Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Herzliya. Selekcja w szpitalu – Dr. Marek Balin

Halina Birenbaum

Przedmowa

Marek, który w czasie okupacji był młodym studentem medycyny i pracował w szpitalu, nigdy nie zwierzał się rodzinie ze swych codziennych przeżyć, w jakie obfitowały owe okupacyjne dni.

Byłam wtedy małą dziewczynką i uważałam swego najstarszego brata za niezwykle opanowanego i odpornego na wszelkiego rodzaju wstrząsy, wzruszenia i najgorsze niespodzianki. Zawsze uśmiechał się do mnie, starał się żartować niemal w każdej sytuacji. Biła z jego całej postaci jakaś siła, chęć życia i pewność siebie, które uspakajały mnie i poniekąd zmniejszały atmosferę trwogi wiszącej nad nami, jak straszna chmura zwiastująca nieszczęście. Nie bałam się niczego, gdy znajdowałam się przy nim, i tak było już od rozpoczęcia pierwszych niemieckich nalotów na Warszawę, aż do naszego rozstania przed wybuchem powstania żydowskiego w getcie.

Marek odprowadził nas wtedy na Miłą, gdzie mieściła się nasza kryjówka, a sam wrócił do mieszkania w bloku pracowników fabryki Schultza na ul. Nowolipie 30. Miał nazajutrz przenieść nam na Miłą zapasy żywności, przygotowane na dłuższy pobyt w bunkrze podziemnym. Nie wzięliśmy ich ze sobą, gdyż była tego dnia okrutna wacha u bramy wyjściowej na Nowolipiu i Marek powiedział, że sam je przeniesie, gdy będą dyżurować mniej okrutni żandarmi i policjanci. Ale w nocy getto zostało oblężone i już nie można było wyjść na ulicę. Rozpoczęła się ostateczna likwidacja getta warszawskiego. Zostaliśmy odcięci!

Spotkaliśmy się dopiero w czerwcu 1945 roku, po wojnie, na ulicy w Warszawie, gdy Marek jechał na rowerze do uniwersytetu, a ja szłam po powrocie z obozów, w podartych sandałach do komitetu żydowskiego na Pragę, szukać czy ktoś może ocalał z krewnych…

Jedynie ja i on zostaliśmy z całej naszej rodziny oraz ze wszystkich krewnych – no i oczywiście te wszystkie wspomnienia, które ja nieustannie, niezmordowanie przekazuję rozmaitymi drogami i sposobami. On raczej starał się zdusić je w sobie, jako ten „mocny”, umiejący opanować i skryć swe uczucia. Marek, lekarz obecnie, zbiegł wtedy w biegu pociągu, ranny wrócił do Warszawy, gdzie ukryła go znajoma Polka. Ja zdołałam przetrwać w rozlicznych obozach nazistowskich.

Niedawno odnalazł Marek przypadkowo opis pewnego tragicznego zdarzenia w szpitalu, w getcie. Nie pamiętał już w ogóle, że kiedyś je zanotował i podał od razu po wojnie do komitetu żydowskiego w Warszawie – a komitet po latach przekazał do Yad Waszem. W latach osiemdziesiątych odnalazł tą relację w Yad Waszem pewien lekarz z Kanady, który zbierał materiały do pracy naukowej o żydowskich lekarzach w warszawskim getcie. Odnalazł Marka i tak wrócił ten tekst do niego – i do mnie. Marek przetłumaczył to na angielski, a ja na hebrajski i podałam obie wersje do internetu.

Mój brat Marek Balin 1948

Selekcja w szpitalu

Dr Marek Balin

Było to 15 sierpnia 1942 roku, na oddziale zabiegów szpitala „Czyste” w getcie warszawskim przy ul. Leszno. Nasz szpital, który normalnie mieścił około 200 chorych, liczył obecnie blisko 600 osób i w dodatku miał jeszcze przyjąć chorych z innych oddziałów. Jak wiadomo, po wygnaniu z olbrzymiego szpitala przy ul. Dworskiej „Czyste” zostało rozbite na szereg oddziałów w getcie, a więc na Stawkach, Żelaznej, Niskiej, Tłumackim i Lesznie.

Od lipca 1942 roku, co dzień Niemcy wywozili tysiące Żydów na śmierć, a wraz z deportacją nieszczęśliwców stale zmniejszali granice getta, odcinali całe ulice i nawet dzielnice, nie szczędząc również szpitali. Otóż do naszego oddziału nastąpił teraz duży napływ chorych i personelu, którzy zdołali uratować się od ciągłych blokad i bestialskich łapanek.

Na nasze nieszczęście Niemcy dowiedzieli się, że u nas gromadzą się Żydzi. Wiedzieli, że większość to ciężko chorzy, niezdolni do pracy, nie mogący chodzić, gdyż oddział nasz przeważnie przyjmował ofiary postrzałów. Dyrekcji szpitala nakazano, by jak w innych instytucjach, szpital zredukował do minimum chorych – do 150 osób i wysłał większą część ludzi na Wschód „do pracy”. Oczywiście zdrowi, którzy dowiedzieli się o tej redukcji, natychmiast rozbiegli się lub pochowali. Ale co robić z chorymi? Jakże dyrekcja mogła dobrowolnie wydać ich na śmierć? Jak przeprowadzić selekcję i świadomie od razu skazać, a drugich ochronić na chwilę? Jakim kryterium należy się kierować?

W szpitalu zapanowała przytłaczająca niemoc. Wszyscy zdawali sobie sprawę ze straszliwego tragizmu sytuacji. Żydzi sami muszą wydać swych braci na śmierć! Wydać ludzi niedołężnych, ułomnych, lub takich, którym najmniejszy ruch sprawiał niesamowity ból. Nie tylko Żydzi – Żydów, ale lekarze – chorych, swoich podopiecznych – chorych, którym starali się przedłużyć życie, zmniejszyć męki, ocalić kończyny i przywrócić zmysły. Chorych – dla których nocami nie sypiali, by w blasku kopcących karbidówek dokonywać ciężkich, skomplikowanych, życiodajnych operacji.

Na wiadomość o żądanie wydania chorych, w pierwszej chwili zdrętwiałem, gdyż natychmiast pomyślałem o mojej chorej, szesnastoletniej Chanie Rozenfeld. Zajmowałem się nią od sześciu miesięcy. Dyrektor Amsterdamski przydzielił mi ją zaraz po amputacji obu stop. To była mała „zbrodniarka”, leżała w ostatniej celi, oddzielonej żelaznymi kratami, pilnowana przez całą dobę przez policjantów. Jej zbrodnia polegała na tym, że zimą 1942 roku przedostała się do dzielnicy aryjskiej, gdzie żebrała o chleb. Złapali ją polscy policjanci i odstawili do więzienia w getcie. W celi więziennej obie jej stopy uległy odmrożeniu. Gdy ją odprowadzano do szpitala, oczywiście pod „godną” eskortą trzech bandytów niemieckich, miała już czarne, zdrętwiałe stopy i była całkowicie wycieńczona.

Przeszła operację. Starałem się przywrócić ją do życia, dokarmiałem jak mogłem. Kikuty poczęły ziarnkować. Zaczęła przybierać na wadze, wracała chęć do życia. Prosiła o pracę, którą staraliśmy się jej dostarczyć. Cerowała, szyła, szydełkowała i zwijała bandaże. Kikuty goiły się coraz lepiej. Dziewczyna wracała do życia i już starałem się dla niej o krzesło na kółkach, bo niebawem miała opuścić łóżko. Aż tu nagle – mieliśmy wydać chorych. Straszna myśl zaświtała mi w głowie… A może ją zabiorą? Wtłoczą tą wątłą kalekę do jakiegoś przepełnionego wagonu i wywiozą? Dokąd? Po co? Chyba nie do pracy? A więc na śmierć! A więc wszystkich wywiozą na śmierć!

Już dawno niektórzy przebąkiwali w getcie, że jeśli wywożą Żydów, to na śmierć, na wielką zbiorową rzeź. Dotychczasowe środki eksterminacji jak getto, głód, tyfus i chaotyczne rozstrzeliwania Żydów przy lada okazji, okazały się dla Niemców zbyt powolne. Udało się im otumanić żydowską policję, tylko nieliczni z pośród nich przejrzeli na czas plany rozkazodawców niemieckich, rzucając swą „władze” i idąc wraz z ofiarami do wagonów. A teraz ci bezwzględni kaci niemieccy rozkazali żydowskim lekarzom, aby wydali chorych. Szpital miał zredukować stan chorych o 300 osób, które należało nazajutrz im wydać. W szpitalu zapanowała panika wśród lekarzy. Z największym trudem utrzymywano tajemnicę przed chorymi, którzy jednak chyba instynktownie wyczuwali zbliżające się niebezpieczeństwo, gdyż tego dnia byli smutniejsi niż zazwyczaj. Przerażenie czaiło się w ich oczach. Z kobiecych cel dochodził stłumiony płacz.

Wieczorem tego pamiętnego dnia, miał zapaść dla większości chorych wyrok śmierci, wydany przez lekarzy. Zwykle wieczorem odbywał się obchód dyżurującego lekarza i kilku wolontariuszy. Tym razem byli to ordynatorzy: dr Rothaub, dr Borkowski i dr Szenicer z naszego oddziału, pod nieobecność ordynatora Amsterdamskiego, który został wzięty przez Niemców jako zakładnik. Komisja tych znakomitych lekarzy miała sądzić. Mieli przed sobą listę z nazwiskami. Obok nazwiska znaczek – + – oznaczać miał deportację, śmierć, a znak minus pozostanie w szpitalu. Przy każdym łóżku lekarze długo przystawali. Mówili cicho, jakimś nieludzkim, chrapliwym głosem. Dyskutowali po łacinie, by chory niczego się nie domyślił i nie pojął grozy tego niesamowitego konsylium.

Ordynatorzy weszli na salę ortopedyczną. Wątłe ciała ze sztywnymi kończynami, zawieszonymi na blokach i szynach. Dr Szenicer coraz częściej korzystał ze swej chusteczki do nosa… Unikał nie tylko spojrzeń chorych, ale i kolegów się wstydził. Chodził po salach ze spuszczoną głową, a rąbek twarzy stale zasłaniała chustka. Przerażona Chana Rozenfeld musiała wszystko rozumieć, bo w chwilę po postawieniu znaczka plus obok jej nazwiska, poczęła w niesamowity sposób płakać.

Również i inni lekarze coraz częściej sięgali po swoje chusteczki. W pewnym momencie szef naszego oddziału opuścił salę. Już go nigdy więcej nie widziałem. Komisja swojej pracy nie skończyła. Nazajutrz Niemcy sami dokonali selekcji i zapełnili pięć furgonów chorymi i wywieźli. Ci, którym udało się zostać, też niedługo zabawili w szpitalu na Lesznie, gdyż w dwa dni po tym, opróżniono szpital ostatecznie i pognano nas wszystkich na Umchlagplatz.


Dodaj komentarz

Herzliya. Suchy dokument a tak wiele

Halina Birenbaum

Lista więźniów Auschwitz odnaleziona w bibliotece w Łodzi

Dokumenty, statystyka – suche zapisy zdawkowe w swojej urzędowej formie. Nie na nich się opieram zazwyczaj, gdy przekazuję swoje doświadczenia z lat zagłady. Mam je w sercu, w duszy, w świadomości i będą tam, dopóki nie zaćmi umysłu mgła nadchodzącego końca. A może i wtedy jeszcze pozostaną świeże w ostatnich przytomnych przebłyskach. I ten oświęcimski numer na moim ręku – dowód wszystkiego stamtąd na wieki. Z tym mnie już pochowają.

W ciągu lat odbudowy życia, z dala od miejsc owych tragicznych zdarzeń – w promiennym słońcu (i szeregu nowych wojen) Izraela – nie myślałam, że jeszcze te miejsca kiedyś ujrzę. Należały przecież do przeszłości, z której musiałam się w jakiś sposób wyrwać, aby móc zmierzyć się z trudami realnej rzeczywistości – aby móc po prostu żyć jak ludzie, którzy tego nie przeszli. Oświęcim, Majdanek, w ogóle Polska, gdzie już nie znałam nikogo i nikt nie miał pojęcia o moim istnieniu ani z wtedy, ani z dziś stały się dla mnie legendą, krainą niewidzialnych duchów.

Po wyzwoleniu z obozów nazistowskich, gdy wróciłam do zrujnowanej Warszawy, jako 15 letnia staruszka, aby szukać tam życia wśród moich umarłych, nie przyszło mi nawet na myśl pojechać znów do Oświęcimia, Majdanka czy Treblinki. Upajałam się odzyskaną wolnością, świadomością, że mogę opowiadać o nich wreszcie w czasie przeszłym. Potem wyjechałam daleko i wydawało mi się, że znikłam na zawsze z horyzontu kraju, w którym się urodziłam i nigdy do niego nie wrócę.

Moje dzieci jednak słyszały w naszym domu od maleńkości język polski, w jakim porozumiewałam się z mężem i bliskimi przyjaciółmi. Znały nazwę Auschwitz-Oświęcim, nasze kompletne sieroctwo rodzinne i mój numer na ręku. Wiedziały też, że jestem inna, niż matki ich izraelskich kolegów. Nie zawsze rozumiały tę inność i nie zawsze się z nią godziły.

Nie wiedziałam w ciągu tych lat, co pozostało z byłych obozów śmierci prócz wspomnień. Nie było też kontaktów między naszymi krajami.

Po dwudziestu latach opublikowano w Warszawie moje okupacyjne wspomnienia, a po niemal czterdziestu latach zezwolono na kilkudniowe, grupowe przyjazdy do Polski. Był to dla mnie przełom. Kontakty z polskimi czytelnikami, którzy po przeczytaniu książki pisali do mnie serdeczne, wzruszające listy, skłoniły mnie w końcu do podjęcia decyzji o odwiedzeniu rodzinnych stron. Utwierdziły mnie w tej decyzji zdjęcia i opowieści przyjaciół, którzy wyprzedzili mnie w tej podróży w przeszłość. Kwiaty składane przez nich na ruinach krematoriów w Oświęcimiu, przy komorze gazowej na Majdanku przekonały mnie, że to wszystko co było, nie jest legendą, że moje dziś i to ogromne, dalekie wczoraj nie są oderwane od siebie, choć żyję gdzie indziej i mówię innym językiem. Trudno mi było jednak zetknąć się z tym wszystkim od nowa fizycznie i duchowo. Nie miałam odtąd spokoju. Wiedziałam. że muszę tam przyjść, złożyć kwiaty.

W domu bali się o mnie. Starszy syn i mąż uprzedzali, żebym nie jechała do Oświęcimia i Treblinki, bo dostanę tam ataku serca. Ale właśnie te miejsca cierpień i kaźni były głównym celem mojej wyprawy. Chciałam przekroczyć ich bramy z własnej, nieprzymuszonej woli. Dotknąć ich bez strachu. A gdy po pewnym czasie otrzymałam pierwszy list z Muzeum Oświęcimia, synowie wstrząsnęli się na widok adresu na kopercie: Oświęcim?! Cóż, nie znali Polski z czasów powojennych, normalnych, jedynie tę ze strasznej legendy matczynego dzieciństwa.

W czerwcu 1986 roku przyjechałam z grupą izraelską do Warszawy. Oderwana od wszystkich i od siebie, szłam po moim rodzinnym mieście sprzed wojny szlakami, na które stoczono moje życie od września 1939, aż po Auschwitz… Notowałam na każdym kroku swoje myśli, odczucia. Opisywałam widziane i to, co wyobrażałam sobie, że zobaczę i doznam na terenie byłych obozów, których ogrom dosłownie mnie przytłaczał, mimo, że ciągle był w mojej pamięci. Miałam się zetknąć naocznie z tym, co jest we mnie z wtedy – i z ludźmi żyjącymi tam dziś, nie znającymi tych miejsc z własnych ówczesnych doświadczeń, jak ja. Błąkałam się w myślach. Co tam zastanę?

Samo słowo – muzeum – nie mogło jakoś z początku wpasować się w moje pojęcie o tym strasznym miejscu męczarni i mordu. Tkwiłam w nim przez niemal dwa lata, długie jak wieki! Czy ktoś mnie zauważy, (jak bardzo pragnęłam wówczas, żeby nie zwrócono na mnie uwagi, bo zawsze było to śmiertelnym niebezpieczeństwem!), zechce ze mną mówić? Czy potrafią zrozumieć ile i jakie więzy łączą mnie z tym miejscem, a nawet z dźwiękiem jego nazwy?! Jak bardzo przynależę do niego? Ale dlaczego by mieli mnie słuchać pracownicy Muzeum? Mają dokumenty, z pewnością bardziej miarodajne i dokładne niż moja opowieść, uczyli się wszelkich danych o obozie, więźniach i oprawcach, a ja znam tylko swoje osobiste przeżycia… Jestem obcym człowiekiem, przybyłym na chwilę zza morza, aby odszukać swe, zacierające się ślady. Tu jest ich praca, codzienne życie. I bezustannie niesamowite emocje.

Z nieopisaną potęgą cisnęły się do mózgu wspomnienia, które tutaj na ziemi polskiej, oświęcimskiej, tak bardzo pragnęłam teraz przekazać komuś bliskiemu, rozumiejącemu – a przecież nikogo nie znałam, nikt mnie nie znał i wątpiłam, czy zechce poznać. Nie byłam żadną bohaterką, działaczką konspiracji! Zwykła, szara więźniarka, pragnąca powierzyć koniecznie komuś tu swoje przeżycia z tych miejsc…

Miałam ze sobą kilka moich małych prac o Oświęcimiu i ten zeszyt, w którym spisywałam na gorąco swe wrażenia od wejścia do samolotu do Polski. Książki mojej nie muszą znać – myślałam – minęło prawie 20 lat od jej wydania, nakład został natychmiast wyczerpany, a z powodu zerwania stosunków między Polską i Izraelem po Wojnie Sześciodniowej w 1967 roku, nie został wznowiony. Kogo więc zaciekawi jakaś anonimowa kobieta, jedna z wielu odwiedzających były obóz zagłady i pragnących przekazać swoje przeżycia? Przecież nie poświęcą swego czasu na wysłuchiwanie wciąż tych samych koszmarów!

Czułam, że nie wytrzymam tej samotności ze swym ciężarem wspomnień i uczuć. Nie mogę być obca i nieznana ludziom związanymi z tym tematem. Muszę wpleść się jakoś w ich świadomość, w istnienie tego pomnika-muzeum, bo tyle z tego miejsca wyniosłam i jestem nim tak wypełniona! Jestem naturalną cząstką, niestety, tych śmierci i wyzwolenia. Przeżyłam. Dziś wróciłam jako wolny człowiek! Jako wolny człowiek! Muszę im opowiedzieć o ludziach, z którymi tu byłam, wśród których tłoczyłam się w ciągu tylu dni, tygodni, miesięcy. O walkach z góry przegranych, pragnieniach, które nigdy nie miały się spełnić. We mnie jest ten świat nieludzki i nadludzki. Nie da się go odnaleźć tylko w uporządkowanych dokumentach i książkach napisanych przeważnie w czasach spokojnych, w normalnych warunkach. Nie zobaczą tam twarzy, nie usłyszą głosów, którymi ja wówczas nasiąkłam. Ale czy mnie ktoś przyjmie w jakimś biurze Muzeum? Zechce wysłuchać? Stanę na progu – i co powiem? Po co przyszłam, kogo szukam, w jakiej konkretnej sprawie? Konkretnej, kiedy?

Przyjechałam wreszcie do Oświęcimia. Był pogodny, letni dzień. Słońce, błękit – i druty kolczaste, brama, baraki. To tutaj! To ja. Z wtedy wyłącznie! Cisza i zieleń na zewnątrz pozwalają mi tam wrócić wszystkimi zmysłami, bez strachu. Słyszę głosy, jęki, wyzwiska, brnę w błocie, boję się podnieść głowę na budki wartownicze…

Kompletna niewiedza tych, co mnie otaczają i słuchają wyjaśnień. Młoda, ładna przewodniczka tłumaczy skupionej w okół niej gromadce, że było tu tyle a tyle, stąd i stąd, zabijali, mordowali, bili, strasznie, strasznie… Jak dobrze, że potrafi im coś wytłumaczyć! Podziwiam ją, czuję wdzięczność, że może coś powiedzieć. Jednak nie chwytam sensu, nie mogę się włączyć w wyjaśnienia – dla mnie to zbyt delikatne, zbyt kulturalne… Tamto było dzikie, ponad i poniżej wszelkiego, co ludziom wiadome lub znane. Ale dziś trzeba, musi się mówić inaczej.

Gwizdki na apel, szaleńcza pchanina o „lepsze” miejsce na placu przed blokiem, głód skręcający kiszki, ziąb przenikający do szpiku kości. Gwizdki na selekcje, do pieca, komina. Ryk śmierci w powietrzu, na ziemi i w niebie. Wszystko jest tak okropne, że właściwie nic już nie jest straszne, bo wszystko najgorsze, najbardziej niemożliwe jest na co dzień jedynie realne, i człowiek już nie jest człowiekiem, życie ludzkie nie ma żadnej wartości, nic w ogóle nie znaczy, gdy się nie należy do rasy niemieckich panów. Nic nie warte jest słowo ludzkie, bo nie wyrazi tego dna piekła – jest już zbędne. Wszystko pali się i spala w tym ogniu z pieców. W płucach i sercu mam ten dym.

Oddycham nim tak mocno i przenikliwie! Nie mogę zmieścić w tej, co stoi przed barakiem i słucha wyjaśnień – tamtej siebie, która brnęła w tym piekle i ma je na zawsze przed oczyma. Pomieścić przeszłość w teraźniejszości oraz obie we mnie! Mała, samotna – wśród tylu obecności wewnętrznych i zewnętrznych.

Zdobyłam się na odwagę i poprosiłam izraelskiego przewodnika, by mnie zaprowadził do kogoś z biura, chciałam o coś zapytać, napisałam coś o obozie i pragnę pokazać komuś.

Od progu zaczęłam wyrzucać z siebie, kim jestem, kim byłam. Wyjęłam swoje zapiski z Izraela o Oświęcimiu… Kierownik (Franciszek Piper) wezwał młodą pracownicę, Helenę Kubicę, która zajmowała się studiowaniem losów dzieci w obozach. W rozgorączkowaniu, w jakie ich wprowadziłam swym napięciem i pośpiechem nawet nie dopuściłam, aby mnie zaprosili do stołu i usiedli ze mną. Wreszcie jednak porozumieli się między sobą i kierownik zaproponował przynieść szybko magnetofon… Bałam się, że moja grupa odjedzie i nie zdążę im opowiedzieć wszystkiego. Chciałam też przeczytać to, co spisałam w swym zeszycie na gorąco, jadąc po Polsce po 40 latach. Nie spodziewałam się tylko, że nagłe łkanie zdusi mi głos. Nigdy przedtem nie płakałam, gdy opowiadałam te przeżycia. Teraz wszystko było inaczej, mocniej – bliżej!

Słuchali mnie w absolutnym skupieniu, wzruszeniu, ze łzami w oczach, na policzkach. (Kierownik starał się je ukryć, dlatego chwilami wychodził z pokoju). Nie byłam więcej sama ani obca! Mówiłam o tym w Polsce, w byłym obozie, będącym dziś Muzeum Upamiętnienia, w swoim rodzimym języku, do Polaków, którzy wiedzieli, o czym mówię, choć na szczęście, mój los nie był ich udziałem. Okazało się, że byli spragnieni żywej wiedzy prostego więźnia, przeżywali ją intensywnie, identyfikując się ze mną. Nie było między nami jakichkolwiek barier. Odczułam niezwykłą ulgę i satysfakcję. Zostałam zrozumiana dogłębnie przez ludzi, którzy badają i uwieczniają pamięć o tych dziejach w dokumentach, naukowo, dokładnie. Od lat ślęczą niezmordowanie przy tej pracy wraz z innymi swymi kolegami i koleżankami wśród upiorów Auschwitz, aby utrzymać ten pomnik – muzeum. Nie dają mu się zapaść, mimo nieustannych trudności z upływem lat. Co bym zrobiła tego dnia bez nich? Czy w ogóle – gdyby nie ich działalność – zostałby tu jakiś ślad?

Odtąd jestem częstym gościem w Muzeum, zaprzyjaźniona niemal z wszystkimi i podejmowana, jak ktoś bliski! Okazywane ciepło i uznanie są ukojeniem upokorzeń i urazów z wtedy, a zwłaszcza w tym właśnie miejscu. Każde następne spotkanie to radość i dalszy dodatkowy wkład w utrwalenie i pogłębienie zrozumienia dla owej przeszłości, wniosków oraz prawdziwego sensu upamiętniania.

Jednak nie znaleźli mnie na listach więźniów w Archiwum. Przecież nie wszystkie dokumenty zachowały się, sama widziałam, jak przed wyruszeniem w ”marsze śmierci”, Niemcy palili te dokumenty w ogniskach na dworze, zanim musieli opuścić obóz.

I nagle, pewnego styczniowego ranka 1997 roku zadzwonił telefon w moim domu w Herzlii. Z Muzeum w Oświęcimiu zawiadomiono mnie, że odnalazłam się w dokumentach oświęcimskich nadesłanych z Moskwy. Hala Grynsztejn, numer 48693, zawód, a zamiast daty mojego urodzenia – znak zapytania!… Łzy zatkały mi gardło. Suchy zapis, a tyle treści! Potwierdzenie na piśmie z tamtego czasu! Wszystko więc jest prawdą, co opowiedziałam, napisałam, nagrałam na taśmy magnetofonowe, video… To byłam ja. Zarejestrowano mnie, nikt nie może temu zaprzeczyć!

Upalny lipcowy dzień 1943 roku. Stałam na placu przed łaźnią naga, w gęstym tłoku setek innych nagich kobiet, po odebraniu wszystkiego, ścięciu włosów. Wszystko w okół nas nieznane, niewiadome, obrzydliwe, ziejące grozą. Wciąż gubiłam bratową, jedyną osobę, która pozostała mi z całej rodziny, ze wspomnień o domu i ludzkim życiu. Drżałam na myśl, że nas rozłączą! Nie poznawałyśmy się po zgoleniu włosów w tym stłoczeniu obcych, oszołomionych i śmiertelnie przerażonych kobiet.

Walczyły ze sobą zaciekle, z wrogością już na samym wstępie lub radziły się jedna drugiej w panice, co odpowiedzieć, jaki zawód warto podać, jaki wiek, gdzie stanąć, do której esesmanki podejść, bo może jest mniej okrutna? Chciało mi się tak strasznie pić po 48 godzinach jazdy w rozprażonym wagonie bydlęcym. Nie było niczego, a kolejka do rejestracji w palącym słońcu nie miała końca. Cała ta procedura przeistaczania nas w mieszkanki FKL Auschwitz-Birkenau trwała aż do wieczora. Nagle zauważyłam wiadro z jakąś cieczą i dopadłam do niego ustami bez zastanowienia. Wstrętne mydliny wlały mi się do gardła…

Pośród nie dającej się opisać grozy, bicia i upokorzeń rejestrują nasze imiona, daty urodzenia, zawód… Każde słowo może okazać się niebezpieczną pułapką, sprowadzić najgorsze. Dane te w rękach oschle notujących je władz obozu – to wyrok na życie lub na śmierć każdego z nas.

Wiedziałam już, że nie wolno mi powiedzieć prawdy o moim wieku. Nie mogę sobie już dziś przypomnieć ani wyobrazić tej chwili, kiedy w kolejce za Helą, moją bratową, miałam im się „przedstawić”. Jaki mogłam mieć wtedy głos i wyraz twarzy, gdy recytowałam w najwyższym napięciu: Hala Grynsztejn, 17 lat, gorseciarka… Na odnalezionej po latach liście zobaczyłam, że zamiast daty mojego urodzenia postawili wówczas znak zapytania. Może nie wierzyli w moje 17 lat, a może myśleli, że mam więcej? Być może nie chcieli od razu decydować o moim losie z powodu tej niejasności, a potem zapomnieli o tym znaku zapytania nad moim wiekiem, nad moim życiem?

Dokument, suchy, zimny, a tak wiele! Dotąd nie potrafiłam docenić znaczenia i wartości zwykłego zapisu.


Dodaj komentarz

Herzliya. Z mojej książki „Szukam życia u Umarłych”

Halina Birenbaum

Okładka książki „Szukam życia u umarłych – wywiad z Haliną Birenbaum” Halina Birenbaum, Barbara Bochenek

Fragment wywiadu Barbary Bochenek z Haliną Birenbaum

Halina Birenbaum: Ludzkość uczy się historii, chce o niej wiedzieć, znać ją, ale nie uczy się z niej. A historia bardzo często się powtarza, jedynie formy czy sposoby działań zmieniają się, ulepszają i uzasadnianie ich w świadomości narodów. Zło i wojny nie znikają ze świata także po Holokauście. Holokaust nie był lekcją, był katastrofą, zwycięstwem największego zła. A z katastrof nie wychodzi się zdrowszym ani mądrzejszym. Niełatwo jest na nowo stawać się po nich jednostkom, narodom, państwom.

Uważam, że ogólnikowe porównanie nazizmu z komunizmem jest niedokładne i szkodliwe. Umniejsza fakt, iż niemieccy naziści – jako pierwsi i jedyni w historii ludzkości – zbudowali rękami ofiar industrię systematycznego mordowania bezbronnych, niewinnych ludzi, wyłącznie za ich pochodzenie. Jako pierwsi wykorzystywali ich ciała do rozmaitych eksperymentów, do hurtowego, codziennego użytku. Handlowali włosami, skórą, szkieletami i tłuszczem ludzkim… Mordowali na setki sadystycznych sposobów, ale zaskoczyła ich klęska Rzeszy i nie zdążyli, na szczęście, zrealizować do końca swych zbrodniczych planów.

Świat po wojnie nie chciał słyszeć o Holokauście, różne były powody…

Barbara Bochenek: Pojęcie „Holokaust” zaczęło funkcjonować w świadomości ludzi, społeczeństw stosunkowo późno, dopiero w latach osiemdziesiątych. Dlaczego Pani woli pisać, mówić „Szoa”?

Halina Birenbaum: Tak, świat nie chciał słyszeć ani uwierzyć w czasie, gdy się to działo, a tym bardziej później. Nie wiedziano nawet jak nazwać pierwsze w historii tego rodzaju bestialstwo i określano je słowem „kataklizm”. Znacznie później pojawiło się angielskie określenie „Holocaust”, jakby związane z czymś świętym, ofiarą całopalną, które przyjęło się na całym świecie. Jednak nie jest to słuszne określenie. Kataklizm określa wielkie katastrofy natury, ogromne epidemie. Miliony ludzi zginęło z rąk innych ludzi, Niemców, nie z powodu wiary czy różnych żywiołów natury.

Hebrajskie określenie mianem „Szoa” tego ideologicznie zamierzonego, realizowanego z premedytacją i gorliwością ludobójstwa jest właściwsze, oznacza całkowite wyniszczenie, spustoszenie, pełną zagładę. Jest najbliższe treści tych zdarzeń i mnie ono bardziej odpowiada. I może dlatego, że właśnie to słowo pochodzi od nas, Żydów, ze wznowionego języka naszych praojców, bo to przecież my, cały naród żydowski był skazany na całkowitą zagładę, najwięcej stracił i wycierpiał.

Często słyszę, że nie należy porównywać cierpień i strat, każde cierpienie jest straszne, boli. Nie myślę nigdy „konkurować” w wyliczaniu ich. Strata zawsze boli, jednak utracić na przykład jedną nogę czy dwie, jedno oko lub oba, to nie to samo, to różnica. Żydzi utracili wszystko i wszystkich! Uratowane z Szoa jednostki, strzępy rodzin nie miały do kogo i dokąd wracać. Ich domy były zajęte, mienie zabrane, gdy ich pognano do Auschwitz, na Majdanek, do Treblinki… nie cieszono się ich powrotem. Często witano ich słowami: „Ty jeszcze żyjesz? przecież wszyscy wasi zginęli?…”.

Ludzie nie mogli i nie mogą do dziś wyobrazić sobie, uwierzyć, że w obozach na terenie Polski zbudowali Niemcy komory gazowe, do których masowo wieziono Żydów z całej Europy, zdzierano z nich odzież, wszystko zabierano, duszono gazem, spalano ich ciała na popiół.

Nic dziwnego, bo przecież na szczęście normalny człowiek nie ma umysłu mordercy, aby móc zrozumieć przestępcze instynkty, nikczemną logikę działania.

Nie jesteśmy wszyscy jednakowi. Większość ludzi w ogóle nie lubi słuchać o cudzych nieszczęściach, tragediach, smutkach, boi się ich, tym bardziej, jeżeli to nie jest w ramach możności identyfikowania się z nimi. Wielu ludzi czuło się po wojnie winnymi, że nie pomogło, nie przyszło na ratunek zabijanym i dlatego wolało nie słuchać ocalonych, obwiniać ofiary, nie wiedzieć ile wycierpiały, czego były naocznymi świadkami. Dziś to się na ogół zmieniło. Coraz więcej ludzi na świecie chce wiedzieć czym był Auschwitz, Holokaust. Coraz więcej ludzi, w tym dużo młodzieży, uczy się o tym, przyjeżdża, by zwiedzić miejsca najstraszniejszych w historii kaźni.

Barbara Bochenek: O tym, że świat po wojnie nie chciał słyszeć o Holokauście napisała Pani artykuł.

*

Jeszcze jeden z tej książki fragment

„Dlaczego powinniśmy pamiętać o Holokauście?” zadawane mi jest ciągle przez rozmaite czynniki społeczne i osoby prywatne. Odkąd doczekałam cudem wolności po latach mąk w getcie warszawskim, obozach zagłady na Majdanku, w Auschwitz, w których straciłam swych najbliższych oraz wszystkich krewnych, są dodatkową raną na duszy, z którą od lat się zmagam. Sens tego pytania był i jest do dziś pewnego rodzaju niesprawiedliwym zarzutem wobec straszliwych cierpień i śmierci milionów ludzi, szczególnie Żydów.

Od samego początku, po wojnie, pojawił się niepojęty dla mnie brak zrozumienia i ogólna atmosfera sprzeciwu wobec tego tematu. Mówiono nam na każdym kroku: „Po co o tym mówić? Po co wspominać to czarne, tkwić w opowieściach i przekazach o nich? Po co odrywać zabliźnione rany? Czy to odwiedzie ludzi od zła, czy coś w nich poprawi?” (słyszałam to nawet od własnego syna), „Młodzież nabawi się kompleksów od tych opowiadań, nie będzie mogła spać po nocach”. Wszystko to zarzucali mi w latach sześćdziesiątych nauczyciele w szkołach izraelskich.

„Niezdrowo jest tkwić w przeszłości” – przestrzegali troskliwi znajomi czy rozmaite osoby wpływowe; „trzeba zapomnieć, żyć dniem dzisiejszym, tamtego i tak nie da się zrozumieć”, „tamto jest upokarzające, hańbiące, bo daliście się mordować, zagazować, spalić… nie broniliście się, nie walczyli… szliście jak owce na rzeź”. Wypominali (i wielu do dziś to czyni) Żydzi, Polacy i inni, którzy sami nie przeżyli tego piekła, którzy mieli szczęście urodzić się później i nie chcieli znać prawdy o milionach zagnanych tam i zgładzonych. Prawdy o ich zmaganiach o chwilę życia, o uczuciach i o reakcjach na krawędzi śmierci, oderwania od bliskich, od wszystkiego. O walce, by pozostać człowiekiem.

Ja mam w sobie to wszystko i tych, z którymi tam byłam i widziałam jak reagowali, jak do ostatniej chwili resztkami sił walczyli o swe życie i życie swych najdroższych, jak umierali.

Pamiętam ich miłość, nadludzkie zmagania, ich oczy umęczone, rozpaczliwie błagające, gdy wdeptani w oświęcimskie błoto, w drodze do komory gazowej, błagali o pamięć!

Opowiadam, bo tylko tyle mogę dla nich zrobić. Oni nie mają nigdzie grobu, nikogo z bliskich, nikogo kto by po nich zapłakał. Mówiąc o nich, przywracam ich na chwilę do życia i moi słuchacze poznają ich, może zatrzymają w sercach.

Nikt nie pyta dlaczego uczyć i przekazywać z pokolenia na pokolenie wszelkie inne zdarzenia w historii ludzkości, rozwoju świata, wojen, klęsk i zwycięstw, osiągnięć w nauce, sztuce, literaturze, technice? A wciąż trzeba na nowo tłumaczyć (czy tłumaczyć się) dlaczego powinniśmy pamiętać Holokaust.

Wciąż borykam się z uczuciami wokół tych pytań, dyskusji, zarzutów. A tyle wspomnień, obrazów Stamtąd, ustnych wyjaśnień, pisanych prozą, wierszem, w listach, mailach i nigdy do końca niewyczerpanych.

W pewnym wierszu napisałam: „pada pytanie jak kamień ciężkie/ po hebrajsku polsku niemiecku / czy moja książka opowiadanie wiersz/ znów?!… na temat zagłady?/ – bronię tłumaczę usprawiedliwiam/ cofam się jąkam/ bąkam jak przed wyrokiem/ że o ludziach wrażeniach chwilach podniosłych/ o nienawiści miłości lękach/ upragnieniu życia pamięci/ wtedy jak wszędzie jak zawsze/ ale/ temat niepożądany trudny/ potężny wszechstronny/ jak owa przeszłość/ jak owe zdarzenia/ jak tylko może być/ ludzkie życie pośród śmierci”(1987).

I w innym pod tytułem „Dlaczego”: „dlaczego/ muszę się zawsze tłumaczyć/ gdy mówię o Szoa/ usprawiedliwiać się/ zwalczać uprzedzenia/ zniżać głos/ siebie/ jakby te przeżycia były hańbą/ dlaczego?!” (1982).

To, co się zdarzyło w latach zagłady hitlerowskiej było czymś, czego ród ludzki nigdy przedtem nie doświadczył, nie mógł sobie nawet wyobrazić. Największe zło, z jakim ludzie musieli się zmierzyć, stało się normalne, legalne. Nie było ważne czy ktoś był profesorem, doktorem, miał wyższą rangę społeczną, był prominentem (których przedtem i dziś cenimy, i sami dążymy, aby takimi się stać). Dawne pojęcia stały się banalne, absurdalne. Wszystko, czego pragnęliśmy to trochę powietrza do oddychania, odrobiny miejsca, by położyć swe ciało, poczuć coś w ustach oprócz dymu z krematoriów, w których palono tysiące ludzi, zaledwie wypędzonych z wagonów, z dziećmi w ramionach.

Musimy pamiętać dla tych, którzy nie przeżyli. My wszyscy, cała ludzkość, jesteśmy im winni. Nazistowscy mordercy chcieli, żeby nikt na świecie nigdy nie dowiedział się co nam uczynili. Przemilczać te dzieje, to wypełniać ich wolę!

Celem pamiętania nie jest nienawiść, zemsta, uświadomienie do czego nienawiść i zemsty prowadzą. Trzeba pamiętać, aby zachować swe człowieczeństwo, by wiedzieć, jakim nie wolno być! Przekazać nie tylko okropności a niemniej to, co było najbardziej istotne i ludzkie w nieludzkim.

Często opowiadam o apelach na spotkaniach z młodzieżą. Nie raz opisywałam mękę apeli w obozach. Zwłaszcza ten jeden szczególny wieczorny apel, kiedy po dniu długim jak wieczność, kilkunastu godzinach katorżniczej pracy, o głodzie, w strachu, słysząc najgorsze wyzwiska, przy biciu, niemożności pójścia za potrzebą, zagnano nas na plac apelowy. Jeszcze nie luksus biegnięcia do latryn, do bloków na ciasne, zatłoczone, zawszone koje. Jeszcze nie dzielenie znikomych porcji chleba, nieprzytomnie wyczekiwanych. Tylko oszałamiające gwizdki i dalszy huragan przekleństw zwołujący na kolejne stanie na placu, liczenie nas…

Na dworze ulewa. Esesmanki z rewolwerami u pasa, w ciepłych, nieprzemakalnych pelerynach i funkcjonariuszki, więźniarki, uzbrojone w kije – wszystkie pilnują, abyśmy stały równo piątkami, w odległości wyciągniętych ramion jedna od drugiej. Mijają godziny. Zazwyczaj o tej porze panuje już Lagerruhe (cisza obozowa) i nie wolno znajdować się na dworze; ale nie wtedy, kiedy leje deszcz, kiedy sama natura sprzymierza się z oprawcami.

Tysiące oczu spoglądają błagalnie na nieosiągalne drzwi baraków. Ulewa wzmaga się wciąż. Na ustach nieme pytanie: jak długo jeszcze, do kiedy tak? Więźniowie mdleją, wpadają w to grząskie, nigdy niewysychające tu błoto. Pada rozkaz, żeby klęczeć: wszystkie na kolana! Ledwie można zgiąć zdrętwiałe nogi. Deszcz przenika do szpiku kości, wypłukuje wszystko wraz ze świadomością bycia człowiekiem. Za naelektryzowanymi drutami kolczastymi słup ognia z komina krematoryjnego, z palonych tam masowo ludzi i wokół zapach palących się ciał.

Nie widziałam już nic, nic nie czułam, jakbym wrosła w ten deszcz i błoto, zlała się z nimi w tym trupim ogniu. I nagle doszły do mnie słowa klęczącej obok kobiety: „Zobaczysz, będzie jeszcze świat i będą o nas pisać książki, robić filmy o nas…” Była to niemożliwa, absurdalna bajka, fantazja niebiańska. Gdzie jest świat?! Kim my jesteśmy tutaj, konający w tym błocie, naprzeciw ziejących ogniem krematoriów?! Nigdy więcej nie spotkałam tej kobiety, która wierzyła jeszcze wówczas w istnienie świata poza wszechpotęgą śmierci Auschwitz. Czy go doczekała?

Do opisu tego apelu chcę dodać jak wyglądał powrót do bloków, gdy znowu przeraźliwe gwizdki oznajmiały, że zezwalają nam rozejść się. Setki przemokłych do szpiku kości kobiet napierało i pchało się do wąskich drzwi baraków. A potem w zabłoconej, ociekającej wodą odzieży właziły na koje, depcząc zabłoconymi drewniakami po głowach kobiet na niższych kojach, wklejały się jedna w drugą, jak śledzie w beczce do spania. Zaś po kilku godzinach, gdy jeszcze ciemno na dworze, budziły gwizdki: „Kaffe hollen!”, „Zeil Apel!!!”. Następne pchanie się do wyjścia, zwykła, znana już bitwa o miejsce w rzędzie, a na ciele zmierzwiona i mokra, ciepła jeszcze odzież, od temperatury przywartych do siebie kobiet w ciasnocie więźniarskich nar, które chłoszcze okrutny wiatr na dworze…

A potem, po wyzwoleniu – obowiązek sumienia, aby pamiętać, potrzeba duszy, która błąka się wiecznie między Tamtym i dzisiejszym światem, a jeden nie potrafi zagłuszyć drugiego. I myśli o tym, nie pytanie, co złożyło się na to, że takie piekło na ziemi mogło zaistnieć, stało się normą, że można było legalnie, oficjalnie, zupełnie bezkarnie mordować ludzi, obdzierać ich ze wszystkiego, rabować ich mienie, stworzyć przemysł – z ich włosów, skóry, zębów, tłuszczu i niemalże z ich ekstrementów?!

A po tym wszystkim „naiwne” pytanie: dlaczego? po co pamiętać o Szoa?! Wydziwianie, że Żydzi się nie bronili, nie walczyli, nie byli patriotami, bohaterami… Mówienie, że Holokaust to wymysł żydowski, że w Auschwitz ginęli jedynie obywatele Polski, Belgii, Francji itp. Nadal te rozmaite teorie, interesy, często nikczemne, polityka, podsycanie świeżej nienawiści jednych do drugich różnymi sposobami, odgrzewanie dawnej przez zaprzeczanie tych strasznych tragedii, obwinianie, szkalowanie ofiar dla rozmaitych celów albo z braku chęci wczucia się w tragedie tych ludzi.

I jak o tym wszystkim milczeć?!

Od lat zauważa się bolesną „konkurencję pamięci”, licytację w ilości ofiar, w cierpieniu, mordowaniu, umieraniu…

*

Jeszcze jeden fragment

Halina Birenbaum: Bardzo bolesna jest licytacja cierpień. Wręcz ubliżające więźniom jest wyliczanie, licytowanie się w cierpieniach, w czasie, liczbie miesięcy, lat spędzonych w przeróżnych obozach koncentracyjnych, obozach zagłady, obozach „pracy” między ofiarami z rozmaitych krajów, różnego pochodzenia, narodowości. Licytowanie się, kto był w tym piekle za opór, bohaterskie, patriotyczne czyny – a kto nie z powodu walki i poświęcenia się dla ojczyzny – kto ginął wyłącznie za to, że urodził się Żydem. Kłótnie na temat o czyich cierpieniach i tragediach jest więcej mowy i opisów, a o czyich jest mniej…

Krzywdzące bardzo jest celowe pomijanie faktu, że przeważająca ilość zamordowanych to byli Żydzi, co jest nieporównywalne z niczym innym, gdyż Niemcy wydali wyrok śmierci na cały naród żydowski.

Jedni chcieliby zagłuszyć drugich, pomniejszyć ogrom cudzych tragedii a wywyższyć własne. Wynieść swoje przeżycia, straty, ból fizyczny i duchowy ponad doznania innych. Ciągły niedosyt „sprawiedliwej” oceny tych prześladowań, poczucia krzywdy w upamiętnianiu, opisywaniu, a nawet pewnego rodzaju zazdrości. Jakby historia jednych ofiar czy świadków umniejszała przeżycia innych, odbierała im ważność, unikalność, do których każdy z nich ma swe, niedające się obalić, w jego mniemaniu, pretensje, predyspozycje, powody.

Wszystkie te szkodliwe, raniące kłótnie między byłymi ofiarami, często dopełniają niektórzy historycy przez swą nadgorliwość. W ambicjach publikowania nowych odkryć wyszukują drobne, techniczne szczegóły, suche topograficzne dane, przenosząc ich ważność nad cierpienia ludzkie, emocje w obliczu nieprzytomnego strachu na krok od śmierci.

Zwłaszcza młodzi historycy, pragnąc wykazać się wiedzą, starają się robić nowe odkrycia techniczne, filozoficzne, co jest dobre i ważne, ale czasem za cenę pomijania najbardziej istotnych spraw życia jednostki i śmierci milionów. Podważając autentyczne zeznania ofiar i naocznych świadków tych zdarzeń, lekceważąc ich – wypaczają prawdę.

Wszak nie da się zaznaczyć długopisem ani komputerem „topografii” punktu w sercu, duszy i umyśle ofiar, w którym mieściło się odczuwanie głodu, strachu, zapadania się pod ciężarem pracy, rozpaczy odrywania od najbliższych, nadludzkiego bólu przedostatnich chwil życia, duszenia się w komorze gazowej – umierania za życia, najokropniejszych sekund czy godzin umierania! Umniejszając je, banalizując do granic absurdu, siłą rzeczy unieważniają je, jakby nie chodziło o człowieka, o jego duszę w tej męce, a o to jak, gdzie, którędy wiodła droga na śmierć, co do milimetra! I to całe niezmierzone zło staje się nagle ważne technicznie, jest na pierwszym planie, normalne, płytkie, banalne. I wtedy tak łatwo mu zaprzeczyć!

„Banalność zła” – taki tytuł dała swej książce Hanna Arendt, opisując proces Adolfa Eichmanna w Jerozolimie oraz swoje bardzo dogłębne spostrzeżenia i wnioski z niezliczonych faktów, przedstawionych przez świadków i sprawcę Eichmanna.

Barbara Bochenek: Powiedziała Pani kiedyś, że „…zapomnienie czy niewiedza, to ponowna śmierć dla zgładzonych i niebezpieczeństwo powtórzenia zbrodni dla żyjących”…

Halina Birenbaum: Każdy człowiek odczuwa lęk przed śmiercią, przed ostatecznym odejściem ze świata i pragnie coś po sobie zostawić w ludziach dla następnych pokoleń. Zgładzeni w Szoa nie mają nawet grobów, macew, na które przychodziliby co roku potomni, krewni i znajomi, aby ich wspominać, położyć kwiat, odprawić modlitwę za ich duszę, zapłakać… Ich krewnych i znajomych również zgładzono, spalono, zburzono ich domy, zatarto wszelkie ślady ich istnienia. Nie wiadomo nawet gdzie i kiedy zastała ich śmierć? Czy w jednym z gett, czy w jednym z nazistowskich obozów, rozsianych po całej okupowanej przez Niemców Europie? W którym obozie? Kiedy, w którym roku, miesiącu, dniu w tych okropnych latach 1939 -1945? Jak umierał każdy z nich? Co czuł i myślał w swych ostatnich chwilach cierpień i agonii, wciśnięty w niezliczony tłum ofiar dzielących ten sam los, pośród ogólnej wrogości, obojętności? Nie było komu zapłakać nad ich tragedią, oni sami nie mieli już więcej łez, bo wciąż było gorzej, ponad strach, ból, łzy!

Zapomnieć o tym wszystkim dziś czy kiedykolwiek – to ponowna ich śmierć przez wymazanie z ludzkiej pamięci, jedynego miejsca, w którym zamordowani, tak straszliwie zamęczeni mogą jeszcze dalej istnieć, gdy na ziemi nie zostało po nich nic. Mogą być obecni w świecie, w którym przestępstwa i zbrodnie nie są więcej receptą ideologiczną na „Nowy Porządek”, a przestępcy i zbrodniarze są powoływani przed sądy sprawiedliwości, skazywani na fizyczne i moralne kary.

Ofiary Holokaustu ginęły z obrazem triumfującego zła przed oczami, nie doczekały klęski katów. My jesteśmy im dłużni zadośćuczynienia sprawiedliwości – dla nich i dla siebie. Jest to możliwe tylko przez wdrążenie pamięci i szacunku dla nich.

Ludzkość, która zapomniałaby o zbrodniach Szoa, udowodniłaby możliwość bezkarnego zarażania nienawiścią, plugastwem całych społeczeństw, w imię szaleńczych idei kolejnych władców – potworów. Potwierdziłaby, że można zabijać, rabować, szczuć ludzi na siebie, wykreślać ich ze zbiorowej pamięci i nie odpowiadać za to przed ludźmi ani Bogiem, nie być potępionym. A przy obecnej technice, broni nuklearnej, biologicznej w rękach rozmaitych „poprawiaczy” porządków świata, jest tym bardziej zastraszające.