Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Szkocki akcent. Uchodźcy tacy jak my

Tomasz Oryński

„Choćby w całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna…”

Józef Wilkoń - Baśnie perskie

Józef Wilkoń – Baśnie perskie

Choć przez kilka lat udawało nam się żyć w przekonaniu, że tragedia w Syrii nas nie dotyczy i jest to problem „kogoś innego”, dziś jednak nie możemy już dłużej ignorować tej sprawy – ci inni są już tutaj. Stoją u bram, koczują na budapesztańskim dworcu kolejowym albo płyną w dziurawych baliach przez Morze Śródziemne. Nie można więc już więcej chować głowy w piasek i trzeba na poważnie zastanowić się, co należy zrobić. Niestety, tak w Polsce jak i w Wielkiej Brytanii dyskusja została zdominowana przez ludzi o wąskich horyzontach, którzy nakręcają strach przed owymi „innymi” posługując się popularnymi uproszczeniami i idiotycznymi stereotypami. Teksty takie jak cieszący się niezwykłą popularnością wpis niejakiej Iwony L. Koniecznej zalewają internet, bo w dobie kiedy myślenie i analizy zastępuje kliknięcie przycisku „Like” na Facebooku nikt nie poddaje ich racjonalnej analizie ani nawet nie sprawdza, jak ów tekst ma się do rzeczywistości. Po co sprawdzać, przecież każdy widział na youtube filmik z agresywnymi imigrantami i wyrobił już sobie na jego podstawie zdanie. Sprawa jest zbyt ważna, żeby swoje zdanie wyrabiać sobie na podstawie tekstu, wrzuconego na Facebooka przez koleżankę, która jeszcze jakiś czas zachęcała nas do dzielenia się spamem w nadziei otrzymania darmowego iPhone wycofanego ze sprzedaży z powodu wadliwego opakowania… Dlatego spróbujmy na spokojnie przeanalizować zarzuty histerycznych ksenofobów aby oczyścić pole pod właściwą i rzetelną dyskusję…

1. „Bo mój szwagier kiedyś widział migranta i nie podobało mu się”.

Większość takich tekstów jest na wstępie uwiarygodniana jakimś konkretnym przykładem: „Mam rodzinę na wyspie Kos”, „Znajomi mieszkają w Calais” czy „jak mieszkałem na Wyspach to pracowałem z kilkoma Muzułmanami, więc dobrze wiem jacy oni są”. Tylko że te anegdoty w żaden sposób nie przekładają się na całościowy obraz. W końcu każdy z nas w życiu zetknął się z Polakami, którzy byli oszustami, leniami, pijakami czy roszczeniowymi prostakami, ale nie próbujemy przypisywać tych cech całemu narodowi, prawda? Zapewne dlatego, że przykłady każdy odruchowo dobiera sobie pod tezę. Polacy to fajny naród, bo sami nimi jesteśmy. Imigrantów natomiast się boimy, dlatego podświadomie szukamy przykładów które wspierają nasze przekonanie, że jednak lepiej by było dla nas, gdyby oni zostali gdzieś daleko… Wielu Polaków przywozi do kraju opowieści o migrantach, które zaobserwowali podczas swojego pobytu na Wyspach. Ale czy jest to miarodajny obraz Muzułmańskiej populacji w Wielkiej Brytanii? Większość Polaków na Wyspach pracuje w prostych pracach, nie wymagających zbyt wielkich kwalifikacji, więc siłą rzeczy styka się z nizinami społecznymi. Z racji niskich dochodów, znakomita większość naszych rodaków szuka mieszkania „po taniości”, lądując w co gorszych dzielnicach większych miast albo wręcz w osiedlach mieszkań socjalnych. Czy obserwacje poczynione z takiej pozycji, nawet jeśli jest ich tysiące, faktycznie dają rzetelny obraz sytuacji i mogą zastąpić statystyczną analizę obejmującą całość analizowanej grupy społecznej?

Ufuk Kobas Smink - Aisha i wąż.

Ufuk Kobas Smink – Aisha i wąż.

2. „Jacyś to dziwni uchodźcy, skoro widać tylko młodych mężczyzn”

Kolejnym zarzutem straszących emigracją jest to, że większość widzianych w relacjach telewizyjnych uchodźców to młodzi mężczyźni. Owszem, to prawda. Dlaczego? Rozejrzyjmy się wśród naszych znajomych. Dziś prawie każdy Polak zna kogoś, kto wyjechał za pracą do Wielkiej Brytanii. Czy przypominacie sobie sytuację w której na wyspy najpierw wyjechała kobieta z dziećmi a dopiero potem dołączył do niej mąż. Raczej nie, prawda? Zwykle pierwszy wyjeżdża ojciec rodziny, znajduje pracę, mieszkanie i dopiero jak ma ku temu odpowiednie warunki ściąga do siebie rodzinę, bo nie chce, żeby w przypadku niepowodzenia wszyscy wylądowali na ulicy. A wyjazd Polaka do Wielkiej Brytanii to kwestia dwugodzinnego lotu Ryanairem, w najgorszym przypadku dwudniowa jazda autokarem na Victoria Bus Station w Londynie. Nikt tu nie ryzykuje życiem, nikt nie musi walczyć o przetrwanie, wszystko odbywa się legalnie i kulturalnie. Czy jeszcze kogoś dziwi, że w niebezpieczną podróż, która kosztuje fortunę, a podczas której ginie znaczny procent uchodźców, nierzadko z rąk tych samych przestępców, którym oddali oszczędności całego życia za przewiezienie przez granice, wysyłani są głównie młodzi mężczyźni? A że zachowują się roszczeniowo lub agresywnie? No cóż, jak napisał Ziemowit Szczerek “Czy Wy naprawdę spodziewaliście się, że wędrówka ludów będzie piękna i bez brzydkiej strony?”. Ja dodam od siebie: czy te zachowania to naprawdę coś niespotykanego u nas? Przypomnijmy sobie filmiki z promocji na karpie w Lidlu, które jakiś czas temu podbiły internet. Na promocję załapać się byli w stanie tylko ci, którzy nie szczędzili konkurentom kuksańców i byli w stanie na chama dopchać się do lodówki. Nie widzieli nic złego w tym, że do upragnionego celu dostawali się kosztem innych. Czy to oznacza, że „takie zachowanie jest powszechnie przyjęte w kulturze Polaków głęboko osadzonej w wierze katolickiej”? Nawet, jeśli twierdzenie takie potwierdzilibyśmy niezliczonymi przykładami roszczeniowych postaw Polaków opisanych na takich portalach, jak piekielni.pl? Czy może po prostu oznacza to, że do karpi w Lidlu po prostu udaje się dopchać najbardziej agresywnym chamom, a ludzie bardziej kulturalni kupowali ryby bez promocji w innym sklepie? Tak samo jest z uchodźcami. Ci mniej „przebojowi”, „roszczeniowi” i „agresywni”, ci którzy postanowili zgodnie z prawem międzynarodowym oczekiwać na pomoc humanitarną przymierają głodem w namiotach rozstawionych na pustyni gdzieś w Libanie, Turcji czy Jordanii. Do Europy wyruszyli albo ci bardziej zdesperowani, albo ci, którzy postanowili, że nie będą czekać, bo wiedząc, że Europa nie będzie w stanie przyjąć wszystkich, chcą zapewnić sobie i swojej rodzinie najlepszy deal – dokładnie tak samo, jak z karpiami w Lidlu, których też była ograniczona ilość. A że stawka jest większa niż zaoszczędzenie pięciu złotych na wigilijnym karpiu to nie dziwmy się, że skala zjawiska także jest inna.

3. „Kłamstwo historyczne na temat Iranu” i inne przykłady historyczne.

Pani Iwona L. Konieczna zarzuca działającym na rzecz przyjmowania uchodźców kłamstwo historyczne, mówiąc, że Polscy uchodźcy, którzy wylądowali w czasie II wojny światowej w Iranie nie byli tam gośćmi lokalnej społeczności, a jedynie zostali tam usadowieni w ramach międzynarodowych ustaleń wielkich mocarstw. Prawda. Nie da się jednak ukryć, że pomimo tego, że przyjęcie Polaków zostało Irańczykom narzucone, nasi rodacy byli tam mile widziani. Nie podpalano im drzwi, nie bito ich na ulicach ze względu na inny kolor skóry, nie mówiono „nie chcemy tu tego robactwa, bo to katolicy, więc na pewno pedofile, będą nam gwałcić dzieci”. Polacy w wojennej zawierusze znajdowali schronienie w krajach całego świata od Argentyny przez Meksyk po Nową Zelandię. Niektóre kraje (jak Meksyk) udzielały im schronienia tymczasowo, a Polacy skoszarowani byli w obozach przypominających małe miasteczka. Inne państwa, jak Nowa Zelandia, z założenia traktowały nowo przybyłych jako osadników. Zresztą, przykładów na to, jak życzliwie Polacy przyjmowani byli wśród innych narodów nie trzeba szukać tylko w historii drugiej wojny światowej. Od czasów Wielkiej Emigracji po Stan Wojenny i lata osiemdziesiąte Polacy emigrowali – nie tylko uciekając przed prześladowaniami, ale także zwyczajnie w poszukiwaniu lepszego życia. Jakoś w piosence „Nasza Klasa” Kaczmarskiego nie ma ani jednej zwrotki o tych, co „mieszkają w tymczasowym obozie i mają powiedziane, że muszą wrócić do Polski jak tylko komuna u nas upadnie”. Wszyscy bohaterowie tej pieśni ułożyli sobie normalne życie w taki czy inny sposób. Chłopcy, których historię opowiada film „300 mil do nieba” po przybyciu do Szwecji pod podwoziem ciężarówki otrzymali tam mieszkanie i kieszonkowe. A czym różnili się oni od próbujących dostać się na ciężarówki zmierzające w kierunku Wielkiej Brytanii poza faktem, że akurat na dom ich rodziców nie spadały bomby i nie przymierali oni głodem? W roku 2012 więcej niż co trzeci Polak żył poza granicami naszej ojczyzny. Kto jak kto, ale akurat my nie mamy prawa odmawiać innym prawa do emigracji.

4. Skoro to młodzi mężczyźni, to dlaczego nie walczą tylko uciekają?

Dzisiejsza sytuacja na Bliskim Wschodzie nie jest tak prosta jak sytuacja Polski najechanej przez Niemców i Sowietów, choć nawet wtedy działały na terenie naszego kraju różne partyzantki o nierzadko sprzecznych interesach. Po pierwsze, granice państw w północnej Afryce niewiele mają wspólnego z rozkładem narodowościowym – odzwierciedlają one raczej ustalenia jakie między sobą poczyniły w XIX wieku potęgi kolonialne. Jednocześnie w obszarze tym przecinają się interesy potęg całego świata – i nie chodzi tu bynajmniej tylko o tereny roponośne. W rezultacie nie ma tam armii obrońców stawiającej czoła armii najeźdźców – są liczne grupy walczące o różne interesy – są partyzantki plemienne, islamistyczne, powstańcy sponsorowani z zachodu, lojalni żołnierze reżimu Assada i zwykłe zbrojne bandy, które chwyciły za broń bo widziały w tym jedyną możliwość zapewnienia sobie środków do życia. Do której z takich armii miałby wstąpić młody Syryjczyk, który jeszcze do niedawna studiował na uniwersytecie, bo chciał zostać lekarzem? Która z tych grup jest gwarantem rychłego zakończenia sporu i przywrócenia w jego kraju normalności? A jeśli nawet taka istnieje, to jakie są jej szanse na zwycięstwo? Polski martyrologiczny kult porażek i wystawiania na cokoły tych, którzy gotowi byli oddać życie w beznadziejnej walce jest raczej wyjątkiem niż normą, większość ludzi na świecie raczej nie jest gotowa spędzić resztę swojego życia w okopach. Zresztą czy podobałoby nam się, gdyby wszystkich emigrantów z Polski w epoce komunizmu zawracano z Zachodu argumentując, że „skoro są młodzi, to niech chwycą za broń i walczą, nie będą tu nam cwaniaki żerować na naszym zachodnim dobrobycie”?

„Zaklinacz węży”, miniatura mogolska

„Zaklinacz węży”, miniatura mogolska

5. „Ale co my z nimi zrobimy? Nie mamy dla nich pracy ani tłumaczy i w ogóle!”

To jest jeden z najbardziej irytujących mnie osobiście argumentów. Uchodźcy tu są widziani jako jakieś nieporadne dzieci, którymi trzeba się opiekować i “coś z nimi robić”. A przecież skoro z Syrii uciekają miliony ludzi, to do Europy dotrze pełen przekrój społeczeństwa. Będą robotnicy i rolnicy, ale będą także fryzjerzy, nauczyciele, lekarze i architekci. Skoro Polacy w Iranie czy w Meksyku w obozach dla uchodźców byli w stanie zorganizować sobie swoje małe społeczności, z teatrami, gazetami, punktami usługowymi i gabinetami dentystycznymi, na pewno będą w stanie zadbać o siebie także uchodźcy z Syrii. Przyjmijmy do siebie lekarza z Syrii, a nie tylko odciąży on polską służbę zdrowia, ale i sprawi, że nie potrzebna będzie asysta tłumacza przy każdym przeziębieniu jednego z jego współziomków. Argument ten jest także lustrzanym odbiciem tego, co w kółko powtarzają prawicowe partie w Wielkiej Brytanii takie jak BNP czy UKiP Nigela Farage’a. „Dla emigrantów nie ma pracy, nasze szkolnictwo i służba zdrowia już i tak nie daje rady”. Tymczasem pomimo napływu dwóch milionów emigrantów ze wschodniej Europy oraz faktu, że co roku Wielkiej Brytanii przybywa ponad 300 000 mieszkańców, jakoś się ten kraj od tego nie zawalił. NHS wzmacniany jest nie tylko składkami pracujących tu Polaków czy Pakistańczyków, ale także pracę znajdują w nim specjaliści wykształceni w innych krajach – czyli państwo otrzymuje wysoko wykształconych specjalistów nie musząc wydawać na ich edukację nawet złamanego pensa. Emigranci nie tylko konkurują z natywnymi mieszkańcami o już istniejące miejsca pracy, ale także sami tworzą nowe, a nierzadko zatrudniają w nich Brytyjczyków. Jeśli na jednej ulicy w angielskim Slough znajdują się trzy polskie supermarkety i restauracja, to kilkadziesiąt pracujących w nich osób w żaden sposób nie wpływa na brytyjski rynek pracy – bo zwyczajnie, gdyby nie napływ Polaków, tych sklepów by tam nie było. I nawet jeśli ich klientami są praktycznie wyłącznie Polacy, podatki z tych przedsięwzięć wciąż zasilają lokalny budżet. Podobnie argumentowały prawicowe tabloidy kiedy do Wielkiej Brytanii pół wieku temu zmierzały masy Pakistańczyków i Hindusów. I co? I jakoś wbrew ich kasandrycznym wizjom kraj nie tylko się nie zawalił, ale i stanął na nogi po tym, jak wojna prawie doprowadziła go do bankructwa. Poza tym nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w Polsce są oferty pracy, na których nie można znaleźć chętnych. Wystarczy przejrzeć archiwa portali takich jak wykop.pl, gdzie ich użytkownicy nabijają się z pracodawców oferujących śmieszne pieniądze za proste prace mówiąc „nie podjąłbym się zbierania truskawek za 4 złote za godzinę choćbym miał żreć gruz”. Cóż, wielu uchodźców chce dostać się do naszego kraju właśnie dlatego, że w ich ojczyźnie „żarcie gruzu” jest dzisiaj jedyną opcją, dla nich nie jest to jedynie erystyka. Bo oni wiedzą, że w porównaniu z życiem w dzisiejszej Syrii zbieranie truskawek za 4 złote za godzinę to jest niemalże raj.

6. „Ale przecież emigranci nie pracują, lenistwo jest zakorzenione w ich kulturze!”

Ten argument często wspierany jest obrazkiem przedstawiającym statystyczne słupki z Holandii. Statystyki mają jednak to do siebie, że należy umieć je czytać. Według tej statystyki ludzie pochodzenia syryjskiego znacznie rzadziej korzystają z zasiłku niż na przykład Polacy. Ale wynika to z prostego faktu, że Polacy do Holandii zaczęli się zjeżdżać 10 lat temu albo i dawniej, a w przypadku niepowodzenia w poszukiwaniu pracy korzystają ze swoich praw jako obywatele Unii Europejskiej i wyjeżdżają do innego kraju albo wracają do ojczyzny. Syryjczycy, którzy znaleźli schronienie w Holandii są tam jako uchodźcy – nie mają możliwości opuszczenia tego kraju. Do tego skoro przybyli dopiero niedawno, nie mieli czasu jeszcze nauczyć się lokalnego języka. Wystarczy przyjrzeć się polskiej emigracji na Wyspach – wielu ludzi pomimo tego, że żyją tu już od dekady wciąż ma problemy z podstawowym angielskim. Dlaczego oczekujemy, że uchodźcy z kraju ogarniętego wojną, nierzadko mający problemy psychologiczne w wyniku przebytych traum, borykający się z żałobą po zabitych członkach rodziny albo z PTSD mają w tej dziedzinie osiągać lepsze wyniki? Wystarczy jednak przyjrzeć się emigrantom, którzy w danym kraju znajdują się już od dawna. Kiedy po II wojnie światowej Wielką Brytanię zalała fala emigrantów z Jamajki, Indii i Pakistanu, argumenty były dokładnie te same co dziś. Dziś jednak spacer przeciętną brytyjską ulicą prowadzić będzie koło co najmniej kilku sklepików prowadzonych przez Pakistańczyków, take-awayów z Indyjską kuchnią czy salonów naprawy telefonów komórkowych prowadzonych przez Murzynów z Jamajki. Emigranci ci nie tylko dobrze się zintegrowali, ale i to, co mieli do zaoferowania, dobrze zakorzeniło się w Brytyjskiej kulturze – wystarczy wspomnieć o tym, że ulubioną potrawą Brytyjczyków jest dziś curry. Dodatkowo, ludzie Ci zawdzięczają wszystko to, co udało im się osiągnąć swojej ciężkiej pracy. Pakistańskich sklepikarzy można spotkać w ich sklepikach praktycznie o każdej porze, bo siedzą oni za ladą nierzadko po 10 godzin siedem dni w tygodniu. Chciałbym zobaczyć czy ci Polacy, którzy wyzywają uchodźców od „ciapatych leni” byliby w stanie pracować tak ciężko przez wiele lat…

Miniatura z okresu Wielkich Mogołów

Miniatura z okresu Wielkich Mogołów

7. „Nie stać nas na przyjęcie uchodźców”

Już bez przesady. Stać nas na wydawanie grubo ponad miliarda złotych na opłacanie księży prowadzących w szkołach lekcje religii, choć obowiązku takiego nie nakłada na państwo ani ustawa o oświacie, ani konkordat? Stać nas na organizację „Olimpiady sportów nieolimpijskich” we Wrocławiu czy budowę Świątyni Opatrzności? Stać nas na wydawanie 100 000 000 złotych na idiotyczne referendum z kretyńskimi pytaniami, które znakomita większość rodaków i tak ma gdzieś, a nie stać nas na przyjęcie ludzi w potrzebie? Wyobraźmy sobie, że sąsiadom spalił się dom. Chyba każdy z nas nie zastanowiłby się dwa razy przed rozłożeniem dla nich karimat na podłodze w salonie. Tymczasem jeśli chodzi o uchodźców, nasze biadolenie przypomina sytuację, w której sąsiad pogorzelców mówi „nie, no ja nie mam warunków żeby ich przyjąć… Jestem biedny, wciąż zostało mi do spłacenia 8 rat za samochód… Poza tym mam tylko jeden telewizor, lubię oglądać Ojca Mateusza, a oni pewnie by woleli oglądać wiadomości i już konflikt gotowy, musimy wymyślić coś innego” podczas gdy rodzina sąsiadów ze spalonego domu siedzi na krawężniku moknąc w ulewnym deszczu… Sęk w tym, że tym siedzącym na krawężniku sąsiadom, których znaliśmy przynajmniej z widzenia, musielibyśmy wychodząc z domu spojrzeć w oczy. Uchodźcy to jest jakiś wirtualny byt, znany głównie z programów informacyjnych i równie szukających sensacji filmików na Youtube… Papież Franciszek wyraził oczekiwanie, że każda parafia powinna przyjąć jedną rodzinę uchodźców. W Polsce jest ponad 10 000 parafii katolickich. Tylko realizacja pomysłu papieża Franciszka to zapewnienie schronienia ponad połowie liczby uchodźców, których przyjęcia oczekuje od nas Unia Europejska (i to przeznaczając na ten cel niemałe środki finansowe). Zakładając optymistycznie, że co drugi Polak jest prawdziwym Katolikiem, któremu nie obca jest znajomość zapisanych w Katechiźmie Kościoła Katolickiego uczynków miłosierdzia względem ciała (“Spragnionego napoić, głodnego nakarmić, podróżnych w dom przyjąć…”), daje nam to średnio jedną rodzinę na 1900 osób. Czy utrzymanie jednej rodziny przez 2000 osób to naprawdę ciężar nie do zrealizowania? Tym bardziej, że nie tylko Unijne fundusze będą to ułatwiać: wiele Parafii ma duże plebanie, pod których dach mogliby księża przyjąć rodzinę uchodźców, pokazując w ten sposób, jak w praktyce stosują się do wykładanych na co dzień w kazaniach nauk. Księdzu proboszczowi nic się nie stanie jak ze schabowego przerzuci się na przygotowany przez mieszkającą u niego Syryjkę kebab, a zwolniona w ten sposób z obowiązku gotowania księżowska gosposia będzie mogła poświęcić zaoszczędzony czas na pomaganie uchodźcom. Zresztą, nie jest konieczne wciskanie uchodźców na plebanie: w niejednej parafii odłogiem stoją dawne salki katechetyczne, w których z powodzeniem mogli znaleźć by schronienie uchodźcy. W wyniku reformy edukacyjnej zlikwidowano setki wiejskich szkół, a dzieci dowożone są do molochów zlokalizowanych w powiatowych miasteczkach gimbusami – czy naprawdę nie byłoby możliwe ulokowanie w takich budynkach dawnych szkół uchodźców i umożliwienie im korzystania z sieci gimbusów w celu dojazdu do pracy? Naprawdę, dla chcącego nic trudnego, trzeba tylko chcieć. To samo dotyczy opieki lekarskiej i szkolnictwa – uchodźcy to pełen przekrój społeczeństwa, w którym znajdują się także lekarze czy nauczyciele. Tak jak Polacy, którzy w czasie wojny byli w stanie zbudować sobie w obozach dla uchodźców niemal samowystarczalne społeczności, tak i dzisiaj Syryjczycy są w stanie w dużej mierze o siebie zadbać – wystarczy stworzyć im po temu warunki. Jeśli chodzi o finanse, to lubimy równać się do Europy Zachodniej i widzimy, że choć jeszcze trochę nam do niej brakuje, w skali światowej jest w elicie najbogatszych państw. Z pewnością jesteśmy dziś o wiele bogatszym krajem, niż zrujnowana przez drugą wojnę światową Polska ciemiężona przez Związek Radziecki w latach pięćdziesiątych. A mimo tego nawet wtedy przyjęliśmy kilkanaście tysięcy Greków, schronienie znajdowały u nas także dzieci z Korei… I choć samym nam było wtedy znacznie ciężej niż dziś, bo połowa kraju leżała jeszcze w ruinie, daliśmy radę…

8. „Ale wśród nich są lenie i islamiści!”

Oczywiście. Wśród uchodźców znajdują się lenie, islamiści. Znajdują się także chorzy, inwalidzi i przestępcy. Chamy i prostaki. Bo wali do nas cały przekrój społeczeństwa. Jednak z tego samego powodu znajdują się wśród nich zaangażowani gorąco działacze społeczni. Pasjonaci. Matematyczni geniusze. Przyszłe rekiny biznesu, nobliści i wynalazcy. Idol hipsterów i twórca Apple, Steve Jobs, także był dzieckiem imigranta z Syrii… Odmawianie wstępu wszystkim ze względu na to, że wśród nich znajdują się czarne owce nie jest dobrym rozwiązaniem. Szczególnie, że fakt, że najpierw ochoczo u boku Amerykanów pojechaliśmy do Iraku „wprowadzać demokrację”, a teraz po całkowitej porażce owego projektu uchylamy się od wzięcia za nasze czyny odpowiedzialności bynajmniej nie przysporzy nam sympatii wśród ludności Bliskiego Wschodu. Tych problemów nie można lekceważyć, ale tym bardziej właśnie trzeba w zorganizowany sposób zacząć przyjmować uchodźców. Bo czy nam to się podoba, czy nie, oni i tak tu przybędą. Dobrze chyba więc, jeśli będziemy mieli w tej kwestii coś do powiedzenia? Prawicowy kasandryści podają przykłady państw zachodnich, w których rozplenia się islamski fundamentalizm. To prawda, ale warto przyjrzeć się dlaczego tak jest? Wini tej sytuacji są pożyteczni idioci i wprowadzana przez nich polityczna poprawność na sterydach, która w połączeniu z wywalczonymi wcześniej przywilejami dla grup religijnych stanowi wybuchową mieszankę. Najśmieszniejsze jest jednak to, że straszący nas islamskim fundamentalizmem prawicowcy nie zauważają, że to, czego się obawiają obserwując Zachód, od dawna ma już miejsce w Polsce. Muzułmańskie zakusy na szkolnictwo w Birmingham są doprawdy niczym w porównaniu do tego, jak poczyna sobie w polskich szkołach Kościół Katolicki (o czym pisałem już kiedyś tutaj). Być może ta fala uchodźców będzie pretekstem do tego, abyśmy uporządkowali sobie własne podwórko. Nie chcemy, żeby za parę lat Islamiści mówili nam jak żyć? Zlikwidujmy uprzywilejowaną pozycję religii w naszym kraju, a fakt, że i episkopat zostanie odcięty od możliwości wściubiania nosa w sprawy państwowe będzie dodatkowym bonusem. Krzysztof Bosak, dawny lider Młodzieży Wszechpolskiej, już skomentował słowa papieża mówiąc, że jego autorytet dotyczy tylko przekazywania Słowa Bożego i że papież nie jest od tego, żeby mówić Polakom, jak mają żyć w swoim kraju. Podpisuję się pod tymi słowami obiema rękami, jeśli dotyczy to także dyktowaniu jak mają Polacy żyć, które uprawia na co dzień nasz episkopat… Wystarczy więc przypomnieć polskim biskupom, że ich władza jest taka sama jak papieża, tylko mniejsza, a zaoszczędzone na sponsorowaniu pasożytującego na naszym państwie Kościoła pieniądze z nawiązką wystarczą na pomoc ładnym paru tysiącom uchodźców. Brytyjczycy obawiają się, że przybysze z Afryki będą pasożytować na ich nazbyt hojnym systemie benefitów? Cóż, jego reforma jest już i tak opóźniona o co najmniej dwie dekady. Jeśli się ją wreszcie przeprowadzi to odcięcie od zasiłków grupy brytyjskich nierobów, spędzających życie na oglądaniu talk show Jeremego Kyle’a na kanapie z półtoralitrową butelką cydru pod ręku także wyjdzie temu krajowi na dobre…

Miniatura przedstawiająca władcę szacha Dżahana na globie ziemskim (XVII wiek)

Miniatura przedstawiająca władcę szacha Dżahana na globie ziemskim (XVII wiek)

9. Największym problem będą różnice kulturowe!

Choć jestem jak najdalszy od promowanej przez miłośników politycznej poprawności teorii multikulturalizmu sprowadzającej się de facto do tego, że przybyszom można wszystko, a my mamy siedzieć cicho, nie da się jednak zaprzeczyć, że jeśli narzucanie jednej kultury na drugą zastąpi ich prawdziwe i oddolne mieszanie się, wychodzi to wszystkim jedynie na dobre. Wspominałem już o tym, jak zbawienny wpływ dla drętwej i nijakiej kuchni brytyjskiej miało zetknięcie ze światem aromatycznych przypraw przywiezionym przez imigrantów z subkontynentu indyjskiego. W Polsce też nie da się ukryć, że na przykład muzycy wywodzący się z rodzin greckich imigrantów – tacy jak Milo Kurtis, Mikis Cupas czy Kostek Joriadis – mieli niemały wpływ na kształt rocka w ostatnim ćwierćwieczu. Ba, złota era w historii Polski przypada na okres, w którym mile u nas widziani byli przybysze prześladowani w innych częściach Europy – od Arianów przez Husytów, Tatarów i Szkotów aż po Żydów. Przypadek? Nie sądzę. Owszem, trzeba jasno postawić sprawę, że u nas nadrzędnym jest prawo państwowe, a jak się to komuś nie podoba, to do widzenia. Historia naszego pokojowego współistnienia z mniejszością tatarską pokazuje, że nawet Muzułmanie nie mają problemów, żeby się do lokalnego społeczeństwa dostosować. A przecież, choć prawicowi panikarze zalewają internet filmikami pokazującymi co drastyczniejsze ekstrema, po pierwsze nie wszyscy uchodźcy to Muzułmanie, a po drugie, nawet jeśli, to nie wszyscy Muzułmanie to ekstremiści. Owszem, w Koranie są wersety nawołujące do mordowania niewiernych i różne inne, nie przystające w żaden sposób do współczesnych realiów nakazy. Ale i w Biblii przecież nie trudno o bzdurne regulacje takie jak obowiązek kamieniowania niewiernych żon, nakaz unikania używania tych samych mebli, z których korzystają kobiety w czasie okresu czy zakaz noszenia odzieży z dwóch różnych materiałów. Jeszcze w nowym testamencie Jezus mówi o tym, że „nie przynosi nam pokoju, ale miecz” i nakazuje, aby stawiać go sobie przed miłością dla własnych rodziców. Jednak nikt normalny nie bierze dziś Biblii dosłownie. Nawet naczelny oszołom katolicki Tomasz Terlikowski ignoruje nakazy księgi kapłańskiej, nosząc odzież „z dwóch różnych rodzajów nici” i„goląc włosy po bokach brody”. Sam Papież udziela błogosławieństwa inwalidom, a ludzie z nieprawego łoża mogą zostać ochrzczeni i przystępować do komunii, choć według Biblii nawet ich potomkowie w dziewiątym pokoleniu nie mają wstępu do zgromadzenia Pana (Pwt 23:3). Dlaczego? Bo o ile siła tradycji jest wielka, to jednak nawet ludzie religijni widzą absurdalność informacji zawartej w świętych księgach i po prostu, choć każdy z nich temu zaprzeczy, traktują zapisane w nich zasady wybiórczo, ignorując te, które nie przystają do życia we współczesnym społeczeństwie. Dokładnie tak samo żyje na co dzień znakomita większość Muzułmanów. Ludzie wychowani w kulturze Islamu tak samo, jak każdy z nas pragną mieć po prostu normalne życie, zamiast próbować niemożliwego i starać się realizować zalecenia zawarte w świętych księgach pasterzy kóz sprzed kilkunastu stuleci. Jak każdy inny religijny człowiek balansują oni szacunek dla tradycji z realiami współczesnego świata. Owszem, są tacy, którzy próbują zapisy Koranu traktować dosłownie, ale to właśnie głównie przed nimi ucieka dzisiejsza fala uchodźców. Nie da się jednak zaprzeczyć, że różnice kulturowe to nie tylko religia. Znajomy Muzułmanin skończył studia i dostał dobrą pracę informatyka. W tym momencie jego rodzice przestali pracować i oczekują, że od tej pory on ich będzie utrzymywał. Na pierwszy rzut oka – wielki szok i niedowierzanie. Ale czy to naprawdę jest taka wielka różnica? Do dziś wielu ludzi na Śląsku uważa, że to upokarzające, jeśli żona górnika musi pracować. Plagą Europy jest generacja błękitnych ptaków, którzy do trzydziestki albo i dłużej pozostają na garnuszku rodziców. Czy sytuacja, w której syn utrzymuje ojca, który nie chce pracować a jedynie korzystać z pieniędzy zarabianych przez syna jest aż tak różna od sytuacji, w której to dziecko pasożytuje na ojcu?

10. „Nie mamy obowiązku przyjmowania uchodźców, nic nikomu nie jesteśmy winni!”

Cóż, to dość ryzykowna teza, jeśli pamiętamy, że co trzeci Polak żyje poza granicami naszego kraju. Zawężona do krajów Bliskiego Wschodu raczej także nie trzyma się kupy, jeśli pamiętamy jak wielu z nas cieszyło się z „dobrej roboty wykonywanej przez naszych chłopców w Iraku”. Owszem, w pierwszej kolejności moralny dług spoczywa na krajach takich, jak Wielka Brytania – bo to polityka kolonialna leży w dużej mierze u podstaw wielu dzisiejszych problemów krajów Azji i Afryki. To także Brytyjczycy i Amerykanie w największym stopniu ponoszą odpowiedzialność za rozwalenie nawet tej kruchej stabilizacji, którą, nierzadko kosztem prześladowań własnych obywateli, zapewniali regionowi lokalni dyktatorzy. Jeśli ktoś jednak liczy na to, że Amerykanie znowu „uratują świat” to naoglądał się chyba zbyt wiele hollywoodzkich superprodukcji. Amerykanie nie zaangażują się w żadne przedsięwzięcie, które w pierwszej kolejności nie przyniesie zysków im samym. Podobnie Brytyjczycy – nie bez powodu mówi się, że Wielka Brytania nie ma przyjaciół tylko wspólników w interesach. Jednak jeśli my, Polacy, tak chętnie wypominamy innym brak solidarności, wciąż chętnie przypominamy innym jak brzydko potraktowali nas w Jałcie i jak zostawili nas samych w 1920 roku na pastwę Bolszewikom, może pokażmy, że to oczekiwanie solidarności i zwykłej ludzkiej życzliwości dla innych narodów to nie tylko taka nasza odmiana filozofii Kalego?

* * *

Dyskusja o uchodźcach i emigrantach z Afryki jest potrzebna. Niestety w naszym kraju jak zwykle zrobiła się z tego dyskusja radykałów: z jednej strony prawicowe oszołomy z pianą na ustach pełnych ksenofobicznych haseł. Z drugiej strony lewicowe naiwne pięknoduchy z kwiatami we włosach, które najmniejsze wspomnienie o tym, że przyjmowanie uchodźców to jednak wyzwanie i dlatego trzeba to dobrze przemyśleć uznają za rasizm i zacofanie. Dlatego właśnie potrzeba, aby tę dyskusję sprowadzić na ziemię. Rozprawić się raz na zawsze z głupimi hasłami obu stron i zwyczajnie rozmawiać o konkretach. I nie będzie to dyskusja czy przyjmować uchodźców, ale JAK. Bo innego wyjścia nie ma, stoimy teraz tylko przed wyzwaniem jak zrobić to mądrze. Nie musimy przyjmować uchodźców pod dyktando Unii Europejskiej. Możemy zrobić to na naszych własnych warunkach. Może nawet, kiedy pokażemy, że można nie uginać się przed żądaniami miłośników poprawności, że jesteśmy w stanie uczyć się na błędach Zachodu i pogodzić potrzebę pomocy ludziom w potrzebie z dbaniem o nasze własne interesy, to nasz sposób na pomaganie uchodźcom będzie w przyszłości wyznaczał standardy w Europie? Na pewno jednak nie będzie łatwo – nikt nie mówi że będzie. Tysiące emigrantów, które pojawią się w naszym kraju, nastręczą nam mnóstwo problemów – od podstawowych logistycznych po kulturowe. Ale to, że coś nie jest łatwe, nie oznacza, że nie należy tego robić. Udzielić pierwszej pomocy ofierze wypadku też nie jest łatwo, a do tego można się ubrudzić, a może nawet czymś zarazić, jeśli osoba, którą reanimujemy metodą usta-usta jest na coś chora. Niejeden nawet zginął rzucając się do wody na pomoc topielcowi, więc jak widać, pomaganie czasem wiąże się z ryzykiem. Jednak bywają takie sytuacje, że jeśli wszyscy będą patrzeć na innych i oczekiwać, że to ci inni pomogą, w końcu pomocy nie udzieli nikt. Zabarykadowanie się i czekanie aż problem sam minie też nie pomoże. Nie minie. Nawet jeśli wojny nie przyspieszyłyby wielkiej migracji z północnej Afryki do Europy, futurolodzy już od dawna przewidywali, że zacznie się ona jeszcze za naszego życia. U podstaw problemów takich krajów, jak Syria nie leżą tylko problemy polityczne, ale także z roku na rok postępujące susze związane ze zmianami klimatycznymi. Afryka pustynnieje. Oni by tu i tak prędzej czy później przyszli, a to co mamy dzisiaj to dopiero przedsmak tego, z czym borykać się będą nasze dzieci. Wykorzystajmy więc tę pierwszą falę, aby nauczyć się jak radzić sobie z problemami spowodowanymi migracją. Aby wypracować metody integracji przybyszów w naszym społeczeństwie z poszanowaniem naszej kultury i sposobu życia. Odgrodzenie się pięciometrowym murem tylko odsunie problem o parę lat. A dodatkowo będzie nas kosztowało znacznie więcej, niż pogodzenie się z rzeczywistością i jak najszybsze wypracowanie metod radzenia sobie z nową sytuacją.

Reklamy


Dodaj komentarz

Szkocki akcent. W czym żołnierz jest lepszy od śmieciarza?

Tomasz Oryński

Małym brzdącem za komuny będąc, miałem przyjemność bycia nauczanym w szkole, jak szlachetną i potrzebną profesją jest żołnierz, i jaki to zaszczytny obowiązek obrony ojczyzny. Niedawny wywiad z weteranem z Iraku zaowocował burzliwą dyskusją na forum, w której znaczna część czytelników nie zgadzała się z tezą, że polscy weterani z wojen w Iraku i Afganistanie to bohaterowie, w czym zdawała się mieć poglądy podobne do moich. Dziś kiedy oglądałem sceny z Egiptu po raz kolejny zacząłem się zastanawiać: co to znaczy być żołnierzem? Kiedy byłem drużynowym harcerskim, w moim szczepie aktywnie działało kilku instruktorów, będących jednocześnie studentami wrocławskiej Wyższej Szkoły Oficerskiej lub zwyczajnie sympatykami wojskowości. Niejednokrotnie dyskutowaliśmy o byciu żołnierzem i choć wszystko odbywało się przyjaźnie i kulturalnie, ze strony kilku z nich (szczególnie tych, którym nie dane było spełnić marzenia o zostaniu żołnierzem) wyczuwałem wobec mnie pewną pogardę, ponieważ nie kryłem się z moimi poglądami oraz tym, że nie zamierzam wypełniać – obowiązkowego wtedy jeszcze – zaszczytu obrony ojczyzny. To w ich oczach czyniło mnie kimś gorszym. Bo przecież każdy z nas nie raz słyszał, że to właśnie wojsko robi z chłopca mężczyznę. Ale czy aby na pewno?

W mojej wizji mężczyzna to ktoś, kto jest samodzielny, odpowiedzialny, sam decyduje o swoim życiu i nie polega na innych, jeśli chodzi o sądy na ważne tematy. A już na pewno nie podejmuje działań bez przemyślenia ich konsekwencji, bo konsekwencje swoich działań w pierwszej kolejności ponosi on właśnie. Tymczasem sama idea żołnierza, który nie jest od myślenia tylko od przestrzegania dyscypliny i wykonywania rozkazów, który zaczyna od bycia pomiatanym przez wszystkich szeregowcem jest właśnie całkowitym zaprzeczeniem mojej wizji męskości. Bycie czyimś pionkiem w szerszej grze, której nawet nie próbuje się zrozumieć, przy jednoczesnej możliwości robienia rzeczy całkowicie nieakceptowalnych w normalnym życiu, bez ponoszenia za nie konsekwencji to – jak dla mnie – wręcz idealna oferta pracy dla psychopaty.

Ktoś może powiedzieć, że przesadzam z tym brakiem konsekwencji, ale czy na pewno? Amerykański żołnierz mordujący niewinnych cywilów w najlepszym razie posiedzi trochę w więzieniu, po długich bojach sądowych (i to w sądzie amerykańskim, bo Stany, jak zwykle uważają, że są ponad takie pierdoły jak międzynarodowe trybunały do spraw zbrodni wojennych), w warunkach jakie zamordowani przez niego często uważaliby za luksusowe. Oczywiście jest to tylko bohater, który z powodu trudów swojej profesji zbłądził i należy mu się współczucie. Co innego, gdyby postawił się przełożonym – jak taki np. Snowden. Wtedy bohaterska Ameryka zrobi wszystko, żeby dobrać mu się do skóry. Mam wrażenie, że amerykański żołnierz ponosi znacznie większe konsekwencje, jeśli w wirze walki odmówi wykonania rozkazu, niż jeśli zgwałci parę przypadkowych kobiet.

Jeśli jednak obywatel najechanego przez amerykańskich wojaków i ich przydupasów (także niestety z Polski) kraju postanowi się bronić i odda kilka strzałów w kierunku najeźdźcy, karą jest natychmiastowe nakierowanie w to miejsce drona (źródło: ciekawy reportaż który słyszałem niedawno w BBC4). I dobrze mu tak, bo to wredny terrorysta. Życie żołnierza przeciwnej strony, ups, przepraszam, wartość siły żywej przeciwnika jest znikoma. W jaki sposób takie podejście ma uczynić świat lepszym nie bardzo potrafię sobie wyobrazić.

No ale wróćmy do tej idei szlachetnego żołnierza… Na filmie z Egiptu widzimy człowieka, który czysto mechanicznie stoi na dachu i strzela do nieuzbrojonego tłumu.

Robi to z taką samą beztroską, jak stojący obok niego mężczyzna celujący w tłum obiektywem kamery. Przyjrzyjmy się mu nie jako maszynie do zabijania, ale jako człowiekowi. Dlaczego on to robi? Bo taki dostał rozkaz? Wykonanie takiego rozkazu, to jak dla mnie zaprzeczenie idei bycia szlachetnym. Dlaczego więc taki rozkaz wykonuje? Bo boi się odmówić? W gruzach właśnie legło założenie, że żołnierz musi być odważny. Przykro mi Piotrek i inni moi wojskowi przyjaciele, ale ja patrząc na ten film nie widzę ani profesjonalisty wojskowego, ani obrońcy ojczyzny, ani szlachetnego i odważnego mężczyzny, którym stał się ów ciapowaty chłopak po tym, jak go powołali do wojska. Ja tam widzę zwykłego dupka, zabijającego z zimną krwią, bo świadomego tego, że nie poniesie za to konsekwencji, jakie poniósł by każdy z tych, do których tak ochoczo strzela, gdyby to oni postanowili otworzyć ogień do tłumu manifestantów.

Owszem, można powiedzieć, że nie widzę całości obrazu. Ktoś może powiedzieć, że może w szerszym zarysie dzięki temu, że dziś zastrzeli się kilku manifestantów uniknie się większego rozlewu krwi jutro. Ale czy ten ktoś tak samo chętnie powiedziałby to postrzelonym cywilom?

Nie mówię, że armia jest niepotrzebna. Ale rolą armii jest obrona. Nie atak, nie prewencja, nie „militarne zapobieganie” i nie „wszczynanie wojen o pokój”. Wojna w Afganistanie, Iraku, Wietnamie, Korei – można poruszać się wstecz po osi czasu tak długo, jak na to ma się ochotę i wciąż pojawiać się będą przykłady – nie rozwiązała jeszcze żadnych problemów. Najwyżej zastępowała jednych opresorów innymi, podczas gdy większość ludzi na dole ponosiła tylko tragiczne konsekwencje działań wojennych. Pół biedy jeszcze, kiedy jak w dawnych czasach na polach bitew tłukła się szlachta i zaciężne rycerstwo, rozwiązując w ten sposób swoje spory. Wraz z pojawieniem się pomysłu, aby za mięso armatnie służyli przypadkowi, niczym nie zainteresowani ludzie – czyli kiedy pojawiła się idea armii z poboru – zaistniała potrzeba prania mózgów. Mechanizm wmawiania ludziom, że wojna jest w ich interesie bezbłędnie opisał Jaroslav Hašek w swoim arcydziele o Wojaku Szwejku. A dziś sprawa została postawiona na głowie kompletnie.

Dziś armia to cały sztab profesjonalistów o mózgach wypranych tak jak Janusz Raczy, weteran z wywiadu w Gazecie Wyborczej, a często znacznie bardziej, przekonanych o niezbędności tego, co robią. Jednocześnie ów sztab profesjonalistów zainteresowany jest głównie własnym bezpieczeństwem, bo dziś żołnierz to zawód jak każdy inny – niedawno rodziny brytyjskich żołnierzy, którzy zginęli na polu bitwy otrzymały odszkodowania, ponieważ zapewniony im sprzęt nie spełniał wymogów BHP. Skrajnym przypadkiem są operatorzy dronów, którzy siedząc sobie bezpiecznie w ciepełku przed ekranem komputera decydują jednym kliknięciem o życiu i śmierci ludzi oddalonych od nich o setki kilometrów. A w poczekalni już są całkowicie zautomatyzowane drony, które nie będą potrzebowały człowieka do podejmowania takich decyzji. Ostatnia szansa na to, że w wytresowanym pilocie drona obudzą się jakieś resztki człowieczeństwa zostanie w ten sposób zaprzepaszczona. Drony będą sobie latały po świecie, przekonane w 100% o słuszności tego co robią, bo tak będą zaprogramowane. A tymczasem gdyby wydatki na zbrojenia przeznaczyć na jakiś bardziej przydatny dla ludzkości cel, moglibyśmy już zacząć terraformować Marsa, zapewniając ludzkości alternatywny dom na wypadek zderzenia naszej planety z asteroidą.

Owszem, dopóki istnieją wojownicze reżimy, spory graniczne i islamscy terroryści, potrzebujemy armii. Tak samo jak potrzebujemy kanalizacji. Ale tak jak kanalizacja nie jest od tego, żeby obrzucać gównem tych, których nie lubimy, tylko żeby sprawnie odprowadzać ścieki, żebyśmy w naszych domach mieli czysto i pachnąco, tak armia nie jest po to, żeby wojowała ze wszystkimi których nie lubimy, tylko po to, żeby stała w gotowości bronić nas przed tymi, którzy chcą wojować z nami (albo np. chronić nas przed powodzią). I nie, wojowanie z niewykształconymi wieśniakami na jakimś zadupiu w Afganistanie to nie jest obrona nas, bo nas tam wcale nie ma. Grupka fanatycznych Talibów wymachujących kałasznikowami i przemierzających azjatyckie bezdroża na pace przerdzewiałego pick-upa to dla nas żadne zagrożenie. Choćby na głowie stanęli nie dostrzelą do Europy ze swojej, pamiętającej czasy radzieckiej inwazji, bazooki. Prawdziwym zagrożeniem są lokalni ekstremiści, tacy jak zabójcy z Woolwich. Najeżdżając kolejne islamskie kraje nie spowodujemy, że oni znikną, a wręcz przeciwnie. Powinniśmy im pokazać: „zobaczcie, nie mieszamy się w Wasze sprawy i szanujemy Wasz styl życia. Tego samego oczekujemy od Was”. Tylko rozmowa i traktowanie partnerów jak równych nam może przynieść rozwiązanie.

Jeśli ktoś jednak wciąż sądzi, że najlepsze są rozwiązania militarne, na zakończenie kolejna anegdotka z mojej kariery instruktora harcerskiego. W naszym szczepie wśród drużynowych byłem czarną owcą, ponieważ mierziły mnie bardzo wszelkie przejawy wojskowej dyscypliny. Moi wojskowi koledzy z pogardą patrzyli na moje podejście, bo przecież bez dyscypliny ani rusz. Jednak kiedy przyszło co do czego, to na obozie ja podchodziłem do namiotów mojej drużyny i mówiłem głosem nieco głośniejszym niż zwykle „Wilki, zbiórka”. Dzieciaki wychodziły z namiotów i zbierały się wokół mnie w sposób ułatwiający mi szybkie policzenie ich i wnet udawaliśmy się na obiad, kąpielisko czy też w inne miejsce którego celem była dana zbiórka. Przez ten czas moi wojskowi koledzy spędzali niezliczone minuty na musztrowaniu swoich „podwładnych”:„W DWUSZEREGU ZBIÓRKA! RAZ… DWA… DWA I PÓŁ… WRÓĆ! KOWALSKI, CO TAK WOLNO, ZA KARĘ 10 POMPEK.” Pewnego dnia jeden z drużynowych z innego szczepu obserwujący nasze diametralnie różne metody zapytał mnie, w czym tkwi moja tajemnica, że moje dzieciaki wychodzą z wody migiem na dźwięk gwizdka ratownika, a te z bardziej „militarystycznych” drużyn pomimo licznych karnych pompek i przysiadów wciąż mają problemy ze sprawnym opuszczeniem kąpieliska. Odpowiedź była prosta: Ja moim wytłumaczyłem dlaczego ważne jest, aby szybko wyszli i ustawili się w szeregu: ratownik musi ich szybko policzyć, bo w przypadku kiedy ktoś np. utknął pod pomostem i nie mógł się wynurzyć, każda sekunda ma znaczenie. Oni nie wychodzili dlatego, że im się kazało, tylko dlatego, że rozumieli dlaczego sprawne wyjście jest ważne dla bezpieczeństwa każdego z nich.

I tak to właśnie jest. Dyscyplina i wykonywanie rozkazów nigdy nie prowadzi do niczego dobrego, bo jak pokazał słynny eksperyment profesora Zimbardo, mechanicznie wykonując powierzone im zadania ludzie zapominają o tym, że są ludźmi. „Wykonywaliśmy rozkazy” to było najczęstsze wyjaśnienie tej grupy studentów z eksperymentu więziennego, którym przypadła funkcja strażników i którym wystarczyło kilka dni na to, aby znęcać się nad swoimi kolegami do takiego stopnia, że musiano przerwać eksperyment. „Wykonywaliśmy rozkazy” to także najczęstsza wymówka zbrodniarzy wojennych – od SS-manów z obozów koncentracyjnych po członków bojówek Ratka Mladića z czasów wojny w Jugosławii.

Być może ten żołnierz z Egiptu strzelający do cywilów jest psychopatą. Być może  jest zwykłą ofiarą tego, że przypadła mu akurat taka funkcja – niczym studenci profesora Zimbardo. Jednego jednak jestem pewien: to, że ten, czy dowolny inny żołnierz, zgodził się wstąpić do armii, nie czyni z niego ani prawdziwego mężczyzny, ani bohatera, ani człowieka szlachetnego. W byciu żołnierzem nie ma nic uświęcającego, to jest po prostu jedna z tych brudnych robót, które ktoś musi wykonywać – takich jak śmieciarz, preparator zwłok czy operator szambiarki. Różnica polega na tym, że w odróżnieniu od firm śmieciarskich, zakładów pogrzebowych czy wodociągów i kanalizacji, armie próbują ustawić świat pod wyłącznie swoje potrzeby.

123457


Dodaj komentarz

Szkocki akcent. Kto odpowiada za postrzeganie Polski za granicą?

Tomasz Oryński

Kadry z wczesnego filmu Kazimierza Prószyńskiego “Ślizgawka film Pleograf”

Kadry z wczesnego filmu Kazimierza Prószyńskiego “Ślizgawka film Pleograf”

Za każdym razem kiedy przejeżdzam przez Helensburgh mijam znak oznajmiający „Witamy w Helensburgu – miejscu urodzenia Johna Logie Bairda, wynalazcy telewizji”. Zastanawia mnie jak to jest, że świat łyka bez żadnych wątpliwości anglo-amerykańską narrację historii? Owszem, Brytyjczycy rządzili kiedyś połową świata, nic dziwnego więc, że ich wersja wydarzeń była, i często wciąż jest, uczona w szkołach, ale to chyba nie jest jedyny powód? Dlaczego więc podczas gdy Brytyjczycy uwielbiają chwalić się tym, że są pionierami w praktycznie każdej dziedzinie, nikt nie pamięta pionierów, którzy urodzili się w naszej części świata?

Jak to jest, że Szkot jest powszechnie uważany za ojca telewizji? Czy to był jego pomysł? Z pewnością nie, ponieważ wielu pracowało nad tym zagadnieniem już przed nim. Wśród nich – polski wynalazca Jan Szczepanik, któremu w roku 1897 przyznano patent brytyjski na urządzenie, które nazwał telektroskopem. Był to aparat do przekazywania kolorowych, ruchomych obrazów na odległość.

Więc może chociaż Baird był ojcem telewizji takiej, jaką znamy dzisiaj? Też niezupełnie. Jego system, opierający się na wirujących kręgach miał bardzo ograniczone możliwości i choć wczesne transmisje BBC używały tego standardu, bardzo szybko okazał się on przestarzałym i został zastąpiony przez telewizję elektroniczną, wynalezioną mniej więcej w tym samym czasie przez Węgra Kálmána Tihanyiego (znaczące jest, że Tihanyui miał problemu z uzyskaniem patentu na swój wynalazek w używającej już systemu Bairda Wielkiej Brytanii…). Nawet wczesne próby Szczepanika były bliższe telewizji, jaką znamy dzisiaj, ponieważ jego urządzenie działało w oparciu o zasadę dzielenia obrazu na piksele poprzez przecinanie go pionowymi i poziomymi liniami…

Choć jednak nazywanie Bairda „wynalazcą telewizji” jest trochę na wyrost, na pewno zasługuje on na uznanie historii za swój wkład w rozwój tego medium. Ale równie, jeśli nie bardziej, na uznanie historii zasługuje Jan Szczepanik, który poza swoim telektroskopem wynalazł także kolorowy film, który wyparło dopiero pojawienie się Technicoloru. To na jego patentach opiera się także kolorowy film fotograficzny spopularyzowany przez Kodaka i Agfę. Opracował on także szeroko używane w swoim czasie urządzenia, które umożliwiały kopiowanie wzorów tkanin, a nawet obiektów trójwymiarowych. Jednak choć nazwisko Baird znane jest na całym świecie o Szczepaniku pamięta mało kto nawet w jego własnej ojczyźnie. Czyja to wina?

Polska ma długą tradycję rzucania kłód pod nogi swoim najzdolniejszym synom. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem jest tu casus Jacka Karpińskiego, komputerowego geniusza. Jego mikrokomputer K-202 opracowany w 1971 roku oferował możliwości, które pobiło dopiero pojawienie się modelu IBM PC dekadę później. Karierę Jacka Karpińskiego złamali decydenci partyjni, którzy stali na stanowisku, że „gdyby coś takiego było możliwe, Amerykanie dokonaliby tego już dawno”. Nic więc dziwnego, że świat nie wierzy w nasze możliwości, skoro my sami nie potrafimy w nie uwierzyć.

Nawet jednak jeśli polski wynalazca odniesie sukces i wypłynie na szerokie wody musi stawić czoła silniejszym od niego. Czescy czytelnicy mogą pamiętać przypadek Hansa Ledwiki i jego Tatry V570, która została skopiowana przez pana Porsche i cały świat zna ją dziś jako Volskwagena Garbusa. Podobny los spotkał Kazimierza Prószyńskiego, pioniera kina, któremu nawet bracia Lumière osobiście i publicznie oddali pierwszeństwo. Nie powstrzymało ich to jednak w doprowadzeniu Prószyńskiego na skraj bankructwa licznymi pozwami sądowymi, kiedy okazało się, że w odróżnieniu od nich rozwiązał on problem uciążliwego migotania. W końcu Prószyński zgodził się sprzedać im swój patent za bezcen, a jego rozwiązanie do dziś używane jest we wszelakich projektorach kinowych. Prószyński jednak nigdy nie poddał się i wciąż pracował nad opracowywaniem nowych wynalazków takich jak pierwsza w świecie kamera pozwalająca na filmowanie z ręki. I kto wie, co jeszcze by osiągnął gdyby nie to, że zamordowany został w nazistowskim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen.

I tu dotykamy kolejnego interesującego faktu: podczas gdy polskie osiągnięcia nie znane są w świecie, inne narody bardzo chętnie przypisują Polakom swoje grzeszki. Najbardziej znanym przypadkiem jest chyba powracająca jak bumerang sprawa określania nazistowskich obozów koncentracyjnych polskimi. Podobnie polskie przejęcie Zaolzia w 1938 jest stosunkowo dobrze znanym faktem na Zachodzie i często używane jest do wykazywania, jakoby Polska działała w zmowie z Niemcami hitlerowskimi, ponieważ powrót Polski na Zaolzie odbył się w tym samym czasie, co zajęcie Czechosłowacji przez Niemcy. Jakoś jednak nie spotkałem się z tym, aby zajęcie Zaolzia przez Czechosłowację 20 lat wcześniej używane było jako przykład tego, że Czechosłowacy działali w zmowie z Bolszewikami, pomimo tego, że Czechosłowacja także wykorzystała fakt polskich problemów na innym froncie. Również udział Słowacji w ataku na Polskę i okupacja jej części, będąca przecież wzorcowym przykładem kooperacji z Nazistami, wydaje się być całkowicie zapomnianym rozdziałem historii.

Słaba pozycja Polski w historiograficznych przepychankach to prawdopodobnie jednak głównie nasza własna wina. To my, Polacy, jako naród, wydajemy się czerpać sadystyczną wręcz przyjemność z nieustannego celebrowania naszych porażek. Wzorcowy patriota to ktoś, kto oddał życie za Ojczyznę – na przykład młodociany Warszawski powstaniec. Mamy to tak głęboko wdrukowane, że już nawet samo kwestionowanie, czy Powstanie Warszawskie miało sens, odbierane jest przez wielu za zdradę narodowych wartości i obrazę bohaterów. Skutkiem tego jest fakt, że większości Polaków obchody świąt narodowych nie kojarzą się z radosnymi celebracjami, które są udziałem innych nacji, ale ze składaniem kwiatów na grobach poległych za ojczyznę przy dźwięku wojskowych werbli…

Ma to odzwierciedlenie także w polskiej kinematografii. Tylko ostatnio mieliśmy dwa głośne filmy o Powstaniu Warszawskim. Bardzo silny jest trend rozliczeniowy, w których poruszamy mniej chwalebne karty naszej historii takie, jak traktowanie autochtonów na „ziemiach odzyskanych” („Róża” Smarzowskiego) czy polskie zbrodnie przeciwko ludności żydowskiej („Pokłosie” Pasikowskiego). Nawet Oskarowa „Ida” Pawlikowskiego dotyka tego ostatniego problemu. Nic więc dziwnego, że pewne kręgi doszukują się w owych filmach antypolskiej wymowy, a teorie spiskowe padają na żyzny grunt. Według nich filmy takie sponsorowane są albo przez Żydowskie lobby, aby odpowiednio nastawić opinię publiczną do nadchodzących pozwów o odszkodowania wobec państwa polskiego, albo też przez Niemców w celu wybielenia się i zepchnięciu na innych odpowiedzialności za holokaust. W zwalczaniu tej ostatniej nie pomaga ciągłe powracanie w zachodnich mediach określenia „polskie obozy koncentracyjne” czy wymowa niemieckiego serialu “Unsere Mütter, unsere Väter” w którym Polacy pokazani są jako żądni krwi antysemici, podczas gdy bohaterowie niemieccy kreowani są na ofiary nazizmu…

Oczywiście świat nie jest czarno-biały i Polacy także popełniali zbrodnie podczas wojny, ale jeżeli będziemy skupiać się na wiecznym wypominaniu sobie naszych grzechów, podczas gdy inne narody robią wszystko, aby przedstawić się w jak najlepszym świetle, to tak jakbyśmy w tych historiograficznych rozgrywkach grali na własną bramkę, z sukcesem strzelając sobie samobója za samobójem. A przecież to nie jest tak, że nie mamy chwalebnych kart w naszej historii do sfilmowania. Sytuacja pokazana w filmie Hřebejka „Musimy sobie pomagać” o małżeństwie ukrywającym w czasie wojny młodego Żyda była przecież codziennością tysięcy polskich rodzin, o czym zaświadczyć mogą drzewka w instytucie Yad Vashem. Sama Irena Sendlerowa uratowała ponad dwukrotnie więcej Żydów niż sławny Oskar Schindler. Jak to więc jest, że Schindler ma swoje muzeum w Krakowie a Sendlerowa żadnego?

Bohaterstwo Ireny Sendlerowej to nie jedyna historia, która mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Czescy piloci walczący w Bitwie o Anglię doczekali się laurki w postaci filmu „Ciemnoniebieski Świat” zrealizowanego przez laureata Oskara Jana Sveraka. Polscy piloci, przy całym szacunku dla ich czeskich kolegów, mają znacznie większe zasługi – dość wspomnieć, że Dywizjon 303 odnosił największe sukcesy w całym RAF – jednak jak na razie filmu sławiącego ich dokonania doczekać się nie mogą. Jeśli Okręt Podwodny „Orzeł” byłby okrętem brytyjskim lub amerykańskim, nowy film oparty na kanwie jego bohaterskich przygód pojawiałby się z regularnością zegarka. Ponieważ jednak była to jednostka Polska, ostatnio w kinie oglądać mogliśmy jego przygody 60 lat temu… Nic dziwnego więc, że skoro oddajemy tu walkowera, pamięć historyczna w umysłach odbiorców kultury popularnej kształtowana jest przez innych. I jeśli w amerykańsko-brytyjskim firmie o Enigmie jedyny Polak to zdrajca, to nie dziwmy się, że większość ludzi nie ma pojęcia o tym, że to Marian Rejewski ze swoją drużyną kryptologów złamali kod Enigmy i cały późniejszy sukces Alana Turinga i Bletchley Park oparty jest na tym, co przekazali aliantom przed wojną Polacy.

I dlatego właśnie my, Polacy, przegrywany w tej przepychance o to, która wersja historii zapisze się na stałe w umysłach ludzi na całym świecie. I sami sobie jesteśmy winni. Bo o ile „Róża” i „Ida” to świetne filmy, może pora już skończyć to samobiczowanie i dla odmiany postarać się pokazać światu także nasze dobre strony. Nie mamy co oczekiwać, że inni zrobią to za nas, bo inne narody jakoś nie śpieszą się do przepracowywania swoich grzechów i zamiast tego chętnie po prostu zwaliłyby je na kogoś innego, czego przykładem może być niedawny artykuł w austriackiej prasie nawołujący Polaków do tego, aby wzięli odpowiedzialność za swoją rolę w Holokauście. I kto to mówi!

Nie mówię oczywiście, że to my powinniśmy starać się zwalić swoje winy na innych. Nic z tych rzeczy, po prostu powinniśmy starać przedstawić się w dobrym świetle nie wdając się w zbędne przepychanki z innymi. Moglibyśmy w tej materii wzorować się na Czechach. Oni w końcu nakręcili nawet film o Jarze Cimrmanie, swoim narodowym bohaterze, który nigdy nie istniał. Czy więc naród, którego synowie odegrali tak ważne role w narodzinach filmu i telewizji nie mógłby dziś chociaż nakręcić filmu o prawdziwych postaciach takich jak Szczepanik albo Prószyński?