Opowiadania. Baśń o Krainie Uśmiechu

Stanisław Ryczek

Rys. Stanisław Ryczek

Bardzo dawno, będzie ze 100 lat temu, powstała wesoła Kraina Uśmiechu.

Prawdę mówiąc kraina ta istniała już znacznie wcześniej, jednak królowie ościennych państw uknuli spisek i pokonawszy, z pomocą zdrajców targowiczan wielką krainę, zajęli jej terytorium. Co spowodowało wymazanie tej krainy z mapy świata.

Ale kiedy znów się odrodziła zauroczyła wszystkie kraje swoją wesołością, pieśnią i uśmiechem. Taką więc przyjęła nazwę – Kraina Uśmiechu. Ludzie mieszkający tam byli życzliwi dla innych, często uśmiechali się do siebie, a nawet kłaniali się zupełnie nieznajomym, co w innych królestwach było nie do pomyślenia. Jeszcze jedna rzecz wyróżniała naszą Krainę – otóż skłonność jej mieszkańców do śpiewu. Czy to na wsi, czy w miastach – nie było dnia, żeby ludzie nie śpiewali.

Tak więc śpiewali w pracy i w domu, na podwórku i na ulicy, rano w południe i w nocy. Dzieci śpiewały w szkole i w przedszkolu, w domach nawet zasypiając nuciły sobie kołysanki.

Jednak dwie krainy sąsiadujące z wesołą krainą nie były zachwycone radością jej mieszkańców. Król krainy zachodniej Adolf Krzykliwy zawarł sojusz z królem krainy wschodniej Józefem Wąsatym i postanowili ukrócić wesołość w Krainie Uśmiechu. Nocą, gdy wszyscy jeszcze spali, napadli znienacka śpiących ludzi.

Najpierw Adolf Krzykliwy ze swoim wojskiem pokonał żołnierzy wesołej krainy, a dopiero potem jak była już droga wolna, wkroczył Józef Wąsaty twierdząc, że budzik mu nie zadzwonił i dlatego się spóźnił.

W krainie naszej nastał smutek, już nikt nie śpiewał wesołych piosenek, a jeżeli już było słychać śpiew, to były to piosenki smutne, a nawet pogrzebowe. Zgnębionym i głodnym ludziom nie było ani do śmiechu, ani do śpiewu.

I pewnie taki stan rzeczy pozostałby już do końca świata, bo dwa królestwa będące w sojuszu z Krainą Uśmiechu ani myślały jej pomóc zwalczyć najeźdźców.

Na szczęście Adolf Krzykliwy pokłócił się z Józefem Wąsatym i wybuchła między nimi wojna, w wyniku której Józef Wąsaty pokonał Adolfa. I teraz on stał się władcą całej wesołej Krainy.

Jednak ludziom nie żyło się wcale lepiej, bo namiestnicy króla Józefa Wąsacza byli takimi samymi ponurakami, jak i on.

Wszystkie smaczne artykuły, włącznie z lodami malinowymi, były przydzielane tylko draniom w czerwonych i niebieskich kubrakach, których zadaniem było pilnowanie ciężko pracujących ludzi, żeby nie ustawali w pracy i nie śpiewali wesołych piosenek. Wszystkie ordery uśmiechu zostały skonfiskowane, wesołe miasteczka zamknięte, a ceny smacznych potraw i lodów malinowych poszły w górę tak bardzo, że zwykłych ludzi nie było na nie stać.

Stwierdzono odgórnie, że dawne wesołe piosenki są zakazane, a odtąd śpiewane będą piosenki chwalące Józefa Wąsacza i jego namiestników: Bolesława Donosiciela, Wiesława Łysego, Edwarda Rozrzutnego i Wojcieszkę Ślepowrona.

Na 50 lat została zmieniona nazwa krainy, już nie była Krainą Uśmiechu, ale Ludową Krainą Nieśmiechu.

Ludową, bo zarówno Józef Wąsacz, jak i jego namiestnicy chcieli, żeby ludzie uwierzyli, że nikt ich do niczego nie zmusza tylko, że to oni sami chcą być ponurzy.

I trwało to bardzo długo, nawiasem mówiąc, namiestnicy oraz służący im dranie i zbóje mieli nadzieję, że będzie tak już zawsze. Jednak ludziom znudziło się w końcu ponuractwo. Podnieśli bunt i utworzyli wesołą gromadę.

Na czele tej gromady stanął wesoły elektryk Leszek. Ponuracy dzierżący władzę w krainie musieli zgodzić się na żądania gromady, ponieważ zgromadzeni w niej ludzie zagrozili, że przestaną pracować i nie będzie smakołyków.

Ponuracy bardzo przyzwyczaili się do smacznego jedzenia, a szczególnie do lodów malinowych, dlatego ciężko im było z nich zrezygnować, więc wyrazili zgodę na powstanie związku śpiewaczego.

Radości nie było końca, a piosenki śpiewano ciągle w każdy dzień, a nawet w nocy. Ludzie, których zawsze przekonywano, że ponuractwo jest najlepszym lekarstwem na wszystkie niedostatki i bolączki nigdy w to nie uwierzyli. Pamiętali przecież jak wesoło było zanim królowie Krzykacz i Wąsacz napadli na ich krainę. Teraz mogli w końcu wyrazić swą radość z powrotu uśmiechu i wesołych piosenek.

Jednak radość nie trwała długo, bo którejś nocy, a było to w zimie, Wojcieszko zwany Ślepowronem zakazał śpiewać i śmiać się. Skonfiskował wszystkie książeczki z piosenkami, a tych co najgłośniej śpiewali kazał swoim służącym draniom pozamykać w ponurej ciemnicy. Jednak oni nawet tam śpiewali, choć już nie tak wesoło.

Znów wróciły czasy ponure, ciemne i zimne. Smaczne rzeczy (takie jak: cukier, mąka, kiełbasa, wódka itp.), których dziś pełno w marketach, były przydzielane w niewielkich ilościach i tylko na kartki, a lodów malinowych nikt już nie dostawał. Jedynie dranie w czerwonych kubrakach i zbóje w niebieskich objadali się nimi jak dawniej.

Ale mieszkańcy krainy nie zaprzestali swojej konspiracyjnej pracy, aby wróciły dobre czasy wesela i uśmiechu. Angażowali się w te działania Adaś Jąkała, Wesoły Jacek i elektryk Leszek. I chociaż było wielu, wielu innych konspiracyjnych działaczy, oni tylko sobie przypisali zwycięstwo nad ponurakami.

*

Wkrótce spełniły się marzenia mieszkańców Krainy Uśmiechu i paskudny Ślepowron Wojcieszko musiał ustąpić z tronu, a jego miejsce zajął, ku wspólnej radości, wesoły elektryk Leszek. Jednak z czasem okazało się, że tak oczekiwana przez mieszkańców RADOŚĆ nie zagościła w sercach wszystkich.

Owszem można już było śmiać się i śpiewać, jednak choć melodia piosenek się nie zmieniła, to słowa już nie były te same i też wesołość jakby trochę posmutniała.

Starsi mieszkańcy krainy zastanawiali się dlaczego ich radość nie jest taka wesoła, jak ją sobie wymarzyli. Jakież było ich zdziwienie, gdy spostrzegli, że Adaś Jąkała zaprzyjaźnił się z dawnym ministrem kłamstwa w rządzie Ślepowrona niejakim Uszatym Grubanem i to oni zmieniają słowa wesołych dawniej piosenek, a Wesoły Jacek tylko z pozoru jest wesoły, a zachwalane przez niego lody malinowe, wcale nie są takie smaczne, jak śpiewa o nich Adaś Jąkała w swoich piosenkach.

Jednak najbardziej wstrząsnęła Wesołą Krainą wieść, że wesoły elektryk Leszek przebierał się kiedyś w inny kostium i w masce paskudnego Bolka odwiedzał ponury pałac Ślepowrona Wojcieszki, gdzie wspólnie biesiadując wskazywał mu najbardziej wesołych chłopaków psujących smutek Ludowej Krainy Nieśmiechu. Wojcieszko swoim zbójom rozkazał powrzucać ich do lochu, żeby swoją wesołością nie zarażali innych.

Wtedy dopiero otworzyły się oczy mieszkańców Wesołej Krainy i zrozumieli dlaczego nie oddano Orderów Uśmiechu, zabranych dawno temu przez Józefa Wąsacza, a książeczki z wesołymi piosenkami zaginęły na dobre.

Wtedy postanowili, że ponieważ elektryk Leszek tylko udawał wesołość, odtąd nie będzie ich królem i wybrali sobie Olesia Śmieszka. Oleś co prawda służył kiedyś w pałacu Wojcieszki, ale z czasem całkiem wyzbył się smutku i teraz był najweselszym w kompanii byłych służących.

Jednak i on nie spełnił pokładanych w nim nadziei, bo odkryto, że jego wesołość jest sztuczna i bez wspomagania jej wesołą wodą, specjalnie dla niego destylowaną, jest po prostu zwykłym nieciekawym ponurakiem.

Lata mijały, a prawdziwa radość nie wracała do Wesołej Krainy, bo Adaś Jąkała swoje piosenki nasączał tak paskudnym jadem, że wcale już nie były wesołe.

Dawni dranie Wojcieszki zajęli stanowiska nadzorców i prezesów, i poganiali zwykłych mieszkańców do ciężkiej pracy zmniejszając im ciągle przydział lodów malinowych.

Oczywiście nie muszę dodawać, że sami obżerali się nimi ponad miarę tak, że brzuchy mieli jak dynie.

Pogłębiło się to jeszcze, gdy po zagadkowej i niewyjaśnionej śmierci wesołego Kaczorka I, tron objął Komor Rubaszny. Nazywany też Wielkim Ortografem z racji swej ogromnej wiedzy i skłonności do wymyślania nowych zasad ortograficznych.

Komor był co prawda wesoły, lecz jego wesołość nie udzielała się mieszkańcom Krainy, bo życie ich było po dawnemu smutne. Ceny biletów do Wesołego miasteczka bardzo wzrosły, a król Komor, za radą swego szefa dworu Donka Ryżego-Wrednego, podwyższył im wiek emerytalny. Więc teraz większość z nich musiała pracować do śmierci.

Komor denerwował mieszkańców Krainy, gdy swymi dowcipami próbował ich rozśmieszyć. Nie rozumiał on prostej rzeczy, że śmiech to nie to samo co radość. Śmiech jest tylko na ustach a RADOŚĆ w sercu. Więc gdy publicznie zaczął robić z siebie błazna, co przecież nie przystoi królowi, wchodził z butami na krzesła, wypijał atrament, pierdział przy gościach, postanowili oddać tron grzecznemu Grajkowi Dudkowi.

Była to Dobra Zmiana i mieszkańcy cieszyli się z odzyskiwanej radości. Bo Dudek za radą swego szefa dworu Kaczorka II Mocnego zwiększył dzieciom przydział lodów malinowych, a starszym obniżył wiek emerytalny, żeby na starość mogli sobie odpocząć. Na dodatek powyciągał z ciemnicy zabrane kiedyś Ordery Uśmiechu i odebrał draniom w czerwonych kubrakach, służących dawno temu Wojcieszce, nienależne im przywileje.

Oczywiście wywołał tym sprzeciw Drani, Zbójów i innych Służących u Wojcieszki ponuraków. Więc powołali oni naprędce Komitet Obrony Draństwa.

Organizacja ta, w skrócie KOD, chciała odebrać Dudkowi tron i oddać go dla któregoś wielkiego Drania, na przykład Donkowi Ryżemu-Wrednemu, ale nie przypuszczali, że mieszkańcy Wesołej Krainy, których jest wielokrotnie więcej niż Drani nie pozwolą odebrać sobie Radości, bo przecież znowu wróciłyby smutne czasy draństwa i znów byłoby tak, jak dawniej, a przecież tego mieszkańcy Wesołej krainy nie chcieli.

Jednak Dranie nie zrezygnowali tak łatwo ze swoich przywilejów i biorąc przykład z niesławnej pamięci zdrajców targowiczan, wysłali wiernopoddańcze pismo do ponurej Makreli, królowej Krainy Zachodniej. Pismo dotyczyło przywrócenia ich przywilejów i apanaży oraz pomocy w zrzuceniu z tronu króla Dudka.

Szefem poselstwa udającego się do królowej Makreli został Donek Ryży-Wredny. Podobno zbliżywszy się do jej tronu stał na czworakach, merdał ogonkiem, a pismo trzymał w zębach. Dlatego nazwany został Podnóżkiem Makreli. Jednak jest to relacja świadków niechętnych Donkowi. Jego przyjaciele twierdzą, że pocałował ją w kończynę (dolną) i usiadł na malutkim stołeczku stojącym przy jej tronie i stąd ta niesłuszna nazwa – Podnóżek.

Po tym wydarzeniu sytuacja w krajach ościennych znowu się skomplikowała.

Królowa zaczęła pomagać swojemu Podnóżkowi, co miało oczywiście zły wpływ na radość w Krainie Uśmiechu. Królowa Makrela z krainy zachodniej dogadała się z Putinim Nowiczokiem, królem mocarstwa wschodniego, że będą ignorować króla Dudka. A żeby to wprowadzić w życie postanowili oba kraje połączyć rurą. Rura przebiegała na dnie morza i Putini puszczał do niej cuchnący gaz, który Makrela uwielbiała wąchać.

Współpraca obu krain zaniepokoiła króla Dudka, dlatego zawarł on sojusz z wielkim i potężnym królem zza wielkiego morza, Trampkiem Grzywaczem.

Makrela okazała się bardzo głupią królową i na złość Trampkowi wzięła pod swój dach wielu murzynów.

Murzyni wydawali się weseli, więc Makrela zaprosiła ich, żeby rozweselili ponurą krainę zachodnią. Jednak oni zjadając smaczne lody malinowe w zamian ponasrywali do jej gniazda. Wtedy zaczęła namawiać króla Dudka, żeby zabrał od niej chociaż kilku murzynów. A ponieważ Wesoła Kraina nie chciała wpuścić do siebie niewdzięczników, królowa Makrela obraziła się wielce na króla Dudka. I zapragnęła zemścić się na nim i wesołej Krainie.

W tym celu namówiła dwóch ponurych rękodajnych masztalerzy Gchuja Szczerbatego i Timermana Gbura, (Donka Ryżego-Wrednego nie musiała namawiać, bo robił to od dawna), żeby szkodzili Królowi Dudkowi we wszystkich królestwach świata.

Putini śmiał się z głupiego postępowania Makreli, chociaż wspomagał jej działania w szkodzeniu Wesołej Krainie i puszczał coraz bardziej śmierdzący gaz do rury w nadziei, że królowa w końcu ulegnie zatruciu albo jej podwładni nie mogąc wytrzymać tego smrodu sami ją zrzucą z tronu. A wtedy on będzie panował niepodzielnie i Kraina Uśmiechu znów przypadnie jemu.

Jednak jak dotąd nie udało mu się dokonać tej podłości, bo Krainę Uśmiechu strzegą żołnierze króla Dudka, a pomagają im żołnierze Króla Trampka Grzywacza. A wiadomo jest wszystkim, że króla Trampka boją się zarówno królowa Makrela, jak i Putini Nowiczok. Więc dopóki ten sojusz trwa nic nie grozi Krainie Uśmiechu, której mieszkańcy mogą spokojnie śpiewać i radować się nie zważając na świństwa wyrządzane przez ponurą i złą Makrelę, Putiniego Nowiczoka, paskudnych masztalerzy oraz Donka Ryżego-wrednego. CDN…

Pomysł baśni zapożyczono z utworu Pawła Pożarskiego pt. „O złym królu Wojcieszku i dzielnym rybaku Leszku” wydanym przez Oficynę Wydawniczą RYTM w 1985 r.

sierpień 2018

Opowiadania. Wybudzony

Stanisław Ryczek

Stasys Eidrigevicius – Krok

Mija właśnie trzy lata od kiedy wróciła mi świadomość. I mimo starań nie mogę pojąć obecnego świata, ani sensu postępowania dzisiaj żyjących ludzi. Mają wszystko, a chcą więcej.

Mając do wyboru ekstra ubrania chodzą w dziurawych spodniach. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety robią sobie tatuaże naśladując niegdysiejsze psychopatyczne zachowania więzienne. Samochodu nie ma dzisiaj tyko ktoś, kto nie chce go mieć.

Mając do wyboru mięsa i wędliny, o jakich nam kiedyś się nawet nie śniło, jedzą kiełki, otręby albo robactwo morskie zwane owocami morza. Duża część młodych nie gotuje w domu tylko kupuje gotowe jedzenie z różnych kebabów, pizzerii czy innych Mac Donaldów. Od tego żarcia tyją już w młodym wieku, po czym próbując pozbyć się tłuszczu biegają po ulicach z jakimiś słuchawkami w uszach. Może te słuchawki też pomagają im w schudnięciu?

Telefony są teraz przenośne i służą nie tylko do dzwonienia, ale mają też wbudowane różne inne funkcje i aparaty. Mimo, że posługujący się nimi prawie nigdy nie wykorzystują wszystkich możliwości urządzenia, to kiedy tylko mają możliwość kupują następne, jeszcze nowocześniejsze, z jeszcze większą ilością funkcji.

Są całe rzesze młodych ludzi, którzy żyją bez ślubu, „na kocią łapę”, jak kiedyś się mówiło. Rozpowszechniła się pederastia zarówno męska, jak i kobieca, ale najdziwniejsze jest, że zboczenie to stało się nagle powodem do dumy. Urządzane są marsze i parady, jak kiedyś na pierwszego maja, gdzie wszelkiej maści pedały chwalą się swoim zboczeniem, jakby było czym.

Jednym słowem, jakby powiedziała moja ciotka Felicja – cuda, cudeńka się dzieją.

Ale zacznę od początku.

Początkiem było moje ocknięcie się z letargu, na który zapadłem 30 lat temu. Podobno jadąc rowerem miałem wypadek, po którym już nie odzyskałem świadomości. Nic z tego nie pamiętam. Sprawcy wypadku nigdy nie odnaleziono, a mnie po pewnym czasie wypisano ze szpitala, gdzie zaleczono fizyczne uszkodzenia powypadkowe. Następnie oddany zostałem do kliniki neurologicznej we Wrocławiu, a później do kilku innych tego typu placówek w innych miastach. Niestety żadnej z nich nie udało się nawiązać ze mną kontaktu.

Ostatnie lata spędziłem w jakiejś umieralni zwanej hospicjum jako nie rokujący nadziei pacjent paliatywny. I tam właśnie zacząłem się budzić. Oczywiście nie nastąpiło to od razu. Proces trwał kilka tygodni. Dyrektor hospicjum niejaki Wincenty Wrona postanowił przy tej okazji zrobić karierę. Kiedy kontakt ze mną stał się bezspornym faktem, potwierdzonym przez niezależne konsylium, zgłosił do mediów moje „cudowne uzdrowienie”. Oczywiście sobie przypisując największą zasługę związaną z tym „cudem”. I oczywiście, udzielając dziesiątków wywiadów dla gazet, radia i telewizji stał się medialnym ekspertem, co w niedługim czasie zapewniło mu awans o jakim wcześniej mógł tylko pomarzyć. Został mianowicie doradcą ministra zdrowia.

O tym jak było naprawdę, i że to wszystko gówno prawda, dowiedziałem się od kilku pielęgniarek i salowych z tego ośrodka. Dyrektor Wrona miał gdzieś swoich pacjentów łącznie z doglądającymi ich pracownikami. Jedyne co go interesowało to własna kariera i własne interesy.

Oczywiście przy okazji bytności tych wszystkich mediów byłem ciągle filmowany i fotografowany jako cudowny ozdrowieniec, niemal zmartwychwstaniec. Wywiadów nie mogłem udzielać z tego prostego powodu, że nie potrafiłem jeszcze artykułować słów. Ta cała nauka miała się dopiero zacząć.

Przeniesiony zostałem do najlepszego ośrodka rehabilitacyjnego w tej części kraju. Gdzie w ciągu kilku miesięcy na tyle poprawiono moją kondycję fizyczną i psychiczną, że zacząłem samodzielnie poruszać się na wózku, mięśnie szkieletowe były jeszcze za słabe, żebym stanął na nogi, ale ręce mam sprawne prawie zupełnie. Dzięki operacjom ścięgien usunięto przykurcze i teraz mogę podnieść nawet szklankę.

O tej „wspaniałej” opiece doktora Wrony i jego zespołu w tamtym hospicjum mogą świadczyć moje rozległe odleżyny albo fakt, że zanim przyjechała telewizja cały dzień mnie do tego szykowano: mycie, strzyżenie, golenie, obcinanie pazurów u rąk i nóg, opatrywanie odleżyn, przebieranie w czystą piżamę, a barłogu w którym leżałem, w świeżą pościel. Na końcu jedna z młodych pielęgniarek nałożyła mi jakiś puder na twarz, żeby filmujący się nie przestraszyli mojej facjaty.

Ostatnio pani doktor Maria Słomka, pod opieką której obecnie się znajduję, robiła ze mną wywiad. Jedno z pytań dotyczyło moich dalszych losów. To znaczy jak sobie wyobrażam swoje dalsze życie. Czy mam dokąd udać się po wyjściu z ośrodka i czym planuję się zająć na dalszej drodze życia.

Odpowiedziałem, że przecież mam dom po rodzicach, w którym zamieszkam, gdy tylko stanę na nogi. A co do moich przyszłych zajęć to prawdę mówiąc nie mam jeszcze planów. Do pracy się nie nadaję, a i wiek już nie ten, mam w końcu 62 lata, więc nawet gdybym był zdrowy i sprawny to kto zechciałby mnie zatrudnić.

Przy okazji muszę wspomnieć o wizycie starej grubej baby, która okazała się być moją żoną. Było to zaraz, gdy media podały newsa o moim wybudzeniu. Moje zmysły były jeszcze przymglone. Akurat obserwowałem za oknem listki poruszane wiatrem i światło baraszkujące na ich blaszkach, kiedy jakiś kaszalot wpadł do mego pokoju i upewniwszy się czy to na pewno ja, u pielęgniarki piszącej coś przy stoliku, rzucił się na mnie przygniatając mnie swoim cielskiem. Okazało się, że to moja kochająca żona Krysia odwiedziła mnie po dwudziestu dziewięciu latach rozłąki. Bo ostatni raz była w szpitalu rok po moim wypadku. Potem mnie olała i ułożyła sobie życie ze swoją nową miłością. Obecnie, jak poinformowała mnie, ma czworo dzieci i dwoje wnucząt. Oczywiście wszyscy mieszkają w „naszym” domu. Należy w to jeszcze wliczyć jej szczęśliwego partnera niejakiego Bronka. Więc miejsca w domku jednorodzinnym będzie rzeczywiście trochę mało. Tak więc pytanie pani doktor dotyczące mego przyszłego lokum jest poniekąd zasadne.

Pomyśleć tylko, że żeniłem się ze szczupłą sympatyczną szatynką, a teraz wita mnie stara, gruba, brzydka baba. Jakie to niesprawiedliwe. Zresztą co ja tu mówię o jakiejś sprawiedliwości, przecież mój los jest jej zaprzeczeniem. Straciłem świadomość w wieku 28 lat, a odzyskałem mając lat 59. Z wieku niemalże młodzieńczego wskoczyłem w starość. Kogo mam winić za odebranie połowy życia – sprawcę wypadku, nieumiejętnych lekarzy, Pana Boga?

Z przebąkiwań personelu wnioskuję, że proces mojej rehabilitacji dobiega końca i chcą mnie gdzieś odstawić na boczny tor, żebym nie blokował miejsca. Panie rehabilitantki pracują jeszcze nad moimi nogami, ale chyba już bez przekonania. Muszę poważnie pogadać z ordynatorem o szansach na moje chodzenie.

*

Moja pamięć jest jak porwana pajęczyna. Jedne rzeczy pojawiają się bardzo wyraźnie, inne natomiast widzę jakby przez mgłę. Czasem udaje mi się coś nowego wyłuskać, ale proces przypominania następuje bardzo powoli.

Niekiedy jakiś bodziec zewnętrzny uruchamia iskrę i wydarzenie całkiem zapomniane staje mi przed oczami wyłowione jak reflektorem z mroku. Ostatnio oglądałem w telewizji reportaż o stadzie krów żyjących od kilku lat na wolności (jak jakieś żubry). Widok ten przypomniał mi zdarzenie z lat 70-tych – pracowałem wtedy przy remoncie torów na kolei.

Skład wagonów towarowych stał na bocznicy już drugi dzień. Upał był sakramencki. Zamknięte w nich bydło ryczało niekarmione i niepojone nie wiadomo od ilu dni. Zeszliśmy z palącego słońca na śniadanie. Bogdan, kolega z którym pracowałem, zapytał przechodzącego kolejarza, czy nie można by napoić tych krów. Kolejarz chyba chłoporobotnik trzeźwo patrzył na sytuację, więc odparł, że zwierzęta są w tej chwili jak oszalałe. Kiedy poczują wodę gotowe stratować wszystko po drodze, więc mimo szczerych chęci zadanie jest niewykonalne.

Bogdan poprosił o węża z wodą. Przeciągnęliśmy wąż do wagonów ze spragnionym bydłem i zaczęliśmy polewać je wodą. To co się wtedy działo to trudno opisać. Krowy bodły i tratowały się nawzajem, żeby tylko dostać się do wody. Kiedy polewaliśmy jeden wagon w innych był jeden ryk. Miałem wrażenie, że rozbiją ten skład. Laliśmy wodę do tych wagonów dobrą godzinę, ale daliśmy zwierzakom tylko chwilę ochłody i to, co zlizały ze ścian z podłogi i z siebie nawzajem.

Jeden z kolejarzy patrząc na nasze wysiłki rzucił mimochodem:

– Dajcie spokój chłopaki, to wszystko i tak idzie na rzeź.

*

Znowu przyszła wiosna i coraz cieplej. Muszę pochwalić personel, bo dzięki ich pracy zszedłem z wózka i od pewnego czasu chodzę do ogrodu o kulach. Po rozmowie z ordynatorem dr Jarmolińskim wstąpiła we mnie nadzieja. Bo zapewnił, że nie ustaną w terapii nade mną. I proszę, przychodzą efekty.

Wieczorami często oglądam telewizję. Nawiasem mówiąc nigdy bym nie przypuszczał, że może być tyle programów, za moich czasów były tylko dwa. Nie mogę się nadziwić oglądając dzienniki na TVN i TVP. Czasem są tam zupełnie inne informacje. Wydaje się, że dotyczą całkiem innych krajów. W TVN malują Polskę i prawicowy rząd w ciemnych barwach. Natomiast w TVP wszyscy mają różowe okulary. Nie wiem jak jest naprawdę, bo jeszcze nie byłem poza szpitalem. Jedak wolę pozytywne wieści, te złe mnie przygnębiają. Podobno są tacy, którzy oglądają tylko te złe wiadomości – współczuję im, bo nienawiść sączona małymi dawkami powoli napełnia im mózgi, a z tego trudno się wyleczyć.

Polityka dzisiejsza to dla mnie czarna magia. Dużo czasu musiało upłynąć zanim pokapowałem kto jest kto. Pewne rzeczy nie chcą mi się zmieścić w głowie. Przykład pierwszy z brzegu: Jaruzel wykorkował kilka lat temu jako szanowany generał Wojska Polskiego. Bo co ciekawe, po obaleniu komuny nie wsadzili go do kryminału, choć prawdę powiedziawszy zasłużył na kulkę. A on do końca życia sobie gwizdał na generalskiej emeryturze. Podobno brał miesięcznie równowartość dziesięciu przeciętnych pensji. Facet, który odpowiadał za pacyfikację Polski, i na którego rozkaz zabijano robotników i księży, został pierwszym prezydentem „wolnej” Polski, a kiedy zmarł został pochowany z honorami wojskowymi. Komunista i agent Moskwy, współpracownik NKWD miał katolicki pogrzeb, a mszę pogrzebową odprawiał biskup! Ale to wszystko pryszcz, bo trumnę odprowadzali byli opozycjoniści, z Wałęsą na czele!

Kuźwa, gdzie ja się obudziłem, w rzeczywistości alternatywnej?

*

Odkąd się wybudziłem ciągle słyszę słowo internet. Wszyscy jakby oszaleli na punkcie tego pojęcia. Czy to w telewizyjnych w reklamach, czy to w gazetach, a nawet w radiu, ciągle pojawia się ten termin. Podobno nawet szukając pracy trzeba „wejść w internet”. Widzę u innych pacjentów, swoich sąsiadów, te nowoczesne telefony. Ciągle trzymają je w rękach i coś tam w nich majdrują. Kiedy pytałem ich, na czym polegają te ich manipulacje, odpowiadali bardzo różnie. Jeden odparł, że przegląda pocztę, inny, że słucha muzyki, jeszcze inny, że ogląda filmiki. Kiedy pytałem czy ich czynności mają coś wspólnego z internetem to zanim potwierdzili dziwnie na mnie patrzyli.

Niektórzy pacjenci mają przenośne urządzenia podobne do telewizorów tyle, że bardzo cienkie i połączone jakby z maszyną do pisania. Nazywają je laptopami albo komputerami i w nich też mają internet.

Myślę, że ten cały internet to jakieś fale radiowe, szczególnie ważne z jakiegoś powodu. Największy krzyk i rozpacz u młodych pacjentów jest wtedy, gdy nie mają zasięgu, czyli tracą dostęp do internetu. Zamiast spokojnie przejść do sali telewizyjnej szaleją, bo nie mogą się z kimś połączyć, a przecież telefon jest ogólnie dostępny na korytarzu i praktycznie nikt z niego nie korzysta.

Albo weźmy te reklamy. Wszędzie ich pełno, filmy przerywane nawet na piętnaście minut po cztery razy, bo muszą być emitowane reklamy. A jakie głupstwa się reklamuje: telefoniczne sieci (kto by pomyślał, że jest ich tak dużo), lekarstwa, banki i pożyczki, piwo, podpaski (wata już nie wystarcza?) filmy mające dopiero się ukazać, lekarstwa, a nawet jakieś tabletki na potencję. Podobno w sklepach wszystko już można teraz kupić bez kartek ani talonów. Nawet samochody i mieszkania są bez zapisów i kolejek. A najdziwniejsze jest, że pracy trzeba szukać, bo panuje bezrobocie. A milicja już nie ściga „niebieskich ptaków”. A nawet ci niepracujący dostają od państwa zasiłki. Dziwne to wszystko.

*

Dziś oglądałem w TVN transmisję z „Parady równości” w Warszawie. I co pewien czas musiałem się uszczypnąć, bo wydawało mi się, że nadal jestem w stanie śmierci klinicznej. Różnego rodzaju zboki szły i jechały na platformie przystrojonej w kolorowe kwiaty i tęczowe flagi. Wraz z nimi afiszowali się niektórzy lewicowi politycy, a policja zamiast rozgonić to towarzystwo ochraniała ich flankując z każdej strony ten dziwny pochód.

Dziennikarka pitoliła jakieś farmazony o tolerancji, ewidentnie myląc to pojęcie z akceptacją, a nawet z afirmacją. Jakby idiotka nie wiedziała, że tolerować to nie to samo, co akceptować. Mogę tolerować głupotę pani relacjonującej, ale jej nie akceptuję, a tym bardziej nie utożsamiam się z jej idiotyzmami.

Smutnym jest, że dużo ludzi nie wyglądających na pedałów przyłączyło się do tej sromoty. Później się okazało, że to pracownicy filii zachodnich firm dostali „sugestie” uczestnictwa w tej imprezie. Znam te sugestie, za moich czasów dostawaliśmy takie w szkołach i w zakładach pracy. Od podporządkowania się nim zależały stopnie na świadectwach, podwyżki i dalszy przebieg karier.

Oprócz tych głupich kanałów politycznych są też bardzo fajne przyrodnicze oraz popularnonaukowe. Dziś oglądałem film o mikroorganizmach i zaskoczyło mnie, że bakterie są właściwie nieśmiertelne. Oczywiście giną, ale przedtem dzieląc się w systemie geometrycznym zawsze żyją w swoich bliźniaczych komórkach. Jak odróżnić, która z nich była pierwsza, kiedy po podziale wszystkie są takie same jak ta pierwsza i zawierają dokładnie te same cechy i informacje genetyczne. Zdębiałem, kiedy lektor powiedział, że możliwe jest dzisiaj również klonowanie ludzi. Czyli rozmnażanie ich w pewnym sensie przez podział. O ile dobrze zrozumiałem dzieje się to w ten sposób, że pobrawszy od jakiegoś człowieka materiał genetyczny można wyhodować jego kopię. Eksperymenty na ludziach są zakazane, ale ze zwierzętami już wyszło (owca Dolly itp.).

Co do zakazu eksperymentów na ludziach jestem sceptyczny. Myślę, że w pewnych państwach prace w tym kierunku idą pełną parą. Co niektórzy zawsze marzyli o posłusznym mięsie armatnim. Jednak człowiek to nie bakteria i nie da się powielić w jego klonie informacji, które dawca ma w mózgu – na szczęście!

*

Moje mięśnie solidnie się odbudowały i chociaż nadal jestem przeraźliwie chudy, a moje nogi są bardziej podobne do patyków, jednak utrzymują ciężar ciała. Chodzę już opierając się na jednej lasce. O odleżynach już dawno zapomniałem zostały tylko blizny.

Zastanawiam się często kim właściwie byłem i czy mam jeszcze szansę osiągnąć coś w swoim zasranym życiu.

Za młodu uczyć mi się nie chciało. W latach 70-tych wszyscy pozowaliśmy na hipisów. Mieliśmy długie włosy, nosiliśmy szerokie spodnie „szwedy” i niedbały ubiór. Chociaż ideologia tego ruchu była nam prawie nieznana oprócz kilku haseł: wolność, miłość, pokój… Żelazna kurtyna nie przepuszczała zbyt wielu wiadomości. Wieczorami słuchaliśmy Wolnej Europy i Radia Luksemburg. Piliśmy mętne piwo i najtańsze wino doprawiane siarką. Zawodówkę udało się jakoś skończyć. Potem harówa na budowach i comiesięczny zawód przy wypłacie, gdy okazywało się, że inni, co się opieprzali zarabiali tyle samo, albo i więcej, niż ja tyrając na akord.

Radość z wybuchu zbuntowanej „Solidarności”, a potem wściekłość z powodu grudniowej wojny. Uczęszczanie na msze za ojczyznę i czynny udział w kilku zadymach, a w międzyczasie romans zakończony ślubem. To podstawowe wspomnienia z tamtego czasu. Ostatnich kilku miesięcy tamtego życia prawie nie pamiętam. Pewnie w trakcie wypadku coś się zepsuło w głowie i zatarło pamięć. Jednak ciągle pracuję nad przypomnieniem sobie tych chwil.

Poważnego wstrząsu doznałem, gdy po pewnym czasie, myślę, że było to kilka tygodni po odzyskaniu świadomości, pokazano mi lustro. Zobaczyłem w nim wychudzonego, starszego, siwego faceta. Kiedy dotarło do mnie, że to moje odbicie załamałem się. Wydawało mi się, że obudziłem się po jakimś krótkotrwałym omdleniu, a tu taki pasztet. Teraz to zaakceptowałem. Czy miałem inne wyjście?

Wtedy w latach 70-tych i 80-tych marzyliśmy o upadku komuny. Jednak nie przypuszczaliśmy, że nastąpi to za naszego życia. Zachód to było niedościgłe marzenie, należeć do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG), to było Coś wielkiego. Teraz dowiedziałem się, że należymy do tej Wspólnoty, więc moje marzenie się spełniło, jak się zaraz przekonałem nie ono jedno.

Po przebudzeniu zastałem Polskę wolną od komuny. Solidarność nie jest już w podziemiu. Złotówka jest walutą wymienialną – dolara można kupić – wymienić (nie wiem jak się teraz mówi) za około 3,50 zł. Mało tego należymy do NATO i stacjonują u nas amerykańskie wojska. W sklepach wszystko jest do dostania praktycznie bez kolejek i nie ma już sklepów komercyjnych, cinkciarzy ani Peweksów. Zniesiono cenzurę a parlament i prezydenta wybieramy w NAPRAWDĘ wolnych wyborach. Najbardziej mnie cieszy, że pozbyliśmy się naszego „przyjaciela” – Związku Radzieckiego, a przewodnia siła narodu PZPR odeszła do lamusa. Jednym słowem ameryka. Dopiero później zobaczyłem cienie w tym słonecznym obrazku.

*

Dziś 28 czerwca zostałem wypisany do domu. Mój stan jest na tyle zadowalający (chodzę bez laski), że doktor Jarmoliński podjął decyzję o zakończeniu rehabilitacji. Na odchodne jako zadanie domowe dostałem zestaw ćwiczeń. Jadę pociągiem i zastanawiam się jak przyjmie mnie mój wieloryb.

W Wołowie przywitał mnie świeżo wyremontowany dworzec. Właściwie nie nowy tylko odrestaurowany, bo przywrócono mu wygląd z lat przedwojennych. Klinkierowa elewacja wygląda wspaniale. Na miejscu śmierdzących ubikacji i dawniejszych bud niewiadomego przeznaczenia wybudowano parking. Jednak kolejowa wieża ciśnień nadal straszyła zapadniętym dachem. Idąc przez znane ulice nie mogłem się nadziwić zmianom.

Zabudowano dawne nieużytki niewielkimi blokami. Kolorowe elewacje świadczą, że inwestycje powstały całkiem niedawno. Niektóre ulice mają nową nawierzchnię. A co znamienne część ulic zmieniło nazwy. Dawna ulica Gomółki, wcześniej Stalina, nosi obecnie nazwę Aleja Obrońców Lwowa. Ulicę Świerczewskiego przemianowali na Niepodległości, Fornalskiej na Piłsudskiego, Hanki Sawickiej na Piastów Śląskich, Armii Czerwonej na Armii Krajowej, Nowotki na Pułaskiego itd. W wejściach budynków komunalnych, z których zawsze wionęło moczem lub innym smrodem pozakładano nowe bramy. Wszędzie domofony. Równe chodniki z granitu i kostki zastąpiły peerelowskie, nieśmiertelne betonowe płytki. Starówka w większości odnowiona, zamek z nowym dachem i elewacją.

Po drodze rozglądałem się za knajpami, w których w poprzednim życiu spędzałem wiele czasu z kolegami. I nie wierzyłem własnym oczom. Została tylko jedna w piwnicy ratusza dawniej kawiarnia teraz przemianowana na restaurację. Reszta albo przestała istnieć, jak „Pijalnia pod Jedenastką”, gdzie zbierała się największa szumowina wołowska. A na miejscu innych zainstalowały się bank, market, a na miejscu „Zacisza” sklep obuwniczy.

Kiedyś znałem ludzi z połowy miasta, a drugą połowę z widzenia, a teraz prawie nikogo. W Rynku spotkałem dalszego znajomego kulawego Heńka „Hulajnogę”. Zaprosiłem go na piwo do Ratuszowej. I tam w chłodnym klimatycznym wnętrzu Heniek wyjaśnił mi, że znajomi, z którymi w dawnych czasach delektowaliśmy się rozmaitymi trunkami, w większości już nie żyją. Obecnie zostały jakieś niedobitki, z którymi już się nie pogada. Na moje pytanie o zlikwidowane knajpy Heniu stwierdził, że teraz mało kto pije w knajpach, owszem stare zlikwidowano, bo były państwowe i padły. Teraz są prywatne i w nich też są pustki, a zarabiają tylko na imprezach: wesela, komunie, osiemnastki, chrzciny, stypy itd. Bardziej opłaca się kupić gorzałę czy piwo w sklepie i dygnąć w parku albo innym ustronnym miejscu.

Rzeczywiście przechodząc deptakiem zauważyłem kilku ze starej wiary. Brudni, nieogoleni, zapijaczeni czatowali na jakiegoś frajera, żeby wydębić kilka złotych na najtańszy alkohol. Z przykrością stwierdziłem, że to już nie moja liga.

Zapadał już zmrok, kiedy dotarłem do domu. Przywitały mnie uśmiechy wszystkich domowników wraz z głową rodziny, dużym, grubym Bronkiem. Wiedzieli, że przyjeżdżam, więc się przygotowali, wysprzątali, na stole ciasto, kawa. Krysia ufryzowana, Bronek w prawie białej koszuli. Krysia przedstawiła mi „nasze” dzieci, powiedziała nasze, mając na myśli, że jej i Bronka, chyba, że czegoś nie pamiętam. Najstarsza córka Kasia już mężatka z dwojgiem dzieci i partnerem Brajanem, dwie następne jeszcze panny Jowita i Malwina i najmłodszy dwudziestoletni Janek.

Po wieczornym poczęstunku zaprowadzono mnie do mego pokoju. Okazało się, że duży pokój przedzielono jakąś dyktą, Bronek mówi, że nazywa się to ścianką regipsową. Dużo pracowałem na budowach, ale takiej cienkiej prowizorki to nie widziałem. Widać, że pokój podzielono w związku z moim przyjazdem i ledwo co robotę skończono. Kolor pokoju był całkiem inny niż świeżej ścianki, a w szparach podłogi zostały niedomyte pozostałości farby. W pokoju, oprócz niezbędnego łóżka i szafki nocnej, mam jeszcze regał z kilkoma książkami i kolorowymi gazetami, ławę z dwoma fotelikami oraz telewizor. Leżąc w łóżku zastanawiałem się nad nieszczerą radością rodziny z mojego powrotu, ale domyśliłem się, że spowodowane jest to sprawami własnościowymi. Po śmierci moich rodziców jakieś dziesięć lat temu, jeżeli pod koniec życia nie zmienili testamentu, to ja zostałem spadkobiercą całości majątku. Zasypiając postanowiłem odwiedzić notariusza, żeby to sprawdzić.

*

Byłem dziś u notariusza żeby sprawdzić zapis testamentowy. Jest tak jak myślałem: to ja jestem właścicielem całości majątku. Jednak nie jest możliwe wyeksmitowanie „mojej” rodziny, bo po pierwsze wszyscy są zameldowani na stałe i w związku z tym musiałbym zapewnić im lokal zastępczy, a po drugie nadal w świetle prawa jestem żonaty z moim kaszalotem, więc wszystko co jest moje stanowi naszą współwłasność.

No toś mnie pocieszył – pomyślałem sobie.

Jednak tak czy siak trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie. Nie może być tak, że będę żył pod jednym dachem z kochankiem żony i jego dziećmi i to w moim własnym domu.

*

Dobrze się stało, że doktor Jarmoliński załatwił mi w ZUS-ie rentę inwalidzką, bo byłbym w tej chwili na łasce mojego wieloryba i Bronka. Mam więc na koncie w banku trochę pieniędzy.

Byłem spytać jak mogę je pobierać, bo przecież fizycznie nie mam założonej książeczki oszczędnościowej. Okazało się, że nie ma już książeczek PKO. Pani w okienku całkiem nie wiedziała o czym mówię. Wypłaciła mi pięćset złotych z mojego ROR-u (Rachunek Oszczędnościowo Rozliczeniowy) i powiedziała, że za kilka dni otrzymam pocztą kartę płatniczą i będę mógł nią płacić w sklepie lub wypłacać forsę z bankomatu. Na koncie po wybraniu zostało mi 36 580 zł to chyba dużo, tyle narosło przez prawie trzy lata od mego wybudzenia. Moja renta wynosi 1300 złotych z jakimiś groszami, podobno nie jest to dużo. Wszyscy mówią, że muszę sobie kupić telefon. Tylko po kiego mi telefon. Niby do kogo miałbym dzwonić, ale pani w banku przekonała mnie, że nawet przy wybieraniu pieniędzy przychodzi sms z jakimś numerem i trzeba go jej podać. Przekonała mnie, myślę, że z bankomatu nie będę korzystał, bo to dla mnie za trudne, więc rzeczywiście choćby dla pobierania pieniędzy warto.

*

Okazało się, że nie muszę kupować telefonu, bo w domu leży kilka nieużywanych i Jowita oddała mi swój stary za niewielką kwotę 300 złotych. Przy okazji tej transakcji doszło do kłótni sióstr. Bo Malwina dowiedziawszy się o moim zakupie przybiegła i zaproponowała, że ona mi swego starego smartfona sprzeda o stówkę taniej czyli za 200. Jednak nie zgodziłem się na to po pierwsze głupio mi oddać dopiero co kupioną rzecz, a po drugie ten smartfon jest zbyt skomplikowany i nie umiałbym się nim posługiwać. Później słyszałem przez swoją cienką ściankę jak się kłóciły między sobą. Nawet Malwina zarzuciła siostrze nieuczciwość i nazwała ją zachłanną suką.

*

Znalazłem sobie tymczasowe zajęcie. Codziennie po przebudzeniu przeglądam stare gazety z mojej biblioteczki. Przejrzałem też książki, ale w większości to podręczniki i harlekiny (nawet próbowałem je czytać, ale to straszny chłam). Natomiast gazety dają mi jakiś ogląd rzeczywistości sprzed kilku lat. Z Gazetą Wyborczą zapoznałem się jeszcze w trakcie rehabilitacji, więc znam jej linię programową. Chociaż w rozmowie z jednym pacjentem dowiedziałem się, że w latach 90 wszyscy tylko ją czytali – czyżby zapanowała wtedy zbiorowa hipnoza?

Znalazłem kilkanaście numerów „Wysokich Obcasów” to weekendowy dodatek do GW. Po przeczytaniu kilku stwierdziłem, że pod pozorem bezstronnego pisma kobiecego przemycane są treści feministyczne, więc z Wyborczą i jej dodatkami dałem sobie spokój. Po przejrzeniu dwóch numerów „Cosmopolitana” pisma dla młodych dziewcząt stwierdziłem, że jest to czytadło raczej dla młodych prostytutek. Takie wykłady o technikach seksualnych, o tym jak nie zajść w ciążę, jak być uwodzicielską, jakie tatuaże są najmodniejsze itd. powinno się przeprowadzać w domach publicznych, a nie dla nastolatek.

Z tym feminizmem to też ciekawa historia. Jakich praw kobiety dziś nie mają? Przecież równouprawnienie jest stuprocentowe. Jednak feministki nadal walczą. Wymyśliły sobie parytety, a najbardziej chciałyby, żeby skrobanki były na życzenie. Bo przecież brzuch kobiety to jej prywatna sprawa, a że zabijane jest dziecko to sprawa uboczna i mało ważna.

Pamiętam, że w trakcie wyświetlania w amerykańskich kinach polskiego filmu Seksmisja były manifestacje feministek pod kinami. Śmieszyło nas to wtedy, że idiotki protestują przeciw komedii. Niestety dzisiaj te głupoty dotarły do nas i mamy feminizm w polskim wydaniu. Wraz z nim przyszła moda na inne zboczenia: LGBT, gender, poprawność polityczną, mowę nienawiści, która ma zastąpić dawną cenzurę. Że też nie można sobie z tym poradzić przy pomocy środków prawnych. Ale jak demokracja to przecież wszystko wolno. Zresztą trudno sobie wyobrazić kwik środowisk lewicowych w kraju, a szczególnie za granicą gdyby zabroniono czegokolwiek z tego tęczowego wachlarza.

Wśród tej makulatury znalazłem parę tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy” i w nich przeczytałem trochę sensownych artykułów. Odłożyłem je osobno, żeby były pod ręką. W wolnych chwilach się przeczyta od deski do deski.

*

Nie minęło dwa tygodnie a już całkiem dobrze mi idzie posługiwania się nowoczesną techniką. Telefon rozgryzłem w dwa dni, nawet umiem esemesy wysyłać i już wiem jak obsługiwać bankomat. Nauczyła mnie Krystyna. Poszła ze mną dwa razy wybrać kasę i załapałem. Chodzę ciągle po sklepach i nie mogę się nadziwić ilości i różnorodności towaru. Samej mąki jest kilka gatunków, a makaronu kilkanaście. O innych rzeczach nawet nie wspominam po prostu zawrót głowy. Żeby wyprodukować same tylko opakowania do tych artykułów tysiące ludzi musiało pracować. Pomyśleć tylko jaka to rozrzutność tyle kolorowego plastiku, pudełek, torebek, puszek, tubek, folii, celofanu i diabli wiedzą czego. Nie twierdzę, żeby wszystko było opakowane w szary papier jak za moich czasów, bo to przegięcie, ale to co oni teraz wyprawiają to przerost formy nad treścią. Jednak to wszystko pestka, jak poszedłem na dział mięsny tu dopiero szczęka mi opadła i nie chciała wrócić, jak mawia młodzież. Toż to czyste wariactwo tyle mięsa i jego przetworów to ja przez całe swoje dotychczasowe życie chyba nie widziałem. I pomyśleć tylko, że za moich czasów ludzie o byle ochłap się bili, a ile trzeba było stać w kolejce i czasem się wykłócać. A dziś uśmiechnięta ekspedientka kroi w plasterki i pyta co jeszcze podać, wprost wierzyć się nie chce.

*

Znowu miałem przebłysk pamięci. Przypomniałem sobie, że z jakiegoś powodu byłem przesłuchiwany. Możliwe, że złapano mnie na jakiejś zadymie, tu niestety pamięć mnie zawodzi, bo całkiem nie przypominam sobie, skąd tam się wziąłem. Jednak sam przebieg „doprosa” pamiętam bardzo dobrze. Na każde zadane pytanie odpowiadałem jednym krótkim zdaniem: całujcie mnie w dupę. Po którym następował cios w pysk. Najpierw z plaskacza, ale potem pięścią. Dopóki po kolejnym uderzeniu nie wyleciały mi zęby. I to dwa z przodu. Esbek położył je na biurko i żartował, że jak dalej nie będę współpracował wstawi mi je z powrotem przy pomocy młotka. Jednak to oni wtedy odpuścili. Mimo, że szczerbaty byłem wygrany. Trochę to dziwne, że jednak żadnej szczerby w uzębieniu nie mam, może to jakiś trik dentystyczny?

*

Nienawidziliśmy esbeków i komunistów. Mówiąc my mam na myśli naszą paczkę: Krzyśka, Jurka, Ryśka, Leszka i mnie. Po przyjeździe do Wołowa szukałem ich. Krzysiek i Leszek nie żyją, byłem na ich grobach. Krzysiek się powiesił a Leszek zmarł na raka. Rysiek wyjechał do Kanady, Jurek podobno nadal tu mieszka, ale nie znam jego adresu. Informacje te znam od Bronka, a częściowo od Heńka „Hulajnogi”. Bardzo chciałbym się z nim spotkać nie tylko, żeby powspominać stare czasy, ale żeby przypomniał mi ostatnie miesiące przed moim wypadkiem. Być może wyjaśni też sam wypadek, bo jak dotąd mam o nim bardzo enigmatyczne wiadomości.

*

Dziś niedziela, więc postanowiłem pójść do kościoła. Ubrałem się w garnitur, białą koszulę i krawat. Rozglądam się, a tu ludzie w koszulkach, powycieranych dżinsach. Kobiety szczególnie te młodsze w jakichś obcisłych rajtuzach (później dowiedziałem się, że prawidłowa nazwa to leginsy). W każdym razie ubiór to bezwstydny, ukazujący kobietę jakby w negliżu, nawet majtki się odciskają. Tylko kilku starszych facetów w marynarkach, również starsze panie ubrane były przyzwoicie. Przyglądałem się ludziom z nadzieją, że kogoś rozpoznam. Kilka osób wydało mi się znajomych, ale pewny nie byłem. Wracając kupiłem butelkę wódki. Miałem chandrę i chciałem się trochę zrelaksować. Pokręciłem się trochę po Rynku, jednak nie spotkałem nikogo znajomego. Zmuszony więc byłem wypić flaszkę z Bronkiem w domu. Jednak bez przyjemności, bo nie lubię typa.

Bronek to zwykły robol. Pracuje w jakiejś montowni, sam śmieje się, że przykręca śrubki. Ale jak się okazało całkiem dobrze posługuje się tymi wszystkimi najnowszymi urządzeniami. Ma nawet własnego laptopa. Pokazał mi kilka sztuczek z internetem. Otwierał różne strony i pokazywał jak z nich korzystać. Stwierdziłem, że jest to ciekawostka do zabicia czasu całkiem dobra, ale tylko ciekawostka i nie powinna zastępować realnego życia. Mimo zachwalania z jego strony stwierdziłem, że nie kupię tego urządzenia.

*

Dziś zauważyłem, że na moim koncie jest jakby mniej pieniędzy niż powinno być. Tylko nie wiem jak to sprawdzić. Na razie postanowiłem zbierać wydruki z bankomatu i paragony ze sklepów. Spotkałem Heńka Hulajnogę znów pogadaliśmy o starych czasach i kumplach. Przy okazji spytałem go jak sobie radzi ze sprawdzaniem swojego konta. Odpowiedział, że nijak bo nie ma żadnego konta, a właściwie kiedyś jak pobierał zasiłek dla bezrobotnych to musiał założyć, ale teraz żadnych pieniędzy tam nie ma, więc nie ma kłopotów ze sprawdzaniem. Na moje pytanie skąd w takim razie ma pieniądze na życie, odrzekł, że z emerytury matki. Ciekawe skąd weźmie kasę jak matka umrze – pasożyt.

*

Dziś pokłóciłem się ze swoim wielorybem. Powodem stało się podbieranie pieniędzy z mojego konta. W banku wydano mi wydruk, z którego wynikało, że podjęto 1000 zł. Ponieważ takiej kwoty nie wybierałem spytałem o to Krystynę. Ta się wydarła, że chyba nie myślę mieszkać tu za darmo przecież muszę płacić za jedzenie mieszkanie i media. Spokojnym głosem przyznałem jej rację, chociaż trzęsła mną jasna cholera. Ale zadałem jej dwa pytania. Po pierwsze dlaczego podjęła pieniądze bez mojej wiedzy, a po drugie dlaczego mam płacić aż tyle. Jej argumenty były durnowate. Pieniądze wzięła, bo kiedy była na zakupach zabrakło jej swoich a akurat przechodziła obok bankomatu. Poza tym nie chciała mnie absorbować takimi drobiazgami jak pobranie pieniędzy, tym bardziej, że przecież wie, że obsługa bankomatu sprawia mi trudność. Jej niedociągnięcie (tak nazwała swój postępek) polegało na tym, że po przyjściu do domu zapomniała mnie o tym poinformować. Co do wysokości opłaty za mój wikt i opierunek to jej zdaniem i tak niewiele, bo wszystko drogie, a młodsze dziewczyny i Janek jeszcze nie pracują. A policzyła mi taką niewielką kwotę, bo wie, że moja renta jest niewielka.

Wytknąłem jej kłamstwo i kradzież. Bo najpierw zabrała moją kartę płatniczą bez pozwolenia a następnie bez pozwolenia wyjęła pieniądze z konta, czyli dokonała kradzieży. I wcale nie odbyło się to spontanicznie jak twierdzi, tylko dobrze to przemyślała i przygotowała. Oczywiście z obydwu stron padło wiele ciężkich słów, których nie chcę tu cytować. Stanęło na tym, że sam będę dbał o swoje wyżywienie, a płacił będę tylko za media i tylko taką część jaka na mnie przypada. Rachunki za media mam mieć do wglądu. A to, że jej dorosłe dzieci jeszcze nie pracują, gówno mnie obchodzi. Dodatkowo zapowiedziałem, żeby przygotowała się do rozwodu. To ci dopiero sucz złodziejska!!!

*

Czytając gazety i oglądając wypowiedzi niektórych polityków dochodzę do wniosku, że są jeszcze u nas ludzie zakompleksieni. Chociaż oni sami uważają się za wyzwolonych od wszelkich kompleksów, ale resztę społeczeństwa uważają za swołocz, a Polskę za obciachowy kraj. Mam wrażenie, że również ci wielcy aktorzy, piosenkarze i wszelkiej maści artyści czyli tak zwani „celebryci” czyli znani z tego, że są znani, pogardzają nami zwykłymi szarakami. Widać to w poszczególnych wypowiedziach, które im się czasem wymkną z zakłamanych gąb.

Wydaje mi się, że wiem skąd się bierze ta pogarda. To komunizm pozbawił Polaków godności i zakompleksił na całe dziesięciolecia.

Zaczęło się od de facto przegranej wojny. I chociaż komunistyczna propaganda stawała na głowie, żeby udowodnić, żeśmy wojnę z Niemcami wygrali to fakty przeczyły tym zapewnieniom. Straciliśmy olbrzymie terytoria na wschodzie a jako rekompensatę Stalin dał nam kawałeczek Niemiec. Prawowite władze czyli rząd londyński pozbawiono władzy, Mikołajczyk musiał uciec, bo zgniłby w kryminale. Jak gniły przez wiele lat setki akowców. Sowieci zadomowili się na pięćdziesiąt lat w naszym kraju eksploatując go gospodarczo i politycznie.

Zwykły szary człowiek był traktowany jako siła robocza, w dodatku źle opłacana. Pamiętam, że w przeliczeniu zarabiałem około 30 dolarów miesięcznie. W państwach zachodnich tyle płacono za pół dniówki. Dla ludzi z wolnego świata byliśmy pariasami i sami, w zetknięciu z nimi, tak się czuliśmy. Byle Afrykanin, któremu ojciec, wódz plemienia, przysyłał miesięcznie dwieście dolarów czuł się w ówczesnej Polsce jak książę. W dziewczynach mógł przebierać jak w ulęgałkach. Oczywiście główną rolę odgrywały pieniądze, ale i prestiż pokazania się z takim kolorowym gościem być może nawet Amerykaninem robił swoje, więc dziewczyny na to szły.

Zmieniło się to dopiero w 1978. Po wyborze Polaka na papieża przestaliśmy się wstydzić swego pochodzenia, swojej polskości. Jednak ekonomicznie nadal byliśmy dziadami. Najbardziej odczuwali to ci wyjeżdżający za granicę za chlebem między innymi artyści. Te kompleksy pozostały w niektórych do dzisiaj. I chociaż już się odkuli, kompleks chociaż głęboko schowany pozostał. Umiejętnie pielęgnowany przez niektóre media w wielu umysłach tkwi nadal.

*

Czytałem niedawno o przypadkach zarażenia hifem kilkunastu młodych kobiet przez murzyna, który udawał bojownika prześladowanego w swoim kraju w Afryce. Nieszczęśliwy bojownik i poeta okazał się hochsztaplerem. Nie był ani prześladowany ani nawet poetą, jednak potrafił wzbudzić jednocześnie litość i podziw, co wykorzystał dmuchając głupie dziewczyny i przy okazji zarażając je śmiertelną chorobą. Chciały multi-kulti to mają naiwniary, nieszczęśliwe produkty Gazety Wyborczej.

*

Adwokat, u którego byłem po poradę, poinformował mnie, że jeszcze niedawno dostałbym rozwód bez problemu i jednocześnie zachował prawo do spadku. Jednak obecnie zmieniła się sędzia rodzinna i nie będzie wcale łatwo. Gadał jeszcze długo w tym prawniczym żargonie, z którego niewiele rozumiałem. Całość podsumował, że bez adwokata sobie nie poradzę i oczywiście zaproponował swoje usługi. Czuję, że to taka sama pijawka jak inni. Patrzy tylko jak oskubać człowieka.

*

Ostatnio senat USA przyjął słynną już ustawę 447/JUST dotyczącą bezspadkowego mienia żydowskiego w krajach Europy wschodniej. Polskę ogarnęło straszne wzburzenie kiedy jeden z ważniejszych polityków amerykańskich niejaki Pompeo spytał naszego premiera czy Polska podjęła jakieś kroki prawne w tym kierunku. Żydowskie organizacje w Ameryce wymyśliły sobie bowiem, że nasz kraj musi oddać im pieniądze za mienie Żydów, których Niemcy zamordowali w czasie wojny, a którzy nie zostawili spadkobierców. Jednak w Polsce, tak jak i w innych cywilizowanych krajach, istnieje prawo, że mienie bezspadkowe obywateli polskich przechodzi na skarb państwa. Po ludzku mówiąc lobby żydowskie namówiło USA, żeby zmusili Polskę, aby ta zmieniła swoje prawo w taki sposób, aby wypłata tych pieniędzy stała się możliwa. Bezczelność i zachłanność Żydów amerykańskich zdaje się nie mieć granic. Od Niemiec wyrwali różnego rodzaju odszkodowania, nawet Szwajcaria musiała im wypłacić jakieś wielkie miliardy, bo to w ich bankach Żydzi trzymali swój geld. Teraz wymyślili sobie, że Polska, która po latach komuny jako tako stanęła na nogi, musi zapłacić haracz w wysokości uwaga 230 miliardów złotych. Podstawą do tego miałoby być twierdzenie, że Polacy wraz z Niemcami mordowali Żydów. Nad udowodnieniem tej bzdury pracują w pocie czoła różne autorytety jak np. profesorowie Gross, Grabowski, czy Engelking też zresztą Żydzi. Na szczęście zarówno premier Morawiecki jak i prezes partii rządzącej Kaczyński, absolutnie wykluczyli jakiekolwiek wypłaty z naszego budżetu. Przy okazji dowiedziałem się, że poprzednia ekipa rządząca z Tuskiem i Komorowskim rozważali sprzedaż Lasów Państwowych, żeby zadośćuczynić żądaniom Żydów. Na całe szczęście zostali odsunięci od władzy.

*

Jestem cały poobijany, w nosie coś chrzęści, a oczy spuchnięte, że prawie nie widzę. To wynik starcia z Bronkiem. Ten bydlak jest o głowę wyższy ode mnie i cięższy ze 30 kilo, a cios ma, że jak cię mogę. Zaczęło się od kłótni z Kryśką. Memlała mi za uszami to się odgryzłem raz i drugi aż ten yeti się wtrącił. Nie załapałem, że bestia jest pijany i wtedy szybko się denerwuje. No i kropnął mnie raz, a dalej nie pamiętam, ale pewnie jeszcze parę razy poprawił, bo po jednym ciosie nie byłbym taki obity. Kości chyba całe tylko żebra bolą, że nawet kaszlnąć nie mogę. Nalałem sobie wody do garnka leżę w łóżku i przykładam kompresy na oczy. Do południa nikt z domowników się nie pokazał.

Dopiero po sygnale z wieży mariackiej przyszła Jowita z talerzem zupy. Jednak była zbyt gorąca na moje poobijane wargi, więc musiałem poczekać aż ostygnie. Dziewczyna czekała aż zjem, żeby zabrać talerz. Przy okazji opowiadała o tym, jakim złym ojcem jest Bronek. Ileż to razy dostała bicie jako dziecko, a i później jak już była prawie dorosła. Bardzo mi współczuła i zaproponowała, że jakbym coś potrzebował, żebym ją zawołał stukając łyżką w garnek. Wieczorem odwiedziła mnie Krystyna i zaczęła łagodzić sprawę. Mówiła, że Bronek jak pijany to głupi i żeby zakopać topór wojenny. Ona ze swej strony zrobi wszystko, żeby w domu zapanowała rodzinna atmosfera. Widać, że przestraszyli się i zależy im żebym nie robił z tego afery. Bardzo dobrze niech się trochę boją, ja na policję nie pójdę, ale na Bronku jeszcze się odegram.

*

W moich czasach naukowcy przepowiadali, że przed 2000 rokiem ludzie wylądują na Marsie, a w pierwszej ćwiartce XXI wieku będą tam docierać wycieczki turystyczne. Tymczasem dotarła tam jedynie Amerykańska sonda, która bada próbki marsjańskiego gruntu. Ludzkość odpuściła sobie podbijanie kosmosu. Wydaje się, że zagospodarowano tylko przestrzeń wokół Ziemi. Napchano tam różnego rodzaju satelitów, podobno w większości wojskowych i szpiegowskich. Dla zwykłych ludzi jedyny pożytek, że telewizja i łączność jest przez nie przekazywana. A w trakcie podróżowania satelity bardzo pomagają w nawigacji. Pewnie takie urządzenie nie jest zbyt drogie, skoro nawet ten durny Bronek posiada je w swoim starym aucie.

*

Tydzień już nie wychodzę z domu. Ból żeber trochę się uśmierzył, ale oczy podbite i nos jeszcze dokucza. Jowita obraziła się na mnie, kiedy w drugim dniu po pobiciu nie zaprosiłem jej do łóżka. Swoją drogą ma dziewczyna zadatki na dziwkę. Nie dość, że przyniosła mi kolacją roznegliżowana, w jakimś kusym szlafroczku, to jeszcze usiadła w takiej pozycji, że dosłownie majtki było jej widać. A jak się pochyliła żeby nalać herbaty to zauważyłem, że nie ma pod tym szlafroczkiem biustonosza. Łzawo opowiedziała mi swoją trudną sytuację. Ojciec nie pozwala jej nigdzie wychodzić, a nawet gdyby pozwolił to i tak nie miałaby w co się ubrać. Więc dotąd nie miała żadnego chłopaka, chociaż nie jest przecież najbrzydsza.

Spytałem ile potrzebuje na ubranie. A ona, że za trzy tysiące od biedy mogłaby coś sobie skompletować. Moje następne pytanie było bezczelne, ale ona przyjęła je w sposób naturalny. Spytałem mianowicie czy gotowa jest oddać się za te pieniądze. A kiedy przytaknęła wyprosiłem ją z pokoju. Prawdą jest, że było mi trudno, bo dziewczyna ładna i grzechu warta, ale kurewstwem zawsze się brzydziłem. Poza tym trzy tysiące za numer to jednak za dużo.

*

Znów miałem przebłysk pamięci. Widzę taką scenę:

Pracuję przy powielaczu. Okna zasłonięte kocami. Duszno i gorąco. Jest nas trzech, zmieniamy się, bo praca wyczerpująca. Śmierdzi terpentyną i farbą drukarską. Jesteśmy brudni i spoceni, ale zbliżamy się do końca roboty. Jeden z nas chyba Józek wyciąga z lodówki wódkę i kompot truskawkowy w szklanym dzbanku. Rozlewa butelkę do trzech szklanek, pustą flaszkę wrzuca do kubła na śmieci. Wypijamy jednym haustem i zapijamy zimnym kompotem. Siadamy gdzie kto może. Józek na fotelu, Kazik i ja na kanapie. Zasypiam. Film się urywa.

Moja przeszłość małymi krokami, pomalutku zaczyna się klarować. Już wiem, że nie byłem biernym obserwatorem. Działałem w konspiracji kwestia tylko w jakiej i z kim. Wbrew pozorom jest to ważna sprawa. Od roku obowiązuje ustawa, że konspiratorzy działający w stanie wojennym na rzecz niepodległego państwa Polskiego, mogą ubiegać się o wsparcie ze skarbu państwa. Trzeba tylko udowodnić swoją działalność w Urzędzie do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych a jak się tego dowiedziałem od Zygmunta Kowala, największego opozycjonisty, który jako jedyny w naszym mieście był internowany, że można to zrobić na dwa sposoby, albo przedstawić świadków swojej działalności albo znajdując swoje dokumenty w IPN-ie.

Tak sobie pomyślałem, że te 400 zł bardzo poprawiło by moją sytuację materialną.

*

Tak się jakoś składa, że gdy tylko przyjdę do Rynku, zaraz pojawia się kulawy Heniu. I tak lawiruje, że w końcu albo kupię jakieś piwo w delikatesach, albo pójdziemy do Ratuszowej. Tak czy siak zawsze stracę parę groszy na tego pasożyta. Jednak z drugiej strony jest on moim głównym źródłem informacji, szczególnie tych archiwalnych. Dziś na przykład opowiedział mi, że pamięta jak w latach 80-tych milicja prowadziła mnie na komendę. Jednak nie potrafił nawet w przybliżeniu sprecyzować daty. Myślę, że pewnie było to jedno z zatrzymań na 48 godzin. Po tej informacji stwierdziłem, że nie ma co zwlekać z potwierdzeniem mojej działalności antykomunistycznej.

*

Jestem po wizycie we wrocławskim IPN-ie. W końcu nadałem sprawie bieg. Poinformowano mnie, że czas oczekiwania na odnalezienie moich dokumentów to minimum cztery miesiące, ale może przedłużyć się nawet do roku. Pod warunkiem, że w ogóle istnieją, bo wiele dokumentów również wołowskich zostało zniszczonych. Pomyślałem sobie, że mając na uwadze mojego pecha to akurat moje pewnie zniszczyli. Jednak nie ma co martwić się na zapas, podałem numer telefonu i będę czekał. Wracając spotkałem Heńka i jego kolegę Adama. Właśnie kombinowali pod monopolowym licząc jakieś drobniaki. Powiedziałem, żeby schowali swoje grosze, bo dzisiaj ja stawiam. Myślałem, że wypijemy butelkę we trzech i będzie chwatit, ale gdzie tam. Poszło w sumie trzy flaszki Krupniku i po dwa piwa. Do domu dotarłem w stanie nieważkości. Podobno szurałem do Bronka, ale udało się mnie uspokoić bez bicia. Prawdę mówiąc nic nie pamiętam.

*

Dotarłem wreszcie do swojego kumpla z młodości Jurka. Adres znalazłem w książce telefonicznej sprzed 12 lat, leżała w piwnicy przeznaczona do spalenia. Teraz już się nie korzysta z takich staroci. Telefony stacjonarne posiadają tylko instytucje i ludzie starej daty. Pomyśleć tylko, że posiadanie telefonu było marzeniem w tamtych czasach. Teraz to trochę śmiesznie, ale na połączenie międzymiastowe czekało się czasem kilka godzin. O jakości dźwięku wydobywającego się ze słuchawki szkoda nawet gadać. Ale wracając do Jurka. Poszedłem pod wskazany adres. Odnalazłem jego klatkę schodową. Nie było to proste, bo blok pięcioklatkowy. Na szczęście drzwi były otwarte, bo domofon przypuszczalnie zepsuty. Liczę drzwi i wychodzi, że jego mieszkanie jest dopiero na czwartym piętrze. Dzwonię do jednych drzwi – nic. Do drugich – wychyliła się jakaś baba i mówi, że to naprzeciwko. Więc mówię, że tam nikt nie otwiera. A ona, żeby próbować, bo na pewno ktoś jest. Jednak guzik z tego. Nawet jeżeli byli to nie reagowali. Może jednak nie było go w mieszkaniu. Nie wierzę, że taki dobry kumpel mógłby mnie unikać.

*

Wszyscy narzekają na ten IPN, że się ociągają i trzeba czekać w nieskończoność, a tu proszę po dwóch tygodniach od mojego zgłoszenia dostałem telefon, że mogę przyjechać w celu zapoznania się ze swoimi dokumentami. W domu wszyscy zainteresowani jak mi się powiedzie w sprawie tego dodatku kombatanckiego. Nawet Bronek przyszedł do mojego pokoju z wódką, żeby coś więcej się dowiedzieć. Ale przecież sam niewiele wiem. Więc mu mówię, że ten wypadek z przed trzydziestu lat spowodował dziury w mojej świadomości i niewiele pamiętam. Wrócę z IPN-u to wszystko powiem. Być może z ich papierów dowiem się więcej o swojej działalności.

*

Jestem po wizycie w tym zasranym IPN-ie. Dużo się o sobie dowiedziałem, może nawet za dużo.

Jak wracałem kupiłem litr gorzały, niech i w domu się cieszą. Oczywiście cała rodzina w podnieceniu obsiadła stół. Kryśka zrobiła smaczne leczo z ryżem. Potem wjechały zimne zakąski wódka się leje a ja opowiadam z jaką atencją mnie przywitano. Następnie zawieziono mnie windą na trzecie piętro, gdzie w osobnym pokoju otrzymałem siedem teczek z moimi aktami wytworzonymi przez SB. Teczek niestety nie dostałem, gdyż są własnością IPN, ale czytać mogłem do woli i nikt mi nie przeszkadzał. Z lektury tej dowiedziałem się, że należałem do podziemnej Solidarności, drukowałem ulotki i brałem udział w nielegalnych manifestacjach. W trakcie jednej z nich zostałem ujęty, bardzo brutalnie przesłuchany i internowany na trzy miesiące. Po zwolnieniu z internatu ciągle byłem inwigilowany i wielokrotnie zatrzymywany na 48 godzin. Przy okazji dowiedziałem się kto na mnie donosił, ponieważ jedna z teczek zawierała donosy konfidentów. Urzędnik przydzielony do obsługi mojej osoby stwierdził, że z otrzymaniem tych 400 złotych nie będę miał problemu. Więc to tylko kwestia czasu kiedy Urząd ds. Kombatantów wyda pozytywną decyzję.

Wszyscy złożyli mi gratulacje, Krysia wycałowała serdecznie, a Bronek poklepał po plecach aż mnie żebra zabolały. Atmosfera była tak serdeczna, że Bronek poleciał na stację benzynową jeszcze po dwie flaszki. Jak doszedłem do łóżka całkiem nie pamiętam. Piekielny kac z rana potwierdził, że zabawa była niezła.

*

Jednak prawda była niestety inna. Dostałem do wglądu tylko dwie teczki. W jednej były spostrzeżenia dotyczące mojej osoby spisane przez oficera prowadzącego, niejakiego porucznika Bodnara, a w drugiej moje donosy… i pokwitowania odbioru pieniędzy. Występowałem wtedy jako TW Szerszeń.

Przykro mi to mówić, ale nie przypuszczałem, że byłem taką kanalią. Owszem drukowałem ulotki, tyle, że były to fałszywki spreparowane przez bezpiekę w celu sprowokowania i zdezorientowania środowisk solidarnościowych. Brałem udział w wielu manifestacjach z bandą dwudziestu mi podobnych jako prowokator. Dzięki mojej inicjatywie i pomocy zatrzymano na jednej z nich ważnego działacza KPN-u. Wtedy też brałem udział w jego przesłuchaniu (jako obserwator). Byłem też osadzony w obozie dla internowanych w Głogowie moim zadaniem było spenetrowanie tego środowiska i wyłowienie z niego działaczy mających mir, a jednocześnie potencjalnych ugodowców, z którymi władza mogłaby podjąć rozmowy. Byłem tam tylko osiem dni, ale raport napisałem na czternaście stron. Dostałem za to całkiem niezłe pieniądze. Pokwitowałem odbiór 28 tysięcy złotych, wtedy to była niezła kasa.

Najbardziej wstydliwe donosy to te dotyczące moich serdecznych kolegów i dziewczyny, z którą wtedy zacząłem chodzić czyli Krystyny. O kuźwa jak mi wstyd.

*

Dziś był ciepły dzień. Siedziałem zamyślony na ławeczce grzejąc się w jesiennym słońcu na „Skwerze Sybiraków” kiedy podszedł do mnie Jurek, mój dawny kumpel. Rozmowę przytaczam w całości.

– Siemasz Staszku – Jurek miał niemodne wąsy a’la Wałęsa. Łysą tonsurkę otaczał wieniec siwych kręconych włosów. Był niechlujnie ubrany i zionął alkoholem.

– Cześć Jurku, szukałem cię. Nawet byłem u ciebie w domu. Co się z tobą dzieje, jak żyjesz?

– Wiem. Widziałem cię przez wizjer, ale nie mogłem się przełamać, żeby z tobą pogadać.

– Właściwie o sobie wszystko już wiem, chciałem się tylko spytać, jak to było z tym moim wypadkiem.

– Nie było żadnego wypadku. Kiedy zorientowaliśmy się, że jesteś donosicielem postanowiliśmy ci spuścić manto. Kiedy straciłeś przytomność położyliśmy cię razem z rowerem na chodniku tuż przy ulicy Zwycięstwa. Nie przypuszczaliśmy, że wpadniesz w śpiączkę, chcieliśmy tylko dać ci nauczkę, że na kumpli się nie kapuje. Później mieliśmy z tego powodu wyrzuty sumienia, bo myśleliśmy, że umrzesz.

– Mogę ci tylko powiedzieć, że umarłem – a teraz wybudziłem się jako całkiem inny człowiek. Jeżeli chcesz i możesz mi wybaczyć możemy się nadal się kumplować.

– Wybacz, ale to chyba niemożliwe. Nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki.

– Co ty mi tu cytujesz jakieś durne chińskie przysłowia, chodź napijemy się wódki i wyjaśnimy sobie tamte rzeczy. Ja was zdradziłem, wy o mało mnie nie zatłukliście. Chyba jesteśmy kwita. Mówię prawdę, że wyrzekam się swojej przeszłości i jestem za obecną Polską. Jeżeli bym mógł cofnąć czas to stałbym wtedy po stronie Solidarności i nigdy bym nikogo nie zdradził, a szczególnie was moich najlepszych kumpli.

– Jak chyba zauważyłeś Solidarność nie ma już dziś żadnego znaczenia. A w ogóle gdybym mógł wybierać wolałbym na powrót żyć w tamtych czasach i zrobiłbym wszystko, żeby te dzisiejsze nie nastąpiły. Tak sobie dziś myślę, że to ty miałeś wtedy rację. Gdyby było więcej takich jak ty dzisiejszy nasz świat inaczej by dziś wyglądał.

– A ty co naćpałeś się? Skąd ta gorycz. Odbiło ci chciałbyś wrócić do komuny?

– Wiem co chcesz powiedzieć, że syf, bieda, szarość, brak perspektyw… ale ja mam dziś to samo. Widzisz życie dało mi w dupę niemiłosiernie. Zaczęło się od samobójstwa syna – nieszczęśliwa miłość… Potem straciłem duże pieniądze w piramidzie finansowej Amber Gold – może słyszałeś? – Skinąłem głową, żeby mu nie przerywać.

– Kiedy już nie miałem kasy, wspólnik, z którym miałem firmę wycyckał mnie bez mydła. No i wtedy zostawiła mnie żona, odeszły razem z córką, myślały, że świat zawojują. Wyjechały do Niemiec, słyszałem że puszczają się obydwie za pieniądze. Teraz kończę przepijać pieniądze z kredytu, który wziąłem pod zastaw mieszkania. Więc widzisz jakie mam perspektywy. A ten nasz świat to syf, złodziejstwo, kurewstwo i chuj z tym wszystkim…

Machnął ręką, odwrócił się na pięcie i odszedł bez pożegnania. Jego przygarbiona postać znamionowała człowieka rozczarowanego i przegranego. Pomyślałem, że jemu to naprawdę nie poszło i żeby prawdę powiedzieć, nie wiem kto bardziej przegrał życie on czy ja.

Jednak po zastanowieniu stwierdziłem, że w moim przypadku jest jeszcze szansa, żeby się zrehabilitować i naprawić błędy młodości. W tym momencie postanowiłem sobie, że muszę tego dokonać.

Czerwiec, lipiec 2019

Opowiadania. Sprawiedliwość

Stanisław Ryczek

Gerard David – Dyptyk – Sprawiedliwość Kambyzesa

Pan Heniek był świetnym stolarzem, dlatego postanowiłem właśnie jemu powierzyć zrobienie ramek do moich niewydarzonych obrazów. Pana Henia znałem od kilku lat. Pracowaliśmy razem na budowach. Ja jako murarz, a Heniu jako stolarz. Jego robota polegała na listwowaniu okien i drzwi. Czyli obijaniu listewkami futryn. Obserwowałem czasem jego robotę i stwierdziłem, że wykonanie ramek nie sprawi mu kłopotów. I rzeczywiście uporał się z robotą w niecałą godzinkę. Moje cztery obrazy nabrały blasku (tak mi się przynajmniej wydawało), a pan Heniek był mile połechtany moimi pochlebstwami.

Po wykonaniu roboty był oczywiście drobny poczęstunek. Jakiś bigos z ziemniakami, a ponieważ Heniek odmówił przyjęcia gotówki na stół wjechała kartkowa butelka wódki. Po rozpiciu półliterka we trzech, dołączył jeszcze ojciec, poleciałem do piwnicy po bimber, bo kartek więcej nie było.

Czas przy przyjemnych rozmowach, jak wiadomo, szybko ucieka. Więc do północy poszły już trzy butelki. Wtedy też naszły pana Henia wspominki. Zaczęło się od pochwały muzyki ludowej oraz tańców z dawnych lat. Stwierdził on, że bywając w swoich rodzinnych stronach w okolicy Sierpca, był tam najlepszym tancerzem, a oberek był jego koronnym tańcem. Od tańca blisko do różańca, a od szklanki niedaleko do szabli. Opowieści popłynęły więc szerokim strumieniem.

Ojciec opowiedział jak z bratem wykradli ciężki karabin maszynowy ze strąconego ruskiego samolotu i to pod okiem Niemców. Właściwie było to działko pokładowe i chociaż szybko odebrali je im partyzanci to jednak był to śmiały wyczyn dziesięcioletnich wtedy chłopców. Wspomniał też o innych walkach z okupantem na przykład wykradaniem buraczanej marmolady i cukierków z melasy, które tak bardzo smakowały. Przy czym zaskakiwała mnie wspaniała pamięć mego rodzica, bo potrafił dokładnie opisać nie tylko smak, zapach i konsystencję kradzionych smakołyków, ale również opakowania tych artykułów, jak również sposób zamykania niemieckich beczek i skrzyń w których je przechowywano.

Pan Heniu z uśmiechem politowania przysłuchiwał się takim drobnym działaniom nieletnich chłopców. Jego historie były już całkiem dorosłe, bo pan Heniu był w partyzantce. Zaminowany tor kolejowy i wysadzony most na Wiśle to całkiem inny kaliber. Nawiasem mówiąc wszyscy na budowie wiedzieli, że pan Heniu walczył w partyzantce. I co tu gadać byliśmy dumni, że taki ktoś z nami zwykłymi śmiertelnikami pracuje.

Jednak ojciec w tym dniu poddawał w wątpliwość jego opowieści. I kiedy Heniek wyszedł do ubikacji rzekł:

– A tam pieprzy. Jest tylko cztery lata starszy ode mnie, a pozuje na wielkiego partyzanta. Pewnie porucznikowi buty pastował, a teraz się przechwala, że pociągi wysadzał.

Po kolejnej butelce Heniu zaczął wyliczać swoje klęski. I tu nieświadomie zaczął odkrywać swoją prawdziwą przeszłość. Najpierw żałował swego mieszkania w Zielonej Górze. Miał tam cztery pokoje w poniemieckim domu. W 56 musiał opuścić to mieszkanie i przeprowadził się do Wołowa, gdzie dostał tylko dwa pokoje, co poczytywał sobie za osobistą klęskę.

Po kilku pytaniach zdołał wydukać wreszcie, że musieli całą rodziną uciekać, bo groziła im śmierć.

– Ale to niby dlaczego? – zadałem kolejne pytanie. Ano dlatego, że obje z żoną służyli w szeregach milicji i bali się, że ludzie ich zabiją.

Zaryzykowałem jeszcze jedno pytanie mianowicie:

– Skąd ta obawa, przecież w MO służyły dziesiątki, jeżeli nie setki ludzi i przecież nie musieli uciekać.
– A bo wiesz myśmy pracowali przy przesłuchaniach. A wiesz jak to bywa, czasem trzeba było komuś przylać, żeby zaczął mówić prawdę. No i tak się złożyło, że to na nas skrupiła się największa złość. Można powiedzieć, że ja z żoną zostaliśmy tymi najgorszymi, a przecież to nie jest prawda. Myśmy robili tylko to, co nam kazali.

Heniu zapalił kolejnego papierosa i łyknął kolejną dawkę ognistej wody.

– Ci na górze to byli przeważnie Ruscy albo Żydzi. Oni sami tylko czasem przesłuchiwali tych najważniejszych bandytów. A tak na co dzień siedzieli za biurkami, wydawali rozkazy i domagali się od nas efektów. Kiedy zaczęła się gomułkowska odwilż przeszli na inne cywilne stanowiska. Zostali dziennikarzami albo dyrektorami różnych firm, a my ich podwładni musieliśmy uciekać. Bo się okazało, że to my jesteśmy najgorsi, a oni judasze umyli ręce.

Pan Heniu już właściwie bełkotał, ale jeszcze udało się uzyskać kilka ciekawych odpowiedzi. Na przykład głośną sprawę wbijania igieł pod paznokcie. Tu spotkał minie zawód, bo Heniu żadnych igieł nikomu nie wbijał. Jego metoda była inna, znacznie prostsza – młotek.

Narzędzie to zawsze było mu bliskie i to dzięki niemu uzyskiwał najlepsze wyniki. Nawet przełożeni nazywali jego metodę młotkowaniem. Polegała na tym, że naparzał w paznokcie młotkiem. Metoda była na tyle skuteczna, że niektórzy przyznawali się nawet do zabójstwa Stalina.

Chociaż już nieźle byłem wstawiony przypomniałem sobie pewne spotkanie. Jakoś rok wcześniej w szpitalu poznałem starszego gościa, który cierpiał na jakąś paskudną chorobę. Polegała ona na tym, że co pewien czas obcinano mu jakiś palec. Powodem był stan zapalny, z którym lekarze nie umieli sobie poradzić i pozostawała tyko amputacja. Miał obcięte już dwa palce w lewej dłoni, i dwa i pół w prawej. Wtedy walczono o uratowanie kciuka w prawej ręce. Gadaliśmy trochę. Pochodził z wielkopolski chyba z Ostrowa. Twierdził, że choroba zaczęła się już po wyjściu z więzienia w 56 roku. A była wynikiem właśnie przesłuchań na UB przy pomocy młotka. Niestety nie spytałem, gdzie przesłuchania się odbywały. Możliwe, że jego spowiednikiem był pan Heniu, chociaż myślę, że nie tylko on w Urzędzie Bezpieczeństwa posługiwał się dobrze młotkiem.

Po trzydziestu latach od tej rozmowy spotkałem się z panem Heńkiem przy okazji jakiejś wizyty w szpitalu. Siedział na ławeczce przed izbą przyjęć. Miał skierowanie na drobny zabieg – obcięcie małego palca prawej stopy. Był lekko podłamany skarżył się, że przyczyną martwicy jest ta przeklęta miażdżyca. Ostatnio Henia widziałem tydzień temu. Stał na chodniku opierając się na kulach, jedną nogę miał skróconą do kolana. Pomachałem mu z jadącego auta. Chyba mnie nie poznał. We wstecznym lusterku widziałem, że długo za mną patrzył. Naszła mnie myśl, że jednak jest sprawiedliwość na świecie. Mimo, że ludzka nie zadziałała to jednak boskiej nie umknął.

Maj 2019