Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Z Mariuszem Maszkiewiczem, ambasadorem RP w Gruzji, który dzieciństwo i młodość przeżył w Goleniowie, rozmawiamy o mieście i ludziach z jego wspomnień

Leszek Ozimek
Mariusz Maszkiewicz

Wywiad dla Gazety Goleniowskiej

Mariusz Maszkiewicz

L.O. – Skoro jesteś na urlopie, a rozmawiamy w czasie letniej kanikuły, proponuję odejście od rygorów nie tylko dyplomatycznego protokołu i rozmowę koleżeńską. Na początek opowiedz nam o wrażeniu, jakie na Tobie robi teraz Goleniów, który odwiedzasz przecież niezbyt często?

M.M. – Miasto pięknieje i jest zupełnie innym miastem niż zapamiętane z dzieciństwa. Zaglądam w stare kąty i odnajduję tam wiele zmian napawających optymizmem. W niedzielę pojeździłem sobie po mieście rowerem, który wożę ze sobą w bagażniku samochodu. Widzę remontowany park miejski, z którego zniknął Kamień Pamięci. Mam nadzieję, że tylko na ten czas. Bo to ważna część miasta. Jako uczeń liceum porządkowałem wraz z innymi to miejsce, które było kiedyś niemieckim cmentarzem. Dla mnie historia Goleniowa…

L.O. – …siedemsetpięćdziesięcioletnia, bo właśnie obchodzimy taką okrągłą rocznicę tego miasta…

M.M. – …jest bardzo ważna. Zawsze chciałem identyfikować się z miejscem, w którym żyłem przez lata dzieciństwa i wczesnej młodości, dotykając miejsc tworzonych przez pokolenia. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie jakiś czas temu odkrycie i wyeksponowanie ruin kościoła pod wezwaniem św. Jerzego u zbiegu ulic Sportowej i Szczecińskiej. Wiedziałem, że tam był stary cmentarz, a dalej targowisko nazywane „koplem”. Jako dziecko oglądałem wielki pożar stodoły w pobliżu tego „kopla”.

L.O. – Te lata młodzieńcze związały Cię z Goleniowem?

M.M. – Tak, bo to lata formujące mnie. Odwiedzałem kolegów w domach poniemieckich, wyposażonych w wiele poniemieckich sprzętów. Długo mieszkaliśmy obok dzisiejszego dworca PKP, wtedy autobusowego, gdzie można było usłyszeć śpiewny, kresowy akcent ludzi dojeżdżających do okolicznych wsi. Podczas niedzielnej przejażdżki rowerowej, usłyszałem wielu młodych Ukraińców, którzy teraz w Goleniowie pracują i mieszkają…

L.O. – …i stanowią już blisko 1/5 mieszkańców naszego powiatu…

M.M. – …słyszałem o tym. Dlatego zaniepokoił mnie ten incydent, o którym przeczytałem w najnowszym wydaniu „Gazety Goleniowskiej”. Myślę o tej bójce polsko-ukraińskiej. Mam nadzieję, że to tylko jednostkowy chuligański wybryk.

L.O. – Wracając do Twoich goleniowskich wspomnień. Wiąże Twoją pamięć miejsce czy ludzie?

M.M. – Oddzielenie tego jest bardzo trudne. Z każdym z miejsc kojarzą mi się zdarzenia i osoby, które wpłynęły na moje życie. Wychowywałem się na ówczesnej ulicy Jedności Narodowej i w okolicach. To były takie slamsy w podwórzu poniemieckiego domu. Dzisiaj stoją tam sklepy przy rondzie vis a vis Banku Spółdzielczego. Wychowałem się w bardzo biednej rodzinie. W latach sześćdziesiątych pamiętam niedostatek i beznadziejną biedę. Później było trochę lepiej. Został mi w pamięci cały szereg ludzkich historii zasłyszanych wtedy. Na przykład stary dworzec kolejowy wiąże mi się z zasłyszaną historią pani Omoleckiej, która ponoć napiła się tam takiej ilości piwa, że pękła. Po sąsiedzku pracował Pan Miłek, miał warsztat szewski, w którym – można powiedzieć – terminowałem, czytając mu na głos gazety, kiedy on wbijał gwoździe w zelówki. Nie wiem, czy on nie był spokrewniony z rodziną tych Miłków ze znanej dzisiaj firmy obuwniczej CCC?

L.O. – Na pewno łączą ich buty…

M.M. – …tak, buty ich łączą. Mleczarnia naprzeciwko dawała w soboty – za drobną opłatą dla stróża, możliwość kąpieli w olbrzymiej łaźni robotniczej. Pamiętam całą masę ludzi, którzy to miasto tworzyli – począwszy od sekretarza partii pana Greckiego, którego żona mnie uczyła w podstawówce, po sędziego Stojeckiego, ojca mojego szkolnego kolegi.

L.O. – Dla tych wspomnień wracasz od czasu do czasu do Goleniowa?

M.M. – Tak, do swojego dzieciństwa i okresu formacji w miejscowym liceum. Bardzo dużo ciekawych rzeczy się tam wtedy działo. To były i teatry, i śpiewy w chórze, i aktywność w Kościele, i żeglarstwo, i harcerstwo. To mnie kształtowało. Wracam tu także dlatego, że mam tu kolegów, przyjaciół, znajomych. Niektórych z nich spotykam gdzieś w świecie, gdzie ich rzucił los. Kiedy byłem ambasadorem na Białorusi, szefem biura LOT-u w Mińsku był Józek Poczobut, nasz kolega ministrant. Takich sytuacji jest więcej. Ważni dla mnie są nauczyciele z liceum, dzięki którym rozwinąłem się, uformowałem. Poloniści – pani Radłowska i pan Polański, anglistka pani Burzyńska, rusycystka pani Mataj, matematyczka pani Satała, fizyczka Ginielewicz i wielu innych, których nazwisk już nie pamiętam. Byłem też związany z księżmi chrystusowcami, duży wpływ na moje pokolenie miał ks. Proboszcz Kamiński, wiele czasu spędziłem z Mietkiem Piotrowskim, który był tu wtedy młodym wikarym. On pokazał mi pierwszy trochę innego świata, niepartyjnego, nieoficjalnego. Dzięki niemu przeczytałem pierwsze książki filozoficzne i religijne. Później dwa i pół roku uczyłem się w poznańskim seminarium chrystusowców, bo chciałem zostać misjonarzem. Okazało się to jednak nie dla mnie.

L.O. – To wspominanie jest kurtuazyjne? Bo pytam, czy naprawdę wracasz czasami myślami do tej krainy dzieciństwa i młodości?

M.M. – Sam się nad tym zastanawiam. Czy to jest tak, że ten Goleniów i ci ludzie są moim centrum wszechświata, czy obiektywnie działo się tu coś znaczącego. Wydaje mi się, że jednak to drugie. Wracam też dlatego, że chodzi za mną niedokończona wciąż książka o Goleniowie, którą piszę już wiele lat. Mam nadzieję pokazać w niej Goleniów także od strony makrowydarzeń. Tutaj działy się rzeczy wielkie, choć niezauważalne szerzej…

L.O. – Nie będzie to zatem memuar?

M.M. – Nie, tylko pokazanie wielkich zjawisk w mikroskali.

L.O. – Ponieważ pytania zadaję przede wszystkim w imieniu naszych czytelników, z których wielu Ciebie zna i pamięta, przypomnij nam, co się z Tobą działo od ostatniej naszej rozmowy do gazety – czyli ładnych parę lat temu?

M.M. – Wprawdzie nigdy się nie spodziewałem, że będę robił to, co robię, ale mojej mamie w dzieciństwie mówiłem, że będę albo dziennikarzem, albo dyplomatą. To było takie młodzieńcze wyobrażenie, że jako dyplomata będę podróżował po świecie, a potem przyjeżdżał do mamy i jej opowiadał, co ciekawego widziałem. Takie pragnienie we mnie było, choć nie były to poważne plany. Po dwóch latach seminarium, o którym wspominałem, pojechałem do Krakowa na studia filozoficzne do księdza Tischnera. On polecił mi zapisać się na Uniwersytet Jagielloński, gdzie studiowałem filozofię, religioznawstwo i socjologię. Tam obroniłem doktorat w roku 1993. W latach osiemdziesiątych zaplątałem się w historię literacką. Napisałem parę tekstów, w tym jeden o udziale polskich wojsk w inwazji na Czechosłowację w roku 1968…

L.O. – … wydany przez paryską „Kulturę” w roku 1986?

M.M – Tak, pod tytułem „Tyle piwa za darmo”. Okazało się, że to był tak fotograficzny obraz tego, co nasze wojsko wtedy robiło, że zainteresowały się mną wszystkie możliwe służby sowieckiego imperium. Wzięli mnie w obroty i miałem bardzo dużo problemów. Zmuszono mnie do wstąpienia do szkoły podchorążych, ale odmówiłem złożenia przysięgi. Zadeklarowałem się jako uczestnik ruchu „Wolność i Pokój” (WiP), a przed więzieniem uchroniło mnie to, że akurat kilka tygodni wcześniej władze PRL ogłosiły odwilż i amnestię. Zatem odsłużyłem rok w wojsku jako zdegradowany podchorąży w batalionach inżynieryjno-budowalnych, kopiąc doły i wożąc taczki z zaprawą. Po wyjściu z wojska stałem się praktycznie zawodowym dysydentem, gdyż wszędzie mi odmawiano pracy. W ruchu WiP, pod koniec lat osiemdziesiątych, byłem zaangażowany w międzynarodowe projekty i ze Wschodem, i z Zachodem. Te projekty wciągnęły mnie na tyle, że jeden z moich ówczesnych kolegów, obecny minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz, namówił mnie w roku 1990 do pracy w MSZ. Tak się zaczęła zupełnie nieplanowana historia z dyplomacją. Po roku minister Skubiszewski wysłał mnie do Wilna, żebym założył tam naszą ambasadę. Byłem tam pierwszym powojennym przedstawicielem dyplomatycznym RP. Tam nauczyłem się języka litewskiego i zdałem nawet egzamin państwowy. Po kilku latach pobytu w Wilnie zostałem konsulem w Grodnie, a zaraz potem, w roku 1998, ambasadorem w Mińsku na Białorusi. Na Białorusi pracowałem do roku 2002. Potem wziąłem urlop od dyplomacji, bo akurat w Polsce rządzili ludzie, którzy mnie nie bardzo w MSZ widzieli. Przez kilka lat prowadziłem prywatną firmę doradczą i jeździłem z polskimi przedsiębiorcami na wschód – od Brześcia, po Kazachstan i Kirgistan. W tym czasie zupełnie przypadkiem znalazłem się w 2006 roku prywatnie w Mińsku, u przyjaciół. Tam wtedy były wielkie demonstracje po sfałszowanych wyborach, w mroźne marcowe noce młodzież stała na placu i współczując im postanowiłem pojechać do nich. Okazało się, że trafiłem na tę noc, kiedy otoczył nas OMON. Trafiłem do aresztu, zmaltretowany, pobity i przez 3 dni przesłuchiwany przez KGB. To spowodowało, że oczy kilku ważnych wtedy ludzi w Polsce zwróciły się na mnie. Potem współpracowałem z premierem Jarosławem Kaczyńskim w jego gabinecie politycznym, gdzie zajmowałem się projektami wschodnimi. W roku 2008 wróciłem do MSZ, gdzie odpowiadałem za Białoruś i Ukrainę, współtworzyłem też program „Partnerstwo wschodnie”. Niestety, nie ułożyło się to tak, jak chciałem, bo ekipa premiera Tuska bała się narażać Rosji w jakikolwiek sposób. W związku z tym zostałem odsunięty od realnych działań, za krytykę takiej polityki musiałem spędzić kilka lat w pewnej izolacji. Proszę sobie wyobrazić, że od 2009 do 2013 roku – przez kilka lat przychodziłem do pracy, włączałem komputer i nic. Pracownicy MSZ wybrali mnie w 2010 roku szefem ministerialnej „Solidarności”. Przygotowałem raport o różnych patologiach w MSZ. Jednocześnie pracowałem na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytecie Warszawskim jako wykładowca. Cały ten okres 2007-2016 to praca związkowa w MSZ i akademicka.

L.O. – Kiedy władza się zmieniła, dostałeś propozycję objęcia placówki w Tbilisi?

M.M. – Minister Waszczykowski początkowo zaproponował mi inną stolicę – nie powiem jaką. Dopiero po kilku miesiącach przyszła oferta wyjazdu do Gruzji i tam ambasadę objąłem pod koniec roku 2016.

L.O. – Czy już opanowałeś trudny język gruziński?

M.M. – Czytam w miarę swobodnie, z pisaniem i mówieniem jeszcze nie jest tak dobrze. Gruzja była w kręgu moich zainteresowań, jak wszystkie kraje posowieckie. Jak mówił Lech Kaczyński w Tbilisi: „najpierw Gruzja, potem Ukraina, kraje bałtyckie i wreszcie mój kraj”. Żeby takiej sytuacji uniknąć, żeby nam Rosja z buciorami nie weszła w jakikolwiek sposób, to trzeba myśleć wyprzedzająco. Losy Gruzji, tak, jak wszystkich krajów posowieckich, są naszym wspólnym doświadczeniem. Tyle nas łączy historycznie, że jesteśmy w Gruzji lubiani i cenieni. Polacy też się tam dobrze czują.

L.O. – Jak nawiązuje się na początku kontakty w obcym kraju?

M.M. – Wrócę do historii z dzieciństwa. Chciałem kiedyś pomóc starszej pani mieszkającej w starym domu przy ulicy Kilińskiego w Goleniowie. Przywiozłem jej wózek drewna. Ona mnie zaprosiła na herbatę i zaczęła opowiadać o… Tbilisi. Obraz tego miasta z jej opowiadania bardzo mocno ukształtował moje wyobrażenie o nim. Ona wyjechała stamtąd w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Kiedy ja po raz pierwszy chodziłem po Tbilisi, szukałem tego, o czym ona mi opowiadała. Wielokulturowości, labiryntów uliczek na wzgórzach…

L.O. – …i w starym Tbilisi rzeczywiście tak jest, prawda?

M.M. – Tak. Rozpoczynając tam pracę ambasadora, miałem więc już takie goleniowskie przygotowanie. Mogę teraz tę dziecięcą ciekawość świata i innych kultur zaspokoić w Gruzji. W Gruzji uświadomiłem sobie, jak ważne dla historii Europy są jej bizantyjskie korzenie, tak silnie widoczne w jej bardzo starej kulturze.

L.O. – Zrozumienie kultury kraju zawsze ułatwia znajomość jego języka. Litewski i poznawany teraz gruziński to nie jedyne znane Ci języki. Wprawdzie ich znajomość pomaga w dyplomacji, ale może też być prywatnym hobby?

M.M – Człowiek jest szczęśliwy, kiedy robi to, co lubi i jeszcze mu za to płacą. Ja lubię to, co robię i robię to z pasją. Język jest częścią tej pasji. Białoruski przyswoiłem stosunkowo łatwo, bo jest pomiędzy znanym mi bardzo dobrze rosyjskim a polskim. Mam problemy z ukraińskim, ponieważ jego opanowanie wymagałoby dłuższego pobytu w tym kraju. W gruzińskim odnajduję melodię starosumeryjskiego i to, co w ten naród wniosła kultura asyryjska, perska, sumerska itd. Mnisi gruzińscy skodyfikowali język gruziński w Jerozolimie, w której w V-VI wieku były gruzińskie klasztory. Mógłbym o tym długo opowiadać…

L.O. – …ale ja muszę zmierzać do puenty naszej rozmowy. Ciekaw jestem na koniec Twojej opinii na temat stosunków polsko-ukraińskich w naszym bardzo lokalnym kontekście, obecności tak licznej grupy ukraińskich pracowników w naszym powiecie, a szerzej w Polsce. Jest ich kilka tysięcy, ale poza zakładami pracy i sklepami ich nie zauważamy. To potencjalne niebezpieczeństwo czy dobrodziejstwo?

M.M. – Kiedy w roku 2004 w Kijowie wybuchła „pomarańczowa rewolucja”, widać było u nas przejawy solidarności z Ukraińcami. Minęło ponad 10 lat i teraz to, co się stało w 1943 roku na Wołyniu zaczyna nas mocno dzielić. Bardziej niż z Niemcami, choć to ten sam okres, a skala zbrodni nieporównywalna. Nie przepracowaliśmy jeszcze z obu stron tych tragicznych wydarzeń, bo przez lata były w peerelu celowo przemilczane. Teraz wybuchły jak nowe. Kluczowe jest zjawisko honorowania przez Ukraińców bohaterów, których my uważamy za zbrodniarzy. Znam to z domu, bo moja mama przeżyła Wołyń i na słowo „Ukrainiec” dostawała gęsiej skórki. Jak doprowadzić do prawdziwego pojednania? Nie wiem. Odpowiadając na pytanie o bezpieczeństwo pobytu takiej masy Ukraińców w Polsce dla samej Polski, to potencjalnie jest to mieszanka wybuchowa – jeżeli ktoś będzie nad tym usilnie pracował.

L.O. – Na przykład Rosja?

M.M – Na przykład. Prowokacje są możliwe i stosunkowo łatwe do przeprowadzenia. Bardzo się tego obawiam. Tu w Goleniowie trzeba próbować wciągać ich do społecznej aktywności. Jeżdżąc rowerem po Goleniowie w niedzielne popołudnie, widziałem wielu Ukraińców rozmawiających przez telefon, popijających piwo, przechadzających się trochę bez celu. Widać, że nie mają co ze sobą zrobić w wolnym czasie. Tu jest nisza do zagospodarowania, żeby ich przekonać do wejścia w lokalne życie, żeby zrobić z nich współmieszkańców. Żeby zrozumieli, co się dzieje w głowach Polaków. Oczywiście jak zechcą.

Reklamy


Dodaj komentarz

Tyle piwa za darmo…

Mariusz Maszkiewicz

Opowiadanie ukazało się w Kulturze,
w czerwcu 1986 roku (nr 6/465).
Publikacja za zgodą autora.

Kolumna wojsk polskich – październik 1968 roku

Do wojska powołano mnie we wrześniu 1966 roku. Z kartą mobilizacyjną przejechałem za darmo przez całą Polskę do Gorzowa Wielkopolskiego. Wcześniej, na dworcu, żegnali mnie kumple. Było trochę wódki, pośpiewali… Mój brat też był. Pocieszał mnie i kazał się niczym w wojsku nie przejmować… Nie brać niczego do serca i „totalnie olewać”… wszystko. Brat rok przedtem przeszedł do rezerwy, był na bieżąco. Znałem z jego opowiadań tę nudę i dyscyplinę. Nudę na co dzień, a dyscyplinę od święta.

Początek rzeczywiście nie był najciekawszy. W nudzie i oczekiwaniu na każdy następny dzień mijały mi miesiące. Przenoszono mnie dwa razy do różnych jednostek. Ale najgorsze miałem przed sobą. Mniej więcej na wiosnę 1968 roku oddzielono mnie od kumpli, z którymi już się zżyłem. Niektórzy z nich byli znajomymi jeszcze ze szkoły. Przydzielono mnie do jednostki w Nysie. Na pół roku przed wyjściem z wojska traktowano nas tam jakbyśmy byli dopiero co przyjętym narybkiem. Sierżant — wulgarny grubas nasz bezpośredni przełożony, wrzeszczał cały dzień. Dzielnie mu w tym pomagali różni kaprale. Oficerowie też nie byli lepsi. Co kilka nocy alarmy, pobudki, ćwiczenia na placu apelowym. Padnij! W kałużę. Powstań! Bieg! Nieraz kazano nam jechać z całym sprzętem na „Skotach” lub ciężarówkami kilka kilometrów w las, tak dla rozrywki, dla wprawy, bez sensu… A rano pobudka jak normalnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Między szeregowymi też zaczęły się napięcia. Jedni donosili, inni kombinowali kosztem reszty, sprytnie się wysługując słabszymi, jeszcze inni to wszystko musieli cierpliwie znosić.

Aż nadszedł sierpień 1968 roku. Nie pamiętam dziś dokładnie, którego to przebudzono nas, czy był 23, czy 24, a może wcześniej? Około północy ryk syreny. Krzyki na korytarzach. „Za pięć minut wojsko z plecakiem, na placu apelowym!!”. Niby normalnie, tak, jak już się do tego zdążyliśmy przyzwyczaić. Mówiło się o manewrach, które miały się odbyć pod koniec sierpnia czy na początku września. Byliśmy przygotowani. Cały sprzęt też. Kilka dni przed tą pobudką ładowaliśmy żelastwo na wagony kolejowe. Wszystko stało gotowe na bocznicy. Tej nocy kazano ustawić się w kolumnę marszową i — kierunek na bocznicę! Tam stał przygotowany eszelon. Załadowaliśmy się do wagonów w przekonaniu, że to na manewry. Zresztą nikt w tym pośpiechu i zaspaniu nie zastanawiał się dokąd nas wiozą. Dosypialiśmy w wagonie porozkładani na podłodze, zmęczeni, obojętni i źli. Kiedy zaczęło świtać niektórzy dopatrzyli się niepolskich znaków. Minęliśmy jakąś stację — nie pamiętam teraz jej nazwy — i było jasne, że jesteśmy w Czechosłowacji. Żołnierze szeptali między sobą, że teraz jest tu niewesoło, że Czesi buntują się przeciwko Ruskim. Przede wszystkim, to żeśmy się cholernie bali. Co z nami tu zrobią? I co mamy tutaj robić?

Wysadzono nas gdzieś pod Pragą. Zarządzono apel i przemówił pułkownik, którego przedtem nikt nie widział w jednostce. Zaczął, że międzynarodowa sytuacja jest napięta, że odżywa faszyzm, że imperializm amerykański chce wyrwać z naszego obozu Czechosłowację, podjudzając ją do zerwania sojuszu ze Związkiem Radzieckim i innymi państwami Układu Warszawskiego. Powiedział też, że wezwali nas patrioci czechosłowaccy, abyśmy pomogli bronić ich państwa przed amerykańską inwazją i przed zdrajcami. Zaraz potem rozdano ostrą amunicję, każdemu po 120 sztuk oraz małe czarne pojemniczki na kartkę z nazwiskiem, imieniem i datą urodzenia. Mieliśmy tę małą „trumienkę” schować do kieszeni na piersi. Mówiliśmy — trumienka identyfikatorka.

Bałem się. To już nie poligon, nie ćwiczenia. Najgorsze przy tym było uczucie, że zostałem wplątany w coś obrzydliwego, o czym strach myśleć. Paru między nami się odważyło. Wypowiedzieli się głośno. Bardzo szybko ich zabrano. Później dowiedziałem się, że jeden dostał osiem lat, a paru innych po pięć. Odsiedzieli co do jednego dnia.

Tłumaczono na każdym kroku jakie są konsekwencje odmowy wykonania rozkazu w warunkach wojennych. Co i raz dawano do zrozumienia, że Ruskich jest więcej niż wszystkich Czechów razem wziętych.

Po kilku dniach stania w lesie pod Pragą dowiedzieliśmy się, że w Pradze Rosjanie, że pilnują tam Czechów. W promieniu dwudziestu kilometrów od miasta sami Ruscy, a dalej polskie wojska. Praga obstawiona i nikomu nie wolno bez specjalnego pozwolenia wyjeżdżać.

Któregoś dnia wracaliśmy „Skotem” z patrolu i na skrzyżowaniu z asfaltową drogą zatrzymał nas kierujący ruchem Rusek ze skośnymi oczami, żółty. Musieliśmy czekać, bo kolumna czołgów wlokła się poboczem. Wyszedłem wtedy, żeby zapalić i podchodzę do niego. Pytam: „Ty Russki?”, a on nic. Pytam dalej: ,,Dołgo tu stoisz?”, a on dalej milczy, tylko pokazał mi dwa palce, że już dwa dni na tym posterunku. „A kuszał ty szto?”. On przeczy głową. Dałem mu papierosa, bo tak chciwie patrzył, poszedłem do swoich i pojechaliśmy dalej. Był dziwny. Niby Rusek, a nie Rusek. Smutny, przygnębiony.

W tych lasach pod Pragą przesiedzieliśmy prawie miesiąc. Byłem wściekły, bo przecież moje dwa lata służby upływały z początkiem jesieni, a tu ani mowy o powrocie do Polski. Atmosfera była bardziej nerwowa niż przed miesiącem. W lasach znajdowano co jakiś czas zwłoki naszych żołnierzy. Taka była psychoza, że nawet do kibla baliśmy się w nocy wchodzić samemu. Któregoś dnia o świcie znaleziono koło naszego obozowiska trupa węgierskiego oficera. Poderżnięto mu gardło. Miał nawet przecięty ten wysoki kołnierzyk przy mundurze; zalany krwią, na całym ciele. Musiał się mocno szamotać. Zastanawialiśmy się dlaczego tutaj go pozostawiono. Nie sądziliśmy, żeby to Czesi, wyglądało na ruską robotę. Komuś musiało zależeć na tym, aby atmosfera była napięta.

Pod koniec września przyszedł rozkaz ewakuacji. Mieliśmy jechać do Mlada Boleslav. Polscy spadochroniarze — „Czerwone Berety” — opanowali tam lotnisko wojskowe. Nam kazano zająć się okolicznymi jednostkami wojskowymi, koszarami. Pamiętam, że był smutny, jesienny dzień. Jechaliśmy za kolumną rosyjskich czołgów. Przed Mlada Boleslay przestało padać, a kiedy dojeżdżaliśmy do miasta przejaśniło się. Wtem kolumna stanęła. Coś się stało z czołgiem. Podbiegłem z kumplami do przodu i co się okazało; kobiety i matki z wózkami, z dziećmi wyszły przed te czołgi. Czołgista pierwszego nie chcąc wjechać na nie, lekko zboczył i po śliskim nasypie wpadł w dół. Nie wiem, czy tam była rzeka, czy suche koryto. W każdym razie nikt żywy z tego czołgu nie wyszedł. Ruscy powyskakiwali z innych tanków i odbezpieczając broń grozili tym kobietom. Padł nawet jakiś strzał, w górę, na postrach. Kobiety uciekły.

Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu koszar, które niby mieliśmy przejąć w opiekę, ustawiono nas w tyralierę i padł rozkaz: Do przodu! A oficerowie i cała kadra za nami… Za naszymi plecami. To dlatego, że bali się nas, tego, że w razie strzelaniny będzie okazja do zemsty. Zwykli tchórze. Wiem teraz, że oficer to gorszy pętak niż ktokolwiek inny. Straciliśmy do nich resztę szacunku.

Obeszło się bez strzału. Czescy wartownicy ze strachu oddawali broń, nie czekając na swojego dowódcę.

Kiedy po opanowaniu jednostki pozostawiano nas w różnych punktach, znalazłem się przy jednej z bram wjazdowych. Stał tam „Skot”. Po kilku godzinach podjechali ciężarówkami Czesi, nie zorientowani jeszcze w sytuacji. Zdziwili się naszą obecnością. Poleciałem po dowódcę. Przybiegł zaraz jeden z naszych pułkowników. Zaczał się kłócić z czeskim dowódcą, chyba w stopniu majora, który nie chciał wjechać do koszar i poddać się. W końcu Czech zawrócił do swoich, wsiadł do ciężarówki i wszyscy odjechali szybko.

Za jakieś dziesięć minut słyszę, że znów nadjeżdżają ciężarówki. Niewiele było widać, bo już szaro się robiło i deszcz mżył. Na którymś z zakrętów zamajaczyły sylwetki wielkich samochodów. Padł na nas strach. Myśleliśmy, że Czesi wracają, odbić swoich, internowanych w jednym z baraków. Już wcześniej zdawaliśmy sobie sprawę, że tyle gotowej do strzału broni musi w końcu przynieść niezamierzony wybuch, starcie czy choćby strzelaninę. Najgorsza była świadomość, że to się zacznie w każdej chwili, może teraz, może później. Jeden z oficerów wydał rozkaz, żeby strzelać do pierwszego, to odrzuci się resztę. Strzelili ze „Skota”. A tu wybuchy aż po samo niebo. Taki grzyb ognisty. Mokro od deszczu, ale las się momentalnie zajął. Wrażenie takiego małego wybuchu jądrowego. Po kilku detonacjach — cisza. Podchodzimy bliżej, a tu strzępy ludzkie, kawałki samochodów. Okazało się, że to nasi jechali z benzyną. Polacy. Dwudziestu sześciu ich było razem. Nie wiem, co się stało później z tym oficerem, który dał rozkaz strzelania. Obowiązywało prawo, że w wypadku bezpośredniego zagrożenia własnego życia można strzelać. Wiadomo, co to oznacza w warunkach wojennego napięcia. Zabicie człowieka wydawało się czymś banalnie prostym i łatwym, żadnych konsekwencji, żadnych wyrzutów sumienia.

W tych koszarach staliśmy do samego końca, czyli powrotu do Polski, na początku grudnia. Czesi byli pilnowani przez naszych strażników. Nie wolno im było opuszczać baraku. Czuliśmy się jak klawisze. Później mieli zajęcia na placu apelowym, ale bez broni, dla ruchu…

Niedaleko koszarów, gdzie siedzieliśmy, był mały browar. Oficerowie przymykali oczy na nasze wyprawy. Wchodziliśmy do zakładu z odbezpieczona bronią, ale czuliśmy się jak u siebie. Siadało się przy wielkich beczkach, jak nie było pod ręką kufli, to ściągaliśmy z oświetlenia klosze, piło się do granic możliwości. Aż pęcherze nam roznosiło. Czesi patrzyli na nas niemiło. Pluli za nami na ziemię. Trochę było głupio. Ale… przecież nikt tu nie był z własnej ochoty. Może oni kiedyś się znajdą w podobnej sytuacji jak my.

Pod koniec października zdarzyła się jeszcze jedna nieprzyjemna historia. Przed bramę jednostki wolno zajechała czeska furgonetka. Coś jak nasza „Nyska” czy „Żuk”. Na dachu mieli zamontowane głośniki. Zaczęli przemawiać po polsku. Krzyczeli, że jesteśmy agresorami, okupantami, że według międzynarodowych konwencji nie mamy prawa tu przebywać, i tak dalej. Któryś z naszych nie wytrzymał i strzelił. Tamci też mieli broń. Nastąpiła wymiana strzałów. Ktoś ze „Skota” przywalił tak, że aż koła się zakręciły i zaczęły dymić. W środku jęczeli ranni Czesi. Dwóch już nie żyło. Czterech w ciężkim stanie przewieźli do szpitala. W samochodzie pełno było ulotek, ale dowódca zabronił nam ich dotykać.

Do domu wróciłem przed Bożym Narodzeniem. Mój stary nie chciał mnie znać. Wiedział wszystko z radia i miał żal, że brałem w tym udział. Nawet przy wigilijnym stole nie siedzieliśmy wszyscy razem. Matka płakała i wyzywała ojca, że taki nieludzki, że czego chce ode mnie.


Dodaj komentarz

Między Zbąszynkiem a Grossem

Mariusz Maszkiewicz

Artykuł Jarka Kapsy o Zbąszyniu – jak zwykle jego teksty – wciągający, inteligentny i zmuszający do refleksji. Jego talenty w tej dziedzinie znam od dawna, cenię i podziwiam. W tym jednak przypadku postanowiłem podjąć polemikę, gdyż za mocno mi zapachniało tym znanym od wielu lat smrodkiem dydaktycznym z okolicy Czerskiej. Po przeczytaniu tekstu zajrzałem do Wikipedii, gdzie pod hasłem Zbąszyn czytamy m.in.: W październiku 1938 roku Niemcy w ramach tzw. Polenaktion wypędzili do Polski około 17 tysięcy Żydów nieposiadających obywatelstwa niemieckiego, z czego około 6 tysięcy zostało internowanych w obozie w Zbąszyniu. I wtedy z przerażeniem wyobraziłem sobie kolejny tekst o polskich obozach koncentracyjnych, gdzie II Rzeczpospolita mordowała uchodźców…

Rys. Cyprian Kamil Norwid – Biały orzeł na skale

Pewien rodzaj narracji zdominował znaczną część polskiej inteligencji i stworzono jakiś rodzaj kanonu, którego nieprzestrzeganie oznacza automatyczne oskarżenie o antysemityzm i różne inne fobie oraz -izmy. W roku ubiegłym odwiedziłem w Bostonie i Nowym Yorku kilka uniwersyteckich księgarni, w których szukałem książek o Polsce. Chciałem zobaczyć z jakich prac może dowiedzieć się o moim kraju student i profesor Uniwersytetu Harvarda, Stanforda czy Columbia. I co znalazłem? Książki o polskich Żydach męczonych przez prymitywnych ziomków. A więc przede wszystkim Jana Grossa i Anny Bikont; także „Hunt for Jews” Grabowskiego i temu podobne. Liczba nieproporcjonalnie duża w stosunku książek tego typu o innych krajach. Na sąsiedniej półce o Szwecji, Finlandii czy Czechosłowacji znajduję same ciekawe historie o wielkich postaciach i heroicznej przeszłości. Tymczasem jeśli jest coś innego o Polsce to rzadko neutralnie, a w ogóle prawie życzliwie.

Dlaczego tak się dzieje? Czy to efekt dojścia do władzy krwiożerczych nacjonalistów w naszym kraju? Może tak chcieliby niektórzy, aby zagraniczna „narracja” rozstrzygała o naszych politycznych sporach. Ale przecież ta fala „antypolska” jest daleko głębsza i szersza. Nie zaczęła się też wraz z popularnym w latach 70-tych „Malowanym Ptakiem” Kosińskiego. Rozlewała się i narastała przy wtórze wielu polskich inteligentów. Sam – przyznam uczciwie – kiedyś dawałem się na to nabierać, dopóki nie przyjrzałem się pewnej historycznej opowieści z Kresów. Naprowadziła na ten ślad Zofia Kossak w swojej słynnej „Pożodze” opisując okrucieństwa rewolucji, które dotykały także ludność żydowską, na kresach upadających imperiów. O ile bolszewicy, mienszewicy, Ukraińcy czy Polacy mieli swoje formacje zbrojne i lepiej czy gorzej dawali sobie radę na zmieniających się frontach, o tyle ludność żydowska mogła tylko liczyć na ucieczkę. I uciekali. Głównie na Zachód, gdyż w skuteczność ruchu syjonistycznego mało wierzono.

Na samym początku kształtowania się II Rzeczypospolitej (1917-1921) społeczność międzynarodowa, zwłaszcza dyplomaci zachodni w Paryżu, dowiadywali się o prześladowaniach Żydów i tępym polskim antysemityzmie. Przysyłano do naszego kraju liczne komisje międzynarodowe, aż do połowy lat 20-tych, aby zbadać, pod światłym kierownictwem Ligi Narodów, jakie kary można nałożyć na kraj tak okrutnie męczący żydowskich sąsiadów. Wyniki prac międzynarodowych komisji były jednak zawstydzające dla zachodnich ekspertów. Poziom antysemityzmu w katolickiej Polsce nigdy nie był większy niż w „cywilizowanych” społeczeństwach zachodnich. A liczba ekscesów i wystąpień antyżydowskich – statystycznie – znacznie mniejsza niż w krajach ojczystych europejskich dyplomatów badających ten polski antysemityzm. Liczby i fakty znajdują się w przepastnych archiwach MSZ. Nawet są dostępne dzisiaj w wersji cyfrowej. Ale „Gazeta Wyborcza” i jej autorytety niechętnie o tym piszą. Dlaczego? Ano dlatego, że polski katolicyzm drażni i denerwuje. Drażnił Lanzmana i dlatego jego „Shoah” pokazywała z upodobaniem PRL-owska TVP, na polecenie Jerzego Urbana. No bo jak zwalczać polską „prowincjonalną i prymitywną” odmienność? Ano poprzez zagraniczne zawstydzanie. Dlatego mamy nie tylko „Shoah”,„Pokłosie”, „Idę”, książki Grossa i Bikont… itd. Ta fala uderzeniowa narasta.

Jak piszę wyżej – sam się kiedyś dawałem na to nabierać – dopóki nie rozejrzałem się po świecie i nie doszedłem do wniosku, że inne książki i inne filmy są jakoś dziwnie mało popularyzowane. Słynna „Gorzka chwała” Richarda Watta – zakochanego w Polsce Nowojorczyka – który w latach 70-tych przybliżył amerykańskiemu czytelnikowi tragedię polskiego narodu, historię z lat 1918-1939, jest dzisiaj niedostępna. Nawet „Boże poletko” Normana Daviesa jest jakoś mało eksponowane, bo przecież piórem Brytyjczyka zachwala się to, czym nas próbowano zawstydzać przez lata PRL-owskiej edukacji. Wkładano nam do głów, że przyczyną upadku Polski była szlachecka wolność, liberum veto i republikański model Rzeczypospolitej Wielu Narodów. Komunistyczna ideologia wciskała nam do głowy podział na szlachetny lud i zepsutą szlachtę. Bo to pasowało do marksistowskich modeli.

Wiele lat temu odkryłem pamiętniki Adama Czerniakowa, przywódcy Getta, który zmuszany do wydawania swoich rodaków na śmierć na końcu sam popełnia samobójstwo. Marek Edelman, jeden z przywódców Powstania w Getcie, jeden z liderów polskiej „Solidarności” żył wśród nas i zawstydzał Państwo Izrael brakiem akceptacji dla pewnego modelu dyplomacji historycznej. Jan Karski – opisuje swoje spotkanie z Prezydentem Rooseveltem. Kiedy było za dużo o obozach koncentracyjnych i odbywającym się na oczach świata Holokauście amerykański przywódca zapytał kuriera z Polski o los koni w naszym kraju.

To są sprawy naprawdę bardzo złożone i wielowarstwowe. Dlatego wszędzie tam, gdzie pojawia się zbyt prosty schemat, jednoznaczna ocena nie powinniśmy pozostawać obojętni. Jestem przeciwny „prostym budowom cepa”. Nie akceptuję uproszczonej wizji historii. Dlatego tekst Jarka o wygnanych Żydach, którzy w Polsce nie znaleźli zrozumienia zabrzmiał trochę nadto demagogicznie. Ustawa o obywatelstwie, na samym początku odrodzenia Państwa Polskiego, zawierała nowoczesne i jak na tamte czasy sprawiedliwe rozwiązania. Podawanie tego saute, w kontekście sytuacji z 1938 roku, jest moim zdaniem nadużyciem. Podobnie jak w przypadku innych autorów pisanie o propozycji zsyłania Żydów na Madagaskar przez sanacyjną Polskę (a to też przerabialiśmy w PRL-u i w środowisku GW) jest daleko idącą nieuczciwością.

Wyśmiewana koncepcja „kolonialna”, miała być przykładem polskiej megalomanii. Podczas gdy zamysł wejścia w posiadanie kolonii zamorskich wiązał się z ambitnym programem aktywności morskiej (budowa Gdyni). W latach dwudziestych powstawało wiele organizacji społecznych i gospodarczych, których celem było rozszerzenie polskiej aktywności na tereny zamorskie. Największe z nich: Liga Morska i Rzeczna, działająca w latach 1924-1930, oraz Liga Morska i Kolonialna miały za zadanie stworzenie instrumentarium prawno-międzynarodowego, które pozwoliłoby przejąć część terytoriów zamorskich w Afryce, np. W Rodezji czy Angoli, należących do Niemiec. W programie były plany nabycia dużych obszarów gruntów rolnych zarówno w Afryce (umowa z Liberią, umowy z Portugalią, itp.) i w Ameryce Płd. (w Argentynie, Brazylii i Paragwaju). Plany obejmowały zasiedlanie zdobytych lub zakupionych obszarów emigrantami z biednych regionów Polski, aby pracowali na tych terenach pod polską jurysdykcją, pod opieką polskiego państwa, przyczyniając się w ten sposób do poprawy sytuacji ekonomicznej tak poszczególnych grup ludności jak i znaczenia Polski. Trzeba pamiętać, że w latach dwudziestych powstawały też ambitne programy pomocy Polakom na Wychodźstwie. I nie było tu żadnej innowacji, gdyż podobne projekty powstały wcześniej w innych europejskich krajach oraz w środowiskach żydowskich (ruch syjonistyczny, kibucowy, kolonialny itd.).

W Polsce niezwykle popularna w tamtym czasie była książka Ks. Ignacego Posadzego „Drogą Pielgrzymów”. Popularyzowała ideę budowania mostów między niepodległą Rzeczpospolitą a licznymi polskimi środowiskami w Ameryce Płd. W 1929 roku powstaje, w efekcie ożywionej dyskusji wokół Wychodźstwa, Rada Organizacji Polaków z Zagranicy. W 1934 roku podczas II Zjazdu Polaków z Zagranicy powołano w Warszawie „Światpol”, odpowiednik dzisiejszej „Wspólnoty Polskiej”. Jej Prezesem do 1939 roku był późniejszy Prezydent RP na Uchodźstwie Władysław Raczkiewicz (nota bene urodzony w Gruzji, w Kutaisi, gdzie będę organizował w przyszłym roku wmurowanie tablicy ku jego czci). Na fali tego zainteresowania Polonią, dekretem Prymasa Hlonda powołano Towarzystwo Chrystusowe dla Wychodźstwa.

To wtedy właśnie znany pisarz Arkady Fiedler, bada na zlecenie Rządu RP, możliwości zakupu terytorium na Madagaskarze. Takie rozwiązanie „kolonizacyjne” wydawało się bardzo rozsądne i pożyteczne; miało też swoje zalety jeżeli chodzi o pomoc ludności żydowskiej w rozwiązaniu tego dramatu w jakim się znaleźli. (zob. Drymmer W.T. „W służbie Polsce” Warszawa 1998; ss. 126 – 136).

A teraz co do sytuacji w Niemczech. Konsulowie RP w sąsiadujących niemieckich miastach przygranicznych (m.in. Bytom, Kluczbork, Opole, Kwidzyn, Piła, Wrocław) rwali włosy z głowy, kiedy od 1934 roku liczba wydawanych paszportów lawinowo rosła. W 1939 roku mieliśmy w konsulatach RP na terytorium III Rzeszy 573 urzędników, których liczba stanowiła 32% całości służby konsularnej II Rzeczpospolitej! Problem opisywany w raportach konsularnych polegał na tym, że Żydzi nie byli w większości związani z Polską. Organizatorami lawinowo powstających „kółek i organizacji polskich” w Niemczech nagle zaczęli być oszuści, hochsztaplerzy. O tym mówią w swoim przemówieniu posłowie w Sejmie w 1938 roku.

A biedni i zdezorientowani Żydzi ratowali się ucieczką z hitlerowskich Niemiec do Polski, bo tutaj mieli nadzieję na w miarę spokojny los. Podobne liczby uciekinierów emigrowały tylko do Ameryki. Zaledwie kilkadziesiąt tysięcy, w latach 1925-1938, zdecydowało się na szukanie nowej Ojczyzny w Palestynie. W raportach służb konsularnych RP czytamy, że zgłaszający się Żydzi podają się za Polaków, którzy utracili obywatelstwo. Ale stwierdzano, że nie posługują się językiem polskim. Aby bardziej się uwiarygodnić w niektórych środowiskach żydowskich powoływano w Niemczech polskie organizacje. Zapraszano konsulów na spotkania, prelekcje czy wieczorynki. Ku zażenowaniu polskich urzędników na tych spotkaniach uczestnicy posługiwali się często językiem rosyjskim, zaś jako polskie pieśni intonowali czastuszki. Dla wielu z nich Polska nie istniała w świadomości. Płacili ciężkie pieniądze organizatorom tych spektakli, po to, by szybko i skutecznie uzyskać paszport.

Mimo to napływ ludności żydowskiej z Niemiec, pochodzącej z dawnych Kresów, trwał nieprzerwanie do wybuchu II wojny światowej. I to Polska – mimo ogromnych trudności demograficznych, gospodarczych – była dla uciekinierów drugą ojczyzną. (Zob. W. Skóra, „Żydzi polscy w Niemczech, jako element polityki zagranicznej II RP w latach 1929-1939” w: „Polska między wschodem a Zachodem” T II „W kręgu polityki zagranicznej” pod red. A. Szczepańskiej, H. Walczaka i A. Wątroby, Toruń 2008; a także w: W. Skóra Polskie placówki konsularne w Niemczech we wrześniu 1939 roku [w:] „Z morza i Pomorza. Spojrzenie na wrzesień 1939. Polityka i wojna” red. A. Drzewiecki, B. Siek, Toruń 2011 s. 432-455).

Pomijanie tego faktu i przedstawianie elit rządzących II RP jako ludzi pozbawionych rozsądku jest daleko idącą nieuczciwością. Mimo, a może przede wszystkim tego, że po klęsce wrześniowej część polskich elit rządzących odcinała się od polityki obozu sanacyjnego uważając, że znajdą lepszą formułę relacji z dwoma wrogimi sąsiadami. A przecież efektem, niezależnym od nikogo z nich, był potem Katyń i klęska Andersa na wschodzie, śmierć Sikorskiego pod Gibraltarem, ucieczka Mikołajczyka i dogorywanie Rzeczpospolitej w Londynie, po lipcu 1945 roku.

Ucieczka Żydów do Polski i ich obecność na peronie w Zbąszyniu to nic innego jak rezultat dramatycznego dylematu i racjonalnego wyboru; tego co profesor Kornat nazywa „polityką równowagi” w wykonaniu elit II RP. Kornat odrzuca krytykę, że była to formuła bez pokrycia. Stosunki z Niemcami cechowało współdziałanie, podczas gdy ze Związkiem Sowieckim systematycznie się pogarszały, mimo traktatowego uregulowania. Polityka zagraniczna Polski w latach 1934—1939 była „polityką równowagi”, bowiem rząd polski nie porzucił nigdy zasad neutralności między Niemcami a Rosją. Krytycy dyplomacji Becka uważają, że stanowisko rządu polskiego wobec kryzysu sudeckiego jesienią 1938 roku prowadziło do sytuacji, iż Polska mogła znaleźć się u boku Niemiec w konflikcie europejskim, gdyby konflikt dyplomatyczny przerodził się w wojnę. Kornat odrzuca tę argumentację, twierdząc, że zasadą polityki polskiej była niemożliwość zajęcia stanowiska po stronie Niemiec w wojnie europejskiej. Gdyby Stalin, w okolicznościach nadchodzącego konfliktu, zdecydował się na zaatakowanie Polski od wschodu, to oczywiście Polska prowadziłaby wojnę obronną. Wciągnięcie nas w konflikt o Zaolzie, agresywna polityka wobec Litwy i wojujący nacjonalizm w odniesieniu do mniejszości narodowych w kraju składały się na atmosferę, której elementy skutecznie przez wiele lat wykorzystywano tak w propagandzie antypolskiej z zewnątrz jak i na użytek wewnętrzny, zwłaszcza w okresie „stalinizacji” kraju. Polska „pańska”, polska reakcyjna i agresywna polityka dominacji w obszarze „od morza do morza” to obraz naszego kraju, który do dziś jest wykorzystywany w publicystyce politycznej.

Założenia Józefa Becka i logika, która towarzyszyła mu przy podejmowaniu decyzji o normalizacji stosunków między Berlinem a Warszawą miały szansę na pełen sukces pod trzema warunkami. Wszystkie trzy opierały się oczywiście o zasadę mniej lub bardziej jasnego podporządkowania Polskich interesów Niemcom. Pierwszy dotyczył zapewnienia Rzeszy Niemieckiej, iż Polska nie przystąpi do sojuszu ze Stalinem i poniekąd będzie ubezpieczać ją od wschodu. Po drugie utrzymanie tzw. „linii 26 stycznia 1934 roku”, czyli zachowanie dystansu wobec mocarstw zachodnich – Francji i Wlk. Brytanii. Trzecim warunkiem było utrzymanie stanu rzeczy, czyli równowagi sił w Europie. Ten ostatni warunek, bez żadnego wpływu na to Polski, został zdemontowany w Monachium w 1938 roku. Od tej chwili spełnianie warunków niemieckich oznaczałoby pełną kapitulację. Profesor Kornat trafnie konstatuje, że zasadniczej alternatywy dla polityki prowadzonej przez Polskę w latach trzydziestych nie było i być nie mogło, co oczywiście nie oznacza, że wszystkie decyzje podejmowane w tym czasie w Warszawie były bezbłędne.

U podstaw „polityki równowagi” II RP leżało też przeświadczenie, że sojusz z Francją, po dojściu Hitlera do władzy, jest coraz bardziej wątpliwy. Dlatego osiągnięte porozumienia o nieagresji (z III Rzeszą i ZSRR) traktowano w Warszawie, zwłaszcza przez umierającego Piłsudskiego, jako uzyskana „chwila wytchnienia”. Piłsudski przed swoim odejściem dzielił się często myślą, że nic nie jest dane raz na zawsze i że w życiu narodów „nie ma trwałego powodzenia”. Marszałek wiedział, że niepodległość Polski jest bardzo krucha, a przyszłość kraju nie rysuje się w jasnych barwach. Jak pisał Adolf Bocheński: „Piłsudski wierzył, że los Polski zależy przede wszystkim od Polaków, ale walory naszego narodu oceniał prawie tak samo pesymistycznie, jak Bobrzyński” (zob. A. Bocheński, Duch dziejów Polski, „Kultura” (Paryż), nr 2-3, 1947, s. 148).

O ile utrzymana zostanie względna równowaga sił w Europie (jej podstawy będą w latach trzydziestych naruszane wielokrotnie, ale dopiero w Monachium jesienią 1938 roku nastąpi definitywny rozpad dotychczasowego układu sił). Pamiętajmy, że warunki te do jesieni 1938 roku pozostawały w mocy. Nie było natomiast w zasięgu możliwości władz polskich uniknąć tych zagrożeń dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej, jakie powstały w realiach geopolitycznych 1939 roku i stwierdzenie tego stanu rzeczy nie jest żadnym odkryciem.

I chociaż w historii dyplomacji polsko-niemiecki układ o niestosowaniu przemocy z 1934 roku pozostaje aktem kontrowersyjnym i niejednoznacznym to nie ma teoretyka, który wskazałby na rozsądną alternatywę dla tamtego stanu rzeczy. Dlatego krytykowanie z dzisiejszej pozycji obozu sanacyjnego wydaje się mocnym nadużyciem. Tuż przed wybuchem II wojny kwestia żydowska wróciła nieoczekiwanie z drugiej strony. Trzeba to widzieć nie tylko jako negatywny efekt traktatu z III Rzeszą, ale także w kontekście współpracy z Wychodźstwem. Zwraca na to uwagę Wojciech Skóra, który pisze, że w MSZ dochodziło do poważnych napięć wokół koncepcji traktowania Żydów przebywających w Niemczech i poddawanych coraz silniejszej presji politycznej i naciskom. Około 50 tys. obywateli RP, żydowskiego pochodzenia, którzy nabyli polskie obywatelstwo liczyło na silne wsparcie władz w Warszawie. Jednak – jak pisze Jarek Kapsa – ich językiem ojczystym nie był polski, czy niemiecki, ale bardziej jidish (dialekt niemiecki z naleciałościami słowiańskimi) oraz rosyjski. W dużo mniejszym stopniu, niż to prezentują suche statystyki, byli to ludzie rzadko identyfikujący się z polską kulturą i tradycją. Z czasem podejście władz w Warszawie do tej grupy obywateli RP zmieniało się. W 1934 roku po układzie o nieagresji z hitlerowskimi Niemcami próbowano zbalansować relacje tak z diasporą żydowską, jak i z władzami w Berlinie, aż do wymuszonej obojętności wobec losu „rodaków” żydowskiego pochodzenia, po 1938 roku. Ale w tej pułapce znaleźliśmy nie z własnej winy. I co ciekawe, ludność żydowska – posługująca się często lepiej rosyjskim niż polskim – do Związku Sowieckiego masowo nie uciekała.

Ratowaliśmy co się da w bardzo niesprzyjającym kontekście międzynarodowym. Czy był kraj w Europie, który lepiej i skuteczniej bronił wówczas „europejskich zasad” niż Polska? Kto jest bez winy niech rzuci kamieniem….
16 lipca 2017 r. Batumi, Gruzja

Komentarze do artykułu przeniesione z witryny Fundacji Wolność i Pokój:

Jarosław Kapsa
Mariuszu, z ogromną przyjemnością przyjąłem Twój tekst. Zwłaszcza, że po starej znajomości komplementujesz mnie miłymi słowami. Wzajemnie, każda dyskusja z Tobą jest dla mnie okazją intelektualnego wzbogacenia. Nie mogę tu odnieść się do wszystkich poruszonych przez Ciebie wątków; zwłaszcza, że w większości nie odnoszą się one do mojego tekstu, a za politykę historyczną „Czerskiej” nie chcę odpowiadać. Staram się także unikać prostej dydaktyki, bo 1) tylko prawda jest ciekawa (J. Mackiewicz), 2) fałszywa historia jest matką fałszywej polityki (J. Szujski), 3) trzeba zachować pokorę, nie osądzajmy łatwo ludzi, gdy sami nie doświadczyliśmy ciężaru ich wyborów.

Nie piszę o obozie internowania dla polskich Żydów w Zbąszyniu, bo takiego nie było. Nie piszę o wypędzeniu z Niemiec polskich Żydów; podkreślam, że większość z nich nie odczuwała żadnego związku z Polską. Wyraźnie też akcentuję, że polityka polska wobec uchodźców z Niemiec nie różniła się „in minus” od polityk innych państw europejskich (w Polsce nie było obozów internowania, za to – co przypomniałem – były takie w 1938 roku w Belgii, Holandii, planowano otworzyć we Francji).

Jednocześnie nie mogę obrażać faktów idealizując rozsądek przedwojennych, polskich elit. Ustawa o pozbawieniu obywatelstwa była, dla mnie, jednym z tego dowodów. Czasami wiara we własną siłę i zazdrość wobec „skuteczności” siłowej polityki innych państw prowadzi na manowce. Przytaczam specjalnie obszerne streszczenie dyskusji sejmowej, wyraźnie z niej wynika, że przy okazji „zablokowania” przyjmowania uchodźców, próbowano jednocześnie rozwiązać „wewnętrzne” sprawy (np. pozbawić obywatelstwa W. Witosa i W. Korfantego). Było to pewne naśladownictwo polityki Hitlera, a to budzić powinno zażenowanie.

Odmowa pomocy uchodźcom jest moralnie oburzająca. Moje moralne oburzenie, w tym okresie, znacznie bardziej budził całkowicie dziś zapomniany fakt: odmowa pomocy ofiarom „wielkiego głodu” w ZSRR. Ale polityka nie zawsze może kierować się racjami moralnymi. Państwo musi, przede wszystkim, chronić dobro swoich obywateli. A jednak…

Polska powstała dzięki traktatowi wersalskiemu, w latach trzydziestych największym dla niej zagrożeniem były państwa ( Niemcy i ZSRR) dążące do rewizji „Wersalu”. W naszym, czysto egoistycznym, interesie leżała polityka obrony „każdej kropki, litery i przecinka” w traktacie wersalskim, a przede wszystkim, tych wartości, które miały być fundamentem „powersalskiego ładu”. Gdy brak armat czasem racje moralne także są skuteczną bronią…

Liczę na możliwość dłuższej, dla mnie bardzo cennej dyskusji. I pozdrawiam jak zawsze, bardzo serdecznie. Jarek

Mariusz Maszkiewicz
Drogi Jarku, obaj dobrze wiemy, że nie chodzi o Zbąszynek i o biednych Żydów z Niemiec. Słusznie i mądrze wyłapujesz paradoksy naszych historii – tych pisanych i tych zapomnianych. Ale czy tutaj naprawdę chodzi o prawdę? Nie dajmy się pożreć lewiatanom post-narracji. Ściskam prawicę !

A jeszcze na deser tekst Andrzeja Nowaka o pamięci historycznej, którą nam funduje ktoś inny. Jeżeli to prawda, co tam w Muzeum W Brukseli można zobaczyć to chyba trzeba się szybko upić. http://www.teologiapolityczna.pl/prof-andrzej-nowak-raport-z-domu-umarlych/