Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wspomnienia z raju – Meksyk

 

Katarzyna Dragun

Agnieszka Minkina i Katarzyna Dragun

Wraz z nastaniem sierpnia postanowiłyśmy nie czekać na nadejście angielskiego lata i udać się do cieplejszego kraju. Stanęło na Meksyku, a dokładniej – na półwyspie Jukatan i wyspie Cozumel, której nazwa w języku Majów oznacza „wyspę jaskółek”. To popularny cel pielgrzymek kobiet starających się o dzieci i idealne miejsce na miesiąc miodowy nowożeńców. Może i nie bez znaczenia jest fakt, że jaskółki wiążą się w pary na całe życie.

Raj

Pierwsze, co na każdym kroku zwraca uwagę, to wszechobecność religii. Wizerunki Jezusa i Marii widać wszędzie – na ścianach, szybach samochodów, tatuażach, przydrożnych bilbordach prezentujących wyolbrzymione obrazki, które u nas ksiądz rozdaje dzieciom po kolędzie z napisem „Jezu, ufam Tobie”. Wpływ religii odnaleźć można nawet w imionach tubylców. Czuję, że ziściły się słowa księdza z podstawówkowych rekolekcji, gdy przed wejściem do hotelu wita nas uśmiechnięty ochroniarz Jesús, a recepcjonistka María wręcza nam klucze do pokoju. Jesteśmy w niebie!

Otoczenie także wygląda jak raj. Hotel wciśnięty jest w dżunglę, stanowiącą kozumelski rezerwat przyrody. Pomiędzy zaroślami przemykają na naszych oczach zwierzątka: szare kraby, ruchliwe ostronosy, miniaturowe świnki i leniwie sunące iguany. W wodzie podpływają do nas urocze rybki w żółte i czarne pasy i zaczepiają nas pyszczkami. Jesteśmy w niebie! Obfitość jedzenia, piękne widoki, ciepło i symbioza ze zwierzętami – czego chcieć więcej?

Niektóre kościoły nie wyglądają jak ośrodki zadumy nad ludzkim cierpieniem i małością, a raczej jak centra rozrywki religijnej, z dobrze zareklamowanym programem. Gdy używam takiego porównania w rozmowie z tubylcem, Ramónem, wydaje się być zadowolony z faktu, że to zauważyłam. Hotelowy kościół jest tego ucieleśnieniem: wygląda jak bar, ze stołem do snookera i dyskotekową kulą. Inny kościół, do którego trafiamy, znajduje się na plaży i jest otwartym tarasem, przykrytym słomianym dachem z widokiem na morze. O wiele łatwiej w ten radosny sposób czcić Boga.

Ale Meksyk to nie tylko świątynie katolickie. W poszukiwaniu ruin Majów natykamy się na kościółek wybudowany tuż przy małej piramidzie ku czci bogini wody, płodności i księżyca – Ixchel. Jego jaskrawożółty kolor zdaje się krzyczeć po hiszpańsku: „Katolicyzm wygrał! Jestem większy, ładniejszy i to u mnie ludzie się modlą!”

Ale czy na pewno? Tuż obok, na placu, duże, kamienne tablice z kolorowymi wizerunkami dawnych bogów zdają się nic z tego nie robić. Na straganach sprzedaje się pogańskie maski, kalendarz i zodiak Majów, zdobione czaszki, tubylcza biżuteria. Są i owszem wymyślne krzyże i Maryjki, ale stanowią one kilkuprocentowy odsetek towaru. Ciekawe co by powiedział Jezus na kupczenie tym wszystkim przed jego świątynią? Widać Święta Inkwizycja niezbyt skutecznie wykorzeniła dawne wierzenia i rytuały.

Meksyk to ziemia, którą przywłaszczyli sobie niegdyś Hiszpanie, a teraz próbują to zrobić, choć w inny sposób, potomkowie brytyjskich osadników z Ameryki Północnej. Walkę o wpływy widać wszędzie. Kto tę walkę wygrywa? Gorącokrwiści potomkowie hiszpańskich konkwistadorów, drapieżni i zachłanni Amerykanie, czy niskopienni spadkobiercy Majów? Czy może wszystkie te trzy nacje współgrają ze sobą niczym kolory tęczy u stóp bogini Ixchel?

Śpiesz się powoli

Główną cechą charakteru rdzennych mieszkańców jest powolność. Trudno zgadnąć, czy to z powodu upałów, mentalności, czy duchowego nastawienia. Nieraz doprowadza to do szaleństwa przyjezdnych. Doświadczamy tego już pierwszego poranka w hotelowej stołówce w Cancún czekając na kawę. Grubo po czasie rozpoczęcia śniadania, o którym recepcjonista nas poinformował dzień wcześniej, panie z siatkami na głowach nieśpiesznym krokiem podchodzą do maszyny z kawą i zaczynają ją obsługiwać. W podobnym tempie rozkładają talerzyki i filiżanki. Z maszyny zaczyna się lać kawa na podłogę. Wbrew oczekiwaniom, panie nie podskakują nerwowo, aby z lamentem na ustach zatrzymać ciemną powódź, lecz nadal ze stoickim spokojem rozkładają naczynia. Aż chce się powiedzieć: „Nie ma co płakać nad rozlaną kawą”. Choć nie jestem pewna, czy uzależnieni od kofeiny to zrozumieją.

Czas w Meksyku rozumiany jest inaczej, niż przez ludzi z innych rejonów świata. Umawiana godzina niekoniecznie jest godziną spotkania. Wyjaśnia to nam amerykańska żona wcześniej wspomnianego Ramóna, Heather. Kilka lat temu trzyletnia córka Heather dostała zaproszenie na urodziny w wesołym miasteczku. Na zaproszeniu widniała godzina dwunasta i o tymże czasie obie stawiły się na imprezie. Ku zdziwieniu kobiety, nikogo tam nie było. Po kilkakrotnym sprawdzeniu adresu i dzwonieniu do gości okazało się, że przyszły za wcześnie. Nikt nie wymaga tu od gości stawienia się na imprezę na czas. Umowna godzina 12 jest tak naprawdę trzecią po południu. Na ślub zapowiedziany na czwartą, goście przychodzą dopiero wieczorem. I nikt się na ten fakt nie oburza. Takie podejście do życia zaoszczędza wiele stresu, choć niekoniecznie niecierpliwym klientom.

Kto da więcej?

Sklepy nastawione głównie na turystów przeważnie nie mają wywieszonych cen. Gdy pytamy o cenę, zazwyczaj pada odpowiedź w dolarach amerykańskich, rzecz jasna, zbyt wygórowana. Sprzedawcy słysząc, że musimy się zastanowić, albo że chcemy porównać towar w innych sklepach, automatycznie spuszczają cenę, sprzedają produkty za pół lub ćwierć proponowanej ceny. Nigdy nie lubiłam się targować, ale też i nigdy nie przychodziło to łatwiej niż tutaj. W żadnym z tych sklepów nie dostrzegamy kasy fiskalnej. Prawdziwie wolny rynek!

Wolne drogi

Wolność panuje również na drogach. Kiedy następnym razem poczuję złość na kierowców BMW ignorujących używania kierunkowskazów na londyńskich drogach, przypomnę sobie, że w Meksyku to norma, niezależnie od marki samochodu. Sygnalizacja świetlna dla pieszych to rzadkość, której nie jest nam dane doświadczyć, przechodząc przez ruchliwe ulice Cancún. Chcąc przedostać się na drugą stronę ulicy, trzeba włączyć tryb sprintu i zmysł obserwacji. Znacznie lepiej jest być pasażerem pojazdu. Podczas jazdy busem przewozowym z Playa del Carmen kierowca zjeżdża na prawo, choć dla mnie ta strona wygląda jak pobocze. Jedzie tak tym pół-pasem, a wraz z nim sznur innych samochodów przed nim, dobre kilka minut. Zauważamy też, że niektóre samochody na drogach nie posiadają tablic rejestracyjnych. Jest ich sporo. Jeden z taksówkarzy tłumaczy nam, że rząd meksykański wymaga wymianę tablic co trzy lata i często nie dochodzą na czas do właścicieli samochodów. No tak, czas meksykański…

Postanawiamy wynająć samochód, aby zwiedzić wyspę. Pedro, zajmujący się organizacją wynajmu samochodów w hotelu podaje nam wygórowaną cenę i dodaje, że jak przyjdziemy nazajutrz rano o dziewiątej, wynajmie nam auto za pół ceny. Zjawiamy się na czas i oczywiście czekamy na Pedra zastanawiając się, co znaczy dziewiąta według czasu meksykańskiego. Pedro stawia się pół godziny spóźniony i wynajmuje nam samochód o pięć dolarów więcej, niż obiecał. Nasz rydwan to nie pierwszej młodości, ni czystości Chevrolet, w którym nie działa klimatyzacja ani światło, zamykać go trzeba ręcznie, a na tablicy rozdzielczej stale pali się kontrolka otwartych drzwi, nawet po zamknięciu samochodu na klucz. Pomimo to autko zdaje egzamin obwożąc nas po prawie całej wyspie.

Tubylcy

Mieszkańcy Meksyku wyglądają jak żywcem wyjęci z planu filmu Apocalypto Mela Gibsona, z tą różnicą, że odziani są we współczesne ubrania i porozumiewają się po hiszpańsku. Orle nosy, skośne oczy i szerokie nozdrza na ciemnych twarzach niczym nie przypominają gładkich twarzy aktorów i aktorek z seriali, które emitowane są na AztecTV. Czuję się przy nich jak Guliwer w krainie Liliputów, jako że prawie wszyscy sięgają mi do pach.

Miałyśmy szczęście nie spotkać nikogo, kto wydałby się agresywny lub grubiański. Prawdopodobnie dlatego, że w tej okolicy przestępczość nie należy do najwyższych w tym kraju. O potencjalnych niebezpieczeństwach przypominają nam jedynie mijani po drodze policjanci uzbrojeni w karabiny. W turystycznej części Cancún natykamy się również na amerykańskiego Dodge’a z napisem „Policja Turystyczna”.

Z całą moją chęcią poznania folkloru kraju, który odwiedzam, wolałabym uniknąć spotkania z gangiem narkotykowym. Jednakowoż trudno pozbyć mi się tego typu skojarzeń, gdy odwiedzamy Hacjendę Antigua, specjalizującą się w produkcji organicznej tequili. Oprowadzający nas po posiadłości ogolony na łyso mężczyzna, swą urodą i sposobem wyrażania się, bez trudu dostałby rolę w filmie o jakimś bezlitosnym kartelu. Jego „zbrodnicze” zachowanie to głaskanie nas po plecach i staranie się upicia nas. Na moje stwierdzenie „Nie mogę, bo prowadzę” odpowiada „Możesz, nie chcesz!”. Po czym wlewa Agnieszce kawowo-migdałową tequilę wprost z butelki do buzi, stojąc za nią. Ku jego rozczarowaniu nie kupujemy żadnej butelki trunku, jako że wracać będziemy tylko z bagażem podręcznym. Dostaje jednak napiwek (lub raczej natequilek) i jego kartelowa twarz się rozjaśnia.

Wyjeżdżamy z poczuciem smutku, bo nagle trzeba wracać do chłodniejszej rzeczywistości. Niemniej jednak, bogatsze w doświadczenia, rozumiemy nagle, że Meksyk po hiszpańskiej kolonizacji i amerykańskim wpływie żądzy pieniądza, pozostał w głębi serca wierny swoim tradycjom. Wszystkie historyczne wydarzenia zostały przyjęte przez tubylców i przyrodę ze stoickim spokojem, wręcz z akceptacją, a życie toczy się według starych zasad (i meksykańskiego czasu). Bo i po co zmieniać raj?

 

 

Reklamy


Dodaj komentarz

Folklor Miami

Katarzyna Dragun

Lubię miejsca pełne sprzeczności. Ale czyż nie każde miejsce jest ich pełne? Nie wszędzie jednak te sprzeczności są jak przeciwieństwa, które się przyciągają, jak uzupełniające się yin i yang. W Miami te sprzeczności są wszędzie widoczne. I doskonale do siebie pasują.

a

Po wyjściu z klimatyzowanego lotniska uderza nas fala dusznego gorąca. Okulary słoneczne od razu zaparowują. Z lekka przytłumione długim lotem, porzucamy wyzwanie zdobycia informacji o dojeździe do naszego taniego hotelu na przedmieściach środkami miejskiego transportu i bierzemy żółtą taksówkę. Spokój czarnoskórego kierowcy i senność ulic, które mijamy, zakłóca jazgot z mini-telewizorka na tyle wezgłowia przedniego siedzenia pasażera. No cóż, widocznie typowi amerykańscy pasażerowie nie lubią oglądać miasta z okien samochodu, wolą gapić się w skaczący i jazgotliwy ekran tuż przed twarzą.

b

Taksówkarz podrzuca nas na ulicę, której nazwy nigdzie nie możemy dojrzeć, więc wchodzimy do pierwszego miejsca, które wygląda na hotel. Jak się okazuje, jest to wietnamska restauracja o zuchwałej nazwie Phuc Yea. Przyjmujemy to za komentarz przywitalny. Nikogo jednak nie widać z obsługi. Dopiero po kilku minutach pojawia się ktoś, kto wygląda na pracownika, choć daleko jego latynoskiej fizjonomii do azjatyckiej urody. Pracownik restauracji reaguje żywiej na pytanie po hiszpańsku, niż po angielsku i kieruje nas do budynku obok, gdzie wita nas bardzo miły skośnooki pracownik.

Nasz pokój znajduje się na parterze i jest przyzwoitych rozmiarów, z nieprzyzwoicie dużymi i wygodnymi łóżkami i pachnie czystością. Tania klimatyzacja chodzi głośno i od czasu do czasu wydaje dziwne dźwięki deszczu bębniącego o parapet. Może ma to zwiększyć poczucie chłodzenia. Okna są permanentnie zasłonięte skostniałymi od nieruszania żaluzjami i nie można ich otworzyć. Przynajmniej nie nawiedzą nas komary z wirusem ziki ani karaluchy. Pilot od telewizora nie działa, więc jego rolę przejmuje Agnieszka. Dziwnym trafem pilot działa przy przełączaniu kanałów. Króluje rzecz jasna temat Donalda Trumpa lub raczej anty-Trumpowa kampania wyborcza, nie tylko w wiadomościach, ale i w bloku reklamowym.

Przed odpoczynkiem po podróży chcemy odwiedzić amerykańską restaurację fast food. Nigdzie nie widać jednak McDonalda. Wybieramy nieznany nam dotąd pobliski Wendy’s. W chłodnym pomieszczeniu panuje zapach kloszardów z paryskiego metra. W środku niesamowita różnorodność klienteli: panowie w czapkach z daszkiem, nastolatkowie sączący Coca-Colę, wyniszczona pani pracująca, otyła dziewczynka ochoczo wciągająca tony frytek i hamburgerów, chudy mężczyzna z rozkojarzonym wzrokiem wtykający jakieś świstki papieru za ramy plakatów wiszących na ścianach i my.

Agnieszka Minkina i Katarzyna Dragun

Agnieszka Minkina i Katarzyna Dragun

Nazajutrz wybieramy zwiedzanie dwupiętrowymi, turystycznymi autobusami. Siadamy oczywiście na górnym, odkrytym pokładzie, gdzie słońce, wiatr, nisko wiszące kable, sygnalizatory świetlne i gałęzie różnorodnych palm i drzew chłoszczące nas po twarzach. W pewnym momencie wzrok nasz przykuwa wiadomość dla kierowców wisząca nad jezdnią: „Nigdy nie zostawiaj dziecka samego w samochodzie”. Myślę sobie, że widziałam coś podobnego w Europie, tyle że o psach zostawionych w zamkniętych samochodach na parkingu, ale widocznie standardy amerykańskie są inne.

e

Zachwyca mnie sposób, w jaki przewodnicy wymawiają Miami, z akcentem na pierwszą sylabę. W ich wykonaniu „Maaa – jami” brzmi jak zapowiedź gwoździa programu z ust cyrkowego konferansjera. Dwóch przewodników wygrywa nasz ranking na najlepszych. Jeden z nich co chwilę zachwyca się wszystkim, co opowiada, nadużywając frazy „pretty awesome” i raz po raz chichocząc, jakby go ktoś gilgotał w intymnych miejscach. Drugi zaś trajkota jak nakręcony, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego i beatboxując niektóre zdania. Bez dwóch zdań, mistrz współczesnej wypowiedzi.

W pierwszej dzielnicy, w jaką wjeżdżamy, królują budynki sądów. Jest ich pięć pod rząd, każdy od innego rodzaju rozpraw. Chyba muszą lubić się tu procesować. Potem wjeżdżamy w historyczną część miasta, która wygląda jak zwyczajna, nowoczesna dzielnica. Zaraz po tym następuje prawdziwy gwóźdź programu – pomiędzy wyszukanymi budowlami Design District a Little Havana wjeżdżamy w uliczki, gdzie prawie każda ściana jest muralowym dziełem sztuki. Różnorodność stylów i kolorów przyprawiają o zawrót głowy. Prawdziwa uczta dla oczu.

f

Chodząc ulicami nie spotykamy właściwie żadnych zwierząt typu psy czy koty, migają nam przed oczyma może ze dwa rasowe psy prowadzone na smyczy przez właścicieli i jeden kot śpiący na schodach. Spod stóp umyka nam za to mnóstwo jaszczurek i w przedziwnych miejscach zauważamy różne ptactwo. Przy przystanku autobusowym przechadzają się ciemne (opalone?) koguty i kury z kurczętami.

g

Przed witryną sklepu odzieżowego natykamy się na samca pawia przyglądającego się wystawie. Po chwili zauważam, że ma wyskubane pióra z ogona. Pewnie chciał coś kupić, żeby go sobie dosztukować. Nie była to jednak sieć sklepów Peacock, więc wdzięcznym i powolnym krokiem oddalił się na trawnik.

h

Na jednym z pustych parkingów przechadza się stado białych ibisów z zakrzywionymi, różowymi dziobami.

i

Jedynymi ptakami na miejscu wydają się być mewy i brązowe (też opalone?) pelikany na plaży. Te ostatnie latają jak bombowce tuż przed twarzami kąpiących się, mewy za to wyczuwając ucztę przy mężczyźnie wyławiającym pokaźne ryby na plaży zdają się krzyczeć po hiszpańsku „mirrra, mirrra!”.

j

W Miami mieszka 80% dwujęzycznych mieszkańców, a ich pierwszym językiem jest hiszpański. Słychać to też na plaży, nie tylko w wołaniu mew. Leżąc na piasku mam wrażenie, że wylądowałam na planie jakiegoś argentyńskiego serialu, gdzie kobiety okrągłymi zdaniami wygłaszają swoje racje, a mężczyźni prężą mięśnie dumnie prezentując swoje tatuaże. Jeden z tych tatuaży przykuwa mą uwagę. Należy do rosłego, dobrze umięśnionego i bezwłosego Latynosa, który w towarzystwie otyłego kolegi w kucyku zanurza się w ciepłym oceanie. Na prawym płacie jego pleców widnieje Jezus, lewy okupuje diabeł. Obaj mocują się na ręce splótłszy dłonie w uścisku na środku kręgosłupa mężczyzny. Prawdziwe arcydzieło odzwierciedlające latynoskiego ducha.

k

Obfity Latynoski Duch unosi się także w Little Havana. To prawdziwa mieszanka kolorów i płowej szarości, wystrojonych dam i wyniszczonych kalek, odrapanych budynków i przepięknych murali. Są w nich naturalistyczne obrazy, karykatury sławnych artystów, abstrakcje, a nawet komiks o naturalnym i silikonowym pięknie kobiecego ciała. Cała dzielnica tętni życiem i swoistym zadowoleniem z życia, pachnie cygarami i brzmi gitarą. Decydujemy się na kubański bufet, gdzie starszy pan w słomkowym kapeluszu przygrywa na gitarze i śpiewa Guantanamera i inne hiszpańskojęzyczne przeboje. Nagle zaczyna pobrzękiwać w struny i dmuchać w liść, co muzycznie zgrywa się całkiem nieźle. Agnieszka próbuje swoich sił z liściem, ale jej nie wychodzi.

Po obiedzie lądujemy wreszcie w McDonaldzie, aby wypić milkshake’a i frapuccino. Na ścianie tablica z nazwą restauracji jest suto zdobiona etnicznymi wzorami, dla przypomnienia, gdzie jesteśmy. Wchodząc do środka, natykamy się na wychodzącego beznogiego starszego kalekę o kuli. Agnieszka instynktownie chce przytrzymać mu drzwi, ale ten szerokim, szczerbatym uśmiechem daje nam do zrozumienia, że to on nas przepuszcza. Nie sposób się przestać uśmiechać w tym miejscu. Zwłaszcza, gdy znów widzimy wiekową panią pracującą, przy stoliku ze starszymi panami. Pani jest cała w czerwieni: czerwona kusa sukienka, czerwone włosy z długą czerwoną płetwą na plecach i czerwony makijaż. Cała grupa żywo o czymś rozprawia i liczy drobniaki wysupłane z kieszeni.

Gdy czekamy na darmowy trolej, przyłapuje nas burza z ulewnym deszczem. Szukamy schronienia pod dachem przy wejściu do kina. Wlewają i wylewają się z niego same starsze osoby. Widocznie tego typu rozrywki nie kręcą tutejszej młodzieży.

Przechadzając się pewnego wieczoru ulicą równoległą do plaży, mijamy wiele ekskluzywnych restauracji, gejowską tęczową ulicę i ciężarówkę oferującą ekspresowe badania na wykrycie wirusa HIV. Środkiem ruchliwej jezdni przemyka młody chłopak na deskorolce, skupiony na pisaniu SMS-a. Oczekiwanie na powrotny autobus zajmuje nam prawie godzinę. Gdy nadjeżdża, kobieta siedząca za wielką autobusową kierownicą powstrzymuje nas ostro przed wejściem na pokład ostrym pytaniem „A wy gdzie?!”. Z pobłażliwym zdenerwowaniem wyjaśnia, że wsiąść należy z przystanku po przeciwnej stronie, gdzie zjawia się po dziesięciu minutach.

Poruszając się środkami miejskiego transportu odczuwamy bardzo, że jesteśmy w drapieżnej Ameryce, a nie w ugrzecznionej Anglii. Rzadko który kierowca jest miły i pomocny, a większość nie ma pojęcia, jak dojechać do miejsc ciekawych dla turystów. Jedyną osobą, która stara się nam pomóc w znalezieniu drogi i doładowaniu karty komunikacji miejskiej jest umundurowany pracownik Metrorail. Nosi plakietkę z nazwiskiem, które do niego idealnie pasuje: T. Knight. Spotykamy go w przeciągu dwóch dni w dwóch różnych miejscach. Cóż za rycerskie zrządzenie losu!

Paradoksem komunikacji miejskiej w Miami jest to, że na płatne autobusy czeka się dość długo, nawet do 40 minut, na bezpłatne zaś mini-pociągi Metromover i troleje około pięciu minut. Spotykamy w tych ostatnich paru bezdomnych i inne ciekawe postaci.

Najwięcej uciechy spotyka nas chyba jednak w sklepach i restauracjach.

Pewnego wieczoru nachodzi mnie ochota na niezdrowo przyrządzonego smażonego kurczaka w panierce. Jedynym miejscem w okolicy, gdzie mogę kupić coś takiego jest Domino’s Pizza. Za ladą panie o obfitych krągłościach ze stoickim spokojem rozgniatają ciasto na płaskie placki, a rosły i dobrze uposażony mięśniowo pan obsługuje klientów przekomarzając się z każdym. Przychodzi moja kolej i zamawiam kurczaki w panierce.

Na pytanie:
– Co jeszcze? – odpowiadam, że:
– To wszystko.
– Oookej! – reaguje zbity z tropu rosły pan.

Płacę mu jednodolarówkami w monetach. I znowu moment zastanowienia.

– W jakiś sposób mi się to podoba – oznajmia ważąc mało uważnie monety w dłoni, zamiast je policzyć.

Wychodząc z zamówieniem dostrzegam zabawny napis na szybie przy ladzie „Proszę o niedokarmianie pracowników”.

Innym kuriozalnym sklepem jest dla nas lokalny monopolowy. Podzielony jest na dwie części: tanią i drogą. Droga jest odseparowana szklaną, kuloodporną ścianą, co robi oszałamiające wrażenie. Sprzedawca siedzi za tą szybą przy okienku, którego nie zamierza otwierać nawet po to, aby zeskanować butelki margarity i mojito. Bez słowa podnosi czytnik i wzrokiem daje mi do zrozumienia, że mam do niego obrócić butelkę tak, żeby mógł odczytać kod kreskowy, po czym znów bezgłośnie pokazuje palcem na ekranik z ceną. Czuję się, jakbym była z wizytą w więzieniu.

Ech, Miami… miasto niezwykłości … Będzie mi brakowało jego niespodzianek, wilgotnego powietrza, dusznego gorąca, przepychu i ubóstwa, serdeczności i opryskliwości i wszystkich innych przeciwieństw, które doskonale ze sobą współgrają…


1 komentarz

Ida – film kontrastów

Katarzyna Dragun

Kontrasty to coś wspaniałego. Wszyscy bowiem składamy się z przeciwieństw, co czyni nasze życie ciekawszym. Czasem jesteśmy szczęśliwi, czasem dopada nas chandra. Jednego dnia kochamy wszystkich ludzi, innego nie możemy ich znieść. Nasze ciała to skomplikowany mechanizm działający na zasadzie przeciwieństw. Wdychamy tlen, a wydychamy dwutlenek węgla. Musimy się ruszać, aby zużyć energię i spać, aby ją odzyskać. Nikt tak naprawdę nie jest do końca dobrym człowiekiem, ani złym, wszyscy jesteśmy mieszanką obydwu. To utrzymuje równowagę w przyrodzie.

Niekiedy kontrasty są bardziej widoczne, niż zazwyczaj. Niezwykłego ich natężenia doświadczyłam niedawno, zeszłej niedzieli, kiedy to nieplanowanie wybrałam się z koleżanką do kina. Był słoneczny, choć chłodny dzień październikowy. Z zatłoczonej ulicy Londynu weszłyśmy w gwarną kawiarnię Curzon, gdzie w podziemiach znajduje się kameralne kino o zaskakująco cichej atmosferze. Po długiej serii głośnych, jaskrawych i ociekających sztucznym entuzjazmem reklam w języku angielskim rozpoczął się biało-czarny polski film Pawlikowskiego – Ida. Tak skromny tytuł, a tak wiele mówiący. Ida Lebenstein – krótkie imię, długie nazwisko. Imię i nazwisko, które mówią wszystko o głównej bohaterce.

Ida1

Nowicjuszka w katolickim zakonie jedzie zobaczyć się z jedyną krewną, zanim zdecyduje się na złożenie ślubów. Od spotkania ciotki Wandy, biało-czarne kontrasty się nasilają. Cnotliwa i niewinna dziewczyna kontra drapieżna, wyzwolona i dojrzała kobieta. Kandydatka na zakonnicę dowiaduje się o swoim żydowskim pochodzeniu. Wanda nie chce znać siostrzenicy, jednocześnie nie może się z nią rozstać. Bolesne doświadczenia mieszają się tu z ciepłymi wspomnieniami. Ukrywane tajemnice wychodzą na jaw, przy czym uczucia bohaterek zaskakują. Nie wystawiana nigdy wcześniej na świat poza klasztorem, nieznająca uciech i bolączek doczesności Ida zadziwia stoicyzmem, z jakim przyjmuje jedną druzgocącą wiadomość po drugiej. A nie jest to mur obojętności, raczej głęboka i dojrzała pokora z domieszką zdecydowania. Ida wie, czego chce i uparcie dąży do zrealizowania planów. Wanda natomiast jest całkowitym przeciwieństwem siostrzenicy – pomimo lat różnorakich doświadczeń i sukcesów zawodowych, miota się pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Swój brak pewności siebie nadrabia opryskliwą bezpośredniością. Każda informacja z jej przeszłości jest dla niej jak cios, który coraz bardziej powala ją na kolana. Stara się ukoić ból złudnymi przyjemnościami – alkoholem i flirtowaniem z przygodnymi mężczyznami. Próbuje też do nich przekonać Idę, błędnie sądząc, że jej śliczna siostrzenica zmarnuje swoje życie w ascetycznie sztywnym zakonie.

ida

Ida próbuje „życia”, Wanda opiera się wstrzemięźliwości. Ida wygrywa życie, Wanda przegrywa.

Film uczy cudownej filozofii życia: żyj tu i teraz. Znajdź swój cel i podążaj za nim, nie oglądając się za siebie. A przede wszystkim, przyjmij ludzi i świat takimi, jakie są. I tak ich nie zmienisz. Ale możesz zmienić siebie.