Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Marianna i my

Stanisław Ryczek

Nazywam się Barnaba Wulgata, urodzony w 2057 roku w Almaco. Wszystkie te dane oprócz imienia są zmyślone albo tylko prawdopodobne. Siostry zakonne ochrzciły mnie tym imieniem, bo znalazłem się u nich w dniu poświęconym świętemu Barnabie (teraz koledzy nazywają mnie Banko, trochę bez sensu, ale tak się jakoś utarło). Nazwisko dostałem po siostrze Wulgacie, bo to ona pierwsza mnie odnalazła. Natomiast rok urodzenia wpisano, prawdę powiedziawszy, na oko. Znaleziono mnie bowiem w 2059, a mój wiek określono na półtora roku. Jestem niepełnosprawny i niepracujący, czyli, jak się teraz określa takich jak ja, nieproduktywny pacjent domu opieki.

Jeszcze przed moim urodzeniem zaczęły się pierwsze przypadki urodzin kalekich dzieci. Gdzie powstało ognisko epidemii, nikt dokładnie nie wie. Naukowcy mają w tym względzie sprzeczne wersje. Nie mogą się też zgodzić, co do przyczyny jej powstania. Przyznają jedynie, że bezpośrednią przyczyną wystąpienia kalectwa jest zmutowany gen, ale co spowodowało mutację, tego nikt nie wie. Literatura medyczna pełna jest spekulacji na ten temat, czasem zupełnie idiotycznych. Wyjątkowo głupia teoria mówi, że największy wpływ miało ocieplenie klimatu, a następnie gwałtowne ochłodzenie. Wiele się też mówi o broni biologicznej, która przez jakieś zaniedbanie wydostała się z laboratoriów i zakaziła ludzkość. Niektórzy twierdzą, że meteoryt pokaźnych rozmiarów, który trzydzieści kilka lat temu spadł na terenie Kenii, przyniósł ze sobą nieznany pierwiastek powodujący zwyrodnienia u noworodków. Moim zdaniem, najbardziej prawdopodobna jest teza bodajże doktora Geraldiego, że to żywność genetycznie modyfikowana GMO spowodowała nieodwracalne szkody w ludzkich genach.

Moje kalectwo jest dotkliwe, bo całe życie poruszam się na wózku i nie mogę mówić, ale intelektualnie jestem sprawny i mogę poruszać rękami. Ruchy rąk są niezbyt dobrze skoordynowane i zdarza mi się coś stłuc, ale jakoś udaje mi się funkcjonować. Większość ludzi, szczególnie urodzonych później, ma nieporównanie większe dysfunkcje.

Do dziesiątego roku byłem wychowywany przez siostry zakonne za Zgromadzenia de Notre Dame, bo zostałem oddany do okna życia w ich klasztorze. Pierwotnie Zgromadzenie Sióstr Szkolnych zajmowało się zdrowymi dziećmi, jednak z uwagi na potrzebę społeczną przejęły opiekę nad niepełnosprawnymi – jeszcze wtedy tak nas nazywano. Później powrócono do starej nazwy: kalecy, żeby w końcu nazwa przybrała charakter deprecjonujący nas – zostaliśmy „nieproduktywnymi”. Z czasem powstały jeszcze inne określenia, już bardziej potoczne, takie jak: zawalidrogi, lebiegi, ciemięgi, odrzuty itp.

Po wymarciu większości zakonów (brak było nowych powołań) zajęły się nami domy opieki. Nieźle było, dopóki były to ośrodki prywatne, choć i w państwowych dało się jakoś żyć. Gorzej zaczęło się dziać, kiedy przejęła nas Światowa Organizacja Walki z Niepełnosprawnością, po pewnym czasie przemianowana na Światową Organizację Walki z Nieproduktywnością. Skrót pozostał ten sam ŚOWN.

Kiedy okazało się, że kalekich dzieci jest tak dużo, że poszczególne państwa sobie z problemem nie radzą, postanowiono działać globalnie. Wtedy też powołano tę organizację. Siedziba ŚOWN mieści się w Nowym Jorku i z tego co wiem, tysiącom urzędnikom tam pracującym wiedzie się bardzo dobrze. Już w momencie powstania tej organizacji tylko co dziesiąte dziecko rodziło się bez widocznej skazy. A jeszcze dodatkowo część spośród tych, niby zdrowych, zapadała na choroby psychiczne. Naukowcy różnej maści bili na alarm, że za kilkanaście lat nie będzie miał kto pracować, a ród ludzki wyginie w ciągu stu lat. I to właśnie oni, pseudonaukowcy spowodowali, że opieka nad nami spadła na sam koniec wszystkich budżetów. Było naturalne, że społeczeństwa postawiły na zachowanie swoich sił witalnych, a nas odstawiono na boczny tor. Chociaż przykro mi o tym mówić, rozumiem tę motywację. Martwi mnie jedynie, że zostaliśmy sprowadzeni do roli zwierząt.

Obecnie istnieją farmy zajmujące się – nie wiem jak to nazwać – hodowlą czy raczej utrzymywaniem nas przy życiu. Wymogiem postawionym przez ŚOWN jest, że w każdej takiej placówce muszą być: pomieszczenia ogrzewane z miejscami do spania, jedzenie o odpowiedniej kaloryczności (o walorach smakowych się nie wspomina), światło naturalne oraz elektryczne, zapewnione miejsce spacerowe, a także telewizor (minimum jeden na pięciuset podopiecznych). Można odnieść wrażenie, że już bardziej oszczędnie się nie dało. Czasem aż łzy się cisną do oczu, gdy pokazywany jest w starych kronikach stosunek społeczeństwa do niepełnosprawnych. Gdy ogląda się wspaniale wyposażone sale rehabilitacyjne, wyspecjalizowane rzesze pracowników medycznych, nie chce się wierzyć, do czego dziś doprowadzono.

Na nasz barak, a właściwie oborę, bo chyba tym kiedyś był ten budynek, przypada jeden odbiornik telewizyjny. I chociaż nie ma możliwości przełączenia kanałów, bo pilota zabrał właściciel, a właściwie farmer spełniający obecnie rolę pielęgniarza, to przecież nawet z jednego programu można się wiele dowiedzieć.

Trzy razy dziennie nasz opiekun włącza taśmę karmiącą. Wiadomo, że przy takiej liczbie chorych (jest nas około trzystu) i jednej osobie opieki musiało to zostać zautomatyzowane, tylko dlaczego to musi być takie podłe gówno?! Wydaje mi się, że karma dla psów jest smaczniejsza, niż nasze jedzenie.

Przy karmieniu nie ma sentymentów – kto się nie dopcha do taśmy i nie zdąży złapać, ten nie zje. Nikt nikogo nie karmi, nawet zupełnie niekumaci muszą sobie radzić sami. Początkowo z każdego transportu zawsze umiera pewna grupa tych sparaliżowanych, nie mogących sięgnąć do pożywienia. Później umierają tylko z chorób, zimna, braku witamin i braku słońca. W teorii powinno się nas wyprowadzać raz dziennie na spacer, a wizyta lekarska przewidziana jest co drugi dzień. Tak przedstawiane jest to w telewizji, jednak u nas tylko w lecie otwierane są drzwi, i ci, którzy mogą wyjść, korzystają z wybiegu. Reszta pozostaje w swoich barłogach. Lekarza widzimy kilka razy w miesiącu i nie roztkliwia się specjalnie nad nami. Jeżeli sytuacja pacjenta jest dramatyczna, dostaje zastrzyk jakiegoś antybiotyku i to wszystko. Jeżeli lekarz przypomni sobie o nim przy następnej wizycie, to sprawdzi, czy pomogło. Czasem rzeczywiście pomaga – dobre mają teraz lekarstwa. Ale najczęściej po zastrzyku pacjent już się więcej nie budzi…

Najgorzej jest, kiedy gospodarz zapije albo gdzieś wyjedzie. Wtedy jest kłopot z żarciem. Zostawia jedzenie w podajnikach, ale pacjenci z nudów zjedzą je w półtora dnia, a potem posucha. Nauczony doświadczeniem chowam sobie jedzenie na następne dni, ale większość pacjentów żyje dniem dzisiejszym i potem cierpią głód. Dobrze, że kran z wodą jest dostępny, bo przy dłuższej nieobecności farmera trupów byłoby znacznie więcej. Jest nas kilkanaście osób myślących i w miarę na chodzie, więc lejemy szlauchem wodę do poideł i wtedy reszta pije, ile chce. Wyglądają wtedy jak prawdziwe zwierzęta.

Raz w miesiącu jest kąpiel, wymiana ubrania, a czasem posłań, czyli słomy. Przychodzi wtedy piętnaście kobiet i to one zajmują się naszą kąpielą. Najpierw do łaźni wchodzimy my, sprawni umysłowo. Kobiety i faceci razem. Pomagamy sobie wzajemnie w trakcie mycia. Prysznice włączane są przez obsługę, która zostaje na zewnątrz. Kiedy my kończymy, zapędzani są „psychiczni” w trzydziestoosobowych grupach. Wtedy wchodzą z nimi najęte kobiety i szorują towarzystwo myjkami na specjalnych uchwytach (coś na podobieństwo mopów). W tym czasie gospodarz z dwoma pomocnikami zmywają nasze boksy wodą pod ciśnieniem i wrzucają świeżą słomę. Brudna woda z nieczystościami spływa do kratek odpływowych i znów przez kilka dni będzie trochę mniej śmierdziało w naszym baraku.

Przy okazji muszę nadmienić, że nie ma u nas żadnych latryn. Wszystkie czynności fizjologiczne załatwiamy do rynsztoka, który spłukiwany jest trzy razy dziennie, przed każdym posiłkiem, ale to, co upadnie na posadzkę leży i gnije aż do sprzątania. Latem jest nam lepiej, bo cały dzień otwarte są drzwi na zewnątrz i możemy do woli zażywać powietrza i ruchu. Wybieg jest ogrodzony, więc nikt nas nie pilnuje. Jeżeli ktoś czasem ucieknie, to po kilku dniach albo sam wraca, albo przywozi go SS (Sekcja Specjalna), nazywana przez nas hyclami, bo zajmują się wyłapywaniem kalek. Podobno za trzy ucieczki zamyka się gościa do prawdziwego więzienia. Tak twierdzi nasz opiekun, pan Eustachy Adamiak.

Czasem zdarza się inspekcja. Wtedy oprócz kąpieli wydają nam „świąteczne” ubrania. Są to identyczne szare worki, w jakich chodzimy na co dzień, tyle że nowe i względnie czyste. Kiedy inspekcja wyjeżdża, Adamiak natychmiast je odbiera i wydaje na powrót stare. W dniu wizytacji jest dobre jedzenie (kartofle w mundurkach z parnika i kiszona kapusta). Lubimy te dni.

Mój wózek nie jest przez nikogo konserwowany. Sam o niego dbam. Nie muszę chyba opisywać, jaki widok nędzy i rozpaczy przedstawia. Prawie każda część jest wzmocniona sznurkiem lub drutem. Najbardziej obawiam się o koła. W lewym brakuje prawie połowy szprych, a prawe ledwie się obraca, bo łożysko zaciera się z braku smaru. Ten wózek to moje nogi – kiedy jego zabraknie, moja egzystencja prędko się skończy…

W naszym baraku wszyscy jesteśmy dorośli. Kalekie dzieci, jeżeli się rodzą, są umieszczane w specjalnych dziecińcach i dopiero kiedy dorosną, przywożone są do obiektów, takich, jak nasz. Jednak do nas jeszcze nigdy nie przywieziono żadnego młodziaka. W mediach bardzo dużo mówi się o badaniach prenatalnych. Na całym świecie stały się one obowiązkowe. Kobieta, która się im nie podda, a urodzi dysfunkcyjne dziecko, jest surowo karana, a jej dziecko jako tak zwany nielegal jest jej odbierane. Co z nim robią, nie wiadomo, bo informacja na tym się urywa. Mam nadzieję, że też idą do dziecińców, ale kto to wie… Jednak nawet szczegółowe badania ciąży są zawodne, dzieci wyglądające na zdrowe fizycznie okazują się albo bezmózgami, albo psycholami. Więc tak czy owak są dla społeczeństwa obciążeniem.

W naszym życiu najgorsza jest nuda. W zimie całe dnie spędzamy przed telewizorem, chyba że ogrzewanie nawali, wtedy siedzimy na swoich pryczach przytuleni do siebie. Prycze mamy piętrowe, więc ważne, żeby ten na górze potrafił utrzymać mocz. W naszym boksie jest nas sześcioro. Dwie kobiety i czterech facetów. Wszyscy w podobnym wieku, czyli około czterdziestki. Oprócz mnie wszyscy mogą chodzić i wszyscy są w miarę normalni w sensie umysłowym. Takich boksów jest w baraku jeszcze kilka, reszta to albo debile, albo dauny, jak ich nazywa nasz opiekun, a większość z wadami fizycznymi.

Oprócz oglądania telewizji gramy w karty, sam je zrobiłem z kartoników wyciętych z pudełek po makaronie, które wichura przywiała na nasz wybieg. Gramy też w kości, warcaby i chińczyka, a jak jest cisza, opowiadamy sobie jakieś historie, najczęściej wymyślone, a czasem treść filmów. Początkowo opowiadaliśmy swoje historie, ale wszystkie były jednakowo nieciekawe. Przeważnie po urodzeniu trafialiśmy do przytułków, różniących się tylko warunkami i podejściem personelu do pacjentów. Jedynie niewidoma Marianna miała prawdziwe życie, zanim nie oślepła i mąż oddał ją do naszego Domu Opieki.

Nasz dom, tak jak inne podobne przybytki, ma nazwę całkiem nieadekwatną do panującej tu rzeczywistości, mianowicie „Szczęśliwa Przyszłość”. To dopiero kpina – kalecy ludzie dożywotnio zamknięci w oborze o nazwie „Szczęśliwa Przyszłość”. Niedaleko od naszej farmy jest chlewnia z takim samym przeznaczeniem, o nazwie „Raj na Ziemi”. Czyli jednak można bardziej przeginać.

Ostatnio okazało się, że Marianna, mimo że niewidoma, ma dar jasnowidzenia. Otóż kiedy po raz kolejny reperowałem swój wózek, napomknęła, że próżny mój trud, bo żywot mego wehikułu jest przesądzony. Kiedy ktoś spytał, co ma na myśli, odparła, że definitywnie pójdzie na złom. Rzeczywiście minęło kilka dni i nastąpiła tragedia. Nasz opiekun, pan Adamiak po pijanemu upadł, zahaczywszy się o mój wózek. Wpadł w szał i skopał mnie wraz z wózkiem. Moje siniaki szybko się wygoiły, ale wózek poszedł na złom, bo z obydwu kół zrobiły się ósemki i nikt z nas nie wiedział, jak go naprawić.

Jakby za karę po tygodniu Adamiak złamał nogę, a drugą skręcił w kostce i sam zaczął jeździć wózkiem inwalidzkim. Oczywiście nie takim złomem jak mój, tylko nowym, z niklowanymi obręczami i siedziskiem z prawdziwej skóry. Jednak mój los był przesądzony. Niewładne nogi nie pozwoliły mi wstać z łóżka. Zaczął się dla mnie trudny czas i gdyby nie sąsiedzi przynoszący mi jedzenie i picie, byłoby ze mną źle.

Po pewnym czasie (około miesiąca) nasz opiekun zaczął chodzić o lasce, a Geno z uschniętą ręką wyśledził, że jego wózek stoi koło domu pod wiatą. Wywiązała się dyskusja, że skoro już mu niepotrzebny, można by go zakosić dla mnie. Jedynie Marianna napomknęła, żeby poprosić naszego gospodarza. Nie trzeba będzie kraść. Ale Kuba z wiecznie trzęsącą się głową, stwierdził, że ma wredny charakter i na pewno odmówi.

Garbaty Gutek zadeklarował, że mógłby go wykraść, ale potrzebny jest mu ktoś do pomocy. Sofia z Marianną poszeptały między sobą i obydwie zgłosiły swoją pomoc. Ustalono, że wykorzystają sytuację, kiedy Adamiak nie zamknie na noc wybiegu, często po pijanemu furtkę zostawiał otwartą. A jeżeli będzie jednak zamykał, Marianna jako najwyższa i najsilniejsza przerzuci Gutka i podsadzi Sofię przez ogrodzenie, a następnie odbierze od nich wózek i pomoże im wejść z powrotem. Geno w trakcie akcji będzie obserwował teren i w razie pojawienia się Adamiaka zaćwierka, a gdy niebezpieczeństwo minie, to zakracze.

Plan powiódł się znakomicie i kiedy pewnego dnia się obudziłem, wózek stał przy mojej pryczy. Na migi poprosiłem Gutka, który już nie spał, żeby pobrudził wszystkie niklowane części, bo zbyt rzucają się w oczy i Adamiak, mimo że ostatnio ciągle pijany, niechybnie go rozpozna. Brudu i rozmaitego gnoju zawsze było u nas pod dostatkiem, więc szybko zmieniliśmy wygląd mojego nowego pojazdu.

Przez pierwsze dni nic się nie działo, ale pewnego dnia z rana pan Adamiak przyszedł do naszej obory z batem. Był to zły znak. Z batem opiekun przychodził tylko wtedy, gdy uznał, że należy kogoś ukarać. Ostatnio bat był w użyciu, kiedy ukarał niedorozwinięte rodzeństwo z dwudziestego czwartego boksu za wyjadanie karmy ze stryszku. Teraz zatrzymał się tylko przy piętnastym boksie. Tam mieszka Gacek z wodogłowiem, on też ma wózek, stary zdezelowany niejeżdżący złom. Jednak rzuciwszy okiem, nawet się nie zatrzymał, tylko ruszył w moją stronę. Wiedziałem już, że będzie źle, pewnie bicie mnie nie minie. W całym baraku zrobiło się cicho, wszystkie głowy, nawet te, co zazwyczaj prawie nie myślą, zwróciły się w stronę naszego boksu.

Opiekun kazał nam wszystkim wyjść z baraku. Na zewnątrz było zimno. Był co prawda już kwiecień, ale ten dzień trafił się akurat paskudny, było mglisto i mżyło. Wyjechałem jako ostatni. Wszyscy już stali pod ścianą baraku. Pan Adamiak przemawiał do nas cichym głosem, chociaż zazwyczaj mówi głośno – nie wróżyło to niczego dobrego. Mówił o tym, że kradzież jest grzechem, jednym z najpoważniejszych. Zapisanym już w kamiennych tablicach przez Mojżesza, dlatego zostaniemy przykładnie ukarani. Ale najpierw zażądał przyznania się do winy tego, który ukradł oraz tego, kto wymyślił tę kradzież.

Staliśmy pod ścianą w coraz bardziej mokrych siermięgach i milczeliśmy.

– W takim razie – rzekł – będziecie bici po kolei. Nieważne winny czy niewinny.

Na pierwszy ogień poszedł garbaty Gutek. Opiekun przywiązał mu ręce do specjalnego metalowego stojaka i zaczęła się chłosta. Zadarty chałat zakrywał mu głowę, ale odsłonił garb, w który Adamiak prał ze straszną siłą. Gutek wił się jak piskorz, ale skórzane więzy nie puszczały. Po dziesięciu uderzeniach na garbie pojawiły się krwawe znaki, a przy dwudziestym Guto już klęczał. Przy trzydziestym uderzeniu pan odłożył bat i zmęczony usiadł na pniaku. Wyjął butelkę wódki i pociągnął długi łyk. Guto wył i płakał.

– Teraz ty – wskazał na naszego Kubę.

Kuba ze strachu posikał się, ale z miejsca się nie ruszył. Głowa zaczęła mu się trząść jeszcze bardziej niż zwykle i zapowietrzając się powiedział:

– Panie Eustachy, przecie ja niewinny.
– Powiedziałem – winny, niewinny – dopóki nie powiecie, kto kradł, wszyscy dostaną w skórę. Podchodź do stojaka.

Kuba cofnął się, opierając plecami o ścianę.

– Dobra, to już powiem. Guto z Sofką i Marianną ukradli wózek, a Geno był na obstawie.
– Dobrze – wysyczał. – A teraz Sofia powie, czyj to był pomysł.

Sofia była normalnego wzrostu, ale wszystkie jej członki były za krótkie, więc przypominała karlicę. Teraz cała czerwona nie wiedziała, gdzie ma podziać te sięgające do pasa rączyny.

– Prawdę mówiąc, to nie pamiętam, może byłam wtedy w innym boksie albo może… – Chlaśnięcie batem w głowę zatrzymało ją w pół słowa.
– Albo sobie przypomnisz, albo stawaj przy stojaku, wywłoko.
– Naprawdę nie pamiętam. Niech mnie pan nie bije!

Adamiak złapał ją za włosy i kiedy się potknęła, zawlókł do stojaka. Wtedy Marianna, stojąca obok, ścisnęła mnie za ramię, aż zabolało, i krzyknęła:

– Stój! Ja powiem. Otóż, panie Adamiak, kiedy zniszczył pan wózek naszego kolegi Banka, został on uziemiony i przez ponad miesiąc nie mógł ruszyć się z pryczy. Kiedy więc zobaczyliśmy, że po swoim wypadku zaczął pan chodzić o własnych siłach, a wózek stał bezczynnie, postanowiliśmy przekazać go dla Banka, który stracił swoją własność przez pańską wściekłość. Tak więc wszyscy byliśmy w pewnym stopniu inicjatorami tego czynu.

Adamiak w trakcie tego przemówienia zwolnił uścisk, wypuszczając Sofkę, która szybko wróciła na swoje miejsce, i zbliżył się do Marianny. Usiłował spotkać jej wzrok, ale ona jak to zazwyczaj czynią niewidomi, patrzyła w przestrzeń nad jego ramieniem.

– No i teraz już wiem, kto tu robi zamęt – wycedził. – Porozmawiamy sobie, mądrusio, na osobności.
– A wy – spojrzał na nas – wracać z powrotem do budy, nasze rachunki wyrównamy później.

Zza zamkniętych drzwi słychać było bicie i płacz. Potem wszystko ucichło, ale Marianna na swoją pryczę nie wróciła ani tego dnia, ani w następne.

Nastały ciepłe dni i mogliśmy w końcu wyjść z cuchnącego baraku na słońce. Już pierwszego dnia, wygrzewając się w słońcu, zobaczyłem Mariannę w domu pana Adamiaka. Najpierw mignęła mi w oknie kobieca postać, ale nie byłem pewien, czy to ona. Dopiero kiedy podeszła do okna, robiąc coś przy stole, rozpoznałem ją. Nie była już ubrana w chałat. Miała na sobie jasną sukienkę w kwiaty, a na głowie fantazyjnie zawiązaną chustkę. I nie do wiary – na szyi korale z pereł.

Nagle usłyszałem głos Sofki, nie zauważyłem, kiedy stanęła obok mnie:

– Widzisz, Banko, zdradziła nas. Woli siedzieć w domu Adamiaka i pławić się w luksusach, niż wąchać smród naszej obory.

Pomyślałem, że każdy z nas chciałby być na jej miejscu i Sofia po prostu jej zazdrości. Po chwili stali obok nas wszyscy lokatorzy z naszego boksu, łącznie z Kubą, który zdradził tych, co ukradli wózek. Nawiasem mówiąc, od tamtego wydarzenia minęły już dwa tygodnie i jak dotąd nie było żadnych następstw. Wózek nie został mi odebrany, a pan Adamiak jakby zapomniał o obiecanym „rozliczeniu się z nami”.

Guto pomachał do Marianny, ale ona nie oddała pozdrowienia, mimo że patrzyła w naszą stronę, uśmiechała się i chyba śpiewała, bo poruszała ustami i rytmicznie podrygiwała. Dla mnie było to oczywiste, przecież była ślepa, więc nie mogła nas widzieć, ale inni chyba tego nie rozumieli.

Po pewnym czasie Adamiak zaczął uczyć Mariannę obsługi podajników karmiących, spłukiwania rynsztoków i nalewania wody w poidła dla nas. Po kilku podejściach bezbłędnie trafiała do odpowiednich zabezpieczeń i przełączników. Potem już sama obsługiwała system naszego karmienia. Myślę, że była z tego dumna, że mimo swojej ślepoty jeszcze może być zdolna do tej pracy. Co ja mówię – do jakiejkolwiek pracy.

Nasz boks bojkotował ją. Jedynie Kuba i ja uśmiechaliśmy się do niej i nie cofaliśmy rąk, kiedy po omacku szukała naszych. Jej koleżanka Sofia gniewała się na nią najbardziej i nigdy nie odpowiadała na powitanie.

Aż pewnego razu Marianna przyniosła tacę z ciastem i kawę w blaszanych garnuszkach. Weszła do naszego boksu, jak dawniej usiadła na swoim miejscu i zaprosiła nas do jedzenia. Szarlotka była wspaniała, kawa gorąca i słodziutka jak miód. Nie powiem, że najedliśmy się, było tego jednak za mało, ale od dobrych kilku lat nie jedliśmy nic lepszego. Dzięki temu poczęstunkowi lody zostały przełamane. Nawet Sofia się odgniewała i to ona zadawała najwięcej pytań.

Marianna przedstawiła swoje obecne życie, ale bez specjalnego zachwytu. Wydawało mi się, że była nie tylko oszczędna w słowach, ale starała się być dyskretna. Powiedziała, że po chłoście na gołą skórę została zabrana do domu i przez kilka dni spała w komórce obok spiżarni. Przedtem jednak musiała się wykąpać i zmienić swoją siermięgę na czyste ubranie. Potem na próbę została zatrudniona do ugotowania obiadu, a kiedy panu Adamiakowi posmakował przyrządzony posiłek, zatrudnił ją na stałe.

– A teraz, jak sami widzicie, obsługuję również cały barak – zakończyła.
Sofka jak to baba koniecznie chciała wiedzieć, czy Adamiak z nią śpi. Marianna zażenowana odpowiedziała:
– Właściwie śpię sama, ale muszę spełniać pewne zachcianki pana Adamiaka.
– Jakie to zachcianki? – zapaliła się Sofka. Ale Marianna nie chciała o tym mówić. Pozbierała kubki na tacę i odeszła, tłumacząc, że zanim Adamiak wróci z miasta, musi ogarnąć dom. Poprosiła, żeby jej wizyta u nas pozostała tajemnicą.

Akurat – pomyślałem sobie – cały barak czuł zapach kawy i gdyby Adamiak tylko spytał, to z dwudziestu ust usłyszy prawdę. Patrzyłem jednocześnie na odchodzącą koleżankę, gdy cieniutką laseczką macała przed sobą drogę. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jest bardzo zgrabna i nie dziwię się Adamiakowi, że chłostając jej nagie ciało, mógł nabrać na nią ochoty.

Wszyscy zauważyliśmy, że Adamiak znacznie mniej teraz pił. Zaczął bardziej dbać o siebie. Golił się co drugi dzień i chodził czysto ubrany. Znacznie częściej wyjeżdżał gdzieś samochodem, a w niedzielę zakładał jasną koszulę i garnitur, którego wcześniej nie widzieliśmy. Sofka twierdziła, że to dla Marianny, ale ja myślę, że nie tylko dla niej. Jego wyjazdy świadczą, że ma jakieś interesy w mieście, więc musi być trzeźwy i w miarę czysty.

Jakoś pod koniec lata zaczął pracować w naszej oborze młody, może trzydziestoletni chłopak. Marianna całkiem przestała się pokazywać, a i Adamiak rzadko przychodził. Nie wiedzieliśmy, co o tym sądzić. Geno wymyślił nawet taką hipotezę, że pojechali gdzieś na wakacje. A Sofka przekonywała nas, że wzięli ślub i pojechali w podróż poślubną.

Aż przyszedł ten dzień, kiedy na podwórze wjechało auto Adamiaka. Byliśmy na wybiegu w komplecie, więc z ciekawością czekaliśmy, kto z niego wysiądzie. Najpierw Adamiak w nowym, jasnym garniturze wytargał dużą walizkę na kółkach, a następnie jakaś modnie ubrana pani w kapeluszu, ciemnych okularach i butach na wysokich obcasach wyjęła mały neseser i ciekawie rozglądając się po obejściu, weszła do domu. Marianna nie przyjechała. Sofia była przygaszona, że jej przepowiednia o ślubie się nie sprawdziła, ale nas niepokoił los Marianny.

Nazajutrz cały dzień padało, więc siedzieliśmy w naszym boksie, zabijając poobiednią nudę grą w karty, gdy przy naszych drzwiczkach stanęła… Marianna. Okazało się, że tą modną panią przywiezioną przez Adamiaka była właśnie ona. Miała teraz jasne falowane włosy, ekstra ubranie i makijaż jak amerykańska aktorka. Była piękna wprost nieziemsko, ale to wszystko nic – nasza Marianna WIDZIAŁA! To nieprawdopodobne, ale odzyskała wzrok.

Po przywitaniu usiadła przy naszym nieheblowanym stoliku i dłuższą chwilę po kolei się nam przypatrywała. My również nie mogliśmy oderwać od niej oczu. Wyglądała jak piękny motyl, który przez przypadek wleciał w naszą szarzyznę.

– Tyle z wami przeżyłam i dopiero teraz zobaczyłam, jak wyglądacie – powiedziała bez uśmiechu.
– Jak to się stało, że widzisz? Czy to cud i kto go uczynił? – Sofia nie mogła wprost wytrzymać z ciekawości.
– Moje schorzenie było związane z jakimś zwyrodnieniem plamki żółtej i okazało się, że obecna medycyna jest w stanie to wyleczyć. Chirurgia oka tak bardzo w ciągu ostatnich kilku lat posunęła się do przodu, że można powiedzieć: czynią cuda przy pomocy lasera.
– Opowiedz, jak to się odbyło. Czy bardzo bolało i gdzie tak długo byliście? – dopytywała Sofka.
– Niedaleko stąd w górach jest klinika okulistyczna i tam byłam operowana. Pan Adamiak zapłacił za operację dużo pieniędzy, więc lekarze i obsługa byli bardzo mili. Operacja odbyła się ze znieczuleniem i nic nie bolało. Po tygodniowej adaptacji w klinice pojechaliśmy w podróż do Włoch i tam, nad Morzem Śródziemnym pierwszy raz w życiu miałam prawdziwe wakacje.
– I co teraz będziesz robić? Zostaniesz żoną pana Adamiaka? – spytał Guto wąchając z tyłu jej włosy.
– Pewnie będzie tak, jak do tej pory. Będę zajmować się domem, bo do obsługi baraku został najęty Gwidon – krewny pana Adamiaka. Co do małżeństwa, to nie było o nim mowy.

Potem rozpięła elegancką torbę, wyjęła i rozdała nam prezenty. Sofka dostała chustkę na głowę i komplet bielizny. Geno skarpety i rękawiczki (moim zdaniem lewa powinna być mniejsza, bo tę rękę ma uschnięta). Garbaty Gutek dostał damską parasolkę, Kuba komplet chustek do nosa (za to, że doniósł, nic nie powinien dostać), a ja elegancki pisak i gruby notes.

– Żebyś mógł się komunikować, bo twego migowego języka nie każdy rozumie – powiedziała i pogładziła mnie po twarzy swoją opaloną dłonią.

Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni ze spotkania, ale kiedy odeszła, zrobiło nam się przykro i żal (chyba najbardziej samych siebie). Przed nią zaczęło się życie, a my pozostaliśmy na swojej straconej pozycji.

Marianna zaczęła przychodzić do nas regularnie, zawsze wybierała godziny wieczorne, kiedy Gwidon już skończył pracę, a Adamiak gdzieś wyjeżdżał. Przynosiła zawsze coś dobrego. Zazwyczaj było to jakieś ciasto, ale zdarzało się też jedzenie z obiadu. Nikt nie myślał, że to pozostałości z obiadu Adamiaka, Gwidona i Marianny. Pożeraliśmy te smakowitości z szalonym apetytem i z niecierpliwością czekaliśmy na następną jej wizytę.
Razu pewnego, kiedy Marianna była u nas i opowiadała jakąś historię ze swoich wakacji, a my pałaszowaliśmy przyniesione przez nią kartofle ze smacznym sosem, niespodziewanie w drzwiach stanął Adamiak. Okazało się, że nie usłyszeliśmy jego auta, bo po ujechaniu kilku kilometrów zepsuło się i wrócił piechotą. Dlatego zaskoczył Mariannę na niedozwolonych odwiedzinach.

Kazał jej natychmiast wracać do domu, a na nas tak popatrzył, że aż nam w pięty poszło. Od tej pory skończyły się wizyty naszej przyjaciółki i smakołyki przez nią przynoszone.

Jednak łączność między nami się nie urwała i czasem któreś z nas dostawało od niej karteczkę. Raz i ja taką korespondencję przechwyciłem. A było to w ten sposób: siedziałem na swoim wózku przy ogrodzeniu, gdy przechodząca akurat Marianna upuściła tuż przy płocie szary plastikowy przedmiot. Mimo problemów z sięgnięciem, za pomocą patyka udało mi się go dostać. Okazało się, że wewnątrz pojemniczka jest list dla nas. Informowała, że na razie nie może, ale gdy tylko nadarzy się okazja, to nas odwiedzi. I rzeczywiście nastąpiło to późnym wieczorem, kiedyśmy już zasypiali. Nie zapalając światła w baraku, trafiła do naszego boksu. Przyszło jej to bez trudu, bo robiła to setki razy, będąc jeszcze niewidomą. Poinformowała nas szeptem, że robi starania, żeby się usamodzielnić i nas uwolnić z rąk Adamiaka. Na nasze pytanie, jak zamierza to zrobić, odrzekła:

– Wiem, gdzie Adamiak trzyma mój paszport. Kiedy wszystko będzie gotowe, zabiorę go i wyjadę do miasta. Tam zarejestruję działalność gospodarczą dotyczącą opieki nad nieprodukcyjnymi. W dziale kontroli regionalnej placówki ŚOWN zgłoszę, że rozmawiałam z wami w sprawie waszego przejścia pod moją opiekę i przedstawię wasze podania, w których napiszecie, dlaczego chcecie stąd odejść. Najtrudniejszą sprawą jest znalezienie lokum dla naszego ośrodka. Mam coś na oku, ale to potrwa. Musicie napisać podania i czekać.

Teraz, mając nadzieję na odmianę losu, staliśmy się innymi ludźmi. Przestaliśmy myśleć tylko o jedzeniu i ogłupiających programach telewizyjnych. Często śmialiśmy się i nawet żartowaliśmy, a nocami marzyliśmy o wolności. Na kartkach wyrwanych z mojego notatnika napisaliśmy podania, opisując złe warunki panujące w naszym domu opieki „Szczęśliwa Przyszłość”. Kuba również dostał kartkę do napisania podania, ale z zastrzeżeniem, że jeśli zdradzi tym razem, zbijemy go i wyrzucimy do innego boksu, niech mieszka z debilami. Chyba się przejął tą groźbą.

Jednak nikt nie musiał donosić. Ten dupek Gwidon znalazł podanie Gena w umówionej kryjówce, skąd odbierała korespondencję Marianna. Skrytka była pod luźną cegłą w zewnętrznej ścianie baraku. Jak to się stało, że gówniarz wsadził tam łapę, tego nikt nie wie.

Adamiak szalał. Geno dostał straszne baty, ale nic nie powiedział. Właściwie nie musiał mówić, bo nasz opiekun wiedział, kto miał być odbiorcą pisma. Dla pewności zrobił przeszukanie rzeczy Marianny i znalazł podania Kuby i Sofii. Dodatkowo jeszcze inne papiery świadczące o jej zamiarach. Wieczorem nasz boks znów stanął w komplecie pod ścianą baraku. Naprzeciwko nas był Adamiak z Gwidonem, a trochę z boku Marianna. Adamiak krótko przemówił.

– Tym razem nie będzie żadnego przesłuchania, bo wszystko jest jasne.

Skoro skarżycie się na rękę, co daje wam chleb, będziecie przez tę rękę ukarani. To tyle, co chciałem wam powiedzieć. Gwidon, zaczynaj.

Gwidon zamocował linę z uformowaną pętlą na gałęzi jedynego drzewa na naszym wybiegu i ustawił pod nią taboret. Zamarliśmy, wyglądało na to, że nie żartują, oni naprawdę będą nas wieszać!

– Pierwszy powieszony będzie Geno. Podchodź tutaj niewdzięczniku.

Geno, solidnie dzisiaj wysmagany batem, miał cichą nadzieję, że swoją karę już otrzymał. Teraz, kiedy to usłyszał, rzucił się do ucieczki, ale Gwidon dorwał go, zanim Geno dopadł ogrodzenia. Silny młodzieniec niemal przyniósł wierzgającego Gienka i ustawił na taborecie. Adamiak założył mu pętlę i zwrócił się do Marianny:

– Teraz twoja kolej – wykopnij stołek spod jego nóg.

Marianna nie ruszyła się z miejsca i nie wykonała tego rozkazu, mimo targania za włosy i bicia w twarz. Jej upór spowodował, że egzekucja się nie odbyła. Adamiak nie zdecydował się dokończyć jej samemu. Może się bał, że kiedy się sprawa wyda, będzie pociągnięty do odpowiedzialności. Tak czy siak śmierć przeszła bokiem. Zdjęto Gienkowi pętlę i pozwolono nam wszystkim wrócić do baraku. Odetchnęliśmy z ulgą, ale tej nocy nie było dane nam zasnąć, i to nie tylko z nadmiaru wrażeń.

Było pewnie już po północy, gdy drzwi do baraku cicho się otworzyły. Zabłysła latarka i ktoś zbliżył się do naszego boksu. Wepchnięto jakąś osobę do środka i latarka się oddaliła. Sofia spytała:

– Marianno, czy to ty?

Zamiast odpowiedzi usłyszeliśmy tylko jej szloch.

Zasnąłem dopiero nad ranem, inni chyba też, bo przespaliśmy porę karmienia porannego. Jedynie Guto zdążył zaczerpnąć z poidła trochę lury nazywanej herbatą. Humory mieliśmy zwarzone. Skończyły się nasze marzenia o wolności. Marianna jeszcze spała, albo udawała, głowę miała nakrytą derką. Nie budziliśmy jej.

– Ona przeszła chyba najgorzej wczorajszy dzień – odezwał się Gutek.
– Nawet ubranie jej zabrał – stwierdziła Sofka. Rzeczywiście, też zauważyłem wystającą spod derki dawną jej siermięgę.
– O, przepraszam, najgorzej miałem ja, bo i baty dostałem, i byłem już pod szubienicą z pętlą na szyi. Takiego stresu nikomu nie życzę – jęczącym głosem rzekł Geno.

Marianna wstała koło południa. Akurat graliśmy w karty we trzech, Geno jęczał na swojej pryczy (chłosta zawsze boli przez wiele dni), a Sofka coś szyła. Wszyscy przerwaliśmy swoje zajęcia i w osłupieniu wpatrywaliśmy się w twarz naszej towarzyszki.

Opaska na jej oczach nasiąknięta była krwią. Sofka podbiegła do niej z krzykiem przerażenia i podciągnęła w górę zwój bandaża.

Jęknęliśmy wszyscy. Marianna miała wykłute oczy. Znowu była ślepa. Tym razem już na zawsze.

Spod pledu wystawała elegancka torebka, w środku był jej paszport i nasze podania z podpisem Adamiaka i jego zgodą na nasze odejście.

Wieczorem Marianna stała się rozmowniejsza. Pomyślałem, że zaakceptowała swoją sytuację. Znowu jak dawniej serdecznie gawędziliśmy, a nawet smutno się uśmiechaliśmy. Po zgaszeniu świateł, już leżąc na pryczy, Marianna powiedziała jeszcze jedno mądre zdanie, które zapisałem na pierwszej stronie moich zapisków: „Trwajcie i nie traćcie nadziei, bo kiedyś odmiana losu nadejdzie”. Kiedy zasypiałem słyszałem jeszcze jej monotonny szept, chyba się modliła.

Rano znaleźliśmy ją powieszoną. Adamiak z Gwidonem nie zdjęli stryczka z naszego drzewa i to z niego skorzystała. Pogrzeb miała taki, jak wszyscy zmarli w naszym baraku. Gwidon wrzucił ciało na przyczepkę ciągnika i zawiózł na niedaleki pagórek pełniący rolę cmentarza. Za przyczepą szła tylko nasza piątka, Adamiak się nie pojawił. Do płytkiego dołu Gwidon chciał nogą zepchnąć ciało Marianny, ale nie pozwoliliśmy na to. Moi przyjaciele, chociaż nie przyszło im to łatwo, sami ułożyli ją w grobie. Trumny nie było, ale Gutek znalazł jakiś karton i przykrył jej twarz tekturą. Ledwie odmówiliśmy krótką modlitwę, gdy zniecierpliwiony Gwidon zaczął zasypywać grób. Kiedy skończył, jakby ze złości, że musiał tak długo czekać, przejechał po nim traktorem. Zapamiętamy mu ten gest. Kiedy przyjdzie obiecana odmiana losu, a wierzymy, że to nastąpi, bo Marianna nigdy się nie myliła, obaj z Adamiakiem zapłacą za jej oczy i śmierć. Wtedy może zrozumieją, że nie była psem, kotem czy lalką, tylko żywym człowiekiem.

Jeszcze długo staliśmy przy grobie i śpiewaliśmy pieśń „Pójdź do Jezusa do niebios bram”, ale tylko pierwszą zwrotkę i refren, bo tyle tylko moi koledzy znali, a ja nie miałem przy sobie swego notesu, żeby zapisać im całą pieśń.

Może to i dobrze, że w kółko powtarzali ten refren, przecież takie częste wołanie musi w końcu dotrzeć do Boga. Słowa pieśni podniosły mnie na duchu, myślę, że moich przyjaciół też, bo coraz głośniejszy był ich śpiew. W końcu na całe gardło wyśpiewaną prośbę musieli słyszeć również mieszkańcy naszej obory oraz Adamiak z Gwidonem.

„Słuchaj, Jezu jak cię błaga lud,
Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud;
Przemień, o Jezu, smutny ten czas,
O Jezu, pociesz nas! ”

Kiedy odchodziliśmy do swego baraku, zachodzące słońce oświetlało cmentarne wzgórze. Stał tam tylko jeden, samotny krzyż dla wszystkich zmarłych i jeszcze żyjących mieszkańców domu „Szczęśliwa Przyszłość”. Wiem, że ile razy spojrzymy na ten krzyż, przypomnimy sobie naszą Mariannę i jej słowa wlewające nadzieję w nasze serca.

Styczeń 2019

Reklamy


Dodaj komentarz

Opowiadania. Kraina Szczęśliwości

Stanisław Ryczek

Zdzisław Beksiński

W Krainie Szczęśliwości, nazwanej tak przez jej założyciela, wielkiego mędrca Sergia Gorosza, najważniejszym przykazaniem była WOLNOŚĆ i związane z nią prawo wyboru. Moralność nie istniała. Nie obowiązywały żadne kodeksy praw, dekalogi czy inne niepotrzebne ograniczenia wolności osobistej.

Kodeks karny liczył tylko kilka stron, a i on, według twórcy krainy, powinien zostać ograniczony. Wszystkie tak zwane odchylenia seksualne musiały być tolerowane i szanowane, jak wymagały tego prawa człowieka.

Po pewnym czasie mędrzec i prawodawca uznał, że różnorodność seksualna powinna być traktowana jako osiągnięcie postępu ludzkości. Dlatego od tej pory powinno się traktować ludzi homoseksualnych, transseksualnych oraz wszystkich innych wyznających i praktykujących różnego rodzaju odchylenia od heteroseksualizmu jako plusowe, czyli lepsze od szarej masy zwykłych ludzi. I tak powstała uprzywilejowana grupa plusowa albo plus dodatnia jak ją coraz częściej nazywano. Jako uzasadnienie tej decyzji Sergio Gorosz przytoczył znane wszystkim historyczne fakty, że przez całe wieki grupa ta była pokrzywdzona i niesłusznie gnębiona, więc teraz czas na zamianę miejsc.

Bimber Czador już jako noworodek został zakwalifikowany do grupy plusowej. Po prostu jego biologiczna matka wybrała dla niego lepszą przyszłość, godząc się, aby jej niemowlę zostało przekazane parze lesbijek. A ona otrzymała w zamian małą murzynkę. Tym sposobem jej mały Bimber oraz ona zostali zakwalifikowani do lepszej części krainy. Jego nową rodziną została ciemnoskóra Klapa oraz hinduska Drozer. Jego dwie mamy, jako należące do grupy plus-pozytywnej, pracowały trzy godziny dziennie więc miały dużo czasu dla małego Bimbera. A że kraina posiadała ciepły klimat oraz dojście do morza z pięknymi piaszczystymi plażami, spędzali na nich większość czasu pławiąc się w ciepłej wodzie i wygrzewając na słońcu. Natomiast w czasie pory dżdżystej wyjeżdżali w góry, w których spędzali czas na przyjemnych zabawach oraz sportach zimowych na sztucznym śniegu.

Bimber wraz z wiekiem zauważył, że nie wszystkie dzieci są tak szczęśliwe jak on. Chłopcy usługujący w restauracjach dla niego i jego mam, czy dziewczynki, które zostawały na noc w pokoju jego opiekunek nie miały ani tak ładnych ubrań, ani tyle czasu do zabawy co on. Na jego pytania dlaczego tak jest otrzymywał zawsze tę samą odpowiedź, że przecież ich rodzice mogli wybrać dla nich lepszą przyszłość, ale skoro nie chcieli, to ich dzieci, tak, jak i oni, muszą pracować.

W szkole Bimberowi szło świetnie. Pamięć miał wyśmienitą, więc w domu prawie się nie uczył. Zresztą w jego szkole, tak, jak i w innych w tej krainie, nie wymagano zbyt wiele od uczniów.

W pierwszych dwóch klasach chodziły wraz z plusami tak zwane laborki, czyli dzieci z grupy minusowej, jednak po protestach rodziców grupy plusowej wydzielono ich do osobnej klasy. Decydującym czynnikiem było nie ubóstwo czy niższy poziom kultury, ale fakt, że rodzice tych dzieci nie dość, że w większości biali proletariusze, to na dodatek heteroseksualni. Była obawa, że nastąpi degeneracja dzieci plusowych. Więc w jego klasie pozostało tylko troje, wyjątkowo zdolnych uczniów minusowych.

Oprócz rachunków i europejskiego esperanto, który był językiem urzędowym w ich krainie, wykładano przedmioty związane z biologią rozumianą jako nauka o humanizmie. Było tych lekcji mnóstwo i w większości dla Bimbera nudne. Bo ile można się uczyć o ewolucji gender, planowaniu rodziny, technikach homoseksualnych czy pożytków z dzieciofilii, nazywanej dawniej pedofilią. Historia też nie była wciągająca w większości dotyczyła walki wyzwoleńczej uciśnionych ludów afrykańskich, wyzwolenia murzynów w Ameryce oraz historii feministek zwanych w zamierzchłych czasach sufrażystkami, zdobycia dominacji przez gejów i lesbijki, i w końcu powstania Krainy Szczęścia, w której przyszło im żyć.

Dla ustroju Społeczeństwa Otwartego wymyślonego przez S. Gorosza stworzono oddzielne wykłady. Znał te rzeczy od przedszkola i nigdy szczególnie go nie interesowały. Należy wspomnieć, że praktycznie od czwartej klasy sugerowano uczniom poddanie się operacji zmiany płci. Oczywiście żadnego przymusu nie było. Jednak idea gender była wyjątkowo lansowana, nawet bardziej niż zmiana koloru skóry dla tych, co mieli nieszczęście urodzić się białymi – są przecież tak historycznie obciążoną rasą.

Pod koniec szkoły, kiedy trzeba było wybrać dalszą drogę życia, doszła nowa motywacja dla tych, co jeszcze nie zmienili płci. Mianowicie dostanie się na najbardziej ekskluzywną uczelnię w stolicy uzależnione było od tego drobnego, jak mówiono, zabiegu. Bimber jako nieliczny nie zmienił płci. Po prostu nie chciał być dziewczyną, nie widział dla siebie przyszłości w skórze kobiety. Kilku kolegów żałowało swojego wyboru, a inni udawali, że im z tym dobrze, jeszcze inni wychowani w podziwie i szacunku dla tej ideologii, chyba naprawdę dobrze się z tym czuli. W ostatniej dwunastej klasie taki się galimatias zrobił, że nawet dla samych uczniów stało się to dziwne. Dawne dziewczyny, z którymi się kiedyś flirtowało, były teraz chłopakami, niektóre nawet zapuściły wąsy i brody. Dawni koledzy natomiast po odpowiedniej kuracji, przebrani w sukienki, trajlowali sopranami. Bimber czuł do nich skrywaną odrazę. Teraz sam już nie wiedział, czy jest homo czy hetero. Jedynie w klasach minusowych rzadko zdarzały się tego typu metamorfozy i dlatego bardziej przyciągały Bimbera naturalne dziewczyny z tamtych klas. Tyle, że były one znacznie młodsze, bo roczniki minusowe kończyły szkołę na ósmej klasie.

Dzięki protekcji i bardzo dobrym ocenom końcowym Bimber został przyjęty na najbardziej renomowaną uczelnię w stołecznym Babilonie. Długo wahał się, czy wybrać filozofię czy prawo. W końcu zdecydował się na ten drugi kierunek. Jego matki pochwaliły wybór syna, ponieważ wiele dzieci ich znajomych również studiowało sądownictwo. Bimber co prawda nie był zbyt elokwentny, ale zdecydował się na adwokaturę, którą ukończył po trzech latach.

Otrzymał patent i skierowanie do pracy w sądzie wojewódzkim miasta Gomory. Prawdę mówiąc wolałby pracować w Sodomie, gdzie był jego rodzinny dom, ale tam musiałby czekać na wolny etat. Przyjął więc propozycję, bo w pakiecie otrzymał przydział mieszkania oraz służbowe auto. Jego koleżanka z roku Andreadoria, dawniej będąca Dorianem, w tym samym sądzie dostała posadę sędzi. W jej pakiecie sędziowskim był przydział multikoptera oraz pięknej willi w chronionym parku na peryferiach miasta. Ale Bimber nie był zazdrosny, no może trochę o ten multikopter.

Praca była ciekawa, więc szybko go wciągnęła. Różni ludzie absorbowali go swoimi historiami. W większości były to sprawy majątkowe. Coraz częściej jako adwokat z urzędu dostawał sprawy dotyczące odebrania rodzicielstwa lub pozbawienie ojcostwa oraz macierzyństwa. Sprawy te dotyczyły najczęściej laborów. Płaczące matki i ojcowie skarżyli się na państwo odbierające im dzieci z byle powodu. Czasem bywało, że bez powodu. Bimber gimnastykował się wszystkimi możliwymi sposobami, żeby pomóc tym ludziom, jednak zazwyczaj sprawy przegrywał. Porażki swoje zwalał na karb swoich klientów, że wybrali sobie życie w rodzinach minusowych. Tyle dobrego, że niezależnie od werdyktu sądu pensja wypłacana była przez rząd, więc finansowo pokrzywdzony nie był, ale po kilku porażkach był solidnie sfrustrowany.

W końcu wynajęło go małżeństwo plusowych gejów, żeby reprezentował ich w sprawie przeciwko rodzicom dziecka, które sobie upatrzyli na placu zabaw. Następnie oskarżyli matkę chłopca o stosowanie wobec niego przemocy słownej. Wydział do Spraw Przeciwdziałania Przemocy wobec Dzieci decyzją administracyjną nakazał odebranie chłopca biologicznym rodzicom i oddania go gejom, którzy złożyli donos. Rodzice odwołali się od tej decyzji, natomiast małżeństwo gejów nie miało ochoty chodzić po sądach, ponieważ akurat wyjeżdżali ze świeżo adoptowanym chłopczykiem, w ramach urlopu na Wyspę Szczęśliwą. Wynajęli więc Bimbera, żeby ich reprezentował.

Sąd w takich przypadkach stawał zazwyczaj po stronie rodziny plusowej. Wystarczyło porównanie dochodów obydwu rodzin przedstawione przez Bimbera oraz zeznanie gejów o przemocy matki wobec dziecka odczytane przez sąd i na nic się zdały łzy matki i zapewnienia ojca, że zawsze dziecko dobrze traktowali. Sąd nie dał wiary rodzinie laborów i stwierdził, że rodzina plusowa zapewni dziecku zdecydowanie lepszą przyszłość. Wyrok był ostateczny i nie podlegał zaskarżeniu. Jednocześnie sąd ostrzegł, że jakiekolwiek niepokojenie nowej rodziny chłopca będzie karane więzieniem zgodnie z odpowiednim artykułem kodeksu karnego. Sprawa była więc wygrana, ale czy Bimber był zadowolony z tego zwycięstwa? Chyba niezbyt. Mimo, że od dłuższego czasu była to pierwsza wygrana sprawa, to po pierwsze za łatwo poszło, a po drugie jednak żal mu było rodziców dziecka, bo wiedział, że nic złego mu nie zrobili. Natomiast geje wcale się nie ukrywali przed Bimberem, że będą dzieciaka wykorzystywać seksualnie.

Następną propozycją było reprezentowanie poszkodowanej Marii Lopez. Po zapoznaniu się z aktami sprawy zgwałconej dziewczyny przez afroeuropejczyka Julesa Makumbę był święcie przekonany, że kolejną sprawę ma wygraną. Niestety sąd przychylił się do wyjaśnień murzyna, że został sprowokowany. Było to standardowe tłumaczenie wszystkich gwałcicieli w ostatnich latach. Sądy zazwyczaj dawały wiarę tym wyjaśnieniom, pod warunkiem, że kobieta pochodziła z grupy minusowej. Jednak, gdy było odwrotnie i to labor zgwałcił kobietę plusową, kara była od trzech do dziesięciu lat ciężkiego więzienia. Jednak w tym przypadku nie zachodziły przesłanki jakiejkolwiek prowokacji. Dziewczyna była ubrana bardzo skromnie, bluzka pod szyję, długa spódnica, płaskie buty, włosy upięte, nawet nie miała makijażu. Na pytanie sędziego czym był sprowokowany oskarżony stwierdził, że monotonną modlitwą odmawianą przez kobietę.

Na pytanie sądu dlaczego szeptała. Dziewczyna odparła, że odmawiała różaniec i nawet nie szeptała tylko poruszała ustami. Sam różaniec miała ukryty w torebce, żeby jego widok nikogo nie drażnił. Natomiast oskarżony bez przyczyny pobił ją, zaciągnął w krzaki i przystawiwszy nóż do gardła zgwałcił.

Bimber poprosił o głos:

– Czy oskarżony zawsze gwałci kobiety, kiedy coś szepczą? – murzyn zbaraniał i pytającym wzrokiem spojrzał na adwokata, który przed rozprawą pouczył go, co ma mówić, jednak nie przewidział, że będą jakieś dodatkowe trudności.

Sędzia również zauważył rozterkę oskarżonego, więc zainterweniował:
– Wziąwszy pod uwagę, że pan Makumba przybył do naszego kraju zaledwie trzy lata temu, proszę zadawać bardziej zrozumiałe pytania.
– Dobrze, chociaż wydaje mi się, że pytanie nie było skomplikowane. W takim razie niech oskarżony wyjaśni, czy w jego kraju pochodzenia są takie zwyczaje, żeby gwałcić szepczące kobiety.

Makumba przez chwilę naradzał się z obrońcą.

– W prowincji Zulu skąd pochodzę, szepcząca kobieta jest oskarżona, że rzuca urok i jest za to karana.
– Jaka jest kara za rzucanie uroku?
– Ukamienowanie lub wygnanie z wioski.
– Więc karą nie jest zgwałcenie. W takim razie uważam, że przyczyną gwałtu była chęć wyżycia się seksualnego.

Na to stwierdzenie porwał się obrońca murzyna.

– Protestuję przeciwko tak kategorycznej tezie. Prawo klanowe nie mogło być zastosowane z oczywistych powodów, przecież mój klient nie dysponował kamieniami ani nie mógł wygnać rzucającej urok z miasta, więc zastosował karę zastępczą, do czego miał prawo.

Sędzia spytał oskarżonego, dlaczego modlitwa go sprowokowała? Odpowiedź padła znów po naradzie z obrońcą:

– Byłem pewny, że chce mnie zauroczyć, a nawet jeżeli była to modlitwa, to mogła mieć na celu wyrządzenie mi krzywdy.

Sędzia zwrócił się do pokrzywdzonej:

– Proszę powiedzieć jaka była intencja modlitewna.
– Nie modliłam się w jakiejś szczególnej intencji. Po prostu jeżeli mam trochę czasu staram się odmówić jakąś cząstkę różańca.
– Czy pani wie, że publiczne praktyki religijne są w naszym kraju zakazane?
– Tak wiem, ale przecież nie robiłam tego głośno.

Na tym zakończono posiedzenie i sąd udał się na naradę. Bimber nie był pewny wysokości wyroku, ale dosłownie nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

Otóż sąd stwierdził, że Maria Lopez złamała prawo uprawiając modły w miejscu publicznym. Zostaje więc skazana na trzy miesiące więzienia. Natomiast uniewinnia Julesa Makumbę w sprawie pobicia i zgwałcenia Marii Lopez, ponieważ nie będąc do końca zaaklimatyzowany w Krainie Szczęśliwości, myślał ciągle w kategoriach prawnych swojej dawnej ojczyzny i w związku z tym miał prawo podejrzewać, że może być przez panią Lopez skrzywdzony przez rzucenie na niego uroku lub w jakiś inny nieznany mu sposób. Natomiast nakazuje mu zwrócić czterdzieści eurogroszy za zniszczoną garderobę pani Lopez. Dodatkowo sąd informuje, że jeżeli uczucia pana Makumby zostały urażone przez publiczne odprawianie modlitw przez panią Lopez może on wystąpić o odszkodowanie z powództwa cywilnego.

Ten skandaliczny wyrok wstrząsnął Bimberem. Dopiero po wszystkim dowiedział się, że nie miał szansy wygrać sprawy, bo Maria Lopez jako osoba praktykująca religijnie jest zakwalifikowana do grupy z dwoma minusami. Czyli praktycznie jest obywatelką bez żadnych praw. Adwokat Makumby poradził mu, żeby nie bronił dobrowolnie takich klientów, bo psuje sobie statystykę. Bimber przypomniał mu, że reprezentował ją z urzędu i nikt go nie uprzedził, że sprawa jest z góry przegrana.

*

Więzienie nie było szczególnie ciężkie. Cele były zamykane tylko na noc, była świetlica z multitelewizją, a nawet udostępniono skazanym stare gry komputerowe. Maria Lopez została przydzielona do brygady sprzątającej, więc czas jej się nie dłużył. Dni uciekały prędko i do końca wyroku niewiele już zostało. W celi było dwadzieścia kobiet. Tylko w niewielkiej części były to złodziejki, reszta była skazana za przestępstwa rodzinne. Przy rozwodach sąd pozostawiał dzieci przy stronie plusowej lub dążącej do tej kategorii. A ponieważ matki walczyły niedozwolonymi metodami były skazywane. Ich przestępstwa to kidnaping, przywłaszczenie dziecka, łamanie zasady nie zbliżania się do dzieci oraz oszustwa i podszywanie się pod osoby plusowe w celu osiągnięcia opieki nad dzieckiem.

Amanda Grosch była recydywistką. Odsiadywała swój trzeci wyrok. Od razu zwróciła uwagę na grzeczną i zrównoważoną Marię. Obserwowała ją przez dłuższy czas zanim przeprowadziła z nią rozmowę. Opowiedziała jej o swojej rodzinie o dwójce dzieci, które odebrał jej sąd. O walce stoczonej z byłym mężem, administracją i sądem, i zakończyła takim podsumowaniem:

– Słuchaj, ja wiem, że już z nimi nie wygram. Minęły już trzy lata odkąd zabrano mi dzieci. Wiem, że one już mnie nie pamiętają, a jeżeli nawet, to zrobiono im taką wodę z mózgu i przedstawiono mnie w takim świetle, że już nie zdołam ich do siebie przekonać. Niedługo wychodzę na wolność i chcę zacząć nowe życie. Mam dość bycia obywatelką drugiej czy, po tych wyrokach, trzeciej kategorii. Chcę być w końcu pełnoprawną obywatelką tej krainy. Czy chcesz ze mną przejść do tej nadzwyczajnej kasty?
– Ale w jaki sposób sobie to wyobrażasz?
– Prosto i zwyczajnie. Będziemy oszukiwać, ale nie tak głupio, jak te baby, które tu widzisz. Bo łatwo je na tym złapano. My zrobimy to profesjonalnie. Weźmiemy ślub i zamieszkamy razem, jako para lesbijska dostaniemy mieszkanie i certyfikat o przynależności do grupy plusowej. Przez pierwszy rok dajemy sobie spokój z facetami, bo będziemy śledzone i sprawdzane. Jak się decyzja uprawomocni mogą nas cmoknąć… później adoptujemy sobie dziecko albo dwoje najlepiej śniade lub czarne i wtedy możemy robić co nam się podoba. Rozwodzić się, zmieniać płeć w sensie deklaratywnym lub naprawdę poddać się operacji, żenić się czy wychodzić za mąż… nic nam nie mogą zabronić w końcu wolność seksualna jest najważniejszym przykazaniem Szczęśliwej Krainy. Co ty na to? Chcesz być dalej na minusie czy wskoczyć ze mną na plus?
– Ale ja nie jestem lesbijką, więc jak by to miało być?
– Aleś ty głupia. Myślisz, że ja nią jestem, przecież mówię, że będziemy oszukiwać, że niby jesteśmy. Przecież chodzi nam tylko o zmianę naszego statusu i wyjścia z tej minusowej matni na prostą.

*

Jules Makumba był niepiśmiennym emigrantem z Afryki, ale przez kilka lat pobytu w Krainie Szczęśliwości załapał, że tacy jak on mają tutaj raj. Nie musiał pracować, bo zasiłek dla ludzi z poza Europy był całkiem przyzwoity, dostał mieszkanie w bloku komunalnym, za które nie musiał płacić. A na dodatek nikt się nie czepiał, że ma iść do pracy. Jedynym obowiązkiem było uczęszczanie na lekcje języka esperanto, nawiasem mówiąc już go opanował w stopniu podstawowym, w dodatku z dużą dozą ulicznego slangu. Kiedy dokonał gwałtu sąd go uniewinnił, choć w jego dawnym kraju czekałaby go okrutna kara – kastracja i to raczej nie byłby zabieg chirurgiczny. Złapany w jakimś ciemnym zaułku przez braci ofiary zostałby pozbawiony genitaliów tępym nożem. A tu proszę – sąd zaproponował, że może domagać się jeszcze odszkodowania. Dokładnie nie zrozumiał za co miałaby płacić mu kobieta, ale adwokat podpowiedział, że może żądać kwoty nawet kilkudziesięciu tysięcy eurogroszy. Więc jak najbardziej zgodził się, żeby napisać pozew w jego imieniu. Niedawno sprowadził żonę z dziećmi, więc wydatki wzrosły, a przecież nowe auto też by się przydało. Więc kiedy wyznaczono termin rozprawy z przyjemnością pojawił się w sądzie. Od razu poznał adwokata Marii Lopez – reprezentował ją znowu Bimber Czador, ale nie zauważył samej oskarżonej, przed salą siedziały tylko jakieś lesby.

Kiedy weszli na salę rozpraw i jedna z lesbijek zajęła miejsce obok adwokata z trudem rozpoznał swoją niegdysiejszą ofiarę. Ale jakże zmienioną była Maria Lopez. Włosy zafarbowane na kilka kolorów z różowym dominującym, agresywny makijaż, kolczyk w nosie, duży dekolt z tatuażem „BÓG NIE ISTNIEJE”. Jednym słowem nie ta sama osoba. Adwokat Makumby też ze zdumienia nie mógł oderwać oczu od kobiety.

Na wstępie odczytany został pozew o odszkodowanie pokrzywdzonego Julesa Makumby, że z powodu publicznego odprawiania modłów przez panią Lopez, zostały naruszone jego dobra osobiste oraz ateistyczne uczucia. Dlatego pokrzywdzony żąda odszkodowania nie mniejszego niż siedemdziesiąt tysięcy eurogroszy. Przytoczono zeznania Marii z poprzedniej rozprawy, w których mówiła o publicznym odmawianiu różańca oraz zeznania Makumby, że był tak wstrząśnięty i przerażony, że kobieta rzuca na niego urok, że nie zdzierżył i postanowił ją ukarać.

Obrońca pani Lopez zadał kilka dodatkowych pytań Makumbie. A jedno z nich brzmiało: Czy dziś, gdyby zdarzyła się taka sama sytuacja, postąpił by tak samo. Po uzyskaniu odpowiedzi potwierdzającej wygłosił oświadczenie.

– Proszę wysoki sąd o anulowanie poprzedniej kary oraz pełną rehabilitację Marii Lopez wraz z odpowiednim odszkodowaniem. Żądanie swoje motywuję tym, że Jules Makumba zaatakował i zgwałcił moją klientkę, ponieważ uwierzył, że rzuca na niego urok. A czymże jest wiara w gusła i uroki jak nie religijnym otumanieniem. Wysuwam stąd wniosek, że Makumba był i jest osobnikiem wierzącym w gusła i niech nikogo nie zwiedzie jego plusowy kolor skóry, dosłownie przed chwilą zeznał, że dziś postąpiłby tak samo, jak wtedy czyli nadal wierzy w zabobony i gusła. Pragnę również zauważyć, że pan Makumba jest w związku heteroseksualnym, ostatnio nawet sprowadził żonę i dzieci z Afryki, a na dodatek jako osoba, uczciwie rzecz ujmując, minusowa obciąża budżet naszej Krainy pobierając nienależny mu zasiłek dla osób plusowo – pozytywnych. Natomiast pani Maria Lopez obecnie w związku z Amandą Grosch tworzy związek plusowy, poza tym pozbyła się obciążeń religijnych, co widać po tatuażu na jej dekolcie. Pragnę nadmienić, że w wyniku tamtego gwałtu zaszła w ciążę i na dziecko pan Makumba będzie musiał płacić alimenty. Certyfikat o zawarciu małżeństwa pani Lopez z Amandą Grosch potwierdzający jednocześnie, że obie panie wstąpiły do grupy plusowo-pozytywnej, oraz zaświadczenie lekarskie o ciąży pani Lopez przedkładam wysokiemu sądowi do włączenia do akt.

Adwokat Makumby był wściekły, a on sam długo nie mógł domknąć otwartej szczęki. Wyrok zapadł jeszcze tego dnia. W ciągu godzinnej narady ustalono, że to Makumba zostaje skazany na odsiedzenie trzech miesięcy w więzieniu za wprowadzenie w błąd sądu, że jakoby należał do grupy plusowej. Dodatkowo zapłaci Marii Lopez odszkodowanie w wysokości siedemdziesiąt tysięcy eurogroszy, a co do alimentów to zostaną ustalone po urodzeniu dziecka. Bimber z udaną troską pożegnał adwokata przeciwnej strony:

– Ostatnio radziłeś mi, żeby nie podejmować się obrony osób minusowych, a sam to robisz.

Była to ostatnia sprawa Bimbera jako adwokata. Dwa dni temu otrzymał nominację na sędziego i swoje dzisiejsze zwycięstwo potraktował jako dobry prognostyk dla przyszłej kariery.

*

Doktor Apolinary Zuber, co prawda już o dwa lata przekroczył wiek emerytalny, jednak był ciągle aktywny zawodowo i prawdę mówiąc nie bardzo miał go kto zastąpić. Oczywiście był to jego punkt widzenia, bo według innych lekarzy powinien już dawno zwolnić stanowisko ordynatora dla młodszych, z których kilku miało na nie apetyt. Jedną rzecz należy wyjaśnić, otóż w Krainie Szczęśliwości nie było starych ludzi. Odchodząc na emerytury czy renty byli zamrażani w specjalnych chłodniach do czasu, aż zostanie wynaleziony specyfik dający życie wieczne albo chociaż solidnie wydłużający obecną długość życia. Starcy różnie reagowali na perspektywę zamrożenia. Jedni oszukiwali dopóki się dało – chociaż w epoce wszystkowiedzących komputerów udawało się to najwyżej do miesiąca. Inni emigrowali do ościennych krajów, jednak waluta ich krainy była niewymienialna, więc tylko wybitne jednostki mogły dać sobie radę zaczynając praktycznie od zera. Jeszcze inni swoją pracą i kompetencjami usiłowali sobie kupić kilka lat życia i do tych należał doktor Zuber. Praktycznie na mrożenie chętnie zgadzali się tylko nieuleczalnie chorzy.

Jednak i dr Zuber w końcu się potknął, a tym kamykiem, na którym obsunęła mu się stopa, był siedmioletni chłopczyk, którego miał uśmiercić na swoim oddziale. Geje, którzy go wychowywali twierdzili, że dziecko jest psychicznie chore. Diagnozę potwierdził lekarz psychiatra dr Yekil znany z miłości do pieniędzy. Tajemnicą poliszynela była skłonność psychiatry do korupcji.

Dr Zuber podejrzewał dlaczego dzieciak został oskarżony o chorobę psychiczną i jaki był dalszy ciąg jego sprawy. Pewnie chłopiec nie chciał współpracować z pedziami, a ci upatrzyli sobie coś lepszego i chcąc pozbyć się niepotrzebnej „zabawki” posmarowali kieszeń psychiatrze, żeby wydał odpowiednią diagnozę. Natomiast on – Zuber, ze swoim personelem miał wykonać czarną robotę. Odmówił więc „uśpienia” małego Johnego. Na taką decyzję ordynatora tylko czekali młodzi lekarze. Wiadomość o niesubordynacji dr Zubera błyskawicznie dotarła do odpowiednich organów administracji i sprawa doktora trafiła na wokandę. I to właśnie Bimber miał być sędzią, który rozsądzi postępowanie doktora.

Sprawa tak prosta, że aż dziwne było absorbowanie nią sądu. Przecież istniały przepisy administracyjne, które takie sprawy załatwiały bez żadnego wyroku. Być może sława doktora spowodowała, że postanowiono o wszczęciu procesu. Mimo przewidywalności wyroku Bimber postanowił solidnie zapoznać się ze wszystkimi dokumentami śledztwa, żeby na sali sądowej nic go nie zaskoczyło. Jednak im dalej się wgłębiał w protokoły tym większe wątpliwości go dopadały.

Dr Apolinary Zuber był autorytetem w swojej dziedzinie. W jego teczce personalnej nie było żadnego haczyka na jego niekorzyść, do stanu jego zdrowia też nie można się przyczepić. Wśród dokumentów znajdowało się podanie doktora z prośbą o adopcję chłopca o imieniu John Walker, właśnie tego, którego nie chciał „uśpić”. Podanie zostało potraktowane odmownie przez urzędnika z Biura Adopcyjnego z adnotacją „choroba chłopca uniemożliwia adopcję” i wpięte do akt sprawy. I sprawa najistotniejsza poważne przesłanki przemawiały za tym, że dr Zuber jest ojcem Bimbera. Otóż w jego teczce znajdowało się zaświadczenie, że oddają z żoną Miriam, swego syna do adopcji dla pań Drozer i Klapy, a w zamian dostają dziecko płci żeńskiej (wtedy jeszcze określano płeć). I tym samym wchodzą do grupy plus – pozytywnej. Również data się zgadzała i pasowała do wieku Bimbera, więc zbyt wiele faktów było zgodnych z jego podejrzeniem. Tego wieczoru Bimber długo nie mógł zasnąć. Zastanawiał się jak ma postąpić. Wiedział, że odmówić przewodnictwa w pierwszej sprawie nie może. To znaczy jest taka możliwość, ale wtedy automatycznie zostanie wycofana nominacja na sędziego, a następna może nie nadejść już nigdy. W kieszeni miał już klucze do willi przysługującej sędziemu, a po zakończeniu sprawy miał odebrać nowiutki multicopter. Z tych luksusów też musiałby zrezygnować.

*

Dr Zuber zeznawał z wolnej stopy, więc nie miał asysty policjantów obok siebie. Reprezentowała go młodziutka adwokatka Julia Czuwadze. Bimber był od niej kilka lat starszy i teoretycznie mogli się spotkać, bo studiowali na tej samej uczelni, z tym, że wtedy on już kończył naukę, a ona dopiero zaczynała. Oskarżycielem był stary wyjadacz Anton Grey. Gdy Bimber wchodził zauważył, że Grey z ociąganiem podniósł się zza swojego pulpitu.
– No tak, uważa, że jak jest dwa razy starszy to może mnie ignorować – pomyślał Bimber – ale mu to zapamiętam.

W trakcie toczącego się postępowania szczegółowo przyjrzał się oskarżonemu doszukując się podobieństw. I znowu opadły go wątpliwości, bo niewiele ich znalazł. Jedynie wysokie czoło i podobny wzrost mogły świadczyć o ich pokrewieństwie. Może jeszcze fakt, że obydwaj nosili okulary. No, ale przecież to za mało. W akcie oskarżenia zarzucano doktorowi odmowę świadczenia lekarskiego, co naraża społeczeństwo na straty materialne, co prawda niewielkie, ale jak zaznaczył oskarżyciel, chodzi o zasady i co najważniejsze o łamanie prawa z premedytacją.

Dr tłumaczył, że zabijanie dziecka na podstawie wątpliwej diagnozy jednego tylko psychiatry jest jego zdaniem niedopuszczalne. Na końcu języka miał pierwszą zasadę Hipokratesa „primum non nocere” – pierwsze nie szkodzić, ale wiedział, że przysięga Hipokratesa została całkowicie zmieniona, a następnie potępiona przez rząd jako przestarzała i niepasująca do nowoczesnej medycyny. Zresztą obrończyni ostrzegła go, że przytaczając starożytne zasady w niej zawarte może sobie dodatkowo zaszkodzić, chociaż i tak uważała sprawę za przegraną. Skusiło ją tylko duże honorarium niezależnie od werdyktu. Doktor Zuber dowodził, że dużo rozmawiał z małym Johnem Walkerem i doszedł do przekonania, że jest on absolutnie zdrowy psychicznie. Magister Bergen psycholog z jego kliniki twierdzi to samo – jego diagnoza jednoznacznie stwierdza, że dzieciak jest zdrowy. Tylko dlatego odmówił „uśpienia”, absolutnie nie zamierzał łamać prawa ustanowionego przez parlament Krainy. Jego zdaniem wyjściem byłoby powołanie konsylium w celu rozwiania niejasności.

Oskarżyciel upierał się jednak, że dzieciak, jak zeznali jego opiekunowie, zachowywał się nieracjonalnie, drapał ich i gryzł zresztą w aktach są obdukcje z obrażeń, które zadał im chłopiec. Natomiast dr Yekil jest znanym psychiatrą i współpracownikiem sądu od wielu lat, więc podważanie jego diagnozy jest delikatnie mówiąc bezczelnością. Dr Zuber otrzymawszy decyzję powinien bezzwłocznie wykonać swój obowiązek, a nie prowadzić swoje prywatne dochodzenie i wdawać się w dywagacje czy diagnoza jest słuszna czy nie. Przemowę zakończył pytaniem:

– Czy byłby pan zadowolony gdyby pańskie diagnozy były rozpatrywane np. przez pielęgniarki co do ich słuszności. I zamiast podawania zaordynowanych leków czekałyby na rozstrzygnięcie jakiegoś dodatkowego konsylium?
– Panie prokuratorze myli pan dwie rzeczy. Przy pomyłce dotyczącej rozpoznania choroby i błędnego leczenia można zrobić korektę i jeżeli nie jest za późno, naprawić błąd. Natomiast tak zwane uśpienie czyli mówiąc w ludzkim języku zabicie dziecka jest w swoich skutkach nieodwracalne. Więc konsylium jest jak najbardziej pożądane, żeby wykluczyć pomyłkę. Przecież nawet w przypadkach nie zagrażających życiu powołuje się konsylium, więc naprawdę nie rozumiem, dlaczego w podejmowaniu tak ważnej decyzji mielibyśmy z niego rezygnować.
– Proszę zwracać się do wysokiego sądu a nie do mnie. – Obruszył się prokurator.- W ustawie dotyczącej przeciwdziałania chorób w rodzinie zapisano, że do wydania decyzji dotyczącej uśpienia małoletniego potrzebna jest diagnoza wystawiona przez lekarza specjalistę czyli w tym przypadku przez psychiatrę. Nie wspomina się o konsylium, więc nie zajmujmy się tym wątkiem.
– Jest jeszcze jedna sprawa – sędzia Bimber zabrał głos – Otóż złożył pan doktorze podanie o adopcję tego chłopca. Co panem powodowało?
– Uważam, że dziecko jest zdrowe chciałem go chronić, ponieważ jest szansa, że wyrośnie na pełnoprawnego obywatela naszej Krainy Szczęśliwości. Krótko mówiąc chciałem zachować go dla społeczeństwa.
– Czyli kierował się pan przesłankami altruistycznymi?
– To prawda wykluczam działania egoistyczne. Chociaż dobry syn byłby podporą na starość…
– No właśnie – podchwycił prokurator – a propos pańskiego wieku, przecież osiągnął pan wiek emerytalny już dwa lata temu, nie sądzi pan, że czas już zrobić miejsce dla młodych?
– Wysoki sądzie mam jeszcze dużo sił i umiejętności, które mógłbym poświęcić dla naszej ojczyzny i odsyłanie mnie do zamrażarki, jak chciałby pan prokurator, byłoby nieracjonalne. Nawiasem mówiąc, kilka lat temu, gdy ukończono pomyślnie próby rewolucyjnej terapii antyrakowej, która dała stuprocentowe wyleczenie wszystkich rodzajów tej choroby, zostałem powołany do zespołu przywracania do życia ludzi chorych na raka i czekających na odmrożenie w chwili pojawienia się leku. Jednak próby ponownego ożywienia tych osób dały wynik negatywny. Na sto osób ani jednej nie udało się przywrócić do życia. Po wykonaniu badań nasz zespół stwierdził, że medium zastępujące krew w naczyniach krwionośnych nie spełnia oczekiwanych standardów. Po prostu po zamrożeniu ciała do odpowiedniej temperatury, pękają naczynia włosowate, co powoduje, że układ krwionośny jest dziurawy jak sito. I niestety, o ile wiem, dotąd nie wynaleziono odpowiedniego preparatu, czyli krótko mówiąc ludzie do tej chwili poddani hibernacji są trupami, tak naprawdę dokonano na nich eutanazji.
– Czy raport tej komisji jest jawny. – Prokurator zrobił się blady.
– Niestety raport został utajniony, a członkowie komisji zobowiązani do zachowania tajemnicy.
– W takim razie w tej chwili zdradził pan ważną tajemnicę państwową.
– Tak, ale na Sali nie ma żadnej publiczności i zrobiłem to w celu obrony swojego życia, aby unaocznić wysokiemu sądowi, że hibernacja de facto równa się śmierci.

*

Narada w pokoju sędziowskim była burzliwa. Wprosili się na nią prokurator, a nawet młoda pani adwokat. Posłano po prezesa sądu miasta Gomory. Wydawałoby się, prosta sprawa, gdzie napisanie wyroku zajmuje dziesięć minut, przeciągnęło się w dyskusję dwugodzinną.

Przy ogłaszaniu wyroku sędzia Bimber był czerwony i łamał mu się głos, prokurator blady, a pani adwokat trzęsły się ręce. W kwestii chłopca Johna Walkera sąd zdecydował o powołaniu konsylium psychiatrów do wydania diagnozy o jego stanie psychicznym. Do czasu zebrania się następnego posiedzenia sądu chłopiec ma być oddany pod opiekę doktora Zubera. O kolejnym posiedzeniu sądu zainteresowani zostaną powiadomieni mailowo.

Jednak następne posiedzenie z przyczyn obiektywnych nie odbyło się już nigdy.

*

Bimber odwiedził doktora następnego dnia, jednak jego mieszkanie było już oplombowane. Sprawdził pieczęć – był na niej znak administracji państwowej. Jeden telefon wystarczył, żeby dowiedzieć się, że w sprawie doktora wszczęto procedurę przejścia w stan spoczynku. Cisnęło się Bimbrowi na usta, że będzie to stan spoczynku wiecznego. Jednak nie chciał o tym dyskutować z urzędniczką. Na jego pytanie, gdzie i kiedy odbędzie się ta procedura otrzymał odpowiedź, że jeszcze w dniu dzisiejszym doktor zostanie zahibernowany w „Centralnym Instytucie Hibernacji – Radosne Przebudzenie”. Instytut znajdował się w drugiej części miasta w dzielnicy uniwersyteckiej. Bimber stwierdził, że w godzinach południowego szczytu najprędzej dotrze tam metrem.

Gdy zdyszany wpadł do sali pożegnań, zobaczył przez szybę doktora podłączonego już do jakiegoś aparatu. Uwijało się przy nim kilka osób w maseczkach na twarzy. Bimber zdecydowanym głosem zażądał wstrzymania zabiegu i widzenia z pacjentem. Oświadczył, że jako sędzia musi wyjaśnić pewną sprawę wyjątkowej wagi państwowej. Po okazaniu dokumentów otrzymał dostęp do pacjenta, jednak z zastrzeżeniem, że widzenie nie może przekroczyć dziesięciu minut, gdyż, jak stwierdził lekarz, hibernator nie może być blokowany ze względu na wykonanie dzisiejszej normy.

Doktor był już znieczulony środkami uspokajającymi jednak posiadał częściową świadomość. Jeszcze rozpoznał sędziego Bimbera. Zrozumiał też jego oświadczenie, że Bimber jest jego synem, którego po urodzeniu oddał dla małżeństwa lesbijek, żeby przejść do grupy plusowej i że syn nie potępia go za to. Kołkowaty język powodował trudności w mówieniu, jednak zdołał poprosić sędziego o opiekę nad małym Johnem, chłopcem, którego nie zgodził się „uśpić”. Zdawał sobie sprawę, że jest za późno, żeby zatrzymać hibernację, gdy Bimber tłumaczył, że potrzebowałby na to chociaż dwunastu godzin, dwie łzy z zamkniętych już oczu były jego ostatnią odpowiedzią.

*

Wiedza na temat oszustwa hibernacji zataczała coraz szersze kręgi i w spokojnej dotąd Krainie z dnia na dzień narastał ferment. Banki nie nadążały z wypłacaniem pieniędzy zgromadzonych na kontach. W sklepach i na stacjach paliw stały olbrzymie kolejki i zaczynało już brakować towaru. Parlament i budynki rządowe otoczono zasiekami i kordonem wojska, a w telemediach zaczęły ukazywać się wywiady z ludźmi rzekomo odhibernowanymi. Jednak osób tych nikt nie znał, mówiły one pokracznym esperanto i powszechnie podejrzewano, że sprowadzono ich z zagranicy, żeby odegrały swoją rolę w celu uspokojenia niepokojów. Pod urzędami paszportowymi przez całe noce i dnie stały kolejki starych laborów. Natomiast plus – pozytywni pozbywali się za bezcen swoich majątków i rezerwowali bilety do innych państw. Instytuty hibernacyjne zaprzestały działalności, bo w ciągu kilku nocy większość z nich została zdemolowana, a część podpalono. Kilku generałów odmówiło przyjmowania rozkazów ze sztabu generalnego i skoncentrowało swoje oddziały w okolicy stołecznego Babilonu. Rząd i parlamentarzyści praktycznie obradowali na okrągło. Nikt nie czuł się bezpiecznie, gdyż rzesze emigrantów z Afryki pozbawione zasiłków koczowały na ulicach, rabowały sklepy i nieostrożnych przechodniów. Państwa graniczące ze Szczęśliwą Krainą wzmocniły swoje granice. Zamieszki wisiały w powietrzu.

W pociągu zdążającym ku wschodniej granicy państwa spotkali się prokurator Anton Grey z sędzią Bimberem Czadorem. Pod opieką sędziego był mały chłopiec Johnnie Walker. Obywatele z grupy plusowej nie potrzebowali paszportów, żeby przekroczyć granicę, więc po uregulowaniu najważniejszych spraw mogli opuścić Krainę Szczęśliwości. Po wyjawieniu prawdy przez dra Zubera zbliżający się do sześćdziesiątki prokurator nie zamierzał czekać na eutanazję kryjącą się pod eufemistyczną nazwą hibernacji, a diagnoza wystawiona przez niedouczonych lekarzy dla Walkera wcale nie musiała być pozytywna. Zwłaszcza jeżeli lobby gejowskie uznałoby, że chłopak może zaszkodzić komuś z nich. Idąc do swojego przedziału Bimber dostrzegł swoją byłą klientkę. Była dalej ze swoją przyjaciółką, a raczej żoną, bo według prawa były małżeństwem. Bimber witając się ze zdumieniem zauważył, że tatuaż na piersi kobiety uległ zmianie, zniknął wyraz NIE. Teraz napis głosił: BÓG ISTNIEJE. Gdy spytał jak to się stało, że po wywabieniu nie zostało żadnego śladu. Pani Lopez z uśmiechem rzekła, że przecież długopis jest łatwo zmywalny.

Na granicy pasażerowie pociągu dowiedzieli się, że władzę w państwie przejął jakiś imam czy mułła Mahmud Almanzor i mianował się Wielkim Muftim Babilonu. Zarówno dla mieszkańców , jak i dziennikarzy z innych państw, była to wiadomość zaskakująca. Owszem, wiadomym było, że na obrzeżach społeczeństwa ateistycznego funkcjonują jakieś grupy wyznaniowe, ale nikt nie spodziewał się, że któraś z nich jest na tyle liczna, żeby zagrozić funkcjonowaniu państwa. Zagraniczni korespondenci spekulowali, że ostatnie fale emigrantów z Afryki i Azji były w większości muzułmanami. Jednak ukrywali to, aby nie stracić statusu obywateli plus-pozytywnych i związanych z tym przywilejów. Wielki Mufti zdążył podjąć już kilka decyzji. Odtąd nazwa państwa brzmi Kraina Bożej Szczęśliwości i obowiązuje w niej prawo szariatu, zniesione są aborcja i eutanazja dla muzułmanów i zakazana hibernacja. Wszystkie domy rozpusty i hazardu mają być zamknięte. Członkowie rządu zostali internowani, a Sergio Gorosz założyciel państwa i jego prawodawca, został publicznie powieszony na największym placu w Babilonie przy aplauzie tysięcy ludzi. Tym sposobem kara śmierci została przywrócona. Wydzielono specjalne strefy i osadzono w nich homoseksualistów obojga płci. Odtąd tylko muzułmanie będą plus–pozytywni, reszta społeczeństwa będzie minus–pozytywna, a wszelkiej maści dewianci seksualni będą negatywni.

W mediach innych szczęśliwych krain powiało grozą. Stworzenie gett w celu oddzielenia jednych ludzi od drugich powitano z najwyższym oburzeniem, zresztą tak, jak i inne zarządzenia Muftiego. Ze szczególnym potępieniem spotkały się zarządzenia ograniczające prawa człowieka i powstanie w Europie państwa wyznaniowego. Jednak skończyło się jak zwykle na wydaniu niezbyt ostrych not dyplomatycznych. Nikt nie miał wątpliwości, że formy protestu, słabych i skorodowanych państw mogą przybrać bardziej radykalne posunięcia, choćby dlatego, że duża ilość muzułmanów w każdym z nich tworzyła piątą kolumnę, gotową w każdej chwili do rewolty. Część tytułów prasowych w państwach ościennych, przychylnie powitała nowe porządki w Krainie Szczęśliwości. Jednak należy zaznaczyć, że ich redakcje składały się z muzułmanów lub krypto-muzułmanów. Multimedia pokazywały szaloną radość w większości stolic Szczęśliwych Krajów. Można stąd wnioskować, że ich ludność, od dawna muzułmańska, w pełni akceptuje te zmiany. Przykład jednej krainy mógł stać się przysłowiową iskrą do wybuchu rewolucji w innych krajach.

Tymczasem pociąg z uchodźcami, po drodze zasilany pasażerami z innych krain, zbliżał się do granic Europy Wschodniej. Kraje te już dawno oddzielone od Zachodnich Krain Szczęśliwych, jako tak zwana Europa drugiej prędkości, miały strzeżone granice i bardzo rygorystycznie sprawdzały wjeżdżających na ich terytorium. Więc jeszcze przed granicą pojawili się celnicy i nakazali przygotować dokumenty. Bimber zauważył, że już wcześniej zniknęły hidżaby i turbany, które jeszcze niedawno zdobiły głowy wielu podróżnych. Na granicy wyjaśniła się ta zagadka. Na dużej żółtej tablicy we wszystkich językach europejskich powielone były dwa zdania: „MUZUŁMANIE NIE OTRZYMAJĄ WIZY” i „PUBLICZNE UJAWNIANIE SWOICH PREFERENCJI SEKSUALNYCH JEST KARALNE”.

– Co za dziwne państwo. Jak można być tak nietolerancyjnym. – Grey właśnie obudził się z drzemki i przyglądał się widokowi za oknem.
– Podobno to strefa najbardziej niepoprawna w Europie, a może i na świecie. Tak przynajmniej była przedstawiana w naszych mediach, ale po tym, co się u nas obecnie wyprawia to chyba nawet tu będzie lepiej. – W zamyśleniu odparł Bimber.

Siedzący obok nich mężczyzna niespodziewanie przemówił:

– Ten kraj to moja ojczyzna. Mogę panom zaręczyć, że kiedy się rozejrzycie i zadomowicie będziecie pozytywnie zaskoczeni.
– Pewnie już nie wrócimy do swojej krainy, więc będziemy musieli zaakceptować co nam tu zaproponują – rzekł Gray z kwaśną miną.
– A pan, jako patrzący z dystansu, jak pan sądzi, dlaczego się zawalił długo budowany ład naszej Szczęśliwej Krainy?

Pasażer spojrzał w okno i przez dłuższą chwilę dumał. Był to starszy człowiek, kto wie może nawet w wieku emerytalnym. Pocierając dłonią czoło zaczął w zamyśleniu mówić:

– Oczywiście bezpośrednim powodem wybuchu rewolucji było kłamstwo związane z pseudo-hibernacją, ale poprzedziły je inne kłamstwa. A na kłamstwie nie można zbudować nic trwałego. Kiedyś pewien papież powiedział mądre słowa: PRAWDA WAS WYZWOLI. Podstawą tego wszystkiego był sztuczny, a więc nieprawdziwy podział społeczeństwa w waszym kraju. Wystarczyło być murzynem albo mieć jakieś zboczenie seksualne, żeby trafić do lepszej grupy. Zwykli ludzie albo oszukiwali, że są homoseksualistami, albo przystępowali do idiotycznego programu gender, albo oddawali swoje dzieci gejom, a w zamian dostawali inne z rodzin pijackich czy narkomanów, a najlepiej jak brali dzieci kolorowe. Otwarcie granic dla imigrantów z Afryki spowodowało niekontrolowany napływ muzułmanów, którzy pobierając sowite zasiłki, przejadali większość budżetu państwa. Żeby ratować finanse wymyślono pozbycie się emerytów przez fałszywą hibernację i kółko się zamknęło.
– Przecież w każdym społeczeństwie są warstwy. Społeczeństwo bezklasowe jest utopią – ripostował Bimber.
– Oczywiście ma pan rację. Czy weźmiemy demokrację w starożytnej Grecji czy w sowieckiej Rosji, która chciała zbudować społeczeństwo bezklasowe, a wyszło jej całkiem co innego, to i tu, i tam musieli być niewolnicy. W waszej Szczęśliwej Krainie role niewolników odgrywali labory. – Widząc, że Grey już otwiera usta żeby coś powiedzieć, nieznajomy zatrzymał go ruchem dłoni. – Proszę nie zaprzeczać mieszkałem jakiś czas u was i wiem, że wyższe warstwy pracowały od trzech do sześciu godzin dziennie, a labory od dziesięciu do szesnastu. A jeśli chodzi o zarobki, były odwrotnie proporcjonalne do czasu pracy – wyście mieli trzy, cztery, a nawet pięć razy więcej od nich. Pewnie, że ludzie są różni. Jedni są mądrzejsi, drudzy głupsi, chodzi o to, żeby rządzili mądrzejsi i uczciwi. Rządy u was objął dożywotnio, jak się okazało, niejaki Gorosz cwaniak, spekulant i hochsztapler. Samozwańczy filozof, którego idea tak zwanego Społeczeństwa Otwartego właśnie się zawaliła. Jego celem było wyplenić wiarę, odwrócić znaczenie słów, występek nazwać cnotą, a potępić dobro. Wymieszani jak w tyglu ludzie mieli być bezkrytycznymi konsumentami pozbawionymi moralnych ograniczeń. Według sentencji „nic co ludzkie nie jest nam obce”, z tym, że słowo „ludzkie” w praktyce zamieniało się w „zwierzęce”. Tu gdzie teraz wjeżdżamy też są podziały, tyle że naturalne, a nie sztucznie wymyślone przez domorosłych filozofów. Słowa nie straciły tu swojego pierwotnego znaczenia, a prawo służy do karania przestępców.

Pociąg ruszył i w zapadających ciemnościach mijali właśnie jarzący się neon: RZECZPOSPOLITA POLSKA granica państwa. Jego blask oświetlał wnętrze wagonu i skupione twarze uchodźców z Krainy Szczęśliwości.

czerwiec. lipiec 2018


Dodaj komentarz

Opowiadania. Pojedynek

Stanisław Ryczek

Rys. Roland Topor

Kleofas Majtkowski zawsze miał nieciekawe przezwiska. Zarówno nazwisko, jak i imię, stanowiło inspirację dla szkolnych „kolegów” żeby mu uprzykrzyć życie. Przez wszystkie szkoły i klasy ścigały go niewybredne pseudonimy od prymitywnych w rodzaju Dupowlaz Srajkowski czy Piposław Chujkowski aż po bardziej wyrafinowane Świniopas Gaciowski czy Kulfonas Stringowski. W szkole obecnej zastosowano zbitkę nazwiska z imieniem, co utworzyło w skrót „Majtkofas”. W duchu musiał przyznać, że obecna ksywa była najmniej obraźliwa, przypominała trochę jakieś greckie nazwisko. Więc jakoś do tego przywykł, zresztą nie miał wyjścia.

Obecna szkoła Kleofasa, chociaż nominalnie zwykła zawodówka jednak była dość prestiżową, bo bez jej ukończenia dostanie się do technikum ogólnobudowlanego było niemożliwe. Więc synowie inżynierów projektantów, a nawet dyrektorów, chcąc zdobyć wykształcenie budowlane musieli zaczynać od tego najniższego stopnia.

Zgromadzenie w jednym miejscu młodzieży z domów nomenklaturowych powodowało, że atmosfera była inna, niż w zwykłych szkołach tego typu. Już w pierwszej klasie Kleoś potrafił wyodrębnić trzy grupy. Pierwsza to kujony i lizusy – ci mieli najlepsze stopnie. Druga to donosiciele i lizusy, jeśli chodzi o oceny to niewiele odstawali od poprzedników. Trzecia, do której należał on sam była najliczniejsza, to zwykli nie wyróżniający się uczniowie ze średnią ocen – dostateczny. W klasie nie było żadnej dziewczyny, właściwie we wszystkich klasach byli sami chłopcy. Jedynie klasy I A i II A były w zupełności żeńskie ponieważ szkolono w nich sztukatorki, a jak wiadomo z wytycznych tej szkoły, tylko kobiety do tego się nadawały. Podział ten zanikał dopiero w technikum, tam były już klasy mieszane.

Zespół Szkół Budowlanych, o których mowa, stosował współzawodnictwo w nauce wśród uczniów. Jak to w szkołach komunistycznych było praktykowane – stachanowcy mieli najlepiej, pod warunkiem, że dodatkowo udzielali się społecznie lub politycznie. Często jedna i druga działalność szła ze sobą w parze i ci, co należeli do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (ZSMP) lub do Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej (TPPR), musieli udzielać się w pracach przy dekoracji szkoły, z okazji różnych rocznic, obchodów itp. Oczywiście donoszenie na kolegów było dodatkowo punktowane, chociaż nie przez wszystkich nauczycieli.

Wychowawczynią klasy II C, do której chodził Kleofas, była matematyczka Penelopa Zawiślak. Była to młoda, niebrzydka i bardzo zgrabna kobieta o paskudnym charakterze sadystki. Pani Penelopa nie kryła swej przynależności do PZPR, co objawiało się szczególnie w trakcie godziny wychowawczej. Nudziła wtedy o ideałach socjalizmu, osiągnięciach nauki i techniki Radzieckiej albo podawała przykłady socjalistycznego współzawodnictwa pracy i nauki. Nie omieszkała przytoczyć przykładów bohaterskich postaw młodzieży komunistycznej, gdzie na poczesnym miejscu wymieniony był Pawlik Morozow. Jednym słowem, gdyby jej ubrać gumiaki chlupałby w nich komunizm.

Kleofasa w pierwszej klasie, z trudem, ale tolerowała – miała wtedy innego chłopca do bicia, niejakiego Zyzia Bilkiewicza, ale pozbywszy się gościa musiała sobie znaleźć innego. Dlaczego padło na Kleofasa tego on sam nie wiedział, może wpływ na jej wybór miał fakt, że się opuścił w nauce? Ale przecież takich delikwentów było więcej. Do grudnia tak dokuczyła Majtkofasowi, że miał serdecznie dość matematyki i tej całej nieszczęsnej szkoły. Niestety urywanie się z lekcji na wagary tylko pogorszyły sytuację i na półrocze groziła mu „pała” z matmy, a z kilku innych przedmiotów zawodowych też nie było lepiej. Więc, gdy dyrekcja szkoły zaczęła poszukiwać jakiegoś elokwentnego i odważnego ucznia i uczennicy do przywitania wiceministra budownictwa, który za tydzień miał złożyć „nieoczekiwaną” wizytę w wyróżniającej się wrocławskiej szkole budowlanej Kleofas zgłosił swój akces. Matematyczka była oburzona i oczywiście protestowała przeciwko wystawieniu takiego nieuka jako reprezentanta kolektywu uczniowskiego. Jednak dyrektor Apolinary Durnowicz przesłuchawszy kilku chętnych wybrał właśnie Kleofasa, nie zwracając uwagi na odrębne zdanie młodej nauczycielki.

Kleofas musiał zostać przygotowany do tego odpowiedzialnego zadania. Przede wszystkim w ekspresowym tempie zapisano go do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej oraz do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Następnie polonistka Izydora Półchłopek poprowadziła z wytypowaną parą uczniów, to znaczy z nim i Kunegundą Pękalową, uczennicą ostatniej klasy technikum, zajęcia nad tekstem powitalnym napisanym przez panią Izydorę. Przy okazji odbyła z nimi krótkie ćwiczenia z dykcji oraz odpowiedniej prezencji i zachowania się przy tak dostojnym gościu.

W dniu przyjazdu wiceministra Petroniusza Pustaka (ówczesny pierwszy sekretarz Edward Rozrzutny lubił, żeby ministrowie mieli nazwiska adekwatne do zajmowanych resortów) uczniowie dostali polecenie zadbania o ubiór i higienę, a należący do ZSMP musieli przyjść w czerwonych krawatach. Kleofasowi, który krawata nie posiadał zakupiono go z pieniędzy organizacji.

Kunegunda Pękalówna była śliczną dziewczyną o tak ujmującym uśmiechu, że Kleofas zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. I mimo, że ignorowała go jako małolata, zresztą wcale nieprzystojnego, nie zrażał się tym i ciągle robił maślane oczy do towarzyszki. Jednak w trakcie przywitania ministra Pustaka był wyluzowany, a jednocześnie nadspodziewanie dobrze poprowadził całą ceremonię powitania łącznie z przedstawieniem ministrowi dyrektorów szkoły oraz kuratorium, czym zaskarbił sobie dodatkową sympatię dyrektora Durnowicza. W trakcie kontroli, a raczej zwiedzania szkoły potrafił rozładować napiętą atmosferę ciekawymi opowiadaniami, a nawet rzucił dwa dowcipy adekwatne do sytuacji, z których Petroniusz Pustak szczerze się uśmiał.

Jednym słowem dzięki niemu wizyta wypadła znakomicie. Śliczna Kunegunda nic nie musiała mówić wystarczyło, że pięknie się uśmiechała. W trakcie uroczystego poczęstunku towarzysz minister przyrzekł załatwienie dotacji na budowę Sali gimnastycznej. Dyrektor Durnowicz obawiał się tylko czy minister Pustak będzie pamiętał o swoim przyrzeczeniu, bo w trakcie obiadu za kołnierz nie wylewał i pod koniec imprezy dosyć słabo trzymał się na nogach. Żeby jednak utrwalić jego pamięć udało się dyrektorowi namówić Kunegundę, żeby spędziła z nim noc i rano przypomniała o danym słowie. Jeżeli tego dokona świadectwo maturalne będzie miała w kieszeni i nie musi się troszczyć o przyjęcie na politechnikę. Dyrektor Durnowicz przeważnie dotrzymywał słowa.

Od tej pory nauczyciele zaczęli pozytywnie spoglądać, na jeszcze wczorajszego wagarowicza i ignoranta, Majtkowskiego. Jedynie matematyczka przez krótki czas nie zmieniła swojego stosunku do „nieuka”. Jednak po ostrej reprymendzie dyrektora musiała nabrać sympatii do pogardzanego Kleofasa.

Zdarzyło się akurat w tym czasie, że zwolniła się funkcja przewodniczącego ZSMP. Uczeń trzeciej klasy technikum Hiacynt Podgrzewacz, który do tej pory ją pełnił, nie dość, że pijany przyszedł do szkoły, co jeszcze dało by się jakoś ukryć, ale został przyłapany na sikaniu do czajnika w pokoju nauczycielskim. Oczywiście został pozbawiony funkcji oraz wyrzucony ze szkoły, mimo usilnych próśb ze strony aktywu organizacji, o darowanie winy. Nauczyciele przypomnieli sobie, że kawa w szkole już od pewnego czasu przestała im smakować, co przypisano działaniom Podgrzewacza i nie dali się uprosić, aby darować mu wrednego wybryku.

Na wakujące stanowisko dyrektor Durnowicz zaproponował Majtkowskiego mimo krótkiego stażu i oporu większości starych członków, został wybrany. Wystarczyło że dyrektor wspomniał, że w obliczu zbliżającego się końca roku szkolnego aktyw będzie potraktowany bez taryfy ulgowej, tak, jak reszta uczniów. A ponieważ niektórzy członkowie zarządu już dokładnie nie pamiętali, do której klasy chodzą taka sugestia dyrektora wystarczyła. Od zapisania Majtkofasa do ZSMP a wybraniem na szefa tej organizacji minął dokładnie miesiąc.

Pomimo obiecania Dyrowi poprawy stosunku względem Kleofasa pani Penelopa nie mogła się wyzbyć złośliwości w stosunku do niego. Chociaż stawiała mu lepsze stopnie, niż na to zasługiwał, jednak złośliwego jęzora nie potrafiła poskromić. Za inwektywy obecne i wcześniejsze świństwa nauczycielki Kleofas postanowił się zemścić. A że postanowień zawsze dotrzymywał, to cały wysiłek skierował, aby je wypełnić.

*

Matematyczka zauważyła, że od pewnego czasu zaczęły przydarzać się jej nieprzyjemne sytuacje. Pewnego razu siadając na krześle nie zauważyła pinezki, a że była to pinezka z długą szpilą solidnie to odczuła. Innym razem z półeczki znajdującej się nad jej biurkiem przewrócił się dzbanek z jakąś cuchnącą wodą i zmoczyło ją do majtek. Ubranie zmuszona była wyrzucić, bo zafarbowało się na jakiś różowo-brunatny kolor, którego nie udało się wywabić, śmierdziało przy tym tak zawzięcie, że pomimo wyrzucenia do śmietnika, czuła ten zapach jeszcze przez tydzień w domu. Złamała też obcas na jakiejś desce w swoich pięknych szpilkach kupionych w Bułgarii, gdzie spędzała ostatnie ferie zimowe. Deska, a właściwie obrzynek deski, nie wiedzieć dlaczego znalazł się w klasie i to tuż przy drzwiach, że nie sposób było go ominąć. Nie wiedziała, co o tym myśleć, bo wszystkie te wypadki miały miejsce w jej ulubionej klasie. Najlepszej klasie wśród zawodówek – II C. Nawet miała podejrzenia, że to wygłupy jakiegoś sfrustrowanego ucznia, ale klasa zachowywała się wzorowo. Nikt się nie śmiał z jej nieszczęść, uczniowie zawsze udzielali jej pomocy, a Kleofas, do którego miała największe podejrzenia, bywał szczególnie aktywny i pomocny w tych wypadkach.

*

Po wyborze Majtkofasa na szefa ZSMP już nikt nie nazywał go w ten sposób. Od tego czasu zaczął obowiązywać zwrot kolega Kleoś. Nawet ci z maturalnej klasy technikum chcąc coś załatwić pytali nie o Majtkowskiego, tylko o kolegę przewodniczącego albo o kolegę Kleosia. Czasem tylko ktoś nie należący do organizacji nazywał go dawnym przezwiskiem, jednak z czasem i oni się naprostowali. Zresztą ci nienależący byli w mniejszości. Było ich osiemnastu, a „kolegów” pod dowództwem Majtkowskiego dwudziestu.

Kiedy dyrekcja zarządziła, że każdy uczeń ma dostarczyć 10 kilo makulatury w ramach ogólnopolskiej zbiórki, Kleofas z ramienia organizacji zobowiązany był do kontroli tego przedsięwzięcia. W czasach permanentnych niedoborów papieru toaletowego uzbieranie takiej ilości makulatury nie było łatwe (Trybuna Ludu i Gazeta Robotnicza miały miękki papier i świetnie zastępowały braki srajtaśmy). Kiedy przypadł dzień zbiórki w jego klasie, Kleoś postanowił przyjrzeć się temu szczegółowo. Pogadał z magazynierem, że go zastąpi na dwie godzinki (tego dnia pełnił tę funkcję niejaki „Karmazyn” kolega z II klasy technikum) i chętnie się na to zgodził.

Kleofas wiedział, że uczniowie będą oszukiwać. Waga makulatury musiała się zgadzać, więc aby uzupełnić braki papieru wielu uczniów obciążało paczkę jakąś cegłą lub innym „odważnikiem”. Na celownik wziął „kolegów” ze swojej organizacji. Niezrzeszonych sprawdzał tylko niekiedy i niezbyt dokładnie. Do sprawdzania przyszykował sobie długą, zaostrzoną stalową szprychę i nią nakłuwał pakunki wybranych kolegów. Te w których wyczuł coś twardego odkładał na bok, podpisawszy wprzódy przez kogo zostały przyniesione. Tym sposobem wykrył oszustwo większości swoich organizacyjnych kolegów. Po czym wzywał ich po kolei i mówiąc o swoim odkryciu stosował drobny szantaż. Pokazując paczkę delikwenta podpisaną i odłożoną na boczku, twierdził, że będzie musiał powiadomić dyrektora o oszustwie. A kiedy kolega był już naprawdę przestraszony dawał mu szansę poprawy. Za drobną przysługę godził się wymazać nazwisko z jego paczki i wrzucić ją na anonimową stertę makulatury. Chłopcy godzili się spełniać „prośby” Kleofasa, bo dekonspiracja oszustwa przed dyrem mogła skutkować wyrzuceniem z organizacji, a wtedy żegnaj kariero. Jeszcze ci najzdolniejsi mogli zostać przyjęci do technikum, ale o studiach mogli zapomnieć. Żeby zachować dowody rzeczowe nie pozwolił „Karmazynowi” ruszać odłożonej kupki paczek, dopóki polecenia nie odwoła.

Prośby Kleofasa były różne, ale zawsze dotyczyły wyrządzenia jakiegoś psikusa matematyczce. Tak więc Wincenty Dudek dostał za zadanie podłożenie pineski na jej krześle. Pineskę dostarczył Kleoś była pomalowana jasnoorzechową plakatówką w kolorze krzesła więc nie odróżniała się od podłoża. Kleoś miał wiele satysfakcji widząc jak zołza zerwała się i trzymając się za tyłek z piskiem biegała dokoła biurka. Później były inne wspomniane wcześniej zlecenia, jak oblanie jej śmierdzącą i brudną wodą perfekcyjnie wykonane przez Tadka Piątka, czy podłożenie drewnianego obrzynka przez Lucka Puzona. Lucek musiał kilka razy go podkładać, żeby babsko w końcu na niego wlazło. W repertuarze była też żywa mysz w torebce, która wyskoczyła tak gwałtownie na babę, że ta o mało nie zemdlała. Ciekawy dowcip musiał wykonać Gromosław Najmita. Otóż jego zadaniem było niepostrzeżenie zatkanie szmatą rury wydechowej w „maluchu” Zawiślakowej. Jednak najlepszy kawał Kleofas szykował jej na pierwszego maja.

W tym dniu, jak co roku, wszyscy uczniowie zrzeszeni lub niezrzeszeni musieli wziąć udział w pochodzie. Transparenty i hasła mieli przygotować „koledzy” zetesempowcy. I właśnie tu miał wykazać się niejaki Olek Kwaśniewski z powodu częstego chlania zwany „Moczymordą”. Tablica przez niego wykonana miała mieć tzw. drugie dno. Czyli pod jednym napisem prowizorycznie przymocowanym miał znajdować się drugi nieco zmodyfikowany.

*

Nie było ważniejszego „święta” dla komuny niż święto pierwszego maja. Nawet rocznica rewolucji październikowej obchodzona 7 listopada nie była tak hucznie świętowana jak święto majowe. Angażowane były zakłady pracy, PGR-y, instytuty naukowe, dzieci przedszkolne, kluby sportowe, szkoły, wojsko, emeryci, kombatanci itd. itp. Jednym słowem wszyscy, których można było zachęcić jakąś darmówką albo zmusić groźbą. Pochód pierwszomajowy musiał być imponujący jako, że wyrażał poparcie obywateli miast i wsi dla ekipy rządzącej.

Jak w poprzednim roku ustawiono uczniów klasami. Wychowawcy na czele, każdy przed swoją klasą. Kleofas wymyślił, żeby niezrzeszeni uczniowie ubrani byli tak samo jak zetesempowcy, ale zamiast czerwonych krawatów mieli żółte kokardy. Ktoś załatwił wielką szpulę żółtej wstęgi i właśnie z niej porobiono kokardy. Następnie ustawiono na przemian krawat, kokarda, krawat. Pani Penelopa była zachwycona, bo jej klasa wyglądała najlepiej. Ona sama ubrana w strój organizacyjny jak jej uczniowie, w białą bluzeczkę, granatową spódnicę i wielką czerwoną kokardę z dużym hasłem wręczonym jej przez przewodniczącego Kleofasa prezentowała się wspaniale.

Samo maszerowanie jest fajne, ale oczekiwanie na wymarsz było okropne. Słonce dawało się we znaki wszystkim. Uczniowie oparli swoje czerwone szturmówki o ścianę budynku. Nauczyciele uciekli do cienia. Gdy Kleofas przepchnął się do swojej wychowawczyni z butelką wody mineralnej była mu naprawdę wdzięczna, bo pragnienie solidnie jej dokuczało, tym bardziej, że wczoraj świętując wigilię robotniczego święta, nieco za dużo wypiła. No, a dziś wiadomo – susza w ustach.

Właśnie oddawała pustą butelkę swojemu współczującemu uczniowi, kiedy dano znak, żeby ruszać. Kleofas szybko podał jej transparent i popędził ustawiać klasę w odpowiednim szyku. Penelopa mimo, że uważnie stawiała nogi, żeby nie złamać obcasa w jakiejś nierówności ulicy, zauważyła, że publiczność flankująca pochód zwraca na nią szczególną uwagę. Niedaleko trybuny honorowej zaczęto pokazywać ją palcami, a jakiś reporter zrobił jej zdjęcie. Początkowo brała to za dobrą monetę. W końcu była świadoma własnej atrakcyjności, ale kiedy zobaczyła na niektórych twarzach zdziwienie, a nawet oburzenie, zaczęła się niepokoić. Nawet obejrzała się na klasę czy wszystko w porządku, ale chłopcy maszerowali w nienagannym szyku. Jacyś ludzie coś do niej krzyczeli, ale szum szturmówek, megafony i orkiestra zagłuszały te odgłosy. Gdy była już pod trybuną podbiegł do niej milicjant i chwyciwszy ją za rękę zaczął ciągnąć gdzieś w bok. Za trybuną w jakiś krzakach zaczął jej wymyślać od bezczelnych dziwek i wyrwał jej drzewce z transparentem. Oburzona takim chamstwem walnęła go w twarz.

Od pierwszego uderzenia pałką zrobiło jej się ciemno w oczach, ale następne ją ocuciły. Nie liczyła uderzeń, ale kiedy znalazła się w nysce bolały ją plecy, łydki i tyłek. Lewy policzek pulsował boląco i czuła jak puchnie jej warga. Całe zdarzenie było tak nieoczekiwane, że całkiem straciła zwykłą pewność siebie. W trakcie bicia przyłączył się jeszcze jeden cywil, znajomy milicjanta, bo mówili sobie po imieniu. Jeszcze w suce powtarzała ciągle ten samą frazę: „ale za co?”.

Dopiero kiedy odczytała swój transparent wrzucony do nyski przez milicjantów, przestała zadawać to pytanie. Tam gdzie wcześniej widniało piękne hasło: „MŁODZIEŻ ZAWSZE Z PARTIĄ” teraz nie wiadomo jak pojawiło się bezczelna sentencja: „MŁODZIEŻ MA PARTIĘ W DUPIE”. Przy czym ostatni wyraz był wyeksponowany grubą krechą.

*

Wzywani do dyrektora uczniowie solidarnie stwierdzili, że nic nie wiedzieli o transparencie z takim hasłem. W końcu Kleofas Majtkowski stwierdził, że widocznie matematyczka przyszła z gotowym transparentem z domu. Więc dyrektor pozbawiony został wyboru i musiał ją zwolnić. Po jego decyzji wszyscy uczniowie odetchnęli z ulgą i nikt już nie pocił się ze strachu przed matematyką. Zresztą i nauczycielom było przyjemniej, gdy nie czuli wścibskiej obserwacji partyjnej aktywistki.

Aresztowanie inżyniera Majtkowskiego nastąpiło kilka dni po sierpniowych rozruchach. Okazało się, że bezpieka dysponuje jego zdjęciem przy płonącej nysce na placu Pereca. Na nic się zdało tłumaczenie, przecież mieszka tuż obok, więc przyszedł, żeby zobaczyć czy nie trzeba udzielić pomocy jakiemuś milicjantowi. Nie uwierzono mu, bo na innym zdjęciu uchwycony został przy budowie barykady. Młody esbek po skończonym przesłuchaniu zamiast odprowadzić go z powrotem do celi milicyjnego aresztu, skręcił w inny korytarz i po kilkunastu metrach wprowadził go do przyciemnionego pokoju. Przy świetle nocnej lampki stojącej na biurku jakaś kobieta w cywilu stukała na maszynie. Kleofas wpatrzony w otwarte okno bezwiednie się do niego zbliżył. Z wysokości pierwszego piętra spojrzał na ciemną ulicę. Było po deszczu światło latarni odbijało się w mokrym bruku, pachniało ozonem. Wieczór był ciepły, a ulica kompletnie pusta. – No tak – pomyślał – przecież już po dziesiątej, a od kilku dni znowu obowiązuje godzina milicyjna.

– Odejść od okna! – Krzyk funkcjonariuszki był bardzo ostry – pod ścianę i ręce trzymać na widoku.

Wykonał polecenie, a właściwie rozkaz i pomyślał, że skądś zna ten wredny głos. W pewnej chwili maszynistka przerwała pisanie i skierowała snop światła w jego kierunku. Po sekundzie usłyszał jej sztucznie przesłodzony głos:

– O jakie miłe spotkanie. Pan Majtkowski Kleofas – czyżby dopuścił się pan przestępstwa? – Teraz przypomniał sobie ten wredny sopranik, już wiedział, że funkcjonariuszka to jego dawna matematyczka.
– Niestety zaistniała pomyłka i zostałem niesłusznie oskarżony, ale mam nadzieję, że wszystko szybko się wyjaśni. – Ale w duchu dodał – że też tę mendę przyjęli do bezpieki po tamtym numerze. No, ale teraz, to ja dostanę za swoje.
– Pomyłka czy nie, zostaje obywatel internowany w ośrodku odosobnienia w Nysie na czas nieokreślony. Proszę podpisać odbiór decyzji o internowaniu.

Kiedy Kleofas podpisywał dokument Penelopa zwróciła się do esbeka.

– Panie inspektorze proszę zająć się szczególnie troskliwie panem Kleofasem, bo jest on moim bardzo dobrym znajomym.

Troska ta przejawiać się zaczęła już nazajutrz. W trakcie wieczornego przesłuchania, podczas, którego odmówił składania wyjaśnień, został wprowadzony do ciemnego pokoju przez trzech esbeków i zaczęło się bicie. Wyglądało ono w ten sposób, że kazano mu się obracać dookoła, a w tym czasie następowały uderzenia pałką w nogi albo w plecy albo ręką w twarz albo pięścią z góry w czubek głowy. Całość dokonywała się w ogłuszającym huku, ponieważ jeden z nich naparzał pałką w metalową szafkę. Nie wiadomo czy łomot miał zagłuszyć jęki Kleofasa czy dodatkowo spowodować jego dezorientację.

Mimo, że przyznał się do wszystkiego i podpisał protokół, co kilka dni był wzywany na dyżurkę lub do pustej celi, gdzie czekało go dwóch lub trzech zomowców, którzy prali go pałami długimi na osiemdziesiąt centymetrów. Chociaż miał być przewieziony do obozu internowania w Nysie trzymano go cały miesiąc w pojedynczej celi w areszcie milicyjnym, tylko po to, aby dawać mu wycisk. Nawiasem mówiąc do Nysy nigdy nie został zawieziony, ale po odsiedzeniu w Areszcie Śledczym następnych trzech miesięcy wyrokiem sądu został skazany za udział w spaleniu nyski MO, na rok więzienia, który odsiedział we Wronkach. Po tych przeżyciach pozostał mu niedowład nogi spowodowany przesunięciem kilku kręgów, puste miejsce po siedmiu zębach oraz okresowe zakłócenia równowagi.

Demonstracja przed sejmem miała być pokojowa, ale manifestanci byli coraz bardziej agresywni. W kulminacyjnym momencie zaczęli pluć, kopać, a nawet gryźć policjantów. Metalowe barierki mimo, że podpierane przez policję zaczęły się przechylać grożąc przewróceniem. Kapitan Biura Ochrony Rządu kierujący ochroną parlamentu zarządził, aby zatrzymać osoby najbardziej agresywne. Funkcjonariusze BOR-u zatrzymali sześć osób wyręczając policjantów, którzy najwidoczniej mieli rozkaz, aby nie dać się sprowokować. Kapitan Majtkowski miał to gdzieś. Chociaż i on dostał podobny rozkaz, nie zamierzał tolerować jawnego i bezczelnego łamania prawa. Zresztą zatrzymania dokonały się bez bicia i niepotrzebnego szarpania. Grupa borowców w cywilu, co najmniej pięciu wskakiwała w tłum chwytała agresora za ręce, a czasem również za nogi i przerzucała przez barierkę w ręce drugiej już czekającej grupy. Chłopy były dwumetrowe, więc łatwo potrafili poradzić sobie z tym zadaniem. Już po akcji jedna z demonstrantek drzewcem od transparentu dźgnęła policjanta w oko. Jego koledzy widząc tę napaść już nie patyczkując się brutalnie wciągnęli babę za barierkę, zakuli w kajdanki i odwieźli na komendę.

*

Wszystkie media niechętne rządowi natychmiast puściły w eter odpowiednio spreparowaną informację, że reżimowa władza aresztowała pokojowych demonstrantów i jako przykład brutalności pokazano scenę przeciągnięcia kobiety przez barierkę. Scena była tak drastyczna, że minister spraw wewnętrznych natychmiast zadzwonił do komendanta głównego policji z interwencją. Dopiero w głównym wydaniu dziennika pokazana została napaść na policjanta i jego okaleczenie. Bo jak orzekli lekarze oka nie udało się uratować.

Wszyscy aresztowani zostali jeszcze tego samego dnia zwolnieni. Dla części z nich postawiono zarzuty naruszenia nietykalności policjantów. Jedynie kobieta została zatrzymana. Postawiono jej zarzut napaści i okaleczenie funkcjonariusza państwowego. A ponieważ ostatnio mieszkała u córki w Londynie istniała możliwość jej ucieczki za granicę, wydano więc nakaz aresztowania.

*

Kapitan Majtkowski przejrzał dokumenty aresztowanej, zanim poprosił o jej wezwanie. Po dokładnym przyjrzeniu się delikwentce stwierdził:

– Znowu się spotykamy pani profesor albo pani esbek, już nie wiem, jak mam panią tytułować. – Po urodzie Penelopy niewiele zostało. Solidna nadwaga, starcze plamy i przebarwienia na rękach i twarzy, no i te paskudne zmarszczki zupełnie zmieniły tak atrakcyjną kiedyś kobietę. Jedynie dawna bezczelność jej nie opuściła.
– Co to za impertynencje, czyżbyśmy się znali?
– Oczywiście, że się znamy. Pozwoli pani, że się przypomnę Kleofas Majtkowski, ten sam, któremu we wrześniu 1982 roku, wypisując decyzję o internowaniu, kazała pani szczególnie się zaopiekować. Prośba pani została spełniona. Zaopiekowano się mną solidnie, ale teraz ja się panią zaopiekuję i niech mi pani wierzy, odczuje to pani na pewno.
– Jakoś nie przypominam sobie sytuacji, o których pan mówi. Poza tym nigdy nie pracowałam w SB.
– Och, pani Penelopo, po co ta ciuciubabka. Sprawdziłem kartotekę MO z lat stanu wojennego. Figuruje tam pani w stopniu sierżanta, ale już w 1985 jako chorąży służby bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że szybko pani awansowała. Ale po zapoznaniu się z karierą pani męża zrozumiałem skąd te ekspresowe awanse. A teraz proszę opowiedzieć o dzisiejszym ataku na policjanta, bo czasu szkoda. O starych historiach porozmawiamy innym razem, będziemy mieli na to jeszcze dużo czasu.
– To był wypadek, a nie zamierzona działalność. Nie przyznaję się do zamachu na policjanta i nie zamierzam z panem więcej rozmawiać ani o starych, ani o nowych czasach. I niech pan mnie nie straszy dziś są inne czasy, tylko spróbujecie mnie tknąć, a TVN i Gazeta Wyborcza zrobią z tego taki materiał, że wyleci pan ze służby z hukiem.
– No cóż pani wybór, jak się pani zastanowi proszę dać znać, że chce pani rozmawiać.

*

Kierownik remontowanego odcinka drogi, otrzymał od swego dawnego kolegi szkolnego, esemesa z prośbą o spotkanie, ale koniecznie na terenie jego budowy. Prośba była dziwaczna, bo żeby wspominać dawne czasy lepsza by była jakaś zaciszna kafejka, a nie rozmowy przy akompaniamencie młota pneumatycznego, piły diamentowej, koparek i innego ciężkiego sprzętu. Ale skoro Kleofas się uparł, to niech tam, Zyzio nie odmówił dawnemu kumplowi.

Kiedy usiedli w dusznym baraku Kleofas wyjaśnił, że potrzebuje nagrania odgłosów budowy dla córki, która do swojej pracy magisterskiej dotyczącej akustyki potrzebuje takiej kakofonii.

Po nastawieniu sprzętu tuż przy prowadzonych robotach koledzy powspominali swoje historie. Zyzio Bilkiewicz opowiedział jak po wyrzuceniu z pierwszej klasy kontynuował swoją edukację kończąc na technikum budowy dróg i mostów. Obecnie po rozwodzie zaczyna nową przygodę z niedawno poznaną w trakcie urlopu nad morzem piękną Heleną (tak ja nazywał).

Kleofas z kolei opowiedział jak w dziewięćdziesiątym rozpoczął studia prawnicze i po ich ukończeniu udało mu się dostać do BOR-u, gdzie do tej pory pracuje. Było oczywiście trochę wspomnień szkolnych oraz z czasów stanu wojennego, kiedy obaj działali w podziemiu. Oczywiście każdy gdzie indziej, bo Zyzio mający rodzinę na wsi miał wtedy bliżej do Solidarności Rolników Indywidualnych, a Kleofas w Solidarności Walczącej zbierał materiały dla radia SW. Ponieważ rozmowa była ciągle przerywana telefonami oraz wydawaniem dyspozycji robotnikom postanowili spotkać się w przyjemniejszym miejscu po wcześniejszym telefonicznym umówieniu się.

Jeszcze w tym samym dniu nagranie z budowy drogi zostało po odpowiednim nagłośnieniu włączone w celi Penelopy. Taśma po zapętleniu działała dzień i noc, przedtem dokonano odpowiedniej izolacji wygłuszającej, aby nie zakłócać spokoju w innych celach i na korytarzu.

*

Po trzynastu dniach od tej rozmowy Penelopa zdecydowała się napisać oświadczenie. Było ono wielokrotnie zmieniane, gdyż kapitan Majtkowski odrzucał każde nieprawdziwe stwierdzenie. Tak więc po wielu nieudanych próbach i wielu pertraktacjach powstał dokument, który w końcu zadowolił kapitana.

OŚWIADCZENIE

Ja niżej podpisana przyznaję, że w dniu 02 sierpnia 2018 roku uderzyłam policjanta drzewcem od tablicy z hasłem w twarz. Jednocześnie zaznaczam, że nie było moją intencją, aby go okaleczyć, więc fakt, że oko zostało wybite przypisuję wypadkowi. Do udziału w manifestacjach organizowanych przez organizacje niechętne rządowi skłonił mnie fakt odebrania mi i mojemu mężowi dużej części naszych emerytur. Bezczelna ustawa sejmowa z 2017 roku, odbierająca nam – byłym pracownikom Służby Bezpieczeństwa nabyte prawa emerytalne, skłoniła nasze środowisko do intensywnych działań w celu obalenia obecnego rządu. Zaznaczam, że działaliśmy pro publiko bono i nie domagaliśmy się zapłaty za swój czas ani zwrotu kosztów za środki transportu. Nawet transparenty i tablice z napisami wykonywaliśmy z mężem sami w domu. Również ostatnią tablicę z napisem OBYWATELE RP MAJĄ RZĄD W DUPIE, wykonałam samodzielnie. Wspominam o tej sprawie, ponieważ większość działaczy pobiera stałą pensję od różnych fundacji i organizacji pozarządowych, skądinąd wiem, że pieniądze te pochodzą ze źródeł zagranicznych. Uważam, taką bezideowość za oportunizm i jej nie popieram, chociaż nie potępiam. Wiem, że dla tych młodych ludzi jest to jedyne źródło utrzymania, ponieważ organizacja zadym zabiera im tyle czasu, że nie mają już kiedy pracować zawodowo. Obawialiśmy się, że nasze protesty wygasną, bo społeczeństwo polskie za nic miało niesprawiedliwość, którą nam wyrządzono. Na szczęście sejm zajął się modernizacją ustawy o sądach i to napędziło nasz ruch, bo już nie tylko my funkcjonariusze z rodzinami, ale i dawni nasi sędziwie oraz ich rodziny włączyli się w demonstracje. Kiedy mimo tego społeczeństwo nie poparło naszych protestów, dostaliśmy polecenie od naszych przywódców, aby sprowokować policję do użycia siły. Gdy poleje się krew, mówiono, a nasze stacje telewizyjne i gazety odpowiednio to pokażą, będzie szansa, że zwykli ludzie nas poprą i zwycięstwo będzie nasze. Przy założeniu, że instytucje unii europejskiej nas poprą, co jest więcej niż pewne, oraz po wewnętrznych agresywnych demonstracjach rząd będzie miał tylko dwa wyjścia – albo użyć sił policyjnych albo ustąpić. A znając ich miękkość jest niemal pewne, że nie odważą się użyć siły.

Mając na uwadze powyższe instrukcje i widząc zatrzymanie naszych demonstrantów postanowiłam zadziałać zgodnie z nimi i wtedy wydarzył się ten wypadek. Czego bardzo żałuję.

Penelopa Zawiślak

Po napisaniu tego oświadczenia kapitan Majtkowski obiecał przeniesienie Penelopy do innego miejsca w areszcie, gdzie nie będzie słychać odgłosów remontu. Oczywiście dotrzymał słowa i po trzech dniach od tej rozmowy zasnęła w końcu w cichej celi.

Po dwóch miesiącach od aresztowania Penelopa doczekała się procesu. Po którym została skazana na zapłacenie trzech tysięcy złotych kary oraz dwunastu tysięcy tytułem odszkodowania dla policjanta. Sąd w osobie sędziego Igora Trulei nakazał natychmiastowe zwolnienie oskarżonej i stwierdził, że może ona dochodzić odszkodowania, bo decyzja o jej aresztowaniu została wydana z naruszeniem prawa, gdyż zabrakło pieczątki nagłówkowej sądu. Właściwie pieczątka była, ale niezbyt czytelna.

Oczywiście w drugiej instancji ten bezczelny wyrok został uchylony, jednak media ogłosiły złamanie prawa przez BOR i policję, co dodatkowo obniżyło notowania rządu w unijnych ośrodkach decyzyjnych. A szum medialny wypromował osobę Penelopy jako męczennicy opresyjnego systemu, a że przypadł akurat czas wyborów parlamentarnych największa partia opozycyjna wstawiła ją na swoją listę. I tym sposobem Penelopa Zawiślak została posłanką do parlamentu. Sądy niewydolne i skorumpowane tak długo ociągały się z wydaniem prawomocnego wyroku, aż sprawa uległa przedawnieniu.

Kapitan Majtkowski został wywalony ze służby tuż przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Z uwagi na chory kręgosłup i podeszły wiek nie mógł znaleźć pracy. Wystąpił co prawda o rentę inwalidzką, ale jego podanie zostało odrzucone jako bezzasadne. W końcu Zyzio Bilkiewicz dał mu stanowisko stróża na swojej budowie. Czasem można było go spotkać nad ranem penetrującego śmietniki w celu pozyskania metali kolorowych i makulatury.

Poprzysiągł zemstę za takie potraktowanie jego osoby. Pozostało ustalenie kogo obejmie wendetta. Poruszywszy wszystkie znajome sprężyny w służbach, a przez te lata pracy w BOR miał dość dużo znajomości. Doszedł, że nieoficjalna decyzja, czy raczej zlecenie wyszło z sejmu. Nazwiska zleceniodawcy nie zdołał ustalić, ale w sejmie była tylko jedna osoba, która miała do niego jakiś żal, była to Penelopa Zawiślak.

*

BMW X6, najnowszy nabytek Penelopy, wprost płynęło po drodze szybkiego ruchu. Aż żal było go wstrzymywać, 200-konny silnik dosłownie sam się rozpędzał nie musiała prawie wciskać pedału gazu. Gdy komputer pokładowy wyświetlił jakiś komunikat na jaskrawo czerwony kolor trochę się przestraszyła zwalniając pedał gazu. Dopiero jak włączył się ostrzegawczy sygnał dźwiękowy wcisnęła hamulec. Jednak pedał gazu nie stawiał oporu, a auto nie zwolniło. Coś się stało z hamulcem – pomyślała – trzeba wyhamować skrzynią biegów. Znała oczywiście ten sposób, w końcu od prawie trzydziestu lat jeździła różnymi autami. Spojrzała na prędkościomierz pokazywał 180 kilometrów na godzinę. – O cholera trochę przesadziłam – pomyślała. Wrzuciła niższy bieg i auto zwolniło do 150 km. Niestety przed nią dwa TIR-y zajęły obydwa pasy, bo jednemu z nich zachciało się wyprzedzać. Kilkaset metrów to zbyt mało, wiedziała, że nie wyhamuje na tak krótkim odcinku. Pozostał jeszcze najbardziej skrajny pas awaryjny, skręciła mocno w prawo, żeby się na nim znaleźć i uniknąć uderzenia w tył ciężarówki. W ostatniej chwili zobaczyła stojącą na poboczu koparkę, nie było szans żeby ją ominąć…

*

Kleofas odzyskał przytomność w szpitalu chorób płuc przy Grabiszyńskiej. Jak się tam znalazł zupełnie nie pamiętał. Pół roku temu po rozwodzie, którego przyczyną był brak pieniędzy i częste zapijanie stresu przez Kleofasa, sąd przyznał mieszkanie jego byłej żonie i tym sposobem został bezdomnym. To prawda, że ostatnio nie dojadał, a w zimie mróz dał mu ostro po tyłku, jednak nie przypuszczał, że może być z nim tak źle. Dawno zaleczona gruźlica, która dopadła go jeszcze w latach 80-tych we wronieckim więzieniu, odnowiła się, a ostatnie przeziębienie spowodowało, jak to się kiedyś mówiło, galopujące suchoty. Rano na obchodzie lekarka nie owijając w bawełnę powiedziała, że rokowania są złe. Okazało się, że w trakcie ostatniego krwotoku stracił zbyt dużo krwi. Transfuzja oczywiście uzupełniła te braki, ale postępy choroby były już nie do naprawienia.

Pamięć wydarzeń z ostatniej nocy powoli wracała. Z jej fragmentów starał się odtworzyć zatarty film. Coś mu się kojarzyło, że wypił ćwiartkę wódki, ale wcześniej kilka piw i chyba wino z jakimś przygodnym kolegą, a może był to zwykły menel? Potem wymiotował w jakiejś bramie i chyba wtedy stracił przytomność. Ale to nie wszystko, pozostała brakująca luka zawierająca jakieś ważne zdarzenie. Tylko co to było?

Teraz był tak osłabiony, że pielęgniarki musiały go karmić. Ze swojego łóżka widział dość dobrze ekran telewizora, ale fonia była fatalnie ustawiona, więc niewiele dało się usłyszeć. Zresztą mało go obchodziło, co się działo na ekranie. Czekał na jakąś wiadomość, tylko wyleciało mu z głowy na jaką. Wiedział, że będzie nadana w telewizji i chyba nadzieja, że ją usłyszy trzymała go jeszcze przy życiu.

W czasie wieczornych wiadomości, był już w malignie, jednak w przebłysku świadomości, zobaczył rozbite czarne BMW z wrocławską rejestracją. Naszła go myśl, że przecież zna to auto. I to w nim ostatniej nocy uszkodził przewód hamulcowy. Małe nacięcie w metalowej rurce zaklejone plastrem, żeby nie ciekło na postoju. Kałuża pod autem mogłaby zbyt wcześnie zdekonspirować uszkodzenie. Wiedział, że pierwsze naciśnięcie pedału hamulca rozerwie plaster i płyn hamulcowy wytryśnie w ciągu kilku minut. Nie wiadomo czy kontaktował jeszcze, kiedy któryś z pacjentów wyraził żal, że na drodze ekspresowej S-3 zginęła bardzo sympatyczna posłanka z Wrocławia.

Sierpień 2018