Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Książki Krzysztofa Środy

Marek Szarek

Na zdjęciu Krzysztof Środa

Tytuły tych książek mogą nieprzygotowanego czytelnika wprawić w zdumienie lub pobudzić do śmiechu. Autor „Projektu handlu kabardyńskimi końmi” oraz „Podróży do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych” bawi się z czytelnikiem w literacką ciuciubabkę.

Książki Krzysztofa Środy są niepodobne do niczego, co do tej pory zdarzyło mi się czytać. Najpierw zaliczyłem je do gatunku powieści reporterskich, ale zbiła mnie z tropu informacja zamieszczona na okładce najnowszego tomiku autora mówiąca, że pisarz jest laureatem nagrody literackiej w kategorii eseistyka.

W swoich książkach K. Środa opisuje pozornie nieważne i dziwaczne epizody wyłuskane z wędrówek odbytych po; Maroku, Egipcie, Kaukazie, ale też: Paryżu, Korsyce, czy Podlasiu.

Te „egipty i kaukazy” służą narratorowi za tło i pretekst do snucia narracji zupełnie innych od tych, do jakich przyzwyczaili nas mistrzowie tradycyjnego reportażu. Autor nie śledzi handlarzy narkotyków w „złotym trójkącie”, nie spowiada ofiar nienawiści plemiennej z Rwandy, ani nie szuka diamentów razem z umierającymi na suchoty górnikami w RPA. Twórca podróżując po Egipcie, zamiast podzielić się z czytelnikami wrażeniami, jakie zrobiły na nim piramidy, raczy ich opowieścią o tym, jak zmieniają się plamy światła widoczne na powierzchni starego, obszczanego murku w Hurghadzie.

W Agadirze, narratora interesują śmieci wyrzucane przez morski przypływ na dziką plażę, jakieś powykręcane patyki, gumowe klapki bez pary, nietypowe kamienie, oszlifowane przez wodę psie kości. Ale przecież takie same kości walają się po śmietnikach w Grójcu i żeby je zobaczyć nie trzeba jeździć do Afryki! A grę cieni na ścianie trzeciorzędnego salonu fryzjerskiego można równie dobrze śledzić siedząc na fotelu u fryzjera w Sochaczewie, jak i w Marrakeszu.

Autor o tym dobrze wie, więc dla równowagi serwuje czytelnikom opis zwyczajów godowych traszek obserwowanych w przydrożnej kałuży pod Warszawą albo opowieść o wędrówkach węgorzy do Morza Saragassowego – historie, których nie można łatwo ani przypiąć, ani przyłatać do innych treści obecnych w jego pisarstwie. Więc na pytanie, o czym pisze Krzysztof Środa nie potrafię udzielić prostej odpowiedzi.

Mógłbym co prawda znaleźć jakąś efektowną literacką formułkę i napisać, że jego pisarstwo jest kontynuacją proustowskich poszukiwań albo filozoficzną zadumą nad różnorodnością i powtarzalnością świata, ale tak powiedzieć, to nic nie powiedzieć, dlatego w swojej bezradności pozwolę sobie przytoczyć fragment wywiadu, jakiego pisarz udzielił dla Tygodnika Powszechnego.

Cytuję: „Świat, o którym piszę, to są czasem piękne pejzaże, czasem kawałki ścian, ludzi, puste ulice. Zwracam uwagę na rzeczy, które dziwią, bo albo do siebie nie pasują, albo układają się niespodziewanie w jakąś konfigurację, która wydaje się coś znaczyć. Swoje książki układam z takich kawałków, które nie zawsze się ze sobą wiążą w oczywisty sposób.” Koniec cytatu.

Jeżeli zdarza wam się doznawać poczucia zdziwienia rzeczami na pozór zwyczajnymi, które niespodziewanie obnażają obcość, absurdalność lub urodę świata, to zachęcam do lektury niepozornych książeczek Krzysztofa Środy. Ten pisarz z rzadka wydaje małe zeszyty prozy. Autor przez lata cierpliwie szlifuje swoje opowieści tak, jak hrabia Potocki, bohater jego ostatniej książki szlifował srebrną kulkę, z której strzelił sobie w skroń.

Skromne tomiki Krzysztofa Środy, to są takie srebrne kule, którymi pisarz strzela w moją głowę, czekam na nie niecierpliwie! Jeżeli jesteście zmęczeni wszechobecną pisarską sieczką i tęsknicie do prawdziwej literatury, sięgnijcie po książki Krzysztofa!


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Tereska

Marek Szarek

Sir John Everett Millais – Ofelia

W liceum kochałem się w Teresce. Była najlepszą uczennicą w klasie, ale nie kujonem, co w pocie czoła pracuje na szkolny sukces, tylko świadomą własnej wartości, młodą intelektualistką. Siedziała samotnie w ostatniej ławce, z wyższością spoglądając na uczniowską czerń. Na lekcjach błyszczała erudycją i oryginalnymi sądami, a polonistka zawsze stawiała jej najwyższą notę.

Odnosiłem niemiłe wrażenie, że Tereska zamknięta w swojej osobnej wyniosłości, nawet nie zauważyła, że przez 4 lata uczęszczaliśmy razem do tej samej szkoły. Smukła, chuda blondynka bez biustu, ubierała się w zwiewne, hipisowskie sukienki i wyglądała jak Ofelia na obrazach angielskich prerafaelitów.

Po maturze widywałem Tereskę na Uniwersytecie. Udawałem wtedy anarchistę, słuchałem piosenek Wysockiego, a pod pachą nosiłem powieści Cortazara. Zapuściłem brodę, na uczelnię chodziłem ubrany w robotniczą kufajkę i okute blachą buty odkupione od palacza z miejskiej kotłowni. Miałem nadzieje, że Teresce zaimponują te przebieranki, doceni mój lewicowy nonkonformizm i zwróci na mnie uwagę.

Kiedyś zaprosiłem ją nawet na kawę, zagadywałem o teatr Grotowskiego, o literaturę iberoamerykańską, o politykę. Moja elokwencja nie robiła na Teresce większego wrażenia. Randka przeszła bez dalszych konsekwencji, a dziewczyna pozostała zimna i odległa, jak Afrodyta wycięta z ilustracji do podręcznika historii.

Minęło parę lat. W międzyczasie zawaliłem egzaminy na polonistyce i skreślono mnie z listy studentów. Podjąłem pracę w sklepie z zieleniną. Jeździłem starym Żukiem po wiejskich targach, kupowałem od chłopów jajka, nosiłem na plecach worki z kartoflami, sprzedawałem owoce po mazurskich pegeerach. Wiosną, wyprawialiśmy się do podkrakowskich Wawrzeńczyc po nowalijki, a zimą pod Grójec po jabłka. Straciłem cały swój fason młodego buntownika. Umawiałem się na randki z niewymagającymi dziewczynami, z którymi można było wypić tanie wino i pościskać się w kinie.

Była jesień, gdy spotkałem Tereskę przypadkowo na ulicy. Odprowadziłem dziewczynę do domu i obiecałem że pomogę jej zaopatrzyć się w ziemniaki na zimę. Następnego dnia wniosłem po schodach i rzuciłem pod drzwiami wybranki 50-kilogramowy wór kartofli w podarunku. Jutowy worek przewiązałem czerwoną kokardą, a do środka włożyłem list miłosny. Mój trud został doceniony! A kartofle były w najlepszym gatunku – Almy!


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Pałac Kultury i Nauki imienia Tadeusza Konwickiego

Marek Szarek

Edward Dwurnik – Warszawa Pałac Kultury i Nauki

Na taras widokowy wjeżdżało się windą wielką jak kabina Titanica. Windziarz w służbowym uniformie wpuszczał do środka odliczoną grupę osób i naciskał guzik. Dźwig sunął w ciszy na szczyt, a ja trzymałem się mocno babcinej spódnicy. Na górze płakałem rozczarowany, że z balkonu nie można było dosięgnąć złotej iglicy Pałacu.

Na wagary uciekaliśmy do pałacowego kina Wiedza. W kinowym bufecie stały konserwy rybne z Władywostoku i woda mineralna Borżomi. Blask kryształowych żyrandoli odbijał się w wielkich lustrach i oświetlał wiszące na ścianach fotosy gwiazd filmowych. Pod nimi rozpościerały się wkoło marmurowe loże wyściełane czerwonym adamaszkiem. Spędzałem tam długie godziny marząc o dziewczynach, czytając modne lektury i obserwując, jak ubrany z europejską elegancją Jerzy Płażewski przy filiżance kawy przegląda notatki przygotowując się do prelekcji na temat brazylijskiego cinema novo. Kiedy światła w bufecie przygasały, widzowie wstawali z ław i przechodzili do sali kinowej, gdzie na ekranie czarny Macunaima walczył z olbrzymami.

W liceum podnieceni plotkami o tajemniczym, podziemnym korytarzu łączącym dworzec Warszawa-Śródmieście z piwnicami Pałacu, schodziliśmy z kolegami do tunelu warszawskiej kolejki średnicowej szukać mitycznego przejścia.

W maju na placu przed Pałacem gościły Kiermasze Książki. Kiedyś, stojąc w długiej kolejce do kiosku, gdzie swoje powieści podpisywali popularni pisarze, z gapiostwa poprosiłem o autograf Jerzego Putramenta!

W Sali Kongresowej w czasie Festiwalu Solidarności, po raz pierwszy cieszyłem się publiczną wolnością słowa, śmiejąc się z politycznych dowcipów kabaretu „Tey”.

To w pałacowym Teatrze Studio uczyłem się języka teatralnej awangardy, a w „Dramatycznym” oklaskiwałem Holoubka i Zapasiewicza.

Kiedy dzisiaj uważny obserwator stanie na wielkich schodach prowadzących do głównego wejścia pałacu i zadrze głowę do góry, zdoła odczytać niewyraźny, przysłonięty neonowym szyldem, od dawna nieaktualny napis: Pałac Kultury i Nauki Imienia Józefa Stalina

Pomyślałem sobie, że fajnie by było nazwać Pałac imieniem Tadeusza Konwickiego, pisarza, który stworzył nową symbolikę i mitologię Pałacu.