Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Ok. Niech leci

Sas

Daniel Mróz – Koty

Taaa – mozolnie się żyje i nadzieję, tę matkę życia, trzyma się za tyłek, ciągnie i dalej…

Perspektywy poziome lub z górki, do dołu idące. Taaa – wyżej dupy nie podskoczysz…

Czemu nie urodziłem się jako syn dziedziczący zdolności, mamonę, układy zwane przez surwiwalowców „trampoliną” albo nie wygrałem w unijnego lotka jakiejś zawrotnej sumy? Dużo zer i w euro. Czemu? Czemu? W kółko klekam: czemu, czemu?…

Czemu – czemu? – bo nie ma dżemu – podpowiadam sobie z innej rozgłośni, przekręcając gałkę…

A z drugiej strony, jaka bezsiła ściska – że nie tak miało być. I z takiej bezsiły refleksja się rodzi. Czy jest lepszy świat po tamtej stronie, czy Bóg?…

Mój Boże, mój Boże, do pytań mnie skłaniasz, a sam się zasłaniasz… Jeszcze trochę – dosyć wieśniacko – no i koniec…

Koniec – jaki koniec? Nie tak smutno – najpierw niebyt. Nie ma cię a żyjesz. Niebyt nie jest metaforą wysiadki na granicznym peronie czy przystanku życia. A jeśli nawet tak to przez chwilę wygląda, i jeszcze się upierasz przy tym niczym nieodrodny potomek Midasa, to się rozglądnij…

Wrocławski Park Przemysłowy. Siedzisz sam. Nie ma nikogo, ale siedzisz. Przy oknie siedzisz. Wiesz, że to, co widzisz, to ostatni przystanek, a twój zakręcony tramwaj stoi na pętli, ale stoi. To jeszcze nie jest koniec…

OK. Nie koniec. Niech leci.

Z Londynu – żale Sawickiego

Sawicki mówi:
Tato, jestem przed tobą.

(Zbigniew Sawicki umarł 20 października 1998 roku w Gdańsku.)

Wygląda na to, że nic tu po nich

(Paryż, Hotel du Loiret: za oknem ciemnolistopadowy deszcz, łkająca
kompozycja Praisnera, wiatr, mecz piłki nożnej i sygnał karetki.)

Kiedyś, pamiętam z dzieciństwa, patrzyłem na wróble uwijające się wokół gniazda na jabłonce sięgającej mojego okna. Później, pamiętam z młodości, pod tą samą jabłonką znalazłem martwe pisklę świeżoopierzonego lotnika.

Kiedyś, pamiętam, zaraz po tym pisklęciu, obraziłem się na Kitę, bo przez dwa dni z rzędu przynosiła do domu jeszcze żywe, nieporadnie podfruwające w górę sikorki. Następnego dnia poszedłem za nią i zauważyłem, jak wyciągała trzecie, ostatnie pisklę. Po prostu wlazła u Kuchtowej na młodą wiśnię, która w rozczapierzeniu gałęzi kryła dziuplę i mimo ataków dorosłej sikorki, wypełniła swoją kocią powinność.

Nie chodzi o wzruszenie, jakie może towarzyszyć w czasie takiego doświadczenia. Zwłaszcza, że Kitę znów pokochałem, potem znowu się obraziłem, kiedy to pierwszy raz romansowała z trzema okolicznymi kotami. Ach, kochałem, obrażałem się i tak to się plotło aż do jej zaskakującej śmierci.
Teraz mieszkam w mansardowym pokoiku, na czwartym piętrze paryskiego hotelu. Krzywa podłoga, ruchome ścianki działowe, szerokie i zapadające się łóżko. Po całodziennych wizytach zmęczenie. W tym wielojęzycznym mieście odwiedzam groby nieśmiertelnych twórców. Rozsypują się w czasie.

Teraz, w paryskim półśnie cmentarnej sielanki, przypominam sobie Kitę, a przede mną leżą groby nadwrażliwców, którzy wybrali artystyczną stronę pryskającego życia. Wszyscy pochowani – Beckett, Chopin… wszyscy… Wilde… . Coraz bardziej stateczni, cisi. Zupełnie jak Kita, którą ojciec zakopał pod korzeniami wiśni.


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Bez pośredników i Apokalipsa 2019

Sas

Bez pośredników

Melodii na pamięć nie znam żadnej
Śpiewam jak umiem o tym na co wpadnę
I słucham dźwięków by nie zdradzić ucha
Rytmiczna mowa płynie aż spod brzucha
Gotowce łapię atramentem sklejam
Poezja moja mówię to nie ja
To coś co trwa to tu to tam i gra

Rys. Roland Topor

Apokalipsa 2019

Ledwo Słońce wzniosło się nad horyzont i czwarty promień spłoszył jaszczurkę snu, mój żołądek zakrzyknął: Jeść!*

Śnił mi się pochmurny, bezwietrzny dzień. Zbiegając z góry, widziałem ciemną mgłę nad miastem, która przyjaźnie się uśmiechała. Na rogatkach stali poeci owinięci kolorowymi szalikami. Każdy miał prochowiec. W rękach trzymali autorskie tomiki pachnące żółcią i miętą. Poeci zapatrzeni w niebo bekali piwem…

W centrum zadowolonego miasta poeci co dwa metry wyrastali z lepkiego powietrza. Ci byli ubrani różnie. Patrzyli się to w bok, to pod nogi, to przed siebie. Niektórzy siedzieli, inni leżeli, a każdy miał swoją książeczkę. Starsi mieli po dwie, trzy…

Szedłem alejami pełnymi radości. Mijałem zgrzytliwe skrzyżowania. Dzień był przepełniony barwami życia. Ludzie stali, chodzili, mówili, pluli, robili zdjęcia…

Z daleka zbliżała się umówiona godzina. W ręku miałem maszynopis tomiku. No właśnie, po coś tutaj przyszedłem. Po co tu przyszedłem? Dlaczego idę? Zaraz, zaraz, czegoś mi brakuje. Środek dnia, zbliża się pora obiadu, żadnych sklepów tylko kawiarnie i poeci. Oj! Dreszcze zimna. O! Teraz wszystko ciemnieje…

Hej, poeci! Jeszcze raz. Hej, poeci! Niebo zarasta siwymi brodami! Będzie lać i grzmieć! Wyciągajcie parasole, bo mokra poezja osiada na dnie! Poeci!

Błysk! Jeden, drugi, trzeci…

* Ci, którzy duszą w sobie emocje i biorą do serca wszelkie przeciwności losu, w istocie „biorą je sobie” na żołądek i dwunastnicę. Jeśli poza tym palą papierosy, nadużywają alkoholu, jedzą smażone potrawy – z pewnością trafią do gabinetu gastrologa lub chirurga. Chorobę wrzodową ma się na całe życie.


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Kwestia przebaczenia… I pojechali

Sas

*** (Kwestia przebaczenia…)

Kwestia przebaczenia intryguje co poniektórych wyznawców lepszego człowieka od wieków, że tak powiem. I trzeba przyznać, że przebaczenie jako temat graniczny nie było zbyt często oświetlane przez obiektywny reflektor systematologii, a co dopiero należycie prześwietlane wspólnymi wiązkami doświadczeń pokrzywdzonych. Słowem, czar sztuki przebaczenia został niejako automatycznie wpisany w los ideologii moralnych, o których słychać, o których mówią i trąbią głośno ci, którzy przypadkiem czy też zrządzeniem losu, zamieszkali na najwyższych kondygnacjach dzwonnicy – tych prawie sąsiadujących z niemym sercem dzwonu.

Zrozumiałym jest też samo przez się to, że omawiany problem wycisza się wprost proporcjonalnie do odległości niższych, coraz niższych kondygnacji wieży, a na samym dole, przed drzwiami do oświetlanej kosmicznym światłem dzwonnicy, właściwie zamienia się w niezrozumiałe brzęczenie.

Ostatecznie kwestia przebaczenia, przeznaczona do uprawiania, zawracania sobie nią głowy przez nielicznych, traci na swoim ciężarze gatunkowym, wpisywana w mity lub przypowieści o niezwykłych.

Przed drzwiami wszyscy kręcą się wahadłowo albo spiralnie, mając uszy zatkane czym innym – jękami, szlochem, śmiechem. Prawdopodobnie posnęliby lub zapadliby w hipnotyczny trans jednostajności, gdyby nie przytrafiały się trudne do przewidzenia w tak łatwym i jasnym życiu interwały w postaci spadających słów: forgive yourself and forgive your brother and sister!

Ach! jaki rejwach wybucha w takich momentach. Ci, którzy kręcą się tam i tu, zatrzymują się nagle z otwartymi ustami, podnoszą swoje brudne głowy i patrzą w nieznane im niebo. W pierwszych chwilach biegną przed siebie, w kierunku trudnym do przewidzenia. Cóż za harmider nastaje burząc matematyczny ład, ha, jakie niecierpliwe, samorozwijające kolejki tworzą się przed wąskimi drzwiami.

Na szczęście dla zaniepokojonych takimi wydarzeniami mieszkańców wieży, po krótkotrwałym rozgardiaszu odbywającym się w tym uporczywym jednostajnym brzęczeniu, z drżących kolejek zaczyna dochodzić wrzask. Po chwili kolejki rozwiewają się w prawo i w lewo. Wraca melodyjny spokój – cisza brzęczenia.

Sowiecki plakat propagandowy z 1939 r.

I pojechali

Wrześniowe lato zadrgało im w gęstych pasach mgły.
– I pojechali! Machnął z przyzwyczajenia, tym razem nikogo nie było.
Chociaż nie. Jedna stała za słupem i płakała. Ledwo stała.
Wagony, ostatnie spojrzenia i powrót do domu. Skończyło się.
Nie wyszli z mieszkań bez szmeru, w każdym pozostawili niespodzianki.
A niech wam dupy pourywa! Pomyślał, patrząc w oko kuszetki.
I pojechali bracia Słowianie i niech tak zostanie.