Spółki Miejskie


1 komentarz

Wolność to komfort. Pomarańczowa Inicjatywa Wyborcza

Anna Roś
Wiesław Cupała

Poprzednia część wywiadu: Wolność to komfort. Wszyscy proletariusze bądźcie piękni

„Socjalistyczny surrealizm – pozorna demokracja, pozorna prawda, pozorna opozycja, realna nędza i realna nienawiść, brak przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – zmuszają do poszukiwań odpowiedzi na to wyzwanie czasu. Jedynie dostrzeżenie piramidalnego absurdu tej pozornie realnej sytuacji umożliwia trzeźwe spojrzenie i znalezienie właściwego wyjścia – wyjścia poza stan obezwładniającej społeczeństwo niemożności. (…) Przestańmy wreszcie pogrążać się w beznadziejnej szarości, smutku i śmiertelnej powadze – to do niczego nie prowadzi! Twórcza radość, optymizm i wiara we własne siły są lekarstwem zdolnym nas wyleczyć z najcięższych chorób – także tych paraliżujących jakikolwiek postęp – nienawiści, demoralizacji i pogardy dla wszelkiej władzy.”

(Fragm. ulotki Pomarańczowej Inicjatywy Wyborczej)

Wiesław Rotmistrz Cupała

Jak zareagowaliście na kompromis Okrągłego Stołu?

Sceptycznie. Czuliśmy, że robią nas w konia. Wybory do Sejmu nie były demokratyczne, były plebiscytem. Podczas trwania ustaleń Okrągłego Stołu zawarto kontrakt, że 35 procent miejsc będzie miał Komitet Obywatelski skupiony przy Lechu Wałęsie, a 65 procent PZPR i jego sojusznicy. Tajemnicą poliszynela było to, że na prezydenta zostanie wybrany Wojciech Jaruzelski. Za to ordynacja wyborcza do Senatu była w pełni demokratyczna. Postanowiliśmy w związku z tym porobić sobie z Waldkiem jaja. Siedząc na cypelku nad Odrą na Wyspie Opatowickiej obmyśliliśmy plan. Wpadłem na pomysł, żeby na senatora, jako niezależny kandydat, startował nasz kolega Pablo (Piotr Adamcio – Porucznik 14 Pułku). Za jego kandydaturą przemawiał jego image: miał bardzo grube szkła, był mały, wiecznie niedogolony i zabiedzony. Jego zdjęcie świetnie nadawałoby się na plakat wyborczy. Wymyśliliśmy też pasujące do jego wyglądu hasło – „Twój głos, Mój los.” Koncepcja była wspaniała. Okazało się jednak, że Piotr nie spełnił naszych oczekiwań i zawiódł. Nie pojawił się na spotkaniu przedwyborczym, bo przeszkodziła mu w tym skomplikowana sytuacja uczuciowa. W tych okolicznościach sam Waldek zdecydował się kandydować do Senatu prowadząc Kampanię Prezydencką pod hasłem – „Pomarańczowy Major czy Czerwony Generał? Rozluźnij się i pomyśl, wybór należy do ciebie.” Chciał zrobić Jaruzelskiemu konkurencję.

NAF Dementi

Plakat Majora był zdecydowanie najlepszym plakatem tych wyborów i zdominował wizualnie całe miasto. Jechałem raz z Waldkiem taksówką i taksówkarz mówi: O, chłopiec z plakatu!

Kampania trwała od marca do czerwca. Był to jeden wielki happening, który wywołał duże emocje w środowisku Pomarańczowej Alternatywy i nie tylko. Powstała Pomarańczowa Inicjatywa Wybocza w skład której wchodziłem ja, Wojtek Gorczyński i Tadek Złotorzycki. Ten ostatni zorganizował budowę trybuny pod zegarem na ulicy Świdnickiej, w której stale ktoś dyżurował, a wokół niej zawsze „coś” się działo. Major wygłaszał przemówienia, odbywały się koncerty i występy teatrów ulicznych itp. Codziennie pod trybuną gromadził się tłum. Zorganizowaliśmy zbieranie podpisów, aby móc formalnie zarejestrować kandydata. Potrzeba było 3 tysiące podpisów. W czasie trwania tej kampanii powstał film Marii Zmarz-Koczanowicz pt. „Major albo Rewolucja Krasnoludków”, gdzie można obejrzeć zapis tej kampanii (patrz też komentarz pod tekstem).

Trybuna Fot. Mieczysław Michalak

Czy wszystko przebiegło po waszej myśli?

Prawie wszystko. Tuż przed wyborami, w Dzień Dziecka, nastąpiło zagęszczenie zdarzeń artystycznych związanych z kampanią. Krasnoludki opanowały rynek i okolice. Odbywało się mnóstwo przedstawień teatralnych, występowali muzycy, były tłumy. Zdarzył się jednak pewien zgrzyt. Kolega, którego nazwiska nie pamiętam (nazwijmy go Minotaurem) miał wizję, że zbuduje na rynku labirynt, po którym będą błądzić ludzie. Dostał pieniądze, żeby ten pomysł zrealizować. Okazało się jednak, że zrobił to bardzo niechlujne. Poznosił z różnych sklepów kartony, nawiózł 25 ton toksycznego popiołu z Huty Siechnice i wywalił to wszystko na rynek. To było wszystko z jego strony. Myślał, że ludzie będą tym popiołem napełniać kartony i budować z nich labirynt. Sam ubrał się w garnitur i krawat, i niczym kierownik budowy przechadzał się dumnie po rynku. Oczywiście nic nie wyszło z labiryntu. Tylko grupka dzieci bawiła się tym popiołem zanieczyszczonym metalami ciężkimi niczym w piaskownicy.

Nieudany Labirynt na Rynku Fot. Mieczysław Michalak

Wieczorem okazało się, że Waldek samotnie sprząta góry popiołu, żeby doprowadzić rynek do pierwotnego stanu. Pobiegłem mu pomóc z trzema osobami ze Szczecina, które czekały na pociąg. W piątkę ładowaliśmy te 25 ton do godziny 6 rano. Nie dość, że pieniądze zostały wyrzucone w błoto, to jeszcze musieliśmy się natyrać i zapłacić za śmieciarki. Waldek nocował wtedy u mnie na Olszewskiego. Gdy doszliśmy do domu, to z dwa dni nie mogliśmy dojść do siebie. Jak się trochę pozbieraliśmy nadal kontynuowaliśmy happening, drukowaliśmy plakaty i rozklejaliśmy je, choć było już po wyborach. Chcieliśmy uzmysłowić ludziom, że Jaruzelski będzie prezydentem, bo zostało to ustalone w kuluarach Okrągłego Stołu i że są to kpiny z demokracji.

Jaki był wynik tych wyborów?

Waldek był trzeci w swoim okręgu. Pierwsze miejsce zajął oczywiście kandydat Komunitetu Obywatelskiego – Prof. Karol Modzelewski, drugie Antoni Gucwiński – ówczesny dyrektor wrocławskiego ZOO, popierany przez PZPR. Wielkim naszym sukcesem magicznym było to, że jak głosi plotka cały batalion ZOMO skoszarowany na ulicy Witolda zmówił się i głosował na Waldka.

Mieliście jakieś fundusze na kampanię?

Tak. Mieliśmy budżet. 2000 $ od Ireny Lasoty z Instytutu na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej, była to nagroda dla Waldka za jego działalność oraz 100 $ od Solidarności Walczącej przeznaczone na kampanię wyborczą. Właśnie to stało się przyczyną późniejszych niesnasek.

Jakich niesnasek?

To było już po wyborach, ale szło właśnie o te pieniądze. Było to absurdalne, bo były to pieniądze Waldka i mógł z nimi zrobić co chciał. Mógł sobie na przykład kupić mieszkanie 2 pokojowe, bo wtedy to były naprawdę duże pieniędze. W każdym razie od tego momentu zaczęły się w Pomarańczowej Alternatywie różne kwasy i spiski, żeby Majora odstawić.

Dolar amerykański z portretem Majora

Czy udało się uzurpatorom przejąć władzę?

Walka o władzę jak cała Pomarańczowa Alternatywa była od czapy. Krzysztof Albin, współorganizator kilku happeningów, wystąpił w Teleekspresie. Mówił, że teraz czas na młodzież, że Waldek jest już stary, a oni-młodzi będą sobie robić kluby jazzowe itp. i żeby oddał im pieniądze. Po kampanii tych pieniędzy zostało niewiele. Waldek się wściekł, ale udało mi się go powstrzymać przed publicznym wybuchem. A ponieważ wtedy dojście do mediów było łatwe, to okazało się, że w jeden dzień w Teleekspresie występował Krzysiek i mówił, żeby Major oddał pieniądze, a w drugi dzień występował Major i nic nie mówił o pieniądzach, tylko rozdawał dolary na rynku w Warszawie, i tak na zmianę przez pięć dni. Wszyscy myśleli, że to jest kolejny happening medialny, a to była nieudana próba puczu. W końcu Krzysiek przygotował wielki happening na rynku pt. Karnawał Żebraczy. Zbudował wielkie rusztowanie i podburzał młodą alternatywę przeciwko Majorowi. My z Waldkiem kupiliśmy dużo takich plastikowych trąbek, piszczałek, klaksonów i rozdaliśmy je ludziom. Jak Krzysiek zaczął przemawiać z tego rusztowania, to tłum zrobił taką kocią muzykę, że nic nie było słychać. Zdenerwowany Krzysiek zszedł z rusztowania, a Major zajął jego miejsce i zaczął rozrzucać fałszywe jednodolarówki ze swoją podobizną i w ten sposób, przejmując happening, skończyliśmy z tym „zamachem stanu”. To był jeden z ostatnich głośnych happeningów (22 lutego 1990 roku). Potem były jeszcze różne akcje, ale nie tak głośne. Plan Balcerowicza spowodował, że każdy osobno musiał walczyć o przetrwanie. Major wyjechał do Francji, a towarzystwo się rozproszyło.

Karnawał Żebraczy Fot. NAF Dementi

Podsumowując wszystkie części naszej rozmowy. Jak reagowali na Pomarańczową Alternatywę inni twoi znajomi z opozycji?

Ciekawe jest to, że duża część opozycji wcale nie pochwalała tych działań. Uważano je za niepoważne. Wiele razy spierałem się o sens krasnoludków i happeningów.

A jaki był sens?

Sensem był surrealizm. Nie było w tym żadnej ideologii, pomimo tego, że uważaliśmy się za anarchistów. Happeningi nie były strajkami, nie wysuwaliśmy żadnych postulatów, chyba, że surrealistyczne. Tak samo, jak wykrzykiwane przez nas hasła i rozrzucane ulotki. Było to bardzo świeże. Dzięki happeningowej formule akcji, każdy mógł się włączać do zabawy, nawet jeśli był tylko przypadkowym przechodniem. Pomarańczowa Alternatywa była wentylem bezpieczeństwa łagodzącym napięte stosunki między państwem a obywatelami. Były to nielegalne zgromadzenia, ale tak nonsensowne, że aż rozbrajały. Milicja oczywiście musiała reagować, ale absurd sytuacji udzielał się także im. Mam doświadczenia z różnymi formami oporu, ale kto wie, być może to właśnie surrealizm jest najskuteczniejszą formą społecznego protestu.

Reklamy


Dodaj komentarz

Wolność to komfort. Wszyscy proletariusze bądźcie piękni

Anna Roś
Wiesław Cupała

Ciąg dalszy wywiadu: Krasnoludki i 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich

Wiesław Rotmistrz Cupała

W końcu skrzaty przestały pełnić rolę tylko ozdobną i naprawdę zaczęły rozrabiać w różnych ulicznych akcjach. 

Oj tak! Nie we wszystkich happeningach uczestniczyłem bezpośrednio, ale jak tylko mogłem, wspomagałem je od kulis. Na ile było to oczywiście wtedy dla mnie możliwe, bo jak wspominałem wcześniej, zaangażowany byłem także w inne sprawy. Robiłem w tamtym czasie Radio Solidarności Walczącej, drukowałem i składałem Biuletyn Dolnośląski oraz zajmowałem się kolportażem wydawnictw drugiego obiegu. Pokazywanie się na jawnych demonstracjach, gdzie groziło zatrzymanie i rewizja domu, byłoby zbyt ryzykowne. Było to przyczyną napięć między mną a Waldkiem, który nie rozumiał mojego zaangażowania w te sprawy. Uważał, że happeningi Pomarańczowej Alternatywy są priorytetem. Ja nie czułem tego w ten sposób. Cóż, on był artystą, a ja działaczem związkowym. Jego interesowała sztuka, a mnie polityka. W końcu strasznie się pokłóciliśmy. Długo nie gadaliśmy ze sobą, choć nadal widywaliśmy się dosyć często. Obaj praktykowaliśmy Zen i co tydzień w Sanghdze medytowaliśmy siedząc obok siebie. Bardzo uparci byliśmy wtedy. Pogodził nas dopiero remont piwnicy przy ul. Jastrzębiej przeznaczonej na Zendo. Prowadziliśmy razem walkę z paskudnym grzybem na ścianie i wspólnie klęliśmy na sypiący się nam na głowę tynk. Te przekleństwa sprawiły, że ponownie zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.

Waldemar Major Fydrych

Jawnie zacząłem brać udział w happeningach Pomarańczowej Alternatywy dopiero po strajkach 1988 roku. Prasa podziemna była już wtedy prawie legalna i nie groziła mi rewizja. Pomarańczowa Alternatywa była już wtedy sławna.

Jak zaczęła się ta sława?

Początkowo Pomarańczowa Alternatywa znana była tylko we Wrocławiu, bo najwięcej się tam działo, ale w Polsce już nie. Przełom nastąpił dopiero w 1987 roku podczas Festiwalu Teatru Otwartego, zorganizowanego przez Bogusława Litwińca. Jeden z teatrów biorących udział w Festiwalu, który nazywał się, o ile mnie pamięć nie myli, „John Colt Company”, zainteresował się tym, dlaczego w Polsce rozdawano papier toaletowy na ulicy. Magda Dec, która była tłumaczką przy Festiwalu, widząc zaciekawienie happeningiem Pomarańczowej Alternatywy skierowała ich do Majora i do mnie. Szczęśliwym trafem do trupy teatralnej należała dziennikarka z „The Village Voice”. W ten sposób powstał artykuł o tym, że istnieje coś takiego jak Pomarańczowa Alternatywa. Artykuł ukazał się jesienią. I było to, nie byle co, bo „The Village Voice” to pismo wydawane w Nowym Yorku. Po tym wydarzeniu wszystko się nagłośniło. O happeningach Pomarańczowej Alternatywy pisała prasa światowa. Zdarzyły się nawet artykuły w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Japonii. Staliśmy się bardziej znani za granicą niż w Polsce. Powodem tego była blokada informacyjna. Ale ta zagraniczna popularność sprawiła, że informacja o Pomarańczowej Alternatywie wreszcie przebiła się do tygodnika „Mazowsze” i innych polskich gazet, oficjanych i nieoficjalnych. Na ostatnich akcjach Pomarańczowej Alternatywy były już takie tłumy, że prawie nic nie można było robić.

Skąd mieliście papier? Był to przecież towar deficytowy.

W trakcie Festiwalu Teatru Otwartego zużyto tylko 2, 3 rolki. Papier rozdawano w małych kawałkach. Nie trzeba było więc go specjalnie zdobywać. Było to działanie raczej symboliczne. Wcześniej jednak dystrybuowaliśmy go w większych ilościach. Rozdawanie papieru było jednym z pierwszych happeningów. Pomarańczowa Alternatywa robiła to już od 1981 roku.

Ulotka na akcję Papier Toaletowy I i II Edycja (1 i 15 października 1987)

Skąd pomysł rozdawania papieru na ulicy?

Zaczęło się od tego, że po lutowym strajku zorganizowanym przez Niezależne Zrzeszenie Studentów w 1981 roku zostało sporo papieru przeznaczonego dla strajkujących. Denerwowało mnie to, że pomimo, iż strajk się skończył, biurokracja NZS nadal żerowała na społecznym papierze. Miałem wielkie poczucie sprawiedliwości i pomyślałem, że należałoby rozdać ten papier ludziom. Razem z Andrzejem Dziewitem wpadliśmy rewolucyjnie nastawieni do siedziby NZS, zrobiliśmy awanturę i zabraliśmy dwa duże worki papieru. Koło szkoły plastycznej zrobiłem eksperyment i wręczyłem jednej pani rolkę, żeby zobaczyć jak zareaguje, a ona zdziwiona zawołała: „Pierwszy raz się z czymś takim spotykam!” Potem całość, po rolce, rozdaliśmy na placu Grunwaldzkim, pod namalowanym przez Andrzeja Rogowskiego hasłem „Bądź Piękny”. Akcja była krótka, ale zgromadziła liczną grupę ludzi. To był koszmarny czas, wszystkiego brakowało. Niestety papieru nie starczyło dla wszystkich.

Ulotka Majora na akcję Papier Toaletowy I Edycja (1 października 1987)

Jaka była chronologia happeningów Pomarańczowej Alternatywy?

Pierwsze akcje tego typu miały miejsce jeszcze za czasów Ruchu Nowej Kultury, były wtedy dosyć skromne i spontaniczne. Było to na przykład blokowanie kasowników, patrolowanie dworca w mundurach itp. Nie były to jeszcze wydarzenia masowe. Kalendarium masowych happeningów można znaleźć w Wikipedii, dlatego nie będę o nich szerzej opowiadał. Wspomnę tylko o tych, które dla mnie były ważne.

Plakat na happening Krasnoludki w PRL – Piotr Gusta

Większe happeningi rozpoczęły się w 1986 roku. Były to akcje porywające tłumy. Rozgrywały się według z góry ustalonego tematu i były wielopoziomowe. Pierwszy taki wielki happening pod nazwą „Krasnoludki” odbył się w Dzień Dziecka. Waldek postanowił uszyć czapki na to wydarzenie. Happening opierał się na prostym pomyśle. Polegał on na tym, że ludziom rozdano czapeczki, niektórzy mieli swoje. Każdy kto włożył czapkę na głowę stawał się aktorem w przedstawieniu. Major chciał też, żeby milicjanci stali się częścią spektaklu. Przypuszczał, że będą oni zdejmować je ludziom z głów. Milicja jednak go zaskoczyła i zaczęła aresztować krasnoludki. Wtedy po raz pierwszy świadomie wykorzystano obecność milicjantów w przedstawieniu.

Graffitti – szablon Jacek Ponton Jankowski. Foto – Mieczysław Michalak

Rok później, również 1 czewca, odbyła się „Rewolucja krasnali” w postaci marszu 10 tys. młodych ludzi ubranych w czapeczki. Zdjęcie z Aleksandrem Żebrowskim tańczącym break dance na dachu nyski milicyjnej otoczonej przez tłum krasnali obiegło cały świat.

Ulotka publikowana przez Pomarańczową Alternatywę w czasie, gdy Major przebywał w areszcie

Znaczącym wydarzeniem dla Ruchu Pomarańczowa Alternatywa było aresztowanie Waldka podczas happeningu z okazji Dnia Kobiet w 1988 roku i uwięzienie. Fakt ten spowodował głośny skandal międzynarodowy. W sprawie uwolnienia Majora powstała m.in. petycja do władz, którą podpisali znani intelektualiści polscy. W rezultacie tych działań po trzech tygodniach Major wyszedł na wolność. To był przełom, który zmobilizował aktywne grupy w Warszawie i Łodzi do włączenia się w działania happeningowe. Pomarańczowa Alternatywa dostała też wtedy kamerę od Andrzeja Wajdy, żeby dokumentować wydarzenia.

Innym istotnym wydarzeniem był happening na Śnieżce z okazji 20 rocznicy wkroczenia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. Ulotka napisana z tej okazji przez Majora jasno dawała do zrozumienia, że uczestnicy zamierzali nielegalnie przekroczyć granicę. Ta perspektywa zmobilizowała spore oddziały wojska po obu stronach granicy. Major ze swoimi ludźmi zaatakował strażnicę WOP-u. Szturm był solidny. Wszyscy zostali wtedy schwytani, ale Majorowi dowódca WOP-u pozwolił nosić szablę w niewoli.

Takich happeningów było sporo. Przynajmniej jeden na miesiąc, a czasami i dwa. Przy okazji różnych świąt i rocznic, tj. Dzień Milicjanta, Dzień Wojska, Dzień Tajniaka, Wigilia Rocznicy Rewolucji Październikowej itp. Happeningi w dużej mierze były spontaniczne, co ubogacało dramaturgię. Wznoszono różne okrzyki: „Kto pije wino czerwone od dziecka, temu bliska jest myśl radziecka”, „Jaruzelski Smok Wawelski” lub „Wiwat Sorbovit” itp.

Ciąg dalszy: Wolność to komfort. Pomarańczowa Inicjatywa Wyborcza

 


1 komentarz

Wolność to komfort. Krasnoludki i 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich

Anna Roś
Wiesław Cupała

Ciąg dalszy wywiadu: Ruch Nowej Kultury i Pomarańczowa Alternatywa

 

Co działo się po Strajku Radomskim?

11 grudnia, pojechałem do Szczecina do rodziców. Mój ojciec był pułkownikiem Wojsk Ochrony Pogranicza. O godzinie 0.30 w nocy z 12 na 13 grudnia przyjechał po niego samochód i w trybie alarmowym pojechał do koszar. Wiedziałem, że stało się; że ogłoszono stan wyjątkowy, na który zanosiło się już od dłuższego czasu. Postanowiłem wracać do Wrocławia. Rano ojciec przysłał swojego oficera z listem do mnie, bym w żadnym wypadku nigdzie nie jechał i pozostał w domu. Odpisałem mu „Pamiętaj, jesteśmy po innych stronach barykady” i wyruszyłem do Wrocławia.

Podróż przypominała filmy Polskiej Szkoły Filmowej. Tłumy spanikowanych ludzi na dworcach, o kupnie biletu nie było mowy. Jechałem ze Szczecina do Wrocławia z czterema przesiadkami. Piechotą doszedłem do PAN-u w Parku Szczytnickim. W moim pokoju zastałem swoich przyjaciół z Ruchu Nowej Kultury (zostawiłem klucz koledze z sąsiedniego pokoju, Wojtkowi Bartoszkowi). Zaczęliśmy wymieniać się informacjami o strajkach we Wrocławiu. Stały wszystkie zakłady pracy, strajkowały również uczelnie.

Jak przebiegały te strajki?

Najpierw zdławiono strajki na uczelniach. Następnie spacyfikowano zakłady pracy. Pomimo blokady, docierały informacje, że to samo dzieje się w całej Polsce. Drukowałem wtedy w swoim pokoju ulotki i staraliśmy się w jakiś sposób wspomagać strajkujących z zewnątrz. Powoli można było szacować straty, kogo zamknięto w więzieniu, kto się ukrywa. Zaczęły powstawać podziemne struktury.

Byłem wiceprzewodniczącym koła Solidarności w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu. Funkcja ta wymagała ode mnie skoncentrowania się, w tym gorącym okresie, na działalności związkowej. Przeplatało się to jednak z surrealistycznym knuciem. W styczniu wznowiliśmy wydawanie Pomarańczowej Alternatywy.

Jednak niebawem, grupa kolportażu podziemnej związkowej prasy, którą równolegle współorganizowałem, została zdekonspirowana przez Służbę Bezpieczeństwa. Późnym wieczorem 12 stycznia do mojego pokoju wtargnęli esbecy. Przeprowadzili gruntowną rewizję i zostałem przewieziony na ulicę Łąkową. Po trzech dniach przesłuchań zostałem internowany i przewieziony do więzienia w Nysie.

Z ośrodka internowania wyciągnął mnie ojciec. Poszedł ze swoimi przełożonymi na układ. On przechodzi na przyśpieszoną emeryturę, „ukręca łeb” sprawie przemytu srebra zorganizowanego przez wysoko postawionych milicjantów, a w zamian oni wypuszczają mnie z więzienia. Na szczęście w trakcie rewizji nie znaleziono u mnie drukarni (była dobrze ukryta na strychu), bo wtedy nawet ojciec by mi nie pomógł, dostałbym wyrok, przynajmniej dwa lata.

Wyszedłem w ostatnich dniach marca i ponownie zająłem się działalnością konspiracyjną (związkową i surrealistyczną).

 

Skąd w tym wszystkim wzięły się krasnoludki?

Pierwszego maja 1982 roku wpadł do mnie rozradowany Waldek i mówi, że wie, co powinniśmy robić dalej: „Będziemy malować krasnoludki na plamach!” Stała za tym genialna koncepcja, godna samego Marksa. Według niej napis polityczny był tezą, plama po zamalowaniu tego napisu – antytezą, a syntezą miał stać się krasnoludek.

Natchnienie do tego pomysłu spłynęło na Waldka podczas pierwszomajowego pikniku odbywającego się przy muszli koncertowej na Sępolnie. Zobaczył tam postać krasnoludka rozdającego dzieciom cukierki. Wizja ta zachwyciła go i zainspirowała. W ten sposób wynajęty przez partyjnych organizatorów pikniku człowiek przebrany za krasnoludka stał się muzą Pomarańczowej Alternatywy.

Kiedy wprowadziliście plan Majora w życie?

Pierwsze krasnoludki zaczęliśmy malować w nocy z 30 na 31 sierpnia w 1982 roku.

31 sierpnia planowano wielkie demonstracje. Pomyśleliśmy, że to dla nas dobra okazja, bo cała milicja będzie przygotowywać się do tej rewolty i nikt nie będzie nam przeszkadzał. W dzień poprzedzający zadymę Waldek zrobił prywatkę u siebie w domu. W trakcie jej trwania opuściliśmy na chwilę towarzystwo, żeby namalować dwa krasnoludki. Później ja miałem wyjść z Markiem „Happenerem” Bieroniem, potem Marek miał wziąć kogoś następnego… Zrobiłby się z tego taki łańcuszek świętego Antoniego.

Wyszliśmy z Waldkiem z jego domu. Dysponowaliśmy tylko jednym, zacinającym się sprayem. Zaczailiśmy się przy transformatorze i zaczęliśmy malować. Robiliśmy to z takiego doskoku, bo to nocne malowanie było jakieś takie straszne. Namalowaliśmy jednego sporego krasnoludka, potem drugiego w innym miejscu i obaj byliśmy wykończeni. Do tego puszka ze sprayem przestała działać. Cały plan z łańcuszkiem wziął w łeb.

 

Co było potem?

Wróciłem do siebie i zastanawiałem się skąd takie nerwy straszne przy tym malowaniu. Zrozumiałem, że nie powinno się tego robić w nocy, bo ciemność uruchamia w człowieku różne lęki i atawizmy.

Następnego dnia z Julitą Giezlak, plastyczką, w drodze do Majora, namalowaliśmy jeszcze jednego krasnoludka. W dzień malowało mi się o wiele lepiej, bez żadnej spiny i stresu. Powiedziałem o tym Waldkowi. Od tej pory działaliśmy jawnie. Nawet tego burzliwego dnia, wieczorem, razem z Krzysztofem Szubartem (porucznik Kura) namalowaliśmy jednego dużego krasnoludka niedaleko pętli tramwajowej na Biskupinie, w obecności wielu ludzi. Właściwie to Krzysiek malował, a ja mu asystowałem, bo mieliśmy jeden pędzel. Użyta do tego była farba emulsyjna.

Szybko znaleźliśmy naśladowców. Malowanie zaczęło się rozwijać, przyłączyło się dużo ludzi i skrzaty z Biskupina i Sępolna ruszyły na miasto. Plam było dużo. Pierwszego krasnoludka na rynku namalowała Kasia Piss. Centrum było zdobyte! Następnie niziołkami została pokryta długość ulicy Legnickiej, mniej więcej do osiedla Kosmonautów. Piękne krasnoludki pokrywały ul. Sienkiewicza, malował je Andrzej Dziewit i Major farbą w sprayu. Na przeciwko kościoła Na Piasku, na murze, znajdowała się również bogata galeria dzieł olejnych.

Czym malowaliście?

Dwa pierwsze krasnalki namalowane były sprayem, a że trudno było załatwić nowy, dlatego krasnoludki przeważnie były tworzone artystycznymi farbkami olejnymi. Mieliśmy dużo znajomych w szkole plastycznej i kradliśmy im te farbki i pędzelki. Czasami sami nam dawali, bo mieli spore zapasy i dobre serca. Był to inny wymiar graffiti niż teraz. Żałuję, że te malunki się nie zachowały. Były to krasnoludki z dziobami, zębami, przeróżne. Były ich setki.

Major był wizjonerem, miał taką ideę, marksistowską, że nastąpi wymiana ilości na jakość, że jak się namaluje 10 000 czy 50 000 krasnoludków to nastąpi przemiana i w końcu te bajkowe chochliki zejdą z murów na ulice i dopiero się wtedy zacznie. Dlatego pokrywanie ścian skrzatami nazywaliśmy malarstwem taktycznym i sztuką dywizyjną.

Skąd wzięły się ten żargon wojskowy i wasze militarne pseudonimy?

Wynikało to z tego, że Ruch Nowej Kultury po stanie wojennym przestał spełniać swoją rolę. Stał się nielegalny. Dlatego w naturalny sposób przeistoczył się w Wojskową Ultraakademię z różnymi katedrami. Major był oczywiście Komendantem Rektorem, Szefem Katedry Malarstwa Taktycznego i Profesorem Sztuki Wojennej. Kolejne tytuły Majora pojawiały się wraz z nowymi projektami.

Odtworzyliśmy przedwojenną formację ułańską – 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich. Ja zostałem Rotmistrzem – Szefem Sztabu, byli wachmistrze, był oficer polityczny Wojtek Bartoszek, porucznik Kura (Krzysztof Szubart), porucznik Piotr „Pablo” Adamcio, porucznik Olaf Węgrzyn itp. Współpracowała też z nami cywilbanda np. Tajny Przewodniczący Rady Rewolucyjnej Marek „Happener” Bieroń, pacyfista Andrzej Dziewit, bahtijogin Zenek „Wskazówa” Zegarski, freak Marian „Gibała” Czoboćko i wielu innych. Oczywiście były też dziewczyny: Kasia Piss, Ewa Ciepielewska i inne piękne kobiety, których nazwisk niestety już nie pamiętam.

Potem malowane krasnoludki postanowiły zdobyć inne miasta?

Tak. To były wyborne akcje. W Krakowie malowaliśmy w kilka osób, zaczęliśmy gdzieś koło godziny 6-tej rano, po jakimś czasie część osób z tego się wykruszyło i w pewnym momencie zostaliśmy z Waldkiem sami. Około godziny 16-tej, w momencie szczytu, kiedy ludzie wracali z pracy, ilustrowaliśmy ścianę na ul. Grodzkiej (to jest ulica prowadząca od rynku w kierunku Wawelu). Na głowach mieliśmy krasnalskie czapeczki, byliśmy też ubrudzeni tymi farbkami. Nagle zapanowała wokół nas dziwna cisza, zaniepokoiło mnie to i obróciłem się do tyłu, a tam w odległości jakichś dwóch metrów stoi tłum. Ludzie stoją i się na nas gapią. Mówię do Waldka: „Waldek spierdalamy!”, a Waldek wyjąkał: „Jeszcze tylko kwiatuszek.” I namalował go z dużym wysiłkiem. Za rogiem były następne plamy i malowaliśmy dalej, następnego, następnego i następnego. Stworzyliśmy ze dwie setki tych krasnoludków, aż farbki nam się skończyły. Obyło się wtedy bez kłopotów, ale w Łodzi, Major z Pablem byli tak zmęczeni, że nie zauważyli, że znajdują się tuż koło Komendy Milicji. Była tam taka tablica z zarysem ludzkiej postaci na tle tarczy strzelniczej i kiedy do tej sylwetki człowieka zaczęli domalowywać czapeczkę aresztowano ich na 24 godziny. Później aresztowania zdarzały się coraz częściej: w Warszawie legendarni dziś mistrzowie pędzla byli prowadzeni pod karabinami. W Świnoujściu Kasia Piss musiała podpisać oświadczenie, że skrzat jest apolityczny, dopiero potem ją wypuszczono. Robiliśmy jeszcze wypady do Gdańska, Lublina, Szczecina. Było tego bardzo dużo. Waldek dostał takiego już odjazdu, że chciał chodzić po torach kolejowych i malować je na słupach kolejowej trakcji.

 

Co się działo dalej z waszymi malunkami? Służby zamalowywały je?

Różnie. Przeważnie pozostawały na ścianach. Potem, stopniowo, jak mury były odświeżane to krasnoludki powoli znikały. Do naszych czasów, we Wrocławiu, gdzie było ich najwięcej, przetrwał tylko jeden krasnoludek. Znajduje się na ul. Smoluchowskiego. Przy okazji renowacji kamienicy zachowano go, zabezpieczono i zakonserwowano. Waldek twierdzi, że razem go namalowaliśmy, mi wydaje się, że Waldek namalował go razem z Jackiem Tarnowskim Tamburmajorem – Dowódcą Orkiestry Wojskowej 14 Pułku, który mieszkał w tej okolicy. Trudno teraz powiedzieć kto ma rację, bo pamięć bywa zawodna. Był jeszcze jeden krasnoludek na Krzykach, przez długi czas, ale gdzieś zniknął.

 

Ciąg dalszy wywiadu: Wszyscy proletariusze bądźcie piękni