Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Ból

Sas

Rys. Felix Nussbaum

Victoria

W bladoróżowym świcie
Kiedy już nic mówić nie trzeba
Kłopotliwy bezruch lekko odcina ciała
Zimna żyletka ani kropli krwi i nie koniec świata
Coś na kształt powietrza odpływa ze mnie
Coś rozbija się o ścianę

Ból dla każdego z nas
Jak różny dla każdego z nas bracie
Kielich w sobie nieskończony
Między tobą a mną
Powtórzmy
Ból dla każdego z nas siostro

Targ niewolników

Poszedłem z obrączkami na targ jubilerów.
– Złoto kupię! Złoo-to!
Wołał do mnie każdy, chciwie patrząc na szyję, z której zwisały czerwone obrączki.
Jeden złapał mnie za serce.
– Odlewam pierścień dla biskupa i widzę go właśnie w tym rdzawym kolorze. To będzie piękna robota – pokazał projekt.

Pozbyłem się ciężaru.
Usiadłem pod drzewem.
Zacząłem strugać fujarkę.

Zleciały się ptaki.
Rozsiadły się cicho i cierpliwie patrzyły.

Konsystencja pamięci

Jej konsystencja jest cieniem świadomości
Przechodziłem przez nią wielokroć
Dla mnie ma ona tajemnicze znaczenie komentatora
Raz będąc gliniarzem zabijającym młodego kibica
Raz będąc dziadkiem piszącym wiersze dla lepszych snów wnuka
Bezsilnym i pogodzonym z tym co nieuniknione
To znowu beztroskim człowiekiem goniącym uciekające ciało

Jej konsystencja przypomina dżem
Niewiele go więcej niż w piąstce wzniesionej przez dziecko
Gdyby się dobrze zastanowić właśnie ona nasącza gwiazdy
W niej bulgoce krew i przepadłe pokolenia
Które tak wiele zła uczyniły tak wiele
Z niej rozwijam myśl coraz słabszy i gorszy

Jej konsystencja jest rozciągliwa w czasie
Jak wyżuta guma pod siedzeniem autobusu
Przykleja się do palców szukających nie wiadomo czego
Kiedy już śpisz w czasie podróży
Kiedy już śnisz

Bywa

Że różowi czy wykrochmaleni
Krąglejsi od kul uderzonych kijem
Niedbałego gracza w podrzędnym z nazwy
I urządzenia klubie

Gdzie zielone płótno naprężonych blatów
Przypomina pola golfowe pod lasem
Toczymy radość niepopartą niczym
Pamięć i zmysłów udrękę z tyłu zostawiamy

I te zderzenia
Dźwięki pękniętego dzwonu
Trwożliwe ucieczki

Nie znaczą więcej niż brud pod paznokciem
Podobne smacznym ćwierknięciom za oknem
Biegają dzieci ktoś tłucze kolano

W górze ślepe Słońce lub bielmo Księżyca


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Dwie recenzjo-impresje

Sas

Portret Marianny Bocian autorstwa Zbigniewa Kresowatego

„Stacja Solidarność” – autorzy: Kamil Dworaczek, Tomasz Przedpełski, wydawnictwo IPN, W-wa 2018, s. 134

Czytając tę książkę uzmysławiam sobie sposoby władzy na powszechny sprzeciw mas robotniczych a konkretnie kolejarzy – głodówka we Wrocławiu i odpowiadam na pytanie: Kto tu kogo robi w konia? I jak? Uświadamiam sobie, że metody tzw. komunistycznej władzy zostały odziedziczone przez ich następców oraz doszlifowane w sensie skuteczności manipulacji tanią siłą roboczą w Polsce.

Akcja zdarzenia – rok 1980 a konkretnie 21 – 17 października.

Ostatnie zdanie z rozdziału pierwszego – trzonu publikacji brzmi: „Głodówka zbudowała poczucie wspólnoty wrocławian i była jednym z aktów założycielskich również wrocławskiej „Solidarności”. (s. 33)

ROBOTNICY  – postulaty
RZĄD – opór/negocjacje
ZYSK – czas

a) ustalenie realizacji większości postulatów rozciągnięte w czasie,
b) niezrealizowanie przez rząd części podpisanych postulatów po upływie (dość istotne) określonego w porozumieniu czasu, np. do postulatu 43 – „w sprawie praw i obowiązków pracowników kolejowych zostanie opracowany do 30 IV 1981 r. i przedstawiony do dyskusji MKP Kolejarzy NSZZ „Solidarność” oraz wszystkich załóg jednostek PKP.” (s. 124)

Wnioski:

Plusy dla rządu

Dzięki takiemu podpisaniu porozumienia rząd zyskuje wygaśnięcie fali energii robotników, bo drugi zryw i zorganizowanie się w powszechnym „nie” jest dużo trudniejszy, bo:

– rozczarowanie wobec wiarygodności rządu (psychika),
– częściowe zadowolenie, bo coś zostało zrealizowane (psychika i żołądek), – zmęczenie potencjalnych strajkujących niekomfortową sytuacją głodówki przy zachowaniu ciągłości funkcjonowania strategicznego dla państwa i jego zaborców transportu kolejowego na trasie ZSRR – NRD (psychika i żołądek).

Minusy (względne) dla rządu

– minusem dla zatrudnionych w rządzie jest utrwalenie wydarzeń w pamięci wielu jej uczestników i ich przekazywanie (prawda jest taka, że i pamięć można zasypać – np. postawić pomnik, nazwać szkołę czy plac jaki albo zasypać nowymi sensacjami, które z postulatami skutecznie się rozjeżdżają – ot taki chwyt zapisany przez Kamana: „Zapalasz radio – poranna wiadomość/ W Chile znowu jest całkiem źle”),
– minusem jest też przypływ nowych, wyniesionych energią protestu ludzi do struktur rządzących (od radnego po posła).

Jednak takich „nowych” można łatwo, banalnie łatwo zaślepić przepychem władzy, zakneblować poczuciem bezkarności, przemeblować stan umysłu poprzez uświadomienie posiadania danego stanowiska z uświadomieniem sobie, że przecież na takim stanowisku to już myśleć trzeba inaczej, w tzw. imieniu dobra państwowego jako tworu geopolitycznego.

Ostatecznie taki protest, jaki został opisany w tej książce rozbił, rozluźnił monopol na władzę określonych rodzin służących interesom wtedy jeszcze zaborcy. Dzięki mądrej walce bez walki prowadzonej pod przywództwem Włodzimierza Badełeka przy wsparciu prawnika Antoniego Lenkiewicza i głodującego z kolejarzami mimo braku zgody swoich szefów księdza Stanisława Orzechowskiego, prawdopodobnie wszyscy oligarchowie związani z PRLowskim rządem, musieli ruszyć dupy, podrapać się po głowie, by dla swoich potomków poszukać innych dobrych prac, co możemy obserwować, jeśli zdejmiemy te ciemne okulary wepchnięte nam na głowy przez trudną, ekonomiczną rzeczywistość.

Książkę polecam tylko tym, którzy chcą zrobić sobie wietrzenie mózgu a reszta niech żyje i na okazje w bankach lub sklepach czeka, pardon – na promocje. Hej!

Marianna Bocian i Jej „Ciągła odsłona” – ostatni tom, nad którym czuwała.

Jestem głęboko przekonany, że to, co możemy nazywać poezją, jest ukryte i nie potrafię opisowo przekonać Ciebie do mego uświadomienia. To się odczuwa, nie do końca wiedząc jak się do tego stanu pewności dochodzi, za to wiedząc jak to doświadczenie wywołane lekturą tekstów szybko mija, pozostawiając po sobie w pamięci tajemnicę i rozpływającą się drogę dochodzenia do niej. Ten, któremu uda się odsunąć czarne chmury rzeczywistości, może poezję zobaczyć. Właśnie próbuję odsłonić poezję obecną w ostatnim zbiorze wierszy śp. Marianny Bocian „ciągła odsłona”, który ukształtowała, ale go już nie zobaczyła…

„Wierna wróżko/ Będziemy razem…”- tak Henryk Skolimowski zwraca się do poetki w wierszu jej dedykowanym. Czytam go na IV stronie okładki tomu wydanego we Wrocławiu w 2003 roku.

Z wyznania Wacława Grabkowskiego, który opracowywał typograficznie i składał jej książkę wynika, że zaczął i naniósł swą ostatnią korektę 4 kwietnia 2003 roku, a 5 kwietnia o 16:00 otrzymał telefon od siostry Poetki z wiadomością, że Marianna Bocian umarła. Zapis, o którym mowa, zrobił dzień później, pewnie pojechał na pogrzeb w Czemiernikach, choć o tym już nie wspomina.

„W człowieku żyje coś, co nie tylko z Ziemi pochodzi. (…)
Nie spieszmy się! – Jeszcze mi zagraj
na harfie słońca pieśń wzrastającego lasu,
odsłaniającą świetlisty wdzięk i urodę ziemskiego bytowania,
na ziemi mojego gniazdowiska – Podlasia. (…)”
(fragment ostatniego w książce wiersza bez tytułu).

Na wykładzie Skolimowskiego ukazującego powiązania nauki z prawami natury, byłem w Kłodzku wiele lat temu. Zostało mi w pamięci kilka spraw. W zrozumiałym języku filozof-poeta wskazywał, że umysł ludzki stanowi część logicznego świata przyrody i przekonywał mnie do tego, że obecnie nauki tak bardzo zdominowały poznanie, że w Naturze szukać należy na nowo siły organizującej nasze życie i tego, co widzimy, czyli kosmosu. Poetka też była obecna na tym spotkaniu z nieodłączną, w sumie ekscentryczną po dziś dzień, długą cygarniczką.

Skończyła technikum młynarskie w Krajence na północy kraju, za Piłą, we Wrocławiu studiowała filologię polską i filozofię. Tak więc mogę zaryzykować – zamiłowanie do przewijających się przez jej wiersze motywów chleba i „z-boża” czy rolnika – oracza, ugruntowywała od wczesnych lat samodzielnego myślenia. Jednak nie była typem człowieka czynu, raczej typem opisywacza tak ważnych dla Ziemi, podstawowych w sensie egzystencjalnym i kulturowym prac, chociaż nie jest to ścisła impresja, bowiem na pamiętnym wieczorze 8 grudnia 2019 roku w KMiL we Wrocławiu usłyszałem, że jeździła na żniwa, pracowała, ścierając skórę rąk razem ze świadczącym o tym i jeszcze żyjącym człowiekiem.

Tak więc nie była odbitką typu Orzeszkowej, która z bryczki czy w jakiś inny sposób obserwowała pracę na roli i tak wieloma epitetami, pięknymi zresztą, tę pracę okraszała. Bywało więc, że się trudziła, kłaniając się Ziemi w pas – raz po raz.

Nie była też typem naukowca-poety, jak wspomniany Skolimowski, który w Kłodzku wygłosił tezę: poezja jest po filozofii najbliżej prawdy. Nie stosowała terminologii często odpychającej czytelników wierszy.

Jako Poetka czuła lub wiedziała, że „(…) najważniejszą rzeczą jest właściwe użycie metafory. Tego jednak nie można się od nikogo nauczyć, gdyż jest to sprawa wrodzonego talentu.” (Arystoteles, „Poetyka”). Zatrzymała się więc na uniwersalnych naskórkach przedstawianych myśli, wiedząc (prawdopodobnie), że jej wiersze, jak u Kochanowskiego, są mini – traktatami poetyckimi, takimi subiektywnymi zapisami człowieka prostego, który widzi, wie, że widzi i dzieli się tym z odbiorcą.

Poetka stosowała niemodne dzisiaj i za jej tak niedawnych czasów wyważenie między jasnością stylu języka poetyckiego a jego odpychającą komplikacją, daleką od mowy potocznej. A mnie nie o modę idzie, która spycha nierzadko dobre lecz „przerośnięte w wydziwianiu” wiersze do muzealnego podziemia, tylko o Poezję twórczyni z nazwiskiem ptaka, zrośniętej z polską kulturą wyśmiewaną obecnie przez popularne elukubracje wierszowe.

Poetka związana z tradycją, swoją świadomością i talentem układania słów, wychodzi poza jej ramy uwspółcześniając starą prawdę o ścisłym związku człowieka i innych cudów życia z Naturą. Jej twórczość nie jest przykładem bezpiecznej, a więc propagowanej poezji natchnionej oderwaniem od świata nieliterackiego. Jest tu taki wiersz „Nowoczesny kanibalizm”, w którym bohaterami są postacie zajmujące się organizacją polowań, urzędnicy związani z dworem – „łowczy”.

„Łowczy zachęcają młodzież do narkotycznych podniet
prostytucję nazywając wolnością seksualną
dostarczając pigułek sterylizujących
dyskoteki powoli mają zastąpić kościół
niepodległość, ojczyznę wpisano w przeżytek historyczny
wszyscy są skazani na nowoczesność życia w elektronicznym lagrze…”

Wiersz zaczyna się przejmującym mottem – z listu Engelsa do Marksa o Polsce – nie zacytuję.

W Poezji Marianny Bocian nie ma polityki, chyba że, jak mówił Napoleon do Goethego, wszystko jest polityką. Ten przejmujący niepokojem wiersz jest dla mnie nie tylko komentarzem do lat, w których żyła autorka i do lat, w których piszę te słowa, ale jest też obrazem poezji ściskającej się z życiem, poezji złej dla rządzących urzędników, poezji trwogi i marnych losów dla „piszącej wbrew” autorki.

„Znicestwić żadnego narodu nikt nie podoła bez współdziałania obywateli tegoż narodu, I to nie bez współdziałania przypadkowego, częściowego, nominalnego, ale bez współdziałania starannego.” C. K. Norwid.

Tym mottem do wiersza umieszczonego na stronie 63 zaznaczam inny temat tomu o nazwie Cyprian Kamil Norwid. Poetka stanęła po stronie Norwida, który przedstawia choćby w słynnym wierszu „W Weronie” swoje stanowisko dotyczące siłowania się dwóch racji. Racji zapominanego języka natury i racji „uczonej”, wygłaszanej przez ludzi ciemnym językiem martwych prawd praktycznych.

Norwid jej Poezji towarzyszy nie tylko w ostatnim tomie. I nie wyłącznie jako inspiracja, aluzja a przede wszystkim jako człowiek szanujący dorobek niescjentystycznych prób zamknięcia w wierszach całego świata, który wie, że prawa naukowe nie mogą „obliczyć” i wytłumaczyć wpływu dziedzictwa natury na człowieka –

„A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I – że nikt na nie nie czeka! „
(„W Weronie”, C.K. Norwid)

A teraz Bocian:

„życie istoty Jednokomórkowej odsłania przed nami
naszą kurczącą się o nas samych wiedzę, choć coraz bardziej
jesteśmy tresowani w wykształceniu
– i może o to właśnie
mniej ludzcy w poznawaniu – intelektem zbłąkani!”
(„to możliwe”, str. 62)

Marianna Bocian wysyła wyraźne sygnały odrzucenia bezwiednego podporządkowywania się nowoczesności, przekonuje, że należy żyć inaczej, by bezkrytycznie nie akceptować każdego nowego „ułatwienia”, propagowanego przez symbolicznych „łowczych”.

I jeszcze jedno je wyróżnia – optymizm! W Jej Poezji jest groza, jest krzyk w imieniu istot, których człowiek nie słyszy i jest niewiarygodna wiara, że ten pojedynek zwycięży „światło Życia” – amen.

„nie zachodzi potrzeba drwienia z tej ludzkiej bezsilności
bo to ona coś z Tajemnicy w człowieku odsłania
by nie lękał się samego siebie w świetle Życia
które w rozwoju może okazać się tak jeszcze zupełnie inne
od naszych wyobrażeń i gromadzonej wiedzy
ta inność
już teraz jest dobrze przeczuwana”
(z wiersza „fakt”, s. 13).

Marianna Bocian, ciągła odsłona, AKWEDUKT, Wrocław 2003, str. 106

Marianna Bocian umarła 5 kwietnia 2003 roku w Radzyniu Podlaskim. Pochowana na Cmentarzu parafialnym w Czemiernikach.


Dodaj komentarz

Lubię małe miasteczka. Nie ta sama

Katarzyna Śrutwa

Stanisław Kamocki – „Kwitnąca łąka”

znów chodzę
nad rzekę

sama
choć nie ta
sama

I rzeka miała
swoje przejścia

w zielonej żyle
pulsuje słońce

niebo krąży
w poszarpanym
korycie krwiobiegu

kamień kosmosu
wciąż patrzy
kryształowym okiem
i podziwia
chłonie świetlistość
zanim spadnie
deszcz
i obmyje go
cisza

pozwalam
pisać ostom

pozwalam
iść drodze

a rzeka płynie
płynie