Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Wieści spod celi 2 (c.d. biuletynów)

Katarzyna Urbanowicz

Psychiczny narkotyk dla osadzonych (wypis z biuletynu nr. 3). W Korei Południowej otwarto więzienie dla… zmęczonych!!! Wygląda jak więzienie. Wyposażenie: drzwi zamykane od zewnątrz, przycisk paniki (u naszych polskich osadzonych też tak jest, do wzywania oddziałowego, a w przypadku pilnej potrzeby, żeby zadziałał, wzmocnione waleniem pięścią w drzwi), okno, umywalka, sedes, stolik, a ponadto zestaw do ceremonialnego picia herbaty, mata do jogi i inne wschodnie ezoteryczne wymysły. Według współzałożycielki „więzienie jest postrzegane jako ucieczka do wolności. Zamknięcie w izolatce nie jest prawdziwym więzieniem, prawdziwym więzieniem jest świat na zewnątrz.”

Tu dygresja: Ta konstatacja jest niesłychanie bliska mojemu osobniczemu doświadczeniu z PRL, okraszonemu modną wówczas filozofią egzystencjonalną, której przedstawicielami byli J.P. Sartre i inne „francuskie pieski”, ich żony, córki i kochanki (czasem 2 lub 3 w jednym). Ich filozoficzne dylematy prowadziły zawsze do objawionej prawdy, iż wolność jest do czegoś, a nie od czegoś, co zweryfikowałam u schyłku mojego życia uznając, że wszelkie podrygi zmierzające do… przynoszą jedynie poczucie klęski, podczas, gdy wygrywają ci, którzy zawsze uwalniali się od zobowiązań, nie zaś ci, którzy chcieli naprawiać świat, nawet uprawiając tylko swoje małe ogródki (to już inny prąd filozoficzny).

Co zostało mi z tamtych lat? Zamiłowanie do czarnych bluzek z dekoltem i sentyment do szerokich spódnic na halce, tudzież tzw. trumniaków, to jest malowanych na czarno pastą do butów białych tenisówek z wyciętą, sznurowaną częścią. Och, jakże lekko się biegło z tym zasobem modnej wówczas filozofii i włosami spiętymi w tzw. „koński ogon”, gdy ważyło się czterdzieści parę kilogramów, a nie przynajmniej dwa razy tyle, (a nie da się obecnie zrobić zdjęcia w lustrze bez podpórki kręgosłupa w postaci chodzika lub inwalidzkiego wózka). Ale oczywiście południowi Koreańczycy tego nie wiedzą, no bo niby skąd?

Złośliwy mój korespondent twierdzi, iż hotel ten wymyślił prokurator, który pracował 100 godzin tygodniowo i leczył w nim pracoholizm. Ja dodałabym, że prokuratorka, która po powrocie z pracy gotowała dzieciom obiady i sprzątała mieszkanie do błysku, aż ryzykując zgon zasypiała w wannie, miałaby jeszcze lepsze pomysły. Chociaż czytałam gdzieś, że w Polsce istnieje odrębna wersja „więzienia dla zmęczonych” w postaci klasztornej celi, wynajmowanej za spore pieniądze w czasie wakacji. Ale u nas wszystko musi być posypane wiarą, jak tanią przyprawą w rodzaju pieprzu ziołowego.

W klasztornej celi i w koreańskim „więzieniu dla zmęczonych” obowiązuje zakaz posiadania komputerów, laptopów, telefonów, tabletów i wszystkiego, do czego potrzeba ładowarki i choć podejrzewam, że w prawdziwym też, w Polsce obowiązkowo dostępny jest program oficjalnej telewizji z jej propagandą i serialami. Osadzeni nieźle znają się na prawie i wyczaili, że niejaka Marysia Domańska z serialu „Pierwsza miłość” za spowodowanie wypadku dostała 12 lat z art. 197 par.1 kodeksu karnego, który przewiduje karę do 3 lat. Sugerowaną przyczyną takiego wyroku był stresujący rozwód sędziego.

Internetowa wieść niesie, że skoro jedna z piosenkarek twierdziła, iż ponoć ktoś napisał Biblię pod wpływem ziół, możliwa jest delikatna sugestia polityczna, iż wyrok także spowodowało użycie zioła przez sędziego, a tym samym uzasadnienie konieczności reformy sądownictwa, celem wyeliminowania ryb, które psują się od głowy i zasiadają w TK i SN. Wydaje mi się to jednak zbyt daleko posuniętą teorią spiskową, choć przymus ogladania takich seriali, moim zdaniem, nie ma walorów wychowawczych.

Jednakowoż za pośrednictwem jeszcze marniejszej telewizji można wysłać osadzonym gryps. Kosztuje to raptem 1,40 zł, a więc jest tanie bardzo, a polega na wysłanie sms z hasłem LIKE lub LOVE w określonych godzinach doby. Ponoć, jak twierdzi mój korespondent, można w ten sposób się rozwieść, to znaczy poinformować osadzonego że się go porzuca i nie trzeba czekać, aż tekst wyświetli się trzykrotnie, jak żądają tego wyznawcy Koranu.

Świat rzeczy możliwych i niemożliwych w areszcie nie przystaje do przyzwyczajeń zwykłego człowieka. Mój korespondent napisał podanie o pozwolenie na dostarczenie mu butów i wyrzucenie dziurawych. Nowe przywiozła mu rodzina, pozwolenie na zniszczenie zostało udzielone i wyglądało podobno, jak obiegówka na granicy, upstrzona pieczątkami z najważniejszą z nich: Dyrektora Aresztu. Jednak na wyrzucenie starych potrzebna jest jeszcze zgoda Prokuratury Okręgowej, więc trzeba by rozpocząć procedurę od nowa, co się nie opłaci, bowiem przy wyjściu lub przeniesieniu można wyrzucić je bez żadnej biurokracji.

Moje przerażenie budzi fakt, że jak dzieci w krajach ogarniętych wojną, preferują zabawę w strzelanie, tak osadzeni próbują we własnym zakresie stosować jakieś kary za niedotrzymanie wymyślonych przez nich samych, często bezsensownych reguł. Ponieważ zakres swobodnego postępowania jest w takich wypadkach wąski, kodyfikacja (i kary) dotyczą najczęściej jedzenia i wydalania. Podobno proponowane są do zatwierdzenia w demokratycznym głosowaniu następujące kary: picie wody z solą lub proszkiem do prania, używanie papieru toaletowego posypanego pieprzem lub ostrą papryką. Mój korespondent twierdzi, że poczuł się jak na kolonii letniej w Broku, gdzie przebywał w II klasie szkoły podstawowej w wieku 9 lat – tyle, że savoir vivre stawiał nieco inne słownikowe wymagania przy wypowiadaniu nakazanych zaklęć. Mnie zaś cierpnie skóra na myśl, jak bardzo ludzie uczestniczący w życiu społecznym, bezkrytycznie uzależniają się od reguł panujących w tym życiu i widzę już przymus maszerowania w jakichś marszach wolności, czy niepodległości, czy czegoś tam, raz w tygodniu lub miesiącu, obowiązkowo z petardami i fajerwerkami.

Ciekawe, że za PRL uznawałam pochody 1-majowe tylko za średnio dolegliwe i to raczej z tego wzgledu, że maszerowało się wśród osób z własnego zakładu pracy (inaczej uczestnictwo nie było odnotowane), a tym samym pochód nie pozwalał na zawrcie nowych, być może ciekawych znajomości. Obecnie reguły są nieco inne, choć jakże bezpiecznie podrywać chłopaków z artykułami wybuchowymi?

Na zakończenie w biuletynie opisana została sprawa pewnego Wietnamczyka, aresztowanego za uprawę krzaków w doniczkach. Wietnamczyk ów wyraził zgodę przez telefon (zwykły, nie wideo) na ugodę w jego sprawie, a jako nie znający polskiego machnął przyzwalająco ręką, co przetłumaczył powołany tłumacz, nie znający wietnamskiego, ale znający gest machnięcia ręką. Otrzymał wymiar kary 3 lat więzienia i ucieszył się bardzo, bo w jego kraju otrzymałby za to samo karę śmierci. W ten sposób nasz minister Ziobro zyskał nowego dozgonnego wielbiciela i zdaniem owego Wietnamczyka, powinien objąć swoją funkcję w jego kraju, gdzie zyskałby opinię nadzwyczajnej łagodności funkcjonariusza.

Co do Ministerstwa Sprawiedliwości, to podobno były plany (chwilowo zarzucone) zwolnienia adwokatów z tajemnicy adwokackiej, aby można było ich przesłuchać na okoliczność tego, co dowiedzieliby się od swoich klientów. Redakcja Biuletynu uznała, iż powinna podpowiedzieć adwokatom, aby przyjęli dodatkowo święcenia kapłańskie (tajemnicy spowiedzi nikt nie zamierza znosić), co pomogłoby zażegnać kryzys wiary w Polsce i podniosło dochody przedstawicieli palestry. Można by dodać nakaz udania się do spowiedzi przed demonstracją i byłoby sugerowane (modne jak szampony czy ostrza do golenia) 3 albo nawet 4, czy 5, w jednym.

Przeraziłam się tego, co napisałam. Rozmaite moje żartobliwe pomysły w zamyśle satyryczne, po roku lub dwóch zyskiwały rangę ustaw. Kończę więc, żeby nie posunąć się zbyt daleko w antyproroctwach.

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Wieści spod celi

Katarzyna Urbanowicz

Areszt – Pocztówka

Osadzony w areszcie, z którym koresponduję, wysyła taki biuletyn „Wieści spod celi”, który rozsyłany jest w postaci skanów lub fotografii bliskim i znajomym. Jest to osoba wykształcona, zrównoważona, starająca się dostrzec wszystkie aspekty, negatywne i pozytywne aresztowania. On sam podchodzi do swojej sytuacji filozoficznie – widząc w niej i dobre strony: uregulowanie stanu zdrowia, na które nigdy nie miał czasu, czas na refleksję, przemyślenia, oderwanie się od różnych bieżączych konieczności, fakt, że wiele spraw się rozwiązuje samoistnie bez potrzeby angażowania się w nie. Pozwala mu to traktować wiele spraw z humorem, ale nie sprawia, że osoba czytająca poszczególne numery tego biuletynu, uznaje sytuację aresztowanych w Polsce za normalną, pożądaną i optymalną. O, co to, to nie.

W naszym społeczeństwie funkcjonuje stereotyp PRZESTĘPCY. Jest to szerokokarki, ogolony na łyso, wytatuowany drab, którego pięści albo narzędzia służą do zadawania krzywdy otoczeniu, bez wyboru. Ktoś, kto odwiedza osadzonych w areszcie, przeżywa zdziwienie. Nie ma tam takich osób! No, może gdzieś jeden, w jakimś kącie, ale i tak nie do końca typowy.

Na widzeniach pełno jest wątłych tatusiów licznych, drobnych dzieci, brzuchatych starszych panów i nie zwracających niczyjej uwagi szaraczków. O takich mówiono mi zawsze w domu, że są to „ofiary losu” – za mało znaczą i umieją, żeby nie podpaść. Czytam o nich w w/w. Biuletynie.

Ot, starszy gospodarz ze wsi, oskarżony przez rodzinę, chcącą zawładnąć jego majątkiem, zanim jeszcze dziadek umrze, oskarżająca go przed prokuratorem, że dręczył swego psa, poprzez obcięcie mu uszu i ogona. Materiał dowodowy (zebrany przez zwolenników) ukazuje, że rzeczony pies ma uszy i ogon, tyle, że słabo widoczne, bowiem cwana rodzina goni domorosłych fotografów sprzed posesji. Zabawne, nie? Ale człowiek siedzi już 10 miesięcy, jak by nie było. Młyny sprawiedliwości mielą powoli; żaden minister sprawiedliwości nie zmusi prokuratora, żeby, zanim oskarży biedaka, udał się i dowodnie obejrzał rzeczonego psa. Koledzy z celi żartują z każdej przysłanej człowiekowi fotki, że wprawdzie pies ma uszy i ogon, (możliwe, że doczepione plastrem na potrzeby materiału dowodowego), ale za to nie ma innej ważniejszej części, czyli organów rozrodczych… Adwokat nieszczęśnika oświadczył, iż nie może stawić się w Sądzie 26 października, ponieważ musi zapalić świeczki na grobie, a poza tym w terminie owym jest duży ruch na drogach. Alternatywny termin listopadowy – 13-go, też nie jest pewny z racji określonych narodowych przesądów dotyczących 13-tki, co powoduje, że nieszczęśnik od psa bez uszu i ogona może posiedzieć jeszcze dłużej… Obrońcy nie przyszło na myśl, że chłopina też miałby ochotę postawić jakieś świeczki na czyimś grobie i wypić krztynkę za duszę nieboszczyka…

Ot, wewnętrznoaresztowe spory. Trwa intensywna walka ze zbyt ciężkimi paczkami na wypisce (dla niezorientowanych: rodzina przekazuje pewne kwoty na konto, z których część środków jest przechowana do wyjścia z aresztu, a część obdarowany może przeznaczyć na zakup w kantynie, zwłaszcza art. spożywczych). Ponieważ nie można przesyłać paczek spożywczych, jest to jedyna droga dla zapewnienia art. dietecznych np. cukrzykom, nietolerującym glukozy, cholesterolu, laktozy, glutenu i innym uczuleniowcom, tudzież wegeterianom i „francuskim pieskom” – wg terminologii mojej mamy – (bez wegan, jako że kantyna więzienna nie zapewnia świeżyzny). Nie można zakupić suschi, ale też ogórków, pomidorów i takich tam fanaberii, jak: szczypiorki, czy koperki. Wracając jednak do paczek. Ponieważ w areszcie nie ma windy, delegowani do tej pracy muszą nosić paczki na 4 piętro po schodach. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w biuletynie napisano, że wprawdzie paczki będą lżejsze, za to w zamian muszą nosić na górę wagę i że bilans wychodzi na zero. Nie byłabym tego tak pewna, jak wskazuje prosta rachunkowość, bilans musi uwzględnić ilość zaopatrywanych, kwoty im przysługujące i aktualne widzimisię właścicieli kantyn. Takoż zapewne warunki przetargu na ich prowadzenie. O tym traktuje kolejne doniesienie.

W wyniku jesiennej ofensywy mającej na celu zdyscyplinowanie niezdyscyplinowanych (z definicji) więźniów ograniczono asortyment towarów w kantynie. Akurat mojemu korespondentowi nie ciążył koperek albo szczypiorek, czy nawet kminek (bez którego ja żyć nie mogę, a który zapewne poprawiłby znacząco jakość powietrza w celach), a wyrzucenie ze zbioru dostępnych towarów kiełbasy wiejskiej, podobno jedynej, składającej się z mięsa, jako że pozostałe składają się tłuszczu. Wśród osadzonych szerzą się teorie spiskowe, a jedna z nich głosi, że owe pokłosie „dobrej zmiany” należy łączyć z osobą minister Zalewskiej, co dowodnie widać, gdy zmienia się słowo „tornister” na słowo „kiełbasa”, a słowo „szkoła” na słowo „więzienie”.

Podobno w areszcie zwiększyła się populacja taksówkarzy. Jest to wynikiem zmiany stausu zamówień na dowóz świeżej pizzy na „białą pizzę”. Nie tłumaczę, o co chodzi, bowiem w moim mieszkaniu jest mi wygodnie, nawet gdy nachodzą mnie monterzy anten zbiorczych, mogąch przy okazji montować podsłuchy. Jak nie wiecie, poszukajcie w internecie.

Mój korespondent donosi mi, że sukcesem aresztu jest spadek jego wagi o 34 kg i że nieprawdą jest, iż zawdzięcza to codziennemu spożywaniu mortadeli.

W numerze 3 „biuletynu” tematem przewodnim stała się sprawa przezroczystej taśmy klejącej. W tym przedszkolu uznano ją za artykuł zakazany, jako że wychowawczynie zaklejały dzieciom gębusie, a więc więźniowie mogą tym bardziej. Ponadto taśma owa służy cenzurze do zaklejania odklejonych listów (chwała jej za przepuszczenie tych numerów biuletynu – kuda jej do cenzury PRL-u!), możliwe, że ktoś podrobiłby ocenzurowanie wieści za pomocą gotowanego jajka odbijając pieczątkę, a potem zaklejając rzekomo odklejony list. Biuletyn donosi, że trwają negocjacje z wychowawczynią w kwestii zmiany tego stanowiska. Mój korespondent twierdzi, że pani Wychowawczyni reprezentuje pogląd, iż ona też jest „kryminalistką” zapominając o tym, że tylko przez 8 godzin i że chętnie z nią by się zamienił i mataczył przez pozostałe 16 godzin, wychowując w prawdzie i słuszności ludzkość przez 8 godzin. Tu dodam od siebie: Czyż wynik ok 30% zwolenników PiS nie odzwierciedla tego podziału doby na 3 sekwencje narodowego światopoglądu? W 1/3 doby Bóg, honor i ojczyzna, w 2/3 moje życie prywatne, wolność Tomku od szczepionki!

c.d.n


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Związki

Katarzyna Urbanowicz

Okładka książki Katarzyny Urbanowicz pt. Sierotka

Dziwnymi drogami chodzą różne związki między ludźmi. Sprzątająca u mnie pani z Ukrainy napotkała w domu innej pani, u której też sprząta, moją książkę. Pani ta opowiedziała jej, że bardzo się spłakała przy lekturze, a kiedy dowiedziała się, że Ukrainka mnie zna i czytała moją książkę, była bardzo zdziwiona. Przy okazji ja dowiedziałam się, że egzemplarz pani sprzątającej jest już na Ukrainie i służy grupce młodych ludzi do nauki języka polskiego. Nie mogę wyjść z podziwu, że przy tak małym nakładzie i braku reklamy książka dotarła już do następujących krajów: Niemcy, Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Ukraina i że ktoś się uczy z niej języka.

Nasze życie zdominowanie jest przez związki. Im jesteś starsza, tym bardziej inni zaprzeczają twoim wspomnieniom, bowiem aktualność widzi zdarzenia całkiem inaczej; wszystkie związki, jakie miałaś kiedyś z kimś, z czasem tracą swój sens i znaczenie, a dla innych nigdy go nie miały.

Czytałam kiedyś pamiętniki człowieka, który dzielił się ze mną swoimi wspomnieniami w nadziei, że zrozumiem te aspekty, które chciał udostępnić otoczeniu, a których ono nie doceniało. Miał on niesłychany dar zapamiętywania i zapisywania szczegółów. Potrafił opisać dokładnie ustawienie mebli w mieszkaniu jego rodziców ok 1900 r. Opisywał Bródno w Międzywojniu i pewną kobietę, pokutującą za nieznany nikomu grzech w taki sposób, że chodziła do kościoła boso po śniegu, a w powrotnej drodze jej ślady były już krwawe. Opisywał rytuały związane z kiszeniem kapusty na zimę, w tym „okrzykiwanie beczki”, celem wypędzenia z niej demonów zepsucia i zgnilizny, wigilijne spożywanie głowy karpia i omawianie każdej najdrobniejszej ości, jako mającej związek z kaźnią Chrystusa, co oczywiście dawało świętom Bożego Narodzenia zupełnie inną perspektywę niż obecnie przyjmowana. Omawiając Ukrzyżowanie przy obchodzch Narodzenia, dawało się świadectwo kolistości biegu rzeczy. Pamiętniki te nie miały wielkiej wartości literackiej, choć były napisane poprawnią polszczyzną, ale niesłychaną wartość jako świadectwo czasów, które minęły. O wielu szczegółach, w nich zawartych nigdy wcześniej nie wiedziałam.

Pan Karol w swoich pamiętnikach opisywał wiele spostrzeżeń poczynionych w swoim długim życiu i pożyczył mi do przeczytania ich 3 tomy. Kończyły się one wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Początkowo pisał na maszynie, potem (jak zapamiętałam) dostał w prezencie od któregoś z wnuków laptop i przystąpił do pisania na nim. Miał mi udostępnić na płycie teksty, kiedy skończy. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie z pytaniem: kim jestem i skąd się znamy? Wyjaśnił, że sprawdzał telefony w swoim aparacie, że miał zapisane tylko moje imię i że zapomniał kim jestem. Wytłumaczyłam mu skąd się znamy i jakie były nasze wcześniejsze kontakty, obiecał zapisać sobie, żeby na drugi raz nie zapomnieć.

Okazało się, że gdy niedługo zmarł, nie znając nikogo z rodziny, nie miałam nadziei dostępu do reszty pamiętników. Tak upłynęło kilka lat, aż natrafiłam na FB na stronę osoby, która moim zdaniem była spokrewniona z panem Karolem, choć nie wiedziałam w jaki sposób. W najlepszej wierze wystąpiłam o zaliczenie do grona znajomych opisując naszą znajomość, ale po krótkiej korespondencji odmówiono mi jej, a tym samym dostępu do informacji o budowie pewnego mostu.

Zaczęły pracować mrówki przesypujące piasek, bowiem czując się wyrzuconą poza zasięg osób uprawnionych do informacji, ale znając innych, wiedzących dużo o tej budowie, odkryłam, że  powodem tego odrzucenia jest najprawdopodobniej naciąganie rzeczywistości, jak przykrótkiej kołdry. Zapytuję siebie czy mam prawo myśleć o rzeczywistości jak myślię, czy jestem powołana, aby wracać pamięcią do człowieka, z którym łączyła mnie kiedyś chęć zrozumienia czasów, które minęły. Może ta jego rodzina jest upoważniona bardziej do strzeżenia jego pamięci i modyfikowania jej według własnego uznania? Takiej polityki historycznej uprawianej na małą skalę? Muszę upewnić się, że pan Karol naprawdę istniał i znajduję nasze fotografie z maja 2007 roku. Oddycham z ulgą, nie wymyśliłam go sobie. Nie jest tak, że jak pan Karol, nie pamietam przeszłości lub pamiętam ją mgliście, ale jestem wobec niej nastawiona bardzo rygorystycznie, zakładam, że inni mogą pamiętać ją lepiej, więc upewniam się i sprawdzam.

Jednocześnie w jakimś odległym mieście, w jakimś zapomnianym areszcie, nieznany mi człowiek, czytający moje teksty, które trafiły do niego przypadkiem, wzdycha: tak było i dobrze że ktoś o tym napisał, a ja się dziwię, że choć nie jest dziewczyną i pochodzi z innych stron kraju, to trafiają do niego moje słowa, które nie zawsze trafiają do bliskich. Czy jego obchodzi to, co jest prawdą, czy tylko śledzi moje emocje? Czy trafiłam swoim słowem w jakieś jego realia i czy to moja zasługa, czy obciążenie? Grzech pamięci jego czy mój? Czy między nami powstał jakiś związek i dla kogo z nas jest ważniejszy? Książka trafiła do więziennej biblioteki, a mnie szkoda, że nigdy nie poznam żadnego z jej czytelników.

Moi bliscy źle znoszą chwilę mojego odprężenia, czasem wydaje się, że moim powołaniem jest wieczna walka o prawo do własnego widzenia świata i równouprawnionego traktowania MOJEGO spojrzenia. A ja chciałabym już odpocząć… Nie chcę niczego udowadniać. Chciałabym odpocząć od udowadniania, argumentowania, przekonywania. Są nudne i jałowe. Potrzebuję odrobiny zaufania. Niech mi zawierzą ci, od których tego oczekuję. Niech nie udowadniają mi, jaka jestem naiwna, niech nie próbują otworzyć moich zlepionych porannym snem powiek. Niech dadzą mi moment wytchnienia od ICH świata.

Były czasy, kiedy pragnąłam miłości, były i minęły. Mijają czasy kiedy potrzebowałam zaufania. Ostatnie, co się ostało, to potrzeba złudzeń. Nie chcę, żeby ktoś mnie wytrącał z moich ułud, z moich snów. Komu to zaszkodzi, jeśli znajdę odrobinę pocieszenia we własnym wewnętrznym świecie własnych złudzeń. Dlaczego uważają, że muszę być trzeźwa do swoich dni ostatnich? Dlaczego chcą mnie przerobić na własną modłę, skoro świat przez nich stworzony nie okazał się wiele lepszy niż mój? Dlaczego moje poszukiwania wydają się im niegodne mojej osoby, moje myśli i moje fascynacje uważają za zbędne w nowoczesnym świecie? Nawet jeśli nie płynę z ławicą.

Wszak to dobrze jest poszukiwać, a poszukiwania nie muszą wiązać się z klęskami i błędnymi ścieżkami. Niektóre z nich z czasem okażą się wcale nie błędne… Tego nie wiesz, ale nie chcesz zamykania ścieżek.

Pisze do mnie przed chwilą moja wieloletnia przyjaciółka, pisarka, Mirka Sędzikowska: „…bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie ukraińska historia Sierotki. Dobra książka przebija się w najdziwniejszych miejscach. Czy przypuszczałaś kiedyś, że młodzi Ukraińcy będą wzruszali się, czytając Sierotkę i uczyli się z niej języka polskiego? Może też, decydując się na imigracje zarobkową, poczuli się, jakby już kogoś w pewnym sensie znali w nieprzewidywalnej dla imigrantów, Polsce. Miałaś okazje pomóc nieznanym ludziom, a to także dar. Twoja gwiazda, świeci, Kasiu kochana. Wyobrażasz sobie tych młodych ludzi, przekazujących sobie książkę ze słowami zachęty i entuzjazmu? Kiedy ja to sobie wyobrażam, czuje ciarki, biegnące po plecach. To też znak od losu: pisz!”

Jeśli istnieje Kronika Akaszy, nic nie idzie na marne, Moje związki z nieznanymi ludźmi są o wiele bardziej owocne niż z bliskimi. Czemu tak?