Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Jaskinia

Katarzyna Urbanowicz

Miałam napisać o jaskini. Pierwsze lata życia spędzone w czasie wojny i Powstania Warszawskiego oraz stresujące dzieciństwo, eksmisja z domu przydzielonego po wojnie przez kwaterunek i inne okoliczności spowodowały, że szukałam bezpieczeństwa bardziej, niż wszystkiego innego.

Pamięć świadoma przechowała niektóre groźniejsze epizody (mimo, że nie miałam jeszcze 3 lat), ale pamięć ciała przechowała wszystko. Do dziś, kiedy słyszę sylwestrowe fajerwerki, jestem chora, może bardziej niż psy, których losem prasa z urzędu wzrusza się przed Wielkanocą i Nowym Rokiem, doradzając, by ludzie prowadzili je do weterynarza i karmili lekami uspokajającymi. Całe życie Sylwester i Rezurekcja były dla mnie najgorszym koszmarem (choć w Sylwestra można było go było stłumić alkoholem, a w PRL-u strzelanie ograniczone było do określonego dnia i jego pory).

W przeciwieństwie do zwierząt, ja się jednak nie boję i nie potrzebuję się uspokajać; to z moim ciałem niespodziewanie dzieje się coś, czego nie rozumiem i na co nie mam lekarstwa. Podobnie reaguję na fruwające w powietrzu pierze (przekonałam się, gdy chciałam przesypać pierze z poduszki do nowej wsypy) oraz widok podartego materiału w czerwoną cienką kratkę na białym tle (ścierki kuchenne, obrusy, pościel). To znaczy nie ja reaguję, a moje ciało. Serce wariuje, pot się leje ciurkiem i czuję ciężar na piersi (siada mi zmora – jak nazywano to uczucie, gdy byłam dzieckiem). Czasami drży mi lewa ręka i noga. W najgorszych sennych koszmarach wybuchom towarzyszą unoszące się chmury pierza i poszarpanej pościeli w czerwoną kratkę. Czasami widzę ocalałą po bombardowaniu połowę domu.

Każdy człowiek w stresie szuka ucieczki. A gdy ten stres powtarza się zbyt często, ucieczka przybiera formy coraz bardziej zorganizowane, powtarzalne, być może nawet rytualne. Kiedy stres nie dotyczy rzeczy namacalnych, ucieczka od niego też bardziej mieści się w sferze wyobraźni niż realnej.

Ja wynalazłam sobie jaskinię. Jaskinia wykopana była głęboko w niedostępnym lesie. Wejście zamaskowano ogromnym głazem, który za dotknięciem w odpowiednim miejscu odsuwał się, ukazując prowadzące w dół schodki.

W jaskini było wszystko, czego tylko można zapragnąć: wspaniałe dywany, kobierce i futra. Nie spało się w niej na łóżkach, ale wprost na ziemi wyłożonej skórą niedźwiedzia. Jaskinia była doskonale szczelna i żadna dżdżownica, żaden robak nie mógł wejść i zemścić się na mnie za zabicie albo rozdeptanie go. Do jaskini nie mogło tym bardziej dostać się żadne zwierzę, ani duże ani małe. Nie mogły tam wniknąć myszy zabijane przez rodziców czym popadnie, gdy zbyt się rozmnożyły, kury z odrąbaną siekierą głową ani pająki spuszczające się w nocy z sufitu na niewidocznych pajęczynach. Nie mógł wejść pies sąsiadów, który zawsze straszliwie ujadał, gdy przechodziłam ulicą, ani przeraźliwie płaczące marcowe koty. Jaskinia była moją własnością. Ciemność jaskini nie była ciemnością grozy, przeciwnie, była to ciemność bezpieczna, moja własna, przeze mnie stworzona.

Codziennie wieczorem kładąc się spać upiększałam jaskinię, wprowadzałam uprawnienia, maskowałam ją coraz lepiej, w miarę jak zdobywałam coraz więcej informacji przydatnych do wykorzystania w jaskini. Wybudowałam w niej kuchnię, najpierw węglową, potem gazową, założyłam wentylację o wylocie przemyślnie ukrytym w gałęziach drzewa, zmieniłam też samo położenie jaskini. Nie leżała już ona byle gdzie, a pośrodku górskiego strumyka tak, aby psy nie mogły wytropić śladów tych, którzy mieli prawo tam wejść. Po latach w korytarzu jaskini znajdowała się już tablica ze światełkami sprzężona z umieszczonymi przemyślnie dookoła całej strefy czujnikami, powodującymi zapalanie się światełek, gdyby ktoś niepowołany zbliżył się do jaskini.

Wieczorem, przed zaśnięciem natychmiast wędrowałam do jaskini. Kiedyś odkryłam, że najłatwiej tam się znaleźć, gdy wszystkie światła są zgaszone, a wokoło panuje cisza. Trzeba tylko naciągnąć kołdrę na głowę, szczelnie się nią przykryć zostawiając całkiem malutką szparkę dla oddychania, a już schodki jaskini widnieją w mroku i wystarczy ostrożnie stąpać po nich w dół, gładząc dłonią wybite futrem ściany. Tam, na dole tyle jest zajęć! Można urządzać i meblować jaskinię, można zdobić ją najpiękniejszymi szkiełkami, można zastanawiać się nad tym, jak jeszcze lepiej ją skryć przed oczami wrogów, można drążyć w ziemi nowe korytarze i komnaty, myśleć nad ich przeznaczeniem.

Nawet będąc już blisko czterdziestki, gdy uległam fascynacji pewnym niesłychanie mądrym mężczyzną (potem został nawet ministrem) nasza znajomość nie miała dalszego ciągu – poza jaskinią oczywiście.

Dzisiaj, dzięki Akademii Astrologii wiem, że wszystkie Raki, a zwłaszcza Księżycowe Raki w stanach zagrożenia chowają się w kącie: najlepiej ciemnym, ciepłym i wilgotnym. Jestem typowym Rakiem. Kiedy jestem chora, coś mnie boli i mam gorączkę, uciekam od ludzi, zamykam się na trzy spusty.

Czasami miewam epizody związane z dolegliwościami serca (z racji wieku lub blizny na jego mięśniu po wypadku) i moja pani doktor na próżno mi tłumaczy, że osoba mieszkająca samotnie, gdy czuje, że coś się dzieje złego z jej sercem, powinna natychmiast wyjść z domu na ulicę, im bardziej ruchliwą, tym lepiej. W przeciwnym razie grozi smród na cały blok i konieczność dezynfekcji mieszkania. Nie, ja nie potrafię się zmusić do wyjścia. W rodzinie zawsze ze mnie żartowano, że gdy zaczynam zachowywać się niemiło i jestem opryskliwa oraz złośliwa oznacza to, że należy położyć mnie do łóżka i zostawić samą przynajmniej na kilka godzin.

Pierwszą osobą, która gościła w mojej jaskini był niebieski Misio, ostatnią ów wspomniany wyżej mężczyzna. Poza nimi zaprosiłam tam jeszcze dwie lub trzy osoby, ale żadna z nich nie zamieszkała tam ze mną i ich pobyt (w przeciwieństwie do realnej znajomości) był raczej krótki. Świadczy to o permanentnym braku zaufania do bliźnich.

Do czego zmierzam: Nieustannie słyszymy i czytamy o wojnach, bombardowaniach, wybuchach, w całym świecie. Nikt jednak nie zastanawia się i nie bierze pod uwagę w kalkulacjach patriotyczno-ojczyźnianych i strategiczno-militarnych tego, co zostanie w obecnym dziecku po dajmy na to, pięćdziesięciu latach. Ile jego, zdawałoby się irracjonalnych zachowań (np. moje fruwające pierze, fajerwerki, podarta pościel, konkretny wzór materiału), ile strat osobistych i społecznych spowodowanych pamięcią ciała obecnych dzieci, będzie miało źródło w czyichś, z założenia jedynie słusznych, poglądach.

Czy ktoś, kto urządza patriotyczne marsze i interpretuje powstańcze zrywy w jeden, ograniczony sposób, choć przez moment weźmie pod uwagę, że swoim intelektualnym ograniczeniem otwiera drogę społecznym fobiom, mogącym znaleźć finały niekoniecznie tak niewinne, jak w moim przypadku?

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Niebieski misio

Katarzyna Urbanowicz

Wspomniałam w którymś z odcinków, że przekonania o tym, że coś, co jest bardzo oczekiwane, po spełnieniu nie zawsze daje radość, nauczył mnie niebieski misio.

Tuż po wojnie podarowano mi zagraniczną zabawkę. Jechałyśmy z mamą przygodnym otwartym wojskowym łazikiem (w Warszawie po Powstaniu jeszcze nie było komunikacji) i odmroziłam sobie policzki. Bolesne zabiegi i wszechobecny smród maści tranowej miała mi zrekompensować ta zabawka.

Misio był niebieski, a w jego pluszowym, miękkim futerku błyszczały iskierki światła. Miał oczy jak prawdziwe, z poruszającymi się źrenicami, czarny figlarny nosek i wysunięty języczek z filcu. Przechylony do przodu lub do tyłu rozkosznie mruczał.

Była to pierwsza zabawka, jaką dostałam, nie licząc brzydkiej, domowej roboty szmacianej lalki-murzynki, zniszczonej już zupełnie, z trocinami wysypującymi się z brzuszka pękniętego na szwie. Lalki tej nie cierpiałam, bo była czarna jak diabeł. Męczyłam więc ją jak mogłam, biłam ją, deptałam, rzucałam o ścianę. Czasem tylko, gdy zrobiło mi się żal czarnogłowego pęczka szmat, otulałam lalkę troskliwie jak matka, przykrywałam szmatkami i kładłam spać, ale robiłam to bez żadnego, serdecznego uczucia, z poczucia obowiązku.

Ale niebieski misio to coś zupełnie innego. To nie nędzna diablica ze spłowiałych szmatek! Misio był taki, że od razu można było go pokochać. Całą drogę powrotną przyciskałam misia do siebie i myślałam, jak to będzie wspaniale, kiedy zabiorę go wieczorem ze sobą do łóżeczka. Misio na pewno będzie chciał obejrzeć moją jaskinię (napiszę o niej innym razem), zaraz gdy tylko przyjedziemy i pójdziemy spać, zaprowadzę go tam i wszystko mu pokażę.

Ale wszystko to były mrzonki. Młodsza siostra od razu, jeszcze na progu, wyrwała mi misia i matka nie pozwoliła jej go odebrać.

— Ona jest młodsza i musisz zawsze jej ustępować, bo jesteś starsza i mądrzejsza — powiedziała. Daj jej pobawić się przez chwilę, przecież misio jest twój i będziesz go miała jeszcze długo.
— Ja go tylko potrzymam — przekonywała siostra.

Nie był to jeszcze koniec przykrości. Leżałam w łóżku z przyłożonymi do buzi kompresami z ohydnie śmierdzącej maści tranowej. Leżałam sama, bo siostra nie oddała już misia. Poczucie doznanej niesprawiedliwości zaostrzało jeszcze dolegliwości. Mama najpierw powiedziała, żebym poczekała, aż misio się znudzi siostrze; potem, że ponieważ siostra tak chce, powinnam być dobrą dziewczynką i oddać misia.

— Mówisz, że chcesz być dobra, żeby zasłużyć na niebo, możesz więc teraz właśnie to okazać — powiedziała. I dodała jeszcze: — Wiem, że bardzo chciałaś mieć tego misia, ale nagroda w niebie spotyka tylko tych ludzi, którzy stają się dobrzy dzięki wyrzeczeniom i cierpieniom.

Zredukowałam swoje pragnienie. Nie chciałam już mieć misia na własność, ale tylko dlatego, żeby móc go choć chwilę potrzymać, szczególnie wtedy, gdy czekało mnie odrywanie opatrunków od bolącej twarzy. Ale siostra była głucha na wszystkie prośby i perswazje, ja zaś nigdy nie próbowałam odebrać jej misia siłą, nie przyszło mi to do głowy, ponieważ bicie słabszego jest pierwszym krokiem do piekła. Mama zawsze mówiła: „Nawet jeśli ktoś cię uderzy, nie wolno oddawać. Pan Bóg przykazał: jeżeli ktoś uderzy cię w jeden policzek, nadstaw drugi”. To już wydawało mi się przesadą, ale nie śmiałam kwestionować wyroków boskich.

Tak więc, aby żyć w zgodzie z sumieniem, próbowałam siostrę przekupić. Oddawałam jej po kryjomu wszystkie swoje słodycze i jabłka. W końcu, po jakimś czasie, siostra pod wpływem perswazji matki, uległa. Zgodziła się dać potrzymać misia „malutką minutkę”.

— Tylko, broń Boże, żebyś go nie pocałowała! — wołała, a rodzice śmiali się z jej zachłanności, dziecinnego sprytu i niepowtarzalnej, przeuroczej wymowy: broń Boże .

Dotrzymałam umowy. Potrzymałam misia przez chwilę i przynaglana przez siostrę niecierpliwym: „Już minutka minęła!” — oddałam go nie pocałowawszy. Odtąd najważniejszym moim pragnieniem stało się pocałowanie misia, ale siostra mimo cukierków, jabłek i perswazji nigdy się na to nie zgodziła, a mnie nie wpadło jakoś do głowy, że mogę to zrobić wbrew jej woli.

Przekonałam się, że pragnąć czegoś mało, wcale nie jest łatwiej niż wiele, wręcz przeciwnie, jeżeli chce się czegoś bardzo ważnego tylko najmniejszą odrobinkę, nie ma szans ani żadnego sposobu, aby to otrzymać. Już lepiej pragnąć od razu wszystkiego, jak siostra; wtedy w samej naturze tego żądania musi tkwić pewna oczywistość, która sprawia, że bywa ono z miejsca zaspokojone.

Misia dostałam po czterech latach, gdy chodziłam już do szkoły. Siostra znudziła się nim i za podarowany zeszyt oraz kredki pozwoliła mi wziąć go na zawsze. Ja, która przez cały ten czas, marzyłam o tym, żeby wziąć misia na ręce, przytulić go, pocałować i porozmawiać z nim, schwyciłam go natychmiast i pobiegłam do swojego ulubionego kąta w rogu schodów. Pocałowałam misia kilka razy, objęłam go i już chciałam opowiedzieć mu o swojej jaskini, kiedy z przerażeniem poczułam, że nie daje mi to żadnej radości. Z uwagą, nie dowierzając jeszcze, obejrzałam misia. Niebieski plusz dawno już spłowiał, kolor miał raczej brudnoszary, a gdzieniegdzie włoski wytarły się, odsłaniając ciemny splot tkaniny. Jedna ze źrenic w porysowanym oku była nieruchoma. Misio nie był już taki wielki, jak ja sama. Poza tym miał urwaną jedną nogę i nie mruczał.

Był mój, całkowicie, nieodwołalnie mój — ale to już nie był ten sam misio — i z płaczem zrzuciłam go ze schodów.

Jednak nie pozwoliłam mamie wyrzucić go na śmietnik. Zawsze tkwił gdzieś schowany za innymi zabawkami. Zaglądałam w kąt od czasu do czasu w płonnej nadziei, że znowu go pokocham.

Wyrzuciłam go, gdy dostaliśmy z mężem mieszkanie i na tle zabawek moich dzieci wyglądał zbyt żałośnie.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Zrujnowana fabryka

Katarzyna Urbanowicz

Szymon Maliszewski – Machina de Silesia

Miałam wczoraj w nocy sen, który pobudził mój intelekt. Sen był taki nic nadzwyczajnego; śniłam, że przechodzę przez rozmaite zakamarki zbombardowanej fabryki, w której jestem urzędniczką i niosę jakiś meldunek, dosyć tajny, do innej urzędniczki, która od razu jego treść przekazuje telegraficznie w sobie tylko znane (albo nieznane) miejsce. Odnoszę wrażenie, że sen ten często się powtarza (a może to takie złudzenie), w każdym razie meldunek ten zanoszę dość często i jest to nudne zajęcie, w dodatku przedzieranie się przez teren fabryki między rozmaitym żelastwem, lejami, niespodziewanymi przeszkodami jest denerwujące. Tym razem na miejscu poprzedniej urzędniczki jest inna, która robi wrażenie, że nie ma pojęcia, po co ja do niej przychodzę. Przed jej czymś, w rodzaju pomalowanego na czerwono „kiosku”, stoi kilku mężczyzn w roboczych ubraniach i trudno mi się między nimi przecisnąć, w dodatku „kiosk” ten stoi na jakimś podwyższeniu i trudno mi się doń wspiąć i jeszcze otworzyć drzwi. Kiedyś takie budowano w zajezdniach, żeby kierowca mógł porozumieć się z dyspozytorem bez wysiadania z samochodu, a wysepki były nieco szersze, żeby stanowisko nie zostało uszkodzone przy nieostrożnym manewrowaniu. Jednak wyglądały inaczej.

Ktoś, jakiś mężczyzna usiłuje mnie zatrzymać, więc złoszczę się, że zamiast mi przeszkadzać, mógłby mnie przytrzymać i pomóc mi wspiąć się, więc ta osoba mnie przytrzymuje, o wiele za długo jak na potrzebę. Urzędniczka robi wrażenie, że nie wie o co chodzi, bierze ode mnie meldunek i z grymasem odkłada gdzieś na bok. Złoszczę się na ten dowód lekceważenia i wyrywam z rąk przytrzymującej mnie osoby odchodzę postanawiając, że więcej nie pójdę z tym meldunkiem, bo widać wszyscy zapomnieli po co on komu jest, a ja jak głupia stale z nim chodzę. Po chwili uświadamiam sobie, że nawet nie przyjrzałam się człowiekowi, który mnie przytrzymywał.

Sen był bardzo dosłowny, na pierwszy rzut oka niesymboliczny, ulokowany w czasie znacznie dawniejszym niż dziś, w okresie wojny lub tuż po wojnie. Bogaty w realistyczne szczegóły otoczenia. Nie mam pojęcia dlaczego uważałam, że scenerią są Niemcy.

Kiedy przebudziłam się, jeszcze w półśnie, zaczęłam zastanawiać się, jak to możliwe, że za sprawą snów (niektórych w jednakowej scenerii i wielokrotnych) nasza świadomość pozostaje ta sama, choć przecież jesteśmy innymi osobami. Ja, Kasia, emerytka leżąca w łóżku w Warszawie w 2012 roku w istocie rzeczy jestem kimś innym, niż młoda urzędniczka ze snu, pracująca w zrujnowanej i siermiężnej choć bardzo rozległej fabryce, w roku nie późniejszym niż 1945 – gdy byłam jeszcze dzieckiem. A przecież nasza samoświadomość nie zgrzyta. Wiem, że ja to jestem ja i koniec. Na granicy jawy i snu miałam podwójne „JA”, na zdrowy rozsądek biorąc, nie mogące się między sobą pogodzić. Zaczęłam się zastanawiać: jak to się mogło stać, że te dwie osobowości zlały się w jedną. Do czego się mimowolnie podłączyłam?

Fałszywa samoświadomość? Nie, to zbyt banalne wyjaśnienie. Samoświadomość płynna, bez określonego kształtu? To już bliższe chyba prawdy. Może jest tak, że dysponujemy na co dzień tylko fragmentami samoświadomości i tylko w nielicznych chwilach potrzebne są i aktywizują się konkrety typu: data, zawód, wiek, ale wówczas rejestrujemy swoje miejsce i czas, a nie przeżywamy w swoim życiu jakiejś akcji. Czytałam gdzieś, że świadomość ludzi starszych zatrzymuje się na ogół na jakimś ich wcześniejszym wieku, najczęściej 30-40 lat i wiele lat egzystują na tym poziomie, raczej na co dzień nie uświadamiając sobie, że w istocie mają 60 lat lub więcej. Jednak tu byłam bardzo młoda, zmęczona i niepewna siebie. I dość głupia, jak sądzę, oceniając jako Kasia swoje emocje.

Jeśli więc chwilowo żyjemy przeważnie tylko cząstką swojej świadomości, dość płynną i niejasną, nie zdefiniowaną we wszystkich szczegółach – wówczas możemy być bez zgrzytów co chwila kimś innym. Jeśli ja, jako urzędniczka w zrujnowanej fabryce, dokładnie rejestruję swoje otoczenie, nie zapamiętując jednak szczegółów w rodzaju mojego ubrania (choć pamiętam szmaciane buty na drewnianej podeszwie), to po przysłonięciu otoczenia równie dobrze mogę być emerytką Kasią, w koszuli nocnej ze starej sukienki. Koszula czy sukienka? Czy nazwa przesądza czy zaciemnia?

Czy więc nie oznacza to faktu, że nasza samoświadomość, to w istocie kompletne złudzenie, to tylko ulotny wniosek wyciągany z kształtu i oblicza otoczenia? Gdy ktoś (nawet ja sama) spyta mnie o datę, to przywołuję obraz kalendarza albo dokonuję obliczeń przypominając sobie ostatnią informację o dacie, czyli znów nie posługuję się instynktownym umiejscowieniem siebie w czasie i nie samoświadomością, tylko swoistym rodzajem rejestracji stanu otoczenia, z którego wnioskuję o tym, jakie jest moje miejsce w czasie. Czy więc samoświadomość w ogóle istnieje? I na ile jest skomplikowana? A może równie prosta, jak zwierzęca. To, co wiemy o sobie, na ogół chyba nie jest samoświadomością. Ja na przykład wiem, że lubię rozważać rozmaite rzeczy, że chętnie w myśleniu zapędzam się w dziwne rejony, ale to nie moja samoświadomość to wie, tylko są to rezultaty przeprowadzonej niejako z zewnątrz analizy mojej osobowości. Odkryłam je patrząc na siebie „spoza siebie”, a nie odczuwając ze swojego wnętrza, a przecież samoświadomość, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z własnego wnętrza.

Jeżeli przyjmę założenie, że mogę być jednocześnie emerytką Kasią i urzędniczką zrujnowanej fabryki o nieznanym imieniu i że łączy nas jednakowa samoświadomość, oznaczać to może, że zarówno we śnie jak i w życiu, a możliwe, że też po śmierci, nawet w grobie, możemy poruszać się swobodnie między odrębnymi samoświadomościami, a więc nie ma rzeczy niewzruszonych, które zakotwiczają nas w realnym „tu i teraz”.

Dalsze implikacje moich rozważań są tak dziwaczne, że przez chwilę poczułam się jak osoba stojąca na rozkołysanej fali, za chwilę mająca pogrążyć się w odmętach. I na ten „zawrót umysłu”, jak zwykle w takich sytuacjach, zareagował mój intelekt wytrącając mnie z rozważań, które zapewne uznał za szkodliwe. Tak często jest, że przestaję rozmyślać w momencie intelektualnego zawrotu głowy – jakby coś broniło mi posuwać się dalej.

Podobno to jest uraniczne, jak twierdzi WJ.