Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Proste historie. Okrucieństwo

Jarosław Kapsa

Rycina przedstawia tortury stosowane w średniowieczu do karania osób oskarżonych o czary, cudzołóstwo, morderstwo, a nawet o bluźnierstwo.

„Okrucieństwo polega na umyślnem i rozmyślnem sprawianiu cierpienia istocie żywej, czującej. Okrucieństwo jest dla okrutnika rozkoszą — mówi Rene Guyon — najobrzydliwszą, jaka się da wyobrazić, a to dlatego, że rozkosz ta jest w istocie swej podłością; pastwić się bowiem możemy tylko nad istotą słabszą, bezbronną — lew w klatce na łasce jest u dziecka. Nie dość tego, w okrucieństwie mamy najbardziej odrażającą formę podłości. Można tłumaczyć czyn podły, spełniony ze strachu, albo dla interesu, ale podłość dla rozkoszy pastwienia się nad tym, kto się bronić nie jest w stanie, nie może nie budzić pogardy najgłębszej w każdym, kto ma w sobie choćby podobieństwo jakieś tego, co się sumieniem nazywa”1 – pisał rektor Uniwersytetu Wileńskiego Marian Zdziechowski, w broszurze wydanej jeszcze przed wybuchem ogólnoświatowej erupcji okrucieństwa, nazywanej II wojną światową. Czytamy w niej dalej: „Wśród występków i zwyrodnień pierwsze miejsce należy się okrucieństwu. Gorszym jest okrutnik od samoluba, marnotrawcy, pijaka, rozpustnika. Samolub wielkie może tworzyć dzieła, wyłącznie samolubstwem się kierując, z rozrzutności marnotrawcy mogą inni korzystać, pijak i rozpustnik szkodzą przede wszystkiem sobie samym. Dla okrucieństwa niema i być nie może okoliczności łagodzących; okrucieństwo można tylko przeklinać. (…) Człowiek dumnie się mieni panem stworzenia, a pod względem moralnym, w uczuciach swoich i instynktach, o ileż niżej stoi od zwierzęcia! Zwierz drapieżnym bywa i krwiożerczym, ale z potrzeby; zdobycz swoją dusi i pożera, rozkoszy w przedłużaniu jej męczarni nie szuka, nie pastwi się nad nią — z wyjątkiem chyba kota, ale któż powie, że kot uświadamia sobie równie żywo, jak człowiek, cierpienia istoty, którą ma w pazurach swoich.”

Okrucieństwo jest cechą różniącą człowieka od zwierząt; z tym poglądem, choć bolesnym dla naszego wyobrażenia o sobie, musimy się pogodzić. Nie da się podważyć także tezy o uniwersalności zjawiska; znamy z opisów tortury chińskie, okrutne formy mordów rytualnych dokonywanych przez amerykańskich Azteków i przez hinduistycznych wyznawców bogini Kali, okrutnymi były tortury katolickiej inkwizycji i zbrodnie luterańskich szwedzkich żołdaków. Człowiek bywał okrutny mimo różnic etnograficznych, religijnych, światopoglądowych, rasowych. Można jedynie dowodzić, że religie i narzucone normy prawne krępowały naturalny instynkt okrucieństwa, próbowały go cywilizować, określać granice. W czasach wojen i rewolucji, gdy owe normy religijne i prawne przestawały funkcjonować, instynkt okrucieństwa wybuchał ze zwielokrotnioną siłą.

W ślad za Zdziechowskim poznajmy incydentalne zdarzenie z czasów hiszpańskiej inkwizycji: proces Elwiry del Campo w Toledo w roku 1568. „Doniesiono na nią, że nie jada wieprzowiny i że zwykła bieliznę zmieniać w sobotę: wyraźna wskazówka, że jest ukrytą żydówką, a tych żydów ukrytych tzw. Marranów, wyznających religję mojżeszową, pomimo że przodkowie ich pod grozą prześladowań przeszli formalnie na katolicyzm, było wówczas w Hiszpanji bardzo wielu. Stawiono ją przed sądem, rozebrano, rozpoczęto indagację. Pierwszym instynktem katowanej ofiary jest zaprzeczenie. Ale to nie pomaga, a ból staje się coraz dotkliwszym; wśród spazmów bólu oskarżona krzyczy, że przyznaje się do winy, że wszystko wyzna. Torturowanie ustaje. Ale co ma wyznać, kiedy nie wie dokładnie, o co ją oskarżono. „Wszystko jest prawdą — woła,— co powiedzieli donosiciele”. Inkwizytorowi to nie wystarcza. Żądają szczegółów; jakich? Coś zasłyszała o zbrodni niejedzenia wieprzowiny. „Nie jadam, bo mi szkodzi”. Nie posuwa to sprawy naprzód; zeznanie musi być dokładniejsze. Tortura się wznawia. Podniesiono ją do góry, wykręcając ramiona; ramiona wywichnięto. Oszalała z bólu krzyczy, błaga, by powiedziano jej, co ma zeznać, na wszystko z góry się zgadza. Daremnie; ojcowie są nieubłagani. Musi wszystkie szczegóły zbrodni opowiedzieć: „Nie wiem, nie pamiętam jakie to są szczegóły, a do wszystkiego się przyznaję; od świadków wiecie całą prawdę o mnie. Po co dręczycie? I tak dalej wkoło, ciągle te same bezmyślne pytania i nieprzytomne odpowiedzi, raczej krzyki i jęki. Coraz nowe i boleśniejsze tortury.”

Już w tamtym okresie zdawano sobie sprawę z irracjonalności stosowania tortur. Ludzie pod wpływem bólu fizycznego gotowi są uczynić wszystko, czego oczekuje kat. Nie oznacza to jednak uproszczenia drogi w poszukiwaniu prawdy. Torturowany mówi to, czego oczekuje kat, może oskarżyć sam siebie i swoich najbliższych o najgorsze zbrodnie, nawet o takie przez nikogo nie popełnione. Czasem dopuszczamy możliwość stosowania tortur usprawiedliwiając je „wyższym celem”. Terrorystę torturami zmusimy, by wydał nam plan zamachu; kidnapera, gdzie ukrył porwane dziecko; wroga na wojnie, by ujawnił plany agresora. Nie zadajemy pytania, w ilu wypadkach tortury przyniosły rzeczywistą korzyść. Może częściej zamiast wartościowych informacji uzyskiwano od podejrzanego terrorysty wymyślony, dla uniknięcia bólu, opis planu zamachu. Biedna kobieta z Toledo mogła nie wiedzieć nic o Marranach, mogła nie znać zwyczajów żydowskich; wyjąc z bólu błagała, by kaci podpowiedzieli jej, do czego, konkretnie ma się przyznać. Ilu podobnych torturowanych, błagających kata o podpowiedź, znaleźć można współcześnie w obozach filtracyjnych w Czeczeni, kazamatach w Afganistanie, katowniach w Syrii. Tak w średniowieczu, jak i dziś rozum (świadomość bezskuteczności tortur) ustępuje przed instynktem. Nie wiemy, czy metody stosowane w więzieniu Abu Ghurajd w przyniosły jakąkolwiek korzyść dla skuteczniejszej walki z terroryzmem; może były tylko akceptacją erupcji okrucieństwa wyzwolonego u amerykańskich żołnierzy pod wpływem wojny. Z uczuciem obrzydzenia do gatunku ludzkiego można czytać opisy rozmaitych tortur stosowanych na świecie w ostatnim dziesięcioleciu; przebrnąwszy tą ponurą lekturę nie znajdziemy dla nich usprawiedliwienia „wyższym celem”.

Historia tej biednej kobiety z Toledo jest dla nas cennym przykładem nie tylko z powodu tortur. Jaki był powód jej uwięzienia? Czujne oko sąsiedzkie zajrzało do garnków i do alkowy, odkryło, że postępuje w sposób nietypowy dla lokalnej społeczności: nie jada wieprzowiny i zmienia co tydzień bieliznę. Kodeks karny, ani inne obowiązujące przepisy prawne, nie regulowały jadłospisów ani harmonogramu zmiany koszul; kobieta nie naruszyła prawa, nie popełniła ani przestępstwa ani wykroczenia. „Zbrodnią” była inność. To tak, jakby współczesnemu politykowi wyrażającemu niechęć do „cyklistów i wegetarian” pozwolić swoje uczucia wyrazić przemocą. W tym jednak wypadku tyranem nie jest jakiś zwariowany Neron, to sąsiedzka wspólnota przejmuje na siebie przywilej bycia oskarżycielem i sędzią jednocześnie.

Nawet, gdyby we Francji nie powstała teoria o „dobrych dzikusach”, to i tak w większości społeczeństw dominowałoby przekonanie o „niewinnym”, „dobrym i sprawiedliwym z natury” ludzie i wrednych elitach, złym prawie, „nieludzkich” normach religijnych. Mówimy o despotach, o inkwizycji, o klerze dręczącym czarownice; odrzucając obrazy udziału w tym prostego ludu. A przecież w erupcjach zbiorowego okrucieństwa to zachowanie ludzi jest czynnikiem najbardziej przerażającym. Lud zdobywszy Bastylię nie ograniczał się do zabicia strażników, grał także w piłkę głową komendanta; znane są opisy tracenia publicznego morderców, kończące się rozszarpywaniem straconego przez „kibicujące” kaźni kobiety. Istniała forma Holocaustu „higieniczna” w postaci komór gazowych i „ludowa”: palenie w stodołach, rozbijanie główek niemowląt o ściany, rozpruwanie nożem brzuchów ciężarnych kobiet.

Państwa, przyjmijmy teorię Gumplowicza, powstawały mocą podboju; władze ujarzmiały podbitych, nakładały podatki i nadawały przepisy prawne, dbając, by kasa się zgadzała, a lud się nie buntował i nie powybijał wzajemnie. Władzy specjalnie nie interesowało w co wierzono na wsi, kto z kim sypiał i co jadał; ważne, że był spokój i haracz wpływał regularnie. Utrzymanie porządku w tych małych wspólnotach lokalnych, w tym także porządku moralnego, było zadaniem samorządu.

Prawo stanowione, niezależnie czy był to Saxon, Corolina czy nowocześniejsze kodeksy, było dla sądu wspólnoty jedynie wskazówką. Trudno by było inaczej, sędziowie bywali analfabetami. Liczył się zwyczaj, wójt był „ojcem”, który według swojego uznania karał, by wychowywać „swoje dzieci”. Opisuje to Zofia Daszyńska-Golińska w monografii o wsi mojej matki: Uściu Solnym2. „Zwykłe kary, na jakie sąd uściecki skazywał, były trojakiego rodzaju. Przede wszystkiem kara więzienna. Z opisu ratusza wiemy, iż więzień było dwa: górne lżejsze, które służyło najczęściej jako więzienie śledcze, rzadko zaś jako kara, oraz dolne, prawdopodobnie w lochu, w którym, jak powiada jeden z wyroków, można być „zgnojonym”. Bardzo charakterystycznem jest, że przebywanie w więzieniu rzadko kiedy stanowi prawdziwą karę. Najczęściej zamykają przestępcę „za kłódkę” dopóki nie wypłaci właściwej kary. Karę stanowią opłaty w pieniądzach i wosku, niekiedy zaś, gdy chodziło o elementy mniej w mieście poważane np. o parobków, albo też gdy przestępstwo nosiło charakter wykroczenia przeciw moralności, skazywano na rózgi. Rózgi spadały na winowajcę lub winowajczynię „pod pręgierzem”, w „kłodzie”, albo wprost w więzieniu po 25, 50, 60, a nawet 100, ale zwykle nie od razu, tylko częściami wymierzanych. W ogóle plagi stosowane są tylko wobec osób niższych.”

Przeważała racjonalność, kto mógł i miał ten mógł wykupić się od kary, płacąc grzywnę i stawiając wódkę wójtowi. Gdy nie… Loch, był jamą w ziemi wykopaną pod ratuszem; tam w wilgotnym błocie, we własnych i cudzych odchodach, gryziony przez szczury i inne insekty, pojony brudną wodą, karmiony pomyjami, delikwent uczył się porządku. Kobiety częściej lądowały pod pręgierzem, obdarte z ubrania i wstydu, stały obrzucane przez dzieciaki grudami ziemi, odchodami, kamieniami. Chłostę wymierzano „częściami”, mało kto wytrzymałby na raz 50 uderzeń bykowca; każde przecinało skórę, odrywało mięśnie od ścięgna…

„Parę miesięcy wlecze się proces sądu uścieckiego przeciw parobkom, służącym u różnych mistrzów, którzy pili i tańcowali we wtorek zapustny, gdy już dzwoniono na pacierze. Opinię publiczną oburza fakt, że parobcy podochoceni odpędzają burmistrza, który, przywołując ich do porządku, kazał muzyce zamilknąć. Sąd skazuje parobków na 20—60 plag, a urząd uznając, że kara jest jeszcze za niską, postanawia, iż parobek, który by się porwał z czynną zniewagą na burmistrza ma mieć odciętą rękę. (…) Czeladnik Byczkowicz skazany na więzienie dolne, z którego uwolniony zostanie dopiero po odcierpieniu 25 plag i to wykluczony od wszelkiej w mieście roboty. Powód kary obu mężczyzn stanowi, iż czeladnik uwiódł majstrową, a cudzej żony całować… nie wolno, chyba za nogi, jako majstrową, majster zaś tolerował go dalej u siebie, zamiast oddalić.? (…) W 1750 roku Wojciechowa Ratayka zachodzi w ciążę przed ślubem przez parobka służącego u jej matki. Całą katastrofę ukrywa, a dziecko każe pogrzebać. Wynika z tego sprawa: sąd zbiera się dwukrotnie, radzi się Saxona, wzywa Boga na pomoc i nie umie rozstrzygnąć, czy dziecko zostało zabite, czy też urodziło się nieżywe. Ostatnia możliwość jest całkiem prawdopodobną „bo była młoda i płocha, tańcowała po weselach, mogła sobie tedy zaszkodzić”. Pomimo to Ratayka skazaną zostaje na śmierć pod mieczem katowskim i dopiero wstawiennictwo księży uścieckich zamienia tę karę na liczne dary dla kościoła, oraz pobożne pielgrzymki obojga małżonków, gdyż żony mąż nie opuszcza. (…) 1 sierpnia 1763 roku sąd roztrząsa sprawę „o grzech nieczystości”, popełniony przez służącego Kaźmierza Strychalskiego, Rozalię Kucównę i Franciszkę Pyciakównę. Mężczyzna za uwiedzenie dwóch kobiet skazany zostaje na dwukrotne odebranie 50 i 60 plag pod pręgierzem i małżeństwo z jedną z dziewcząt. Kucównę, która miała dwóch kochanków, skazuje sąd na tę samą karę. Pyciakówna skazana zostaje na 60 plag, które ma otrzymać po urodzeniu dziecka. (…)” Wyrokiem wydanym 17 czerwca 1763 roku skazano na spalenie na stosie Błażeja Kaczkowskiego oskarżonego o zoofilię. „Taż klacz także, z którą to tenże bezecny uczynek był, ażeby się jakie monstrum z niej nie pokazało i tej nie przepuszczając ma być także spalona na osobliwym stosie drew dla dalszych i większych bezbożności, ażeby się wszelki lud na to zapatrzył i chronił się takowego uczynku i obrazy wielkiego majestatu boskiego.”

Oczywiście, także do zagubionego w błotach, przy zbiegu Raby i Wisły, Uścia musiał dotrzeć zwyczaj polowania na czarownice. Tu jednak powinniśmy poznać kontekst lokalny. Utrzymywanie porządku moralnego liczyć się musiało z naturą ludzi. Picie i bójki to oczywiste rozładowanie nadmiaru energii; byle nie przekraczać granic. Seks, tak i owszem, byle „wredna suka mi chłopa nie podebrała”. Czary i czarownice były codziennością wsi; kto jak nie „babka wiedząca” odgoni chorobę, pomoże przy połogu, zapewni dobrego męża i cielną krowę. Magia była częścią życia, zatem dogmatyczne polowanie na czarownice musiało spotkać się z oporem wsi. Skrupulatni Austriacy doliczyli się, po przyłączeniu Małopolski do swojego imperium, 467 osób parających się czarami. Ta tolerancja miała jednak swoje granice. Nawet w końcu XIX wieku dochodziło na wsiach galicyjskich do samosądów, do okrutnego znęcania się na ludźmi podejrzewanymi, że czarami szkodzą.

W 1760 roku przed uściowym sądem toczył się proces Agnieszki Studzyny. Oskarżono ją o sporządzanie miłosnej mikstury z imbiru i cynamonu na zamówienie kobiet, które chciały w sercach swych mężów na nowo rozpalić uczucia. Do winy przyznała się pod wpływem tortur. Ponieważ Studzyna cieszyła się złą sławą, jako „złodziejka mężów”, spalona została na stosie. W tym samym czasie o podobny czyn oskarżono Apolonię Kosturkową; za nią wstawił się mąż i troje zacnych gospodarzy, zarzuty oddalono. Uście więc nie wyglądało najgorzej na tle innych miasteczek. W Wiśniczu w 1688 roku oskarżona Jadwiga Marcowa pod wpływem tortur‚ ”powołała”, czyli oskarżyła o współudział w czarach 15 innych kobiet, w tym m.in. Jadwigę Talarzynę-Michałkową. Według zeznań oskarżonej, wszystkie razem zbierały zioła, spotykały się w czwartki, tańczyły, smarowały maściami i wspólnie latały na sabaty. „Powołana” przez Marcową Jadwiga Talarzyna w trakcie swojego procesu, na mękach, oskarżyła o współudział w czarach kolejnych 6 kobiet, w tym Reginę Wojciechowską z Kłaja. Ta z kolei ‚powołała’ 3 kolejne domniemane czarownice.3

Procesy o czary nie były jakimś specjalnym wyjątkiem, lecz elementem zbiorowego okrucieństwa mającego na celu utrzymanie ładu i porządku moralnego. Może to jednak brzmi paradoksalnie, ale tak, jak odgórnie, despotycznie narzucany porządek prawny i religijny, tak owe zwyczajowe, zbiorowe „samopilnowanie”, chroniło przed czymś gorszym: przed niekontrolowaną erupcją okrucieństwa. Takowa widoczna była nie tylko w czasie wydarzeń rewolucyjnych, rabacji 1846 roku, „pożogi” 1918-19 roku, „pogromów” lat 90-tych XIX wieku, czy „zbrodni wołyńskich” 1943 roku. Przerażenie budzą opisy samosądów dokonywanych przez chłopów w czasach I wojny światowej; złapany na kradzieży złodziej bywał kamieniowany, wbijany na pal, rzucany świniom na pożarcie.

Pamiętajmy jednak, że Uście czy Galicja nie są szczególnym wyróżnikiem. Okrucieństwo jednostki i okrucieństwo tłumu na całym świecie wygląda podobnie. Można się jedynie samooszukiwać, twierdzić, że to co zdarzyło się w Ruandzie, nie zdarzy się u nas; to co w Syrii, absolutnie nie u nas, to co w Serebrnicy, także nie… Czyżby? A może nasza cywilizacja to tylko cienka pozłotka, kiedy runą mury rygorów prawnych, norm etycznych i religijnych, „wyzwolony” człowiek okazać może całą, przerażającą krasę swojego „nadbydlęctwa”…

 

1 Zdziechowski M. „O okrucieństwie” Kraków 1928 r
2 Daszyńska-Golińska Zofia. „Uście Solne” Kraków 1906 r.
3 Magdalena i Piotr Roszowscy „Nad Uszwicą i Leksandrówką. Na kulturowych ścieżkach wiśnicko-lipnickiego parku krajobrazowego”. Tarnów 2016 r. Na postawie akt sądu w Wiśniczu

Reklamy


Dodaj komentarz

Proste historie. Zabójcza polityka historyczna

Jarosław Kapsa

Józef Piłsudski

Nie można polityki historycznej traktować tylko jako niegroźny objaw dowartościowania „swojej” społeczności, próbę budowania wspólnoty i kształtowania charakterów ukazywaniem pozytywnych wzorów. Polityka historyczna może bowiem łatwo zmieniać się w ideologiczne uzasadnienie dyktatorskiej władzy. Jeśli uwierzymy, że był jakiś nieomylny Ojciec Narodu, obdarzony przez Boga mocą przewidywania nieprzewidywalnego i przezwyciężaniem nieprzezwyciężonego, to wówczas, tak przed nim, jak i przed namaszczonymi przez niego epigonami, powinniśmy paść na twarz, błagając pokornie, by raczono nas krzepko wziąć za mordy.

Historia, będąca poszukiwaniem prawdy o przeszłości, to teren do harców dyskutantów. Pewne bywają tylko niektóre fakty, ich interpretacja z założenia musi być dowolna. Polityka historyczna nie poszukuje prawdy, ona ją narzuca; nie podejmuje dyskusji, tylko wyrzuca dyskutantów, nie stosuje siły argumentów lecz argument siły. Dlaczego uważamy, że Józef Piłsudski Wielkim Polakiem jest? Bo tak powiedział sam Józef Piłsudski, a tych, co się z tym nie zgadzali wsadzał do więzienia. Czy nie było tak? Nie da się zaprzeczyć. W swobodnej dyskusji możemy docenić rzeczywiste zasługi Piłsudskiego, dostrzec jego umiejętność przewodzenia ludziom, jego wrodzoną charyzmę; w wolnej dyskusji uwypuklić możemy zasługi w tworzeniu polskiej armii, odwagę w podejmowaniu decyzji, w tym tej dla odrodzonej Rzeczpospolitej najważniejszej, decydującej o wyniku wojny z bolszewikami. Ale też w tej wolnej dyskusji możemy krytycznie analizować błędy pana Marszałka; nie po to, by przeczyć wielkości, lecz by podobnych błędów nie popełniać w przyszłości. Wolność jest tu warunkiem nieodzownym; nie jest ona możliwa, gdy strony dyskusji stają się walczącymi obozami; gdy z jednej strony mamy ślepą afirmację „Wielkiego Polaka”, z drugiej równie ślepą nienawiść do niego.

Toczony w latach 20-tych XX wieku spór o rolę Józefa Piłsudskiego w prowadzeniu wojny polsko-bolszewickiej może być dla nas przykładem szkodliwego przecięcia dyskusji poprzez siłowe narzucenie obowiązującej polityki historycznej. Nie jest trudno też dowieść, że to rozstrzygnięcie nie wzmocniło Polski, przeciwnie, przyczyniło się do spotęgowania poczucia klęski w 1939 roku, a tym samym – w dalszej konsekwencji – osłabiło opór społeczny wobec narzuconego systemu komunistycznego.

I

Zrozumieć można frustrację odrzucanego w demokratycznych wyborach Wodza; w dwóch pierwszych wolnych wyborach do parlamentu, coś, co można było określić „obozem piłsudczyków”, uzyskało niskie poparcie społeczne, niezasłużenie mniejsze od endecji czy ludowców. Można zrozumieć frustrację polityka, obrzucanego niewybrednymi kalumniami, oskarżanego o najgorsze grzechy. Z tej frustracji zrodziły się słowa wypowiedziane 3 lipca 1921 roku w Sali Malinowej hotelu Bristol: „Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba – rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie – ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów – to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski.”

Problem w tym, że widząc w każdej krytyce twarz „zaplutego karła”, odrzucamy racjonalność dyskusji, dążymy do narzucenia wszystkim „karłom” swojego „ja”. Tak odebrano pracę Piłsudskiego o wojnie 1920 roku, napisaną w polemice z marszałkiem M. Tuchaczewskim („Rok 1920. Z powodu pracy M. Tuchaczewskiego Pochód za Wisłę.” Warszawa 1924) W przedmowie były Naczelny Wódz polskiej armii tłumaczył, że przyczyną skreślenia książki, była próba przedstawienia strategicznego obrazu wojny, odmiennego niż czynił to dowódca bolszewickiego wojska.

„Gdy więc nasz Stańczyk mówi, że najwięcej na świecie jest lekarzy, dających porady chorym, to śmiem zaprzeczyć znakomitemu rodakowi, stwierdzając, że podczas wojen najwięcej jest mądrych strategików, operujących swobodnie w dziedzinie strategicznych operacji. Gdy zaś echa wojny ubiegłej drżą jeszcze w powietrzu, gdy nieraz starzy i młodzi uczestnicy tak niedawnych jeszcze klęsk i zwycięstw gwarzą wśród chętnych słuchaczy o swych przejściach, wdzięczny jestem p. Tuchaczewskiemu, że swą metodą pracy zachęcił mnie do skrzyżowania jeszcze raz z nim szpady, tym razem niewinnie na papierze, w nadziei, że w ten sposób przyczynimy się do gruntowniejszych i bardziej uzasadnionych rozpraw wśród strategicznych amatorów w obu naszych ojczyznach. (…) Niewątpliwie dla historii każdej z wojen nieodzownym źródłem jest historia pracy duszy każdego z wodzów, dowodzących wojną. Wpływ bowiem, jaki ma ta praca na losy wojny, jest tak wielki, że historia wojny staje się bez tego niezrozumiałą, często dziwaczną mieszaniną faktów i fakcików nie ujętych w żaden system, tak że zjawisko zwycięstwa czy klęski nie daje się przyczynowo ująć i wisi w jakiejś abstrakcyjnej pustce, nie wiadomo dlaczego upiększając jednym głowę laurem, a oblewając żarem wstydu twarze innych.”

Nie było to jednak tylko starcie polskiej polityki historycznej z jej bolszewickim odpowiednikiem. Książkę „Rok 1921”, czyta się jak wypowiedzi L. Wałęsy (oczywiście z zachowaniem proporcji): „JA wszystko przewidywałem, JA wszystko zaplanowałem…” Nieskromne przypisanie tylko sobie wszelkich zasług, przy ostrej krytyce innych polskich generałów musiało wywołać spór. Odpowiedział publicznie na zarzuty gen. Szeptycki; równocześnie, w 1924 roku ukazała się we Lwowie książka „Kampania roku 1920 w świetle prawdy” (bez ujawnienia autora). W niej wytknięto Naczelnemu Wodzowi błędy wojskowe dotyczące kampanii kijowskiej, zaniedbanie zabezpieczenia północnego odcinka frontu, co skutkowało ofensywą Tuchaczewskiego na Warszawę. Książka główną zasługę zwycięstwa w bitwie warszawskiej przypisywała Szefowi Sztabu gen. Tadeuszowi Rozwadowskiego, choć podkreślała, że z racji funkcji: „Wódz Naczelny tem samem na siebie całkowitą odpowiedzialność za całą akcję, decydującą o losach armji i całego państwa, oraz przyczynił się w dalszym ciągu jak najczynniej do energicznego wykonania tego planu, gdyż ową główną uderzeniową masę z nad Wieprza osobiście poprowadził. Polskie Naczelne Dowództwo, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność za wykonanie tego planu, kierowało więc faktycznie i wyłącznie samo całą tą decydującą akcją poprzez wszystkie jej fazy, a w harmonijnej współpracy Wodza Naczelnego ze swym niezachwianym żadnemi przeciwnościami ówczesnym Szefem Sztabu tkwi właśnie cały sekret tak wielkiego sukcesu.”

Dla Piłsudskiego policzkiem była sugestia dzielenia się z kimkolwiek sławą zwycięzcy; tak rozmieć można ostrą reakcję, w postaci licznych artykułów, wypowiedzi, wywiadów, w których mocno bronił swojego obrazu nieomylnego Wodza. Odpowiedzią był książka W. Sikorskiego, ukrywającego się pod pseudonimem Karola Pomorskiego: „Piłsudski jako wódz i dziejopis. Warszawa 1926.” Ujawniły się tu animozje z czasów legionów, Sikorski już w pierwszych zdaniach książki ostro potraktował byłego Naczelnika Państwa: „W dość już obfitej literaturze polemicznej na temat roku 1920, rozróżnić można dwie zasadnicze tendencje – walkę o sławę zwycięstw, obronę przed odpowiedzialnością za przegrane. Na tem tle toczy się od dwóch lat istna wojna domowa, w której były Wódz Naczelny, zgodnie zresztą ze swym temperamentem i poglądem strategicznym, jest stroną nacierającą, a generałowie, byli jego podkomendni i współpracownicy, stroną broniącą się. Pan Marszałek Piłsudski, przestawszy być Wodzem Naczelnym, a następnie Szefem Sztabu, opuściwszy dobrowolnie szeregi wojska, zajął się literaturą, nie tyle piękną, czy też naukową, ile soczystą. Ulubionym tematem są dzieje własne, na tle minionej wojny. Snując hymny pochwalne dla siebie, jako wodza, męża stanu i człowieka, błotem obelgi i pogardliwemi słowami obrzuca wszystkich i wszystko, co nie jest nim lub jego dzisiejszą świtą: generałów, wojsko, naród, a ostatnio nie darował nawet symbolowi narodowej sławy — Orłowi Białemu”.

II

Dziś, gdy wizję roku 1920 układają nam w głowach filmy Hoffmana czy równie lukrowane teksty ze szkolnych podręczników, inaczej odbieramy krytykę Sikorskiego. Kilka lat po wojnie nie sposób było jednak fałszować rzeczywistości. W pamięci zbiorowej istniały nie tylko chwile chwalebnego tryumfu: zdobycie Kijowa, zwycięstwo pod Warszawą, na polach Komarowa, nad Niemnem. Pamiętano także chwile śmiertelnego strachu, widziano chaotyczny odwrót pokonanej armii znad Berezyny, widziano tysiące polskich dezerterów rabujących wsie i miasteczka. Nie dało się ukrywać informacji o tym, jak 10 tysięcy polskich żołnierzy uciekło przed dwoma szwadronami bolszewików, oddając bez walki twierdzę w Grodnie. Wydawało się w początkach sierpnia 1920 roku, że Polska padnie, zostanie pokonana, nie siłą, wielkością ani lepszym uzbrojeniem sowieckiej armii, lecz przez strach, demoralizację i nieudolność polskiej armii. Naczelny Wódz ponosi odpowiedzialność za wszystko, jest to może niesprawiedliwe, ale nie można tylko oczekiwać sławy zwycięzcy, na innych składając winy za porażki.

Spór Piłsudskiego z generałami miał jeszcze inny podtekst. W oczach generalicji, wykształconej w wojskowych akademiach, doświadczonej dowodzeniem jednostek od małych kompani i pułków do dużych korpusów i armii, Piłsudski był laikiem. Nigdy nie dowodził większą jednostką niż dwu pułkowa brygada, nie miał doświadczenia w planowaniu dużych operacji wojennych, z amatorskim lekceważeniem odnosił się do prac sztabowych, do organizacji logistyki czy zaopatrzenia wojska.

Nie sposób odmówić racji Sikorskiemu: Piłsudski w 1920 roku prezentował anachroniczny model, łączący dowodzenie wojskiem z politycznym przywództwem państwa; przenosząc do nowoczesności XX wieku styl z czasów Jana III Sobieskiego czy Napoleona Bonaparte.

W XX wieku upowszechnił się już inny model, nakreślony przez Clausewitza. Skoro wojna jest przedłużeniem polityki, koniecznym jest oddzielenie dowództwa wojskowego od przywództwa politycznego. Zadaniem polityków jest wyznaczenie racjonalnych celów wojny; rolą generałów jest opracowanie i realizacja strategii pozwalającej zrealizować wyznaczone cele. Trzecim elementem jest społeczeństwo, od świadomości o co toczy się walka zależna jest jego postawa moralna.

Anachronizm Piłsudskiego, połączenie przez niego roli dowódcy wojskowego i lidera politycznego spowodowało, że w 1920 roku niewiadomym dla ogółu społeczeństwa był cel wojny, niewiadomym także dla wojska było czemu służy narzucona przez Wodza strategia.

Pisał Sikorski: „Ideą przewodnią planu wojny jest natarcie na południu dla opanowania obszarów Ukrainy i stworzenia na nich niepodległego Ukraińskiego państwa, z własną ukraińską armją, która z czasem, przy pewnej naszej pomocy, zdoła sama zabezpieczyć swoje terytorjum. Do tego czasu na froncie północnym, przed którym gromadzi się główna koncentracja nieprzyjaciela, ma być prowadzona obrona. W razie jej niepowodzenia Wódz Naczelny „dopomoże” jej swemi odwodami. Sąd o tym planie wydała rzeczywistość wojenna, przekreślając go już w trzecim tygodniu jego realizacji. Cóż nadto może powiedzieć krytyk; wszystkie jego zarzuty będą za słabe, wobec katastrof, które na Polskę ten plan ściągnął. (…) Wyprawa ukraińska jest właśnie jednym z tych klasycznych przykładów, gdzie polityka, wysunąwszy się na plan pierwszy, przytłoczyła sobą racje strategiczne, czem o mało nie spowodowała całkowitej klęski, a w każdym razie zaprzepaściła swój własny cel.”

Istnienia takiego planu Sikorski jedynie się domyślał, nie był on bowiem znany dowódcom walczących na frontach jednostek. W zależności od okoliczności Piłsudski uzasadniał konieczność „wyprawy kijowskiej” względami politycznymi (próba utworzenia zaprzyjaźnionego państwa ukraińskiego), albo militarnymi (uprzedzający atak na skoncentrowane wojska bolszewickie). Kruchość założenia politycznego przypominała plan z początków sierpnia 1914 roku, gdy strzelcy Piłsudskiego wkraczając do Królestwa, posiłkując się odezwą Narodowego Rządu, mieli wywołać powszechne antyrosyjskie powstanie. W późniejszym okresie „kampania kijowska” stała się przyczynkiem do rozważań o konflikcie idei jagiellońskiej (Piłsudskiego) a piastowskiej (Dmowskiego). Ten konflikt idei nie pasował jednak do rzeczywistości 1919-1921 roku. Sam Piłsudski w wypowiedziach z roku 1919 zwracał uwagę, że Ukrainy żaden rząd nie kontroluje, jest tam za dużo broni i za dużo uzbrojonych grup. Pokonany przez wojska polskie, „denikenowców” oraz przez bolszewików Petlura miał oparcie jedynie na Podolu, a jego siły zbrojne, liczące około 4 tysięcy żołnierzy nie stanowiły poważniejszej wartości. Stworzyć „zaprzyjaźnione” państwo mógł Piłsudski tylko na wzór niemiecki z 1918 roku; wtedy też praktykowano „ideę jagiellońską” przekazując, pod kontrolą okupacji niemieckiej, część atrybutów „niepodległej” władzy hetmana Skoropadzkiego (na Litwie demokratycznej Tarybie, na obszarach Polski Radzie Regencyjnej). Można się oburzać na to porównanie, ale praktyka okupacji polskiej na Ukrainie w nikłym stopniu różniła się od okupacji niemieckiej. Wojsko nie było w stanie opanować anarchii, przeciwnie: tolerując rabunki, siłowe wymuszanie kontrybucji, gwałty popełniane przez polskich żołnierzy (celowały w tym zwłaszcza pułki wielkopolskie), doprowadzono do wzrostu nastrojów buntowniczych. Wojna jest matką demoralizacji; okupant, nawet przychodzący z pieśnią o wolności na ustach, zachowuje się zawsze jak okupant; nie da się narzucić demokracji z zewnątrz. Tak zatem wyglądała kwestia celu politycznego.

Cel militarny, o ile istniał, też nie został spełniony. Atak poszedł w próżnię, nie unicestwiono w kampanii kijowskiej poważniejszych sił bolszewickich. Niepowodzenie rodziło kolejne pytanie o przemieszanie strategii politycznej i militarnej. Wojnę, jako przedłużenie polityki wg Clausewitza, prowadzi się, by przemocą zniszczyć siły przeciwnika i wymusić na nim korzystny dla nas pokój. Kto był przeciwnikiem Polski na frontach wschodnich od sierpnia 1919 do kwietnia 1920 roku? Jak miał wyglądać korzystny dla nas pokój? Gdzie leżała granica państwa, której wojsko miało bronić? Były to pytania, na które żołnierzy nie znali odpowiedzi. Siedzieli nad Berezyną na nieswojej ziemi, czasem bronili miejscowych przed rabunkiem i gwałtem dokonywanym przez zrewoltowane bandy, czasem sami się parali takowym rabunkiem i gwałtem. Myśleli, że wrogiem jest „bolszewik”, ale ich zadaniem było rozbrajać, wsadzać do bydlęcych wagonów i wysyłać na zachód do obozów internowania pokonanych przez bolszewików „denikenowców”. Ich dowódcy dostrzegali rosnące zagrożenie w postaci koncentrującej się w czerwcu 1920 roku armii Tuchaczewskiego. Oczekiwali decyzji: czy przeprowadzić atak uprzedzający, zanim przeciwnik dokończy koncentrację; czy też wycofać się i skupiwszy siły oczekiwać na uderzenie. Wiedzieli, że nic nie robić, trwać w okopach, tworząc kilkuset kilometrowy kordon graniczny, to prosta recepta na klęskę.

III

O ojcostwo sukcesu walczą zawzięcie różne samce, porażka zwykle jest sierotą. Ludzie są ludźmi, niedoskonałymi tworami. Wielkość u polityków idzie w parze z ich wybujałym egocentryzmem; widoczne to było nie tylko u Piłsudskiego, Sikorskiego, Wałęsy; grzechem byłoby ich podejrzewać o obiektywizm w opisie przeszłości. Przyjmować to można jako rzecz naturalną, póki możliwe jest prowadzenie otwartej, wolnej dyskusji historycznej. Gorzej, gdy relacja jednej strony staje się obowiązującą polityką historyczną.

O ojcostwie sukcesu 1920 roku zdecydowała siła; Piłsudski zdobył władzę, Rozwadowski trafił do więzienia (zmarł wkrótce po zwolnieniu), Sikorski, Sosnowski (po desperackiej próbie samobójczej w 1926 roku) odsunięci zostali na boczny tor. Krytykom oficjalnej polityki historycznej groziło więzienie, obóz koncentracyjny w Berezie lub pobicie przez „legionowych wiarusów”. To jednakże nie było tak groźne dla państwa, jak inne, mniej odczuwalne fizycznie, skutki.

Utrwalił się anachroniczny model wodzowski. Nie rozdzielono odpowiedzialności za decyzje polityczne od odpowiedzialności za ich, militarne wykonanie. Decyzyjność kumulowała się w mózgu jednego Geniusza, który ponosił jedynie odpowiedzialność przed Bogiem i Historią. Po śmierci Józefa Piłsudskiego na takowego Geniusza namaszczono Rydza-Śmigłego, powołując się na domniemany testament eks-Naczelnika Państwa. Pastwić się nad błędami Rydza nie warto; zrobił to już jego następca Sikorski, sam gładko wchodząc w ten wodzowski model.

Rydza z Piłsudskim łączyła pasja do pasjansa; obaj godzinami siedzieli nad kartami udając, marsową miną, że przeniknęli wszelkie tajemnice świata i mają w głowach gotowy plan rozwiązania wszelakich szczegółów. Obaj, jeśli chodzi o sferę obronności państwa, interesowali się przede wszystkim personaliami; opracowania dotyczące modernizacji uzbrojenia czy logistycznego przygotowania kraju do toczenia wojny obronnej uznawali za nudne wywody „zawodowych sztabowców”. Jeśli istniała jakaś polityczna wizja wzmocnienia bezpieczeństwa państwa, tak w sferze polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej, to miała ona charakter bezobjawowy. Plan obrony kraju był tak „ściśle tajny”, że nie mógł wyjść z głowy genialnego Wodza. Szczęśliwą z tego powodu była zasada wyłączenia polityki obronnej spod kontroli parlamentu, a także otoczenie jej cenzurą i rygorami tajemnicy państwowej; dzięki temu pustka się nie ujawniała.

Zamiast czołgów i samolotów mieliśmy Politykę Historyczną; wielkie pranie mózgów obywateli polskich, wmawianie im, że Genialny Wódz gotów jest poprowadzić swoich bohaterskich wojów nie tylko na Kowno i Pragę, ale i na Moskwę czy Berlin. Kłamano rano, kłamano wieczorem, kłamstwo sączono w szkole i w mediach, kłamstwo stawało się rytuałem na podobieństwo niedzielnej mszy, kłamano tak skutecznie, że sami kłamcy w kłamstwo uwierzyli. Aż 1 września 1939 roku obudzono się z ręką w nocniku.

Historia kpi z Polaków kiepskimi powtórkami. Dziś też nie mamy czołgów ani samolotów, ale mamy Politykę Historyczną.


Dodaj komentarz

Proste Historie. Wojna: zbędny anachronizm

Jarosław Kapsa

Ruiny – Autor zdjęcia nie znany

Obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej to nudny rytuał, powtarzanie pustych słów, powielanie pustych gestów. Publika, nie zawsze i nie wszędzie dobrowolnie zgromadzona, ziewa, dając do zrozumienia, jak bardzo ją obchodzą dramaty pradziadków. Czasem rytuał przerwie spektakularny spór, gdy ktoś rzuci kontrowersyjną tezę, że trzeba było iść z Hitlerem lub ze Stalinem. Ale i tego typu intelektualne gierki nużą swoją powtarzalnością.

Żyjemy w warunkach pokoju ponad 70 lat, prawie tyle, ile trwa przeciętne ludzkie życie. Zaczyna brakować świadków dramatu, a ich wspomnienia są celowo fałszowane przez młodszych interpretatorów. Zaciera się świadomość, że cierpienia powodowane wojną są nieporównywalnie większe od potencjalnych zysków z wygranej. Wojna nie jest przedłużeniem polityki, lecz przegraną polityków, przyczyny wojen są komicznie błahe wobec ogromu nieszczęść jakie przyniosła przemoc.

Wojny wybuchały i – niestety – nadal wybuchają, z powodu nierozstrzygniętych sporów, kto jest gospodarzem na danym terytorium. Dziś, mając szczęście życia w Unii Europejskiej, wyraźniej możemy dostrzegać anachronizm tego sporu. Co mnie prywatnie obchodzi, kto jest gospodarzem w zaolziańskiej części Cieszyna. W każdej chwili mogę tam iść na piwo, mogę tam pracować, mogę mieszkać i wybierać swoje władze samorządowe. Fakt, moje podatki idą do czeskiego, a nie polskiego budżetu, płacę na utrzymanie pana Zemana, a nie pana Dudy… To może złościć, ale nie do tego stopnia, bym miał ochotę, by siłą dokonać aneksji Zaolzia. W dodatku zwykły rachunek może zmienić romantyka w realistę. Wojna kosztuje, współczesna technologia pola walki jest kosmicznie droga; zdobyte bogactwa Zaolzia nie zrekompensują poniesionych kosztów. Pan Putin zdobył Krym prawie bez wydatków wojennych. Ale koszt utrzymania półwyspu i jego mieszkańców, koszt budowy słynnego mostu, koszt trwałego zapewnienia dostaw wody i energii jest nieporównywalnie wyższy, niż rynkowa wartość zdobytych na Krymie nieruchomości. Przeciętny Rosjanin taniej i wygodniej spędzał wczasy na Krymie, gdy był on ukraiński; taniej i bez problemów mógł też tam kupić parcelę pod budowę daczy. Rachunek ekonomiczny to jedno; ale znając jego wynik blisko 80% Rosjan z entuzjazmem przyjęło aneksję Krymu. Być może, przy odpowiednio sterowanej propagandzie 80% Polaków poparło by aneksję czeskiego Cieszyna.

Spór o ziemię jest w swej istocie irracjonalny. Wynika on z pewnego, przedpotopowego modelu, postrzegania świata: jeżeli jest nieruchomość, to ktoś musi być jej gospodarzem (właścicielem). Kiedyś właścicielem całego państwa był król, w XIX w. króla zastąpił naród. W czasach władzy królewskiej wojny były nieuniknione; nie potrafiono inaczej rozstrzygnąć sporu o prawomocność i zasięg terytorialny władzy monarszej. Z narodami, jak pokazała historia, było jeszcze gorzej. Władza królewska pochodziła od Boga, a to już rodziło pewne ograniczenia natury moralnej; narody pewnie stworzył diabeł, bo „rację stanu” postawiono ponad moralnością. Nie będę tu dowodził tych racji ponadziemskich, ale – przypomnę – w doktrynie katolickiej jeszcze 100 lat temu nacjonalizm uznawano za szkodliwą herezję (Dmowskiego czy Balickiego uznawano za swołocz podobną socjalistom). Niestety, koniunkturalizm instytucji doprowadził do zawłaszczenia Boga przez narody, co wyrażano hasłem „Gott mit uns”.

Dyskusje, czy najpierw był naród, który dla siebie stworzył państwo, czy też państwo stworzyło naród, są równie intelektualnie jałowe jak spór o pierwszeństwo jajka nad kurą. Istotniejsze, że idea państwa narodowego otwarła nierozwiązywalne spory terytorialne. We Lwowie w tym samym okresie rodziła się świadomość narodowa trzech nacji: polskiej, ukraińskiej i żydowskiej. Która z nich miała prawo uważać się za gospodarza wschodniej części Galicji? Racje historyczne były dość skomplikowane, zasada większości demograficznej podważana. Porównać tu można Galicję wschodnią z Górnym Śląskiem i częścią Wielkopolski w zaborze pruskim. Polacy uważali się za gospodarzy Galicji, bo oni tu wnieśli kulturę i cywilizację, oni byli właścicielami dużych majątków ziemskich, oni dominowali w warstwie inteligencji, oni stanowili większość w dużych miastach. Dokładnie takie same argumenty przedstawiano, gdy dowodzono niemieckich praw do Górnego Śląska, ziemi bydgoskiej czy Pomorza Gdańskiego. Analogię tą można jeszcze dodatkowo rozciągnąć. Z lekcji historii w szkołach pamiętamy, że wredna HaKaTa niemczyła Wielkopolskę, z środków publicznych dotowano tam niemieckie osadnictwo, że niemczeniu służył system edukacji publicznej. Niestety, na tych lekcjach historii przemilczano, że polska polityka w II Rzeczpospolitej wobec tzw. „mniejszości narodowych” powielała wzory niemieckie. Tu także z środków publicznych dotowano polską kolonizację, polszczono przez edukację publiczną, niszczono ukraińskie spółdzielnie i stowarzyszenia, burzono cerkwie, blokowano awans lokalnej inteligencji. Kultywowano pamięć o bitych przez Niemca dzieciach we Wrześni, zapominając, że chłosta z polskiej ręki tak samo bolała ukraińskie dzieci.

I nie był to wyjątek, ale reguła. Ledwo powstały naród litewski rękoma swych nowych elit wykreślił sobie kształt Litwy historycznej, nie tylko z Wilnem, ale i Grodnem oraz Suwałkami, uznając za uprawnione przymusowe zlitwinianie mieszkających tam ludzi. Czesi tak się zakochali w swej świeżo odzyskanej świadomości narodowej, że podjęli trud czechizacji Śląska, Słowacji a nawet Rusi Zakarpackiej. Idea narodowa zrosła się z teorią Gumplowicza o podboju jako fundamencie tworzenia państw. Gospodarzem na danym terytorium miał stać się naród zdolny do podbicia innych i narzucenia im swojej tożsamości. Przeszłość nie podlega osądowi moralnemu, nie oceniajmy, czy to było sprawiedliwe. Jedno było oczywiste – tworzenie państw narodowych otwierało drogę do nowych wojen; pokój był tylko czasem rozejmu, chwilowego zawieszenia broni. Prezydent Wilson ze swoją ideą samostanowienia narodowego podrzucił Europie zgniłe jajko, rzecz którą absolutnie by nie chciał wprowadzić w Stanach Zjednoczonych. Tam, na półwieku przed Traktatem Wersalskim, próba takiego samostanowienia narodowego Konfederacji Stanów południowych została w sposób okrutny stłumiona siłą.

O ile na zachodzie istniały państwa narodowe i tam spory dotyczyły jedynie korekty ich granic; w naszej Europie Środkowej państwa tworzono „od zera”, tym samym spory musiały być spotęgowane. Siłą jednakże można zdobyć terytorium, ale trzeba mieć twarda skórę, by tam wysiedzieć na bagnetach. Dotyczyło to nie tylko Polski. Ostateczną przyczyną klęski Czechosłowacji, była irredenta mniejszości: Niemców z Kraju Sudeckiego, Polaków z Śląska Zaolziańskiego, Rusinów z Zakarpacia, Słowaków i Węgrów. Węgry i Rumunia trwały w „chwilowych zawieszeniu wojny” z powodu sporu o Siedmiogród, na Bałkanach także wrzało w kociołku. Ambicje Polski, by stworzyć sojusz obronny Międzymorza były śmieszną mrzonką, gdy tak Polska z sąsiadami, jak i ogół środkowoeuropejskich sąsiadów był wzajemnie skłócony pretensjami, który z narodów ma być suwerenem na jakiś mniej lub bardziej przez Boga zapomnianych spłachetkach ziemi.

Społeczeństwa tworząc instytucje państwa wypracowały, metodą wielu prób i błędów, pewne mechanizmy umożliwiające pokojowe współżycie ludzi spotykających się na ograniczonym obszarze. Przyjęto rozsądnie, że pokojowe współżycie wymaga ze strony każdej jednostki gotowości do kompromisu i przestrzegania wspólnych zasad. Zasady uznano za obowiązujące wszystkich prawo, interpretował je, rozstrzygając różne spory, niezależny o władzy wykonawczej i ustawodawczej sąd; jednostka wyrzekła się prawa do egzekwowania swoich racji przemocą, powierzając monopol na przemoc instytucji państwa. Innymi słowy każda jednostka musiała zrezygnować z części swojej wolności, a także oddać część swojej własności (podatki), w zamian zyskując gwarancję bezpiecznego i pokojowego współżycia z innymi ludźmi. I ten system się sprawdza, choć daleki jest od ideału, a zwyczajowo narzekamy na urzędy, sądy i policję. Przynajmniej dzięki temu nie zabijamy się wzajemnie na ulicach, gdy najdzie nas pokusa, by zabrać sąsiadowi jego dom lub żonę.

Otóż takie cywilizowane mechanizmy rozwiązywania sporów nie przeniosły się na stosunki między narodami. Nie obowiązywały w Europie w okresie międzywojennym; nadal nie obowiązują większości państw świata. Polityka zagraniczna kierowała się i kieruje nadal wzorcami przejętymi od gangsterów; liczy się potencjał odstraszania, tworzący kruchą równowagę sił. Gdy jest okazja trzeba strzelić pierwszemu, zanim strzeli do nas wróg. Umowy, traktaty, sojusze, bez względu na to jak uroczyście są potwierdzane przysięgami, obowiązują tylko, gdy stoi za nimi siła.

Wojna polsko-niemiecka była nieunikniona. Polityka zagraniczna mogła mieć wpływ tylko na termin jej rozpoczęcia i wybór sojuszników. Bezpośrednia przyczyna – odrzucenie przez Polskę ultimatum w sprawie Gdańska i „korytarza” – była jedynie pretekstem. Gdańsk w 1939 roku był już de facto miastem niemieckim rządzonym przez hitlerowskich nazistów; niewiele zmieniła by się sytuacja Polaków, gdyby oddano to miasto, tak jak rok wcześniej Litwa oddała Kłajpedę. Ogół jednak miał świadomość, że nie o Gdańsk chodzi; ustępstwo nie zadowoliłoby radykalnych nacjonalistów marzących o powrocie do Brombergu (Bydgoszczy) i Kattowitz. Wszak, podobnie jak Gdańsk, były to niemieckie miasta. Ustępstwem można było „kupić” czas, nie jest jednak pewnym, czy ten czas służyłby wzmocnieniu Polski czy Niemiec; czy ustępstwo nie zdemobilizowałoby woli obrony Polski. Gdybologia nie może prowadzić do zmiany rzeczywistości. Nieuniknioność wojny wynikała z realnej idei państw narodowych i wynikającej z niej polityki zagranicznej, w której siła idzie ponad prawem.

Pokój można narzucić siłą, można go także przez pewien czas utrzymywać siłą. Ale, przypomnijmy tu choćby słynny „pax Romana”; by utrzymać pokój przez dłuższy czas nie wystarczy tylko siła. Tak, jak spokój społeczny w państwach wymaga rezygnacji każdej jednostki z części swojej wolności, tak trwały pokój między narodami wymaga rezygnacji od każdego z nich z części suwerenności. Unia Europejska jest tu dobrym wzorem; tysiącletni spór francusko-niemiecki o Alzację zakończył się, gdy w Strasburgu tak Niemcy, jak i Francuzi czują się jak u siebie. Gdy nie ma granic, gdy panuje swoboda przepływu kapitału, ludzi, idei; gdy każdy mieszkaniec, bez względu na swoją narodowość ma poczucie wpływu na sprawy publiczne, gdy każdy cieszy się swobodą wyboru i kultywacji swojej tożsamości, tam spory graniczne umierają śmiercią naturalną. Obojętnym staje się przynależność państwowa Cieszyna z tej lub tamtej strony rzeki, gdy most graniczny łączy, a nie dzieli. Swoboda przemieszczania to jeden z warunków trwałego pokoju. Równie istotne jest także tworzenie możliwości rozstrzygania sporów przez niezależne, ponadnarodowe instytucje. Przepływ ludzi, kapitału, idei wymaga harmonizowania prawa i tworzenia niezależnego sądownictwa o charakterze ponadnarodowym i ponad państwowym. Unia jest dowodem, że jest to możliwe. Ale jest wyjątkiem w globalnym porządku, w świecie targanym konfliktami rodzącymi się z egoizmów grupowych. Jest jak statek podczas sztormów, z coraz bardziej skłóconą załogą, która traci poczucie sensu wspólnej żeglugi.

Każdy naród, tak, jak każdy człowiek, przeświadczony jest o swojej wyjątkowości. To poczucie wzmacnia system edukacji publicznej oraz państwowej polityki historycznej. Cienka jest granica między umacnianiem patriotyzmu a rozpalaniem egoizmu narodowego. Pamięć o dawnych krzywdach może być wyrazem szacunku dla odeszłych pokoleń; może też stać się – jak w byłej Jugosławii – zarzewiem nowych, krwawych konfliktów. Trwały pokój wymaga odwagi przekraczania stereotypów. Trzeba umieć sobie wyobrazić rzecz niewyobrażalną: przyszłe bezpieczeństwo wymaga, by model integracji wyznaczony przez Unię Europejską obejmował nie tylko Ukrainę i Turcję, ale także Rosję. Niemożliwe? Być może, ale należę do pokolenia wychowanego w szkołach w duchu przysłowia „jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem”… Niemożliwe w tym wypadku stało się możliwym: „alles Menschen werden Brüder”- jak głosił Schiller.

W rocznicę tragedii jaką był początek II wojny światowej koniecznym jest dobitne przypominanie: z wszystkich możliwych rozwiązań wojna jest zawsze rozwiązaniem najgorszym. Miarą postępu cywilizacyjnego jest umiejętność wypracowania modelu pokojowego współżycia różnych ludzi na jednym obszarze. Wojna nie jest przedłużeniem polityki, lecz klęską polityków.