Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Bieda

Piotr Ikonowicz

Maynard Dixon – Forgotten Man (1934).

Pewna pani pozwoliła sobie na uwagę, że „bieda wyklucza mentalnie”. Z tego wniosek, że im kto bogatszy tym bystrzejszy.

Kiedyś bieda wiązała się z analfabetyzmem i niedobiałczeniem, co wpływało na upośledzenie funkcji mózgu. Te czasy mamy na szczęście za sobą. Tymczasem z badań wynika, że duża część inteligencji żyje w ubóstwie. Wiąże się to z prekaryjnymi umowami o pracę i drastycznym spadkiem nakładów na kulturę i naukę.

Ta dyskusja o „głupich biedakach” i „mądrych bogaczach” odzwierciedla bardzo dobrze podział klasowy w naszym kraju gdzie 10% najlepiej sytuowanych zagarnia 40% PKB. Oczywiście, żeby zawłaszczać owoce naszej pracy trzeba pewnego sprytu. Szczególnego rodzaju inteligencji.

Redaktor z TVN-u zapytał mnie na wizji czy warto wydawać pieniądze podatników na leczenie bezdomnych, których rany ropieją i śmierdzą, skoro oni sami wybrali bezdomność, taki styl życia. To było pytanie czy bezdomni są ludźmi. Ono mówi wiele o tym, co myślą ci co mają, o tych, którzy nie mają. Z drugiej strony jest urzędowy optymizm państwowej telewizji, która dostrzega krzywdy tylko wtedy, kiedy może o nie obwinić opozycję.

Pozwalam sobie na pewien mistycyzm, ale faktem jest, że czuję, że mamy przeciw sobie zło. Zło w prawie czystej postaci. Jego przejawem są urągliwe komentarze w Internecie pod wiadomościami o ludzkiej krzywdzie. Obiektami tych brutalnych werbalnych ataków są ofiary, o wiele, wiele rzadziej sprawcy. Autorom tych komentarzy zależy na ugruntowaniu złej opinii o przegranych i usankcjonowaniu zasady, że cel uświęca środki. Często stosuje też trik Goebbelsa polegający na dehumanizacji ofiar. Szczególnie to dotyczy rodziców posiadających liczne potomstwo. Na celowniku były też poszczególne grupy społeczne, które tak jak pracownicy byłych PGR-ów nie dawali sobie rady w nowym ustroju.

Bez tych trolli, nienawistników, bez tego oceanu złej woli i pogardy, polska transformacja mogła się potoczyć mniej traumatycznie. Mogła pociągnąć za sobą mniej ofiar. Jednak żyjemy w rzeczywistości, w której każda podłość znajduje natychmiastowe usprawiedliwienie, a za czyny szlachetne i odważne staje się przed sądem.

Bieda wiąże się z upokorzeniem głównie dlatego, że bogatym udało się narzucić wszystkim swój system wartości. A przecież większość ludzi niezamożnych ma z czego być dumna. Ich życie jest trudniejsze, a jednak jakoś dają radę. To nie sztuka regularnie płacić rachunki kiedy się zarabia krocie.

Słowo „winien” ma dwa znaczenia. Chodzi o to, że jesteśmy komuś winni pieniądze, ale także, że jesteśmy „winni” w sensie moralnym. Niestety te dwa znaczenia są mylone, żeby napiętnować moralnie dłużników.

Większość tych kobiet i mężczyzn, którzy przychodzą po pomoc nie toczy walki, bo kiedyś postanowili żyć intensywnie i szukać przygód. Oni, a zwłaszcza one, znaleźli się w niewłaściwym miejscu i czasie. Wpadli pod koła historii, stanęli na drodze czyjejś żądzy pieniądza, byli miażdżeni przez system chociaż go nigdy nie zaczepiali. Czy jednak heroizm, którego wymaga ich walka o przetrwanie jest gorszej próby, tylko dlatego, że został na nich wymuszony? Nie wydaje mi się. Zwłaszcza, że wielu nie sprostało wymogom konfrontacji z potworem i ulegli, poddali się. W taki czy inny sposób zginęli.


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Ludzie bezdomni

Piotr Ikonowicz

Marek Żuławski, 1963

Państwo S. popadli w długi z powodu kosztów leczenia. Oboje są po siedemdziesiątce. Oboje niepełnosprawni. Mieszkanie im zlicytowano i trafili na ulicę. Miasto Łódź, odmówiło pomocy mieszkaniowej argumentując, że im się ona nie należy, bo ich niepełnosprawność (umiarkowana) to za mało i kwalifikowaliby się do pomocy, gdyby mieli niepełnosprawność znaczną.

Do przytułku nie mogli trafić, bo mają czternastoletniego psa, którego bardzo kochają. Trafili więc na działki do przyczepy kempingowej, której jakieś dobre dusze im użyczyły. Ludzie, którzy przyszli im z pomocą mają z tego powodu wielkie kłopoty. Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego, twierdzi, że w przyczepie mieszkać nie wolno.

Próbowaliśmy się dowiedzieć czy miasto Łódź prowadzi jakieś programy wychodzenia z bezdomności. Otrzymaliśmy odpowiedź, że owszem. Programy te nie polegają jednak na wynajmowaniu bezdomnym mieszkań socjalnych czy komunalnych, a jedynie na przyznawaniu „grantów” organizacjom pozarządowym, od 50 000 zł. do 150 000 zł, na aktywizację osób bezdomnych, rozdawaniu paczek żywnościowych albo mydła. Słowem, jeżeli w Łodzi ktoś trafia na ulicę to najprawdopodobniej będzie bezdomny aż do śmierci.

Nie możemy się z tym pogodzić, zwłaszcza, że szczególnym określonym przez Konstytucje RP obowiązkiem władzy publicznej jest przeciwdziałanie bezdomności (art. 75 Konstytucji RP). W wielu miastach, w tym w stolicy prowadzone są programy wychodzenia z bezdomności, których efektem jest zawieranie z osobami bezdomnymi umów najmu w lokalach należących do mieszkaniowego zasobu gminy. Tymczasem w Łodzi taka droga nie istnieje.

Bezdomność to najwyższy stopień wykluczenia społecznego. Tymczasem przeznaczenie w 2020 roku 140 000 zł. na walkę z bezdomnością w Łodzi ma służyć jedynie zapewnieniu minimum egzystencji i pokrycie opłat za pobyt w schroniskach dla bezdomnych. Człowiek w noclegowni czy przytułku wciąż pozostaje bezdomny. A większość przeznaczonych przez miasto żenująco niewielkich środków i tak skonsumują owe organizacje pozarządowe, które je otrzymają.

W tej sytuacji postanowiliśmy wyruszyć do Łodzi by uratować parę starszych, schorowanych ludzi. Znaleźli się ludzie dobrej woli gotowi pokryć koszty wynajmu jakiegoś pokoju w mieście. Ale na tym nie zamierzamy poprzestać. Będziemy dążyć, aby Łódź wzorem innych miast zaczęła przyznawać bezdomnym mieszkania do wynajęcia.


Dodaj komentarz

Pod rozwagę. Spalam się

Piotr Ikonowicz

Hans Baluschek – Frühlingswind (1923).

Suma bólu, cierpienia, bezsilnej wściekłości powoli nas zabija.

Codziennie w naszej suterenie na warszawskiej Pradze, gdzie mężczyźni żyją 19 lat krócej niż na drugim brzegu Wisły, wysłuchujemy niekończącej się opowieści ludzi, których jedyną winą jest to, że są słabsi, ubożsi, czy nie dość wykształceni, aby skutecznie się bronić przed chciwością, bezwzględnością i okrucieństwem, tych, którzy stoją nad nimi w hierarchii społecznej.

System składa się z przepisów i z ludzi. Przepisy są tak skonstruowane, żeby wyrzucenie poza nawias osoby nie radzącej sobie ekonomicznie mogło przebiegać możliwie szybko i bezproblemowo. Najpierw jest zwolnienie z pracy, choroba, problemy rodzinne, depresja, wypadek, kalectwo, reprywatyzacja budynku, w którym się mieszka od urodzenia, narastające zadłużenie w banku, potem w lichwiarskich firmach pożyczkowych. Przychodzą kolejne pisma od wierzycieli, banków, z administracji, od właściciela kamienicy. Raz uruchomiony mechanizm wykluczenia społecznego bardzo trudno zatrzymać. Bo prawnicy są nie tylko drodzy, ale także nieczuli na krzywdę niezamożnych obywateli. Prawnik i lekarz jest gotów wiele dla was zrobić, pod jednym warunkiem, że macie pieniądze. Dlatego biedni żyją krócej, bo lekarze nie chcą ich już leczyć. Dlatego tak często bezrobocie lub niska płaca pociąga za sobą eksmisję i bezdomność.

Na straży tego zorganizowanego spychania w dół dużej części społeczeństwa stoją sędziowie, komornicy, windykatorzy, urzędnicy miejscy odpowiedzialni za komunalne zasoby mieszkaniowe, samorządowcy, pracownicy socjalni. Większość z nich głęboko wierzy w słuszność systemu, który nie daje słabszym szans. Prośby o gest współczucia, solidarności czy miłosierdzia odrzucają z oburzeniem jako „szantaż emocjonalny”. Chętnie malują obraz bezrobotnego, eksmitowanego, samotnej matki z gromadką dzieci czy rodziny wielodzietnej cierpiących niedostatek a nawet głód w najczarniejszych barwach.

Bieda to dla nich patologia. System wymaga od nich bezwzględności i okrucieństwa. Pracownik socjalny, który po godzinach w odruchu serca pomaga swoim podopiecznym, ukrywa to starannie w obawie przed utratą pracy. Jednak po to, by się nad kimś znęcać, trzeba najpierw uwierzyć, że ofiara jest winna swego cierpienia, jest zła, niemoralna, leniwa, zapijaczona i „dostaje to, na co zasługuje”.

Kiedy rozmawiam z burmistrzem jednej z dzielnic Warszawy o eksmisji matki i dwóch nastoletnich córek do jednoizbowego lokalu socjalnego, w którym nie ma nawet prysznica czy zlewu, żeby się umyć, na dworze jest nieznośny wilgotny upał. Jednak w biurze panuje miły chłód, jaki daje dobrze funkcjonująca klimatyzacja. Pytam, czy wyobraża sobie umieszczenie w takich warunkach kobiet ze swojej rodziny. Elegancki urzędnik ma w oczach wyraz bezbrzeżnego zdumienia. W jego burmistrzowskiej głowie nie mieści się porównanie między jego bliskimi a osobami, które właśnie z uprzejmym uśmiechem skazuje na brak możliwości zachowania minimum higieny osobistej. Czuję się trochę tak, jak gdybym w obecności hitlerowca upomniał się o potrzeby życiowe Żydów. Dla niego i wielu takich jak on te biedne kobiety należą do innej, gorszej rasy i oburza go, że przyszło mi do głowy porównywać je z jego córką czy żoną.

System jednak jest subtelny w sposobie urabiania opinii publicznej. Mimo, iż skonstruowany tak, by produkować społeczne wykluczenie, w ramach PR powołał do życia instytucje, które mają temu przeczyć. Hitem sezonu jest ostatni element tego makijażu, teka Bartosza Arłukowicza, który został ministrem ds. walki z wykluczeniem społecznym. Pewna kobieta zagrożona eksmisją na bruk zadzwoniła do pana ministra, ale dowiedziała się, że nie zajmuje się on wykluczonymi, tylko współpracą z różnymi instytucjami. Tak ją to rozsierdziło, że zagroziła skoczeniem z mostu na oczach zaproszonych dziennikarzy. Po 10 minutach Arłukowicz przemyślał sprawę i oddzwonił podając jej numer do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej.

Codziennie od świtu do nocy zajmujemy się w czynie społecznym sprawami ludzi, których ktoś, kto bierze za to pieniądze, do nas odesłał. Odsyłają Ośrodki Pomocy Społecznej, ministerstwa, nawet pani redaktor Jaworowicz ze „Sprawy dla reportera” zwykła mówić, że „jak pan Ikonowicz nie pomoże, to ona zrobi o tym program”.

Pracowników socjalnych szkoli się w znieczulicy. Tłumaczy im się, że nie wolno się angażować emocjonalnie, bo to grozi wypaleniem. A nas nikt nie szkolił. Jesteśmy ludźmi, wciąż jesteśmy zdolni do empatii i się wypalamy. Bo jak się nie zaangażować przyjmując matkę dwójki dzieci, chorą na raka, której grozi eksmisja, odebranie praw rodzicielskich i która bardziej niż śmierci boi się, co będzie z jej niczego nie przeczuwającymi maluchami? Jak nie dostać szału, kiedy się słyszy, że miasto st. Warszawa usiłuje wyeksmitować na bruk trzech dopiero co osieroconych niepełnosprawnych umysłowo braci, a żeby nie dać lokalu socjalnego, zataja w czasie rozprawy sądowej fakt ich niepełnosprawności?

Kiedy z nimi rozmawiamy. Z tymi panami życia i śmierci, dumnie zasiadającymi w ładnie urządzonych gabinetach, biurach, kancelariach nóż się w kieszeni otwiera. I chciałoby się powiedzieć: ty kanalio, ty gnido, czy ty w ogóle nie masz rozumu, serca, wyobraźni?! Ale musimy inaczej. Bo do tego drania trzeba jeszcze nieraz przychodzić i prosić, przekonywać, naciskać. Mówię więc: panie burmistrzu, dyrektorze, komorniku, ja widzę, że pan ma serce, pan to wszystko rozumie i jak się nad tym dobrze zastanowić to możemy wspólnie znaleźć jakieś dobre, zgodne z przepisami wyjście z trudnej sytuacji…

A kiedy już nie mogę, bo mi się wylewa uszami tłumiona agresja, frustracja i zwykły żal, że tak wielu, mimo naszych starań, musiało utonąć, słucham słów mojego nieżyjącego przyjaciela poety:

Wejdźmy głębiej w wodę… kochani
Dosyć tego brodzenia przy brzegu
Ochłodziliśmy już po kolana
Nasze nogi zmęczone po biegu

Wejdźmy w wodę po pas i po szyję
Płyńmy naprzód nad Czarną głębinę
Tam odległość brzeg oczom zakryje
I zeschniętą przełkniemy tam ślinę

Potem każdy się z wolna zanurzy
Niech się fale nad głową przetoczą
W uszach brzmieć będzie cisza po burzy
Dno otwartym ukaże się oczom

Tak zawisnąć nad ziemią choć na niej
Bez rybiego popłochu pośpiechu
I zapomnieć, zapomnieć… kochani
Że musimy zaczerpnąć oddechu…

(Jacek Karczmarski)