Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Poeta zagubiony w wewnętrznym mroku

Katarzyna Urbanowicz

Błażej Sędzikowski

Niedawno w Holandii zmarł młody człowiek, świetny, choć nieznany i niedoceniony poeta, zagubiony w swoim wewnętrznym mroku, bezskutecznie balansujący na krawędzi rzeczywistości – Błażej Sędzikowski. Nie jestem pewna, czy pisał coś w ostatnich latach życia; mam tylko jego wcześniejsze wiersze, z okresu naszej znajomości. Porywała mnie zawsze melodia jego wyobraźni i nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie udało mu się przebić do artystycznego świata, wszak na to w pełni zasługiwał.

 

JAK POWSTAJĄ BAŚNIE

I tak będzie co ma być
to co stoi będzie stać
deszcz cichutko będzie mżyć
a ja tobie będę grać

O jak pięknie pachnie maj
kwitnie raj kwiatów tysiącem
ty w tym raju jesteś naj
długo nic a potem słońce

Ty owoców weźmiesz garść
będę z twoich rąk je jadł
czyż ich nektar nie jest wart
by go ciągle Bogu kraść

Świtem uciekniemy w las
po diamentach rosy
gdzie korony drzew jak płaszcz
jak baldachim wiecznej nocy

Tam aż do utraty tchu
ścieżkami zwierząt
pijani tajemnicą mchu
białym winem swego ciała

Potem poznamy sekret wiedźm
zioła, uroki, zaklęcia
których magiczny karzeł strzegł
tam gdzie kończy się tęcza

Nie, nie wchłonie nigdy nas
czarna, kosmiczna pustka
fantastyczna podróż trwa
w dół po drugiej stronie lustra

Wiem maleńka, że to grzech
lecz mnie nie nudź słów rozpaczą
czasem trzeba skończyć źle
żeby w ogóle móc coś zacząć

I tak będzie co ma być
lecz nie zrozum mnie opacznie
kocham ciebie co tu kryć
właśnie tak powstają baśnie

 

Możliwe, że poezja przychodziła mu zbyt lekko, a sukces zbyt wolno; może myślał wierszami, oczekując natychmiastowego zrozumienia, a odpowiadano mu najpospolitszą prozą. Możliwe że zgubiło go miasteczko, w którym się urodził i późniejsze wojaże po Europie nie zdołały zmazać tej skazy. A ci, którzy go rozumieli, kochali jego poezję i próbowali pomóc, widać niewiele mogli, a on nie miał wystarczającej determinacji, żeby czekać. Czekać – nie wiedząc na co i nie mając żadnej pewności, że się doczeka.

 

xxx

…i za czym tak gonić, przed czym uciekać
przecież nie goni człowieka bezpieka
tu żadnej walki nikt z nikim nie toczy
tylko sam z sobą bój na butelki i papierosy

to wszystko już zgrane, to wszystko już było
ten sen już wielu na wylot prześniło
tych którzy wśród słów się błąkają jak dzieci
kiedyś to byli wielcy poeci

dziś już nie ważne, bo dzisiaj już nie ma
tych ekstaz, pożądań, skończony poemat
rockmeni igłami zdzierali tą płytę
po co wciąż serce szprycować mitem?

 

Od młodzieńczych wierszy, śpiewnych i poetyckich, jakby stworzonych do wykonania z towarzyszeniem gitary, poprzez pesymizm okresu, gdy samorealizacja przestała być w zasięgu ręki (nie mógł znaleźć pracy, uczęszczał m,in na kurs spawaczy) do powiewu optymizmu, gdy stał się mężem i ojcem, jego wiersze ze szczerością i ogromną siłą sięgały głąb wewnętrznej ciemności, która nigdy całkowicie nie znikła, aż wreszcie go pokonała.

 

TRZEBA BYŁO ROZSTRZELAĆ POETĘ

Tamtego dnia pełnego stłuczonych butelek
na stołach, pod łóżkiem w śmietniku na dnie
mojego umysłu pęknięty bębenek
upadł potoczył się sam nie wiem gdzie

Dnia gdy uśpione puste listki tabletek
nie zamieniły mi jawy na sen
trzeba było rozstrzelać już wtedy poetę
gdy cierpieć zaczynał rozstrzelać go wiem

Tak trzeba było, już wtedy był powód
by koła żelazne mu przypiąć do nóg
albo rozpędzić widziadeł korowód
i zamiast pióra do ręki dać pług

Teraz za późno gdy skrzydła wezbrały
powietrzem gorącym jak krew wilczych serc
cierpienie minęło, lecz wiersze zostały
wielkie i straszne, trujące jak rtęć

 

Błażej pisał także opowiadania, a jedno z nich zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Opowiadanie w zasadzie było o śmietnikowym kocie i jego towarzyszach, polujących na kocie przysmaki, reklamowane powszechnie, choć o niejednakowej wartości; ale w istocie dotyczyło losu outsidera i postępującego procesu uzależnienia. Miało niesłychaną siłę wyrazu, szczerość, wgląd we własny, wewnętrzny świat. Niestety, wówczas, gdy go czytałam, było niedokończone. Kilkanaście dni temu los kota został ostatecznie zapisany i potwierdzony.

Błażeja już nie ma, ale nie może przecisnąć się przez moje usta niestosowna w jego wypadku modlitwa „Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”. Nie wyobrażam go sobie jako kogoś, kto chciałby odpocząć…

Mam nadzieję, że ta energia, która zawsze go niosła, przywieje teraz, choć pośmiertnie, zainteresowanie jego poezją.

Reklamy


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. Krzyżówki sprzed piętnastu lat

Katarzyna Urbanowicz

Powszechnie uważa się, że po śmierci człowieka zostaje jego dzieło. Naukowe, literackie, pamięć jego osobowości, dokonań, miłości lub nienawiści, którą żywili doń jego bliscy, lub wreszcie, wspomnienia innych o chwilach i sprawach wiążących ich ze zmarłym. Zostają czasem pamiątki materialne, przedmioty, często przechowywane z pietyzmem nawet przez kilka pokoleń. Ale zostają też rzeczy przypadkowe i te bywają najtrwalsze, mogą zakonserwować pamięć o zmarłym w sposób nieoczekiwany i dziwaczny.

Mój zmarły mąż na emeryturze zajmował się historią Wołynia, pisał artykuły do czasopism, które już nie wychodzą, na strony internetowe, gdzieś dogorywające po cichu. Pudła pełne jego korespondencji, fotografii, materiałów, niejednokrotnie bardzo cennych poznawczo wypełniają regał w moim pokoju. Oddałam wiele książek, żeby zrobić miejsce na te pudła i przed remontem zabezpieczyć jego materiały w cichej nadziei, że komuś, kiedyś się przydadzą. Że może synowie zainteresują się po latach, gdy mnie już nie będzie, jak ja zainteresowałam się historią rodziny po śmierci moich rodziców. Ja nie nadaję się do kontynuacji jego dzieła, ale żywię do niego szacunek. Tyle włożonej pasji, tyle badań i poszukiwań nie powinno przepaść, choć nasze spojrzenia na rolę genealogii i znaczenie historii rodzin bardzo się od siebie różniły.

Zaczęłam ja, od spisania historii mojej rodziny. Praca urosła do monstrualnej objętości kilku tysięcy znormalizowanych stron i do dziś należałoby wprowadzać do niej zmiany w miarę dopływu nowych materiałów. Jednak główny jej trzon pozostaje nienaruszony. W okresie depresji po wypadku samochodowym, któremu uległam w 1996 roku i konieczności przewartościowania całego swojego życia poszukiwałam odpowiedzi na naglące pytania: jaki jest sens mojego ocalenia i co we mnie jest spuścizną moich przodków, a co mną samą. Kiedy dzieło liczyło już 12 czy 13 tomów mąż zaproponował mi, abym następny poświęciła jego rodzinie. Zaczęłam, ale jemu nie odpowiadało moje podejście, mało naukowe i nie rejestrujące, bardziej refleksyjne, skupione nie na koligacjach, a na zależnościach i obyczajowości. Wobec tego zaczął pracę sam i stopniowo przeszedł do szerszego spojrzenia – historii Wołynia. Zebrał ogromną ilość danych i faktów, choć część, niestety przepadła z powodu awarii prądu i spalenia dysku komputera z całą jego zawartością. Nie wszystko udało się potem odtworzyć, ale przybyło wiele rzeczy nowych. To dzieło jego życia zasługuje bezwzględnie na pamięć, choć chwilowo (mam nadzieję, że tylko chwilowo) nie ma chętnych do kontynuacji.

Tymczasem pamięć o moim mężu wróciła niespodziewanie kultywowana przez kogoś innego i zupełnie gdzie indziej. Można to nazwać chichotem historii.

Po męczących zajęciach na działce usiadłam z sąsiadką przy kawie i cieście ze śliwkami poplotkować nieco o tym, kto z miejscowych zmarł, kto się urodził i tak dalej. Jak zwykle – więcej zmarło niż się urodziło, tym razem nie było chyba takich nowo narodzonych. Koleżanka odsunęła na bok Panoramę Krzyżówek z roku 2001 i powiedziała:
— wiesz, to jeszcze twojego męża.

Istotnie, rozwiązywał krzyżówki, odgadywał hasła i wysyłał. Często wygrywał drobne kwoty i bardzo się nimi cieszył. Lubił wygrywać. Niedokończone krzyżówki oddawał sąsiadce, która wieczorami i w deszczowe dni uzupełniała, jak umiała diagramy. Zapasik był spory – skoro doszła dopiero do egzemplarzy z 2001 roku, sprzed 6 lat przed jego śmiercią. Ze wzruszeniem spojrzałam na jego charakter pisma, jeszcze wówczas twardy, wyrazisty i odciskający ślad na odwrotnej stronie druku.

Jednak krzyżówki były tylko wypełniaczem czasu, hobby, odpoczynkiem po pracy w zawodzie i na naszej działce. Niczym ważnym ale właśnie one przetrwały.

Co zostanie po mnie?


Dodaj komentarz

Babcia Ezoteryczna. O miłości niedopełnionej formalnie

Katarzyna Urbanowicz

Endymion by George Frederic Watts, 1872

Swego czasu, gdy uczyłam się astrologii, pisałam pracę porównawczą z zagadnień synastrii, omawianych na przykładzie trzech par, pozostających w wieloletniej uczuciowej bliskości, ale nie mieszkających ze sobą i nie legalizujących swoich związków. Szukałam w sytuacjach tych osób astrologicznych prawidłowości, dopatrując się rozmaitych zbieżności, jednakowoż nie odkryłam astrologicznej Ameryki i pracę tę porzuciłam. Życie dopisało swój epilog do trzech opisanych wówczas historii. Ku mojemu zdziwieniu również bardzo podobny. Dwóch mężczyzn, o których pisałam, zmarło w ubiegłym roku, jeden zaginął bez wieści.

Wszystkie trzy znam z opowieści zaangażowanych w nie kobiet, więc opisy ich odzwierciedlają jednostronny punkt widzenia. Jakkolwiek związki te były bardzo różne, łączyło je jedno – brak decyzji każdej ze stron, zarówno mężczyzn jak i kobiet, zresztą z różnych powodów. Chyba jednak głównie chodziło o pewien rodzaj nieufności. Dojrzali ludzie mogą się bardzo kochać, ale mogą sobie jednocześnie nie ufać. Mając wokół siebie przykłady toksycznych zawikłań i sami ich doznawszy, sparzywszy się raz lub więcej, nie chcą budować życia na sprawach ulotnych i nie zdefiniowanych.

Dziś chcę napisać o jednym z tych trzech. W tej historii, kobieta czuje głęboki żal, że nie była wystarczająco zdeterminowana, aby poznać wszystkie uwarunkowania mężczyzny i zmierzyć się z nimi. Po latach poznaje jego rodzinę, rodzeństwo, jego miejscowość i czuje, że zaprzepaściła swoją szansę. To bardzo bolesne odczucie, gdy niczego już nie można zmienić. Czy w ogóle można było zrobić coś wcześniej?

Koniec PRL i dwoje ludzi, Polaków pracujących w wschodnioniemieckiej fabryce, blisko granicy. Na tyle blisko, że dzieckiem kobiety w czasie jej zmianowej pracy opiekuje się kobieta po polskiej stronie granicy. Tak jest taniej i wygodniej. Gdy matka ma nocną zmianę, dziecko nocuje u opiekunki. Kochankowie mieszkają razem, kochają się, niczego nie planują. Przychodzi stan wojenny. Matka zostaje po jednej stronie granicy, dziecko po drugiej Opiekunka odwozi dziecko do babci w drugim końcu Polski, ale jednocześnie do tamtej, starej już kobiety, wprowadza się były mąż mojej bohaterki pod pozorem opieki nad porzuconym dzieckiem. Żyje na koszt babci, pije i rozrabia, nikt nie daje rady go wygonić.

Kobieta czuje, że musi wracać. Na mocy jakiegoś porozumienia między państwami po roku czy dwóch powstaje taka możliwość dla rozdzielonych rodzin, tyle że jest to wyjazd w jedną stronę. Nie ma powrotu. Żaden plan tej pary, gdyby nawet go sporządzali, nie ma sensu, wszak nie mają wpływu na wydarzenia polityczne, umowy międzypaństwowe, a żadne z nich nie ma pojęcia, jak w Polsce teraz jest. Stan wojenny – nie brzmi to specjalnie przyjaźnie. Sami nie byli siebie pewni, wszak on powtarzał jej, że nigdy się nie ożeni.

Pewna kobieta napisała mu, że będzie miała jego dziecko i dla niej to było pretekstem żeby zerwać. Uważała, że lepiej rozstawać się z hukiem i trzaskiem, palić za sobą mosty. Może miała taką wizję końca związków. On niczego nie deklarował, ale raczej nie chciał wracać.

Minęły lata, a ona nie mogła zapomnieć. W zmiennych kolejach losu on był zawsze dla niej światełkiem. Dzwonili do siebie czasem, kilka razy spotkali się gdzieś w Polsce w jakimś hotelu. Niewiele wiedziała o nim i o jego życiu, wiedziała, że zamieszkał z matką dziecka, że choruje, że nie ożenił się. Mieszkał w małej miejscowości, gdzie przebywało także jego dość liczne rodzeństwo i krewni, więc omijała tę miejscowość dużym łukiem. Nigdy nie uległa pokusie zajechania tam i rozejrzenia się dookoła, choć najkrótsza droga samochodem do granicy wiodła tamtędy. Ona zawsze nadkładała kilometry do autostrady.

Ją gnało po świecie za zarobkiem. W rodzinnej miejscowości budowała dom dla syna, którego zostawiła i któremu chciała wynagrodzić brak matki w pierwszych latach jego życia. Potem dom dla syna stał się domem dla syna i synowej i ich dzieci. Więc rozbudowywała go wzdłuż i wszerz (a nawet w głąb), żeby mieć gdzie powrócić na stare lata.

Wciąż była jednak młoda, wyszła za mąż po raz kolejny, pracowała ciężko, urodziła następne dzieci, osiadła z mężem gdzie indziej. Małżeństwo nie było specjalnie udane ani specjalnie nieudane, jak większość. Ale ona pragnęła zostać kolejny raz matką i obiecywała sobie, że temu dziecku da wszystko, czego nie mogła dać tamtemu. A lat jej przybywało. Tylko nie mogła zapomnieć o nim.

Czasami, gdy było jej źle, dzwoniła do niego lub wysyłała sms o uzgodnionej treści. Bała się, że jego choroba postępuje, ponieważ nie odbierał telefonu od pół roku. Pocieszała się, że może zmienił numer i zapomniał, że jej go nie dał.

Kiedyś przy okazji jakiejś rodzinnej imprezy namówiła przyjaciółkę, żeby zadzwoniła pod jego numer i o dziwo, odezwał się kobiecy głos. Rezolutna przyjaciółka poprosiła do telefonu pana… Na to kobiecy głos odpalił grubiańsko: „Rozkłada się w grobie, zapewne mocno śmierdzi i nie chciałaby pani mieć z nim kontaktu”. Dziewczyny upiły się na smutno, ale wówczas moja bohaterka podjęła decyzję, że musi znaleźć jego grób i pomodlić się na nim.

Tym razem nie pojechała autostradą, ale przez jego miejscowość. Na cmentarzu szukała jego grobu, lecz nie potrafiła znaleźć. Czekając na księdza w biurze cmentarza zagadnęła inną, też czekającą kobietę, czy może znała niedawno zmarłego… Tak poznała jedną z jego sióstr. Bardzo szybko poczuły wzajemną przyjaźń. Dowiedziała się też, że jego rzekomy związek w istocie nie był od lat prawdziwym związkiem, jego córka nie była jego córką, a rodzina wiedziała o jej istnieniu, nie wiedziała tylko kim jest. On był człowiekiem bardzo skrytym, preferującym rzeczy stałe i niezmienne. Kiedy do czegoś się przyzwyczaił, niełatwo mu było takie przyzwyczajenie zmienić.Wiele lat wcześniej postanowił, że się nie ożeni i nie uczynił tego, mimo iż mieszkająca z nim kobieta robiła na początku wiele starań w tym kierunku. Nie było też pewne, że ożeniłby się z moją bohaterką, choć niewątpliwie ją kochał.

Moja bohaterka, możliwie że na fali życiowych trudności i niewielkiej satysfakcji ze swojego życia, uznała, że ogromnym życiowym błędem był brak prób nawiązania z nim stałego związku. Wszak oprócz niego była też jego rodzina, siostry i bracia, z którymi od razu, ale zbyt późno poczuła się, jak z własną rodziną. On dla niej był zawsze pocieszeniem – że jest – gdy los nie był dla niej łaskawy i czuła się szczęśliwa, że w ogóle ma do kogo biec myślami. Dopiero teraz uznała, że światełko było błędnym ognikiem i uwierzyła, że miała swoją szansę, którą straciła. Ja nie byłabym tego taka pewna.

Miłośnikom astrologii dodam, iż jego Słońce i parę innych planet było w ścisłej koniunkcji z jej Neptunem. W aspektach ich planet jest kilka kwadratur, a w ogóle brakowało sekstyli – które świadczą o zwykłej, codziennej, współpracy, wspólnie podjętych życiowych wyzwaniach, owocnych, ale bez fajerwerków. Czy taki związek ma w ogóle jakąś szansę? Neptun rozmywa granice, nakłania do tego, żeby błądzić, jest łagodnym oszustem, łasym na kobiece uczucia. To nie może się dobrze skończyć.

Ich romans nie miał prawa być czymś więcej, niż złudzeniem, choć najpiękniejszym złudzeniem jej życia. Jak morze piasku. Niby morze, a nie morze.