Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Proste historie. Wędrówki ludów

Jarosław Kapsa

Nie znamy początku ani końca, nasza opowieść o przeszłości i przyszłości jest jak fotografia sznurka, którego oba końce giną w wodzie. Tworzymy sobie różne paralele, chcąc utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy.

I

Widzimy tłum wędrujący z południe na północ, przypominamy mit o średniowiecznej wędrówce ludów, martwiąc się o zagładę naszego Imperium Rzymskiego. Ale ludzie chodzą, bo Bóg im dał nogi zamiast skrzydeł. Wędrują nie tylko z południa na północ, ale i w każdym innym świata kierunku. Dlaczego wspominać mamy wędrówki z III-V wieku n.e.; wcześniej i później były podobne. Czy Ameryka i Australia zbielały od słońca, czy może stały się ziemiami podbitymi wędrówką białych ludzi, czy nie jest ukrytym rasizmem inne traktowanie naszych, europejskich wędrówek, niż afrykańsko-azjatyckich?

Każdego niosą marzenia o lepszym życiu. Jeśli więc odrzucimy różnice rasowe, religijne, kulturowe, językowe, to migracje okażą się bliźniaczo powtarzalne. Rzeczywiste różnice nie wyznaczały rasy ani narodu, były one jakby w poprzek; ktoś był panem, ktoś zaś poddanym. Inna była wędrówka na wschód Koniecpolskich, Sobieskich, Potockich, którzy tam zdobywali ziemie i je kolonizowali; inna idących w ślad za nimi wieśniaków z Małopolski i Mazowsza, którzy z czasem stawali się Ukraińcami. I kombinuj potem, czy my jako Naród Polski byliśmy Panami Kolonizatorami, czy też poddanymi kolonistów. Ideologia sarmatyzmu poprzedziła teorię Gumplewicza o tworzeniu państw w wyniku podboju. Sarmaci, tak jak Hunowie Arpada czy Wikingowie Ruryka, przyszli z zewnątrz, podbili Polskę, stworzyli z niej państwo i rządzili nim jako szlachta. Konkurencyjna wobec sarmatyzmu była idea ludowości; przekonanie, że prawdziwymi Polakami, z prapradziada, byli chłopi i oni jednie przechowali staropolskie wartości.

Myślę sobie, że jeśli chodzi o Polskę, na początku było Uście Solne i chów wsobny, a jedno z drugiego wynikało. Sama natura wyznaczała granice przestrzeni Uścia; z dwóch stron były rozlewiska rzek – Wisły i Raby, z dwóch pozostałych lasy. Rozrost miał swoje granice; i faktycznie – według badań Zofii Daszyńskiej–Golińskiej, przez blisko 100 lat liczba mieszkańców była stała, areał upraw też, na rodzinę uściową przypadało 2 morgi ziemi. Natura niezbyt dobrotliwie regulowała porządek ekonomiczny; rodziło się dużo dzieci, lecz szybko większość z nich wymierała; przyrost był więc zerowy. Delikatną równowagę demograficzną mógłby zakłócić napływ z zewnątrz, dlatego najpierw (w XVII w) wygoniono Żydów, potem (a może już wcześniej) wprowadzono niepisany obyczaj, że uściowy może żenić się tylko z uścianką. Koligacje wewnętrzne były operacjami trudnymi; ze względów biologicznych unikać należało bliskiego pokrewieństwa; ekonomia dyktowała zaś prawo związków bogatych z bogatymi, a biednych z biednymi. W efekcie ukształtowała się wewnętrzna warstwa arystokracji (ok 20 rodzin bogatych) i plebsu.

Dodajmy tu także; wbrew obiegowej opinii, że w Polsce była szlachta i jej poddani, pańszczyźniani; w Uściu nie było ani jednych, ani drugich. Uście Solne było od czasów Kazimierza Wielkiego miastem królewskim, a chłop–mieszczanin był osobnikiem wolnym. Prace pańszczyźniane, owszem, wykonywano; był to tzw „odrobek” – odpracowywanie pożyczki zaciągniętej u bogatego chłopa czy szlachcica z sąsiedniego folwarku. Była to nieprzyjemna uciążliwość, stąd niechęć do Polaków (szlachty) krwawo owocująca zapustami (1846 rok). Uściowych, jako miastowych, nazywano „kulonami” (kolonistami), więc pewnie kiedyś skądś przyszli. Sami o sobie byli przekonani, że byli tu od zawsze; a przychodzą „obcy”. Obcymi byli wszyscy: Polacy, Niemcy, Żydzi, górole, moskole zza Wisły, jegry, france i duchowni. Tych ostatnich uważano za autorytet, bo taki ksiądz, choć niezbyt mądry ani uczciwy, był niezbędnym pośrednikiem między Uściem a Panem Bogiem.

Z różnych względów w latach 80-tych XIX wieku, w Uściu i całej Galicji Zachodniej, nastąpiło załamanie delikatnej równowagi demograficznej. Dzieci przestały masowo wymierać, starzy żyli ciut dłużej; ludzi było więcej, a przestrzeń rolnicza pozostała ta sama. Zdarzyło się to, co przewidywał Malthus. Uście było w lepszej sytuacji, niż wiele podobnych wsi i miasteczek Galicji; bo uściowi mimo zwyczajowego wsobnego chowu, byli na swój sposób światowymi ludźmi. Wisłą wozili towary na targ w Krakowie; przez rzekę przemycali towary do zaboru rosyjskiego, a jako wykwalifikowani flisacy najmowali się na spływy aż pod Warszawę. W dodatku, ponieważ trafił im się ksiądz mądry i uczciwy, pod wpływem jego namów przestali pić i dzięki temu żyło im się lepiej.

Ale to „lepiej” nie rozwiązywało problemów; dzieci przez to „lepiej” wymierało coraz mniej, starzy żyli coraz dłużej. Wisły i Raby nie dało się przesunąć, by zwiększyć przestrzeń upraw rolnych; Malthus z triumfalnym uśmiechem mógł z góry obserwować ich problemy. Nie było innego wyjścia, uściowi włączyli się w nurt wielkiej wędrówki ludów; tej, która na biało zabawiła obie Ameryki i Australię.

II

Etnografowie znają pojęcie transport nasobny. Poznajemy go z obrazków telewizyjnych: idą kolumny kobiet masalskich lub matabelskich, idą boso, na sztywno wyprostowanych głowach niosą pakunki, tamtejsze wiaderka i walizeczki. Wczesną wiosną w latach 80-tych XIX wieku podobne kolumny kobiet z transportem nasobnym wyciekały z Uścia, wędrując piaszczystą drogą przez Łony na Bochnie. Różniły się formą transportu nasobnego; uściowe na głowie miały chustki, na plecach zawinięty w płat lnianego płótna świat rzeczy najważniejszych: żywność, ubranie, przybory do szycia, modlitewnik, coś na sprzedaż. Szły boso, buty zakładały na stacji w Bochni, bo nie wypadało w świat jechać jak dziadówki.

Kobiety stanowiły forpocztę zmian cywilizacyjnych. Mężczyźni w Galicji, nawet niepijący, byli gamoniowaci; dla nich wyprawa w wielki świat to służba wojskowa, potem się żyje tak, jak się żyło, wspominając do śmierci służbę u Cysorza. Nastoletnie, piękne uścianki, wydawały się za mąż za tych gamoni; w wieku trzydziestu lat wyglądały już jak wiedźmy, gotowe pazurami wyszarpać każdego grajcara, by wyżywić siebie i nakarmić stado wrzeszczących z głodu dzieci. Chłop krowy nie wydoił, obiadu nie ugotował, bo to dla niego nie honor; na jarmarku zamiast targować, wolał pić likput w karczmie. Chłop na saksy? Za pracą do Niemca? A po co. Jeden przywiezie żonę, większość choroby weneryczne; to co zarobią latem, przepiją przez zimę; pożytku z nich wspólnota nie ma. Kobiety przecierały szlaki migracji zarobkowej, docierając już nie tylko na Śląsk, ale i do Westfalii i Danii.

Jednak najważniejsza decyzja, o wyjeździe na stałe, należała do mężczyzn. Ujawniała się tu różnica płci w dostępie i przetwarzaniu informacji. Kobiety realniej poznawały świat i trzymały się tego poznanego. Saksy były harówką na obczyźnie, ale nie różniły się od znanej od dziecka pracy „na odrobku”. Były może nawet lepsze, bo niemiecki bauer bardziej szanował kobiety. W domu bił mąż i ojciec, na „odrobku” ekonom; bauer nie bił, najwyżej bauerowa, jak matka, kijkiem skarciła. Dziewka w Uściu za pół roku pracy przy krowach, dostawała prócz pożywienia najwyżej znoszoną spódnicę i potłuczone lusterko. Bauer też dawał znoszone ubranie, ale – na koniec prac – sumiennie wyliczał i wypłacał srebrne marki. To było oswojone. Wyjechać jednak na stałe? Oderwać się od uściowej wspólnoty? Za wielkie ryzyko. Były takie, co im się miejskie życie zamarzyło w Krakowie, Pradze lub Wiedniu; kończyły smutno, na ulicy. W kościele nie raz przestrzegano, by diabłom duszy nie dać.

Chłop też bał się świata, bo wszędzie cwaniaki czyhają, by go z pieniędzy ograbić. Prócz strachu równie silne było marzenie. W końcu XIX wieku owe marzenie krystalizowało się słowem Ameryka.

Musimy tu odnotować, gwoli historycznej prawdy: pierwsza stała emigracja z Uścia Solnego, w latach 70-tych XIX wieku, pokierowała się na wschód. Kilka rodzin sprzedało ziemię i chałupy, spakowało dorobek życia i stało się kolonizatorami Wołynia. Urodzajna kraina potrzebowała rąk do pracy, zakładali tam swoje osady Niemcy i Czesi; nic dziwnego, że i uściowych przyciągnęło „ruskie Eldorado”. Ten sam szacunek dla historycznej prawdy każe nam bez zbędnych złudzeń odbierać amerykański mit. Słowa o wolności i tolerancji bywają takim samym kłamstwem jak deklaracje o równości i braterstwie. Wiek XIX był czasem wyzwolenia: w Ameryce zniesiono niewolnictwo, na wschodzie Europy poddaństwo chłopów. Uściowych nie dotyczyło jedno i drugie, bo byli wolni; ale wolność nie była w stanie ich nakarmić. Bogactwo jednostek, wspólnot, narodów, tworzy się z ludzkiej pracy, więc bez względu na formę zależności, tak niewolnicy, jak i ludzie wolni, musieli na to bogactwo pracować.

Jeśli dziś próbujemy zrozumieć chłopów „pegeerowskich” uwolnionych z zależności od Pana Prezesa, a jednocześnie porzuconych w obcym im świecie wolnego rynku; tak samo zrozumieć należy nostalgię wyzwolonych niewolników i eks-pańszczyźnianych za Dobrym Panem. Był w tym wyzwoleniu smak oszustwa. Niewolnik (poddany pańszczyźniany) był wartością, o którą musiał zadbać właściciel. Musiał zadbać o dzieci, by przeżyły, opiekować się zdrowiem poddanych, by mogli najdłużej pracować, na starość wypadało mu zapewnić im przynajmniej schronienie i strawę. Wyzwolenie zwalniało z tych właścicielskich obowiązków. Kupowano tylko pracę; sprzedający musiał sam zadbać o swoją zdolność do niej; gdy nie mógł sprzedać pracy, odrzucano go jak zużyty odpad. Policzmy sobie koszty. Niewolnika trzeba było kupić lub złapać w Afryce; ponieść koszt przewiezienia do Ameryki, koszt budowy jakiegoś domu dla niego, koszt wyżywienia (niezależnie czy pracuje czy nie), koszt pilnowania, koszt opieki na starość i koszt pogrzebu. Emigrant „sam się łapał”, płacił za transport, na własnych koszt wynajmował dom, płacił za wyżywienie i własny pogrzeb. Liczby nie kłamią: koszt pracy wolnego człowieka był niższy niż koszt pracy niewolnika. Możemy do tego dopisać jeszcze trochę pięknych słów o moralności i prawach człowieka.

Gdy rozwój Stanów Zjednoczonych (a także Brazylii i Argentyny) zagrożony został deficytem rąk do pracy, wybudowano Statuę Wolności, a konsulaty amerykańskie zmieniły się w punkty werbunku siły roboczej. Werbowano tam, gdzie siła robocza była najtańsza, w „dzikich” krajach wschodu i południa Europy; łapano stada „świń” (PIGS – Portugalczyków, Italiańców, Greków, Słowian).

III

W rozmowach w karczmach galicyjskich coraz częściej padało słowa Ameryka. Rozwijało się ono w towarzystwie innych, nieznanych określeń. Pojawiła się szypkarta (siwkarta) jako przepustka do nowego świata. Szypkartę sprzedawał agent, z nią jechało się pociągami do Amburga (Hamburga), była biletem wstępu na okręt linii Cunarda White Star wożący dusze do raju.

We wsi, prócz księdza, było kilka osób piśmiennych, każda korespondencja miała charakter publiczny. W karczmie odczytywano z namaszczeniem słowa podyktowane przez nadawcę w Ameryce, zaczynające się zwyczajowym „W imię Ojca i Syna..”. W słowo napisane wierzono święcie, choć wszelkie okoliczności przemawiały przeciw tej wierze. Ten kto pisał, chwalił się sukcesami, bo nie wypadało robić za nieudacznika; ten, któremu się nie udało, nie pisał. W zaborze rosyjskim była cenzura; nie dopuszczano listów zbyt optymistycznych, by nie zachęcać ludności Imperium Carów do emigracji (na pracę czekały puste przestrzenie Rosji). Byli też agenci, którzy emigrantom jeszcze przed wyjazdem kazali podpisywać krzyżem listy o sukcesach za oceanem; taki był galicyjski marketing. Konsulaty rozsyłały foldery, widokówki, ulotki, gwarantując każdemu pracę za oceanem i prawo do poszukiwania szczęścia.

Linie okrętowe budowały siatki pośredników sprzedających bilety (owe szypkarty). Tworzyła się w Galicji i Królestwie Polskim złożona wielopiętrowa sieć agentów, pomocników agentów, naganiaczy i pośredników. Kupowany w Hamburgu bilet na statek kosztował 130 koron, dojazd pociągiem z Krakowa do Hamburga 50 koron. Szypkartę dla chłopa sprzedawał agent za 500 koron, był więc w tym interes i to dobry interes. Tysiące ludzi, od karczmarzy i handełasów żydowskich, po nauczycieli ludowych i podupadłych ziemian, żyło z pośrednictwa ruchu emigracyjnego. Bywali uczciwi, ale oszustów też nie brakło. Konkurencja była ogromna, każdy chwyt w niej dozwolony. Agent w Wadowicach potrafił na oczach zdumionego chłopa zatelefonować (na jego koszt) do samego Cesarza Ameryki, by w krótkiej rozmowie upewnić się, że ten przyjmie wieśniaka z bocheńskiego. Inny agent był nerwowy, pobił więc i w chlewiku zamknął chłopów co się nadmiernie dopytywali o szczegóły. Jeszcze inny zgadywał się z policją; jak chłop korzystał z konkurencji, to mu nie dali paszportu i jeszcze rewizję w chałupie zrobili. Jedni uczciwie brali zadatek, uprzedzając o płatnościach w Hamburgu; inni za gotówkę zamiast szypkarty wciskali widokówkę ze stateczkiem. Dobry agent potrafił wszystko. Załatwił paszport, a jak nie, to przemycił przez granicę, towarzyszył w drodze pilnując przesiadek z pociągu na pociąg, zapewniając noclegi i posiłki, dbając do czasu wejścia na pokład statku. Inny dawał szypkartę i karteczkę z wypisanymi nazwami miejscowości wyznaczającymi marszrutę; potem człowiek nie znając języka tułał się przez Niemcy, śpiąc po parkach i klatkach schodowych.

Każdy los był inny. Wyjeżdżali z Uścia ludzie, dla których cały świat zamykał się w widłach Wisły i Raby. Często niepiśmienni, nie mówiąc o znajomości obcych języków i geografii obcych krajów. Chłop galicyjski łączył w sobie zakorzeniony lęk przed obcymi i wynikającą z tego nieufność z równie wielką łatwowiernością. Nie trudno go było oszukać. Wyjazd był ryzykiem, rozkładano je racjonalnie. Najpierw wyruszał „zwiadowca”. Rodzina zaciągała kredyt; nie było o to trudno, bo z agentami współdziałały kantory finansistów (czasem mieszczące się w sklepikach ze śledziami). Chłop był dobrym kredytobiorcą; zakorzenione poczucie honoru i uczciwości nakazywały mu płakać i spłacać nawet najbardziej lichwiarskie pożyczki. Miał także jako zastaw ziemię, a prędzej płuca by wypluł, niż stracił ojcowiznę. Kupno szypkarty na kredyt chroniło przed oszustami; kredytodawca sam sprawdzał wiarygodność agenta, upewniał się czy rzeczywiście wsadzi podopiecznych na „szipa” (okręt). Zwiadowca nie jechał sam, organizowano się przynajmniej w kilka osób, by się nie zatracić. Dotarcie na miejsce do Ameryki jeszcze nie decydowało o sukcesie. W porcie na ludzi z Uścia czekał tabun pośredników i naciągaczy; pośrednicy werbowali do pracy na farmach, w rzeźniach, w fabrykach; naciągacze obiecywali tani nocleg i jeszcze tańsze rozrywki. Rolą zwiadowcy było zadomowienie się, znalezienie pracy, odkładanie centa do centa, by spłacić dług i kupić szypkartę dla bliskich. I tak płynął strumień: zwiadowca, potem jego bliscy, potem bliscy bliskich. A że każdy swój musiał wspierać swojego, to w dalekiej Ameryce odtwarzało się Uście, Szczurowa, Mszana; silne solidarnością i strachem przed obcymi wspólnoty lokalne.

I tak z Galicji do dalekiej, Hameryki wyjechało 3 miliona ludzi.

Zmieńmy tylko czas i nazwy geograficzne. Przenieśmy się w wiek XXI, nazwijmy egzotyczną nazwą Uście, Galicję uznajmy za prowincję Konga lub Sudanu. Bo tylko to się zmienia. Ludzie są tacy sami, wszędzie. Chcą żyć, a widząc, że żyć „u siebie” „po staremu” się nie da; przełamują strach przed obcym, wyruszają w wędrówkę ludów. Pogardzani, oszukiwani, ograbiani idą za swoimi marzeniami, tak wczoraj, tak dziś, tak do końca świata.

A ten co z pogardą mówi o falach emigrantów, zagrażających naszej cywilizacji, kto obiecuje budować mury, by chronić nas przed nimi, ten jest – dla mnie – zwykłym łajdakiem, obrażającym moich przodków emigrantów z Galicji i Królestwa Polskiego.

Reklamy


Dodaj komentarz

Proste historie. Zwyczajny faszyzm, realny socjalizm

Jarosław Kapsa

Rys. Andrzej Czeczot – Gnębon Puczymorda

Niewątpliwie osobnik nazywany Szałanem zasługiwał na określenie wariat i wielokrotnie potwierdzał to czynem. W maju 1985 roku Szałan na 99-metrowym, srebrnym kominie w cementowni „Nowiny” pod Kielcami wyrysował piękną kotwicę ze znakiem S. „Zaproszony” z tej okazji na kielecką komendę WUSW, po serii stereotypowych pytań (imię, nazwisko, obywatelstwo, narodowość) na to ostatnie odpowiedział z radosnym uśmiechem: Żyd. „O żesz, ty, k…”, bęc, bęc, bęc, posypały się słowa i razy pałek. I tak wariat z Warszawy zderzył się z kieleckim faszyzmem.

Powinniśmy tu jednak zachować procesową ostrożność. Bijący milicjant miałby prawo oburzyć się na określenie „faszysta”; wszak z pomocą środków przymusu bronił on dzielnie socjalizmu, takiego jakim on jest, realnego. Szałan oberwał nie za to, że był Żydem, lecz za bezczelność, o której świadczyła świadczyła jego uśmiechnięta morda w momencie składania deklaracji wyznaniowo-narodowościowej.

Niektórym czynnościom urzędowym towarzyszy ekspresja werbalna. Czy można zarzucić antysemityzm ORMO-wcowi, który w 1968 roku okładał studentkę pokrzykując : „Masz, ku…o żydowska na święto kobiet”? Absolutnie. ORMO-wiec nie miał podstaw, by uważać bitą za k…ę, Żydówkę czy kobietę godną szacunku; jego okrzyk był abstrakcyjnym hasłem zagrzewającym do boju, podobnie jak ryczane przy takich okazjach „zabij, gada”, „w mordę chama” itp.

Przyjmując takowe wyjaśnienia do wiadomości, nadal pozostajemy w aurze niejasności. Wszak system, gdzie bije się ludzi za to, że uważamy ich za Żydówki lub Żydów określamy potocznie faszyzmem. Czy PRL lat 80-tych był krajem zwykłego faszyzmu, czy zwykłego realizmu? Czy oceniać to mamy przez ideologiczne deklaracje, czy przez czyny pałką spisane? Odczytywać treści z „Dzienników” Rakowskiego czy z codziennych artykułów „Żołnierza Polskiego”, „Rzeczywistości” lub „Trybuny Robotniczej”? Czy realny socjalizm lat 80-tych różnił się w sposób istotny myślą, mową i uczynkiem od tego co zwykliśmy uważać za zwykły faszyzm?

Dylemat ten nie dotyczy tylko przeszłości, zważywszy, że żyjemy w demokracji ubarwianej historycznymi rekonstrukcjami. Rocznicowe obchody 13 grudnia w Częstochowie organizuje lokalny ONR, nie przyjmując delikatnych uwag, że ich ideologia jednoczy nacjonalizm z b. ZOMO. Z równą niechęcią witać można potępianie współczesnego „faszyzmu” przez eks-aktywistów PZPR i SB; każda „k…a” może się nawrócić, lecz to nie powód by uczyła moralności.

Faszyzm współcześnie nie jest określeniem, ale mitem. Aby to wyjaśnić muszę najpierw przedstawić swoistą teorię postrzegania. Koń jest takim, jak go każdy widzi; każdy jednak może mieć inny sposób postrzegania. Może widzieć konia takim jak jest w rzeczywistości (1), może go widzieć takim, jakim chce by był widzianym (2); może go widzieć takim, jakim go widzieć powinien (3).

Opisując konia, w myśl 1 zasady, wyszczególnić możemy widziane, rzeczywiste cechy: ogon, cztery nogi, grzywę, zęby itd.; wszystko to, co rzeczywiście jest. W modelu 2 nadajemy cechy, które nie są łatwe do zweryfikowania, ale oddają nasz stosunek do konia: jest piękny, przyjazny człowiekowi, mądry (jeśli lubimy konie). W 3 określamy konia w sposób, który nie jesteśmy w stanie zweryfikować, lecz uznajemy za pewnik, bo tak uważają wszyscy (uczeni): ssak, zimno- lub ciepłokrwisty, parzysto lub nieparzystokopytny. Ta sama zasada postrzegania dotyczy nie tylko istot lub rzeczy, ale także zjawisk społecznych. Pisałem niegdyś o anachroniczności podziału lewica-prawica; w znakomitej mierze owa anachroniczność oddaje nasz stosunek do faszyzmu.

Jakim jest koń, czyli faszyzm? Model 1. Faszyzm był włoskim ruchem politycznym, który w 1922 roku doszedł drogą przemocy do władzy, stworzył państwo faszystowskie, w latach 1940-43 państwo to było sojusznikiem hitlerowskich Niemiec w wojnie przeciw Francji i Wlk. Brytanii. W 1943 roku, po nieudolnej próbie wycofania się z wojny, zostało zniszczone, zajęte i okupowanie przez Niemcy. Pewne cechy i sukcesy faszyzmu włoskiego stały się modelem, naśladowanym przez inne ruchy polityczne i państwa; nie był to jednak model unitarnego naśladownictwa, nie istniała forma scentralizowanej „międzynarodówki” faszystowskiej (tak jak komunistycznej). Był więc, na zasadzie naśladownictwa, „faszyzm” hiszpański, francuski, angielski, litewski, ukraiński, ale także polski oraz żydowski. Były państwa, które próbowały w mniejszym czy większym stopniu naśladować model państwa faszystowskiego (m.in.: Portugalia Salazara, Hiszpania za generała Franca, Austria, Litwa a także Polska w latach 30-tych); w żadnym z tych przypadków model naśladownictwa nie był idealnie tożsamy z włoskim. W Polsce cechy ruchu politycznego naśladującego włoski faszyzm miały nie tylko ONR, ale i endecki OWP lub sanacyjny OZN wraz z quasi-militarną przybudówką Legionem Młodych. Istotnym byłoby podkreślenie, że faszyzm nie był tym samym, co niemiecki narodowy socjalizm; tak jak i państwo faszystowskie Mussoliniego różniło się od Niemiec hitlerowskich. Jedną z istotnych różnic była kwestia rasizmu. Faszyzm deifikował państwo i naród; ale obie owe wspólnoty postrzegał w sensie tradycyjnym (wspólnoty kultury, języka, historii), mógł więc pełnoprawnym członkiem narodu włoskiego być człowiek „nieczysty” rasowo: Żyd, Słowianin, a nawet Arab lub Murzyn. W Niemczech naród miał cechy biologiczne, Niemiec musiał być „czystej krwi Aryjczykiem”.

Tyle o cechach faszyzmu, które można widzieć (określić na bazie krytycznej oceny źródeł) w rzeczywistości. Model 2 wyznacza subiektywność postrzegania. Zależny jest to od poglądów oceniającego, a zwłaszcza wyznawanej hierarchii wartości. Dla konserwatywnego-liberała faszyzm to rewolucyjny ruch modernistyczny, dążący do zniszczenia naturalnego, moralnego porządku społecznego, ustanawiający prymat kolektywnej wspólnoty ponad prawa jednostki, stawiający siłę ponad prawem. Dla anarchizującego socjalisty, faszyzm to ruch wsteczny, blokujący wolność jednostki, nietolerancyjny wobec wszelkiej inności, promujący kult siły i przemocy w stosunkach między ludźmi, narodami i państwami. W obu opiniach faszyzm jest piętnowany, ale w każdej z innego powodu. Dołożyć tu możemy jeszcze jeden motyw nielubienia faszyzmu: konkurencyjność w walce o rząd mas. Wytłumaczyć to można poprzez analogię z zachowaniem kiboli: wszak rzadko dochodzi do walk między kibicami piłki nożnej i kibicami koszykówki; najostrzejsze boje toczą fani tej samej dyscypliny sportowej. W walkach na noże na ulicach Berlina między komunistami a nazistami, czy na ulicach Wiednia między faszystami a nazistami, chodziło o tą sama dyscyplinę sportową: kto ma reprezentować lud (tłum, masę, plebs).

Opisując faszyzm (konia) w zgodzie z 1 lub 2 modelem postrzegania musimy dokonać pewnego wysiłku: wybrać i przedstawić argumenty przemawiające za naszą tezą. Zwolnieni z tego jesteśmy, gdy w zgodzie z zasadą 3 postrzegamy rzecz tak, jak powinniśmy postrzegać. Dlaczego użyłem określenia faszyzm w opisie milicjanta bijącego Szałana jako Żyda? Zadziałała tu „kalka”; milicjant bijący Żyda jest faszystą, bo faszyzm powinienem postrzegać, jako ideę bicia Żydów. A skąd to wiem? Czy mogę to zweryfikować z pomocą faktów? Jeżeli przyjmę za faszystowski ruch polskiego ONR czy ukraińskiego OUN, to tak, bili Żydów, wszystko się zgadza. A co z żydowskim Betarem (Bejtarem) Żabotyńskiego; ruch określał się jako faszystowski, wzorował na włoskim faszyzmie, ale – choć czasem też bił Żydów – z oczywistych względów nie był antysemicki. Czy mamy go traktować jako wyjątek, czy też odmówić mu prawa nazywania siebie faszystowskim?

Rozum podpowiada, że ten, który bije Żyda (Murzyna, Polaka, Araba) jest prawdopodobnie chamem, bandytą i łobuzem; ale nie musi być koniecznie faszystą. W pogromie kieleckim w lipcu 1946 roku gremialny udział w mordowaniu Żydów miał aktyw PPR, milicja ludowa i ludowe wojsko. Statystycznie rzecz biorąc więcej Żydów w Polsce w okresie powojennym zginęło z rąk żołnierzy Armii Czerwonej, LWP czy MO niż zostało zabitych przez NSZ. Ale to aktyw PPR, wraz z ludową milicją i wojskiem, organizował cykliczne wiece potępiające faszyzm i choćby z tego powodu kojarzyć się powinien z awangardą antyfaszyzmu.

To jak coś powinniśmy postrzegać wynikać może z wiedzy opartej na autorytecie nauki. Z tego powodu konia uważamy za ssaka, a krętka bladego za bakterię. Wiedza jednak nie musi się opierać na rzeczywistej nauce, może był efektem inżynierii społecznej narzucającej poprzez edukację szkolną, politykę historyczną czy zwykłą propagandę określony pogląd na świat. Antyfaszyzm jest przykładem skuteczności takiej inżynierii społecznej. Dlaczego faszyzm został uznany za „diabła wcielonego”, skoro jego zbrodnie to drobnostki w obliczu ludobójstw innych systemów totalitarnych: komunizmu i narodowego socjalizmu? Źródłem tego była manipulacja. Określanie jako absolutnego zła niemieckiego narodowego socjalizmu rzutowałoby cieniem na słowa „narodowy” i na „socjalizm”. Skoro „socjalizm” miał się kojarzyć wyłącznie z czymś dobrym (otwartym, tolerancyjnym, wrażliwym społecznie) nie wypadało go deprecjonować, nawet gdy miał cechy narodowego. I drugi dobry powód: narodowy socjalizm był ideologią niemiecką, gloryfikującą „białą nordycko-aryjską rasę”. Trudno było uzasadnić, że inne, nawet niedemokratyczne ruchy polityczne w innych, niż Niemcy państwach, walczące lub represjonowane przez hitlerowców były ruchami narodowo-socjalistycznymi „hitlerowskimi”. Faszyzm był nazwą mniej zrozumiałą, dlatego za faszystowskie można było uznać wszystko. I tak w Polsce represjonowano jako faszystów nie tylko ONR czy NSZ, ale także AK, PSL, PPS a potem nawet dysydentów komunistycznych. Innymi słowy: każdy kto nie zgadzał się z ideologicznym dyktatem ZSRR i KPZR stać się mógł faszystą.

Manipulacja ta okazała się bardzo skuteczna, podobnie jak marksistowski podział lewica-prawica. Skuteczność tą widać w przejmowaniu języka: bałwan, chcąc udawać radykalnego antykomunistę przebiera się w mundurek faszystowski i wychwala antykomunizm przedwojennych formacji antydemokratycznych. Gdyby umiał myśleć, dostrzegłby, że tak przed wojną jak i teraz komunizm jest odmianą ideologii stawiającej na wyższość stada nad jednostką; a tym samym najbardziej skrajnym przeciwnikiem komunizmu, narodowego socjalizmu czy faszyzmu była ideologia liberalna.

Czy faszyzm, a raczej jego rekonstrukcyjna reprodukcja nam zagraża? Określiłbym zagrożenie inaczej: groźny jest prymat chama na ulicy, bo może on zmienić się w panowanie chama w państwie. Chama określam tu zwyczajowo; jest to osobnik dominant narzucający (często przemocą fizyczną lub werbalną) innym swoje „jedynie słuszne” poglądy, nienawidzący zarówno oponentów, jak i wszystkich uważanych za obcych. Współczesność zna różne państwa zdobyte przez chama (od bliskiej Białorusi po daleką Wenezuelę), więc to zagrożenie jest dość realne. Służy mu nie tylko bierność wobec panoszenia się chamstwa na ulicach, ale też niszczenie autorytetu i niezależności instytucji stojących na straży wolności i bezpieczeństwa jednostek (sądów, samorządów, organizacji pozarządowych itp.). Cóż ja się będę jednak rozpisywał na ten temat, narzucając własne postrzeganie; zainteresowanych odsyłam do „Szewców” Witkacego, państwo Sayetana Templa i prokuratora Scurwego nie jest miejscem, w którym chcielibyśmy żyć, choć nie jest państwem faszystowskim. Tak jak prawdopodobnie nie był faszystowskim PRL.


Dodaj komentarz

Proste historie. Militaryzacja pamięci narodowej

Jarosław Kapsa

Jan Matejko – Stańczyk

Kiedy opadły dymy rac i kurz zadym, gdy ucichły głosy oficjalnych przemówień i wiecowych okrzyków, czas by na spokojnie przemyśleć ideę obchodów 11 listopada. Zwłaszcza, że za rok, z okazji 100 rocznicy odzyskania Niepodległości, spotęgują się dzisiejsze problemy.

Nie sądzę bowiem, by godność państwa czy narodu, budować mógł obraz świni (Piotr Rybak) z biało-czerwoną opaską, dowcipnie nazywający żonę Prezydenta RP Żydówą. Wątpliwy urok ma także przywłaszczanie obchodów wydarzeń historycznych dla budowania zasadności prawa jednej kliki politycznej do monopolu na rządzenie państwem. Wszak to już było, tak w 1938 roku – gdy 20-lecie określało monopol sanacji; jak i w 1968 roku, gdy V Zjazd PZPR w 50-lecie ustami Gomułki łączył niepodległość z ideami Marksa-Lenina-Breżniewa.

Zdefiniowanie przyszłorocznych uroczystości znajdziemy w ustawie Sejmu z dnia 7 kwietnia o narodowych obchodach setnej rocznicy odzyskania Niepodległości. Preambuła ustawy głosi: „Parlament Rzeczypospolitej Polskiej, mając na względzie wagę wydarzeń roku 1918, gdy po 123 latach rozbiorów wysiłek wielu pokoleń Polek i Polaków zaowocował odzyskaniem niepodległości a Państwo Polskie ponownie pojawiło się na mapie Europy, dostrzegając potrzebę uhonorowania setnej rocznicy tych wydarzeń, uznając za Ojców Niepodległości w szczególności Józefa Piłsudskiego, Ignacego Daszyńskiego, Romana Dmowskiego, Wojciecha Korfantego, Ignacego Jana Paderewskiego i Wincentego Witosa, oraz doceniając wkład, jaki w odzyskanie niepodległości wniosła generalicja Wojska Polskiego i duchowieństwo różnych wyznań, w tym szczególnie Kościoła Katolickiego, uchwala niniejszą ustawę”. Tego typu tekst warto analizować słowo po słowie, ze świadomością, że wpisujemy się w spory polityczno-historyczne toczące się od 1918 roku.

1. Spór o datę

11 listopada 1918 rok, w lasku pod Compiegne, w wagonie kolejowym, podpisany został rozejm kończący tragedię I wojny światowej. Koniec krwawej rzezi obchodzony był jako święto przez państwa zwycięskiej koalicji, w tym w Wielkiej Brytanii ma to do dziś charakter Dnia Pamięci o poległych. W Polsce dzień 11 listopada jako Święto Niepodległości ustanowiono dekretem Prezydenta RP Ignacego Mościckiego z 24 kwietnia 1937 roku oraz ponownie uchwałą Sejmu PRL 15 lutego 1989 roku. Znacznie dłuższa i żywsza była w naszym kraju tradycja obchodów jako święta narodowego rocznicy Konstytucji 3 maja; w tym wypadku nawet Kościół Katolicki dostosował święto religijne do daty świeckiej rocznicy.

Data 11 listopada budziła przed wojną różne spory. Odzyskiwanie niepodległości przez Polskę nie było jednorazowym wydarzeniem, ale procesem z różnymi zdarzeniami kulminacyjnymi. Pierwszym był akt cesarzy, niemieckiego i austro-węgierskiego, dnia 5 listopada 1916 roku ustanawiający niepodległe (choć pod patronatem cesarstw) Królestwo Polskie. Wiece w kilkudziesięciu miastach, uroczyste obrady rad miast i gmin, świadczyły, że akt ten odebrany był przez społeczeństwo jako restytucja państwa polskiego. Z tego wydarzenia wynikało następne: 7 października 1918 roku nominowany przez Radę Regencyjną rząd Jana Kucharzewskiego ogłosił formalną niepodległość Królestwa przejmując władztwo nad administracją, polityką zagraniczną i wojskiem. Z upoważnienia tego rządu rozpoczął się werbunek do polskiego wojska, które mogło już w początkach listopada wyruszyć na odsiecz Lwowa. Prowadzenie polityki zagranicznej rząd Kucharzewskiego powierzył utworzonemu na emigracji 15 sierpnia 1917 roku Komitetowi Narodowemu Polskiemu. Było to istotne; KNP od 10 listopada 1917 roku był uznany przez koalicję aliancką za formalnego reprezentanta Polski. Utworzone pod patronatem Niemców Królestwo znalazło się, dzięki decyzjom rządu Kucharzewskiego, w obozie zwycięskiej koalicji Francji-Wielkiej Brytanii-USA i innych krajów.

Kolejnymi wydarzeniami było utworzenie 28 października 1918 roku Komisji Likwidacyjnej w Galicji, po abdykacji cesarza Austro-Węgier i rozpadzie tego państwa. 7 listopada w Lublinie grupa polityków z PPS i PSL „Wyzwolenie” oraz konspiratorów z POW utworzyło tzw. rząd lubelski. 10 listopada z więzienia wrócił do Warszawy Józef Piłsudski, 14 listopada Rada Regencyjna powierzyła mu władzę dyktatorską; 17 listopada Naczelnik Państwa powierzył misję tworzenia rządu Jędrzejowi Moraczewskiego. 16 listopada Piłsudski wysłał do rządów innych państw depeszę o treści: „Jako Wódz Naczelny Armii Polskiej pragnę notyfikować rządom i narodom wojującym i neutralnym istnienie Państwa Polskiego Niepodległego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski. Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swym losie. Dzięki zmianom, które nastąpiły w skutek świetnych zwycięstw armij sprzymierzonych – wznowienie niepodległości i suwerenności Polski staje się odtąd faktem dokonanym. Państwo Polskie powstaje z woli całego narodu i opiera się na podstawach demokratycznych. Rząd Polski zastąpi panowanie przemocy, która przez sto czterdzieści lat ciążyła nad losami Polski – przez ustrój zbudowany na porządku i sprawiedliwości. Opierając się na Armii Polskiej pod moją komendą, mam nadzieję, że odtąd żadna armia obca nie wkroczy do Polski, nim nie wyrazimy w tej sprawie formalnej woli naszej. Jestem przekonany, że potężne demokracje Zachodu udzielą swej pomocy i braterskiego poparcia Polskiej Rzeczypospolitej Odrodzonej i Niepodległej”. Gwoli formalności stwierdzić wypada: zadeklarowana Niepodległość została natychmiast uznana przez rząd niemiecki. Alianci do 15 stycznia 1918 roku uznawali za przedstawicielstwo Polski KNP, jako pierwszy zyskał ich formalne uznanie rząd Ignacego Paderewskiego.

Pozostawić otwartym można pytanie, które z tych wydarzeń było odzyskaniem Niepodległości. Akt 5 listopada 1916 roku czy depesza z 16 listopada 1918 roku? Najtrudniej uzasadnić ważność daty 11 listopada jako przełomowego wydarzenia w Polsce. Dopiero po latach dorobiono legendę, że tego dnia Polacy, pod wodzą przybyłego do Warszawy Piłsudskiego, rozbroili i wypędzili ze swego kraju Niemców.

2. Spór o Ojców Założycieli

Gdyby zmarli zmuszeni byli do czytania ustaw sejmowych, zbuldoczyliby się zestawieniem nazwisk: Józefa Piłsudskiego, Ignacego Daszyńskiego, Romana Dmowskiego, Wojciecha Korfantego, Ignacego Jana Paderewskiego i Wincentego Witosa, jako Ojców Niepodległości.

Wyobraźmy sobie odbiór dzisiejszej opinii publicznej, gdyby w jednym rzędzie jako Ojców III i IV Rzeczpospolitej ustawić wszystkich Prezydentów (od Jaruzelskiego po Dudę) i wszystkich Premierów (od Mazowieckiego po Szydło). A przecież współcześnie spór polityczny jest ucywilizowany; nikt do nikogo nie strzela, nikt nie wsadza przeciwnika politycznego do więzień, nie nasyła na niego silnorękich bojówkarzy; a tak było w II RP. Przebija z tego zestawienia melodia kołysanki dla dzieci, że niby my Polacy czasem się kłócimy, ale jak trzeba jednoczymy się pod wspólnym sztandarem.

Z jeszcze większym zdziwieniem odczytać można z preambuły ustawy sejmowej słowa o wkładzie: „jaki w odzyskanie niepodległości wniosła generalicja Wojska Polskiego i duchowieństwo różnych wyznań, w tym szczególnie Kościoła Katolickiego”. Określenie „duchowieństwo różnych wyznań” ma być świadectwem naszej tolerancji, a ukłonem wobec historii podkreślenie roli Kościoła Katolickiego. Trudno jednak wymagać, by unicki metropolita Szeptycki w czasie wojny polsko-ukraińskiej, miał być polskim patriotą. Podobnie bzdurą jest generalizowanie Kościoła Katolickiego; a co z setkami księży katolickich na Śląsku czy w Wielkopolsce, którzy zgodnie z własnym wyborem narodowościowym pracowali na rzecz niemieckości tych ziem; a co z księżmi katolickimi, litewskimi patriotami. Dlaczego związki wyznaniowe miały by być szczególnie wyróżnione za wkład w Niepodległość? Czy mniejszy był wkład innych korporacji: związków zawodowych, ruchu spółdzielczego innych form samoorganizacji społecznej, w tym antyklerykalnej masonerii? Paradoksem historycznym jest, że z sześciu Ojców wymienionych w preambule, aż pięciu (Piłsudski, Dmowski, Daszyński, Paderewski, Witos) było w 1918 roku skonfliktowanych z hierarchami Kościoła Katolickiego. I wzajemnie, gdyby dobrze policzyć to większość hierarchów Kościoła Katolickiego przed 1918 rokiem z wyraźną niechęcią odnosiła się do idei niepodległościowych.

Jeszcze trudniej przyjąć tezę o szczególnych zasługach generałów. Nawet sympatyk militaryzmu zadać może pytanie, a czemu nie pułkowników, kapitanów, wachmistrzów czy szeregowych? Wyliczyć można dziesiątki żołnierzy-bohaterów o różnych stopniach wojskowych, przypomnieć też można nazwiska generałów, których „zasługi” lepiej przemilczeć. Armia, każda armia, nie tylko polska, jest taka jest społeczeństwo. Byli w niej bohaterowie, byli też degeneraci; czasem jedno nakładało się na drugie i bohater z frontu stawał się bandytą wobec cywilów. Nie da się zatrzeć faktów, że pod okiem „tolerancyjnych” generałów, żołnierz polski walcząc o Niepodległość czasem kradł, zabijał, gwałcił chłopki, podpalał Żydom brody.

3. Polityczny sens sporu

Spory o daty, osoby, wydarzenia są fragmentami najistotniejszej różnicy zdań: komu Polska zawdzięcza Niepodległość? Nikt tego nie przyzna, ale w cieniu tego sporu jest zwulgaryzowana teoria Ludwika Gumplowicza. Otóż w tej teorii państwa powstały w wyniku podboju i były narzędziem utrzymania władzy przez zwycięzców nad podbitymi. Kto więc podbił Polskę w 1918 roku, kto dzięki temu zwycięstwu miał moralne prawo sprawowania władzy nad podbitymi?

Wybór daty Święta Niepodległości – 11 listopada, był częścią polityki historycznej czyniącej z Józefa Piłsudskiego Ojca Niepodległości. To pod jego wodzą, czynem zbrojnym Polacy „wydarli” Niepodległość. Czy rzeczywiście? Spróbujmy sprawdzić tą teorię poprzez domniemanie, co by było, gdyby… Gdyby w sierpniu 1914 roku mieszkańcy Królestwa odpowiedzieli na apele strzelców z I Kadrowej podejmując antyrosyjskie powstanie… Wówczas Niemcy nie musieliby przerzucać wojsk z frontu zachodniego, padłby Paryż, wojna zakończyłaby się jesienią 1914 roku zwycięstwem państw centralnych. A gdyby polscy legioniści nie walczyli mężnie w listopadzie i grudniu 1914 roku pod Krzywopłotami i Limanową, być może ofensywa rosyjskiego „walca drogowego” zdobyłaby Kraków i Śląsk … wojna mogłaby się skończyć zwycięstwem aliantów.

W obu wypadkach świat byłby szczęśliwszy, bo nie zginęłoby kilka milionów ludzi, nie wyhodowano by na nędzy wojennej demona komunizmu, nazizmu czy faszyzmu. Polski by jednak nie było, tylko mniej lub bardzie autonomiczne polskie prowincje Niemiec lub Rosji. Przy tej całej gdybologii trudno, a nawet bardzo trudno, udowodnić, że bohaterstwo Piłsudskiego, oddana przez legionistów krew i życie w latach 1914-16, służyły sprawie Niepodległości. Można to dowodzić jedynie mitotwórczo. Polacy z Galicji czy Królestwa i tak byliby wcieleni do armii państw zaborczych, i tak by ginęli w nieswojej wojnie; a dzięki legionom „świat się dowiedział”, że Polak pod polskim dowództwem jest wspaniałym żołnierzem. Jeśli jednak przyjmiemy taką tezę, dlaczego nie gloryfikujemy walczącego po rosyjskiej stronie „legionu puławskiego”. Wszak z niego wywodzi się piękna legenda czynu żołnierskiego Ułanów Krechowieckich.

Mamy z legionami Piłsudskiego jeszcze jeden problem: co się stało, jak „świat się dowiedział” o tej wojennej odwadze. Francuzi pamiętali (lub powinni byli pamiętać), że przynajmniej dwukrotnie ofiarna, kosztująca tysiące ofiar ofensywa rosyjska w 1914 i 1916 roku (ofensywa Brusiłowa), uratowała ich państwo. Tak w roku 1914, jak i w 1916. (Kostiuchówka) Piłsudski bohatersko walczył więc pośrednio z… Francuzami i Anglikami. Nie dziwi, że po klęsce 1939 roku okupanci niemieccy ochraniali pomniki Piłsudskiego, a Francuzi z rezerwą traktowali przybyłych do nich piłsudczyków.

Nie wiemy też, czy „świat wiedział o bohaterstwie” Litwinów, Czechów, Estończyków – a oni także wynieśli z gruzów powojennych prawo do niepodległości. W odróżnieniu od nich bohaterstwo żołnierzy nowozelandzkich pod Galipoli, nie dało krajowi Maorysów nic, prócz chwilowej sławy.

Nie mam tu zamiaru krytykować Piłsudskiego i walczyć z jego legendą. Podobnie weryfikować można politykę prowadzoną przez innych Ojców Założycieli. Trzeba sobie jednak uświadomić, że Niepodległość nie była rzeczą „wydartą” zaborcom czynem zbrojnym toczonym pod jednym opatrznościowym Wodzem. Szczęściem było, że brakowało takowego jednego Wodza, że jego błędy nie skutkowały całościowo. Odzyskiwanie niepodległości potrzebowało tysięcy Matek i Ojców założycieli, różnorodnych lokalnych, regionalnych i ogólnonarodowych inicjatyw. Był to proces, trudny proces społeczny, wymagający różnorodnej aktywności na różnych polach. Ważniejszym niż czyn zbrojny na nie naszej wojnie był trud budowania od podstaw szkolnictwa, sądownictwa, administracji, policji, wszystkich instytucji będących fundamentem państwa. Licytacja na zasługi jest grą bez jednolitych reguł. Kto więcej zrobił dla Polaków w latach I światowej wojny: Piłsudski czy Rudolf Weigl (wynalazca szczepionki na tyfus); czy ocalenie tysięcy ludzi przed śmiercią można porównać z poświęcaniem tysiąca ofiar wysłanych na bój za Ojczyznę?

O jednym można mówić z przekonaniem: twierdzenie, że ktoś „podbił Polskę”, „wydarł ją” zaborcom, a przez to ma prawo rządzić „podbitymi” czy „wyzwolonymi”, było i jest uzurpacją.

Ludzie potrzebują i tworzą swoje państwo, po to, by ich chroniło i broniło przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Państwo istniejące po to, by zwycięscy mogli dominować nad podbitymi nie jest nikomu do niczego potrzebne. Przeszłość pokazywała, że dyktatura z flagą biało-czerwoną bywała czasem gorsza od obcego zaboru. Nie sama niepodległość jest więc wartością najwyższą, lecz tylko taka niepodległość która dobrze służy wszystkim obywatelom państwa.

4. Obywatelu, stań na baczność

Treść preambuły ustawy o obchodach 100 rocznicy wyznacza sposób uroczystości, będący formą politycznej indoktrynacji. Nie jest ona novum, jest kontynuacją przyjętego rytuału. Skrótowo zaprezentować ją można jako: pomnik, kościół, wojsko. Jest to tak już obyte, że trudno wyobrazić sobie inne obchody. Jest msza święta, po mszy przemarsz i złożenie kwiatów pod pomnikiem, temu wszystkiemu towarzyszy kompania honorowa czy inna oprawa wojskowa. Oczywistość się przyjmuje, ale nie zauważa, nie myśli się, co ten rytuał oznacza.

Muszę tu zaznaczyć: mnie to nie dotyczy, jak nie muszę, to nie uczestniczę w tego typu ceremoniach. Zresztą nie będąc katolikiem, konieczność uczestniczenia w obrządku wyznaniowym jest dla mnie zgodą na koniunkturalną obłudę. Nie czuję z tego tytułu kompleksu braku patriotyzmu. Ale ja mam prawo wyboru i umysł skostniały przez przyjęty katalog wartości. Więc nie chodzi tu o moje prywatne anse i niuanse; ale o rzecz szerszą. Tego typu obchody są częścią edukacji kierowanej do naszych dzieci i wnuków. Wklepuje się w ich głowy, że patriotyzm polega na kochaniu państwa reprezentowanego sojuszem tronu, buławy i ołtarza. Ideałem patrioty jest żołnierz-katolik wypełniający rozkazy władzy. Czy przypadkiem nie jest to model pasujący każdej dyktaturze? Czy ten patriotyzm nie stoi w sprzeczności z wartościami określanymi jako obywatelskie?

Popatrzmy na wyniki badań dotyczących zaufania społecznego. Stale w czołówce podmiotów obdarzonych największym zaufaniem jest wojsko (79%), harcerstwo (73%), kościół katolicki (70%), policja (65%). Znacznie niższe zaufanie mamy do sądów (45%), Sejmu i Senatu (30%), związków zawodowych (29%). Ogólnie jesteśmy społeczeństwem nieufnym, zaufaniem darzymy tylko najbliższą rodzinę, sąsiadom już nie wierzymy. Jest to dość niebezpieczne zjawisko. Osobiście skłaniam się ku teoriom o znaczeniu wzajemnego zaufania (kapitału społecznego) dla rozwoju kraju. Nie może egzystować państwo bez prawa, a prawo jest tylko martwa literą, jeśli nie ma przekonania, że służy wszystkim, każdy je musi respektować, a w przypadkach spornych liczyć można na wyrok bezstronnego sądu. Żyjemy więc w kraju, gdzie do wybranych przez nas instytucji (Sejmu i Senatu) nie mamy zaufania; tym bardziej nie mamy zaufania do stanowionego przez nie prawa, ani do sądów wyrokujących w imieniu tego prawa. Innymi słowy, nie chcemy tego, co stanowi istotną część naszej wolności. Za to ufamy instytucjom hierarchicznym, na które nie mamy wpływu, które wymagają rezygnacji z wolności na rzecz stania na baczność i wypełniania rozkazów.

Przyjmując, że wartością nie jest tylko niepodległe państwo, lecz takie państwo, które dobrze służy swoim obywatelom, nie można z góry zakładać, że żołnierz jest lepszym patriotą (miłośnikiem takiego państwa) od lekarza, kierowcy TIR-a, czy robotnika rolnego. Liczy się wkład w budowanie dobrego państwa. Twierdzenie, że żołnierz jest lepszym patriotą, bo ryzykuje życie dla Ojczyzny jest bałamuctwem. Otóż, nie za to płacimy żołnierzom (policjantom, strażakom) by ginęli bohatersko (umrzeć każdy potrafi); ale by nas skutecznie bronili. Jest to praca, czasem niebezpieczna; ale też niebezpieczna bywa praca kierowcy TIR-a czy robotnika rolnego. Tymczasem hierarchię patriotyzmu wyznaczają u nas nie rzeczywiste zasługi w budowaniu dobrego państwa, lecz sztuczny zabieg będący indoktrynacją na rzecz dyktatury.

Państwo potrzebuje ludzi potrafiących stać na baczność i wykonujących rozkazy – słyszałem służąc w wojsku w czasach PRL. Czy coś tu się zmieniło? Wiem, że służba w wojsku ma swoje zalety, nie trzeba myśleć, wystarczy, że przełożeni myślą za nas. Wolność narzuca na nas nieznośny ciężar odpowiedzialności, niewola – jak nie biją i dają jeść – jest lżejsza. Czy jednak nie wolimy wolności od niewoli?

Państwo potrzebuje ludzi potrafiących stać na baczność… Ale czy ja potrzebuję takiego państwa? Czy widok uroczystości symbolizującej sojusz tronu, buławy i ołtarza nie jest dla mnie pejzażem z obcego państwa? I dlaczego miałby świętować 100 lecie tego, obcego dla mnie państwa?

Śmieszne, że te obce dla mnie państwo z flagami biało-czerwoną jest polskojęzyczną podróbką pruskiego modelu. Panie Ministrze Gliński, czas profilaktycznie objąć cenzurą sztukę Carla Zuckmayera „Kapitan z Köpenick”, ukazującej, że w atmosferze wzmożenia patriotycznego byle żul, przebrawszy się w mundur może sobie porządzić państwem. Bez cenzury narodowe obchody 100 lecia Niepodległości u nas nie wypalą.

Wojciech Kossak – Józef Piłsudski na Kasztance