Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Karta Umiarkowanie

Katarzyna Urbanowicz

Tarot – Karta Umiarkowanie

Moja przygoda z tarotem zaczęła się od tej karty. W czasach, gdy jeszcze nie miałam pojęcia o tarocie i nie interesowałam się w ogóle zagadnieniami ezoterycznymi, przyśnił mi się pewien sen.

Śniła mi się moja zmarła mama przed naszym nieistniejącym już domem, z którego eksmitowano nas w latach sześćdziesiątych. Moja mama była kobietą tęgą, grubej kości, osiemdziesięciotrzyletnią, gdy zmarła. Ubierała się w workowate szaro-czarne płaszcze, spódnice i swetry. Podpierała się laską, do czasu, kiedy przestała chodzić. Nie pamiętam, żeby założyła kiedykolwiek na siebie coś kolorowego, choć na nielicznych przedwojennych zdjęciach (czarno-białych) widać, że lubiła się ładnie i modnie ubierać, fotografować na żaglówkach, grać na plaży w piłkę. Podobno uprawiała sporty: pływała, była dobrą gimnastyczką, biegała, grała w siatkówkę. Wojna jednak złamała ją.

I w tym śnie stanęła przede mną ubrana w dwubarwną sukienkę: granatową z jednej strony, fioletowo – różową z drugiej. W każdej ręce trzymała po dzbanku, jakby w zamiarze przelewania płynu z jednego do drugiego naczynia. Jednak z obu dzbanków, skierowanych w dół, wypływała woda. Zarówno dom, jak i ona, stały na wzgórzu, nie tak jak w rzeczywistości.

Moje pierwsze skojarzenie było: przelewanie z pustego w próżne. To było częste powiedzenie mamy i tak jakoś na nim się zafiksowałam, że nie potrafiłam zrozumieć o co jej chodzi. Po co mi się ukazała? Co mi chciała powiedzieć?

Tak już było, że sny z mamą rozumiałam zawsze poniewczasie. Pamiętałam je doskonale, ale ich sens był przede mną ukryty. Na ogół sny zapominałam szybko, nawet gdy specjalnie chciałam je zapamiętać. Ale nie takie sny z mamą w roli głównej. Wiedziałam, że są ważne. Dopiero po jakimś czasie, nie krótszym niż kilka miesięcy nagle zachodziło jakieś wydarzenie, które otwierało mi oczy na ich sens.

Poprzedni sen z mamą, sprzed blisko roku, dopiero niewiele wcześniej ujawnił swoje przesłanie. W śnie tym mama miała białą suknię z ogromną plamą na siedzeniu i odjeżdżała na otwartej platformie pociągu. Mówiła mi, że jedzie do Moskwy.

I właśnie wyszły na jaw wydarzenia, które tam miały swój początek. Byłam wściekła, złość roznosiła mnie, byłam gotowa na bardzo drastyczne rozwiązania. Urażona była moja duma i moje uczucie, a nadwyrężone finanse. Nawet nie mogłam rozmawiać, bo ze mną rozmawiać nie chciano.

– Rób co chcesz – tylko tyle usłyszałam zamiast wyjaśnień i propozycji rozwiązań. Kilka dni wcześniej zrozumiałam sens snu z mamą jadącą pociągiem do Moskwy.

Czułam więc, że ten drugi sen wiąże się z pierwszym i że ma jakiś ważniejszy sens. Ale jaki? Co on dla mnie oznaczał?

Jakiś czas potem trafiłam w internecie na rysunek karty Tarota – Umiarkowanie. Rozpoznałam postać mojej mamy ze snu i te dwa dzbany, kiedy próba zrozumienia wypływającej z nich wody prowadziła mnie na manowce.

Przeczytałam też gdzieś i zapisałam (niestety nie wiem czyj) poniższy tekst i cytat: „W latach dwudziestych naszego wieku rosyjski ezoteryk P.D. Uspienski w swym wizyjnym spojrzeniu na 14 kartę tarota (wstrzemięźliwość) wskazał na ten problem mówiąc: „Imię anioła to czas, powiedział głos. Na jego czole jest okrąg, to znak wieczności i znak życia. W rękach trzyma anioł dwa dzbany, złoty i srebrny. Jeden dzban to przeszłość, drugi – przyszłość. Łączący je łuk tęczy stanowi teraźniejszość. Widzisz, że płynie w obu kierunkach. Jest to czas w jego niezrozumiałym dla człowieka aspekcie. Ludzie myślą, że wszystko nieustannie płynie w jednym kierunku. Nie widzą, jak wszystko wiecznie się spotyka, jak jedno wypływa z przeszłości, drugie — z przyszłości, i że czas jest mnogością kręgów, które obracają się w różnych kierunkach. Pojmij tę tajemnicę i naucz się rozróżniać przeciwstawne prądy w łuku tęczy” (Uspienski, Nowy model wszechświata).”

Znaczenie snu stało się dla mnie jasne. Było nim tytuł karty: Umiarkowanie. Nie podejmuj pochopnych decyzji. Rozważ nie tylko cudze winy, ale i swoje. Pomyśl, co ty byś zrobiła, gdybyś była w sytuacji drugiej strony. Skąd masz pewność, że ty postąpiłabyś w sposób prawy. A jeśli by ciebie ogarnęło szaleństwo? Skąd wiesz, że miałabyś siłę mu się oprzeć?

I wtedy zapisałam się do Wojtka na kurs tarota.

Jednak nie dawała mi spokoju myśl, że czas może płynąć w obu kierunkach. Jeżeli tak jest, to nic dziwnego, że przyśniła mi się moja mama w chwili, gdy stałam na rozdrożu. Nawet ten nieistniejący już dom miał znaczenie, ponieważ żaden dom nie jest nim na zawsze i żaden właściwie nie jest do końca mój. Tak jak żaden dom nie był do końca domem mojej mamy, bo traciła je w dziejowych zawieruchach.

I po latach widzę jak wiele naszych doświadczeń było wspólnych, choć poruszały się po różnych torach.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Bezbarwna sekretarka

Katarzyna Urbanowicz

„Shirley – wizje rzeczywistości” w reż. Gustava Deutscha

Dawno temu, pewna moja koleżanka z pracy, na serio zajmująca się magią i kontaktem z zaświatami, znana z tego, że umiała bezbłędnie odpowiedzieć na wiele pytań w tym zakresie i uzyskać od zmarłych odpowiedzi dla osób nimi zainteresowanych, powiedziała mi, że jest to działalność tak bardzo niebezpieczna, że gdyby wiedziała o tym wcześniej nigdy nie zaczęłaby się magią zajmować. W rozmowie z nią padały same ogólniki, po prostu o szczegółach nie chciała mówić. Przestrzegała mnie jednak bardzo przed próbami zajmowania się tymi sprawami (ja nie byłam w tym okresie zainteresowana wiedzą tajemną, jednak SF zaczynało się trochę tym interesować, więc starałam się rozpoznawać takie trendy) i twierdziła, że są osoby, które nigdy w życiu nie powinny tego próbować i że ja do nich właśnie należę.

Ta dziewczyna, to w ogóle była dziwaczna postać; czterdziestoletnia panna, mieszkająca z matką, która podobno ją terroryzowała, typu szara myszka; małomówna, niesłychanie skrupulatna, wieloletnia sekretarka dyrektora biura (coś jak dziś sekretarka wiceministra w jakimś ministerstwie). Niespodziewanie awansowała z maszynistki na hali maszyn, co było najniższym stanowiskiem w hierarchii tego pseudo — ministerstwa. Wydawało się bardzo dziwnym, że taką osobę wybrał sobie ten pan, skoro do przyjmowania i obsługi gości wypożyczał z innych biur bardziej reprezentacyjne panie.

Chodziły słuchy, że większość sukcesów ten dyrektor zawdzięczał wiedzy swojej sekretarki o przyszłych zdarzeniach. Ja zetknęłam się z nią, ponieważ była najbliższą przyjaciółką mojej koleżanki i szefowej, i kiedyś spotkałyśmy się u niej na jej „babskich imieninach”. Musiało być w tym coś z prawdy, ponieważ zewnętrznie i w charakterze zupełnie nie zdradzała cech dobrej sekretarki; ani przystojna ani wykształcona, energiczna ani nie dobrze zorganizowana, dość powolna i w dodatku bezbarwna.

Mówiło się o tym, że dyrektor poprosił kogoś z hali maszyn do podyktowania listu pod nieobecność jego pierwszej sekretarki i że ona list ten napisała, po czym wychodząc powiedziała, że list ten odniesie całkowicie przeciwny skutek, bo w tej sprawie w sejmie będzie interweniował jakiś poseł. Podobno rzeczywiście, w ramach interpelacji poselskiej podważono sens planowanych przedsięwzięć do tego stopnia, że utraciły akceptację rządu, który pierwotnie sprawę wymyślił i forsował.

Interpelacje posłów w sprawach Centrali były częste, ale na ogół działo się to z zaskoczenia, ktoś z czymś wyskakiwał całkiem niespodziewanie. Przewidzenie tego rodzaju sprawy przez kobietę z dołu drabiny służbowej, pracownika fizycznego nieobeznanego z zawiłą siecią wewnętrznych intryg (na halę maszyn trafiały tylko pisma typu okólniki, inne powstawały w zespołach i dla zachowania poufności pisali je sami pracownicy merytoryczni) było rzeczywiście czymś niesłychanym.

Ale odbiegam od tematu. W każdym razie tak jakoś było, że traktowałam ją bardzo poważnie i wierzyłam święcie w to, co mówiła, i nawet nie pytałam jej o moje sprawy. Bałam się, że usłyszę prawdziwą odpowiedź, a wolałam, żeby los mnie zaskakiwał. Tak było ciekawiej. Nie pamiętam, co wtedy czułam, ale wierzyłam, że ona WIE.

Często zastanawiałam się co naprawdę działa w tych sprawach. Bo czasami, chociaż bardzo rzadko – naprawdę działa.

Po pierwsze: — Obojętnie jak nazwać, czarami czy manipulacją — nie wszystkim się udaje i nie u wszystkich to działa.

Po drugie: — Trzeba się poddać całkowicie i bezwarunkowo: guru, manipulantowi, Bogu, czy komuś innemu. Można nawet kasecie magnetofonowej (podobno czasami, gdy włączyć nienagraną kasetę, słychać w tle głosy. Ja to uważam za zjawisko z gatunku „kanałów na Marsie” – gdzie ludzka wyobraźnia łączy hipotetyczne punkty w sensowne struktury. Ale są tacy, którzy wierzą, że przemawiają do nich w ten sposób zmarli, wywołani dzięki „Kronice Akaszy”). I wierzyć, że to ma jakiś sens, choćby sensu nie miało. To najważniejszy warunek, żeby coś w powietrzu zachodziło, jakiś proces kierujący wydarzenia na określone tory, albo myśli torami wydarzeń, które dopiero nastąpią.

Po trzecie — najbardziej istotny jest moment, w którym podejmuje się działanie. Podobnie było z rzucaniem palenia — co czyniłam kilkakrotnie i bezskutecznie mimo solennych postanowień, aż nastąpił moment gdy je rzuciłam bez specjalnych postanowień — i innymi moimi życiowymi sprawami. To coś, co określa się słowami: „sytuacja dojrzała”.

Gdzieś tam na horyzoncie gromadzą się wydarzenia, które niczym obłok dopłyną do człowieka, otoczą go i wystarczy chwila decyzji, a reszta będzie prosta. Tak sądzę.

Nie wierzę w skutki zaklinania rzeczywistości. Sądzę, że to ona nas zaklina, odnajduje, wyznacza odpowiedni moment, pozwalając na złudzenie, że sami podjęliśmy decyzję.

Posługuje się przy tym różnymi metodami, stosownie do osoby z jaką ma do czynienia. Na niedowiarków też ma swoje sposoby. Skłania ich na przykład do zainteresowania się astrologią. Wydaje się bardziej wiarygodna niż np. wróżenie z ręki, pewnie dlatego, że jest doczepiona do nauk takich jak astronomia i matematyka, a więc zaakceptowanych jako nauka, a nie traktowanych jako przesąd.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Wolność palacza

Katarzyna Urbanowicz

Rys. Saul Steinberg – No smoking

Wojtek pisał o odzwyczajaniu się od palenia, co mi przypomniało, jak ja to robiłam.

Paliłam wiele lat. Od pierwszego papierosa, wypalonego na balu maturalnym w wieku 16 lat, przebyłam bardzo długą drogę do chudej, rozgorączkowanej czterdziestolatki, w przerwach między biegiem na stałej trasie: praca, dom i kolejka w sklepie, nerwowo zaciągającej się którymś z czterdziestu tego dnia papierosów.

Pierwszym papierosem zaczynałam dzień. Z ciepłego łóżka wywlekałam się nieprzytomnie, siadałam na sedesie na wpół śpiąc i zapalałam papierosa. On był potrzebny do pobudzenia ruchu moich jelit; jeśli nie zadziałałby w ciągu tych kilku minut, jakie miałam do dyspozycji przed obudzeniem się reszty rodziny, nerwowy poranek i warunki dnia pracy odwlekłyby ową konieczność o dzień lub dwa. Dopiero potem następowało mycie, szykowanie śniadania dla rodziny, wszystko w pośpiechu i stresie. Śniadania nie jadałam w ogóle, zbyt byłam rano rozgorączkowana, mój żołądek reagował gorączkowymi skurczami na coś innego, niż szklanka zimnej herbaty, zaparzonej jeszcze poprzedniego dnia i papierosa, oczywiście.

Ostatniego papierosa wypalałam w mroku nocy, gdy rodzina spała już snem zasłużonych i nie sądziłam, że kiedykolwiek pozwolę sobie odebrać to szczęście odpoczynku, przy cichutko grającym magnetofonie, z melodią nagraną z jakiejś radiowej audycji, którą, nie znając tytułu, sama nazwałam „papieros w nocy”. Przy pomocy papierosa poganiałam swój organizm do przyspieszenia obrotów rano i w ciągu dnia, a uspokajałam go wieczorem.

Czy taki człowiek, jak ja, wtedy mógł w ogóle rzucić palenie? Nawet system kartkowy nie był w stanie skłonić mnie do tego. Mogłam wyrzec się wszystkiego, ale nie papierosa. Mówiłam wówczas: — Moje życie składa się z pasma niekończących się obowiązków, praca w rozjazdach, dom, zaoczne studia, kolejki po mięso, problemy dojrzewających dzieci, obowiązki małżeńskie; czy jest w ogóle jakaś rzecz, którą mogę nazwać swoją przyjemnością? I odpowiadałam sama sobie: tylko jedna – papieros w nocy, gdy wszyscy dookoła śpią, a ja wreszcie czuję się wolnym człowiekiem. Nikt mi niczego nie narzuca, nie poleca, nie krytykuje, nie jęczy, że za mało treściwego jedzenia, a same ochłapy, chamowaty prezes nie podkreśla różnic między babą a normalnym pracownikiem, spokojna melodia, spojrzenie na ucichłe za oknem miasto, gasnące kolejno światła w oknach sąsiednich bloków. Czy ktoś by się ważył odebrać mi to wszystko wraz z papierosem?

Zawsze byłam osobą bardzo praktyczną. Takie podejście pozwalało mi organizować cały dzień, przeznaczając stosowne miejsce na palenie papierosów. Nawet dojeżdżając PKS (w internecie znajdziecie wyjaśnienie, co to było) do ówczesnych 28 powiatów naszego województwa, gdzie spędzałam 14 dni w miesiącu na kontrolach, tak miałam rozpracowany rozkład jazdy, że wiedziałam, gdzie kierowca zatrzymuje się na dłuższy, kilkuminutowy postój, a tym samym, ile czasu podczas jazdy muszę wytrzymać bez papierosa. Zawsze mogłam obliczyć ile danego dnia uda mi się wypalić papierosów, a tym samym zaplanować zakup i zabranie ich odpowiedniej ilości. To był czas, gdy paliłam około 40 sztuk dziennie, z rzadka tylko przekraczając magiczną liczbę dwóch paczek.

System kartkowy tylko na krótko zachwiał ów porządek. Paliliśmy oboje z mężem. Jako pracownicy umysłowi mieliśmy „małe” kartki, nie było czego wymieniać na papierosy. Wódka też była potrzebna, bez niej nie załatwiłoby się wielu rzeczy, każda naprawa czegokolwiek w domu, jak pralka, światło, telewizor — to konieczność wyciągnięcia wódki lub kartki na nią (albo na papierosy). Początkowo teściowie, którzy sami nie palili, obiecali nam oddawać swoje kartki na papierosy, ale na obietnicy się skończyło. Pewnego dnia, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, obejrzałam mego teścia, byłego wojskowego, w telewizji, wręczającego uroczyście na placu Komuny Paryskiej (dawniej i dziś Wilsona) kilka paczek papierosów żołnierzom w czołgu stojącym na placu i zapewniam, nie z powodów odrazy politycznej do tego gestu, a z powodu odrazy do przedłożenia wartości ideologicznych nad własną rodzinę, nabyłam uprzedzeń do tego skądinąd spokojnego człowieka. U moich teściów z miesiąca na miesiąc gromadziły się w szafce sterty paczek papierosów i butelki wódki pozwalając mieć im złudne przekonanie, że wreszcie coś znaczą w otaczającym świecie. Dziś wiem, że to była ich wolność. Mnie oczywiście moja niepaląca mama oddawała cały swój przydział papierosów i wódki, i mimo jej trudnego charakteru, powodującego że całe życie spierałyśmy się o byle co, tym gestem przekreśliła wszystko zło, które nasuwało mi się na myśl w związku z jej osobą. Zarówno moja mama jak i teściowa dawno nie żyją, a ja dawno nie palę, jednak czasami widzę je przez pryzmat owego kartkowego przydziału papierosów.

Można powiedzieć, że kartki na papierosy pozwoliły mnie i zapewne wielu innym ludziom zacząć uświadamiać sobie, że papierosy to nie wolność w nocy przy oknie i uspokajającej melodii, a niewola o wiele okrutniejsza, bo sięgająca najgłębszych naszych marzeń o szczęściu, które nie wydawało się w ogóle możliwe bez papierosa. On, ta pachnąca i delikatnie szeleszcząca bibułka wypełniona pokruszoną zawartością, był w trudzie każdego dnia, musiał więc i być w ewentualnie czekającym nas szczęściu. Prawda, jak małe i jakie dziwaczne mieliśmy oczekiwania?

Ja zobaczyłam to wyraźnie na wczasach. Dzięki swojej pracy, polegającej na kontrolach szkód transportowych, miałam zawsze dostęp do uszkodzonych lub zniszczonych towarów, które można było kupić za małe pieniądze. Tak kiedyś trafiłam na ciężarówkę z papierosami zalanymi przez ulewę nawalną (to taki termin ubezpieczeniowy pozwalający zwykłe zamoknięcie przemienić w szkodę transportową). Papierosy częściowo dały się wysuszyć, a zakład uzyskał zgodę na ich sprzedaż poza systemem kartkowym. Tak stałam się posiadaczką całego kartonu Extra Mocnych oraz papierowego worka po cukrze z pokruszonymi papierosami z rozmiękłych paczek. To wszystko czekało na mnie w recepcji domu wczasowego, dowiezione poprzedniego dnia przez inspektora z powiatu dla pani inspektor z województwa.

Czekał mnie więc wspaniały okres: dwa tygodnie urlopu, włóczenie się po lasach, zbieranie grzybów i niczym nie ograniczone palenie, palenie, palenie. Tym wspanialsze, że wczasy rozpoczynały się 14-go sierpnia, więc w Warszawie nie sprzedano mi papierosów na następną połowę miesiąca, a tam z kolei, w skądinąd sympatycznym Supraślu, nie sprzedawano papierosów osobom z obcych województw. Wczasowicze przybyli więc na drugi turnus mogli pożegnać się z paleniem, wszyscy oczywiście, z wyjątkiem mnie.

Już wcześniej spotykałam się z widokiem ludzi, którzy wszystko (bez przesady) zrobiliby za papierosa. W tych czasach, nie znających jeszcze żebractwa, szokiem był widok dobrze ubranej osoby podchodzącej do palącej kobiety i oferującej wszystko za papierosa, jak zdarzyło mi się kiedyś na dworcu w Jeleniej Górze. Jednak tego, co obejrzałam na owych wczasach, nie doznałam więcej w życiu. Nigdy nie miałam tak bezpośredniego wglądu w rwanie się związków między ludźmi, jakie obejrzałam w tymże Supraślu do dnia, kiedy około 25-go, pod koniec turnusu, kierownictwu domu wczasowego udało się załatwić realizację kartek dla wczasowiczów za pośrednictwem stołówki i kiedy to w porze obiadu, po pięciu dniach papierosowej abstynencji, palacze mogli zaspokoić swój największy głód.

Podwójny domek kempingowy obok naszego zajmowały dwa blisko ze sobą zżyte młode małżeństwa z dziećmi. To było widać po wszystkim, po ich rozmowach, wspólnym spędzaniu czasu, zabawach z dziećmi przyjaciół. Cała czwórka była bardzo kulturalna, sympatyczna, wesoła, na luzie. Wieczorami siadywali na ganku przy piwie i mogli tak siedzieć rozmawiając przyciszonymi głosami, aby nie obudzić dzieci, długo w noc. Byli tak hermetyczni, jako grupa, że inne osoby na wczasach mogły dla nich nie istnieć, obserwowaliśmy więc ich z mężem tylko z boku, nie znając się właściwie. Tak było może przez trzy dni, do czasu kiedy okazało się, że żaden kiosk w okolicy nie zrealizuje naszych kartek i kiedy sąsiadom skończyły się zapasy.

Powoli między przyjaciół, ale i do małżeństw, zaczęły się wkradać niesnaski. Już nie częstowali się papierosami nawzajem, prawdopodobnie jedno z małżeństw miało większy zapas i nie miało chęci dzielić się z drugim. Najpierw pary boczyły się na siebie, potem już małżeństwa były skłócone ze sobą, na końcu przestały bawić się ze sobą dzieci. Ostatnim aktem były totalne awantury o byle co. Wtedy jeden z młodych małżonków zauważył, że nie cierpię na brak papierosów. Parę razy poprosił mnie o papierosa sugerując niedwuznacznie, że za większą ich ilość byłby w stanie się odwdzięczyć romansując z nieco już podstarzałą panią. Wydawało mi się to obrzydliwe, zwłaszcza, że ogólnie biorąc, miałam wówczas dosyć wszystkich mężczyzn na świecie włącznie z szefem, mężem, synami i politykami.

To spowodowało, że naturalna moja sympatia obróciła się w kierunku żony owego młodego człowieka, która, moim zdaniem, musiała znosić taką nielojalność swojego męża. Dałam mu więc dwa papierosy i pozbywszy się w ten sposób owego wczasowego plejboja, poszłam do jego żony z dwoma paczkami papierosów. Powiedziałam, że od jej męża dowiedziałam się, że im zabrakło, więc chętnie im dam, bo mam zapas. Dałam jej jedną paczkę, prosząc aby drugą oddała przyjaciółce, której akurat nie było.

No i jak myślicie, czy niespodziewany dar poprawił stosunki między owymi przyjaciółmi? Skąd! Ta kobieta zatrzymała obie paczki dla siebie, boczyła się też na męża; może już przedtem zdobywał papierosy w podobny sposób, jak usiłował to zrobić ze mną; może była na niego zła, w każdym razie jemu też nie dała.

Teraz dopiero się porobiło! Cała pozostała trójka, łącznie z dziećmi, zjednoczyła się przeciwko nieszczęsnej egoistce, która wieczorami teraz płakała na werandzie, samotnie zaciągając się papierosem. Chciałam dobrze, a wyszło źle.

Widziałam i inne podobne sceny. Wcześniej, jeszcze przed ogłoszeniem stanu wojennego, w moim zakładzie pracy „Solidarność” skonfiskowała w kiosku wszystkie papierosy z trzech kolejnych dostaw (dwie w tygodniu) dowożąc je nyską do Regionu Mazowsze, czym spowodowała, że wszystkie społeczne listy kolejkowe unieważniły się, a pracownicy w całym zakładzie, poza chyba niepalącymi (też zapisanymi w kolejce) i niewielkiej grupie politycznych „jastrzębi” przestały wierzyć temu związkowi, wstępując do związków branżowych, które niczego nie konfiskowały (bo już chyba nie miały czego). Stosunki w zakładzie skomplikowały się w sposób, na który niewątpliwy wpływ miały towary reglamentowane, a wśród nich przede wszystkim papierosy.

Tak więc najdalsza byłam wówczas od myśli o tym, że kiedyś rzucę palenie. Cała antyrakowa propaganda na kilometry pachniała mi wmawianiem, że szkodliwe jest to, co najbardziej upragnione, cukier, smalec, wódka i papierosy, to znaczy wszystko to, czego na rynku brakuje.

Stan wojenny minął, ja po raz kolejny zmieniłam pracę, zaczęłam dojrzewać do dokonania zmian w moim życiu. Tuż przed rozpoczęciem nowej pracy rzuciłam palenie.

Zrobiłam to tak nagle i w taki dziwaczny sposób, że nikt nie chciał wierzyć w trwałość mojego postanowienia. Poprzedniego roku, jeszcze w epoce kartek, zrobiłam przymiarkę. Wytrzymałam bez palenia zaledwie 3 dni. Trzeciego dnia w nocy złapały mnie tak silne kurcze we wszystkich mięśniach całego ciała, że wyłam z bólu. Przeczytałam kiedyś, że kurcze likwiduje najlepiej zanurzenie kończyny w ciepłej wodzie, ale ja nie mogłam nie tylko chodzić, a nawet czołgać się, tak miałam nogi i ręce powykręcane. Mąż zaniósł mnie do wanny, napuścił ciepłej wody i jakoś to pomogło. Następnego dnia poszłam do lekarza zakładowego, zapisała mi jakieś witaminy (mikroelementów wtedy nie dodawano do witamin, nie wiem czy w ogóle poza szpitalem je stosowano) i płyn na zgagę i powiedziała, że rzucenie palenia jest poważną sprawą, nie można tego dokonywać ot tak sobie. Najlepiej jest zmniejszać ilość wypalanych papierosów w dłuższym okresie czasu, a jeżeli tego się nie uda, powinnam wystarać się o węgierski środek w pastylkach, który bodajże nazywał się „Tabex” i który, zastępując wypalane papierosy, likwiduje objawy głodu nikotynowego i podobnie nieprzyjemne fizyczne objawy, jakie miałam. Zmartwiła mnie także, że po odstawieniu palenia wcale nie będę czuła się lepiej, że skutki pozytywne odczuję najwcześniej po roku lub dwóch. Na koniec powiedziała, że najlepiej dla mnie byłoby załatwić sobie przyjęcie do szpitala, bo tam mogę uzyskać środki wspomagające kurację. Ponieważ Tabexu nie udało mi się zdobyć, dojścia do szpitala też nie miałam, stopniowego zmniejszania ilości wypalanych papierosów także nie udało mi się przeprowadzić, sprawa uległa odciągnięciu o kolejny rok.

Zaczęło się od grypy z dużą gorączką. Leżąc w domu, przez pierwszy dzień w ogóle nie miałam ochoty zapalić papierosa, także przez następny. Kilka razy w życiu zdarzało mi się, że w czasie choroby zanikał głód nikotyny, podobnie jak w czasie po porodzie, gdy nie paliłam aż 5 dni. Jednak trzeciego dnia nabrałam już ochoty, ale nie była ona zbyt dokuczliwa, zadowoliłam się więc ustawieniem popielniczki i nie napoczętej paczki w pogotowiu. Gorączka minęła, czytałam nawet już jakieś gazety i nad tymi gazetami zasnęłam.

Przyśnił mi się niesłychanie sugestywny sen: Na jakiejś płaszczyźnie, rozciągniętej niczym płachta i falującej pod moim ciężarem, ale i też mogącej zatopić niczym bagno, toczyłam straszliwą walkę z czymś nieokreślonym, silniejszym ode mnie i oślizgłym, przerażającym i wstrętnym. W czasie tym nie wyświetlano w kinach ani w telewizji horrorów, literatura SF nie była tak jeszcze rozbuchana straszliwościami, więc wrażenie było bardzo silne.

Obudziłam się z przekonaniem, że jest to „sen znaczący”. Walczyłam w nim z czymś, co wydawało się silniejsze ode mnie, jednak do końca snu to coś nie zwyciężyło, choć miało druzgocącą przewagę. Powróciłam do czytania gazet i w jednej z nich, bodajże w „Przekroju”, znalazłam artykuł dotyczący osób ciężko chorych. Autor artykułu twierdził, że lekarze często dowiadywali się od pacjentów, że ciężkie zachorowania, rozwijające się w organizmie przez jakiś czas, na przykład rak, choroby serca i inne, poprzedzały męczące sny, których przedmiotem były nieokreślone zmagania pacjentów. Sny te występowały rok lub pół roku przed zachorowaniem i często wynik zmagania był prognozą możliwości wyleczenia choroby. Szczególnie często sny takie występowały u ludzi, u których stwierdzano później raka.

Ów artykuł i poprzedzający go sen wywarł tak silne wrażenie na mnie, że po dwudziestu paru latach palenia rzuciłam je tego dnia. Tym razem fizycznie nie odczuwałam większych dolegliwości, natomiast miałam kłopoty innego rodzaju. Przez miesiąc czy dwa odczuwałam przymus posiadania papierosów. Zawsze musiałam mieć paczkę w zasięgu wzroku, czy dotyku, w kieszeni. Tę paczkę po jakimś czasie wyrzucałam, bowiem nieustannie noszone papierosy kruszyły się, musiałam jednak przed tym kupić nową. Kiedy zostawiłam paczkę na przykład w kieszeni płaszcza, a płaszcz został w szatni, popadałam w panikę.

Odzwyczajanie się od palenia powodowało jeszcze jeden nieprzyjemny objaw, co gorsza, silnie krytykowany przez otoczenie. W dziecinnych latach, podobnie jak wyrywanie włosów z czubka głowy przez moją siostrę, ja miałam inne natręctwo – dłubanie w nosie. Nieustannie strofowana przez mamę, w końcu nauczyłam się to robić jedynie w całkowitym odosobnieniu, kontrolować ten nawyk na tyle, że nie zwracał niczyjej uwagi, zwłaszcza że nie występował już tak często, jak w dziecinnych latach. Po zaprzestaniu palenia nawyk powrócił i oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach, zwrócili na to uwagę, wcale nie najżyczliwsi, a obcy. W tym przypadku wykrzyczała mi to pewna moja pracownica, niezadowolona z harmonogramu urlopów. Wzięłam się w garść i nawyk zwalczyłam, jednak nie do końca — pozostał mi gest podnoszenia ręki do nosa; zawieszałam więc tę rękę na moment, pocierałam nos i opuszczałam rękę w dół. Z kolei na tę przypadłość zwróciła uwagę moja dyrektorka, zalecając mi branie odpowiednich leków i tym podobne, ale już nie dało się nic więcej zrobić. Gest ten był i jest interpretowany jako celowa nieszczerość. Mimo świadomości, jak jest rozumiany, gest ten pozostał mi do dziś, choć jest zdecydowanie rzadszy, no i albo czasy się zmieniły, albo nie mam już szefów, żeby się nimi przejmować.

Rzucając papierosy porzuciłam swoją młodość. Nigdy już więcej nie zapaliłam papierosa i dziś, w wieku 70 lat nie odczuwam żadnego do nich pociągu. Zresztą choruję na serce i nadciśnienie, mam chyba początki astmy, tak więc sam mój organizm walczący nieraz o zaczerpnięcie oddechu, nie dopuszcza do siebie myśli o papierosie.

Jednak zdarzyło mi się, chyba ze dwa razy, przeżyć we śnie wspaniałe uczucie wszechogarniającego szczęścia. Sny mam na ogół ponure, najczęściej usiłuję w nich coś policzyć czy uporządkować i to mi się nie udaje. Nie są więc warte zapamiętania. Ten sen jednak pamiętam doskonale. Jestem w nim tak szczęśliwa, jak chyba w rzeczywistości byłam tylko raz w życiu, przez kilkanaście minut, w pewnym brzozowym i podmokłym lesie. Orgazm wypływający z głębi mózgu, na myśl… To poczucie szczęścia jest tak ogromne, że z oczu lecą mi łzy, mocząc poduszkę. Budzę się więc zalana łzami i uświadamiam sobie, że śniło mi się, iż zaciągam się papierosem.