Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Historyczne diety

Katarzyna Urbanowicz

Przeglądanie starych książek odziedziczonych po zmarłych, wiekowych osobach podobne jest czasem do odkrywania światów całkiem odmiennych od dzisiejszych. Między ich kartkami tkwią prawdziwe rarytasy. Kilkoma z nich, efektem przejrzenia zaledwie czterech półek, z regałów w obszernym garażu, postanowiłam się zająć dzisiaj.

Pierwsza zdobycz to kartki żywnościowe z czasów niemieckiej okupacji:

Niestety, brak organu wydającego oraz danych właściciela kartek i jego adresu. Może to była jakaś podróbka? Wszak niżej zapisano że nieważna bez prawidłowej rejestracji, a takowej brak. Zalecono przechowywać starannie i bardzo starannie ją schowano, tak że przetrwała do dziś. Nakazano także dokładnie oddzielać poszczególne odcinki małej wartości. Urzędy mają zawsze tendencję do celebrowania i podkreślania rzeczy oczywistych.

Oto porcja na 5 dni dla urlopowicza: na bogatym obszarze? (reichsgebief).

1590 g chleba (ale precyzja!) w tym 1150 g jakiejś jego odmiany, co daje nieco ponad 30 dkg dziennie. 200 g mięsa, tj. 4 dkg Niewiele jak na cały dzień dla mężczyzny, choć mnie by wystarczyło. Inna rzecz, co jeszcze można było kupić oprócz żywności na kartki; jeśli niewiele dla uzupełnienia diety, to musiała być bardzo monotonna.

Teraz przeskoczę na linii czasu kilka lat i zajrzę do zeszytu w kratkę, w którym pewien nauczyciel/ka od dnia 24 czerwca notował swoje dzienne wydatki. Zeszyt jest opatrzony jedynie numerem miesiąca (przy czym zaszła pomyłka, lipiec w części notatek (na zdjęciu) oznaczono jako VI, potem jednak już sierpień oznaczono prawidłowo jako VIII. Dzięki temu korzystając ze stuletniego kalendarza udało mi się ustalić rok zapisków: 1948. Zapisany adres pozwolił zlokalizować miejsce: Stegna k/Gdańska, poste restante.

Jakże uboga była dieta owego nauczyciela! Prawdopodobnie stołował się gdzieś i codziennie płacił za obiad 5 zł w czerwcu i lipcu. Czasem przebywała z nim/nią rodzina i wówczas płacił 20 zł za 4 osoby lub 10 za 2. Co poza tym kupował? Mleko zwykłe i mleko zsiadłe (po 5 zł), czasem jajka. W lipcu kupił 1 kg jaj za 37 zł, a w sierpniu za 40 zł. Jaja kupował na kilogramy, zresztą do dziś na Podlasiu na targach tak je sprzedają, prawdopodobnie dlatego, że jaja od młodych kurek lub perliczek są dużo mniejsze niż od starych (przeciętnie wchodzi 23-25 a nawet 28 szt/kg).

I oczywiście kupował chleb. Na chleb wydawał 10 zł na kilka dni. W sierpniu zaszalał: raz kupił bułkę + 4 małe bułeczki i zapłacił za nie aż 50 zł. Raz w lipcu kupił 1/4 l śmietany (5 zł), a raz ½ za 20 zł, raz czereśnie (10,40), raz masło (17,50), a w sierpniu kilogram pomidorów za 40 zł. Raz dostał od kogoś za darmo (w każdym razie ceny nie podano) 2 cebule. Z rozpusty były także kiedyś w sierpniu serniczki za 30 zł, ale w ogóle musiał się liczyć z pieniędzmi – za mieszkanie zapłacił za 2 miesiące 1000 zł. 26 sierpnia skończył urlop.

W dalszym ciągu zeszyt wykorzystywał już ktoś inny spisujący w nim nazwy narządów odpowiadających numerom stref refleksyjnych pokazanych na rysunku prawej stopy (rysunku brak). Z odwrotnej strony zeszytu ktoś trzeci zamieścił informacje jakie miejsca należy masować w razie określonych chorób i tak na przykład w razie alergii należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz i coś tam jeszcze nieczytelnego. Mnie zainteresował artretyzm stawu biodrowego ale odpadłam, gdy przeczytałam, że należy masować nadnercza, nerki, moczowody, pęcherz, żołądek i jelita, jakieś m. stawu biodrowego i stawu barkowego i któreś kręgi lędźwiowe. Za dużo tego. Chociaż nawet na białaczkę były sposoby… I na chorobę wieńcową – wystarczyło jedynie masować serce. Logiczne niewątpliwie.

Ceny pochodzą z czasów przed wymianą pieniędzy 30 października 1950 roku, której dokonano w proporcji 100 zł starych na 3 zł nowe(ceny i płace) oraz 100 zł na 1 zł (gotówka) przy założeniu, że nie wszystkie środki zostaną wymienione – obowiązywały limity.

Średnia pensja w roku 1950 wynosiła 551 zł, (wcześniejszych danych sprzed reformy walutowej nie odnalazłam), jednak w roku reformy mój ojciec, inżynier konstruktor w zakładach PLL „LOT” po przeliczeniu otrzymywał ok. 360 zł – znacznie mniej niż robotnik . Nie udało mi się także odnaleźć danych zarobków mojego dziadka, nauczyciela, w 1948 r. inspektora szkolnego, zaszeregowanego do grupy VI urzędników państwowych, natomiast moja ciotka w tymże roku, początkowa nauczycielka kontraktowa w liceum dla dorosłych na Śląsku zarabiała 300 zł/1 godz. tygodniowo w wymiarze miesięcznym 10 godz. tygodniowo, a więc miesięcznie 3000 zł.

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Z „Pudelka” jestem

Katarzyna Urbanowicz

Powiedziano mi ostatnio, że z „Pudelka” jestem. Problem w tym, że nie udowodniono mi, dlaczego niby taka jestem. Tak kończą się dyskusje teoretyków z praktykami – gdy kogoś poniesie złość i zbyt osobiście traktuje odmienne zdanie w dyskusji, kończy się na argumentach ad personam.

Marek Zürn – Cmentarz Remuh na Kazimierzu w Krakowie

Rzecz poszła o kilka spornych spraw różnego gatunku i ciężaru, koncentrujących się wokół trzech problemów rozpalających społeczne emocje: exodusu Żydów z Polski w 1968 roku, zagłady Żydów na Podlasiu w czasie II Wojny Światowej oraz problemu Wołynia.

Ten ostatni służyć miał ekspozycji tezy, że nie do końca istnieją wiarygodne źródła pisane (bardzo często zaś nie istnieją w ogóle), w związku z tym historycy, nawet rzetelni, nie zawsze dysponują dokumentacją uzasadniającą ich tezy. Nie każdemu naukowcowi miejscowy opowie o wstydliwych zachowaniach swoich przodków; trzeba lat, aby zdobyć zaufanie i usłyszeć ich wersje wypadków.

Ale zacznę od początku. Wspomniałam, że jako pracownica Rady Narodowej w Gdańsku, w roku 1968 dowiedziałam się o masowym wyjeździe Żydów z Polski prawie z dnia na dzień. Nie zauważałam wcześniej jakiejś zmasowanej akcji przeciwko Żydom, aż nagle akcja ta wystartowała z niesłychaną siłą: odgrzewanych dowcipów, inwektyw i pomówień. Pech chciał, że załatwiałam z jakąś osobą o charakterystycznym nazwisku – nigdy nad tym się wcześniej nie zastanawiałam – sprawy służbowe i pewnego dnia, zamiast grzecznych zapewnień, że pani ta zajmie się sprawą, kiedy będzie miała czas, usłyszałam, że nie mam co liczyć, że w ogóle się do mnie odezwie, (w atmosferze śmichów-chichów), jako że musiałabym szukać jej w Izraelu.

To były czasy głębokiego PRL i nic nie działo się bez przyczyny. Intuicyjnie ludzie mojego pokolenia wyczuwali, że taka czy inna akcja ma aprobatę władzy, głównie po tym, jak szybko działało coś (przypominam nie była to epoka internetu, a telewizja dopiero zdobywała popularność kilkoma godzinami w jednym programie na dobę), a prasa była wyłącznie jednego, oficjalnego pochodzenia i zawsze pisała to samo. Bez słów jasne było, że nagonka na Żydów, przedtem niezbyt chętnie widziana (w każdym razie oficjalnie), nagle stała się oficjalnie popierana, aprobowana i szanowana.

Zilustruję to jeszcze inaczej. Jako żona wykładowcy w liceum i melioracyjnej szkole pomaturalnej w Gdańsku Oruni, na zakończenie roku szkolnego i matur, uczestniczyłam w nieoficjalnych spotkaniach absolwentów na pobliskim cmentarzu żydowskim, porośniętym drzewami i krzakami, ze zrujnowanymi nagrobkami bez wyrzutów sumienia z tego tytułu, ale także bez specjalnej satysfakcji z bezczeszczenia miejsc dla kogoś świętych. Nie miałam najmniejszego pojęcia, czym dla Żydów są ich cmentarze – dla mnie to po prostu było dobre miejsce na bibki poza zasięgiem dyrektora szkoły. Pisałam o tym w 2014 roku w Tarace: Bibka na cmentarzu.

Do dziś odczuwam z tego powodu dyskomfort. Wydarzenia związane z rokiem 1968 ukazały moje działania jako coś oficjalnie zupełnie neutralnego, bowiem nie może tak być, żeby cudza tradycja była ważniejsza, niż nasza, a więc z tego, że na cmentarzach katolickich (przynajmniej w Polsce) nie pije się wódki, nie wynikało, że zakaz ten dotyczy cmentarzy żydowskich. To były gorsze cmentarze i stosowne było nie przejmowanie się nimi.

Właśnie to nie wydawało mi się w porządku i uruchomiło we mnie cały proces spostrzeżeń i myślenia, a potem poszukiwania informacji i odczuwania wstydu.

W dyskusji wspomnianej na początku wyraziłam tezę, że wybuch nastrojów antyżydowskich był skoncentrowany w czasie i oczywistym było, iż jest przez kogoś sterowany. Moja dyskusyjna przeciwniczka prezentowała tezę, że Polacy byli od zawsze antysemitami itp., a jednostkowe doświadczenia nie mogą być świadectwem historii. Powoływała się na nazwiska historyków, którzy to udowodnili, deklarując, że zaprosi jednego z nich na osobistą dyskusję. Dla mnie było to chwalenie się znajomościami, nie mówiąc już o tym, że nie jestem naukowcem i nie mam odpowiedniego warsztatu do dyskutowania z takim. Jestem zwyczajną kobietą i chcę usłyszeć argumenty dla zwyczajnych ludzi, a nie takie, które stawiają wyżej dywagacje fachowców nad osobistym doświadczeniem.

Fachowiec historyk nie dowie się się tego, co usłyszy obdarzony zaufaniem sąsiad z działki przy flaszce bimbru (jak ja o topieniu Żydów na Bugu albo wyczynach Żołnierza Wyklętego Władysława Łukasiuka, niejakiego „Młota” na Podlasiu, następcy Łupaszki). Do tego trzeba mieć zaufanie miejscowych, a to zdobywa się latami (i litrami bimbru też).

Obowiązkiem historyka jednakowoż jest też wyłożenie swojej racji wobec bezpośrednich świadków historii. Trzeba sprawdzać prawdziwość opowieści, ale nie można z góry ich przekreślać lub lekceważyć, bo zna się historyków, którzy „wiedzą lepiej”. Nie jest obowiązkiem zwykłego widza sporów odgadywanie, kto jest historykiem, a kto propagandzistą z etykietką historyka. Z życiowego doświadczenia jednak wiadomo, że propagandziści oczekują, aż bezpośredni świadkowie wydarzeń wymrą, a póki tego nie uczynią, jak moja dyskutantka, oczekują iż przedłożą nazwiska profesorów nad osobiste doświadczenia.

Z niechęci (nawet tradycyjnej) wobec Żydów wcale nie wynikało ich mordowanie, przynajmniej proces ten powinien zostać rozważony i rzetelnie zanalizowany. Natężenie antysemityzmu zmieniało się w czasie i tylko czasami osiągało groźne rozmiary, my jednak, jako ludzie generalizujemy i lubimy podkreślać formy najbardziej spektakularne i przerażające, skrzętnie unikając rozmowy o niuansach i przyczynach.

Oczywiście, jak to bywa w dyskusjach zwykłych ludzi, okazało się, że w gruncie rzeczy nie o to chodzi. Antysemityzm istniał, ale w różnym natężeniu, w różnym czasie, czasami tylko się tlił pod powierzchnią, ale nie był zawsze oficjalnie aprobowany i kultywowany. Stanęło na kontrze historyków przeciwko tzw. osobistym świadkom, którzy są niewiarygodni i opowiadają jakieś bzdety, że coś widzieli, skoro historycy udowodnili, że na pewno nie widzieli, bowiem profesor taki a taki udowadnia, że widzieć nie mogli. Tutaj moja przeciwniczka przytoczyła sporo terminów naukowych z dziedziny statystyki, mających udowodnić, jak jestem głupia, zresztą nie bardzo dając mi dojść do słowa i rzucająca się na moje wypowiedzi jak drapieżnik na ofiarę w połowie zdania, a czasem nawet na samym jego początku. Oczywiście są to przywary ludzi, którzy wiedzą lepiej i słuchają głównie siebie. Dowody ze statystyki nie są bynajmniej lepszym dowodem, niż osobiste świadectwa, mogą i powinny jedynie się uzupełniać. A zajadłość nie jest dowodem racji.

Zeszło na zagładę Żydów na Podlasiu i na to, że moje osobiste świadectwo z rozmów z osobami, którzy znali na przykładzie własnych rodzin proceder topienia Żydów podczas przeprawy przez Bug, wówczas rzekę graniczną między Polską pod okupacją niemiecką a ZSRR. To właśnie wówczas usłyszałam, że jestem z „Pudelka”, bowiem stawiam osobiste doświadczenia nad prace historyków.

Doskonale wiedziałam i wiem, że choć żydowskie pogromy na Podlasiu były faktem, historycy, nawet najbardziej rzetelni, nie zawsze o wszystkim wiedzą, bowiem „miejscowi” wiele lat i przez całe pokolenia ukrywają wstydliwe sprawy. Nikt z nich nie opowie o osobistych doświadczeniach historykowi, choć może opowiedzieć o nich przy alkoholu komuś, kogo szanuje i komu ufa. Inna rzecz, że trzeba czasem trafić za odległy o niecałe 300 metrów od wsi grób zamordowanej żydowskiej rodziny i spytać siebie, jak to możliwe, żeby we wsi nic o wydarzeniu nie wiedziano (?). Czy historycy zawsze zadają sobie takie, wcale nie retoryczne pytanie?

Mam niedobre doświadczenia, kiedy usiłowałam przekazać opowieści o jednym z żołnierzy wyklętych na Podlasiu – „Młocie”, kiedy nawet pamiętnik ojca pewnej korespondentki, członka bandy „Młota” uznano za wymysły starej kobiety i nikt nie chciał się nimi zainteresować, a w komentarzach pod odcinkiem odsądzono ową kobietę i mnie od czci i wiary. Ja słuchałam na jego temat wielu opowieści, cóż, że głównie opowiadały o owych żołnierzach wyklętych wiejskie baby, a one się nie liczyły i nie liczą. To najbardziej jaskrawe przykłady, że pod pretekstem „naukowości” opowieści bezpośrednich świadków traktowane są jako wymysły z „Pudelka”.

Moja miłą koleżanka – dyskutantka wściekła się na tyle, że wyjechała następnego dnia o świcie, a potem wykasowała mnie z fejsbuka, zapewne dlatego, żeby spokojnie obrzucić mnie błotem wśród swoich znajomych.

Opowiadam tę historię nie dlatego, żeby wyrzucić swój żal i dyskomfort na zewnątrz – a przynajmniej nie tylko dlatego. Ciągle nie mogę się pogodzić z tym, że inne zdanie w sprawach osobiście nas nie dotyczących, wywołuje falę złości i agresji. Dla mnie dyskusja o marcu 1968 roku była poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, czy ktoś akcją tą sterował (miałam takie podejrzenia, wynikające z szybkości rozprzestrzeniania się nagonki). Oczekiwałam informacji od osoby interesującej się historią, a nie zaprzeczania moim wrażeniom i nie aroganckiej wypowiedzi, że historycy wiedzą lepiej, niż jakaś baba, co usłyszała coś na wiosce przy flaszce bimbru.

Cóż, byłam i jestem idealistką. Nie raz słyszałam opowieści, że świadkowie z czasów PRL powinni wymrzeć, żeby historycy mogli rzetelnie analizować ówczesne zdarzenia. Jako ktoś, kto wcześniej czy później jednak wymrze (tworząc wolne pole historykom dla konfabulacji i rzekomej „aktualizacji” badań), chciałabym zaznaczyć, że pewna, nieżyjąca już kobieta, znalazła na skraju swojej łąki nad Bugiem dogorywającego Żyda, którego nie utopiono i wysłuchała jego opowieści o zagładzie jego rodziny. Opowieść zawierała tyle nietypowych faktów, przeczących obiegowym opiniom o ludzkich losach, że trudno byłoby, aby ktoś ją wymyślił. Kobieta już nie żyje, nie żyją ludzie odpowiedzialni za proceder, a ja na swoją obronę mam jedynie pamięć głupiej baby, która opowiedziała coś paniusi rodem z „Pudelka”.

Zarzucono mi, że nie podniosłam larum, ale wiem, że nawet osób dysponujących pisanymi źródłami (pamiętnikami sprawców) nie chciano słuchać. Mam na myśli IPN. Zrobiłam, co mogłam. Opisałam to w powieści „Sierotka” i w opowiadaniu „Te drzwi” (dostępnym na mojej stronie autorskiej kasiaurbanowicz.pl); Kto chce, niech mi wierzy, ale niech nie pyta, dlaczego ludzie nie opowiadają o takich sprawach historykom.

Najzabawniejsze jest to, że gdy przyjechała do mnie wspomniana koleżanka, czytałam książkę Daniela C. Dennetta „Dźwignie wyobraźni i inne narzędzia do myślenia”. Pochwaliła się, że była na wykładzie tego, bardzo znanego profesora, filozofa i kognitywisty, i jest nim zachwycona. W swojej książce autor ukazuje rozmaite błędy w myśleniu, a tym samym także w dyskusjach. Moja koleżanka popełniła przynajmniej trzy z tych dwudziestu, o których zdążyłam przeczytać na pierwszych stu stronach książki. To jest dowód, że człowiek, nawet najbardziej rozwinięty intelektualnie, nie jest istotą racjonalną.


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Jak żyć

Katarzyna Urbanowicz

Za oknami mojego mieszkania rozciąga się stary cmentarz. W panujących upałach przekraczających 30 stopni C wieczorami po wyłączeniu klimatyzacji napływają do mnie cmentarne zapachy. Ziemi nasączonej gnijącymi szczątkami ludzi, stearyny z cmentarnych lampek, kwiatów więdnących i tracących swoją barwę. Teoretycznie cmentarz jest zamknięty, ale stale trwają na nim pochówki i rozbrzmiewają tony adagio i marszu Szopena. Paradoksalnie, w tej atmosferze gorących nocy znaczenia nabiera pytanie „jak żyć”, a nie „jak umierać”.

W poprzednim odcinku wspomniałam książkę Agnieszki Drotkiewicz, poświęconą temu pytaniu zadawanemu ludziom kultury. Właściwie nikt z nich nie odpowiada na nie w pełni, raczej czyniąc uniki. Przedstawiają swoje przemyślenia i doświadczenia, unikając generalizowania i łatwych recept. Jest to z gruntu uczciwe i zasługuje na poparcie. Prostej odpowiedzi oczekiwał chyba tylko ów plantator papryki, dzięki któremu pytanie stało się znane.

Jednocześnie moja koleżanka, od dawna rozgryzająca ten problem, pożyczyła mi książkę, ponoć stanowiącą rewelacyjną odpowiedź na zadane pytanie. Jest to pozycja Aleksandra Lowena „Zdrada ciała” zaopatrzona podtytułem: „Dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją”, wydaną przez Centrum pracy z ciałem Joanny Olchowik. Z dedykacji do pacjentów dowiadujemy się, że inspiracją do napisania książki stała się ich odwaga mierzenia się z trwogą i rozpaczą. Ciekawi mnie więc, jakie rady autor ma dla swoich pacjentów.

Niestety, nie mogę zgodzić się z autorem w większości jego twierdzeń. W rozdziale pierwszym przedstawia swoją pacjentkę, mającą rzekomo problem z tożsamością. Długo i zawile opisuje jej problemy, definiując jej rozczepienie, jako zaburzenie schizoidalne, które ponoć leży u każdego podłoża problemu tożsamości. Twierdzi on, że poczucie tożsamości wyrasta z poczucia kontaktu z własnym ciałem, bowiem „bez świadomości czucia w ciele, osoba rozszczepia się na bezcielesnego ducha i rozczarowane ciało”. Opisuje pacjentkę imieniem Barbara, której problemem, jego zdaniem jest konflikt ze służącą i poczucie jej bezradności w tej relacji. Zagłębiając się w teorię, przedstawiając, jak Barbara rysuje obraz swojego ciała i jak widzi ciało mężczyzny, zapomina jednak, że Barbara jest matką czworga dzieci (w tym niemowlęcia) i jej fizyczny odpływ sił może być całkowicie uzasadniony wykonywaną przy nich pracą (i małą pomocą leniwej służącej).

Innego pacjenta, mężczyznę, znanego artystę i jego problemy z tożsamością, autor ocenia już inaczej, zda się pobłaża jego chwilowemu brakowi kontaktu z ciałem (nie uzasadniając zmiany swojego podejścia).

Ale pomińmy detale i brak obiektywizmu autora. W warstwie teoretycznej twierdzi on, że „człowiek doświadcza rzeczywistości świata wyłącznie poprzez ciało. Jeżeli ciało jest stosunkowo mało żywotne, wrażenia i reakcje osoby są ograniczone. Człowiek emocjonalnie martwy zwrócony jest do wewnątrz: myśli i fantazje zastępują czucie i działanie. Przesadna aktywność umysłowa jest substytutem kontaktu ze światem rzeczywistym”. Przywołuje tu przykład deprywacji sensorycznej.

Mierzi mnie takie uproszczenie.

Czucie i działanie nie muszą iść ze sobą w parze, a żywotność nie oznacza bynajmniej warunku posiadania zdolności do czucia. Podam prosty przykład: sparaliżowany człowiek, doświadczający bólu, mimo pozornego bezruchu i małej żywotności (braku aktywności) nie musi porzucać rzeczywistości na rzecz urojeń właściwych deprywacji sensorycznej. Wszak deprywacja polega na braku bodźców, a sparaliżowane ciało dostarcza ich czasem zbyt wielu. Aktywność umysłowa, aczkolwiek bardzo pożądana, nie przyniesie dochodu guru nastawionemu na dopieszczenie ciała. Chyba, że sparaliżowany człowiek jest na przykład genialnym astrofizykiem, Stephenem Hawkingiem, lub innym tego rodzaju myślicielem, umysłem uwięzionym w chorym ciele.

Zdemaskowanie błędnego myślenia autora nie jest łatwe, ponieważ wielu terminów i określeń używa zamiennie i nieostro. Nie jest moim zamiarem obnażanie braków warsztatowych autora książki, zwłaszcza, że jestem tylko dyletantką, sugeruję jednak, że stawia on pewną tezę i wszystko inne nagina do jej uzasadnienia, żonglując znanymi nazwiskami i teoriami. Sięga także po terminy spoza warsztatu naukowca. Twierdzi na przykład, że „Gdy kobieta przyjmuje męskie ego, rodzi się w niej wiedźma. Wiedźma wyznaje pogląd męskiego ego, że ciało kobiety to obiekt przeznaczony do wykorzystania seksualnego.” Wracając do Barbary, jego zdaniem owa przepracowana trzydziestopięciolatka i matka, to w istocie ucieleśnienie problemu: „Seksualna uległość Barbary jest odbiciem jej pogardy dla mężczyzny. Mówi ona w istocie: jestem niczym, a skoro mnie pragniesz, to jesteś głupi”.

Bzdura! Już moja matka, wychowanka sierocińca, powtarzała, że małżeństwo i macierzyństwo to ciężkie i trudne spełnianie obowiązku wziętego na siebie, a ja dodam z własnego doświadczenia, że gdy niemowlęta płaczą całą noc, nawet perspektywa seksu z ukochanym mężczyzną nie jest pociągająca. Nie chce się jeść ani pić, nie chce się seksu ani miłości lub czułości, jedyne, czego się chce – to spać. Ale widać panu Lowenowi brakuje doświadczenia i empatii, dlatego też sięga po dywagacje na temat przyswajania sobie przez pacjentkę ojcowskiego wizerunku kobiety. Takie dywagacje nie prowadzą jednak do rozwiązania problemu, choć można go zmniejszyć poprzez wspomożenie owych „wiedźm” w ich codziennym trudzie. To jednak wymaga wydatków a nie przysporzy autorowi dochodów ze szkoleń i diagnoz „leczniczych”.

Inny pacjent, przepracowany Henry (nie mający problemów finansowych), poprawił swoją kondycję psychiczną zwracając większą uwagę na swoje ciało. Jasne, miał czas i pieniądze i na pewno dobrze mu zrobiło odwrócenie uwagi od nowych obowiązków i wyzwań zawodowych. Oczywistym jest, że jego ciało wysoko cenionego menadżera było w lepszym stanie, niż ciało Barbary. Przepracowanie fizyczno/psychiczne i tylko psychiczne, to całkiem coś innego. Trochę gimnastyki, dobre kosmetyki, siłownia, masażysta, fryzjer i zakupy wg najświeższej mody rozwiążą (przynajmniej tymczasowo) problem kontaktu z własnym ciałem.

Nie chcę zagłębiać się w ciąg dalszy dywagacji autora, próbuję odgadnąć tylko skutki jego teorii dla mojej koleżanki, która pożyczyła mi książkę, pracowicie podkreślaną i zaopatrzoną miejscami w wykrzykniki.

Otóż jej zdarza się także (jak każdemu z nas) tracić kontakt ze swoim ciałem, gdy jest zmęczona, zestresowana, zadumana lub gdy po prostu na dworze, za oknami skierowanymi na południe lub wschód, panuje temperatura przekraczająca 30 stopni C. A tutaj trzeba wstać, umyć się, wygoniwszy przedtem niepracującą matkę okupującą łazienkę i dopieszczającą lakierem swoje kosmyki, co nie obywa się bez awantury; jechać przepełnionym autobusem do pracy, by przejąć rozkapryszonego bachora z rąk skłóconych rodziców, ze świadomością, że wykręcona poprzedniego dnia ręka, bardziej boli niż powinna, a dzieciak chce „na rączki”. Jeżeli uwierzy ona, że jest osobowością schizoidalną, bowiem straciła kontakt ze swoim ciałem, to prosta droga do utraty wiary w siebie (zwłaszcza, że jako niania pracuje na czarno, bez ubezpieczenia i lekarskiej pomocy, a czas nie jest już dla niej tak łaskawy, jak w młodości przed pięćdziesiątką, gdy wychowywała samotnie własne dzieci).

Paradoksalnie książka pana Lowena nie pomoże jej w niczym, a wręcz przeciwnie, zaszkodzi. Zadane w podtytule pytanie „dlaczego ludzie wypierają się uczuć i świata, w którym żyją” ma prostą odpowiedź: Bo świat nie jest przyjazny ludziom, ba, staje się coraz mniej przyjaznym, w każdym razie tym, którzy nie zarabiają na doradzaniu biednym kobietom, dla których ich ciało staje się ciężarem, a nie radością.

Wracam jeszcze na chwilę do pierwszego wywiadu Agnieszki Drotkiewicz – „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” z Bellą Szwarcman-Czarnotą, autorką, redaktorką i tłumaczką o szeroko rozumianej kulturze żydowskiej pt. „Tak pamiętać, żeby iść do przodu”. W drugiej części wywiadu, poświęconej rytuałom i gotowaniu, przywołuje słowa swojej ciotki, które stały się tytułem całej książki, wynikające zdaniem rozmówczyni z żydowskiej zasady bycia pożytecznym i poważnego traktowania dzieci.

Nie do końca się z tym zgadzam. W mojej i w wielu znajomych rodzinach, nie mających nic wspólnego z kulturą żydowską, też panowała taka zasada. Siostra mojej teściowej, moja imienniczka, Katarzyna, zamieszkała w podlaskiej wsi Wólka Plebańska i prowadząca tam gospodarstwo rolne będąc już starą kobietą po siedemdziesiątce z podobnym nawykiem pracy bez odpoczynku miała łóżko, jak to na tamtych ziemiach, pokryte piękną narzutą ze stertą ułożonych poduszek i lalką na ich szczycie. Nigdy w ciągu dnia nie kładła się i bardzo rzadko przysiadała, a jeśli już, to półgębkiem, z brzegu krzesła przy stole, z rękami stale czymś zajętymi. Kiedy doznała zawału serca, po powrocie ze szpitala, lekarz kazał jej położyć się codziennie na minimum 2 godziny. Ona po prostu tego nie umiała. Jak to jest położyć się w ciągu dnia? Dlatego też stawiała na stole budzik i siadała na krześle, żeby „odpoczywać” zalecone 2 godziny. Nic dziwnego, że w parę miesięcy później zabił ją kolejny zawał.

Moja mama także mawiała: „jeszcze dzisiaj nie usiadłam” i była z tego dumna.

Przypomina mi się taka śpiewka z czasu studiów nad literaturą słowiańską:

Zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić,
bo nas nogi bolą po tym polu chodzić./bis
Nogi bolą chodzić, ręce bolą robić,
zachodźże, słoneczko, skoro masz zachodzić./bis
Żebyś ty, słoneczko, na zarobku było,
to byś ty, słoneczko, prędzej zachodziło./bis

Niewiele się zmieniło od tamtych czasów. Przybyło tylko diagnostów.