Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Krośnice (część druga)

Andrzej Dobrski

Vincent van Gogh – Szpital w Arles

 

Pierwszą część artykułu można przeczytać tutaj: Krośnice (część pierwsza)

…Nie jestem w stanie powiedzieć, jak było na innych grupach, ale można założyć, że tak samo. Idiotyczna dyscyplina z kajetem w garści, w którym oceniano zakres ciszy podczas stania, postawę i uległość w wykonaniu poleceń.

Byłem parokrotnie wzywany do doktora Kunze na tzw. okresowe wizyty. Lekarz ten zorientował się, że dzięki jego „opiece” mam uszkodzoną wymowę. Bardzo się jąkałem. Do tej pory mam tę przypadłość wyniesioną z Krośnic.

Wysyłano mnie do logopedy. Pokój do ćwiczeń mieścił się obok sali zabiegowej (był to gabinet lekarza Olszewskiego). Niedaleko był gabinet zabiegowy, w którym przebywały pielęgniarki oraz pokój Kunzego z tą maszyną. Było dla mnie katorgą przychodzenie do logopedy nie ze względu na ćwiczenia, a dlatego, by nie natknąć się na doktora Kunze.

Samo zejście na dół, w tę okolicę powodowało we mnie pocenie się i świąd skóry. Potrafiłem poza własną kontrolą podrapać się do krwi. W niektórych wypadkach dostawałem biegunki i torsji ze zdenerwowania, szczególnie dzień, dwa po zabiegu, gdy musiałem zejść na dół. Bałem się.

Byłem przerażony udając się w okolicę zabiegowego. Pielęgniarki wykonywały polecenia lekarzy. Nie było w tym nic osobistego. Dostawały polecenia i wykonywały je, nie zastanawiając się nad sensem tego, co robią. Pamiętam, była tam korpulentna pielęgniarka, czarna, ładna, na nazwisko miała bodajże, Pośpiech. Oddziałową omijałem. Było w niej coś, co wywoływało niepokój.

Chwil radości z Krośnic nie pamiętam. Były to chyba tylko te, gdy Mama przyjeżdżała. Była zapracowana. Z Warszawy do Krośnic daleka droga. Za pierwszym razem Kunze musiał użyć solidnych argumentów, bym dalej w Krośnicach przebywał. Za drugim Mama zabrała mnie. Była przerażona moim stanem. Prawie nie mówiłem, tylko bełkotałem. Kunze powiedział, że wyjdę z tego jąkania. Powiedział nawet, że ja już z jąkaniem do Krośnic przyjechałem. Było to oczywiste kłamstwo, bowiem w szkole z języka polskiego i z czytania, byłem jednym z pierwszych. Matka zabrała mnie stamtąd ze łzami w oczach.

Szkoła w Krośnicach była …nijaka. Mało chodziłem do szkoły, gdyż więcej przebywałem na „terapiach” medycznych. Zastrzykami faszerowano mnie, dużo i boleśnie. Na pośladkach miałem zrosty o ciemnej barwie. Przy nakłuciu, skóra trzeszczała. Niektóre dzieci miały zapalenie ropne w miejscach iniekcji. Mi robiono kompresy z maści ichtiolowej. Mam pośladki skłute do chwili obecnej, mimo że są już zabliźnione, uszkodzenia skóry są widoczne.

Chodziliśmy ubrani w dresy. Z reguły były one w jednolitej barwie. Nie pamiętam, bym miał z ubrania coś swojego. Była to swoista „uraniłowka”, niczym nie uzasadniona. Nie można było mieć pieniędzy. Obrót „finansowy” był tylko w wyznaczonym punkcie, w sklepiku-kawiarence na Zamku, obok izby przyjęć, lecz bezgotówkowy. Pieniądze zamieniano na bony papierowe z wymienioną kwotą. Niektórym dzieciom rodzice zostawiali jakieś kwoty, ale podczas wykrycia ich posiadania, pieniądze były konfiskowane. Nie mówię, że wszyscy tak robili, lecz często pieniądze te lądowały w kieszeni zabierającego. Nie były wpłacane na konto, lecz przywłaszczane.

Samemu nie wolno było opuszczać pawilonu pod groźbą kary złożonej z w/w zabiegów. Topy, zastrzyki, unieruchomienie na 2 tyg. w sali chorych. Pamiętam, że przed pawilonem VIII (obok była siódemka) był zadbany plac pełen zieleni, a pośrodku postawiona była długa, metalowa pergola na której rosły róże. Każde moje samowolne opuszczenie pawilonu wiązało się z przykrymi konsekwencjami, wiadomymi w skutkach.

Czasem wychodziliśmy całą grupą lub wychowawca brał dyżur za kolegę w zastępstwie i wtedy szło się w dwie grupy pochodzić. Z reguły zawsze chodziliśmy nad krośnickie jeziora, bardzo piękne zresztą. Jeden raz tylko byłem na boisku przy drodze do Wierzchowic, bo była jakaś spartakiada. Grali starsi chłopcy i wychowawcy. Pamiętam jednego, młodego wychowawcę, Giza miał na nazwisko. „Smalił cholewki” do naszej wychowawczyni, Eli Płaziuk i było to widoczne. Facet był sympatyczny. Może tak uważałem, bo nie znałem go jako mojego wychowawcy. Z tych wyjść grupowych poznałem nieco okolicę. Mam bardzo dobrą orientację w terenie, więc zdecydowanie byłem za opuszczeniem tego „uzdrowiska”.

Uciekałem 4 lub 5 razy. Raz zatrzymano mnie na szosie milickiej. Był deszcz. Ja cały mokry dałem się złapać. Zabrała mnie sanatoryjna karetka. Koniec tej eskapady był wiadomy. Topy i zastrzyki. Innym razem zatrzymano mnie w miejscowości Łazy. Następnym razem, na piechotę udałem się w stronę Krotoszyna. Zatrzymano mnie w Sulmierzycach lub Skalmierzycach. Byłem bardzo zdeterminowany. Ostatni raz uciekłem z sali chorych, w trakcie „kuracji”. Nie dałem rady psychicznie. Niedługo po tym, przyjechała Matka i mnie zabrała.

Nie mogę powiedzieć, że byłem bity. Nie. Nie bito nas. Może były jakieś odosobnione przypadki, ale mnie nic takiego nie spotkało. Tylko z tym Bieroniem alias Bieruniem miałem kilka razy nieprzyjemność. Powiem inaczej. Atmosfera pawilonu, zimno emocjonalne, rozłąka przy jednoczesnym stałym napięciu wywołanym przez zagrożenie znalezienia się na izbie chorych lub w gabinecie Kunzego była nie do zniesienia. Reżim ocen, stałe unikanie „wpadnięcia w oko” wychowawcy lub komuś z personelu było bardziej wyczerpujące psychicznie, niż jakiś kontakt z pięścią. Stagnacja. Powolne oczekiwanie na coś nieuchronnego. Przykrego i sprzecznego z dziecięcą naturą.

Uważam, że Państwo wiedziało o tym, do jakich ekscesów medycznych dochodzi w Krośnicach. Sknocono mi w ten sposób życie. 3 lata po Krośnicach znalazłem się w zakładach poprawczych na 4,5 roku. Czułem, że jest ze mną coś nie tak. Zacząłem starać się kontrolować swoje zachowanie, zmuszać się do postaw normalnych. Pożądanych. Nie miałem jako takiego wzorca osobowego. Reagowałem na wyrost. Byłem agresywny. W końcu popadłem w narkotyki. Brałem do 1987 roku.

Pracowałem nad sobą. Przestałem palić (paliłem kompulsywnie, do 3 paczek dziennie), przestałem ćpać, alkoholu nie piłem nigdy. Przestałem reagować histerycznie na zjawiska występujące w życiu. Uspokoiłem się duchowo, wypoziomowałem. Ale Krośnice wycisnęły na mnie gorące piętno.

Uważam, że Państwo powinno ujawnić dramat krośnicki. Wiem, że nie jestem sam, że takich jak ja jest wielu. Może ktoś nie chce wracać do tego przez wyparcie. Nie wiem… Ja nie zapomniałem.

Jak trafiłem na wasz artykuł i na Waszą redakcję? Przyśniło mi się (mam 63 lata), że jestem w Krośnicach. Jako dorosły mężczyzna!!! I w tym śnie czułem się bardzo samotny i bezradny, jak wtedy. Nad ranem usiadłem do komputera. zacząłem przeglądać strony na temat Krośnic. Dotarłem do strony www.naszekrosnice.fora.pl, potem Wasz artykuł. Jestem sobie winien rozrachunek z niechcianą przeszłością. Zamierzam dotrzeć do innych ludzi z tamtych lat i z tego miejsca. Mam na myśli pozew zbiorowy. Chcę wiedzieć, dlaczego nam to zrobiono, czemu nas krzywdzono, skazano na strach i osamotnienie. Ktoś powinien z tego zdać relację publicznie. Niektórym z nas należą się odszkodowania.

Nie wiem, lecz jestem przekonany, że pneumoencefalografia spowodowała m.in. to, że jestem chory neurologicznie. Mam stwierdzone neurologiczne zmiany w mózgu (zachwiania równowagi, pisk w głowie, odrętwienie palców w dłoniach i stopach). Mam stopień znaczny inwalidztwa na stałe. Wymagam obecnie pomocy osób trzecich do egzystencji. Intelektualnie mnie to nie upośledza, ale socjalnie.

Kunze stwierdził u mnie encefalopatię i organiczne uszkodzenie układu nerwowego (OUN), gdy miałem 11 lat, więc inwalidztwo wystąpiło przed ukończeniem 15 roku życia. Niestety, lekarze nie mogą ustalić czasu wystąpienia inwalidztwa.

Mam syna. Też ma, jak i ja, ADHD. Różnica między nami polega na tym, że on miał ciepły, pełny miłości dom i brak tego rodzaju doświadczeń.


Dodaj komentarz

Krośnice (część pierwsza)

Uwaga od Redakcji:

Tekst ten nawiązuje do artykułu Jarosława Dubiela pt. „Pneumoencefalografia. Zapomniane ofiary komunistycznej psychiatrii”, który ukazał się na naszej witrynie cztery lata temu, a jego treścią są wspomnienia ofiary tych nieludzkich eksperymentów.

Vincent van Gogh – Szpital w Arles

Andrzej Dobrski

W Krośnicach znalazłem się przez interwencję Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Warszawie. Pochodzę z rozbitej rodziny. Wychowywały mnie Babcia i Mama. Byłem bardzo nadpobudliwy, w szkole miałem negatywne zachowanie nawet wbrew własnym staraniom. Myślę, że gdyby w promieniu 100 kilometrowym ode mnie znalazło się gówno, ja bym w nie wlazł.

Przyjechaliśmy do Krośnic nad ranem w I poł. listopada 1967 roku. Do kurortu trzeba było iść ok. 4 km. Do ok 7-8 h rano siedzieliśmy w otwartej na noc izbie przyjęć, potem skierowano mnie na VIII pawilon i zostałem przydzielony do IX grupy. Była ona liczebnie największa, a prowadził ją niejaki Bieroń lub Bieruń, starszy gość, o dość niecierpliwym usposobieniu do dzieci.

Byliśmy dziećmi. Ja miałem 10 – 11 lat. (Był 1967 rok, a ja jestem z listopada 1957.) Dziecko pamięta głównie złe rzeczy jakie go spotkały. Szczególnie, gdy złych było więcej, niż tych dobrych. Byłem pierwszy raz poza domem, sam. Pamiętam wielką samotność i pustkę. Nie pojmowałem relatywnie właściwych powodów dla jakich się znalazłem w Krośnicach. Dla mnie było to, jak oddanie psa do schroniska. Zdrada uczuć i zachwianie całej stabilności jaką zapewniał mi dom.

Zbliżał się czas akademii ku czci wodza rewolucji. Ja przyjechałem w samą gorączkę przygotowań. Z Bieroniem miałem wtedy, jako nowo przybyły, kilka starć. Byłem ciągnięty przez niego za uszy i podbródek. Za uszy podnosił mnie kilka razy do góry, więc mi je naderwał od dołu. Pielęgniarki znały pochodzenie tego typu uszkodzeń, lecz nie reagowały. Stosowały tylko zasypkę pabiamidową i na tym się kończyło.

Pozostałe dzieciaki ostrzegały mnie słowami – „Nie zwracaj na siebie uwagi, bo pójdziesz na topy”. Pytałem więc, co to jest. Powiedziano mi, że jest to rażenie prądem. Że w gabinecie Kunzego (pokój przylegający do zabiegowego) stoi piekielna maszyna z gałkami i że niegrzecznych 2-3 razy w tygodniu prowadzą do tego gabinetu. Przy zabiegowym znajdowała się sala dla tych, wobec których stosowano iniekcje. Sala ta posiadała wielkie okno w celu obserwacji pacjentów. Kiedyś Kunze „przypalił” mnie, jak usilnie zaglądałem przez szparę w drzwiach. Nie zwrócił na mnie uwagi, tylko rzucił parę słów, coś w sensie „Gdy jestem taki ciekawy, to może dojść do spotkania się z tą maszyną”- taki był sens…

Sypialnię mieliśmy potężną. Obok świetlicy IX grupy. Moją szczególną uwagę zwrócił nieznośny odór moczu dobiegający mnie, mimo że sala była czysta, bo chłopcy mieli dyżury. Dostrzegłem jeszcze coś, co mną wstrząsnęło. Przed ciszą nocną, kilku chłopców położywszy się do łóżek, kręciło głowami w lewo i prawo, poza własną kontrolą. Jakby wpadali w trans. Niektóry przy tym śpiewali… Inni, leżąc na brzuchu uderzali głową w poduszkę, mówili do siebie, lub uderzali, milcząc. Ja parę nocy przepłakałem.

Za zsikanie się do łóżka, (wielu to robiło), stosowano tzw. topy. Elektrowstrząsy, zwane zabiegami topelektrycznymi. Robiono to u dzieci z różnymi rozpoznaniami. I nie mi oceniać walor tego zabiegu. Wobec mnie stosowano te zabiegi bez uprzedniego zwiotczenia mięśni. Trzymano mnie siłą, zmuszając mnie do bierności. Wykręcano ręce i nogi, gdy walczyłem. A przede wszystkim, wobec oświadczeń lekarzy, była to KARA, nie leczenie. I jako KARĘ to odbierałem.

Poza topami, stosowano inne „metody lecznicze”, farmakologiczne. Byłem wielokrotnie poddawany zabiegom iniekcyjnym, złożonym z fenactilu, relanium, lub fenactilu ze spariną. Jedną z tzw. kuracji stosowanych wobec mnie, były iniekcje insulinowe (nigdy nie cierpiałem z powodu cukrzycy), aby wywołać wstrząs i śpiączkę insulinową. Bardzo mało pamiętam z takich zabiegów. Podawano nam przy tym do wypicia tzw. BLW (brom-luminal-waleriana). Nie miało to nic wspólnego z metodą blw stosowaną w pediatrii w celu nauczenia noworodka samodzielnego jedzenia.

Mieliśmy wszyscy po ponad 10 lat. Leżeliśmy po tym zamuleni strasznie. Budziłem się w dzień ze ślinotokiem. Nigdy. Podkreślam, NIGDY nie rozpoznano u mnie choroby psychicznej, tym bardziej schizofrenii. Terapie te trwały przeciętnie do 2 tygodni. Czasem dłużej, ale normą było 2 tyg. Nie wiem i nie rozumiem tego rodzaju „leczenia” aplikowanego dzieciom.

Miałem bardzo skłute zastrzykami pośladki. Zastrzyki walono 3x dziennie grubymi igłami. Podawano również w tym samym czasie zastrzyki z witaminy (B-12?), co było bardzo bolesne ze względu na jej oleistość.

Zadziwiające jest w tym wszystkim to, że cała przewrotność leczenia polegała na wywołaniu w tobie wymuszonych zachowań behawioralnych, przy zastosowaniu środków będących w obiegu leczniczym, zmuszeniu do poddania się tym zabiegom przy przekonaniu, że ty i twoje ciało tego potrzebujecie. Oficjalnie nikt się nie przyczepi, bo do czego?! Witamina jest legalna, a fakt, że wywołuje ból, to tylko efekt skutku ubocznego. W rzeczywistości jednak stosowano ją aby sprawić ci cierpienie. Byś wiedział, że jeśli nie będziesz cichy i pokorny, pójdziesz na zabiegi.

Stosowano celowe przedawkowywanie haloperydolu u dzieci NIE WYMAGAJĄCYCH tego leku. Po co? Skutkiem ubocznym działania haloperydolu są; drżenie, duże napięcie mięśni, ślinotok, nadmierny przymus poruszania się, akatyzja (przy czym podano do tego inne, antagonistyczne neuroleptyki i trankwilizatory) oraz dystonia (napadowe wykręcanie mięśni, nienaturalne postawy, wyginanie się). Ja nie miałem podawanego haloperydolu. Ale dzieci obok mnie, tak. Nas straszono, że one mają to za karę, a więc i nas to może spotkać. Bardzo się bałem.

Czasu mieliśmy dużo, ale nie dla siebie. Można powiedzieć, że wychowawcy chcieli zorganizować swój czas, ograniczając się do posiedzenia z nami do końca dyżuru, po czym udać się do siebie. Bywało, że całą grupą wychodziliśmy na spacer w stronę jezior krośnickich, ale był to przeważnie wieczór lub późne popołudnie. Rzadko graliśmy w piłkę. Boisko było przy drodze w stronę Wierzchowic. Mimo takiej przestrzeni nie mieliśmy zbyt wiele ruchu lub możliwości spalenia nadmiaru energii. Stąd u chłopców nadpobudliwych niepożądane przez personel zachowania, stąd też zła kryteria ocen, co skutkowało karami…

Wychowawcy, po odebraniu nas ze szkoły (szkoła podstawowa mieściła się w obecnym Urzędzie Gminy, pamiętam z niej piękny parkiet ozdobny z różnorakiego drewna, ułożonego w jakiś gwiaździsty wzór, oraz przepiękny park), prowadzili nas parami do pawilonu, na tzw. grupę. Ja byłem na grupie V wtedy. Naszymi wychowawcami było małżeństwo Rakowieckich oraz Elżbieta Płaziuk. Była piękną kobietą o urodzie aktorki.

Nasza świetlica była niewielka (na gr. IX była potężna). Znajdowało się tam parę stołów, szafa wychowawcy i oświetlenie jarzeniowe. Czasem, po odrabiankach mogliśmy sobie w coś pograć, w jakąś grę planszową (chińczyk). Każdej grze towarzyszą emocje. Nam kazano bawić się w ciszy. Zakłócenie jej groziło obniżeniem oceny ze sprawowania (zeszyt był prowadzony z kratkami z rana i popołudnia do wypełnienia), choć najczęściej było to karane staniem długi czas na baczność. Tak, ot! Bez sensu! Stać, i już. Grupowy miał za zadanie nadawanie dyscypliny temu staniu. Grupowym był niejaki Majcher z Łodzi, a następnie chłopak z Olsztyna, Andrzej Wangren.

Pamiętam niektórych chłopców z nazwiska. Gogulski i Florek z Oświęcimia, Seidler z Łodzi, Naleziński, oraz bardzo chory, Wojtek Kłopotowski z Łodzi. Czasem był z kontaktem, często bez. Moczył się. Czasem zrobił kupę pod siebie bezwiednie. Był ładnym dzieciakiem, miał piękne, duże, smutne i wymowne oczy. Dlatego go zapamiętałem. Jemu też robiono za sikanie zabiegi topelektryczne. Jego stan się pogłębiał. W końcu zniknął.

Nie wiem, czy zabrali go rodzice, czy poszedł na tzw. oddział IX, czy X. Były to parterowe baraki po drugiej stronie ulicy. Znajdowały się tam dzieci w stanach chronicznych, oderwane od rzeczywistości, przywiązane pasami lub bandażami do łóżek. Kilka razy urwałem się, zobaczyć co się tam dzieje. Widziałem to na własne oczy. Wszystkie dzieci w sali, większość leżący. Przez okno czuć było zapach zasikanej gumy spod materacy. Raz chyba widziałem jak latem wyprowadzono tę chorą czeredę na zewnątrz, tych, co chodzili. Widok porażający. Jedni stali kiwając się raz w przód, raz w tył, zacierając ręce, inni kręcili głowami na strony, inni mieli bandaże na dłoniach i byli jak manekiny, zamarli w ruchu.

Oddziały dziewczęce były tam, gdzie znajduje się samolot. Tam, w budynkach obok, takich niepozornych znajdowała się pracownie EFG, rentgen, i tam też robiono punkcje, odmy i pneumoencefalografię. Miałem trzy takie zabiegi. Dwa nieudane lub chodziło jedynie o pobranie płynu mózgowo-rdzeniowego. Po jednym zabiegu leżałem kilka dni z wielkim bólem głowy. Po każdej z punkcji musieliśmy leżeć ok. trzech dni na płaskim. Skończę w tym momencie.

Ciąg dalszy nastąpi… Krośnice (część druga)