Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Książę Szalony

Stanisław Ryczek

Książę stał przy oknie obserwując życie toczące się w grodzie. Prawdę mówiąc niewiele objawów tego życia było widać. Kobieta z koromysłem niosła dwa wiadra wody ze studni, kręciło się kilka psów, pod murem miejskim bednarze wynosili gotowe beczki, za murami dwa wozy wiozły do folusza drewno lub wełnę do wyrobu sukna, krążyły wrony. Mróz i śniegi, co od dwóch tygodni zaległy okolice, skutecznie powstrzymały większy ruch jakim zazwyczaj pulsował gród. Po ostatnim pożarze zostało jeszcze dużo pustych pogorzelisk, ale w większości miasto zdążyło się odbudować przed zimą.

Mieszczanie winni mu wdzięczność, wspomógł wszak pogorzelców drewnem z książęcych lasów na odbudowę ich domów. Ale znając życie nie spodziewał się z ich strony szczególnych objawów wdzięczności. Tacy już są ludzie „jak trwoga to do Boga” a potem zapominają…

Był zniechęcony i zgorzkniały, teraz w czasie zimowym, wszystko było nudne i nieciekawe. Wspomniał jak bywając w Pradze na zamku w gościnie u króla Jerzego nawet w zimowe dni nie brakowało rozrywek. Przecież, oprócz wielkich łowów, trwających nieraz dwa tygodnie i więcej, bywały sztuki wystawiane przez minstreli, uczty, turnieje, tańce, gry i zabawy, no i piękne panny z fraucymeru królowej oraz doborowe towarzystwo – arystokracja i rycerstwo z całej Europy.

A cóż za atrakcje były na jego wołowskim zamku? Że kucharka skręciła nogę albo zachorował cyrulik.

No właśnie – choroba cyrulika okropnie rozzłościła księcia Jana. Nawet w pierwszej chwili kazał go siłą sprowadzić na zamek. Jednak musiał zrezygnować z tego pomysłu, gdy mu doniesiono, że cyrulik Hans Gustlof ma wysoką gorączkę i być może jego choroba jest zaraźliwa.

Książę od dwóch dni był cierpiący i wściekły na cały świat. Ząb trzonowy nie przestawał go boleć i nie pomagały żadne metody zapobiegawcze, jak płukanie wywarem z kory dębu, ani specjalne ziółka pomagające na każdy ból, warzone przez jego małżonkę księżnę Katarzynę, ani nawet uroki odczyniane przez jakąś babę sprowadzoną z tak zwanej Polskiej Wsi, czyli z zachodniego podgrodzia. Być może nie pomogły, bo odczyniane były w języku polskim, a żadna mieszkanka Wołowa mówiąca po niemiecku nie umiała odczyniać. Albo były zbyt przewidujące i bały się w przyszłości posądzenia o czary. Pomóc mógł tyko cyrulik, a ten jak na złość zachorował.

Gwałtowne otwarcie drzwi przez chłopaka kuchennego przerwało ponure rozmyślania księcia. Kalecząc niemczyznę chłopiec zameldował, że mistrz alchemii przybył na zamek i prosi o posłuchanie. Książę tak był zdziwiony tą wiadomością, że zapomniał zrugać chłopaka za chamskie wtargnięcie do jego komnaty. A to ci dopiero, mistrz alchemii, zamiast siedzieć przy jakimś wielkim dworze przybył do marnego grodu wołowskiego! Ciekawe, co go sprowadza – a może tyko jest przejazdem? Tak czy siak jednak kazał prosić tak rzadkiego gościa, chociażby po to, by posłuchać wieści ze świata.

Mistrz okazał się niedużym człowieczkiem o oliwkowej cerze, ubranym w czarny strój przysługujący uczonym. Podobieństwo do Żydowina nieco zniechęciło księcia, jednak postanowił wysłuchać jakie umiejętności posiada jego gość. Okazało się, że alchemik Pinkas ze Stuttgartu studiował w Amsterdamie u znanego mistrza Gliwiusza, odbył podróż do Persji, gdzie nabył wiele cennych umiejętności, szczególnie w leczeniu chorób oczu i układów trawiennych.

Księcia bardzo zainteresowały jego umiejętności lekarskie, więc nie wysłuchawszy do końca jego mowy przerwał mu pytaniem:

– Mówisz mistrzu, że znasz się na leczeniu, czy potrafisz pomóc na ból zębów?

– Miałem z tym do czynienia w mojej praktyce – z ukłonem odpowiedział Pinkas.

– W takim razie przygotuj swoje narzędzia i przychodź do mnie jak najprędzej.

Mistrz Pinkas po obejrzeniu bolącego zęba stwierdził, że najpierw trzeba znieczulić organizm, aby przytłumić ból, a następnie ząb wyrwać. Po uwarzeniu około piątej części kwarty wywaru z łupin makowych z dodatkiem jakichś sobie tylko znanych ziół, które miał w swoich sakwach. Napoił nimi księcia. A kiedy napar zaczął działać, wyrwał zęba prawie bezboleśnie.

Książę Jan po dobrze przespanej nocy, w dobrym humorze, po raz kolejny wezwał alchemika. Ale już innym, lepszym okiem spoglądał na niego. Pozwolił mu usiąść i kazawszy nalać w kielichy węgrzyna dopytywał go o inne jego umiejętności, o których nie zdążył opowiedzieć poprzedniego dnia.

Okazało się, że mistrz Adolf Pinkas posiadł wiedzę nie tyle alchemiczną, co raczej ogólną. Bo oprócz sporządzania różnych ciekawych medykamentów i trucizn (na przykład: arszenik, tojad, szalej, cykuta, cukier ołowiowy, który słodki w smaku potrafi pozbawić życia tak dyskretnie, że niemal bez możliwości wykrycia trucizny), poznał sekret wyrobu stali damasceńskiej, tak obecnie pożądanych mieczy i sztyletów z tego metalu. Potrafił też sporządzić konterfekt, na którym portretowana osoba jak żywa wygląda.

Jednak dopytywany, czy znana jest mu transmutacja metali w złoto, nie odpowiedział jednoznacznie, twierdząc, że jeszcze nikomu to się nie udało. Taką samą odpowiedź uzyskał książę w sprawie panaceum czyli eliksiru życia. Więc jakkolwiek nie do końca zadowolony z jego umiejętności, musiał przyznać, że w Wołowie ani w okolicach, a nawet we wrocławskim księstwie, nie ma nikogo z taką wiedzą. Poza tym cichcem sądził, że Pinkas nie wszystkie umiejętności wyjawił. Wszystkim przecie wiadomo, jakie tajemnice kryją się w pracowniach alchemicznych. A być może odpowiednio spojony winem albo w inny sposób przyciśnięty wyjawi najskrytszą swą wiedzę.

Zaproponował więc książę alchemikowi Pinkasowi, aby pozostał w jego grodzie na czas nieokreślony z roczną pensją 150 florenów węgierskich oraz pomieszczeniem na pracownię w kuźni zamkowej. Bo tak się zdarzyło, że kowal, który wiosną spowodował pożar miasta został powieszony. Więc gospodarzył tam tylko jego uczeń, którego może zatrudnić do swoich prac po sprawdzeniu czy się do tego nada. Umowa została zawarta i alchemik wprowadził się do mieszkanka po kowalu, znajdującego się tuż obok kuźni, a sama kuźnia została przekształcona w pracownię alchemiczną.

Książę Jan nie był już młody, właśnie skończył 64 lata i prawdę mówiąc, bardzo przydałby mu się eliksir przedłużający życie i jednocześnie leczący wszystkie choroby. No i oczywiście chciał mieć nieograniczony dostęp do złota, bo ambicje polityczne miał nadal duże i nie miał ochoty być podporządkowany swoim trzem zięciom. On Jan II książę żagańsko–głogowski nie miał zamiaru skończyć życia w marnej wołowskiej dziedzinie jaką wydzielili mu z łaski niewdzięczni zięciowie. Wchodząc w układ z alchemikiem i proponując mu tak duże wynagrodzenie miał więc w tym swoje wyrachowanie.

Jednak na początek zażądał, aby ten namalował mu portret. Minęło co prawda trochę czasu, bo utarcie farb i potem sam proces malowania trwał dość długo. Jednak konterfekt zadowolił księcia. Bo w książęcej koronie i w zbroi wyglądał poważnie i godnie. W portrecie zostało uchwycone podobieństwo, ale dodatkowo został książę na nim odmłodzony o jakieś dziesięć lat. Bardzo spodobało się to księżnej Katarzynie i ona również zapragnęła takiego portretu dla siebie.

Miał więc alchemik zajęcie do świąt Bożego Narodzenia. Jednak w przerwach nie zaniedbywał urządzania swojej pracowni, w której to czynności bardzo przydał mu się uczeń Johannes Brecht przejęty w spadku po nieszczęsnym kowalu. Chłopak był bardzo bystry, rzutki i chętny, tak do nauki, jak i roboty. Przy tym znał stosunki panujące w grodzie, a i plotki przynoszone przez niego nie były bez znaczenia. Pinkas wszystkie wiadomości skwapliwie zapamiętywał, a niektóre informacje, o specjalnym dla niego znaczeniu nawet zapisywał. Z doświadczenia wiedział, że nawet w dużych miastach informacja jest cenną rzeczą, a w takim małym środowisku jest cenną w dwójnasób.

W dawnej kuźni zostały zainstalowane różne retorty, kolby i destylatory sporządzone według rysunków Pinkasa, za które zgodnie z umową zapłacił książę. Natomiast o wszelkie potrzebne ingrediencje zadbał alchemik. Jeszcze przed końcem roku laboratorium było niemal gotowe do wszelkich prac według zapotrzebowania dworu książęcego.

Jedno z pierwszych zamówień dla księżnej podsunął sam alchemik. Otóż zaproponował, że sporządzi specjalny preparat do mycia. I rzeczywiście po kilku dniach przyniósł jakiś szary przedmiot obłego kształtu, który przy namoczeniu i potarciu zaczynał się pienić i nawet przypadł księżnej do gustu, bo stosowany zamiast ługu równie dobrze spełniał swoją rolę, a nawet lepiej, bo mydło – jak je nazwał Pinkas, było mniej od ługu żrące.

Jednak dla księcia była to drobna, nic nie znacząca igraszka i fanaberia. Zażądał miecza z damastu dla siebie. Jednak jego życzenie nie mogło zostać spełnione z powodu słabej jakości miejscowego surowca.

Żelazo, uzyskiwane z rudy darniowej wydobywanej w okolicach Wołowa, po wytopieniu nadawało się do wyrobu narzędzi gospodarskich czy końskich podków, ale do takiego miecza, jak chciał książę, potrzeba było znacznie lepszej surowca. Dopiero, gdy zamówiona szwedzka stal u gdańskich płatnerzy dotarła do Wołowa, alchemik mógł zająć się wykuwaniem książęcego miecza. Ale żeby to nastąpiło musiało upłynąć kilka miesięcy. Tymczasem książę zachęcał Pinkasa do działań najwyższej wagi, czyli prac, które mogłyby przynieść jakieś konkretne korzyści.

Pracował więc mistrz Pinkas nad różnymi doświadczeniami mającymi przynieść sukces w postaci wynalezienia kamienia filozoficznego lub jakiejś substancji przedłużającej życie. Bo książę Jan słabował coraz częściej i nawet podjął kroki ugodowe z cystersami lubiąskimi, których wygnał kilka lat temu z klasztoru, gdzie urządził sobie pałac letni i psiarnię. A wszystkie dziedziny i wsie należące do mnichów zawłaszczył dla siebie. Jednak obawiając się o zbawienie duszy w razie nagłej śmierci podjął kroki rozjemcze. Przecież był obłożony klątwą przez Andrzeja opata tamtejszego zgromadzenia, o czym wszyscy wiedzieli, bo zostało to obwieszczone na drzwiach wołowskiego kościoła św. Wawrzyńca i ten fakt nie dawał mu spokoju. Coraz mniej wierzył, że alchemikowi uda się zatrzymać to, co nieuniknione i nawet miecz uczyniony z tak szlachetnego metalu jak stal damasceńska nie cieszył go.

W lipcu 1501 roku uzyskano wreszcie porozumienie z cystersami. Klątwa została cofnięta i mnisi mogli wrócić do swego klasztoru i włości do niego przypisanych. Polepszyło się też zdrowie księcia i powrócił mu dawny wigor.

Pewnej nocy niespodziewanie odwiedził mistrza Pinkasa w jego laboratorium i kazał przedstawić sobie efekty jego doświadczeń. A kiedy ten niezbyt zrozumiale streszczał swoje próby, wściekły książę pchnął nic niewinnego terminatora Johana tak, że ten upadł w palenisko i oparzył sobie obie dłonie. W ten sposób alchemik stracił zdolnego ucznia, bo rany zaczęły się paprać i po dwóch tygodniach, w wyniku gangreny, Johan zmarł. W tym przypadku na nic nie przydała się medyczna wiedza alchemika ani jego maści i driakwie. Księżna dała matce chłopca dziesięć dukatów tytułem odszkodowania i na tym sprawa się skończyła.

Jedynym łącznikiem alchemika z miastem i jego sprawami została Helga wdowa po powieszonym kowalu. Mieszkająca z łaski księżnej na terenie zamku, młoda niewiasta, pełniąca obowiązki pomocy kuchennej, często zanosiła obiady Pinkasowi, kiedy ten zajęty swoimi eksperymentami nie mógł przyjść do izby czeladnej na posiłek.

Do pomocy alchemikowi odesłano jednego z chłopców stajennych, Hansa, który jakkolwiek wyższy i silniejszy od swojego poprzednika, był ślamazarny i mało lotny. Nadto alchemik podejrzewał go, że jest okiem i uchem księcia.

Po miesiącu praktyki w pracowni mistrz, pochwaliwszy jego zaangażowanie, poczęstował go winem zaprawionym ziołami, nazywanymi czasem serum prawdy, które powodowały większą gadatliwość, niżby to zrobił sam alkohol. Wtedy otrzymał potwierdzenie swoich podejrzeń. Postanowił więc szpiega oswoić, czyli pozwolił dalej donosić księciu, ale jednocześnie donosić jemu o planach księcia. A jako „zachętę” pokazał co mu zrobi, gdyby chciał oszukiwać. Złowioną wcześniej mysz włożył do retorty, w której był jakiś płyn i zanim upłynęło kilka pacierzy mysz się rozpuściła, że została tylko brudna woda. Przy czym opary, które powstały w wyniku tej destrukcji popłynęły szklaną rurką do górnego pojemnika zaopatrzonego w zaworek. Po jego odkręceniu, opary czyli lotne pozostałości myszy, zostały przez mistrza podpalone i w ciągu kilku chwil spłonęły. Alchemik wyjaśnił oniemiałemu Hansowi, że gdyby zamiast myszy zrobić to samo z człowiekiem, to w górnym pojemniku znalazłaby się jego dusza, która płonąc zostałaby unicestwiona, więc nigdy nie zaznałaby zbawienia. Eksperyment przekonał Hansa do propozycji mistrza pozostania podwójnym agentem.

*

Książę Jan siedział przy otwartym oknie w swej komnacie. Był letni pogodny wieczór. Patrzył na staw zamkowy, poza murami miasta i chmary ptactwa wodnego pławiącego się w nim. – Ech, żeby tak móc cofnąć czas – myślał. – Mając dzisiejszą wiedzę na pewno nie sprzedałby ziemi żagańskiej, teraz byłby tam udzielnym księciem. A tak został mu tylko pusty tytuł i marne uposażenie z niewielkiej dziedziny: Wołowa, Wińska i kilkunastu wsi. Żeby jego alchemik potrafił i chciał wyprodukować złoto albo chociaż srebro, mógłby zebrać kilkanaście tysięcy zaciężnych i odebrać swoje dziedzictwo.

A może wziąć się za Pinkasa i jakimś fortelem wyciągnąć z niego wiedzę, która przyczyniłaby się do wzbogacenia jego skarbca. Hans, jego człowiek, jest co prawda przy nim i śledzi wszystkie jego poczynania, ale Hans jako terminator niewiele umie, a mistrz nie prędko wtajemniczy go w swoje tajemne przepisy. Jeżeli kiedykolwiek go wtajemniczy. Już czwarty rok alchemik trudzi się nad formułą kamienia filozoficznego i końca nie widać. A może tylko udaje, że szuka, a naprawdę dawno już odnalazł, tylko nie chce jej zdradzić.

Pozostanie chyba wziąć alchemika na męki i może wtedy uda się wydrzeć jego tajemnice, które dawno powinien spożytkować dla księcia, tak hojnie płacącego za jego pracę.

Fakt, że sporządzane przez niego medykamenty są pomocne na jego starcze dolegliwości i piguły ukręcone na gnębiącą go podagrę skutecznie tłumią ataki bólu w lewej stopie. Również księżna Katarzyna zadowolona jest z pomocy lekarskiej, a i ich córkom czasem pomaga na bóle głowy jakimiś inhalacjami i solami. Jednak Albrecht Ziębicki jego zięć powiedział, że do tych rzeczy wystarczy zatrudnić dobrego medyka za znacznie mniejszą gażę.

*

Z samego rana jeszcze przed śniadaniem Hans rozpalając palenisko nieoczekiwanie zagadnął:

– Mistrzu, coś się szykuje. Wczoraj wieczorem został wezwany do księcia mistrz małodobry Tobias Schuler. A przecież żadna egzekucja nie jest przewidziana.

– No to rzeczywiście ciekawa sprawa, ale być może książę chce zlecić mu jakieś zadanie niezwiązane z egzekucją. – Odrzekł Pinkas, udając spokój, ale wewnętrznie poczuł ukłucie niepokoju.

– Może jest tak, jak mówicie panie, tylko po wyjściu kata książę pan wezwał mnie i nakazał informować niezwłocznie gdybyście opuścili zamek. – Ta informacja zwarzyła krew alchemikowi, ale dalej udając obojętność zajmował się montowaniem retorty nad paleniskiem.

– A gdybym chciał uciec z zamku, co byś uczynił.

– Musiałbym zawiadomić księcia, bo w innym przypadku kara by mnie nie minęła.

– No tak, masz rację, ale nigdzie się nie wybieram, więc zajmij się swoją robotą – skwitował mistrz.

Jednak zmienił zamiary i postanowił nie wykonywać prac na dzisiaj zaplanowanych. Polecił Hansowi wygasić palenisko i przygotować moździerze do ucierania medykamentów, a sam zaczął odmierzać proporcje ważąc poszczególne ingrediencje do sporządzenia odpowiedniej ilości leku.

Tak, jak przypuszczał, pod wieczór został wezwany do księcia. Okazało się, że była to uczta rodzinna, bo oprócz księżnej Katarzyny były tylko dwie księżniczki i zięć Albrecht – pan na Ziębicach.

Przyjęto alchemika bardzo serdecznie, jednak mistrz wyczuł nutę fałszu w zachowaniu i słowach księcia Jana. Mimo, że gorąco namawiany starał się dużo nie pić i ważyć słowa. W pewnym momencie Albrecht zwrócił się do mistrza Pinkasa:

– Doszły mnie słuchy, że w Pradze dokonano udanej transmutacji ołowiu w złoto.

– Transmutacja jest możliwa tylko przy pomocy kamienia filozoficznego, a tego do tej pory nie wynaleziono – odrzekł Pinkas.

– Przecież Nikolas Flamel dokonał tego już prawie sto lat temu.

– Owszem jednak swoją wiedzę zabrał do grobu, bo po jego śmierci nikt tego nie dokonał.

– Jak to, przecież każdy mistrz ma uczniów albo chociaż jednego ucznia, któremu powierza całą wiedzę.

– Czasem zdarza się, że z powodu nagłej śmierci nie zdąży tego dokonać, albo uczniowie nie zasługują, aby dostąpić tak ważnej tajemnicy. Przecież kamień filozoficzny daje władzę nad światem. Dzięki niemu zyskamy eliksir życia i możliwość transmutacji metali.

– Co robi alchemik, jeżeli wie o swojej bliskiej śmierci, a uczniowie, z racji swojej niedojrzałości albo niekompetencji, nie zasługują na powierzenie im tajemnicy? – naciskał Albrecht.

– Nie wiem co zrobiliby inni, mogę tylko powiedzieć, co ja bym zrobił. Otóż powierzyłbym tajemnicę najbliższej osobie albo zapisałbym, a zapis schował tak, żeby żaden profan nie znalazł.

– Jak zabezpieczyć się przed profanem, przecież zapis może znaleźć byle kto – wtrącił książę.

– Otóż zostawia się tajemny kod, że tylko człek inteligentny i znający tajemne znaki może taki szyfr odczytać. – Zakończył Pinkas swój wywód.

Nazajutrz mistrz dokonał jeszcze kilku ważnych prac. Wiedział, że jego służba dla księcia dobiega końca. Czuł zbliżający się kres swojej drogi i niestety nie mógł nic zrobić, żeby go uniknąć. Pilnowany był nie tylko przez swego ucznia, ale i inne osoby ze służby, a nawet stajennych. Powiedziała mu to w tajemnicy Helga. Przez okno uciec nie mógł, bo było zbyt wąskie, a gdyby jakoś udałoby mu się niepostrzeżenie wymknąć, wynikłaby jeszcze sprawa pokonania fosy. Bez swego konia daleko nie ucieknie, a w stajniach śpią stajenni, którzy, gdyby chciał go zabrać, natychmiast wszczęliby alarm. Jednym słowem był w matni. Przedsięwziął więc kroki na jakie pozwalały mu ostatnie chwile względnej wolności.

*

Helga Gunther, wdowa po kowalu, kiedy jej zrelacjonował sytuację i zaproponował 50 florenów za pomoc w ucieczce z miasta, zgodziła się, postawiła tylko jeden warunek – żeby zabrał ją ze sobą. Wyjaśniła, że od egzekucji jej męża wszyscy znajomi odwrócili się od niej. Dla mieszczan stała się żoną podpalacza i traktowali jak zapowietrzoną, gdyby nie księżna, która pozwoliła zostać jej w zamku, pewnie umarłaby gdzieś pod płotem z głodu.

Mistrz przystał na jej propozycję, kobieta była młoda i niebrzydka, a w dwójkę podróżować raźniej i bezpieczniej…

Ustalili, że kupi ona u swoich znajomych w pobliskiej wsi Piotronowice, konia z wozem i czekać będzie dzisiejszej nocy na wzgórzu za tą wsią. Żeby mistrz mógł trafić na to miejsce będzie palić nieduży ogień. Ludziom, od których kupi konia powie, że uskładawszy trochę grosza jedzie do swojej rodziny mieszkającej pod Trzebnicą. Tymczasem oni zatoczą koło i skierują się na trakt ścinawski. W ten sposób zmylą pościg, bo alchemik był pewien, że książę tak łatwo nie odpuści. Wieczorem przed zamknięciem bramy wrocławskiej Pinkas wymknie się z miasta, nieobciążony żadnymi bagażami nie wzbudzi podejrzeń. Ustalili, że najpotrzebniejsze rzeczy, swoje i mistrza, kobieta wywiezie ręcznym wózkiem jeszcze z rana.

*

Tobias Schuler zjawił się na zamku wołowskim późnym wieczorem. Książę nie chciał, żeby widziano kata składającego mu wizytę. Przyjął go w swojej komnacie i zaczął rozmowę dopiero po odprawieniu służby.

– Powiedz mi mistrzu jakiego rodzaju męki umiesz zadawać i czy jesteś przygotowany, by móc w każdej chwili użyć swoich umiejętności i narzędzi?

– Mości książę, wszak wiesz, że jestem biegły w swojej profesji i mogę stosować metody jakie sobie książę wymyśli. Jednak, jeżeli ma to odbywać się w podziemiach zamku, muszę pierwej dostarczyć potrzebny sprzęt. Więc przyszedłem po dyspozycję.

– Powiedz więc jaka tortura twoim zdaniem rozwiąże język nie skaleczywszy zbyt mocno ciała?

– Poleciłbym na początek „kolebkę judasza”, musiałbym co prawda przywieźć ją wozem. Jednak po „huśtaniu” na niej delikwent przez pewien czas nie mógłby chodzić. Takie same kłopoty z chodzeniem byłyby po zastosowaniu hiszpańskich butów. Są dwie wersje tej sztuki: pierwsza bardziej znana, to dokręcanie przy pomocy imadła, a druga polega na podgrzewaniu. Mam też w swoim wyposażeniu „gruszkę”. Bardzo ciekawe urządzenie wynalezione w Moguncji. Gruszkę można włożyć w odbyt albo w usta, a potem przy pomocy śruby rozwierać. Mogę też zaproponować prostsze męki, na przykład zwykłe „wahadło” albo podpiekanie boków.

– Co do podpiekania boków to chyba byłoby najlepsze rozwiązanie, ale co się kryje pod pojęciem wahadła?

– Za związane do tyłu ręce podciąga się na linie penitenta do góry i wisi, aż mu one wyskoczą z ramion. Można ten system modyfikować przywiązując do nóg ciężary.

– Więc dobrze zostajemy przy wahadle i podpalaniu boków. Jednak trzeba być przygotowanym, gdyby torturowany był wyjątkowo twardy. Wytłumacz mi jak działa kolebka judasza.

– Urządzenie to jest proste w konstrukcji: jest to ostrosłup na górze okuty blachą, na który spuszcza się delikwenta wiszącego na linach w ten sposób, żeby uderzał odbytem w ostry koniec. A co do innych tortur pomocnych w rozwiązywaniu języka to proponowałbym zgniatacz kciuków. Posiadam cały komplet na ręce i na nogi – bardzo pomocne urządzenie. Ale czasem wystarczy „połaskotać” kańczugiem lub tylko pokazać narzędzia. Te wszystkie obcęgi, szpikulce, korkociągi do wyciągania gałek ocznych, czy rozgrzany do czerwoności pręt do wkładania w odbyt dla sodomitów, potrafi to zrobić duże wrażenie. Więc można zacząć od prezentacji.

– Dobrze. Zatem bądź jutro wieczorem gotowy ze wszystkim.

*

Wieczorne wyjście mistrza Pinkasa nie wzbudziło podejrzeń na zamku, często zdarzało się, że spacerował, nawet po zmroku. Poszedł w stronę rynku obejrzał się, czy nikt za nim nie idzie i skręcił w stronę bramy miejskiej, ale tam wszczął się właśnie niespodziewany ruch.

Jakaś hałastra z kijami szła wokół wozu kierując się w stronę ratusza. Zbiegowisko było coraz większe, bo do pochodu dołączały różne miejskie obiboki, dopytując się o co chodzi. Mistrz stanął w załomie muru i czekał, aż hołota go minie. Gdy wóz zrównał się z nim serce zamarło mu na chwilę, bo poznał Helgę. Siedziała związana na wozie, tłuszcza zdążyła już ją pobić, bo widać było zadrapania i sińce na twarzy. Ktoś krzyczał, że czarownicę trzeba dostarczyć do burmistrza, ktoś inny, że raczej do księcia, bo to jego służąca.

Pinkas zawrócił do zamku – wiedział już, że wszystko stracone. Musiał naszykować się na najgorsze i porobić przygotowania, bo wiedział, że najdalej nazajutrz będzie aresztowany.

*

Gdy burmistrz Werner zjawił się pod ratuszem wraz z trzema członkami rady, było już całkiem ciemno. Paliło się kilkanaście pochodni, które oświetlały postać na wozie. Tłum rozstąpił się przed władzą miejską, ucichły wrzaski.

Burmistrz nakazał wprowadzić oskarżoną do ratusza. W dużej Sali za stołem zasiedli oficjele, kobietę ustawiono przed nimi, a tłum wypełnił salę po brzegi.

Burmistrz stwierdził, że posiedzenie nie jest żadnym sądem i żeby nie spodziewano się, że zapadnie jakiś wyrok. Rada przesłucha tylko oskarżoną i nazajutrz zda relację księciu, bo to on wyda wyrok w tej sprawie, ponieważ Helga Gunther należy do służby zamkowej, a poza tym, tak poważne wyroki może wydawać tylko sąd książęcy.

Na początku wystąpili świadkowie, którzy zeznali, że widzieli jak kobieta przy ognisku rozebrała się niemal do naga i czyniła jakieś gesty, które ani chybi miały na celu przywołanie szatana. Następnie sołtys wsi Piotronowice stwierdził, że sprawdzono sakwy na wozie oskarżonej się znajdujące i stwierdzono tam rozmaite tajemne przedmioty i inne dziwne ni to zioła, ni to maści, jawnie świadczące o powiązaniu z siłami nieczystymi. Przy tym to dziś przypada pełnia księżyca, a jak wiadomo czarownice właśnie w takie noce uprawiają nierząd z diabłem.

Oddano głos oskarżonej, chociaż jej wina była właściwie udowodniona. Ona zaś opowiedziała, że zmokła w trakcie popołudniowego deszczu, dlatego rozpaliła ognisko i zdjęła suknię, żeby wyschła. W tym czasie ci, którzy ją podglądali wyskoczyli z ukrycia i chcieli posiąść ją siłą, a kiedy pochwyciwszy płonącą żagiew z ogniska, odegnała ich, zawołali sołtysa i fałszywie oskarżyli. Jednak nie chciała powiedzieć, skąd na jej wozie znalazły się tajemnicze przedmioty. Dlatego burmistrz zarządził, aby uwięzić kobietę i nazajutrz zaprowadzić do zamku.

*

Książę był rozgniwany, już dwie godziny trudził się mistrz Tobias ze swoim hyclem, a alchemik milczał. Czasem wydawał głośniejsze jęki, jak przy zgniataniu palców u nogi czy podpiekaniu świecą pod pachami. Ręce miał już niewładne, bo przy torturze wahadła zostały zwichnięte. Jednak kat zapewnił, że w każdej chwili może je nastawić i będą działały.

Mistrz Schuler też zaczynał się denerwować, ale jego irytacja wynikała z niecierpliwości księcia. Przecież wiedział, że alchemik w końcu nie wytrzyma i zacznie mówić – nie takie śledztwa już przeprowadzał. To torturowanemu czas się dłuży, kat ma go zawsze dużo, więc nie musi się spieszyć, pośpiech księcia działał mu na nerwy.

Do wschodu słońca pozostało jeszcze dwie godziny, więc wcale nie tak mało. Kat widząc jak bardzo księciu zależy na zeznaniach Pinkasa postanowił przycisnąć go mocniej. Trzymając w szczypcach rozgrzany do czerwoności pręt oznajmił mu, że za chwilę włoży mu go do tej kiszki, którą gnój z niego wychodzi. W oczach mistrza Pinkasa zauważył zmianę, widać było, że jest gotów do rozmowy. Kat skinął głową w kierunku księcia, który po raz kolejny zadał to samo pytanie:

– Gdzie ukryłeś swoje zapiski? Mów!

Alchemik był w okropnym stanie, ociekający krwią od chłosty, poparzony, ze zmiażdżonymi palcami u rąk i nóg, rozerwane usta i wyłamane zęby to efekt działania „gruszki”. Leżał na wznak przymocowany do specjalnej ławki, nie mogąc wykonać żadnego ruchu, czasem tylko chwytał ustami kosmyk swoich włosów, gdy ból był szczególnie silny.

– Jakieś zapiski ukryłem po podłogą w moim pokoju przy piecu, ale nie wiem czy księcia zadowolą, bo nie ma w nich niczego nadzwyczajnego – odrzekł chrapliwym głosem.

– Dobrze wiesz o jakie zapiski mi chodzi. Skoro są tak mało ważne to dlaczego je ukryłeś? Zresztą za chwilę zostanie sprawdzona twoja prawdomówność, ale drżyj jeżeli mnie oszukujesz.

Wyszli z pomieszczenia, żeby odpocząć i się posilić, a tu śmierdziało kałem i moczem, który wypłynął z mistrza Pinkasa. W szafliku wymyli ręce i posilali się zimnym mięsiwem, chlebem i winem, jeszcze z wieczora przygotowanym na polecenie księcia.

W tym czasie hycel Tomas obudził ucznia alchemika Hansa i razem szukali ukrytych zapisków.

*

– Miłościwy książę są. Znaleźliśmy pod piecem tak, jak mówił. Jedna cegła w polepie była luźna i tam schował. – Hycel trzymał w ręku płócienny worek, z którego wystawały pergaminowe karty zszyte baranim jelitem. Jednak książę nie potrafił odczytać odręcznego pisma alchemika. Obudzony i pospiesznie sprowadzony pisarz Arnold Zedlitz z kancelarii książęcej głośno czytał:

„Po długiej podróży z Amsterdamu przez północne i wschodnie niemieckie kraje na początku grudnia, już po grudzie i śniegu dotarłem do grodu Wolau, który w herbie posiada bydlę po polsku zwane wołem.

Ma tu swoją siedzibę książę Jan II żagański. Pan ten pozbywszy się głupio swoich włości sprzedając je książętom saskim: Ernestowi i Albrechtowi z dynastii Wettinów za 50 tysięcy florenów, został bez niczego i dlatego nazwano go „Janem bez ziemi”. Później przez zbieg okoliczności i szczęśliwy przypadek stał się dziedzicem Głogowa z pomocą króla węgierskiego Macieja Korwina. Jednak, że nic na tym świecie nie jest za darmo, król Maciej po śmierci Jana II zażyczył sobie władztwa nad tymi ziemiami. Jednak Jan złamał umowę i zapisał te ziemie swoim trzem zięciom. W wyniku niedotrzymania traktatów powstała wojna z Węgrami, którą książę przegrał i został pozbawiony wszystkiego. Teraz zięciowie z litości (wszyscy trzej są braćmi) dali mu kawałek swoich włości, żeby na starość miał coś w rodzaju księstwa.

Myślę, że w takich okolicznościach łatwiej będzie mi zarobić na utrzymanie, bo oboje księstwo już wiekowi, a leczenie chorób to w pewnym sensie moja specjalność…”

– Dość – krzyknął książę – szukaj w zapiskach tajnych przepisów, a nie jakoweś pomówienia i plotki.

Pisarz przewrócił kilka kart i znów zaczął czytać:

„Dziś książę Jan odwiedził moją pracownię i nie wysłuchawszy relacji z moich doświadczeń i prac wyszedł, pchnąwszy przódy mojego ucznia, a że ten szpetnie poparzył ręce w palenisku…”

– Zostaw to, szukaj dalej – książę z wściekłości aż pobladł.

Pisarz posłusznie przewrócił kilka kart i znowu zaczął:

„Po dzisiejszej rozmowie z księciem i jego zięciem Albrechtem nabrałem przekonania, że posądzają mnie, że ukrywam tajemne formuły dotyczące transmutacji metali, a być może nawet panaceum. Mam obawy, że zechcą zmusić mnie siłą do wyjawienia tajnych receptur. Jestem osaczony, bez możliwości opuszczenia miasta, z rozkazu księcia inwigilowany przez całą służbę. Mówią, że książę to szaleniec i wariat, dlatego boję się najgorszego…”

– To ostatni zapis z 10 sierpnia Anno Domini 1504, reszta kart jest pusta. – sekretarz podał rękopis księciu.

Twarz księcia była czerwona z wściekłości, nerwowy tik wstrząsał jego twarzą i powieką lewego oka. Chwycił drżącymi dłońmi pergamin i wydarłszy ostatnią kartę ruszył z nią do sali tortur.

Kat i jego hycel podążyli za nim, a pisarz, nie otrzymawszy żadnych dyspozycji podniósł rzucony przez księcia rękopis i w pewnej odległości też tam się udał. Zanim tam wszedł usłyszał nieludzki wrzask, po którym nastąpiło rzężenie konającego człowieka. Pisarz stanął przed drzwiczkami do lochu i nasłuchiwał. Nie chciał tam wchodzić, na widok krwi zawsze robiło mu się niedobrze. Słyszał jak kat robił wyrzuty księciu, że gdyby nie jego popędliwość wydarłby potrzebne tajemnice, bo Pinkas był prawie gotowy i jeszcze ze trzy pacierze, a byłoby po sprawie.

*

Arnold Zedlitz siedział w swoim mieszkaniu przy świecy i czytał karta po karcie zapiski mistrza alchemii Pinkasa zabitego przez księcia w przystępie szału, który zawładnął nim po odczytaniu notatek alchemika.

Skończywszy czytać zamyślił się, nie tylko nad treścią, ale i nad samym alchemikiem. Przecież gdyby nie jego zapiski zapewne uszedłby z życiem. Owszem byłby solidnie poszczerbiony przez tortury, ale jednak żywy.

Po obejrzeniu rękopisu stwierdził, że karty były zszywane pojedynczo, czyli manuskrypt powiększał się w miarę pisania. Pewnie Pinkas zapisawszy kartę za każdym razem doszywał ją do już istniejących. Jednak ostatnie dwie karty były czyste. Być może tym razem przyszył ich kilka, bo znudziło mu się doszywać po jednej. A może karty zostały zapisane atramentem niewidzialnym, słyszał, że atrament taki istnieje. Ale może to tylko bajki, no bo właściwie jak takie pismo odczytać, skoro go nie widać?

Zbadał karty pod różnym kątem, jednak nic nie zobaczył. Dopiero umieściwszy kartę nad świecą wydawało mu się, że coś widzi. Karta znalazłszy się blisko świecy zaczęła w tym miejscu zapełniać się pismem. – Ależ to jakieś czary – pomyślał zdumiony. Ogrzawszy pergamin miał przed sobą tajemne zapiski alchemika i być może jego ostatnią wolę. – Pewnie nagroda mnie nie minie i to sowita.

Ze szczęścia nalał sobie kielich wina, tego lepszego, co go trzymał na szczególną okazję. I z niecierpliwością zabrał się do czytania.

„Do nieznajomego, co po mojej śmierci odczytasz ten list
(jeśli kiedykolwiek ktoś go odnajdzie)

Świadom swojej trudnej sytuacji, którą opisałem wyżej atramentem widocznym. Postanowiłem utajnić moje poczynania ostatnie. Otóż po rozmowie u księcia jestem niemal pewien, że podejmie on jakąś próbę wydarcia ode mnie wszystkich tajemnic. Pewnie będą to tortury – Panie Boże chroń mnie i daj mi siłę!

Tak więc czując na co się zanosi przystąpiłem do przygotowania pigułek uśmierzających ból stopy, którą czyni atak podagry. Ataki takie często książę miewa szczególnie wiosną i jesienią. Oczywiście po sporządzeniu lekarstwa nie omieszkałem podpisać dla kogo ono jest i na co skutkuje. Mój pomocnik Hans został przeze mnie dodatkowo poinstruowany o przeznaczeniu piguł, bo przecież czytać mało kto tutaj potrafi. Od dzisiaj, każdego dnia będę nosił przy sobie środek znieczulający zwany laudanum albo opium, który z Persji przywiozłem i sprawdziłem wielokrotnie na chorych, jak również na sobie. Jednak zdając sobie sprawę, że środek ten działa tylko określony czas, nasączę nim sobie końcówki włosów, które swą długością sięgają mi do ust, więc w razie potrzeby chwyciwszy włosy w usta i wyssawszy je uzupełnię dawkę przeciwbólową i może uda mi się przetrzymać najgorsze męki.

Proszę cię człowieku dobry czytający te notatki o jedną i ostatnią przysługę, abyś zamówił mszę za moją grzeszną duszę. Prośba moja nie jest bezpodstawna, bo nie mam niestety żadnej bliskiej rodziny, która zadbałaby o mnie w tym względzie. A po drugie zapewne okażę się zabójcą, bo do pigułek na podagrę dodałem porcję arszeniku, która powaliłaby konia, więc kiedy to czytasz, książę Jan zapewne już dawno nie żyje i to za moją przyczyną. Na dodatek naraziłem Helgę wdowę po kowalu na śledztwo, tortury i w rezultacie być może na śmierć, więc i ona obciąży mnie na sądzie przed Panem Niebios. Ale żeby wynagrodzić ci twoje starania i żebyś straty z własnej kieszeni nie poniósł za zamówioną mszę, zdradzę ci miejsce, gdzie ukryłem niemal cały trzyletni zarobek u księcia.

Otóż w mojej komnacie, siedem stóp licząc od drzwi, dokładnie kierując się na okienko w południowej ścianie, unieś cegłę w podłodze, a znajdziesz mieszek z florenami. Jest ich tam na tyle, że starczy na mszę za duszę moją, a i tobie do końca dni twoich. Jeżeli wypełnisz mą prośbę wystaram się u Najwyższego o błogosławieństwo dla ciebie i twoich bliskich. Niech Pan Bóg ci sprzyja, a mnie oby miał w opiece. Amen.

Adolf Pinkas mistrz alchemii 10 sierpnia A. D. 1504”

*

Gdy za miesiąc księcia Jana chwyciła podagra i przykuła go do łoża, wezwano terminatora alchemika Hansa, aby przyniósł piguły pomocne na ból.

W tym czasie Arnold Zedlitz był w kancelarii książęcej i widząc przechodzącego Hansa z medykamentem, udał pilne zajęcie jakimś pismem, które zapewne nazajutrz było już nieaktualne.

*

Dwa tygodnie po śmierci księcia Jana II żagańskiego, czyli na początku października 1504 roku, została odprawiona uroczysta msza za duszę Adolfa Pinkasa, tajemnicą poliszynela była niespotykanie duża kwota 10 florenów, przeznaczona na zakupienie mszy przez tajemniczego mieszkańca Wołowa.

Jednym z uczestników tego wydarzenia był książę Jan, którego zwłoki spoczywały pod podłogą, obok głównego ołtarza w wołowskim kościele św. Wawrzyńca. Zwłoki mistrza Pinkasa wrzucono do wspólnej mogiły dla biedoty, pod murem cmentarnym obok tego kościoła, bo jak się okazało nie posiadał on żadnych pieniędzy, a nie znalazł się nikt, kto chciałby pokryć koszty jego pogrzebu.

Proces Helgi Gunther odbył się miesiąc po pogrzebie księcia Jana. Oskarżona przyznała się, że chciała uciec z alchemikiem Pinkasem z grodu, wprzódy zatruwszy jego studnie miejskie, żeby wszystkich mieszkańców doprowadzić do śmierci. Przyznała się też do kontaktów z diabłem i licznych z nim stosunków. Wielki pożar grodu też powstał za jej przyczyną, bo to ona namówiła męża i czynnie mu pomagała w podpalaniu. To przestępstwo popełniła również na rozkaz szatana. Sprawiedliwym wyrokiem sądu została należycie ukarana, na błoniach pod miastem zapłonął jej stos, a prochy jej wrzucono do rzeczki Juszki, ale już za miastem i młynem wodnym, żeby nie skalały ziemi grodu Wolau.

Kwiecień 2018

Wohlau i zamek widziane od strony północno- wschodniej XVIII w.

Reklamy


Dodaj komentarz

Przekręt na wnuczka

Stanisław Ryczek

Scena z filmu „Gang Olsena”, 1968

Głos kobiety w słuchawce był oficjalny i bardzo surowy:

– Dzwonię do pana, żeby poinformować, że pański wnuk spowodował poważny wypadek. Musimy wspólnie zastanowić się, jak zaradzić, żeby nie skończyło się dla niego więzieniem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że są ofiary: kobieta jest nieprzytomna, a dziecko ma złamaną nogę. Jednak pewne okoliczności przemawiają, że możliwe jest odkręcenie sprawy. – Głos staje się o pół tonu cichszy i bardziej konfidencjonalny. – Pan rozumie trzeba poszkodowanej kobiecie wręczyć jakąś sumę tytułem odszkodowania oraz na przyszłe leczenie. Protokół nie jest jeszcze sporządzony, więc można go delikatnie zmienić na korzyść pańskiego wnuka. Nam policji naprawdę nie zależy, żeby za chwilę nieostrożności zamykać człowieka na długie lata w więzieniu.

– Więc ile by to miało kosztować, bo wie pani bogaczem to ja nie jestem. – Ludwik Korniszon ma poważny ton głosu, ale na ustach błąka mu się ironiczny uśmiech. Jego jedyny wnuk Gustaw siedzi w drugim pokoju i ogląda mecz piłki nożnej.

– W tej chwili to trudno ocenić, musimy docucić ranną i to ona powinna podać jaka kwota by ją satysfakcjonowała. O właśnie odzyskuje przytomność proszę nie odchodzić od telefonu, za chwileczkę zadzwonię powtórnie.

Ludwik wchodzi do pokoju, gdzie gra telewizor.

– Wiesz Guciu, że dzwoniła pani policjantka, Barbara jakaś tam i powiedziała, że właśnie spowodowałeś wypadek, są osoby ranne i trzeba będzie wręczyć odszkodowanie tym osobom, to może unikniesz więzienia. – Przy ostatnich słowach nie udaje mu się zachować powagi i wybucha śmiechem.

– Dziadku nie ma co się śmiać, tylko trzeba powiadomić policję, przecież to jakiś przekręt. – Gustaw jest oburzony.

– Wiesz co, na policję zawsze jest czas. Mam lepszy pomysł – pobawimy się z nimi w kotka i myszkę. Będę udawał, że przynętę łyknąłem zobaczymy co zrobią.

– Ja bym nie czekał tylko już dzwonił. – Chłopak jest zdenerwowany, nawet mecz przestał go interesować. Znów zadzwonił telefon. Tan sam głos odezwał się w słuchawce.

– Halo, czy pan Ludwik? Proszę pana, sytuacja jest trudna, za chwilę przyjedzie do pana funkcjonariusz, wie pan, to nie jest sprawa na telefon. Spokojnie porozmawiacie w cztery oczy i proszę się przygotować, bo odszkodowanie trzeba poszkodowanej dać już dzisiaj.

– Proszę pani, nie wpuszczę do domu żadnego funkcjonariusza. Z panią zacząłem rozmawiać i z panią rozmowę zakończę. Jeżeli mamy się dogadać niech pani przyjedzie osobiście. – Spojrzał na Gustawa przysłuchującego się rozmowie. – Baba zaraz tutaj będzie, musimy się przygotować. Przynieś ze składziku taśmę naprawczą – taką srebrną, aha i jeszcze sznurek. Taki czarny, mocny szpagat, leży na półce po lewej stronie…

– Dziadku, ale co chcesz zrobić?

– Zaraz zobaczysz, nic się nie bój, wszystko będzie dobrze – mam plan.

*

W szajce oszustów były trzy osoby, w tym jedna kobieta. I to ona właśnie, Judyta Niedbała, musiała nakłonić Ludwika Korniszona do zapłaty odszkodowania za nieistniejący wypadek. Zazwyczaj robił to któryś z jej kolegów, ale w tej sytuacji zmuszona była wziąć na siebie negocjacje z kolejnym jeleniem. Właściwie to dzisiaj powinien być już fajrant, bo udało się do południa oskubać naiwną babcię na wózku inwalidzkim. Trafili ją na dziesięć tysiaków. Klasyczny numer na opiekunów z opieki społecznej. Ale Bartek znalazł w książce telefonicznej takie śmieszne nazwisko, a sądząc po imieniu gość musiał być starym grzybem. Więc z głupia frant zadzwoniła, a frajer łyknął haczyk od razu.

– Rudek to na ile robimy rogacza? – pytanie zadała najstarszemu z nich, łysemu kafarowi, Rudolfowi Pypciowi.

– Co za pytanie – jak zawsze – na ile się da. Masz tak prowadzić bajerę, żeby wysądować czym dziad dysponuje. – Odparł łysol żując gumę.

– Jak tak szybko poszło ze wstępem, to można przewidywać, że kasiorę ma. Ja bym zaczął negocjacje od trzydziestu, przecież takie leczenie musi kosztować. A jakby się okazało, że żłób tyle nie ma, to można zjechać, tyle że powolutku, nic na hura. W razie jakby szło opornie puść sygnała, a ja zadzwonię jako wnuczek i się rozpłaczę, to starego zmiękczy. – Bartek Ćwok miał zawsze dobre rady, ale jak przychodziło co do czego, to ona musiała wszystkim sterować.

– Dobra, popraw mundur i zasuwaj, to niedaleko, my poczekamy w aucie. – Rudolf rozparł się wygodnie za kierownicą i włączył radio. Dziewczyna w nienagannie dopasowanym mundurze policji drogowej wyszła z auta i ruszyła piechotą. Według nawigacji mieszkanie Korniszona było tylko trzy przecznice dalej.

*

Nie myliła się drzwi otworzył stary przygarbiony grzyb o lasce. Przechodząc do pokoju otaksowała pobieżnie mieszkanie. Jak to zwykle u starych dziadów stare graty – ale kasiorę po szafach kiszą – pomyślała. Jedynie telewizor nowy w drugim pokoju chyba pięćdziesięciocalowy. Zanim usiadła zasypała dziadka potokiem słów, wiedziała, że to jest nieodzowny punkt programu – większość i tak będzie musiała powtarzać, nieraz trzeba to robić po trzy razy, bo stare tłumoki nie kumają wszystkiego. Policyjną czapkę z białym denkiem położyła na stole i jeszcze raz omówiła przebieg wypadku oraz stan rannych, nie pomijając sprawy odszkodowania. Stary zadał głupkowate pytanie:

– Czy jest pani pewna, że sprawcą wypadku jest na pewno mój wnuk Adrian Korniszon?

– Oczywiście, sprawdziliśmy jego dokumenty wbijając dane do komputera policyjnego, wszystko się zgadza.

– Widzi pani, ale ja nie mam wnuka Adriana tylko Gustawa.

– Chwileczkę, bo przez chwilkę byłam rozproszona. Dla pewności zajrzę do notatnika. – A to stary pierdziel, tak ją podszedł z tym imieniem. – Przez chwilę kartkuje notes, udaje, że szuka.

– O właśnie znalazłam, oczywiście, że Gustaw. Tak mnie pan zaskoczył z tym Adrianem, że mi się pomyliło.

– Jednak Gustaw jest cały czas w domu, nigdzie nie wychodził od rana. Gustek pozwól na chwileczkę, pokaż się pani, żeby nie miała wątpliwości, że jesteś. W drzwiach pojawił się wymoczkowaty chłopak. – „O cholera wtopa – pomyślała – trzeba spadać zanim wezwą psy”, – a głośno:

– W takim razie ktoś się podszył pod tożsamość pana Gustawa, zaraz przekażę wiadomość o przestępstwie podszycia się pod nazwisko pana Gustawa Korniszona. A nie zginęły panu ostatnio dokumenty? – Musi zagadać frajerów, żeby mieć czas na odwrót. Wyjmuje telefon, żeby nadać SOS do swoich, ale zanim cokolwiek zrobi młody Korniszon odbiera go jej z ręki.

– Proszę się wylegitymować, bo uważamy, że jest pani oszustką. – Stary Korniszon okazuje się nie być taką safandułą za jakiego go brała. Twardo staje jej na drodze do drzwi.

– To jest napaść na funkcjonariuszkę, proszę mnie wypuścić z mieszkania, bo wezwę posiłki – usiłuje nastraszyć nacierających na nią mężczyzn. Już widzi, że może być źle.

„Może zastosować wariant siłowy?” – zastanawia się – „Młody to chuchro, jakby go przewrócić, to stary jej nie dogoni.”

Jednak gdy chciała rzucić się w stronę młodego, stary zahaczył jej nogę zakrzywionym końcem laski i runęła jak długa, na to tylko czekali. Wykręcone do tyłu ręce okręcili taśmą klejącą, a po posadzeniu na krześle, to samo zrobili z nogami. Koniec – była uziemiona – wystarczy poczekać na policję.

*

– Coś długo nie wraca? – Bartek jak zwykle niecierpliwi się – Może zadzwonić? Co myślisz Rudek?

– Siedź, daj jej trochę czasu! Za pięć minut możesz zadzwonić. Chyba, że ona pierwsza się odezwie. Rudolf jest spokojny o wspólniczkę, przekręty robią już od roku i nigdy nie nawaliła. W tej chwili zapikał sygnał w telefonie.

– To od niej – stwierdził Bartek – dzwonię! – telefon odezwał się dopiero przy drugiej próbie połączenia, ale głos był męski.

– Halo, czy to policja? Proszę przyjechać, bo coś się stało policjantce, która jest u mnie w domu. Chyba zemdlała i nie wiem co robić.

– Jak to zemdlała? Proszę nie podejmować żadnych kroków zaraz będziemy.

– Ty słyszałeś, coś się stało Judycie, facet mówi, że zemdlała. Podjeżdżaj pod chałupę dziada, zanim wezwie pogotowie albo gliny.

*

Rudolf podejmuje decyzję, żeby rozdzielić się, bo jak jest przypał, to lepiej, żeby ktoś był w odwodzie.

– Ty idź, zbadaj sprawę. Przedstaw się, że jesteś śledczym w cywilu, jak Judytka jest sprawna, niech schodzi, ty dokończ sprawę, a jak z nią źle, zadzwoń, to podskoczę. Ja czekam w beemce na odpalonym silniku. W razie czego weź gnata.

– Po kiego mi spluwa? W razie czego mam paralizator. Dobra, to ja lecę.

*

Bartek Ćwok zadzwonił do drzwi mieszkania numer 9 na drugim piętrze. Nasłuchuje. Słyszy jakiś ruch za drzwiami, trochę mu przeszkadza hałas na schodach, jakaś baba w szlafroku schodzi z góry wyrzucić śmieci. Zamek w drzwiach się porusza i w tej chwili baba w szlafroku nasadza mu wiadro na głowę i wpycha do otwartego już mieszkania. Chce zdjąć z głowy wiadro, ale silnie pchnięty zaczepia się o jakiś sznurek i upada, waląc głową o podłogę. Ktoś wykręca mu ręce i solidnie oplata taśmą klejącą. Zanim całkiem się ocknie ma zaklejone również usta, a nogi przykręcone do nóg krzesła, na którym siedzi. Jest odwrócony tyłem do drzwi. Łeb boli i huczy jak pęknięty dzwon. W telewizji leci jakiś mecz, nie pozostaje mu nic innego, jak śledzić jego przebieg. Babą z wiadrem był oczywiście młody Korniszon, stary zamocował sznurek w drzwiach na wysokości kolan i czekał w pogotowiu z bejsbolem.

*

– To jak się panienka właściwie nazywa? – Ludwik jak rasowy śledczy zasiadł naprzeciw związanej kobiety i przegląda rzeczy wyjęte z jej kieszeni. Oprócz chińskiego paralizatora, zabawkowych kajdanek i napoczętej paczki chusteczek higienicznych, jest tam koperta z pieniędzmi. Stary liczy stuzłotowe banknoty. – Niezła sumka, trzy tysiące trzysta. No to jak z tym nazwiskiem, doczekam się odpowiedzi?

– Nie będę odpowiadać na żadne pytania dopóki mnie nie rozwiążecie.

– No dobrze, przecież nie możemy pani zmusić. Poczekamy zatem na przyjazd policji. Młody zaparz pani tej gruzińskiej herbaty i przynieś tutaj – krzyczy do Gustawa i znowu ciszej do niej – ile pani słodzi?

– Wcale nie słodzę i nie chcę waszej herbaty.

– Daj bez cukru. Pani nie słodzi. – Gdy młody przyniósł herbatę, Ludwik wziął od niego szklankę z wrzącym napitkiem i niby przypadkiem wylał kobiecie na uda. Judyta krzyknęła rozdzierająco i z bólu zaczęła płakać.

– Och przepraszam, potknąłem się. Młody zaraz przyniesie drugą szklankę herbaty – fałszywie tłumaczył się Ludwik, a właściwie kpił z niej . – Więc jak pani się nazywa, bo w tym hałasie nie dosłyszałem.

– Nic nie powiem – z łkaniem powiedziała zaciskając zęby.

– To się jeszcze okaże. Młody daj drugą szklankę herbaty, tylko pamiętaj, że pani nie słodzi. Muszę pani powiedzieć, że starość mnie dopadła i ciągle coś rozlewam. Mam nadzieję, że teraz uda mi się utrzymać szklankę, szkoda by było takich ładnych piersi oparzyć. Bo to takie paskudne bąble wyskakują, a potem pękają, no i wiadomo, blizny zostają na delikatnej skórze. – Młody tylko solidnie zagotuj, pani nie lubi zimnej.

– Dobrze powiem, nie torturujcie mnie, nazywam się Judyta Niedbała i mieszkam w Oławie. Działam w grupie z Bartkiem Ćwokiem i Rudolfem Pypciem. Chcieliśmy oszukać pana w sprawie nieistniejącego wypadku. Co chcecie jeszcze wiedzieć? – Judyta ledwo powstrzymuje łkanie.

– Oczywiście wszystko. Jak i kiedy powstała wasza szajka, ilu ludzi obrobiliście do tej pory, jakim autem przyjechaliście i gdzie ono w tej chwili stoi, jaką bronią dysponujecie i jakie stosujecie znaki ostrzegawcze lub jakim kodem się posługujecie. Tylko to musi być prawda, bo jakby co, to herbata czeka. Aha, proszę zacząć jeszcze raz, od początku, bo musimy to udokumentować. Gustaw ustaw kamerę, włącz na nagrywanie.

Po pięciu minutach mieli odpowiedzi na wszystkie pytania. Pod koniec przeszli do nagrania zeznań Bartka i zadając te same pytania ustalili pewne niedokładności w odpowiedziach. Przy okazji Ludwik wypróbował paralizator na karku i genitaliach Bartka. Po krótkim namyśle Ludwik postanowił dłużej nie ryzykować, szczególnie gdy się dowiedział, że ostatni z szajki, Rudolf Pypeć, posiada pistolet starą TT-kę. Kazał wyjść młodemu na balkon z kamerą, odszukać BMW oszustów i nakręcić na dużym zbliżeniu twarz kierowcy auta w trakcie rozmowy telefonicznej, którą on z nim przeprowadzi. Chodzi o utrwalenie reakcji Rudolfa.

Kiedy młody zlokalizował już auto oszustów i dokonał odpowiedniego zbliżenia, Ludwik połączył się z Rudolfem przy pomocy telefonu Bartka:

– Halo, tu policja, Rudolfie Pypeć zatrzymaliśmy pańskich wspólników i proponujemy dobrowolne poddanie się, proszę wyrzucić pistolet przez okno auta i wyjść z rękami do góry. Dajemy panu jedną minutę do namysłu, potem przystępujemy do akcji. – W Rudolfa jakby piorun strzelił, nie minęło nawet pięciu sekund, gdy beemka z piskiem opon zniknęła z ulicy.

– Dobrze, tego bandytę mamy z głowy. Teraz chodź do komputera, bo trzeba zrobić montaż dwóch filmów. – Po około dwóch godzinach filmiki były gotowe. Gustek dobrze poruszał się w tym programie komputerowym, więc Ludwik zadowolony był z efektu. Na koniec pokazano filmy więźniom, żeby mogli docenić kunszt Gustawa i podziwiać swoją grę aktorską. Oczywiście pominięto sceny, gdzie zmuszano ich do składania zeznań. Nie było też widać, że są związani. Ludwik kazał kręcić zbliżenia samych twarzy. Oglądający miał wrażenie, że przestępcy przyznają się z wolnej i nieprzymuszonej woli. I o to chodziło. Drugi film był króciutki. Zarejestrowana była tylko panika na twarzy Rudolfa w trakcie komunikatu Ludwika dotyczącego oddania się w ręce policji. Po prezentacji Ludwik postanowił zakończyć zabawę.

– Słuchajcie oszuści, wiemy już, gdzie mieszkacie, jakim autem jeździcie, mamy materiał filmowy, na którym sami przyznajecie się do przestępstw, czyli wszystko, co potrzeba policji, żeby was zapuszkować na długie lata. Ale my z wnuczkiem jesteśmy wyrozumiali. Wiadomo, jesteście młodzi, potrzebujecie pieniędzy, a o dobrze płatną pracę nie jest lekko, dlatego postanowiłem was uwolnić. Jednak, jak zapewne zdążyliście się zorientować, nic w życiu nie jest za darmo. Od tej chwili będziecie musieli dzielić się zyskiem z nami. Nie będziemy was szczególnie eksploatować, ale dziesięć tysiączków miesięcznie będziecie wpłacali. Ja konta nie mam, bo listonosz mi przynosi emeryturę, to nie potrzebuję, więc będziecie przelewali na konto mojego wnuczka. Będziemy to nazywać przekręt dla wnuczka, bo z waszych przekrętów my z wnuczkiem będziemy sobie dobrze żyli. Za tą niewielką kwotę kupicie sobie teraz wolność i spokój w przyszłości. Czy przyjmujecie moją propozycję?

Judyta i Bartek, których na czas emisji filmu posadzono razem w pokoju telewizyjnym, spojrzeli na siebie pytająco, po czym bez słów kiwnęli głowami.

– Bardzo dobrze, że się rozumiemy, jeszcze tylko drobna formalność. Otóż podpiszecie mi oświadczenie, taki rodzaj weksla, że pożyczacie od nas pewną kwotę pieniędzy i zobowiązujecie się zwracać ją w comiesięcznych ratach po pięć tysięcy złotych każde z was. Kwoty na razie nie wpisujemy, bo nie wiemy dokąd będzie trwała nasza umowa. – Młody szybko napisał i wydrukował oświadczenia, a oszuści nie ociągając się podpisali. – To jest zabezpieczenie, gdyby wam przyszło do głowy oskarżyć nas o szantaż.

– Aha i żebyście nie chcieli się wymigać albo nie daj Boże szukać zemsty. Otóż całość materiałów zostanie zdeponowana w kilku miejscach z odpowiednią adnotacją, że gdybyśmy z wnuczkiem doznali jakiegoś wypadku automatycznie zostaną wysłane do policji. To samo stanie się gdybyście spóźnili się z wpłatą do dziesiątego każdego miesiąca. Jesteśmy niecierpliwymi ludźmi i nie zamierzamy tolerować niepunktualności. Czy zrozumieliście wszystko, czy może macie jakieś pytania? – Judyta pierwsza otrząsnęła się z oszołomienia i spytała:

– A jeżeli już nie będziemy chcieli prowadzić naszego procederu tylko uczciwie żyć?

– Jestem jak najbardziej za tym, żebyście byli uczciwi, ale to was nie zwalnia z naszej umowy. Dlatego radzę szukać dobrze płatnej pracy. Pieniądze, które od was dziś uzyskaliśmy traktujemy jako częściową wpłatę za ten miesiąc dwa razy po trzy tysiące trzysta czyli sześć sześćset, dopłacicie jeszcze trzy czterysta i będziemy na razie kwita.

Gdy Judyta z Bartkiem byli już na ulicy piekły ich nie tylko poparzone paralizatorem i wrzątkiem części ciała, ale z piekącego wstydu nie chcieli spojrzeć sobie w oczy. Przecież ten stary grzyb z młodym wymoczkiem załatwili ich na cacy. Jeszcze żeby zabrał im pieniądze i oddał glinom, no trudno. Posiedzieliby pewnie do sprawy, góra trzy miesiące, udowodniliby im może dwa, może cztery przekręty, starzy ludzie mają słabą pamięć, a z dobrym adwokatem dostaliby wyrok w zawieszeniu. A stary Korniszon torturując ich wydobył takie zeznania, że po trzy latka odsiadki mają gwarantowane, a może i więcej. W policyjnym śledztwie na pewno, by się do nich nie przyznali. W dodatku tak obmyślił szantaż, że w zasadzie postawił ich w sytuacji bez wyjścia. To znaczy wyjścia są, ale jedno gorsze od drugiego. Przypuśćmy taką hipotezę: jakby dziada ubić, kompromitujące materiały dostaną gliny i jeszcze dołożą im morderstwo, bo motyw mają i to nielichy. Następny scenariusz: zwiewają za granicę. Gliny wystawiają europejski list gończy i prędzej czy później ich capną. Poza tym, bez dobrej znajomości języka, przekrętu nie da się przeprowadzić, a żadnych języków przecież nie znają. Pozostaje tylko płakać i płacić albo iść dobrowolnie do kryminału. W końcu Bartek ocknął się z zamyślenia:

– Wiesz, jakby wszystkie stare dziady były takie cwane i przebiegłe jak te Korniszony, to byśmy chyba zrezygnowali z przekrętów na wnuczka i suchy chleb żarli.

Czerwiec 2018


Dodaj komentarz

Z brudnopisu kronikarza

Stanisław Ryczek

W miesiącu kwietniu Anno Domini 1661 rada miasta Wołowa otrzymała tajną wiadomość od starszego cechu sukienników, że rozbojów na drogach i napadów na kupców podążających do tego miasta dokonuje rodzina Liehmanów. Dom ich położony przy trakcie ścinawskim, daleko od grodu, poddany został wnikliwej rewizji, jednak nie znaleziono zrabowanych rzeczy. Mimo to wójt zarządził przesłuchanie podejrzanych Hansa, Barbarę Liehmanów oraz ich dorosłego syna Hansa.

Nie chcących przyznać się po dobroci wzięto na męki. Już po pierwszych staraniach kata młody Hans przyznał się do zbrodni. Jednak nie umiał powiedzieć, gdzie są ukryte zrabowane towary. Nad jego rodzicami kat i jego hycle pracę mieli trudniejszą, ale i oni w końcu złożyli obciążające siebie zeznania. Jednak nie chcieli zdradzić miejsca ukrycia zrabowanych precjozów.

Zainteresowanie gawiedzi było tak wielkie, że sąd zebrał się nie jak zwykle w ratuszu, ale w środku rynku ustawiono stół, przy którym zasiadło 12 ławników i sędzia. Gdy już się wydawało, że nastąpi odczytanie wyroku stary Liehman wycofał swoje zeznanie, a zaraz po nim to samo zrobiła pozostała dwójka oskarżonych. Mimo podchwytliwych pytań wójta, który przewodniczył sędziom, nie udało się zmusić ich do mówienia prawdy. Na pytanie dlaczego dwa dni temu przyznali się do winy, a teraz temu zaprzeczają, odpowiedzieli, że nie mogli znieść bólu tortur. W pewnym momencie uklękli i złożyli uroczystą przysięgę przed Bogiem i ludźmi klnąc się na święty krzyż, że są niewinni. Gest ten spowodował zamieszanie między ławnikami. Jedni z nich byli skłonni uwierzyć w przysięgę, natomiast drudzy do poprzednich oskarżeń chcieli dołożyć jeszcze krzywoprzysięstwo.

Wreszcie jeden z ławników Harald Zupke spytał oskarżonych czy są papistami czy wyznają prawdziwą naukę Marcina Lutra. Było to pytanie w zasadzie retoryczne, gdyż wszystkim było wiadomym, że Liehmanowie należą do kilku ostatnich rodzin, które zostały przy katolicyzmie. A uzyskawszy odpowiedź to potwierdzającą zapytał z kolei sędziów: czy godzi się wierzyć słowom papistów? Kiedy jednogłośnie zaprzeczono kwestia wyroku była w zasadzie przesądzona – wszyscy zostali skazani na śmierć.

Wyrok brzmiał: „za kradzieże, rabunki, cudzołóstwo, 23 morderstwa, podpalenia, kazirodztwo (kobieta), sodomię (syn). Egzekucji zostaną poddani Hans i Barbara Liehmanowie wraz z synem Hansem. Hans (senior) zostaje skazany na rwanie cęgami, wleczenie na miejsce kaźni, łamanie kołem od dołu, ćwiartowanie; części ciała mają być później rozwieszone przy głównych drogach; Barbarę na rwanie cęgami, potem ścięcie, ciało położone ma być na kole, głowa jej ma być przybita do pala; Hansa (juniora) skazano na ścięcie i spalenie wraz ze zwierzęciem (kozą) z którą uprawiał sodomię.”

Skazanych wsadzono na wóz, prócz Hansa seniora, jego zgodnie z wyrokiem wleczono za wozem, i zawieziono pod szubienicę gdzie miała odbyć się egzekucja. Szubienica znajduje się obok drogi do wsi Stobno i Mojęcic o milę od miasta, nad szubienicznym stawem „Galgen Teich”. Tam pozwolono skazanym, acz niechętnie, na ostatnią posługę udzieloną przez księdza katolickiego.

Cała ludność miasta i podgrodzia zgromadziła się na miejscu kaźni. Niejako z obowiązku, a po części dla przyjemności niecodziennego spektaklu, też tam podążyłem.

Szubienica tutejsza jest kamienną budowlą o kształcie cylindrycznym z trzema kolumnami na obwodzie, na których znajdują się belki egzekucyjne. Wejście do wnętrza jest sklepione półkoliście, a dostęp do belek umożliwia podstawiona drabina. Jednak w dniu tym szubienica nie była wykorzystana. Część operacji wykonywano na niskim szafocie, a część jak łamanie kołem bezpośrednio na ziemi. Tutejsze łamanie kołem różni się od tego stosowanego w innych niemieckich miastach. Skazany jest tam przywiązywany do koła w pozycji orła i po odpowiednim podparciu jego członków łamie się je okutym krawędziakiem lub żelaznym łomem. Tutaj natomiast kat uderzał w poszczególne członki kołem od wozu, podczas gdy jego pomocnicy trzymają ofiarę. Karę tę, jak zawyrokował sąd, wykonano „od dołu”, czyli zaczęto łamanie od kostek u nóg i stopniowo posuwano się wyżej, by na końcu złamać kręgosłup. Wybór tak dolegliwej kary bardzo podobał się publiczności. Łamanie zaczęte od góry czyli od kręgosłupa właściwie od razu kończy sprawę, bo nawet jeżeli skazany nadal żyje (co rzadko się zdarza) to następnych ciosów już nie czuje. Chociaż kat starał się, aby widowisko trwało jak najdłużej, jednak po dziewięciu pacierzach było po wszystkim.

W trakcie kaźni zdarzył się wypadek na poły humorystyczny, choć jak dziś na to patrzę, był to pierwszy symptom nadchodzących klęsk. Otóż koza mająca być uśmiercona wraz z młodym Liehmanem ubodła jednego z hyclów w podbrzusze i to tak dotkliwie, że nie mógł być pomocny swojemu mistrzowi w dalszej części egzekucji. Potem okazało się, że wskutek tego wypadku stracił męskość. Jeszcze jedna okoliczność warta odnotowania miała wtedy miejsce. Tuż przed ścięciem Barbary Liehman, gdy kat uniósł miecz do ciosu, ona klęcząc patrzyła w stronę grodu, wyszeptała, że nad grodem unosi się szatan. Stałem blisko, więc słyszałem to, a i kat musiał słyszeć jej słowa, bo zawahał się przez chwilę i spojrzał w stronę miasta. Jednak obaj zobaczyliśmy tylko ciemny obłok nad wieżą naszego zboru. Po zgładzeniu tak niebezpiecznych łotrów mieszczanie poczuli się znacznie bezpieczniejsi, a i kupcy bez obawy zaczęli przyjeżdżać do grodu.

Jakież było jednak zdziwienie, gdy w maju i czerwcu powtórzyły się napady na ścinawskim gościńcu. A co ciekawe sposób ich dokonania nie różnił się od poprzednich. Odezwały się nawet głosy, że poprzedni wyrok był niesprawiedliwy, gdyż prawdziwi łotrowie dalej kradną i zabijają. Wójt zwołał nawet specjalne zebranie ławników w tej sprawie, ale do rehabilitacji i pochówku szczątków Liehmanów nie doszło, gdyż po pierwsze sprawcy następnych zbrodni byli na razie nieznani, a poza tym sędziowie nie mieli zamiaru przyznawać się do pomyłki.

Wreszcie w lipcu pochwycono złoczyńców. Byli to rodzeństwo Hahnów z pomocnikiem Georgem Wilde. W trakcie śledztwa ustalono, że to Barbara Hahnin była inspiratorką i prowodyrką szajki. Ona rządziła a mężczyźni wykonywali brudną robotę. Chociaż i jej zdarzało się mordować związanych jeńców. Kobiety jeżeli zostały pochwycone były najpierw gwałcone, a następnie Barbara mordowała je bez litości. Wiele ze zrabowanych rzeczy znaleziono w zabudowaniach Hahnów.

Sąd wydał wyrok bardzo podobny do poprzedniego. To znaczy mężczyźni zostali zawleczeni pod szubienicę następnie rwano ich cęgami, łamano kołem, a na końcu zostali spaleni. Natomiast Barbarę Hahnin rwano cęgami, ścięto a ciało położono na kole egzekucyjnym, głowę przybito do pala na pohańbienie i ku przestrodze. Dostał też kat ciche polecenia, aby do przysposobionej skrzyni zebrać resztki ciał rodziny Liehmanów i pochować obok muru katolickiego cmentarza, tam, gdzie grzebano samobójców i „ludzi gościńca”. Miała to być rekompensata dla nich za pomyłkę sądu. Trzeba przyznać, że wójt postąpił wspaniałomyślnie wobec nich, bo poćwiartowane ciała przestępców nigdy nie są grzebane. Kiedy już przegniłe spadną rozwłóczą je psy lub inna zwierzyna, a ich plugawe kości nigdy nie trafią do świętej ziemi. Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał jak ta omyłkowa egzekucja zaciąży nad miastem i jakie straszne cierpienia czekają jego mieszkańców.

Otóż w listopadzie przyszła olbrzymia wichura, która wyrwawszy drzewa z korzeniami zniszczyła dużą część miasta. W następnym roku przymrozki trwały do połowy czerwca. Zbiory były więc bardzo marne, co skutkowało wielką drożyzną chleba. Wielu ludzi zmarło nie dożywszy następnych żniw. Zima przyszła sucha, prawie bez śniegu, ale z silnymi mrozami i huraganowymi wiatrami. Właśnie jedna z takich wichur spowodowała, że przez drobne zaprószenie ognia spłonęło trzy czwarte domów oraz ratusz. Jedynie podgrodzia ocalały.

Jakby tego było mało już w kwietniu następnego roku 1663 nastały upały i przyszło morowe powietrze. Bogatsi mieszczanie wyjechali do swych krewnych i wiejskich posiadłości. Również i ja wyjechałem wraz ze starostą panem Ottonem von Nostitz do lubiąskiego klasztoru cystersów, gdzie przeczekaliśmy mór.

Wróciliśmy w grudniu anno 1663, kiedy nastały mrozy i jasnym było, że morowe powietrze minęło. Lecz miasto zastaliśmy w ruinie, większość mieszkańców zmarła na czarną śmierć. Jeszcze w adwencie wywożono zmarłych, którzy leżeli w swoich domach i nikt się wcześniej o ich śmierci nie dowiedział. W podmiejskim lesie zwanym Gąsior wykopano na polecenie wójta powietrznego wielki dół do którego składano zmarłych przysypując ich niegaszonym wapnem.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia masowy grób zasypano i postawiono na nim krzyż trójramienny – karawakę – na pamiątkę zarazy. Pastor odprawił egzekwie poświęcił ziemię, księdza nie było, bo i katolików już u nas nie ma. Zostało pewnie kilku, ale obywają się bez kościoła (dawny kościół jest teraz luterańskim zborem), więc ksiądz tylko czasem, cichcem przyjeżdżał. Ale od czasu kiedy czeladnicy i terminatorzy z warsztatów płócienników, bednarzy i sukienników obili go kijami całkiem zaprzestał wizyt w naszym grodzie (podobno omal od tego nie umarł).

Gdy już wszystkie plagi minęły i wydawało się, że fatum z nad miasta odeszło, zdarzyła się jeszcze jedna niewytłumaczalna sprawa, z która nie wiadomo było jak walczyć – złe sny. Zaczęły się one latem anno 1664. Dzieci budziły się z drżeniem i płaczem, a i dorośli po kilku nocnych koszmarach obawiali się nadchodzącej nocy. Również i miejski patrycjat zaczął śnić straszne, piekielne sceny.

Ja sam po kilku nocach bałem się zasnąć. Co noc śniło mi się piekło. Ciemności piekielne rozjaśniały tylko płonące ogniska pod olbrzymimi kadziami z gotującą się smołą. Ognisk była wielość nieskończona, z każdej strony ciągnęły się po horyzont. W swoim śnie widziałem się na wysokiej skale, gdzie stałem wraz z innymi ludźmi czekając na swoją kolejkę do strącenia. Szatan z trójzębem był olbrzymem wysokim na trzech chłopów i to właśnie on dźgając podchodzących grzeszników strącał ich do wrzącego kotła, z którego dochodziło wycie potępieńców. Wszyscy czekający na swoją kolej głośno płakali, a ja czułem paraliżujące przerażenie i budziłem się z wrzaskiem jeszcze przed świtem.

Na tę „plagę” nie było lekarstwa. Nie pomagało upijanie się ani modlitwy, ani odczynianie uroków, ani egzorcyzmy. Prawie wszyscy mieli ten sam sen, występowały tylko niewielkie różnice.

Najdziwniejsze było, że koszmar miał za każdym zaśnięciem ciąg dalszy i zaczynał się w tym miejscu, w którym poprzedniej nocy się skończył. Zauważyłem, że co noc jestem bliżej w kolejce do strącenia. Pastor (też cierpiący na tę przypadłość) co wieczór prowadził modły, które zaczynały się o zachodzie słońca i trwały do północy. Wielu w trakcie mszy zasypiało, ale i w zborze zły sen nie odpuszczał i co raz rozlegały się krzyki budzących się z koszmaru.

Po tygodniu cierpień i bezsenności niektórzy tracili rozum i wpadali w szaleństwo, że trzeba było ich wiązać, inni wyjeżdżali z miasta, ale nawet będąc w wielkim oddaleniu nadal byli trawieni gorączką koszmaru.

Kiedy zaczęły się zgony podczas snu (przyjezdny cyrulik stwierdził, że serce może pęknąć z wielkiego strachu. Jednak powszechnie uważano, że śmierć przychodziła, kiedy śniący wpadał do kadzi ze smołą), starosta wezwał wszystkich liczących się obywateli na naradę do zamku. Zaproszony teolog Johann Herbinius z uniwersytetu wrocławskiego miał pomóc w niedoli mieszczan. Uczony mędrzec stwierdził, że nie wszyscy mieszkańcy cierpią na koszmary. On sam mieszkając tu kilka dni i nocy nie miał złych snów. Przesłuchał również kilku ludzi żyjących w grodzie, a nie cierpiących na tą dolegliwość. Okazuje się, że katolicy i przybysze, którzy przybyli do miasta po egzekucjach z roku 1661 są wolni od snów. Prawdopodobnie przyczyną wszystkich klęsk jest omyłkowa egzekucja niewinnej rodziny w 1661 roku. Jego rada była taka: Trzeba wezwać księdza, aby dokonał katolickiego pochówku w poświęconej ziemi, omyłkowo straconej, rodziny Liehmanów. Potrzebny jest ksiądz, ponieważ zabiegi pastora w postaci modłów nie dały spodziewanych rezultatów. A miasto winno ufundować im nagrobek z przebłagalną modlitwą wykutą na jego steli. W uroczystym pogrzebie musi wziąć udział każdy, kto chce być uwolniony od koszmaru. A jeżeli i to nie pomoże, to pozostaje tylko konwersja na katolicyzm, czego odradzał jako zdradę prawdziwej nauki Marcina Lutra, która będzie karana zgodnie z prawem magdeburskim.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, dawniejszy ksiądz nie chciał przyjechać obawiając się podstępu i kolejnego bicia albo i zabicia. Inni księża nie mieli ochoty przyjeżdżać wielu mil do nieprzyjaznego grodu, tylko po to, żeby pochować dawno temu zabitych skazańców, mimo zapewnień, że zostaną wynagrodzeni a skazańcy byli katolikami, dodatkowo niewinnie skazanymi.

Wreszcie zgodził się dokonać tego ksiądz z Rzeczpospolitej skuszony wielkimi pieniędzmi, które zostały wyasygnowane za tę posługę przez radę miasta. Jednak zanim przybył duża część mieszczan już nie żyła – zmarli tak, jak inni przed nimi – podczas snu. Reszta broniła się ostatkiem sił w ten sposób, że zbierali się po kilka rodzin w jednym pomieszczeniu i pilnowali siebie nawzajem. Jeżeli ktoś zasypiał był natychmiast budzony przez innych. Wszystko zależało jak daleko od krawędzi i tym samym do strącenia do kotła znajdował się człowiek w swoim śnie. Niektórych budzono, gdy znajdowali się już w trakcie spadania w otchłań kadzi piekielnej, im pozostawało tylko kilka chwil życia. Jeżeli jeszcze raz zasnęli już się więcej nie budzili.

Kiedy w końcu przybył ten polski ksiądz nazwiskiem Piekarski pozostało mi jeszcze kilka chwil życia, bo we śnie stałem już na krawędzi, a szatan podnosił widły do ciosu. Mimo nieprzepartej potrzeby snu starałem się jakoś przetrwać. Całymi nocami chodziłem i polewałem się zimną wodą, przeciwdziałając zaśnięciu.

Gdy do wcześniej wykopanego grobu wpuszczono w końcu skrzynię ze szczątkami Liehmanów i kapłan odmówił ostatnie słowa formuły pogrzebowej, niemal wszyscy mieszkańcy grodu rzucili się, aby zasypać grób i ustawić na nim już dawno gotowy kamień z modlitwą wykutą przez kamieniarza, a ułożoną przez pastora, (który nie dożył tej chwili). Uporawszy się z tym zasnęliśmy wokół tego grobu nie wychodząc z cmentarza, wprost na ziemi. Jedynie kilku katolików nie mający koszmarów pozostało przytomnych. Opowiedzieli potem, że wyglądało to, jakby całe miasto nagle zmarło. Przed wieczorem pobudzono śpiących, aby resztę odespali w domach.

Kiedy miasto nazajutrz koło południa zbudziło się z tego snu podobnego do śmierci, ksiądz jeszcze nie wyjechał. Został wcześniej poinformowany o przymusowej bezsenności mieszkańców w poprzednich tygodniach, więc czekał aż się pobudzą. Zaproszony do starosty na dziękczynny obiad, zadał pytanie obecnym tam wielmożom, komu zależało na śmierci niewinnych Liehmanów. Ponieważ wójt ówczesny zmarł na czarną śmierć, a i większość ławników już nie żyła, jedynie ja znałem początek tej historii. Przypomniałem tedy obecnym o poufnej wiadomości od mistrza sukienników.

Ponieważ na uroczystym posiłku był również mistrz Karl Schoffer, starszy cechu sukienniczego, od którego wyszła fałszywe oskarżenie, został powołany, aby zdać relacje ze swego postępku. Zeznał on pod przysięgą, że Hans Liehman był w posiadaniu przepisu wyrobu błękitnej farby do barwienia sukna. Oczywiście wołowscy sukiennicy barwili swoje wyroby farbami kupowanymi w innych miastach Rzeszy, jednak farba Liehmana była o tyle lepsza od innych, że nie rozpuszczała się pod wpływem wody i nie farbowała innych tkanin w trakcie deszczu lub prania. Pomimo pertraktacji i propozycji zakupu formuły przez wołowski cech sukienników, Liehman sprzedał ją wrocławskim farbiarzom. Zrobił tak, bo od dawna obrażony był na cech za odmowę przyjęcia go w jego szeregi. Z racji urodzenia (był bękartem) nie mógł być przyjęty do cechu i mimo nadzwyczajnych umiejętności i zdolności pozostawał partaczem (czyli działającym w pojedynkę, niezrzeszonym nie mającym prawa działalności w murami miasta). Za jego podłość starszyzna cechowa przysięgła mu zemstę.

Nie będę opisywał tu okrzyków oburzenia i złorzeczeń rzucanych w twarz mistrzowi Schofferowi przez obecnych wielmożów. Dość, że oskarżony został, że wszystkie klęski spadłe na miasto w ostatnich latach, były za przyczyną jego fałszywego oskarżenia.

Wyrok na mistrza Karla został wykonany 18 czerwca anno 1664. Po orzeczeniu wydanym przez sąd grodzki. Kara była nie mniej drakońska od innych. Zastosowano identyczny zestaw tortur jakiemu poddany był Hans Liehman, z tym, że dodano jeszcze wyrwanie języka za fałszywe oskarżenie.

Kaźni dokonał kat przyjezdny z miasta Ścinawy, który przybył razem ze swoimi hyclami. Bo wołowski kat zmarł we śnie kilka dni temu. Również jego pomocnicy pomarli, oprócz jednego okaleczonego przez kozę w trakcie egzekucji Liehmanów.

Po ustabilizowaniu się sytuacji w mieście wezwał mnie starosta w sprawie zapisów w kronice w świetle ostatnich wydarzeń. W zebraniu uczestniczył doktor teologii Johann Herbinius i nowo wybrany wójt Abraham Bluher. Nakazano, abym przeczytał zapiski dotyczące ostatnich wydarzeń, a kiedym to zrobił zafrasowali się wszyscy, po czym doktor zaordynował, aby usunąć kilka kart i napisać od nowa pominąwszy niektóre akapity. Przede wszystkim należy usunąć wzmiankę o wizycie księdza Piekarskiego i jego udziale w uratowaniu mieszczan z kleszczy śmiercionośnego koszmaru. Taka informacja mogłaby sugerować, że wiara katolicka jest ponad nauką Lutra, co jest oczywistą nieprawdą. Starosta zaproponował, aby pominąć ponowny pochówek Liehmanów, co w efekcie wyeliminuje rolę księdza. Doktor Herbinius zaproponował, aby w ogóle nie pisać o pomyłce sądu i powstałym zamieszaniu. Niech pozostanie wersja, że działały dwie szajki i obydwie ujęto, i ukarano. Wtedy unikniemy niepotrzebnych spekulacji.

Wójt wspomniał, że jednak napis na nagrobku Liehmanów opisuje pomyłkę sądu i rehabilitację tej rodziny. Wszyscy zgodziliśmy się, że jest to problem, bo zdemontować nagrobka nie można z obawy, że powrócą śmiercionośne koszmary, a napisy ryte w kamieniu czas nieprędko zamaże. Jednak wójt stwierdził, że obsadzi się grób bluszczem, który z czasem zakryje napis, a jak minie lat 50 można kamień zakryć albo nawet wkopać głębiej, niby, że sam się zapadł. Nim minie dwa pokolenia ludzie przestaną o tym mówić, a z czasem zapomną.

Starosta obiecał zamówić miedzioryty dotyczące sądu i kaźni na dwóch występnych szajkach, które to grafiki zostaną umieszczone jako ilustracje w kronice miasta. A dodatkowo wydrukowane zostaną jako druki ulotne w celu okazania prawidłowego funkcjonowania sądów w grodzie Wołów.

Nieważne jak było naprawdę. Prawdą dla przyszłych pokoleń stanie się relacja kronikarza. W myśl starożytnego przysłowia „verba volant scripta manent” – słowa ulatują pismo pozostaje. Spuentował uczony doktor Herbinius.

Grudzień Anno Domini 2018