Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Paryż Północy

Marek Szarek

Magazyn Mód. Dziennik przyjemnych wiadomości 1851

Bążur

Podobno kiedyś dżentelmeni nie rozmawiali o religii, ani o polityce, ale w dzisiejszej Polsce ze świecą takich szukać. Dzisiaj o polityce nie rozprawiają jeno dziwacy, wariaci i niemowy.

Sandor Marai dodaje do tego grona dandysów. W jednym z felietonów napisał tak: „Dandys w ubiegłym wieku był następcą rycerza; obrońcą oraz upartym, cichym bohaterem pewnej formy życia, jakiegoś rodzaju bezpożytecznej służby. Być dandysem nie oznaczało tego, że modny młodzieniec pije szampana z pantofla primadonny, lecz że jest wierny kulturze, nakazom charakteru, regułom życia wolnym od mody, gustów, konwenansów.”

Nie jestem w wieku, kiedy pija się szampana z pantofla baletnicy, nie przejmuję się też zbytnio nakazami mody i po mieście chadzam odziany w buraczkowe gacie, ale często puszczają mi nerwy i angażuje się na fejsbukowych forach w absurdalne polityczne spory. Lecz trudno być dandysem, gdy wokół sami tifosi.

Tak Włosi nazywają fanatycznych kibiców piłkarskich, którzy sprzyjają swoim faworytom bez względu na okoliczności. Tifosi, czyli ludzie cierpiący na tyfusową gorączkę. Po polsku lepiej brzmi – oszołomy, co jest a propos dzisiejszego tekstu, bo słówko pochodzi od nieodmiennej i niewymawialnej dla rodaków nazwy francuskiej sieci handlowej Auchan.

– Gdzie kupiłaś te śledzie? – pyta Kowalski żonę.

Małżonka nie odpowie mu przecież, że ryby nabyła w Auchanie, lecz, że w oszołomie. Tak francuszczyzna trafia pod strzechy i na salony. Bo polityczna gorączka trawiąca rodaków przybrała ostatnio, niespodziewaną, frankofońską formę. Ze zdumieniem zauważam wśród znajomych, nagły rozwój tej choroby objawiającej się gorącym uczuciem do języka francuskiego, do władającego nim kandydata na prezydenta, a nawet do jego francuskich orderów!

Bardzo mnie to zjawisko cieszy, bo sam jestem fanem kultury francuskiej – lubię fasolkę po bretońsku, miłość francuską i poranny zapach lawendy na polach Pretensji, pardon, Prowansji. W młodości tak byłem zauroczony literaturą francuską, że zacisnąwszy zęby, przeczytałem wszystkie 100 tomów Rodziny Thibault oraz – Boże miej w opiece czytelników – powieści Anatola nomen omen Franca!

Moja francuska choroba (a fe!) w późniejszym wieku rozwinęła się do tego stopnia, że zacząłem, oh mon Dieu, tłumaczyć apollinarowskie kaligramy! I jeszcze niedawno ze ściśniętym pęcherzem wytrzymałem 5 godzin na spektaklu Warlikowskiego, który u Francuzów poszukiwał źródeł europejskiej tożsamości. Na szczęście się nie posikałem, wytrzymałem, europejską tożsamość posiadłem, a moja frankofilia minęła, jak odra, ospa wietrzna lub inna choroba wieku dziecinnego, nie zostawiając śladów na duszy i dziobie.

Zaś polskie, nieodwzajemnione uczucie do Francji wciąż goreje bywając źródłem nieporozumień i kompleksów. Zaczęło się od Walezego, który wzgardził naszym tronem i uciekł do Paryża, pozostawiając zdumioną szlachtę na lodzie. Niepomni na dyshonor Polacy darzyli i wciąż darzą Francuzów gorącym uczuciem.

Podobno w 1940 roku na wieść o kapitulacji Francji, kilkudziesięciu mieszkańcy Warszawy popełniło samobójstwa. Zaś mieszkańcy mojego rodzinnego miasteczka umieścili na tablicy pamiątkowej zdobiącej tamtejszą Bramę Tryumfalną fałszywą inskrypcję, która głosi, że Brama została postawiona na cześć Napoleona, choć w rzeczywistości była wzniesiona dla elektora saskiego Fryderyka Augusta! Ale kto by tam honorował jakiegoś Fryca. Furda historia, gdy trąbi gloria!

I tym dydaktycznym akcentem zamyka dzisiejszy felieton – Wasz dandys frankofil, Szarek hrabia Monte Christo herbu Psiagórka.

Szarek hrabia Monte Christo herbu Psiagórka


1 komentarz

Perły przed wieprze. Dziadek

Marek Szarek

Jan Stanisławski – Darcie pierza

Dziadek wyruszał w świat na niezawodnej poniemieckiej damce wyposażonej w wielki bagażnik. Przez dwa tygodnie jeździł na rowerze od wsi do wsi i skupował od chłopów pierze. Zabobonni wieśniacy chętnie pozbywali się wsyp z piernatów, pod którymi umierali członkowie ich rodzin. Najcenniejsze było pierze z agaty i szwargotki. Piórka z drapichy były niewiele warte.

Kiedy dziadek wracał ze świata, mieszał kupione pierze w obórce. Do lepszych kaczych piórek dosypywał tańszego, kurzego pierza i kilka łopat soli, żeby pióra przybrały na wadze, a po robocie szedł się napić.

Gdy brakowało pieniędzy na wódkę, dziadek wyjmował z kredensu denaturat, a mnie wysyłał po oranżadę. Jedną butelkę pozwalał mi wypić w całości, a zawartość drugiej wlewał do kubka z denaturatem. Gdy nie stać nas było nawet na lemoniadę, dolewał do bryndy roztworu wody z miodem.

Pewnego razu w czasie Wielkanocy, kiedy pijany dziadek odsypiał alkoholowy ciąg, leżąc w ubraniu na łożu przykrytym kolorową kapą z frędzlami i burząc piramidę poduszek zwieńczoną paradnie wystrojoną lalką, babcia zamknęła męża w domu i wyszła do kościoła. Po przebudzeniu, dziadek będący na ostrym kacu rozpaczliwie szukał klina. Denaturatu nie znalazł, więc opróżnił buteleczki perfum stojące na półce babcinej toaletki.

Pal licho, że powypijał wody kolońskie: ordynarną „Przemysławkę” i luksusową, oplecioną wiklinowym koszyczkiem „Prastarą”.

Opróżnił też, flakonik eleganckich perfum marki „Habanera”, którymi zgodnie ze zwyczajem małomiasteczkowych elegantów w dniu śmigusa-dyngusa zamierzałem pokropić Marylę. Dlatego już od rana w lany poniedziałek, czaiłem się pod drzwiami wybranki uzbrojony jedynie w gumową gruszkę do lewatywy wypełnioną wodą. Gruszka była lepsza, niż wiadro z wodą lub rowerowa pompka przerobiona na sikawkę ale moje śmigusowe zaloty i tak nie przypadły Maryli do gustu.

Zaraz po Wielkanocy dziadek znowu wsiadł na rower i wyruszył w świat, a ja pobiegłem nad jezioro, żeby powitać statek wycieczkowy Jantar, który tego roku miał przepłynąć obok naszego miasteczka w drodze do dalekich portów. Z rozdziawioną gębą patrzyłem na wspaniały okręt. Ten krążownik słodkich wód wzbudzał tęsknotę za wielkim światem i przygodą. Wysokie fale podniesione śrubą statku rozbijały się o moje kolana, a jeszcze większa fala marzeń pozwalała mi wierzyć, że kiedyś stanę na kapitańskim mostku Jantara i popłyniemy z Marylą w siną dal.


Dodaj komentarz

Perły przed wieprze. Pilchomaniak

Marek Szarek

Jerzy Pilch – fot. Albert Zawada

Żadnej z ostatnich powieści Pilcha nie zdołałem doczytać do końca, ani „Zuzy”, ani „Portretu młodej Wenecjanki”, ani „Żywego ducha”. Kupowałem, napoczynałem i ni chu, chu, nie szło, nie kleiło się, nie składało. Te książki, to były pięknie opakowane wydmuszki, obiecanki-cacanki, jajka – niespodzianki, które w środku, zamiast czytelniczego spełnienia, oferowały nabywcy plastikową układankę-powtarzankę, możliwą do złożenia w trzech ruchach. Rozczarowany i lżejszy o trzy dychy, odkładałem byłem kolejny tom na półkę – nienasycony, ale wciąż wierny pilchomaniak.

A pisarz z uporem biegacza długodystansowca kontynuował gatunek prozy, który mu nie leżał. Jego koronne dyscypliny, to były sprint i biegi krótkie – felietony, opowiadania, dzienniki. Miałem wrażenie, że ostatnie powieści autor pisał z grafomańskiego musu, z luterskiego obowiązku albo dla kasy. Oczywiście, nawet w tych nieudanych powieściach czarował stylistycznymi piruetami, barokową, zapętloną w kunsztowne esy-floresy frazą, złośliwym humorem i paradoksem.

Na księgarskim rynku pojawiało się w ostatnich czasach dużo pilchowych edycji – sprytnych mieszanek starych i nowych opowiadań, publicystyki. Ukazały się dwa tomy błyskotliwych wywiadów, jakie z autorem przeprowadziła Ewelina Pietrowiak. Dla fana prozy literata z Wisły, te wywiady były, jak dla piwosza serdelki z chrzanem. Z ukontentowaniem kąsumowłem pilchowe smaczki, kalambury i anegdotki, którymi pisarz okraszał swoje sądy o literaturze.

Pilch, zwierzał się w tych rozmowach ze swoich czytelniczych fascynacji, z umiłowania: Płatonowa, Babla, Nabokova i z ciągłych powrotów do lektury „Czarodziejskiej góry”. Okazuje się, że Tomasz Mann, wciąż jest dla polskich literatów niedościgłym symbolem pisarskiego sukcesu, kamieniem probierczym ich dokonań i aspiracji. Mannowski kompleks mieli Iwaszkiewicz i Andrzejewski, miał go też autor „Pokątnej literatury erotycznej”. A propos Andrzejewskiego, kiedy Pilch porządkował swoją domową bibliotekę, mówił jakich autorów usunął z półek, a kogo zostawił. Kogo promował, a kogo przecenił. Pilch dzielił, rządził i sądził – wyrokował, po których pisarzach popiół tylko zostanie i zamęt, a po kim diament.

– Andrzejewski – won na śmietnik!
– Hłasko – do pudła na przeczekanie!
– Filipowicz – hop, na wyższą półkę!

Ostatnimi laty zaszły w życiu pisarza z Wisły rewolucyjne zmiany, mimo postępującej choroby i coraz gorszej kondycji, ożenił się powtórnie i wyprowadził do Kielc. Rozumiem dlaczego się ożenił, ale czemu w Kielcach? Lecz pieniądze potrzebne są wszędzie, także, a może zwłaszcza w Kielcach, więc pisarz pisał, publikował i wyrabiał 100% literackiej normy.

W „Trzecim Dzienniku” z 2017 roku Pilch pisze: „Nigdy nie byłem tak stary, nigdy nie byłem tak chory, nigdy nie zabierałem się do pisania z tak ściśniętym sercem i nigdy serce moje nie było tak wezbrane nadzieją.”

Pisał, że pisarz powinien być, jak piekarz, wstawać codziennie o 4 rano i zapierdalać. Od czasu, gdy autor zaczął publikować swoje „Dzienniki” czekałem na owoce tej zapierdalanki z wdzięcznością i radością w moim kapryśnym, czytelniczym sercu.

W jednym ze swoich nekrologów-wspomnień Pilch napisał, że „niczym nieuzasadniona wyższość pisarzy żywych nad zmarłymi pozwala na natychmiastowe szacowanie zamkniętego dzieła co do jego wiecznotrwałości”.

Nie mam wątpliwości co do wartości dzieła Jerzego Pilcha. Wprawdzie Nobla pisarz nie dostał, był mistrzem krótkiej formy i nie tworzył dzieł na 600 stron, ale jestem pewien, że nad jego felietonami zawsze błyszczało będzie „wiekuistego zwycięstwa zaranie – gwiazdzisty dyjament.”

Przeczytałem, że Pilch w ostatnich dniach cierpiał na skoki ciśnienia. Trochu się zaniepokoiłem, jestem z tego samego rocznika. Od jakiegoś czasu, siedzę na wsi samotny – żona wyjechała, piję za dużo alkoholu, faszeruje się prochami na nadciśnienie, czytam polecaną „Ulicę Gołębią” i patrzę w popiół…