Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Herclijja. Miałam przyjaciółkę w Warszawskim Getcie

Halina Birenbaum

Olga Boznańska – Dziewczynka z chryzantemami

 

miałam przyjaciółkę w getcie warszawskim
czarnowłosą wysoką dziewczynkę
o śniadej cerze
mądrzejszą ode mnie, ładniejszą –

mieszkałyśmy w przyległych pokojach
na Nowolipiu pod numerem 30
na krótko przed likwidacją getta
– nieraz w kryjówkach
podczas wściekłych łapanek
zatapiałyśmy cierpienia w czytaniu
czasem, w nieliczne wieczory spokojne
pisałyśmy –

pewnego razu postanowiłyśmy
zmierzyć się
kto napisze lepsze wypracowanie
temat: „nasze życie w getcie”
sędziowie: dorośli domownicy
nasze mamy, moja bratowa
i jej ciocia z wyższym wykształceniem

moja przyjaciółka napisała o swym proteście
o żarliwym marzeniu
zemsty strasznej
o cudzie nowej potęgi żydowskiej
która stanie się niezbitym faktem!
ja opisałam prawdziwy obraz, ponury
o tym co widziałam wokół siebie
bez żadnych dodatków upiększeń
bez iluzji czy
gorszych przepowiedni
również w fantazjach nie byłam mocna
jak ona
jedynie wierna faktom, rzeczywistości

moje wypracowanie uznano za lepsze
przyjaciółka przegrała… nie tylko w pisaniu
zginęła wraz z całą rodziną w Treblince
została spalona doszczętnie
i jej górne marzenia
a ja wciąż trwam w ponurych opisach
i będę trwać w nich aż do końca swych lat
nie ma na to rady –


Dodaj komentarz

Herclijja. Nie jestem pewna

Halina Birenbaum

Halina Birenbaum z podrzutkiem

jak kartka po kartce

nie zawsze kartki są równe
składne czyste
nie zawsze pisanie „wychodzi”
słowa wyrażają
zdarza się że
treść jest jałowa błędy
nie zawsze poprawki akurat
polepszają
zostawiają luki mylą psują
i takie jest również
jak kartka po kartce
– życie samo

20 grudnia 1982

Wcale nie jestem pewna czy moje opowiadania spodobają się komuś, czy mnie samej spodobają się – czy ktokolwiek zechce czytać je kiedyś? Piętrzą się zapisane kartki na różne tematy bez wyznaczonego planu i porządku… Tak tylko, co podyktuje chwila, przypadkowa myśl, wrażenie – humory. Kto wie, co będę sama czuła, gdy kiedyś przeczytam te zapiski? Gdy jeszcze inni powiedzą „swoje” o nich? Nie będzie to łatwe. Może wtedy przeklnę to pisanie lub zapłaczę nad nim? Ale pewnym jest, że nie wycofam się z niczego, niczego nie wykreślę. I jeszcze jedno jest absolutnie pewne: moim kotkom sprawiają one przyjemność…

Kotki lubią te piętrzące się warstwy papieru na stole. Rozkładają się na nich wygodnie, przypatrują mi się z zadowoleniem, ufnością, z admiracją niemal – i spokojnie zasypiają. Jest im miękko i dobrze na tych kartkach. Ich treść nie przeszkadza im… Mnie jest także dobrze obserwować je, wpajać w siebie ich błogi spokój. Może ten spokój wywodzi się właśnie z treści zawartej z tych kartek?

Kotki nie dadzą mi odpowiedzi na te dręczące pytania. Spoglądają tylko na mnie w ciszy z miłością. Jest im miło, gdy siedzę obok nich i piszę. Nie troszczą się o to, co zawierają moje papiery. Najważniejsze, że im się przydają!

Grzeję się ciepłem tych stworzeń tulących się do mnie i do mojego zimnego, martwego papieru, który mnie pochłania. Jeżeli odłożę długopis i wstanę od stołu, one ulotnią się spłoszone. Jakby chciały, żeby tempo mojej pracy trwało – żebym pisała…

Wiec może to nieważne wcale czy te opowiadania spodobają czy nie, czy ktoś je zechce czytać lub nie zechce? Jest w nich moje życie – czyż musi się ono wszystkim podobać?!

24.06.1982

Opowiadam gdyż chcę

opowiadam o dalekiej przeszłości nie dlatego
że utkwiłam w niej
nie dlatego że muszę
referowanie o Zagładzie nie jest moją profesją
ani moją intencją żyć bez kresu w żałobie
– ja również pragnę dobrze żyć ale
to znaczy dla mnie
pamiętać o prawdziwych wartościach
o Tych którzy byli!
kocham Dziś gdyż kochałam Wtedy
pamiętam przeszłość bo droga mi jest teraźniejszość
opowiadam dlatego że chcę utrwalić
ICH Pamięć!


Dodaj komentarz

Herclijja. Władysław Szlengel

Halina Birenbaum

 

Lata „potopu” w Shoah zostawiły we mnie niezliczone wspomnienia, lecz nie tylko o okropnościach. Wyniosłam stamtąd ludzkie wartości, miłość do ludzi, do życia, i miłość do wierszy poznanych na krawędzi śmierci; do ich autorów, którzy przez swe utwory dawali nam otuchę i pomagali żyć – pomagali iść na śmierć z poczuciem wiecznej wartości życia. Powstały z największej rozpaczy, ale też z głębi ludzkiego zrozumienia i wzniosłości, jakich doznaje się tylko w chwilach ostatecznych.

Najbardziej zapadły mi w pamięć wiersze Władysława Szlengla. Staram się nieustannie przekazywać ich treść i znaczenie swym bliskim oraz młodzieży, której opowiadam o tamtych czasach. Wiersze te z mojego dzieciństwa, z lat Zagłady, wracają do mnie niezwykłymi drogami, aż trudno uwierzyć, by mogło się to dziać w rzeczywistości. Wracają chyba po to właśnie, bym je mogła przekazać dalej, wraz z moim wzruszeniem i tęsknotą do tych, z którymi je razem czytałam Wtedy.

Przedziwne przypadki sprowadzają nie mniej spotkania z towarzyszami losu z tamtych dni, prowadzą nawet do nieznanych mi. Nazywam je „odkryciami archeologicznymi”. Zwracają wspomnienia przebytych doświadczeń, uwiarygodniają zdarzenia zacierane przez czas i w tym ich główne znaczenie.

Wiersze Szlengla czytano wieczorami w domach, w szopach, na placówkach, przekazywano ich odpisy z rąk do rąk, przekazywano ustnie. Pisane w getcie na gorąco, w palącym, piekielnym transie wydarzeń w ciągu tych lat – były żywym odzwierciedleniem naszych uczuć, myśli, pragnień, bólu i bezlitosnej walki o każdą chwilę życia. Ja je recytowałam w getcie na wieczorkach urządzanych w celu zebrania nieco pieniędzy na pomoc głodującym w naszym domu, na ulicach oraz wygnańcom z okolicznych miast i miasteczek, których liczba z każdym dniem potwornie wzrastała.

Miałam wtedy 12 lat. W styczniu 1943 roku – gdy już z przeszło pół miliona Żydów w getcie warszawskim pozostało tylko kilkadziesiąt tysięcy, w jakiś sposób dotarły do nas nowe odpisy kilku wierszy Szlengla. Z gorzkim przejęciem odczytała nam Hela moja 20-letnia bratowa Małą stację Treblinki i Obrachunek z Bogiem.

W każdej chwili Niemcy mogli walnąć w drzwi naszego mieszkania i wywlec nas do Treblinki… Spodziewaliśmy się tego bardziej, niż czegokolwiek na świecie. Mord hitlerowski szalał wszak na pełnych obrotach.

Szukam człowieka

Władysław Szlengel,
Nasz Przegląd 1938
(przywiezione do ówczesnej Palestyny
przez Firę Salańską)

kiedy byłem jeszcze bardzo młody
taki jeszcze młody że słońce chciałem chwytać
bo światło wolałem od łakoci
kazano mi mądre książki czytać
o pięknie przyrodzie i dobroci
o że to wszystko kryje serce człowieka
pytałem: gdzie jest CZŁOWIEK?
kazano mi czekać…
urosłem…
znam mapy książki gazety
depesze ze świata fotografie…
gdzieś tu musi być człowiek…
niestety… ja go znaleźć nie potrafię

idę ulicami wielkich miast
i nie zamykam zmęczonych powiek
w złocie słońca i w srebrze gwiazd
ulicami idę miast
i pytam: gdzie jest CZŁOWIEK?
i nie znajduję go:
ani w depeszach z butą pisanych
w programach mordu i przemocy
ni w oczach ludzi poniewieranych
ni w krzykach nagłych pośród nocy
ani w pięściach wzniesionych do nieba
ani w oczach gdy iskrzą się żądze
ani w tych szukających chleba
ani w dłoniach liczących pieniądze
ani w ustach kłamiących
ani w oczach płaczących
ani w układnych mowach dyplomatów
ani w tekstach brunatnych plakatów
ani w pluskwim peticie gazet
skomlących o ludziach duszonych gazem
ani w szperających w babki alkowach
ni w tych co biją starców po głowach

jest zwierz tropiony
jest myśliwy szalony
zdobywca kłamca głupiec
ofiara krzykacz kupiec
o lis i cham i faktor
i płaz i gad i marny aktor
i bity i zdobyty i skopany
i ciało i mięso i rany
i beznadziejna droga daleka
i nigdzie nie mogę znaleźć CZŁOWIEKA!

Jak aktualnie i wymownie brzmiały wtedy Jego słowa! Zapamiętałam ich treść, atmosferę i ton oraz wygląd pokoju na Nowolipiu 30 w bloku Schulza, gdzie Żydzi musieli szyć mundury i futra dla żołnierzy niemieckich, aby otrzymać „Lebensrecht” – prawo do życia. Wsączyły mi się chyba w krew wraz ze strachem przed czyhająca zewsząd śmiercią i ta cała, niewypowiedziana męka! Stały się częścią mnie samej.

Po raz ostatni w getcie słyszałam wiersz Szlengla wraz z matką, bratem i bratową (ojca i większość krewnych wywlekli wcześniej do Treblinki), czytany z pasją i przedziwną satysfakcją przez młodszego z moich braci.

Chilek miał wtedy dwadzieścia lat, jak Hela, z którą się pobrał po zabraniu jej rodziców do Treblinki z „kotła” na Miłej. Był to wiersz Kontratak. Dzień przed wybuchem powstania w getcie, kilka godzin przed zejściem pod ziemię do bunkra na Miłej 3.

Staliśmy przed jakimś opustoszałym mieszkaniem razem z kilkoma kolegami Chilka. Chłopcy słuchali wiersza, podrzucając karabiny w górę, jakby to były zabawki. Panowała jakaś inna atmosfera i ton owego kwietniowego dnia. Przedziwna dojrzałość, nagła wiara w tej beznadziejności, nieszczęsna radość ludzi nie mających niczego więcej, prócz nędznego życia, które lada moment zostanie im wydarte. Mogą czegoś jeszcze dokonać!

I nagle, po latach natknęłam się w Izraelu na tomik Co czytałem umarłym, Władysława Szlengla. Rzuciłam okiem na okładkę i – zadrżałam!

Zaczęłam sprawdzać i szukać gorączkowo „moich” znajomych wierszy. Odnajdywałam jedne po drugich, jak adresy domów, w których kiedyś żyliśmy, jak twarze drogich ludzi, nie widzianych już nigdy więcej. Wzruszona odczytywałam znane, wryte w serce słowa – mimo woli od razu po hebrajsku na głos, żeby zdumieni ludzie, którzy mnie otoczyli, zaciekawieni moim nagłym wzburzeniem, pojęli czym są dla mnie te wiersze, co mnie tak porwało.

Tylko Obrachunku z Bogiem nie znalazłam. Ale pod koniec książki pisze Irena Maciejewska, że w zapiskach historyka getta Ringelbluma jest mowa o wierszu Obrachunek z Bogiem lecz rękopis nie zachował się. Jednak przytacza zwrotkę, która jest przypuszczalnie, według redakcji, częścią tego wiersza albo innego o podobnej treści pt. Już czas. Nie zdołano rozstrzygnąć.

Czytając te słowa, krew uderzyła mi do głowy. Znów siedziałam w na wpół martwym pokoju na Nowolipiu 30, czekając na nieunikniona wybiórkę – Hela, moja bratowa, czyta Obrachunek z Bogiem (właśnie ta pierwsza zwrotka znajduje się w tomiku Maciejewskiej) i kończy wiersz, tymi mniej więcej słowami: … Uciemiężaliśmy ciało … wypełnialiśmy twe nakazy … i co nam w zamian dajesz – ten blok, ten szop, Treblinkę? … kazałeś nam pościć, pościliśmy, kazałeś modlić się, modliliśmy się … i czego jeszcze chcesz, by pod pruski idąc gaz jak w testament powiedzieć Tobie Amen?

Dzięki swej pamięci odnalazłam ręczny odpis tego wiersza u nieznajomego w Hajfie, którego treść podałam do Gazety Nowiny Kurier w Tel Avivie.

W naszym obecnym stuleciu Internet umożliwia w cudowny sposób odnaleźć, wskrzesić zaginione szczątki poprzez dale czasu i także dale geograficzne, by poukładać je znów.

W tym samym czasie, lata 80te, w dalekiej Kanadzie poszukiwał dr. John Nowak, jak ja, zainteresowanych tłumaczeniem utworów W. Szlengla i wydania ich w języku angielskim. Dotarł do linku, w którym ja walczyłam uparcie o swoje tłumaczenie Szlengla na hebrajski… Wiersze te pozostały w pamięci i sercu małego Jasia i jego Matki z 1942/3, roku, były im niezmiernie drogie. To one nas połączyły z Tel Avivu do Montrealu. Zrodziły naszą serdeczną przyjaźń.

Ale nie tylko wiersze Szlengla, co się później okazało z naszej intensywnej, szczerej korespondencji, były to zwłaszcza wspólne losy w warszawskim getcie, w szopach Schulca na Nowolipiu, gdzie jako niedozwolone do życia dzieci żydowskie, przyszywaliśmy ukryci pod stołem guziki do mundurów esesmańskich, przeżywaliśmy śmiertelny strach podczas wielkiej selekcji w „Kotle na Miłej” 6 września 1942 roku, nie mając numerków życia – Lebensrecht…

Odnaleźliśmy się – i rozpoznali.