Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wirtuoz… Młodość, Wagner, Winnetou

Grzegorz Majewski

Wiek XIX był okresem rozkwitu wielu sztuk: malarstwa, literatury, a także muzyki. Doskonale w ten czas wpisał się niemiecki kompozytor Richard Wagner po nowatorsku podchodząc do przedstawienia scenicznego jakim była opera. Jeśli do tej pory na scenie królowali śpiewacy, to Wagner po równo rozłożył akcenty na śpiew oraz orkiestrę i scenografię. Ten nowoczesny pompatyzm potrafił porwać tłumy, nie tylko dzięki nowym melodiom, ale także dzięki efektom wizualnym, gdzie osiągnął jedność form tworzących przedstawienie. Jego opery stały się wzorem dla przedstawień mających rozpalać wyobraźnię na długie lata – pełniąc funkcje dzisiejszych musicali. Tworzył opery dla podniesienia ducha niemieckiego, sięgając do dawnych legend, wpisując się w rodzący właśnie nacjonalizm. Rozpalał namiętności jak nikt przedtem, myślał o wielkości Niemiec, o panowaniu nad światem. A jeszcze w młodości napisał muzykę inspirowaną polskim powstaniem listopadowym – krytycy nie bardzo ją docenili. Długie lata po swojej śmierci był dla tłumów nadczłowiekiem – dzisiaj byśmy powiedzieli idolem. Z czasem, pewnie pod wpływem sukcesów, stał się zarozumiały i buńczuczny.

Bronisław Wojciech Linke – Wirtuoz (Adolf Hitler)

Niewiele później, na przełomie XIX i XX wieku, w okresie, gdy Europą Wschodnią wstrząsały niepokoje rewolucyjne, chudy, blady i głodny przeżyć duchowych młodzieniec został zauroczony muzyką Wagnera, a także jego pismami. Miał trudne dzieciństwo, niełatwą młodość. Ojciec, kiedy żył jeszcze, często używał wobec niego przemocy, a chociaż w tamtym czasie nie było to niczym wyjątkowym, to świadkowie mówili o dręczeniu. Czasem za jego wychowanie zabierał się prosto po wyjściu z knajpy, gdy alkohol przyćmiewał właściwą ostrość widzenia. Któregoś dnia pobił go do tego stopnia, że jak wspominali niektórzy, prawie go zabił. Matka starała się mu to wynagrodzić rozpieszczając, ale stawiała syna w ten sposób w dwóch światach. Starszy brat przyrodni – Alois – wspominał to jeszcze po wielu latach.

W szkole dość krnąbrny, uczył się bardzo źle. Jedyny przedmiot z jakim nie miał problemów to historia. chociaż i tu różnie bywało. Sam nauczyciel historii był mocno zdziwiony, gdy po dwudziestu latach dowiedział się, ze został wymieniony wśród pedagogów lubianych przez młodzieńca. Ten brak sympatii do większości nauczycieli skutkował złymi stopniami, czasem musiał zdawać egzaminy poprawkowe, nie zawsze z sukcesem.

Miał koło siebie grono rówieśników, którym przewodził snując opowieści o dawnych czasach lub organizując grę wymagającą udziału wielu chłopców. W 1900 roku wybuchła wojna burska, południowoafrykańskie republiki Burów broniły się przed podbojem Wielkiej Brytanii. Nasz bohater jako jedenastolatek stanął zdecydowanie po stronie słabszych Burów. W roku 1923 wspominał, że bawiąc się w wojnę, nikt z chłopców nie chciał być Anglikiem – uważali to za uwłaczające. Za to wszyscy chcieli być Burami – romantyzm na początku XX wieku.

Młodzieniec był pod wyraźnym wpływem książek Karola Maya, z wypiekami na twarzy śledził losy jego bohaterów, zawsze stojąc po stronie szlachetnych Indian. Kiedy udało mu się otrzymać jakąś jego książkę, czytał wszędzie, nawet w nocy przy marnym świetle, używając do pomocy lupy, z radością przyjmując pełnię księżyca. Książki te miały także, jak to u dzieci, przełożenie na zabawy podwórkowe. Znowu był kłopot, ponieważ młodzieniec, podobnie jak wszyscy inni wolał być szlachetnym Indianinem, niż krwiożerczym żołnierzem amerykańskim.

Do płci żeńskiej czuł dystans wynikły z nieśmiałości. Zakochał się w widywanej czasami kobiecie, bywającą w tym samym kościele, o dwa lata od niego starszej Stefanii. Obserwował ją często, czy to podczas wyjść do kościoła, czy też podczas spacerów na okoliczne wzgórza. Wychodził czasem ze swym przyjacielem Augustem tylko po to, by móc ją czasem zobaczyć. Prawdopodobnie obawa o odrzucenie nie pozwalała mu się do niej zbliżyć. Powód nieśmiałości był dość prozaiczny w tym wieku. On miał potężne problemy w nauce, a ona piękna, świetnie wykształcona, nauki pobierała za granicą. Po kilkudziesięciu latach, gdy kobieta ta dowiedziała się o byciu obiektem fascynacji tego chłopca, była zdziwiona. Przypomniała sobie wtedy o pewnej kartce pocztowej jaką dostała. Było na niej napisane, że młodzieniec wyjeżdża, ale prosi ją by czekała na niego, ponieważ kiedy wróci, to się z nią ożeni. Nie poczekała, wyszła za mąż za oficera z miejscowych koszar.

Żyjąc z renty sierocej po ojcu i skromnego majątku w gotówce jaki odziedziczył, przeprowadził się do stolicy, gdzie rozpoczął prawdziwe chłonięcie swego mistrza. Do opery chodził nawet kilka razy w tygodniu, na niektórych przedstawieniach Wagnera był ponad 30 razy – miłość bezgraniczna. Podobno w ciągu kilku lat w operze na przedstawieniach różnych kompozytorów był grubo powyżej 400 razy. Oczywiście cenił także innych – Beethovena, Liszta – ale nie było ich wielu. Nie cierpiał Verdiego i wszystkiego co pachniało Włochami. Bywanie tak częste w operze mocno nadszarpywało jego, i tak już skromny, budżet. Wejście na parter, na miejsca stojące kosztowało 2 korony, a szatnia 1 koronę. Żeby zaoszczędzić, mimo zimna, przychodził ze swoim przyjacielem jeszcze z Linzu – Augustem Kubitzkiem – bez jakiegokolwiek dodatkowego okrycia, żeby nie musieć płacić za szatnię. Swojego przyjaciela często zamęczał pomysłami skomponowania muzyki do legend germańskich o jakich myślał Wagner, ale nie zdążył tego zrobić. Podejmował bezskuteczne próby nucenia i zmuszania przyjaciela do zapisywania tej „twórczości“ w postaci nut – August był w szkole muzycznej. Jednak po kilku dniach się zniechęcał, nie tylko ze względu na słomiany zapał, jaki go charakteryzował, czyniąc niezdolnym do ciężkiej pracy, ale także ze względu na kompletny brak tego „czegoś“. Można powiedzieć, że miłość do opery była jednym z winowajców wpędzających go biedę.

Na krótko wrócił do domu, gdzie kilka tygodni spędził przy umierającej matce. Żydowski lekarz, który zajmował się kobietą, wspominał, ze nigdy nie widział tak wielkich objawów przywiązania syna do matki – to zdecydowało o jego pamięci na wiele lat o chłopcu. Gdy w latach trzydziestych Austria została zajęta przez Niemcy, dr Bloch poprzez znajomych przekazał list dawnemu chłopcu z prośbą o pomoc. Uzyskał ją mogąc bez problemu emigrować, wcześniej sprzedając po uczciwej cenie swój majątek, co było bardzo rzadkie w tamtym czasie. Zabrał ze sobą rodzinę do USA, gdzie otworzył praktykę lekarską. Młodzieniec wspominał dra Blocha do swej śmierci nie inaczej, niż mówiąc o nim „szlachetny Żyd” wywołując tym spore zaskoczenie w antysemickim otoczeniu.

Po kilku latach trwonienia majątku po rodzicach uciekł do Monachium, zamieszkując w przytułku dla różnorakich postaci, także zbiedniałych inteligentów. Ponieważ był w wieku poborowym, czekała go, jak każdego mężczyznę służba w wojsku. Próbował wymigiwać się od niej wskazując zły stan zdrowia oraz ciągłą biedę, dostając upragnione zwolnienie. Tym bardziej zadziwił wszystkich kilka lat później, gdy uciekając od beznadziejnej wegetacji zdecydował się wstąpić ochotniczo do wojska. Ten leser i nieudacznik otrzymał za waleczność Krzyż Żelazny, został też poszkodowany w ataku gazowym, po którym wylądował w szpitalu. Tam też zastał go koniec wojny.

Z chwilą zakończeniu I Wojny Światowej na krótko został szpiclem z ramienia wywiadu armijnego, ale udało mu się z niego później odejść. Około 1923 roku, dzięki protekcji rodziny producentów fortepianów, Bechsteinów, poznał Winifredę Wagner – Brytyjkę – synową wielkiego Richarda. Kobieta była nim zauroczona, wspomagała go na wszelkie sposoby, także zbierając fundusze na jego działalność. Zauroczenie młodzieńcem w krótkich, bawarskich spodenkach było tak wielkie, że gdy na krótko został uwięziony, posyłała mu do Landsbergu (więzienie) paczki żywnościowe. Niektórzy doszukują się romansu między nimi, inni zaprzeczają. Bywał stale w ich domu, poznał tam między innymi Houstona Stewarta Chamberlaina, zniemczałego Anglika wżenionego w rodzinę Wagnerów, którego nacjonalistycznymi pismami zaczytywał się jeszcze kilka lat wcześniej.

Po zdobyciu władzy w Niemczech, Adolf Hitler nie zapomniał o rodzinie swego idola obsypując ją łaskami i pieniędzmi. To dzięki funduszom państwowym dokonano wielu zmian w domu wagnerowskim w Bayreuth, a sam festiwal zyskał blask i sławę, jakimi cieszy się do dzisiaj. Adolf Hitler od chwili poznania Winifred był gościem na każdym festiwalu do 1940 roku, dzieci Wagnerów wspominały go jako „wujka Dolfa“. Sama Winifred aż do swojej śmierci pozostała zagorzałą nazistką.

Reklamy


Dodaj komentarz

Cierpienie w Łambinowicach

Grzegorz Majewski

Wnętrze jednego z baraków jenieckich w obozie w Łambinowicach.

Stanąłem na tej ziemi ze zwykłej ciekawości. Kiedy jednak wyszedłem z terenu wystaw i udałem się na pobliskie cmentarze, jak zwykle dopadła mnie masa różnych myśli. Jest coś gorszego od instynktów zwierzęcych w naturze człowieka. Potrafimy się zabijać bez potrzeby i dla czystej przyjemności. Zwierzęta zabijają tylko w walce o pożywienie, a my potrafimy się męczyć, torturować. Bo jesteśmy inni, mamy inny kolor skóry, mówimy innym językiem, mieszkamy w innym miejscu czy też wyznajemy inną religię. Naprawdę zasługujemy na miano „Sapiens”? Czy ta biologiczna klasyfikacja nie została zrobiona nieco na wyrost?

Muzeum jeńców wojennych

Po samym przyjeździe, udałem się do głównego obiektu. Muzeum w Łambinowicach mieści się w budynku dawnej komendantury. Jest to budowla mała, na potrzeby wystawy zostało zajęte całe piętro. Technicznie bez zarzutu, chociaż dostęp na piętro jest utrudniony dla osób niepełnosprawnych, pomimo posiadania odpowiednich urządzeń do transportu takich ludzi. Własny parking i sporo miejsca obok budynku stanowi niewątpliwy plus, zwłaszcza, że zapytany pracownik bez wahania proponuje wjazd samochodem na teren muzeum. Z czymś takim nie zetknąłem się nigdy (No, może poza Niemcami, gdzie pozwolono mi wjechać samochodem do zamku będącego szkołą policyjną. Trzeba przyznać, było to miłe). Na parterze muzeum zostałem przywitany przez młodą dziewczynę, przewodniczkę, byłem jedynym oprowadzanym przez nią turystą. Prywatna przewodniczka! To pozwalało, żeby zwyczajową garść informacji zamienić w swobodny dialog, dzięki któremu nie było pytań bez odpowiedzi. Pani przewodniczka wykazywała ogromną cierpliwość i była cały czas uprzejma. Chylę czoła.

Uderzyła mnie spora ilość przekazów multimedialnych, wszystkie w trzech językach : polski, angielski, niemiecki. Przewodniczka powiedziała, że niektóre rzeczy mają tłumaczone także na rosyjski. Wystawa dotyczy jeńców z II Wojny Światowej, będących członkami koalicji antyhitlerowskiej. Nie ma śladu na temat losu jeńców niemieckich na zachodzie i wschodzie. A pewnie byłoby warto, losy to były zupełnie różne. Oczywiście wystawa jest poświęcona w 90 % jeńcom polskim w niemieckich i sowieckich obozach. Są szablonowe informacje statystyczne, ale także można posłuchać opowieści byłych jeńców, co jest najciekawsze.

Wśród różnych eksponatów są oryginalne dokumenty i listy, szczególnie te drugie pokazują człowieczą część życia jenieckiego. Imponująco prezentuje się wystawa na temat Katynia, gdzie są nie tylko zdjęcia i eksponaty, ale można także posłuchać i obejrzeć wypowiedzi świadków zbrodni. Prawdę mówiąc, Katyń jest chyba w tym miejscu nieco nadreprezentowany, ale to może tylko moje odczucie? W każdym razie jest to miejsce, gdzie możemy się sporo dowiedzieć o losie polskich oficerów w ZSRS. Wyszedłem z głównego budynku w zadumie i z nieszczególnym uśmiechem. Już widziałem masę cierpienia, a to dopiero początek konfrontacji „Homo” rzekomo „Sapiens” z rzeczywistością.

Gehenna Ślązaków

Jako pierwszy zwiedziłem miejsce po cmentarzu Niemców zamordowanych w 1945 roku przez siły pseudopolskie, przez bandytów ubranych w mundury kroju polskiego, z orłem bez korony i mówiących po polsku. Z trudem przychodzi się pogodzić z myślami, że te bestie karmione komunistyczną ideologią rzeczywiście były Polakami. Jako dziecko faszerowany byłem propagandą, gdzie żołnierze polscy z armii Berlinga biorąc jeńca traktują go poprawnie, choć często z pogardą. Każą mu pracować przy odbudowie zniszczonej Polski, a w zamian dostaje jedzenie i dobre traktowanie. Zwiedzenie jednej wystawy będącej zaprzeczeniem tego obrazu daje wiele do myślenia o nas i naszej „szlachetnej” naturze.

Eksponaty poświęcone tym wydarzeniom znajdziemy w osobnym budynku, będącym w dawnych czasach strażnicą. Wszedłem tam z przewodniczką i … po kilkunastu minutach uciekłem. Wstyd czy niemoc? Zdjęcia ludzi krzyczały do mnie o niesprawiedliwości, artykuły ze starych gazet kpiły z moich uczuć, a z szyderstwem patrzył na mnie były polski komendant obozu.

Przełamując się poszedłem jednak na nieodległy (około 300 m.) cmentarz. Znalazłem tam puste pole, z krzyżem przy wejściu i kamieniami z napisami miejscowości, z jakich deportowano ludność do obozu. Była to ludność głównie niemiecka, ale także trafili tam niewygodni Polacy, mieszkańcy Śląska. Warunki były skrajnie złe, codziennością było bicie i głodzenie. Z chorób i głodu zginęło około 1500 osób, na ogólną liczbę uwięzionych 6-7 tys. Także kobiet i starców. Doszło nawet do masowego mordu, w którym zostało zgładzonych 45 osób. Odpowiedzialny za to komendant obozu Czesław Gęborski żył do 2006 roku i zmarł przed końcem rozprawy. 16 lat nie wystarczyło w wolnej Polsce by skazać bandziora komunistycznego. Wyjątek? Nic takiego. Wystarczy sobie przypomnieć inne procesy, we wszystkich przeciągano je ponad miarę, na co zawsze zgadzały się sądy. I albo następowało przedawnienie, albo uniewinnienie lub oskarżony zmarł podczas procesu. My naprawdę mamy problem z pokomunistycznym wymiarem (nie)sprawiedliwości.

Cmentarze jenieckie i pozostałości po stalagu

Wróciłem do muzeum. Teraz czas na najstarszy cmentarz, z XIX wiecznymi grobami francuskich jeńców, wziętych do niewoli podczas wojny prusko-francuskiej z 1870-71. Pojechałem w jego stronę, niedaleko. Około 2 km od muzeum. Najpierw jednak stanąłem na terenie stalagu, gdzie mieszkali polscy żołnierze. Byli tu rotmistrz Pilecki i chwilowo św. Maksymilian Kolbe. Nie zostało zbyt wiele. Jest droga będąca główną arterią ich „miasteczka”, a także można gdzieniegdzie zobaczyć ruiny po budynkach, albo fundamenty jakiegoś baraku. Jest także zarys basenu przeciwpożarowego. Wszystko to pośród lasu, jaki upomina się o swoją własność i wygrywa z ludzkim wzrokiem.

Po spacerze wśród resztek stalagu podjechałem kilkaset metrów do głównego cmentarza. Stanąłem naprzeciwko, w lesie. Wyszedłem z samochodu. Oczom moim ukazał się widok smutny i niesamowity. Ja stałem w lesie, a naprzeciw za ogrodzeniem też las, ale krzyży. Prawie 7 tysięcy krzyży. Wszystkie równe, w rzędach. Z wyraźnym zębem czasu. Przy odrobinie wysiłku można odczytać z nich nazwiska ofiar obozu jenieckiego. Pierwsza część na jaką trafiłem była rumuńska, ofiary I Wojny Światowej – w przewodnikach o tym ani słowa. Rumunia późno, bowiem dopiero w 1916 roku przystąpiła do wojny po stronie aliantów zachodnich. Mieli armię źle wyposażoną i źle dowodzoną. Walczyli w osamotnieniu, ponieważ pobliskie kraje były w sojuszu państw centralnych. Do Łambinowic trafiły ich tysiące. I wielu pozostało na zawsze.

Idąc wśród Rumunów doszedłem do Anglików, którzy zmarli w czasie II Wojny Światowej. Został po nich tylko pomnik, Wielka Brytania dlatego pewnie jest wielka, że zabrała szczątki swoich żołnierzy do ojczyzny. Nieliczni zostali przeniesieni do Krakowa, na centralny cmentarz.

Niedaleko pola brytyjskiego leżą Rosjanie i inni obywatele rosyjskiego imperium. Ukraińcy, Białorusini, Polacy, Łotysze, Litwini, Żydzi i wielu innych. I znowu tysiące krzyży. Znowu imperium dla swojego kaprysu poświęciło ludzi różnych narodowości. Car karze – walczymy i umieramy. Dobry car. Pozwolił nawet poddać się do niewoli kiedy walka będzie niemożliwa. Czemu to napisałem? Kilkadziesiąt lat później inny „car” nie pozwoli. Żołnierz ma zginąć -”za Stalina, za Ojczyznę”. Jeśli się poddał jest zdrajcą. Ci drudzy też tam są, nieco dalej. Przez las to tylko kilometr, dobrą drogą aż trzy, trzeba jechać dookoła. Ich odwiedzę później.

Rosyjscy żołnierze, którzy przeżyli obóz pierwszej wojny, postawili swoim kolegom pomnik, na którym umieścili napisy w kilku językach – językach narodowości jeńców z armii rosyjskiej. Jest też język polski… Tu pojawiła się refleksja. Jeżdżąc po Polsce natrafiłem pod Łodzią na cmentarz żołnierzy pruskich i rosyjskich poległych w 1914 roku. Wysiadając z samochodu miałem na ustach nieco złośliwego uśmiechu… „Wzięli się za łby”- pomyślałem. Wszedłem między groby i złośliwy uśmieszek szybko zniknął. Zawstydziłem się. Stanąłem pośród ludzi, którzy w ostatniej chwili niczego dobrego nie zobaczyli. Czuli z pewnością ból i strach. A co gorsza, tam – i pośród Rosjan, i pośród Niemców byli POLACY. Leżeli we „wrogich” sobie częściach cmentarza. Tak, jak Polacy i Rosjanie w Łambinowicach.

Obok Rosjan znalazłem groby Serbów. Pośrodku ich kwatery stoi pomnik, chyba najładniejszy, ale to rzecz gustu. Serbowie, wieczny przeciwnik niemczyzny i Turcji. Jako pierwsi zostali zaatakowani w tej wojnie. Walczyli dzielnie, ale przewaga niemiecko-austriacka była zbyt duża. Ulegli. Stąd i tysiące ich jeńców w tym obozie. Jak najdalej od ojczystego kraju, ponad tysiąc kilometrów.

Gdzieś w Bośni, jakiś przygłup strzelił do jakiegoś buca prawie koronowanego i nieszczęście dla świata. Serbowie dzielnie walczyli. W początkowej fazie, kiedy Austro-Węgry atakowały ich samotnie, wygrywali. Odparli najeźdźców. Niestety później Austriaków zechcieli wsparzeć Niemcy i Bułgarzy. Serbowie znieśli nawet bestialskie bombardowanie Belgradu, gdzie było wiele ofiar cywilnych. Mały, dzielny naród nie dał już rady. W czasie tej wojny zginęło 27% Serbów. 60% męskiej populacji. W większości ludzi w wieku młodym i średnim.

Warunki panujące w obozach jenieckich przyczyniły się do tej hekatomby. I pomyśleć. Wszystko przez kilku zapaleńców oraz chęć panowania nad światem koronowanych bandziorów.

Przechodząc na kolejne kwatery widać groby Włochów. Ludzie ci z ciepłego klimatu przeniesieni do dużo zimniejszego umierali z wyczerpania i chorób dużo łatwiej niż inni. Nie mieli szczęścia marzyciele od dobrego wina, słońca i muzyki.

Na samym skraju, początku cmentarza znalazłem miejsce, gdzie spoczęli ci, dla których pierwotnie ten obóz założono. Francuzi z lat 1870-71. Kilkadziesiąt nagrobków, dobrze utrzymanych, napisy odnowione. Można wyczytać, że jeńcy umierali głównie od stycznia do kwietnia. Warunki i zima wykończyły młodych i silnych mężczyzn. Niewola nie zawsze oznacza „lepiej”. Mają też swój pomnik, postawili go rodacy. Jak i inne ta tym terenie, wszystkie postawione rękami rodaków-jeńców.

Jeńcy sowieccy

Ogrom terenu, na jakim przebywali jeńcy nieco mnie przytłoczył. Podczas drugiej wojny światowej przebywało tu stale 50-60 tysięcy osób, to więcej niż niejedno miasto w Polsce. Ale to inna, „lepsza” kategoria jeńców. Jako obywatele państw sygnatariuszy porozumień w sprawie traktowania jeńców wojennych byli traktowani dużo lepiej niż obywatele ZSRS. Samych ofiar wśród żołnierzy sowieckich obliczono na około 40-60 tys!!! Przez obóz przeszło ich około 180 tys. Chowano ich po „niemiecku” w długim rowie na… 8 kilometrów! Po ekshumacji założono miejsce pamięci w jednym miejscu, gdzie szedłem w milczeniu ze strachem, że zbaczając z głównej ścieżki będę deptać po szczątkach ludzkich. Pędzeni jak bydło – gorzej nawet – ponieważ o bydło się dba. Zgromadzono ich na terenie odkrytym, bez jakichkolwiek budynków dających choćby symboliczne schronienie. Żeby zyskać osłonę, gołymi rękoma ryli jamy w ziemi, proste ziemianki w środku zimy dawały nieco szansy silniejszym jednostkom. Najsłabsi zginęli w pieszych transportach, ci co dotarli i wykopali jamy zyskali szansę. Nawet trudno sobie to wyobrazić, a co dopiero przeżyć…

Kilkadziesiąt tysięcy ludzi pozbawionych podstawowych potrzeb – jedzenia, picia, ciepła, dachu nad głową ZIMĄ. Katowani przez niemieckich oprawców z sadyzmem rzucających w tłum bochenek chleba, żeby zobaczyć jak o niego walczą. Nie wiem czy w Łambinowicach, ale kanibalizm nie był w tym czasie i warunkach czymś wyjątkowym. Oszalali z głodu ludzie potrafią zrobić wszystko. Umierali bez godności. W fekaliach, w błocie, zabici przez byłych kolegów w walce o jedzenie.

Teren, gdzie złożono wydobyte zwłoki, to ogromne pole, z dużym pomnikiem pośrodku. Ale na pomniku nie znajdziemy nazwisk ofiar, były bezimienne. Wśród nich znajdują się także Polacy, wcieleni do Armii Czerwonej w latach 1939-41, z ziem wschodniej Polski. Straszny los jeńców sowieckich stał się ich udziałem. Z głodu, chorób, wyczerpania lub od kuli zginął co trzeci. I tu ciekawa refleksja… nieludzka i jakże ludzka. W Stalingradzie Rosjanie wzięli do niewoli 108 tys Niemców. Do domu powróciło… 6 tys. Reszta zmarła na choroby, głód, z wyczerpanie lub została zamordowana przez strażników. Jak widać podobieństwo bliźniacze. Choć jeniec radziecki miał mimo wszystko dużo większe szanse na przeżycie. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby Hitler ich lepiej traktował. Kilka milionów żołnierzy w służbie niemieckiej z pewnością przeważyłoby na ich szalę wojny. Żałować czy się cieszyć?

Patrząc na daty śmierci przeważała zima. Na wszystkich cmentarzach. Jakoś tak się składa, że kiedy były prowadzone wojny z Niemcami, zawsze przychodziły ostre zimy. Tak było i w I i II Wojnie Światowej. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to była próba od Pana Boga otrzeźwienia zapalonych głów. Jakby nie dość było cierpień od kul, szrapneli, min i okropieństw okopowego życia.

Kilku „pomazańców” w przypływie złego humoru pokłóciło się i wymordowało miliony w beznadziejnej, krwawej walce. Sprawili wiele cierpień. Tylko władcę Rosji spotkała kara, choć okrutna. Cesarze Niemiec i Austrii abdykowali prawie dobrowolnie i do końca życia przebywali w dobrych warunkach. Niektórzy uważają drugą wojnę za zwykłą kontynuację pierwszej i chyba nie bez racji. I kolejne lata cierpień. Ludobójstwo, narody lepsze i gorsze, duma, buta, szmalcownicy i sprawiedliwi. Ofiary i szlachetni pomagający. Mordowani Serbowie ratowani przez Chorwatów, Żydzi ratowani przez wszystkich, gdzie zamieszkiwali. Polacy ratowani przez Ukraińców. Ukraińcy ratowani przez Polaków. Ileż zła wyrządzili ludzkości „pomazańcy boży”…


Dodaj komentarz

Wezwanie do umiarkowania

Grzegorz Majewski

Mucha plujka i ścierwica mięsówka

Sięgam pamięcią i widzę ludzi na korytarzu biurowca. Znam ich ze słyszenia i z gazety Solidarności Dolnośląskiej. Oni są moimi bohaterami. Ta scena z mojej młodości rozgrywała się w budynku NSZZ Solidarność we Wrocławiu, słynna Mazowiecka, rok 1981. Byłem tam ze swoją macochą, która dla związku coś tam robiła. Wielu wtedy robiło, Solidarność obudziła ogromną aktywność. Mija czas, wchodzi stan wojenny. Nagle my, dzieci, doroślejemy. Pojawiają się ulotki, nielegalne książki, gazetki. Tajemnicze miny i szybkie uściski dłoni. Masz, przekaż dalej. Chodzę już do szkoły zawodowej, Zaczynam sam się angażować. Spotykam podobnie do mnie myślących, szukamy kontaktów i znajdujemy. Jesteśmy związani z Solidarnością Walczącą. Jak to dumnie brzmi – Solidarność Walcząca. I my nastoletnia ledwo młodzież. W podziemiu mamy okazję doświadczać uczuć wyższych, każących na wszystkich patrzeć poprzez „swoich” i „tamtych”. Pośrodku było sporo ludzi, mało zauważalnych o ile nie byli odbiorcami ulotek.

Wydawnictwa podziemne czytali wtedy prawie wszyscy, niezależnie od wykształcenia, zawodu czy nawet poglądów. Same wydawnictwa też miały różnorodny poziom – od infantylnych, produkowanych często przez dzieciaki podobne do nas, po literaturę wyższego poziomu – Miłosz, Herling-Grudziński, Herbert czy wrocławski Lothar Herbst i inni młodsi, wtedy znani – Jarosław Broda czy Leszek Budrewicz.

Kościół i klasztor Franciszkanów, położony w pobliżu Komitetu Dzielnicowego PZPR na wrocławskich Karłowicach, wykazywał aktywność na polu naukowym, a jego jednym z elementów była historia. Inne rzeczy realizowane w tym kościele to np. wykłady prof. Miodka czy często wyświetlanie filmów niedostępnych z powodu cenzury lub innych powodów – np. braku pieniędzy w TV. To tam obejrzałem filmy Zanussiego, „Przesłuchanie” Bugajskiego czy też „Sprawę Kramerów” z Dustinem Hoffmanem. Kiedyś załatwiałem cykl wykładów, jakie mieli poprowadzić goście z opozycji. Prelegenci głównie z WiP, ale był tam także Józek Pinior. Po ustaleniu wykładowców i tematów zorientowałem się w jednym. Przynajmniej trzej to ateiści. Powiedziałem o tym organizatorowi – bratu Antoniemu (Kazimierz Dudek). Popatrzył na mnie zdziwiony… i zapytał po co mu to mówię? To jest przecież bez znaczenia. Czy można dostać lepszą lekcję tolerancji?

W tamtych latach poznałem wielu wspaniałych ludzi – Andrzeja Kowalskiego, charyzmatycznego działacza podziemnej Solidarności z Polaru, Czesia Borowczyka, niezwykle odważnego robotnika z Dolmelu (są emerytami i marzą o obniżonej emeryturze na jaką narzeka niejaki Mazguła) czy Piotrka Ikonowicza, który dawał przykład na prowadzenie akcji podziemnych i jawnych. Poznałem także legendy wrocławskich 80 milionów – Józka Piniora, Staszka Huskowskiego czy Piotra Bednarza oraz Władka Frasyniuka. Ogromną ilość energii dostawałem od Włodka Mękarskiego. W tamtych czasach nie znałem osobiście, ale bardzo ważnym człowiekiem dla nas był Kornel Morawiecki, którego reprezentował na różnych spotkaniach Wojtek Myślecki. Oni wszyscy byli moimi idolami. To ich pragnąłem naśladować, oni mi imponowali. W tamtym moim życiu byli także przyjaciele z zakładu gdzie pracowałem – Staszek Kaszuba, Andrzej Orłowski i Józef Świca. I oczywiście mnóstwo przyjaciół z WiPu, których wszystkich nie da się wymienić… Ale Marek Krukowski, Wiesiu Mielcarski, Piotrek Golema, Grześ Michalik, Grześ Francuz, Krysia Budrewicz, Zosia Olszewska, Krysia Francuz, Ewa Kapała… to tylko cząstka mnie, tych nazwisk jest o wiele, wiele więcej.

Po co te wspomnienia? Ten świat się wali, dopuszczono do tego, by tchórze wtedy nic nie robiący lub młodzi, nie pamiętający tych czasów – podważali poświęcenie i patriotyzm ówczesnych moich bohaterów. Dziś patrzę na scenę polityczną, gdzie jedni drugich okładają czym się da i jak się da. Jedni i drudzy nie stronią od pomocy swoich dawnych przeciwników, będących w PZPR. Uruchamiają nawet przeciwko sobie służby specjalne! Nie ma tu świętych. Obie strony są głęboko umoczone. Jakim cudem do tego gówna się dostali to jedna rzecz, dziś pilniejszym wydaje się podać im rękę, żeby z niego wyszli. A przecież w latach okupacji sowieckiej wszyscy współpracowali ze sobą. Owszem. Kłócili się, spierali, obrażali. Ale SZANOWALI się nawzajem.

Nazwiska jakie padły w tekście są istotne dlatego, że dziś są w różnych miejscach sporu politycznego. Jedni są w KOD, drudzy w PiS, a są i stojący z boku, z przerażeniem patrzący na demolowanie naszej historii przez dawnych kolegów. Niektórzy wtedy z nami działający są dziś wśród posłów lub nimi byli, są w rządzie lub w nim byli. Byli-są w różnych partiach.

Efektem ich wojenek jest uznanie przez świat za symbol zniszczenia komunizmu obalenie Muru Berlińskiego, co dokonało się dopiero pod wpływem wydarzeń w Polsce i na Węgrzech. Polska Stocznia Gdańska im. ”Lenina” nie znalazła dzięki nim miejsca godnego w podręcznikach. A przecież to tam działali Wałęsa i Anna Walentynowicz. Więc PiS w swojej zapiekłości zwalczania Wałęsy doprowadził do zmarginalizowania roli jaką odegrała Anna Walentynowicz, zwaną Anną Solidarność. A blok PO i dawnej UW atakując i marginalizując ludzi stojących po stronie tej dzielnej kobiety doprowadził do ośmieszenia przed światem Lecha Wałęsy. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Skorzystali Niemcy i ich rachityczna opozycja antykomunistyczna. Oczywiście niczego nie umniejszając tym, co walczyli w NRD, to skala ich oporu i polskiego, to jak porównanie słonia do mrówki.

Podziały istniejące od dawna nabrzmiały i nabrały charakteru wojny totalnej, a to za sporawą nieodpowiedzialnych polityków, którzy żyją cyklem wyłącznie wyborczym. Niestety są wśród nich dawni opozycjoniści. Co się z nimi stało?! Stocznia i jej porażka w walce o miejsce w europejskim podręczniku to tylko czubek góry lodowej głupoty jaka ich opanowała. Biorą udział w dalszej demolce, jakby im było mało zniszczenia legendy stoczni. Plują na każdego, kto jest po przeciwnej stronie. Na nic nie patrzą. Nic świętego. Podważają bohaterstwo z czasów komunizmu Władysława Bartoszewskiego, Adama Michnika, Antoniego Macierewicza czy Lecha i Jarosława Kaczyńskich, Władysława Frasyniuka(!!!), Henryki Krzywonos. Z Anny Walentynowicz przez całe lata robili pośmiewisko, opluwali Krzysztofa Wyszkowskiego. Kłamali o przeszłości wspaniałego Bronisława Geremka, niedawno nawet atakowali Jacka Kuronia!!! Wycinali i wyśmiewali Andrzeja Gwiazdę! Gdzie nie spojrzeć, plwociny i rzygowiny. A najgorsze, że wielu dawnych bohaterskich opozycjonistów bierze udział w tej grze. Ja tego zaakceptować nie potrafię. Że w jednym worku dwie strony? Owszem, niczym się nie różnią.

I mówię : Odwalcie się od Geremka, odwalcie się od Kaczyńskiego, odwalcie się od Michnika, odwalcie się od Macierewicza, odwalcie się od Frasyniuka, odwalcie się od Gwiazdy, odwalcie się od Krzywonos, odwalcie się od Wyszkowskiego, odwalcie się od wielu, wielu innych!

Tu dodam: Odwalcie się od Pawła Kasprzaka! Znałem go osobiście z podziemia, odważny i wspaniały człowiek, Polak-patriota. Nie muszę akceptować tego, co dziś robi, ale nie dam go opluwać.

Może to czas, by dzisiejsi liderzy, dawni opozycjoniści wezwali nareszcie do umiarkowania w tej ohydnej walce na obrzucanie się gównem? Nie widzą jak niszczące dla Polski, dla dawnych przyjaźni, dla zwykłych nawet ludzi jest ich sposób walki na kłamstwa? Kto więcej i wiarygodniej zełga. Do tego doszliśmy.

Do niewierzących apeluję do ich przyzwoitości. Do wierzących do ich wiary. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu…