Babcia Ezoteryczna. Bezsilność

Katarzyna Urbanowicz

Sean Mahan – Memories Falling

W taki dzień jak ten nie chce się wstawać i patrzeć na świat. Wszystko wygląda jak festiwal bezsilności, każda ze stron, napędzana siłą prowadzącą niegdyś Edypa ku zatracie porusza się niczym marionetka na patyku, wykonując sobie przypisane przez kogoś ruchy.

Wiry w przestrzeni mnożą się, zagarniają coraz więcej miejsca i choć nie widać, co je napędza, czujemy przez skórę energię upartą, bezmyślną, ale zdeterminowaną, jednakże cel jej działania jest nieznany.

W poprzednich odcinkach pisałam o rzeczach i sprawach, które nas zawłaszczyły, związały i od których nie możemy, na nawet nie próbujemy się wyzwolić. Dziś chcę oddać pod refleksję pogląd przeciwny – gdy wyzwolenie się nie jest dla człowieka korzystne. Oczywiście zazwyczaj nie zależy to od niego samego, a od czasu, w którym żyje, od tego jednego momentu, o którym nikt nie wie, że przesądza o wszystkim.

Swego czasu na potrzeby opowiadania „Oczy jak chabry” poświęconego pogromom Polaków na Ukrainie w czasie II wojny światowej (niestety, prawdę o tych wydarzeniach i w ogóle potrzebę mówienia i pamiętania o nich zawłaszczyła sobie jedna opcja polityczna), przeczytałam kilka tomów relacji bezpośrednich świadków wydarzeń. Wiele z nich zawierało sugestie odpowiedzi na nie zawsze zadane głośno pytania: dlaczego jedni ocaleli, a inni zginęli? Dlaczego ocalało wiele dzieci, gdy ginęły całe rodziny? Jak się stało, że niejednokrotnie mały człowiek wychodził cało z opresji, które silniejszym, bardziej doświadczonym i zdeterminowanym nie dały szans. Czy była to tylko sprawa przypadku, czy istniały w wydarzeniach prawidłowości, o których wówczas nikt nie wiedział?

Większość dyskutujących zgadzała się, że dzieci biedniejsze, z rodzin, o których mówimy dziś „dysfunkcyjne”, będąc odporniejszymi na przeszkody losu, tę miały przewagę na starcie, że do życiowych doświadczeń dołączały instynkt zwierzęcia i zwierzęcą determinację oraz swego rodzaju jednokierunkowość działań. W przeciwieństwie do rodziców, martwiących się jednocześnie o kilka spraw jak: dzieci, gospodarstwo, rodzina, przyszłość itp., dziecko martwiło się wyłącznie o siebie. Żyło wśród trudności i stresu dnia codziennego, przyzwyczajone niejako do walki o życie. Rzeczy ostateczne wyczuwało przez skórę, instynktem, nie rozumem. Ta wiedza jest coraz mniej powszechna, zwłaszcza, że świadków tamtych lat ubywa, a i tak od co najmniej kilkudziesięciu lat „historycy” wiedzą lepiej niż naoczni świadkowie. Kto tam słucha opowieści babci lub dziadka, którym opowiadali rodzice o sposobach przetrwania w zawierusze wojny, latach głodu i nędzy, opresji ze strony wszechwładzy? A jeśli wysłucha lub przeczyta relację przypadkiem jakiś psycholog, będzie twierdził, że tamte biedne dzieci opowieściami wzmacniały swoje JA.

Była jeszcze inna prawidłowość. Większe szanse miały dzieci nieposłuszne. Moim zdaniem ratowała je nieprzewidywalność, ale kto wie? Może szła ona w parze z wyczuciem chwili, swego rodzaju wrodzoną życiową wirtuozerią, może zaś istotnie chroniło je coś innego? Odmienność, konieczność odnajdywania się wśród obcych wyostrzała spostrzegawczość, pozwalała dostrzegać prawidłowości nowego trybu życia. Nie czerpiemy dziś wiedzy od uchodźców, udajemy, że byłaby ona jedynie źródłem stresu, a stres i psychiczny dyskomfort to najgorsze, co może nam się przydarzyć. Wyraźnie widać to po ciężkich przeżyciach rodzin skazanych na przebywanie ze sobą w dwutygodniowej kwarantannie, którą uważają za najgorsze, co mogłoby ich spotkać. Albo tego, że w szkole temperaturę dzieciom można mierzyć jedynie za zgodą rodziców, bowiem niektóre może to nadmiernie stresować. Ale odbiegłam od relacji o jednym z licznych przykładów.

Znamiennym przykładem jest historia pewnego nieposłusznego dziewięciolatka, który na samym początku pogromów, gdy jeszcze niewielu Polaków wiedziało o nich, huśtał się na furtce od ogródka – czego surowo zabraniali rodzice. Kiedy na ich podwórku pojawiła się grupka obcych osób, mówiących po ukraińsku i nakazujących rodzicom zawołanie wszystkich członków rodziny dla przekazania im ważnego oświadczenia, nie podszedł do rodziców, jak pozostałe dzieci, a schował się w krzakach porastających płot od zewnątrz gospodarstwa. Rodzinę z komplecie zastrzelono, prawdopodobnie chodziło o to, aby uchronić wyposażenie domu przed tryskającą krwią; ocalał tylko ów nieposłuszny chłopiec, a co więcej, udało mu się na własną rękę ukrywając się przezimować, a potem dostać się do stacji, z której odbywały się transporty do Polski i tam wyjechać.

Bardzo niekomfortowe jest myślenie o tym, że społeczeństwa napędzane są przez agresję, przez wczesne doznawanie jej w dzieciństwie i naukę na własnej skórze jak się przed nią bronić, a nie przez posłuszeństwo, ugodowość, współpracę, cierpliwe znoszenie opresji. Ta druga postawa wywołuje w agresorze przekonanie, że wszystko mu wolno, a więc zwiększa sumę cierpienia. Niebezpieczne z pozoru zachowania jak demonstrowanie w obliczu aroganckiej i agresywnej władzy, ponoszenie ofiar na ogół nie idą na marne. Jeśli obracają się przeciwko społeczeństwu na skraju wytrzymałości, to potem, gdy zdobytą władzę spokojnie już przejęli inni cwaniacy. Takie zrywy, jak na Białorusi mogą źle się skończyć, ale paradoksalnie, niosą doświadczenia, które temu pokoleniu mogą się jeszcze przydać. Następne już zapewne zapomną.

Wyobraźnia, inteligencja i dobre wychowanie są przeszkodą dla tych, którzy skaczą na główkę do nierozpoznanego zbiornika, choć czasem im się udaje przeżyć. Zwłaszcza, gdy przeżycie to jest jedyną szansą…

Smutek bierze gdy patrzę na współczesne dorastające dzieciaki, które nie bardzo wiedzą czego chcą, i nudząc się przy swoich smartfonach kontestują rzeczywistość lub to, co za nią biorą, pogubione w świecie współczesności. One nie musiały jeszcze o nic walczyć i to może stanowić ich zgubę. We własnych oczach stanowią centrum otaczającego je świata, przyzwyczajone, że ścieli się on im do stóp, przeszkody własnej egzystencji widzą jedynie tam, gdzie im się wydaje, a nie tam, gdzie istnieją rzeczywiście, buntują się przeciw rzeczom nie dającym się uchwycić albo naprawić. Nawet wówczas, gdy angażują się w słusznej sprawie, ich zaangażowanie nie zabiera wiele czasu ani troski. Jakieś weekendowe zbieranie śmieci, klimatyczne strajki, najpiękniejsze przemówienia nie naprawią niczego. Nie czują, że wielkimi krokami zbliża się do nich zły wilk z otwartą paszczą, o czym nie mówiono w bajce, zapraszany przez niedocenianego pradziadka…

Babcia Ezoteryczna. Wicher dmie

Katarzyna Urbanowicz

Rys. Bartosz Bębenista

Wicher dmie, doniczki z ziołami fruwają po balkonie, a w ludziach budzą się demony (podobno). Mój wewnętrzny demon mówi mi to, co mówi wszystkim: Dlaczego ja? Dlaczego na mnie padło? Czy odczuwając ból świata, ściągnęłam na siebie fizyczny ból? Czy empatię, o którą wcale nie prosiłam, muszę okupić własnym fizycznym bólem?

W snach biegam po wzgórzach, ale nijak nie mogę zakupić w żadnym spożywczaku jedzenia. Nawet gdy jestem sennie szczęśliwa, sprzedawcy mnie olewają, a w ostatnim śnie orzekli arbitralnie, że mnie lekceważą. Jednak nie budzę się głodna, raczej zadowolona z tego biegu bez bólu po wzgórzach i z towarzyszącego mi biegacza.

Ale nie zawsze tak było. Jako młoda dziewczyna czułam się zbuntowana, odrzucona i upokarzana przez wszystkich. Nie przytrafiło mi się na szczęście nic podobnego, jak pewnemu chłopcu (przemienionemu w opowiadaniu w dziewczynę), znanemu mi osobiście. Nie mogę oprzeć się podejrzeniu, że owych kilka dni zmieniło życie nastolatka w prawdziwe piekło i doprowadziło go tam, gdzie dzisiaj jest (nie jest to miłe miejsce, bynajmniej). Pewnego dnia, kilkanaście lat temu zadzwonił do moich drzwi i gdyby nie powiedział mi, kim jest, bałabym się tego człowieka wpuścić do mojego domu. Jednak pod strachem, ale i wewnętrznym przymusem, wpuściłam go (jest kuzynem męża), porozmawiałam, dałam obiad i napoje, przenocowałam, ale odmówiłam pożyczenia magnetofonu z taśmami i odetchnęłam, gdy wyszedł. Bałam się tego zła, które weszło z nim, tego oddechu wściekłości i beznadziei, ale jednocześnie pamiętałam go jako ładnego chłopca, którego miłość do ojca (zwyczajnego sportowego nauczyciela i trenera, dyrygenta dzieciaków w wojskowym stylu, bez chęci wnikania w ich osobowość), ukrywana i nie okazywana, została zniszczona i sponiewierana. Nigdy nie sądziłam, że miłość może mieć taką niszczącą siłę i to miłość wrodzona, do rodziców, a nie nabyta do kogoś poznanego i pokochanego na nowo. Posłuchajcie więc zatem historii prawdziwej (choć na potrzeby opowiadania chłopca zmienionego w dziewczynę i uzupełnionej w drobne szczególiki, zmyślone, lub zaczerpnięte z innych historii).

„Anka wróciła ze szkoły i pierwsze, co zauważyła, to były kluczyki od samochodu ojca, leżące na stole. Powinien być w pracy, matka też powinna być w pracy. Oboje byli nauczycielami WF, a dzisiaj odbywała się gminna spartakiada. Podobno zaszczycić ją miał nawet biskup. Ojciec powinien stać na mecie ze stoperem w ręku, a matka przewodzić dziewczynom nieudolnie naśladującym zagraniczne czirladerki. Anka miała swoje zdanie o takich gówniarach w krótkich spódniczkach, machających postrzępionymi szmatkami na nadgarstkach, ale gdyby swoją opinię wyraziła rodzicom, zapewne skończyłoby się to, jak zawsze, laniem. Starzy nie rozumieli, że takie dziewczyny, zagrzewające zawodników, w Polsce nie zagrzewały żadnych zawodników, tylko starszych obleśnych panów, kto wie, czy nie samego biskupa nawet. Nie znosiła wysiłku fizycznego, sportu, meczy i smrodu spoconych ciał. Dlatego nie pojawiła się na uroczystości, ufna w to, że w zamieszaniu jej braku nikt nie zauważy.

Myśląc o biskupie, Anka poczuła się nagle, jakby popełniła świętokradztwo. Była dobrą dziewczyną, chodziła do kościoła, szanowała starszych, a zwłaszcza rodziców, tylko czasem coś jej odbijało. Patrzyła wówczas na ludzi w taki sposób, jakby wyrósł jej jakiś nieludzki narząd, jakaś spotworniała część ciała, stworzona do odbierania niezrozumiałych dla nikogo sygnałów, jakiś czterdziesty dziewiąty (bo szósty to za mało!) zmysł, każący widzieć w ludziach wszystko to, czego normalny człowiek nie dostrzegał i nie miał potrzeby dostrzegać. Ale Anka była dobrą dziewczyną i chciała czynić wokół siebie tylko i wyłącznie dobro (dobro czyń cały dzień!), tylko coś jej nie dawało. Wszystko, co pomyślała i wprowadziła w czyn, obracało się niepostrzeżenie w zło i Anka nigdy nie mogła dociec, dlaczego.

Zobaczywszy kluczyki od samochodu na stole pomyślała, że ojciec spieszył się na zawody tak, że nie zdążył zaparkować. Istotnie, samochód stał przed otwartymi drzwiami blaszanego garażu, niedawno kupionego przez tatę za trzynastkę. W dodatku w tym pośpiechu nawet nie zamknął drzwi i każdy głupi mógł tam wejść i coś ukraść, na przykład opony zimowe czy zapasowy akumulator albo jakieś narzędzia, choćby piłę łańcuchową lub heblarkę, przechowywane w garażu.

Anka z rodzicami nie mieszkała w domu jednorodzinnym, ogrodzonym płotem, a w czteropiętrowym bloku bez windy o trzech klatkach, a na każdej klatce mieszkała rodzina meneli, potencjalnych złodziei. Czy któryś z nich doceniłby ciężką pracę taty i zaniechał z tego powodu kradzieży? Trzeba temu zapobiec, jak najszybciej.

Anka chwyciła kluczyki i zbiegła po schodach. Od przyszłego tygodnia miała uczęszczać na kurs na prawo jazdy, choć prawo jazdy już oczywiście miała. Kiedy weszły w życie zmienione przepisy, korzystając ze swoich znajomości, bo egzaminatorzy byli ich dawnymi uczniami, rodzice załatwili Ance egzamin na prawo jazdy za niewielką tylko opłatę, teraz zaś dziewczyna miała spokojnie chodzić na kurs, żeby nauczyć się jeździć. Zresztą także miał trochę poduczyć ją tata. Miała więc prawo jazdy i jak najbardziej czuła się uprawniona do prowadzenia samochodu. Nie za bardzo mogła tylko zgrać gaz ze sprzęgłem, choć teoretycznie wiedziała, że jak jedno ma wcisnąć, to drugie puścić, ale silnik stale jej gasł. Jednak zawzięła się. I za którymś razem wyszło. Tylko, że ruszyła za szybko. Całkiem niezrozumiale jednak było to, że nie trafiła w drzwi garażu i uszkodziła błotnik, a co gorsza, zawaliła jedną ścianę blaszaka. Tak więc nie zamknęła samochodu w garażu i nie zamknęła garażu, bo już nie nadawał się do zamknięcia i w dodatku uszkodziła mienie zdobyte ciężką krwawicą ojca. Zaszlochała głośno, ale gdy zobaczyła, że jakiś menelski dzieciak śmieje się z niej, natychmiast uciekła. Jeszcze miała nadzieję, że przestępstwo się nie wyda, położyła więc kluczyki z powrotem na stole i wstawiła na gaz garnek z bigosem na kolację.”

Niestety, to nie był koniec złych doświadczeń.

„Ojciec Anki tymczasem przebywał na OIOM-ie. Zasłabł nagle w czasie rozgrzewki, gdy zezłościł go taki Karolek, świetny sprinter, bodajże najlepszy w całej szkole, ale knypel złośliwy i nieodpowiedzialny. Wszyscy z Karolkiem wiązali nadzieje na sukces szkoły, a tymczasem Karolek się spóźniał. Biegaczy już ustawiano na bieżni, a Karolka wciąż nie było. Nauczyciel, z pozostałą grupą sportowców z ich szkoły, robił rozgrzewkę, co chwilę jednak oglądał się, szukając wzrokiem Karolka. Gdy ten wreszcie pojawił się, oświadczył, że zapomniał stroju i będzie biegał tak, jak jest. Nawet nie miał na sobie koszulki szkolnej drużyny. W dodatku powiedział to tak nonszalancko, jakby robił łaskę, że startuje w zawodach. Ojciec Anki wściekł się, sczerwieniał na twarzy; chciał coś wrzasnąć do Karolka i poczuł nagle, że mu słabo. Usiadł na ławce przejęty nagłym strachem; przypomniał sobie wszystkie te mocne postanowienia, że rzuci palenie i swój brak silnej woli, wszystkie swoje obawy o zdrowie, śmierć ojca dochodzącego w chwili zgonu do wieku syna i wynik zawodów oraz cały nieszczęsny Karolek, przestały go interesować. Do domu miał blisko, przeszedł więc te parę kroków, trzymając się za gardło, wyprowadził samochód z garażu z zamiarem pojechania do lekarza i wyszedł, aby go zamknąć, gdy słabość nie pozwoliła mu postąpić nawet kroku dalej. Leżącego na ziemi zauważył sąsiad i tak trafił do szpitala. Sąsiad zawiadomił także matkę Anki, która wróciła do domu odnosząc kluczyki, zatrzymane przez sąsiada i biorąc mężowską książeczkę ubezpieczeniową. Musiała się zwijać, zawodnicy męża zostali bez opieki, nie mówiąc o jej czirladerkach, trzeba było ich wszystkich jakoś doprowadzić do finału zawodów.

O tym wszystkim Anka dowiedziała się dopiero wieczorem. Wiedziała już, że ojciec miał zawał, że cudem go odratowali, a gdy matka zorientowała się, że w dodatku córka rozbiła samochód i uszkodziła garaż, porzuciła swoje dotychczasowe opanowanie i zaczęła spazmować.

– Jak ja mu powiem, że samochód rozbity! Jeszcze rat nie spłaciliśmy! I nie kupiliśmy auto-casco. Jak się dowie, może umrzeć! Lekarz mówił, że nie wolno go denerwować, jak ja mu teraz powiem…. – i tak dalej, i tak dalej, jak to starzy potrafią mędzić.

Zamiast powiedzieć córce, co i jak teraz trzeba zrobić, traciła czas na krzyki i płacze. Anka nigdy w życiu, no może poza wczesnym dzieciństwem, nie płakała. Tata ją oduczył, dostawała dodatkowe pasy za płakanie, więc wiedziała, że jest złe i niepotrzebne. Ciekawe tylko, że matki płakać nie oduczył!

Niezależnie od tego, co Anka myślała o szlochach matki, wiedziała choć tyle o zawałach, że skutki jej postępku mogą być tragiczne. Niejaka Brok w tysiącznym którymś odcinku serialu wykorzystała fakt, że ludzi po zawale nie wolno denerwować i celowo zdenerwowała żonę mężczyzny, którego sobie upatrzyła, pisząc do niej list informujący, że mąż ma kochankę w postaci jej, tej wypindrzonej Brok. Skalkulowała prawidłowo. Nieszczęsna kobieta na łóżku szpitalnym pod tlenem i w ogóle, obstawiona jakimiś aparatami, przeczytała ten list i jej zielona krzywa życia na ekranie zrobiła się najpierw zygzakowata, bez ładu i składu, jak na filmach o trzęsieniu ziemi, a potem całkiem prosta. Nie ulegało wątpliwości, że gdy tata dowie się o jej przestępstwie, natychmiast umrze. Może nie zdąży jej spuścić lania, ale to wcale Anki nie pocieszało. W końcu kochała ojca i nie była taka wredna jak ta Brok.

Poszła z matką odwiedzić ojca, ale na szczęście na OIOM nie wpuszczali. Potem wszystko zaczęło się powoli uspokajać. Przyszło kilku uczniów taty i na nowo ustawili ściankę garażu, wyklepawszy ją przedtem młotkiem, matka zgłosiła szkodę do ubezpieczyciela podając, że mąż zasłabł przy samochodzie i ktoś próbował go ukraść, korzystając z tego, że jest otwarty. Miała nadzieję, że ten numer przejdzie i dostaną odszkodowanie z obowiązkowego. Znajomy policjant zrobił protokół, załączyli poświadczenie z izby przyjęć szpitala, ale zarówno matka, jak i Anka, zdawały sobie sprawę, że ojca nie okłamią. Nie umiałyby mu spojrzeć w oczy i kłamać. Obie miały tylko nadzieję, że jak najdłużej uda się im ukrywać przed nim wypadek.

Czy ojciec umrze, gdy się dowie? – to pytanie kołatało w głowie Anki dniem i nocą, jako niechciany przerywnik wszystkich czynności życiowych. Czy jadła, czy sprzątała, czy odrabiała lekcje, nie mogła się od niego uwolnić.

Po trzech tygodniach przez okno zobaczyła ojca, wychodzącego przy pomocy matki z taksówki i wiedziała, że już za chwilę uzyska na nie odpowiedź. Miała jeszcze przed sobą parę minut oczekiwania, bo rodzice musieli wspiąć się na trzecie piętro. Przed oczami zobaczyła sceny z pogrzebu taty, całą szkołę zgromadzoną na cmentarzu; wszyscy w mundurkach, grono pedagogiczne, tłumy taty krewnych i znajomych. Płaczącą mamę w czarnym welonie i niemodnym toczku, nieco już nadjedzonym przez mole, schowanym w otoczeniu kulek antymolowych w głębi szafy, używanym na okazje pogrzebów w rodzinie. Siebie w ciemnym płaszczyku, stojącą nieco na uboczu. Wszyscy na nią patrzą i komentują. Na ogół na pogrzebach opowiadają sobie, który wieniec od kogo, kto pożałował na kwiaty, kto nie dopilnował napisu na szarfie, w którym znalazł się błąd ortograficzny i takie tam detale. Teraz będą mieli inny temat. Oto stoi ta, która zabiła ojca, bo rozwaliła jego ukochany samochód. I nikt palcem nie wskaże na Karolka, który wywołał u taty zawał, a przecież gdyby tata nie był po zawale, może nie przejąłby się tak samochodem, zwłaszcza, że matka sprytnie nakręciła i pewnie dostaną odszkodowanie. A garaż nie samochód, wyklepany nie traci na wartości. Gdyby tata był zdrowy, skończyłoby się może tylko na laniu. A może by ją matka wybroniła, kto wie?

Oczekiwanie skończyło się. Nadszedł czas wyroku. Ojciec zadyszany i słaby, podpierany przez matkę, stanął w drzwiach. Nie zdążył na dobre wejść do pokoju, gdy Anka z głębi zrozpaczonego serca krzyknęła:

– Nienawidzę cię, nienawidzę cię jak nikogo w świecie! Szkoda, że nie umarłeś w tym szpitalu, bo byłoby już po wszystkim; już i pogrzeb miałybyśmy z głowy! Trochę byśmy popłakali i miałabym już spokój!”

Ta historia, niestety, prawdziwa, miała ciąg dalszy.

„Ankę najpierw wysłano do psychologa. Pan zadawał pytania z formularza, na które Anka odpowiadała, jej zdaniem, przekornie. Nie sądziła, żeby ktoś miał prawo pytać ją na przykład o miłość do rodziców. Ponieważ nikomu takiego prawa nie dała, odpowiadała, że ich nienawidzi i chętnie widziałaby ich śmierć. Uważała, że skoro raz coś takiego powiedziała, musi być konsekwentna. Ludzie dojrzali są konsekwentni w swoim postępowaniu. W testach inteligencji także wypadła słabo. Kazali porównywać jej jakieś figury i dobierać do nich kolejną, rzekomo pasującą. Anka bardzo się męczyła nad tymi figurami. W jednym zestawie zauważyła, że pusta przestrzeń u góry rysunku przesuwa się w kierunku zgodnym z ruchami wskazówek zegara i stosownie do tego dobrała brakujący element, podczas gdy podobno miała się przesuwać jakaś kreska w środku rysunku, na którą nie zwróciła uwagi. W kolejnym też jej się nie poszczęściło, szukała rozwiązań zbyt skomplikowanych, zamiast patrzeć na proste, a potem po prostu odechciało się jej rozwiązywać te testy.

– I tak wszyscy w szkole mówią, że jestem inteligentna tylko leniwa, więc zgadzam się z tym, jestem leniwa i nie chce się mi męczyć nad tymi głupotami. Żeby coś z tego sensownego wynikło, to proszę bardzo – spierała się z panią psycholog – ale jeśli testy te są wyłącznie pani potrzebne, żeby wyrobić sobie o mnie opinię, to mam pani opinię w nosie i nie mam zamiaru się męczyć.

Pytana o to, co lubi najbardziej, odpowiadała, że zaszyć się w krzakach albo zbudować w lesie szałas i tam siedzieć. Nie, nic nie robić w tym szałasie, nie gotować na ognisku, nie przyglądać się przyrodzie czy obserwować drobne stworzenia, owady i ptaki, tylko sobie siedzieć. Matka koleżanki, zarabiająca na bezrobotnego męża i córkę wróżeniem, powiedziała jej kiedyś, że to przez jej urodzeniowy Księżyc w Raku, który każe skrywać się głęboko przed światem w trudnych chwilach, ale Anka nie wierzyła jej, jak dotąd nie miała żadnych trudnych chwil, a ksiądz przestrzegał przed wiarą we wróżby.

Konsultacja psychologa z rodzicami Anki uświadomiła im, że ich dziecko wymaga profesjonalnej pomocy. Matka z ojcem dyskutowali ze dwa dni tak usilnie nad tym, milknąc, gdy córka wchodziła do mieszkania, że tata nawet zaczął palić, choć w szpitalu przysięgał, że rzuca. Zwyciężył ich wspólny małżeński pogląd, wyrabiany latami nauczycielskiego treningu, odbijający konieczność wspólnych poglądów rodziców wobec dzieci i zaufanie do profesjonalistów.

– Sam nie będę trenował zawodnika, którego motywacji nie jestem w stanie zrozumieć, bo mogę mu więcej zaszkodzić niż pomóc – mówił ojciec mając na myśli przykład Karolka. – Czy ty rozumiesz nasze dziecko? – pytał raczej retorycznie matkę. – A skoro nie, to jak jesteśmy w stanie ukierunkować dziewczynę na dobrego człowieka i jednostkę pożyteczną dla społeczeństwa? Jak wyrobimy w niej odpowiedzialność? To kobieta; będzie miała dzieci, rodzinę. Strach pomyśleć, co może zrobić z tą swoją niefrasobliwością i przekorą, w dodatku przy tym z psychopatycznym brakiem uczuć wyższych!

– Tak, boję się odpowiedzialności za nią – wyszeptała matka. Nigdy nie wiadomo, co strzeli jej do głowy, jaki szalony pomysł zrealizuje.

Anka chodziła jakiś czas do przychodni psychologicznej, ale kiedy pobiła się z dziewczynami z klasy, sprawa zaczęła być poważna. Wzięło się to stąd, że przychodnia mieściła się w części budynku, udostępnionej przez policję i patrząc z ulicy, nie można było zgadnąć, gdzie wchodzący udaje się, bo interesanci rozdzielali się już wewnątrz budynku. Poszło o to, że dziewczyny zaczęły dokuczać Ance, która rzekomo co tydzień melduje się na policji, co wyraźnie świadczy o tym, że rozbiła samochód ojca, ponieważ chciała go ukraść. Przypomniały, że w szkole ginęły z szatni pieniądze, a raz nawet odtwarzacz, możliwe więc, że za te kradzieże odpowiedzialna była także Anka. Nazwały ją złodziejką, a tego Anka nie mogła darować. Tata uczył ją kiedyś rozmaitych chwytów i Anka z tej wiedzy skorzystała, uzyskując łatwą przewagę nad grupką złośliwych, ale mało zdecydowanych w walce koleżanek. No ale taka agresja u dziewczyny była czymś wyjątkowo groźnym. Dyrektorka szkoły była wręcz zszokowana, gdy sprzątaczka pokazała jej podłogę w klasie, wyglądającą jak w filmie o morderstwie. Wszędzie pełno rozmazanej krwi, wprawdzie nie kałuże, ale i tak robiło wrażenie. Któż by pomyślał, że to tylko z jednego rozbitego nosa! To, że dziewczyny gryzą, czy wyrywają sobie włosy, było znanym objawem kobiecej strategii walki, ale żeby walczyć tak, aby okrwawić pół podłogi! Takie coś może zrobić tylko psychiczna!”

Historia jest autentyczna, najważniejsze realia też, łącznie z psychologiem, którego gabinet mieścił się w Komendzie Policji. Chłopiec, który służył za pierwowzór jednej z bohaterek mojej niedokończonej powieści o terrorystkach (podobnie jak Jo z odcinka – „Śpij Koteczku”) trafił do szpitala psychiatrycznego, skąd kilkakrotnie uciekał do rodziców, a ci konsekwentnie odstawiali go z powrotem, aż wreszcie uciekł do Warszawy. Tam na dworcu spotkał pewnego pana, który zaprosił go do domu i dał mu kurtkę oraz pozwolił mieszkać u siebie. Dzieciak napisał pocztówkę do rodziców, żeby się nie martwili, a jej treść tak ich przeraziła, że przyjechali do nas ze swojego miasta i w towarzystwie mojego męża udali się pod posiadany adres (gdzie mieszkało już kilku podobnych chłopców) i zabrali stamtąd dzieciaka od ewidentnego pedofila. W pośpiechu nawet nie zwrócili mu inwestycji w kurtkę dzieciaka, ale człek był ustosunkowany, prestiżowy adres i znane nazwisko, pełen luz w kontaktach z rodziną, dobrowolność itp — nijak z takim zadzierać. Zresztą o pedofilach w tamtych czasach się nie mówiło. Chłopiec więc wrócił do domu, do rodziców, a ci następnego dnia wysłali przekazem pieniądze za kurtkę i … odwieźli go z powrotem do psychiatryka.

Bohater tej historii ożenił się z dziewczyną poznaną w szpitalu i popłynęli… Ostatni znany mi jego zawód, to kamieniarz-brukarz. A jego żona trochę nakradła w moim mieszkaniu, gdy szykowałam szminki perłamutry dla męża na ruskim kontrakcie. W sklepach takie nie były dostępne, a dziewczynina widać nie mogła się zdecydować, które kolory będą najlepsze dla jej urody. Co ciekawsze, jego bliźniaczy brat skończył studia i został lekarzem psychiatrą. Zdaje mi się, że walczy ze stresem bojowym polskich żołnierzy walczących w Afganistanie — co świadczy o tym, że nic w życiu człowieka nie jest przesądzone. Dlaczego wybrał taką specjalność, nie ośmieliłam się nigdy o to spytać. Nawet jednakowy horoskop bliźniaczy (jako matka bliźniąt studiowałam zagadnienie namiętnie) nie przesądza o tym, co zrobimy ze swoimi doświadczeniami. Choć niedawno podpowiedział mi ktoś, że różnica pół godziny w horoskopie urodzeniowym bliźniąt (pielęgniarki zazwyczaj podają jedną godzinę, później urodzonego dziecka, czasem tylko odliczając z automatu 10 minut na pierwszego bliźniaka) — to może być nawet inny znak na ascendencie.

Babcia Ezoteryczna. Matka rodzicielka rozładunkowa

Katarzyna Urbanowicz

Jestem w rozterce. Niektórzy z moich czytelników czują się niepewnie, gdy mieszam fakty z fikcją. Myślę więc o tym, jak odróżnić te obie sfery — może kursywą lub odmiennym kolorem tekstu? Jeszcze się zastanowię. Tym razem jednak nie będzie fikcji, poniższa historia nie została wykorzystana w żadnym tekście literackim, była zbyt banalna i mało widowiskowa. Ale utkwiła we mnie jak zadra. Mówi się o czymś takim, że jest to ujawnianie się archetypów w zwyczajnym, ludzkim życiu. Coś jak biblijna przypowieść bez religijnego kontekstu.

Swego czasu pracowałam w przedsiębiorstwie transportowym o zasięgu wojewódzkim (gdy jeszcze województwo warszawskie było o wiele większe niż stołeczne dziś i miało 28 powiatów, także większych bez porównania niż dziś), gdzie zajmowałam się zabezpieczeniem towarów w transporcie przed kradzieżą i uszkodzeniem. Pół miesiąca spędzałam na kontrolach i szkoleniach w oddziałach, a z tego sporą część czasu na stacjach PKP, obserwując rozładunki wagonów i wyciągając wnioski z tego, co zobaczyłam. Jeszcze kilkakroć będę wspominała poznanych tam ludzi. Tylko jedną z tych osób wykorzystałam literacko, ale opowiem o niej innym razem.

Na jednej ze stacji, bodajże w Żurominie, poznałam niesamowitą kobietę. Kiedy zastanawiałam się jaki tytuł nadać opowieści o niej, trafiłam na stronę o motywach literackich postaci „matka” i znalazłam ich tam bez przesady kilkadziesiąt. Pramatka, matka cierpiąca, matka poświęcająca się, matka przeklęta, matka tragiczna, matka pośredniczka, matka zbrodniarka, matka nierozumiejąca, autorytet, matka dumna, matka ojczyzna, matka bolejąca, matka spiskowców itp. itd. Takiej jednak, jaką spotkałam, nie odnalazłam, choć nawet jest matka księdza Popiełuszki i rozmaite odmiany Matki Boskiej. Nawet najbliższa kategoria spotkanej kobiety: matka poświęcająca się, dotyczyła kogoś całkiem innego: „MATKA – OSOBA GOTOWA NA NAJWIĘKSZE POŚWIĘCENIE DLA SWOJEGO DZIECKA: Przykładem takiej matki jest jedna z kobiet, które przychodzą do króla Salomona, by rozstrzygnął spór, jaki wiodą o dziecko. Obie bardzo chcą otrzymać niemowlę, ale prawdziwa matka woli się go raczej wyrzec i skazać siebie na ból i rozpacz, niż skazać swoje dziecko na śmierć. Dlatego, gdy Salomon oznajmia, że należy przeciąć dziecko na pół i oddać każdej z kobiet połowę dziecka, jego matka prosi, by tego nie czynił. Jest to postać stanowiąca archetyp miłości matczynej gotowej na każde wyrzeczenie.” Podobnie jak matka zmuszona wychowywać dzieci w trudnych warunkach (wg Jerzego Krzysztonia „Wielbłąd na stepie”), czyli patriotyczna odmiana zapobiegliwej kobiety na stepach Kazachstanu.

Czy jednak ta matka od Salomona zdobyłaby się na to, co robiła owa wielodzietna kobieta w latach 60-tych PRL? Czy matka z Kazachstanu, nie mając wsparcia religii i patriotyzmu, trwałaby gromadząc suchary i cierpiąc bez towarzystwa męża, choć pozostając mu wierna? (Z czego wynika iż był to główny problem jej egzystencji). Żadna z tych rzeczy chyba nie była ważna dla mojej bohaterki.

Na początek trochę o realiach, które dla współczesnego młodego człowieka będą całkowicie egzotyczne, dlatego muszę poświęcić im nieco miejsca. Zwłaszcza, że odwołam się do nich jeszcze innym razem. Ich wymowa będzie też przeczyć popularnemu twierdzeniu, że za PRL się leniuchowało, a nie pracowało (czy się stoi, czy się leży… itp.), uroczyście więc potwierdzam, że nie jest to prawda powszechna, a zmyślenie albo wyjątki od reguły, rozdęte dla potrzeb politycznej interpretacji historii. Ja sama (choć umysłowa i wszyscy ludzie, których obserwowałam: umysłowi i fizyczni, w transporcie i budownictwie) ciężko pracowali, nieraz ponad siły. Niekoniecznie świadomie; zazwyczaj było to powielanie dawnych wzorców rodzinnych i społecznych. Biedni w naszej historii zawsze ciężko pracowali. Taki był ich los. Trochę to się rozjechało pod koniec epoki, ale to już nie był PRL właściwie; statyczny, zorganizowany i nadzorowany. To było pogranicze dziejów.

Na stację rozładunkową PKP podstawiano wagony do rozładunku w określonych godzinach – 3 lub 4 podstawienia dziennie. Najtrudniejsze do obsługi były tzw. podstawienia nocne; a już, gdy rozładowywać należało towary sypkie (węgiel, nawozy luzem, na przykład nawozy fosforowe, wapno nawozowe itp. — wszystko to, co dziś sprzedawane jest w workach, w tamtych czasach przewożono luzem), brakowało ludzi chętnych do rozładunku.

Wyobraźmy sobie przez chwilę, jak wyglądała taka praca. Pod odkryty wagon podjeżdżały tzw. wywrotki. Stojący na wagonie ludzie szuflami przesypywali jego zawartość do wywrotek. W powietrzu unosił się pył, a gdy pracownicy mieli do czynienia na przykład z wapnem nawozowym, produktem żrącym; pył osiadał na spoconej skórze i po kilku godzinach wyżerał rany, widoczne dopiero rano, po skończeniu pracy. Wprawdzie robotnicy wycierali się często suchymi szmatami, ale nie zawsze to pomagało. Za ochronę mieli jedynie rękawice robocze i drelichy. Żadnych maseczek, filtrów, żadnych płynów neutralizujących, nic z tych rzeczy. Dostawali jedynie przydział mleka i wodę lub kawę zbożową do picia. Zimą wydawano gorącą zupę z tzw. wkładką mięsną.

Ja, spacerując nocą po stacji i notując czas pracy ekip oraz zabezpieczenia przeciwkradzieżowe i kontrolując wypełnianie dokumentacji przez kolejarzy i spedytorów (źródło największych przekrętów) rano musiałam zmieniać całą odzież. I mnie zdarzyły się nadżerki na twarzy od wapna. A przecież nie pracowałam, tylko przechadzałam się.

Trzeba było być bardzo zdeterminowanym, żeby podejmować się takiej pracy, zwłaszcza nocą. Jednocześnie nierozładowanie wagonu w terminie 6 godzin skutkowało opłatą bardzo wysokich kar za przetrzymywanie wagonów, tzw. osiowym. Spedytorzy kierujący rozładunkiem stosowali więc rozmaite zachęty dla zwabienia pracowników do rozładunku. Czasami nawet wypłata pieniędzy od ręki, w środku nocy, nie wystarczała. Nieoficjalnie (ale za ogólną wiedzą i aprobatą) w kanciapie spedytora stały skrzynki (wówczas jeszcze wyłącznie drewniane, plastikowych nie było) z wódką, którą płacono pewnej kategorii straceńców, którzy nie mieli pieniędzy na alkohol, a jego potrzeba była tak przemożna, że równoważyła wszelkie przyszłe dolegliwości.

Wśród tych straceńców na jednej ze stacji pracował nocami za wódkę pewien człowiek, taki drobny pijaczek, chłop dobry, ale wpływowy. Miał żonę i sześcioro dzieci i kobieta stale go męczyła, żeby brał pieniądze, a nie wódkę. Przyszła kiedyś do spedytora prosząc go, żeby płacił mężowi pieniędzmi i on się zgodził. Jednak pijaczek znalazł na to sposób. Koledzy brali dla niego flaszkę, a on im zwracał gotówkę. Na to spedytor nie miał już wpływu. W końcu kobieta zaczęła przychodzić z mężem, aby go pilnować. Początkowo pojawiała się z kilkorgiem swoich pociech po to, by odebrać przynależną mu wódkę i oddać butelkę w domu, nie chciała bowiem, by leżał gdzieś zapity między stacją a domem. Spedytor chętnie dawał jej alkohol męża, miał bowiem gwarancję, że delikwent wytrwa do końca pracy.

Tu muszę wspomnieć o ówczesnym systemie pracy. Wagon do rozładunku otrzymywała grupa: czterech lub sześciu ludzi, w zależności od pracochłonności i wielkości wagonu (dwuosiowego lub czteroosiowego). Wypłatę (w alkoholu lub gotówce) otrzymywała grupa i spedytor nie miał nic do podziału zarobku wewnątrz zespołu. To, że żona odbierała przydział męża, nie wszystkim się podobało, naturalną więc koleją rzeczy nie każdy zespół chciał mieć tego człowieka w składzie.

Tymczasem ona zabierała ze sobą wszystkie swoje dzieci, najmłodsze z wózkiem, koce, termos z ciepłym piciem dla niemowlaka i herbatą dla reszty, i tak, siadając na trawiastym nasypie ponad rampą, nie spuszczała oka ze swojego starego. Czasami nawet przez całą noc. Któregoś razu zgadała się ze spedytorem i postanowiła pracować z mężem i dwojgiem najstarszych synów. Młodsi też czasem pomagali, jak rozładowywano lekkie paczki. Brali cały wagon i pieniędzy nie trzeba było dzielić na innych. Za noc pracy z rodziną kobieta obiecywała mężowi flaszkę w domu i musiał na to przystać. Wychodziło taniej, bo żona kupowała na bazarze jakiś zajzajer i jeszcze rozcieńczała wodą z kranu albo kompotem truskawkowym z weków. A on, po pracy na wagonach, nie miał już zbyt wiele siły. Starczyło mu tego, co żona lała w szklankę. Czasami od nawozowego wapna na zapoconym czole robiła się skorupa, którą trzeba było zmywać razem ze schodzącą skórą i wówczas tylko bazarowa wódka ćmiła ból jej ślubnego. Ale ona umiała miarkować przydział, nie tak jak jego kumple, wypijający od razu wszystko, co zarobili. Swoje i kumpla.

Obserwowałam ją pewnej nocy. To było doskonale zorganizowane obozowisko. Najmłodsze dzieci spały pod płachtą z koców i brezentu ze starej ciężarówki, pod opieką średnich, zmieniających od czasu do czasu dwoje najstarszych, żeby ci mogli się napić, coś zjeść i chwilę odpocząć. Kobieta nie odpoczywała. Potężna, silnie zbudowana, przed wyjściem na wagon karmiła piersią niemowlę i przynosiła z kanciapy spedytora wiadro wody. Szarą miskę emaliowaną miała własną. To były czasy pieluszek z tetry i średnie dzieciaki, po przewinięciu niemowlaka, przepierały w ręku pieluchy, rozwieszając je na krzakach. Rodzina działała jak jeden zgrany zespół, w którym każdy ma swoją rolę i bez przypominania ją wykonuje. Dniem i nocą, jak wypadło.

Zastanawiam się czasem, co utraciliśmy, jako rozwijająca się ludzkość, w stosunku do naszych praprzodków, zwierząt. Domyślać się tylko możemy, jak żyli pierwotni ludzie, ale nie widzieliśmy ich na oczy. Kobiet takich, jak owa, spotkana przeze mnie w latach sześćdziesiątych Matka Rozładunkowa, chyba już też nie spotkamy. Czytając o rojach pszczół, dowiadujemy się o roli trutni z ulu. Mąż kobiety, także samiec-truteń stanowił dla rodziny obciążenie, nie pomoc. Jednak matka królowa roju chroniła go i pomagała mu. Był wszakże ojcem niemowlęcia w wózku. Dzieci – robotnice – pełniły swoje funkcje na miarę wieku i możliwości, dla dobra rodziny – roju. Jedna tylko jest różnica między matką ula pszczelego a nią. Ona, poza rolą rodzicielki, także pracowała i to pracowała ciężko, ponad siły zwykłej kobiety (i to karmiącej piersią). Żyła poza czasem – bo ustrój, jaki był, taki był, ale kobietom w ciąży i karmiącym przysługiwały pewne ułatwienia, z których ona nie korzystała.

W końcówce lat osiemdziesiątych, a więc dwadzieścia lat później obserwowałam inną rodzinę wielodzietną, tyle że dobrze sytuowaną – ojciec rodziny, rolnik, pracował kilka lat w Stanach, skąd przywiózł samochód, pieniądze na wybudowanie i wyposażenie rodziny, dokupienie ziemi i maszyn rolniczych. Wspomagał go jeszcze ktoś inny z rodziny, na stale mieszkający w Stanach, a chcący powrócić na starość i umrzeć w Polsce. Dla niego miało być przeznaczone jedno piętro tego domu.

Rodzice byli młodzi, koło trzydziestki, z siódemką albo ósemką dzieci. Pełni życia i energii, przystojni, kochający się i korzystający z życia na miarę swoich oczekiwań. Sypialnia, papierosy, litry kawy, telewizja i krótkie wypady po nieskomplikowane zakupy, samochodem z automatyczną skrzynią biegów, której obsługi trudno było pani domu się nauczyć. Zawsze gdzieś wypadała z drogi.

Ich dzieci były równie doskonale zorganizowane, jak dzieci tamtej kobiety. Miały podział obowiązków, który funkcjonował z automatu. Nikt o niczym im nie przypominał, do niczego nie zaganiał. Od rana pracowały cały dzień dwie pralki. Niemowlak był ustawicznie noszony na rękach i zabawiany nie przez to, to przez inne dziecko. Co rano dzieci obierały wiadra ziemniaków i krojono je na frytki oraz smażono na oleju cały dzień. Zawartość szafek kuchennych w tej rodzinie to z pięćdziesiąt flaszek najtańszego oleju, ze dwadzieścia słoików kupnego dżemu wiśniowego i rzędy paczek kawy. Tudzież papierosy, oczywiście. I parę flaszek wódki. W tej rodzinie nie jadano raczej niczego innego.

Czasami mąż szedł do własnego stawu i przynosił rybę, ale żona kazała mu ją z powrotem odnieść. – Kto to będzie skrobał, czyścił i w ogóle jadł? – pytała. Wszyscy wolą frytki. W przerwach jedzono chleb z dżemem wiśniowym, choć pod własną jabłonką i śliwą gniły owoce. Ludzie ci robili wrażenie szczęśliwych. Trzynastolatek jeździł traktorem orząc, co było do zaorania, i był z siebie dumny, a dumę tę podsycał ojciec, pijąc kolejną filiżankę kawy. To już była zapowiedź nowych czasów – gdy kobiety myślą o sobie, a nie o roju.

Kiedy szukałam w internecie stosownego obrazka dla ukazania ciężkiej pracy wielodzietnej kobiety w latach sześćdziesiątych, początkowo wyskakiwały mi zdjęcia mamusiek przy komputerach albo za kierownicą samochodów osobowych. Istotnie, ciężko pracujące są dzisiejsze mamusie! Modyfikacja zapytania nic nie dała, dopiero gdy zmieniłam zapytanie na rozładunek wagonów, coś udało mi się znaleźć. Ale, niestety, żadnej kobiety w takiej sytuacji. Musicie więc sobie resztę wyobrazić.

Chociaż i ja, jako obserwatorka i autorka rozlicznych instrukcji z nich wynikających też miałam swoje rozrywki. Dla kontrastu opowiem kilka anegdot:

Czasami na stację przyjeżdżały transporty z wódką. Były specjalnie chronione przez milicję; radiowozy kursowały na trasie stacja/miasto całą noc. Kiedyś zderzyły się dwa takie radiowozy i ulicę zasłały całe połacie szkła ze stłuczonych butelek. Niestłuczone szybko ktoś sprzątnął, zanim milicjanci zorientowali się w sytuacji i nieco przetrzeźwieli.

Pewnego razu na jakiejś stacji upił się spedytor. Miał z robotnikami rozładunkowymi na pieńku, więc zemścili się. Pijanego jak bela wsadzili do wagonu, który wracał do Czechosłowacji, zabrali mu plombownicę i założyli plomby celne na wagon. Z tego powodu wagon przejechał bez kontroli przez granicę. Kiedy spedytora odkryto w głębi obcego kraju, sądzono początkowo, że jest szpiegiem. Aresztowano go, odbył się proces; nie wiem, czy i jak go ukarano, ale wrócił do Polski dopiero po roku. Tu znowu go aresztowano i odbył się kolejny proces…

Wspomniałam o plombach celnych i innych. Spedytorzy mieli plombownice, ale nie było zbyt trudnym podrobienie takich plomb. Nie były to żadne ołowiane wyciski, jak myślicie. Do drutu przyspawany był kawałek blaszki, do złudzenia przypominający kapsel od butelki (i często nim zastępowany) wypełniony plasteliną, w którą wciskano drugi koniec drutu. Potem w plastelinie odciskano wzór. Urzędowo nazywało to się „plomby nieczytelne” i nie zawsze oznaczało złodziejstwo. Odbioru wagonu dokonywano komisyjnie, przedstawiciel kolei i spedytor oraz tzw. „czynnik społeczny” czasami nazywany też „bezstronnym świadkiem”… Ale jakim niezainteresowanym i bezstronnym świadkiem mógł być robotnik rozładunkowy? Za swoje „niezainteresowanie” coś tam zazwyczaj otrzymywał w naturze.

Zdarzało się, że wagony przybywały na stację nieco przed urzędową godziną podstawień, więc stały jakiś czas zanim pojawiła się bezstronna komisja. Kiedy jednak komisja stwierdziła nieczytelne plomby, czas przeznaczony na rozładunek bez groźby zapłacenia „osiowego” wydłużał się. Często więc w krzakach porastających otoczenie rampy czaili się pracownicy spedycji zajmujący się unieczytelnianiem plomb.

Najskuteczniejszym w tropieniu złodziejstwa na stacji był pewien dwudziestoletni chłopak zatrudniony jako referent do spraw szkód i braków po tym, gdy zrezygnował z bycia księdzem. Wołał delikwenta złapanego na kradzieży do siebie do biura i prawił mu prawdziwe księżowskie kazanie. Kilku takich miałam przyjemność wysłuchać. Groził im piekłem i karami boskimi, apelował do sumienia, stawiał przed oczy postać Chrystusa, który cierpiał i umarł na krzyżu za takiego łajdaka, jak delikwent, wyciągający za sprawą szatana ręce po cudze. Niektórzy, gdy zobaczyli go na stacji, od razu odkładali skradzione dobro. Był skuteczniejszy niż milicja (która sama miała niejedno za uszami, zwłaszcza nadzorując rozładunki cenniejszych towarów).

Zdarzały się też dziwne, niezrozumiałe wręcz przypadki. Niektóre wagony ciężko się otwierały, zwłaszcza zimą, gdy drzwi przymarzały. Kiedyś żadne sposoby na ich otwarcie nie pomagały, ani podgrzewanie prowadnic, ani ostukiwanie ich czy też podważanie. Czas naglił, więc zastosowano rozwiązanie ostateczne: zaczepiono o drzwi linkę holowniczą z drugiej strony przyczepioną do ciągnika. Była noc, a od latarni spory kawałek. Nikt nie wiedział, jak to się stało: przypadek, ludzka złośliwość czy coś innego. Ciągnik dodał gazu i… znalazł się w rowie. Z drugiej strony liny przyczepione były nie drzwi, a drugi ciągnik.

I jeszcze jedna historia, całkiem już siermiężna – o tym, jakie w tamtych czasach robiło się przekręty. Na jednej ze stacji niektóre magazyny PZGS (Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni) były rozmieszczone wzdłuż rampy kolejowej, a więc nie potrzeba było przy rozładunku transportu samochodowego, starczyli ludzie z taczkami. Wszystko odbywało się w polu widzenia: rozładunek wagonu i załadunek taczek i dlatego liczenia taczek dokonywano w drzwiach magazynów. Spedytor wieszał tam wielki kawał pakowego papieru i na nim rysował kopiowym ołówkiem (dla ochrony przed deszczem) tzw. płotki: cztery kreski przekreślone piątą (pięć taczek) oraz tzw. bramy – łuki łączące każdą piątkę z kolejną w dziesiątki. Jednak robotnicy byli sprytniejsi od niego. Czasem ktoś zawołał, on odwrócił głowę i zaraz wyrastały obok dodatkowe kreski. Dla ukrócenia tego oszustwa przed pracą sprawdzano kieszenie robotników i odbierano im ołówki kopiowe.

No i na zakończenie inny smaczek. Jak myślicie, co było w końcu lat sześćdziesiątych najbardziej chodliwym towarem podatnym na kradzieże? Wódka? Też, ale nie za bardzo, zwłaszcza że dostawy odbywały się raczej transportem samochodowym. Najczęściej wagony okradano z… papieru toaletowego.

Z perspektywy czasu dziwi fakt, że niektórym ludziom chciało się jeszcze pracować. Zwłaszcza zaś kobietom i dzieciom.