Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Proste historie. Turbopatriotyzm i jego krytycy

Jarosław Kapsa

Marcin Napiórkowski – Turbopatriotyzm (fragment książki)

Bez względu na to, co niżej będę pisał, uważam tę książkę za niezwykle ważny głos w dyskusji o społeczeństwie polskim. Jest ona bardzo dobra, zwłaszcza w kategorii określonej przez Bohumila Hrabala: „porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku.” To jest wartość, w odróżnieniu od dzieł słusznych, przetrawianych bez przerywania snu.

Autor nie udaje neutralnego, pisze o sobie jako o zwolenniku postępu, marzącego o Polsce otwartej, europejskiej, ze zgrozą obserwującego zagrożenie „zaściankowością” i „faszyzmem”. Turbopatriotyzm widzi w szerszym kontekście kontrrewolucji przeszłości. „Za sukcesem prawicy stoi nie tylko geniusz retoryczny Jarosława Kaczyńskiego, nie tylko siła oddziaływania nostalgicznych mitów, lecz także niezgrabność, z jaką przez lata próbowaliśmy wcisnąć każdemu po kawałku czekoladowego orła. (…) Jeżeli się nie mylę, jeżeli kult narodowej przeszłości naprawdę zrodził się z rozczarowania polityką postępu, to sensowną próbę powrotu na kurs ku przyszłości trzeba rozpoznać od rzetelnego zrozumienia turbopatriotyzmu” – sumuje swoje rozważania Napiórkowski.

Próba zrozumienia zaczyna się od opisu: mamy w książce obraz turbopatriotyzmu jako swoistego domu wariatów, gdzie personel lekarski jest w większym stopniu stuknięty od leczonych. Może i tak jest. Ale wyczuwa się w tym żałosne kwilenie: przecież jesteśmy mądrzejsi i ładniejsi, czemu więc to oni są zwycięzcami i rżną królową balu.

Rzeczywiście osoby uważające się za lewicowe i postępowe mają dziś w Polsce (i nie tylko) powód do turbotraumy. Symbolem postępu jest pochód, w którym „kapłani wiedzy” prowadzą za sobą rozentuzjazmowane tłumy młodych, pięknych zapaleńców. Tymczasem młodzież wybrała sobie innych liderów, przebrała się w „mundurki faszystowskie” i szuka znaków w przeszłości. Pod sztandarami lewicy i postępu gromadzi się już tylko sfrustrowane grono starzejących się „jajogłowych”. Zatem takie zmiany bolą.

Obiektywne dowodzenie swojej mądrości jest w tym wypadku rzeczą ułomną. Patriotyzm jest formą uczucia, czymś podobnym do miłości scalającej formalne więzi rodziny. Intuicyjnie przyjmujemy miłość jako coś pozytywnego, ale też nie próbujemy określać formy tego uczucia. Trudno nam nawet zdefiniować i narzuć jeden „obowiązujący” model rodziny, a cóż dopiero w ten model wpisywać procedury wyrażania wzajemnych uczuć. Nie ma mądrych uczących jak kochać, można jedynie wskazywać czym się miłość różni od nienawiści.

Trafnie niegdyś odróżniano patriotyzm od nacjonalizmu: patriotyzm to miłość do własnej Ojczyzny, nacjonalizm to nienawiść do cudzych Ojczyzn. Przenosząc to na sferę uczuć indywidualnych wyobraźmy sobie reakcję małżonki na słowa: tak ciebie kocham, że nienawidzę wszystkich innych kobiet. Pewnie żona po takich słowach uzna, że sypia z kłamcą lub zboczeńcem. Tak czy owak, uczucia to temat tak delikatny i indywidualny, że nietaktem byłoby natrętną ingerencją narzucać jeden „słuszny model”.

Nie oznacza to braku ingerencji; „od zawsze” społeczeństwa starały się wpływać na kształt uczuć łączących rodzinę, wiedząc, że ta „komórka” społeczna jest niezbędnym fundamentem każdej wspólnotowości. A skąd wiedziały? Gdybyśmy tylko planowali „lepszą przyszłość”, nie przyjmując się doświadczeniami przeszłości, wartość rodziny mogłaby stać się dyskusyjną. Wszak dziecko lepiej wychować może wykwalifikowany pedagog pod nadzorem światłego urzędnika; podobnie ten światły urzędnik dysponując specjalistami lepiej zaopiekuje się matką-staruszką.

Niestety, tego typu utopie przyszłościowe zostały zweryfikowane historycznymi doświadczeniami.

Wyobrazić sobie też możemy świat bez państw, tym samym straci na znaczeniu uczucie patriotyzmu. Tylko znów doświadczenie historyczne podpowiada, że jest to niebezpieczna złuda.

Zgodzić się możemy, że państwo jest tworem nam niezbędnym, zatem uczucie patriotyczne jest cechą ogólnie pozytywną. Ale z tego nie wynika konieczność narzucenia jednego modelu patriotyzmu. Państwo jest tworem ludzi; ludzie są różnorodni, tworzą państwo po to, by skutecznie broniło tej ich różnorodności.

Ta różnorodność wyraża się w rozmaity sposób: materialny (są biedni i bogaci), religijny, moralny, kulturowy. Sztuczny jest kontrast: jednolity naród – wielokulturowe społeczeństwo; każdy naród jest jednocześnie wielokulturowym społeczeństwem. Państwo jest tworem ludzi, może lepiej lub gorzej wypełniać swoje funkcje. W rodzinie też się zdarza, że zachowanie ojca daleko odbiega od ideału. Miłość, nawet miłość dzieci, nie jest bezwarunkowa; w wypadkach skrajnych można dzieci wydziedziczyć, dzieci też się mogą wyrzec tatusia-tyrana. Uczucie patriotyczne powinno się wyrażać w dążeniu, by państwo było dobre i silne, by możliwie najlepiej chroniło dobro wszystkich obywateli. To samo uczucie prowadzić może do rewolucji, by zmienić lub odrzucić państwo złe.

Napiórkowski zlekceważył ową różnorodność uczuć, uprościł obraz do starcia „softpatriotyzmu” (przyszłość, postęp, otwartość, tolerancja, europejskość) z „turbopatriotyzmem” (zaprzeczeniem tych „europejskich” cech). Jest to wygodne, a przy tym zgodne z zakodowanym archetypem.

Przypomnijmy sobie obrazy Matejki ukazujące schyłek XVIII w., przypomnijmy opisy z podręczników, wpajane literaturą klasyczną. Jest Targowica i jest król Staś; są zdrajcy i reformatorzy. W tym, konkretnym, targowickim, przypadku „zdrajcy” używają symboli republikańskich, to Szczęsny Potocki chce ograniczać władzę absolutną, Sucharzewski gotów jest zabić własne dziecko, by nie było niewolnikiem, Branicki paraduje w sarmackim kontuszu z buławą Żółkiewskiego pod pachą. Reformatorzy ustrojeni są we fraczki i pludry, więcej dla nich znaczy głos salonów paryskich niż opinia szlacheckiego zaścianka, z wyraźną odrazą patrzą na polski naród.

Uczucia nie kierują się faktami. Tak, król Staś jak i Branicki byli kreaturami carycy Katarzyny; ale Konstytucja 3 Maja daje nam komfort jednoznaczności: zdrada to Targowica.

Obraz ten ewoluuje. Ideową poprzedniczką Targowicy, ze swoim sarmatyzmem, wielkimi słowami o wolności i republice, hymnem „nigdy z królami nie będziem w aliansach, przed obcą władzą nie ugniemy szyi”, była konfederacja barska. W kontrze do niej było upokorzenie Rzeczpospolitej narzuceniem Jej na króla kochanka Carycy.

Mamy zatem zakodowany podział: „fraczki cudzoziemskie kontra szlacheckie kontusze”, przy stałej ewolucji odbioru, zależnego od historycznego kontekstu, wartości patriotycznych tych postaw.

Drugi stereotyp, też rodzący się w końcu XVIII w., to wiara w nieomylność sprawiedliwości społecznej, w tym tej wyrażającej się przyśpiewką: „my krakowiacy nosimy broń u pasa, powiesimy sobie króla i prymasa”. Elity są ze swej natury zdradzieckie, dbające tylko o własny interes; lud reprezentuje dobro ogólne; prawdziwy patriotyzm wyraża się działaniem dla ludu lub z ludem.

Owe archetypy nie są tylko polską specjalnością, one snuły się po całej Europie. Widzimy je w Rosji w podziale na „zapadników” i „słowianofilów”, w Hiszpanii, gdzie postępowi liberałowie we fraczkach walczyli z „ciemnotą” karlistów, w Turcji w postaci zmagań „młodoturków” z ideą dworu sułtańskiego. Wszędzie też w podobny sposób pojmowana była sprawiedliwość ludowa, wszędzie patriotyzm był uczuciem adresowanym do ludu.

Nie było także czymś wyjątkowym zastrzeżonym do Polski ujawnianie się kompleksu patriotycznego wobec umitycznionej zagranicy.

Nie tylko król Staś dbał o opinię paryskiego salonu, ale też brutalny car Mikołaj I „Pałkin” starał się przekonywać do swych racji francuskiego podróżnika barona de Custine. Elity hiszpańskie, niemieckie, rosyjskie i polskie nie tylko posługiwały się w życiu publicznym językiem francuskim, ale też z podobną nerwowością wertowały francuskie gazety z obawy, by tam źle o nich nie pisano. Z tego kompleksu wynika przekonanie o własnej wyjątkowości, tak samo silne dziś w Izraelu jak i w Serbii.

Niestety Bóg nie wybrał żadnego Narodu, żadnego nie obdarzył cechami nadzwyczajnymi. Także Polaków. Zatem po pierwsze: jesteśmy zwykłym społeczeństwem-narodem, ani lepszym ani gorszym od innych, historia niczym nas nie wyróżniła, twierdzenie, że jesteśmy „urodzonymi obrońcami wolności” jest gołosłownym chwalipięctwem. Po drugie: skoro nie jesteśmy ani lepsi ani gorsi od innych, to z jakiej racji mamy z nadmierną uwagą wsłuchiwać się w ich opinię i pilnie wdrażać wszystkie proponowane przez nich rozwiązania. Oczywistym jest, że świat rozwija się przez naśladownictwo i odtwórstwo; rozum podpowiada by naśladować i odtwarzać to, co sprawdzone i lepsze, a nie to, co akurat jest modne w Paryżu czy Nowym Jorku. Po trzecie: nie istnieje zbiorowa odpowiedzialność, ani zbiorowa zasługa, człowiek odpowiada tylko za siebie, tak przed sądem powszechnym, sądem Bożym, jak i sądem historii. Słowa „jestem dumny z bycia Polakiem”, brzmią równie pusto jak duma z bycia ssakiem.

Powtarzanie tez o wyjątkowości własnego Narodu tłumaczone bywa koniecznością budowania i chronienia tożsamości narodowej. Ale tworzenie tożsamości zbiorowej jest zajęciem dość ułomnym, bo skoro nie jesteśmy i nie będziemy tacy sami, to dlaczego mamy być toż-sami. Nie ma dowodów na to, że poczucie tożsamości wzmacnia nasze pozytywne uczucia wobec państwa (czyli patriotyzm); ani też, że wpływa na zachowania solidarne.

Przyjmując, że obecnie pod wpływem rządowej propagandy wzrosło poczucie tożsamości zbiorowej, nie widać, by przeniosło się to na obywatelskie zachowania patriotyczne: skrupulatne płacenie podatków, przestrzeganie prawa czy nawet nie zaśmiecanie lasów i nie sikanie do Wisły. I przeciwnie: jeśli naszej tożsamości zagrażać miał napływ „obcych”, to jakie konkretne straty społeczne w tym zakresie spowodował napływ miliona Ukraińców…

Problem tożsamości narodowej zrodził się w końcu XIX w. Podobnie jak większość prądów ideowych i ten był importowany z Niemiec. Tworząc programowe fundamenty endecji Dmowski i Popławski prawie słowo w słowo przepisywali tezy z niemieckiego postromantycznego nacjonalizmu.

I nic w tym dziwnego, odtwórczość była i jest cechą rozwijającą cywilizację. Trudniej zrozumieć dlaczego przez ponad 100 lat ów niemiecki, narodowy model wychowania jest podstawą edukacji publicznej. Wierzono w 1918 roku, że to niemieckiej szkole i niemieckiemu nauczycielowi Niemcy zawdzięczały najlepszą armię świata. I taki model przenoszono, by polska armia wyznaczała mocarstwową pozycję Polski.

Z jakiego jednak powodu dziś mamy także uczyć się polskiego po niemiecku? Czytając współczesny podręcznik do historii, znajdziemy w nim przetłumaczoną z niemieckiego syntezę myśli Dmowskiego i Piłsudskiego: odwieczny naród, odwieczna walka o jego byt, toczona z odwiecznymi wrogami, konieczność zachowania jedności w tej walce…

Patriotyzm w edukacji szkolnej sprowadza się do podporządkowania swego ego zbiorowości, całkowitego poświęcenia się dla charyzmatycznego Wodza, najpełniej dostrzegającego wspólną rację stanu. Ta wizja nie może podlegać dyskusji; w szkole polskiej z zasady nie dyskutuje się, ale przyjmuje prawdy objawione przez nauczycieli.

Tymczasem jeśli mamy się czegoś uczyć z historii Polski, to przekonania, że siłą pozytywną była różnorodność wyboru dróg w poszukiwaniu wspólnego szczęścia. Był Piłsudski i Dmowski, był Witos i Daszyński, był Wielopolski i Traugutt, był Kościuszko i Czartoryski; nie było „wymuszonej” jedności, ale wielość prowadząca do wspólnego celu; nie było jednego Zbawcy Narodu, ale tysiące zasłużonych kształtujących swoim przykładem postawy zbiorowości.

Wiara w „jedność” i Mężów Opatrznościowych, nie tylko w Polsce, ale w wielu innych krajach świata, była autostradą do dyktatury, a dyktatura nigdzie, nie tylko w Polsce, nie przynosiła korzyści narodowi. Patriotyzm prowadzący do dyktatury stawał się równie szkodliwy społecznie jak patriotyzm Targowicy.

Opisywany przez Napiórkowskiego „turbopatriotyzm” jest swoistą kontynuacją, z użyciem nowoczesnych metod, modelu patriotyzmu kształtowanego edukacją publiczną i polityką historyczną państwa. W zakresie podstawowym nie było żadnej rewolucji czy kontrrewolucji PiS-u; model edukacji patriotycznej zachował swoją rytualną ciągłość, nie zmieniając się w istotnym zakresie nawet w czasach „dojrzałego” PRL. Polska i Naród Polski stanowiły dobro najwyższe, któremu podporządkowywać się musiała „prywata” obywateli; Polska była stale zagrożoną atakami wrogów twierdzą, zagrożenie to wymagało od obywateli heroizmu żołnierskiego, w tym umiejętności stania na baczność i wypełniania rozkazów przełożonych; bezpieczeństwo garnizonu obleganej twierdzy zależało od geniuszu Naczelnego Wodza, jego władza nie mogła być krępowana ani prawem, ani moralnością, ani opinią publiczną. Przez 100 lat zmieniały się nazwy wrogów i portrety Naczelnych Wodzów, ale nie uległ zmianie ideał edukacji patriotycznej, swoistego wychowania dla dyktatury.

Można temu modelowi, w ślad za Napiórkowskim, przeciwstawić „softpatriotyzm”. Dualny podział jest wygodny, jak w sporcie możemy patrzeć „kto, kogo” i kibicować naszym.

Nie jest to jednak takie proste. Przedstawmy sobie dwa modele myślenia o państwie: 1) Państwo jest dobrem najwyższym, zagrożeniem jest „prywata” obywateli, 2) Dobrem najwyższym są indywidualne wolności i własność obywateli. Państwo może być ich zagrożeniem, powinno być ograniczane prawem i kontrolowane przez obywateli.

W pierwszym modelu ideał zbliża się niebezpiecznie do obrazu Państwa Hitlera/Stalina, w drugim przypomina się czas upadku I Rzeczpospolitej, gdy Polska „nierządem stała”.

Rozsądek podpowiada kompromis, doszukiwania się formuły pozwalającej silnemu państwu skutecznie bronić wolności i własności obywateli. Kompromis jednak nakazuje rezygnację z walki, uznanie wartości różnorodności, dążenie do zrozumienia racji oponenta.

„Softpatriotyzm” Napiórkowskiego prezentowany jest jako patriotyzm środowiska nazywającego siebie lewicą, „turbopatriotyzm” ma mieć twarz „prawicową”. Operowanie tymi etykietkami ma dziś, a może zawsze miało, tylko wartość marketingową.

Model państwa służebnego, zwanego demokracją liberalną, za fundament uznaje dobro jednostki, w tym równość wobec prawa, nienaruszalność własności prywatnej, wolność wyboru własnej drogi w poszukiwaniu szczęścia. Tak „prawica” jak i „lewica” gotowa jest w imię racji wyższych ten fundament odrzucić, a owe racje wyższe tłumaczy dobrem zbiorowym (dobro narodu, dobro wybranych grup społecznych). W obu ideach własność prywatna ma charakter służebny wobec oczekiwań zbiorowości. Identycznie obie grupy uważają, że nie można niedoskonałej jednostce pozostawić prawa wyboru; władza wie lepiej jak poprowadzić społeczność do szczęścia.

Podobny jest także stosunek do równości wobec prawa; skoro władza zna lepiej od ludzi kierunek drogi do szczęścia, prawo powinno jedynie ograniczać prywatę obywateli, ale nie może ograniczać władzy w realizacji ideału szczęścia zbiorowego. Prawica narzuca dyktaturę, by bronić naród przed zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi; lewica wprowadza dyktaturę, by prowadzić permanentną wojnę rewolucyjną: zabierać bogatym, by dawać biednym, faworyzować defaworyzowanych, wkluczać wykluczonych i wykluczać stare elity. Z punktu widzenia jednostki różnice między wojująca prawicą a rewolucyjną lewicą są równie istotne jak różnice w kolorze krzesła elektrycznego.

Zazdrosne podpatrywanie metod stosowanych przez „turbopatriotyzm” wynika po części z podobnych celów działań.

„Turbo..” chce z pomocą pop-kulturowych form zmienić świadomość odbiorców w celu wyrugowania tego, co „nowinkarskie”, niezgodne z przyjętym dogmatem tradycji, naruszające wyimaginowaną tożsamość narodową. Czyni to sprawnie w sferze tzw. kultury młodzieżowej (gry komputerowe, zabawa memami, treści muzyki hip-hopowej i disco-polo), lekceważąc sferę publicystycznych rozważań i grzesząc grafomanią w tworzeniu turbo-książek i turbo-filmów.

Lewica także pragnie zmienić świadomość obywateli narzucając swój model nowoczesności, rugując to, co stare, sprzeczne z nową, wyimaginowaną tożsamością. Problem w tym, że ze swym przekazem nie potrafi wyjść z getta intelektualnego bełkotu nieczytelnego dla większości odbiorców.

Podział dualny zaciemnia obraz. Narzuca nam się wojnę między dwoma antyliberalnymi (antywolnościowymi) frakcjami, w kraju, gdzie większość ludzi, świadomie lub nie, akceptuje model demokracji liberalnej.

Zauważyć warto, że mimo okazywanej wzgardy do demokracji liberalnej, mimo ciągłej krytyki z lewa i prawa, epatowaniu ciągłymi przykładami słabości i niesprawiedliwości takowego „demoliba”; nadal większość nie daje sobie wmówić, że wola Wodza jest prawem, sprawiedliwość ludowa (wykonywana rękami partii) jest lepsza niż sprawiedliwość przed sądem, że w imię tej sprawiedliwości można komuś zabrać dorobek pracy i dać temu, komu się nie chce pracować.

Mimo różnych form propagandy, nadal większość Polaków uważa, że każdy ma prawo wyboru własnej drogi w poszukiwaniu szczęścia i każdy, indywidualnie, odpowiada za swoje czyny. W podziale wyznaczonym przez Napiórkowskiego brak jest miejsca dla takiej demo-liberalnej większości, a więc oferty edukacji patriotycznej promującej dobre, służebne wobec różnorodnych obywateli, państwo.

Cóż, próbował to robić Bronisław Komorowski i skończyło się tak jak skończyło. Bynajmniej nie przez czekoladowego orła, lecz przez ataki obu stron przekonanych do swych 100 % racji i wynikającym z tego prawie do modelowania mózgu Polaków. Warto to sobie uświadomić czytając bardzo dobrą książkę Marcina Napiórkowskiego.

Reklamy


Dodaj komentarz

Proste historie. Polak postępowy

Jarosław Kapsa

Wspominał Bolesław Prus w swoich „Kronikach tygodniowych”: „Pewnego dnia, przed paru laty, spotkałem na ulicy osobę z niezwykłą powierzchownością. Był to młody mężczyzna z twarzą starego człowieka. Miał źle ostrzyżoną brodę, okulary na bakier, buty z czasów Fryderyka Wielkiego, kapelusz z czasów rewolucji francuskiej i palto krótsze od surduta. Postawą przypominał frotera szukającego roboty, a fizjonomią pesymistę, który gdy raz zafrasował się tym, że przyszedł na świat – już do dziś dnia nie odzyskał humoru. Oryginał ten nie przywitawszy się rzekł: – Niech pan napisze, że trzeba u nas założyć pismo higieniczne. Bo u nas i nie żyją podług higieny, i nie znają higieny, i wcale się o nią nie troszczą. Mówiąc to, nie patrzył na mnie; potem kiwnął głową i poszedł dalej machając każdą ręką i każdą nogą w inny sposób. W kilka miesięcy później ukazało się czasopismo higieniczne – „Zdrowie”. (…) Tak się przedstawia a vol d’oiseau (z lotu ptaka) dr Polak, młody lekarz, który bez powozu, bez stosunków, a nawet bez pięknych manier i podbijającej serca powierzchowności, stał się centralnym punktem dla stu osób majętnych, eleganckich, głośnych i zasłużonych, a w dodatku i twórcą instytucji, która w tak osłabionym społeczeństwie jak nasze ma pierwszorzędną doniosłość. Jakaż jest przyczyna tego niezwykłego powodzenia? Przyczyna bardzo prosta, której nikt rozumieć nie chce. Oto skromny lekarz – miał ideę. Ideę nie „wielką”, ale „praktyczną”, zgodną z potrzebami czasu. Prócz idei miał jeszcze jedną, niewartą wspomnienia zaletę: żelazny charakter. Dopóty chodził, dopóty namawiał, dopóty prosił, dopóty nudził, aż – zrobił swoje.¹”

Opis po „prusowemu” z lekka złośliwy, dodać więc trzeba, że i nasz wybitny literat był złożony z wielości fobii na kształt detektywa Munka, co nie przeszkodziło mu pisać nieporównywalnie lepiej od Twardocha i Remigiusza Mroza, nawet razem złożonych. Zwłaszcza „Kroniki Tygodniowe”, przynajmniej dla mnie, są lekturą o nadal soczystych barwach, nie poddającą się czasowi, tworzącą niezrównany przewodnik po czasach odeszłych. Bez tych „Kronik” trudno pojąć fenomen zjawiska nazywanego pozytywizmem; tak później, jak to z ideami bywa, spotwarzonego pomnikowaniem lub przekształconego w wymówki oportunizmu. Polak, Józef Polak, osobnik o wyglądzie i zachowaniu autystycznym, był wykwitem epoki pozytywizmu, a więc szaleńczym romantykiem wierzącym w racjonalizm.

Wiara czyni cuda. W tym samym czasie, gdy Prus opisywał spotkanego higienistę, świat Europy oszalał na punkcie bakteriologii. Do Berlina, do miasta Wielkiego Roberta Kocha, przybyło kilkadziesiąt tysięcy gruźlików, wierzących, że po odkryciu przyczyn ich choroby, udostępnione zostanie skuteczne lekarstwo ratujące świat przed morderczymi mikrobami. Niezwykłą było siłą wiary w racjonalizm, przekonanie, że umysł ludzki zdolny jest uchronić świat od wszelkich nieszczęść: wojny, zarazy, głodu.

Racjonalizm pozytywistyczny bazował na dogmacie liczb. Jan Błoch pisał zatem przepełnione cyframi dzieło udowodniające, że wojna jest procederem absolutnie dla wszystkich nieopłacalnym. Szereg praktyków i teoretyków opracowywało i upowszechniało nowe technologie produkcji żywności, pozwalające na odwrócenie maltuzjańskiego fatalizmu; rachunek matematyczny wskazywał, że w XX wieku głód zostanie wyeliminowany z wszystkich krajów świata. W medycynie rewolucja bakteriologiczna pozwalała skutecznie zwalczać nieszczęście masowych, ludobójczych epidemii: tyfusu, cholery, dżumy. Rodzący się w latach 80-tych XIX wieku kult postępu, miał swoje racjonalistyczne fundamenty.

„Każdy człowiek myślący, nawet laik, w sprawach zdrowia zdaje sobie jasno sprawę, że zdrowy człowiek jest dla państwa tym najcenniejszym materiałem organicznym, bez którego nie mogłoby istnieć ani społeczeństwo, ani państwo. Każdy musi przyznać, że na co zda się społeczeństwu lub państwu najpewniejsza nawet w świecie waluta, bogactwo, wysoko rozwinięty przemysł i handel, wysoko stojąca nauka i sztuka, gdy nie stanie materiału ludzkiego, lub gdy ten materiał ludzki będzie małowartościowy? Takie społeczeństwo lub państwo nie mogłoby przecież istnieć bez ludzi, musiałoby przestać istnieć, musiałoby upaść. Człowiek stanowi najistotniejszą część i treść państwa, bez niego nie można nawet sobie wyobrazić społeczeństwa i państwa. Bez niego nie istniałoby ani jedno, ani drugie. Człowiek stanowi źródło bogactwa narodowego. Zdrowy człowiek pracując tworzy dobra i pomnaża majątek narodowy. Wszędzie tam, gdzie próbowano obliczać wartość twórczą człowieka, to ta wartość twórcza wszędzie wynosiła bez porównania więcej, niż to wszystko razem, co dotąd wliczaliśmy do bogactwa narodowego, jak: ziemia, nieruchomości, kapitały, bydło, wytwory przemysłowe. (…) Głównym i najistotniejszym elementem polskiej idei państwowej jest dbałość społeczeństwa i rządu o ten najcenniejszy materiał organiczny, jakim jest człowiek, dbałość o jego życie i zdrowie czyli dbałość o jego ilość i jakość. przyszłość narodu.²” – pisane już w innej epoce słowa Tomasza Janiszewskiego, doktora Judyma z książki Żeromskiego, to dziedzictwo myśli ukorzenianej przez Józefa Polaka, dziedzictwo pozytywizmu.

W relacji z wiedeńskiego kongresu higienistów w 1887 roku Polak uwypuklał słowa patrona zjazdu arcyksięcia Rudolfa: „Życie każdej jednostki przedstawia pewną wartość. Utrzymać ją i zachować nietkniętą w obrębie możliwości fizycznej jest nie tylko obowiązkiem ludzkości, ale i zadaniem opartem na zrozumieniu najwidoczniejszej korzyści własnej. Jednostka jakiemukolwiek by środkami rozporządzać mogła dla podtrzymania własnego zdrowia, pozostanie zawsze bezsilną wobec najróżnorodniejszych szkodliwości nas otaczających. Niezbędną jest wspólność działania, a do spełnienia wielkiego zadania tego przysługuje wspomagana przez demografią hygiena, która opierając się na danych z nauk poczerpniętych, nakreśla drogi dla państwa i gminy do osiągnięcia celów praktycznych w całym wielkim obszarze sztuki pielęgnowania zdrowia społecznego³”

Pod wpływem Polaka był Prus pisząc w „Kronikach…” wielką pochwałę Higieny, utożsamiając higienę z tym wszystkim, co w pozytywizmie określano jako postęp. „Pomimo ciemnoty, która jak noc wisi nad światem, pomimo przesądów, które jak rój nietoperzy krążą nad ludzkością, tyle już jednak zdobyliśmy higienicznych doświadczeń, że – choć krótko, jednak żyjemy. Lecz gdyby ustał nawet ten drobny wpływ Higieny, jaki dziś istnieje, zapanowałaby straszliwa śmiertelność w Europie i zmiotłaby chyba więcej niż połowę dzisiejszej ludzkości. Średniowieczne pomory, które zabijały całe miasta i prowincje, niczym innym nie były w gruncie rzeczy, tylko brakiem opieki ze strony Higieny nad ludzkością. (…) Można powiedzieć bez przesady, że świat jest zapełniony chorobami i śmiercią. Suchoty, tyfusy, dyfteryty, ospy, zimnice, cholera i mnóstwo innych zakaźnych chorób unoszą się w powietrzu, pływają w wodzie, kryją się w ziemi, w odzieży, w pokarmach. (…) Owe bowiem główne klęski rodu ludzkiego mają jeszcze drugorzędnych sprzymierzeńców w postaci – zbyt silnego ciepła lub zimna, zbyt ostrych dźwięków, zbyt jaskrawych blasków, zbyt wielkich ciężarów. W następnym zaś szeregu odwiecznych wrogów ludzkości spotykamy: nadmierną pracę, brak wypoczynku, gwałtowne wybuchy uczuć, niedostatek, rozpustę, nasze własne smutki i cudze okrucieństwo. (…) Natura chwilami robi takie wrażenie, jakby nienawidziła ludzkiej duszy, a dążyła do samowładztwa nad stadami dzikich zwierząt. Tu jednak występuje Higiena. Zanim człowiek przyjdzie na świat, już Higiena bierze w opiekę przyszłą matkę. (…) Rodzi się dziecko i otóż Higiena przygotowuje mu kąpiele, odrzuca powijaki, zaleca ciszę, reguluje dopływ światła, karmienia go, wsłuchuje się w każdy krzyk niemowlęcia. Nadchodzą czasy szkolne i otóż Higiena buduje dziecku obszerną i widną salę do nauki, dostarcza mu w miarę ciepła, a jak najwięcej powietrza, sprawia wygodną odzież, dobre ławki, zaleca gimnastykę. (…) Gdy człowiek zaczyna pracować na siebie, Higiena idzie za nim do biura czy do warsztatu, domaga się światła i powietrza, wypoczynku i pożywnej żywności. (…) Dla chorych, kalek, starców – Higiena wznosi budynki, które zdrowych zabezpieczają od zarazy, a chorym czy niedołężnym dostarczają wygód. (…) Czy można wyobrazić sobie lepszego i rozumniejszego przyjaciela nad Higienę?⁴”

Zastąpmy słowo Higiena sformułowaniem: polityka społeczna nowoczesnego państwa. Działanie na rzecz własnego państwa nie było możliwe w końcu XIX wieku; towarzystwo higieniczne i pismo Polaka „Zdrowie” stało się legalną namiastką dyskusji jaką powinna być dla swych obywateli nowoczesna Polska. Ta wizja nowoczesności spotykała się czasem z ripostą „wielkich słów”. W latach, gdy carski „komisarz Warszawy” Starynkiewicz planował skanalizowanie stolicy Królestwa Kongresowego, głos zacofańca zabrzmiał frazą Reytana: „…wśród nawozu i siana, wśród bydląt i prostaczków Odwieczna Mądrość nawiedziła ludzkość, zrujnowana przez teorie i doktryny czystego rozumu, przez urządzenia i budowy kapitalizmu, przez kuglarstwa i zbytki żydowskie, i w ubogiej szopce betlejemskiej znakami nadprzyrodzonymi rozkazała monarchom i mędrcom powitać przyszłego Zbawiciela świata. Dowodzić szkodliwości nawozów organicznych, niszczyć je za pomocą kanalizacji, to pokusić się na obalenie kultury rolniczej i postępu ludzkości. (…) Był to postęp naturalno-chrześcijański, w ścisłym związku kultury z przyrodą, wsi z miastem, rolnika z rękodzielnikiem konsumenta z producentem. Żydzi i szarlataneria pragną ograbić fundusze obywateli miejskich, rozwinąć handel artykułami spożywczymi ze stron odległych, kosztem zagłady rolnictwa ojczystego, oplatać długami miasta, zjednać sobie rozgłos wśród lekarzy ludności miejskiej, wstrzelić gwałt w prasie kapitalistycznej na temat szkodliwości nieczystości kloacznych i pilnej potrzeby pozbycia się ich za wszelka cenę oferując się z kredytem długo i krótkoterminowym. Gdy ich działania trafiły na opór konserwatywnego społeczeństwa, chwyciły się środków rewolucyjnych. Naradom nad projektem kanalizacji przedstawionym przez inżynierów semickich i germańskich towarzyszyły manifestacje podburzonego motłochu. Fałsz żydowsko-szarlateneryjny i ciemna hołota miejska zatryumfowały nad wiedzą przyrodników i praktyka rolników polskich, nad rozsądkiem obywatelsko- chrzescijańskim.⁵”

Rolnik F.R. bronił Boskiego Porządku przed Żydami, a Prus po prostu życia ludzi przed bakteriami: „Ty, ludu warszawski, dowiedz się, że kanalizacja – to nie żadne chychy! Kanalizacja – to zmniejszenie błota na ulicach, brudów na podwórzach, to oczyszczenie powietrza i zmniejszenie śmiertelności! Warszawa jest miastem bardzo niezdrowym. Z tysiąca mieszkańców umiera rocznie: w Londynie i Glasgowie 22, w Paryżu, Moskwie i Madrycie 31, w Neapolu, Berlinie i Pradze 33, a u nas aż 40, to jest prawie dwa razy więcej niż w Londynie⁶.”

I nie wahał się w tej sprawie iść w kolaborację: „Ażeby jednak projekt kanalizacji dojrzał i wszedł w dzisiejszą fazę, trzeba było wielu przygotowań. Naprzód – epidemii w Wietlance (o, błogosławiona epidemia!). Potem – sprowadzenia Lindleya. Dalej – pilnowania, aby komitet kanalizacyjny nie drzemał, ale pracował. Nareszcie – ostatecznego zatwierdzenia projektów. Kto to wszystko zrobił? Dżumę – Pan Bóg, resztę – szanowny nasz prezydent p. Starynkiewicz (…) Nazwisko p. Starynkiewicza niewątpliwie będzie figurowało na tablicy zaznaczającej datę rozpoczęcia tych znakomitych robót. Znajdzie się ono jeszcze na innej, trwalszej tablicy: w pamięci społeczeństwa, które uczy się wszystkiego, a niczego nie zapomina.⁷”

Starynkiewicz był reprezentantem okupanta, żywo odczuwalne były jeszcze blizny po powstaniu styczniowym: nie porosły mchem mogiły straconych buntowników, nie wrócili jeszcze z Sybiru zesłańcy. Był więc rachunek emocji, nakazujący pomścić śmierć ojców i braci, walczyć z wrogiem wszelkimi środkami „z Bogiem lub mimo Boga”. I był rachunek racjonalny. By Polska mogła się odrodzić potrzebni byli Polacy: żywi, zdrowi, wyedukowani, zdolni do twórczej pracy. Czy chroniąc ludność Kraju Prywislańskiego przed powtarzalnymi epidemiami cholery i tyfusu, współpracując w tej sprawie z reżimem zaborcy, jesteśmy patriotami czy kolaborantami?

Postęp uzasadniały liczby. Dzięki kanalizacji wskaźnik śmiertelności spadł w Warszawie z 48 na 1000, do 20. Postęp higieniczny „działał”, poprawa warunków życia i pracy przenosiła się na statystyki demograficzne: dłuższą średnią długość życia, mniejszą śmiertelność niemowląt. Efekty uzasadniały sens kolaboracji, tak by – jak pisał Polak – mieć możliwość działania pozytywnego (promocji przez dobre przykłady) jak i negatywnego (uwzględniające wymogi zdrowotne przepisy prawa budowlanego, handlowego czy prawa pracy).

Postęp jest jednak drogą w nieznane, nie można założyć, że ludziom będzie się żyło lepiej, tylko dlatego, że nowe, zastąpi stare. Porównywalna była liczba szarlatanów żerujących zarówno na obawach przed nowym, jak zarabiających na obietnicach nowego. Ludzie zazwyczaj kierują się emocjami, tak w życiu prywatnym, jak i zbiorowym. Rachunki matematyczne nudzą, nikogo nie porwie idea budowy właściwie wentylowanych mieszkań czy kanałów odprowadzających nasze nieczystości. Na sztandary trzeba wpisać hasło „Bóg, Honor i Ojczyzna” a nie przykazanie o myciu rąk przed jedzeniem.

W warunkach upokorzenia brakiem własnego państwa wizja pozytywistycznej modernizacji odrzucała swoją nudnością. Gdy odzyskana została suwerenność, gdy pojawiła się możliwość decydowania o własnych sprawach w drodze demokratycznego głosowania, polityczne reprezentacje „pozytywistów” (np. zapomniana Partia Postępowa, wcześniej zwana Zjednoczeniem Demokratyczno-Postępowym) przegrywały z kretesem. A jednak mimo przegranej program „pozytywistów” stał się podstawą działań w większości polskich samorządów, dał się wszczepić w polityki społeczne wszystkich rządów międzywojennego dwudziestolecia, przeniósł się na „postępowe” ustawodawstwo.

Kłopot bowiem w tym, że ta pierwotna wiara w postęp łączyła wykluczające się elementy. Postęp miał łączyć się z demokratyzacją zakładającą równy wpływ na sprawy ogólne możliwie najszerszych kręgów społeczeństwa. Jednocześnie postęp zakładał racjonalność, dążenie do doskonałości oparte miało być na wynikach badań naukowych.

Otóż nie ma takich badań, które potwierdziłyby z całą pewnością, że dane rozwiązanie uszczęśliwi wszystkich. A nawet gdyby takowe były, to ludzie kierując się emocjami mogą wybrać inną, niż proponowana, drogę do szczęścia. Gorzkie więc były wnioski przedstawione przez historyka Handelsmana: „Przyjmowano, że rozwój społeczny jest procesem złożonym, długim i że podlega zmianom nieustannym. Przyjmowano konieczność tych zmian, jako coś zasadniczo związanego z samym procesem ewolucji społecznej. Ale zarazem wyznawano przekonanie, że temi nieuniknionemi zmianami można w pewnym sensie pokierować przez zastosowanie wskazań rozumu ludzkiego, i że pierwszym obowiązkiem jest „wiedzieć, ażeby przewidzieć”, i przewidywać, ażeby móc pokierować powstawaniem nowych form życia ludzkiego, niezbędnych dla szczęścia powszechnego. Ta przyszłość przewidziana, przygotowana i odpowiednio regulowana przez człowieka lub przez ludzi, miała być utożsamiona z postępem, ku któremu ludzkość zbliża się nieustannie albo raczej powinna się posuwać. Postępem zaś w instytucjach politycznych i społecznych byłaby demokracja, która, jak się zdawało udowodnione w ten sposób, występuje jako etap niezbędny w rozwoju ludzkości. (s. 9) Jak poprzednio trudno było ściśle mówić o powszechności ruchu demokratycznego, tak samo nie łatwo jest mówić o demokracji, jako o pewnym rozwoju urządzeń społecznych w kierunku jakiegoś udoskonalenia życia zbiorowego. Gdzie bowiem istnieje miara sprawiedliwa i prawdziwa tego, coby w instytucjach politycznych upoważniało do mówienia o doskonaleniu się? Czyż dobrobyt materjalny większej liczby ludzi, kupiony za cenę ich osobistego poniżenia i nędzy tysiąca innych istot ludzkich, jest rozwojem ku doskonałości? Czy zmiana, która sprowadza stałą niepewność, konieczność walki nieustannej o byt, wieczny ferment i udział czynny w wyborach politycznych, zamiast spokoju, bezpieczeństwa i niewoli politycznej, jest krokiem naprzód czy ruchem wstecz, na drodze, prowadzącej do doskonałości? Albo z jednej strony zupełny brak wiadomości, brak jakichkolwiek cech wykształcenia, obojętność na rzeczy zewnętrzne i głęboka religijność, dająca szczęście człowiekowi, który z niej korzysta, z drugiej zaś dużo wiadomości powierzchownych o wszystkiem, umiejętność czytania, dzienniki i przyjemności wielkiego miasta — gdzie szukać punktów porównania między temi dwoma rodzajami egzystencji? Właściwie za jedyną rzecz, ustaloną przez analizę naszą formowania się demokracji, uważać możemy wieczny ruch, zmienność idej, zjawisk, sytuacyj. Ale w tym łańcuchu zmian, który jest systemem faktów bezspornych, niema żadnych sprawdzianów bezwzględnych, żadnej możności sądzenia o tem, czy zmiany te posuwają nas naprzód, czy też nas cofają. Czyż wolno wobec tego mówić, że demokratyzacja jest ruchem w doskonałość w porządku społecznym i politycznym? (s. 11-12)⁸”

Pozytywizm Prusa i Polaka, taka swoista unia „prusko-polska”, oparty był na przekonaniu, że każda jednostka dąży do własnego udoskonalenia, kształci się a potem wykorzystuje nabytą wiedzę, by żyć dobrze i możliwie najdłużej. Ten racjonalizm był absolutnie nieracjonalny, zderzał się nie tylko z przyrodzonym ludziom hedonizmem, ale i z romantycznym przeświadczeniem, że obywatelskość wymaga oddawania życia za „Sprawę”.

W efekcie wiedząc, że nasze dobre życie zależne jest od warunków bytu, od dostępu do czystego powietrza i wody, od właściwego odżywiania, od możliwości życia w spokoju, ciszy, w promieniach słońca i cieniu drzew; w wyborach samorządowych bardziej nas podnieca kwestia LGBT niż projekty właściwe zaplanowanej kanalizacji. I dzięki temu rzeczywisty postęp, zasada zastępowania lepszym gorszego, płynie na fali emocji Wisłą wraz ze ściekami.

1. „Kroniki tygodniowe” Kurier Codzienny nr 140 dn. 22 maja 1887 roku s. 3-4
2. Tomasz Janiszewski „Ideologia stanu lekarskiego”. Odbitka z „Lekarza Polskiego” nr 12. Warszawa 1937
3. Ateneum 1887 t. IV s. 517-530 J. Polak „Kongres międzynarodowy higieniczny w Wiedniu”
4. Kroniki Tygodniowe Kurier Codzienny nr 140 dn. 22 maja 1898 roku s. 3-4
5.„Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”. Spisał rolnik polski F.R. Wydawnictwo Anczyca Kraków 1900
6. „Kurier Warszawski” nr 38 i 39 dn. 18 i 19 luty 1876 roku
7. „Kurier Warszawski” nr 69 dn. 27 marca 1880
8. Marceli Handelsman „Proces demokratyzacji a postęp” Kraków, 1926 (odbitka z „Przeglądu Współczesnego”)


Dodaj komentarz

Proste historie. Gorzka jesień po gorącym sierpniu

Jarosław Kapsa

W 1983 roku trzeba było za coś żyć. Udało mi się dostać pracę w zakładzie ślusarskim pani Ani Kościelnej. W wapiennym baraku przy ul. Nadrzecznej wspólnie ze Stefanem, kuzynem pani Ani, przerabialiśmy odpady metalowe na rurki do parasoli; rzecz była możliwa dzięki patentowi Stefana, ustrojstwu skręcającemu i przesuwającemu taśmę pod ogień spawarki. Moją rolą było cięcie produktu i szlifowanie spawu. Praca nie była najprzyjemniejsza, gorąc i zaduch od spawarki, pył osiadający w nosie i na zębach.

Wynagradzała to serdeczność pani Ani. Była łasuchem, więc co dwa dni fundowała nam i sobie ciastka z prywatnej cukierni; przy tych ciastkach i kawie biesiadowało się jak u cioci.

Był to dla mnie kiepski okres; władza dusząc w zarodku kontrrewolucję zatrzymywała mnie co sobotę. W poniedziałek prosto z celi maszerowałem do pracy, po tygodniu ślusarskiej orki fundowano mi weekend „pod celą”, i tak usquam ad finem (jak mawiano w książce Conrada).

Nie rozmawialiśmy o tym przy ciastkach; pani Ania wiedziała kogo zatrudnia. Życie ją nauczyło, że lepiej nie pytać i nie wiedzieć za dużo.

Miesiące mijały, byliśmy jak rodzina, ale wspomnienia z nich wyrywałem z większą trudnością niż zęby niedźwiedziowi. Wiedzieć mniej jest bezpieczniej…

Artyleria Brygady Świętokrzyskiej w marszu na Zachód, 1945 rok.

W 1945 roku aresztowano męża pani Ani. Zatrzymano go przypadkowo, bo był w złym miejscu w złym czasie. Pani Ania była w ósmym miesiącu ciąży, dostała nakaz opuszczenia mieszkania na ul. Lelewela w ciągu dwóch godzin, bo potrzebne było lokum dla „ruskich”. Buntowała się więc ją zatrzymali. Stres, ciąża, zwykły strach, spowodowały, że nie kontaktowała na przysłuchaniu, czuła początek porodu. Jakiś ubek spytał, czy zna „Macieja”? Nie myśląc odparła: to mój mąż. I tak przez przypadek wsypała męża: Piotra Kościelnego „Macieja”, szefa sztabu częstochowskiego okręgu NSZ-AK. Odsiedział po tym pięć lat za „faszyzm”. Pani Ania też była „faszystką”; szefową Narodowej Organizacji Wojskowej Kobiet. Faszystą również był Stefan, żołnierz Brygady Świętokrzyskiej NSZ.

Z czasem poznawałem także innych faszystów. Miałem szczęście osobiście poznać słynnego „Żbika” Władysława Kołacińskiego, gdy na rok przed śmiercią odwiedził Częstochowę. Byłem na jego pogrzebie, piłem na żołnierskiej stypie wódkę z jego żołnierzami.

Nie muszę się z tego tłumaczyć, choć ideologia narodowa zawsze była mi obca. Ideowość, nie tylko narodowa, rozgrzesza tęsknoty zamordystyczne. Bitemu jest wszystko jedno w co wierzy jego oprawca; to katowi zależy na oczyszczeniu sumienia i butów przekonaniem o wyższości moralnej nad ofiarą.

Czy zbrodnie antyfaszystowskie są szlachetniejszym rodzajem ludobójstwa od zbrodni faszystowskiej?

Hasło „nie ma wolności dla wrogów wolności” stało się usprawiedliwieniem dla ludobójstwa. Więc może lepiej rezygnować z własnych, uproszczonych sądów, jeśli stają się one usprawiedliwieniem krzywdzenia innych ludzi. Tym, co odróżnia cywilizację od skupiska ludożerców, jest prawo każdego człowieka do uczciwego procesu. Dopiero po analizie faktów, po wysłuchaniu stron, możliwy jest wyrok; także ten zwany werdyktem historii.

Gdy przychodzi czas próby nie każdy ma luksus wyboru zaangażowania w pełni zgodnego z wyznawaną ideologią. Pamiętamy to z lat 70-tych i 80-tych; człowiek wpisywał się do tej konspiry, która pierwsza mu ulotkę do ręki wcisnęła. Nie inaczej było po klęsce wrześniowej 1939 roku. Dodajmy do tego jeszcze atmosferę upadku autorytetu legalnego państwa. Rządzący nim, głoszący „nie oddamy ani guzika”, pierwsi byli na moście w Zaleszczykach. Nowe państwo miał odbudować gen. Sikorski. Na początku skupił się na zniesławianiu sanacyjnych poprzedników.

Politycy i generałowie myślą kategoriami poprzedniej wojny; a ta poprzednia zakończyła się rozpadem okupujących Polskę potęg. Celem więc budowy konspiracji w okupowanej Polsce było przygotowanie kadr, które w sprzyjającym momencie „rozbroją Niemców” i przekażą władzę „naszej partii”. „Nasze” to określenie wielowymiarowe, więc „nasze” wojska mieli mieć endecy, chadecy, ludowcy, socjaliści, demokraci itd.; a wszyscy oni pilnowali by przypadkiem konspiracji nie zdominowała sanacja.

Rachuby polityczne nie zawsze trafiały do tych zwykłych, młodych ludzi, którzy marzyli by mieć broń i pomścić hańbę klęski zabijając Niemców. Tu raczej podziały polityczne ustępowały przed środowiskowymi; oddzielnie tworzyła się konspiracja w liceum, oddzielnie w szkole kupieckiej, oddzielnie na parafii, oddzielnie na hucie… Skupiali się ludzie znający się sprzed wojny i ufający sobie nawzajem.

Władysław Kołaciński, syn chłopa z piotrkowskiego, wychowywany był w kulcie Piłsudskiego i Witosa (dziwne połączenie, ale popularne na wsiach II RP); prosanacyjność pogłębiła w nim służba wojskowa na ORP „Orzeł”. Jako ochotnik walczył w kampanii wrześniowej broniąc Oksywia. Po wydostaniu się z niewoli niemieckiej wstąpił do pierwszej „konspiry” jaką w swoich stronach spotkał, a akurat była to Narodowa Organizacja Wojskowa.

NOW był ideowym wyborem Władysława Pacholczyka, przedwojennego prezesa SN w powiecie opoczyńskim, w 1935 roku więzionego w obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej. Pacholczyk jesienią 1939 roku zaczął organizować struktury narodowej konspiracji w Częstochowie, ponieważ miasto było „prawicowe”, ta organizacja dominowała w „życiu podziemnym”.

Pani Ania, pochodząca ze znanej rodziny rzemieślniczej, przed wojna była drużynową w harcerstwie, dla niej było oczywiste kontynuowanie idei żeńskiego skautingu pod narodowym sztandarem. Przyszły mąż pani Ani, Piotr Kościelny przed wojną był aktywny w „młodzieżówce” SN, jego wybór też był oczywisty.

Doświadczenie konspiracyjne było ubogie, powstające żywiołowo grupy płaciły „frycowe”; niemiecki okupant w 1940 roku na podstawie wcześniej przygotowanych list aresztował i wymordował tych, którzy mieli autorytet i potencjał organizacji oporu. Proces scalania grup trwał powoli, bo po licznych „wpadkach” wytworzyła się nieufność wobec „obcych”. W dodatku politycy z Londynu próbowali odgórnie zarządzać, dbając o parytety (czytaj: pieniądze, uzbrojenie i dostęp do łączności) dla swoich.

W 1942 roku, na mocy porozumienia zawartego w Londynie, NOW scalono z AK. Dla części narodowców z Częstochowy scalenie było „zdradą”, bo dla nich AK była „sanacyjna”, w dodatku „lewicowo-masoneryjna”, infiltrowana przez komunistów. Pacholczyk, pamiętając Berezę, wybrał niezależność; wraz z częścią NOW przystąpił do tworzonych przez byłych ONR-owców Narodowych Sił Zbrojnych. Nie oceniam.

Powtórzę słowa pani Ani: „Ci z AK mieli broń i pieniądze. My musieliśmy wszystko zdobywać walką, ale oni byli zależni od Anglii, robili tylko to co im Churchill kazał, a my walczyliśmy o wolną Polskę”. Nie oceniam, nie dyskutuję, w to po prostu wierzono.

Zresztą to ich przekonanie musiało ulec rewizji; w 1944 roku doszło do kolejnego scalenia; Anna i Piotr Kościelni a także ich dowódca „Adam” Pacholczyk przyjęli służbę w szeregach AK-NSZ.

Potem był sierpień. Nasza mitologia narodowa utrwaliła pamięć o Powstaniu Warszawskim, tylko w kontekście tego dramatu dyskutujemy nad sensem politycznej decyzji.

Ale dramat warszawski był częścią większej tragedii, zwanej akcją „Burza”.

Zgodnie z wydanym w listopadzie 1943 roku rozkazem gen. Bora-Komorowskiego oddziały AK miały wspierać ofensywę sowiecką, a na zajętych przez Sowietów terenach ujawniać się powinna polska administracja „państwa podziemnego”.

Od kwietnia 1943 roku rząd „londyński” nie był uznawany przez Stalina, nie było podstaw ani możliwości uzgodnienia „Burzy” z „sojusznikiem naszych sojuszników”. Przyjęto jednak, że tak, jak w 1918 roku Niemcy są już pokonane, chodzi tylko o ich rozbrojenie i zademonstrowanie światu „naszej, wolnej Rzeczpospolitej”, licząc na pełne zrozumienie ze strony „aliantów”.

Akcja „Burza” toczyła się od stycznia, od wejścia pierwszych oddziałów sowieckich na polski Wołyń. Wartość wkładu polskiego w rozgromienie Niemiec była mierzona setkami wysadzonych transportów, bitwami o szlaki komunikacyjne, samodzielnym wyzwoleniem kilkuset miast, wspólnymi z armią sowiecką walkami o Lwów, Wilno, Lublin. I prawie wszędzie kończyło się tak, jak w Wilnie, gdzie po operacji „Ostra Brama” Sowieci aresztowali gen. Krzyżanowskiego i prawie całe dowództwo AK.

W obozie w Majdanku pod Lublinem na dzień przed „wyzwoleniem” Niemcy rozstrzelali kilkuset uczestników akcji „Burza”; dzień po „wyzwoleniu”, w tym samym obozie, Sowieci uwięzili kolejnych kilkuset żołnierzy AK.

Przed wybuchem Powstania Warszawskiego gen. Komorowski, premier Mikołajczyk, naczelny dowódca gen Sosnkowski, wszyscy odpowiedzialni politycy, mieli informację i wiedzę, czym kończy się współdziałanie z Sowietami. Mimo to nie zatrzymano „Burzy”.

W końcu lipca oddziały AK wspólnie z BCh i AL, wyzwoliły ponad 1000 km² i dziesięć miast na Ponidziu, powstała Republika Pińczowska, łącząca się z zajętym przez Sowietów przyczółkiem baranowsko-sandomierskim. Sowieci świadomie wycofali się z wyzwolonych już miejscowości (Skalbierz, Wiślica, Busko-Zdrój i inne), oddając tak partyzantów, jak i ludność cywilną na pastwę zemsty niemieckiej.

12 sierpnia, gdy trwało już Powstanie Warszawskie gen. Komorowski wezwał oddziały AK do marszu na odsiecz stolicy. Z okręgu częstochowskiego, kieleckiego, radomskiego, wyruszyło zmobilizowanych kilkanaście tysięcy osób. Stoczono bitwy z Niemcami, lecz mimo ogromnych ofiar partyzanci nie mogli się przebić przez niezalesiony obszar za Nowym Miastem nad Pilicą.

Nie ma Muzeum „Burzy”, nie opowiada się o niej równie przekonująco jak o Powstaniu Warszawskim. Chlubimy się, że Polacy w warunkach okupacji hitlerowskiej potrafili stworzyć „Państwo Podziemne”. „Burza” zniszczyła owe „państwo podziemne”, z trudem scalone oddziały konspiracyjne uległy ponownej dezintegracji.

29 sierpnia 1944 roku Wielka Brytania i USA uznały AK za część sojuszniczych Polskich Sił Zbrojnych; uszanowali to Niemcy kierując powstańców warszawskich do obozów jenieckich. Nie próbowano nawet przekonać Sowietów, by uczynili to samo: uznali AK za wojska sojusznicze.

AK-owscy walczyli ramię w ramię z Sowietami przy wyzwalaniu Lublina, przy rozszerzeniu przyczółka sandomierskiego i magnuszewskiego; po czym byli traktowani przez „sojuszników” jak zwykli „bandyci”. Zadaniem żołnierzy, nawet w formacji konspiracyjnej, jest wykonywanie rozkazów przełożonych. Żołnierze AK nie uchylali się przed walką, lojalnie wykonywali swoje zadanie. Tym poważniejsza była odpowiedzialność polityczna osób, którzy wydając rozkazy wydali na śmierć swych podwładnych.

Sierpień 1944 roku niósł także Częstochowie chwile radości, czuło się zbliżającą wolność. Młodzi ludzi poszli na ochotnika walczyć w Warszawie; kilkuset z nich uczestniczyło w marszu na odsiecz stolicy. Zdekonspirowali się, nie mieli już drogi powrotu do domów. Była chwila radości, gdy walcząc z Niemcami mścili się za lata upokorzeń. Potem przyszła gorycz porażki.

Przegraną symbolizowały transporty z uchodźcami. Przybywały z Wołynia, z Polesia, z Lubelszczyzny; we wrześniu przez miasto przejeżdżały pierwsze transporty warszawiaków wywożonych do obozów koncentracyjnych. W początkach października taki transport warszawski, pełen rannych, chorych, głodnych, zniszczonych postaniem, porzucono na stacji Stradom. Trzeba było organizować pomoc. Łącznie do Częstochowy dotarło ponad 20 tys. warszawiaków, w tym była większość przywódców „państwa podziemnego” z komendantem AK Okulickim i delegatem Rządu Jankowskim. Dumę lokalną budowało spontaniczne zaangażowanie częstochowian w pomoc; nie było w tym różnic politycznych. Pani Ania, szefując narodowej organizacji kobiecej, organizowała „pomoc dworcową” razem z harcerkami z „czerwonego” PPS-owskiego Rakowa. Jej mąż Piotr Kościelny chronił bezpieczeństwa przywódców „państwa podziemnego”.

Razem z transportami dotarło poczucie klęski. Nie było odważnego, który publicznie broniłby sensu decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego. Wycieńczeni powstaniem, ranni, chorzy, zmarnowani, złorzeczyli Komorowskiemu.

Państwo podziemne opierało się na autorytecie legalnej władzy. Po powstaniu nie było autorytetu, nie było władzy. Zadziwiająca była decyzja, by funkcję Naczelnego Dowódcy Polskich Sił Zbrojnych powierzyć idącemu do niemieckiej niewoli gen. Komorowskiemu. Nie uznawano nominacji gen. Okulickiego na stanowisko Komendanta AK (dopiero 25 grudnia rząd londyński dokonał formalnej nominacji). Widziano powszechnie, że Niemcy przegrywają wojnę, ale ta przegrana nie oznaczała zwycięstwa Polski. Czekano na „czerwona zarazę”, czekano bez złudzeń, znając praktykę wyzwolenia z opowieści uchodźców ze wschodu.

Gdy AK ruszyła na pomoc Warszawie, w lasach Gór Świętokrzyskich koncentrowały się oddziały NSZ. Częstochowską „narodową partyzantkę” organizował „Żbik” Kołaciński; latem 1943 roku był aresztowany przez gestapo, torturowany, uciekł z transportu do Auschwitz, stworzył silne ugrupowanie w lasach włoszczowskich. Do podobnych miejscowych oddziałów dołączyły grupy z Lubelszczyzny, doświadczone akcją „Burza”, wycofujące się przed Sowietami.

W lipcu 1944 roku tworzone zgrupowanie NSZ wizytował komendant główny NSZ mjr. Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski „Kmicic”. Oczekiwano od niego odpowiedzi na podstawowe pytanie: co dalej… Wtedy właśnie mój kolega z warsztatu ślusarskiego, Stefan, mający wówczas niespełna 17 lat, stał się żołnierzem tworzonej Brygady Świętokrzyskiej. Wierzył, że przyszedł czas zemsty; że z bronią w ręku walcząc z Niemcami zyskają wolność Polski.

Co dalej? Na to pytanie nie odpowiedział ani „Kmicic”, ani „Bohun”(Antoni Szacki, któremu powierzono dowództwo Brygady).

AK ruszyła na odsiecz Warszawy, Brygada pozostała na kielecczyźnie, by bronić miejscową ludność przez Niemcami oraz ich pomocnikami zwerbowanymi wśród Rosjan, Ukraińców, Biełorusinów, Kałmuków itd.; a także przed bandytami i stosującymi bandycką przemoc oddziałami komunistycznej i sowieckiej partyzantki. Zasilana napływem ochotników Brygada jesienią liczyła blisko tysiąc ludzi. Coraz trudniej było wyżywić taką ilość ludzi, zapewnić im schronienie na zimę, przeciwdziałać rosnącej demoralizacji, a przede wszystkim wskazać sens ich walki.

W październiku 1944 roku z potokiem warszawskich uchodźców przybył do Częstochowy „Kmicic” Nakoniecznikoff-Klukowski. Odmówiono mu przyłączenia się do Brygady Świętokrzyskiej, nie uznając jako komendanta. Krążyły złe plotki: podobno „Kmicic” nie walczył w Powstaniu, ale się ukrywał jak zwykły cywil; podobno ukrywał się wspólnie z szefem komunizującej PAL Julianem Skokowskim; podobno gotów jest dogadać się z „czerwonymi”… Nikt tych „podobno” nie weryfikował.

Opiekę nad „Kmicicem” przejęli żołnierze AK-NSZ. Przygarnął go do siebie por. Włodzimierz Żaba „Haik”. Mieszkali na Zawodziu, na ul. Bocianiej, w domku gdzie od frontu był sklepik spożywczy. 18 października dwóch ludzi po cywilnemu przyszło przez ten sklepik do pokoju „Haika”, zastrzelili „Kmicica” i jego gospodarza. Na „Kmicicu” ciążył już wcześniej wyrok śmierci wydany przez sąd „podziemnego państwa” za dezercję z AK. Ale z tym morderstwem ten wyrok nie miał nic wspólnego.

Poszukiwaniem sprawców zajął się osobiście „Adam” Władysław Pacholczyk. Miał on swoje przypuszczenia, potrzebował ich potwierdzenia. W połowie 1943 roku oddziały NSZ okręgu kielecko-radomskiego włączyły do swych struktur grupę „Sosna” kierowaną przez uciekiniera z Pomorza Herberta Jurę „Toma”. Jura słynął z antykomunizmu, udowodnił to w Drzewicy zabijając 7 partyzantów GL; powierzono mu kierowanie Akcją Specjalną (grupą wyznaczona do likwidacji zagrożenia komunistycznego).

Pod koniec 1943 roku „Adam” Pacholczyk natrafił na ślad powiązania Jury z radomskim gestapo; szef AS NSZ bezpośrednio współpracował z hauptsturmfuhrerem Paulem Fuchsem. Dowody zdobyte przez Pacholczyka stały się podstawą do orzeczenia wyroku śmierci dla Jury, zamach przygotowany przez „Adama” nie udał się; Jura schronił się pod opiekę gestapo. Latem 1944 roku zajął w Częstochowie willę przy ul. Jasnogórskiej (100 m od siedziby gestapo) formalnie dla potrzeb przedsiębiorstwa transportowo-budowlanego.

Pacholczyk (od czerwca, po scaleniu, wraz ze swoją grupą był w AK-NSZ), zlecił obserwację willi synowi jej byłego właściciela Ryszardowi Hartmańskiemu. Młody „Rysiek” został zatrzymany przez ludzi „Toma” i uwięziony w piwnicy willi; ale dzięki jego działaniom Pacholczyk miał pewność, że „Kmicica” i „Haika” zabili ludzie „Toma”. Co gorsza, wyraźne były przed tym morderstwem kontakty „Toma” z oficerami Brygady Świętokrzyskiej.

„Adam” nie zdążył zakończyć śledztwa. W końcu października przyszli po niego ludzie w mundurach gestapo. Ślad po nim zaginął; nie trafił do niemieckiego aresztu czy gestapowskiej katowni.

Poszukiwania „zaginionego” dowódcy stało się sprawą honoru dla Piotra Kościelnego „Macieja” (szefa sztabu okręgu AK-NSZ) oraz jego przyjaciela Stanisława Żaka „Częstochowskiego” (szefa wywiadu okręgu). Staszek był świadkiem na ślubie pani Ani z Piotrem; opowiadała o nim jako wiecznym optymiście, zawsze uśmiechniętym, takim na którego można liczyć w najtrudniejszych chwilach. Zabito go 25 listopada na ul. Botanicznej; nie wiadomo, czy zrobili to ludzie „Toma”, czy może „nasi” z Brygady, rewanżując się Jurze za zabicie „Kmicica”.

W Krakowie ludzie z Brygady zastrzelili Witolda Gostomskiego, szefa II oddziału NSZ, bratobójstwo stawało się częścią polityki.

W styczniu młodemu Hartmańskiemu udało się wydostać z więzienia w willi „Toma”. Przesłuchiwany i torturowany szedł w „zaparte”, wmawiał Jurze, że obserwował dom na prośbę ojca, dbającego o rodzinny majątek. Może mu uwierzono, może ludzie „Toma” nie chcieli zabijać niewinnego chłopca. Ocalał. Zeznania o uwięzieniu składał w mieszkaniu Kościelnych. Mówił, że od końca października siedział z nim w piwnicy Pacholczyk. Była także 18-letnia Kazimiera Wąsik, zatrzymana jako „komunistyczna łączniczka”. 23 grudnia 1944 roku oboje wyprowadzeni zostali z piwnicy, wsadzeni do samochodu i wywiezieni w nieznane. Samochód wrócił po godzinie pusty. Tak zginął „Adam” Władysław Pacholczyk, założyciel narodowej konspiracji w Częstochowie. Za sanacji w Berezie siedział z komunistami, przyszło mu też umrzeć razem z młodą komunistką. Może była to cena za uratowanie innych.

W styczniu 1945 roku w przeddzień sowieckiej ofensywy Brygada Świętokrzyska rozpoczęła swój marsz na Zachód. Pośrednikiem w rozmowach z Niemcami, gwarantującymi bezpieczny przemarsz, był „Tom” Herbert Jura. Do marszu nie przyłączył się oddział „Żbika”; wysłano go w okolice Radomska. Losy oddziału „Żbika” po wejściu armii sowieckiej świadczą jaki byłby koniec Brygady. Porozumienie z Niemcami uratowało życie blisko tysiącu żołnierzy.

O tym wszystkim nie wolno było mówić. Samo ujawnienie faktu służby w oddziałach NSZ groziło za stalinizmu więzieniem. Potem też nie było lepiej, obdarzeni etykietką polskich faszystów, z zarzutem kolaboracji z niemieckim okupantem, woleli ukrywać swoją przeszłość.

Dopiero po 1990 roku można było mówić prawdę, ale też nie do końca. Pani Ania działała w Światowym Związku Żołnierzy AK, unikając akcentowania przynależności do NSZ. Dyskretnie odnowiono grób rodziny Żabów, zawieszając na nim tabliczkę o spoczywającym w tej mogile „Kmicicu” Nakoniecznikoff-Klukowskim. Stefan wybrał się na zjazd kombatantów Brygady Świętokrzyskiej zorganizowany w czeskim Holiszowie, by przypomnieć uwolnienie 1000 żydowskich więźniarek dzięki akcji zbrojnej NSZ. Pamięć o tym wydarzeniu nadawała sens zimowemu marszowi Brygady NSZ na zachód.

Pani Ania niechętnie wspominała ową smutną jesień po gorącym sierpniu. „Staszka nigdy nie zapomnę, bo nie zapomina się przyjaciół. Pamiętam jak żył, wiem jak zginął i kto go zabił. Po co jednak o tym mówić? Walczyliśmy o Polskę, wierzyliśmy w to. Obrzucono nas za to błotem, przypinano łatkę zdrajców. A dla mnie zdrajcą jest ten, co poszedł na służbę Sowietów i na ich rozkaz mordował Polaków. I co? Dla satysfakcji tych zdrajców mam dziś opowiadać o zabiciu Staszka przez swoich… ”

Nie osądzaj. Dokumentuj, zbieraj fakty, pamiętaj. Ale nie osądzaj, bo kim jesteś, by zrozumieć wybory ludzi w czasach nieludzkich. Każdy zasługuje na uczciwy proces; jeśli tego nie ma, barbarzyństwem jest głoszenie wyroków.