Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Bajka o zezostronności

Katarzyna Dragun

“W wojnie nie ma dobra i zła, Ruth. Są tylko różne punkty widzenia.”
„There is no right and wrong in a war, Ruth. No good and evil. Just a difference in perception.”

Cytat z filmu „White Chamber” reż. Paul Rachid, 2018

Dawno, dawno temu ludzie żyli ze sobą w harmonii, ciesząc się szczęściem i dobrym zdrowiem. Zdrowe mieli przede wszystkim oczy. Widzieli wszystko wyraźnie i w prawidłowych proporcjach, a widok wszelaki napawał ich serca radością. Radował ich widok palącego słońca i ulewnego deszczu, krowich placków i rosnących na nich pieczarek, bujnych czupryn i łysin, wytatuowanych bicepsów i alabastrowych rąk, sztucznych szczęk i prawdziwych zębów, zadów pawianów i owłosionych niedźwiedzich pośladków, sterczących i obwisłych piersi itd…

– Jakież to piękne! – mówili wszyscy. – Wszędzie równowaga, wszędzie symetria!

Ale była jedna istota niezadowolona z tego stanu rzeczy – Złośliwy Chochlik. Od urodzenia marzył, żeby ktoś się z nim pokłócił, ale wszyscy byli zbyt wyrozumiali. Komentowali tylko: „Jaki słodki z ciebie maluszek!” Albo „Miło, że masz odmienny punkt widzenia, to daje do myślenia!” Strasznie denerwowało to Chochlika, więc postanowił coś z tym zrobić. Wypuścił do Internetu szkodliwego wirusa, który uszkadzał wzrok użytkowników. Większość ludzi dostała zeza. Jednym oko uciekało na prawo, innym na lewo, jeszcze innym w górę albo kierowało się ku dołowi.

W ten sposób ludzie zaczęli nie tylko widzieć inaczej, ale także robić większość rzeczy w odmienny sposób. I tak oto czytali tylko prawą albo lewą stronę książek lub gazet (lub tylko początek czy tylko koniec), patrzyli tylko na jedną ze stron obrazu czy twarzy, siadali na tylko jednej ze stron pośladków i tylko po jednej ze stron autobusu, pociągu, klasy, czy kościoła, chodzili pochyleni za bardzo w lewo, prawo, przód lub tył, zjadali obiad tylko z jednej strony talerza, czesali tylko grzywkę, tył lub prawą albo lewą stronę głowy, a nawet ubrania nosili na tylko jednej ze stron.

Jak nietrudno się domyślić, rodziło to wiele konfliktów. Ci, którzy znali tylko początek przeczytanych artykułów, nie potrafili zrozumieć tych, którzy znali tylko koniec i vice versa. Wszyscy chodzili z kołtunami na połowie głowy, półnago, w jednym bucie, nie wspominając już, że wciąż się o siebie obijali, jako że znosiło ich na jedną stronę. Żadna instytucja nie mogła już działać, jak przedtem. Świat pogrążył się w chaosie, podzieliwszy ludzkość na zezolewych, zezoprawych, zezodolnych lub zezogórnych.

W szkołach nauczyciele uczyli według swojego punktu widzenia grupy uczniów o niekoniecznie tej samej wadzie wzroku, co ich pedagodzy. Dochodziło zatem często do absurdalnych sytuacji. No bo jak na przykład pojąć rozwiązywanie zadań matematycznych, jeżeli nauczyciel jest zezodolny, uczeń zezogórny, korepetytor zezoprawy, a egzaminator zezolewy? Maturzyści masowo oblewali egzaminy dojrzałości, prawie nikt nie dostawał się na studia, co skutkowało powolnym załamaniem systemu edukacji i światowym analfabetyzmem.

Na drogach i autostradach codziennie dochodziło do karamboli, w parlamencie do rękoczynów, a w szpitalach do zwyżkującej śmiertelności pacjentów. Jedyną prężnie działającą instytucją było sądownictwo, gdzie sprawy nigdy się nie kończyły, na czym sędziowie i prawnicy zarabiali krocie. Ilość spraw sądowych codziennie rosła, mnożyły się też budynki wydziału sprawiedliwości. Wkrótce zabrakło obiektów na gmachy sądowe, więc zakładano je gdzie popadnie: w szkołach, sklepach, a wkrótce w wiejskich szopach, metalowych kontenerach, a nawet śmietniskach. Sytuacja wymykała się spod kontroli.

Operacja zeza – Rysunek pochodzi z XIX w

Świat stanął przed obliczem globalnej wojny domowej. Nikt nie wiedział, jak zaradzić zaistniałej sytuacji, jako że nie widziano przyczyny problemu, czyli zezostronności. Co niektórzy postanowili zasięgnąć konsultacji okulistycznej, jednak uważano to za szarlatanerię, jako że okuliści zazwyczaj proponowali lobotomię. Poza tym z owych konsultacji rzadko wynikały jakieś pozytywne rezultaty, z OCZYwistych powodów. Jednakowoż nieustające konflikty zaczęły wszystkich męczyć i postanowiono coś z tym zrobić.

Miasta podzielono na getta według zezostronności ich mieszkańców. Poniekąd rozwiązywało to problem, jako że na przykład w zezolewym getcie poruszano się lewą stroną, drukowano tekst książek tylko z lewej, nikt nikogo nie wyśmiewał z powodu ubranej tylko lewej części ciała, w sklepach obuwniczych sprzedawano tylko lewe buty, a przede wszystkim każdy miał ten sam, bo zezolewy punkt widzenia. Spory ustały, instytucje państwowe zaczęły znów działać, życie powoli wracało do normy. Całe to przedsięwzięcie wymagało rzecz jasna ogromnych nakładów finansowych, choćby na restrukturyzację dróg, ale ludziom podzielonym na swojaków zezostronnych łatwiej się było dogadać, pracować i wspólnie egzystować.

Wydawało się, że osiągnięto trwały kompromis, jednak niebawem zrodziły się kolejne problemy. Z racji poszukiwań surowców, żywności czy choćby religijnych żądzy głoszenia jedynej prawdy, istniała konieczność przemieszczania się do lub poprzez getta o innej zezostronności. Jak nietrudno się domyślić, było to niezwykle niebezpieczne. W każdym z gett w mig rozpoznawano odmieńca i obrzucano go kamieniami, wyzwiskami i parszywymi kotami. Wszyscy bali się wracać do poprzedniego, chaotycznego stylu życia i agresją odreagowywali swoje lęki. Śmiałkom, którzy zdecydowali się przekroczyć granice swego getta, rzadko udawało się wrócić do niego żywym lub zdrowym psychicznie.

Innym problemem był fakt, że poszczególna zezostronność nie była dziedziczna. Dlatego na przykład dziecko urodzone jako zezogórne z obojga zezolewych rodziców było nie lada szkopułem dla władz. Po wielodniowych obradach parlamentarnych i zatwierdzeniu ustawy o zachowaniu czystości zezostronności postanowiono odbierać rodzinom odmienne dzieci. Wysyłano je następnie pocztą pantoflową (ze względów bezpieczeństwa kurierzy nosili kapcie, aby inni zezostronni nie usłyszeli ich kroków) do poszczególnych gett, gdzie z kolei trafiały do adopcji rodzin, które znalazły się w podobnej sytuacji.

Było jasne, że sytuacja nie była do końca opanowana. Zdał sobie z tego sprawę Złośliwy Chochlik, który na początku wszystkie wydarzenia obserwował z ogromnym zadowoleniem, zacierając ręce i mrucząc pod nosem: „Wreszcie coś się dzieje! Koniec z nudą! Ale jazda!” Niemniej jednak i on sam odczuł na swojej skórze nieprzyjemne skutki globalnego zzezowacenia.

Ponieważ Chochlik zabezpieczył swój komputer przed wirusem, który wypuścił do globalnej sieci, jego wzrok oparł się zezostronności. Dlatego też, pomimo satysfakcji z rozgrywających się absurdalnych kłótni wokół, nie mógł się do końca odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jego brak wady wzroku był zauważalny na każdym kroku. Wszyscy uważali go za widziadło i przeganiali, jak parszywego psa, dorzucając stek wyzwisk na dowidzenia. Nieprzyzwyczajony do takiego traktowania, Chochlik często czuł się zdołowany. Musiał poruszać się kanałami, żeby nie napotkać potencjalnych napastników. Podczas jednego z takich spacerów natknął się na grupkę ludzi, których wzrok ze względu na wady genetyczne oparł się zezostronności. Mieszkali tam w ścisłej komunie. Grupa ta wynalazła specjalny narkotyk, zwany zezomfetaminą, która umożliwiała doznań zezolewych, zezoprawych, zezodolnych lub zezogórnych. Piękno specyfiku polegało na tym, że nigdy do końca nie było wiadomo, na którą zezostronność się trafi po jego zażyciu, więc jedna osoba mogła się wcielać w przeróżne odmiany tejże wady wzroku.

Chochlik szybko wciągnął się w narkotyk. Ekscytowały go odmienne stany i możliwość kłócenia się w nieskończoność o rzeczy, które normalnie nie byłyby godne jego uwagi. Dały się jednak szybko odczuć skutki uboczne tych ekscesów. Struny głosowe Chochlika zostały zdrowo nadszarpnięte ciągłym wykłócaniem się, co skończyło się permanentną piskliwą chrypką. W dodatku po wyjściu z odmiennego stanu Chochlika dopadała dupresja. Objawiała się ściskiem w dolnej części ciała, przez co Chochlik ciągle musiał siedzieć na czterech literach. Gdy wstawał, ścisk był tak niemiłosierny, że musiał zaraz z powrotem usiąść. Ograniczało to jego życie pod wieloma względami.

Minęło trochę czasu, zanim Chochlik się zorientował, ze potrzebuje pomocy, żeby wyjść z uzależnienia od zezomfetaminy. Sęk w tym, że nie było żadnych ośrodków dla zezomfetamików. Nasz bohater musiał zatem radzić sobie sam. Nie było to łatwe przedsięwzięcie, zważywszy, że nadal mieszkał w kanałach, wśród innych zezomfetamików i nie miał w nikim wsparcia. Powrót do domu natomiast graniczył z cudem, bowiem gdy się ocknął, jego dom stał już na skrzyżowaniu czterech gett, do których dostęp był bardzo utrudniony.

Na szczęście przydała się mu znajomość kanałów, którą nabył przez lata w nich przebywania. Zakradł się zatem do swojego domu poprzez kanalizację. Zajęło mu to wiele dni, gdyż rury kanalizacyjne wiły się kilometrami, łącząc się po drodze z innymi, łatwo więc było zabłądzić. Poza tym codziennie szalały w nich gównoburze, które uniemożliwiały dalszą przeprawę. W końcu po około dwóch tygodniach wyprawa zakończyła się sukcesem. Chochlik stanąwszy na posadzce swojej posesji poczuł, że jest całkowicie ozdrowiony. Zaczerpnął w płuca świeżego powietrza i po raz pierwszy od miesięcy otworzył szeroko oczy.

To co ujrzał, prawie go sparaliżowało. Z okien widać było tylko mury, ozdobione drutami kolczastymi. Oślepiające światła z wieżyc kontrolnych patrolowały mało oświetlone uliczki w poszukiwaniu zbiegów i szmuglerów. Powietrze było gęste od twardych jak orzechy włoskie myśli i dumy zezostronnej. Chochlik odniósł wrażenie, że znalazł się na planie filmu dokumentalnego o drugiej wojnie światowej. „To wszystko moja wina!” skonstatował z niemałym smutkiem Chochlik. „Muszę to odkręcić!”

Nie miał on jednak pojęcia, co mógłby zrobić. Na szczęście los przyszedł mu z pomocą. Przeszukując dom, natknął się na dziwny przedmiot. Było to średniej wielkości drewniane pudełko, na którym widniał napis „Puszka Dory”. Dora to była nieżyjąca już babka Chochlika, której pełne imię brzmiało Dorota, jednak każdy zwracał się do niej per „Dora”. Dora była podróżniczką-badaczką, zwiedzającą mało uczęszczane zakątki świata w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co ma wpływ na ludzki punkt widzenia.

Na wieczku pudełka wyryty był jeszcze inny, bardzo drobny napis. Tak drobny, że Chochlik musiał użyć lupy, aby go przeczytać. Napis głosił: „Otworzyć w razie nagłego wypadku”. „Bingo!” wykrzyknął Chochlik. Wybiegł na środek ogrodu i powoli uchylił wieczko Puszki Dory. I nagle zaczęły dziać się dziwne rzeczy: z puszki wyleciała niezwykle jasna, lecz nie oślepiająca łuna światła i łagodnie skierowała się ku niebu. Na horyzoncie ukazała się tęcza.

Nie była to jednak zwykła tęcza. Była grubsza, niż zazwyczaj się to obserwuje w przyrodzie, i bardziej wyrazista. Mieniła się tak, jakby była posypana brokatem. Chochlik mógłby przysiąc, że wystawały z niej kolorowe pióra, które poruszały się jak rzęsy przy mruganiu. Tęcza nie była łukiem, była całym okręgiem, wibrowała i wydawała delikatne, choć bardzo wyraziste dźwięki. Chochlik patrzył na nią oniemiały. Patrzyli też wszyscy ludzie, gdyż niecodzienne zjawisko działało jak magnes, wyciągając każdą istotę na zewnątrz. Gdy już nie pozostało nikogo w domu, jako że każdy wpatrywał się w nieboskłon, niczym pod hipnozą, tęcza zaczęła się kręcić, najpierw powoli, jakby z rozmysłem, potem coraz szybciej, aż osiągnęła biały kolor. Wszystkie gałki oczne podążały za ruchami tęczy, aż wszyscy dostali oczopląsów. Trwało to jakieś pół godziny, po czym tęcza zaczęła się oddalać i nagle zniknęła, jak niezidentyfikowany obiekt latający, a wszyscy runęli na ziemię. Gdy się podnieśli, zaczęli wymiotować na tęczowo, do wytrzeszczu oczu. Po tym wszystkim zauważono, że nikt już nie jest zezostronny. Wszyscy zaczęli się obejmować, jakby nie widzieli się od bardzo dawna.

W ten sposób świat został uratowany od zagłady.

KONIEC

PS: Morał i interpretacja wydarzeń bajki zależą od punktu widzenia czytającego.

Reklamy


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Przez dziurkę od klucza, czyli zapiski wykluczonego (pokój)

Sas

Stasys Eidrigevicius – Surrealist portrait of a man holding a spoon

Przez jaką, kurwa, dziurkę? Kiedy ja nawet klamki nie mam. Wkoło ściany i metalowe drzwi. Na ścianach kafelki, to dla mojego dobra, gdybym chciał głowę rozbić. W drzwiach wziernik lekarski, żeby mogli wejść, jak już będzie po wszystkim i posprzątać pokój.

Biały, niedzielny pokój wypoczynkowy dla wątpiących. Bez jednej szybki. Wszystko tu, kurwa, spacyfikowane i lśniące. Dziury w suficie na wentylację i światło, ale za wysoko, nie doskoczę. Próbowałem pluć na te pulsujące żarówki – cóż, tu mają mocne szkło, żadna nie pęka, a jak gaśnie, to już na zawsze.

Ale, ale, byłbym zapomniał! Przez ściany ktoś poprowadził niebieską i poszarpaną kreskę. Ten kelner, co mnie tu obsługuje, ciągle przypomina, że jest to wykres EEG pierwszego ozdrowieńca. Tak na pamiątkę i dla przypomnienia, że tutaj nikogo nie mordują, bo widać, ten wykres cały poszarpany.

Przy jednej ścianie rowek i dziura. Tu właśnie mam szczać i srać. Jak wypróżniam się w innym miejscu, to coś mnie kopie. Nieźle mnie pokopało, zanim wszystkiego się domyśliłem.

Jak oni to robią? Ten cały porządek! Clear, nawet mucha nie siada. Zresztą tu nie ma much. Tu jestem ja i światło, jedyne ruchome atrybuty kosmiczne. A może mówi się atrapy? Już sam nie wiem, bo mylę wszystko, co zaczyna się tak samo. Na przykład patria i partia. Kościół, komuna, kolaboracja, korupcja. To właśnie dlatego mnie zamknęli.

Patriotyzm, paranoja, pamięć. Pamięć mi się nie przekształca. Wszystkim jakoś tak, a mnie tak jakoś nie. Myślę, że jestem ostatnim potulnym rezydentem tego białego domu. Po mnie już tylko Alzheimerowcy.

Kiedyś… Kiedy? Data! Aj, data, data! Wszystko to strumień rwący naprzód co sił. Jesteśmy strumieniem. Płyniemy szybko i z górki. Nie?

Kiedyś poczułem gówniany smród w ogródkach jordanowskich pełnych waszych jedynych pociech. Podszedłem do milusińskich, aby się z nich pośmiać. – Spoko maroko, powiedziało jedno z piaskownicy. – My mamy pampersy , to nasi rodzice się zesrali. Powąchałem, rzeczywiście, smród szedł od starych. Zacząłem mówić: – Podetrzyjcie wreszcie dupy i umyjcie ręce. Potem już krzyczeć. Ciągle to samo. Wszyscy się zbiegli i zaczęli pokazywać mnie palcami. Ktoś zadzwonił po ambulans…

Amnezja, aborcja, ab ovo.


Dodaj komentarz

Opowiadania. Wiatr Słoneczny

Stanisław Ryczek

Burza słoneczna

Gryzelda Petryna już od sześciu godzin siedziała przed monitorem teleskopu w Białkowie i robiła notatki. Przypadające akurat w tym dniu święto trzeciego maja spowodowało pewne rozluźnienie. Opiekun grupy wyjechał do Wrocławia, bo dostał ważny telefon i twierdził, że wróci wieczorem – taka była oficjalna wersja. Dla nich, studentów czwartego roku było wiadome, że docent Pankracy Posłuszny lubi sobie golnąć i umówił się zapewne na jakąś imprezkę. A wróci najpewniej nazajutrz w okolicach obiadu, o ile kac mu przejdzie do tej pory.

Chłopaki Antoś, Gutek i Leoś uprosili Luśkę, żeby zawiozła ich swoim autem do pobliskiego Wińska, gdzie na stacji benzynowej spodziewali się kupić jakiś browar. Jednak kupili nie tylko piwo, ale i coś mocniejszego. Po głośnych śpiewach dochodzących z podwórza pałacyku, gdzie urządzili sobie grilla, Gryzelda domyśliła się, że tankowane było nie tylko piwo. Później całe towarzystwo razem z Luśką przeniosło się na kwaterę, bo już tylko czasem dało się słyszeć wybuchy śmiechu, a później kłótni. Kiedy po wszystkim zapadła cisza Gryzelda domyśliła się, że zapewne posnęli.

Gryzelda pracowała nad swoją pracą magisterską. Było co prawda jeszcze trochę czasu, ale postanowiła nie ściągać całych fragmentów z internetu, jak robili to inni, lecz ambitnie napisać ją samodzielnie. Koledzy z roku nie mogli nadziwić się jej naiwnemu zaangażowaniu, ale ona uparła się, że to zrobi i nie zamierzała odpuścić. Temat miała banalny – wpływ słońca na życie i gospodarkę człowieka na ziemi. Aż śmiesznym wydawało się, żeby nie skorzystać z przepastnych zasobów zalegających w necie. Oczywiście to nie tak, że zupełnie z nich nie korzystała. Przytaczała statystyki, diagramy itd. Oprócz dobroczynnej działalności słońca poświęciła część pracy jego możliwościom destrukcyjnym. Dociekała oddziaływania plam na słońcu oraz jego wzmożonej aktywności w postaci rozbłysków i protuberancji. Tym ostatnim zagadnieniom poświęciła jeden z rozdziałów swojej pracy. I dlatego nawet w święto zawzięcie tkwiła przed koronografem czyniąc notatki i przytaczając szkody wyrządzone przez wzmożoną aktywność słoneczną. Jako klasyczny przykład protuberancji przedstawiła zniszczenia w Ameryce Północnej w 1987 roku.

Jeszcze raz przeczytała wstęp do rozdziału.

„Słońce wysyła nieustannie w przestrzeń kosmiczną strumień naładowanych cząstek: swobodnych elektronów, protonów oraz niewielką liczbę pierwiastków cięższych. Skład chemiczny wiatru słonecznego jest taki sam jak skład atmosfery Słońca. Cząstki wchodzące w skład wiatru słonecznego startują z korony słonecznej i poruszają się z prędkościami od 250 do 800km/s, tak więc dotarcie na Ziemię zajmuje im około 10 dni. W ciągu 1 sekundy ze Słońca wypływa ok. 5 mln t. materii. Natężenie wiatru słonecznego nie jest stałe, zależy bowiem od aktywności Słońca. Okazuje się, że wiatr słoneczny, jak również zjawiska, które wywołuje mają wpływ na nasze życie na Ziemi.

Protuberancje to potężne wybuchy, po których zostaje wyrzucona ogromna ilość plazmy. Z plam słonecznych, czyli ciemniejszych i chłodniejszych miejsc w zewnętrznej części Słońca – korony wypływają w przestrzeń międzyplanetarną cząstki elektryczne – wiatr słoneczny.

To właśnie wiatr słoneczny jest odpowiedzialny za powstawanie zorzy polarnej. Dla mieszkańców obszarów o wysokich szerokościach geograficznych (tam powłoka magnetyczna jest najbardziej otwarta na przestrzeń kosmiczną) w takich krajach jak: Szkocja, Norwegia, Kanada (Alaska) czy Wyspa Południowa w Nowej Zelandii zorza jest widoczna jako wspaniałe widowisko świetlne. Powstawanie zorzy polarnej zaczyna się wysoko, bo średnio 100 km nad powierzchnią Ziemi. Następuje tam zderzenie wiatru słonecznego z polem magnetycznym Ziemi. Rozpędzone cząstki wpadając w atmosferę zderzają się z atomami i cząsteczkami gazów: tlenu i azotu. W każdej kolizji atom lub cząsteczka pochłania energię elektryczną i uwalnia ją w postaci światła. Jednak wybuchy na Słońcu wywołujące te zjawisko mogą być niebezpieczne. W ciągu kilku sekund uwalnia się tam więcej energii, niż zdołano wyprodukować do tej pory we wszystkich elektrowniach świata. Takie zjawisko spowodowało w 1987 roku w Ameryce Północnej szkody oszacowane na 100 mln dolarów. Prądy elektryczne ze Słońca zmusiły elektrownie do wyłączeń i uszkodziły liczne urządzenia, gdyż silna jonizacja podczas występowania zorzy polarnej powoduje zaburzenia w rozchodzeniu się fali radiowej.”

Zamyśliła się – dlaczego powstaje wiatr słoneczny? Czy znamy do końca jego skutki? Wiemy mniej więcej jak powstaje, ale co poza tym? Przekartkowała swoje notatki z wykładu profesora Małorolnego.

„Pogoda” w słonecznej atmosferze bardzo różni się od pogody ziemskiej. Burze magnetyczne i wybuchy, znane jako rozbłyski, pojawiają się na Słońcu nagle. Wahania natężenia cząstek emitowanych przez Słońce powodują zaburzenia ziemskiego pola magnetycznego, czyli tzw. burze magnetyczne. To właśnie pole magnetyczne powoduje odchylanie torów cząstek wiatru słonecznego, część z nich zatrzymuje, jednak niektóre cząstki elektryczne potrafią przez nie przeniknąć. Cząstki, które przenikną przez pole magnetyczne Ziemi, mogą mieć wpływ na pogodę na Ziemi, a tym samym na nasze samopoczucie.

Zachodzi także związek miedzy natężeniem cząstek wiatru słonecznego z zawartością ozonu w atmosferze, a także z trwałością sztucznych satelitów. Zostało udowodnione, że w połączeniu ze zmianami jonizacji górnych warstw atmosfery burze magnetyczne silnie wpływają na warunki rozchodzenia się fal radiowych. Mogą one powodować utratę łączności radiowej na dużych obszarach na Ziemi, również łączności z satelitami. Jest rzeczą oczywistą, że utrzymanie dobrej łączności radiowej ma zasadnicze znaczenie na przykład w komunikacji lotniczej. Znane są również przypadki popełnienia błędów w nawigacji morskiej, spowodowane właśnie burzami magnetycznymi.

Zmiany pola magnetycznego na powierzchni Ziemi mogą indukować duże napięcia w sieciach energetycznych, powodując ich awarie na dużych obszarach, takie jak np. awaria głównego transformatora energetycznego w New Jersey w 1989 roku.

Poczuła się zmęczona. Zamknęła notatnik i wyłączyła laptopa. Przeciągnęła się, aż zachrupało w kościach i właśnie wtedy rzuciwszy okiem w ekran koronografu zobaczyła to, o czym właśnie pisała. Z tarczy słonecznej wypełzły wielkie jęzory plazmy. Aktywność słońca wzrosła w stopniu niespotykanym, tak dużych protuberancji jeszcze nie widziała nawet na archiwalnych fotografiach.

Szybko sprawdziła czy ten spektakularny moment jest rejestrowany. Na szczęście kamera pracowała bez zarzutu. Pomyślała, że warto zawiadomić docenta Posłusznego, bo na takie zjawisko czeka się latami i żal byłoby nie śledzić tego na żywo. Przy tym warto zrobić obliczenia co do wielkości wyrzuconej plazmy i najważniejsze, jakie jest zagrożenie dla ziemi. No właśnie skoro w latach 80-tych zacznie mniejsze protuberancje spowodowały takie zniszczenia w gospodarce, to, co spowodują takie olbrzymie jak teraz?

– O kurczę, to może być armagedon – wyszeptała – muszę zawiadomić docenta, a jeszcze lepiej profesora Małorolnego. To wszystko mało! O tym musi się dowiedzieć społeczność międzynarodowa!

W tym momencie przyszło jej do głowy, że wielkie obserwatoria, nie tylko amerykańskie, zapewne zarejestrowały to samo, co i białkowskie. Jednak nie zmieniło to jej zamiaru.

– Dzwonię do profesora, żeby zawiadomił prezydenta kraju i ONZ, a jeszcze lepiej NATO.

Roztrzęsiona sięgnęła po telefon. Mimo swojej wiedzy w najczarniejszych snach nie mogła przypuszczać, co się za kilka dni wydarzy.

*

Dopóki była dostępna benzyna i olej napędowy ludzie jakoś sobie radzili. Ci co mieli generatory zasilali nimi lodówki, a wieczorami mieli światło elektryczne i nie musieli siedzieć przy świeczkach czy lampach naftowych, które nagle stały się bardzo poszukiwane. Zresztą przez jakiś czas włączano zasilanie z lokalnych elektrowni wiatrowych, które udało się dość szybko reaktywować wykorzystując zniszczone układy i wstawiając części zamienne. Jednak były to działania o charakterze lokalnym, a poza tym nie co dzień wieje wiatr napędzający turbiny wiatraków.

Prawdziwe problemy zaczęły się, gdy zrobiło się zimno, a surowce energetyczne się skończyły. Jedyną szansą przeżycia w tej sytuacji był węgiel z kopalń odkrywkowych, bo głębinowe praktycznie przestały działać. Ludzie walczyli o dostęp do węgla rękami i nogami. Wiadomo kolejna zima zbliżała się wielkimi krokami i każdy chciał ją przeżyć, a tylko węgiel lub drewno zapewniło dotrwanie do wiosny. Oczywiście pod warunkiem, że miało się dostęp do pożywienia. Najgorsze, że utracono zaufanie nie tylko do wszelkich władz centralnych i lokalnych, ale nawet do pieniądza jako siły nabywczej. Działał handel, ale tylko złoto było honorowane jako moneta, w większości handel powrócił do prymitywnej wymiany towar za towar. W ciągu kilkunastu miesięcy cywilizacja cofnęła się o tysiąclecia.

Spowodowane to było brakiem wszystkiego do czego ludzie w XXI wieku przywykli. Brak było połączenia telefonicznego i to nie tylko telefonii komórkowej, ale nawet sieci stacjonarnej, o internecie można było zapomnieć, komputery przetrwały tylko te, które były wyłączone w dniach klęski. I póki był prąd szczęśliwcy mogli przeglądać sobie zawartość swoich dysków i innych nośników. To wtedy ożywiły się na chwilę wypożyczalnie płyt kompaktowych z filmami i muzyką. Telewizja ani radio nie działały, bo nawet gdy przetrwały odbiorniki, przezornie nie włączane w momentach krytycznego bombardowania słonecznego wiatru, to wszystkie przekaźniki zostały zniszczone.

Jedyną łączność ze światem stanowiła kolej. I tylko tam, gdzie uruchomiono lokomotywy. Jednak w muzeach kolejnictwa tych pojazdów całkiem sprawnych było niewiele. Za sprawą naprawdę solidnej mobilizacji inżynierów i mechaników udało się zapewnić stałe połączenia na głównych liniach. Prawdę mówiąc, rząd centralny dysponując dobrze schowanymi magazynami żywności i innych dóbr pierwszej potrzeby mógł utrzymać tą służbę.

Większość ludzi nie miała możliwości pracy, więc zaopatrzenie szybko się skończyło. W ciągu kilku dni zdesperowany tłum wdzierając się do sklepów, marketów i magazynów żywności rozkradał wszystko, co się dało. Policja była bezradna, nawiasem mówiąc jej funkcjonariusze widząc ogólny rozpad grabili tak samo jak reszta. Żołnierze odeszli z koszar, gdzie przestano ich żywić. Każdy egoistycznie dbał tylko o siebie i swoją rodzinę. Bez policji i wojska państwa przestają istnieć. Ale, że przyroda nie znosi próżni, zamiast tych organów powstawały bandy i mafie podporządkowujące sobie całe dzielnice i miasta.

Jedynymi instytucjami skupiającymi i integrującymi społeczności stały się kościoły. Nie ważne czy protestanckie czy katolickie, stały się oparciem dla ludności zamieszkującej dany teren. Po pewnym czasie nawet zupełnie niewierzący zaczęli uczestniczyć we mszach. Jedynie lewacy, marksiści i feministki starali się tworzyć własne społeczności, jednak bez wiary i wyższych idei nie miały one szans przetrwania. Ich członkowie albo się nawracali albo wchodzili w struktury mafijne, co ładniejsze feministki wybierały drogę prostytucji. Symptomatyczne, że ich walka o wyzwolenie z pod „jarzma” mężczyzn kończyła się w burdelu pod kuratelą prymitywnego bandyty. I pomyśleć tylko, że ten cały rozpad spowodował banalny brak prądu.

*

Bonifacy Kolenda wyszedł z domu jak zwykle po wschodzie słońca, wtedy ci chodzący nocą odchodzą już na swoje kwatery. Bonifacy nie miał ochoty spotykać się z nimi, cenił sobie spokój, a przede wszystkim nie lubił być bity i okradany. A te szumowiny tylko dla zabawy były skłonne człowieka pobić.

Bonifacy szedł na targ. Wymijając gnijące sterty śmieci i wyprute wraki samochodów, patrzył pod nogi, żeby nie wdepnąć w psie lub ludzkie gówno. Ostatnimi czasy nie wiodło mu się najlepiej. Ogródek przydomowy udało się jakoś obronić przed złodziejami. Ale cóż na tych paru grządkach mogło się urodzić? Większość zbiorów z działki trzyarowej przepadła, najbardziej żal było ziemniaków. Pogardzane kiedyś kartofle stały się podstawą żywienia w miastach. Na wsi królował jeszcze chleb, ale takim jak on drobnym mieszczanom za główne pożywienie musiały wystarczyć pyry. Teraz niósł pod pachą zawinięty w gazety zegar. Liczył na korzystną wymianę. Dzieci tęskniły za chlebem, ale ustalili z żoną, że worek kartofli byłby dobrą zapłatą za wyprodukowany jeszcze w latach sześćdziesiątych ścienny zegar z wahadłem, i nie ze zdychającą baterią, ale napędzany prawdziwa sprężyną, nakręcany raz na trzydzieści dni. Solidny holenderski zegar.

Bonifacy układał sobie w głowie jakich argumentów będzie używał w trakcie wymiany, żeby uzyskać jak największą cenę. Jakby dobrze zachwalić swój towar można by uzyskać nawet dwa worki ziemniaków po pięćdziesiąt kilo każdy. Sto kilogramów ziemniaków pozwoliłoby dociągnąć nawet do lutego, a później sprzedałoby się coś mebli i może do wiosny by się dociągnęło.

Trochę węgla mieli, resztę dopali się drewnem (teraz przed zimą ludzie szabrowali las na potęgę). Kapustę ukradzioną z marketu jeszcze w czasie wielkiej awarii, zakisili i musi wystarczyć. Dwie skrzynki jabłek z przydomowej jabłonki zapewnią witaminy na najgorsze miesiące zimy. Najgorzej, że nie ma mięsa, to znaczy było, ale co nie dążyli zjeść zepsuło się, gdy zabrakło prądu i zamrażarka się rozmroziła. Przy obecnych „cenach” jest mało prawdopodobne, żeby było ich stać na kilka kilo mięsa, nawet na święta. Trzymali co prawda trzy koty w piwnicy, ale mięsa na nich niewiele. Lepiej byłoby sprzedać kota za dwa kilo wieprzowiny bez kości.

Takie myśli tłukły się po głowie Bonifacego, gdy znienacka wyłoniły się zza winkla przepite gęby nocnych mętów.

„A jednak nie wszyscy poszli spać, gnoje” – pomyślał Bonifacy, mocniej ścisnął zawiniątko pod pachą i rozejrzał się dyskretnie za drogą odwrotu.

– Co tam dźwigasz frajerze, wyskakuj z fantów – odezwał się najwyższy z kropką pod lewym okiem. Dwóch jego wspólników zaczęło się zbliżać z obu stron. W rękach mieli żelazne łomy. Już miał rzucić się do ucieczki, jednak jedyną drogę odwrotu zastawił czwarty z jakimś żelaznym szpikulcem wyrwanym pewnie z cmentarnego ogrodzenia.

„Nie ma szans na ucieczkę z zegarem, trzeba ratować życie” – pomyślał.

– Mam tu fajny zegar, jak mnie puścicie sprzedam go i litra gorzały dostaniecie. – Próbował targować.

– Dawaj go, sami sobie sprzedamy! – odezwał się kryminalista, prezentując grubą pałę w ściśniętej pięści.

– Nie ma sprawy chłopaki, jak sprzedacie wypijcie za moje zdrowie. Mówiąc te słowa położył swój pakunek na zabłoconej drodze i cofnął się dwa kroki, uważając na tego z tyłu. Kiedy pochylili się nad paczką, szybkim krokiem oddalił się za najbliższy winkiel schodząc im z oczu. – No to sobie pohandlowałem – pomyślał – mogłem pójść inną drogą, a tak ziemniaki przepadły. Zrezygnowany poszedł na targ z pustymi rękami.

Spotkanemu znajomemu Bazylemu Hopejowi opowiedział swoją przygodę. Bazyli zawsze był lepiej zorientowany niż inni, dlatego Bonifacy podświadomie oczekiwał jakiejś rady na swoje zmartwienie. I nie pomylił się.

– Sprawę trzeba zgłosić na policję – poważnie rzekł Bazyl.

– Czyżby policja jeszcze działała – z niedowierzaniem spytał Bonifacy.

– Właściwie nigdy nie przestali funkcjonować. Można powiedzieć, że tylko się przyczaili. Benzyny nie mają to radiowozem nie wyjeżdżają, ale pełnią dyżury na komendzie po trzech ludzi. Jeszcze na początku brali do pomocy starego Zenka Podrabka, co w wojsku był radiotelegrafistą, bo meldunki dostawali i wysyłali alfabetem Morsa, a wiesz, ci młodzi nie umieli. A teraz podobno uruchomili dalekopis, więc mają łatwiejszy kontakt z naczelstwem we Wrocławiu, a nawet w Warszawie.

Informacje Bazyla rzeczywiście były prawdziwe. Zgłoszenie zostało przyjęte, jednak wielkich nadziei na odzyskanie zegara nie dano. Dyżurny policjant stwierdził, że odkąd uciekli skazani z tutejszego więzienia rabunki są na porządku dziennym. Uciekinierzy utworzyli bandy nawet po kilkadziesiąt osób, więc miejscowa policja bez wsparcia z innych jednostek nawet nie próbuje ich ścigać. Nawet komenda tutejsza była kilkanaście razy atakowała po nocach przez pijanych kryminalistów. Dopiero kiedy odstrzelono kilku to się trochę uspokoili.

Wróciwszy z powrotem na targ kręcili się z Bazylem praktycznie bez celu, bo na wymianę nic nie mieli. Targ był olbrzymi. Przestrzeń handlowa zajmowała nie tylko dawny plac, ale zaanektowana została także ulica oraz parking po drugiej stronie ulicy. Handlowano wszystkim, jednak żywność była uprzywilejowana. Były produkty pochodzenia wiejskiego: mleko, masło, jajka, świeże i wędzone mięso, kartofle, zboże niezmielone, ale też grubo zmielone na mąkę na wyciągniętych z lamusa kamiennych żarnach, były owoce, warzywa i wszystko, co można wyhodować łącznie z żywym drobiem i prosiakami. Ale były też produkty przetworzone w czasach sprzed kataklizmu, lekarstwa z rozbitych aptek, artykuły przemysłowe oraz żywność o długiej ważności, jak konserwy, marynaty, słodycze i inne… Zapewne zrabowane z marketów. Tym handlowali miastowe cwaniaczki i tutaj było najwięcej ochroniarzy. Handlujący opłacali ochroniarzy, żeby nie być ograbionym przez kryminalistów. Ci jednak zaczajali się na drogach dojazdowych i tam coraz częściej atakowali.

Najbardziej poszukiwanym towarem były paliwa i one też były najdroższe. Benzyna, ropa, nafta, gaz, mazut, w beczkach, kankach i w butlach stały tuż przy stawie. Takie było zarządzenie burmistrza, gdyż jako najbardziej palne musiały znajdować się dla bezpieczeństwa obok zbiornika wody.

Targ to miejsce, gdzie byli wszyscy. Teraz on był sercem miasta. Tu władze miasta pobierały podatek placowy, strażnicy uzbrojeni przez burmistrza w broń gazową i dwa karabiny przydzielone przez wojsko dla miasta, skutecznie odstraszały wszelkie bandy. Jednak rada miejska była świadoma, że ruch ten będzie stopniowo wygasał, kiedy mieszczanom skończą się rzeczy, za którymi tęsknią wieśniacy. Już teraz widać było niechęć wsi do byle szmat i gratów, szukali czegoś naprawdę cennego i potrzebnego. Dlatego coraz większa grupa ludzi z miasta cierpiała głód. Ludzie niemajętni i starcy umierali tuzinami. Ksiądz przychodził wtedy, gdy zmarłych było co najmniej dziesięciu, gdyż tylko wtedy biedne rodziny mogły kupić kurę lub chociażby bochen chleba i tym zapłacić za posługę kapłańską.

Wtedy też kręcąc się bez celu pomiędzy straganami Bonifacy po raz pierwszy spotkał się z czymś dziwnym, mianowicie z partią o nazwie NN. Dziwne było to, że w ogóle jakaś partia się ujawniała. Przecież od katastrofy nie było słychać o jakiejkolwiek działalności politycznej. Nagle dało się słyszeć jazgot megafonu dobiegający z nadjeżdżającego samochodu. Ludzie rozstępowali się, żeby zrobić miejsce rzadkiemu pojazdowi. Megafon z auta skrzeczał coś, czego Bonifacy nie mógł zrozumieć, ale na dachu auta widniał wielki transparent „GŁOSUJ NA PARTIĘ NN”.

*

Wybory miały się odbyć jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Żeby ludzie mogli dostać się do lokali wyborczych, nieraz z daleko oddalonych wsi, zdecydowano, że potrwają trzy dni od 15 do 17 grudnia. Część partii protestowała, że jest obawa fałszerstwa. Bo jak skutecznie pilnować urn przez tak długi czas. Jednak decydującym argumentem była ogólna niechęć ludności do głosowania. Przypuszczano, że przedłużony czas głosowania przyciągnie więcej głosujących.

Program wszystkich partii był prawie taki sam – przywrócenie działalności państwa. Ale tylko nowa partia zapewniała w swoim programie wyborczym dostawę prądu w ciągu miesiąca od utworzenia przez nią rządu. Wszystkie inne również to obiecywały, ale raczej w perspektywie półrocznej, a te bardziej konserwatywne nawet w dłuższym czasie. A wszystkie razem wyśmiewali nierealistyczne obiecanki partii NN.

Tymczasem tuż przed wyborami pojawiły się w wielu miastach wielkie TIR-y. Zaparkowały obok punktów wyborczych, a w ostatnim dniu przed głosowaniem pojawiły się na nich wielkie banery z logo partii NN. To samo wydarzyło się niedaleko mieszkania Bonifacego. Szkoła, gdzie mieścił się lokal wyborczy była widoczna z jego okien, a ciężarówka stała obok szkoły. Wielki kolorowy plakat dominował na tle ogólnej szarzyzny. Plakaty innych partii, te nędzne samoróby, nawet do pięt nie dorastały profesjonalnym banerom nowej siły politycznej. Spekulacjom co też zawierają ciężarówki i w ogóle skąd przyjechały i po co, wprost nie było końca. Jedno było pewne ładunek był cenny, bo ochrona była liczna i dobrze uzbrojona w broń automatyczną.

Bomba wybuchła w dniu wyborów. Ci, którzy z samego rana wrócili z głosowania przynieśli do domów wędzone szynki albo wódkę. Przed lokalami w ciągu godziny ustawiły się gigantyczne kolejki. Najstarsi ludzie nie widzieli takiego szturmu do lokali wyborczych. Powód był jeden szynka albo litr wódki, za głos na partię NN.

Następstwem tego przekupstwa było zwycięstwo Partii Najlepsi z Najlepszych. Jeszcze tylko dwie partie osiągnęły próg wyborczy, lecz nawet gdyby połączyły siły realnie się nie liczyły. Sukces NN był porażający 88% posłów w parlamencie. Całą władzę w kraju to znaczy rząd, prezydenta i większość konstytucyjną w parlamencie osiągnęła siła, o której nikt nic nie wiedział.

*

Zebranie było tajne, nie dziwiło więc, że część uczestników była zamaskowana. Kobiety poowijały się chustkami i mimo wieczornej pory pozakładały ciemne okulary. Natomiast niektórzy z mężczyzn oprócz okularów nasunęli kaptury, jednak większość wystąpiła z otwartą przyłbicą. Przewodniczący – grubasek w średnim wieku stwierdził, że nie ma się czego bać, bo sala została przebadana na obecność kamer i podsłuchów przez najlepszych fachowców. Oczywiście słuchacze nie zareagowali na zapewnienia przewodniczącego, który nie zrażony kontynuował.

– Koleżanki i koledzy poprosiłem o największą dyskrecję, bo sprawa, o której będziemy dyskutować, jest nie tylko ryzykowna, ale może zostać potraktowana jako zamach stanu. Co jak wszystkim wiadomo jest karane najwyższymi wyrokami. Więc jeżeli jest ktoś niezdecydowany może opuścić nasze zebranie. Jest to właściwie ostatnia szansa, bo później nie będzie odwrotu. Po wyjawieniu planu wycofanie się zostanie potraktowane jako zdrada, a wiecie jak się karze zdrajców! – potoczył wzrokiem po audytorium, czekając na reakcję, jednak nikt nie opuścił Sali.

– Jeżeli wszyscy jesteśmy zdeterminowani do działania przystępuję do rzeczy. Otóż stoi przed nami szansa bezkrwawego przejęcia władzy. Powszechnie wiadomo jakie są rankingi oraz krótko i długoterminowe przewidywania polityczne w naszym kraju. Jednak dla przypomnienia je przytoczę: według wiarygodnych danych szansa przejęcia władzy przez naszą partię, w ciągu najbliższych 10 lat wynosi 15 % czyli krótko mówiąc jest niewielka. Jednak pojawiła się okoliczność, która znacznie zaburza te spekulacje i jeżeli ją należycie wykorzystać w ciągu kilku miesięcy ten stosunek będzie dla nas znacznie korzystniejszy. Proszę profesora Ksawerego Pingwina o naświetlenie tej nadzwyczajnej okoliczności.

Profesor Pingwin był wysokim chudzielcem z siwą brodą i w ogóle nie przypominał tego sympatycznego ptaka. Jeżeli szukać podobieństwa jego osoby w świecie zwierząt to najbardziej przypominał indyka. Mowa jego bardziej niż ludzką przypominała indycze gulganie. Jednak w środowisku uchodził za najlepszego fachowca, dlatego mimo tej wady pozostawał na stanowisku rektora w najbardziej prestiżowym w Polsce Instytucie Badań Kosmosu.

– Wiadomość jest taka, że trzy dni temu wzrosła aktywność słońca – bez wstępów zagulgotał profesor. – Wystąpiły wyjątkowo silne protuberancje i w związku z tym w ciągu siedmiu dni należy spodziewać się niszczącego wiatru słonecznego. Przewiduje się, że zniszczenia będą naprawdę duże, szczególnie w energetyce. Prawdopodobnie zniszczone zostaną wszystkie przekaźniki satelitarne i naziemne. Odbiorniki telewizyjne i komputery, jeżeli nie zostaną wyłączone też ulegną zniszczeniu. Nie będzie działała żadna łączność. Oczywiście wiadomym jest, że bez energii elektrycznej gospodarka stanie. Wszystkie zakłady zaprzestaną produkcji, czeka nas niewyobrażalna zapaść. Prawdopodobnie nie będzie możliwe wydobycie kopalin, nie będzie dostaw ropy i gazu, zapasy węgla skończą się w ciągu kilku tygodni, nie będzie możliwa produkcja żywności. Bez dostaw paliw transport ustanie. Dostawy wody również będą zakłócone, przecież praca pomp bez prądu nie będzie możliwa. Obawiam się, że nadchodzącej zimy nie przetrwa wielu ludzi, szczególnie w miastach, bo wieś sobie pewnie poradzi. To tyle, co do skutków czekającej nas katastrofy. Teraz najważniejsze – lakoniczne wiadomości o wzroście aktywności słońca zostały w mediach ogłoszone, ale o skutkach, jakie nas czekają z tego powodu, nikt nie odważył się poinformować – pewnie z obawy, że nastąpi panika. Zatem radźmy jak można się do tej katastrofy przygotować, żeby straty były jak najmniejsze.

– Dziękujemy profesorowi Pingwinowi – mikrofon przejął znów przewodniczący – i poprosimy profesora Eustachego Pasikurkę, byłego ministra gospodarki w rządzie premiera Ignacego Pankraca. – Profesor Pasikurka uchodził za mózg partii, a właściwie za połowę mózgu, bo drugą połówką był premier Pankrac. Dlatego nieżyczliwi mu koledzy mówili o nim półgłówek.

– Proponuję w niczym nie wyręczać i nie pomagać obecnemu rządowi. Im większe będą straty, tym lepiej dla nas. Czasu jest tak mało, że choćby pękli z niczym nie zdążą. Nasze działania muszą pójść w dwóch kierunkach. Po pierwsze trzeba uruchomić wszystkich naszych ludzi w terenie. Wykupić ile się da żywności, paliw, leków itd. Żeby nasze kadry przetrwały zimę. A właśnie, profesorze Pingwin, ile będzie trwała ta apokalipsa zanim uda się przywrócić prąd, łączność i transport? – zapytany naukowiec zagulgał coś, co udało się zrozumieć jego asystentowi, który powtórzył zrozumiałym językiem, że od kilku do kilkunastu miesięcy w zależności od wielkości zniszczeń i możliwości regeneracyjnych gospodarki.

– W takim razie – kontynuował Pasikurka – trzeba zabezpieczyć części zamienne do przekaźników radiowo-telewizyjnych, serwery oraz zapasowe transformatory lub ich wrażliwe elementy. Mówiąc o zabezpieczeniu mam na myśli ukrycie tych materiałów przed obecną rządową ekipą i ujawnienie ich po dojściu naszej partii do władzy. Drugim kierunkiem naszego działania powinno być odpowiednie propagowanie niedostatecznego przygotowania obecnego rządu na taką klęskę. Dopóki działają media musi być to cały czas podkreślane oraz to, że my zrobilibyśmy to lepiej. Myślę, że nasza ekipa naukowców na czele z prof. Pingwinem opracuje, co powinno zostać zrobione i jakie inwestycje podjęte, aby uchronić państwo przed działaniem wiatru słonecznego o takiej sile. I na tych wiadomościach będziemy bazowali w naszych wystąpieniach.

*

Prąd został włączony w trzecim miesiącu od powstania rządu. Kiedy zapaliły się żarówki w mieszkaniach ludzie pobiegli do odbiorników, żeby sprawdzić czy działają i odsłuchać wiadomości. U Bonifacego działało tylko radio, bo obydwa telewizory zniszczył ten przeklęty wiatr słoneczny. Expose premiera było nadawana w telewizji i w radiu w tym samym czasie. Premier Ignacy Pankrac zapewnił, że włączenie prądu odbyłoby się znacznie prędzej, ale ludzie związani z poprzednią władzą ukryli niezbędne podzespoły do uruchomienia elektrowni w nieoznakowanych magazynach i z trudem je odnaleziono. Bonifacy Kolenda słuchał go z zapartym tchem. Pankraca pamiętał z czasów, kiedy ten nie był premierem i nie miał o nim najlepszego zdania. Uważał, że facet jest karierowiczem i cwaniakiem, o rządzeniu państwem ma niewielkie pojęcie. Nie spodziewał się, że taki nieudacznik znajdzie się na czele nowej formacji politycznej. Jednak dopiero po przeanalizowaniu składu rady ministrów zdał sobie sprawę, że to nie żadna nowa partia tylko te same bęcwały, które doprowadziły Polskę na skraj przepaści, za ostatnich swoich rządów.

Jednak najciekawsze wiadomości dopiero czekały na ujawnienie. Kiedy po miesiącu ruszył internet okazało się, że ościenne państwa miały prąd już pół roku wcześniej. I wcale nie było to uwarunkowane względami technicznymi, bo oprócz państw zachodnich również Rosja, państwa bałtyckie, a nawet Ukraina i Białoruś od dawna powróciły do cywilizacji.

*

– Spotkaliśmy się na zamkniętym spotkaniu, by to, co powiem nie wyciekło do prasy, a przede wszystkim do wiadomości opozycji. – Zagaił premier Ignacy Pankrac. – Bo jak to oni, przekazaliby społeczeństwu wykoślawione informacje. Więc lepiej, aby zostały one tajne, zresztą ludzie w naszym kraju do pewnej wiedzy nie dorośli.

– Przechodząc do rzeczy chciałbym poinformować, o wynikach mojej wizyty w Berlinie. Otóż nasi przyjaciele zażądali za pomoc w przygotowaniu wyborów, które przyniosły naszej partii wiekopomne zwycięstwo, Śląska i Pomorza Zachodniego. Jednak dzięki wysiłkom negocjacyjnym naszej delegacji odstąpili od swoich postulatów i zadowolili się naszą propozycją. Tzn. zwolnienie firm niemieckich w Polsce od płacenia jakichkolwiek podatków po wsze czasy oraz roztoczenie nad naszym krajem opieki senioralnej. Pod jednym wszak warunkiem, że będzie ona zachowana w ścisłej tajemnicy. Zapewniono nas, że z ich strony dyskrecja będzie dochowana. Zgodziliśmy się również na kilka drobnych ustępstw, mianowicie: zamknięcie kopalń węgla na Śląsku oraz sprzedaż na warunkach preferencyjnych kontrolnych pakietów wszystkich dużych stoczni. Ponadto zgodziliśmy się sprzedać Lasy Państwowe, żeby zyskać solidny kapitał na wyprowadzenie kraju na prostą po obecnej zapaści. Niemcy ze swej strony obiecali dać pracę naszym ludziom przy wyrębie i transporcie drewna oraz wszelką pomoc przy usuwaniu skutków słonecznego wiatru. Na uwagę z naszej strony, że bez węgla nasz przemysł nie ruszy, zapewnili, że odstąpią nam część gazu z gazociągu Nord Stream 2. Tym sposobem pozbędziemy się smogu w naszych miastach i wypełnimy zalecenia Unii Europejskiej dotyczących ochrony środowiska. Tak więc wizytę możemy zaliczyć do naszych sukcesów.

*

Bonifacy Kolenda jechał rowerem do roboty. Lasy w pobliżu miasta zostały już wycięte, więc żeby dojechać na teren wyrębu musiał dymać dziewięć kilometrów. Auto sprzedał już po Wielkim Resecie, jak nazwano ponowne uruchomienie elektrowni. Zakład, w którym pracował już nie podjął produkcji, podobno został wykupiony przez zagraniczny kapitał. Żeby wyżywić rodzinę musiał sprzedać swoją skodę. Właściwie nie żałował, bo ceny benzyny tak skoczyły, że tak czy siak nie byłoby go na nią stać. Gdyby nie zmiana przepisów dokonana przez nowy rząd, Bonifacy za kilka miesięcy przeszedłby na emeryturę, a teraz miał jeszcze dziesięć lat ciężkiej roboty w lesie, o ile go nie zwolnią. Już teraz brygadzista krzywo patrzy na słabą pracę Bonifacego. A co będzie za rok, przecież sił coraz mniej. Przejeżdżając obok wysypiska śmieci spotkał starego kumpla Bazyla. Worek na jego plecach był pełen. Mimo wczesnej pory Bazyli wracał już do miasta. Bonifacy już dawno chciał pogadać z kolegą, więc korzystając ze spotkania zainteresował się obecną działalnością Bazyla.

– Widzisz stary ja już pewnie emerytury nie dożyję. Wiesz cukrzyca, nadciśnienie, a do lekarza się nie dostaniesz. Do ciężkiej pracy się nie nadaję a żyć trzeba, więc zmieniłem branżę i zbieram surowce wtórne. Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, potrzebna jest miedź i aluminium albo na ten przykład makulatura na papier toaletowy, a ja i dziesiątki moich kolegów dostarczamy te dobra, aby dano tym śmieciom nowe życie.

– A co z poprzednią pracą, przecież ty byleś urzędnikiem w ratuszu?

– Wczoraj urzędnik, dziś śmieciarz – takie życie. Po wyborach nastał nowy burmistrz i powywalał starych. – Teraz inne czasy nastały, trzeba znać języki, znać dyplomację, to zadanie dla młodych – powiedział – dał jaką taką odprawę i fora ze dwora. Teraz na moim stanowisku pracuje dwóch młodych i jeszcze sekretarkę mają. – Uśmiechnął się gorzko.

– A z tych surowców dajesz radę wyżyć? – spytał Bonifacy.

– Zarobek jest, tyle, że trzeba się dzielić z opiekunami. – wskazał głową gdzieś za siebie.

– Z jakimi opiekunami?

– Z takimi samymi, co ci zegar zrabowali. – Skrzywił się Bazyl.

– Powiedz mi Bazyl, jak to się stało, że ci bandyci pozostali na wolności? Moim brygadzistą jest też kryminalista. Jak to możliwe, żeby te kanalie były teraz nad nami?– zapienił się Bonifacy.

– Z chęcią odpowiem na twoje pytanie, otóż jak pamiętasz zaraz po tym całym Resecie ogłoszono amnestię, a specjalna komisja poprzydzielała złodziei i bandytów do różnych prac, w celu resocjalizacji. Więc się resocjalizują na naszym grzbiecie.

– Niech szlag trafi partię NN i taki świat, gdzie kryminalista rządzi i nawet słońce jest przeciw nam. Ty zbierając śmieci, musisz płacić haracz bandytom, a ja tyram pod nadzorem bandyty wycinając polski las dla Niemca.

– Masz rację. Niech szlag trafi oszustów z NN. Ale czasem sobie myślę, czy to nie jest zemsta słońca, za to, że przestaliśmy je czcić jako boga.

– Teraz naszymi bogami są te gnoje, co kupili nas za szynkę i litr gorzały – obaj splunęli w pył drogi. Podali sobie ręce i odeszli każdy swoją drogą. Jeden do roboty ponad siły, a drugi sprzedać zebrane nad ranem śmieci. Obaj przekonani o niesprawiedliwości jaka ich spotkała. Obaj przekonani, że nie dożyją do emerytury, którą mądrale z NN przesunęli w odległą przyszłość. Jednak zdeterminowani dożyć do następnych wyborów, żeby odwołać swój błąd i partię oszustów, którą przywiał przeklęty słoneczny wiatr.

Wrzesień, październik 2018