Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Herzliya. Dziękuję

Halina Birenbaum

Józef Mehoffer, „Martwa natura z bukietem astrów” 1940-1946

Dziękuję za miłość

dziękuję
za miłość która się objawiła
za jej odczuwanie
dziękuję że jej doznałam
że również do mnie się zwróciła
dziękuję za tę radość ogromną
za szczęście dumy dobrej
dziękuję za swe istnienie
że tę grozę przemogłam!

6 marca 1985

niezawodne źródło

olśniony odkryciem
przyszedłeś niewezwany
rozsiałeś swój zachwyt
obietnice wielkie
nęcący dreszcz oczekiwania

i oczywiście zniknąłeś –
ludzie nazywają to rozczarowaniem

we mnie pozostał sens tego uznania
uświadomienie własnej wartości
źródło sił za które zawsze
pozostanę wdzięczna

lipiec 1987


Dodaj komentarz

Herzliya. Znów w podróży – Berlin ‘95

Halina Birenbaum
z pamiętnika

Berlin – Kolumna Zwycięstwa

9.11.95 Wymiętoszony zeszyt… W samolocie. Lecę już od godziny, ale nie chciało mi się wyciągnąć ręki do torebki po zeszyt. Pragnę spokoju – myśleć w sobie, jednak nie jestem spokojna. Dręczy mnie jakaś niecierpliwość, niesmak, senność. Spałam tej nocy tylko dwie godziny. Wczoraj był zwariowany dzień: pakowanie, gotowanie, zbieranie papierów, na dodatek ślub – stracone trzy godziny… Dla ludzi tak ważne są ceremonie. Myślą, że darzą zaszczytem kogoś, kogo raczą zaprosić. Może tak jest naprawdę, ale mnie te uroczystości nie nęcą, przeciwnie – nudzą mnie i zabierają czas. Tylko w rzadkich przypadkach wzruszają i cieszą. Wyruszyłam z domu z mężem, który mnie odwiózł na lotnisko o trzeciej trzydzieści nad ranem. Czekałam potem sama dalsze trzy godziny, o mało nie zasnęłam na ławce. Ale wolę to niż być w napięciu, że spóźnię się na samolot.

Ostatnio dużo pisałam: opowiadania, wiersze i pamiętniki. Pisałam również u brata, podczas wrześniowego pobytu u niego. Wróciłam do normy, ale czy znów się nie załamię? Nie mam w sobie na co dzień tej wiary i siły życia, którymi promieniuję często na zewnątrz. Nie mam ich w samotności, ze sobą. Tylko w trudnych sytuacjach życiowych objawiają się – na szczęście. Zwykle mąż pobudza mnie do pisania, może i po to, by wyciągnąć mnie z ponurych nastrojów. Dzieciom naszym przeważnie obojętne są moje teksty. Przygnębia to nierzadko, rozczarowuje. W takich chwilach przychodzą nagle listy od nieznanych czytelników czy mają miejsce niespodziewane propozycje wydawnicze i znowu okazuje się, że jestem potrzebna ludziom; oni wierzą we mnie, w to, co robię, czym jestem. Mężowi mojemu zawdzięczam to, że dotarłam i docieram do ludzi w różnych krajach, że mnie poznali i uznali. Inni, choć mnie lubią i cenią, z różnych powodów raczej gaszą we mnie zapał i wiarę w sens mojej pracy, pisania. Dziwnie łatwo ulegam takim wpływom. Moja niepewność siebie wywołuje ciągłą potrzebę oceny przyjaciół. Ile zależności! Jednak przebijam się jakoś. Jestem ciągle jak mała dziewczynka, którą łatwo jest obrazić, upokorzyć lub jednym dobrym słowem unieść. Nieraz wystarczy życzliwy uśmiech, spojrzenie. Oto cała moja natura. A może nie tylko ja jestem taka? Każdemu potrzeba trochę życzliwości!

Dręczą mnie wyrzuty sumienia, że często zaniedbuję dom i nasze koty, psa przez częste podróże. Czy mogę siedzieć w domu, nie spotykać się z ludźmi, którym potrzebna jest moja obecność, wymiana myśli ze mną, mój sposób widzenia świata? Zwłaszcza przekazu przeszłości Holocaustu. Również potrzeba i obowiązek pisania zniewalają mnie. Gdy zaczynam jakiś temat, tonę w nim bez reszty, zaniedbuję niemal wszystko inne, wszystko staje się podrzędne. W pisaniu jest jakiś świat, który pochłania całkowicie, olśniewa, wypełnia nowym życiem, wzruszeniem, ale też potem opróżnia. Jest w tym potęga. Nieraz boję się coś zacząć, krążę po pokoju napięta i nie mogę się zmusić, aby zasiąść do stołu, bo jest za dużo we mnie i nie wiem jak wszystko zebrać, jak ułożyć. Szukam wtedy ucieczki od samej siebie, aż przychodzi chwila, że zaczynam i potem już nic mnie nie odrywa od czystych kartek papieru. Zapisuję wszystko z siebie, jakby całe życie. Ręka ledwie może nadążyć za myślami. Są to godziny męki i szczęścia, napływu sił i wyczerpania. Ale wtedy jestem prawdziwie sobą, nie lękającą się niczego ani nikogo, z poczuciem pełni własnego człowieczeństwa. Ci, których nie interesuje ta strona mojej osobowości, raczej nie mogą pozostać mi bliscy.

Lecę na dwa tygodnie do Berlina. Mąż przyjedzie pod koniec moich prelekcji, a potem pojedziemy razem pociągiem do Polski. To będzie już nie pierwsza taka podróż: Berlin – Katowice – Oświęcim i inne. Jak będzie tym razem? W Berlinie jak zwykle czeka mnie dużo pracy i wzruszeń – siedemnaście spotkań podczas czternastu dni! Mam pewne plany wydawnicze w związku z niektórymi spotkaniami. Ciekawe czy uda się coś zrealizować przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Niemieckiej? Może coś z tłumaczką poznaną w czasie poprzedniego pobytu w Berlinie? Okazała mi duże zainteresowanie i serdeczność. A może to tylko powierzchowne, chwilowe (jak wiele podobnych kontaktów), początkowo niezwykle ciepłe i fascynujące, a potem nic?

W Izraelu przeżywamy teraz wielki wstrząs z powodu zabójstwa na tle politycznym naszego premiera, Icchaka Rabina. Nie mam sił w samolocie, by opisywać to straszliwe zdarzenie, mimo że przeżywamy je wszyscy jak osobistą tragedię. Notuję jedynie odczucia, refleksje o sobie. By zapisać inne, muszę być w domu, przy komputerze, oddalić się od siebie, ujrzeć ogólny obraz rzeczywistości.

Pisanie o sobie stanowi ulgę, upust. Pisanie na narzucony temat jest ciążącym obowiązkiem, przed którym zwykle na początku bronię się, ale gdy go wypełniam, daje największą satysfakcję, nie jak pisanie o swych humorach… Ale te ostatnie piszą mi się lekko, dają ucieczkę od problemów. Potem nie czytam tego przeważnie, chyba że po długim czasie. Mam już kilka zeszytów z moich lotów za granicę. Nic z tym nie zrobiłam, być może te zapiski są zbędne? Przyrzekam sobie zawsze, że po przyjeździe do domu przeczytam je, skoryguję, ale zwykle pochłaniają mnie następne tematy, wrażenia i nie wracam do dawnych. Przeszłość jest tak samo błyskawiczna jak teraźniejszość, trudno mi dogonić je pisaniem… Daty pędzą, prześcigają siebie i mnie również. Lubię pisać wciąż coś nowego, innego, a nie czytać to, co już zdążyłam utrwalić. Nawet nie mam czasu na to albo humoru. Gdy wracają energia i dobre samopoczucie, zaczynam nowy temat i nie wracam do poprzednich. Swoje wynurzenia, spowiedzi piszę, gdy jestem sama w samolocie. Jeśli mąż jest ze mną, mówię mu o tym wszystkim i nie mam potrzeby spisywania. Ale też krępuje mnie na ogół czyjakolwiek bliska obecność w czasie pisania.

Teraz dość. Jestem już w połowie drogi, w niebie, ponad chmurami. Jestem śpiąca, ale nie mogę zasnąć. Samolot jest niemal pusty. O tej porze roku ludzie mniej podróżują. Postaram się pogrążyć w jakichś jaśniejszych myślach, w lepszej cząstce siebie…

14.11.95 Od pięciu dni w Berlinie. Przeżyłam tu wiele pięknych chwil. Oczywiście nie pisałam, nie jestem prawie nigdy sama. Kładę się spać niemal o drugiej nad ranem, rozmawiam godzinami z Marianną, nie zostaje czasu na pisanie, nie mam też warunków. Jest mi za zimno, by wyciągnąć rękę spod kołdry… Nie byłabym nawet w stanie opisać wszystkich spotkań i wzruszeń, które przekazuję i odbieram. Ujmuję swe dzieje spontanicznie, ustnie. Jest ciągle ponuro i ciemnawo na dworze. Nie pada deszcz, ale niebo jest bezustannie zachmurzone. Nie powoduje to złego samopoczucia, nie tęsknię za słońcem, które piecze i wysusza przez prawie cały rok w domu. Od pierwszego dnia mojego przyjazdu jestem wciąż bardzo aktywna. Jestem na spotkaniach z Marianną, która o wszystko troszczy się, ale nie tylko ona. Powinnam zapisywać pytania i reakcje słuchaczy oraz moje własne, ale nie robię tego. Umykam od opisów rzeczy najważniejszych, nie robię tego, co posiadałoby wartość także dla innych. Na szczęście oni tutaj spisują i nagrywają moje opowieści, wnioski, wypowiedzi.

Pierwszego wieczoru zostałam zaproszona do telewizji, do programu „Berlinianka Dnia”, w związku z historyczną rocznicą 9 listopada, spalenia wszystkich synagog w Niemczech, zwaną „Kryształową Nocą”. Potem miałam kilka wystąpień w radio. Sama nie wiem skąd biorę dla nich wciąż żywe przekazy o naszej przeszłości z Shoa i jej cieniach w teraźniejszości. Mój niemiecki znacznie się poprawił. Ludzie kupują moje książki na spotkaniach, nawet po kilka egzemplarzy na prezenty. Niektórzy przynoszą ze sobą książki dawno nabyte, z prośbą o dedykacje. Wielu mnie zna, nie mam nawet pojęcia skąd. Czytali chyba moją „Nadzieję”, albo widzieli jeden z moich filmów… Georg, pierwszy wydawca mojej „Nadziei” po niemiecku, odwiedził mnie u Marianny, był bardzo serdeczny. Odwiedził nas również znajomy ze Znaku Pokuty, którego poznaliśmy w Izraelu, w czasie jego służby w osiedlu chrześcijańskiej organizacji „Ness Ammim” („Cud Narodów”). Wszyscy są tu bardzo dobrzy dla mnie, choć często jest im trudno słuchać o moich przeżyciach w Shoa lub oglądać moje filmy. Rozumiem to. Nieraz staram się lekką rozmową rozładować napiętą atmosferę i skrępowanie. Te przeżycia są nieznośnym ciężarem dla nich, wywołują w nich zaszokowanie, łzy i wiele refleksji, z którymi niełatwo im sobie poradzić. Robię wszystko co należy, skoro tak ich to dziś wstrząsa. Zwłaszcza młodzież lgnie do mnie, pragnie coraz więcej dowiedzieć się ode mnie o czasach nazizmu, hitleryzmu. Niektórzy przychodzą po kilka razy na spotkania ze mną, siedzą, aż ostatni słuchacze rozejdą się, by mnie jeszcze zachęcić do bardziej osobistej rozmowy. Okazują mi wiele uznania i ufności, a nawet osobliwą bliskość. Wszędzie są jednak ludzie!

Odpocznę trochę. Będę pisać innym razem, choć teraz mam czas i panuje tu cisza taka, jest spokój. Muszę dziś zadzwonić do domu, do męża. Wieczorem mam następne spotkanie. Młodzież z organizacji „Znak Pokuty”, zaprowadzi mnie do nich Fritz Mille. To moja pierwsza znajomość z młodym Niemcem w Berlinie, z 1989 roku. Wtedy przyjechałam tutaj pierwszy raz po wojnie.

20.11.95 Na spotkaniu mówiłam mało o latach zagłady, a więcej o życiu powojennym w Izraelu, w kibucu. Nie miałam siły wejść znów tego dnia w głąb i gąszcz zdarzeń Holocaustu. Sobota była wreszcie bez szkół. Rano rozmawiałam długo z Ewą Miglus, młodą Polką mieszkającą z mężem w Berlinie. Ewa pracuje w Towarzystwie Przyjaźni Niemiecko-Polskiej, a ostatnio do późna w nocy z Marianną. Na kolacji byliśmy u Fritza Mille, we wschodnim Berlinie. Otrzymał z powrotem piękny, przedwojenny domek rodziców z ogrodem, który Rosjanie zarekwirowali wraz z całą dzielnicą Berlina, dla stacjonujących po wojnie żołnierzy radzieckich. Fritz bardzo lubi śpiewać żydowskie piosenki, przygrywa sobie do nich na gitarze. Jego dzieci wtórują mu. Wielu Niemców zakochało się w kulturze zamordowanych Żydów z polskich sztetł… Nawet najmłodsza córeczka Fritza śpiewa żydowskie piosenki z ojcem. Zna na pamięć całe teksty. Moje dzieci w Izraelu nie mają pojęcia ani sentymentu do minionego folkloru Żydów diaspory.

20.11.95 Jedenasta rano. Grupa młodzieży niemieckiej z Wupertall, która odwiedziła Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu i widziała tam mój film, przyjechała specjalnie do Berlina (sześć godzin jazdy samochodem), aby się ze mną spotkać osobiście i nagrać rozmowę ze mną. Ma zaraz przyjechać po mnie. Czuję niepokój w sobie, lęk. Czy się wywiążę, czy mnie wysłuchają, zrozumieją? Zawsze ten odwieczny egzamin! Wciąż mi się wydaje, że tym, na których mi najbardziej zależy, nie jestem potrzebna; oni widzą tylko moje wady i słabości. Nie potrafię w takich przypadkach przekonać siebie, że naprawdę coś znaczę. Nieraz wprost nie wiem, co jest w nich, a co we mnie.

21.11.95 Drugie w mojej historii przekazów o Holocauście wystąpienie w muzeum w Wansee. Najpierw młody Niemiec oprowadzał obojętnie, denerwująco niemiecką młodzież szkolną. Zanotowałam sobie jego objaśnienia: „Eutanazja. Czy uczyliście się w szkole o tym pojęciu (pomóc umrzeć…). Cyklon. Czy już uczyliście się na lekcji chemii z czego się składa ten gaz? Zwróćcie uwagę na drogocenne zdjęcia…”. Na zdjęciach Żydzi zganiani do wagonów bydlęcych na śmierć. Płonąca ulica warszawskiego getta, żandarmi niemieccy w kaskach maszerują po jezdni, Żydzi wyskakują z balkonów palących się mieszkań. Wszystko osnute ogniem, dymem. Śmiercionośna buta nazistów, spustoszenie, trupia groza wszędzie… Przewodnik: „Czy możecie sobie wyobrazić co znaczy selekcja? – Tak, słusznie – sortowanie”… To wszak proste, oczywiste… ! Przy zdjęciach stert włosów ludzkich zagazowanych wyraz wstrętu na twarzach zwiedzających. Więcej zainteresowania dla obrazów zniewolonych sowieckich żołnierzy. Doskonały humor po obchodzie muzeum… Nareszcie koniec nudy!. Pytań żadnych (po co przedłużać takie „lekcje”?)! Wszystko jest jasne i ich nie dotyczy. Młodzi są zajęci sobą, pociąga ich ładna koleżanka czy kolega. Przewodnik zwraca się do mnie kilkakrotnie, abym sobie gdzieś usiadła, bo chyba nie mam siły tyle chodzić… Wyraźnie nie chciał mnie w pobliżu, bym przysłuchiwała się jego wyjaśnieniom. Mruknęłam ironicznie, że skoro mogłam przebyć tą całą trasę od warszawskiego getta, Majdanka, Auschwitz, marszu śmierci z Oświęcimia do obozów w Niemczech – i wreszcie z Izraela do Wansee, gdzie zapadła decyzja w 1941 roku o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej, czyli o zagładzie mojego narodu – to mogę z pewnością przejść trasę kilku sal Wansee Willah, dziś muzeum. Przewodnik dalej deklamował bezdusznie swe skrócone do minimum opowiastki o sensie muzeum w Wansee, a gdy przyszła kolej na moją opowieść, wyszedł. Wracał jednak kilkakrotnie, przeszkadzając telefonami zasłuchanym, wstrząśniętym uczniom. Nagle spoważnieli, nastrój się zmienił. Poczuli wreszcie, że coś naprawdę w ich historii się zdarzyło i jak najbardziej ich dotyczy. Niektóre nauczycielki wybuchły płaczem, część uczniów także nie mogła pohamować łez. Przewodnik chciał lekko i sucho o tym wszystkim powiedzieć, jakby nie chodziło o żywych ludzi, a tylko o teorie naukowe… W taki sposób miał im wiele do powiedzenia. Byłam oburzona, jednak moi niemieccy przyjaciele w Berlinie nie bardzo rozumieli dlaczego. Widocznie ich również tak przyzwyczajono mówić na ten temat. Może taką mają mentalność?


Dodaj komentarz

Herzliya. W Domu Literatów Niemieckich w Berlinie

Halina Birenbaum
z pamiętnika

Ilustracja: Tymon Niesiołowski

12.05.95 W pociągu z Berlina do Katowic. Wagon sypialny. Na dworze deszcz, ciemno już. Wieczór. Pociąg stoi na stacji granicznej we Frankfurcie nad Odrą. Obcość taka. Linie szyn, nieoświetlone okna jakiegoś budynku, na uboczu odłączona lokomotywa. Wpatruję się, rozmyślam, tonę oczami i nie tylko nimi w tej niewiadomej, tajemniczej ciemności na stacji – w sobie. Co tam jest, kto tam mieszka? Pustka, droga, drzewa milczące. Gwizd lokomotywy. Ruszamy. Zaraz zmieni się krajobraz, humor. A teraz do świeżych wspomnień.

Przyjechaliśmy do Berlina 2 maja. Po dwunastu spotkaniach (w ciągu czterech dni), z młodzieżą w szkołach izraelskich, aby jeszcze tego samego wieczoru rozpocząć następnych czternaście w Berlinie – do dziś… Zdumiewano się skąd biorę energię i siły?! Jest chyba we mnie jakieś niezgłębione, niewyczerpalne źródło. Bogactwo – zebrane wtedy w najstraszniejszych dniach i nocach mojego dzieciństwa. Stamtąd moja siła i słabość. W tym opowiadaniu.

Z trudem zmuszam się do pisania. Pociąg właśnie ruszył. Niewygodnie mi. Tyle mam w sobie wrażeń, myśli! Daty wielkich rocznic, przyjęcia, uznanie w Niemczech. Wznowiona przyjaźń po rozmaitych rozczarowaniach z Georgiem, pierwszym wydawcą „Nadziei” w Niemczech. Potwierdzona raz jeszcze przyjaźń z Marianną i Hansem po długiej przerwie w korespondencji.

8 maja 1995, w pięćdziesięciolecie zakończenia wojny, miałam ważne wystąpienie podczas promocji mojej książki w Domu Literatów Niemieckich w Berlinie. Stało się to możliwe dzięki udziałowi w tej imprezie znanej pisarki niemieckiej. Byłam zbyt mało znana dla nich, żeby mi zorganizowano prestiżowy wieczór. Leoni pisze bardzo poczytne książki o krzywdach wyrządzonych przez Rosjan i Polaków Niemcom wygnanym z terenów włączonych po wojnie do Polski.

Skojarzyła mnie z nią Marianna, ale ta znajomość była przykrym doświadczeniem. Trudno nam było się porozumieć. Wyrachowana, sztywna i bardzo zdyscyplinowana Niemka, córka bogatego właściciela dworu i licznych ziem na granicy polskiej, które zostały im odebrane i włączone do Polski w 1945 roku, odniosła się do mnie z rezerwą i z góry. Nazwała moją książkę „tekstami”. Zdarzenia mojego życia, stacje śmierci nazwała kontekstami, władczo wyznaczając mi, które będę czytać na wspólnym wieczorze literackim. Napisała sobie wstęp, pytania i odpowiedzi, bez uzgodnienia ze mną. Przesłała mi ten plan w chłodnym, oficjalnym liście do Izraela, a kiedy przyjechałam do Berlina, powiedziała, że niczego już nie da się zmienić.

Zauważyłam głośno, że ona nie potrafi niczego zrobić doraźnie, spontanicznie, z serca. Zawsze wszystko musi być według przyjętego wzoru, od wyłącznie kompetentnego führera?! Najgorsze, że wybrała fragmenty z mojej książki, w których są tylko opisy ohydnych warunków zewnętrznych, bez ludzkich twarzy i reakcji, co nie wywołuje wstrząsu, wzruszenia, nie oddaje ducha tego czasu i mojego pisania. Nie chciałam się na to zgodzić, nawet jeśli przez to nie odbyłby się ten ważny wieczór w najbardziej prestiżowym Domu Literatów w Berlinie. Mimo woli przeszło mi przez głowę, że wówczas oni przygotowali mi to piekło i śmierć, a dziś mi dyktują jak mam o tej śmierci opowiadać!

W końcu przesiedziałam z Marianną całą noc i dobrałam fragmenty, które zawierały to, co wybrała Leoni – ale głównie te o naszych uczuciach i reakcjach. Zupełnie sprzeczny okazał się również sposób naszych przekazów przed publicznością – jej surowy, ograniczony, wyrafinowany, zimny, a mój spontaniczny, wolny, szczery. Nawet jej ubiór był taki ascetyczny: zaciśnięty mocno krawat u szyi, kamizelka zapięta szczelnie na ostatni guzik…

Nie wybaczyła mi tego naturalnego, autentycznego wystąpienia. Powiedziała do Marianny, że jej nienawidzę. Nie wiem skąd to przypuszczenie. Na pewno było inaczej, każdy sądzi według siebie. Chciałam tylko przedstawić treść mojej książki tak, żeby ich poruszyła, żeby się wryła w serce, w pamięć i przekonać niemiecką pisarkę, że moja droga do tego jest słuszna. Ona chyba właśnie przed tym wstrząsem najbardziej się broniła i pragnęła uchronić swych rodaków. Była w szoku po przeczytaniu „Nadziei”, poczucie winy zaciążyło zbyt mocno. Czytała ze swych notatek przygotowanych na ten wieczór, że kiedy ja, mając trzynaście lat, męczyłam się za drutami Auschwitz – ona po raz pierwszy ubrała się w balową suknię, kochała się i brała ślub… Miała wówczas osiemnaście lat i modliła się o zwycięstwo Niemiec! Wspomniała, że wypadło jej wtedy wieźć konia pociągiem do weterynarza, gdy minął ją pociąg pełen jakichś ludzi do obozu, na katorgę i śmierć. Ona była wolna, syta, koń był syty, zadbany. W domu nie wspomniała potem słowem o transporcie zwożonych do obozu. I w tym samoobwinieniu teraz o utracie człowieczeństwa z powodu swego milczenia, znalazła dumne rozgrzeszenie do chwili, gdy ja z największą prostotą i autentyzmem przedstawiłam prawdę o sobie, o nas z wtedy…

Nie chodziło tylko o jej milczenie, a o zachowanie jej i jej środowiska. Oni przeważnie milczeli o wszystkim, nie dzielili się myślami, uczuciami. Wystarczała im skrupulatna przynależność do tradycji, sztywnych zasad, do niby jakiejś wyższej kultury. Ale wiedzieli o wszystkim, co się dzieje w ich kraju, w ich prowincji, korzystali z zabranych innym krajom dóbr, z przymusowej pracy zniewolonych obywateli okupowanych krajów i modlili się, żeby Niemcy hitlerowskie wygrały wojnę! Jak mogli być ludzcy, wzruszać się transportem zagłodzonych, zmaltretowanych ludzi?

O czym miała Leoni mówić ze swą rodziną na ich temat? Oni przecież głosowali na Hitlera, aby uzyskać te wszystkie przywileje, którymi obdarowywali właścicieli ziem, i nie tylko ich, naziści. Wszelkie prace we dworze jej rodziców wykonywali przymusowo zniewoleni Polacy. Jej ojciec i bliscy zgłaszali się entuzjastycznie do walki o zwycięstwo Niemiec. Wstydzili się, gdy jej ojciec wrócił ranny, załamany z frontu rosyjskiego, a nie jako dumny, zwycięski bohater-patriota…

Ton moich odpowiedzi, pełnia prawdziwych uczuć i pojęć rozluźniły jednak atmosferę na sali. Moja prawda była ponad wypaczoną logiką. Nie było we mnie żalu, nienawiści, chęci zemsty, mimo że ja jestem tą, która znajdywała się wtedy na dnie tego piekła, przeszłam przez wszystkie jego kręgi! Niełatwo było słuchać tego, ale głębokie wczucie się i wzruszenie zbliżało, koiło.

W pięćdziesiątą rocznicę klęski nazizmu i zakończenia wojny została wydana moja książka „Nadzieja umiera ostatnia” po raz trzeci w Niemczech i tym razem w wielkim „Fischer Taschenbuch Verlag”. Powinnam o tym była szerzej napisać, ale pragnę tą satysfakcję na razie przeżywać w sobie… W ciągu lat broniłam się przed systematycznym pisaniem pamiętników, uważając je za marnowanie czasu, a dziś jest gorzej, bo nie jestem w stanie tego robić. Trzeba się chyba zmuszać do pisania dla samej siebie, aby zrozumieć ten cały bałagan życiowy, oczyścić się z jego kurzu… Ostatnio nawet nie miałam czasu na pamiętniki. Zapadałam wprost w sen ze zmęczenia i mnogości wrażeń, oczy zamykały się same. Ale znalazłaby się chwila na zanotowanie kilku słów, gdybym naprawdę tego pragnęła. Robię to w pewnym sensie teraz. Jedziemy do muzeum w Oświęcimiu. Mam tam wielu serdecznych przyjaciół.

Powinnam czuć radość, że niedługo znajdę się wśród nich, blisko. Ale coś mnie niepokoi, dręczy. Nie pójdziemy wprost do Centrum jak ubiegłej jesieni i w styczniu, a do skromnego pokoju dla gości, na terenie byłego obozu, ofiarowanego nam przez dyrekcję Muzeum. Basia przyjedzie po nas na dworzec w Katowicach o piątej rano. Będzie musiała wstać chyba o trzeciej nad ranem!… A na dworze zimno, deszcz! Ks. Piotr nalegał usilnie, żeby koniecznie zajechać do niego, on nas odbierze z pociągu, ale w ostatniej chwili musiał gdzieś wyjechać na kilka dni.

Przed dwoma laty ks. Piotr skomunikował się ze mną po przeczytaniu mojej „Nadziei” i odwiedził nas w naszym domu, w czasie swego pobytu podczas seminarium w Jerozolimie. Właśnie w tym czasie został mianowany dyrektorem Centrum Dialogu, które nas gościło już dawniej. Znaleźliśmy szybko wspólny język. Znajomość z ks. Piotrem przyniosła mi głębsze wejrzenie w świat chrześcijański, pozwoliła zrozumieć wiele spraw z życia i tradycji Polaków, które były mi obce i dalekie. Polska stała się dla mnie dzięki temu czymś bardziej znaczącym i swoim, niż tylko w związku z osobistą przeszłością. Poprzez niezwykłą osobowość księdza wniknęłam w pewnym sensie w ten nieznany mi dotąd z bliska świat chrześcijański.