Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Bez pośredników i Apokalipsa 2019

Sas

Bez pośredników

Melodii na pamięć nie znam żadnej
Śpiewam jak umiem o tym na co wpadnę
I słucham dźwięków by nie zdradzić ucha
Rytmiczna mowa płynie aż spod brzucha
Gotowce łapię atramentem sklejam
Poezja moja mówię to nie ja
To coś co trwa to tu to tam i gra

Rys. Roland Topor

Apokalipsa 2019

Ledwo Słońce wzniosło się nad horyzont i czwarty promień spłoszył jaszczurkę snu, mój żołądek zakrzyknął: Jeść!*

Śnił mi się pochmurny, bezwietrzny dzień. Zbiegając z góry, widziałem ciemną mgłę nad miastem, która przyjaźnie się uśmiechała. Na rogatkach stali poeci owinięci kolorowymi szalikami. Każdy miał prochowiec. W rękach trzymali autorskie tomiki pachnące żółcią i miętą. Poeci zapatrzeni w niebo bekali piwem…

W centrum zadowolonego miasta poeci co dwa metry wyrastali z lepkiego powietrza. Ci byli ubrani różnie. Patrzyli się to w bok, to pod nogi, to przed siebie. Niektórzy siedzieli, inni leżeli, a każdy miał swoją książeczkę. Starsi mieli po dwie, trzy…

Szedłem alejami pełnymi radości. Mijałem zgrzytliwe skrzyżowania. Dzień był przepełniony barwami życia. Ludzie stali, chodzili, mówili, pluli, robili zdjęcia…

Z daleka zbliżała się umówiona godzina. W ręku miałem maszynopis tomiku. No właśnie, po coś tutaj przyszedłem. Po co tu przyszedłem? Dlaczego idę? Zaraz, zaraz, czegoś mi brakuje. Środek dnia, zbliża się pora obiadu, żadnych sklepów tylko kawiarnie i poeci. Oj! Dreszcze zimna. O! Teraz wszystko ciemnieje…

Hej, poeci! Jeszcze raz. Hej, poeci! Niebo zarasta siwymi brodami! Będzie lać i grzmieć! Wyciągajcie parasole, bo mokra poezja osiada na dnie! Poeci!

Błysk! Jeden, drugi, trzeci…

* Ci, którzy duszą w sobie emocje i biorą do serca wszelkie przeciwności losu, w istocie „biorą je sobie” na żołądek i dwunastnicę. Jeśli poza tym palą papierosy, nadużywają alkoholu, jedzą smażone potrawy – z pewnością trafią do gabinetu gastrologa lub chirurga. Chorobę wrzodową ma się na całe życie.

Reklamy


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Kwestia przebaczenia… I pojechali

Sas

*** (Kwestia przebaczenia…)

Kwestia przebaczenia intryguje co poniektórych wyznawców lepszego człowieka od wieków, że tak powiem. I trzeba przyznać, że przebaczenie jako temat graniczny nie było zbyt często oświetlane przez obiektywny reflektor systematologii, a co dopiero należycie prześwietlane wspólnymi wiązkami doświadczeń pokrzywdzonych. Słowem, czar sztuki przebaczenia został niejako automatycznie wpisany w los ideologii moralnych, o których słychać, o których mówią i trąbią głośno ci, którzy przypadkiem czy też zrządzeniem losu, zamieszkali na najwyższych kondygnacjach dzwonnicy – tych prawie sąsiadujących z niemym sercem dzwonu.

Zrozumiałym jest też samo przez się to, że omawiany problem wycisza się wprost proporcjonalnie do odległości niższych, coraz niższych kondygnacji wieży, a na samym dole, przed drzwiami do oświetlanej kosmicznym światłem dzwonnicy, właściwie zamienia się w niezrozumiałe brzęczenie.

Ostatecznie kwestia przebaczenia, przeznaczona do uprawiania, zawracania sobie nią głowy przez nielicznych, traci na swoim ciężarze gatunkowym, wpisywana w mity lub przypowieści o niezwykłych.

Przed drzwiami wszyscy kręcą się wahadłowo albo spiralnie, mając uszy zatkane czym innym – jękami, szlochem, śmiechem. Prawdopodobnie posnęliby lub zapadliby w hipnotyczny trans jednostajności, gdyby nie przytrafiały się trudne do przewidzenia w tak łatwym i jasnym życiu interwały w postaci spadających słów: forgive yourself and forgive your brother and sister!

Ach! jaki rejwach wybucha w takich momentach. Ci, którzy kręcą się tam i tu, zatrzymują się nagle z otwartymi ustami, podnoszą swoje brudne głowy i patrzą w nieznane im niebo. W pierwszych chwilach biegną przed siebie, w kierunku trudnym do przewidzenia. Cóż za harmider nastaje burząc matematyczny ład, ha, jakie niecierpliwe, samorozwijające kolejki tworzą się przed wąskimi drzwiami.

Na szczęście dla zaniepokojonych takimi wydarzeniami mieszkańców wieży, po krótkotrwałym rozgardiaszu odbywającym się w tym uporczywym jednostajnym brzęczeniu, z drżących kolejek zaczyna dochodzić wrzask. Po chwili kolejki rozwiewają się w prawo i w lewo. Wraca melodyjny spokój – cisza brzęczenia.

Sowiecki plakat propagandowy z 1939 r.

I pojechali

Wrześniowe lato zadrgało im w gęstych pasach mgły.
– I pojechali! Machnął z przyzwyczajenia, tym razem nikogo nie było.
Chociaż nie. Jedna stała za słupem i płakała. Ledwo stała.
Wagony, ostatnie spojrzenia i powrót do domu. Skończyło się.
Nie wyszli z mieszkań bez szmeru, w każdym pozostawili niespodzianki.
A niech wam dupy pourywa! Pomyślał, patrząc w oko kuszetki.
I pojechali bracia Słowianie i niech tak zostanie.


Dodaj komentarz

Sos-diariusz. Przez dziurkę od klucza, czyli zapiski wykluczonego (pokój)

Sas

Stasys Eidrigevicius – Surrealist portrait of a man holding a spoon

Przez jaką, kurwa, dziurkę? Kiedy ja nawet klamki nie mam. Wkoło ściany i metalowe drzwi. Na ścianach kafelki, to dla mojego dobra, gdybym chciał głowę rozbić. W drzwiach wziernik lekarski, żeby mogli wejść, jak już będzie po wszystkim i posprzątać pokój.

Biały, niedzielny pokój wypoczynkowy dla wątpiących. Bez jednej szybki. Wszystko tu, kurwa, spacyfikowane i lśniące. Dziury w suficie na wentylację i światło, ale za wysoko, nie doskoczę. Próbowałem pluć na te pulsujące żarówki – cóż, tu mają mocne szkło, żadna nie pęka, a jak gaśnie, to już na zawsze.

Ale, ale, byłbym zapomniał! Przez ściany ktoś poprowadził niebieską i poszarpaną kreskę. Ten kelner, co mnie tu obsługuje, ciągle przypomina, że jest to wykres EEG pierwszego ozdrowieńca. Tak na pamiątkę i dla przypomnienia, że tutaj nikogo nie mordują, bo widać, ten wykres cały poszarpany.

Przy jednej ścianie rowek i dziura. Tu właśnie mam szczać i srać. Jak wypróżniam się w innym miejscu, to coś mnie kopie. Nieźle mnie pokopało, zanim wszystkiego się domyśliłem.

Jak oni to robią? Ten cały porządek! Clear, nawet mucha nie siada. Zresztą tu nie ma much. Tu jestem ja i światło, jedyne ruchome atrybuty kosmiczne. A może mówi się atrapy? Już sam nie wiem, bo mylę wszystko, co zaczyna się tak samo. Na przykład patria i partia. Kościół, komuna, kolaboracja, korupcja. To właśnie dlatego mnie zamknęli.

Patriotyzm, paranoja, pamięć. Pamięć mi się nie przekształca. Wszystkim jakoś tak, a mnie tak jakoś nie. Myślę, że jestem ostatnim potulnym rezydentem tego białego domu. Po mnie już tylko Alzheimerowcy.

Kiedyś… Kiedy? Data! Aj, data, data! Wszystko to strumień rwący naprzód co sił. Jesteśmy strumieniem. Płyniemy szybko i z górki. Nie?

Kiedyś poczułem gówniany smród w ogródkach jordanowskich pełnych waszych jedynych pociech. Podszedłem do milusińskich, aby się z nich pośmiać. – Spoko maroko, powiedziało jedno z piaskownicy. – My mamy pampersy , to nasi rodzice się zesrali. Powąchałem, rzeczywiście, smród szedł od starych. Zacząłem mówić: – Podetrzyjcie wreszcie dupy i umyjcie ręce. Potem już krzyczeć. Ciągle to samo. Wszyscy się zbiegli i zaczęli pokazywać mnie palcami. Ktoś zadzwonił po ambulans…

Amnezja, aborcja, ab ovo.