Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Degustacje. Szczęśliwa byłam tylko wtedy, gdy zabierano nas do kina

Anna Roś

„Czy to nie zabawne – nie wiem, kim jestem,
tymczasem tysiące kobiet pragnie być mną!”

Marylin Monroe

Marylin Monroe

Marylin Monroe przyszła na świat w Los Angeles 1926 roku, w dzień dziecka, jako Norma Jeane Mortenson. Data ta nie była jednak wróżbą szczęśliwego dzieciństwa. Dziewczynka wychowywała się w rodzinie zastępczej i w sierocińcu, z rzadka widując matkę, co dla dziecka jest strasznym doświadczeniem.

Aktorka przez lata prowadziła zapiski dziennikowe w rozmaitych zeszytach. Z nich dowiadujemy się jak wielkiej traumy doświadczyła jako dziecko: „Rodzice wszystkich dzieci w Domu (sierocińcu) umarli. Ja miałam co najmniej jednego rodzica – matkę. Ale ona mnie nie chciała. Zbyt się wstydziłam, aby próbować wyjaśnić to innym dzieciom. Szczęśliwa byłam tylko wtedy, gdy zabierano nas do kina.”

Brak oparcia w dzieciństwie odbił się na jej późniejszych losach. Artystka przez całe dorosłe życie zmagała się z problemami psychicznymi, podobnie zresztą jak jej matka, Gladys Pearl Baker, montażystka filmowa, choć w mniejszym stopniu. Marylin chorowała na depresję dwubiegunową, jej matka była schizofreniczką paranoidalną.

Aktorka trzy razy wychodziła za mąż, ale żaden z tych związków nie okazał się trwały. Pierwsze małżeństwo zawarła w wieku 16 lat, aby uniknąć powrotu do sierocińca, gdyż rodzina pod której opieką przebywała przeprowadziła się. Jej wybrankiem był mieszkający w sąsiedztwie robotnik James Dougherty. Twierdził on, że ich związek był czymś więcej, niż małżeństwem z rozsądku, jednak faktem jest, że trwało ono tylko 4 lata, do czasu, gdy Marylin spotkała fotografa Davida Connovera, który robił zdjęcia pracownicom fabryki samolotów. Jedną z nich była Norma. Dziewczyna nawiązała z nim współpracę jako modelka tzw. pin-up girl. Podpisała też kontrakt z Blue Book Model Agency.

Właśnie w tym czasie, jeszcze jako początkująca artystka, postanowiła zmienić wizerunek i ufarbowała włosy na blond. Swój nowy image w dużej mierze opierała na Jean Harlow, która była jej ulubioną aktorką.

Wkrótce po zmianie wyglądu, dzięki pomocy swojej szefowej z agencji, Emmeline Snively, wkroczyła w świat filmu i przybrała pseudonim artystyczny Marylin Monroe. Początkowo jedynie statystowała i szkoliła swój warsztat. Brała udział w lekcjach śpiewu, tańca i pantomimy, ale już wtedy uwagę na nią zwrócił Sidney Skolsky, dziennikarz „New York Post“. „To było jasne, że Monroe jest gotowa ciężko pracować. Chciała być aktorką i gwiazdą filmową. Wiedziałem, że nic jej nie powstrzyma“.

W 1948 roku aktorka podpisała kontrakt z Columbia Pictures i jej kariera zaczęła nabierać tempa. Początkowo grała role stereotypowych blondynek, później wcielała się w bardziej złożone postacie. Praca w filmie uczyniła z niej symbol seksu i ucieleśnienie marzeń zarówno mężczyzn jak i kobiet.

W 1953/54 roku Marylin Monroe znalazła się na liście najbardziej dochodowych gwiazd. Dodatkową popularność przysporzyły jej nagie zdjęcia z pierwszego numeru „Playboya” opublikowanego w 1953 roku, bez jej zgody. Zapowiadało się na skandal. Artystka udzieliła wówczas wywiadu, w którym szczerze przyznała się do tej sesji sprzed czterech lat. Twierdziła, że była wtedy pozbawiona źródła dochodu, co skłoniło ją do pozowania. Zdjęcia te później zostały kupione przez Hugh Hefnera, który opublikował je nie informując jej wcześniej o swoich zamiarach. Jej tłumaczenia w tej kwestii uznano za wiarygodne i nie wpłynęło to negatywnie na jej karierę.

W 1954 roku kolejnym mężem Marylin został jeden z najpopularniejszych graczy baseballu, Joe DiMaggio. Ten związek był krótszy od poprzedniego. Para rozwiodła się po zaledwie 274 dniach małżeństwa. Aktorka oskarżyła męża o psychiczne znęcanie się. Bejsbolista był o nią chorobliwie zazdrosny i nie mógł pogodzić się z jej wizerunkiem seksbomby. Po kilku latach jednak oboje wyraźnie zbliżyli się do siebie. Ponoć planowali ponownie pobrać się, ale wszystko przerwała nagła śmierć aktorki.

W 1955 roku Marylin zdecydowała się odejść z wytwórni filmowej 20th Century Fox (20th Century Fox nie chciało zmienić zapisu umowy, w odniesieniu do roli Marylin jako kreującej i interpretującej role w scenariuszach) i wraz z przyjacielem, fotografem Miltonem Greenem założyła własną wytwórnię – Marilyn Monroe Productions (MMP).

Przeprowadziła się do Nowego Jorku. Tam poznała dramaturga Arthura Millera, swego przyszłego męża. Zapisała się również do Actors Studio, był to rodzaj warsztatów aktorskich według metody Stanisławskiego. Chodziło o uzyskanie większego realizmu w grze aktorskiej. Był to dla niej intensywny czas pracy nad warsztatem, ale także nad sobą. Pod wpływem Lee Strasberga zaczęła poddawać się psychoanalizie. Odbywała sesje psychoterapeutyczne pod kierunkiem dr Marianne Kris. Trwały one do 1961 roku. W tym czasie dużo czytała i przyjaźniła się z wieloma intelektualistami.

Batalia aktorki o niezależność artystyczną spowodowała, że zaczęto traktować ją poważnie. W końcu 20th Century Fox przyznał jej nowy kontrakt, który dał jej większą kontrolę nad kształtem obsady i większą pensję.

Zaczęło również interesować się nią FBI, ze względu na jej romans z pisarzem, który znany był ze swych lewicowych poglądów. Miller posądzany był o związki z komunistami. Obserwację prowadzono od 1955 roku, aż do śmierci aktorki. Środowisko filmowe uważało, że tego typu relacja może negatywnie wpłynąć na jej karierę. Pomimo tego aktorka nie zerwała z pisarzem, co więcej, przeszła na judaizm i w 1956 roku została jego żoną. Chciała też zostać matką, ale jej plany nie powiodły się. Ciąże kończyły się poronieniami. Zmagała się z endometriozą.

Artystce bardzo zależało na tym związku, jednak i w tym wypadku nie powiodło im się. Najpierw na prośbę męża, zazdrosnego o zaprzyjaźnionego z nią fotografa, Marylin zerwała kontakt z Miltonem Greenem, którego uważała za swoją pokrewną duszę. Innym razem aktorka wiedziona ciekawością przejrzała leżący na stole pamiętnik pisarza. Przeczytała w nim, iż małżonek „wstydzi się jej przed przyjaciółmi“, a jego „wena jest tłamszona przez nieprzewidywalną sierotę“. Wpłynęło to na jej zaufanie do męża. Para wyraźnie oddaliła się od siebie. Aktorka coraz częściej zażywała barbiturany. Kilkukrotnie też znalazła się w szpitalu. Miller specjalnie dla żony napisał scenariusz do „Skłóconych z życiem”. Było jednak już za późno na odbudowę małżeństwa. Separacja nastąpiła w 1960 roku, a rok później Monroe po raz trzeci rozwiodła się.

Aktorka coraz bardziej zmagała się z bezsennością i niską samooceną. Była uzależniona od alkoholu i barbituranów. Zażywała też amfetaminę. Przy pracy przy ostatnim filmie „Skłóceni z życiem” zdrowie aktorki znacząco się pogorszyło. Cierpiała na kamicę żółciową, a jej nałogi doprowadziły do tego, że na tydzień przerwano kręcenie filmu, gdyż znalazła się w szpitalu na detoksykacji. Aktorka przyznała później, że nie lubiła tego filmu ani swojej gry. Obecnie jednak film ten uznawany jest za klasyk, natomiast rola Monroe uważana za jedną z najlepszych w jej karierze.

Gdy w styczniu 1961 roku odbywała się premiera filmu, Marylin znajdowała się w szpitalu psychiatrycznym. O psychikę aktorki dbał wówczas dr Ralph Greenson. Lekarz spotykał się z nią codziennie, nawet na pięciogodzinnych sesjach. Obecnie jego metody uznawane są za błędne. Do szpitala aktorka trafiła wbrew swojej woli. W marcu napisała sześciostronicowy list do Greensona, w którym pisze: „Czułam się jakbym była w więzieniu, chociaż nie popełniłam żadnego przestępstwa.”

Wszystko tam było pod kluczem. Drzwi miały okna, żeby można było obserwować pacjentów. Aktorka nie mogła wykonać telefonu i zdecydowała się rozbić szybę i z kawałkiem szkła w dłoni powiedziała do obsługi szpitala: „Jeśli będziecie mnie traktować jak wariatkę to będę się tak zachowywać”. Po czym została siłą wyciągnięta z pomieszczenia i zmuszona do wzięcia kolejnej kąpieli. Dopiero interwencja DiMaggio zakończyła jej pobyt w szpitalu.

W chwili, gdy aktorka zachorowała, studio zdecydowało się zwolnić aktorkę i pozwać ją do sądu, żądając od niej 750 tysięcy dolarów.

5 sierpnia 1962 roku Marylin nieoczekiwanie zmarła. Miała 36 lat.

Przedwczesne odejście gwiazdy stało się głównym tematem gazet na całym świecie. Przyczyną zgonu, według protokołu z sekcji zwłok, było przedawkowanie środków nasennych. Oficjalnie uznano to za samobójstwo. Jej śmierć jednak otacza zbyt wiele tajemnic i niejasności. Powstało na ten temat mnóstwo teorii. Jak było naprawdę pewnie już się nie dowiemy.

Na pogrzebie Lee Strasberg wygłosił mowę pożegnalną „Marilyn Monroe była legendą. Swoim życiem stworzyła mit o tym co biedna dziewczyna, pozbawiona wsparcia, może osiągnąć. (…) Mam nadzieję, że jej śmierć wzbudzi sympatię i zrozumienie dla wrażliwego artysty i kobiety, która przyniosła radość i przyjemność światu.” Miał rację. Marylin była ikoną już za życia, śmierć nie zmieniła tego. Jej wizerunek stał się marką samą w sobie i natchnieniem dla innych artystów. Pisarka Francine Prose ten fenomen tłumaczy tym, że „Jej piękne ciało zniknęło, zanim zdążyła popełnić dwa amerykańskie grzechy ciężkie: roztyć się i zestarzeć.” Sama Marylin tak pisała: „Nie można uchwycić ani piękna, ani śmierci, bo to coś niewyrażalnego. Jedynie mit może je pojąć, choć nie musi koniecznie być antyczny – liczy się tylko jego natura: zdarza się, że rodzi się we współczesności, ponieważ mit istnieje poza czasem.”

Dobrze postać Marylin Monroe opisuje Sarah Churchwell, która sprzeciwiała się utożsamieniu aktorki z rolami, które przyszło jej grać: Marylin „była bardzo inteligentna i bardzo twarda. Musiała być taka, aby pokonać system studyjny z lat 50. (…) Głupia blondynka była jej rolą – była aktorką, na miłość boską! Tak dobrą aktorką, że nikt obecnie nie wierzy, że mogła być kimś innym niż tą postacią, w którą wcielała się w kinie.” Marylin była nie tylko dobrą aktorką, ale również o wiele głębszą osobą, niż powszechnie ją postrzegano. W jej zapiskach uderzające jest zdanie: „Słyszę dziewczynkę płaczącą w korytarzu i wydaje mi się, że dzieci przejawiają niekiedy nadzwyczajną spostrzegawczość i przenikliwość oraz pewne głęboko ludzkie cechy, które tracą w procesie dorastania.” Myślę, że Marylin nie straciła tej dziecięcej przenikliwości, dlatego jest tak poruszająca.


1 komentarz

Wolność to komfort. Pomarańczowa Inicjatywa Wyborcza

Anna Roś
Wiesław Cupała

Poprzednia część wywiadu: Wolność to komfort. Wszyscy proletariusze bądźcie piękni

„Socjalistyczny surrealizm – pozorna demokracja, pozorna prawda, pozorna opozycja, realna nędza i realna nienawiść, brak przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – zmuszają do poszukiwań odpowiedzi na to wyzwanie czasu. Jedynie dostrzeżenie piramidalnego absurdu tej pozornie realnej sytuacji umożliwia trzeźwe spojrzenie i znalezienie właściwego wyjścia – wyjścia poza stan obezwładniającej społeczeństwo niemożności. (…) Przestańmy wreszcie pogrążać się w beznadziejnej szarości, smutku i śmiertelnej powadze – to do niczego nie prowadzi! Twórcza radość, optymizm i wiara we własne siły są lekarstwem zdolnym nas wyleczyć z najcięższych chorób – także tych paraliżujących jakikolwiek postęp – nienawiści, demoralizacji i pogardy dla wszelkiej władzy.”

(Fragm. ulotki Pomarańczowej Inicjatywy Wyborczej)

Wiesław Rotmistrz Cupała

Jak zareagowaliście na kompromis Okrągłego Stołu?

Sceptycznie. Czuliśmy, że robią nas w konia. Wybory do Sejmu nie były demokratyczne, były plebiscytem. Podczas trwania ustaleń Okrągłego Stołu zawarto kontrakt, że 35 procent miejsc będzie miał Komitet Obywatelski skupiony przy Lechu Wałęsie, a 65 procent PZPR i jego sojusznicy. Tajemnicą poliszynela było to, że na prezydenta zostanie wybrany Wojciech Jaruzelski. Za to ordynacja wyborcza do Senatu była w pełni demokratyczna. Postanowiliśmy w związku z tym porobić sobie z Waldkiem jaja. Siedząc na cypelku nad Odrą na Wyspie Opatowickiej obmyśliliśmy plan. Wpadłem na pomysł, żeby na senatora, jako niezależny kandydat, startował nasz kolega Pablo (Piotr Adamcio – Porucznik 14 Pułku). Za jego kandydaturą przemawiał jego image: miał bardzo grube szkła, był mały, wiecznie niedogolony i zabiedzony. Jego zdjęcie świetnie nadawałoby się na plakat wyborczy. Wymyśliliśmy też pasujące do jego wyglądu hasło – „Twój głos, Mój los.” Koncepcja była wspaniała. Okazało się jednak, że Piotr nie spełnił naszych oczekiwań i zawiódł. Nie pojawił się na spotkaniu przedwyborczym, bo przeszkodziła mu w tym skomplikowana sytuacja uczuciowa. W tych okolicznościach sam Waldek zdecydował się kandydować do Senatu prowadząc Kampanię Prezydencką pod hasłem – „Pomarańczowy Major czy Czerwony Generał? Rozluźnij się i pomyśl, wybór należy do ciebie.” Chciał zrobić Jaruzelskiemu konkurencję.

NAF Dementi

Plakat Majora był zdecydowanie najlepszym plakatem tych wyborów i zdominował wizualnie całe miasto. Jechałem raz z Waldkiem taksówką i taksówkarz mówi: O, chłopiec z plakatu!

Kampania trwała od marca do czerwca. Był to jeden wielki happening, który wywołał duże emocje w środowisku Pomarańczowej Alternatywy i nie tylko. Powstała Pomarańczowa Inicjatywa Wybocza w skład której wchodziłem ja, Wojtek Gorczyński i Tadek Złotorzycki. Ten ostatni zorganizował budowę trybuny pod zegarem na ulicy Świdnickiej, w której stale ktoś dyżurował, a wokół niej zawsze „coś” się działo. Major wygłaszał przemówienia, odbywały się koncerty i występy teatrów ulicznych itp. Codziennie pod trybuną gromadził się tłum. Zorganizowaliśmy zbieranie podpisów, aby móc formalnie zarejestrować kandydata. Potrzeba było 3 tysiące podpisów. W czasie trwania tej kampanii powstał film Marii Zmarz-Koczanowicz pt. „Major albo Rewolucja Krasnoludków”, gdzie można obejrzeć zapis tej kampanii (patrz też komentarz pod tekstem).

Trybuna Fot. Mieczysław Michalak

Czy wszystko przebiegło po waszej myśli?

Prawie wszystko. Tuż przed wyborami, w Dzień Dziecka, nastąpiło zagęszczenie zdarzeń artystycznych związanych z kampanią. Krasnoludki opanowały rynek i okolice. Odbywało się mnóstwo przedstawień teatralnych, występowali muzycy, były tłumy. Zdarzył się jednak pewien zgrzyt. Kolega, którego nazwiska nie pamiętam (nazwijmy go Minotaurem) miał wizję, że zbuduje na rynku labirynt, po którym będą błądzić ludzie. Dostał pieniądze, żeby ten pomysł zrealizować. Okazało się jednak, że zrobił to bardzo niechlujne. Poznosił z różnych sklepów kartony, nawiózł 25 ton toksycznego popiołu z Huty Siechnice i wywalił to wszystko na rynek. To było wszystko z jego strony. Myślał, że ludzie będą tym popiołem napełniać kartony i budować z nich labirynt. Sam ubrał się w garnitur i krawat, i niczym kierownik budowy przechadzał się dumnie po rynku. Oczywiście nic nie wyszło z labiryntu. Tylko grupka dzieci bawiła się tym popiołem zanieczyszczonym metalami ciężkimi niczym w piaskownicy.

Nieudany Labirynt na Rynku Fot. Mieczysław Michalak

Wieczorem okazało się, że Waldek samotnie sprząta góry popiołu, żeby doprowadzić rynek do pierwotnego stanu. Pobiegłem mu pomóc z trzema osobami ze Szczecina, które czekały na pociąg. W piątkę ładowaliśmy te 25 ton do godziny 6 rano. Nie dość, że pieniądze zostały wyrzucone w błoto, to jeszcze musieliśmy się natyrać i zapłacić za śmieciarki. Waldek nocował wtedy u mnie na Olszewskiego. Gdy doszliśmy do domu, to z dwa dni nie mogliśmy dojść do siebie. Jak się trochę pozbieraliśmy nadal kontynuowaliśmy happening, drukowaliśmy plakaty i rozklejaliśmy je, choć było już po wyborach. Chcieliśmy uzmysłowić ludziom, że Jaruzelski będzie prezydentem, bo zostało to ustalone w kuluarach Okrągłego Stołu i że są to kpiny z demokracji.

Jaki był wynik tych wyborów?

Waldek był trzeci w swoim okręgu. Pierwsze miejsce zajął oczywiście kandydat Komunitetu Obywatelskiego – Prof. Karol Modzelewski, drugie Antoni Gucwiński – ówczesny dyrektor wrocławskiego ZOO, popierany przez PZPR. Wielkim naszym sukcesem magicznym było to, że jak głosi plotka cały batalion ZOMO skoszarowany na ulicy Witolda zmówił się i głosował na Waldka.

Mieliście jakieś fundusze na kampanię?

Tak. Mieliśmy budżet. 2000 $ od Ireny Lasoty z Instytutu na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej, była to nagroda dla Waldka za jego działalność oraz 100 $ od Solidarności Walczącej przeznaczone na kampanię wyborczą. Właśnie to stało się przyczyną późniejszych niesnasek.

Jakich niesnasek?

To było już po wyborach, ale szło właśnie o te pieniądze. Było to absurdalne, bo były to pieniądze Waldka i mógł z nimi zrobić co chciał. Mógł sobie na przykład kupić mieszkanie 2 pokojowe, bo wtedy to były naprawdę duże pieniędze. W każdym razie od tego momentu zaczęły się w Pomarańczowej Alternatywie różne kwasy i spiski, żeby Majora odstawić.

Dolar amerykański z portretem Majora

Czy udało się uzurpatorom przejąć władzę?

Walka o władzę jak cała Pomarańczowa Alternatywa była od czapy. Krzysztof Albin, współorganizator kilku happeningów, wystąpił w Teleekspresie. Mówił, że teraz czas na młodzież, że Waldek jest już stary, a oni-młodzi będą sobie robić kluby jazzowe itp. i żeby oddał im pieniądze. Po kampanii tych pieniędzy zostało niewiele. Waldek się wściekł, ale udało mi się go powstrzymać przed publicznym wybuchem. A ponieważ wtedy dojście do mediów było łatwe, to okazało się, że w jeden dzień w Teleekspresie występował Krzysiek i mówił, żeby Major oddał pieniądze, a w drugi dzień występował Major i nic nie mówił o pieniądzach, tylko rozdawał dolary na rynku w Warszawie, i tak na zmianę przez pięć dni. Wszyscy myśleli, że to jest kolejny happening medialny, a to była nieudana próba puczu. W końcu Krzysiek przygotował wielki happening na rynku pt. Karnawał Żebraczy. Zbudował wielkie rusztowanie i podburzał młodą alternatywę przeciwko Majorowi. My z Waldkiem kupiliśmy dużo takich plastikowych trąbek, piszczałek, klaksonów i rozdaliśmy je ludziom. Jak Krzysiek zaczął przemawiać z tego rusztowania, to tłum zrobił taką kocią muzykę, że nic nie było słychać. Zdenerwowany Krzysiek zszedł z rusztowania, a Major zajął jego miejsce i zaczął rozrzucać fałszywe jednodolarówki ze swoją podobizną i w ten sposób, przejmując happening, skończyliśmy z tym „zamachem stanu”. To był jeden z ostatnich głośnych happeningów (22 lutego 1990 roku). Potem były jeszcze różne akcje, ale nie tak głośne. Plan Balcerowicza spowodował, że każdy osobno musiał walczyć o przetrwanie. Major wyjechał do Francji, a towarzystwo się rozproszyło.

Karnawał Żebraczy Fot. NAF Dementi

Podsumowując wszystkie części naszej rozmowy. Jak reagowali na Pomarańczową Alternatywę inni twoi znajomi z opozycji?

Ciekawe jest to, że duża część opozycji wcale nie pochwalała tych działań. Uważano je za niepoważne. Wiele razy spierałem się o sens krasnoludków i happeningów.

A jaki był sens?

Sensem był surrealizm. Nie było w tym żadnej ideologii, pomimo tego, że uważaliśmy się za anarchistów. Happeningi nie były strajkami, nie wysuwaliśmy żadnych postulatów, chyba, że surrealistyczne. Tak samo, jak wykrzykiwane przez nas hasła i rozrzucane ulotki. Było to bardzo świeże. Dzięki happeningowej formule akcji, każdy mógł się włączać do zabawy, nawet jeśli był tylko przypadkowym przechodniem. Pomarańczowa Alternatywa była wentylem bezpieczeństwa łagodzącym napięte stosunki między państwem a obywatelami. Były to nielegalne zgromadzenia, ale tak nonsensowne, że aż rozbrajały. Milicja oczywiście musiała reagować, ale absurd sytuacji udzielał się także im. Mam doświadczenia z różnymi formami oporu, ale kto wie, być może to właśnie surrealizm jest najskuteczniejszą formą społecznego protestu.


Dodaj komentarz

Wolność to komfort. Wszyscy proletariusze bądźcie piękni

Anna Roś
Wiesław Cupała

Ciąg dalszy wywiadu: Krasnoludki i 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich

Wiesław Rotmistrz Cupała

W końcu skrzaty przestały pełnić rolę tylko ozdobną i naprawdę zaczęły rozrabiać w różnych ulicznych akcjach. 

Oj tak! Nie we wszystkich happeningach uczestniczyłem bezpośrednio, ale jak tylko mogłem, wspomagałem je od kulis. Na ile było to oczywiście wtedy dla mnie możliwe, bo jak wspominałem wcześniej, zaangażowany byłem także w inne sprawy. Robiłem w tamtym czasie Radio Solidarności Walczącej, drukowałem i składałem Biuletyn Dolnośląski oraz zajmowałem się kolportażem wydawnictw drugiego obiegu. Pokazywanie się na jawnych demonstracjach, gdzie groziło zatrzymanie i rewizja domu, byłoby zbyt ryzykowne. Było to przyczyną napięć między mną a Waldkiem, który nie rozumiał mojego zaangażowania w te sprawy. Uważał, że happeningi Pomarańczowej Alternatywy są priorytetem. Ja nie czułem tego w ten sposób. Cóż, on był artystą, a ja działaczem związkowym. Jego interesowała sztuka, a mnie polityka. W końcu strasznie się pokłóciliśmy. Długo nie gadaliśmy ze sobą, choć nadal widywaliśmy się dosyć często. Obaj praktykowaliśmy Zen i co tydzień w Sanghdze medytowaliśmy siedząc obok siebie. Bardzo uparci byliśmy wtedy. Pogodził nas dopiero remont piwnicy przy ul. Jastrzębiej przeznaczonej na Zendo. Prowadziliśmy razem walkę z paskudnym grzybem na ścianie i wspólnie klęliśmy na sypiący się nam na głowę tynk. Te przekleństwa sprawiły, że ponownie zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.

Waldemar Major Fydrych

Jawnie zacząłem brać udział w happeningach Pomarańczowej Alternatywy dopiero po strajkach 1988 roku. Prasa podziemna była już wtedy prawie legalna i nie groziła mi rewizja. Pomarańczowa Alternatywa była już wtedy sławna.

Jak zaczęła się ta sława?

Początkowo Pomarańczowa Alternatywa znana była tylko we Wrocławiu, bo najwięcej się tam działo, ale w Polsce już nie. Przełom nastąpił dopiero w 1987 roku podczas Festiwalu Teatru Otwartego, zorganizowanego przez Bogusława Litwińca. Jeden z teatrów biorących udział w Festiwalu, który nazywał się, o ile mnie pamięć nie myli, „John Colt Company”, zainteresował się tym, dlaczego w Polsce rozdawano papier toaletowy na ulicy. Magda Dec, która była tłumaczką przy Festiwalu, widząc zaciekawienie happeningiem Pomarańczowej Alternatywy skierowała ich do Majora i do mnie. Szczęśliwym trafem do trupy teatralnej należała dziennikarka z „The Village Voice”. W ten sposób powstał artykuł o tym, że istnieje coś takiego jak Pomarańczowa Alternatywa. Artykuł ukazał się jesienią. I było to, nie byle co, bo „The Village Voice” to pismo wydawane w Nowym Yorku. Po tym wydarzeniu wszystko się nagłośniło. O happeningach Pomarańczowej Alternatywy pisała prasa światowa. Zdarzyły się nawet artykuły w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Japonii. Staliśmy się bardziej znani za granicą niż w Polsce. Powodem tego była blokada informacyjna. Ale ta zagraniczna popularność sprawiła, że informacja o Pomarańczowej Alternatywie wreszcie przebiła się do tygodnika „Mazowsze” i innych polskich gazet, oficjanych i nieoficjalnych. Na ostatnich akcjach Pomarańczowej Alternatywy były już takie tłumy, że prawie nic nie można było robić.

Skąd mieliście papier? Był to przecież towar deficytowy.

W trakcie Festiwalu Teatru Otwartego zużyto tylko 2, 3 rolki. Papier rozdawano w małych kawałkach. Nie trzeba było więc go specjalnie zdobywać. Było to działanie raczej symboliczne. Wcześniej jednak dystrybuowaliśmy go w większych ilościach. Rozdawanie papieru było jednym z pierwszych happeningów. Pomarańczowa Alternatywa robiła to już od 1981 roku.

Ulotka na akcję Papier Toaletowy I i II Edycja (1 i 15 października 1987)

Skąd pomysł rozdawania papieru na ulicy?

Zaczęło się od tego, że po lutowym strajku zorganizowanym przez Niezależne Zrzeszenie Studentów w 1981 roku zostało sporo papieru przeznaczonego dla strajkujących. Denerwowało mnie to, że pomimo, iż strajk się skończył, biurokracja NZS nadal żerowała na społecznym papierze. Miałem wielkie poczucie sprawiedliwości i pomyślałem, że należałoby rozdać ten papier ludziom. Razem z Andrzejem Dziewitem wpadliśmy rewolucyjnie nastawieni do siedziby NZS, zrobiliśmy awanturę i zabraliśmy dwa duże worki papieru. Koło szkoły plastycznej zrobiłem eksperyment i wręczyłem jednej pani rolkę, żeby zobaczyć jak zareaguje, a ona zdziwiona zawołała: „Pierwszy raz się z czymś takim spotykam!” Potem całość, po rolce, rozdaliśmy na placu Grunwaldzkim, pod namalowanym przez Andrzeja Rogowskiego hasłem „Bądź Piękny”. Akcja była krótka, ale zgromadziła liczną grupę ludzi. To był koszmarny czas, wszystkiego brakowało. Niestety papieru nie starczyło dla wszystkich.

Ulotka Majora na akcję Papier Toaletowy I Edycja (1 października 1987)

Jaka była chronologia happeningów Pomarańczowej Alternatywy?

Pierwsze akcje tego typu miały miejsce jeszcze za czasów Ruchu Nowej Kultury, były wtedy dosyć skromne i spontaniczne. Było to na przykład blokowanie kasowników, patrolowanie dworca w mundurach itp. Nie były to jeszcze wydarzenia masowe. Kalendarium masowych happeningów można znaleźć w Wikipedii, dlatego nie będę o nich szerzej opowiadał. Wspomnę tylko o tych, które dla mnie były ważne.

Plakat na happening Krasnoludki w PRL – Piotr Gusta

Większe happeningi rozpoczęły się w 1986 roku. Były to akcje porywające tłumy. Rozgrywały się według z góry ustalonego tematu i były wielopoziomowe. Pierwszy taki wielki happening pod nazwą „Krasnoludki” odbył się w Dzień Dziecka. Waldek postanowił uszyć czapki na to wydarzenie. Happening opierał się na prostym pomyśle. Polegał on na tym, że ludziom rozdano czapeczki, niektórzy mieli swoje. Każdy kto włożył czapkę na głowę stawał się aktorem w przedstawieniu. Major chciał też, żeby milicjanci stali się częścią spektaklu. Przypuszczał, że będą oni zdejmować je ludziom z głów. Milicja jednak go zaskoczyła i zaczęła aresztować krasnoludki. Wtedy po raz pierwszy świadomie wykorzystano obecność milicjantów w przedstawieniu.

Graffitti – szablon Jacek Ponton Jankowski. Foto – Mieczysław Michalak

Rok później, również 1 czewca, odbyła się „Rewolucja krasnali” w postaci marszu 10 tys. młodych ludzi ubranych w czapeczki. Zdjęcie z Aleksandrem Żebrowskim tańczącym break dance na dachu nyski milicyjnej otoczonej przez tłum krasnali obiegło cały świat.

Ulotka publikowana przez Pomarańczową Alternatywę w czasie, gdy Major przebywał w areszcie

Znaczącym wydarzeniem dla Ruchu Pomarańczowa Alternatywa było aresztowanie Waldka podczas happeningu z okazji Dnia Kobiet w 1988 roku i uwięzienie. Fakt ten spowodował głośny skandal międzynarodowy. W sprawie uwolnienia Majora powstała m.in. petycja do władz, którą podpisali znani intelektualiści polscy. W rezultacie tych działań po trzech tygodniach Major wyszedł na wolność. To był przełom, który zmobilizował aktywne grupy w Warszawie i Łodzi do włączenia się w działania happeningowe. Pomarańczowa Alternatywa dostała też wtedy kamerę od Andrzeja Wajdy, żeby dokumentować wydarzenia.

Innym istotnym wydarzeniem był happening na Śnieżce z okazji 20 rocznicy wkroczenia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. Ulotka napisana z tej okazji przez Majora jasno dawała do zrozumienia, że uczestnicy zamierzali nielegalnie przekroczyć granicę. Ta perspektywa zmobilizowała spore oddziały wojska po obu stronach granicy. Major ze swoimi ludźmi zaatakował strażnicę WOP-u. Szturm był solidny. Wszyscy zostali wtedy schwytani, ale Majorowi dowódca WOP-u pozwolił nosić szablę w niewoli.

Takich happeningów było sporo. Przynajmniej jeden na miesiąc, a czasami i dwa. Przy okazji różnych świąt i rocznic, tj. Dzień Milicjanta, Dzień Wojska, Dzień Tajniaka, Wigilia Rocznicy Rewolucji Październikowej itp. Happeningi w dużej mierze były spontaniczne, co ubogacało dramaturgię. Wznoszono różne okrzyki: „Kto pije wino czerwone od dziecka, temu bliska jest myśl radziecka”, „Jaruzelski Smok Wawelski” lub „Wiwat Sorbovit” itp.

Ciąg dalszy: Wolność to komfort. Pomarańczowa Inicjatywa Wyborcza