Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Opowiadania. Sprawiedliwość

Stanisław Ryczek

Gerard David – Dyptyk – Sprawiedliwość Kambyzesa

Pan Heniek był świetnym stolarzem, dlatego postanowiłem właśnie jemu powierzyć zrobienie ramek do moich niewydarzonych obrazów. Pana Henia znałem od kilku lat. Pracowaliśmy razem na budowach. Ja jako murarz, a Heniu jako stolarz. Jego robota polegała na listwowaniu okien i drzwi. Czyli obijaniu listewkami futryn. Obserwowałem czasem jego robotę i stwierdziłem, że wykonanie ramek nie sprawi mu kłopotów. I rzeczywiście uporał się z robotą w niecałą godzinkę. Moje cztery obrazy nabrały blasku (tak mi się przynajmniej wydawało), a pan Heniek był mile połechtany moimi pochlebstwami.

Po wykonaniu roboty był oczywiście drobny poczęstunek. Jakiś bigos z ziemniakami, a ponieważ Heniek odmówił przyjęcia gotówki na stół wjechała kartkowa butelka wódki. Po rozpiciu półliterka we trzech, dołączył jeszcze ojciec, poleciałem do piwnicy po bimber, bo kartek więcej nie było.

Czas przy przyjemnych rozmowach, jak wiadomo, szybko ucieka. Więc do północy poszły już trzy butelki. Wtedy też naszły pana Henia wspominki. Zaczęło się od pochwały muzyki ludowej oraz tańców z dawnych lat. Stwierdził on, że bywając w swoich rodzinnych stronach w okolicy Sierpca, był tam najlepszym tancerzem, a oberek był jego koronnym tańcem. Od tańca blisko do różańca, a od szklanki niedaleko do szabli. Opowieści popłynęły więc szerokim strumieniem.

Ojciec opowiedział jak z bratem wykradli ciężki karabin maszynowy ze strąconego ruskiego samolotu i to pod okiem Niemców. Właściwie było to działko pokładowe i chociaż szybko odebrali je im partyzanci to jednak był to śmiały wyczyn dziesięcioletnich wtedy chłopców. Wspomniał też o innych walkach z okupantem na przykład wykradaniem buraczanej marmolady i cukierków z melasy, które tak bardzo smakowały. Przy czym zaskakiwała mnie wspaniała pamięć mego rodzica, bo potrafił dokładnie opisać nie tylko smak, zapach i konsystencję kradzionych smakołyków, ale również opakowania tych artykułów, jak również sposób zamykania niemieckich beczek i skrzyń w których je przechowywano.

Pan Heniu z uśmiechem politowania przysłuchiwał się takim drobnym działaniom nieletnich chłopców. Jego historie były już całkiem dorosłe, bo pan Heniu był w partyzantce. Zaminowany tor kolejowy i wysadzony most na Wiśle to całkiem inny kaliber. Nawiasem mówiąc wszyscy na budowie wiedzieli, że pan Heniu walczył w partyzantce. I co tu gadać byliśmy dumni, że taki ktoś z nami zwykłymi śmiertelnikami pracuje.

Jednak ojciec w tym dniu poddawał w wątpliwość jego opowieści. I kiedy Heniek wyszedł do ubikacji rzekł:

– A tam pieprzy. Jest tylko cztery lata starszy ode mnie, a pozuje na wielkiego partyzanta. Pewnie porucznikowi buty pastował, a teraz się przechwala, że pociągi wysadzał.

Po kolejnej butelce Heniu zaczął wyliczać swoje klęski. I tu nieświadomie zaczął odkrywać swoją prawdziwą przeszłość. Najpierw żałował swego mieszkania w Zielonej Górze. Miał tam cztery pokoje w poniemieckim domu. W 56 musiał opuścić to mieszkanie i przeprowadził się do Wołowa, gdzie dostał tylko dwa pokoje, co poczytywał sobie za osobistą klęskę.

Po kilku pytaniach zdołał wydukać wreszcie, że musieli całą rodziną uciekać, bo groziła im śmierć.

– Ale to niby dlaczego? – zadałem kolejne pytanie. Ano dlatego, że obje z żoną służyli w szeregach milicji i bali się, że ludzie ich zabiją.

Zaryzykowałem jeszcze jedno pytanie mianowicie:

– Skąd ta obawa, przecież w MO służyły dziesiątki, jeżeli nie setki ludzi i przecież nie musieli uciekać.
– A bo wiesz myśmy pracowali przy przesłuchaniach. A wiesz jak to bywa, czasem trzeba było komuś przylać, żeby zaczął mówić prawdę. No i tak się złożyło, że to na nas skrupiła się największa złość. Można powiedzieć, że ja z żoną zostaliśmy tymi najgorszymi, a przecież to nie jest prawda. Myśmy robili tylko to, co nam kazali.

Heniu zapalił kolejnego papierosa i łyknął kolejną dawkę ognistej wody.

– Ci na górze to byli przeważnie Ruscy albo Żydzi. Oni sami tylko czasem przesłuchiwali tych najważniejszych bandytów. A tak na co dzień siedzieli za biurkami, wydawali rozkazy i domagali się od nas efektów. Kiedy zaczęła się gomułkowska odwilż przeszli na inne cywilne stanowiska. Zostali dziennikarzami albo dyrektorami różnych firm, a my ich podwładni musieliśmy uciekać. Bo się okazało, że to my jesteśmy najgorsi, a oni judasze umyli ręce.

Pan Heniu już właściwie bełkotał, ale jeszcze udało się uzyskać kilka ciekawych odpowiedzi. Na przykład głośną sprawę wbijania igieł pod paznokcie. Tu spotkał minie zawód, bo Heniu żadnych igieł nikomu nie wbijał. Jego metoda była inna, znacznie prostsza – młotek.

Narzędzie to zawsze było mu bliskie i to dzięki niemu uzyskiwał najlepsze wyniki. Nawet przełożeni nazywali jego metodę młotkowaniem. Polegała na tym, że naparzał w paznokcie młotkiem. Metoda była na tyle skuteczna, że niektórzy przyznawali się nawet do zabójstwa Stalina.

Chociaż już nieźle byłem wstawiony przypomniałem sobie pewne spotkanie. Jakoś rok wcześniej w szpitalu poznałem starszego gościa, który cierpiał na jakąś paskudną chorobę. Polegała ona na tym, że co pewien czas obcinano mu jakiś palec. Powodem był stan zapalny, z którym lekarze nie umieli sobie poradzić i pozostawała tyko amputacja. Miał obcięte już dwa palce w lewej dłoni, i dwa i pół w prawej. Wtedy walczono o uratowanie kciuka w prawej ręce. Gadaliśmy trochę. Pochodził z wielkopolski chyba z Ostrowa. Twierdził, że choroba zaczęła się już po wyjściu z więzienia w 56 roku. A była wynikiem właśnie przesłuchań na UB przy pomocy młotka. Niestety nie spytałem, gdzie przesłuchania się odbywały. Możliwe, że jego spowiednikiem był pan Heniu, chociaż myślę, że nie tylko on w Urzędzie Bezpieczeństwa posługiwał się dobrze młotkiem.

Po trzydziestu latach od tej rozmowy spotkałem się z panem Heńkiem przy okazji jakiejś wizyty w szpitalu. Siedział na ławeczce przed izbą przyjęć. Miał skierowanie na drobny zabieg – obcięcie małego palca prawej stopy. Był lekko podłamany skarżył się, że przyczyną martwicy jest ta przeklęta miażdżyca. Ostatnio Henia widziałem tydzień temu. Stał na chodniku opierając się na kulach, jedną nogę miał skróconą do kolana. Pomachałem mu z jadącego auta. Chyba mnie nie poznał. We wstecznym lusterku widziałem, że długo za mną patrzył. Naszła mnie myśl, że jednak jest sprawiedliwość na świecie. Mimo, że ludzka nie zadziałała to jednak boskiej nie umknął.

Maj 2019


Dodaj komentarz

Opowiadania. Samolot

Stanisław Ryczek

Samolot szturmowy Jliuszyn Ił-2 „Szturmowik”

Samolot leżał na końcu wioski. Został zestrzelony trzy dni wcześniej przez niemiecką baterię przeciwlotniczą stacjonującą niedaleko kościoła. Tylko on jeden z eskadry kilkunastu bombowców i eskortujących ich myśliwców został strącony. Pilot usiłował wylądować płonącą maszyną, jednak stracił panowanie nad sterami, gdy ogień objął kokpit. Dlatego zamiast lądować na polach upadł we wsi. Wzniecił przy tym kilka pożarów, ściął dwa sady wraz z płotami, pasiekę, by w końcu zaryć się w gnoju obok maćkowej chałupy.

Pilot spłonął żywcem, natomiast nawigator wyciągnięty przez chłopów żył jeszcze jakiś czas i nawet na chwilę odzyskał przytomność. Jednak jego nogi zwęglone były prawie do kolan, więc jeszcze przed południem zmarł. Zanim się to stało zdążył oddać otaczającym go ludziom niedokończony list. Do kogo był adresowany nie wiadomo, pewnie do rodziców lub do żony. Nikt z obecnych nie znał ruskiego alfabetu, ale obiecano umierającemu dostarczyć jego dokumenty i list rosyjskim żołnierzom, kiedy tylko będzie okazja. Na dole kartki dopisano drukowanymi literami po polsku: „Zginął 8 stycznia w Smęgorzowie na polskiej ziemi.”

Taka okazja nadarzyła się już za dwa tygodnie. W drugiej połowie stycznia ruszyła ofensywa, która zepchnęła niemieckie wojsko na zachód. Rosjanie, którym wręczono pismo, ze współczuciem pokiwali głowami i zajęli się tym, co lubią najbardziej – mianowicie piciem bimbru i wyjadaniem zapasów z chłopskich spiżarni. Później NKWD rozstrzelała tę grupę jako dezerterów, więc nie wiadomo czy list umierającego lotnika dotarł do adresata.

Ale to miało dopiero nastąpić.

Tymczasem samolot stanowił atrakcję dla całej wsi, a szczególnie dla dzieci. Niemcy oprócz wysłania patrolu zaraz po zestrzeleniu i sprawdzeniu czy lotnicy żyją, nie interesowali się wrakiem. Samolot jako statek powietrzny nie przedstawiał oczywiście żadnej wartości, ale jego wyposażenie nie uległo całkowitej zagładzie, bo pożar zniszczył tylko kabinę pilotów i system napędowy (silnik ze śmigłem przy zderzeniu został wyrwany i znalazł się kilkadziesiąt metrów dalej). Jednak szybkostrzelne karabiny maszynowe w liczbie trzech wraz z amunicją pozostały nienaruszone. Bronią tą zainteresowali się partyzanci. Dali znać Maciejowi Chmurze gospodarzowi obejścia, że zgłoszą się po nią.

Maciej, żeby im pomóc, wymontował jeden z karabinów i ukrył w swojej nadpalonej stajni. Dwa następne sprzężone ze sobą karabiny pozostały we wraku, bo bez pomocy Maciej nie mógł ich wymontować.

Jeszcze przed wizytą partyzantów gospodarz stwierdził, że karabin ukryty w stajni zginął. Po krótkim śledztwie okazało się, że to jego siostrzeńcy Stefek i Staszek Ryczkowie ukradli karabin.

Z jego odebraniem nie było kłopotu, bo dziesięcioletni chłopcy przyznali się i wskazali miejsce ukrycia broni. Jednak nie było z karabinu pożytku, bo był zagwożdżony, w jego zamku utkwiła łuska z wystrzelonego pocisku i nie było sposobu, żeby ją wybić. Nawet kowal usiłował to zrobić i nic z tego nie wyszło. Może rusznikarz by zaradził, ale niestety takiego fachowca we wsi nie było.

Partyzanci przyszli w niedzielę z rana, mieli przygotowane narzędzia, a nawet już przystąpili do demontażu pozostałych we wraku karabinów, gdy niespodziewanie przyjechali żołnierze niemieccy. Leśni chłopcy nie zamierzali rezygnować z pozyskania broni. A Niemcy nie zmierzali odjeżdżać, widocznie mieli czas wolny i chcieli go sobie uprzyjemnić obejrzeniem ruskiego samolotu, który udało im się kilka dni temu zestrzelić. Prawdopodobnie początkowo nie zdawali sobie sprawy co robią ubrani po cywilnemu ludzie majstrujący przy wraku.

Dowódca partyzantów zdecydował, żeby akcję pozyskania broni kontynuować bez oglądania się na Niemców. Mechanicy nie przerwali odkręcania śrub mocujących CKM-y, a partyzanci ustawili się tuż za żołnierzami wermachtu, spod ich płaszczy wystawały lufy. Jednocześnie poinformowali ich, że jeżeli będą spokojni nic im się nie stanie.

Jeden z żołnierzy niemieckich pochodzący ze śląska odezwał się pojednawczo:

– Chopoki nie róbcie gupstw, koniec wojny blisko, a wszyscy chcemy przeżyć.
– Powiedz to swoim kolegom to przeżyjecie. – Dowódca partyzantów był zdecydowany, ale strzelanina też nie była mu potrzebna. We wsi było dużo wojska i w razie walki z przeważającymi siłami ich oddział mógłby ponieść zbyt duże straty. Jednak Niemcy okazali się grzecznymi chłopcami i ofiar w tej akcji nie było.

Niestety nie wszystkie historie kończyły się bezkrwawo.

Buszujący we wraku chłopcy znaleźli w luku bombowym zapomnianą niewielką bombę. Była na tyle lekka, że udało im się przenieść ją do pobliskiego lasu. Tam na polanie rozpalili ognisko i umieścili w nim bombę. Sami ukryli się w starym okopie i czekali na wybuch. Jednak kiedy ognisko się wypaliło, a bomba nie wybuchła, postanowili dołożyć nową porcję gałęzi do ognia.

Wybuch było słychać nawet na drugim końcu wsi. Zaraz po nim odnaleziono cztery trupy i jednego, który jeszcze się ruszał, ale wieczora nie dożył. Trzech dwunastolatków i dwóch jedenastolatków zasiliło niemałą statystykę ofiar wojny.

Karabiny wymontowane z ruskiego samolotu jeszcze długo służyły partyzantom i niejeden ubek i enkawudysta padł od ich kul. Jednak wszystko kiedyś się kończy, więc i żywot ruskich kulomiotów dobiegł kresu. Jeden, celowo pozbawiony zamka, został oddany ubekom w trakcie ujawnienia się części oddziału „Mściciela” w czasie amnestii z 1947 roku. Natomiast drugiego nigdy nie odnaleziono, ale partyzanci „Zarysa” twierdzili, że 8 maja 1945 roku w trakcie ataku na więzienie UB w Dąbrowie Tarnowskiej walnie przyczynił się do jego zdobycia i uwolnienia 80 więźniów.

Ostatnia „ofiara” samolotu to Jontek zwany Gwizdoniem, który stracił oko w tracie strzelania amunicją walającą się wokół wraku. Chłopaki bawili się w ten sposób, że po wkręceniu naboju w imadło uderzali w spłonkę i następował strzał. Jednak Jontek zamiast wkręcić łuskę, zacisnął w szczękach imadła czubek kuli i przy wybuchu ładunku odrzut zamiast pocisku wyrzucił łuskę w tył, która uderzyła go w oko.

Na ostatku ucierpiała świnia maćkowa, która czochrając się o wrak skaleczyła sobie bok i po kilku dniach zdechła. Mięso jej było tak zgangrenowane, że strach było go jeść, więc skarmiono nim psy.

Przypadek ten zdecydował, że Maciej uprzątnął ze swego podwórza przeklęty samolot.

Reasumując zginęło w nim dwóch rosyjskich pilotów niszcząc przy upadku kilkadziesiąt drzewek owocowych w dwóch sadach. Dwanaście pni pszczół poszło z dymem, z pasieki Macieja ostały się tylko trzy ule. Pięć rodzin pochowało swoich niedorosłych synów, spaliło się dwie stodoły, chlew i dom. U Macieja spalił się dach na stajni. Jontek stracił oko i zdechła nieźle podchowana loszka. To jednak trochę za dużo złych zdarzeń jak na zwykły zestrzelony samolot. Ofiar spowodowanych przez karabiny wymontowane przez partyzantów nie liczymy, bo jest to niemożliwe, tak jak wcześniejsze wyczyny pechowego samolotu.

Luty 2019


Dodaj komentarz

Opowiadania. Głód

Stanisław Ryczek

Ilustracja Stanisław Ryczek

Już od dawna we wsi nie było nic do jedzenia. Jeszcze w lecie udawało się znaleźć coś na polach. Nasiona i korzonki traw, kilka kłosów zboża, młodą pokrzywę, szczaw, mlecz, lebiodę, czasem kilka małych kartofelków z pod dziko rosnącego krzaka. Nie dawało to uczucia sytości, ale ludzie jeszcze wierzyli, że coś się zmieni. Teraz gdy nadchodziła zima i żadnych zapasów nie było to wraz z umierającymi ludźmi umierała też nadzieja. Dawni gospodarze mający jeszcze kilkanaście lat temu po kilkadziesiąt krów, kilka koni, utrzymujący kilkoro służby, dziś spuchnięci z głodu mielili suche wyłuskane kaczany kukurydzy z żołędziami i piekli z nich podpłomyki.

Dawna biedota i komornicy w większości już nie żyli, a ci, co jeszcze się jakoś kołatali, jedli trupie mięso. Proceder ten był karany. Przeważnie trupożerów rozstrzeliwano na miejscu, ale tych, którzy tego spróbowali nic nie odstraszało. Zresztą rozumieli, że lepsza śmierć od kuli niż z głodu.

Dzieci były dla nich jeszcze lepszym pożywieniem. Po pierwsze, że jeszcze żywe trafiały pod nóż, więc nie obawiano się zatrucia jadem trupim, a po drugie mięso młode było smaczniejsze. Więc rodzice pilnowali swoje dzieciaki, aby nie zostały porwane i pożarte.

Jednak bywało i tak, że to rodzice zjadali własne dzieci. Jak choćby w chałupie Pleczewojów, było siedmioro dzieci, a zostało tylko troje najstarszych i chociaż żadnego nie pochowali dzieci zniknęły.

Wiosną kilku młodych chłopaków mających jeszcze dość siły podjęło zabronioną próbę ucieczki do jakiegoś innego miejsca, gdzie można by było zarobić na chleb. Kiedy wrócili, jeszcze bardziej wycieńczeni, opowiedzieli wszystkim, że we wszystkich chutorach w jakich byli jest taki sam głód. A kiedy zobaczyli w końcu zasiane pola po drugiej stronie jakiejś rzeki żołnierze pilnujący przeprawy kazali im się cofnąć i wrócić do domów. Próbowali w nocy przeprawić się na drugi brzeg uczepieni kłody, ale zostali ostrzelani z drugiego brzegu i ledwo z życiem uszli. Andriuszę rannego w ramię musieli w drodze powrotnej pochować, bo dostał gangreny i zmarł.

Ziarno na siew zabrali jeszcze w ubiegłym roku żołnierze, a ci którzy zdołali ukryć kilka worków żyta czy pszenicy, już jej nie zasiali tylko zjedli. Przez całe lato pola stały nagie, tylko na sczerniałych rżyskach porosło trochę zielska. Po ostatniej jesiennej rekwizycji, gdy wywieziono resztki zboża, kartofli a nawet już ukiszoną kapustę na pustych polach zamieszkał głód, który wpełzł do nędznych chałup i wgryzł się w trzewia ludzkie.

*

W chałupie Borysa Filipowa jeszcze żaden z domowników nie umarł. I mimo niedojadania byli w znacznie lepszej sytuacji niż większość ich sąsiadów. Przyczyną ich „dobrobytu” była krowa.

Filipow nie należał do bogaczy. Przed rewolucją posiadał tylko pięć morgów ziemi, konia, dwie krowy, cielaka, osiem owiec i sześć świń. Drobiu – kur, kaczek i gęsi ponad pół setki. Więc był raczej średniakiem, jednak kiedy żołnierze rekwirowali inwentarz jedna z krów uciekła do lasu i tym sposobem udało się ją ocalić.

Później kiedy już wiedzieli czego się spodziewać po tych wizytach, za każdym razem ukrywali krowę w lesie. Starsi synowie Stiopa i Petro zbudowali dla niej zmyślny szałas w gęstej kniei. Był tam naszykowany zapas siana, żeby Krasula miała gębę zajętą i żeby jej ryku nie usłyszał ktoś niepowołany. Filipowym, tak jak innym, udało się schować kilka worków kartofli i zboża, jednak po kilku miesiącach już niewiele z tego zostało. Ale krowa ciągle była i żywiła ich swoim mlekiem, serem i chroniła od śmierci głodowej.

Kuzyn żony Filipowa Potapczuk ratował siebie i rodzinę mięsem z wielkiej lochy, którą zabił tuż przed wizytą NKWD i zasolone mięso zakopał w skrzyni posażnej swojej żony Nadii. Świnia ważyła prawie dwieście kilo i mięso z niej jedli czasem Filipowie, bo wymieniali się z Potapczukami za mleko.

*

Wielu ludzi chodziło po prośbie w ten czas. Żebracy żebrali u żebraków. Gdyby każdego ubogiego wesprzeć, samemu trzeba by zacząć żebrać – mówił senior rodu Borys, ale tego dnia odwiedził ich jasnowidzący, słynny ślepy starzec Jurij prowadzony przez kulawego chłopaka.

Filipow postanowił ich ugościć i przenocować. Był prawie uroczysty posiłek: chleb, ser, mleko a nawet po niewielkim kawałku mięsa, bo i Potapczuki chcąc zasięgnąć wróżby, dołożyli się do przyjęcia. Chleb był co prawda pół na pół z plewami, ale wygłodniałym ludziom smakował jakby był z najlepszej pszennej mąki. Tego dnia wszyscy najedli się do syta.

Jasnowidzący Jurij był czczony prawie jak święty, szczególnie, że w całym powiecie nie było już ani jednego popa. Gdzie się podziali nikt dokładnie nie wiedział. Ludzie gadali, że po aresztowaniu wywieziono ich na Sołówki. Starca Jurija jak dotąd nie aresztowano, bo nie miał on stałego miejsca, był wiecznym pielgrzymem i obecnie spełniał rolę popów, bo chociaż nie posiadał święceń teraz to on błogosławił umierających i wspierał jeszcze żywych modlitwą, radą oraz wlewał w upadłe serca nadzieję. Przepowiednie Jurija zawsze się spełniały – tak przynajmniej twierdzili, ci którym wróżył. Więc gdy zapadł zmrok, przy zapalonym ogarku poświęconej świecy Jurij zaczął swą wróżbę.

Odwróciwszy pooraną zmarszczkami twarz w stronę świecy zamknął niewidzące, przykryte bielmem oczy i po dłuższej chwili zaczął przepowiadać:

– Zima nadchodząca będzie głodna. Zemrze wielu ludzi, ale tym, którzy doczekają wiosny będzie już tylko lepiej. Dobre czasy już nie powrócą, ale pola będą znowu rodzić chleb. Nowe czerwone pany zaprzęgną was do swojego pługa i tego wędzidła ani wy, ani wasze dzieci już się nie pozbędziecie. Z tych co siedzą przy tym stole prawie wszyscy przyszłych żniw dożyją. Dla domu tego szykują się ciężkie dni, ale jeżeli będziecie działać wspólnie i mieć w sercach odwagę przezwyciężycie zło, które do was przyjdzie. Strzeżcie się fałszywych przyjaciół i nie ulegajcie wrogom a zwyciężycie i przeżyjecie. Nie bądźcie zachłanni na pieniądze, bo złota nie ugryziecie, ale jeżeli je zdobędziecie to kiedyś was ono uratuje.

Wróżba była jakaś enigmatyczna i stary Borys Filipow nie do końca był zadowolony. Spodziewał się konkretnych porad, jednak się nie odezwał. Słowa świętego starca powtórzyli z żoną Paraską jeszcze kilka razy przed snem, aby ich nie zapomnieć.

Może tydzień po tym wydarzeniu odwiedził Filipowych młynarz Jermochin. Leonid Teodorowicz Jermochin był przed rewolucją najbogatszym człowiekiem w okolicy. Dopiero później po upaństwowieniu młyna zaczęły się dla jego rodziny złe czasy. Teraz były kułak, wychudły, brodaty kościej wcale nie przypominał dawnego wiecznie zadowolonego, rubasznego młynarza. Po dłuższej rozmowie, której tematem była aktualna bieda, Leonid Teodorowicz sięgną w zanadrze i położywszy na stole brzęczący woreczek zagadnął Borysa jakby mimochodem.

– Ale ja do was Borysie Stiepanowyczu z interesem. Chciałem z wami trochę pohandlować.
– Czym mielibyśmy handlować – spytał Borys wpatrując się w sakiewkę.
– Otóż widzicie chciałbym kupić waszą krowę i zapłacę za nią bez targu dwadzieścia imperiałów. – Przy tych słowach rozwiązał sakwę i wysypał stos złotych, carskich dziesięciorublówek.
– Widzicie Leonidzie Teodorowiczu chętnie byśmy pohandlowali, ale w dzisiejszych czasach krowa nie jest na sprzedaż, więc z przykrością muszę wam odmówić.
– Człowieku za te pieniądze będziesz mógł kupić całe stado. – Rzucił się młynarz.
– Pewnie macie rację, ale złota nie ugryzę, więc nic z naszego handlu nie wyjdzie. – Kiedy i druga sakiewka z taką samą zawartością nie przyniosła spodziewanego rezultatu wściekły młynarz wyszedł bez pożegnania z chałupy Filipowa. Jeszcze z podwórza dochodziły jego złorzeczenia.

*

Jefrejm Blumsztajn był sierżantem w oddziale zaporowym stojącym za rzeką. Jego jednostka miała zadanie pilnować, żeby nikt z tego okręgu bez przepustki nie wychodził. Służba nudna jak diabli. Jeszcze z początku wielu kułaków, a nawet kołchoźników, usiłowało wydostać się ze strefy zamkniętej. Jedni cofali się dobrowolnie innych trzeba było zmuszać siłą, a jeszcze innych nieposłusznych zastrzelić. Jednak ostatnio coraz rzadziej trzeba było interweniować. Po prostu wymarły całe wsie kontrrewolucyjnych kułaków. A po wprowadzeniu paszportów chłopi mieli zakaz opuszczania miejsc zamieszkania, więc łatwiej ich było kontrolować. Teraz sierżantowi było jeszcze nudniej. Toteż gdy pewnego dnia dostał rozkaz, żeby we wsi Krywoje dokonać rekwizycji krowy i dostarczyć ją do sztabu w Dołgowie. Rekwizycja miała być przeprowadzona u kułaka Borysa Filipowa, zadenuncjowanego przez mieszkańca tejże wsi niejakiego Leonida Jermochina. Wziąwszy więc na podwodę dwóch bojców dla ochrony ruszył dokonać rozkułaczenia. Jeszcze nie wiedział, że będzie to pierwszy i ostatni rozkaz w jego życiu, którego nie wykona.

Mgła nad chutorem jeszcze nie opadła gdy usłyszano na podwórzu Filipowa końskie parskanie i skrzypienie wozu. W towarzystwie żołnierzy z karabinami w rękach wszedł do chałupy wysoki, gruby sierżant z oficjalnym pytaniem:

– Czy tu mieszka Borys Filipow Stiepanowycz?
– Tak to ja – Borys stał na środku chałupy i wewnętrznie telepał się ze strachu. Na szczęście zanim bolszewicy zleźli z wozu, zdążył wysłać najstarszego syna Stiopę, żeby pobiegł do lasu i zrobił to, co wcześniej zaplanowali na wypadek takiej wizyty. Trzy granaty były schowane w dziupli starego dębu i czekały na odpalenie.
– Obywatelu z rozkazu dowództwa Armii Czerwonej macie wydać krowę.
– Panie naczelniku ulitujcież się proszę, toż krowa to nasza jedyna żywicielka. – Borys schylił się uniżenie i zbliżył się do nóg Blumsztajna, jakby chciał ująć go pod kolana. Wraz z nim schyliła się cała rodzina Filipowych a Paraska żona Borysa wraz z córką Nastusią nawet uklękły. Jednak bolszewik był nieugięty zmarszczył się i huknął.
– Czy ty chłopie wiesz, co to znaczy rozkaz?! Choćbyś tutaj pękł rozkaz musi być wykonany. Szkoda czasu wyprowadzaj krowę, bo sami weźmiemy i jeszcze po łbie dostaniesz!

Filipow widząc, że prośbami nic nie wskóra postanowił zmienić taktykę.

– Dobrze proszę wypisać pokwitowanie, a chłopak za ten czas wyprowadzi krowę. – Borys wyprostował się i zwrócił się do syna – Petro idź wyprowadź naszą Krasulę. – Chłopak wyszedł. Zaraz za nim wyszedł jeden z bojców. Po kilku chwilach, akurat gdy sierżant skończył wypisywać kwit coś huknęło aż szybki w oknie zadzwoniły. Blumsztajn podskoczył do okna, a drugi żołnierz zdjął karabin z ramienia i wybiegł na podwórze. Borys stanął w otwartych drzwiach i rozglądał się dookoła. Żołnierze wyglądali zza stodoły w stronę lasu. Nie było tam widać żywej duszy. Sierżant chyłkiem podszedł do żołnierzy.
– Trzeba zobaczyć co się właściwie dzieje. Jeden skoczy do pierwszego krzaka, a drugi go osłania. Potem do tamtego drzewa i tak dalej, aż dotrzecie do lasu. Ja tu zostanę i jakby co sprowadzę pomoc. Wykonać!
– Tak jest – niechętnie odszczeknęli sołdaci i ruszyli wykonać rozkaz. Petro wrócił do chałupy, krowa została w oborze zajęta przeżuwaniem.

Gdy żołnierze zniknęli w lesie, a sierżant nadal wyglądał zza stodoły w ich stronę, podszedł do niego Petro z pytaniem:

– Wasze wieliczestwo, mateńka prosi was na skromne śniadanie. – Blumsztajn spojrzał ze zdziwieniem na chłopaka, chwilę pomyślał, że właściwie nie zawadziłoby coś zjeść. Już dwie godziny jak wyjechali, a od rana nie miał nic w ustach oprócz cienkiej herbaty.
– Dobra, ty tu obserwuj, jakbyś zobaczył coś natychmiast melduj, a ja coś przekąszę – pokazał chłopcu gdzie ma prowadzić obserwację i ruszył ufnie do domu Filipowa.

*

Gdy po godzinie żołnierze wrócili, Filipow opowiedział im, że tuż po ich wyjściu przybiegł chłopak ze młyna, który powiadomił, że młynarz Jermochin wzywa go w sprawie dotyczącej wybuchu. A dla nich zostawił polecenie, aby jechali za nim do młyna, bo on z krową tam poszedł.

We młynie żołnierze nie zastali swego sierżanta, a Jermochin twierdził, że go nie wzywał, a nawet go nie zna i nigdy nie widział. Jednak na jego butach było świeże błoto, a w gnoju za stodołą znaleźli bluzę sierżanta. Związali więc kułaka i zawieźli do swego dowództwa. Nazajutrz aresztowano całą rodzinę Jermochina.

Niestety, chociaż dawny młynarz przyznał się do zamordowania sierżanta odnaleziono tyko jego głowę i resztę umundurowania zakopaną w ogrodzie kułaka. Reszty ciała ani służbowego nagana nie odnaleziono, gdyż mimo wymyślnych tortur kułak nie wyjawił, gdzie go ukrył. Nie odnaleziono też krowy, co już było całkiem dziwne.

Prowadzący śledztwo porucznik Jewgienij Swincow doszedł do wniosku, że Jermochinowi musiał ktoś pomagać. Wspólnik lub wspólnicy ukryli ciało sierżanta i zabrali krowę, a teraz pewnie się ukrywają. Jak było do przewidzenia oskarżony odpowiednio przyciśnięty potwierdził wersję porucznika i wyjawił, że w zbrodni brał udział jego brat Josif mieszkający w Piatichatce, chutorze odległym od wsi Krywoje o siedem wiorst. Niestety po sprawdzeniu okazało się, że chutor jest praktycznie wymarły. Zostały tam jeszcze trzy rodziny, ale i one były już na wykończeniu. Rodzina Jermochinów albo podzieliła los innych mieszkańców chutoru, albo uciekła. Nie można tego było sprawdzić, bo jak na złość wójt, który miał prowadzić ewidencję, zmarł jeszcze w zeszłym roku. Porucznik wystawił za Josifem Jermochinem list gończy, ale nie liczył na pozytywne zakończenie sprawy.

*

W opuszczonym chlewie obok młyna, gdzie zmuszona była przenieść się rodzina byłego młynarza, kułaka Jermochina, wszystkie co cenniejsze sprzęty zostały rozdrapane zaraz po aresztowaniu domowników. Pieczęcie urzędowe na drzwiach pozostały nienaruszone, ale okienkiem i tak dało się wszystko wynieść. Jednak trzy postacie, które pod osłoną ciemności zakradły się do pustego chlewa nie przyszły po garnki, kożuchy czy pierzyny. Kawałkami drutu sondowali klepisko, żeby po niecałej godzinie, w najciemniejszym kącie pod rozwalonym świńskim korytem znaleźć miękkie miejsce. Po wyciągnięciu z dziury kilku brzęczących woreczków wyszli cicho jak duchy i utonęli w mroku nocy.

*

Rodzina Filipowych nie miała już prawie żadnych zapasów. Ostatnie resztki mąki zjedzone zostały przy okazji gościny jasnowidza Jurija. Więc nie mogli sobie pozwolić na marnotrawstwo tak dużej ilości mięsa, dzięki któremu mieli szansę przeżyć zimę. Więc przy szczelnie zasłoniętych oknach, późną nocą Borys z Paraską pocięli na drobne porcje trupa sierżanta Jefrejma Blumsztajna. Wcześniej odciętą głowę Stiopa zakopał w ogrodzie Jermochina przy młynie, a z dłoni i stóp jeszcze tej nocy nagotowano wielki garnek zupy.

Paraska dokładnie oddzieliła mięso od kości, mięso poszło do garnka, a kości oraz flaki Borys wrzucił do rzeki. Rano dzieci nasyciły się tłustą zupą z mięsem po czym najstarsza córka Anastazja poszła wydoić krowę ukrytą w leśnym szałasie, a chłopcy zanieśli bydlątku siana w płachtach, przezornie nasuszonego w lecie.

Sierżant Blumsztajn spoczywał solidnie zasolony w małych kawałkach pod podłogą chaty Filipowych. Za życia niewiele dokonał, ot zwykły enkawudzista starszy stopniem. Z czasem dosłużyłby się stopnia kapitana a może majora, a w latach 1938/39 zostałby rozstrzelany w ramach czystki. Gdyby wyszedł z niej obronną ręką zginąłby zapewne w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej za „Rodinu i Stalinu”. A w obecnej roli przyczynił się do uratowania ukraińskiej rodziny od śmierci głodowej.

Carskie ruble byłego młynarza a późniejszego konfidenta Leonida Jermochina bardzo przydały się, kiedy rodzina Filipowych postanowiła uciec z „raju robotników i chłopów”. Z nich opłaceni zostali przemytnicy, którzy przeprowadzili ich do Polski. A nawet starczyło na kupno gospodarstwa i jego urządzenie w nowej ojczyźnie. Jermochinowi ani jego rodzinie na nic by się one zdały, bo jeszcze przed mrozami wszyscy dorośli zostali rozstrzelani a dzieci rozesłano do dietdomów. Podobno nawet niektóre przeżyły, chociaż to raczej mało prawdopodobne.

Dźwirzyno – sierpień 2018