Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Opowiadania. Wiatr Słoneczny

Stanisław Ryczek

Burza słoneczna

Gryzelda Petryna już od sześciu godzin siedziała przed monitorem teleskopu w Białkowie i robiła notatki. Przypadające akurat w tym dniu święto trzeciego maja spowodowało pewne rozluźnienie. Opiekun grupy wyjechał do Wrocławia, bo dostał ważny telefon i twierdził, że wróci wieczorem – taka była oficjalna wersja. Dla nich, studentów czwartego roku było wiadome, że docent Pankracy Posłuszny lubi sobie golnąć i umówił się zapewne na jakąś imprezkę. A wróci najpewniej nazajutrz w okolicach obiadu, o ile kac mu przejdzie do tej pory.

Chłopaki Antoś, Gutek i Leoś uprosili Luśkę, żeby zawiozła ich swoim autem do pobliskiego Wińska, gdzie na stacji benzynowej spodziewali się kupić jakiś browar. Jednak kupili nie tylko piwo, ale i coś mocniejszego. Po głośnych śpiewach dochodzących z podwórza pałacyku, gdzie urządzili sobie grilla, Gryzelda domyśliła się, że tankowane było nie tylko piwo. Później całe towarzystwo razem z Luśką przeniosło się na kwaterę, bo już tylko czasem dało się słyszeć wybuchy śmiechu, a później kłótni. Kiedy po wszystkim zapadła cisza Gryzelda domyśliła się, że zapewne posnęli.

Gryzelda pracowała nad swoją pracą magisterską. Było co prawda jeszcze trochę czasu, ale postanowiła nie ściągać całych fragmentów z internetu, jak robili to inni, lecz ambitnie napisać ją samodzielnie. Koledzy z roku nie mogli nadziwić się jej naiwnemu zaangażowaniu, ale ona uparła się, że to zrobi i nie zamierzała odpuścić. Temat miała banalny – wpływ słońca na życie i gospodarkę człowieka na ziemi. Aż śmiesznym wydawało się, żeby nie skorzystać z przepastnych zasobów zalegających w necie. Oczywiście to nie tak, że zupełnie z nich nie korzystała. Przytaczała statystyki, diagramy itd. Oprócz dobroczynnej działalności słońca poświęciła część pracy jego możliwościom destrukcyjnym. Dociekała oddziaływania plam na słońcu oraz jego wzmożonej aktywności w postaci rozbłysków i protuberancji. Tym ostatnim zagadnieniom poświęciła jeden z rozdziałów swojej pracy. I dlatego nawet w święto zawzięcie tkwiła przed koronografem czyniąc notatki i przytaczając szkody wyrządzone przez wzmożoną aktywność słoneczną. Jako klasyczny przykład protuberancji przedstawiła zniszczenia w Ameryce Północnej w 1987 roku.

Jeszcze raz przeczytała wstęp do rozdziału.

„Słońce wysyła nieustannie w przestrzeń kosmiczną strumień naładowanych cząstek: swobodnych elektronów, protonów oraz niewielką liczbę pierwiastków cięższych. Skład chemiczny wiatru słonecznego jest taki sam jak skład atmosfery Słońca. Cząstki wchodzące w skład wiatru słonecznego startują z korony słonecznej i poruszają się z prędkościami od 250 do 800km/s, tak więc dotarcie na Ziemię zajmuje im około 10 dni. W ciągu 1 sekundy ze Słońca wypływa ok. 5 mln t. materii. Natężenie wiatru słonecznego nie jest stałe, zależy bowiem od aktywności Słońca. Okazuje się, że wiatr słoneczny, jak również zjawiska, które wywołuje mają wpływ na nasze życie na Ziemi.

Protuberancje to potężne wybuchy, po których zostaje wyrzucona ogromna ilość plazmy. Z plam słonecznych, czyli ciemniejszych i chłodniejszych miejsc w zewnętrznej części Słońca – korony wypływają w przestrzeń międzyplanetarną cząstki elektryczne – wiatr słoneczny.

To właśnie wiatr słoneczny jest odpowiedzialny za powstawanie zorzy polarnej. Dla mieszkańców obszarów o wysokich szerokościach geograficznych (tam powłoka magnetyczna jest najbardziej otwarta na przestrzeń kosmiczną) w takich krajach jak: Szkocja, Norwegia, Kanada (Alaska) czy Wyspa Południowa w Nowej Zelandii zorza jest widoczna jako wspaniałe widowisko świetlne. Powstawanie zorzy polarnej zaczyna się wysoko, bo średnio 100 km nad powierzchnią Ziemi. Następuje tam zderzenie wiatru słonecznego z polem magnetycznym Ziemi. Rozpędzone cząstki wpadając w atmosferę zderzają się z atomami i cząsteczkami gazów: tlenu i azotu. W każdej kolizji atom lub cząsteczka pochłania energię elektryczną i uwalnia ją w postaci światła. Jednak wybuchy na Słońcu wywołujące te zjawisko mogą być niebezpieczne. W ciągu kilku sekund uwalnia się tam więcej energii, niż zdołano wyprodukować do tej pory we wszystkich elektrowniach świata. Takie zjawisko spowodowało w 1987 roku w Ameryce Północnej szkody oszacowane na 100 mln dolarów. Prądy elektryczne ze Słońca zmusiły elektrownie do wyłączeń i uszkodziły liczne urządzenia, gdyż silna jonizacja podczas występowania zorzy polarnej powoduje zaburzenia w rozchodzeniu się fali radiowej.”

Zamyśliła się – dlaczego powstaje wiatr słoneczny? Czy znamy do końca jego skutki? Wiemy mniej więcej jak powstaje, ale co poza tym? Przekartkowała swoje notatki z wykładu profesora Małorolnego.

„Pogoda” w słonecznej atmosferze bardzo różni się od pogody ziemskiej. Burze magnetyczne i wybuchy, znane jako rozbłyski, pojawiają się na Słońcu nagle. Wahania natężenia cząstek emitowanych przez Słońce powodują zaburzenia ziemskiego pola magnetycznego, czyli tzw. burze magnetyczne. To właśnie pole magnetyczne powoduje odchylanie torów cząstek wiatru słonecznego, część z nich zatrzymuje, jednak niektóre cząstki elektryczne potrafią przez nie przeniknąć. Cząstki, które przenikną przez pole magnetyczne Ziemi, mogą mieć wpływ na pogodę na Ziemi, a tym samym na nasze samopoczucie.

Zachodzi także związek miedzy natężeniem cząstek wiatru słonecznego z zawartością ozonu w atmosferze, a także z trwałością sztucznych satelitów. Zostało udowodnione, że w połączeniu ze zmianami jonizacji górnych warstw atmosfery burze magnetyczne silnie wpływają na warunki rozchodzenia się fal radiowych. Mogą one powodować utratę łączności radiowej na dużych obszarach na Ziemi, również łączności z satelitami. Jest rzeczą oczywistą, że utrzymanie dobrej łączności radiowej ma zasadnicze znaczenie na przykład w komunikacji lotniczej. Znane są również przypadki popełnienia błędów w nawigacji morskiej, spowodowane właśnie burzami magnetycznymi.

Zmiany pola magnetycznego na powierzchni Ziemi mogą indukować duże napięcia w sieciach energetycznych, powodując ich awarie na dużych obszarach, takie jak np. awaria głównego transformatora energetycznego w New Jersey w 1989 roku.

Poczuła się zmęczona. Zamknęła notatnik i wyłączyła laptopa. Przeciągnęła się, aż zachrupało w kościach i właśnie wtedy rzuciwszy okiem w ekran koronografu zobaczyła to, o czym właśnie pisała. Z tarczy słonecznej wypełzły wielkie jęzory plazmy. Aktywność słońca wzrosła w stopniu niespotykanym, tak dużych protuberancji jeszcze nie widziała nawet na archiwalnych fotografiach.

Szybko sprawdziła czy ten spektakularny moment jest rejestrowany. Na szczęście kamera pracowała bez zarzutu. Pomyślała, że warto zawiadomić docenta Posłusznego, bo na takie zjawisko czeka się latami i żal byłoby nie śledzić tego na żywo. Przy tym warto zrobić obliczenia co do wielkości wyrzuconej plazmy i najważniejsze, jakie jest zagrożenie dla ziemi. No właśnie skoro w latach 80-tych zacznie mniejsze protuberancje spowodowały takie zniszczenia w gospodarce, to, co spowodują takie olbrzymie jak teraz?

– O kurczę, to może być armagedon – wyszeptała – muszę zawiadomić docenta, a jeszcze lepiej profesora Małorolnego. To wszystko mało! O tym musi się dowiedzieć społeczność międzynarodowa!

W tym momencie przyszło jej do głowy, że wielkie obserwatoria, nie tylko amerykańskie, zapewne zarejestrowały to samo, co i białkowskie. Jednak nie zmieniło to jej zamiaru.

– Dzwonię do profesora, żeby zawiadomił prezydenta kraju i ONZ, a jeszcze lepiej NATO.

Roztrzęsiona sięgnęła po telefon. Mimo swojej wiedzy w najczarniejszych snach nie mogła przypuszczać, co się za kilka dni wydarzy.

*

Dopóki była dostępna benzyna i olej napędowy ludzie jakoś sobie radzili. Ci co mieli generatory zasilali nimi lodówki, a wieczorami mieli światło elektryczne i nie musieli siedzieć przy świeczkach czy lampach naftowych, które nagle stały się bardzo poszukiwane. Zresztą przez jakiś czas włączano zasilanie z lokalnych elektrowni wiatrowych, które udało się dość szybko reaktywować wykorzystując zniszczone układy i wstawiając części zamienne. Jednak były to działania o charakterze lokalnym, a poza tym nie co dzień wieje wiatr napędzający turbiny wiatraków.

Prawdziwe problemy zaczęły się, gdy zrobiło się zimno, a surowce energetyczne się skończyły. Jedyną szansą przeżycia w tej sytuacji był węgiel z kopalń odkrywkowych, bo głębinowe praktycznie przestały działać. Ludzie walczyli o dostęp do węgla rękami i nogami. Wiadomo kolejna zima zbliżała się wielkimi krokami i każdy chciał ją przeżyć, a tylko węgiel lub drewno zapewniło dotrwanie do wiosny. Oczywiście pod warunkiem, że miało się dostęp do pożywienia. Najgorsze, że utracono zaufanie nie tylko do wszelkich władz centralnych i lokalnych, ale nawet do pieniądza jako siły nabywczej. Działał handel, ale tylko złoto było honorowane jako moneta, w większości handel powrócił do prymitywnej wymiany towar za towar. W ciągu kilkunastu miesięcy cywilizacja cofnęła się o tysiąclecia.

Spowodowane to było brakiem wszystkiego do czego ludzie w XXI wieku przywykli. Brak było połączenia telefonicznego i to nie tylko telefonii komórkowej, ale nawet sieci stacjonarnej, o internecie można było zapomnieć, komputery przetrwały tylko te, które były wyłączone w dniach klęski. I póki był prąd szczęśliwcy mogli przeglądać sobie zawartość swoich dysków i innych nośników. To wtedy ożywiły się na chwilę wypożyczalnie płyt kompaktowych z filmami i muzyką. Telewizja ani radio nie działały, bo nawet gdy przetrwały odbiorniki, przezornie nie włączane w momentach krytycznego bombardowania słonecznego wiatru, to wszystkie przekaźniki zostały zniszczone.

Jedyną łączność ze światem stanowiła kolej. I tylko tam, gdzie uruchomiono lokomotywy. Jednak w muzeach kolejnictwa tych pojazdów całkiem sprawnych było niewiele. Za sprawą naprawdę solidnej mobilizacji inżynierów i mechaników udało się zapewnić stałe połączenia na głównych liniach. Prawdę mówiąc, rząd centralny dysponując dobrze schowanymi magazynami żywności i innych dóbr pierwszej potrzeby mógł utrzymać tą służbę.

Większość ludzi nie miała możliwości pracy, więc zaopatrzenie szybko się skończyło. W ciągu kilku dni zdesperowany tłum wdzierając się do sklepów, marketów i magazynów żywności rozkradał wszystko, co się dało. Policja była bezradna, nawiasem mówiąc jej funkcjonariusze widząc ogólny rozpad grabili tak samo jak reszta. Żołnierze odeszli z koszar, gdzie przestano ich żywić. Każdy egoistycznie dbał tylko o siebie i swoją rodzinę. Bez policji i wojska państwa przestają istnieć. Ale, że przyroda nie znosi próżni, zamiast tych organów powstawały bandy i mafie podporządkowujące sobie całe dzielnice i miasta.

Jedynymi instytucjami skupiającymi i integrującymi społeczności stały się kościoły. Nie ważne czy protestanckie czy katolickie, stały się oparciem dla ludności zamieszkującej dany teren. Po pewnym czasie nawet zupełnie niewierzący zaczęli uczestniczyć we mszach. Jedynie lewacy, marksiści i feministki starali się tworzyć własne społeczności, jednak bez wiary i wyższych idei nie miały one szans przetrwania. Ich członkowie albo się nawracali albo wchodzili w struktury mafijne, co ładniejsze feministki wybierały drogę prostytucji. Symptomatyczne, że ich walka o wyzwolenie z pod „jarzma” mężczyzn kończyła się w burdelu pod kuratelą prymitywnego bandyty. I pomyśleć tylko, że ten cały rozpad spowodował banalny brak prądu.

*

Bonifacy Kolenda wyszedł z domu jak zwykle po wschodzie słońca, wtedy ci chodzący nocą odchodzą już na swoje kwatery. Bonifacy nie miał ochoty spotykać się z nimi, cenił sobie spokój, a przede wszystkim nie lubił być bity i okradany. A te szumowiny tylko dla zabawy były skłonne człowieka pobić.

Bonifacy szedł na targ. Wymijając gnijące sterty śmieci i wyprute wraki samochodów, patrzył pod nogi, żeby nie wdepnąć w psie lub ludzkie gówno. Ostatnimi czasy nie wiodło mu się najlepiej. Ogródek przydomowy udało się jakoś obronić przed złodziejami. Ale cóż na tych paru grządkach mogło się urodzić? Większość zbiorów z działki trzyarowej przepadła, najbardziej żal było ziemniaków. Pogardzane kiedyś kartofle stały się podstawą żywienia w miastach. Na wsi królował jeszcze chleb, ale takim jak on drobnym mieszczanom za główne pożywienie musiały wystarczyć pyry. Teraz niósł pod pachą zawinięty w gazety zegar. Liczył na korzystną wymianę. Dzieci tęskniły za chlebem, ale ustalili z żoną, że worek kartofli byłby dobrą zapłatą za wyprodukowany jeszcze w latach sześćdziesiątych ścienny zegar z wahadłem, i nie ze zdychającą baterią, ale napędzany prawdziwa sprężyną, nakręcany raz na trzydzieści dni. Solidny holenderski zegar.

Bonifacy układał sobie w głowie jakich argumentów będzie używał w trakcie wymiany, żeby uzyskać jak największą cenę. Jakby dobrze zachwalić swój towar można by uzyskać nawet dwa worki ziemniaków po pięćdziesiąt kilo każdy. Sto kilogramów ziemniaków pozwoliłoby dociągnąć nawet do lutego, a później sprzedałoby się coś mebli i może do wiosny by się dociągnęło.

Trochę węgla mieli, resztę dopali się drewnem (teraz przed zimą ludzie szabrowali las na potęgę). Kapustę ukradzioną z marketu jeszcze w czasie wielkiej awarii, zakisili i musi wystarczyć. Dwie skrzynki jabłek z przydomowej jabłonki zapewnią witaminy na najgorsze miesiące zimy. Najgorzej, że nie ma mięsa, to znaczy było, ale co nie dążyli zjeść zepsuło się, gdy zabrakło prądu i zamrażarka się rozmroziła. Przy obecnych „cenach” jest mało prawdopodobne, żeby było ich stać na kilka kilo mięsa, nawet na święta. Trzymali co prawda trzy koty w piwnicy, ale mięsa na nich niewiele. Lepiej byłoby sprzedać kota za dwa kilo wieprzowiny bez kości.

Takie myśli tłukły się po głowie Bonifacego, gdy znienacka wyłoniły się zza winkla przepite gęby nocnych mętów.

„A jednak nie wszyscy poszli spać, gnoje” – pomyślał Bonifacy, mocniej ścisnął zawiniątko pod pachą i rozejrzał się dyskretnie za drogą odwrotu.

– Co tam dźwigasz frajerze, wyskakuj z fantów – odezwał się najwyższy z kropką pod lewym okiem. Dwóch jego wspólników zaczęło się zbliżać z obu stron. W rękach mieli żelazne łomy. Już miał rzucić się do ucieczki, jednak jedyną drogę odwrotu zastawił czwarty z jakimś żelaznym szpikulcem wyrwanym pewnie z cmentarnego ogrodzenia.

„Nie ma szans na ucieczkę z zegarem, trzeba ratować życie” – pomyślał.

– Mam tu fajny zegar, jak mnie puścicie sprzedam go i litra gorzały dostaniecie. – Próbował targować.

– Dawaj go, sami sobie sprzedamy! – odezwał się kryminalista, prezentując grubą pałę w ściśniętej pięści.

– Nie ma sprawy chłopaki, jak sprzedacie wypijcie za moje zdrowie. Mówiąc te słowa położył swój pakunek na zabłoconej drodze i cofnął się dwa kroki, uważając na tego z tyłu. Kiedy pochylili się nad paczką, szybkim krokiem oddalił się za najbliższy winkiel schodząc im z oczu. – No to sobie pohandlowałem – pomyślał – mogłem pójść inną drogą, a tak ziemniaki przepadły. Zrezygnowany poszedł na targ z pustymi rękami.

Spotkanemu znajomemu Bazylemu Hopejowi opowiedział swoją przygodę. Bazyli zawsze był lepiej zorientowany niż inni, dlatego Bonifacy podświadomie oczekiwał jakiejś rady na swoje zmartwienie. I nie pomylił się.

– Sprawę trzeba zgłosić na policję – poważnie rzekł Bazyl.

– Czyżby policja jeszcze działała – z niedowierzaniem spytał Bonifacy.

– Właściwie nigdy nie przestali funkcjonować. Można powiedzieć, że tylko się przyczaili. Benzyny nie mają to radiowozem nie wyjeżdżają, ale pełnią dyżury na komendzie po trzech ludzi. Jeszcze na początku brali do pomocy starego Zenka Podrabka, co w wojsku był radiotelegrafistą, bo meldunki dostawali i wysyłali alfabetem Morsa, a wiesz, ci młodzi nie umieli. A teraz podobno uruchomili dalekopis, więc mają łatwiejszy kontakt z naczelstwem we Wrocławiu, a nawet w Warszawie.

Informacje Bazyla rzeczywiście były prawdziwe. Zgłoszenie zostało przyjęte, jednak wielkich nadziei na odzyskanie zegara nie dano. Dyżurny policjant stwierdził, że odkąd uciekli skazani z tutejszego więzienia rabunki są na porządku dziennym. Uciekinierzy utworzyli bandy nawet po kilkadziesiąt osób, więc miejscowa policja bez wsparcia z innych jednostek nawet nie próbuje ich ścigać. Nawet komenda tutejsza była kilkanaście razy atakowała po nocach przez pijanych kryminalistów. Dopiero kiedy odstrzelono kilku to się trochę uspokoili.

Wróciwszy z powrotem na targ kręcili się z Bazylem praktycznie bez celu, bo na wymianę nic nie mieli. Targ był olbrzymi. Przestrzeń handlowa zajmowała nie tylko dawny plac, ale zaanektowana została także ulica oraz parking po drugiej stronie ulicy. Handlowano wszystkim, jednak żywność była uprzywilejowana. Były produkty pochodzenia wiejskiego: mleko, masło, jajka, świeże i wędzone mięso, kartofle, zboże niezmielone, ale też grubo zmielone na mąkę na wyciągniętych z lamusa kamiennych żarnach, były owoce, warzywa i wszystko, co można wyhodować łącznie z żywym drobiem i prosiakami. Ale były też produkty przetworzone w czasach sprzed kataklizmu, lekarstwa z rozbitych aptek, artykuły przemysłowe oraz żywność o długiej ważności, jak konserwy, marynaty, słodycze i inne… Zapewne zrabowane z marketów. Tym handlowali miastowe cwaniaczki i tutaj było najwięcej ochroniarzy. Handlujący opłacali ochroniarzy, żeby nie być ograbionym przez kryminalistów. Ci jednak zaczajali się na drogach dojazdowych i tam coraz częściej atakowali.

Najbardziej poszukiwanym towarem były paliwa i one też były najdroższe. Benzyna, ropa, nafta, gaz, mazut, w beczkach, kankach i w butlach stały tuż przy stawie. Takie było zarządzenie burmistrza, gdyż jako najbardziej palne musiały znajdować się dla bezpieczeństwa obok zbiornika wody.

Targ to miejsce, gdzie byli wszyscy. Teraz on był sercem miasta. Tu władze miasta pobierały podatek placowy, strażnicy uzbrojeni przez burmistrza w broń gazową i dwa karabiny przydzielone przez wojsko dla miasta, skutecznie odstraszały wszelkie bandy. Jednak rada miejska była świadoma, że ruch ten będzie stopniowo wygasał, kiedy mieszczanom skończą się rzeczy, za którymi tęsknią wieśniacy. Już teraz widać było niechęć wsi do byle szmat i gratów, szukali czegoś naprawdę cennego i potrzebnego. Dlatego coraz większa grupa ludzi z miasta cierpiała głód. Ludzie niemajętni i starcy umierali tuzinami. Ksiądz przychodził wtedy, gdy zmarłych było co najmniej dziesięciu, gdyż tylko wtedy biedne rodziny mogły kupić kurę lub chociażby bochen chleba i tym zapłacić za posługę kapłańską.

Wtedy też kręcąc się bez celu pomiędzy straganami Bonifacy po raz pierwszy spotkał się z czymś dziwnym, mianowicie z partią o nazwie NN. Dziwne było to, że w ogóle jakaś partia się ujawniała. Przecież od katastrofy nie było słychać o jakiejkolwiek działalności politycznej. Nagle dało się słyszeć jazgot megafonu dobiegający z nadjeżdżającego samochodu. Ludzie rozstępowali się, żeby zrobić miejsce rzadkiemu pojazdowi. Megafon z auta skrzeczał coś, czego Bonifacy nie mógł zrozumieć, ale na dachu auta widniał wielki transparent „GŁOSUJ NA PARTIĘ NN”.

*

Wybory miały się odbyć jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Żeby ludzie mogli dostać się do lokali wyborczych, nieraz z daleko oddalonych wsi, zdecydowano, że potrwają trzy dni od 15 do 17 grudnia. Część partii protestowała, że jest obawa fałszerstwa. Bo jak skutecznie pilnować urn przez tak długi czas. Jednak decydującym argumentem była ogólna niechęć ludności do głosowania. Przypuszczano, że przedłużony czas głosowania przyciągnie więcej głosujących.

Program wszystkich partii był prawie taki sam – przywrócenie działalności państwa. Ale tylko nowa partia zapewniała w swoim programie wyborczym dostawę prądu w ciągu miesiąca od utworzenia przez nią rządu. Wszystkie inne również to obiecywały, ale raczej w perspektywie półrocznej, a te bardziej konserwatywne nawet w dłuższym czasie. A wszystkie razem wyśmiewali nierealistyczne obiecanki partii NN.

Tymczasem tuż przed wyborami pojawiły się w wielu miastach wielkie TIR-y. Zaparkowały obok punktów wyborczych, a w ostatnim dniu przed głosowaniem pojawiły się na nich wielkie banery z logo partii NN. To samo wydarzyło się niedaleko mieszkania Bonifacego. Szkoła, gdzie mieścił się lokal wyborczy była widoczna z jego okien, a ciężarówka stała obok szkoły. Wielki kolorowy plakat dominował na tle ogólnej szarzyzny. Plakaty innych partii, te nędzne samoróby, nawet do pięt nie dorastały profesjonalnym banerom nowej siły politycznej. Spekulacjom co też zawierają ciężarówki i w ogóle skąd przyjechały i po co, wprost nie było końca. Jedno było pewne ładunek był cenny, bo ochrona była liczna i dobrze uzbrojona w broń automatyczną.

Bomba wybuchła w dniu wyborów. Ci, którzy z samego rana wrócili z głosowania przynieśli do domów wędzone szynki albo wódkę. Przed lokalami w ciągu godziny ustawiły się gigantyczne kolejki. Najstarsi ludzie nie widzieli takiego szturmu do lokali wyborczych. Powód był jeden szynka albo litr wódki, za głos na partię NN.

Następstwem tego przekupstwa było zwycięstwo Partii Najlepsi z Najlepszych. Jeszcze tylko dwie partie osiągnęły próg wyborczy, lecz nawet gdyby połączyły siły realnie się nie liczyły. Sukces NN był porażający 88% posłów w parlamencie. Całą władzę w kraju to znaczy rząd, prezydenta i większość konstytucyjną w parlamencie osiągnęła siła, o której nikt nic nie wiedział.

*

Zebranie było tajne, nie dziwiło więc, że część uczestników była zamaskowana. Kobiety poowijały się chustkami i mimo wieczornej pory pozakładały ciemne okulary. Natomiast niektórzy z mężczyzn oprócz okularów nasunęli kaptury, jednak większość wystąpiła z otwartą przyłbicą. Przewodniczący – grubasek w średnim wieku stwierdził, że nie ma się czego bać, bo sala została przebadana na obecność kamer i podsłuchów przez najlepszych fachowców. Oczywiście słuchacze nie zareagowali na zapewnienia przewodniczącego, który nie zrażony kontynuował.

– Koleżanki i koledzy poprosiłem o największą dyskrecję, bo sprawa, o której będziemy dyskutować, jest nie tylko ryzykowna, ale może zostać potraktowana jako zamach stanu. Co jak wszystkim wiadomo jest karane najwyższymi wyrokami. Więc jeżeli jest ktoś niezdecydowany może opuścić nasze zebranie. Jest to właściwie ostatnia szansa, bo później nie będzie odwrotu. Po wyjawieniu planu wycofanie się zostanie potraktowane jako zdrada, a wiecie jak się karze zdrajców! – potoczył wzrokiem po audytorium, czekając na reakcję, jednak nikt nie opuścił Sali.

– Jeżeli wszyscy jesteśmy zdeterminowani do działania przystępuję do rzeczy. Otóż stoi przed nami szansa bezkrwawego przejęcia władzy. Powszechnie wiadomo jakie są rankingi oraz krótko i długoterminowe przewidywania polityczne w naszym kraju. Jednak dla przypomnienia je przytoczę: według wiarygodnych danych szansa przejęcia władzy przez naszą partię, w ciągu najbliższych 10 lat wynosi 15 % czyli krótko mówiąc jest niewielka. Jednak pojawiła się okoliczność, która znacznie zaburza te spekulacje i jeżeli ją należycie wykorzystać w ciągu kilku miesięcy ten stosunek będzie dla nas znacznie korzystniejszy. Proszę profesora Ksawerego Pingwina o naświetlenie tej nadzwyczajnej okoliczności.

Profesor Pingwin był wysokim chudzielcem z siwą brodą i w ogóle nie przypominał tego sympatycznego ptaka. Jeżeli szukać podobieństwa jego osoby w świecie zwierząt to najbardziej przypominał indyka. Mowa jego bardziej niż ludzką przypominała indycze gulganie. Jednak w środowisku uchodził za najlepszego fachowca, dlatego mimo tej wady pozostawał na stanowisku rektora w najbardziej prestiżowym w Polsce Instytucie Badań Kosmosu.

– Wiadomość jest taka, że trzy dni temu wzrosła aktywność słońca – bez wstępów zagulgotał profesor. – Wystąpiły wyjątkowo silne protuberancje i w związku z tym w ciągu siedmiu dni należy spodziewać się niszczącego wiatru słonecznego. Przewiduje się, że zniszczenia będą naprawdę duże, szczególnie w energetyce. Prawdopodobnie zniszczone zostaną wszystkie przekaźniki satelitarne i naziemne. Odbiorniki telewizyjne i komputery, jeżeli nie zostaną wyłączone też ulegną zniszczeniu. Nie będzie działała żadna łączność. Oczywiście wiadomym jest, że bez energii elektrycznej gospodarka stanie. Wszystkie zakłady zaprzestaną produkcji, czeka nas niewyobrażalna zapaść. Prawdopodobnie nie będzie możliwe wydobycie kopalin, nie będzie dostaw ropy i gazu, zapasy węgla skończą się w ciągu kilku tygodni, nie będzie możliwa produkcja żywności. Bez dostaw paliw transport ustanie. Dostawy wody również będą zakłócone, przecież praca pomp bez prądu nie będzie możliwa. Obawiam się, że nadchodzącej zimy nie przetrwa wielu ludzi, szczególnie w miastach, bo wieś sobie pewnie poradzi. To tyle, co do skutków czekającej nas katastrofy. Teraz najważniejsze – lakoniczne wiadomości o wzroście aktywności słońca zostały w mediach ogłoszone, ale o skutkach, jakie nas czekają z tego powodu, nikt nie odważył się poinformować – pewnie z obawy, że nastąpi panika. Zatem radźmy jak można się do tej katastrofy przygotować, żeby straty były jak najmniejsze.

– Dziękujemy profesorowi Pingwinowi – mikrofon przejął znów przewodniczący – i poprosimy profesora Eustachego Pasikurkę, byłego ministra gospodarki w rządzie premiera Ignacego Pankraca. – Profesor Pasikurka uchodził za mózg partii, a właściwie za połowę mózgu, bo drugą połówką był premier Pankrac. Dlatego nieżyczliwi mu koledzy mówili o nim półgłówek.

– Proponuję w niczym nie wyręczać i nie pomagać obecnemu rządowi. Im większe będą straty, tym lepiej dla nas. Czasu jest tak mało, że choćby pękli z niczym nie zdążą. Nasze działania muszą pójść w dwóch kierunkach. Po pierwsze trzeba uruchomić wszystkich naszych ludzi w terenie. Wykupić ile się da żywności, paliw, leków itd. Żeby nasze kadry przetrwały zimę. A właśnie, profesorze Pingwin, ile będzie trwała ta apokalipsa zanim uda się przywrócić prąd, łączność i transport? – zapytany naukowiec zagulgał coś, co udało się zrozumieć jego asystentowi, który powtórzył zrozumiałym językiem, że od kilku do kilkunastu miesięcy w zależności od wielkości zniszczeń i możliwości regeneracyjnych gospodarki.

– W takim razie – kontynuował Pasikurka – trzeba zabezpieczyć części zamienne do przekaźników radiowo-telewizyjnych, serwery oraz zapasowe transformatory lub ich wrażliwe elementy. Mówiąc o zabezpieczeniu mam na myśli ukrycie tych materiałów przed obecną rządową ekipą i ujawnienie ich po dojściu naszej partii do władzy. Drugim kierunkiem naszego działania powinno być odpowiednie propagowanie niedostatecznego przygotowania obecnego rządu na taką klęskę. Dopóki działają media musi być to cały czas podkreślane oraz to, że my zrobilibyśmy to lepiej. Myślę, że nasza ekipa naukowców na czele z prof. Pingwinem opracuje, co powinno zostać zrobione i jakie inwestycje podjęte, aby uchronić państwo przed działaniem wiatru słonecznego o takiej sile. I na tych wiadomościach będziemy bazowali w naszych wystąpieniach.

*

Prąd został włączony w trzecim miesiącu od powstania rządu. Kiedy zapaliły się żarówki w mieszkaniach ludzie pobiegli do odbiorników, żeby sprawdzić czy działają i odsłuchać wiadomości. U Bonifacego działało tylko radio, bo obydwa telewizory zniszczył ten przeklęty wiatr słoneczny. Expose premiera było nadawana w telewizji i w radiu w tym samym czasie. Premier Ignacy Pankrac zapewnił, że włączenie prądu odbyłoby się znacznie prędzej, ale ludzie związani z poprzednią władzą ukryli niezbędne podzespoły do uruchomienia elektrowni w nieoznakowanych magazynach i z trudem je odnaleziono. Bonifacy Kolenda słuchał go z zapartym tchem. Pankraca pamiętał z czasów, kiedy ten nie był premierem i nie miał o nim najlepszego zdania. Uważał, że facet jest karierowiczem i cwaniakiem, o rządzeniu państwem ma niewielkie pojęcie. Nie spodziewał się, że taki nieudacznik znajdzie się na czele nowej formacji politycznej. Jednak dopiero po przeanalizowaniu składu rady ministrów zdał sobie sprawę, że to nie żadna nowa partia tylko te same bęcwały, które doprowadziły Polskę na skraj przepaści, za ostatnich swoich rządów.

Jednak najciekawsze wiadomości dopiero czekały na ujawnienie. Kiedy po miesiącu ruszył internet okazało się, że ościenne państwa miały prąd już pół roku wcześniej. I wcale nie było to uwarunkowane względami technicznymi, bo oprócz państw zachodnich również Rosja, państwa bałtyckie, a nawet Ukraina i Białoruś od dawna powróciły do cywilizacji.

*

– Spotkaliśmy się na zamkniętym spotkaniu, by to, co powiem nie wyciekło do prasy, a przede wszystkim do wiadomości opozycji. – Zagaił premier Ignacy Pankrac. – Bo jak to oni, przekazaliby społeczeństwu wykoślawione informacje. Więc lepiej, aby zostały one tajne, zresztą ludzie w naszym kraju do pewnej wiedzy nie dorośli.

– Przechodząc do rzeczy chciałbym poinformować, o wynikach mojej wizyty w Berlinie. Otóż nasi przyjaciele zażądali za pomoc w przygotowaniu wyborów, które przyniosły naszej partii wiekopomne zwycięstwo, Śląska i Pomorza Zachodniego. Jednak dzięki wysiłkom negocjacyjnym naszej delegacji odstąpili od swoich postulatów i zadowolili się naszą propozycją. Tzn. zwolnienie firm niemieckich w Polsce od płacenia jakichkolwiek podatków po wsze czasy oraz roztoczenie nad naszym krajem opieki senioralnej. Pod jednym wszak warunkiem, że będzie ona zachowana w ścisłej tajemnicy. Zapewniono nas, że z ich strony dyskrecja będzie dochowana. Zgodziliśmy się również na kilka drobnych ustępstw, mianowicie: zamknięcie kopalń węgla na Śląsku oraz sprzedaż na warunkach preferencyjnych kontrolnych pakietów wszystkich dużych stoczni. Ponadto zgodziliśmy się sprzedać Lasy Państwowe, żeby zyskać solidny kapitał na wyprowadzenie kraju na prostą po obecnej zapaści. Niemcy ze swej strony obiecali dać pracę naszym ludziom przy wyrębie i transporcie drewna oraz wszelką pomoc przy usuwaniu skutków słonecznego wiatru. Na uwagę z naszej strony, że bez węgla nasz przemysł nie ruszy, zapewnili, że odstąpią nam część gazu z gazociągu Nord Stream 2. Tym sposobem pozbędziemy się smogu w naszych miastach i wypełnimy zalecenia Unii Europejskiej dotyczących ochrony środowiska. Tak więc wizytę możemy zaliczyć do naszych sukcesów.

*

Bonifacy Kolenda jechał rowerem do roboty. Lasy w pobliżu miasta zostały już wycięte, więc żeby dojechać na teren wyrębu musiał dymać dziewięć kilometrów. Auto sprzedał już po Wielkim Resecie, jak nazwano ponowne uruchomienie elektrowni. Zakład, w którym pracował już nie podjął produkcji, podobno został wykupiony przez zagraniczny kapitał. Żeby wyżywić rodzinę musiał sprzedać swoją skodę. Właściwie nie żałował, bo ceny benzyny tak skoczyły, że tak czy siak nie byłoby go na nią stać. Gdyby nie zmiana przepisów dokonana przez nowy rząd, Bonifacy za kilka miesięcy przeszedłby na emeryturę, a teraz miał jeszcze dziesięć lat ciężkiej roboty w lesie, o ile go nie zwolnią. Już teraz brygadzista krzywo patrzy na słabą pracę Bonifacego. A co będzie za rok, przecież sił coraz mniej. Przejeżdżając obok wysypiska śmieci spotkał starego kumpla Bazyla. Worek na jego plecach był pełen. Mimo wczesnej pory Bazyli wracał już do miasta. Bonifacy już dawno chciał pogadać z kolegą, więc korzystając ze spotkania zainteresował się obecną działalnością Bazyla.

– Widzisz stary ja już pewnie emerytury nie dożyję. Wiesz cukrzyca, nadciśnienie, a do lekarza się nie dostaniesz. Do ciężkiej pracy się nie nadaję a żyć trzeba, więc zmieniłem branżę i zbieram surowce wtórne. Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, potrzebna jest miedź i aluminium albo na ten przykład makulatura na papier toaletowy, a ja i dziesiątki moich kolegów dostarczamy te dobra, aby dano tym śmieciom nowe życie.

– A co z poprzednią pracą, przecież ty byleś urzędnikiem w ratuszu?

– Wczoraj urzędnik, dziś śmieciarz – takie życie. Po wyborach nastał nowy burmistrz i powywalał starych. – Teraz inne czasy nastały, trzeba znać języki, znać dyplomację, to zadanie dla młodych – powiedział – dał jaką taką odprawę i fora ze dwora. Teraz na moim stanowisku pracuje dwóch młodych i jeszcze sekretarkę mają. – Uśmiechnął się gorzko.

– A z tych surowców dajesz radę wyżyć? – spytał Bonifacy.

– Zarobek jest, tyle, że trzeba się dzielić z opiekunami. – wskazał głową gdzieś za siebie.

– Z jakimi opiekunami?

– Z takimi samymi, co ci zegar zrabowali. – Skrzywił się Bazyl.

– Powiedz mi Bazyl, jak to się stało, że ci bandyci pozostali na wolności? Moim brygadzistą jest też kryminalista. Jak to możliwe, żeby te kanalie były teraz nad nami?– zapienił się Bonifacy.

– Z chęcią odpowiem na twoje pytanie, otóż jak pamiętasz zaraz po tym całym Resecie ogłoszono amnestię, a specjalna komisja poprzydzielała złodziei i bandytów do różnych prac, w celu resocjalizacji. Więc się resocjalizują na naszym grzbiecie.

– Niech szlag trafi partię NN i taki świat, gdzie kryminalista rządzi i nawet słońce jest przeciw nam. Ty zbierając śmieci, musisz płacić haracz bandytom, a ja tyram pod nadzorem bandyty wycinając polski las dla Niemca.

– Masz rację. Niech szlag trafi oszustów z NN. Ale czasem sobie myślę, czy to nie jest zemsta słońca, za to, że przestaliśmy je czcić jako boga.

– Teraz naszymi bogami są te gnoje, co kupili nas za szynkę i litr gorzały – obaj splunęli w pył drogi. Podali sobie ręce i odeszli każdy swoją drogą. Jeden do roboty ponad siły, a drugi sprzedać zebrane nad ranem śmieci. Obaj przekonani o niesprawiedliwości jaka ich spotkała. Obaj przekonani, że nie dożyją do emerytury, którą mądrale z NN przesunęli w odległą przyszłość. Jednak zdeterminowani dożyć do następnych wyborów, żeby odwołać swój błąd i partię oszustów, którą przywiał przeklęty słoneczny wiatr.

Wrzesień, październik 2018

Reklamy


Dodaj komentarz

Opowiadania. Pamiętnik zakonnicy

Stanisław Ryczek

Michał Świder – Zakonnica

23 września 2012

Od dwudziestu dni przebywam w klasztorze sióstr benedyktynek w miasteczku Brenno. Zaznaczam, że nie trafiłam tu z własnej woli. To moja ciotka Kunegunda, głupia dewotka, wsadziła mnie tutaj. Chociaż prawdę mówiąc w klasztorze jest znacznie lepiej niż w domu dziecka, gdzie po śmierci rodziców przebywałam. Te dwa lata wśród półgłówków ze zdegenerowanych rodzin wspominać będę z niesmakiem chyba do końca życia. Jeśli chodzi o prywatność, to i tam, i tutaj, nie jest respektowana. Śpimy we trzy w jednej Sali. Tamte dziewczyny, odwrotnie niż ja, przyszły do klasztoru z rzeczywistej potrzeby serca. A ja muszę oszukiwać. Bo ciotka zagroziła, że jak nie wstąpię do klasztoru, to wrócę z powrotem do „bidula”. Tak się zastanawiam, czy nie byłoby to lepsze, pomęczyć się tam jeszcze ten rok, a potem – wolność. Tylko co to za wolność, jak masz tylko to, co na sobie. A będąc posłuszną więcej zyskam, choćby piękny dom po śmierci ciotki. Jest tylko jeden szkopuł, jak ciotce zachce się żyć jeszcze ze dwadzieścia lat, to ja dziękuję.

Matka przełożona nakazała mi zapoznać się z biblią na razie ogólnie. Dokładnie mam przeczytać tylko Księgi Rodzaju i Wyjścia oraz wybraną przez siebie jeszcze jedną, wybrałam Księgę Hioba. A szczegółowo przestudiować Nowy Testament. Powiedziałam, że uczyłam się tych rzeczy na religii, a ona na to, że to za mało.

20 października 2012

Pomału przywykam do życia klasztornego. A jakie mam wyjście?

Msza poranna, msza wieczorna, pacierze poobiednie, rekreacja, praca w ogrodzie (pomagam siostrze Dalmicji – dziwne imię), spać chodzimy z kurami. A propos kur, mamy ich kilkadziesiąt, jest też stado kaczek i kilka klatek z królikami. Ze zwierząt to wszystko, jest jeszcze pies na łańcuchu o imieniu Łatek, ale boję się do niego podchodzić. Siostra Bernarda opiekująca się zwierzyńcem przekonuje, że Łatek jest bardzo łagodny i żeby się nie bać, ale ja wolę poczekać, w końcu to pies łańcuchowy. W chwilach wolnych czytam zadane lektury, więc cały czas mam wypełniony. Myślę, że o to chodzi, żeby nie myśleć o świeckim życiu, które zostało za furtą.

4 listopada 2012

Telewizora w naszym klasztorze nie ma. Jedynie radio, ale włączane jest tylko na Wiadomości Watykańskie oraz na modlitwy w Radiu Maryja. Tam też odsłuchujemy wiadomości ze świata. O normalnej muzyce można zapomnieć. Telefon jest jeden, w sieni i to jakiś przedpotopowy z wykręcaną tarczą, internet jest dla sióstr słowem abstrakcyjnym. Jednym słowem rewolucja informatyczna ominęła ten klasztor.

Tuż przed dniem Wszystkich Świętych byłyśmy na cmentarzu, aby sprzątnąć i ustroić kwiatami groby zmarłych sióstr. Jednak odbyło się to bardzo wczesnym rankiem, więc cmentarz był prawie pusty. Myślę, że chodziło właśnie o to, abyśmy my młode adeptki (ja jeszcze przed święceniami), nie spotkały zbyt wielu ludzi.

Zawsze myślałam, że Wszystkich Świętych jest świętem zmarłych, a dopiero teraz uświadomiono mi, że to Dzień Zaduszny jest im poświęcony.

15 listopada 2012

Czytam stary testament (wybrane księgi) i tak sobie myślę, że zgromadzono tam rozmaite świńskie historie i to ma być święta księga!? A Żydzi już wtedy mieli manię wielkości, co im zostało do dziś. Nawiasem mówiąc to właśnie ich postępki były najpaskudniejsze. Jak można być tak podłym, żeby wymordować lud, który zgodził się przyjąć ich religię i to trzecim dniu po obrzezaniu, kiedy mężczyźni byli najbardziej chorzy i nie mogli się bronić. Ha! – i Pan Bóg im to wszystko wybaczał, a nawet do tego zachęcał.

30 listopada 2012

Czytam Księgę Hioba i nadziwić się nie mogę skąd autor wiedział o rozmowie szatana z Bogiem. Mało tego, on nawet wiedział, co myślał jeden i drugi. Przez ten zakład szatana z Bogiem biedny Hiob dostał niewyobrażalne cięgi, a po wygranym zakładzie Bóg oddał mu wszystko to, co stracił w dwójnasób. Z tym, że zmarłym dzieciom życia nie wrócił, tylko urodziły mu się nowe. Że niby stara żona znów urodziła dziesięcioro dzieci? – akurat uwierzę w takie bajki. Uważam, że historia ta jest od początku do końca zmyślona. I miała zapewne służyć dla wyznawców Jehowy jako przykład bezwzględnej wiary i poddania się Woli Bożej, aby nawet w najgorszej biedzie nie zwątpić w Niego i nie zaprzeć się Go. Kto wie, może pomogło im to we wchodzeniu do komór gazowych.

6 grudnia 2012

Dzisiaj odwiedził nas św. Mikołaj. Każda z sióstr dostała prezent, jednak z młodych, tylko ja, oprócz „Dzienniczka” siostry Faustyny Kowalskiej, dostałam rózgę. Ksiądz Wincenty, bo to on był Mikołajem, nie mógł powstrzymać się przed złośliwością, a może było to ostrzeżenie? Gość kapnął się, że moje spowiedzi są nie do końca szczere. Pewnie chciałby poznać moje myśli, ale niedoczekanie. Zresztą czy mogłabym wyznać, że mam schowane rzeczy niedozwolone w zgromadzeniu np. telefon (co prawda z rozładowaną baterią i bez ładowarki) albo, że tylko czekam sposobności, żeby stąd zwiać.

Matka przełożona zapytała mnie czy skończyłam czytać Nowy Testament i czy wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Odpowiedziałam, że kończę czytać Listy Apostolskie i jakbym czegoś nie zrozumiała to oczywiście spytam. Nie miałam chęci wchodzić z nią w dyskusję, bo jest przemądrzała i chętnie wszystkich poucza. To taki typ kobiety, co przypomina zatruty cukierek, słodki, a jednak skrywający truciznę.

Jest sprawą oczywistą, że jest tam wiele niejasności na przykład: dlaczego po zmartwychwstaniu Jezusa jego bliscy nie mogli Go poznać? Kobiety przy grobie wzięły Go za ogrodnika. Uczniowie idący do Emaus rozpoznali Go dopiero po łamaniu chleba, a przecież znali Go osobiście. Gdyby nie historia z Niewiernym Tomaszem, który wkładał palce w Jego rany, pomyślałabym, że zorganizowano jakąś mistyfikację. Albo wchodził do wieczernika przez zamknięte drzwi mimo, że nie był duchem (duchy nie jedzą, bo nie mają ciała), a On miał ciało, bo jadł i pił, a jednocześnie przechodził przez mury. Albo dlaczego przez 40 dni, czyli od zmartwychwstania do wniebowstąpienia, ukazał się tylko sześć razy? Gdzie przebywał przez resztę czasu? Albo już z innej beczki dlaczego w modlitwie Skład Apostolski umieszczono słowa „…umarł i pogrzebion; – zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał…” Czy przez te dwa dni przebywał w piekle? Dlaczego nie mógł tego czasu spędzić w niebie? Jednak te pytania wolę zadać księdzu Wincentemu, bo jest normalnym facetem bez manii wielkości i jeżeli czegoś nie wie nie wstydzi się tego powiedzieć.

15 grudnia 2012

Spadł pierwszy śnieg. Rano spojrzałam w okno, a tam, mimo, że jeszcze noc, to blask śniegu rozjaśnił mrok. Dotąd nie mogę przyzwyczaić się do tak wczesnego wstawania. Gdzie sens, gdzie logika, żeby zrywać się o piątej rano i kłaść się o dziewiątej wieczorem. Przecież wszystkie czynności można wykonać w sensownych godzinach, ale tu trzeba myśleć, a nie tylko klepać pacierze!!!

Żeby wypełnić sobie czas wolny postanowiłam wypisać sobie jakie zawody reprezentowane są w Nowym Testamencie. Większość apostołów była rybakami, ale św. Łukasz Ewangelista był lekarzem i jednocześnie malarzem ikon, Mateusz zaś poborcą podatkowym.

Po narodzeniu Jezusa pierwsi odwiedzili go pasterze, ale po nich przybyli królowie (mówi się też o nich, że byli mędrcami albo magami).

Sam Jezus był, tak jak jego ojczym Józef, cieślą.

Oczywiście jego głównymi antagonistami byli kapłani – faryzeusze, sadyceusze i uczeni w piśmie.

Celnicy i jawnogrzesznice byli najbardziej pogardzani przez społeczność żydowską. To, że potępiano prostytutki to zrozumiałe (chociaż zapewne korzystano z ich usług), ale ciekawe dlaczego potępiano celników? Przecież celnik to tak jak dzisiaj urzędnik fiskusa – dziwne… były oczywiście takie popularne zawody wśród żydów jak handlarze i bankierzy, tych Jezus wygnał ze świątyni i na dzień dobry narobił sobie wrogów wśród bogaczy.

Ale najwięcej było chyba żebraków. Tych, co rusz Jezus uzdrawiał. Ślepcy, chromi, niemi, trędowaci ciągle skamleli o uzdrowienie. Ciekawe czy później żałowali swego powrotu do zdrowia? Przecież jako zdrowym nie przysługiwała im jałmużna, a ponieważ nie mieli żadnego zawodu, bo jako kalecy od dziecka żebrali, po uzdrowieniu musieli brać się do roboty jako niewykwalifikowana siła robocza albo zdychać z głodu.

Rolnicy występują tylko w przypowieściach, wydaje się, że żaden znany z imienia nie pojawił się w jego otoczeniu.

Gorącym propagatorem nauki Jezusa był św. Paweł, myślę, że gdyby nie jego działalność misyjna (podróże i listy) chrześcijaństwo pozostałoby tylko jedną z sekt żydowskich. Jeśli chodzi o jego zawód podobno był tkaczem. Nie wiem czy proroka można uznać za zawód, myślę, że taki dar dostawali ludzie różnych zawodów. Ciekawi mnie tylko, czy jak zostali już uznani przez społeczność, to byli kimś w rodzaju kapłanów czy nadal pracowali w swoim „wyuczonym” zawodzie?

Ot takie myśli mnie nachodzą – jakaś depresja czy co?

20 grudnia 2012

Wreszcie kończy się adwent wszystkie czekamy na Boże Narodzenie (może w karnawale jedzenie będzie lepsze), bo mam wrażenie jakby ciągle był post. Odkąd nastała zima skończyła się robota w ogrodzie, więc pracuję w kuchni jako pomoc kuchenna, ja to nazywam, że jako popychadło. Bo wiadomo albo obieranie kartofli, albo rąbanie drzewa, mycie garów, podłogi, albo jeszcze coś, co akurat sobie wymyśli siostra Barbara, nasza kucharka. Nie mogę też pojąć, dlaczego nie gotujemy na kuchence gazowej (przecież jest), że niby na ogniu jest smaczniejsze. Na gazie gotuje się tylko wodę na herbatę albo kompot. Myślę, że to tylko takie gadanie i chodzi o oszczędność kasy. Jakby od ognia zależał smak potraw, to cały świat gotowałby na ogniu, a gaz byłby niepotrzebny.

23 grudnia 2012

Dopiero dzisiaj doceniłam pracę w kuchni i chcę tam wrócić. Zdanie swoje zmieniłam po tym jak zostałam przydzielona do innej pracy. Jakoś trzy dni temu zachorowała siostra Emilia i przełożona mnie wyznaczyła do opieki nad leżącymi. Wspomniana siostra Emilia leżała z grypą i nie sprawia wielkiego kłopotu. Przynoszę jej posiłki, czasem podam herbatę, do ubikacji sama wstaje. W sumie jest OK, ale od lat leżąca siostra Rozalia to jakiś koszmar. Ciągle coś chce. A to popraw poduszkę albo otwórz okno, za chwilę, zamknij okno, bo zimno. Podaj basen, zabierz basen, podmyj mnie, nakarm mnie, zrób mi pić, poczytaj mi żywoty świętych i tak w koło. Człowiek nie ma czasu się podrapać. A przecież ręce ma sprawne i pewne rzeczy mogłaby robić sama. Nigdy nie zastanawiałam się nad eutanazją, ale teraz myślę, że pewnym ludziom można by ją zastosować.

27 grudnia 2012

Święta nie były udane, bo na zmianę z siostrą Beatą doglądałyśmy chorych. I jakoś tak wypadało, że na mojej zmianie siostra Rozalia załatwiała wszystkie potrzeby fizjologiczne, a ja dosłownie rzygam (już dwa razy wymiotowałam). Wszystkie świąteczne potrawy miały zapach jej fekaliów. Powiedziałam siostrze przełożonej, żeby mi przydzieliła inną pracę, a ona, że muszę każdą pracę na rzecz zgromadzenia umieć wykonać, a pielęgnowanie chorych jest jedną z najważniejszych zajęć w naszym zgromadzeniu. Dodała, że kiedyś większość sióstr pracowała w szpitalach, a opiece nad chorym trzeba oddawać się z miłością. Przytoczyła mi słowa Jezusa: „cokolwiek uczyniliście dla jednego z tych najmniejszych, to dla mnie uczyniliście”. Cóż mogłam powiedzieć? Że siostra Rozalia do najmniejszych nie należy, a zachowuje się jak apodyktyczna księżna. Na szczęście jutro wraca już siostra Emilia, a ja do kuchni – hurra nareszcie.

3 stycznia 2013

Już po Sylwestrze i Nowym Roku. Myślałam, że będziemy jakoś szczególnie obchodziły te dni, ale gdzie tam. Jedynie w sylwestra o północy była dodatkowa msza w naszej kaplicy, na którą przyszło kilka babć, a rano spałyśmy godzinę dłużej – wielka mi łaska. W poprzednim życiu sylwester musiał być z winkiem albo chociaż z piwem, a nazajutrz, jak jeszcze coś zostało, leczyło się kaca do wieczora. Niejedna dziewczyna pozbywała się cnoty na tych nocnych zabawach. Mnie jakoś to ominęło – wiadomo – były ładniejsze dziewczyny. Byłam wtedy chuda jak tyczka. Ani biustu, ani tyłka z twarzy też „taka sobie”. Ale teraz zaokrągliłam się i mam wrażenie, że i buzia mi wyładniała. Ale co z tego jak wszystko zakryte habitem.

2 lutego 2013

Wczoraj miałyśmy awarię prądu, coś tam się przepaliło. Do usunięcia usterki przyszedł młody elektryk (nawet ładny chłopak). Dość długo grzebał w skrzynce bezpiecznikowej w sieni, kiedy wreszcie skończył matka przełożona kazała podać mu obiad (mamy taki specjalny pokoik gościnny). Kiedy przyniosłam posiłek zauważyłam, ładującego się i-Phona, nowszy model od mojego, ale ładowarka by pasowała. Pobiegłam do swojego pokoju i wyjęłam swój telefon i sto złotych (połowę mego kapitału). Bałam się, żeby ktoś nie zauważył moich zabiegów. Przed wyjściem chłopaka zajrzałam po pokoiku, by sprzątnąć naczynia. Zagadnięty elektryk zgodził się sprzedać mi ładowarkę, sprawdziwszy wcześniej czy pasuje do mego telefonu. Chciałam mu dać stówę, ale wydał mi pięćdziesiąt, mówiąc, że nie zna aktualnej ceny ale nie wydaje mu się żeby była aż tak duża. Tym sposobem uzyskam kontakt ze światem.

12 lutego 2013

Miałam kłopoty, żeby podłączyć niepostrzeżenie ładowarkę. W mojej sypialni jest to wykluczone – wiadomo – nie jestem tu sama. Po długich zaglądaniach w różne kąty znalazłam gniazdko przy wejściu na strych. Jednak podłączyć mogłam się tylko wieczorem, kiedy już nikt tam nie chodzi. Po naładowaniu baterii przez pół nocy przeglądałam różne strony w internecie przykryta kołdrą wraz z głową o mało się nie udusiłam. Oczywiście rano byłam nieprzytomna. Telefonu nie noszę przy sobie, leży schowany z wyłączonym dzwonkiem w mojej walizce. Na poczcie miałam kilkaset wiadomości, ale tylko kilka od znajomych, reszta to reklamy.

20 marca 2013

Dziś była uroczystość moich obłóczyn. Czyli przestałam być postulantką, a zaczęłam życie w nowicjacie. Po uroczystej mszy, włożeniu habitu i obcięciu włosów (trochę mi ich żal), odbyła się prawie świąteczna kolacja. Na uroczystość przyjechała ciotka Kunegunda. Mam teraz nowe imię – Magdalena – może być, jednak wolę swoje. W trakcie kolacji matka przełożona opowiadała o swoich obłóczynach, które odbyły się w latach 60-tych. Wtedy było to obchodzone bardziej uroczyście. Był przejazd dorożką przez całe miasto, ona też tak jak ja, ubrana była w strój panny młodej (bo jest to zaślubienie Chrystusowi), ale wtedy dochodziło jeszcze leżenie krzyżem na specjalnym dywaniku w trakcie pieśni Veni Creator. Ciotka była szczęśliwa i dumna ze mnie. Ciekawe co by zrobiła, gdyby się dowiedziała, że brak mi powołania. Przecież te wszystkie barwne obrzędy i zabiegi nic nie znaczą bez mojej woli czy chęci, których mi brak. Nie odpowiada mi życie w babińcu z wojskowym drylem (wstawanie, modlitwy, posiłki, wszystko na komendę). Nie ma tu miejsca na indywidualizm, fantazję, wolność. Przypomina mi się pseudo-wojskowa piosenka, którą śpiewał po pijanemu nasz sąsiad Maliniak:

Kazała mi moja mama czarną suknię szyć,
a ja nigdy nie myślałam zakonnicą być.
Raz, dwa, trzy zakonnicą być!
W tym klasztorze, ach mój Boże,
trzeba rano wstać,
a ja młoda jak jagoda lubię długo spać,
Raz, dwa, trzy lubię długo spać! (…)

Nie przypuszczałam, że te durne słowa mogą kiedyś mnie dotyczyć…

1 kwietnia 2013

Dostałam wiadomość, że ciotka Kunegunda jest w szpitalu. Wracając z moich obłóczyn przemokła, zmarzła i przyplątała się grypa. Pewnie po wyleżeniu wyzdrowiałaby, ale zachciało się dewotce uczestnictwa w Triduum Paschalnym. No i w poniedziałek wielkanocny wylądowała w szpitalu z zapaleniem płuc. W liście przekazanym mi przez przełożoną, zastrzega się, że już jej lepiej, więc jest dobrej myśli. Przy okazji przesyła pozdrowienia świąteczne dla całego zgromadzenia, a także dla mnie. (Dobrze, że sobie o mnie przypomniała – kochająca ciocia)

9 kwietnia 2013

Przyszedł telegram zawiadamiający o śmierci ciotki. Podobno wcześniej był telefon ze szpitala, ale mnie oczywiście nie zawołano. Jutro wyjeżdżamy do Wrocławia na pogrzeb. Myślałam, że pojadę sama, ale podobno jako nowicjuszce nie wolno mi samej ruszać się z klasztoru. Więc będzie jeszcze ze mną matka przełożona i siostra Klementyna. Przełożona powiedziała, że będziemy tam kilka dni, bo jesteśmy umówione z notariuszem w sprawie spadku (ja to rozumiem, ale one tam po co?). Będziemy spały w domu ciotki Kunegundy. Myślę, że to moje ostatnie chwile w tym więzieniu – WOLNOŚCI witaj.

15 kwietnia 2013

A gówno z chrzanem!!!

U notariusza okazało się, że owszem jestem jedyną spadkobierczynią spadku, ale ponieważ wstąpiłam do klasztoru, więc to klasztor w osobie matki przełożonej będzie decydował o moim dziedzictwie. Zostałyśmy poinformowane, że w spadku przypadł (mi? – nam?) dom jednorodzinny wraz z działką siedmioarową oraz oszczędności zgromadzone na koncie w banku PKO w kwocie siedemdziesięciu czterech tysięcy z groszami. Dodatkowo ciotka kupiła niedawno jakieś grunta, o których nie wspomniała w testamencie, ale notariusz twierdzi, że jedna sprawa sądowa to załatwi i znajdą się one w dyspozycji spadkobiorcy. Jestem w komunie więc komuna rządzi, a dla mnie figa. Niech szlag trafi wszelkie komuny. W nocy kiedy siostry spały udało mi się wyjąć ze skrytki ciotki małą szkatułkę z biżuterią i kilka tysięcy, nawet nie wiem dokładnie ile, bo nie zdążyłam policzyć. Kuźwa, do tego doszło, że muszę kraść swoją własność!!!

18 kwietnia 2013

Z najdalszego zakątka ogrodu, gdzie stoi figurka madonny z dzieciątkiem zadzwoniłam do wrocławskiego notariusza. Zrobiłam to klęcząc przed posągiem, żeby siostry pracujące w ogrodzie myślały, że się głośno modlę. Musiałam wykonać trzy telefony, bo ciągle był zajęty. Spytałam go czy jak wystąpię z klasztoru to będę mogła dziedziczyć po ciotce. Nie odpowiedział od razu, ale obiecał, że jeszcze raz zapozna się z testamentem i oddzwoni.

I na drugi dzień oddzwonił. Jak tylko poczułam wibracje telefonu, pobiegłam do ubikacji, żeby odebrać. I usłyszałam wspaniałą wiadomość: – TAK, to pani jest jedyną spadkobierczynią, proszę zgłosić się z dowodem osobistym do mojej kancelarii w ciągu tygodnia.

Hurra, żegnaj klasztorze!!!

Nie tracąc czasu udałam się do przełożonej z wiadomością, że opuszczam klasztor. Idę teraz do sypialni spakować rzeczy, a schodząc odbiorę od niej swój dowód osobisty, którego nie oddała mi po przyjeździe z Wrocławia. Zdumiona nie zdobyła się na żadną odpowiedź. Zresztą nie oczekiwałam dyskusji, odwróciłam się na pięcie i odeszłam.

Kiedy wróciłam po dziesięciu minutach, zdążyła ochłonąć i zażądała wyjaśnień: gdzie, dlaczego, po co i co dalej zamierzam. Moja odpowiedź była krótka – występuję ze zgromadzenia, dziękuję za gościnę i wyjeżdżam do swego domu, który wedle prawa należy do mnie. Jakby przyszły do mnie jakieś listy na adres klasztoru, proszę odesłać je na mój wrocławski adres. Zabrałam dowód i już mnie nie było.

Wychodząc za furtę klasztorną byłam nadal w habicie zakonnym. Swoje pierwsze kroki skierowałam więc do jedynej w tym mieście galerii handlowej. Kiedy w dziale z konfekcją wyszłam z przebieralni sprzedawczyni mnie nie poznała. Całą garderobę miałam wymienioną łącznie z bielizną. Sprzedawczyni obcinała metki bez zdejmowania ze mnie odzieży. Oczywiście nie zapomniałam o wymianie obuwia oraz eleganckiej torby podróżnej. I dopiero po zrobieniu profesjonalnego makijażu udałam się na dworzec PKP. Oczywiście mogłabym pojechać taksówką do samego Wrocławia (stać mnie!), ale chciałam w końcu mieć kontakt z innymi ludźmi.

20 kwietnia 2013

Miałam trochę kłopotów, żeby potwierdzić, że ja to ja. Dowód osobisty otrzymałam będąc w klasztorze, więc zdjęcie w nim mam w stroju zakonnicy. Notariusz zobaczywszy mnie „po cywilnemu” stwierdził, że nie może potwierdzić mojej tożsamości. Wróciłam do domu i zabrałam zakonny habit (dobrze, że go nie wyrzuciłam). W kancelaryjnej ubikacji przebrałam się w niego i po zmyciu makijażu weszłam ponownie do biura notariusza. Dopiero wtedy po gruntownym obejrzeniu mnie, przez notariusza i jego asystentkę, przystąpiono do przekazania dokumentów przejęcia spadku. Teraz już mi go nikt nie odbierze.

14 sierpnia 2013

Właśnie wróciłam z wakacji, które spędziłam na Krecie. Poznałam tam miłość mojego życia. Ma na imię Christos jest Grekiem z polskimi korzeniami. Mówi po naszemu trochę kalecząc polszczyznę. Zna języki: niemiecki, angielski, no i oczywiście grecki. Bardzo przystojny blondyn z piękną opalenizną. Na dodatek ma arystokratyczne pochodzenie, jego dziadek był księciem Peloponezu. Przyjedzie do mnie w listopadzie. Ale po powrocie do Polski czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Otóż okazało się, że jakaś agencja rządowa chce odkupić ode mnie te grunty, które ciotka Kunegunda zakupiła przed swoją śmiercią. Nie mam żadnego doświadczenia w takich interesach, zadzwoniłam więc do pierwszego adwokata jaki mi się wyświetlił na ekranie komputera.

Mecenas Bidermajer zapewnił mnie, że właśnie takie sprawy są jego domeną. Podpisałam mu pełnomocnictwo i jeszcze jakieś papiery. Aha i jeszcze umowę, że jego honorarium wyniesie 5% wynegocjowanej ceny, plus zwrot wszystkich jego kosztów związanych ze sprawą.

23 września 2013

Dziś pan mecenas pofatygował się do mnie osobiście, był bardzo tajemniczy i długo opowiadał mi o skomplikowanych negocjacjach, w których rozmawiał z samym ministrem infrastruktury. Aż mnie zdenerwował tym przydługim wprowadzeniem. W końcu wydukał, że wynegocjował cenę – uwaga – 45 milionów złotych!!!

A co tam kuźwa złoto odkryto czy inną platynę? – pomyślałam sobie. Okazało się, że ziemia ta jest dokładnie w tym miejscu gdzie zaprojektowano największy w Polsce port lotniczy. I bez tych czterdziestu hektarów nie da się go zbudować, mimo, że reszta ziemi jest własnością skarbu państwa. Ale moja ziemia (której na oczy nie widziałam) jest położona gdzieś w środku tego terenu. Więc muszą go odkupić. Pewnie dlatego zgodzili się na tak wysoką cenę, bo budowa jest sprawą prestiżową dla obecnego rządu.

Jestem tak szczęśliwa, że nie mogę pisać, muszę wyjść do jakiegoś klubu, żeby się zrelaksować. Niech wszelkie troski idą w cień. WITAJ BOGACTWO!!!

……………………………………………………………………………….
………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

30 września 2018

Wracam do swoich zapisków po pięciu latach niepisania. Tyle się działo przez ten czas, że nawet nie miałam czasu myśleć, o pisaniu nie było co marzyć. Był to czas beztroski i zabawy, który już niestety minął…

Dziś mija pięć lat od momentu kiedy olbrzymie pieniądze ze sprzedaży ziemi wpłynęły na moje konto. Po odjęciu prowizji adwokata i zapłaceniu podatku, zostało i tak bardzo dużo pieniędzy. W przeliczeniu około 10 milionów dolarów. Pomyślałam sobie, że starczy tego do końca życia. Kto by pomyślał, że już po pięciu latach się skończą.

Niestety dziś moje konto jest znowu puste. Bogactwo, wydawało się wtedy niewyczerpalne, stopniało jak śnieg w maju. Faktem jest, że nie odmawiałam sobie i swoim przyjaciołom niczego. Mieszkałam w najdroższych hotelach jadałam w najdroższych restauracjach, pijałam najdroższe drinki i miałam (na utrzymaniu) najbardziej dystyngowane towarzystwo (tak mi się przynajmniej wtedy zdawało). Dziś nikogo z przyjaciół przy mnie nie ma, milczą nawet ich telefony. Nawet jeżeli któreś z nich odbierze, być może przez roztargnienie, to okazuje się, że akurat w tej chwili nie może rozmawiać i prosi, by zadzwonić później, a najlepiej, że to on oddzwoni. Oczywiście więcej się nie odzywa.

Wróciłam wczoraj do tego starego domu odziedziczonego po ciotce. Tylko on mi został. Nikt tu nie mieszkał przez te lata, kiedy wojażowałam po świecie. Muszę go solidnie wysprzątać, bo kurz pokrył wszystko. Bardzo mi smutno, bo znowu jestem sama. Jeszcze wczoraj, kiedy wsiadałam do samolotu miałam męża (chociaż był to tylko ślub cywilny), nagle okazało się, że on na razie zostaje w Ameryce, a do Polski przyleci za kilka dni. Na pożegnanie wręczył mi elegancką teczkę i oświadczył, że to niespodzianka i żebym otworzyła dopiero jak samolot wystartuje. List, który w niej był pogrążył mnie ostatecznie. Poczułam się jak rozbitek na pełnym morzu – samotna i bez szans na ratunek. Otóż ten, którego kochałam, podziwiałam i obdarzyłam bezgranicznym zaufaniem, pisze mi, że opuszcza mnie, gdyż nigdy mnie nie kochał. Więc teraz, kiedy już roztrwoniłam pieniądze nie może być ze mną, by nie popaść w biedę. Ponieważ jest jeszcze młody wnosi o rozwód, ponieważ kocha inną kobietę.

Na naszym wspólnym koncie było wtedy jeszcze 50 tysięcy dolarów, ale gdy wylądowałam w Warszawie zostało na nim sto dolarów tyle mi zostawił z moich milionów, które przez te lata bezrefleksyjnie wydawał wraz ze swymi przyjaciółmi, którzy oczywiście twierdzili, że są też moimi. Zostałam zupełnie bez żadnych środków do życia. Jutro będę musiała sprzedać lub zastawić coś w lombardzie, żeby zrobić niezbędne zakupy.

4 października 2018

Na szczęście nie musiałam się wyzbywać swojej biżuterii, bo okazało się, że na moim polskim koncie w PKO mam jeszcze 35 tysięcy złotych. Trochę mnie to uspokoiło. Jednak dostałam wiadomość, że moje bagaże, w których zapakowane były najcenniejsze rzeczy zaginęły gdzieś po drodze. Wysłałam maila, że jeżeli się nie znajdą będzie ich to bardzo drogo kosztowało. Same obrazy starych mistrzów są warte kilka milionów złotych a były tam też inne zabytki sztuki użytkowej i zdobniczej w tym kolekcjonerskie złote monety.

W odpowiedzi dano mi znać, że oczywiście LOT zapłaci stawkę odszkodowania przewidzianą w wypadkach zagubienia bagażu, jednak to ubezpieczyciel musi pokryć wartość przesyłki według zadeklarowanej w dokumencie przewozowym.

Ze zdenerwowania z trudem odnalazłam kwit nadania bagażu. I… aż usiadłam z oburzenia. Mój mąż wypełniający dokument wartość przesyłki ocenił na 1000 dolarów. Nie wiem czy zrobił to z oszczędności, z głupoty czy z wredoty. Ponieważ nie odbiera telefonów napisałam mu maila, żeby wytłumaczył swój postępek. Spytałam także czy przesyłka nie trafiła z powrotem do niego.

Oczywiście nie odpowiedział. Za te jego świństwa ostatnio zrobione znienawidziłam go.

20 października 2018

Bagażu nie odzyskałam i już nie odzyskam, bo mecenas Bidermajer zażądał 10 tys. dolarów za zajęcie się sprawą i musiałabym zapłacić z góry bez względu na wynik. Gryzę palce z wściekłości, bo wiem, że to kolejne oszustwo Christosa. Niech mu Bóg albo jego szatan stróż odpłaci za moją krzywdę. Teraz już wiem, że swoje uczucia kierowałam do fałszywego Christosa.

5 grudnia 2018

Dostałam dziś hiobową wieść, że z powodu długów, których rzekomo narobiłam w USA zajęte zostaną moje oszczędności i nieruchomości. Nawet nie zdążyłam się otrząsnąć kiedy (dosłownie na drugi dzień) zjawił się komornik i opieczętował meble w moim domu. Jednocześnie zakomunikował mi, że mam miesiąc czasu na wyprowadzenie się, bo dom też zostaje zajęty.

10 stycznia 2019

Wynajęłam mieszkanie, a właściwie pokój. W dwóch innych mieszkają studenci. Dom zajął komornik. Sprzedałam trochę biżuterii na allegro, oczywiście poniżej jej wartości, ale trudno, ważne, że na przeżycie jest. Szukam pracy, ale fajnych ofert jest niewiele. Poza tym pracodawcy życzą sobie, żeby sekretarka umiała wszystko, obsługiwać biuro, komputer, żeby mówiła i pisała w kilku językach, a pensyjka jak najmniejsza. Ja po angielsku mówię, gorzej z pisaniem, ale w obecnym czasie, kiedy istnieją programy tłumaczące nie sprawiłoby mi to trudności – tak myślę. Słyszałam, że wymaga się od sekretarek również innych „umiejętności”, ale myślę, że nie wszyscy szefowie pozwalają sobie na takie ekstrawagancje. Tym bardziej, w obecnym czasie. gdy tyle mówi się o równouprawnieniu i o różnych akcjach feministek, nie sądzę, żeby ktoś rozsądny jeszcze chciał się bawić w molestowanie.

Pieniądze topnieją choć staram się oszczędzać.

3 maja 2019

Dzisiaj dzień wolny, więc ludzie świętują. Grille, spacery, bajery, a ja ciągle w rozterce. Dwa razy udało mi się zatrudnić. Raz jako sekretarka – wywalili mnie pod koniec miesiąca i nawet nie zapłacili, twierdząc, że naraziłam firmę na straty. A była to firma SŁUP zajmująca się wyłudzaniem VAT-u, nie myśleli, że ich rozszyfruję. Dopiero kiedy napisałam do nich, że doniosę do CBA znalazły się pieniądze na moim koncie. Drugi raz zatrudniłam się w firmie produkującej opakowania plastikowe, jako robotnica. Przepracowałam tam miesiąc, ale widząc chamstwo i ordynarny wyzysk robotnic przez dyrekcję (Szwabów udających Polaków) postanowiłam odejść. Tym bardziej, że kierownik zmiany zrobił się zbyt poufały. Teraz jestem bezrobotną bez prawa do zasiłku. Żeby mieć takie prawo trzeba przepracować sześć miesięcy, a ja tyle stażu nie mam.

28 maja 2019

Prawdopodobnie jestem chora na AIDS…

W poprzednią niedzielę był piękna pogoda, poszłam więc na długi spacer. Przechodząc obok dworca głównego rzucił się na mnie jakiś facet (chyba narkoman) dziabnął mnie strzykawką w lewe ramię. Zaczęłam krzyczeć, zrobiło się zbiegowisko, napastnika obezwładniono i pobito, ale zanim przyjechała policja (trwało to chyba godzinę) facet wykorzystał moment nieuwagi ludzi i uciekł. Zabrano mnie do szpitala i zrobiono test na obecność wirusa. Jednak wyniki będą dopiero po miesiącu. Na kwaterę wróciłam późnym wieczorem, byłam tak zmęczona, że zaraz zasnęłam. Dopiero rano zorientowałam się, że ukradziono mi moje rzeczy. Teraz jestem „na czysto”, znaczy, że mam tylko to co na sobie. W portfeliku zostało mi sto złotych.

30 czerwca 2019

Pieniędzy nie mam już nic. Dziś musiałam wyprowadzić się z wynajmowanego pokoju. Nie wiem co dalej. Wynik przyszedł dwa dni temu – dodatni!

15 lipca 2019

Mieszkam w schronisku im. Brata Alberta. Jednak jakaś choroba mnie toczy. Na rękach, twarzy i szyi wyskoczyły mi krosty, taka czerwona wysypka, poza tym zrobił się wrzód na prawym pośladku więc mogę siedzieć tylko na czymś miękkim i pochylona w lewą stronę. Ciąży nade mną jakieś fatum. Dwie kobiety, które były ze mną w pokoju poskarżyły się, że nie chcą ze mną mieszkać. Pomyśleć tylko, taka patologia, pijaczki uznały mnie za gorszą od siebie. Myślę, że sięgnęłam dna.

20 lipca 2019

Mieszkam sama, może to i lepiej. Nie muszę wysłuchiwać jaka jestem nieprzyjemna, syfiara, hifiara itd. Mam lokum w malutkiej kanciapie tuż za ubikacjami, dalej już jest ściana zewnętrzna. Pocieszam się, że mieszkam jak Harry Potter. Nigdzie nie wychodzę, słucham radia i z własnym talerzem chodzę po posiłki. „Własny talerz” to tutaj symbol całkowitej alienacji. Tak, jestem wyrzutkiem. Czytam Biblię to jedyna księga, od której mnie nie odrzuca. Jeszcze raz, w tym życiu, analizuję Księgę Hioba. Wiem, że jestem współczesnym Hiobem. Czy w moim przypadku też nastąpi odmiana losu? Wątpię, Hiob nigdy nie zaparł się Boga. A ja – szkoda gadać…

23 sierpnia 2019

Wrzód pękł jeszcze w lipcu, rana zagoiła się. Nadal czytam Świętą księgę i chodzę na wszystkie msze św. Popełniłabym samobójstwo już dawno, ale jestem tchórzem. W kaplicy siedzę w najdalszym i najciemniejszym kącie. Byłam u spowiedzi, ale boję się podejść do komunii. Mam wrażenie, że młody przystojny i wypielęgnowany ksiądz Andrzej będzie się brzydził podać mi hostię, tak jak ja kiedyś brzydziłam się siostry Rozalii. Przed samobójstwem przestrzega mnie też sumienie i to, że zgubię duszę. Wystarczy, że zgubiłam ciało i przegrałam życie.

To nieprawda, że nie chcę zbrzydzić księdza swoim wyglądem, chociaż to też ma znaczenie. Jednak w tym wypadku nie to jest najważniejsze… otóż jeszcze jeden grzech nie pozwala mi przyjąć Chrystusa. Grzech, którego nie wyjawiłam. Jest to grzech śmiertelny, grzech zabójstwa.

Jestem na pograniczu śmierci albo choroby psychicznej. Często bez wyraźnego powodu mam napady płaczu. Nachodzą mnie różne myśli. Najbardziej natrętna, powracająca prawie co wieczór to ta, że jako zakonnica zostałam zaślubiona Chrystusowi i zdradziłam go z fałszywym Christosem. Ten zaś, jak to robi prawdziwy szatan, wykorzystał mnie okradł i urządził mi piekło już na ziemi. Więc teraz mam przedsmak tego co czeka mnie po śmierci. Pocieszenia szukam w Dzienniczku siostry Faustyny, wiara w przeogromne Miłosierdzie Boże podtrzymuje we mnie jeszcze ostatnią iskrę nadziei…

26 sierpnia 2019

Doznałam kolejnego upokorzenia. Wyspowiadałam się ze swojego skrywanego grzechu – aborcji, ale nie otrzymałam rozgrzeszenia. Stary ksiądz Euzebiusz zastępujący tego młodego zapowiedział, że musi zastanowić się nad pokutą dla mnie. Nakazawszy modlitwy pokutne i przebłagalne zapowiedział jeszcze jedno spotkanie za tydzień.

4 września 2019

Ksiądz nie przyszedł. Podobno jest chory, ale wrócił ten młody ksiądz Andrzej. Na moje pytanie, kiedy wróci ks. Euzebiusz nie umiał odpowiedzieć. Stwierdził, że jego choroba jest zbyt poważna, żeby w tej kwestii się wypowiadać. Na moje uporczywe pytania. Oświadczył, że ksiądz Euzebiusz jest po wylewie i dotąd nie odzyskał przytomności. Powiedział mi w jakim jest szpitalu.

6 września 2019

Byłam w szpitalu u starego księdza Euzebiusza. Nie miałam dla niego żadnego prezentu. Przyniosłam tylko jedno jabłko (akurat dawali jako deser w schronisku). Położyłam mu na szafce, ale mimo moich usiłowań nie odzyskał przytomności. Wyglądał bardzo źle, woskowa twarz i krótki oddech. Pomyślałam, że nie wyjdzie z tego. Pomodliłam się szeptem przy nim i uścisnęłam mu rękę. Niespodziewanie oddał uścisk, chociaż nadał był nieprzytomny. Wychodziłam już kiedy wypowiedział to zdanie:

– Rzekł Pan – jest ci odpuszczone.

Myślałam, że ocknął się z letargu ale niestety nie. W hallu szpitalnym zobaczyłam znajomą twarz. Zatrzymałam się w pół kroku i stwierdziłam, że to ja – w lustrze. Ale jakaś zmiana nastąpiła w moim wizerunku. Dłuższą chwilę przypatrywałam się swojej twarzy zanim pojęłam, że jest ona gładka bez śladów paskudnej, ropiejącej wysypki. Mało tego, moja twarz była jasna bez ziemistej cery, a oczom powrócił dawny blask. Spojrzałam na dłonie również na nich zginęły krosty, a dałabym głowę, że rano jeszcze były. Kiedy tak stałam zauroczona nagłą zmianą mojej fizjonomii, usłyszałam, że ktoś do mnie mówi. Była to, jak się później dowiedziałam, kadrowa tego szpitala. Pytała czy to ja miałam się zgłosić w sprawie pracy. Odpowiedziałam, że chętnie podejmę każdą pracę. Przeszliśmy do jej biura, gdzie napisałam podanie, które ona od ręki zatwierdziła. Jutro mam zrobić badania i po odebraniu wyników zgłosić się do pracy na stanowisko salowej. Byłam uszczęśliwiona dopóki nie przypomniałam sobie, że przecież mam AIDS. więc badania to wykryją i nie przyjmą mnie do pracy. Poryczałam się i do wieczora przeleżałam w łóżku. Ale nazajutrz wstałam o świcie i poszłam na poranną mszę w jej trakcie przyjęłam komunię. Myślę, że słowa księdza Euzebiusza były skierowane do mnie, bo przecież po nich stał się cud oczyszczenia mego ciała. Z drżeniem i obawą poszłam na badania.

10 września 2019

Z duszą na ramieniu przyszłam po wyniki, a tam pielęgniarka wyskoczyła do mnie z buzią, że miałam się zgłosić nazajutrz, a nie po trzech dniach. Coś tam tłumaczyłam, a ona wręczyła mi książeczkę zdrowia i kazała iść z nią do działu kadr. Nie wierząc własnemu szczęściu usiadłam na ławce w poczekalni i przejrzałam książeczkę. Stwierdzono tam, że wyniki są w normie i nadaję się do pracy w służbie zdrowia. Gdyby nie fakt, że w poczekalni siedzieli pacjenci pewnie bym zatańczyła. Pobiegłam do Sali, gdzie leżał ksiądz Euzebiusz, żeby podziękować mu za cud, który dla mnie uczynił, ale w tej sali leżał już inny pacjent.

12 września 2019

W pogrzebie księdza Euzebiusza na cmentarzu grabiszyńskim prawie nie było osób świeckich. Odprowadzali go dwaj księża (pewnie jego koledzy, bo też w podeszłym wieku) i kilka zakonnic. Jedna z nich wytłumaczyła mi, że ksiądz był emerytem i dlatego nie odprowadzają go wierni, ponieważ już od lat nie miał swojej parafii.

Jeszcze tego samego dnia podpisałam umowę o pracę.

10 października 2019

Zaraz po wypłacie udało mi się wynająć pokój. Jestem w mieszkaniu z dwoma studentkami. Chętnie mnie przyjęły, bo komorne się im zmniejszyło. Z ulgą opuściłam schronisko, chociaż w ostatnich tygodniach zauważyłam zdecydowaną zmianę w stosunku do mojej osoby (szczególnie mężczyzn). Natomiast kobiety, przedtem patrzące na mnie z odrazą i obrzydzeniem, teraz spoglądały z zawiścią. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, sama widzę, że z każdym dniem staję się ładniejsza. Ten cud dzieje się na moich oczach. Co dzień patrząc w lustro nie mogę się nadziwić. Myślę, że nigdy wcześniej nie byłam tak atrakcyjna, jak teraz. Wydaje mi się, że jestem nawet wyższa, ale to chyba złudzenie. Po prostu wyprostowałam się, bo przedtem przygniatały mnie troski i grzechy. Jednak dodatkowo wzmacnia to wrażenie fakt, że zeszczuplałam, a moje ciało ujędrniło się. To też działanie cudu. Jeszcze w schronisku dwie dziewczyny, młode matki, ofiary przemocy rodzinnej, pytały mnie jakich kosmetyków używam. Co miałam powiedzieć, że żadnych? Powiedziałam, że mam znajomą wizażystkę, która w ramach dawnej znajomości, robi mi gratis makijaż.

Pracuję jako salowa i wykonuję te same prace, co w klasztorze robiłam przy siostrze Rozalii, ale nie narzekam, bo praca ta podniosła mnie z dna i dziś znów wróciłam z marginesu do społeczeństwa. Podnoszę się jak Hiob. Może tak, jak on odzyskam to, co straciłam. Nie mam na myśli wielkich pieniędzy, ale stabilne życie w prawdziwej rodzinie z ukochaną osobą. Nie mam jeszcze 30 lat, więc chciałabym mieć dzieci. Myślę, że jest na to szansa. Ostatnio młody kierowca karetki coraz częściej mnie zagaduje. Widzę, że mu się podobam. Obawiam się, że poznawszy moją przeszłość może się zniechęcić. A szkoda by było, bo on też mi się podoba…

Dedukuję, że skoro doświadczyłam cudu uzdrowienia, PAN ma dla mnie dobrą ofertę, a moje życie jest dopiero u zarania, i nie mogę zmarnować tego daru i Go zawieść. Wszak Hiob żył jeszcze ponad sto lat w szczęściu i dobrobycie… ja nie mam takich zamiarów (kto w dzisiejszych czasach żyje sto czterdzieści lat), ale chciałabym wyjść za mąż i chociaż przez część tego czasu, który miał Hiob, żyć w sakramentalnym związku, móc chwalić Chrystusa Miłosiernego, który wydobył mnie z otchłani biedy i rozpaczy.

Październik 2018


Dodaj komentarz

Opowiadania. Reinkarnacja

Stanisław Ryczek

Gerrit Dou – Śpiący pies

Pierwsze świadome myśli zaczęły mi świtać kiedy skończyłem pół roku. Zaraz potem wyleciały mi mleczne zęby i zaczęły wyrzynać się kły. Wtedy też leżąc godzinami w ciepłych pieleszach obok płonącego kominka zaczęły się wspomnienia z poprzedniego życia.

Wspomnienia były mgliste i nijak nie mogłem określić miejsca, czasu ani nawet przypomnieć sobie swojej postaci, a tym bardziej pyska. Jedno co wiem, to wydaje mi się, że byłem płci męskiej. Dopiero wraz z wiekiem przychodziły bardziej wyraźne pojedyncze sceny. Najpierw głos z ciemności mówił coś, a ja nie mogę zrozumieć w jakim języku, ale wiedziałem, że to do mnie. Potem zaczynałem rozumieć, że zostanę powołany znów do życia.

Cieszę się, ale głos hamuje mój entuzjazm, mówiąc, że forma mojej nowej postaci może mnie rozczarować. Ponieważ jestem tylko bezosobową chmurą pierwiastków i ładunków elektrycznych, nie mogę zadawać pytań, jednak głos wie wszystko, nawet to, o co chcą zapytać protony i elektrony, z których powstanie moje nowe ciało. Zrozumiałem, że ponieważ w poprzednim wcieleniu zawiodłem teraz otrzymam ciało gorsze. No trudno, pomyślałem, ważne, że powrócę z nicości. Ta ostatnia myśl zrodziła się, kiedy już miałem zalążek ciała. Byłem już embrionem.

Oczywiście pierwszych dni, a może miesięcy, po urodzeniu zupełnie nie pamiętam. Potem zacząłem poznawać zapach i miękką sierść mojej mamy. Jej ciepły język czułem na moich łapkach i pyszczku. Równie często jakaś pani brała mnie na ręce, huśtała, pieściła, a nawet całowała.

Sny z mojego poprzedniego życia były piękne. Zazwyczaj biegłem po wielkim pustym polu. Czasem za uciekającym zającem, a czasem bez celu ścigając się z wiatrem. Dopiero daleki głos mego pana albo jego gwizdanie kazało mi zawracać. Pan był bardzo dobry dla mnie. Dzielił się ze mną posiłkiem, każdą kość, którą ogryzł dostawała się mi. Widziałem jak inne bezpańskie psy zazdrościły mi mojego szczęśliwego życia. Spałem w ciepłej budzie (łańcuch miałem zakładany tylko w dzień) natomiast przez całe noce mogłem biegać po całym podwórzu. Poza tym niemal codziennie miałem spacer z panem lub z panią.

Moje sny nie układały się w porządku chronologicznym. Czasem widziałem się jako już sterany życiem z obolałymi stawami i bolącym brzuchem. Innym znowu razem nachodziło mnie wspomnienie mojej szczenięcej młodości i szalonych gonitw za piłką, którą pan lub pani mi rzucali.

Jednego nie mogłem zrozumieć dlaczego, nazwijmy to sądzie, zarzucono mi, że zawiedziono się na mnie. Czyli kto się zawiódł? Pan i pani byli ze mnie przecież zadowoleni. Jednak nie mając wglądu w całe swoje poprzednie życie, nie mogłem wykluczyć, że jednak coś poszło nie tak.

Teraz cieszyłem się z tego, co mi przynosi los. Chodzenie jeszcze słabo mi wychodziło, ale starałem się nadążyć za swoją mamą, a nawet próbowałem jeść z jej miseczki. Jednak pani dawała mi inne jedzenie – też dobre. Czasem widziałem drugą panią, bardzo podobną do mojej, z małym człowieczkiem na rękach. Chciałbym się z nim pobawić, ale zawsze go gdzieś zabierali.

Czasem pani stawia mnie na tylnych nogach i prowadza mnie trzymając za przednie łapki. Chociaż to niewygodna pozycja nie protestuję, wiem, że to tylko taka nasza zabawa.

Jednak dziś odkryłem straszną rzecz – wprost nie do uwierzenia, że PRZEDWIECZNY mógł mi to uczynić. Otóż po południu kiedy bawiłem się ze swoją mama pod stołem (ona udawała, że mnie gryzie, a ja łapałem ją za uszy) przyszedł pan i wniósł COŚ płaskiego. Postawił to przy ścianie w pokoju. Podbiegliśmy z mamą, żeby to obwąchać… i skamieniałem.

Zobaczyłem bowiem, że z naprzeciwka patrzą na mnie taki sam pies jak moja mama i mały człowieczek, z którym kiedyś chciałem się pobawić. Jednak nie był to prawdziwy człowieczek, bo nie chciał wyjść z tego CZEGOŚ, a kiedy zajrzałem za to COŚ nie znalazłem tam niczego. Ani człowieczka, ani drugiego psa. Próbowałem go wąchać oraz lizać, ale człowieczek nie miał smaku ani zapachu. Po głębokim zastanowieniu stwierdziłem, że jest to odbicie rzeczywistości. Kiedy dotarło to do mojej świadomości rozpłakałem się niepohamowanym skowytem, bo dotarło do mnie straszna prawda, że zostałem reinkarnowany jako CZŁOWIEK!!!

– NIE!!! Dlaczego, za co! Cóż ja takiego zrobiłem, żeby tak mnie karać! Chcę być psem, kotem, nawet szczurem, ale nie człowiekiem. Przecież moja przyszłość będzie koszmarna. Ledwo wyrosnę z pieluch pogonią mnie do szkoły i będą mnie szkolić do 18 lat, a w gorszym wariancie do 24. Potem pogonią do roboty, którą będę wykonywał prawie do śmierci. Pół biedy, jak robota mi się spodoba, chociaż tyle będzie satysfakcji, ale jeżeli będzie tylko udręką… do tego trzeba dodać cały wachlarz typowo ludzkich świństw. A więc dogryzanie, podgryzanie, produkcji plotek, podkładanie świń, mobbing itp. itd. Techniki te spowodują w moim organizmie choroby serca, żołądka, żółci, układu krwionośnego i mózgu. Dzięki nim będę umierał w samotnych męczarniach, gdzieś w domu opieki, domu starców lub innym wariatkowie.

Jeśli dodać do tych udręczeń udział bierny lub czynny w potencjalnych wojnach, rewolucjach, przewrotach, wypadkach losowych i komunikacyjnych, popadnięcie w alkoholizm albo narkomanię i nie daj boże nieudane małżeństwo z wredną żoną oraz jej rodziną, cierpienia ulegną spotęgowaniu. Bardzo możliwe, że męki spowodują spaczenie mego charakteru i stanę się mordercą, złodziejem, politykiem, dewiantem seksualnym, psychopatą lub innym charakteropatą, to co wtedy?

Nawet generalna spowiedź i odpuszczenie grzechów przez jakiegoś współczującego kapłana w godzinie śmierci nie zwolni mnie z odpowiedzialności przed Bogiem za świńskie życie. Bo PAN powie do mnie: „Jak to, chcesz rajskiego życia i obcowania ze świętymi, skoro przez całe życie służyłeś diabłu? A spowiedź odbyłeś ze strachu, bo śmierć już zaglądała ci w oczy. Nie mogę cię tu wpuścić. Dlatego powrócisz do życia jeszcze raz pod inną postacią”. Znów się narodzę tym razem jako wąż, ślimak, pijawka, wesz, plankton albo glon.

Skąd ja o tym wiem? Ach, już tego kiedyś doświadczyłem. Więc dlaczego nie skorzystam ze swojej wiedzy w tym nowym życiu??? No tak, tylko czy dorastając nie utracę świadomości tego doświadczenia? No właśnie, wszystko na nic, przecież w trakcie nauki ludzkiej mowy dochodzi do zaniku wiedzy przedporodowej tzw. niepamięć pierwotna. Więc czeka mnie to paskudne, ponowne szarpanie się z otwartymi już kiedyś drzwiami. A tak się cieszyłem, że jestem psem. Całymi dniami bym się wylegiwał. Jakbym miał ochotę to bym się pobawił, trochę poszczekał. Spacery, jedzenie do syta, może obeszłoby się bez łańcucha. Życie miałbym przyjemne, leniwe i nie takie długie jak ludzkie. Człowiek przez dwie trzecie życia biega za pieniędzmi, robi karierę, z którą związane jest milion operacji, kombinacji i spekulacji, a ostatnią, trzecią część swojej egzystencji odchorowuje swoje poprzednie działania.

Z chorobami to jest tak: kiedy zachoruje człowiek leczy się go usilnie, nawet gdy nie ma szans na wyzdrowienie. Ciężka choroba psa kończy się wizytą w eleganckim gabinecie, gdzie dostaje zastrzyk nasenny, bez szans na przebudzenie. Żadnych długich bezsensownych cierpień. Potem tylko krematorium i… znów chmura „moich” ładunków elektrycznych i pierwiastków spotyka się u PANA WSZECHRZECZY.

Dręczy mnie tylko jedna myśl, czy naprawdę zostałem powołany do życia, aby odpokutować swoje poprzednie błędy? Czy być może, tak wygląda piekło, na które zostałem skazany dawno temu za czyny, których już nie pamiętam? I tak naprawdę reinkarnacja nie istnieje dla innych bytów, a ciągłe powracanie do życia jest tylko moją indywidualną karą?

– Odpowiedz mi PANIE, nim zacznę popełniać te same błędy, co zawsze…

30 grudzień 2018