Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Proste Historie. Wojna: zbędny anachronizm

Jarosław Kapsa

Ruiny – Autor zdjęcia nie znany

Obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej to nudny rytuał, powtarzanie pustych słów, powielanie pustych gestów. Publika, nie zawsze i nie wszędzie dobrowolnie zgromadzona, ziewa, dając do zrozumienia, jak bardzo ją obchodzą dramaty pradziadków. Czasem rytuał przerwie spektakularny spór, gdy ktoś rzuci kontrowersyjną tezę, że trzeba było iść z Hitlerem lub ze Stalinem. Ale i tego typu intelektualne gierki nużą swoją powtarzalnością.

Żyjemy w warunkach pokoju ponad 70 lat, prawie tyle, ile trwa przeciętne ludzkie życie. Zaczyna brakować świadków dramatu, a ich wspomnienia są celowo fałszowane przez młodszych interpretatorów. Zaciera się świadomość, że cierpienia powodowane wojną są nieporównywalnie większe od potencjalnych zysków z wygranej. Wojna nie jest przedłużeniem polityki, lecz przegraną polityków, przyczyny wojen są komicznie błahe wobec ogromu nieszczęść jakie przyniosła przemoc.

Wojny wybuchały i – niestety – nadal wybuchają, z powodu nierozstrzygniętych sporów, kto jest gospodarzem na danym terytorium. Dziś, mając szczęście życia w Unii Europejskiej, wyraźniej możemy dostrzegać anachronizm tego sporu. Co mnie prywatnie obchodzi, kto jest gospodarzem w zaolziańskiej części Cieszyna. W każdej chwili mogę tam iść na piwo, mogę tam pracować, mogę mieszkać i wybierać swoje władze samorządowe. Fakt, moje podatki idą do czeskiego, a nie polskiego budżetu, płacę na utrzymanie pana Zemana, a nie pana Dudy… To może złościć, ale nie do tego stopnia, bym miał ochotę, by siłą dokonać aneksji Zaolzia. W dodatku zwykły rachunek może zmienić romantyka w realistę. Wojna kosztuje, współczesna technologia pola walki jest kosmicznie droga; zdobyte bogactwa Zaolzia nie zrekompensują poniesionych kosztów. Pan Putin zdobył Krym prawie bez wydatków wojennych. Ale koszt utrzymania półwyspu i jego mieszkańców, koszt budowy słynnego mostu, koszt trwałego zapewnienia dostaw wody i energii jest nieporównywalnie wyższy, niż rynkowa wartość zdobytych na Krymie nieruchomości. Przeciętny Rosjanin taniej i wygodniej spędzał wczasy na Krymie, gdy był on ukraiński; taniej i bez problemów mógł też tam kupić parcelę pod budowę daczy. Rachunek ekonomiczny to jedno; ale znając jego wynik blisko 80% Rosjan z entuzjazmem przyjęło aneksję Krymu. Być może, przy odpowiednio sterowanej propagandzie 80% Polaków poparło by aneksję czeskiego Cieszyna.

Spór o ziemię jest w swej istocie irracjonalny. Wynika on z pewnego, przedpotopowego modelu, postrzegania świata: jeżeli jest nieruchomość, to ktoś musi być jej gospodarzem (właścicielem). Kiedyś właścicielem całego państwa był król, w XIX w. króla zastąpił naród. W czasach władzy królewskiej wojny były nieuniknione; nie potrafiono inaczej rozstrzygnąć sporu o prawomocność i zasięg terytorialny władzy monarszej. Z narodami, jak pokazała historia, było jeszcze gorzej. Władza królewska pochodziła od Boga, a to już rodziło pewne ograniczenia natury moralnej; narody pewnie stworzył diabeł, bo „rację stanu” postawiono ponad moralnością. Nie będę tu dowodził tych racji ponadziemskich, ale – przypomnę – w doktrynie katolickiej jeszcze 100 lat temu nacjonalizm uznawano za szkodliwą herezję (Dmowskiego czy Balickiego uznawano za swołocz podobną socjalistom). Niestety, koniunkturalizm instytucji doprowadził do zawłaszczenia Boga przez narody, co wyrażano hasłem „Gott mit uns”.

Dyskusje, czy najpierw był naród, który dla siebie stworzył państwo, czy też państwo stworzyło naród, są równie intelektualnie jałowe jak spór o pierwszeństwo jajka nad kurą. Istotniejsze, że idea państwa narodowego otwarła nierozwiązywalne spory terytorialne. We Lwowie w tym samym okresie rodziła się świadomość narodowa trzech nacji: polskiej, ukraińskiej i żydowskiej. Która z nich miała prawo uważać się za gospodarza wschodniej części Galicji? Racje historyczne były dość skomplikowane, zasada większości demograficznej podważana. Porównać tu można Galicję wschodnią z Górnym Śląskiem i częścią Wielkopolski w zaborze pruskim. Polacy uważali się za gospodarzy Galicji, bo oni tu wnieśli kulturę i cywilizację, oni byli właścicielami dużych majątków ziemskich, oni dominowali w warstwie inteligencji, oni stanowili większość w dużych miastach. Dokładnie takie same argumenty przedstawiano, gdy dowodzono niemieckich praw do Górnego Śląska, ziemi bydgoskiej czy Pomorza Gdańskiego. Analogię tą można jeszcze dodatkowo rozciągnąć. Z lekcji historii w szkołach pamiętamy, że wredna HaKaTa niemczyła Wielkopolskę, z środków publicznych dotowano tam niemieckie osadnictwo, że niemczeniu służył system edukacji publicznej. Niestety, na tych lekcjach historii przemilczano, że polska polityka w II Rzeczpospolitej wobec tzw. „mniejszości narodowych” powielała wzory niemieckie. Tu także z środków publicznych dotowano polską kolonizację, polszczono przez edukację publiczną, niszczono ukraińskie spółdzielnie i stowarzyszenia, burzono cerkwie, blokowano awans lokalnej inteligencji. Kultywowano pamięć o bitych przez Niemca dzieciach we Wrześni, zapominając, że chłosta z polskiej ręki tak samo bolała ukraińskie dzieci.

I nie był to wyjątek, ale reguła. Ledwo powstały naród litewski rękoma swych nowych elit wykreślił sobie kształt Litwy historycznej, nie tylko z Wilnem, ale i Grodnem oraz Suwałkami, uznając za uprawnione przymusowe zlitwinianie mieszkających tam ludzi. Czesi tak się zakochali w swej świeżo odzyskanej świadomości narodowej, że podjęli trud czechizacji Śląska, Słowacji a nawet Rusi Zakarpackiej. Idea narodowa zrosła się z teorią Gumplowicza o podboju jako fundamencie tworzenia państw. Gospodarzem na danym terytorium miał stać się naród zdolny do podbicia innych i narzucenia im swojej tożsamości. Przeszłość nie podlega osądowi moralnemu, nie oceniajmy, czy to było sprawiedliwe. Jedno było oczywiste – tworzenie państw narodowych otwierało drogę do nowych wojen; pokój był tylko czasem rozejmu, chwilowego zawieszenia broni. Prezydent Wilson ze swoją ideą samostanowienia narodowego podrzucił Europie zgniłe jajko, rzecz którą absolutnie by nie chciał wprowadzić w Stanach Zjednoczonych. Tam, na półwieku przed Traktatem Wersalskim, próba takiego samostanowienia narodowego Konfederacji Stanów południowych została w sposób okrutny stłumiona siłą.

O ile na zachodzie istniały państwa narodowe i tam spory dotyczyły jedynie korekty ich granic; w naszej Europie Środkowej państwa tworzono „od zera”, tym samym spory musiały być spotęgowane. Siłą jednakże można zdobyć terytorium, ale trzeba mieć twarda skórę, by tam wysiedzieć na bagnetach. Dotyczyło to nie tylko Polski. Ostateczną przyczyną klęski Czechosłowacji, była irredenta mniejszości: Niemców z Kraju Sudeckiego, Polaków z Śląska Zaolziańskiego, Rusinów z Zakarpacia, Słowaków i Węgrów. Węgry i Rumunia trwały w „chwilowych zawieszeniu wojny” z powodu sporu o Siedmiogród, na Bałkanach także wrzało w kociołku. Ambicje Polski, by stworzyć sojusz obronny Międzymorza były śmieszną mrzonką, gdy tak Polska z sąsiadami, jak i ogół środkowoeuropejskich sąsiadów był wzajemnie skłócony pretensjami, który z narodów ma być suwerenem na jakiś mniej lub bardziej przez Boga zapomnianych spłachetkach ziemi.

Społeczeństwa tworząc instytucje państwa wypracowały, metodą wielu prób i błędów, pewne mechanizmy umożliwiające pokojowe współżycie ludzi spotykających się na ograniczonym obszarze. Przyjęto rozsądnie, że pokojowe współżycie wymaga ze strony każdej jednostki gotowości do kompromisu i przestrzegania wspólnych zasad. Zasady uznano za obowiązujące wszystkich prawo, interpretował je, rozstrzygając różne spory, niezależny o władzy wykonawczej i ustawodawczej sąd; jednostka wyrzekła się prawa do egzekwowania swoich racji przemocą, powierzając monopol na przemoc instytucji państwa. Innymi słowy każda jednostka musiała zrezygnować z części swojej wolności, a także oddać część swojej własności (podatki), w zamian zyskując gwarancję bezpiecznego i pokojowego współżycia z innymi ludźmi. I ten system się sprawdza, choć daleki jest od ideału, a zwyczajowo narzekamy na urzędy, sądy i policję. Przynajmniej dzięki temu nie zabijamy się wzajemnie na ulicach, gdy najdzie nas pokusa, by zabrać sąsiadowi jego dom lub żonę.

Otóż takie cywilizowane mechanizmy rozwiązywania sporów nie przeniosły się na stosunki między narodami. Nie obowiązywały w Europie w okresie międzywojennym; nadal nie obowiązują większości państw świata. Polityka zagraniczna kierowała się i kieruje nadal wzorcami przejętymi od gangsterów; liczy się potencjał odstraszania, tworzący kruchą równowagę sił. Gdy jest okazja trzeba strzelić pierwszemu, zanim strzeli do nas wróg. Umowy, traktaty, sojusze, bez względu na to jak uroczyście są potwierdzane przysięgami, obowiązują tylko, gdy stoi za nimi siła.

Wojna polsko-niemiecka była nieunikniona. Polityka zagraniczna mogła mieć wpływ tylko na termin jej rozpoczęcia i wybór sojuszników. Bezpośrednia przyczyna – odrzucenie przez Polskę ultimatum w sprawie Gdańska i „korytarza” – była jedynie pretekstem. Gdańsk w 1939 roku był już de facto miastem niemieckim rządzonym przez hitlerowskich nazistów; niewiele zmieniła by się sytuacja Polaków, gdyby oddano to miasto, tak jak rok wcześniej Litwa oddała Kłajpedę. Ogół jednak miał świadomość, że nie o Gdańsk chodzi; ustępstwo nie zadowoliłoby radykalnych nacjonalistów marzących o powrocie do Brombergu (Bydgoszczy) i Kattowitz. Wszak, podobnie jak Gdańsk, były to niemieckie miasta. Ustępstwem można było „kupić” czas, nie jest jednak pewnym, czy ten czas służyłby wzmocnieniu Polski czy Niemiec; czy ustępstwo nie zdemobilizowałoby woli obrony Polski. Gdybologia nie może prowadzić do zmiany rzeczywistości. Nieuniknioność wojny wynikała z realnej idei państw narodowych i wynikającej z niej polityki zagranicznej, w której siła idzie ponad prawem.

Pokój można narzucić siłą, można go także przez pewien czas utrzymywać siłą. Ale, przypomnijmy tu choćby słynny „pax Romana”; by utrzymać pokój przez dłuższy czas nie wystarczy tylko siła. Tak, jak spokój społeczny w państwach wymaga rezygnacji każdej jednostki z części swojej wolności, tak trwały pokój między narodami wymaga rezygnacji od każdego z nich z części suwerenności. Unia Europejska jest tu dobrym wzorem; tysiącletni spór francusko-niemiecki o Alzację zakończył się, gdy w Strasburgu tak Niemcy, jak i Francuzi czują się jak u siebie. Gdy nie ma granic, gdy panuje swoboda przepływu kapitału, ludzi, idei; gdy każdy mieszkaniec, bez względu na swoją narodowość ma poczucie wpływu na sprawy publiczne, gdy każdy cieszy się swobodą wyboru i kultywacji swojej tożsamości, tam spory graniczne umierają śmiercią naturalną. Obojętnym staje się przynależność państwowa Cieszyna z tej lub tamtej strony rzeki, gdy most graniczny łączy, a nie dzieli. Swoboda przemieszczania to jeden z warunków trwałego pokoju. Równie istotne jest także tworzenie możliwości rozstrzygania sporów przez niezależne, ponadnarodowe instytucje. Przepływ ludzi, kapitału, idei wymaga harmonizowania prawa i tworzenia niezależnego sądownictwa o charakterze ponadnarodowym i ponad państwowym. Unia jest dowodem, że jest to możliwe. Ale jest wyjątkiem w globalnym porządku, w świecie targanym konfliktami rodzącymi się z egoizmów grupowych. Jest jak statek podczas sztormów, z coraz bardziej skłóconą załogą, która traci poczucie sensu wspólnej żeglugi.

Każdy naród, tak, jak każdy człowiek, przeświadczony jest o swojej wyjątkowości. To poczucie wzmacnia system edukacji publicznej oraz państwowej polityki historycznej. Cienka jest granica między umacnianiem patriotyzmu a rozpalaniem egoizmu narodowego. Pamięć o dawnych krzywdach może być wyrazem szacunku dla odeszłych pokoleń; może też stać się – jak w byłej Jugosławii – zarzewiem nowych, krwawych konfliktów. Trwały pokój wymaga odwagi przekraczania stereotypów. Trzeba umieć sobie wyobrazić rzecz niewyobrażalną: przyszłe bezpieczeństwo wymaga, by model integracji wyznaczony przez Unię Europejską obejmował nie tylko Ukrainę i Turcję, ale także Rosję. Niemożliwe? Być może, ale należę do pokolenia wychowanego w szkołach w duchu przysłowia „jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem”… Niemożliwe w tym wypadku stało się możliwym: „alles Menschen werden Brüder”- jak głosił Schiller.

W rocznicę tragedii jaką był początek II wojny światowej koniecznym jest dobitne przypominanie: z wszystkich możliwych rozwiązań wojna jest zawsze rozwiązaniem najgorszym. Miarą postępu cywilizacyjnego jest umiejętność wypracowania modelu pokojowego współżycia różnych ludzi na jednym obszarze. Wojna nie jest przedłużeniem polityki, lecz klęską polityków.

Reklamy


Dodaj komentarz

Proste historie. Dwa patriotyzmy

Jarosław Kapsa

Jan Niecisław Baudouin de Courtenay

„Niestety, posiadam tylko zwykły paszport, wydany mi przez odpowiedni urząd państwowy, ale paszportu, poświadczającego moją prawomyślność specjalnie polską, nie posiadam. Co więcej, muszę się ze wstydem przyznać, że bez zastrzeżeń nie mogę należeć do narodu polskiego. Objektywnie jestem oczywiście Polakiem, bo jestem związany z tą grupą ludzi, która się nazywa narodem polskim, zarówno przez język, jako też przez wspomnienia, przez stosunki rodzinne itd. Tego nie mógłbym z siebie wyrwać, a zaprzeczanie temu byłoby bądź to objawem obłędu, bądź też umyślnym kłamstwem. Ale moja świadoma i dobrowolna przynależność do narodu polskiego ma swoje granice. Mogę iść ręka w rękę z Polakami tylko o tyle, o ile bronią własnych praw, nie robiąc zamachów na cudze prawa, o ile pracują twórczo i dodatnio, nie zaś niszczycielsko i ujemnie. Pod hasłami bandyckiemi i eksproprjatorskiemi czy to pojedynczych stronnictw i zrzeszeń polskich, czy choćby nawet całego narodu polskiego, podpisać się nie mogę i muszę się im przeciwstawić. Co więcej, gdyby Polacy byli panami sytuacji i mogli urządzać wyprawy karne dla uciemiężania choćby nawet Niemców i Rosjan, stanąłbym po stronie Niemców i Rosjan. I zdaje mi się, że dobrze bym zrobił. Jestem bowiem tego zdania, że żaden naród nie ma prawa zajmować się rozbojem i wywłaszczaniem. /…/ W oczach polskości szczującej, w oczach polskości wojującej zaczepnie i pod hasłem gnębienia innych, w oczach swoistego „egoizmu narodowego” nie mogę być Polakiem i nie chcę nim być. /…/ Bo proszę mi powiedzieć, za co ja mam kochać lub też nienawidzić całe stada ludzkie. Za co mam kochać lub też nienawidzić wszystkich „Polaków”, czy też wszystkich „Żydów”? Mogę żywić uczucia bądź to przyjazne, bądź wrogie do pojedynczych ludzi, ale nigdy do gromad ludzkich, dla mnie co najwyżej obojętnych1.”

Słowa powyższe wygłosił w 1913 roku Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845-1929), a samo nazwisko, świadczące ponoć o pokrewieństwie z Królem Jerozolimy i władcami Francji, nadawało mu prawo bycia oryginalnym. Niewytłumaczalny zbieg okoliczności spowodował, że autor powyższych słów desygnowany został w 1922 roku kandydatem do stanowiska Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej; szczęściem nie obrano Go, bo chyba miałby koniec gorszy od Gabriela Narutowicza. Powiedzmy też otwarcie, dziś żaden liczący się polityk polski, w obawie o karierę i łaskę elektoratu, nie odważyłby się wypowiedzieć takich słów. Choć, być może, po cichu w pełni by się z nimi zgadzał.

Odwaga urodzonego w Radzyminie potomka francuskich arystokratów miała w sobie urok XIX-wiecznego anachronizmu. Anachronizmu? To raczej błędne określenie wynikające z ułudnej wiary w postęp. Narzucono nam w XX wieku myślenie stadne; człowiek przestał być jednostką samoistną, musimy go kwalifikować, przypisywać do grupy: do kobiet lub mężczyzn, do Polaków lub Rosjan, do katolików lub muzułmanów, do rolników lub urzędników, do producentów lub konsumentów, do prekariuszy lub banksterów. Cierpimy męki nie mogąc dokonać właściwego zaszufladkowania, nie wiemy przez to czy owe napotkane po drodze indywiduum polubić, czy znienawidzić. Czy to jest dowód postępu, czy powrót do barbarzyńskiej epoki rywalizacji plemiennej? A może to przejaw naszej słabości, ucieczki przed osobistą odpowiedzialnością, zakrycie własnych kompleksów frakiem lub sztandarem dziedziczonym od przyszywanych przodków. Ktoś mówiący „jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie” czuje się tak wartościowy, jak platynowa karta PKO BP, a sąsiedzi zerkają nań z szacunkiem jak na szlachetnego borowika. A gdyby ten ktoś powiedział: „jestem człowiekiem, więc mam obowiązki ludzkie, które muszę przedkładać nad interes stadny”; temu należy się w mordę, bo jako niecny kosmopolita obraża uczucia prawdziwie polskie (czeskie, wietnamskie czy argentyńskie).

Odwaga Jana Niecisława Baudouin de Courtenay wyrażała się także stosunkiem do religii. Pochodzący z katolickiej rodziny dokonał publicznego aktu odstępstwa od „wiary ojców”, lecz jednocześnie, kierując się rozumem, uznawał za fundament chrześcijańską moralność. Jego pacyfizm, rażąco odbiegający od nastrojów epoki modlącej się o „wielką wojnę” przynoszącą ludom (a Polsce w szczególności) wolność, wynikał z konsekwentnego uznawania Dekalogu. Pisał: „Nie zabijaj: ani indywiduów, ani grup; ani ludów, ani ras; ani życia, ani szczęścia; ani ciała, ani myśli; ani dobrobytu, ani ideałów. Nie zabijaj: ani nielegalnie, ani legalnie; ani »niehonorowo«, ani »honorowo«; ani skrytobójczo, ani też z całą paradą, przy odgłosie trąb i bębnów.2”

W imię tego „nie zabijaj” głosił: „Wobec fatalności wojny, wobec musu, pędzącego na rzeź całe stada ludzkie, szyderczo brzmi dodatek, spotykany na wszystkich prawie pomnikach, wznoszonych na polach bitew: »polegli śmiercią bohaterską«. Rozumiem bohatera, bądź to ginącego na krzyżu lub na stosie za swoje przekonania, bądź też idącego śmiało na tortury i nie dającego inkwizycji wydusić z siebie zeznań kompromitujących; ale bohatera z musu, bohatera oszalałego i skutkiem wrzawy wojennej pozbawionego ludzkiej świadomości, bohatera pijanego krwią, bohatera mordującego i mordowanego — takiego bohatera uznać nie mogę i nigdy nie uznam3”

Przyzwyczajeni, że każde święto narodowe zaczyna się od złożenia hołdu „poległym w obronie Ojczyzny” (nie praktykuje się wyrażania podobnego hołdu bezbronnym pomordowanym przez uzbrojonych obrońców jakiejś Ojczyzny); z oburzeniem przyjmiemy powyższy cytat. Więc go rozwińmy prezentując w jaki sposób Baudouin de Courtenay wydestylował treść „Popiołów” Żeromskiego.

„Autor „Popiołów” z właściwym sobie mistrzostwem kreśli wspaniałe obrazy „czynów bohaterskich”, dokonywanych przez hordy najezdnicze w Hiszpanji, hordy, między któremi były także zastępy „obrońców ojczyzny” i „obrońców wolności” znad Wisły, Niemna i Warty. Ci „obrońcy ojczyzny” ćwiartowali i miażdżyli Hiszpanów, również „broniących ojczyzny”. Ci „obrońcy wolności” nie tylko dusili wolność obywatelską mieszkańców półwyspu Pirenejskiego, ale poniewierali w najbezecniejszy sposób najelementarniejszą godność ludzką tamtejszych mężczyzn i kobiet. Wszystko to wyziera z obrazów Żeromskiego z przerażającą jasnością. A stąd przy odrobinie logiki i dobrej woli otrzymujemy między innemi następujące wnioski:

1) że wielki wódz tych hord umundurowanych, ów opiewany przez Mickiewicza i tylu innych poetów „bóg wojny”, ów „bohater legendarny”, ów Napoleon Wielki, przemieniając tysiące ludzi w krwiożercze i wszeteczne bestje, w młoty, druzgocące „bliźnich” na miazgę, był zbrodniarzem w n-tej potędze i potworem moralnym, tak samo jak i inni jemu podobni kanibale i niszczyciele;
2) że „wojsko polskie” było zdolne do takich samych „czynów bohaterskich”, jak i wszelkie inne „wojsko” pod każdym stopniem szerokości i długości geograficznej;
3) że nie należy znów tak bardzo oburzać się na rozmaite „rzezie” przysłowiowe, jeżeli właśni „rodacy” i przedstawiciele »de la grrrande nation« urządzali daleko okropniejszą rzeź Saragossy;
4) że mamy nierównie mniejsze prawo do potępiania Turków, znęcających się nad mężczyznami, kobietami i dziećmi Macedonji, jeżeli szanowni „rodacy” w jeszcze bezecniejszy sposób postępowali z mężczyznami, kobietami i dziećmi Hiszpanji;
5) jednym słowem, że wszelka wojna eksterminacyjna, chociażby nawet prowadzona przez własne rodzone wojsko, może wzbudzać tylko grozę, wstręt i obrzydzenie. Że jednak powstawaniu w głowie podobnych wniosków towarzyszy skalanie wyobraźni, wywoływanie dzikiego nastroju krwiożerczo-lubieżnego i w ogóle cofnięcie się człowieczeństwa do stanu przedludzkiego, więc owe wnioski otrzeźwiające zbyt drogo są opłacane4”

„Popioły” były, a może i są nadal lekturą szkolną. Czy uczniowie, po tej lekturze, śpiewając chóralnie „dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy”, mają podobną refleksję? Czy przychodzi im do głowy, że gloryfikacja morderców i gwałcicieli, zbrodniarzy z Saragossy, stoi w pewnej sprzeczności z tym, co uczyli się na lekcjach religii? A może dojrzeli już na tyle, by przyjąć bez wątpliwości wszelką wiedzę wkładaną im urzędowo do głowy; przyjąć, że Dekalog jest uwarunkowany ustadnieniem: nie zabijaj, nie okradaj, nie zdradzaj – naszych, co do „obcych” wszelkie chwyty dozwolone. Przewidział to de Courtenay pisząc w tej samej broszurze: „Będę prawdopodobnie oskarżony o herezję przez czcicieli oświaty obowiązkowej i wywołam w nich zgrozę, ale pomimo to pozwolę sobie twierdzić, że szkoła obowiązkowa i państwowa występuje jako jeden z najwierniejszych sprzymierzeńców zdziczenia, jeżeli jej konsekwencje doprowadzają do Wrześni i Gniezna.  Ale nawet bez obowiązkowości, dzięki pewnym metodom wychowawczym, — pedagogicznym i dydaktycznym, — możemy uważać szkołę za krzewicielkę zdziczenia. Taką musi być szkoła z rózgą, z biciem po twarzy, z biciem linją po rękach, z systemem straszenia, podglądania, donosicielstwa itd. Taką też musi być szkoła, która za pomocą odpowiednio spreparowanych podręczników „religji”, historji, geografji, literatury, gramatyki itd. podtrzymuje i rozwija z jednej strony pomieszanie pojęć i chaotyczność myślenia, z drugiej zaś „nastrój” krwiożerczy i żądny ofiar ludzkich, w związku z nienawiścią międzynarodową, międzyplemienną, międzywyznaniową i międzystanową. /…/ Jedna z tak mocno i słusznie sławionych „zdobyczy wieku XIX go”, będąca w każdym razie doniosłym objawem uspołecznienia uorganizowanych państwowo gromad ludzkich, mianowicie parlamentaryzm zachodnio-europejski, w pewnych chwilach swego urzeczywistniania daje pole do popisu wybuchom rozkiełznanej namiętności i sprzyja wzrostowi zdziczenia, tj. pomieszania pojęć i zanikowi poczucia tego, co godziwe, a co niegodziwe. Ale nawet to, co się sprzedaje i nabywa pod etykietą nauki, może ogłupiać mózgownice i spółdziałać dziczeniu natur ludzkich. Wiedza impresjonistyczna, wchłanianie w siebie wiadomości drobiazgowych oraz wszelkiego rodzaju plotek uniwersalno-historycznych, w ogóle zaspakajanie próżnej ciekawości i zapychanie głowy, bez należytego oświetlenia, bez rozbioru, bez krytyki, bez rozróżniania pojęć, nie zmniejsza wcale dzikości tradycyjnej, ale nawet czyni ludzi jeszcze bardziej pochopnymi do przejawiania tej dzikości w najrozmaitszych kierunkach. Wprost zaś do zdziczenia, tj. do zaćmienia umysłów i do spotęgowania wybuchowości żywiołowej prowadzi znaczna część codziennej strawy umysłowej czytelników gazet i wogóle publicystyki.5”

Owszem, „postęp” wyeliminował przemoc fizyczną ze szkół, z parlamentu, częściowo także z ulicy. Nie można jednak tego samego powiedzieć o systemie straszenia, podglądania, donosicielstwa; w dalszym też ciągu programy szkolne, podręczniki podtrzymują i rozwijają „z jednej strony pomieszanie pojęć i chaotyczność myślenia, z drugiej zaś „nastrój” krwiożerczy i żądny ofiar ludzkich, w związku z nienawiścią międzynarodową, międzyplemienną, międzywyznaniową i międzystanową.”. Dodajmy znacznie ułatwioną przez rozwój mediów możliwość ogłupiania mózgownic i szerzenia zdziczenia. Który obecnie nauczyciel czy katecheta będzie miał odwagę powiedzieć, że nie ma „dobrych wojen”, nie ma „słusznego zabijania”, a zło jest złem bez względu na barwy narodowe? Możemy usprawiedliwiać szczególnymi okolicznościami konieczność użycia przemocy, lecz bezrefleksyjne gloryfikowania zła (bo to nasi je czynili) prowadzić może do nowych zbrodni.

De Courtenay nie odrzucał uczucia jakim jest patriotyzm. Przeciwnie podkreślał wartość, wynikającą z niego, solidarności. Ale patriotyzm nie ma jednej wykładni znaczeniowej. Kpił nasz arystokrata z patriotyzmu „czystości etnicznej”: „Syoniści polscy marzą o ziemi czysto polskiej, podobnie jak syoniści żydowscy marzą o ziemi czysto żydowskiej. Istnieją gorliwi stronnicy frakcyi bojowej partyi PPS, którzy dopiero wtedy zabiorą się do uszczęśliwiania Polaków za pomocą ustroju socyalistycznego, kiedy ziemię polską oczyszczą od wszystkich obcych przybłędów, kiedy po ziemi polskiej będą się ruszać tylko Polacy. Każdemu obcemu, każdemu nie-Polakowi kulą w łeb. Zresztą wolno będzie przyjeżdżać do Polski ludziom z innych narodowości, ale jedynie w charakterze gości czasowych, gości pokornych, nie roszczących sobie pretensyi do żadnego wyodrębnienia narodowego. Cała kula ziemska zostaje podzieloną na ściśle odgraniczone klatki narodowościowe z jak najczystszymi folblutami. Będą to „ojczyzny” narodowo-nieskazitelne: Niemiec siedzi w swojej klatce, Francuz w swojej, Węgier w swojej, Czech w swojej, Słowak w swojej, Polak w swojej, Litwin w swojej itd. i nikomu z nich nie wolno wytknąć nosa poza granice swej czysto-narodowej ojczyzny. Rzecz prosta, iż Austrya i Szwajcarya zostają wykreślone z liczby państw dopuszczalnych. /…/ Ale i poza tą sferą maniaków spotykamy się z dzieleniem stałych mieszkańców danego kraju na „gospodarzy” i „gości”. Nawet ludzie postępowi, uważający siebie za rdzennych Polaków, a więc za „gospodarzy” ziemi polskiej, przemawiają o innych mieszkańcach tej ziemi tonem obszarników, co to mają poddanych na swych gruntach, w swych dobrach. Panowie ci zapominają, że musimy się liczyć z faktem usamowolnienia włościan. A wobec tego faktu zapytuję: Czy w miejscowościach, gdzie Polak obszarnik władał bydłem dwunogiem innoplemiennem (ukraińskiem, białoruskiem, litewskiem), usamowolnieni potomkowie tego bydła dwunogiego mają się uważać za „gości” „gospodarzy” polskich? A może odwrotnie potomkowie byłych obszarników i panów powinni się uważać za „gości” „gospodarzy” ukraińskich, białoruskich, litewskich?6”

I z tego wynikały jego wnioski o dwóch rodzajach patriotyzmu:

„1) Patryotyzm bandytów i ekspropryatorów międzynarodowych, tj. patryotyzm nacyonalistyczny, z hasłem „egoizmu narodowego”, z hasłem wzajemnego tępienia się dwunogich, różniących się wyznaniem, językiem, tradycyami, przekonaniami, patryotyzm, zamieniający „ojczyznę” na więzienie skazańców, na klatkę różnogatunkowych dzikich zwierząt, na piekło, zaludnione przez opętańców nacyonalizmu.
2) Patryotyzm terytoryalny, pod hasłem równouprawnienia wszystkich obywateli wspólnej ojczyzny, wszystkich różnowierzących, różnojęzycznych, różnoprzekonaniowych, pod hasłem solidarności w imię wspólnej pracy na korzyść wspólnej ojczyzny w zakresie dóbr doczesnych i tu na ziemi osiągnąć się dających.

Przy panowaniu patryotyzmu nacyonalistycznego żyje się dobrze tylko podszczuwaczom i nawoływaczom do pogromów albo przynajmniej do prześladowań innych wyznań i narodowości. Masy zaś dwunogie gryzą się i stwarzają sobie piekło na ziemi. /…/ Rzecz prosta, iż patryotyzm terytoryalny i równouprawnienie wszystkich obywateli różnojęzykowych na podstawie uznania ich godności osobistej i prawa do rozporządzania swym światem wewnętrznym, nie zamieni padołu płaczu na raj ziemski i nie usunie walk między ludźmi. Tak, ale będą to walki, ścierania się i objawy konkurencyi w imię haseł ziemskich, w sferze interesów ekonomicznych. Takie walki mają sens i racyę bytu ze stanowiska teraźniejszości. Nie mają zaś najmniejszego sensu walki pod hasłem „gorzkich żalów ” i rozsmakowywania czyichś męczeństw z przed paru tysięcy lat”7.

Czy można prawdę o świecie współczesnym powiedzieć grzeczniej? Pewnie można, tylko po co? Nazwanie po imieniu barbarzyńców bydłem dwunogim ma swój walor wychowawczy. Więc choćby z tego powodu warto dziś czytać słowa nakreślone przez urodzonego w Radzyminie potomka francuskiej arystokracji.

1 J.N. Baudouin de Courtney „ W kwestii żydowskiej” odczyt w dniu 7 lutego 1913 r. Warszawa.
2 „Myśli nieoportunistyczne” Kraków 1898 r.
3 j.w.
4 „Krzewiciele zdziczenia” Kraków 1905 r
5 j.w.
6 „W sprawie antysemityzmu postępowego” Kraków 1911
7 j.w.


Dodaj komentarz

Proste historie. Człowiek, który wymyślił Izrael

Jarosław Kapsa

Alfred Nossig by Emil Fuchs, 1899

Boże, coś Judę po świecie rozproszył
a potem w Polsce zwrócił jej Ojczyznę
Gdyś i potęgę Polski naszej skruszył
I gniewem Twoim straszną zadał bliznę
Izraelowi wieczne daj zjednanie
Z Narodem Polski, bratem naszym, Panie /…/
W tej drogiej ziemi wspólnie leżą kości
Przodków, co miłość wnukom przekazali,
Niechaj ci żyją w zgodzie i jedności,
Niech wróg przymierza ojców nie obali.
Izraelowi wieczne daj zjednanie
Z Narodem Polski, bratem naszym, Panie/…/
Kochajmy Polskę, bracia nieszczęśliwi,
Jakżeby brat miał zdradzić swego brata?!
Niech nasza jedność cały świat zadziwi.
Razem, Bóg z Polską, zwyciężymy kata.
Izraelowi wieczne daj zjednanie
Z Narodem Polski, bratem naszym, Panie¹

I

W 1883 roku 19-letni student Uniwersytetu Lwowskiego Alfred Nossig² napisał wiersz pt. „Pojednanie”, przetwarzając znaną pieśń „Boże, coś Polskę”. Był on synem sekretarza miasta oraz redaktorem pisma „Ojczyzna” – organu „Agudas Achim” czyli Przymierza Braci – głoszącego potrzebę asymilacji Żydów. Rok później, na pismo i na owo Przymierze, ściągnął klątwy żydowskich wspólnot, gdy bez ogólników przedstawił alternatywę: własny Naród, własne Państwo albo… chrzest. Chrzest?! Wszak ochrzczony Żyd przestaje być Żydem, rodzina opłakuje go jak zmarłego, najbliżsi nie mogą mu podać szklanki wody, kromki chleba. Własne Państwo?! Czy ten zarozumiały młodzian chciał być fałszywym Mesjaszem, czy nie drwił tym marzeniem ze świętych słów Pisma?

„Na ilość co najmniej 800 tysięcy Żydów, zamieszkujących Galicyę, mamy tylko mały procent takich, którzy z tytułu wyższego wykształcenia do inteligencyi krajowej mogą być zaliczani” – pisał w 1890 roku Starkel – „W prawdzie nie w równej mierze postępuje za tem poczucie narodowe i duch polski, odsuwanie się od kultury czysto niemieckiej, która zawsze jeszcze magiczny wpływ na żydów naszych wywiera — częstokroć zacierają się nawet wpojone przez szkołę cechy narodowe w skutek dalszych studyów, odbywanych na obczyźnie — lecz, że postęp znarodowienia żydów w ostatnich lat dziesiątkach wśród inteligencyi żydowskiej jest widoczny, temu niepodobna zaprzeczyć. Poza tą garstką inteligencyi, widzimy jednak ciemny jeszcze ciągle, przesądny i fanatyczny gmin żydowski. I tu robi, pewne wyłomy szkoła publiczna, ale bardzo niedostateczne. Jak bruzdy w masie ciastowatej utrzymują się jej wpływy przez pewien czas na powierzchni tego tłumu — lecz z biegiem czasu ściera je wspólny interes i wspólny fanatyzm, bruzdy spływają się powoli, i znowu rozpościera się przed nami jednolita, ciemna, obca masa, do której nikt naprawdę nie znalazł dotychczas przystępu. Wiele u nas mówią o łączności Żydów — solidarność żydowska weszła w przysłowie — a przecież jest to rzecz bardzo względna i w wielu wypadkach całkiem nieistniejąca. Solidarność ta odnosi się jedynie do pewnych rodzin, kół, gmin, wreszcie stronników jednego rabbiego — jeżeli jednak przeciwstawimy gmin żydowski miejskiej inteligencyi żydów, to już tej solidarności nie będzie, a w łonie samejże inteligencyi natrafimy na antagonizmy i namiętne rywalizacye, których społeczeństwo chrześcijańskie w równie żywym stopniu może i nie zna. Solidarność żydów wszystkich jest zatem frazesem, który tylko dlatego nabrał pozorów prawdy, że go często bez zastanowienia powtarzano. W istocie rzeczy nie ma jej; owszem, między gminem a inteligencyą żydowską utrzymuje się przepaść, której ani jedna, ani druga strona nie stara się wcale zapełnić”.³

Hasła żydowskiego oświecenia, rodzące się w końcu XVIII wieku w Niemczech, zderzały się w Galicji z ortodoksją zamkniętych w gettach społeczności i z fanatycznym mistycyzmem chasydów. Podczas rewolucji w 1848 roku krystalizował się we Lwowie i w Krakowie ruch na rzecz propolskiej asymilacji w duchu oświecenia; wspierał go krakowski rebe Dov Ber Meizels i lwowski Abraham Kohn. Potem przyszły czasy reakcji; Meizelsa zmuszono do emigracji, Abrahama Kohna otruł fanatyczny chasyd. Lwowski kahał wiernopoddańczo złożył hołd cesarskiemu gubernatorowi Stadionowi; „oświecona” inteligencja kulturowo asymilowała się w duchu niemieckim. Taki program głosiło ukazujące się od końca lat 60-tych XIX wieku pismo „Izraelita”, grupujące stowarzyszenie „Szomer Izraela” (Stróżowie Izraela); „podjęło to pismo misyę cywilizacyjną, rzuciło rękawicę fanatycznym cudotwórcom i oligarchii w kabałach, do żadnego pozytywnego nie doszedłszy rezultatu”⁴. Był to czas tryumfu reakcji, przemożny wpływ na wspólnoty żydowskie mieli ortodoksyjni rabini. Jednocześnie ustawy wprowadzone przez Cesarza Austrii znosiły getta, umożliwiały osiedlanie się Żydów we wszystkich miastach, otwierały im dostęp do szkół publicznych i większości zawodów, a nawet dawały prawo nabywania ziemi. Próby ułożenia kwestii żydowskiej podjął w 1881 roku minister oświaty Konrad von Eybesfeld; rozpisana przez niego ankieta stała się formą dialogu z przedstawicielami żydowskich gmin. Głosem Galicji był rabin Krakowa, poseł wybrany z okręgu Śniatyń-Buczacz, redaktor pisma „Machzyke Hadas”, organu stowarzyszenia Strażników Wiary. Pismo powstałe do walki z ruchami postępowymi fanatyzowało masy, tworzyło z nich wojownicze zastępy. „Na jego (Scheibera – red.) wezwanie odbywa się w lutym roku 1882 we Lwowie wiec ortodoksyjnych reprezentantów gmin, a przede wszystkiem rabinów i tutaj wyrabia się projekt statutu dla gmin żydowskich w Galicyi tak wsteczny, że przypomina czasy najciemniejszego średniowiecza.” Główne myśli tego statutu to: „Rabin wybrany przez gminę dożywotnio ma nad nią nadzór, on wespół z rabinami innych miast wydaje patenty rabinackie, czuwa nad szkolnictwem i nauką religii. Szkolnictwo gminne stanowią wyłącznie szkoły talmudyczne. Prawo czynne i bierne mają w gminie tylko ci Żydzi, którzy w niczem nie przekraczają kodeksu rytualnego, inni są zupełnie z życia synagogalnego i gminnego wykluczeni”. Tworzył tedy statut rozłam między Żydami i wykluczał de forma z gminy, ale de facto z Żydowstwa wszystkich tzw. Postępowców.”⁵

W takiej atmosferze, weteran ruchu postępowego z czasów rewolucji 1848 roku, Bernard Goldman, rozpoczął wydawanie „Ojczyzny”, pisma głoszącego potrzebę kulturowej asymilacji Żydów galicyjskich z polskością. Idea „Przymierza braci” zderzyła się z wrogością żydowskich mas (rabini nałożyli klątwę na pismo i stowarzyszenie) oraz z obojętnością polskiego odbiorcy. W 1893 roku „Ojczyzna” przestała się ukazywać. Redakcja z goryczą podała przyczynę: „Sądziliśmy i sądzimy, że Żydów uobywatelnić tylko można przy współdziałaniu społeczeństwa rdzennie polskiego. Zdawało nam się, że społeczeństwo polskie poda nam rękę do tej wspólnej pracy dla wspólnej korzyści. Zawiedliśmy się. Co zrobił kraj dla moralnego i ekonomicznego podniesienia rzeszy żydowskiej w ćwierć wiekowym okresie rządów autonomicznych?”⁶

II

Nim upadła idea „Przymierza braci” Alfred Nossig ogłosił nową ideę. W 1887 roku opublikował na łamach lwowskiego „Przeglądu Społecznego” cykl artykułów pod tytułem „Próba rozwiązania kwestii żydowskiej”; wydany następnie w języku polskim i niemieckim w formie odrębnej broszury. Nossig w swej książce przedstawił szczegółowo światowy potencjał demograficzny Żydów. Podkreślał, że mimo rozsiedlenia po różnych krajach, mimo pewnej asymilacji z kulturami innych państw, Żydzi stanowią odrębny naród. „Religja prawowiernej masy jest całkowicie narodową; święta są przeważnie rocznicami pamiętnych wydarzeń własnych dziejów (np. wyjścia z Egiptu, zburzenia Jerozolimy, nieudania się zamysłów Hamana, itp. faktów). W swych modłach błagają o zakończenie czwartego wygnania, o narodowe odrodzenie i powrót do Palestyny (…); wiara w tę restaurację należy do religijnych dogmatów; ma ona być dziełem mesjasza-człowieka i pośrednio sprowadzić zbawienie wszystkich innych narodów (stąd wiara w to, że naród żydowski jest narodem wybranym). Obyczaje religijne przesiąknięte są tym samym pierwiastkiem narodowym. Jest święto narodowe, podczas którego Żydzi witają się słowami: „Dziś niewolnicy, jutro synowie wolności!”⁷ „Żyd oświecony, biorący udział w życiu umysłowem innych narodów bynajmniej nie jest wolnym od cech właściwych talmudystom. Zasymilował się on duchowo i moralnie, podobnie jak się przystosował we wszystkich innych kierunkach życia, nie tracąc przy tem charakteru plemiennego. Stał się gruntownym i ociężałym między Niemcami, przyjmując zarazem ich zarozumiałość i twardość serca, sprytnym i miłującym frazeologię między Francuzami, od których przyjął manję przodowania i protegowania całego świata, wytrawnym i pewnym wśród Anglików, lecz równie ciężkim i konserwatywnym jak oni. A jednak oświecony Żyd okazuje wszystkie owe właściwości jakieśmy znaleźli u Żyda-talmudysty (s 55)”. „Duchowa fizjognomja szczepu żydowskiego podobna jest do fizjognomji więźnia, którego umysłowość przez dziesiątki lat była zamknięta w ciasnej sferze własnych czynności i własnych źródeł myśli; stan jego moralny przypomina istotę pozbawioną wolności, więzioną w łańcuchach, nękaną i katowaną, której człowiek jakiś szlachetny zdjął więzy, nie mogąc jednak rozprószyć jej rozgoryczenia, wyłącznego przywiązania i miłości ku swemu ja, a wzgardy dla obcych interesów (s 56).”

Podkreślał różnicę między możliwościami asymilowania się Żydów w państwach zachodniej i wschodniej Europy. „W Rossji wyśmiewanie Żydów i naigrawanie się z nich jest zwyczajem przyjętym u ludności krajowej; od czasu do czasu zdarzają się zorganizowane napady na dzielnice żydowskie, przy czem mienie ulega plondrowaniu, a życie bywa zagrożonem. W Rumunji codziennie zdarzają się dzikie napaści, dokonywane nawet na najbardziej poważnych i inteligentnych mieszkańcach żydowskich; sprawcy nie ulegają karze, Żydzi więc rumuńscy są po prostu wydani im na pastwę. Na Węgrzech podobnie jak w Rossji zdarzają się napady na dzielnice żydowskie; w krajach austrjackich wydrwiwanie i znieważanie Żydów na każdym kroku bywa zwyczajną zabawą pospólstwa. Przyczyny tego zachowania się ludności krajowych wobec mas żydowskich leżą bezpośrednio w różnicy stroju, mowy i wyglądu, dalej w przyrodzonej nienawiści rasowej i religijnej, w manji prześladowania i mściwości ludzi ekonomicznie wyzyskiwanych przez spryt kupiecki i nieuczciwość Żydów (s. 60)”. „Słabe związki towarzyskie między inteligencją żydowską a nie-żydowską coraz bardziej ustępują miejsca zupełnemu rozdziałowi towarzyskiemu; już nawet radykalna młodzież nieżydowska wyklucza ze swoich kół towarzyszy Żydów. Coraz wyraźniej występują naprzeciw siebie dwie organizacje: antyżydowska, złożona z kół cierpiących od żydowskiej konkurencji, a z drugiej strony żydowska, złożona po części z elementów wykluczonych, a więc z konieczności skupionych, po części z elementów świadomie narodowych. Wzajemny ich stosunek jest stosunkiem dwóch gotujących się do walki przeciwników, którzy się wzajemnie drażnią przechwałkami i wymyślaniami. Przyczyny takiego stosunku dwóch grup wolnych od fanatyzmu religijnego tkwią po części w bezwiednych następstwach konkurencji Żydów, zwycięskiej z powodu wyższych zdolności, większej ich pracowitości i większej nieuczciwości, jako też i w spotęgowanem przez istniejące obecnie zbliżenie się towarzyskie poczuciu różnicy pochodzenia i wytwarzającej się stąd nienawiści rasowej (s 61).”

Z tych analiz wysuwa wnioski: „Z punktu widzenia społecznego wspomniany wniosek okazuje się również prawdopodobnym i prawie koniecznym; po pierwsze bowiem już dziś liczebna większość narodu żydowskiego ma silną wolę utrzymania swej narodowości, jakkolwiek z powodu złożoności i niejasności położenia nie daje woli tej dostatecznego wyrazu; po drugie w łonie narodów nieżydowskich prawie wszędzie większość sprzeciwia się asymilacji Żydów, która im nie przynosi korzyści, i najchętniej chciałaby Żydów widzieć — poza granicami kraju: jedynie względy humanitarne wstrzymują ją od gwałtownego ich wypędzenia; względy te jednak pod naciskiem poczucia własnego interesu zaczynają słabnąć. Inna jeszcze ważna okoliczność z dziedziny życia społecznego służy na poparcie naszego wniosku; jedną z najnieznośniejszych stron obecnego położenia Żydów jest poniżenie, w jakiem oni wszędzie prawie żyją; niezasymilowane grupy żydowskie narażone są na ubliżające godności ludzkiej dokuczliwe urągania, zasymilowani zaś uważani są między narodami nieżydowskimi jako niżej stojący, jakoby z łaski są tolerowanymi, muszą narodom tym schlebiać i dlatego również nie mogą posiąść zupełnej, niczem niezmąconej godności ludzkiej. Emancypacja i asymilacja nie usuwa tych nieznośnych dla Żydów mąk poniżenia; jedynie polityka narodowa dodaje narodowi żydowskiemu wewnętrznej powagi i uwalnia go od ciążącej na nim wzgardy. (s. 68)” „Wyżej wymienione okoliczności każą uważać za konieczne założenie samodzielnego państwa żydowskiego w razie emigracji; wykonalność takowego widoczną jest przedewszystkiem z obecnego politycznego i społecznego ugrupowania Żydów. Ich organizacja gminna, co do istoty swej jednolita oraz uznane prawodawstwo narodowe, które się w znacznej części odnosi do samoistnych stosunków państwowych i potrzebuje tylko odpowiedniej do czasu reformy przystosowawczej, umożliwiają ukonstytuowanie się państwa; wielka siła rozrodcza Żydów zapewnia szybki liczebny wzrost jego członków. Państwo żydowskie — skoro powstanie jego raz uznanem będzie za konieczność — założonem będzie w Palestynie. Kraj ten jest ojczyzną Żydów niegdyś przez nich opuszczoną, narodową tradycją uświetnioną, której odzyskania spodziewają się oni na mocy religijnych dogmatów i przepowiedni; Palestyna i tylko Palestyna wchodzi w program konserwatywnej większości Żydów, jako też w programy oświeconych „przyjaciół Syonu” (s 71).”

Idea Nossiga o kilka lat poprzedzała wydanie przez Teodora Herzla książki „Państwo żydowskie” (1896). Nie zyskała jednak tak powszechnego odbioru, Wilhelm Feldman, kolega Nossiga z redakcji „Ojczyzny”, twierdził, że przeszła bez większego echa. Syjonizm rodził się przyjmując hasło Nossiga: własny Naród, własne Państwo, jednak jego autor nie stał się żydowskim Dmowskim (mimo wszelkich podobieństw „Prób…” z wydanymi w 1904 roku we Lwowie „Myślami nowoczesnego Polaka”).

III

Marzenie o własnym państwie w Palestynie rodziło się równolegle w Rosji, po gorzkim doświadczeniu pogromów dokonywanych w 1881 roku w odwecie za zabójstwo cara Aleksandra II. Zasymilowany rosyjski Żyd z Odessy, lekarz Leon (Lejb Jehuda) Pinskier opublikował apel „Autoemancypacja. Wezwania rosyjskiego Żyda do swego narodu”. Dowodził w nim, że antysemityzm jest wynikiem nienormalnego bytu narodu żydowskiego; braku własnej ojczyzny, własnego rządu, własnej reprezentacji. Wyrzucani z Rosji na mocy ukazu majowego (zakaz osiedlania się na terenach rdzennie rosyjskich) powinni zyskać prawo do własnego obszaru życia, zrealizować swój sen o Izraelu. Z inicjatywy Pinskiera powstało stowarzyszenie Chowewej Syjon w Odessie, po kongresie w Katowicach (listopad 1884) zyskało ono szerszy wymiar. Ruch ten nie zdobył większej popularności, po śmierci założyciela (1891) przestał istnieć. W Rosji i na obszarach polskiego Królestwa Kongresowego w początkach XX wieku popularność zaczęło zyskiwać Poalej Syjon, uznający, że tworzenie przez naród żydowski własnego państwa jest tylko krokiem przejściowym, w budowie społeczeństwa socjalistycznego.

Galicyjscy publicyści żydowscy W. Feldman i Adolf Stand większe znaczenie przypisywali prądom napływającym z Wiednia. „Wtem zaczęły z Wiednia dolatywać nowe glosy, jakieś nieznane hasła. Gdy w kraju była apatia, anemia, ubóstwo idei, zawieszenie broni, tam genialny agitator Perez Smoleńskin po krótkim pobycie zebrał młodzież wszystkich krajów i z fanatyzmem odkrywcy, z optymizmem sangwinika i pierwotną siłą młodego bojownika rzucił światu nowe myśli; Renesans Judy, odrodzenie języka hebrajskiego, powołanie do życia kultury rodzimej na ojczystej ziemi. (…) Powstał „Mikra Kodesz” we Lwowie, zaczęto święcić wielkich mężów w żydowstwie, w wydawnictwach polskich i żargonowych wpływano na lud, w kolonizacyjnych stowarzyszeniach zbierano składki na cele powolnej kolonizacyi; starzy płacili, młodzi uczyli się języka hebrajskiego, a wszyscy ożywieni jedną wspólną ideą skierowywali wzrok swój ku Wschodowi (s. 13-14). Aż się nowa indywidualność pojawiła Teodor Herzl. Co on powiedział, tośmy dawno głosili, czego on chciał, tośmy wiedzieli, jego cele były już i nam znane, jego dążności i nam nieobce. Ale jego zasługą jest fakt, że rozszerzył horyzonty, że oparcia szukał we wszechświecie, podstaw ruchu u jednostek i ogółu, u monarchów i ludu, że wywołał międzynarodową dyskusyę i między terytoryalną łączność Żydowstwa, że zastosował najnowsze postępy techniki do pracy partyjnej, że zdobył trybunę, z której nas słyszą. I oto zasadnicza między Smoleńskinem a Herzlem różnica. Smoleńskin był odkrywcą, twórcą idei, Herzl jej wielkim, skutecznym propagatorem. Smoleńskin myśl stworzył, Herzl ją w masy rzucił, pierwszy ją pogłębił, drugi rozgrzeszył. I tak przedostała się do szerszych sfer kraju naszego (s. 16/8).”

W tym samym roku, gdy Nossig publikował „Próbę…” Herman Diamand założył stowarzyszenie „Syon”, wydające we Lwowie pismo „Przyszłość”. W 1897 roku z inicjatywy Teodora Herzla zorganizowany został I Kongres Żydów w Bazylei, „Przyszłość” zastąpiono organem Kongresu „Wschód”. Tworzyła się partia syjonistyczna, na zasadach akcjonariatu organizującego Kongres; członkiem jest ten kto wykupuje „akcję” w umownej wysokości 1 szekli. Na czele stowarzyszenia stał 7 osobowy komitet centralny, wspólnym dla wszystkich był organ prasowy komitetu, redagowane przez Herzla pismo „Welt” (Świat). W Galicji stowarzyszenie grupowało ok. 10 tys. członków, oprócz tygodnika „Wschód”, wydawano we Lwowie dwa dzienniki 2 dzienniki; w komitecie centralnym reprezentowali Galicję: dr Goldwasser z Krakowa, Adolf Stand i Abraham Korkis z Lwowa.

„Syonista, który świętość tego wyrazu czuje i nią żyje, stoi na najwyższym szczeblu. Tworzyć nowe wartości, nowe dzieła, czerpać z wnętrza rodzimej prastarej skarbnicy, zastygłą w wieczną niemal niepłodność krew w ruch puścić — to ideał dla narodu żydowskiego. Tworzyć pomniki swej istoty! Indywidualność rozwijać do stadyum, w którem dźwięczy nowa treść życia! (…) Ta droga znaczy; Szukać narodu, ponieważ się go kocha, a patrzeć śmiało w oczy przeciwności, na które się szukając napotyka. W narodzie swoim widzieć statuę, a nie cofać się z raz obranego kierunku, ponieważ materyał nasz nie jest marmurem z Paros lub Karary, lecz ciężkim, twardym głazem. Ta droga znaczy: Chcieć życia dla narodu, ale nie życia, które sobie wystarcza, lecz bogatego, całego, twórczego, płodnego życia”.⁹

Syjonizm stawał się marzeniem biednego proletariatu żydowskiego, śniącego o wyrwaniu się z ciemnego sztetla, z niewolniczej pracy w kopalniach naftowego zagłębia Drohobycza, z wyzysku majstrowskiego w warsztatach i manufakturach. Nowa idea z młodzieńczą pogardą traktowała postępowe ruchy „starych”, z ich wizją asymilacji kulturowej Żydów z Polakami.„Przyszła garstka pigmejów i głosiła następującą wiarę: Polak mówi po polsku, mówmy po polsku; on w niedzielę się stroi, czyńmy to samo, jego ceremonie świąteczne niech będą naszymi. I jego mazurki i pieśni i chorały… I uczyniliśmy to. Ale kolosalna oto różnica, której grube, ordynarne zmysły krótkowidzów nie pojęły: Polak żyje odą do młodości, my ją recytujemy; dla niego chorał jest surmą bojową. Kto żyw, chwyta za oręż, by Ojczyznę ratować. Dla naszych epigonów to utwór literacki. Gdy Polak drzewko zapala, to przy tych świeczkach budzą się wspomnienia tysiącletnie, swojskie, głębokie treścią, święte wierzeniem. Gdy Żyd to czyni, bluźni swemu Bogu, którego nie zna i obcemu, którego nie rozumie. (…) Nastąpiło to, co nastąpić musiało. Polacy widzieli, że ich okradamy i zaczęli się od nas zabezpieczać, spostrzegli, że ich kopiujemy, a wzgarda była odpowiedzią. Jak dzicy afrykańscy wolność swoją, kobiety i kość słoniową za świecidełka europejskie odstępują, tak my zaprzedajemy godność naszą, tradycyę za drobne koncesye.”¹⁰

„Oto prawie równocześnie z ustąpieniem „Ojczyzny” z widowni, wyszła we Lwowie broszura (wydawnictwa członków towarzystwa „Syon”) pt. „Jakim być powinien program młodzieży żydowskiej”, a hasłem tego programu jest „Żydzi wszystkich krajów solidaryzujcie się! Precz z wygodną maskaradą asymilacyjną! Precz ze służalczym muzykantem Jankielem (z Pana Tadeusza) i jego wielbicielami!” Kierunek ten ostatni propaguje „Przyszłość” powstała — nie śmiemy powiedzieć na gruzach — po ustąpieniu „Ojczyzny”.¹¹

W 1906 roku organizowane przez stare ruchy asymilacyjne, zrzeszone w towarzystwie dla szkoły ludowej im B. Goldmana, obchody rocznicy powstania styczniowego zostały zakłócone i zelżone przez młodych syjonistów.¹² Jednocześnie ortodoksi i chasydzi nie tolerowali w synagogach zarówno asymilatorów jak i syjonistów.

IV

Kolebką syjonizmu była Galicja, lecz nie zasymilowany polski Żyd Nossig, ale zasymilowany austriacki Żyd Teodor Herzl, stał się ojcem nowej idei. Wynikało to z charakteru Alfreda Nossiga, z jego umiejętności zrażania do siebie odbiorców, z niechęci do współpracy wymagającej kompromisów. Był niewątpliwie człowiekiem wyjątkowo utalentowanym. Jego powieść „Jan Prorok” (1892), uznawana była za żydowskiego „Pana Tadeusza”. Współpraca i przyjaźń z Ignacym Paderewskim owocowała powstaniem libretta do opery „Manru”. Cenione były rzeźby Nossiga, sztuki teatralne oparte na motywach biblijnych, celne teksty publicystyczne. Poznano go również jako propagatora higieny oraz twórcę badań statystycznych i demograficznych nad ludnością żydowską. Jednak jego intelektualizm zrażał aktyw działaczy syjonistycznych. Widoczne to było na VI Kongresie Syjonistycznym w Bazylei w 1903 roku, gdy po polemice z Herzlem spotkały go gwizdy i wyzwiska ze strony zgromadzonych. A przecież to Herzl, namawiający wówczas do kolonizacji Ugandy, odszedł od syjonistycznej ortodoksji. Dzieliły Nossiga z twórcą „Judenstaat” bardziej anse osobiste, niż różnice programowe. Działali równolegle, takimi samymi metodami, w tych samych kręgach, zabiegając o wsparcie idei powstania Izraela w Palestynie. Herzl odszedł przedwcześnie w 1904 roku; Nossiga czekało przekleństwo zbyt długiego życia.

W czasie I wojny światowej, gdy Zeew Żabotyński i Josef Trumpeldor (rosyjscy Żydzi) organizowali Legion Żydowski walczący o Palestynę po stronie Ententy; Nossig z pomocą wywiadu niemieckiego sondował możliwość uzyskania poparcia Turcji. Cel był ten sam, sojusznicy inni. Po zakończeniu I wojny światowej Alfred Nossig oddał się nowej idei. Wierzył, że państwo żydowskie będzie częścią europejskiej cywilizacji, zatem jego powstanie i istnienie zależne jest od pojednania i zjednoczenia Europy, od Anglii po Rosję. Szczególnie w tym istotne było pojednanie Niemiec z Francją. Tworzone były w różnych krajach grupy inicjatywne na rzecz Zjednoczonej Europy. Była to odważna wizja: prorokowana w 1923 roku przyszła Unia Europejska, obejmująca nowe państwo – Izrael. Idea ta z niechęcią odbierana byłą przez aktywistów syjonistycznych i z rezerwą przez europejskich polityków. W Polsce podejrzewano, że jest to intryga wywiadu niemieckiego.

Był już wtedy Alfred Nossig człowiekiem z innej epoki. Duchem XIX wieku, amatorem wyrafinowanych gier dyplomatycznych, bywalcem salonów „wielkiego świata”, zaprzyjaźnionym nie tylko z Paderewskim, ale wieloma wpływowymi politykami angielskimi, niemieckimi, francuskimi. Nie rozumiał, że rodząca się demokracja i nacjonalizmy swoją arenę mają na ulicy, nie w salonach; miejsce wyrafinowanej gry dyplomatów zajęły krzyki charyzmatycznych wodzów. Próba zorganizowania w Niemczech Wspólnoty Wyznań dla Pokoju (łącząca kościół katolicki, ewangelicki i mojżeszowy) odbywała się w 1929 roku w scenerii marszów i bijatyk nazistów, i komunistów. Komu potrzebny był wtedy pokój i ekumenizm?

Po dojściu Hitlera do władzy w 1933 roku Nossig przeniósł się do Szwajcarii. Odcięty od źródeł zarobkowania i od bazy aktywności politycznej nadal wierzył w XIX-wieczne kanony dyplomacji. Hitler to wiadomo – lumpenproletariat, ale są tam mądrzy ludzie, taki von Pappen, z którymi da się rozmawiać… We Lwowie w 1934 roku zabiegał o środki na budowę wielkiego dzieła: monumentalnej rzeźby na Górze Karmel, symbolu pokoju i tworzenia Erec Izrael. Inwigilowany przez polską policję, podejrzany o współpracę z niemieckim wywiadem i wspieranie, opozycyjnego wobec sanacyjnego rządu, Paderewskiego, zmuszony był do wyjazdu do Pragi.

W XX wieku zbyt długie życie było przekleństwem. Gdyby odszedł jak Herzl, przed I wojną światową, miałby swoje ulice i pomniki w Izraelu. Żyć długo w XX wieku to przeżyć dwa razy samobójstwo Europy, doświadczyć tego, jak rozbudzona ludowa demokracja zmienia się w okrucieństwa totalitaryzmów.

Kres życia Alfreda Nossiga pozostaje niewyjaśnioną tajemnicą. Nie wiemy czemu został w Pradze po wejściu do stolicy Czech wojsk niemieckich. Nie wiemy czemu zdecydował się wyjechać w 1940 roku do Warszawy i tam zamieszkać w getcie. Podobno na polecenie władz niemieckich prezes gminy żydowskiej Adam Czerniakow mianował go kierownikiem wydziału kultury w Judenracie. Podobno często kontaktował się z Niemcami, pisał memoriały; nie znamy ich treści, nie wiemy czy były wynikiem utopijnej wiary w możliwość ocalenia współbraci, otwarciem im drogi ucieczki z getta do Palestyny, czy też rozpaczliwą próbą przeżycia za wszelką cenę. Nie wiemy kto i na jakiej podstawie wydał wyrok na Alfreda Nossiga. W lutym lub marcu 1943 roku 79-letni artysta został zastrzelony przez żołnierzy ŻOB w mieszkaniu na ul. Muranowskiej.

1 Wiersz „Pojednanie” publikowany „Gońcu Wielkopolskim” w 1883 roku nr 234. Za „Literatura polsko-żydowska 1861-1918 Antologia. Pod red. Zuzanna Kołodziejska – Smugała, Maria Antosik-Piela
2 Życiorys A. Nossiga na podstawie biogramu Andrzeja Pibera w Internetowym Polskim Słowniku Biograficznym
3 Juliusz Starkel „Fundacja Hirscha i sprawa żydowska w Galicji” Lwów 1890, s. 20-22
4 W. Feldman „Asymilatorzy, syonisci i Polacy. Z powodu przełomu w stosunkach żydowskich w Galicji” 1893, s. 10
5 Majer Bałaban „Żydzi w Austrii za panowania cesarza Franciszka Józefa, ze szczególnym uwzględnieniem Galicji (1848-1908)”. Lwów 1909, s. 28-29
6 Feldman op.cit. s. 16
7 Alfred Nossig „Próba rozwiązania kwestii żydowskiej” Lwów 1887, s. 52
8 Moderna żydowska Adolf Stand. Rocznik Żydowski 1902, red. Adolf Stand, Lwów 1902
9 Marcin Buber „Drogi do syjonizmu” w Rocznik op.cit s. 6
10 Stand op.cit. s. 18
11 Wilhelm Feldman „Asymilatorzy, syoniści i Polacy. Z powodu przełomu w stosunkach żydowskich w Galicji” 1893, s. 16
12 Wilhelm Feldman „Stronnictwa i programy polityczne w Galicji 1846-1906” t II Kraków 1907 O stronnictwach żydowskich s. 266 – 314