz dokładnie widzi jak portfel wysuwa się z kieszeni. W tym czasie, gdy prostuje się, żeby wziąć torbę z pulpitu obok kasy, ktoś stawia koszyk na jej portfelu. Próbuje zobaczyć tą osobę, jednak widzi tylko zamazaną postać młodej brunetki w zielonym prochowcu. Dalej widzi siebie jak odchodzi do wyjścia, kasa i brunetka znikają jej z oczu. Więc to ta babka znalazła jej portfel – zamyśla się czy zdołałaby ją rozpoznać.

Dopiero po chwili dociera do niej, że tą scenę widziała z boku jakby była odtworzona w telewizji. Cały czas patrzyła na szklaną kulę – czy to możliwe, żeby to w niej zobaczyła ten film? Czy działo się to tylko w jej głowie? Skupia całą uwagę, żeby cofnąć się z powrotem do brunetki w zielonym płaszczu. Dopiero, gdy kieruje wzrok na szklaną kulę widzi obraz. Niezbyt wyraźny co prawda, ale widzi jak dziewczyna wsiada na rower i wyjeżdża w stronę peryferyjnej dzielnicy miasta. Stawia rower przed starym domem, ściany z muru pruskiego… i na tym relacja się urywa. Ale Monika już wie, gdzie szukać swojej własności.

Zaparkowała kilkadziesiąt metrów od celu swojej podróży. W jednej kieszeni kurtki ma gaz pieprzowy, a w drugiej paralizator kupiony w internecie. Przy drzwiach nie ma dzwonka ani nawet kołatki, więc początkowo puka, a po kilku minutach tłucze w drzwi pięścią. W końcu słyszy jakieś szuranie i wreszcie w drzwiach staje jakaś starowinka. Kobietę oślepia słońce, więc osłania oczy dłonią. Monika stwierdza, że babcia tak samo jak jej dom jest na ostatniej prostej i zarówno jedno, jak i drugie czeka w niedługim czasie ten sam ostateczny los.

Widok elegancko ubranej młodej kobiety zaskoczył staruchę. Otaksowawszy ją od góry do dołu stwierdziła, że być może to jakaś urzędniczka, więc postanowiła być miła.

– Czego pani sobie życzy – wyszczerzyła szczerbate dziąsła.
– Przyszłam po swoją własność – twardo zaczęła Monika. Uśmiech starej zmienił się w grymas.
– Swojej własności to niech paniusia szuka gdzie indziej, bo tu jej nie znajdzie. A tak mniej więcej, to, o co w ogóle się rozchodzi?
– Rozchodzi się o mój portfel, który pani córka znalazła w markecie. Brunetka w zielonym płaszczu to jak rozumiem pani córka?
– Moja córka to nie wiadomo gdzie się obraca. Nie widziałam jej od piętnastu lat. Może chodzi pani o Krysię. – No tak, stara miała na oko osiemdziesiąt lat, a kobieta w zielonym płaszczu około trzydziestu, więc to nie to pokolenie. Jasne, że to nie mogła być córka, ale raczej wnuczka.
– Tak chodzi mi o Krysię, gdzie ją znajdę.
– Krysia w dni parzyste nie przyjmuje. Proszę przyjść jutro.
– Jak to nie przyjmuje, przecież nie chodzi mi o jakieś przyjęcie tylko o portfel, który wypadł mi w markecie, a który znalazła pani Krysia.
– No właśnie przecież mówię, wróżka Krysia pomaga również w sprawach rzeczy zagubionych, więc zapraszam jutro od godziny dziesiątej rano do 18 wieczorem. – po wygłoszeniu wyuczonej formułki starucha zatrzasnęła drzwi i nie pozostawało nic innego, jak tylko zastosować się do jej porady.

Po przyjściu do mieszkania Monika odpaliła komputer i wpisała w wyszukiwarkę hasło „wróżka Krystyna”. Oczywiście wyskoczyło kilkadziesiąt różnych wróżek w tym kilkanaście Krystyn, jednak nie znalazła wśród nich tej zamieszkałej w swoim mieście. Po chwili przypomniała sobie, że wychodząc na drogę zauważyła wiszącą na zdezelowanym płocie tabliczkę informującą, że wróżka Krysia przyjmuje w dni parzyste w godzinach takich a takich. Wklepała więc kolejne hasło „wróżka Krysia”. Tym razem pojawiła się ta, której szukała. Niestety nie było zdjęcia tylko zakres świadczonych usług. Ale nic niezwykłego: wróżenie z kart tarota, horoskop miesięczny i roczny, chiromancja, doradztwo miłosne.

– Aha, więc tym się zajmuje czarodziejka, co korzysta z mojej karty płatniczej i pewnie myślała, że jej nie znajdę, no to jutro ja jej postawię wróżbę – pomyślała z jadowitą satysfakcją.

*

W obleśnym pokoju – poczekalni – z brudnymi i zapajęczonymi ścianami siedziała starsza kobieta z dzieckiem. Chłopczyk, może dwuletni, bawił się bąkiem na brudnej podłodze. Monika pomyślała, że to przesada, żeby puszczać dziecko w taki brud. Ale spojrzawszy na opiekunkę dziecka i jej nieobecny wzrok stwierdziła, że kobietę gnębią sprawy o wiele ważniejsze, niż brudna podłoga. Po chwili wpatrywania się w jej twarz była pewna, że chłopiec nie jest jej dzieckiem, ani nawet krewnym i jest on dla niej ciężarem. Spojrzawszy na dziecko pomyślała, że ten mały jest półsierotą, bo zmarła mu matka, a ojciec jest za granicą. Pod drugą ścianą siedział facet w średnim wieku i czytał gazetę. Monika była pewna, że tylko udaje czytanie, zbyt często zezował na drzwi, z poza których przebijały się głosy osób tam rozmawiających. Gość ewidentnie nie przyszedł tu w swojej sprawie i sprawiał wrażenie albo tajniaka albo urzędnika. Jeszcze kilka obserwacji poczyniła zanim drzwi się otwarły i wyszedł z nich garbus. Facet miał może metr dwadzieścia wzrostu, ale ubrany był w garnitur szyty na miarę, no a jakże inaczej – gdzieżby taki kupił, kremową koszulę i krawat, a na dodatek miał hiszpańską bródkę. Chustka, którą trzymał przy oczach była mokra od łez. Na nikogo nie spojrzał tylko skierował się wprost do wyjścia. Monika ruszyła do pokoju wróżbitki, nie myślała czekać w kolejce, w końcu nie była petentką tylko przyszła po swoją portmonetkę.

Tak jak przewidywała pomieszczenie było odpowiednio zaaranżowane, żeby spotęgować nastrój tajemniczości. Okna zasłonięte ciężkimi kotarami, stół nakryty czarnym pluszowym materiałem, na stole nocna lampka rozjaśniała nieco pomieszczenie. Monika nie była pewna czy osoba siedząca za stołem jest tą, którą widziała w swojej kuli. Było po prostu za ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć. Dopiero po dojściu do samego stołu stwierdziła, że to jednak ona.

– Proszę o oddanie mojego portfelika, który znalazła pani dwa dni temu w markecie – zażądała twardo.
– A skąd pani wie, że to ja go znalazłam? – Zdziwiła się wróżka.
– Nieważne skąd wiem. Portfel ma być zwrócony wraz z brakującą kwotą, która zniknęła z mojej karty płatniczej i to natychmiast, chyba, że chce pani mieć do czynienia z policją. – Na takie postawienie sprawy wróżka Krysia nie znalazła żadnej riposty. Z przyległego pomieszczenia przyniosła portfel Moniki oraz wyjęła ze swojej torebki banknot pięćdziesięciozłotowy i wręczywszy właścicielce z przepraszającym uśmiechem powiedziała:
– Proszę przejrzeć czy wszystko jest i żeby pani o mnie źle nie myślała, że użyłam pani karty, po prostu zabrakło mi pieniędzy a te czerwone buciki tak bardzo mi się spodobały, że nie mogłam ich nie kupić. W portmonetce jest cała kwota sto dwadzieścia osiem złotych i czterdzieści pięć groszy oraz pięćdziesiąt złotych, którymi zapłaciłam z pani karty. – Monika stwierdziła, że wszystko się zgadza i już wychodząc zobaczyła przy drzwiach koszyczek, w którym leżało kilka banknotów dwudziestozłotowych i jeden pięćdziesięciozłotowy.
– Acha, jeżeli nie ma pani kasy fiskalnej to proszę pieniądze schować, bo facet siedzący w poczekalni to prawdopodobnie kontroler z urzędu skarbowego, więc może mieć pani kłopoty.

*

Wróżce Krysi ostatnimi czasy interesy szły słabo. Ludzi przychodziło coraz mniej, rzadko sprawdzały się jej diagnozy. Jeszcze tarot i horoskopy jakoś tam wychodziły, zresztą były tak skonstruowane, że musiały wyjść, ale myliła się co do charakterystyki klientów i w związku z tym jej porady bywały albo zbyt ogólnikowe albo całkowicie bez sensu. A przecież rozpoczynając swoją działalność miała dar przepowiadania przyszłości i jakoś nie wiadomo dlaczego, może nie całkiem go zatraciła, ale intuicja często ją zawodziła. Dlatego po wizycie Moniki stwierdziła, że ta dziewczyna bardzo byłaby jej pomocna. Spółka z osobą, która potrafi rozpoznać kontrolera z fiskusa albo wyśledzić, kto jest w posiadaniu jej portfela byłaby nieocenioną pomocą. Pozostaje tylko odnaleźć ją, co w niewielkim mieście nie będzie chyba trudne, oraz namówić do współpracy i tutaj spodziewała się, że może być niełatwo. Jednak wierząc w swoją moc przekonywania była dobrej myśli, już planowała jak się do tej sprawy zabrać.

*

Monika była bardzo zdziwiona, gdy zobaczyła w drzwiach swego mieszkania uśmiechniętą wróżkę Krysię. Bez entuzjazmu, ale jednak zaprosiła ją do środka. Krysia bez słowa postawiła na stole butelkę czerwonego wina Cabernet Sauvignon rocznik 2010 i poprosiła o kieliszki.

– Przyszłam, żeby jeszcze raz panią przeprosić i definitywnie zakopać topór wojenny – zagaiła gdy usiadły przy stole. A ponieważ Monika nie miała nic przeciw temu, więc przy trzecim kieliszku już były po imieniu. Świetne wino zawsze rozwiązuje języki i zbliża ludzi. Krysia dobrze o tym wiedziała inwestując ponad stówkę w kalifornijski trunek. Po godzinie wiedziała już o Monice na tyle dużo, że zaproponowała jej spółkę, na razie nieformalną, a kiedy obie będą zadowolone ze współpracy wtedy założą oficjalną spółkę potwierdzoną notarialnie. Na tej konkluzji skończył się ten babski wieczór. Nazajutrz Monika niekoniecznie była zadowolona z tej umowy i nawet kombinowała, jakby się z niej wycofać. Po pracy postanowiła odwiedzić Krysię i odwołać wczorajszą deklarację. I zapewne zrobiłaby to, gdyby nie pewna rozmowa. Otóż kolega Jacek z jej brygady zwierzył się z kłopotu, który mógł zaważyć na jego dalszym życiu. Mianowicie podejrzewał żonę, że zdradziła go będąc na kuracji w sanatorium, ale ponieważ nie był tego pewien na sto procent, nie wiedział jak postąpić. Bo przecież, jeżeli żona jest niewinna, jego podejrzenia mogą narobić wiele złego w jeszcze młodym małżeństwie. Monika, po dokładnym wypytaniu na czym opiera swe podejrzenia, stwierdziła, że pomóc mu może tylko osoba kompetentna i poleciła, by poradził się wróżki. Jednocześnie zaproponowała, że zaprowadzi go do takiej, która znajdzie wyjście z tej trudnej sytuacji. Kolega opierał się przed taką niekonwencjonalną pomocą, ale odpowiednio zachęcony zgodził się zaryzykować. W końcu, jak się wyraził, nie musi stosować się do jej rad, jednocześnie poprosił Monikę o zachowanie tajemnicy, bo gdyby koledzy dowiedzieli się, że chodzi do wróżki, to oczywiście podśmiechujki kolegów nie ominęłyby go.

*

Wróżka zaskoczyła Jacka tak drobiazgowymi informacjami, że choć sceptycznie nastawiony, musiał uwierzyć w jej słowa. Przecież ona wiedziała nie tylko w jakim sanatorium była jego żona Maria, ale znała dodatkowo numer jej pokoju, a nawet wiedziała, że jest farbowaną blondynką. Potwierdziła jej niewinność i poleciła przeprosić ją za niesłuszne podejrzenia najlepiej z dużym bukietem kwiatów. Jackowi kamień spadł z serca, więc jeszcze tego samego dnia przepraszając małżonkę zwierzył się ze swojej małostkowości i niewiary w jej wierność. Wiadomości te wróżka Krysia otrzymała oczywiście od Moniki, która tuż przed wizytą Jacka wprowadzona bocznym wejściem przez babcie Jadzię, nawiasem mówiąc wcale nie była krewną Krysi, zrelacjonowała całą sytuację. Różnica między jej relacją, a wróżbą przekazaną Jackowi, była taka, że Monika była przekonana o słuszności podejrzeń Jacka.

Po wyjściu ostatniego petenta a raczej petentki, Monika nie omieszkała wypomnieć Krysi jej kłamstwa. Krysia odpowiedziała jej krótko:

– Po pierwsze nie jesteś duchem świętym, żeby wiedzieć jak tam było naprawdę. A po drugie czy byłabyś zadowolona z rozpadu tego małżeństwa tylko dlatego, że jego żona być może nawiązała krótki niezobowiązujący romans? – Monika nie podjęła polemiki, ale przyznała jej w myślach rację.

*

Współpraca kobiet polegała właśnie na tym, że Monika jeszcze przed wejściem petenta dawała znać Krysi z kim będzie rozmawiać. Często wystarczyła jej sama obserwacja w poczekalni jednak czasem potrzebna była rozmowa, żeby wyciągnąć jakieś informacje, które odpowiednio przedstawione przez wróżkę uwiarygodniały ją w oczach klienta. Często mógł być to zupełny drobiazg, na przykład, że dana osoba dwa lata temu złamała nogę lub przeszła operację żołądka i dlatego musi stosować odpowiednią dietę. Takie wiadomości zawsze szokowały i podnosiły wartość wróżki niemal do jasnowidzącej, a tym samym wartość samej wróżby czy porady.

Wkrótce Krysia tak przyzwyczaiła się do pomocy Moniki, że postanowiła dostosować godziny przyjęć do jej grafiku w fabryce. Więc kiedy Monika miała pierwsze zmiany Krysia przyjmowała po południu. A rano przyjmowała, kiedy Monika miała drugie zmiany. Monika wymusiła też, aby poczekalnia była uczciwie sprzątana. Zadbała też o jej wyposażenie: dywan z bazaru, stolik gazetowy i wygodne foteliki nie nadwyrężyły zbytnio budżetu firmy. Dodatkowo wymogła zakup bezprzewodowego sprzętu elektronicznego do porozumiewania się, czyli miniaturowe mikrofony słuchawki, a nawet dwie kamery, które dawały obraz poczekalni i pobliskiego parkingu. Zażądała też, żeby atelier wróżki było należycie oświetlone. Zadbała, żeby można było obserwować klientów na każdym etapie, począwszy od parkingu, jakimi samochodami przyjeżdżali lub kto ich przywoził, przez zachowanie w poczekalni i w końcu w samym pokoju wróżki.

Firma zaczęła lepiej prosperować i w rezultacie przynosić uczciwe zyski. Monika obliczyła, że ze spółki wróżbiarskiej ma więcej, niż z pracy w fabryce. Jednak na razie postanowiła działać na dwa fronty, chociaż było jej ciężko, a brak czasu dla siebie dawał się solidnie we znaki. Doszło nawet do tego, że nie miała czasu pójść do fryzjera, a nawet zjeść w spokoju obiadu. O spotkaniach towarzyskich musiała zapomnieć. Jedynie niedziela pozostawała jej do odpoczynku. Odsypiała wtedy zmęczenie. Nie zaniedbywała nauki w sprawach dotyczących jej nowego zawodu czyli wróżbiarstwa i przepowiadania przyszłości. Chociaż właściwie było to domeną Krysi, jednak wiedząc, że będzie zmuszona zakończyć w końcu pracę w fabryce, przecież na dłuższy czas nie wytrzyma czternastogodzinnego dnia pracy, dlatego chciała być gotowa, by sprostać nowemu zadaniu – zostania jasnowidzącą.

Mimo, że Krysia nauczyła ją posługiwania się kartami tarota, tudzież kartami zwykłymi, jednak chiromancja, czyli wróżenie z ręki, nawet dla Krysi stanowiła zagadkę. Przeglądała więc Monika internet w celu podszkolenia się w tej dziedzinie. Jedynie czytanie ze szklanej kuli wychodziło jej nieźle, chociaż Krysia do tej sztuki odnosiła się sceptycznie i wolała postawić kabałę, niż improwizować wróżby ze szklanej kuli. Po prostu nie wierzyła w skuteczność tej metody. Nie mając tej umiejętności nie wierzyła Monice, że potrafi skutecznie przewidzieć przyszłość. I tu miała rację, Monika w swojej kuli widziała nie przyszłość, lecz przeszłość.

*

Zaczęła się zima wyjątkowo śnieżna i mroźna w tym roku. Już na zaduszki spadł śnieg i zaczęły się solidne przymrozki. Na początku grudnia, gdy w nocy popadał deszcz na zamarzniętą ziemię, zrobiła się straszna „szklanka” i pech chciał, że Krysia złamała nogę i została uziemiona na dwa miesiące, bo strzeliła kość udowa, a to nie przelewki i musiała zostać w łóżku. Dziewczyny uradziły, że Monika zastąpi Krysię przez tydzień, bo tyle jeszcze miała urlopu, a później wywiesi kartkę, że z powodu choroby wróżki będzie nieczynne do odwołania. Ustaliły też, że gdyby sobie nie radziła, to interes zamknie wcześniej.

W pierwszym dniu samodzielnej pracy miała tylko sześciu petentów. Postawiła cztery kabały, jeden horoskop i poradę w sprawie miłosnej. Nie napracowała się w tym dniu. Jednak już nazajutrz zaczęło się istne wariactwo. Z samego rana wpadła kobieta poszukująca swojej córki. Monika nie mogła jej pomóc, gdyż nie miała żadnego punktu zaczepienia. Kobieta musiała przynieść fotografię dziewczyny i jakąś rzecz należącą do niej – najlepiej taką, którą ostatnio używała. Matka przyniosła legitymację szkolną ze zdjęciem i plecak szkolny. Monika przejrzała trzy zeszyty dziewczyny, piórnik, zajrzała do książek, przypatrzyła się ładnej buzi czternastolatki i orzekła, że dziewczynka żyje i trzeba zaczekać kilka dni, to sama wróci. Matka była niezadowolona, oczekiwała, że Monika wskaże miejsce pobytu dziewczyny. Wyszła wściekła i za godzinę zjawiła się z dwójką policjantów. Policjant usiadł przy drzwiach, a policjantka z matką zażądały bardziej precyzyjnych informacji. Monika poczuła się osaczona takim obrotem sprawy. Tym bardziej, że matka nastolatki była bardzo agresywna i niemal oskarżała Monikę o współudział w porwaniu córki. Oświadczyła więc, że pod groźbą szantażu pracować nie ma zamiaru. Policjantka załagodziła powstałą sytuację stwierdzeniem, że o żadnym szantażu nie może być mowy i oczekują od niej pomocy w poszukiwaniu dziecka, więc jeżeli jest to w jej mocy policja prosi o bliższe wskazówki, pomocne w poszukiwaniach. Monika poprosiła policjanta o wyjście do poczekalni, a kobiety o uciszenie się, maksymalne skupienie i nie przeszkadzanie. Wyszła do bokówki, która spełniała rolę kuchenki. Tam zaparzyła herbatę, ale tylko dla siebie, z apteczki wyjęła niewielką buteleczkę, z której dolała do naparu kilka kropli czerwonej mikstury. Następnie przy maleńkim stoliku spokojnie raczyła się napitkiem regularnie oddychając. Wyszła do atelier dopiero, gdy osiągnęła maksymalne wyciszenie umysłu i uspokojenie emocji. Jeszcze raz poprosiła o zdjęcie zaginionej dziewczyny, które umieściła pod szklaną kulą. Pocierając opuszkami palców skronie wpatrywała się w kulę usiłując się skupić. Po około dziesięciu minutach zaczęła mówić.

– Widzę Magdę Pocieszko jak wsiada do pociągu z mężczyzną. Widać, że są parą, ale nie wzbudzają większego zainteresowania podróżnych, może dlatego, że dziewczyna wygląda na znacznie starszą, niż jest w rzeczywistości. Wchodzą do hotelu w dużym mieście, znikają w windzie. Magda jest naiwna, żyje chwilą i nie myśli o jutrze. Jest odurzona miłością, ale to będzie krótkotrwałe, już za kilka dni wróci do domu. Nic więcej nie mogę powiedzieć, dodam tylko, że w pociągu zostawiła rękawiczki wełniane w paski, stanowiły one komplet z czapką. Czapkę ma nadal.
– Proszę opisać tego faceta – policjantka skrzętnie notuje wszystko, co mówi wróżka.
– Niestety nie widzę jego twarzy. Ubrany jest w szarą kurtkę z kapturem. Monika oddaje zdjęcie dziewczyny i wstaje od stołu, wróżba jest skończona. W notatniku policjantki pozostaje wiele znaków zapytania, najważniejsze to: do jakiego miasta dojechała Magda ze swoim adoratorem, w jakim hotelu się zatrzymali i oczywiście kim jest mężczyzna, z którym uciekła nastolatka.

*

Gdy po dwóch miesiącach Monika została aresztowana Krysia jeszcze niezbyt dobrze się czuła i ciągle musiała używać laski. Jednak ani chwili nie wahała się z pomocą dla wspólniczki. Jeszcze w tym samym dniu zawiozła do aresztu przygotowaną paczkę żywnościową. Przy okazji przekazania przesyłki domagała się widzenia, jednak nie otrzymała na nie zgody. Gdy nazajutrz dotarła do prokuratora prowadzącego tę sprawę dowiedziała się, że sąd na jego wniosek wydał decyzję o tymczasowym aresztowaniu, na razie na trzy miesiące. Pod zarzutem współudziału w porwaniu i morderstwie czternastolatki Magdaleny Pocieszko. Dodatkowo urzędnik napomknął, że głównym oskarżonym jest kuzyn Moniki niejaki Andrzej Walasek. Krysia zaś zostanie w swoim czasie wezwana w charakterze świadka.

*

Monika była załamana. Już trzeci tydzień siedziała na tak zwanym dołku w areszcie policyjnym. Po wręczeniu sankcji prokuratorskiej świat jakby o niej zapomniał. Nie miała żadnych rzeczy osobistych. Jedynie ręcznik, szczoteczkę i pastę do zębów, zabrała te rzeczy, bo zasugerował jej to policjant, który ją aresztował. Nic nie mogła kupić w ramach „wypiski”, bo nie miała pieniędzy na więziennym koncie. Te kilkanaście złotych, z którymi została aresztowana wydała na środki higieny jeszcze zanim przekroczyła bramę aresztu. Po prostu poprosiła policjantkę ją eskortującą, aby kupiła jej podpaski i kostkę mydła przeciwbakteryjnego. Czuła żal do swojej wspólniczki, że zapomniała o niej i nawet listu nie przyśle, nie mówiąc już o paczce. Po ohydnym więziennym jedzeniu miała kłopoty gastryczne: zgagę, gazy, refluks… jednak najbardziej bolało ją, że wszyscy zapomnieli o jej istnieniu. Na te bolączki nawet nie mogła nikomu się wyżalić, bo przez ten cały czas była w celi sama. Po początkowych kilku przesłuchaniach śledczy też jakby zapomnieli o niej. Napisała już pisma wyjaśniające do prokuratora, do sądu a nawet do rzecznika praw obywatelskich i wszystko na nic, żadnego odzewu znikąd.

*

Biuro prokuratora Jeremiasza Bilika tonęło w blasku słonecznym. Aresztantka mrużyła oczy nienawykłe do światła. Prokurator wiedział w jakich warunkach jest przetrzymywana, zresztą sam je zalecił, aby skruszyć ją i skłonić do przyznania się do winy. Serdeczny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Jego wyuczony głos był pełen współczucia. Widział, że jego strategia przyniosła pozytywny efekt. Kobieta była rozczochrana (grzebień też jej odebrali), niestarannie umyta, w wymiętej garderobie grobowa mina świadczyła o kompletnym załamaniu delikwentki.

– Dzień dobry pani Moniko. Och co za ponura mina. Proszę usiąść napije się pani kawy czy herbaty?
– Proszę o herbatę – jej głos był słaby i bezbarwny.
– Zaraz każę przygotować. A w międzyczasie odpowie pani na kilka prostych pytań i obiecuję, że po przesłuchaniu wystąpię do sądu o uchylenie aresztu. Wie pani, ja nie mogę patrzeć na pani męczarnie. Zresztą już dość się pani wysiedziała. Proszę opowiedzieć o umowie jaką zawarła pani ze swoim kuzynem Andrzejem Walaskiem.
– Już mówiłam, że żadnej umowy z nim nie zawierałam. A w ogóle ostatni raz widziałam go może dwa lata temu.
– No wie pani, mam tu zeznania pani kuzyna, który mówi całkiem inaczej. Zaraz je pani odczytam. – Z wyjętej teczki wygrzebał kartkę z odręcznym pismem i zaczął czytać: „… z moją kuzynką Moniką zajmującą się wróżbiarstwem umówiliśmy się, że w razie gdyby wyżej wymieniona sprawa porwania nastolatki dotarła do niej, to ona skieruje ją na ślepy tor. Obiecałem jej za to podzielić się zyskiem, gdyż Magdalena miała zabrać z domu pieniądze i kosztowności swoich rodziców. O ile wiem, Monika wywiązała się z umowy…”
– Ależ to jakaś bzdura, nigdy takiej umowy między nami nie było – gorąco zaprzeczyła.
– Ale gdy dziewczynka poprosiła o postawienie wróżby, nakłoniła ją pani do związku ze swoim kuzynem.
– Jak to, przecież wróżeniem zajmowałam się tylko od kiedy Krysia złamała nogę. I żadnej nastolatce nie wróżyłam w tym czasie.
– Pani Moniko może panią pamięć zawodzi, proszę dobrze się zastanowić, bo zmuszony będę odczytać zeznania pani wspólniczki wróżki Krysi.
– Proszę odczytać – zrezygnowana odrzekła. Przez chwilę wertował papiery, aż znalazł potrzebny protokół i zaczął:
– „… czasem gdy nie mogłam z jakiegoś powodu wróżyć zastępowała mnie Monika i chociaż nie do końca pojęła wszystkie arkana tej trudnej sztuki, robiła to z dużym powodzeniem. Więc nie miałam do jej pracy żadnych zastrzeżeń… ”
– Ależ to nie tak, nigdy przedtem nie zastępowałam Krysi. Owszem pomagałam jej w rozpoznaniu spraw petentów, ale wróżeniem zajmowała się wyłącznie ona.
– Jednak przy denatce znaleziono horoskop z waszej firmy, więc któraś z pań musiała z nią rozmawiać, a pani Krysia zaprzecza, żeby kiedykolwiek spotkała tą dziewczynę.
– Nie wiem od kogo dostała horoskop, ale nie ode mnie.
– Czy pani w ciągu ostatnich kilku miesięcy zmieniła kolor włosów?
– Jestem naturalną blondynką i nie farbuję włosów. Dlaczego pan pyta?
– Otóż, widzi pani, dziewczyna to znaczy Magdalena Pocieszko, prowadziła pamiętnik w internecie, tak zwany blog i właśnie w nim pod datą 23 października napisała: „Byłam dziś u wróżki (myślałam, że wszystkie wróżki są stare i brzydkie) tymczasem była to sympatyczna blondynka całkiem jeszcze młoda. Dała mi horoskop i przepowiedziała wielką miłość z ciemnym brunetem …” Co pani na to?
– Nie wiem, może była u innej wróżki, albo w innym mieście. – Monika miała zbolały głos.
– Sprawdziliśmy wszystkie wróżki w okolicy czterdziestu kilometrów. Jest ich trzy, wszystkie są stare dwie z nich są siwe, a jedna zafarbowana na czarno.
– Ja już nic nie wiem. Nie mam nic wspólnego z tą sprawą. Nigdy nie widziałam tej dziewczyny. – Monika ukryła twarz w dłoniach.
– No cóż w tym wypadku nie będę mógł wystąpić o zwolnienie pani z aresztu. – prokurator zatrzasnął skoroszyt i nacisnął guzik pod blatem biurka dając znak strażnikowi, że przesłuchanie skończone. Obiecana herbata do Moniki nie dotarła…

*

Alfons Boni, komendant wojewódzkiej komendy policji rozmawiał w poufnej sprawie z kapitanem Adolfem Lewandowskim, szefem aresztu przy komendzie wojewódzkiej. A w zasadzie powtarzał dyspozycje, które oczywiście nieformalnie otrzymał od sędziego Brunona Szechtera, u którego gościł dwa dni temu na herbatce. Oczywiście herbatki w męskim gronie (był jeszcze prokurator Bilik) nikt nie pił, ale kac nazajutrz był solidny.

– Tak więc kapitanie dobrze byłoby zaaranżować takie warunki, żeby aresztantka solidnie je odczuła. Wie pan, to twarda sztuka, niby wróżka, ale dostaliśmy cynk, że posiada zdolności paranormalne: potrafi przemieszczać przedmioty, hipnotyzować i być może ma zdolność bilokacji. Czyli znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie. Aby temu zaradzić musimy osłabić ją fizycznie, ale przede wszystkim zadziałać destruktywnie na jej psyche.
– Jakie środki mamy przedsięwziąć, aby czegoś nie wykręciła – kapitan nie ukrywał, że jeszcze się nie spotkał z takim aresztantem a właściwie aresztantką. – Przecież jeżeli to prawda, to baba z takimi zdolnościami może nam areszt na lewą stronę wywrócić.
– Po pierwsze zapewnić wszelkie niedogodności. Jedzenie najmniej kaloryczne i najgorsze w smaku, jakieś zlewki czy coś. Zabrać do depozytu wszystkie jej rzeczy, nawet te dozwolone regulaminem. Żadnych odwiedzin, listów, paczek. No i oczywiście odsiadka w pojedynkę. Spacer co drugi dzień, jak najkrótszy i nakazać funkcjonariuszom ograniczenie kontaktów do absolutnego minimum. Czy mamy jakąś celę nieogrzewaną i nieskanalizowaną, wie pan taką jak za komuny?
– Zdaje się, że w magazynie koców, dawniej była tam cela-pojedynka, na parterze nie założono kanalizy, bo coś tam kolidowało – nie było odpowiedniego spadku czy jakaś inna przyczyna. Dość, że jest tylko ubikacja, a nie ma kranu ani zlewu. Jeśli chodzi o ogrzewanie, to nie sprawdzałem, ale pamiętam, że kaloryferów też tam nie wymieniono, ale w tym przypadku chodziło o oszczędność, więc pozostały te jeszcze przedwojenne – zakamienione – ciepła z nich niewiele.

– Bardzo dobrze chociaż szkoda, że nie w piwnicy, ale i na to jest sposób. Proszę polecić, aby szyby w oknie zasmarowano jakimś wapnem. I proszę się niczym nie przejmować, nawet jak baba wytoczy nam kiedyś sprawę za uciążliwości w odbywaniu kary, sąd jest po naszej stronie – mamy zapewnienie sędziego Szechtera. Aha, bym zapomniał – wodę do mycia wydawać jak na lekarstwo – może pół wiadra na dwa dni – jak pan myśli? Kobiety bez możliwości umycia się dostają solidnego doła, a o to nam chodzi.

*

Po powrocie z przesłuchania do celi Monika się rozpłakała. Myślała, że po kolacji się umyje w tej resztce zimnej wody, co została na dnie wiadra, ale okazało się, że wiadro było puste, wodę pod jej nieobecność wylano.

Po w miarę dobrze przespanej nocy wróciło jej nieco otuchy. Leżąc na twardych deskach, nakrytych centymetrowej grubości materacem ze sfilcowanego koca pomyślała, że zawsze może być gorzej, więc nie ma co się mazgaić tylko trzeba coś przedsięwziąć. Po porannym wniesieniu wystawki czyli zabrania z korytarza butów i wiadra z wodą przypomniała sobie stare przysłowie – lekarzu lecz się sam. Zimna zupa mleczna z makaronem nie należała do wymarzonych posiłków, jednak pomyślała, że od dziś nie będzie przejmować się takimi drobiazgami.

Zaczął się kolejny nudny dzień w ciemnej i zimnej celi. Oprócz paskudnych posiłków i być może krótkiego spaceru na wewnętrznym spacerniaku, przypominającym ceglaną studnię, nic jej nie czeka. Monika robi trzy kroki w przód, zwrot i znów trzy. Powtarza poranną sentencję jak mantrę – lekarzu lecz się sam. Ściska kciukami skronie i dalej powtarza – myśl, myśl, myśl… zatrzymuje się w pół kroku.

– Żebym miała swoją kulę mogłabym sprawdzić jak wyglądały ostatnie chwile tej dziewczyny. – Mówi do siebie. – Albo sprawdzić jakie złe moce sprzysięgły się przeciwko mnie. Gdybym miała kulę albo chociaż karty, postawiłabym kabałę. Jednak nie – kula byłaby lepsza. Nalewa wody do miednicy stojącej na taborecie, myje się w zimnej wodzie. Z przykrością stwierdza, że z mydła został już cienki listek – nie na długo starczy – a zostało jeszcze dwa miesiące do końca tymczasowego aresztu. Tylko czy po jego ukończeniu na pewno ją zwolnią? Przy tych „dowodach” świadczących przeciwko niej jest to wątpliwe.

Monika leży na pryczy z rękami pod głową (inaczej się nie da) przecież nie ma poduszki.

– Zaraz, ten prokurator mówił, że jeżeli przesłuchanie „pójdzie dobrze” wystąpi o zwolnienie. Czy miał na myśli moje przyznanie się do winy. – Głośno myśli patrząc w brudny sufit. – Co on pieprzy, przecież takim zeznaniem podpisałabym na siebie wyrok. Wtedy żaden sąd by mnie nie zwolnił. Żeby wiedzieć jak było naprawdę z tym morderstwem, może wtedy znalazłabym jakąś radę. – Znowu mówię do siebie, głupieję w tym więzieniu. Ech, żebym miała swoją kulę.

Wzrok jej zatrzymuje się na miednicy i wiadrze. – A gdyby spróbować wykorzystać wodę, przecież i szkło i woda tworzą zamknięty świat odgrodzony od zwykłej atmosfery. – Zrywa się z wyrka i podchodzi do wiadra. Zwykłe stare ocynkowane wiadro z poczerniałym dnem napełnione w jednej trzeciej wodą. – trzeba spróbować a nóż się uda – szepcze Monika i kuca przy wiadrze.

*

Strażnik zajrzał przez wizjer do celi i przeszedł do następnych drzwi. Jednak po chwili cofnął się i znowu przesunął klapkę judasza. – Cóż ta wiedźma robi, głowę wsadziła prawie do wiadra. Pewnie czaruje – pomyślał – żeby tylko czegoś nie zmalowała, a może chce się utopić, trzeba mieć na nią oko. Jeszcze kilka razy zaglądał i zawsze zastawał ją wpatrzoną we wnętrze wiadra.

*

Wieczorem wiedziała już, że to nie jej kuzyn zamordował dziewczynkę. Musiała znacznie dłużej się koncentrować, ale jej przewidywania, że woda może zastąpić szklaną kulę, sprawdziły się. Widziała jak dziewczyna wysiadła z pociągu sama. Następnie jak zabiera ją czarny samochód, chyba mercedes. Ostatnia wizja ukazywała jak dwóch mężczyzn z tegoż mercedesa wyciąga bezwładną dziewczynę i wrzuca z mostu do wody. Była prawie pewna, że była to rzeka. Ostatnia wizja była najmniej wyraźna, bo jej akcja działa się w nocy. Kim był morderca i jego pomocnik nie wiedziała, ale nie był to jej kuzyn. Teraz z tą wiedzą poczuła się znacznie pewniej. Poznała prawdę, przynajmniej częściową, co przywróciło jej wiarę, że odzyskuje kontrolę nad beznadziejną sytuacją.

Zasnęła dopiero nad ranem. Myśli nie pozwoliły jej zmrużyć oka. Bo prawdę powiedziawszy, cóż z tego, że poznała część prawdy, pozostaje kwestia jak ją wykorzystać do swojej obrony. Kto jej uwierzy, gdy opowie o swoim widzeniu objawionym w starym wiadrze. Samo skojarzenie – wizja w wiadrze – jest śmieszne. Ostatecznie ze wszystkich wersji zdecydowała się na atak – musi wymóc, aby umożliwiono jej spotkanie z adwokatem. To, że nie posiada pieniędzy na jakimś więziennym koncie jest nieważne, na swoim koncie w banku posiada dość środków, aby opłacić adwokata.

Zauważyła już dawno, że strażnicy są uprzedzeni do jej osoby. Nie chodzi o to, żeby byli nieuprzejmi, owszem zachowywali się poprawnie, nawet jak na warunki aresztu grzecznie. Nie raz słyszała jak sztorcowali innych więźniów, a nawet jak kilka ciosów któryś z nich oberwał. Do niej bezpośrednio zwracali się bardzo rzadko, niektórzy unikali jej wzroku, jakby się bali, że rzuci na nich urok lub w inny sposób im zaszkodzi. Teraz żądając dostępu do obrońcy postanowiła ten ich strach wykorzystać. Twardo patrzyła w oczy funkcjonariuszowi i nie zadowoliła się jego obietnicą zajęcia się sprawą „za jakiś czas”, lecz nakazała w ciągu godziny zgłosić jej wniosek do wyższych czynników, bo inaczej może żałować swego zaniedbania. Po obiedzie, który jak zwykle dotarł już zimny i jakby celowo rozciapany, została wezwana do śledczego zajmującego się jej sprawą. – Jednak twarda postawa się opłaca – myślała z satysfakcją. Przedstawiła mu swój wniosek na piśmie, które przy nim sporządziła. Dodatkowo zażądała kąpieli i możliwości widzenia ze swoją przyjaciółką i wspólniczką Krysią. I stał się cud, jeszcze w tym samym dniu otrzymała paczkę od Krysi. Chociaż artykuły spożywcze były w części przeterminowane, kiełbasa spleśniała, a bułka paryska była sucha jak wiór, jednak paczka była dowodem, że świat zewnętrzny o niej pamięta. Kilka nieodzownych kosmetyków, bielizna i ubranie na zmianę wprawiły ją w doskonały humor, a gdy zobaczyła szampon i mydło pachnące jej ulubionym zielonym jabłuszkiem była prawie szczęśliwa. Strażnik z wieczornej zmiany zawołał ją do kąpieli, więc po miesiącu mogła zażyć przyjemności prysznica.

*

Nie minęła doba, gdy zawołano ją na widzenie z Krysią. Dziewczyny spłakały się jak bobry. Monika ze szczęścia, a Krysia z żalu nad niedolą koleżanki. Mimo obecności oficera śledczego Monika poinformowała o swoich podejrzeniach co do rzetelności śledztwa i konieczności sprawdzenia dowodów. Na zakończenie poprosiła, żeby wynajęła obrońcę i pomogła mu, bo ze swoimi zdolnościami może więcej zdziałać, niż przeciętny adwokat. Od ręki napisała jej upoważnienie do reprezentowania jej przed sądem. Krysia nie odmówiła, jednak nie była przekonana czy podoła nowym obowiązkom.

*

Wynajęty obrońca po wstępnym zapoznaniu się ze sprawą nie posiadał się z oburzenia, że Monika w ogóle została aresztowana. Przecież, nawet gdyby dowody przeciwko niej były prawdziwe, powinna zeznawać z wolnej stopy. W tydzień po wystosowaniu zażalenia na tymczasowe aresztowanie Monika została zwolniona, chociaż zaważyło przypuszczalnie nie zażalenie, ale artykuł w ogólnopolskim dzienniku. Temat zgłoszony przez Krysię do redakcji Gazety Polskiej okazał się ciekawy, więc szybko został opublikowany. Ktoś obawiając się skandalu dał zielone światło dla uwolnienia kobiety.

*

Monika po opuszczeniu więzienia nie mogła się napatrzeć na wiosenne niebo, słońce – zaczął się już kwiecień. Wszystko ją cieszyło: pierwsza zieleń, ruch na ulicy, gra świateł, smak potraw, możność rozmawiania z ludźmi i sto innych rzeczy, których pozbawiono jej w więzieniu. W tyle głowy ciągle jednak miała wiszące nad nią niebezpieczeństwo ponownego uwięzienia. Rozprawa dopiero miała nastąpić, a jak się zakończy trudno zgadnąć, gdyż sprawiedliwość w Polsce w ostatnich latach przypominała grę w ruletkę. A wróżby pokazywały za każdym razem inny wynik. W akcie oskarżenia zarzucano jej pomocnictwo w porwaniu i morderstwie nastolatki, polegającą na podanie fałszywych informacji organom ścigania, w celu świadomego odwrócenia uwagi od mordercy, z którym była w zmowie. Adwokat był jednak dobrej myśli, bo policja nie może traktować wróżby jako wiarygodnej informacji, a co najwyżej sugestii i to bardzo wątpliwej. A jeżeli potraktowali wróżbę jako pewnik, to są idiotami. Więc o wyrok sądu w sprawie swojej klientki był spokojny. Jednak Monika nie mogła pogodzić się, że na podstawie kłamliwych „dowodów” była aresztowana, a dodatkowo ma być sądzona. Dlatego niezwykle ważne było, aby zapoznać się z dowodami. Więc kiedy dostała wezwanie, aby podpisać protokół zakończenia śledztwa niezwłocznie popędziła do prokuratury. Czekało ją tam grube tomiszcze dokumentów, w większości mało ważnych. Wertowała szybko wytwory sądowej i prokuratorskiej administracji, natomiast z wielką uwagą robiła notatki z rzeczy ważnych. Prokurator Jeremiasz Bilik z uwagą obserwował jej działania, jednak nie mógł zabronić jej notowania ani robienia zdjęć dokumentów. Wróciła do domu w doskonałym humorze.

*

Sala sądowa była prawie pełna. Dziennikarze z kilku gazet oraz dwie telewizje, w tym jedna państwowa. Również mieszkańcy miasta ciekawi byli procesu mordercy i jego pomocnicy, jak rozniosło się wśród mieszkańców, czarownicy, która miała omotać dziewczynkę, żeby wydać ją w ręce pedofila – mordercy.

Dopóki głos miał prokurator wszystko wyglądało tak, jak ludzie między sobą opowiadali. Czyli wredna czarownica Monika pod nieobecność wróżki Krysi, swojej szefowej, nakłoniła młodocianą dziewczynkę, prawie dziecko, do wyjazdu do innego miasta z utajonym pedofilem, nawiasem mówiąc kuzynem oskarżonej Moniki. Następnie kiedy policja wraz z matką dziecka zasięgnęli rady skłamała, że dziewczynce nic nie grozi i żeby jej nie szukać, bo za kilka dni wróci. Natomiast Andrzej Walasek podstępem wywiózł dziecko z miasta wykorzystał seksualnie, następnie udusił, a ciało wrzucił do rzeki.

Na Sali podniósł się pomruk oburzenia, kiedy wspólnicy w przestępstwie nie przyznali się do winy.

Oskarżeni zostali wezwani do przedstawienia swoich wersji wydarzeń. Walasek przyznał się, że z zakochaną w nim dziewczyną pojechał do Wrocławia, do kina. Gdy zrobiło się późno, a Magda nie chciała wracać do domu, poszli do hotelu, gdzie wbrew oskarżeniu, nie doszło do zbliżenia. (Monika nie bardzo uwierzyła w ten fragment jego zeznań). W hotelu mieszkali trzy dni. W dzień chodzili zwiedzając galerie malarstwa, muzea, Panoramę Racławicką, byli też w ZOO. Jednak po tym czasie pokłócili się i Magda pojechała do domu. Widział jak wsiadała do pociągu, bo odwiózł ją taksówką na dworzec.

Monika zaś powtórzyła swoją wersję, która niczym nie różniła się od tej złożonej w śledztwie. Zaprzeczyła, by widziała dziewczynę wcześniej oraz podważyła dowód w postaci horoskopu rzekomo przez nią przekazanego Magdzie.

– Otóż znakiem zodiaku Magdy była waga, natomiast wspomniany horoskop był przygotowany dla lwa. – Monika wyjmuje notatki sporządzone w prokuraturze. – Niemożliwym jest, aby dziewczyna nie znała swej daty urodzenia, czyli albo horoskop od kogoś dostała na przykład jako pamiątka lub prezent. Możliwe, że po prostu go znalazła. Co do wpisu na blogu, prawdopodobnie powstał już po śmierci dziewczynki, bo hasło do niego zapisane jest wewnątrz piórnika szkolnego denatki. Można to sprawdzić na zdjęciu jej przyborów szkolnych na stronie 312 oraz miała go w swoim telefonie. Zapewne wpisał go morderca, aby zagmatwać śledztwo. Co do zeznań mego kuzyna, które mnie obciążają jakobym była z nim w zmowie zaprzeczam, aby tak było.

Walasek dopytany przez sędziego o ten fragment jego zeznań stwierdził, że został zmuszony do jego napisania przez śledczego, który przykuł jego rękę do bardzo gorącego kaloryfera w taki sposób, że dłoni nie można było od niego oderwać i tym sposobem skłonił go do przyznania się do winy oraz obciążenia swojej kuzynki Moniki. Dlatego teraz odwołał zeznania wymuszone w śledztwie. Sąd zapowiedział przerwę w procesie i wznowienie sprawy za trzy dni. Obrońcy przypuszczali, że zostanie wtedy ogłoszony wyrok, ponieważ pozostały tylko mowy adwokatów i prokuratora.

*

Monikę zżerała niecierpliwość, lecz nie chcąc wróżyć samej sobie, z obawy, że wróżba może być nieobiektywna poprosiła więc Krysię, aby to ona wywróżyła jaki wyrok zapadnie. Krysia rozłożyła karty i spochmurniała. Zwinęła karty i jeszcze raz potasowała, Monika przełożyła talię koniecznie lewą ręką (tą od serca) i znowu źle wyszło.

– Słuchaj coś jest źle. Szykuje się niekorzystny wyrok. – rzekła spoglądając w karty.
– Ale jak to przecież wszystkie wątpliwości w sądzie wyjaśniłam – Monika nie mogła uwierzyć w złą wróżbę.
– Trzeba odwrócić niekorzystny trend – Krysia zbierała karty, ale w myślach szukała sposobu na zmianę tego, co ma nastąpić.

*

Monika wpatrywała się w swoją szklaną kulę. Jednak wizja nie przychodziła. – Chyba nie jestem odpowiednio skupiona – pomyślała – za duży chaos w mojej głowie. Muszę odłożyć to do jutra.

Jednak jeszcze tego wieczora podjęła ponownie próbę. Oczywiście po uprzednim wypiciu herbatki ze swoimi kropelkami i wyciszeniu niepotrzebnych emocji. Tym razem wizja przyszła. Znów zobaczyła zatrzymującego się mercedesa i wsiadającą do niego dziewczynę. Szła powtórka tego samego filmu, który widziała w więzieniu, z tym, że tym razem wszystko było w lepszej rozdzielczości. Numeru rejestracyjnego niestety nie udało się jej odczytać, ale zauważyła pewną rzecz charakterystyczną, otóż na klapie bagażnika po lewej stronie widniała naklejka sowy.

– Przecież ja już widziałam samochód z takim znaczkiem, tylko gdzie? – głośno wykrzyknęła.

*

– Słuchaj, moja droga, przeszłości zmienić nie można, ale zmiana przyszłości jest możliwa. – Krysia z przejęciem tłumaczyła Monice swoją myśl. – Wyrok zależy od sędziego, a ten, nie wiedzieć czego, chce wbrew logice wydać decyzję dla ciebie niekorzystną. Musimy zastanowić się, czy jest możliwość wpłynięcia na gościa, żeby wyrok zmienił na twoją korzyść.
– Jakoś nic nie przychodzi mi do głowy. – Monika niemal całą noc usiłowała przypomnieć sobie jakąś okoliczność, gdzie widziała auto ze swojej wizji. Powiedziała o tym Krysi, ale ona zupełnie nie kojarzyła takiego auta. Zapadła długa cisza. Wreszcie Krysia zaproponowała, żeby podjechać do kawiarni na kawę a przy okazji pokrążyć po mieście. Być może spotkają to auto lub jakiś pomysł przyjdzie im do głowy.

*

Pomysł z wizytą w kawiarni okazał się strzałem w dziesiątkę. Po filiżance mocnej brazylijskiej kawy Monice wróciła chęć do życia, natomiast w drodze powrotnej, gdy mijały sąd, przypomniała sobie, skąd zna to auto. A nawet kto jest jego właścicielem.

*

– Wiesz nigdy ci nie mówiłam, ale posiadam zdolności określane przez profanów jako czarna magia. Ale ja wolę je nazywać tak, jak rzeczywiście się ona nazywa, jest to część obrzędów religii voodoo. Otóż byłam parę lat temu w Nowym Orleanie u swojej ciotki i tam zostałam wtajemniczona w tą starą magię. Większość ludzi śmieje się z tych wierzeń, ale wiedz, że sprzedawane tam laleczki voodoo nawet te przeznaczone dla turystów mają swoją moc, jeżeli zna się odpowiednie zaklęcia oczywiście. Ja posiadam jednak oryginalną lalkę podarowaną mi przez szamana Porkiego – rodowitego Haitańczyka, u którego terminowałam. – Krysia otworzyła szyfr kuferka stojącego pod oknem, który na co dzień spełniał rolę stolika na kwiaty. Dopiero po zdjęciu wełnianej narzuty stolik okazał się solidnie okutym kufrem. Wyjęła z niego kilka dziwnych przedmiotów, jakąś maskę, korale czy raczej różaniec, tkaninę w jakieś totemiczne wzory i w końcu szmacianą lalkę. Lalka mierzyła około dwadzieścia centymetrów, uszyto ją z jakiegoś burego materiału, być może z jakiegoś worka. Ścieg szycia był nierówny, jedno oko wyżej drugie niżej, usta wykrzywione w jakimś grymasie. Jednym słowem szkarada. Do lalki przyczepiono sznureczkiem małą poduszeczkę, pewnie, żeby się nie zgubiła, tkwiły w niej szpilki zakończone perłowymi kukami, przy czym ilość kulek na szpilkach była zróżnicowana i oscylowała od jednej do trzech. Kulki miały różne kolory, chociaż w większości były białe.

– Myślę, że można wykorzystać tą laleczkę, żeby zmienić wyrok, który już gotowy tkwi w głowie sędziego. Co ty na to?
– Sądzę, że masz rację. Jeżeli potrafisz to uczynić, to zrób to. Przeanalizowałyśmy różne opcje i sytuacja jest w zasadzie patowa. A ja nie chcę wracać do więzienia. – Monika aż wzdrygnęła się na tamto wspomnienie. Jednak nie mogę z tobą uczestniczyć w odprawianiu tego rytuału, wiesz, że jestem praktykującą katoliczką. Więc zostawiam cię samą, pojadę do domu przygotować się do jutrzejszej rozprawy.

*

Sędzia Brunon Szechter dawno przekroczył wiek emerytalny i mimo, że dobiegał już do siedemdziesiątki nadal pracował w sądzie wojewódzkim. Znajomi twierdzili, że ze swoim doświadczeniem i zdolnościami już dawno mógłby być w składzie sądu najwyższego, ale on nie dbał o to. Jego uposażenie sięgało górnej granicy widełek, a poza tym nie miał ochoty zmieniać miejsca zamieszkania, nie mówiąc już o dojeżdżaniu do Warszawy. Zresztą wszystkie zaszczyty już uzyskał: od prezydenta Krzyż Komandorski Polonia Restituta, dwa lata temu został wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia, liczono się z jego zdaniem nawet w Komisji Weneckiej oraz w Trybunale w Hadze. Jednak on wolał prowadzić swój sybarycki styl życia i do polityki europejskiej się nie pchać, chociaż propozycje ponawiano co jakiś czas.

Właśnie ze szklaneczką dwunastoletniej whisky zasiadł w przepastnym fotelu, żeby obejrzeć swoje ulubione Fakty w TVN-ie, kiedy uczuł ból w okolicach wątroby. Miał nadzieję, że to chwilowa kolka, ale fatalnie pomylił się. Pomimo zażycia trzech tabletek przeciwbólowych atak był tak silny, że po godzinie cierpień domownicy wezwali pogotowie ratunkowe.

*

Nazajutrz rozprawę odwołano z powodu choroby sędziego. Gdy po trzech miesiącach wznowiono jeszcze raz proces z nowym składem sędziowskim. Jego przewodniczącym został młody inteligentny sędzia, wykształcony już w wolnej Polsce i wróżby w sprawie wyroku były bardzo pomyślne.

Natomiast sędzia Szechter już nie opuścił szpitala, zmarł po dwóch miesiącach w potwornych męczarniach. Krysia z premedytacją „zapomniała” wyjąć szpilki zanim odstawiła ją na półkę obok telewizora. Sekcja zwłok wykazała zupełny zanik wątroby. Dosłownie został wysuszony plaster. Wezwany profesor patomorfologii nie potrafił zdiagnozować choroby, która spowodowała taki skutek. Organ zachowano do dalszych badań. Na odchodne profesor stwierdził, że wygląda jak gdyby coś wyssało ten organ.

Czarny mercedes z gustowną nalepką sowy, odziedziczony przez syna sędziego Adama, niestety nie przyniósł mu szczęścia, bo po wypadku na oblodzonej drodze już do końca życia został przykuty do wózka inwalidzkiego. Co do tego ostatniego wypadku wróżka Krysia zaprzeczyła, aby miała z nim cokolwiek wspólnego, chociaż Monika nie była wcale taka pewna. Co nie przeszkodziło w przyszłej działalności słynnej spółki „JASNOWIDZENIE I WRÓŻBIARSTWO Krystyna & Monika”.

***

Jakieś fatum zawisło nad kilkoma decydentami zamieszanymi w uwięzienie Moniki. Zaczęło się od spotkania wróżki Krysi ze starym narkomanem żebrzącym przy markecie. Krysia dała mu dziesięć złotych i szeptem zadała mu pytanie – kiedy zaraził się HIFem. Ten zdziwiony jej bezczelnością, ale jednak ucieszony datkiem, akurat tyle mu brakowało do kupienia porcji heroiny. Odparł, że kilka lat temu w więzieniu.

– Wiem, pamiętam tę sprawę. Wyrok za włamanie do apteki był niesprawiedliwy. Nic nie zostało zniszczone, tylko zabrałeś leki zawierające opiaty. Dwa lata więzienia to zdecydowanie za dużo. Prokuratorowi Jeremiaszowi Bilikowi bardzo zależało, aby cię wsadzić. Gdyby nie ten wyrok pewnie żyłbyś jeszcze wiele lat. Podjąłbyś leczenie i może wygrał byś z nałogiem, ale teraz już nie warto, umrzesz w ciągu czterdziestu dni. Zastanów się, czy nie jesteś coś winny panu prokuratorowi, może starczy kropelka twojej krwi? – Krysia odeszła, a wychudzony i zniszczony narkoman jeszcze długo stał z otwartą gębą przed marketem.

Po kilku dniach lokalna gazeta doniosła o napadzie na urzędnika państwowego przez niezrównoważonego narkomana, który zaatakował go strzykawką z jakimś płynem. Laboratorium kryminalistyczne bada zawartość strzykawki, a napastnik został zatrzymany do wyjaśnienia.

Po trzech miesiącach prokurator Jeremiasz Bilik został przeniesiony w stan spoczynku, na własną prośbę, z powodu złego stanu zdrowia. Współpracownicy brzydzili się przebywać w jego towarzystwie, tak paskudnie wyglądały ropiejące wrzody na jego rękach i twarzy. A ponieważ nie skutkowały żadne leki, a lekarze nie dawali szansy na poprawę, przychylono się do jego prośby.

*

U komendanta policji Alfonsa Boniego zaczęło się od zmiany mieszkania. Otóż zamienił on swoje siedmiopokojowe mieszkanie w pięknej starej willi stojącej w parku w ekskluzywnej dzielnicy zamieszkałej przez stary establishment i przeniósł się do trzypokojowego mieszkania w nowym bloku. Podobno nawet nie żądał dopłaty wyrównawczej. Jednak po dwóch miesiącach sprzedał dopiero co zasiedlone mieszkanie i kupił dwa mniejsze. Jedno dwupokojowe dla żony i jednopokojowe dla siebie. Poniekąd transakcja ta związana była z nagłym rozwodem Boniego z żoną, który nastąpił po trzydziestu latach zgodnego małżeństwa. Gdy po pewnym czasie znaleziono ciało komendanta, powieszone w łazience jego gabinetu, przeprowadzono gruntowne śledztwo, które w rezultacie niewiele wykazało.

Najbardziej ciekawe były zeznania jego żony, która twierdziła, że wszystkiemu winne były dziwne nocne odgłosy. Pojawiły się kilka miesięcy temu i przypominały odbijanie się gumowej piłeczki, takiej twardej, pełnej w środku. Mimo poszukiwań żadnego przedmiotu przypominającego piłeczkę nie można było w całym mieszkaniu znaleźć. Najgorzej było w nocy. Próbowali z mężem spać przy włączonym telewizorze, ale nawet podkręcanie głośności nie pomagało, bo wtedy odgłos się wzmagał, a nawet przybliżał i miało się wrażenie, że tajemnicza piłeczka odbijała się tuż przy uchu. Mieli nadzieję, że zmieniając mieszkanie pozbędą się tego wariactwa, jednak w nowym miejscu zamieszkania powtórzyło się to samo. Wszystko się skończyło, gdy zamieszkała w oddzielnym mieszkaniu już po rozwodzie. Jednak w mieszkaniu Alfonsa nadal straszyły te odgłosy. Zeznania te potwierdziła sprzątaczka. Otóż pan komendant zostawał czasem w pracy do późnego wieczora i wtedy w jego gabinecie słyszała jakby odbijanie kauczukowej piłeczki. Myślała, że komendant po prostu czymś stuka. Śledztwo utknęło w martwym punkcie, ponieważ nie stwierdzono działania osób trzecich. W raporcie prokuratora do ministra spraw wewnętrznych stwierdzono samobójstwo z przyczyn nieznanych. O odgłosach kauczukowej piłeczki nie wspomniano.

Kapitana Adolfa Lewandowskiego zamknięto w zakładzie psychiatrycznym, gdy zaczął szarpać i bić swoich podwładnych. Zapakowanego w kaftan bezpieczeństwa przywieziono do lubiąskiego szpitala. Jednak pomimo solidnej dawki psychotropów pacjenta nie udało się uspokoić. Twierdził, że policjanci, których poturbował to zbiegli przestępcy, dlatego chciał ich schwytać i uwięzić w swoim areszcie. Innych pacjentów znajdujących się na oddziale podejrzewał o to samo, a gdy i do nich zaczął przejawiać agresję zamknięto go do specjalnego pokoju, gdzie ściany i podłoga były wyścielone materacami. W tej tak zwanej Sali materacowej przyszło mu spędzić prawie półtora miesiąca. Jedynym przedmiotem znajdującym się w tym pomieszczeniu był nocnik. Naczynie to bardzo przypadło do gustu panu komendantowi i to tak mocno, że zazwyczaj nosił je na głowie. Personel zapoznawszy się z historią choroby dziwnego pacjenta i odkrywszy z kim mają do czynienia nie kryli zdziwienia, że policjant wysokiej rangi mógł tak zgłupieć. Młodzi sanitariusze porobili wiele zdjęć (chociaż to niedozwolone) panu kapitanowi w jego ulubionym „hełmie” a jeden z nich Grześ Ryczek umieścił je w internecie, gdzie zrobiły furorę, szczególnie te z fekaliami na twarzy. Bo trzeba wyjaśnić, że kapitan nie przejmował się faktem, że w nocniku jest kupa tylko nakładał na go głowę nie przejmując się konsekwencjami swego czynu. Kiedy kapitan Lewandowski wrócił do służby musiał się wiele razy tłumaczyć z tych fotek twierdząc, że są one przerobione w Photoshopie, czyli są ordynarnymi fotomontażami, wykonanymi, aby go skompromitować. Jednak nie zgłosił popełnienia przestępstwa wiedząc, że laboratorium kryminalistyczne nie potwierdzi jego wersji.

Gdy pewnego dnia kapitana opuściły objawy chorobowe został bardzo szybko zwolniony ze szpitala, a lekarz psychiatra oraz psycholog jeszcze długo naradzali się jaką jednostkę chorobową mają wpisać do historii choroby. Na podkreślenie zasługuje fakt, że kapitan Lewandowski spędził dokładnie tyle samo dni w szpitalu, ile Monika w więzieniu. W dniu, w którym opuścił gościnne mury szpitalne Krysia stojąc przy oknie szeptała monotonnie jakieś zaklęcia i rozsupływała rzemyki czy nawięzy, które rozprostowawszy włożyła do otwartego kufra stojącego pod oknem w jej mieszkaniu. Jeszcze tylko wyjęła z laleczki niepotrzebną już szpilkę i nie zapominając o kauczukowej kulce zamknęła wszystko na zamek szyfrowy. Spojrzała przez okno i uśmiechnęła się sympatycznie do swojej wspólniczki kiwającej do niej z podwórka.

Maj – czerwiec 2018


Dodaj komentarz

Kot Dżinx

Błażej Sędzikowski

Kain White – Czarny kot

Cześć. Nazywam się Dżinks i jestem kotem, ludzie mówią, że koty przyzwyczajają się do miejsca. To nieprawda, przyzwyczajamy się owszem, ale do zapachu. Pod tym względem jesteśmy sentymentalną rasą i jeśli jakiś zapach raz nam się spodoba, to zawsze będziemy do niego wracać… Najlepiej świadczy o tym historia kota, którego ludzie, chcąc się go pozbyć, wywieźli około dwudziestu kilometrów za miasto, do znajomych na wsi. Że niby na wsi kot będzie szczęśliwszy, bo myszy sobie nałapie i pobiega. Tfu! Co za bzdury…

Na wsi, wiadomo, gość w dom, bóg w dom i nasi bohaterowie chcąc nie chcąc musieli zostać na kolacji, zmarudzili tam trochę, w końcu jednak zebrali się w garść i wśród uścisków i pożegnań wrócili do domu. I kogo zastali pod drzwiami? Naszego futrzastego przyjaciela właśnie. Ten kot raczej nie był z mojej dzielnicy, nie znałem go osobiście, ale znam koty, które go znały, tak przynajmniej twierdziły. Mnie osobiście w tej historii zastanawia, jakim sposobem ten kot odnalazł drogę, przecież wywieźli go samochodem, czy to możliwe, żeby jechali cały czas prosto? Anyway.

Tak w ogóle to koty z nudów plotą różne bzdury, zwłaszcza jak są stare, a chcą jeszcze czymś zaimponować kotkom i młodzieży, wtedy koloryzują, a czasem kłamią zwyczajnie i bezwstydnie.

W rzeczywistości to pewnie nie było dwadzieścia kilometrów, tylko znajomi na sąsiedniej ulicy, w to już mógłbym od biedy uwierzyć.

A propos sielskiego życia kotów na wsi, od razu wam powiem – to kompletna bzdura, bujda zwykła na resorach. Dachy tam z rzadka rozsiane i w dodatku spadziste. Ciekaw jestem, jak byście po takich dachach wiejskich gontem krytych łazili… W dodatku te cholerne myszy. Jest ich tam mnóstwo, w związku z czym ludziom się wydaje, że jak są myszy to my koty nic już więcej nie potrzebujemy, że myszami się najemy i wszystko w porządku. Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby to oni mieli jeść myszy… Osobiście nie widzę nic zdrożnego w łapaniu gryzoni, wiadomo, adrenalina, ambicja, atawizm, agresja i inne jeszcze trudne słowa na „a”, ale jedzenie to już zupełnie co innego, bo widzicie, jedzenie jest kwestią kultury i nie ma tu miejsca na atawizm.

My, koty, bardzo poważnie traktujemy kwestie kultury, a w szczególności kultury jedzenia i nie jest to nawet kwestia smaku, tylko właśnie kultury, którą mamy w genach, z którą przychodzimy na świat. Słyszałem kiedyś o kocie, który zdechł z głodu po tym jak ludzie, z którymi mieszkał, w ramach oszczędności przestali kupować mu Whiskasa i przerzucili się na inną, tańszą karmę. Osobiście jestem skłonny w to uwierzyć dlatego, że znam siłę whiskasowego nałogu i wiem, co to świństwo robi z kotem. Sam jestem uzależniony i mówię to z dumą, bo w przyszłym miesiącu, dokładnie siódmego, będzie już rok jak nie biorę. Osobiście uważam, że Whiskas jako narkotyk powinien być zakazany i wycofany ze sprzedaży, tylko jak przetłumaczyć to ludziom? Niestety, bariera językowa jest w tym względzie nie do przezwyciężenia.

Och, jak dobrze pamiętam słodkie rozleniwienie, tę błogość, która rozlewa się po całym ciele promieniując z wypchanego Whiskasem brzucha. Jak potem popada się w słodkie omdlenie, w miarę jak trucizna jest w brzuchu trawiona. Jak mruczenie samo się z niego wydobywa… Długo by mówić, ale fakty są takie, że cała ta idylla kończy się sraniem za szafą, bo przećpany kot nie ma siły dowlec się do kuwety. A potem są z tego tytułu problemy, wrzaski, awantura, a czasami nawet, nie daj boże, bicie. Człowiek, który bije, to nie człowiek, to bestia, jego apodyktyczność jest straszniejsza niż zęby wielkiego psa i znacznie bardziej upokarzająca. W dodatku ich gniew i „metody wychowawcze” są zupełnie bez sensu, skoro równocześnie faszerują kota Whiskasem. Dlatego, gdy mnie to spotkało, powiedziałem – dość! Koniec z whiskasem i koniec z ludźmi.

Teraz mija już oprawie rok jak jestem na swoim i muszę powiedzieć, że bardzo sobie chwalę. W domu, w którym mieszkam, są myszy, ale nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie, lubię ten ich cichy chrobocik, bo wiadomo, że będzie co jeść w razie, gdyby kot się, nie daj boże, stoczył i znalazł na dnie. Na razie jednak nie jest tak źle i na myszy poluję wyłącznie dla relaksu. W kwestiach żywieniowych jestem na razie ustawiony, bo jak przystało na rozumnego kota, zahodowałem sobie staruszkę. Moja staruszka mieszka w oficynie domku naprzeciwko, oprócz niej nikt tam nie mieszka, bo cały ten dom, tak samo zresztą jak mój, jest w kompletnej ruinie, pewnie niedługo będą je wyburzać, ale póki co mieszkamy sobie ze staruszką vis a vis w doskonałym szczęściu i harmonii. Harmonia naszej współpracy jest doskonała i polega na tym, że staruszka wystawia przed dom jedzenie, a ja je zjadam. Od czasu do czasu daję jej się pogłaskać, mruknę przy tym nawet i otrę się o nogę, ale bez przesady, tak żeby jej nie rozpieścić. Nie po to kot urabiał staruszkę przez długie tygodnie, żeby teraz, kiedy już ma ją w garści, zepsuć wszystko przez niepotrzebne czułostki. O nie, staruszka musi znać swoje miejsce i swoją funkcję, a jak wiadomo Pan powołał staruszki do istnienia, żeby było komu karmić koty…

Ale do rzeczy, chciałbym opowiedzieć wam historię tego niesamowitego roku, pierwszego roku mojej trzeźwości, a zarazem najbardziej burzliwego w całym moim kocim życiu, tak, że teraz, gdy patrzę wstecz, sam nie wiem, jak ja to wszystko przeżyłem.

Jak już wspominałem, zaczęło się od tego, że siedziałem sobie na kanapie wypchany Whiskasem jak sakiewka skąpca drobnymi i nagle poczułem, że zjedzone przeze mnie gówno dojrzało do tego, by wydalić je drugim końcem, no słowem zachciało mi się srać. Normalnie poszedłbym do kuwety, ale kiedy bierzesz Whiskas nic nie jest normalne ani logiczne. Zwlokłem się więc z kanapy i niewiele myśląc wlazłem za nią i tam zrobiłem to, co każdy kot musi czasem zrobić. Konsekwencje tego lekkomyślnego czynu nie dały na siebie długo czekać. Człowiek – kobieta, podczas sprzątania odkryła moją niechlubną tajemnice i podniosła wielki krzyk. Ja już wtedy siedziałem skulony za szafą, bo czułem przez skórę, że lepiej nie rzucać się w oczy. Niestety człowiek – mężczyzna wytropił mnie tam. Potem zawleczono mnie do dużego pokoju, gdzie już z daleka widziałem złowrogo odsunięte łóżko, następnie wetknięto mi nos w to, w co nosa pod żadnym pozorem wkładać nie wolno i w tej mało komfortowej pozycji obito. Nie wiem czym bito, ale wiem, że bolało. Oczywiście zjeżyłem się cały i zamiauczałem przeraźliwie, a potem czmychnąłem znowu za szafę. W mojej głowie myśli pędziły jak szalone, krążąc wokół planów krwawej zemsty. Wyobrażałem sobie jak wydrapuję im oczy, jak zakradam się, gdy śpią i przegryzam im gardła, z góry wiedząc, że nie będę miał odwagi spełnić żadnej z tych gróźb, coś jednak musiałem zrobić.

Nakazałem sobie spokój, wygładziłem sierść na ogonie i zacząłem myśleć, tym razem już spokojniej. Przyjrzałem się swojemu życiu jak to mówią pod mikroskopem i z dystansu, narzucając sobie zimną obojętność badacza, a to, co ujrzałem, wcale nie napawało optymizmem. Zobaczyłem bowiem uzależnionego od Whiskasu ćpuna, który sra za łóżko, bo nie ma siły dowlec się do kuwety, zobaczyłem kota, któremu w ostatnim roku na niczym już nie zależało, poza kolejną dawką narkotyku. Zobaczyłem kota, który nie interesuje się kotkami i co gorsza, kota, którym nie interesują się kotki… ze zgrozą uświadomiłem sobie, że cały ostatni marzec spędziłem leżąc naćpany na kanapie, to samo było w czerwcu. Słowo „impotent” groźnym cieniem przemknęło mi przez głowę.

Wreszcie po raz kolejny przyjrzałem się ostatniemu incydentowi z whiskasową sraczką za łóżkiem i moim nosem w tej sraczce zanurzonym. Nie mogłem nie przyznać racji ludziom, bo to nie był pierwszy raz, jak kuweta była dla mnie za daleko… ale żeby zaraz bicie, nos w kupie, to jednak mimo wszystko była lekka przesada.

Wiedziałem, że nie będzie mnie stać na krwawą rozprawę z dręczycielami, choć słyszałem już opowieści o kotach przegryzających ludzkie krtanie, to jednak stanowczo nie było w moim stylu, prawdę mówiąc ciarki mnie przechodziły na samą myśl o tak jawnej i bezpardonowej przemocy. Wiedziałem jednak, że coś muszę zrobić, cokolwiek, i to szybko, bo inaczej na zawsze już będę rozwalonym na kanapie ćpunem bez przyszłości. Co gorsza ludzie mogli stracić cierpliwość dla mojej notorycznej abnegacji i wykopać mnie z domu.

Co wtedy pocznę? Gdzie się podzieję? Takie pytania krążyły mi po głowie, kiedy uświadomiłem sobie, że w zasadzie moim głównym i jedynym problemem jest Whiskas, jeśli rozwiążę ten problem to reszta powinna pójść gładko. Zrozumiałem też z żalem, że nigdy nie będę zdolny tego zrobić jeśli tu zostanę. Ludzie widząc, że gardzę ulubioną do tej pory karmą pomyślą, że jestem chory i zawiozą mnie do weterynarza, a chyba nie ma nic straszniejszego i bardziej traumatycznego dla kota niż wizyta u weterynarza… Dojdzie jeszcze do tego, że będą mi Whiskas siłą wpychali do gardła… albo dadzą mi zastrzyki, po których nie odróżnię własnego gówna od miski kaszy… o nie, stanowczo nie mogłem do tego dopuścić.

Pozostało więc tylko jedno wyjście – odejść. Odejść to zupełnie co innego niż zostać wyrzuconym, odchodząc zabiera się godność ze sobą, kiedy cię wyrzucają, twoja godność zostaje w domu.

Był ciepły letni wieczór, kiedy wyślizgnąłem się przez okno na pierwszym piętrze i zjechałem w dół po rynnie szorując o nią pazurami, żeby zamortyzować upadek. Jeden pazur złamał mi się przy tym, a reszta nieco stępiła, nie wiedziałem jeszcze wtedy jak bardzo będę ich w najbliższej przyszłości potrzebował. Miałem więc godność i nikłe pojęcie o otaczającym mnie świecie, pojęcie zaczerpnięte raczej z intuicji i domysłów niż prawdziwych doświadczeń. Lubiłem, gdy było ciepło, wylegiwać się na parapecie okna, a że jestem dobrym obserwatorem, wiedziałem jednak to i owo. Na przykład, że na dworze przez pół roku jest zimno, a przez pół ciepło, wiedziałem, że na świecie jest mnóstwo bezdomnych kotów i to było dobre, były jednak też psy i to było złe.

Psy szczekały hałaśliwie grożąc wszystkim na około śmiercią i zagryzieniem, żadnej z tych gróźb zresztą nie spełniając, przynajmniej nie na moich oczach, wiedziałem jednak, że należy się ich wystrzegać jak ognia. Teraz stojąc na ulicy, jeszcze wstrząśnięty jękiem jaki wydały moje pazury szorując po blaszanej rynnie, uzbrojony w swoją nikłą wiedzę, zastanawiałem się co robić dalej. I wtedy do moich uszu doleciał ten dźwięk – cichy monotonny szmer, jakby ktoś coś wlókł po ziemi i jakby coś było powoli, lecz bardzo konsekwentnie miażdżone.

Zaczaiłem się w pobliskiej bramie nasłuchując.

– Schowaj się – usłyszałem czyjś szept. Właścicielką szeptu była może już nienajmłodsza, ale wciąż piękna, kotka w seksownym, czarnobiałym futerku.
– Cześć, jestem Dżinks – powiedziałem szarmancko – a ty?
– A ja jestem nie dla ciebie – odpowiedziała kotka.
– Jestem kotką Wikusa – powiedziała widząc moją zdziwioną minę, takim tonem jakby to miało wszystko tłumaczyć.
– Wi… kogo ? – zapytałem.
– Wikusa… zresztą nieważne, jestem Ida, a ty nie jesteś Dżinks, tylko Zielony Dżinks, zapamiętaj to sobie. Jeszcze cały śmierdzisz ludźmi – powiedziała z pogardą.
– Za co cię wywalili? – zapytała po chwili milczenia.
– Nie wywalili mnie, sam odszedłem – powiedziałem z dumą.
– Idiota – prychnęła.

Nie wiedziałem co na to powiedzieć, więc milczałem i tak siedzieliśmy sobie przez jakiś czas.

– Co to za hałasy? – zapytałem w końcu.
– Śmieciarka – powiedziała, a mój koci instynkt podpowiedział mi, że za tym dziwnym słowem kryje się cała groza ulicy. W pewnym momencie hałas stał się tak głośny, że obydwoje położyliśmy uszy po sobie.
– Nic tu po nas – powiedziała Ida – chodź, znam fajną miejscówkę gdzie dają towar – dodała i pobiegliśmy w podwórko. Byłem ciekaw jakie to miejsce i co to za towar, który tam dają. Dziś wiem, ze oszukiwałem sam siebie, od razu mogłem się domyślić, co jest grane, już po samym sposobie w jaki powiedziała „towar”, ale mnie się właśnie ten sposób szczególnie podobał, dlatego pobiegłem za nią. Ida przystanęła na chwilę przy śmietniku węsząc, potem trąciła łapą pustą puszkę po sardynkach i wskoczyła na przyśmietnikowy murek.
– Idziesz? Czy będziesz tak stał i się gapił? – zapytała. Z murku wskoczyliśmy na niski szajerkowy daszek, z tamtąd na wyższy daszek niewielkiego budynku, a z niego, pomagając sobie podpórką od latarni wskoczyliśmy na duży wysoki dach kamienicy. Czułem jak serce rozpiera mi radość i podniecenie. Oto ja Dżinks wolny dachowiec biegnę z piękną kotką po towar na „fajną miejscówkę” i wcale nie przeszkadzało mi to, że Ida jak sama powiedziała jest kotką Wikusa, co mi tam jakiś Wikus, ja Dżinks dziesięciu Wikusów zjadam na śniadanie. Biegliśmy tak jakiś czas, trochę dachami trochę ulicami, opuszczonymi już o tej nocnej porze, raz natknęliśmy się na jakiegoś kundla, który natychmiast zaczął krzyczeć, że poprzegryza nam karki, ale kompletnie go zignorowaliśmy.

W końcu dotarliśmy na cuchnące uryną podwórko z drewnianymi schodami pnącymi się stromo na piętro. Na tych schodach i pod nimi było już kilka kotów.

– Cześć Loli, to jest Dżinks – Ada przywitała się z młodą rudą pięknością, a ja w myślach podziękowałem jej, że nie nazwała mnie zielonym Dżinksem.
– Cześć Ida – duży czarny dachowiec wychynął spod schodów – kogo nam tu przyprowadziłaś? – zapytał patrząc na mnie nieufnie.
– To Dżinks – przedstawiła mnie Ida – przed chwilą uciekł z domu. Poznajcie się Dżinks Wojno, Wojno Dżinks.

Wojno patrzył na mnie jakbym był kawałkiem gówna, które przykleiło mu się do ogona. Jeszcze zobaczymy, kto ile jest wart – pomyślałem.
– Widzieliście Wikusa? – zapytała Ida.
– Wikus poszedł z ekipą na wysypisko, podobno wytropili kontener towaru, który ludzie wyrzucili, bo się przeterminował – wtrącił się pręgowany Kot, który dotąd siedział cicho pod schodami.
– Głupcy, towar jest dobry, dopóki jest w puszce – powiedziała Loli.
– Mam nadzieję, że zostawią coś dla nas – stwierdził Wojno.
– Wikus zawsze zostawia coś dla swoich kotów – rzekła Ida z przekonaniem i odcieniem dumy w głosie.

Przez chwilę wszyscy milczeli.

– Ludzie w domu? – Ida przerwała ciszę.
– Niedawno wrócili – powiedział pręgowaniec – pokazaliśmy się im, pewnie już szykują działkę.

Ostatnie słowa zaniepokoiły mnie, ale zarazem ucieszyły. Tę dwoistość uczuć zna każdy uzależniony kot, nienawidzisz tego i kochasz równocześnie. Teraz dopiero zobaczyłem, że wszystkie otaczające mnie koty są okropnie wychudzone, a w ich oczach pali się whiskasowy blask.

Whiskas jest tuczący, wiem to po sobie, problem polega na tym, że uzależniony nie tknie innej karmy, a gdy Whiskasu jest mało to zaczyna niedojadać lub przestaje jeść w ogóle i zdycha jak tamten kot, o którym wam mówiłem. Po jakimś czasie drzwi się otworzyły i na schody wylała struga żółtego światła. Zobaczyłem kobietę, niosącą dwie miski pełne towaru, wszystkie koty rzuciły się w jej stronę.

– Co to jest do cholery? – Ida patrzyła z niesmakiem na zawartość wystawionych miseczek, w których zamiast spodziewanego Whiskasa, był Kitikat. Kitikat był podróbką Whiskasa i nie dawał nawet w połowie takiej fazy jak oryginał.
– Wyrolowali nas – powiedział pręgowaniec gniewnie.
– Nigdy nie ufaj ludziom, pierwsza zasada Wikusa – stwierdziła Loli.
– Nie mów, nic o Wikusie, to mój kocur, pamiętaj o tym, głupia suko – Ida wyładowywała gniew na kim popadnie.
– Ciekawe tylko, czy Wikus o tym wie, w każdym razie chyba czasem zapomina, zwłaszcza w czerwcu i w marcu.
– Ty zdziro – krzyknęła Ida i bez ostrzeżenia rzuciła się na Loli z pazurami. Rozbiegliśmy się na bezpieczną odległość, bo nikt nie chciał być przypadkową ofiarą pazurów którejś z kotek.
– Spokój dziewczyny, zjedzmy to, co dali i poszukajmy Wikusa – pręgowaniec próbował opanować sytuację.
– Sam sobie żryj to świńswo – stwierdził Wojno, ja idę szukać Wikusa już teraz.

Tymczasem ja, Dżinks, nie wdając się w dyskusję zająłem się miseczką z Kitikatem, pomyślałem, że to nawet dobre na odwyk, odstawienie od razu Whiskasa, bez żadnej diety pomostowej, mogło się źle skończyć dla mojego organizmu. A tak, najpierw trochę na Kitikacie, a potem już na normalne żarcie. Kitikat pomógł i już po chwili łapy przestały mi się trząść. Tymczasem na podwórku, atmosfera się nieco poprawiła, dwie waleczne kotki odstąpiły od siebie i teraz lizały rany w przeciwnych końcach podwórka.

– To co idziemy po tego Wikusa, czy macie jeszcze jakieś walki w planie na dzisiejszy wieczór? – spytałem nabierając pewności siebie.

Może i dachowce, ale jak dla mnie całe to towarzystwo to były zwykłe ćpuny, takie same zresztą jak ja.

– Zamknij się Dżinks, bo też oberwiesz – Ida gładziła się łapką po naderwanym uchu.
– Jeszcze chwila na głodzie, a gotowiście się tu pozabijać – powiedziałem. – Spróbujcie Kitikata, mnie pomógł.
– Sam sobie próbuj Dżinks, ludzki pomiocie – Wojno stał na mocno wyprostowanych łapkach, co świadczyło o tym, że i on miał ochotę na bójkę. Wspominałem wam już, że brzydzę się przemocą? Nie wspominałem? No to teraz wspominam, brzydzę się przemocą. Dlatego pozwoliłem, żeby Wojno chodził sobie na wyprostowanych łapach, ja zaś kompletnie go zignorowałem. W końcu jakoś się zebraliśmy i wyruszyliśmy w stronę wysypiska, tylko oczywiście nie całą grupą, ale tak jak zawsze podróżują koty – oddzielnie, każdy inną trasą. Ja nie znałem drogi, pobiegłem więc za Idą, bo znałem ją najlepiej i już zdążyłem polubić, mimo przykrego incydentu z Lolą. Prawda jest taka, że będąc samemu na ulicy czepiamy się wszystkiego, każda osoba jest lepsza niż samotność i gotowiśmy zaprzyjaźnić się z psem, byle tylko nie być samemu. Wysypisko już z daleka przywitało nas odorem miliona gnijących odpadków. Przeleźliśmy przez dziurę w płocie i zanurzyliśmy się w labirynt hałd.

– Czas zrzucić domową szatkę – powiedziała Ida mając na myśli mój zapach. Swoją drogą to symptomatyczne, że już pierwszej nocy wolności wylądowałem na wysypisku śmieci. Dziś wiem, że takie są koleje losu wszystkich uzależnionych kotów.

Kocie wycie usłyszeliśmy już z daleka. Gdy dotarliśmy na miejsce oczom moim ukazało się niezwykłe widowisko, zobaczyłem zgromadzenie kotów wokół stosu wyrzuconych przez ludzi Whiskasów. Na stercie puszek stał olbrzymi kocur, cały biały jak ja, nie licząc czarnych skarpetek, na dwóch przednich łapach i czarnej łatki na czole. Pod nim kilkanaście kotów buszowało wśród rozrzuconych puszek, daremnie usiłując przegryźć się przez metalowe wieczko Patrzyłem w milczeniu na to kocie upodlenie, tak samo wielki biały kocur, nie przyłączał się do reszty, lecz przyglądał się, w jego oczach znać jednak było błysk cynicznego rozbawienia.

Gdy nadeszli ludzie, koty rozbiegły się jakby ktoś je pozamiatał. Było ich dwóch, młodszy z dymiącym patykiem w dłoni i starszy w czapce na głowie i z butelką fioletowego płynu w ręku. Koty nie znają ludzkiej mowy, tak jak ludzie nie znają kociej, słyszeliśmy jednak jak naradzali się patrząc na rozrzucone puszki. Potem ludzie otworzyli puszki i zaczęli na naszych oczach jeść Whiskasa, dobywając ciche westchnienie z niejednej kociej krtani.

Patrząc z dystansu nie wiem co mnie natchnęło, może chęć przypodobania się innym kotom, zaimponowania im, a może zwykły głód whiskasowy, którego nie dało się do końca stłumić Kitikatem, na pewno nie bez znaczenia był też fakt, że dopiero co uciekłem z domu i ludzie kojarzyli mi się niemal wyłącznie jako ciepłe i czułe istoty, karmiące Whiskasem i głaszczące czule kocią sierść (no chyba, że ktoś nasrał za łóżko, ale wtedy też konsekwencje nie były przecież naprawdę groźne). Naprawdę nie wiem, która z tych pobudek mną wtedy kierowała, może to były wszystkie one razem – kilka czynników tworzących razem wybuchową kombinację. Dość, że wyszedłem z ukrycia i obwieściłem swoje nadejście głośnym miauknięciem.

– Stój głupcze – zawołała Ida do mojego ogona.

Ludzie przez chwilę patrzyli na mnie w milczeniu, potem chwilę rozmawiali, następnie młodszy otworzył trzecią puszkę towaru i zbliżył ją w moją stronę. Ponętny zapach Whiskasa przyciągnął mnie jak sznurek.

Człowiek wyrzucił zawartość puszki na ziemię, a ja jadłem bezpośrednio z ziemi, hamulce puściły, teraz liczyło się już tylko jedno – Whiskas. Po chwili zobaczyłem obok siebie pręgowany pyszczek innego kota.

– Cześć, jestem Fafik, mogę się poczęstować? – zagaił.
– Jedz – powiedziałem łaskawie.

Po chwili obydwaj wchrzanialiśmy aż nam się uszy trzęsły.

Nawet nie zauważyłem kiedy młodszy z mężczyzn porwał Fafika w powietrze, sam w ostatniej chwili umknąłem przed rękami starszego, może gdyby to mnie łapał młodszy teraz ja rzucałbym się bezradnie w ludzkich dłoniach. Niezbadane są wyroki wszechjedzącego i nie nam sądzić o naszym przeznaczeniu, jednak za każdym razem na wspomnienie tych chwil odczuwam lekkie ukłucie sumienia – dlaczego nie ja? Człowiek nie bawił się długo z Fafikiem tylko od razu, bez zbędnych ceregieli, skręcił mu kark. Obserwowałem to schowany bezpiecznie za rozwalonym dziecięcym wózkiem.

Ta scena na zawsze wbiła mi się w pamięć „nigdy nie ufaj człowiekowi” – pierwsza zasada Wikusa.

Na naszych oczach ludzie rozpalili małe ognisko i upiekli biednego Fafika obdarłszy go wcześniej ze skóry. Taki los ćpającego kota. Niby normalka jak się później dowiedziałem, ale mimo to od tej pory byłem jakby dotknięty piętnem, naznaczony, koty nie ufały mi, pamiętając, że to przeze mnie Fafik skończył jak skończył, inni mówili jednak, że Fafik był świeżak jeszcze zupełnie zielony, nie mniej niż ja i sam sobie jest winien, że nie słuchał starszych, bardziej doświadczonych kotów.

Gdy ludzie poszli, my rzuciliśmy się na otwarte przez nich puszki i ucztowaliśmy tuż obok obgryzionych kostek towarzysza.

Pamiętam to, oj dobrze pamiętam, tak jak to, że leżeliśmy potem tak naćpani, że nie mieliśmy nawet siły, żeby podnieść się, kiedy nadjechała zgniatarka do śmieci. Tak zginęła Ida. Wikus do dzisiaj wini mnie o jej śmierć, choć to nie ja przecież wymyśliłem to przeklęte wysypisko.

Choć rzeczywiście, gdybym się nie ujawnił, ludzie nie otworzyliby reszty puszek na przynętę, którą my naćpaliśmy się, gdy już sobie poszli.

Potem były miesiące snucia się po wysypisku i pod zaprzyjaźnionymi domami w poszukiwaniu działki. Wyzbyłem się resztek godności, żebrząc jak pies o krztynę Whiskasa. Noce na klatkach schodowych i wysypiskach, dni na żebrach pod czyimś domem.

Nie zawsze był towar i bywały takie dni, że nic od świtu do zmierzchu nie miałem w pysku. Schudłem wtedy dramatycznie. Futro mi pociemniało od brudu, nie miałem bowiem czasu ani siły nawet na to, żeby się myć, co jest przecież jedną z najważniejszych kocich cech odróżniającą ich od zwierząt ordynarnych, takich jak psy. Wierzcie mi, kot, który się nie myje, to kot, który upadł tak nisko, że niżej już nie można.

W pewnym momencie odnalazłem siebie, siedzącego na chodniku przed moim starym domem, myślałem o tym, żeby wrócić, lecz nie miałem odwagi, nie wiedziałem czy poznaliby swojego białego pupila w tym burym łachu, którym stałem się teraz.

Tak wrócić nie mogłem, nie w tym stanie, wstyd byłby zbyt wielki.

„Wrócę jak wytrzeźwieję” – pomyślałem. I wtedy po raz pierwszy to poczułem, to, co dzisiaj nazywamy wszechjedzącym. To było jak światło padające z wysokiego okna, jak spokojna pewność, że ktoś tam jest, ktoś większy ode mnie, kto czuwa. Ktoś dla kogo nie straszny jest whiskas, ktoś dla kogo nie straszne są nawet kacowe zmory po długotrwałym braniu – wszechjedzący.

Pamiętam, że szedłem wtedy swoją starą ulicą, ale nie była to już ta sama ulica, w moim otoczeniu zaszła subtelna zmiana, niby wszystko było tak samo, ale nic już nie było tak samo. Wszystko rozświetlał niewidzialny blask wszechjedzącego.

Potem spotkałem Wojna, był zaledwie wystrzępionym strzępem tego wspaniałego czarnego kocura, którego poznałem parę miesięcy wcześniej.

– Idziemy po towar? – zapytał.
– Ja już nie biorę – powiedziałem – jestem uzależniony, Whiskas mnie zwyciężył – to były magiczne słowa, poczułem jak wypowiadając je odmieniam się i umacniam wewnętrznie, jak na nowo odkrytej i przyznanej bezsilności powstaje pole do działania dla wszechjedzącego.
– Ja też mam dość, Whiskas odebrał mi wszystko, co miałem – powiedział Wojno i wtedy zaczęliśmy rozmawiać. Ten niemal obcy dotąd kocur stał mi się nagle bliski jak brat.

Opowiadaliśmy sobie swoje losy, swoje życie i koleje swoich upadków, przeglądaliśmy się w sobie jak w lustrze, ze zdumieniem odnajdując w sobie nawzajem utraconą kocią godność.

Tak odbyliśmy nasz pierwszy mityng, tak się wszystko zaczęło.

Nigdy nie zapomnę tego poranka, gdy spacerowaliśmy po polnych ścieżkach za miastem, w które zapuściliśmy się zupełnie nieświadomi, że w ogóle gdzieś idziemy, ten wschód słońca, który nas wtedy zaskoczył był zupełnie niesamowity, był jak bezpośredni znak od wszechjedzącego – początek nowego życia.

Dziś są nas setki, nie ma dnia, żebym nie dostawał wiadomości z innych miejscowości, gdzie otwierane są kolejne grupy AW – Anonimowych Whiskasoholików. Każdy mityng zaczynamy modlitwą do wszechjedzącego i minutą ciszy ku pamięci Fafika, Idy i wszystkich innych, którzy oddali życie w nierównej walce z Whiskasem, nie mając szansy ujrzenia światła, dziękując zarazem, że nam to światło było dane.

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym sam Wikus dołączył do naszego grona. To było wyjątkowo radosne i ważne wydarzenie, bo od tej pory inne, dotąd nieufne koty zaczęły się do nas garnąć. Teraz dopiero smakowaliśmy prawdziwej kociej wolności, wolności, w której kot i człowiek znają swoje miejsce i są to miejsca równoprawne, ze wskazaniem na wyższość kota, który mocą swojej urody, niewoli człowieka do służenia i karmienia.

Jak wiecie dziś jestem życiowo ustawiony, mam swoją staruszkę i liczne kontakty i własne kocie sprawy, zwłaszcza w marcu i czerwcu.

Jednak w moim domu zawsze jest miejsce dla tych, którzy wciąż jeszcze cierpią. Jeśli i ty drogi czytelniku jesteś jedną z takich osób, przyjdź do nas. AW to miejsce dla ciebie.

KONIEC