Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Zasiłek to prawo człowieka

Piotr Ikonowicz

Zdzisław Beksiński – Człowiek i cień

Wielu ludzi, którzy przychodzą do nas ze swoimi kłopotami, nigdy nie udało się do pomocy społecznej. Twierdzą, że „jeszcze tak nisko nie upadli” Utożsamiają korzystanie z zasiłków z żebraniem. Wielu z nich wpadło w łapy lichwiarzy, żeby tylko nie przeżyć upokorzenia, na jakie naraziłoby ich skorzystanie z pomocy finansowej państwa czy gminy.

Skąd się bierze ten negatywny stosunek do instytucji, która przecież powstała z naszych podatków, aby służyć osobom w potrzebie? Po pierwsze z dość powszechnego pogardliwego stosunku do ludzi korzystających z „socjalu”, do ludzi ubogich. Istnieje bowiem pogląd, że tylko lenie i pijacy sobie nie radzą. Dlatego klienci Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej często już od drzwi oznajmiają, że nie są patologią, że całe życie ciężko pracowali, a to, że dzisiaj grozi im eksmisja, licytacja mieszkania, odebranie dzieci z powodu złych warunków mieszkaniowych, to wynik nieszczęśliwego splotu okoliczności. Często ci ludzie dają wyraz swej pogardzie dla tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji niejako na własne życzenie.

Fikcja, że w panującym systemie każdy pracowity człowiek „musi sobie poradzić”, a jeśli tak się nie dzieje to jest to wyjątek od reguły sprawia, że ludzie ze wstydu nie kierują się tam gdzie powinni czyli do ośrodków pomocy społecznej.

Jest jednak i drugi powód. W bardzo wielu, jeżeli nie w większości placówek pomocy społecznej pracownicy poniżają ludzi zwracających się o pomoc. Przykład: samotna matka piątki dzieci zajmuje pustostan, żeby wyjść z bezdomności. Przychodzi pracownica socjalna i pyta: gdzie są tatusiowie? Nie wie, że ojciec tej piątki dzieci miesiąc wcześniej zmarł na wylew w Markocie i leżał kilka godzin na podłodze w czarnym worku, zanim odpowiednie służby przyjechały go stamtąd zabrać. I że wdowa dlatego zajęła pustostan, że ta tragedia przepełniła kielich goryczy. Pracownica socjalna zakłada, że wielodzietność jest wynikiem alkoholizmu, złego prowadzenia się i częstej zmiany partnerów. Bo przecież „prawdziwa, bogobojna rodzina nie mogła się znaleźć w takiej sytuacji.” A jednak się znalazła. Bardzo często samotne matki, czy w ogóle biedne rodziny unikają kontaktów z „opieką” w obawie przed wszczęciem postępowania odebrania praw rodzicielskich z powodu biedy.

Twierdzenie, że ludzie ubodzy są sami sobie winni to kłamstwo, w które niestety w wierzy większość niezamożnych Polaków. A to przecież pretekst, żeby im jak najmniej pomagać.

Reklamy


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Zimny wójt

Piotr Ikonowicz

Pani Ewa mieszka z dziećmi w budynku socjalnym w Komorowie pod Warszawą. Od roku jest kłopot z ogrzewaniem. Kominy są wadliwe, zepsute. Dość, że palenie w piecu powoduje wydzielanie się czadu. Dawka w pewnym momencie była tak wysoka, że lokatorka wraz z córką trafiła do szpitala. Po interwencji u wójta i inspekcji budowlanej, kazano jej piece zaplombować i zamontowano w trybie awaryjnym grzejniki na prąd. Pani Ewa i jej dzieci nie zaczadzieją, ale dochody matki, która prowadzi jednoosobową firmę ubezpieczeniową są niskie i nieregularne. Nie stać jej na grzanie prądem.

Jej sąsiad, starszy pan żyje w biedzie. Od 8 lat bez prądu. Kiedy dowiedział się o zagrożeniu czadem z powodu wadliwych kominów przestał palić w piecu i teraz marznie, ale już wkrótce mają mu założyć licznik na prąd. Kto wie, może zdążą przed końcem mrozów. Najgorsze jest jednak to, że on nie ma z czego płacić.

Nie ma dnia, żeby media nie informowały o ludziach, którzy zmarli czy to wskutek wyziębienia organizmu, czy z powodu zatrucia tlenkiem węgla. I ci bezdomni i ci, którzy grzali się wadliwymi piecami zmarli z biedy. Bo bieda zabija. Zabija też znieczulica.

Wójt kiedy go pani Ewa prosiła o remont pieców i kominów w należących do gminy Michałowice budynku, odpowiedział, że ma fundusze, ale ich na ten cel nie wyda, bo „budynek jest nieopłacalny”. Widocznie pan wójt uroił sobie, że na budynkach socjalnych gmina powinna jeszcze zarabiać.

Każdy z nas jest członkiem jakiejś wspólnoty samorządowej. Wkrótce będziemy wybierać i radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Zanim oddamy głos dobrze się dowiedzieć, czy w naszej gminie ktoś zamarzł lub zatruł się czadem, a może spłonął z powodu braku odpowiednich remontów i konserwacji miejskich budynków. I kto jest za to odpowiedzialny. Tym tragediom można było zapobiec przy odrobinie empatii. Pani Ewa i jej córka omal nie straciły życia, bo komuś zabrakło empatii, bo nie rozumie po co jest samorząd.

Od jakiegoś czasu mieszkam na przedmieściu Warszawy, w domu, gdzie ludzie grzeją się piecami. Jest tu niski czynsz, a część moich sąsiadów krząta się po okolicy w poszukiwaniu czegoś, co można by spalić, żeby się ogrzać. Pewnie zatruwają środowisko, ale przynajmniej nie zamarzną.

Józef Czapski – Nędza


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Czerwony patriotyzm

Piotr Ikonowicz

Zdj. Maciej Chwistek

Jestem Polakiem i nic na to nie poradzę. Wielu moich lewicowych znajomych uważa, że to obciach. Bo Kaczyński, bo dewocja, bo nie wszyscy chodzimy do czysta wymyci. A Francuzi mówią nawet pijany jak Polak.

A ja biorę to wszystko na klatę i pocieszam się jak umiem Szopenem (muzyką nie flaszką), Kopernikiem i Januszem Korczakiem. Podczas praktyk robotniczych budowaliśmy ambasadę RFN. (Republiki Federalnej Niemiec) i pewien niemiecki dyplomata częstował nas studentów puszkowym piwem i luksusowymi, zachodnimi fajkami mówiąc, że to prezenty od Willy Brandta. Miałem tego trochę dość, więc poczęstowałem gościa hawańskim cygarem, mówiąc, że to od Edwarda Gierka.

Nie jestem oczywiście dumny z tego, że jestem Polakiem, bo to żadna zasługa się gdzieś urodzić, ale swoją godność mam.

Byłem przelotnie na demonstracji pod Sądem Najwyższym, gdzie królowali „powstańcy”, ludzie w białoczerwonych opaskach, nierzadko nawet umundurowani w nieśmiertelne ubranka „moro”. Mój przyjaciel Adam Sandauer przekonywał mnie, że powinniśmy nawiązać dialog i współpracę ze środowiskami bardziej przywiązanymi do tradycji i wtedy mnie olśniło. Nie tylko prawica ma tradycję, my socjaliści też mamy i też jesteśmy do niej bardzo przywiązani.

Ale kiedy historyk poseł Giżyński rozmawiał w telewizji z Adrianem Zandbergiem to mu zarzucał, że jest pogrobowcem Stalina i obciążał go wszelkimi możliwymi zbrodniami tego okresu. Dlaczego historyk, człowiek skądinąd inteligentny, opowiada takie brednie? On przecież wie, że istnieje bardzo chlubna historia lewicy i jaką rolę lewica, socjaliści odegrali przy walkach o suwerenność naszego kraju. Tylko, że w ramach polityki historycznej PiS lewicową tradycję postanowiono amputować. A to, czego się nie da przemilczeć, tak zdeformować, by było odpychające.

Kiedy w 1987 roku podjęliśmy próbę odrodzenia Polskiej Partii Socjalistycznej nawiązując do Daszyńskiego czy Pużaka zamęczonego przez stalinowców w Rawiczu, było to nie w smak ówczesnej opozycji demokratycznej, gdyż rzekomo rozbijaliśmy obóz solidarnościowy. Pamiętam taką rozmowę z Jackiem Kuroniem, który już od progu zarzucił mi, iż rozsiewam fałszywe pogłoski, że w próbie reaktywacji PPS uczestniczy Jan Józef Lipski i dopiero, gdy mu pokazałem pisany ręką Jana Józefa manifest ideowy PPS, spuścił z tonu. Nie jest też dziełem przypadku, że dla PPS nie znalazło się miejsce przy „okrągłym stole”, mimo, że w gronie kierownictwa naszej partii były takie tuzy opozycji i „Solidarności” jak Lipski, Pinior czy profesor Goldfinger-Kunicki.

Lewicy miało już nie być. A jedyna, jaka pasowała prawicy to była postkomunistyczna SLD, bo ona zajmowała się głównie przepraszaniem, że żyje i ani im w głowie było bronić interesów świata pracy.

Teraz, kiedy za pomocą 500+ PiS rozprawił się z liberałami, zazdrośnie strzeże swego monopolu na reprezentowanie tej części polskiego społeczeństwa, która została najbardziej pokrzywdzona w toku transformacji ustrojowej. Stąd wrzucanie lewicy do jednego worka z liberałami sprowadzając ją do obyczajowej i antyreligijnej kontestacji lub dyskredytowanie w stylu: „wszystko, co lewicowe prowadzi tak czy owak do jakiejś odmiany sytemu, jaki panuje w Korei Północnej”.

My jednak socjaliści, społecznicy nie zamierzamy chować głowy w piasek i wzorem Adriana Zandberga udawać, że deszcz pada, kiedy na nas plują. Jesteśmy tak czerwoni jak tramwaj, którym Piłsudski dojechał na przystanek niepodległość, jak sztandar, który płynie ponad trony, jak pół naszej narodowej flagi i jak krew robotników przelana podczas robotniczej manifestacji w Chicago. Bo czerwony sztandar powstał w ten sposób, że ktoś zamoczył białe płótno we krwi zastrzelonego na demonstracji robotnika i zawiesił na kiju.

Socjaliści byli zawsze ważną, a często najważniejszą siłą w walce o niepodległość kraju. Oczywiście nie marzyli o Polsce obszarniczej i burżuazyjnej, tylko o Polsce równych, wolnych ludzi. Przelewając krew za ojczyznę nie śnili o Berezie Kartuskiej, getcie ławkowym czy strzelaniu przez policję państwową do robotniczych i chłopskich demonstracji. Chcieli i my chcemy Polski dla wszystkich, a nie tylko dla bogatych. I rozczarowali się podobnie jak rozczarowali się robotnicy strajkujący w Sierpniu tą nową Niepodległą, która ma ich za nic. W której zniszczono ich miejsca pracy, żeby jakaś elita mogła się wzbogacić, a obce koncerny przejęły nasz rynek zbytu.

Dziś prawica bezwzględnie zajmuje się zacieraniem śladów chlubnej historii socjalistycznych bohaterów. Próbują zmieniać nazwę ulicy Dąbrowszczaków w Gdańsku. A to byli pierwsi odważni, którzy na frontach hiszpańskiej wojny domowej stawili czoło Franco, a także Hitlerowi i faszyzmowi. W Warszawie wciąż ponawiane są próby zmiany nazwy ulicy upamiętniającej bojowca PPS, Stefana Okrzeję, który za zamach bombowy na komisariat carskiej policji zginął na szafocie w cytadeli. Przy okazji rocznic zagłusza się pamięć o Robotniczych Batalionach Obrony Warszawy, roli PPS WRN i Socjalistycznej Organizacji Bojowej w ruchu oporu i Powstaniu Warszawskim.

A socjalizm, to wielkie marzenie ludzkości, próbuje się zamknąć do krypty z napisem Józef Stalin i komuna. Tymczasem cała myśl socjalistyczna w Polsce przesiąknięta jest ideą prawdziwej demokracji, w której całe społeczeństwo, a nie powiązane z kapitałem często zagranicznym, elity decydują o ustroju i polityce kraju. To nie kto inny jak właśnie socjalista Niedziałkowski proponował zastąpienie Senatu, Izbą Pracy, co znalazło wyraz w programie dziesięcio-milionowej „Solidarności” i koncepcji Izby Społeczno-Gospodarczej. To pod wpływem idei socjalisty, Edwarda Abramowskiego w 1956 i 1980 zbuntowani robotnicy domagali się samorządu pracowniczego. Walka o wyzwolenie narodowe i społeczne znaczona była nie tylko ofiarami, śmiercią, więzieniem i zsyłkami naszych czerwonych bohaterów, ale i głęboką refleksją nad przyszłym ustrojem wolnej Rzeczpospolitej i kondycją ludzką.

Od płaskiego radzieckiego kolektywizmu wyrażanego ideą dyktatury jednej partii dzieliła nas przepaść, bo my propagowaliśmy humanizm socjalistyczny. Doktrynę, która zajmowała się nie tylko inżynierią społeczną na poziomie mas, ale przed wszystkim każdym człowiekiem, jako jednostką.

Wspominając czasy nocy okupacyjnej tak pisał o tym Jan Strzelecki: „Pierwszym z przeżyć i poznań, wywołujących dążność do podkreślenia głębokiego humanistycznego nurtu w ruchu socjalistycznym, było ujrzenie w nim – jakby na nowo – ludzkiej, nie tylko robotniczej sprawy, a raczej sprawy ludzkiej w sprawie robotniczej. To jest – pozornie – niewątpliwy truizm. U większości wybitnych pisarzy socjalistycznych znaleźć można wypowiedzi podkreślające związek tych dwu spraw. Proletariat wprowadzić ma przecież ludzkość w krainę szczęścia i wolności. Ale ludzkość występuje w tym ujęciu, jako abstrakcyjna, wyidealizowana istota, nie jest zbiorem konkretnych ludzi, lecz wyobrażeniem wyabstrahowanych cnót. Jest uciśnioną księżniczką w historiozoficznej bajce. A z historiozoficznymi bajkami czas skończyć, bo tylko zasłaniają rzeczywistość. Nie chodziło, więc nam o ludzkość, chodziło o żywych ludzi, naszych przyjaciół, naszych towarzyszy pracy, znajomych z różnych zespołów okupacyjnego okresu – wreszcie o nas samych”.

Kapitalizm z pozycji lewicowych krytykował prymas Wyszyński, ale i sam Karol Wojtyła, który nie uniknął krytyki idącej z kręgów neoliberalnych, po którą tak chętnie sięga dzisiaj współczesna polska prawica. W przeddzień publikacji jego encykliki „Centessimus annus” ogłoszonej na stulecie przełomowej „Rerum Novarum” Jana XXIII, publicysta Financial Times, pisma londyńskiej City, niejaki Wyles uprzedzał atak polskiego papieża na kapitalizm, twierdząc, że Jan Paweł II ma zsowietyzowaną świadomość, bo wychował się w komunistycznej Polsce.

Wspominam o tym, dlatego, że powodem odrzucenia socjalistycznych ideałów ma być fakt, że jesteśmy krajem wierzących i praktykujących katolików. Byłoby dobrze gdybyśmy byli krajem ludzi czytających i poznających teksty społecznej nauki Kościoła. Między wierzącymi i socjalistami nie ma takiej przepaści jak między jednymi i drugimi a szkołą neoliberalną. I jedni i drudzy stawiają człowieka przed kapitałem. Nie ma powodu, aby między tymi dwoma punktami widzenia świata nie toczył się dialog. W Radzie ds. Przeciwdziałania Bezdomności, którą utworzył Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zasiadają obok siebie siostra Małgorzata Chmielewska i moja żona Agata Nosal-Ikonowicz przewodnicząca Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. A ja nieraz ramię w ramię z wrażliwymi społecznie osobami duchownymi działałem na rzecz ludzi wykluczanych społecznie.

W uproszczonej wizji świata współczesnej polskiej prawicy patriotyzm przybiera postać nacjonalizmu, buduje się go raczej na niechęci do obcych, niż na umiłowaniu Ojczyzny. Jest to skuteczny, ale dość perfidny sposób jednoczenia narodu wokół partii rządzącej. Ostatnio przybrał on formę jeszcze bardziej, jeżeli to możliwe, odrażającego – rasizmu. Ryszard Kapuściński, którego nagrodę nowe kierownictwo PAP próbowało zlikwidować tak pisał o tym zjawisku: „Problem rasizmu to problem kultury. Rasistą jest człowiek bezmyślny. Agresywny sekciarz. Cham. Ludziom, którzy uważają się za coś wyższego, niż są i niż na to zasługują, rasizm jest potrzebny, jako mechanizm dominacji i samo wyniesienia. Jako trampolina, która wyrzuci ich w górę. Ciemny poszukuje jeszcze ciemniejszego, by dowieść, że sam nie jest najciemniejszy. Szuka gorszego, ponieważ chce się pokazać lepszym. Musi kimś gardzić, gdyż to daje mu poczucie wyższości, pozwala zapomnieć, że on sam jest marnością.” Siła prozy Kapuścińskiego polega na tym, że choć nie pisał on o Polsce, jego słowa przywodzą na myśl to, co się dziś i u nas wyprawia. Podobnie jak w czasach internowania wypisałem sobie na ścianie celi jego słowa z „Wojny futbolowej” na temat ciszy, która służy każdej dyktaturze za tarczę.

No, więc dosyć tego wyciszania. Nie pozwolimy amputować społeczeństwu ważnej części jego pamięci historycznej, bo bez lewicowej, socjalistycznej tradycji będziemy tylko na wpół Polakami.