Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wezwanie do umiarkowania

Grzegorz Majewski

Mucha plujka i ścierwica mięsówka

Sięgam pamięcią i widzę ludzi na korytarzu biurowca. Znam ich ze słyszenia i z gazety Solidarności Dolnośląskiej. Oni są moimi bohaterami. Ta scena z mojej młodości rozgrywała się w budynku NSZZ Solidarność we Wrocławiu, słynna Mazowiecka, rok 1981. Byłem tam ze swoją macochą, która dla związku coś tam robiła. Wielu wtedy robiło, Solidarność obudziła ogromną aktywność. Mija czas, wchodzi stan wojenny. Nagle my, dzieci, doroślejemy. Pojawiają się ulotki, nielegalne książki, gazetki. Tajemnicze miny i szybkie uściski dłoni. Masz, przekaż dalej. Chodzę już do szkoły zawodowej, Zaczynam sam się angażować. Spotykam podobnie do mnie myślących, szukamy kontaktów i znajdujemy. Jesteśmy związani z Solidarnością Walczącą. Jak to dumnie brzmi – Solidarność Walcząca. I my nastoletnia ledwo młodzież. W podziemiu mamy okazję doświadczać uczuć wyższych, każących na wszystkich patrzeć poprzez „swoich” i „tamtych”. Pośrodku było sporo ludzi, mało zauważalnych o ile nie byli odbiorcami ulotek.

Wydawnictwa podziemne czytali wtedy prawie wszyscy, niezależnie od wykształcenia, zawodu czy nawet poglądów. Same wydawnictwa też miały różnorodny poziom – od infantylnych, produkowanych często przez dzieciaki podobne do nas, po literaturę wyższego poziomu – Miłosz, Herling-Grudziński, Herbert czy wrocławski Lothar Herbst i inni młodsi, wtedy znani – Jarosław Broda czy Leszek Budrewicz.

Kościół i klasztor Franciszkanów, położony w pobliżu Komitetu Dzielnicowego PZPR na wrocławskich Karłowicach, wykazywał aktywność na polu naukowym, a jego jednym z elementów była historia. Inne rzeczy realizowane w tym kościele to np. wykłady prof. Miodka czy często wyświetlanie filmów niedostępnych z powodu cenzury lub innych powodów – np. braku pieniędzy w TV. To tam obejrzałem filmy Zanussiego, „Przesłuchanie” Bugajskiego czy też „Sprawę Kramerów” z Dustinem Hoffmanem. Kiedyś załatwiałem cykl wykładów, jakie mieli poprowadzić goście z opozycji. Prelegenci głównie z WiP, ale był tam także Józek Pinior. Po ustaleniu wykładowców i tematów zorientowałem się w jednym. Przynajmniej trzej to ateiści. Powiedziałem o tym organizatorowi – bratu Antoniemu (Kazimierz Dudek). Popatrzył na mnie zdziwiony… i zapytał po co mu to mówię? To jest przecież bez znaczenia. Czy można dostać lepszą lekcję tolerancji?

W tamtych latach poznałem wielu wspaniałych ludzi – Andrzeja Kowalskiego, charyzmatycznego działacza podziemnej Solidarności z Polaru, Czesia Borowczyka, niezwykle odważnego robotnika z Dolmelu (są emerytami i marzą o obniżonej emeryturze na jaką narzeka niejaki Mazguła) czy Piotrka Ikonowicza, który dawał przykład na prowadzenie akcji podziemnych i jawnych. Poznałem także legendy wrocławskich 80 milionów – Józka Piniora, Staszka Huskowskiego czy Piotra Bednarza oraz Władka Frasyniuka. Ogromną ilość energii dostawałem od Włodka Mękarskiego. W tamtych czasach nie znałem osobiście, ale bardzo ważnym człowiekiem dla nas był Kornel Morawiecki, którego reprezentował na różnych spotkaniach Wojtek Myślecki. Oni wszyscy byli moimi idolami. To ich pragnąłem naśladować, oni mi imponowali. W tamtym moim życiu byli także przyjaciele z zakładu gdzie pracowałem – Staszek Kaszuba, Andrzej Orłowski i Józef Świca. I oczywiście mnóstwo przyjaciół z WiPu, których wszystkich nie da się wymienić… Ale Marek Krukowski, Wiesiu Mielcarski, Piotrek Golema, Grześ Michalik, Grześ Francuz, Krysia Budrewicz, Zosia Olszewska, Krysia Francuz, Ewa Kapała… to tylko cząstka mnie, tych nazwisk jest o wiele, wiele więcej.

Po co te wspomnienia? Ten świat się wali, dopuszczono do tego, by tchórze wtedy nic nie robiący lub młodzi, nie pamiętający tych czasów – podważali poświęcenie i patriotyzm ówczesnych moich bohaterów. Dziś patrzę na scenę polityczną, gdzie jedni drugich okładają czym się da i jak się da. Jedni i drudzy nie stronią od pomocy swoich dawnych przeciwników, będących w PZPR. Uruchamiają nawet przeciwko sobie służby specjalne! Nie ma tu świętych. Obie strony są głęboko umoczone. Jakim cudem do tego gówna się dostali to jedna rzecz, dziś pilniejszym wydaje się podać im rękę, żeby z niego wyszli. A przecież w latach okupacji sowieckiej wszyscy współpracowali ze sobą. Owszem. Kłócili się, spierali, obrażali. Ale SZANOWALI się nawzajem.

Nazwiska jakie padły w tekście są istotne dlatego, że dziś są w różnych miejscach sporu politycznego. Jedni są w KOD, drudzy w PiS, a są i stojący z boku, z przerażeniem patrzący na demolowanie naszej historii przez dawnych kolegów. Niektórzy wtedy z nami działający są dziś wśród posłów lub nimi byli, są w rządzie lub w nim byli. Byli-są w różnych partiach.

Efektem ich wojenek jest uznanie przez świat za symbol zniszczenia komunizmu obalenie Muru Berlińskiego, co dokonało się dopiero pod wpływem wydarzeń w Polsce i na Węgrzech. Polska Stocznia Gdańska im. ”Lenina” nie znalazła dzięki nim miejsca godnego w podręcznikach. A przecież to tam działali Wałęsa i Anna Walentynowicz. Więc PiS w swojej zapiekłości zwalczania Wałęsy doprowadził do zmarginalizowania roli jaką odegrała Anna Walentynowicz, zwaną Anną Solidarność. A blok PO i dawnej UW atakując i marginalizując ludzi stojących po stronie tej dzielnej kobiety doprowadził do ośmieszenia przed światem Lecha Wałęsy. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Skorzystali Niemcy i ich rachityczna opozycja antykomunistyczna. Oczywiście niczego nie umniejszając tym, co walczyli w NRD, to skala ich oporu i polskiego, to jak porównanie słonia do mrówki.

Podziały istniejące od dawna nabrzmiały i nabrały charakteru wojny totalnej, a to za sporawą nieodpowiedzialnych polityków, którzy żyją cyklem wyłącznie wyborczym. Niestety są wśród nich dawni opozycjoniści. Co się z nimi stało?! Stocznia i jej porażka w walce o miejsce w europejskim podręczniku to tylko czubek góry lodowej głupoty jaka ich opanowała. Biorą udział w dalszej demolce, jakby im było mało zniszczenia legendy stoczni. Plują na każdego, kto jest po przeciwnej stronie. Na nic nie patrzą. Nic świętego. Podważają bohaterstwo z czasów komunizmu Władysława Bartoszewskiego, Adama Michnika, Antoniego Macierewicza czy Lecha i Jarosława Kaczyńskich, Władysława Frasyniuka(!!!), Henryki Krzywonos. Z Anny Walentynowicz przez całe lata robili pośmiewisko, opluwali Krzysztofa Wyszkowskiego. Kłamali o przeszłości wspaniałego Bronisława Geremka, niedawno nawet atakowali Jacka Kuronia!!! Wycinali i wyśmiewali Andrzeja Gwiazdę! Gdzie nie spojrzeć, plwociny i rzygowiny. A najgorsze, że wielu dawnych bohaterskich opozycjonistów bierze udział w tej grze. Ja tego zaakceptować nie potrafię. Że w jednym worku dwie strony? Owszem, niczym się nie różnią.

I mówię : Odwalcie się od Geremka, odwalcie się od Kaczyńskiego, odwalcie się od Michnika, odwalcie się od Macierewicza, odwalcie się od Frasyniuka, odwalcie się od Gwiazdy, odwalcie się od Krzywonos, odwalcie się od Wyszkowskiego, odwalcie się od wielu, wielu innych!

Tu dodam: Odwalcie się od Pawła Kasprzaka! Znałem go osobiście z podziemia, odważny i wspaniały człowiek, Polak-patriota. Nie muszę akceptować tego, co dziś robi, ale nie dam go opluwać.

Może to czas, by dzisiejsi liderzy, dawni opozycjoniści wezwali nareszcie do umiarkowania w tej ohydnej walce na obrzucanie się gównem? Nie widzą jak niszczące dla Polski, dla dawnych przyjaźni, dla zwykłych nawet ludzi jest ich sposób walki na kłamstwa? Kto więcej i wiarygodniej zełga. Do tego doszliśmy.

Do niewierzących apeluję do ich przyzwoitości. Do wierzących do ich wiary. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu…

Reklamy


Dodaj komentarz

Ja robol – ja wykształciuch

Grzegorz Majewski

Fot. Erazm Ciołek - Stocznia Gdańska. Strajk, sierpień 1980r.

Fot. Erazm Ciołek – Stocznia Gdańska. Strajk, sierpień 1980r.

W latach osiemdziesiątych pracowałem jak robotnik w zakładzie zbrojeniowym. Moją świadomość kształtowali ludzie pracujący ciężko, będący znakomitymi fachowcami w zakresie obróbki metali dla potrzeb lotnictwa. Ludzie niezwykle inteligentni, spotkałem nawet robotnika z II klasą mistrzowską w szachach (!), a czytający podziemną literaturę historyczną wcale nie byli czymś osobliwym. Z niektórymi łączyły mnie wyjątkowe więzi, takie jakie mogą być zawiązane przy wspólnym przeżywaniu niebezpieczeństw – razem działaliśmy w podziemiu. W tym kręgu byli też i inteligenci – wszyscy byli sobie równi, co mnie wtedy z ledwo rzucającym się zarostem dwudziestolatka nie dziwiło, ale z pewnością dopingowało. Bo czyż młody człowiek może być bardziej dowartościowany, niż jak starszy o ponad 20 lat kolega inżynier każe mu mówić do siebie po imieniu? Wiem, że wielu dawnych działaczy z podziemia w tamtym zakładzie wspiera dzisiaj PiS. A pamiętam jak skandowali podczas demonstracji „Lech Wałęsa!”. Jak to się stało?

Dla mego pokolenia, ludzi urodzonych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku komunizm był normą, w jakiej się wzrastało, kształtowało własną świadomość, bawiło i pracowało. Nie było alternatyw, szumne opowieści o preferencjach w kształceniu dzieci rodzin robotniczych z przyczyn różnych, także obiektywnych, były jedynie frazesami. Na studiach, zwłaszcza na kierunkach obleganych, uczyły się głównie dzieci milicjantów, lekarzy, nauczycieli, prawników. Tajemnicą poliszynela było, że chcąc zostać lekarzem, trzeba mieć tatę/mamę lekarkę, a żeby zostać adwokatem – tatę lub mamę adwokata. Przyznawane wtedy punkty za pochodzenie robotniczo-chłopskie pomagały w dostaniu się na kierunki mało oblegane, z gorszymi perspektywami. Kolejki w sklepach były codziennością, braki w towary stwarzały normę, dzięki której coś ponad przydział się „załatwiało” lub „skombinowało”. Te eufemizmy oznaczały najczęściej, że ktoś coś ukradł, żeby sprzedać to nam. Albo nas lubił albo miał w tym interes, bo my mu „załatwiliśmy” co innego.

Tą naszą codzienność, jaką znaliśmy, potrafiliśmy się w niej poruszać, nagle, z dnia na dzień niemal zamieniliśmy na coś, co niektórzy zwą demokracją, niektórzy kapitalizmem. Czy są nimi w istocie nie będę się tutaj zajmował, bowiem nie dlatego to piszę.

Kiedy wszedłem do podziemia, decyzją niebyt świadomą (miałem 16 lat) poznawałem ludzi szlachetnych, pełnych idei, poświęcających czas, zdrowie i ryzykujących życie. Po wpadce w 1986 roku środowisko to mi się poszerzyło. Będąc w konspiracji nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak wielka jest liczba ludzi „spalonych”, mogących działać jedynie jawnie, by nie przynosić zagrożenia dla podziemnej struktury. Stałem się swego rodzaju maskotką – wobec braku wśród jawnych działaczy młodych robotników byłem zabierany na wszelkie spotkania, gdzie wrodzona nieśmiałość nie pozwalała mi się odzywać. Widywałem wtedy dziennikarzy z USA, Niemiec, Francji. Związkowców z tych krajów, przedstawicieli ich ambasad. Zazwyczaj milczałem, ponieważ moja wiedza w porównaniu z intelektualistami z jakimi przebywałem była znikoma – cóż ja do Józka Piniora, Leszka Budrewicza, Piotrka Ikonowicza czy z młodszych – Pawła Kocięby lub Pawła Kasprzaka?

Fot. Erazm Ciołek - Stocznia Gdańska. Strajk, sierpień 1980r.

Fot. Erazm Ciołek – Stocznia Gdańska. Strajk, sierpień 1980r.

Tworzyliśmy prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. To wtedy można było zobaczyć na piwie w knajpie (najczęściej mordowni), inteligenta z robotnikiem, jak wymieniają się… książkami i co brzmi dzisiaj jak herezja – uwagami o przeczytanej literaturze. Robotnicy, dobrze wykształceni zawodowcy byli trzonem systemu, ale i Solidarności oraz innych grup opozycyjnych odwołujących się do solidarnościowych korzeni. Przenikanie się wzajemne środowisk było tak oczywiste, że nikt się nawet nie zastanawiał, z jakim to historycznym zjawiskiem mamy do czynienia – co nam z tego zostało? NIC.

Nastąpiły przemiany, a wraz z nimi ostry podział na tych co potrafią i na tych, co nie potrafią. W obu grupach znaleźli się byli uczestnicy walki z podziemia czy ze struktur jawnych. W ogniu przemian ci, którzy się usadowili na stołkach sejmowych, w zarządach firm państwowych czy w rządzie, zupełnie zapomnieli o niedawno wychwalanych tak ludziach pracy najemnej, bez udziału których sama inteligencja nie byłaby w stanie obalić systemu. Mogłaby co najwyżej uczyć się nowych zawodów na dalekim kole podbiegunowym, gdzie najbardziej godnym ich zajęciem byłoby pasanie reniferów.

Wygraliśmy. Zwyciężyliśmy. Radość trwała krótko, nieco ponad rok. Zaczęły się wtedy zawinione i niezawinione upadki przedsiębiorstw, które były wykupywane przez przedsiębiorstwa zachodnie w różnych celach. Niestety często po to tylko, by zniszczyć konkurencję. W rezultacie ci, bez których nie udałaby się żadna manifestacja w stanie wojennym, ci, którzy z narażeniem życia, czasem je tracąc strajkowali – zostali na przysłowiowym lodzie. Pozostaje zapytać, co dla byłych działaczy struktur podziemnych Solidarności zrobili ich koledzy z Solidarności? Odwrócili się plecami. I to nie było jeszcze najgorsze – najgorsze było to, jak w pouczającym tonie opowiadali o nieudacznikach, jak z pogardą patrzyli na kolegów, którzy nagle stoją w kolejce po zasiłek nie dający prawa do przeżycia. Ciężar walki o niepodległość nieśli robotnicy, oni też ponieśli największe konsekwencje zmiany systemu. Sami sobie zgotowali ten los. Za walkę o naszą wspólną niepodległość dostali pogardę, tym boleśniejszą, że wyrażaną przez ich byłych kolegów i koleżanki, którzy wcześniej, gdy ich potrzebowali, prześcigali się w zapewnieniach o niemal miłości do klasy robotniczej.

Kiedy wykształciucha dotknęła choroba, czy sytuacja go przerastająca, w wyniku której spadał niżej, a tak stało się z kilkoma naszymi przyjaciółmi, oświeceni także nie pomogli. Ci ludzie na równi z robolami klepią naszą polską biedę, często nie jedząc i śpiąc pod mostem. A piszę o ludziach zasłużonych, obecnych na kartkach książek, gdzie opisuje się ich poświęcenie.

Z małymi wyjątkami, inteligencja stała się klasą wyższą, posiadającą. W wielkich ośrodkach, zwłaszcza w Warszawie zapachniało dobrobytem urzędniczym, zaczęły się tam lokować międzynarodowe firmy. Praca była tylko dla wykształconych i znających języki obce. Oni stali się nową klasą wyższą, hołubioną przez posłów, senatorów z dawnej, podziemnej Solidarności. Co się stało, że odwrócili się plecami od koleżanek i kolegów będących często w skrajnym ubóstwie? Można tylko domniemywać – sam często rozmawiając z nimi słyszałem wypowiedzi świadczące o pogardzie dla tych „gorszych”. Często, kiedy rozmawialiśmy na moją uwagę na temat różnicy w sytuacji padało jakże upodlające i odczłowieczające – „nieudacznicy zazdroszczą”. Co się stało?!!!

Znam tylko jeden przypadek dawnego lidera Solidarności, który zatroszczył się o swoich przyjaciół z podziemia. Zbyszka Janasa z Warszawy. Kiedy umierała na raka jego łączniczka zrobił wszystko, by miała pieniądze na leczenie. Po jej śmierci postarał się o rentę dla dzieci, mimo że były z nią kłopoty nie załamał rąk i tak długo nawiedzał odpowiedzialne instytucje, że załatwił. Pomagał tak wielu swoim koleżankom i kolegom w złej sytuacji. Zawsze od nich odbiera telefon, co nie jest częste wśród ludzi sukcesu. Czy jest jedynym? Nie sadzę, pewnie tak nie jest, ale musi być ich strasznie mało, skoro znam tylko jednego. Nie, nie jednego. Jest jeszcze Piotrek Ikonowicz, ale to inna bajka, człowiek, któremu nawet kościół powinien stawiać pomniki za jego zaangażowanie w obronę ludzi biednych – chociaż sam Piotrek z kościołem jest delikatnie pisząc – daleko.

Syci zarządzali krajem na swój sposób, robili kariery, wchodzili do zarządów spółek – nikt z pierwszych posłów Solidarności nie cierpi biedy – wszyscy są dobrze sytuowani, gdy coś się działo, zmieniała się władza – koledzy z ław sejmowych podają rękę i lokują w spółkach skarbu państwa lub innych, zaprzyjaźnionych przedsiębiorstwach. Czy to jest złe? Jeśli są to fachowcy z bogatą wiedzą, a posłowie raczej takimi są, bowiem biorą udział w wielu pracach legislacyjnych, gdzie trzeba się „nauczyć” danej branży, a spojrzenie mają szersze od zwykłego człowieka, to nie widzę w tym niczego złego. To zjawisko tłumaczy jakoś coraz większe oddalenie, z jakim mamy dzisiaj do czynienia. Na to nakładają się dodatkowe podziały z podziemia, gdzie jedni byli przeciwnikami drugich, podziału przeniesionego przez Wałęsę kiedy został prezydentem. Anna Walentynowicz czekała wiele lat, do prezydentury Lecha Kaczyńskiego, na uhonorowanie jej za wieloletnią działalność na rzecz wolnej Polski. Jej znaczenie starano się zbagatelizować, uczynić mniej ważną od Wałęsy. Dzięki Instytutowi Pamięci Narodowej i wielu innych historyków nie udało się.

Anna Solidarność ma swoje godne miejsce w naszej pamięci. Bo mogliśmy się z nią nie zgadzać, ale zasług dla obalenia komunizmu tej biednej (dosłownie!!!) kobiecie nie odejmiemy. Tak jak i Wałęsie. Można go nie lubić – sam mam do niego dystans za jego megalomanię i obojętność na los dawnych opozycjonistów – ale zasług nie odmówię.

Powtórzmy: Anna Walentynowicz, jedna z najstarszych opozycjonistek w Polsce, osoba dzięki której zaczęły się strajki sierpniowe – czekała na odznaczenie państwowe 17 lat. Podczas gdy jej dużo mniej zasłużeni koledzy po 3-4 latach wyglądali jak bożonarodzeniowe choinki.

Pojawia się pytanie – czemu tak zapiekle wycinano z pamięci tą drobną, niezwykle zasłużoną kobietę? Czemu jej dawni koledzy, zwłaszcza Lech Wałęsa wzięli tym udział? Nie wiem. Nie wiem czemu syci koledzy zubożałej Anny Walentynowicz, suwnicowej ze Stoczni Gdańskiej odwrócili się do niej plecami? Ludzie podziemia, do których „oświeceni” mają tylko pogardę są z tej strony.

Ten podział na tych, co się załapali lub/i się im udało funkcjonuje do dzisiaj. Opozycjoniści z oświeconych kręgów nie podjęli ani jednej inicjatywy, by przywrócić godność robotnikom zapomnianym, żyjącym w nędzy. Kiedy środowiska opozycji antykomunistycznej przygotowały swój projekt o pomocy kombatantom w nędzy, kancelaria prezydenta, złożona z sytych i oświeconych ucięła go tak, że teraz człowiek w złej sytuacji nie będzie zdychał z nędzy – będzie z tej nędzy umierał. 400 pln miesięcznie dla kogoś, kto nie posiada niczego i to tylko przez rok – potem może dalej zdychać. A czy to, aż tak wielkie obciążenie dla budżetu pomóc godnie? Oczywiście że nie, więc co zadziałało Państwo syci? Zazdrość, zawiść czy zwyczajny brak empatii?

I widziałem biedę. Dużo. Bardzo dużo. Skończyłem studia, miałem dobrą pracę – wszedłem do innego świata, gdzie nikt nie eksperymentował z brakiem matury, wszyscy byli nowocześni, liberalni, bardzo rzadko kiedy ktoś mówił coś innego. Wspomnienie o biedzie było jak puszczenie bąka w salonie, przecież wszystko zależy od nas, każdy ma równe szanse. Czy każdy?

Lata dziewięćdziesiąte. Jakaś knajpka. Podchodzi dziecko i prosi o coś do jedzenia. Przyzwyczajony do wielu naciągaczy, proponuję kanapkę jaką mam ze sobą. Chłopczyk niemal wciąga w całości, prawie bez gryzienia. Patrzy na mnie wdzięcznymi oczyma – mam świeczki w oczach. Coś mu kupuję, chociaż sam nie jestem bogaty. Ten chłopiec też miał równe szanse?

Pracuję w koncernie zagranicznym, mam dobry zarobek, służbowy samochód, telefon komórkowy, laptop. Jestem w Koszalinie. Na parkingu zaczepia mnie chłopczyk i prosi o coś do jedzenia. Idę z nim do sklepu, robię zakupy, ekspedientka ściszonym głosem do mnie mówi, ze chłopczyk nie jest naciągaczem, naprawdę zbiera dla rodziny. Gardło łapie skurcz. Spotkałem go kilka razy, zawsze robiłem drobne zakupy, potem przestałem go spotykać, pewnie opieka społeczna wreszcie wzięła się do pracy – pytanie jak? Czy odebrali dzieci rodzicom? To dziecko też ma równe szanse?

Wracam ze Szczecina, koło Zielonej Góry biorę na stopa kobietę, matkę pięciorga dzieci. Mąż na rencie, nie dają sobie rady. Kobieta dorabia jako prostytutka. Naprawdę to były równe szanse? Dodam, że kobieta pochodziła z Nowej Soli, tak oburzonej teraz na słowa dzisiejszej premier na temat biedy w tym regionie.

Gdzieś w Polsce, jedzie ze mną kobieta stopem, matka trojga dzieci. Płacze, że znowu nic dla nich nie dostała w opiece. Daję jej kilka złotych na chleb. Wstyd mi do dzisiaj, że nie miałem więcej. I za odruch wykształciucha. Gdy zapytałem się czemu nie pracuje, odpowiedziała że „nie dają”. Pomyślałem wtedy z odruchem wyższości, to czemu sama nie szukasz? A jak ma się szukać kiedy mieszkała sama z małymi dziećmi?!

Jedziemy z kolegą, na drodze klęczy chłopiec, żeby go zabrać. Stajemy. Zabieramy ze sobą, opowiada swoją historię. Razem z kolegą dajemy mu kilkadziesiąt złotych, gardła coś nam dławi.

Kim jesteśmy żeby oceniać kobietę prostytuującą się dla dzieci? Chcą jeść, a moi syci koledzy z Solidarności takich mają za nic, wiec radzą sobie jak potrafią, dochodząc często do granic, a nawet je przekraczając. Programy pomocowe dla tych ludzi ogłaszane szumnie w mediach były zwykłą kpiną z tych biednych ludzi.

Afera podsłuchowa obnażyła bez retuszu korupcję wśród „oświeconych”. Płacenie kartą służbową za prywatne obiady musi boleć i budzić odruch protestu. Media na opisanie tego zjawiska używają słów zamienników – nieprawidłowości, niejasności itp. Jakie niejasności? Złodziejstwo jest złodziejstwem i prości ludzie mają tylko to słowo na nazwanie tego procederu. I słusznie.

Na jednym z obiadków podano wino za (chyba) 900 pln. Mniej więcej tyle wynosi zasiłek dla bezrobotnego, za który musi często przeżyć rodzina pięcioosobowa cały miesiąc. A nasi dawni koledzy nic sobie z tego nie robią, zapomnieli o miłości do ludu pracującego – wykształciuchy mają prawo. Plebs ma milczeć i słuchać. I żywić nowych panów. A oni się dziwią, że ludzie oddają głosy na prawicę? Niedawno przeczytałem tekst Piotrka Ikonowicza na ten temat – Piotrek ma 100% racji.

Fot. Erazm Ciołek - Stocznia Gdańska. Strajk, sierpień 1980r.

Fot. Erazm Ciołek – Stocznia Gdańska. Strajk, sierpień 1980r.

Wielu kombatantów naszej walki o wolność musiało wyjechać z kraju w poszukiwaniu pracy, by mogli wyżywić siebie i rodzinę. Nie wygoniła ich komuna, oferując paszporty na zachód za przerwanie działalności – zrobili to po zwycięstwie ich przyjaciele – wykształciuchy. Czasem mam wrażenie, że jedyne co „oświeceni” mają do zaoferowania tym, którzy nie dają sobie rady to łopata – żeby mogli siebie sami zakopać.


Dodaj komentarz

Ofiary wojny

Grzegorz Majewski

0

O ukrytej twarzy wojny rozmawiałem z ukraińską wolontariuszką Liliyą Bessonovą.

Wojna, jaką przynieśli na Ukrainę Rosjanie to śmierć, zniszczenie, wygnanie, ucieczka. Także dla samych Rosjan, którzy za marne odszkodowania zmuszani są do podpisywania zobowiązań o zachowaniu w tajemnicy, gdzie i dlaczego zostali ranni, a w razie śmierci rodziny mają problem z odzyskaniem ich ciał, by przeprowadzić pogrzeb. Wszystko po to, żeby zatuszować udział Rosji w tej wojnie. Pytanie – Po co? Dlaczego? – staje się bezprzedmiotowe, kiedy uświadomimy sobie, że mamy do czynienia z agresywną wojną, do udziału, w której napastnik się nie przyznaje, twierdzi wbrew faktom i rozumowi, że regularna armia przegrywa w walce z traktorzystami. Kpią w ten sposób nie tylko z Ukraińców, ale i z własnych ofiar.

Media zachodnie też nie relacjonują tego konfliktu rzetelnie, unikają pokazywania innej twarzy tej wojny. Kalectwa. Nieszczęścia, które na długo wpisze się w pejzaż.

Budynki się kiedyś odbuduje, ziemię rozminuje, dzieci pośle do szkoły, nawet o zabitych będzie powoli zamierać pamięć, czasem przypomni o nich jakaś tablica, młodszym niewiele mówiąca.

Kalectwo będące rezultatem wojny straszyć będzie długo. Kilkadziesiąt lat po zakończeniu działań będzie przypominać, jak wyrzut sumienia, czym jest wojna.

Dzięki uprzejmości kolegi, pracującego jako wolontariusz w szpitalu w Kijowie, udało mi się porozmawiać z kobietą zajmującą się rannymi. Nasza rozmowa trwała około dwóch miesięcy. To, co prezentuję niżej, to zapis jej wypowiedzi ze Skype, prosty, szczery. Lilia jest wspaniałą rozmówczynią. Zna język polski, więc było nam stosunkowo łatwo rozmawiać. Na mnie największe wrażenie robi jej podejście do pracy, za którą nie dostaje żadnego wynagrodzenia. Jest jej cała oddana. Oprócz tego jest jeszcze pracownikiem innej firmy na etacie, a także żoną, matką i córką. Godzi znakomicie te role i co ważne, bliscy ją wspierają. Ludzie w nieszczęściu stają się jednością. Okazują więcej hartu ducha, niż my, żyjący we względnym dobrobycie. Nam zdrowym, ciężko jest nawet spojrzeć na kalectwo.

Z jej opowieści wyłania się zwyczajny, prosty koszmar…

Liliya

Liliya Bessonova

Moi rodzice wywodzą się z zachodniej Ukrainy, nigdy nie wspierali komunizmu – nie wierzyli w niego. W domu zawsze mówiło się o uzyskaniu wolności, o patriotyzmie – w takiej atmosferze wyrosłam.

Droga, którą doszłam do wolontariatu zaczęła się od ostatniego Majdanu, chodziłam tam po pracy i w każdy dzień wolny. Wtedy też zobaczyłam pierwszych rannych. Takiego widoku nie da się zapomnieć. To było z 18/19 lutego 2014 r., ranni byli noszeni do cerkwi. To dzielni ludzie. Na prośbę jednego z manifestantów zaczęłam zmieniać mu opatrunek głowy, kiedy zdjęłam stary bandaż, ujrzałam dużą ranę. Obwiązałam na nowo, a gdy skończyłam on wstał i wrócił na Majdan, do „swoich”. Wszyscy lżej poszkodowani wracali. Wracał każdy, kto się czuł na siłach. Kiedy spojrzeć na zdjęcia z walk, można zobaczyć sporo ludzi w bandażach, to właśnie ci, którzy wrócili. To dziwne, ale nie czuliśmy wtedy strachu – zastąpiło go poczucie pogardy dla oprawców, ogromnego wzrostu patriotyzmu i co ważne, nagle wszyscy chcieli się modlić, modliliśmy się wtedy bardzo dużo, by wszystko skończyło się dobrze.

Kiedy zaczęła się wojna, śledziłam uważnie wszystkie informacje, przeżywałam je jakbym sama tam była. Odwiedziłam kiedyś jeden szpital z koleżanką, tam poznałam żołnierzy i wolontariuszy. Razem z nimi zaczęłam zbierać środki na leczenie. To było takie zderzenie z niemocą szpitalną, Chodziliśmy tam kiedy uzbieraliśmy coś z lekarstw, jedzenia czy nawet pieniądze.

Do szpitala wojskowego przyszłam w czerwcu 2014 roku z kolegą z pracy. Było to dokładnie po wyjściu z kotła naszych wojsk pod Zielonopolem – przywieziono bardzo dużo rannych żołnierzy, personel nie dawał sobie rady, trzeba było ze wszystkim pomagać, od powlekania pościeli, do podawania lekarstw. Było także dużo rannych wolontariuszy, którzy zajmowali się wożeniem pomocy na front. To był ciężki dzień, lekarze pracowali na okrągło przez wiele godzin, bardzo często amputowali kończyny, czasem podwiązywali tylko rany, kiedy przywozili kogoś już bez nogi lub ręki. Natychmiast zabrałam się do pomocy. Po tym nie mogłam już dłużej tylko się przyglądać, od tego dnia jestem tam bardzo często. Najpiękniejsze słowa, jakie słyszę od tych młodych chłopców, to „A przyjdziesz znowu jutro?”. Jak tu po takim pytaniu ich zostawić?

Wtedy, kiedy widziałam pierwszych rannych nie mogłam uwierzyć, że to w mojej ojczyźnie. Przypominałam sobie słowa rodziców, którzy martwili się „by nie było wojny“ – dopiero teraz w pełni do mnie dotarło, co mieli na myśli.

Praca jest bardzo ciężka także z tego powodu, że cały czas brakuje podstawowych rzeczy, jak np. lekarstw. Są robione zbiórki, czasem ludzie sami przynoszą, ale w skali potrzeb to bardzo mało. Wielu kalectw można by uniknąć gdyby lekarstw było pod dostatkiem. Lekarze pracują z ogromnym poświęceniem, to dobrzy fachowcy. Można ich tylko podziwiać, kiedy wałczą o człowieka z poparzonym ciałem w 65%. A taki trafił się niedawno. Pocisk spadł na samochód, w którym siedzieli wolontariusze, innym niewiele się stało, ten biedak najwięcej ucierpiał. Uratowali niejedno życie, rękę, nogę. Do każdego rannego podchodzą ciepło, z uczuciem. Rozumieją co oznacza kalectwo. Do szpitala trafia też pewna ilość kobiet – niewielka, ale są. Przede wszystkim wolontariuszki wożące pomoc.

Pomoc od ludzi na początku była dużo większa, potem zmalała. Teraz, dzięki zmniejszenia się intensywności walk mamy większe możliwości leczenia i rehabilitacji.

Któregoś dnia trafił do szpitala ranny żołnierz mający ledwo 19 lat. Opowiadał, że prawdziwe szkolenie wojskowe przechodzili dopiero w boju przeciw Rosjanom, przygotowanie przed wyjazdem na front było słabe. Sądzę, że jest to jedna z przyczyn dużych strat wśród naszych żołnierzy. Naprzeciwko mają wyszkolonych na terenie Rosji ochotników lub nawet regularne wojsko rosyjskie, najczęściej zawodowe.

Pracując człowiek zaczyna traktować najcięższe widoki jak codzienność – do wszystkiego się przywyka. Mogę bez problemu prawidłowo pracować pomimo widoku ciężkich ran czy kikutów po amputowanych kończynach. Jak bardzo się uodporniłam, mogłam stwierdzić, gdy zabrałam ze sobą do szpitala moją mamę. Po zobaczeniu pierwszego rannego wyszła na korytarz, usiadła na ławeczce i powiedziała, ze dalej nie pójdzie. I jeszcze spytała jak ja mogę na to wszystko patrzeć? A ja już praktycznie niczego nie widzę, nie zwracam uwagi na rany czy kalectwo. Do pacjentów odnoszę się prawie jak do zdrowych, nad nikim się nie użalam. A oni tego właśnie oczekują i bardzo mnie za to cenią. Za coś najgorszego, co może ich spotkać uważają litość.

Nasi chłopcy trafiają na front w różny sposób. Jedni są ochotnikami (z batalionów Azow, Donbas, Ajdar, Prawy Sektor) i ci wiedzą co ryzykowali, wiedzą czemu się znaleźli w szpitalu. Ci zaś, którzy zostali powołani poprzez normalny pobór nie zawsze rozumieją czemu tak się stało i często za wszystko obwiniają nasze władze.

Mam koleżankę, Jelizawietę Masljak, jest także wolontariuszką. Razem zamieszczany na stronie „Bohaterowie ATO“ informacje na temat ranionych żołnierzy. Bardzo dobrze nam się razem pracuje, pomagamy sobie nawzajem.

Córka, która uczy się zagranicą, kiedy przyjedzie do domu także odwiedza rannych w szpitalu, a ma dopiero szesnaście lat. Mąż także dużo mi pomaga. Jak trzeba coś podwieźć czy przywieźć można zawsze na niego liczyć.

Podczas rehabilitacji staramy się pomagać także w sposób aktywny, jeździmy w plener i tam bawimy się wszyscy razem. Organizujemy muzyków, którzy przyjeżdżają na nasze wspólne imprezy. To wszystko kosztuje. Teraz, po pewnym czasie od rozpoczęcia wojny, ludzie pomagają dużo mniej. Wynika to z powszedniości, ale i z większej biedy, ludzie sami mają mniej pieniędzy. Dlatego staramy się naszych rannych umieszczać na leczenie lub rehabilitację za granicą. Udało się nam to np. w Niemczech i Rumunii, przyjęły te kraje po siedemnastu ludzi.

Na zdjęciach ludzie, którzy leczyli się u nas. Ci z ciężkimi ranami wrócili do domu. Inni, po wyzdrowieniu pojechali znowu na front. Niektórych nie ma już wśród nas…