Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Z prądem

Marek Szarek

Antykwariat na Ursynowie – Fot. Anna Czuba

Wizyty w księgarniach wywołują u mnie depresję. Błądzę między półkami z nowościami, jak pijane dziecko we mgle. Bezradny patrzę na nazwiska autorów, o których nic nie wiem, zniechęcony odczytuję tytuły, które nic mi nie mówią, zmęczony kartkuję kolejne książki usiłując znalezć w nich jakiś punkt zaczepienia, zdanie, które zaciekawi, frazę, która poruszy wyobraźnię, powód, żeby przeczytać i przyczynę, dla której autor pisał.

Tonę w oceanie nowych edycji. Zalewa mnie potop literatury faktu, dusi lawina fikcji literackiej, gwałci armia poradników i przewodników wszelkiej maści. Recenzenci i blogerzy pieją hymny pochwalne, wydawnictwa drukują bestsellery, a legion pisarzy snuje swoje narracje, tworzy nowe mitologie, sagi, baśnie i historie z życia wzięte. Najnowsze powieści kryminalne zadają mi do rozwiązania coraz wymyślniejsze policyjne szarady, autorzy horrorów straszą mnie kolejnymi mutacjami transylwańskich wampirów, nieszczęśliwe bohaterki romansów, zamiast do rzeki rzucają się w wir orgazmów, a autorzy reportaży jadą na koniec świata, żeby opowiadać jak wygląda zły dotyk na wyspach Polinezji. Szczerek uwodzi mnie stylistyką „gonzo”, a Hugo-Bader wyciska łzy z oczu opowieściami o przegranych życiowo bojownikach Solidarności.

Jeszcze próbuję być a courant. W akcie upartej determinacji nabywam dzieła aktualnych noblistów, czytam głośne powieści zagranicznych autorów, wypożyczam z bibliotek tomiki poetów współczesnych. Ale wszystko to jest walka z wiatrakami i łabędzi śpiew czytelnika w pewnym wieku.

Muszę skończyć z tą żałosną donkiszoterią i zanurzyć się w powroty, wrócić do dzieł z lat minionych, czytać klasykę i literaturę popularną, z którą się kiedyś przyjaźniłem, bo przecież wszystko już zostało powiedziane i napisane.

Nie powinienem uganiać się za modą, jak podstarzała kokota za młodymi kochankami. Zamknę się w mojej bibliotece, wywieszę białą flagę i będę mleć w bezzębnych dziąsłach przeżutą kiedyś papkę literatury. Ograniczę się do tych kilku starych i młodszych pisarzy, których kocham, którzy piszą wciąż jedną i tę samą książkę. Do Stasiuka z jego nostalgiczną tęsknotą do peryferii świata i czasu, do amerykańskiej epopei Filipa Rotha, do jeszcze nie przeczytanych książek Maraiego, w które wejdę jak w sen.

Reklamy


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Nieudacznik

Marek Szarek

Paweł Kuczyński – Facebook

„Na fejsbuku udzielają się ludzie, którzy niczego w prawdziwym życiu nie osiągnęli!” Przeczytałem i pomyślałem, że pasują do mnie te słowa, jak ulał… Faktycznie, życie przeleciało mi koło nosa, jak pociąg expresowy, a ja zostałem na peronie z rozdziawioną gębą, biletem i walizką w ręku – gapiowaty, wiecznie spóźniony pasażer wpatrzony w znikające światła ostatniego wagonu.

W szkole uczyłem się słabo i zawsze czegoś zapominałem: cyrkla, ekierki, zeszytu do nut, kredek, kostiumu na gimnastykę, worka z kapciami, pracy domowej. Po lekcjach wracałem do domu bez czapki, rękawiczek, a nawet bez tornistra. Na matematyce siedziałem, jak spocona mysz pod miotłą i odliczałem minuty do końcowego dzwonka. Na rosyjskim udawałem, że mówię językiem Puszkina dodając do polskich wyrazów rosyjskie końcówki.

W warszawskim liceum, do którego przeniosłem się z prowincjonalnego ogólniaka, na lekcjach angielskiego wymawiałem angielskie słówka ze szwabskim akcentem odziedziczonym po nauce języka niemieckiego w kleczewskiej szkole. Ponieważ w stołecznym liceum brakowało chłopców zostałem przymusowo zapisany do szkolnego chóru, gdzie mogłem tylko bezdzwięcznie poruszać ustami, bo po przesłuchaniu maestro zabronił mi śpiewać. Żeby zaliczyć zajęcia praktyczno-techniczne musiałem skorzystać z usług stolarza, który zrobił za mnie drewnianą budkę dla ptaków. Na wuefie, kiedy koledzy po kolei wybierali najlepszych graczy do swoich drużyn piłkarskich – mnie wywoływali na końcu i stawiali na bramce.

Do liceum w Kleczewie przyjęty zostałem dzięki protekcji zaprzyjaźnionego z moją matką pułkownika lotnictwa, który ubrany w galowy mundur z przypiętymi orderami i z kordzikiem u boku złożył wizytę dyrektorowi szkoły dając mu oficerskie słowo honoru, że kandydat na licealistę, który nie przeczytał „Latarnika” i nie potrafi sprowadzać ułamków do wspólnego mianownika – da radę! Rzeczywiście, dzięki korepetycjom i litości ciała pedagogicznego – dałem radę i zdałem maturę w podwarszawskiej wieczorówce.

Ze studiów uniwersyteckich wyrzucili mnie już po pierwszym roku nauki, bo na zajęciach z łaciny i języka staro-cerkiewno-słowiańskiego czułem się jak ryba w trocinach.

Potem było już tylko gorzej!

Nastała nowa Polska, uwierzyłem, że zostanę milionerem i zrobię fortunę w handlu. Próbowałem wszystkiego! Handlowałem: izraelską chałwą, wietnamskimi uniformami dla pilotów, jasielskim przeterminowanym groszkiem w puszkach, który eksplodował w garażu! Kupowałem zaatakowane przez mole pierze z postradzieckich kołchozów. Negocjowałem z francuską fabryką trumien umowę na dostawę polskiej dębiny. Zbankrutowałem z hukiem podpisując z „Łukbutem” kontrakt na plastikowe, zimowe botki, które mieli kupować ode mnie tatarscy handlarze z Syberii. Zima tamtego roku była wyjątkowo lekka, Tatarzy nie przyjechali i zostałem z górą plastikowych kozaczków, w których mogłem chodzić do końca życia.

Dzisiaj siedzę w sztucznej biżuterii. Sprzedaję te swoje kolorowe jarmarki, blaszane zegarki, z cyrkoniami naszyjniki, bez niklu kolczyki. Handel kuleje, moich klientów z małych miasteczek niszczą wielkopowierzchniowe centra handlowe, a ja udzielam się na fejsie!


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Układ zamknięty, Uwikłani, Kret

Marek Szarek

„Układ zamknięty” reż. Ryszard Bugajski

Od czasu do czasu otwieram reżimową telewizję. I nie wiem czy mam śmiać się, czy płakać, oglądając różne, pocieszne obrazki, które nowi włodarze TVP nam serwują! A to uraczą nas widokiem Donalda Tuska w podkoszulce i spodenkach gimnastycznych, jak składa kwiaty pod miejscem pamięci ofiar zamachu w Brukseli, a to poskarżą się na głupich Francuzów bezpodstawnie lękających się polskich kibiców, którzy przecież są gołąbkami kultury i pokoju.

Ale, bywa też poważniej i ciekawiej!

W minioną niedzielę obejrzałem film Ryszarda Bugajskiego pt. „Układ Zamknięty”. Rzecz została zrealizowana w 2013 roku za pieniądze prywatnych sponsorów, bo, jak zapewniają producenci – oficjalne instytucje nie chciały sfinansować dzieła, które obnaża złą wolę i zbrodnie państwowych urzędników dokonane w majestacie prawa.

Film pokazuje, jak prokuratorzy razem z urzędem skarbowym i wysokimi urzędnikami ministerstwa niszczą nowoczesne, świetnie rozwijające się przedsiębiorstwo założone przez młodych, polskich biznesmenów. Wszyscy ukazani w filmie skorumpowani funkcjonariusze państwowi to są byli komunistyczni prominenci, którzy bezboleśnie przeszli proces adaptacji do nowego systemu i w wolnej Polsce nadal zajmują wysokie stanowiska, trzymając się razem i tworząc mafijno-polityczne struktury gnębiące niewinnych ludzi i osłabiające państwo.

Znacie tę narrację?

Wpisują się w nią też dwa inne filmy, które niedawno oglądałem na kanale TVP Kultura: „Uwikłani” Jacka Bromskiego i „Kret” Rafaela Lewandowskiego. Pierwszy z nich to wariacja na podobny temat. W filmie Bromskiego, byli ubecy i ekskomuniści wciąż są grupą trzymającą władzę, szantażującą obywateli i infiltrującą służby porządkowe młodej, polskiej demokracji. „Kret” to opowieść o byłym przywódcy związkowym, który został tajnym współpracownikiem ube i swoimi donosami zaszkodził kolegom…

Znacie?

Wymienione filmy wpisują się w linię propagandową rządzącej partii, będąc przy tym autentycznymi i żywymi dziełami sztuki filmowej. Oglądałem te produkcje z zainteresowaniem i uznaniem. Jak widać politykę kulturalną robić można nie tylko na chama, czego sobie i państwu życzę.

P.S. Ale może lepiej nie robić jej wcale i dać twórcom spokój?