Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Polska dla wypłacalnych?

Piotr Ikonowicz

Nędznicy Victora Hugo – Ilustracja do książki Antoni Uniechowski

Pani Teresa Janusiewicz z Puław, lat 88 ma utracić mieszkanie z powodu długu w wysokości 9.500 zł. Jej pasierb, który wygrał sprawę o zachowek w kwocie 20 000 zł, prowadzi bezlitosną egzekucję. Najpierw komornik zabrał z konta oszczędności przeznaczone na pogrzeb i grób w kwocie 10 000 zł. Potem regularnie ściągał z jej emerytury 250 zł (1/4), ale i to wydało mu się za mało więc wczoraj miało dojść do oszacowania mieszkania, które pani Teresa zajmuje wraz z 51 letnim, niepełnosprawnym synem. Jest to wstęp do licytacji mieszkania za dług w wysokości 9.500 zł.

Trwa zrzutka na dług pani Teresy. Mamy 30 dni, żeby zgromadzić całą sumę. Udało się też przekonać komornika, aby nie dokonywał opisu i oszacowania, bo pomnożyłoby to koszty, które kobieta ponosi, co przy jej skromnych dochodach nie ma sensu. Pomysł, żeby zlicytować mieszkanie za tak stosunkowo niewielką kwotę długu jest nieracjonalny, ale niestety zgodny z prawem. Podejmowano już próby by zmienić przepisy, które pozwalają zlicytować jedyne mieszkanie z powodu symbolicznych kwot zadłużenia. Niestety wysiłki te spełzły na niczym.

Ten sam komornik, który nie ma problemu z licytowaniem dachu nad głową starej kobiety, zwykle okazuje się bezradny, kiedy trzeba wyegzekwować zaległe wynagrodzenie czy dług alimentacyjny.

Tak się jakoś składa, że system windykowania i egzekwowania należności działa skutecznie tylko wobec słabszych, samotnych matek, niewypłacalnych lokatorów, nieopłaconych pracowników, którzy nie mają z czego płacić rachunków. Broniliśmy nieraz przed eksmisją samotne matki, których dług czynszowy był kilkakrotnie niższy niż zaległości alimentacyjne ojca dzieci. Broniliśmy przed wyrzuceniem z mieszkania ludzi, którym nie zapłacono za pracę. Ale nikt nie pytał, dlaczego nie macie na czynsz? Ostatnio nawet sądy, urzędnicy i życzliwi radzą dłużnikom, żeby wyjechali zagranicę zarobić na długi. A to by znaczyło, że dla części z nas już miejsca w Polsce nie ma.

W Gdańsku podczas procedury upadłości konsumenckiej sąd zapytał dłużnika, dlaczego nie pojechał do pracy do Niemiec, żeby zarobić na spłatę zadłużenia. W stulecie Niepodległości warto zadać pytanie czy Polska jest dla wszystkich czy tylko dla wypłacalnych?

Kiedy siedziałem w areszcie za blokowanie eksmisji poznałem człowieka, którego skazano za „wyłudzenie kredytu”. Prowadził wraz z kolegą firmę hydrauliczną. Kiedy nawalił im samochód, musieli wziąć kredyt by kupić drugi. Ponieważ klienci zalegali z płatnościami, ten, który wziął na siebie pożyczkę zalegał z ratami. W tym czasie kolega zniknął razem z samochodem. W ten sposób człowiek trafił do więzienia. W naszych więzieniach jak w czasach Karola Dickensa masa ludzi siedzi za długi. To są biedacy, którzy nie powinni spędzić w areszcie ani jednego dnia.

Reklamy


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Moje osobiste wspomnienie o Andrzeju Lepperze

Piotr Ikonowicz

Andrzej Lepper

Tego samego dnia, chowano Andrzeja Leppera i pokazywano w telewizji Leszka Balcerowicza. I kiedy tak słuchałem wynurzeń o konieczności dalszych wyrzeczeń ze strony tych, którzy zwykle muszą się wyrzekać, żeby Balcerowicz i Gugała mogli jeszcze więcej konsumować, szlag mnie trafiał, bo wiem, że na trybunie sejmowej nie pojawi się już ten, który jakże słusznie wzywał Balcerowicza do odejścia.

Zaproszenie przez zakochanego we władzy kapitału redaktora Gugałę Balcerowicza do programu akurat w dniu pogrzebu jedynego skutecznego obrońcy ludu wydało mi się bezczelnością i przesadą. Trudno. Odszedł nie ten, co trzeba, ale Gugała mógł uszanować zmarłego i jeszcze jeden dzień zaczekać.

W kraju wielkiego strukturalnego bezrobocia Balcerowicz i cała masa innych cwaniaków spod znaku Lewiatana, BCC, Centrum Adama Smitha, mają tylko jeden pomysł na uzdrowienie finansów publicznych. Stopniowo likwidować finanse publiczne na rzecz finansów prywatnych. Dziurę budżetową można zatkać na dwa sposoby. Albo podniesiemy podatki tym, którzy mają za dużo albo ograniczymy wydatki socjalne na pomoc tym, którym nie starcza na życie. Dla liberałów życiem ponad stan nie są milionowe pensje bankowców, tylko wypłacanie zasiłków bezrobotnym. Bo podobno im więcej wyszukanych dań znajdzie się na stole bogaczy, tym więcej okruchów skapnie pełzającym pod stołem biedakom. Kawior podobno zaostrza apetyt. A im większy apetyt, tym większa przedsiębiorczość. Im głodniejsi obywatele, tym chętniej podejmą pracę na umowę śmieciową albo bez umowy za pieniądze, które wprawdzie nie wystarczą na zapłacenie rachunków i utrzymanie rodziny, ale pozwolą przez jakiś czas jeszcze nie przymierać głodem. Liberalne państwo Balcerowicza, tnąc wydatki na pomoc najuboższym, zmusi obywateli, by podejmowali niewolniczą pracę za wynagrodzeniem o wiele niższym od płacy minimalnej. W Polsce jest kilkanaście procent pracujących biedaków (working poor) – ludzi, którzy mając pracę nie mogą związać końca z końcem. W Stanach jest ich ponad 30 %. I co? I USA pogrążyły się w kryzysie, z którego mogą już nie wyjść. Bo im więcej ludzi biednieje, im są biedniejsi, tym słabsza gospodarka. I w stronę takiej właśnie słabej gospodarki i słabego państwa biednych obywateli pcha nas rzecznik bogaczy i pasożytów, pasożytniczych funduszy emerytalnych, Leszek Balcerowicz.

W dniu, kiedy Andrzej Lepper rozpoczynał swą pierwszą kadencję jako poseł, mój mandat poselski właśnie wygasał. Zadzwoniłem więc do Andrzeja, by mi pomógł zablokować eksmisję samotnej matki z małą córeczką na bruk. Nie tylko pomógł, ale zrobił to z właściwym sobie wdziękiem. Oto co powiedział komornikowi: „Szacunku trochę dla posłów Rzeczpospolitej Polskiej! Idź pan stąd i nie denerwuj ludzi. Idźże stąd człowieku, ty naprawdę wstydu nie masz, takim zawodem się zajmować, ludzi usuwać na bruk, łobuzie jeden!” W maju 2004 r. Lepper wyznał: „Polityk taki jak ja musi dbać o dwie dziedziny: więziennictwo i szpitalnictwo. Prędzej czy później trafi w jedno z tych miejsc.”

Teraz, kiedy mamy już prawo głosować, liberałowie, ci miłośnicy wolności, zrobią wszystko, żebyśmy nie mieli wiedzy potrzebnej, aby ze swego prawa obywatel mógł zrobić rozsądny użytek. Póki jesteśmy ślepi i głusi możemy do woli korzystać z naszych demokratycznych praw. Biada jednak temu, kto ujawni prawdę. Ba, temu, kto prawdę wygłosi publicznie. I co mu zarzucą? Korzystanie z prawa do wolności słowa, do informowania opinii publicznej? Nic podobnego. Ktoś taki zostanie natychmiast pojmany i oskarżony o jakieś ohydne, pospolite przestępstwo. Np. o gwałt. Czyż nie tak jest z Assangem? I podobnie było z Lepperem. Lepper śmiał powiedzieć z mównicy sejmowej, że władza kradnie. Wszyscy to wiedzą, ale jemu się dostało. Dostało mu się, bo nie umiał tego udowodnić. Kiedy sąd oczyścił go z zarzutów w tzw. seks aferze, przeczytałem tytuł w gazecie: „Lepper na razie wolny”. Kiedy Samoobrona próbowała wrócić do tego, co jej przyniosło największe sukcesy, do blokad, prokurator zadzwonił do Leppera i ostrzegł, że jeżeli pojawi się na jakiejś blokadzie to każe go zamknąć, ale nie za blokady, tylko w sprawie Anety Krawczyk. Gdy rozmawiał z mediami pozwalano mu mówić tylko o tym, czy się nie boi, że za swe „straszne zbrodnie” trafi w końcu do więzienia.

Lepper był winny tego, że w sposób nieskrępowany, swobodny i bezczelny mówił to, co myśli, nazywał rzeczy po imieniu. Lepper miał jednak na sumieniu jeszcze większe przestępstwo. Udowodnił, że skromni, zwykli ludzie dotychczas niewidzialni dla politycznej elity, mają prawo głosu i mogą aspirować do współdecydowania o losach państwa. Tego było za wiele. Trzeba było chamstwo zagnać z powrotem do gnoju. W tej jednej sprawie elity były zgodne. Czuma ze swym zakłamanym raportem z komisji naciskowej szedł ręka w rękę z Ziobrą, który intrygę gruntową uknuł używając służb specjalnych do zwalczania koalicjanta. W zwalczaniu Andrzeja Leppera Tuskowi było dziwnie blisko do paranoika Kaczyńskiego, który z satysfakcją oświadczył, że z chwilą, gdy uczynił Leppera wicepremierem, wysłał za nim szpicli.

Zanim jednak rozpętała się kampania oczerniania i gnojenia, do dobrego tonu na salonach i w mediach należało wyśmiewanie „kmiota”. Lepper dla młodzieży z dużych miast to był synonim obciachu. Opaleni tenisiści i żeglarze z wyższych sfer odwiedzający co drugi dzień fryzjera i manicurzystkę byli „cool”, ale obciachowa była Leppera „solarka” i „zaczeska”. Oni chcieli Leppera takiego, jak na pierwszych blokadach, w waciaku. Lepper w garniturze ich śmieszył i obrażał. Co wolno wojewodzie …itd. Kampania ta, w której ochoczo prześcigali się dziennikarze wszystkich niemal mediów do złudzenia przypominała niesmaczne, inteligenckie kpiny z robotniczego pochodzenia i sposobu wyrażania się Lecha Wałęsy. Różnica jednak polega na tym, że Wałęsa jest głuptasem, a Lepper jak sam o sobie mówił: urodził się inteligentny. Ta wrodzona inteligencja i duża zdolność uczenia się sprawiły, że był trudnym rozmówcą i zapędzał największych tuzów w kozi róg. Przez kilka ostatnich lat nie miał już jednak takiej możliwości. Mógł się tylko bronić.

Los Andrzeja Leppera ma być przestrogą dla wszystkich, którzy chcieliby spróbować walki z niesprawiedliwym systemem, który sprawia, że 30% polskich dzieci nie dojada. Mamy się bać podnieść rękę na przywileje sytych i możnych, jeżeli nie chcemy skończyć tak, jak Lepper. Podobno samobójstwo to dla katolików grzech śmiertelny. Nie wiem. Nie znam się na teologii. Ale jeżeli jest dobry Bóg w niebie, to przyjmie Andrzeja Leppera z otwartymi ramionami!


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Głucha władza

Piotr Ikonowicz

Pan Krzysztof jest osobą niesłyszącą po sześćdziesiątce. Z mieszkania po ojcu został wyrzucony przez siostrę i szwagra za pomocą serii matactw i kruczków prawnych. Wykorzystano bezradność osoby niepełnosprawnej, jego ograniczony kontakt ze światem. Przez jakiś czas sypiał po klatkach schodowych. Wreszcie przyszedł mu z pomocą były sąsiad z warszawskiego Bródna. Przygarnął go w mieszkaniu przy ul. Wilanowskiej w dzielnicy Śródmieście.

Koło spraw mieszkaniowych pana Krzysztofa zaczęła chodzić inna znajoma z Pragi pani Ela. Jednak wystąpienie o wpisanie na listę osób oczekujących na mieszkanie socjalne w Śródmieściu zostało odrzucone, bo w mieszkaniu gdzie bezdomny, niepełnosprawny pan Krzysztof pomieszkiwał kątem, było o jakieś 20 cm za dużo.

Jednak „dobra dusza” uzyskała po rozwodzie prawo do opieki nad dzieckiem. Mieszkanie z „za dużego” zrobiło się za małe. Stąd kolejne wystąpienie o mieszkanie.

Tym razem dzielnica Śródmieście wysunęła inny argument, żeby nie pomóc człowiekowi w potrzebie. Uznano, że pan Krzysztof nie przebywa pod adresem, który wskazał i w którym według poprzedniej decyzji mieszkał, ale było za dużo centymetrów. Oparto się na dwóch próbach zastania go w domu. Dzwoniono i pukano. Nikomu nie przyszło do głowy, że człowiek niesłyszący nie usłyszy pukania i dzwonienia.

Podczas negocjacji w wydziale zasobów mieszkaniowych podnieśliśmy argument, że pracownica socjalna tej samej dzielnicy odwiedza pana Krzysztofa bez przeszkód pod wskazanym adresem. Jednak ona po prostu zna kod do domofonu i umawia się z panem Krzysztofem, dzięki czemu on zostawia drzwi otwarte.

To bezskuteczne pukanie do drzwi niesłyszącego, jako podstawa odmowy udzielenia pomocy mieszkaniowej, jest dość symboliczne dla kontaktów mieszkańców z urzędami w stolicy. Przy czym zwykle to władza okazuje się „głucha”. Na razie ustaliliśmy, że gdy pracownica socjalna potwierdzi kontakty pod wskazanym adresem, pan Krzysztof może zostać wpisany do kolejki mieszkaniowej i czekać. Pytanie jak długo?

Sprawą inwalidy, żyjącego „w świecie ciszy” zajęły się dwie osoby, byli sąsiedzi z Pragi. Człowiek, który go przyjął pod swój dach i pani, która wzięła od niego pełnomocnictwo i trafiła do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Biega po urzędach i walczy.

Czas by pomaganiem mu zajęła się władza samorządowa, która przecież bierze pensje z naszych podatków.