Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Henryk Sienkiewicz

Marek Szarek

Kazimierz Wichniarz jako Jan Onufry Zagłoba

Dawno temu, podczas egzaminu wstępnego na wydział Filologii Polskiej UW dostałem pytanie o rolę humoru w twórczości Henryka Sienkiewicza.

Temat był łatwy, więc ze swadą zacząłem rozprawiać o fortelach pana Zagłoby i jego przygodzie z małpami. Opowiadałem o upartej pogoni Rocha Kowalskiego za szwedzkim królem. Wspomniałem podwójną moralność „Kalego, który ukraść krowę”. Żartowałem z handlarza relikwiami Sanderusa sprzedającego szczeble z drabiny, która śniła się świętemu Jakubowi i przywoływałem inne zabawne postaci występujące w utworach polskiego noblisty.

Stwierdziłem, że nośnikami komizmu w książkach Sienkiewicza byli bohaterowie drugoplanowi i że humor w twórczości autora Trylogii był tylko literackim kwiatkiem przypiętym do kożucha prozy. Krotochwilnym przerywnikiem pozwalającym zmęczonym czytelnikom odpocząć od dramaturgicznych komplikacji fabuły.

Pozwoliłem sobie zauważyć, że poczucie humoru nie jest mocną stroną Polaków i że nasza nacja preferuje dowcip: nieironiczny, nieintelektualny, lecz rubaszny, sytuacyjny, często prostacki, a sławny koncept Zagłoby, który chciał podarować Szwedom Niderlandy, to wyjątek potwierdzający regułę! Oznajmiłem, że bardziej cenię humor angielski i czeski. Moja odpowiedź nie spodobała się szanownej komisji i zostałem oceniony na słabą trójkę.

Naszły mnie, te wspomnienia a propos kończącego się Roku Sienkiewiczowskiego, którego zwieńczeniem była Akcja Narodowego Czytania.

W przyszłości proponowałbym rozszerzyć repertuar Akcji o dzieła literatur: czeskiej i angielskiej.

Mam już wytypowanych prominentnych kandydatów na lektorów: ”Przygód Dobrego Wojaka Szwejka” i „Klubu Pickwicka.”

Zgadnijcie kogo?

Reklamy


1 komentarz

Perły przed wieprze. Wujaszek Wania

Marek Szarek

Wujaszek Wania – reż. Iwan Wyrypajew

W Warszawie – upały. Cesia schroniła się w górach, a ja z córką w teatrze. Zmęczeni teatralnymi eksperymentami, znudzeni awangardą, zbrzydzeni powszechnymi na warszawskich scenach: kopulacją, profanacją i golizną, tym razem postawiliśmy na klasykę. Niech Warlikowski warczy w Nowym, niech Jarzyna przeklina w TR, niech Zadara się stara – my wybraliśmy Czechowa.

W Teatrze Polskim rosyjski reżyser Iwan Wyrypajew wystawia Wujaszka Wanię, czyli sceny z życia ziemian – po bożemu i z dużym powodzeniem. Na sztukę wali publika w wieku 50+ czyli, jakby powiedział sprawozdawca sportowy – zawodnicy kategorii lekko-średniej i półciężkiej, a nawet superciężkiej, bowiem w trakcie spektaklu pod jedną panią pękło krzesło, a inna zasnęła.

Ja też spadłem z krzesła, kiedy na scenę weszła Karolina Gruszka, która grała Helenę, piękną żonę starego reumatyka i egoisty profesora Sierebriakowa (w tej roli doskonały Andrzej Seweryn). Helena, nie wiadomo dlaczego wierna jest mężowi, nudzi się na wsi, pali długie cigarety i czaruje mężczyzn. Gruszka w roli profesorowej jest, jak najpiękniejsza jabłoń w hesperyjskim sadzie. Nic dziwnego, że w sztuce Czechowa wszyscy chcą ją zerwać. Nieszczęśliwą miłością pała do niej tytułowy wujaszek Wania (melancholijno-histeryczny Zbigniew Chojnacki), pożąda jej Astrow – doktor- ekolog – dziwoląg (zabawny Maciej Stuhr), przyjaźnią darzy Helenę brzydka pasierbica Sonia (wzruszająca Marta Kurzak). A od niedzieli, w pięknej aktorce kocha się Szarek (nieudany biznesmen z Wólki Kosowskiej). Szarek snuje się po Psiej Górce, jak Mickiewicz w Alpach-Splugen, duma skąd wziąć pieniądze na następny spektakl i wspomina pamiętną frazę z Wujaszka Wani.

– „Przepadło moje życie! Mój talent, mój rozum, moje szczęście! Gdybym żył odważniej, mądrzej wyszedłbym może na Schopenchauera, Dostojewskiego! A teraz co? Postarzałem się, zbrzydłem. Po prawdzie – do kieliszka zaglądam!”

W tych słowach streszcza się cała akcja i sens sztuki wielkiego Rosjanina: nudne, przegrane życie bohaterów, kłopoty materialne, smutek prowincji, nieodwzajemniona miłość, wódka i bałałajka. Czechow, jakiego znamy i kochamy. Nie ma w spektaklu wiszącej na ścianie strzelby, ale jest pistolet, który w ostatnim akcie musi wypalić! Z jakim skutkiem? Tego Wam nie zdradzę, ale serdecznie radzę – Wybierzcie się na przedstawienie do Teatru Polskiego, zakochajcie w Karolinie Gruszce i nie spadnijcie z krzeseł, kiedy usłyszycie cenę za bilety!


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Matka Courage i jej dzieci

Marek Szarek

Matka Courage i jej dzieci w reżyserii Michała Zadary

Prasa okrzyknęła Matkę Courage najgłośniejszym wydarzeniem teatralnym roku!

Zatem bez zwłoki, bez pojęcia i bez grosza, bo nawet wejściówki do Narodowego kosztują 40 zł – już drugiego dnia po premierze pognałem na spektakl.

Reżyser Michał Zadara usiłował reanimować przywiędły dramat Brechta za pomocą nowoczesnych efektów specjalnych, które nie robią wrażenia, nawet na tak niewydarzonym jak ja teatromaniaku z Wólki Kosowskiej. Znane są i powtarzane już od pół wieku, jak Polska długa i nudna!

Jest w spektaklu Zadary obowiązkowe kamerowanie i wyświetlanie na wielkim ekranie zawieszonym nad sceną zbliżeń twarzy aktorów, jest animowana makieta zniszczonego wojną miasta – może Damaszku, a może Warszawy w bliskiej przyszłości.

Reżyser poprzebierał aktorów grających XVII-wiecznych żołnierzy wojny 30-letniej w mundury współczesnych europejskich armii. Matka Courage (Stenka) jeździ po scenie starym mercedesem pod zmodyfikowaną polską flagą, której dodano znak krzyża, a Pastor (Zamachowski) rozpala grilla i rąbie drewno designerską siekierą jak w telereklamie Ikea.

Naczelne przesłanie sztuki mówiące, że wojna jest gorsza niż pokój i korzystają na niej tylko potężni szermierze, a biedni zawsze przegrywają, to wytarty banał i nie potrzeba żadnych scenicznych sztuczek, żeby widza do tej starej prawdy przekonać.

W spektaklu na szczególne uznanie zasługuje muzyka. Niektóre songi w aranżacji Jacka „Budynia” Szymkiewicza robią dobre wrażenie, ale nawet one nie są w stanie przełamać dramaturgicznych dłużyzn.

Sztuka trwa ponad 3 godziny i reżyser robi wszystko żebyśmy nie zasnęli w trakcie spektaklu: strzela do widzów z korkowców, trąbi przez megafony, dymi, wali w bębny, każe aktorom wchodzić na drabiny! Ale widzowi oczy kleją się do snu już pod koniec pierwszego aktu, a jedyne pozytywne wrażenia jakie wyniosłem z wizyty w Warszawskim Teatrze Narodowym pochodziły z bufetu, gdzie zażyczyliśmy sobie placek ze śliwkami i gin dla „Courażu”. Namawiałem Anię żebyśmy darowali sobie drugi akt i zostali przy ginie, ale u córki przeważyło poczucie obowiązku. Państwo natomiast po przeczytaniu mojej recenzji możecie bez wyrzutów sumienia zamiast spektaklu Brechta wybrać placek ze śliwkami!

PS: Specjalne podziękowania dla pewnej młodej damy, utalentowanej recenzentki teatralnej, której zawdzięczamy zaproszenia do teatru (nie wiem, czy nie pragnie pozostać anonimowa). Umożliwiła staremu sprzedawcy sztucznej biżuterii wejście do świata prawdziwej sztuki!