Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Wysiedlone dusze

Katarzyna Urbanowicz

Rys. Alicja Ziętek

Przeczytałam gdzieś o nich: „Najczęściej te nawiedzone, rzadko występujące istoty są związane ze szczególnym rejonem geograficznym. Badacze specjalizujący się w zakresie zjawisk dotyczących duchów twierdzą, że owe niezrównoważone istoty przebywają w bezludnych rejonach pomiędzy niższą sferą astralną Ziemi a światem duchowym. Jednak moje własne badania skłaniają mnie do przypuszczenia, że dusze te nie są ani zagubione w przestrzeni, ani demoniczne. Po śmierci fizycznej zdecydowały się one z własnej woli pozostać przez jakiś czas w sferze ziemskiej ze względu na wysoki stopień nieukontentowania. Moim zdaniem są to okaleczone dusze, ponieważ są tak bardzo oszołomione i mają w sobie tak wiele rozpaczy, a nawet wrogości, iż pragną, aby ich przewodnicy trzymali się od nich z daleka. Wiemy, że można, stosując różne metody, na przykład egzorcyzmy, zlokalizować wrogie, wysiedlone istoty i spowodować, by przestały one niepokoić ludzi. Można przekonać duchy przebywające w ciałach innych osób, aby odeszły i ostatecznie przeniosły się we właściwy sposób do świata duchowego.”

W 1996 roku, po wypadku komunikacyjnym, któremu uległam, przebywając w szpitalach i sanatoriach, zmuszona całkowicie przewartościować swoje życiowe plany, zainteresowałam się tym, co umyka naszemu rozsądkowi. Początkiem zadawanych pytań był problem tzw. „choroby szpitalnej”. Wydawałoby się, że chory, przebywający w szpitalu, w którym jest intensywnie leczony i którego stan zdrowia bezspornie się poprawia, powinien czuć się coraz lepiej. Tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie. Pewna lekarka uświadomiła mi, że zjawisko to, nazywane chorobą szpitalną, jest powszechnie znane, a terminem granicznym, od którego samopoczucie chorego, zamiast poprawiać, pogarsza się, jest 2-3 tydzień pobytu. Mądrzejsza nazwa brzmi: depresja anaklityczna. Różne są tłumaczenia tego fenomenu. Przeważnie określa się go jako schorzenie wywołane uzależnieniem samopoczucia pacjenta od istniejącego w szpitalu i narzucanego mu trybu życia; sytuacja ta wytwarza u niego uczucie bierności, bezradności i utrudnia przystosowanie się do życia poza szpitalem. Inne źródła podkreślają izolację od osób bliskich, zwłaszcza u dzieci rozstanie z matką, widząc w niej pewną odmianę „choroby sierocej”.

Niestety, brakuje sensownych wyjaśnień dlaczego tak się dzieje nie w pierwszych dniach pobytu, a po jakimś czasie. Wspomniana lekarka tłumaczyła mi, że tak duże nagromadzenie chorób, cierpienia, lęku, poczucia niepewności i izolacji gromadzi się na jednym, stosunkowo niewielkim terenie, wręcz wsiąka w mury łącząc się z typowo szpitalnymi zapachami, niczym feromony, substancje należące do grupy infochemicznej i zaczyna działać jak one. Zapach ciała informuje innych o nastawieniu, emocjach, ekscytacjach i lękach, a ponieważ szpitalne doznania są raczej negatywne, takie i też są odczucia osób nawet tam zdrowiejących. Ciekawe jednak, że choroba ta ma ponoć (?) inne przyczyny u dorosłych, inne u dzieci, co mnie, osobiście nie przekonuje. Nie mówi się też głośno o tym, że najgorsze są te oddziały szpitalne, gdzie wielu chorych umiera, chociaż sądzę, że doznawanie śmierci przez umierającego, należy do największych traum w życiu.

Niektórzy chorzy opowiadali o wysiedlonych duszach zmarłych, plączących się po szpitalnych korytarzach, szeptem dodając, że szczególnie odczuwają to w szpitalnych kaplicach.

W tamtym czasie poznawałam wiele opowieści o kobiecych losach pacjentek oddziałów kardiologicznych i wewnętrznych różnych szpitali i na kanwie niektórych z nich powstała moja powieść „Sierotka”. Zapisanych historii, biografii zwyczajnych kobiet, uwikłanych w życiowe trudności i przeszkody mam znacznie więcej. Nie wszystkie pochodzą ze szpitali, wiele opowieści ma swoje źródła w zwierzeniach osób, z którymi łączyły mnie stosunki służbowe lub prywatne, albo przypadkowe przebywanie razem i nudne oczekiwania na coś. Moim zamiarem było wówczas stworzenie antologii „Wysiedlone dusze”, gdzie wszystkie te osoby mogłyby opowiedzieć o swoich losach ukazując, że nie ma życiorysów nieważnych i osób pozbawionych znaczenia – żadna z nich nie przebiła się tylko ze swoją historią do szerszego grona osób i dlatego zostały zapomniane – właśnie jak owe wysiedlone dusze na szpitalnych korytarzach i w kaplicach.

Z racji swojego wieku nie mam wiele nadziei, że uda mi się ukończyć owe przedsięwzięcie, dlatego też sukcesywnie publikować będę (jako dokument PDF) na swojej stronie autorskiej w zakładce „TEKSTY” niektóre z tych opowieści. Można je bezpłatnie pobrać, czytać i rozpowszechniać do woli. Nie udostępniam ich na tym blogu z powodu objętości. Wcześniej z tego cyklu zamieściłam tam opowiadanie „Cień z latarką w ręku”, teraz dalsze trzy: „Kluczyki”, „Lacrimosa”, „Nocne wahadło”, a w najbliższych dniach zamieszczę „Spojrzenie”. Zapraszam do lektury tych i innych tekstów na mojej autorskiej stronie http://kasiaurbanowicz.pl/

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Tradycje

Katarzyna Urbanowicz

Anioł budzi Trzech Króli, katedra św. Łazarza w Autun, Burgundia (XII w.)

Oglądam dzisiaj TV i słucham o wieloletniej tradycji pochodów z okazji Święta 3 Króli. Nie mogę się pozbierać w tych wszystkich rzekomych tradycjach! Dla mnie tradycja, to coś, co było za mojego dzieciństwa, czyli ok. 80-100 lat wstecz. Nie uważam za tradycję czegoś, co powstało nie więcej, niż 10 lat temu, w dodatku nie jako zwyczaj przekazywany oddolnie z pokolenia na pokolenie, a jako reklama określonego stylu życia, spreparowana na zamówienie środowisk kościelnych, zainteresowanych wzmożonym kultem. Wykorzystuje się oczywiście rodzicielską miłość i chęć dostarczenia dzieciom rozrywki w dni wolne od pracy. Wykorzystuje się naturalną chęć przebierania dorosłych i dzieci, łącząc ją w dodatku z tradycjami Karnawału (zresztą powierzchownymi). Dlatego wszyscy noszą złote korony, dlatego pojawiają się żywe zwierzątka i postaci historyczne (przynależne w obchodach ni z gruszki ni z pietruszki), jak w tym roku nasz wielki poeta, Adam Mickiewicz. Założyli mu czarny płaszcz z tandetnej, najtańszej, błyszczącej podszewki i cylinder, wypożyczony z cyrku. Dobrze mu tak, skoro napisał zmorę uczniów, Pana Tadeusza.

Prawdziwy Karnawał był świętem niezależnym od sterników życia, stawał częstokroć na przeciwko ich chęciom i planom. Najlepszym przykładem są czasy terroru we Francji po rewolucji i w czasie rządów Robespierre`a, gdy na licznych karnawałowych balach odgrywano sceny śmierci zgilotynowanych przeciwników ustroju. Osoby im bliskie (matki, żony, kochanki) przywdziewały kamizelki ze skóry zgilotynowanych nieszczęśników, czcząc w ten sposób ich pamięć wbrew wszystkim i wszystkiemu, same nie mając pewności, czy i kiedy im przyjdzie umrzeć. Cielesne pamiątki po nich miały przywoływać świadomość i oswajać okrucieństwo tamtych czasów. Konserwować pamięć o nich. Przebrana w kamizelkę ze skóry ukochanej osoby, mogłabym kontemplować nie tylko mentalną, ale także cielesną pamięć o niej. Przywoływać ciepło dotyku, ucieleśniać CHWILE.

Dla mnie bliższe takiej tradycji byłyby publicznie odgrywane karnawałowe sceny zniewolonych sądów i wymyślonych procesów, przebiegających według najbardziej przerażających scenariuszy z nowych ustaw. Wszak ostatnio wyraźnie słychać głos zwolenników przywrócenia kary śmierci. Wszak w Karnawale błazen na tronie uzyskiwał moc decyzji jednego dnia. W czasach mediów społecznościowych taka zabawa byłaby o wiele bardziej sensowna i owocna. Poseł Suski jako Wszechmocny Błazen, może stanowić remedium na bolące stawy i serca staruszków.

Niestety, w czasach, gdy rzeczywista historia kompletnie rozmija się z historyczną narracją, tego rodzaju zabawy uważa się za niezbędne dla podniesienia prawidłowej świadomości narodu i nawet skąd inąd sensowni, młodzi dziennikarze, pieją o „tradycyjnych obchodach”. Nie mają o wiele więcej niż dwadzieścia parę lat i nie dano im wiele więcej czasu, żeby zastanowili się nad tym, co piszą. Lepiej narzucić swoją narrację niż oczekiwać, że lud sam coś wymyśli. Dziesięcioletnia tradycja, jako tradycyjna! Dobre mi sobie!

Swego czasu wyświetlano serial pod nazwą „Karnaval”, niestety nie do odnalezienia dziś – sprzęgnięty z kartami Tarota i astrologią. Może on tłumaczyć wysyp współczesnej „duchowości”. Jest ona jak kamizelka wykrojona z symboli i wielowiekowych wierzeń, pozwalających oswoić wszystko to, co manipulanci czynią z naszą rzeczywistością. Chwilowa bliskość ciała ukochanego tłumi nasz ból i marne perspektywy na przyszłość. Przestajemy żyć własnym życiem, gromadzimy substytuty. Kochamy na przykład niestandardowe waluty, jakieś bitcoiny, naszych proroków zdrowego, wegańskiego żywienia (ostatni problem – czy wolno nam antybiotykami niszczyć 2 kg bakterii w naszym ciele?), czy też nasze zwierzątka – ostatnio nie koniecznie prawdziwe, wierząc, że niosą nam nowe światło nowych czasów, jakieś wydumane „Jutrzenki swobody”.

Pewna kobieta napisała przed chwilą: „Witam zwracam się z takim pytaniem: wierzycie w to, że kobieta będąc w ciąży nie może być matką chrzestną? Czy jeżeli już się zgodziła, to istnieje jakaś ochrona dla niej i jeszcze nienarodzonego dziecka?”

Inna zaś mierzy się z trudniejszym problemem: „Witam serdecznie. Od jakiegoś czasu z mężem jak tylko wchodzimy do domu, to czujemy się jakby chorzy (ból mięśni, osłabienie). Koty również zaczęły chorować. Czy należy oczyścić mieszkanie? Jeśli tak, to jakie są sposoby?”

Moja długoletnia uduchowiona koleżanka wysyła mi zdjęcia swoich fusów od kawy wierząc, że intuicja podpowie mi, jak je interpretować. Inny zaprzyjaźniony człowiek sądzi, że wyrazem mojej odwagi jest publikowanie jakiegoś mojego snu. Mogę go pocieszyć: – to żadna odwaga. Ten sen zrozumieć mogę tylko ja, żaden zewnętrzny interpretator. To, co nazywam magazynem, ścieżką w lesie, czy stacją kolejową, jest tylko odzwierciedleniem czegoś, co jest moją prywatną sprawą. Podobnie jak na karnawałowych balach we Francji odzianie w kamizelkę ze skóry ukochanego nie identyfikowało tego wszystkiego, co łączyło osoby bliskie.

Nie widzimy, że król jest nagi, a my chodzimy w kieracie. Przykro mi, ale czasu mamy coraz mniej.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Powrót do rzeczywistości

Katarzyna Urbanowicz

Święta, święta i po świętach. Wracamy do rzeczywistości. Już zaskrzeczała w sylwestrową noc. Dla mojego pokolenia (jako dziecko przeżyłam Powstanie Warszawskie) wybuchy rac i petardy są mniej więcej tym, czym są dla zwierząt. Pewien pies, jak oszalały tak uciekał przed nimi, że aż nadział się na ostre pręty płotu. My, roczniki 42 i wcześniejsze mamy podobnie, jak zwierzęta, wdrukowane w pamięć znaczenie takich hałasów. W moich snach od wielu lat pojawia się połówka domu zmieciona wybuchem bomby, wirujące w powietrzu pierze z rozszarpanych poduszek, pierzyn i skrawki tkaniny białej w czerwoną kratę (z jakiej ongiś robiono powłoczki, poszwy, ścierki kuchenne i serwetki). Jak zwierzę zrywamy się do biegu (instynkt wyprzedza rozsądek) i wracamy z powrotem na wygodny fotel lub do łóżka, ale nasze serca, wątroby, nerki dalej działają w trybie zwierzęcego strachu.

Ja się nie boję, wiem przecież że to taka rozrywka, a nie wojna, ale mój organizm, moje ciało, zapamiętało ten strach dwu i pół letniego dziecka oraz parę widoków. Wspomniany na wstępie pies wisiał na płocie aż 7 godzin, zanim udzielono mu pomocy. Serce babci czy dziadka wariuje kilka dni, a kiedy mieszka sama, nie jest pewna, jak długo jeszcze wytrzyma.

Nad psami wszyscy się rozczulają, niestety, nie nad ludźmi. Pieski się uspokaja, przytula, starcom pozostają jedynie wspomnienia albo złudzenia.

Ktoś może powie, że w Polsce jest niewiele staruszków pamiętających wojnę, więcej psów i kotów, nad których stresem trzeba się pochylić z troską. Nie jest to tak. Mamy sporo osób, które reagują podobnie: mieszkający u nas Czeczeni, Ukraińcy i inne – choć w niewielkiej liczbie – nacje, a zwłaszcza ich dzieci. Czy dlatego bronimy się przed przyjmowaniem ofiar wojen, bo musielibyśmy pomyśleć też o nich, nie tylko o naszych zastępczych obiektach do kochania – zwierzątkach? Nad zwierzątkami możemy się poużalać, ale ich cierpienie jest tylko bladym cieniem cierpienia prawdziwych ofiar wojen. Ich doświadczenia za bardzo bolą, żeby nam się chciało o nich myśleć.

Oglądam posiedzenie Sejmowej Komisji Zdrowia. Jeden minister atakuje, drugi się broni. Ale moja pamięć rejestruje konkrety. 2007 rok – mój umierający mąż spędza na niewygodnym plastikowym krzesełku na Izbie Przyjęć renomowanego warszawskiego szpitala czas od 9 rano (przewieziony karetką z innego szpitala) do 23, kiedy z owego krzesełka spadł. Łaskawie wówczas położono go na wózku, na którym przeleżał do rana. Rano trafił na OIOM i ktoś się nim wreszcie zainteresował. Przez dwa dni nie otrzymywał jedzenia i picia, musieliśmy mu to wszystko dowozić. Potem w środku nocy odwieziono go do domu, a ja, mająca wcześniej nadzieję, że przynajmniej parę godzin uda mi się przespać, musiałam zmierzyć się z jego umieraniem. Zmarł przed szóstą rano, a i tak datę jego śmierci pomylono. Na spotkaniu z firmą pogrzebową wystąpiłam w butach z odmiennych par. Ksiądz miał zastrzeżenia do wierności religijnym nakazom, które uśmierzył stosowny finansowy datek. Moje odczucia – totalna ulga. Rano pojawiła się pielęgniarka, która miała mnie wspomóc, ale po prostu zabrała resztki leków i środków medycznych dla innych umierających staruszków. Teraz i ja z takich resztówek korzystam. Ale obecnie jestem sama. Nikt nie wystąpi w moim imieniu.

Denerwuję się. Nie korzystam z opieki specjalisty kardiologa, ponieważ biegły sądowy (sprawa mojego wypadku komunikacyjnego) orzekł, że nic mi już nie pomoże, uszkodzenia serca są nieodwracalne. Nauczyłam się z nimi żyć, jednak starzeję się i kiedy serce zaczyna w Nowy Rok wariować, cały świat alternatywnych uczuć powraca. Arytmia serca przechodzi po jakimś czasie, a ja jestem gotowa na przerwanie transmisji ode mnie do świata. Chociaż pogodziłam się z sytuacją, po prostu boję się. Oddycham z ulgą, gdy czas fajerwerków się kończy.

W Nowy Rok dzwonią dzieci, znajomi, przyjaciele. Składają życzenia, podtrzymują mnie na duchu. Ale moja wyobraźnia szybuje daleko w przestworza. Mój bliski wieloletni przyjaciel, wcześniejsza podpora wielu trudnych dni, pisze mi, że boi się wszystkiego, a jego lęk wzmaga i moje lęki. Jasne, czekamy, aż nasz los zdeklaruje się i wyklaruje, ale ja poszybowałam w całkiem inne strony. Potrzebuję już nie przyjaciół od serca, ale wsparcia instytucjonalnego, tego, które ma za nic czyjeś wyrzuty sumienia, prywatne związki i moje własne fascynacje. To już minęły lata, odkąd przestałam oczekiwać od kogokolwiek czegokolwiek. Cieszę się tym, co niespodziewanie otrzymam, ale i swoją wolnością, niezależnie od tego, jak ona wygląda w praktyce. Jestem wolna także w snach. Potrzebne mi teraz poczucie bezpieczeństwa. Urzędowe. Niestety, moje sny zamiast być pięknymi, fabularnymi opowieściami, stają się symbolicznymi opowieściami o jego braku.

Rys. Daniel Mróz. Okładka do książki Przedmieście Nigdy Afanasjewa z Sopotu, 1967

Tej nocy jako statystka, brałam udział w jakimś filmie. Jego akcja rozgrywała się w ogromnym magazynie, na wielu piętrach i każda scena (nie wiadomo czemu, bo scenografii raczej nie było poza stołem i krzesłami), nakręcana była na innym piętrze. W końcu pogubiłam się. W połowie dnia mieliśmy jakiś lunch, w czasie którego zginął mi kubek z napojem, a gdy go szukałam, moja torebka. W międzyczasie scena przeniosła się na inne piętro, do innego pomieszczenia, a tam już nie mogłam trafić. Musiałam więc zrezygnować z zapłaty i postanowiłam wracać. Wyszłam przed budynek w przekonaniu, że mam przed sobą dwie ścieżki prowadzące do przystanku autobusu. Jedną króciutką, wychodzącą na wygodny chodnik, ale ta droga była dalsza. Bliższa miała być ścieżka przez las i tamtędy poszłam. Po drodze miałam wiele utrudnień, szczególnie były to jakieś wykopy i duże kałuże, ale mimo to udało mi się je pokonać i dojść… Właśnie! Nie na przystanek autobusu, jak oczekiwałam, ale na stację kolejową. Byłam jednak przekonana, że starczy przejechać pociągiem jedną stację i będę już w domu. I tak nie miałam torebki ani pieniędzy, więc nie kupiłam biletu, tylko pojechałam „na gapę”. Przejechałam ten odcinek i wysiadłam, ale okazało się, że trafiłam w zupełnie nieznane miejsce, nazwa stacji nic mi nie mówiła; nie miałam pojęcia, w którą stronę jechać, a rozkład jazdy był w budynku, który na noc zamknięto na cztery spusty.

Rys. Daniel Mróz

Możliwe, że wskutek tego snu, moje serce zaczęło wariować. Chciałam się uspokoić i wyrównać oddech, otworzyłam okno i położyłam się podnosząc wysoko oparcie. Niestety, jak na złość, przypomniała mi się oglądana ostatnio transmisja z posiedzenia Sejmowej Komisji Zdrowia i poczułam, że nic nie poradzę na przedstawiane tam argumenty i reargumenty. Po prostu przyszedł na mnie czas. Mój stryj mawiał zawsze że „jeśli starzec przeżył marzec, żyć mu wypada, aż do listopada.” Zmarł 3 listopada.

Ja wiem, że krytyczne dni to Nowy Rok i trochę po nim. Wówczas zawsze dzieje się coś takiego w służbie zdrowia, co do naturalnego w tym okresie dołka psychicznego, spowodowanego krótkim dniem i brakiem słońca dodaje inne lęki. Nawet ci z nas, pogodzeni ze śmiercią, śledzą polityczne zawirowania i zastanawiają się, czy im uda się przeżyć jeszcze parę dni zanim owe polityczne wyskoki w służbie zdrowia przeminą. Póki co, możemy się pocieszać reklamami tego i owego, jeśli zechce nam się myśleć o desingerskich torebkach filcowych na przykład. Albo nadzieją na jakieś rewelacyjnie okazyjne zakupy uzbrojenia lub dronów, czy też zmianą polityki informacyjnej rządu w kierunku życzliwszego przedstawienia aktualnych przemian.

Na moich półkach stoi kilka tomów książki Władysława i Ewy Siemiaszków zawierających dokumenty zagłady Polaków na Ukrainie w latach wojny. Utkwił mi w pamięci z tych relacji jeden obraz – dziecka, które przeżyło mord na całej jego rodzinie. Otóż dzieciak schowany pod kołdrą, ze wszystkiego tego, co się wokół niego rozgrywało, zapamiętał jeden obraz: stojący na stole kubek z ołówkami, przechylał się, ale nie przewrócił – wsparty szczęśliwie o inny przedmiot. Dziecko podjęło grę z przeznaczeniem – jeśli kubek nie przewróci się, a ołówki nie wysypią – przeżyję. I przeżyło. Tyle, że już nigdy nie mogło oglądać stojących na sztorc długopisów. A co gorsza, wstydziło się swoich lęków.

Ja, ze strachem widzę siebie, umierającą na niewygodnym plastikowym krzesełku na Izbie przyjęć któregoś warszawskiego szpitala (przedtem, jak mojego męża, przewożonego karetką od jednego do drugiego w poszukiwaniu miejsc), tyle, że nie ma przy mnie nikogo awanturującego się w moim imieniu, jak ja to robiłam. Za to za oknami wybuchają kolorowe race i blisko padające petardy. Czuję drżenie szyb i widzę kolorowe rozbłyski.