Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Sos – diariusz. Marzec

Sas

Jacques Burko – podwójny portret pośmiertny

Opowiem o Jacques’u Burko, który mieszkał w Paryżu przy rue de La Rochefoucauld, inżynierze żydowskiego pochodzenia, wykładowcy literatur słowiańskich, poecie, przekładowcy, którego w 2003 roku, po dwóch latach korespondencji spotkałem po raz pierwszy na Gare Montparnasse owiniętego gipsem od pasa w górę i już go nie spotkam, bo umarł. Pamiętam, jak na moje pytanie: co się panu stało? odpowiedział: miałem wypadek, ale obiecałem po pana wyjść, więc jestem. Zanim powiem to, co chcę Wam powiedzieć, przekażę portret, który po Nim pozostał:

xxx

Uchyliłem się raz przed sobą samym
od tego czasu kłamię
mam teraz swoje miejsce
w wielkim gronie groszowych przyjaciół
gładziutki nic nie wystaje
requiesco in pace
i czekam na mój sąd ostateczny

Urodził się w 1933 roku, w Warszawie. Wojnę przeżył u Sowietów i wrócił z rodzicami do Polski. W 1948 ówczesne władze polityczno – administracyjne zmusiły go do emigracji, wyjechał z Wrocławia do Francji, do Paryża i tam umarł w czasie święta chrześcijańskiego Wielkiej Nocy 24 marca w wieku 75 lat.

We Francji jako inżynier od chemii zarabiał na życie – bo jak mówił, trzeba z czegoś żyć, z poezji nie można. Zbudował, zanieczyścił Ziemię – kilka fabryk chemicznych, między innymi w Płocku i w ZSRR. Potem wykładał literaturę słowiańską na Sorbonie i przekładał na język francuski utwory polskich poetów, przede wszystkim żydowskiego pochodzenia.

Jako pierwszy – o czym nie wszyscy wiedzą i dlatego wam to piszę – opublikował dwujęzyczny tom poezji Herberta we Francji w niskonakładowym i niezbyt znanym wydawnictwie Orfeusz. Mam tę książeczkę: „Redresse-toi et va…”, tłum. J. Burko, Orphée, Paris 1995.

W książce reporterki Joanny Siedleckiej „Pan od poezji” znalazłem lapidarną informację, włożoną w usta Janiny Gąskiewicz – opiekunki Józefa Czapskiego – „Herbert przyjechał do „stajenki” w 1986 roku. (…) We Francji właśnie Zbyszek był najmniej znany, prawie nie wydawany, tylko pojedyncze wiersze, tomik w nieliczącym się wydawnictwie. U Fayarda bardzo późno.” Pamiętam, że gdy spytałem, dlaczego Siedlecka nie wspomina o nim w swojej książce, tylko w przypisach go wymienia, to rzekł – nie sztuką jest wydać książkę – należy ją wydać w odpowiednim, mającym uznanie krytyki i rynku wydawnictwie, dopiero wtedy jest się zauważonym jako literat.

Za swe prekursorskie działanie w propagowaniu poezji Zbigniewa Herberta otrzymał od polskich władz zaproszenie do Warszawy i nagrodę tysiąca dolarów, która to pozwoliła mu i jego żonie na spędzenie dostatniego łikendu w stolicy. Czy spotykał Herberta, kiedy ten egzystował na przedmieściach Paryża, nie wiem, nie rozmawialiśmy o tym, pewnie tak.

Kiedy przyjechałem do Paryża, przyszedł po mnie, by zgodnie z obietnicą zaprowadzić do taniego hotelu, który dla mnie znalazł i był od pasa po szyję zagipsowany – miał wypadek na jachcie, ale obiecał mnie odebrać, więc się zjawił. Tani „Hotel du Loiret” znalazł w dzielnicy turecko-arabskiej. W drodze spytałem Go czy jako Żyd nie boi się tam iść? Zaśmiał się i powiedział: tu w Paryżu, pan zobaczy, muzułmanie nie walczą, tylko żyją. Podarował mi plan miasta, pomógł kupić karnet na przejazdy. Jako Paryżanin poruszam się metrem, tak się tu umówiliśmy – samochód wykorzystuję do wyjazdów za miasto. I mniej zanieczyszczeń, i więcej miejsca dla turystów, dodał. Zjadłem z nim pierwszy od trzech miesięcy soczysty befsztyk w knajpie, która się mieściła przy Łuku Tryumfalnym. Kelner podał nam czerwone wytrawne wino w kryształowej karafce, spróbowaliśmy – i jak się podoba? – zapytał. – Kwaśne odpowiedziałem zdegustowany. Pan Burko przywołał kelnera: Prosiliśmy o wino a nie o skwaśniałe wino. Kelner bez słowa zabrał karafkę, przyniósł inną, przeprosił. – Pewnie potraktował nas jako turystów ze Wschodniej Europy, skwitował to faux pas.

Aby pokazać, jak żyją paryscy drobnomieszczanie, zaprosił mnie do swojego mieszkania przy Placu Pigal – dawnej dzielnicy swawoli za pieniądze. Po drodze wymienił się pozdrowieniami z jedną z ostatnich prostytutek (długie blond włosy, kozaki do pół uda, miniówka, rozpięta kurtka o długich rękawach – wszystko z białej skóry). Od dziewczęcia tu pracowała, a teraz, na emeryturze czekała na pasjonatów z Japonii lub Rosji. Miał dużo obrazów – przede wszystkim zapamiętałem malarstwo abstrakcyjne.

Umarł w wieku 75 lat i tak jak chciał, jak się już od dwudziestu pięciu lat starał – zapisawszy się do kolejki – został pochowany na najsłynniejszym cmentarzu w Europie, i „czeka na swój sąd ostateczny”.

Niech Pan, Panie Burko w Herbercie a Herbert w Panu zostanie, niech Pan na Polach Elizejskich się spotyka z polskimi poetami i wierszami się z nimi wymienia czas sobie umilając – hej!

Jacques Burko umarł 24 marca 2008 roku w Paryżu. Pochowany na Cmentarzu Père-Lachaise.

Środa popielcowa

Śni mi się taka historia: śnieżyca i czarna, leniwa z wierzchu, rzeka. Mam do niej dojść, zarzucić wędkę, popatrzeć na wodę, na pozornie martwy i jednostajny krajobraz.

Rzeka, drzewa bez liści – szkielety. Pada drobny śnieg.

Idę a cel podróży jak to we śnie, ciągle mi ucieka, skręca, boczy się. Zagubiony zostawiam się na drodze. Patrzę na drzewa – śpią zakryte ciemną korą.

Stanisław Baj – Czarna rzeka


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Luty

Sas

Piosenka dla vipki
prawie emerytki

Żaden krem typu vichy
Nie da ci takiej słodyczy
Jaką zmarszczka szyi daje
Gdy się styka z gronostajem

Dirk Fleischmann – Zima

Śnieg – a co ma robić Człowiek Podziemny zimą

I słowo daję: to, co widzę, a co wy za chwilę też zobaczycie – pada od sześciu godzin – ciurkiem siurkiem? Nie, nie ciurkiem. W rozsypce? W rozsypkę rozrzucany? Że z wielu siurków naraz? Właściwie to pada spokojnie – tak leci:
                                                                   i
                                                                     i
                                                                       i
                                                                         i
                                                                           ~
                                                                             ut. – Mniej więcej tak.

Choć z tym „iiii~ut” to mi się tylko wydaje. Nie słyszę. Dla tego „iiii~ut” razy ileśtamnaścietysięcy, za szybą jestem. Tak musi być. Ładnie brzmi to „iiii~ut”, ładnie nie?

I z tym i spadaniem, i siurkaniem w rozrzucaniu to może też niedokładnie. Ot zarysik, tło, blejtram, blejtramik, bo widok dość wąski jak na tę wysokość i dość wysoki jak na przeciętną norę do snu. Blejtramik o białych ramach z nabitym krzyżem też białym, ciekawe po co?

Ogólnie biało, bielusieńko, bieluśki blejtramik od sześciu godzin, aż gęsto. Wciąż pada. Parapet rośnie jak na zakwasie. Zresztą nie wiem, rośnie. Tak musi być – bez zakwsu parapety nie rosną. Sześć godzin już sypie, spada ten śnieg, lecą w dół śnieżynki.

I właśnie to moje ze śniegiem spotkanie jest tak dziwne, że się ze śnieżynkami założyłem. One lecą, ja leżę jak zamurowany. Nie jest to zupełna prawda, bo piszę kreski, te fale i kropki. Kto z nas dłużej wytrzyma, ja czy one?

Dość nietypowa sytuacja i może i dziwna, ale co tam. Ale co tam i tak nie pracuję – w piątki głoduję, czytaj: siedzę w domu. Nie mówiłem już, że to, co widzicie miało miejsce w piątek? Nie pamiętam, czy mówiłem, a jak czegoś nie pamiętam, to mówię raz jeszcze, jak ułomna, bo spakowana na zimę katarynka, którą przechodzące dziecko dla zdziwienia pokręci.

Przynajmniej robię coś, co wprowadza w zapomnienie, umila czekanie. Mówienie o śniegu, do śniegu, do was, w kółko.

O! Puk, puk, sikorka w szybę stuknęła skrzydłami. Patrzy. Głodna czy zasłuchana? Ti, ti ptaszku, ti! O! Odlatuje. Chyba ją zniechęciłem. Nie ma już porozumienia ptaków z ludźmi, skończyło się. Pamiętam z dzieciństwa, jak do mnie mama, gdym nad talerzem rosołu do kury mówił – uciekaj, uciekaj kuro jedna, mówiła: jedz, ona nic nie rozumie i to od kilku godzin. O! Znowu przyleciała sikorka. Ta sama? Inna? Cóż za frapujące pytanie, pewnie po coś przyleciała? No tak, ale po co? Porozumienia może i nie ma, są interesy.

Przez dziurkę od klucza, czyli zapisy wykluczonego

Przekręcam kurek od junkersa – wybucha płomień. A z tego ognia wyfruwa biały duszek i krzyczy:

– Matka! – Ja się patrzę na niego, on się patrzy na mnie i drapie się po głowie.

– Matka! – drze się raz jeszcze.

No to ja mówię: Co jest? Przecież ją zabraliście! Odkryliście jej naturę i jazda, na całego i bez obcyndalania, porwaliście mi ją sprzed nosa. Duch otworzył, rozciągnął w uśmiechu swą bezzębną czeluść, potem szybko ściągnął, gwizdnął. Z junkersa wypłynęli jego kolesie, inne duchy. W panice otworzyłem drzwi. Tam czekali na mnie siwobrodzi starcy w białych kitlach. Jeden z nich, taki kurdupel, trzymał w ręku jakąś białą kartkę.

– Pan został już raz zatrzymany i to na skrzyżowaniu, w godzinach szczytu. Tym razem pojedziemy do nas. Z boku wyskoczył jeszcze mniejszy kurdupel i prosto w moje udo wpakował igłę.

No nie, tym razem tak łatwo nie pokażę wam mojej drogi, której zbyt dobrze nie znam. A poza tym, dlaczego miałbym odsłonić swój rąbek tajemnicy? Ten unikalny sposób na życie, jak to mówią.

Wiem, że należy przynajmniej do łez rozśmieszyć każdego odbiorcę, spowodować, by przeczytał dwa wersy i rzekł spokojny – dobra, niech pisze, dziwak. I jeszcze tak zrobić słowami, by ten, który da mi spokój, od niechcenia machnął ręką z góry na dół. To już szczyt moich marzeń i chyba możliwości.

Spokojnie pisać, mówić, bez uprzywilejowania odbiorcy tym, co niektórzy nazywają komfortem interpretacji, po prostu mówić, pisać.

Wyobraźnia Eurypidesa miała wokół siebie dużo miejsca, tego pola nieprzeoranego pługiem świadomości.

Bo tak mówią: Ucz się, a będziesz dobrze zarabiał. No, powiedzmy – będziesz miał lżejszą pracę, godziwe pieniądze i czas dla siebie. Na rozrywki, powiedzmy. Uwierzyłem w to i się uczyłem. Potem startowałem w krótkodystansowych biegach po pracę i dostaję gówniane pieniądze.

Wiem, wiem, starsi pomyślą – A jakbyś był na bezrobociu gówniarzu? Nawet słyszałem od jednego: My musimy się trzymać razem, a młodzi dadzą sobie radę.

Wtedy taka wizja mnie napadła: tonąca Patna, pełna młodych, zmęczonych i uśpionych, a dowództwo spierdala. I to po cichu. Ja skaczę na tygrysa (na główkę nie umiem nawet w wizjach), dopływam głośnym kraulem, łapię się burty łodzi ratunkowej i wiosłami dostaję po rękach, a potem po głowie. Jestem zdziwiony, odpływam w sen.

No i jeszcze tak gadają: Zapisz się na kurs albo znajdź sobie drugą pracę, bo przecież z jednej nie można żyć. Dobra, uwierzyłem. Okazało się, że czas, który mi pozostawał, oferował mi tylko przysłowiową grę pozorów.

Bo coś mnie ugryzło, bo chcę skomentować ostatnią sugestię. Biegniesz z wywalonym jęzorem, z zakroplonymi oczami, stajesz na środku skrzyżowania i zaczynasz medytować – iść albo stać? Za chwilę włącza się zielone światło, więc biegniesz przez skrzyżowanie, ale z późniejszym startem, więc zwijają cię, nie zdążyłeś.

Teraz o mnie dba szefostwo. Żyję w zamkniętej przestrzeni i wreszcie piszę. Myślałem, że mi tu dobrze, że dbają o mnie, że o to mi chodzi, ale nie. Nie o to mi chodzi.

Ostatnio był u mnie hydraulik w czarnym kitlu i nie domknął drzwi mego apartamentu. Więc podszedłem i zobaczyłem korytarz. Taki długi i śliski. Na końcu korytarza było okno, a za nim coś innego niż za moim. Były ptaki, nie padał co chwilę mokry śnieg. Nie wytrzymałem. Szarpnąłem za okienną klamkę i wyskoczyłem, krzycząc: gównojady! No i rymnąłem w tę planszę. Spadłem na siatkę, złamał mi się paznokieć u prawego kciuka. I tak to się kończy. I nie dlatego, żeby było trudniej, nie!


Dodaj komentarz

Sos – diariusz. Styczeń

Sas

Styczeń

Przy minus dziesięciu patrzę na płynącą krę – życie. Patrzę w niebo. Słyszę szum. Niezła wycieczka. Ale kto tam leci? Politycy, biznesmeni albo ich dzieci. Wiadomo. Tu jest minus dziesięć.

Patrzcie! Patrzcie! Na dole koleś wyciera nos. Spojrzałem na samolot. No tak. Wycieram nos. Spojrzałem na brzeg. Zaśnieżone pozostałości po śluzie tkwią w ziemi. Starorzecze musiało łączyć się ze Słupią właśnie tu. Teraz się zwinęło – krótka kiszka.

Fot. Teshikaga Hokkaido (Japonia)

Bezkres

Zimno. Siny świt. Granica jest przede mną. Naprzeciw. Tak. Poszarpana linia. Tam, na horyzoncie przy drzewach czeka przewoźnik. A tu ci, którzy nie doszli – pręty trzcin złamane wiatrem.

Droga jest prosta – człap, człap. Czasem stop – na łasze, przy kępie traw obrośniętych nocnym chłodem. Cicho. Żaden krzyk ni świst zbłąkanych skrzydeł. Ściśnięte usta zamykają charknięcie. Odpoczynek.

Niebo zakratowane rzęsami przypomina szybę pędzącego samochodu, w którą uderzyła kawka.

Jeszcze kilka kroków a będę płynął. Tylko ostrożnie. Lepiej myśleć, że gdzieś z boku stoi strażnik, którego się oszukuje.

„Zawrzyj głębino,- tocz się po moście piano i ponad kłodami;- kiry i organy, – pioruny i gromy,- wznieście się i przetoczcie;- wody i żale, podnieście się i wskrzeście Potopy.” Iść w szorstkim świcie. Iść.

* Fragment poematu Artura Rimbauda “Po potopie” w tłumaczeniu Violetty Tilly

***

„Mądrość uczonych w Piśmie stanie się cuchnąca, a ci, co unikają grzechu, będą w pogardzie.

Prawda nie znajdzie sobie miejsca, pacholęta będą zawstydzać starców, a starcy będą powstawać przed pacholętami.

Syn będzie spotwarzał ojca, a córka zbuntuje się przeciwko matce, nieprzyjaciele człowieka będą jego własnymi domownikami.

Oblicze wieku stanie się podobne obliczu psa.”*

* Miszna, traktat Sota 9,15, w przekładzie Romana Marcinkowskiego.