Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Tyle piwa za darmo…

Mariusz Maszkiewicz

Opowiadanie ukazało się w Kulturze,
w czerwcu 1986 roku (nr 6/465).
Publikacja za zgodą autora.

Kolumna wojsk polskich – październik 1968 roku

Do wojska powołano mnie we wrześniu 1966 roku. Z kartą mobilizacyjną przejechałem za darmo przez całą Polskę do Gorzowa Wielkopolskiego. Wcześniej, na dworcu, żegnali mnie kumple. Było trochę wódki, pośpiewali… Mój brat też był. Pocieszał mnie i kazał się niczym w wojsku nie przejmować… Nie brać niczego do serca i „totalnie olewać”… wszystko. Brat rok przedtem przeszedł do rezerwy, był na bieżąco. Znałem z jego opowiadań tę nudę i dyscyplinę. Nudę na co dzień, a dyscyplinę od święta.

Początek rzeczywiście nie był najciekawszy. W nudzie i oczekiwaniu na każdy następny dzień mijały mi miesiące. Przenoszono mnie dwa razy do różnych jednostek. Ale najgorsze miałem przed sobą. Mniej więcej na wiosnę 1968 roku oddzielono mnie od kumpli, z którymi już się zżyłem. Niektórzy z nich byli znajomymi jeszcze ze szkoły. Przydzielono mnie do jednostki w Nysie. Na pół roku przed wyjściem z wojska traktowano nas tam jakbyśmy byli dopiero co przyjętym narybkiem. Sierżant — wulgarny grubas nasz bezpośredni przełożony, wrzeszczał cały dzień. Dzielnie mu w tym pomagali różni kaprale. Oficerowie też nie byli lepsi. Co kilka nocy alarmy, pobudki, ćwiczenia na placu apelowym. Padnij! W kałużę. Powstań! Bieg! Nieraz kazano nam jechać z całym sprzętem na „Skotach” lub ciężarówkami kilka kilometrów w las, tak dla rozrywki, dla wprawy, bez sensu… A rano pobudka jak normalnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Między szeregowymi też zaczęły się napięcia. Jedni donosili, inni kombinowali kosztem reszty, sprytnie się wysługując słabszymi, jeszcze inni to wszystko musieli cierpliwie znosić.

Aż nadszedł sierpień 1968 roku. Nie pamiętam dziś dokładnie, którego to przebudzono nas, czy był 23, czy 24, a może wcześniej? Około północy ryk syreny. Krzyki na korytarzach. „Za pięć minut wojsko z plecakiem, na placu apelowym!!”. Niby normalnie, tak, jak już się do tego zdążyliśmy przyzwyczaić. Mówiło się o manewrach, które miały się odbyć pod koniec sierpnia czy na początku września. Byliśmy przygotowani. Cały sprzęt też. Kilka dni przed tą pobudką ładowaliśmy żelastwo na wagony kolejowe. Wszystko stało gotowe na bocznicy. Tej nocy kazano ustawić się w kolumnę marszową i — kierunek na bocznicę! Tam stał przygotowany eszelon. Załadowaliśmy się do wagonów w przekonaniu, że to na manewry. Zresztą nikt w tym pośpiechu i zaspaniu nie zastanawiał się dokąd nas wiozą. Dosypialiśmy w wagonie porozkładani na podłodze, zmęczeni, obojętni i źli. Kiedy zaczęło świtać niektórzy dopatrzyli się niepolskich znaków. Minęliśmy jakąś stację — nie pamiętam teraz jej nazwy — i było jasne, że jesteśmy w Czechosłowacji. Żołnierze szeptali między sobą, że teraz jest tu niewesoło, że Czesi buntują się przeciwko Ruskim. Przede wszystkim, to żeśmy się cholernie bali. Co z nami tu zrobią? I co mamy tutaj robić?

Wysadzono nas gdzieś pod Pragą. Zarządzono apel i przemówił pułkownik, którego przedtem nikt nie widział w jednostce. Zaczął, że międzynarodowa sytuacja jest napięta, że odżywa faszyzm, że imperializm amerykański chce wyrwać z naszego obozu Czechosłowację, podjudzając ją do zerwania sojuszu ze Związkiem Radzieckim i innymi państwami Układu Warszawskiego. Powiedział też, że wezwali nas patrioci czechosłowaccy, abyśmy pomogli bronić ich państwa przed amerykańską inwazją i przed zdrajcami. Zaraz potem rozdano ostrą amunicję, każdemu po 120 sztuk oraz małe czarne pojemniczki na kartkę z nazwiskiem, imieniem i datą urodzenia. Mieliśmy tę małą „trumienkę” schować do kieszeni na piersi. Mówiliśmy — trumienka identyfikatorka.

Bałem się. To już nie poligon, nie ćwiczenia. Najgorsze przy tym było uczucie, że zostałem wplątany w coś obrzydliwego, o czym strach myśleć. Paru między nami się odważyło. Wypowiedzieli się głośno. Bardzo szybko ich zabrano. Później dowiedziałem się, że jeden dostał osiem lat, a paru innych po pięć. Odsiedzieli co do jednego dnia.

Tłumaczono na każdym kroku jakie są konsekwencje odmowy wykonania rozkazu w warunkach wojennych. Co i raz dawano do zrozumienia, że Ruskich jest więcej niż wszystkich Czechów razem wziętych.

Po kilku dniach stania w lesie pod Pragą dowiedzieliśmy się, że w Pradze Rosjanie, że pilnują tam Czechów. W promieniu dwudziestu kilometrów od miasta sami Ruscy, a dalej polskie wojska. Praga obstawiona i nikomu nie wolno bez specjalnego pozwolenia wyjeżdżać.

Któregoś dnia wracaliśmy „Skotem” z patrolu i na skrzyżowaniu z asfaltową drogą zatrzymał nas kierujący ruchem Rusek ze skośnymi oczami, żółty. Musieliśmy czekać, bo kolumna czołgów wlokła się poboczem. Wyszedłem wtedy, żeby zapalić i podchodzę do niego. Pytam: „Ty Russki?”, a on nic. Pytam dalej: ,,Dołgo tu stoisz?”, a on dalej milczy, tylko pokazał mi dwa palce, że już dwa dni na tym posterunku. „A kuszał ty szto?”. On przeczy głową. Dałem mu papierosa, bo tak chciwie patrzył, poszedłem do swoich i pojechaliśmy dalej. Był dziwny. Niby Rusek, a nie Rusek. Smutny, przygnębiony.

W tych lasach pod Pragą przesiedzieliśmy prawie miesiąc. Byłem wściekły, bo przecież moje dwa lata służby upływały z początkiem jesieni, a tu ani mowy o powrocie do Polski. Atmosfera była bardziej nerwowa niż przed miesiącem. W lasach znajdowano co jakiś czas zwłoki naszych żołnierzy. Taka była psychoza, że nawet do kibla baliśmy się w nocy wchodzić samemu. Któregoś dnia o świcie znaleziono koło naszego obozowiska trupa węgierskiego oficera. Poderżnięto mu gardło. Miał nawet przecięty ten wysoki kołnierzyk przy mundurze; zalany krwią, na całym ciele. Musiał się mocno szamotać. Zastanawialiśmy się dlaczego tutaj go pozostawiono. Nie sądziliśmy, żeby to Czesi, wyglądało na ruską robotę. Komuś musiało zależeć na tym, aby atmosfera była napięta.

Pod koniec września przyszedł rozkaz ewakuacji. Mieliśmy jechać do Mlada Boleslav. Polscy spadochroniarze — „Czerwone Berety” — opanowali tam lotnisko wojskowe. Nam kazano zająć się okolicznymi jednostkami wojskowymi, koszarami. Pamiętam, że był smutny, jesienny dzień. Jechaliśmy za kolumną rosyjskich czołgów. Przed Mlada Boleslay przestało padać, a kiedy dojeżdżaliśmy do miasta przejaśniło się. Wtem kolumna stanęła. Coś się stało z czołgiem. Podbiegłem z kumplami do przodu i co się okazało; kobiety i matki z wózkami, z dziećmi wyszły przed te czołgi. Czołgista pierwszego nie chcąc wjechać na nie, lekko zboczył i po śliskim nasypie wpadł w dół. Nie wiem, czy tam była rzeka, czy suche koryto. W każdym razie nikt żywy z tego czołgu nie wyszedł. Ruscy powyskakiwali z innych tanków i odbezpieczając broń grozili tym kobietom. Padł nawet jakiś strzał, w górę, na postrach. Kobiety uciekły.

Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu koszar, które niby mieliśmy przejąć w opiekę, ustawiono nas w tyralierę i padł rozkaz: Do przodu! A oficerowie i cała kadra za nami… Za naszymi plecami. To dlatego, że bali się nas, tego, że w razie strzelaniny będzie okazja do zemsty. Zwykli tchórze. Wiem teraz, że oficer to gorszy pętak niż ktokolwiek inny. Straciliśmy do nich resztę szacunku.

Obeszło się bez strzału. Czescy wartownicy ze strachu oddawali broń, nie czekając na swojego dowódcę.

Kiedy po opanowaniu jednostki pozostawiano nas w różnych punktach, znalazłem się przy jednej z bram wjazdowych. Stał tam „Skot”. Po kilku godzinach podjechali ciężarówkami Czesi, nie zorientowani jeszcze w sytuacji. Zdziwili się naszą obecnością. Poleciałem po dowódcę. Przybiegł zaraz jeden z naszych pułkowników. Zaczał się kłócić z czeskim dowódcą, chyba w stopniu majora, który nie chciał wjechać do koszar i poddać się. W końcu Czech zawrócił do swoich, wsiadł do ciężarówki i wszyscy odjechali szybko.

Za jakieś dziesięć minut słyszę, że znów nadjeżdżają ciężarówki. Niewiele było widać, bo już szaro się robiło i deszcz mżył. Na którymś z zakrętów zamajaczyły sylwetki wielkich samochodów. Padł na nas strach. Myśleliśmy, że Czesi wracają, odbić swoich, internowanych w jednym z baraków. Już wcześniej zdawaliśmy sobie sprawę, że tyle gotowej do strzału broni musi w końcu przynieść niezamierzony wybuch, starcie czy choćby strzelaninę. Najgorsza była świadomość, że to się zacznie w każdej chwili, może teraz, może później. Jeden z oficerów wydał rozkaz, żeby strzelać do pierwszego, to odrzuci się resztę. Strzelili ze „Skota”. A tu wybuchy aż po samo niebo. Taki grzyb ognisty. Mokro od deszczu, ale las się momentalnie zajął. Wrażenie takiego małego wybuchu jądrowego. Po kilku detonacjach — cisza. Podchodzimy bliżej, a tu strzępy ludzkie, kawałki samochodów. Okazało się, że to nasi jechali z benzyną. Polacy. Dwudziestu sześciu ich było razem. Nie wiem, co się stało później z tym oficerem, który dał rozkaz strzelania. Obowiązywało prawo, że w wypadku bezpośredniego zagrożenia własnego życia można strzelać. Wiadomo, co to oznacza w warunkach wojennego napięcia. Zabicie człowieka wydawało się czymś banalnie prostym i łatwym, żadnych konsekwencji, żadnych wyrzutów sumienia.

W tych koszarach staliśmy do samego końca, czyli powrotu do Polski, na początku grudnia. Czesi byli pilnowani przez naszych strażników. Nie wolno im było opuszczać baraku. Czuliśmy się jak klawisze. Później mieli zajęcia na placu apelowym, ale bez broni, dla ruchu…

Niedaleko koszarów, gdzie siedzieliśmy, był mały browar. Oficerowie przymykali oczy na nasze wyprawy. Wchodziliśmy do zakładu z odbezpieczona bronią, ale czuliśmy się jak u siebie. Siadało się przy wielkich beczkach, jak nie było pod ręką kufli, to ściągaliśmy z oświetlenia klosze, piło się do granic możliwości. Aż pęcherze nam roznosiło. Czesi patrzyli na nas niemiło. Pluli za nami na ziemię. Trochę było głupio. Ale… przecież nikt tu nie był z własnej ochoty. Może oni kiedyś się znajdą w podobnej sytuacji jak my.

Pod koniec października zdarzyła się jeszcze jedna nieprzyjemna historia. Przed bramę jednostki wolno zajechała czeska furgonetka. Coś jak nasza „Nyska” czy „Żuk”. Na dachu mieli zamontowane głośniki. Zaczęli przemawiać po polsku. Krzyczeli, że jesteśmy agresorami, okupantami, że według międzynarodowych konwencji nie mamy prawa tu przebywać, i tak dalej. Któryś z naszych nie wytrzymał i strzelił. Tamci też mieli broń. Nastąpiła wymiana strzałów. Ktoś ze „Skota” przywalił tak, że aż koła się zakręciły i zaczęły dymić. W środku jęczeli ranni Czesi. Dwóch już nie żyło. Czterech w ciężkim stanie przewieźli do szpitala. W samochodzie pełno było ulotek, ale dowódca zabronił nam ich dotykać.

Do domu wróciłem przed Bożym Narodzeniem. Mój stary nie chciał mnie znać. Wiedział wszystko z radia i miał żal, że brałem w tym udział. Nawet przy wigilijnym stole nie siedzieliśmy wszyscy razem. Matka płakała i wyzywała ojca, że taki nieludzki, że czego chce ode mnie.

Reklamy


Dodaj komentarz

Między Zbąszynkiem a Grossem

Mariusz Maszkiewicz

Artykuł Jarka Kapsy o Zbąszyniu – jak zwykle jego teksty – wciągający, inteligentny i zmuszający do refleksji. Jego talenty w tej dziedzinie znam od dawna, cenię i podziwiam. W tym jednak przypadku postanowiłem podjąć polemikę, gdyż za mocno mi zapachniało tym znanym od wielu lat smrodkiem dydaktycznym z okolicy Czerskiej. Po przeczytaniu tekstu zajrzałem do Wikipedii, gdzie pod hasłem Zbąszyn czytamy m.in.: W październiku 1938 roku Niemcy w ramach tzw. Polenaktion wypędzili do Polski około 17 tysięcy Żydów nieposiadających obywatelstwa niemieckiego, z czego około 6 tysięcy zostało internowanych w obozie w Zbąszyniu. I wtedy z przerażeniem wyobraziłem sobie kolejny tekst o polskich obozach koncentracyjnych, gdzie II Rzeczpospolita mordowała uchodźców…

Rys. Cyprian Kamil Norwid – Biały orzeł na skale

Pewien rodzaj narracji zdominował znaczną część polskiej inteligencji i stworzono jakiś rodzaj kanonu, którego nieprzestrzeganie oznacza automatyczne oskarżenie o antysemityzm i różne inne fobie oraz -izmy. W roku ubiegłym odwiedziłem w Bostonie i Nowym Yorku kilka uniwersyteckich księgarni, w których szukałem książek o Polsce. Chciałem zobaczyć z jakich prac może dowiedzieć się o moim kraju student i profesor Uniwersytetu Harvarda, Stanforda czy Columbia. I co znalazłem? Książki o polskich Żydach męczonych przez prymitywnych ziomków. A więc przede wszystkim Jana Grossa i Anny Bikont; także „Hunt for Jews” Grabowskiego i temu podobne. Liczba nieproporcjonalnie duża w stosunku książek tego typu o innych krajach. Na sąsiedniej półce o Szwecji, Finlandii czy Czechosłowacji znajduję same ciekawe historie o wielkich postaciach i heroicznej przeszłości. Tymczasem jeśli jest coś innego o Polsce to rzadko neutralnie, a w ogóle prawie życzliwie.

Dlaczego tak się dzieje? Czy to efekt dojścia do władzy krwiożerczych nacjonalistów w naszym kraju? Może tak chcieliby niektórzy, aby zagraniczna „narracja” rozstrzygała o naszych politycznych sporach. Ale przecież ta fala „antypolska” jest daleko głębsza i szersza. Nie zaczęła się też wraz z popularnym w latach 70-tych „Malowanym Ptakiem” Kosińskiego. Rozlewała się i narastała przy wtórze wielu polskich inteligentów. Sam – przyznam uczciwie – kiedyś dawałem się na to nabierać, dopóki nie przyjrzałem się pewnej historycznej opowieści z Kresów. Naprowadziła na ten ślad Zofia Kossak w swojej słynnej „Pożodze” opisując okrucieństwa rewolucji, które dotykały także ludność żydowską, na kresach upadających imperiów. O ile bolszewicy, mienszewicy, Ukraińcy czy Polacy mieli swoje formacje zbrojne i lepiej czy gorzej dawali sobie radę na zmieniających się frontach, o tyle ludność żydowska mogła tylko liczyć na ucieczkę. I uciekali. Głównie na Zachód, gdyż w skuteczność ruchu syjonistycznego mało wierzono.

Na samym początku kształtowania się II Rzeczypospolitej (1917-1921) społeczność międzynarodowa, zwłaszcza dyplomaci zachodni w Paryżu, dowiadywali się o prześladowaniach Żydów i tępym polskim antysemityzmie. Przysyłano do naszego kraju liczne komisje międzynarodowe, aż do połowy lat 20-tych, aby zbadać, pod światłym kierownictwem Ligi Narodów, jakie kary można nałożyć na kraj tak okrutnie męczący żydowskich sąsiadów. Wyniki prac międzynarodowych komisji były jednak zawstydzające dla zachodnich ekspertów. Poziom antysemityzmu w katolickiej Polsce nigdy nie był większy niż w „cywilizowanych” społeczeństwach zachodnich. A liczba ekscesów i wystąpień antyżydowskich – statystycznie – znacznie mniejsza niż w krajach ojczystych europejskich dyplomatów badających ten polski antysemityzm. Liczby i fakty znajdują się w przepastnych archiwach MSZ. Nawet są dostępne dzisiaj w wersji cyfrowej. Ale „Gazeta Wyborcza” i jej autorytety niechętnie o tym piszą. Dlaczego? Ano dlatego, że polski katolicyzm drażni i denerwuje. Drażnił Lanzmana i dlatego jego „Shoah” pokazywała z upodobaniem PRL-owska TVP, na polecenie Jerzego Urbana. No bo jak zwalczać polską „prowincjonalną i prymitywną” odmienność? Ano poprzez zagraniczne zawstydzanie. Dlatego mamy nie tylko „Shoah”,„Pokłosie”, „Idę”, książki Grossa i Bikont… itd. Ta fala uderzeniowa narasta.

Jak piszę wyżej – sam się kiedyś dawałem na to nabierać – dopóki nie rozejrzałem się po świecie i nie doszedłem do wniosku, że inne książki i inne filmy są jakoś dziwnie mało popularyzowane. Słynna „Gorzka chwała” Richarda Watta – zakochanego w Polsce Nowojorczyka – który w latach 70-tych przybliżył amerykańskiemu czytelnikowi tragedię polskiego narodu, historię z lat 1918-1939, jest dzisiaj niedostępna. Nawet „Boże poletko” Normana Daviesa jest jakoś mało eksponowane, bo przecież piórem Brytyjczyka zachwala się to, czym nas próbowano zawstydzać przez lata PRL-owskiej edukacji. Wkładano nam do głów, że przyczyną upadku Polski była szlachecka wolność, liberum veto i republikański model Rzeczypospolitej Wielu Narodów. Komunistyczna ideologia wciskała nam do głowy podział na szlachetny lud i zepsutą szlachtę. Bo to pasowało do marksistowskich modeli.

Wiele lat temu odkryłem pamiętniki Adama Czerniakowa, przywódcy Getta, który zmuszany do wydawania swoich rodaków na śmierć na końcu sam popełnia samobójstwo. Marek Edelman, jeden z przywódców Powstania w Getcie, jeden z liderów polskiej „Solidarności” żył wśród nas i zawstydzał Państwo Izrael brakiem akceptacji dla pewnego modelu dyplomacji historycznej. Jan Karski – opisuje swoje spotkanie z Prezydentem Rooseveltem. Kiedy było za dużo o obozach koncentracyjnych i odbywającym się na oczach świata Holokauście amerykański przywódca zapytał kuriera z Polski o los koni w naszym kraju.

To są sprawy naprawdę bardzo złożone i wielowarstwowe. Dlatego wszędzie tam, gdzie pojawia się zbyt prosty schemat, jednoznaczna ocena nie powinniśmy pozostawać obojętni. Jestem przeciwny „prostym budowom cepa”. Nie akceptuję uproszczonej wizji historii. Dlatego tekst Jarka o wygnanych Żydach, którzy w Polsce nie znaleźli zrozumienia zabrzmiał trochę nadto demagogicznie. Ustawa o obywatelstwie, na samym początku odrodzenia Państwa Polskiego, zawierała nowoczesne i jak na tamte czasy sprawiedliwe rozwiązania. Podawanie tego saute, w kontekście sytuacji z 1938 roku, jest moim zdaniem nadużyciem. Podobnie jak w przypadku innych autorów pisanie o propozycji zsyłania Żydów na Madagaskar przez sanacyjną Polskę (a to też przerabialiśmy w PRL-u i w środowisku GW) jest daleko idącą nieuczciwością.

Wyśmiewana koncepcja „kolonialna”, miała być przykładem polskiej megalomanii. Podczas gdy zamysł wejścia w posiadanie kolonii zamorskich wiązał się z ambitnym programem aktywności morskiej (budowa Gdyni). W latach dwudziestych powstawało wiele organizacji społecznych i gospodarczych, których celem było rozszerzenie polskiej aktywności na tereny zamorskie. Największe z nich: Liga Morska i Rzeczna, działająca w latach 1924-1930, oraz Liga Morska i Kolonialna miały za zadanie stworzenie instrumentarium prawno-międzynarodowego, które pozwoliłoby przejąć część terytoriów zamorskich w Afryce, np. W Rodezji czy Angoli, należących do Niemiec. W programie były plany nabycia dużych obszarów gruntów rolnych zarówno w Afryce (umowa z Liberią, umowy z Portugalią, itp.) i w Ameryce Płd. (w Argentynie, Brazylii i Paragwaju). Plany obejmowały zasiedlanie zdobytych lub zakupionych obszarów emigrantami z biednych regionów Polski, aby pracowali na tych terenach pod polską jurysdykcją, pod opieką polskiego państwa, przyczyniając się w ten sposób do poprawy sytuacji ekonomicznej tak poszczególnych grup ludności jak i znaczenia Polski. Trzeba pamiętać, że w latach dwudziestych powstawały też ambitne programy pomocy Polakom na Wychodźstwie. I nie było tu żadnej innowacji, gdyż podobne projekty powstały wcześniej w innych europejskich krajach oraz w środowiskach żydowskich (ruch syjonistyczny, kibucowy, kolonialny itd.).

W Polsce niezwykle popularna w tamtym czasie była książka Ks. Ignacego Posadzego „Drogą Pielgrzymów”. Popularyzowała ideę budowania mostów między niepodległą Rzeczpospolitą a licznymi polskimi środowiskami w Ameryce Płd. W 1929 roku powstaje, w efekcie ożywionej dyskusji wokół Wychodźstwa, Rada Organizacji Polaków z Zagranicy. W 1934 roku podczas II Zjazdu Polaków z Zagranicy powołano w Warszawie „Światpol”, odpowiednik dzisiejszej „Wspólnoty Polskiej”. Jej Prezesem do 1939 roku był późniejszy Prezydent RP na Uchodźstwie Władysław Raczkiewicz (nota bene urodzony w Gruzji, w Kutaisi, gdzie będę organizował w przyszłym roku wmurowanie tablicy ku jego czci). Na fali tego zainteresowania Polonią, dekretem Prymasa Hlonda powołano Towarzystwo Chrystusowe dla Wychodźstwa.

To wtedy właśnie znany pisarz Arkady Fiedler, bada na zlecenie Rządu RP, możliwości zakupu terytorium na Madagaskarze. Takie rozwiązanie „kolonizacyjne” wydawało się bardzo rozsądne i pożyteczne; miało też swoje zalety jeżeli chodzi o pomoc ludności żydowskiej w rozwiązaniu tego dramatu w jakim się znaleźli. (zob. Drymmer W.T. „W służbie Polsce” Warszawa 1998; ss. 126 – 136).

A teraz co do sytuacji w Niemczech. Konsulowie RP w sąsiadujących niemieckich miastach przygranicznych (m.in. Bytom, Kluczbork, Opole, Kwidzyn, Piła, Wrocław) rwali włosy z głowy, kiedy od 1934 roku liczba wydawanych paszportów lawinowo rosła. W 1939 roku mieliśmy w konsulatach RP na terytorium III Rzeszy 573 urzędników, których liczba stanowiła 32% całości służby konsularnej II Rzeczpospolitej! Problem opisywany w raportach konsularnych polegał na tym, że Żydzi nie byli w większości związani z Polską. Organizatorami lawinowo powstających „kółek i organizacji polskich” w Niemczech nagle zaczęli być oszuści, hochsztaplerzy. O tym mówią w swoim przemówieniu posłowie w Sejmie w 1938 roku.

A biedni i zdezorientowani Żydzi ratowali się ucieczką z hitlerowskich Niemiec do Polski, bo tutaj mieli nadzieję na w miarę spokojny los. Podobne liczby uciekinierów emigrowały tylko do Ameryki. Zaledwie kilkadziesiąt tysięcy, w latach 1925-1938, zdecydowało się na szukanie nowej Ojczyzny w Palestynie. W raportach służb konsularnych RP czytamy, że zgłaszający się Żydzi podają się za Polaków, którzy utracili obywatelstwo. Ale stwierdzano, że nie posługują się językiem polskim. Aby bardziej się uwiarygodnić w niektórych środowiskach żydowskich powoływano w Niemczech polskie organizacje. Zapraszano konsulów na spotkania, prelekcje czy wieczorynki. Ku zażenowaniu polskich urzędników na tych spotkaniach uczestnicy posługiwali się często językiem rosyjskim, zaś jako polskie pieśni intonowali czastuszki. Dla wielu z nich Polska nie istniała w świadomości. Płacili ciężkie pieniądze organizatorom tych spektakli, po to, by szybko i skutecznie uzyskać paszport.

Mimo to napływ ludności żydowskiej z Niemiec, pochodzącej z dawnych Kresów, trwał nieprzerwanie do wybuchu II wojny światowej. I to Polska – mimo ogromnych trudności demograficznych, gospodarczych – była dla uciekinierów drugą ojczyzną. (Zob. W. Skóra, „Żydzi polscy w Niemczech, jako element polityki zagranicznej II RP w latach 1929-1939” w: „Polska między wschodem a Zachodem” T II „W kręgu polityki zagranicznej” pod red. A. Szczepańskiej, H. Walczaka i A. Wątroby, Toruń 2008; a także w: W. Skóra Polskie placówki konsularne w Niemczech we wrześniu 1939 roku [w:] „Z morza i Pomorza. Spojrzenie na wrzesień 1939. Polityka i wojna” red. A. Drzewiecki, B. Siek, Toruń 2011 s. 432-455).

Pomijanie tego faktu i przedstawianie elit rządzących II RP jako ludzi pozbawionych rozsądku jest daleko idącą nieuczciwością. Mimo, a może przede wszystkim tego, że po klęsce wrześniowej część polskich elit rządzących odcinała się od polityki obozu sanacyjnego uważając, że znajdą lepszą formułę relacji z dwoma wrogimi sąsiadami. A przecież efektem, niezależnym od nikogo z nich, był potem Katyń i klęska Andersa na wschodzie, śmierć Sikorskiego pod Gibraltarem, ucieczka Mikołajczyka i dogorywanie Rzeczpospolitej w Londynie, po lipcu 1945 roku.

Ucieczka Żydów do Polski i ich obecność na peronie w Zbąszyniu to nic innego jak rezultat dramatycznego dylematu i racjonalnego wyboru; tego co profesor Kornat nazywa „polityką równowagi” w wykonaniu elit II RP. Kornat odrzuca krytykę, że była to formuła bez pokrycia. Stosunki z Niemcami cechowało współdziałanie, podczas gdy ze Związkiem Sowieckim systematycznie się pogarszały, mimo traktatowego uregulowania. Polityka zagraniczna Polski w latach 1934—1939 była „polityką równowagi”, bowiem rząd polski nie porzucił nigdy zasad neutralności między Niemcami a Rosją. Krytycy dyplomacji Becka uważają, że stanowisko rządu polskiego wobec kryzysu sudeckiego jesienią 1938 roku prowadziło do sytuacji, iż Polska mogła znaleźć się u boku Niemiec w konflikcie europejskim, gdyby konflikt dyplomatyczny przerodził się w wojnę. Kornat odrzuca tę argumentację, twierdząc, że zasadą polityki polskiej była niemożliwość zajęcia stanowiska po stronie Niemiec w wojnie europejskiej. Gdyby Stalin, w okolicznościach nadchodzącego konfliktu, zdecydował się na zaatakowanie Polski od wschodu, to oczywiście Polska prowadziłaby wojnę obronną. Wciągnięcie nas w konflikt o Zaolzie, agresywna polityka wobec Litwy i wojujący nacjonalizm w odniesieniu do mniejszości narodowych w kraju składały się na atmosferę, której elementy skutecznie przez wiele lat wykorzystywano tak w propagandzie antypolskiej z zewnątrz jak i na użytek wewnętrzny, zwłaszcza w okresie „stalinizacji” kraju. Polska „pańska”, polska reakcyjna i agresywna polityka dominacji w obszarze „od morza do morza” to obraz naszego kraju, który do dziś jest wykorzystywany w publicystyce politycznej.

Założenia Józefa Becka i logika, która towarzyszyła mu przy podejmowaniu decyzji o normalizacji stosunków między Berlinem a Warszawą miały szansę na pełen sukces pod trzema warunkami. Wszystkie trzy opierały się oczywiście o zasadę mniej lub bardziej jasnego podporządkowania Polskich interesów Niemcom. Pierwszy dotyczył zapewnienia Rzeszy Niemieckiej, iż Polska nie przystąpi do sojuszu ze Stalinem i poniekąd będzie ubezpieczać ją od wschodu. Po drugie utrzymanie tzw. „linii 26 stycznia 1934 roku”, czyli zachowanie dystansu wobec mocarstw zachodnich – Francji i Wlk. Brytanii. Trzecim warunkiem było utrzymanie stanu rzeczy, czyli równowagi sił w Europie. Ten ostatni warunek, bez żadnego wpływu na to Polski, został zdemontowany w Monachium w 1938 roku. Od tej chwili spełnianie warunków niemieckich oznaczałoby pełną kapitulację. Profesor Kornat trafnie konstatuje, że zasadniczej alternatywy dla polityki prowadzonej przez Polskę w latach trzydziestych nie było i być nie mogło, co oczywiście nie oznacza, że wszystkie decyzje podejmowane w tym czasie w Warszawie były bezbłędne.

U podstaw „polityki równowagi” II RP leżało też przeświadczenie, że sojusz z Francją, po dojściu Hitlera do władzy, jest coraz bardziej wątpliwy. Dlatego osiągnięte porozumienia o nieagresji (z III Rzeszą i ZSRR) traktowano w Warszawie, zwłaszcza przez umierającego Piłsudskiego, jako uzyskana „chwila wytchnienia”. Piłsudski przed swoim odejściem dzielił się często myślą, że nic nie jest dane raz na zawsze i że w życiu narodów „nie ma trwałego powodzenia”. Marszałek wiedział, że niepodległość Polski jest bardzo krucha, a przyszłość kraju nie rysuje się w jasnych barwach. Jak pisał Adolf Bocheński: „Piłsudski wierzył, że los Polski zależy przede wszystkim od Polaków, ale walory naszego narodu oceniał prawie tak samo pesymistycznie, jak Bobrzyński” (zob. A. Bocheński, Duch dziejów Polski, „Kultura” (Paryż), nr 2-3, 1947, s. 148).

O ile utrzymana zostanie względna równowaga sił w Europie (jej podstawy będą w latach trzydziestych naruszane wielokrotnie, ale dopiero w Monachium jesienią 1938 roku nastąpi definitywny rozpad dotychczasowego układu sił). Pamiętajmy, że warunki te do jesieni 1938 roku pozostawały w mocy. Nie było natomiast w zasięgu możliwości władz polskich uniknąć tych zagrożeń dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej, jakie powstały w realiach geopolitycznych 1939 roku i stwierdzenie tego stanu rzeczy nie jest żadnym odkryciem.

I chociaż w historii dyplomacji polsko-niemiecki układ o niestosowaniu przemocy z 1934 roku pozostaje aktem kontrowersyjnym i niejednoznacznym to nie ma teoretyka, który wskazałby na rozsądną alternatywę dla tamtego stanu rzeczy. Dlatego krytykowanie z dzisiejszej pozycji obozu sanacyjnego wydaje się mocnym nadużyciem. Tuż przed wybuchem II wojny kwestia żydowska wróciła nieoczekiwanie z drugiej strony. Trzeba to widzieć nie tylko jako negatywny efekt traktatu z III Rzeszą, ale także w kontekście współpracy z Wychodźstwem. Zwraca na to uwagę Wojciech Skóra, który pisze, że w MSZ dochodziło do poważnych napięć wokół koncepcji traktowania Żydów przebywających w Niemczech i poddawanych coraz silniejszej presji politycznej i naciskom. Około 50 tys. obywateli RP, żydowskiego pochodzenia, którzy nabyli polskie obywatelstwo liczyło na silne wsparcie władz w Warszawie. Jednak – jak pisze Jarek Kapsa – ich językiem ojczystym nie był polski, czy niemiecki, ale bardziej jidish (dialekt niemiecki z naleciałościami słowiańskimi) oraz rosyjski. W dużo mniejszym stopniu, niż to prezentują suche statystyki, byli to ludzie rzadko identyfikujący się z polską kulturą i tradycją. Z czasem podejście władz w Warszawie do tej grupy obywateli RP zmieniało się. W 1934 roku po układzie o nieagresji z hitlerowskimi Niemcami próbowano zbalansować relacje tak z diasporą żydowską, jak i z władzami w Berlinie, aż do wymuszonej obojętności wobec losu „rodaków” żydowskiego pochodzenia, po 1938 roku. Ale w tej pułapce znaleźliśmy nie z własnej winy. I co ciekawe, ludność żydowska – posługująca się często lepiej rosyjskim niż polskim – do Związku Sowieckiego masowo nie uciekała.

Ratowaliśmy co się da w bardzo niesprzyjającym kontekście międzynarodowym. Czy był kraj w Europie, który lepiej i skuteczniej bronił wówczas „europejskich zasad” niż Polska? Kto jest bez winy niech rzuci kamieniem….
16 lipca 2017 r. Batumi, Gruzja

Komentarze do artykułu przeniesione z witryny Fundacji Wolność i Pokój:

Jarosław Kapsa
Mariuszu, z ogromną przyjemnością przyjąłem Twój tekst. Zwłaszcza, że po starej znajomości komplementujesz mnie miłymi słowami. Wzajemnie, każda dyskusja z Tobą jest dla mnie okazją intelektualnego wzbogacenia. Nie mogę tu odnieść się do wszystkich poruszonych przez Ciebie wątków; zwłaszcza, że w większości nie odnoszą się one do mojego tekstu, a za politykę historyczną „Czerskiej” nie chcę odpowiadać. Staram się także unikać prostej dydaktyki, bo 1) tylko prawda jest ciekawa (J. Mackiewicz), 2) fałszywa historia jest matką fałszywej polityki (J. Szujski), 3) trzeba zachować pokorę, nie osądzajmy łatwo ludzi, gdy sami nie doświadczyliśmy ciężaru ich wyborów.

Nie piszę o obozie internowania dla polskich Żydów w Zbąszyniu, bo takiego nie było. Nie piszę o wypędzeniu z Niemiec polskich Żydów; podkreślam, że większość z nich nie odczuwała żadnego związku z Polską. Wyraźnie też akcentuję, że polityka polska wobec uchodźców z Niemiec nie różniła się „in minus” od polityk innych państw europejskich (w Polsce nie było obozów internowania, za to – co przypomniałem – były takie w 1938 roku w Belgii, Holandii, planowano otworzyć we Francji).

Jednocześnie nie mogę obrażać faktów idealizując rozsądek przedwojennych, polskich elit. Ustawa o pozbawieniu obywatelstwa była, dla mnie, jednym z tego dowodów. Czasami wiara we własną siłę i zazdrość wobec „skuteczności” siłowej polityki innych państw prowadzi na manowce. Przytaczam specjalnie obszerne streszczenie dyskusji sejmowej, wyraźnie z niej wynika, że przy okazji „zablokowania” przyjmowania uchodźców, próbowano jednocześnie rozwiązać „wewnętrzne” sprawy (np. pozbawić obywatelstwa W. Witosa i W. Korfantego). Było to pewne naśladownictwo polityki Hitlera, a to budzić powinno zażenowanie.

Odmowa pomocy uchodźcom jest moralnie oburzająca. Moje moralne oburzenie, w tym okresie, znacznie bardziej budził całkowicie dziś zapomniany fakt: odmowa pomocy ofiarom „wielkiego głodu” w ZSRR. Ale polityka nie zawsze może kierować się racjami moralnymi. Państwo musi, przede wszystkim, chronić dobro swoich obywateli. A jednak…

Polska powstała dzięki traktatowi wersalskiemu, w latach trzydziestych największym dla niej zagrożeniem były państwa ( Niemcy i ZSRR) dążące do rewizji „Wersalu”. W naszym, czysto egoistycznym, interesie leżała polityka obrony „każdej kropki, litery i przecinka” w traktacie wersalskim, a przede wszystkim, tych wartości, które miały być fundamentem „powersalskiego ładu”. Gdy brak armat czasem racje moralne także są skuteczną bronią…

Liczę na możliwość dłuższej, dla mnie bardzo cennej dyskusji. I pozdrawiam jak zawsze, bardzo serdecznie. Jarek

Mariusz Maszkiewicz
Drogi Jarku, obaj dobrze wiemy, że nie chodzi o Zbąszynek i o biednych Żydów z Niemiec. Słusznie i mądrze wyłapujesz paradoksy naszych historii – tych pisanych i tych zapomnianych. Ale czy tutaj naprawdę chodzi o prawdę? Nie dajmy się pożreć lewiatanom post-narracji. Ściskam prawicę !

A jeszcze na deser tekst Andrzeja Nowaka o pamięci historycznej, którą nam funduje ktoś inny. Jeżeli to prawda, co tam w Muzeum W Brukseli można zobaczyć to chyba trzeba się szybko upić. http://www.teologiapolityczna.pl/prof-andrzej-nowak-raport-z-domu-umarlych/


1 komentarz

Zrozumieć Gruzję

Mariusz Maszkiewicz

 

Jan Heveliusz – Argo

Na pewno warto zacząć od refleksji antropologiczno-historycznej. A właściwie od prehistorii dzisiejszej Gruzji. Gdzie i kiedy zaczęły się dzieje tego narodu?

Jak zauważa w swojej nowej książce Jerzy Rohoziński, odkrywanie Gruzji warto oprzeć o rzetelne źródła, aby krytycznie oddzielać mity, identyfikować możliwe przekłamania lub poznawać legendy i bajki, które rzeczywistość ubarwiają, ale niekoniecznie oddają prawdę.¹ A tych źródeł pisanych, wbrew pozorom nie brakuje. Ormiańskie, arabskie, muzułmańskie i gruzińskie zapisy dziejów lub ich szczątków datuje się najdalej na początek chrystianizacji, czyli około piątego wieku.

Gruzja przyjęła chrześcijaństwo prawdopodobnie około 330 roku. Czyli przed Konstantynem i jako drugi, po Armenii, kraj w świecie. Wiele ciekawych legend i podań zapisano w pierwszych dziełach literatury gruzińskiej. Między słynnym utworem Jakuba Curtaweli „Męczeństwo św. Szuszanik” z VI wieku a „Nawróceniem Kartlii” z X wieku mamy wysyp literatury ascetycznej, mnóstwo żywotów świętych i historii mniej lub bardziej wykrzywiających dzieje tej części Kaukazu. Dopiero w XIII wieku przychodzi czas zebrania tych arcydzieł w całość pod nazwą „Kartlis Tshovreba”(Historia Kartlii). Na przełomie XII i XIII powstaje prawdopodobnie najsłynniejsze dzieło literackie Gruzji „Rycerz w tygrysiej skórze” (gruz. Vepchis tkvaosani) Szota Rustaweli.

Z eposu przetłumaczonego też na język polski (pierwsze wydanie mieliśmy w XIX wieku) dowiadujemy się o bogatej kulturze duchowej i materialnej Gruzinów. Przekład dużych fragmentów „Witezia” (jak czasem nazywano ten utwór) dokonany przez Konstantego Rdułtowskiego ukazuje się w Wilnie w 1830 roku. I jest to pierwsze tłumaczenie europejskie!

Ponoć tłumaczenia „Rycerza” dokonał też polski poeta Kaukazu Tadeusz Łada-Zabłocki. I tutaj mała dygresja. Praca krytyczno-literacka Łady-Zabłockiego pt. „Poglądy na historię literatury gruzińskiej”, jego przyjaźń z Michałem Tumaniszwilim, znajomość z Mikołajem Barataszwilim, a także ponoć z samym Aleksandrem Czawczawadze, wskazują na ten trop. Jakżeby poeta, erudyta swojej epoki, witebski wędrowiec, etnograf białoruskiej kultury, tłumacz poezji gruzińskiej, nie podjąłby choćby próby przekładu najważniejszego arcydzieła tej literatury? Zwłaszcza, że nauczył się czytać po gruzińsku. Ale ponieważ zmarł podczas epidemii cholery w wieku zaledwie 36 lat nie dane nam jest cieszyć się jego niedokończonymi dziełami. Ciekawego literacko przekładu dzieła Szoty Rustaweli dokonał też w XIX wieku Kazimierz Łapczyński, etnograf, biolog, inżynier, który na Kaukazie służył w wojsku carskim kilka lat. Fragmenty eposu pod tytułem „Tygrysia skóra”, ukazały się nakładem Biblioteki Warszawskiej w 1863 roku.

Bohdan Baranowski zauważa w swoich pracach, że stosunki Gruzji z Rzeczpospolitą datują się prawdopodobnie na wiek XV.² Jak pamiętamy, wówczas połączone państwo polsko-litewskie (ściślej: drużyny Wielkiego Księcia Witolda) dociera do brzegów Morza Czarnego. Przez około 100 lat Rzeczpospolita Obojga Narodów miała dostęp do tego akwenu z małego portu Chadżibej (dzisiejsza Odessa). Już ponoć wówczas istniały zaczątki polskiej floty czarnomorskiej. A na dwór Jagiellonów do Krakowa przybywały poselstwa gruzińskie z propozycją wspólnych akcji antytureckich. Polscy geografowie wspominają o Gruzji już w XVI i XVII wieku. Np. orientalista i podróżnik Stanisław Otwinowski. W pierwszej połowie XVIII wieku pisał o Gruzji przebywający przez wiele lat na Kaukazie jezuita o. Tadeusz Krusiński. Jego traktaty, tłumaczone na liczne języki, były najpoważniejszym źródłem informacji o tym kraju dla europejskiego czytelnika.³ Po II wojnie światowej mamy pełne i krytyczne wydania tłumaczeń eposu Rustawelego, dokonane przez Igora Sikiryckiego (z 1960, wznowione w roku 1978) i Jerzego Zagórskiego (pierwsze z 1976 i ostatnie z 1983 roku).

Bliższe kontakty kulturalne między Polakami a Gruzinami nastąpiły w XIX wieku. W konsekwencji zagrożenia tureckiego i zawarcia Traktatu Gieorgijewskiego (1783) Gruzja weszła w skład imperium rosyjskiego. Wtedy też na Kaukaz zaczęli licznie przybywać Polacy. A to służąc w armii carskiej, a to w administracji, jako inżynierowie i nauczyciele, czy też wysyłani tam karnie, jako żołnierze armii carskiej, odbywający „pokutę” za swą polityczną działalność. Taki los podzielił Łada-Zabłocki, Gralewski i wielu innych. Otrzymując w trudnej służbie w górach Kaukazu najniższy stopień oficerski można było się starać o zwolnienie. I wielu naszych rodaków dlatego spędzało tu długie lata, goniąc po górach kaukaskich buntowników. Niektórzy zostawali po odbytej służbie na stałe, część umierała od chorób zakaźnych. Ale byli tacy, co zakochiwali się w urodziwych pannach i zostawiali tam swój materiał genetyczny, co do dzisiaj skutkuje opowieściami – w gruzińskich rodzinach – o polskich przodkach. I w tym właśnie kontekście warto nadmienić, że na odrębną barwną obyczajowo opowieść zasługuje historia Alberta (Wojciecha) Potockiego herbu Szeliga i jego przygody na Kaukazie. Dość wspomnieć, że pełnił funkcję pomocnika Woroncowa – namiestnika Kaukazu, ale zjednywał sobie także wielu gruzińskich przyjaciół w środowiskach inteligencji.⁴ W Gruzji, jako prowincji imperium rosyjskiego, znalazło się wówczas wielu polskich literatów, grupa ta nazywana „kaukazczykami” odegrała ważną rolę nie tylko w polskiej, ale także rosyjskiej i gruzińskiej historii literatury XIX wieku.⁵

Do pierwszych polskich relacji o Gruzji zaliczyć można opisy podróży jezuity o. Józefa Suryna (tego od Matki Joanny od Aniołów z Ludynia, na kresach Rzeczpospolitej).⁶ Najobszerniejszy i najbardziej kompetentny opis Gruzji dał przebywający tam przez lat kilkanaście w połowie XIX wieku Mateusz Gralewski (pierwsze wydanie 1877).⁷ Na terenie Gruzji przebywał również Władysław Sieroszewski, który był gorącym przyjacielem Gruzinów i bardzo wysoko oceniał walory gruzińskiej literatury. Ogłosił tekst pt. „Daleki kraj, o którym wiedzieć coś trzeba – Gruzja”.

Ale wszystko to tylko jakaś mała dygresja w stosunku do jeszcze głębszej historii Gruzji. O ile dzisiaj z podziwem mówimy o przyjęciu chrześcijaństwa przez Gruzję w IV wieku to tylko dlatego, że dzieje naszego kraju są dużo młodsze. Kiedy w Gruzji istniały już akademie, klasztory, wysoka kultura rolna, technologie uprawy winorośli, produkcji i spożywania wina, gdy budowano kamienne katedry to nad Wisłą i Wartą zaledwie stawiano drewniane grody i dojrzewano do jakichś pierwotnych form życia państwowego.

Chrześcijaństwo dociera na ziemie gruzińskie już w II stuleciu poprzez greckie kolonie nad Morzem Czarnym oraz z terenów Anatolii i sąsiedniej Armenii, która przyjęła chrzest w końcu II stulecia, najpóźniej w 317 roku. W życiu kościoła gruzińskiego mówi się o dwóch apostołach, którzy swoją stopę postawili na tej ziemi. Święty Mateusz i św. Andrzej. Pierwszy miał ponieść męczeńską śmierć w okolicach twierdzy Gonio (Apsys) lub Petry, obie znajdują się w okolicach dzisiejszego Batumi (nota bene, w Gonio trwają dziś intensywne prace naszych archeologów z Uniwersytetu Warszawskiego). Fragment stopy św. Andrzeja – w specjalnym relikwiarzu, wystawionym na widok publiczny – można obejrzeć w katedrze, w dawnej stolicy Gruzji Mtskhecie (Sveti Tskhoveli). To tam król Iberii Mirian III, władca wschodniej Gruzji ochrzcił się ponoć w 337 roku. Inne świadectwa mówią, że było to wcześniej. Iberyjski król Mirian III miał się przekonać do nawrócenia po uzdrowieniu jego żony przez niewolnicę z Kapadocji imieniem Nino, która wówczas głosiła ewangelię na terenach Iberii. Dziś święta Nino jest jedną z najważniejszych świętych w kościele gruzińskim.

Jerzy Rohoziński skłania się ku opinii niektórych historyków, że z tą legendą o świętej Nino nie było tak do końca, jak w oficjalnej wersji. O nieprawdziwości i nieautentyczności tej postaci ma świadczyć fakt, że jej kult rozwija się na terytorium obecnej Gruzji dopiero po X wieku. W szóstym wieku, chrześcijaństwo zostało oficjalnie uznane w Lazyce (Egrisi) – ówczesnym państwie zachodnio-gruzińskim, które było sukcesorem Kolchidy. A to przecież Kolchida była miejscem „pielgrzymek” argonautów w dalekiej starożytności. To miejsce, gdzie znajdowano w górskich potokach kawałki czystego złota. Legenda o tym rozchodziła się po całym obszarze wokół trzech mórz – śródziemnego, czarnego i kaspijskiego.

Złote runo

Długo się zastanawiałem nad pojęciem „złote runo”. W języku polskim oznacza prawie tyle co zbiór, żniwo. A przecież chodziło o technikę wyławiania złota z tych górskich potoków. Na wełnie z młodych owiec zanurzonych w wodzie osadzały się drobinki złota. Taka skóra suszona na słońcu z okruszynami złotego kruszcu musiała robić piorunujące wrażenie. Potem wystarczyło strząchnąć na płachtę rozłożoną na ziemi i całe złoto było pod stopami. Legendy o tym docierały bardzo daleko. Marzenie o bogactwie i sławie uruchamiało wyobraźnię, powstawały opowieści i przekazy, które potem przetworzone odnajdujemy w literaturze ludów i narodów zamieszkujących cały ten wielki obszar. Tak samo jak legenda-mit o potopie, wędrujący setkami, tysiącami kilometrów między Chorezmem a Babilonem, między Niniwą, Damaszkiem a Jerozolimą. Bo przecież z dzisiejszej Gruzji do Ur, Niniwy, Babilonu, Damaszku nie tak daleko. W prostej linii około 1500 km. To chyba bliżej niż do Aten.

A właśnie, nie zapominajmy o Chorezmie. Wielkim państwie na południe i wschód od terenów dzisiejszej Gruzji, gdzie przez kilka wieków panującą religią jest zaratusztrianizm. Narody perskie i z Persami spokrewnione wpływać musiały setkami, a może i tysiącami lat na kształtowanie się wyobrażeń ludzi zamieszkujących obszar półksiężyca między dorzeczem Eufratu i Tygrysu a ziemiami Semitów – późniejszym państwem Fenicjan czy Izraelitów.

Jakich wyobrażeń? Otóż tych podstawowych. Na przykład: jak wyglądał początek świata (Enuma Eiisz), jakimi herosami byli dawniej królowie i władcy (Gilgamesz)? Jak należy żyć (Kodeks Hammurabiego a później kamienne tablice Mojżesza)? Oraz jak dążyć do zbawienia (bo manicheizm ma pochodzenie perskie i wpływy tego maksymalizmu chrześcijańskiego widoczne są do dzisiaj choćby w ascetycznym modelu funkcjonowania kościoła gruzińskiego i ormiańskiego). Dla pewności, że tak jest warto udać się do klasztorów wykutych w skałach na pustynnych obszarach wschodniej i południowej Gruzji. Szkicując mapę źródeł (geo-ideową) naszej cywilizacji nie wolno jeszcze zapomnieć o Hetytach i wielkiej Anatolii. Zatem jeżeli Mirian III był tak silnym władcą Iberii to skądś się wziął, jakieś pokolenia na to pracowały. Uważa się, że pochodził z dynastii Chosroidów – perskiego pochodzenia. Inaczej zaczynam patrzeć na irańskie wycieczki tłumnie przyjeżdżające do Gruzji. Oni też szukają korzeni swojej historii. Mit kresów w Teheranie?

Dzięki religii chrześcijańskiej król Iberii mógł walczyć o niezależność, pośrednio z wpływami zaratusztriańskimi i Persją, a dokładniej z jej władcami i kapłanami. Wielowiekowe procesy wpływania danej religii na wyobrażenia i strukturę społeczeństw, sposób funkcjonowania gospodarki to fascynująca dziedzina antropologii, która uzupełnia naszą wiedzę o cechach narodu i jego aksjologii. Dość powiedzieć, że postępy chrześcijaństwa na ziemiach gruzińskich były różne w zależności od regionu. Na przykład trudno dostępne regiony północnego Kaukazu (Tuszetia czy Chewsuretia) stanowiły przez wieki azyl dla wyznawców dawnych wierzeń i dopiero w II tysiącleciu tamtejsi górale przyjęli nominalnie chrystianizm. A i do dzisiaj utrzymują się przecież w Swanetii czy Tuszetii elementy obrzędów pogańskich, gładko wpisanych w lokalny koloryt etnograficzny.

Zatem skoro w greckich mitach mamy mit o Medei, żonie Jazona, to znaczy, że intensywne kontakty ze światem śródziemnomorskim, czyli z tak zwaną Europą antenaci dzisiejszych Gruzinów musieli mieć w I tysiącleciu przed Chrystusem.

Kiedy zaczynam głębiej wchodzić w naukę języka gruzińskiego, nakładając na to swoje intuicje dotyczące przenikania się tych wszystkich kultur i tradycji, dochodzę do wniosku, że Gruzja to jakiś appendix wszystkich tych cywilizacji razem. To miejsce – schowane pod Kaukazem – gdzie zbiegły się i zachowały, czasem w archetypicznej formie, szczątki ideograficzne, dźwiękowe, wyobrażeniowe zaginionych cywilizacji. Zatem Gruzja to wyrostek robaczkowy (appendix) tego wielkiego organizmu, z którego wyrasta nasz dzisiejszy świat euro-atlantycki.

Jeszcze jeden trop tych głębokich związków to język właśnie. Gruziński należy wprawdzie do odrębnej grupy języków kaukaskich. Ale przecież widać tu ślady wpływów języków indoeuropejskich. Odkrywają to na co dzień współcześni Europejczycy, Irańczycy czy Rosjanie. A dochodzi do tego jeszcze wpływ języka tureckiego. Między tym imadłem kulturowym tkwi i rozwija się od ponad tysiąclecia wysoka kultura gruzińska.

Kto od kogo co przejął? To jałowa dyskusja? Kiedy poznaję niektóre słowa gruzińskie odnoszę wrażenie, że odbija się w nich ślad jakichś wyobrażeń o świecie, życiu i śmierci. Pierwsze z brzegu słowo tavisupleva – wolność. Co przy dosłownym przekładzie poszczególnych składników tavi sobie, upali – bóg. Sobie bogiem? Albo słowo śmierć, które po gruzińsku brzmi gardacvaleba. Dosłownie oznacza przechodzenie/przejście (w domyśle: w inny stan). Wiara w reinkarnację? Bo ślady wzajemnego przenikania się kultur, wierzeń są i tego nie da się zatrzeć. Słychać jak się mówi, widać jak się czyta.

Skoro tak jest dzisiaj, to dwa, trzy tysiące lat temu, może jeszcze dawniej, zalążki gruzińskiego mogły się ukształtować pod wpływem (interferencji) języków indoeuropejskich – anatolijskich (wymarłych), tracko-ormiańskich, helleńskich. A jeżeli tak blisko do Ur, Damaszku i Jerozolimy to wpływ języków semickich (arabski, hebrajski, aramejski) wydaje się aż nadto oczywisty. Nawet jeżeli to tylko zwykłe sąsiedztwo i normalne przenikanie się kultur, to i tak jest to fascynujące. Zwłaszcza kiedy odkrywa się w gruzińskim tyle egzotyki: szmerów Mezopotamii, zawodzących jęków Jerozolimy, gardłowych dźwięków arabskiej pustyni, melodii ormiańskich pieśni i irańskich modlitw.

Ja to wszystko słyszę, choć nie do końca jeszcze rozumiem. Może mam zbyt rozbudowaną wyobraźnię, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że dotykając historii Gruzji – tej bliskiej i bardzo odległej – dotykam głęboko zakopanych artefaktów, skarbów współczesnej cywilizacji. Tbilisi, 30 lipca 2017 r.

1 J. Rohoziński, Gruzja, wyd. Poznańskie, Poznań 2016; zob. także D. M. Lang: Dawna Gruzja. Warszawa, PIW, 1972;
2 Zob.:http://www.eduteka.pl/doc/gruzja-a-literatura-polska (dostęp 29.07.2017), gdzie znajdujemy interesujący zestaw współczesnej literatury opisującej te relacje : B. Baranowski, Znajomość Wschodu w dawnej Polsce do XVIII wieku, Łódź, 1950; M. Inglot, Polacy piszący na Kaukazie w 1 poł. XIX w. Pamiętnik Literacki, 1957 z. 2; Katalog rękopisów ormiańskich i gruzińskich, pod red. E. Słuszkiewicza, Warszawa 1958; M. Żywow, Polscy poeci „kaukascy”, w: „Pamiętnik Literacki” 1959 z. 3/4; J. Reychman, Ze stosunków literackich polsko-gruzińskich w XIX w., „Przegląd Humanistyczny”, 1961 nr 3; S.J. Rawicz, Żyzri i tworczestwo polskogo poeta Tadeusza Łada-Zabłockiego w Gruzii,Tbilisi, 1971; J. Reychman Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX w., Warszawa 1972; B. Baranowski, Z dziejów polsko-gruzińskich stosunków kulturalnych z połowy XIX wieku, Annales UMCS. Sectio F vol. 29 (1974); W. CHITARISZWILI-OCCHELI Polsko-gruzińskie związki literackie w XIX w. (do 1917), „Przegl. Hum.” 1977 nr 2; też Rola kultury rosyjskiej jako ,,pośrednika ” w rozwoju polsko-gruzińskich związków literackich XIX w., Studia Polono-Slav.-Orient. 6 (1980).
3 De Georgianis (fragm. Tragica vertentus belli Persici…), na podstawie tłumaczenia oryginalnego druku (BN, Stare druki, nr XVIII, 3, 1246), przekł., opr. D. Kobalija, „Pro Georgia”, nr 2/1992.
4 C. K. Norwid poświęca Wojciechowi Potockiemu wiersz pt. Pamięci Alberta Szeligi hrabi Potockiego – pułkownika zmarłego na Kaukazie;
5 Zob. M. Filina, D. Ossowska, Losy Polaków na Kaukazie, Tbilisi 2015;
6 Zob. A. Woźniak, Kultura ludowa Gruzji w relacjach polskich do początku XX wieku, w: „Etnografia Polska” t. XXVII z. I ss. 297-320; dostępne cyfrowo: http://cyfrowaetnografia.pl/Content/1007/Strony%20od%20EP_XXVII_z1-13_Wo%C5%BAniak.pdf (dostęp: 29.07.2017);
7 Zob. M. Gralewski, Kaukaz. Wspomnienia z dwunastoletniej niewoli, Poznań 2015;