Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wolność to komfort. Zostałem wychowany na patriotę

Wiesław Cupała

Jacek Malczewski – Polonia II, 1918

Gdy zajrzy się na hasło „patriotyzm” w Wikicytatach, widać olbrzymi rozrzut poglądów, od skrajnego odrzucenia patriotyzmu jako czegoś bardzo złego (Oscar Wilde: „Patriotyzm jest cechą ludzi ziejących nienawiścią”), do skrajnej akceptacji uświęcającej patriotyzm (ks. Sławomir Żarski: „Patriotyzm, czyli umiłowanie Ojczyzny ziemskiej, jest cechą mówiącą o jakości ludzkiego życia. Patriotyzm jest wartością świadczącą o jakości człowieka. Jest wartością dającą świadectwo również o jego świętości; o jego nadprzyrodzonym wymiarze”).

Zostałem wychowany na patriotę. Było to w czasach dość już odległych, w czasach „szkół pomników tysiąclecia” i „polskiej szkoły filmowej”. Wszystko zaczęło się od wierszyka. „Kto ty Jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł Biały…”, deklamowałem razem z Babcią. Później były lektury szkolne, lekcje historii, obozy harcerskie…

Zostało we mnie tego całe tony. Podświadomie wpływa na mój odbiór wydarzeń politycznych. Nazywam taki patriotyzm „patriotyzmem emocjonalnym”. Jest wdrukowany w moją psychikę i nie zawsze prowadzi do prawidłowego odbioru rzeczywistości politycznej. Staram się go kontrolować racjonalnym umysłem, ale emocje często są jak wysypka – nie tak łatwo się ich pozbyć.

Wydaje mi się, że jakiś „emocjonalny patriotyzm” tkwi w każdym z nas. Czasami poprzez doznane krzywdy, młodzieńczy bunt lub jakieś inne okoliczności zamienia się w swoje przeciwieństwo i człowiek zaczyna wstydzić się swojej polskości, zaczyna z nią walczyć. Często odwrotnie, bunt, doznane krzywdy powodują przetworzenie patriotyzmu w szowinizm…

Spróbuję zbudować pewną gradację pojęć. Na jednym biegunie mamy „kosmopolityzm” („internacjonalizm”, „globalizm”) na drugim „nacjonalizm” („szowinizm”). Pośrodku umieściłbym „patriotyzm”. Po lewej stronie „patriotyzmu” (bliżej „kosmopolityzmu”) „patriotyzm pragmatyczny”. Po prawej stronie „patriotyzmu” (bliżej „nacjonalizmu”) „patriotyzm emocjonalny”. Cała, uporządkowana lista wygląda tak: „kosmopolityzm”, „patriotyzm pragmatyczny”, „patriotyzm”, „patriotyzm emocjonalny”, „nacjonalizm”.

Czym jest dla mnie „patriotyzm emocjonalny” naszkicowałem pokrótce powyżej (można by się pokusić o bardziej precyzyjną definicję, ale emocje są zjawiskiem ulotnym…).

„Patriotyzm pragmatyczny” jest czysto racjonalny, jest zdaniem sobie sprawy z tego, że każdy człowiek żyje w trojakiej wspólnocie, wspólnocie języka, interesów ekonomicznych, tradycji, i że dla własnego dobra powinien o tą trojaką wspólnotę dbać.

Wspólnota języka… oczywiście istnieją ludzie swobodnie mówiący i myślący dwoma lub więcej językami, ale zawsze jeden jest językiem dominującym. Łatwo sprawdzić który. Za ojczysty trzeba uznać ten język, w którym osiągniemy najlepsze wyniki grając w „Scrabble”.

Wspólnota interesów ekonomicznych – łatwiej żyje się w społeczeństwie zamożnym z dobrze zorganizowanym rynkiem wymiany dóbr i usług… a kapitał przeważnie ma swoją narodowość.

Wspólnota tradycji jest najtrudniejsza do racjonalizacji. W skład tradycji wchodzi pamięć historyczna, kultura wysoka i ludowa, zwyczaje, religie (ateizm i agnostycyzm też można uznać za religie), mity zbiorowej nieświadomości, ideologie polityczne… Tradycja to bardziej liczba mnoga. To tradycje, często skonfliktowane, wzajemnie się zwalczające. Bohaterowie dla jednych są bandytami dla drugich… Tradycja to wrzący kocioł, ale kocioł wspólny. Trudno pokłócić się o „Żołnierzy Wyklętych” z mieszkańcem Albanii. Konflikty kulturowe podobnie jak ekonomiczne są stałym elementem każdej wspólnoty.

Patriotyzmów pragmatycznego i emocjonalnego nie powinno się rozdzielać, razem budują patriotyzm. Spoiwem jest wspólnota tradycji. Zaprzeczenie tej wspólnocie czyni człowieka obcym wszędzie. Być „obywatelem świata” tak naprawdę można jedynie wtedy, gdy ma się jakąś Ojczyznę.

Odpowiadając na najtrudniejsze dla każdego człowieka pytanie „kim jestem?”, jeśli zaprzeczymy istnieniu w nas „Polaka małego”, tworzymy w swoim człowieczeństwie dziurę.

Pięknie ujęła to Wisława Szymborska w „Gawędzie o miłości ziemi ojczystej”:

Bez tej miłości można żyć,
mieć serce puste jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie wić,
o blasku próchna mówić „dnieje”,
o blasku słońca nic nie mówić.

Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone,
które za płytko wrosło w ziemię,
któremu wyrwał wiatr korzenie
i jeszcze żyje cząstkę czasu,
ale już traci swe zielenie
i już nie szumi w chórze lasu?

Gdy dominującą narracją w mediach, w wydarzeniach kulturalnych, w polityce staje się narracja kosmopolityczna, zwalczająca tradycję, negująca historię, wyszydzająca różnorakie tradycje tabu, trwoniąca materialny dorobek pokoleń… wielu ludziom ich własny „Polak mały” każe się się zbuntować. Budzą się emocje…

Jednak brak krytycznego, racjonalnego podejścia do Ojczyzny jest, równie jak kosmopolityzm, dla człowieka i wspólnoty zabójcze. Czysto emocjonalny patriotyzm bardzo łatwo degeneruje się do szowinizmu. Zaczyna się od tworzenia pojęcia „Polaka prawdziwego” i wykluczania ze wspólnoty ludzi w jakiś sposób niepasujących do tej wizji. Z bogatej, różnorodnej tradycji i historii Ojczyzny wybiera się tylko to, co do wizji „Polaka prawdziwego” pasuje, fałszując historię, zubożając dziedzictwo kultury.

W efekcie powstaje coś kalekiego, niepełnego, fałszywego. To „coś” przeciwstawia się „innym”, „obcym”. Narasta nienawiść i strach. Wspólnota przestaje być solidarna, staje się wspólnotą konfliktu. Wrogowie są od siebie zależni, istnieją dzięki sobie… Nie ma „lemingów” bez „moherów” to syjamscy bliźniacy istnieją jedynie dzięki sobie.

Zwalczające się grupy przestają widzieć całość, którą jest Polska, w której większość ludzi jest umiarkowana w swoich poglądach i zazwyczaj marzy o życiu w dobrze zorganizowanej, przyjaznej i przewidywalnej społeczności.

„Kto nie jest z nami ten jest przeciwko nam”, stara bolszewicka zasada powoduje wzmożoną polaryzację. Trudno zachować neutralność i rozsądek.

„Kto sam ten nasz najgorszy wróg”, śpiewał Jacek Kaczmarski…

Niestety taka sytuacja w Polsce trwa już od bardzo długiego czasu.


Dodaj komentarz

Wolność to komfort. Jeszcze nie martwy, lecz nie całkiem żywy

Wiesław Cupała

Kain White – Czarny kot

Prolog

W pewnym nadmorskim kurorcie.
Czas – na początku jesieni.
Niczym w diabelskiej retorcie.
Wydarzył się mord nie z tej ziemi.

Wietrzysko znad morza wieje.
Grad wali o szyby z łoskotem.
Aż dusza całkiem sztywnieje.
Strach myśleć co będzie potem.

Oto na środek jadalni –
– pensjonat, znany, „U Zdzicha”
– pan Zygfryd upadł fatalnie.
Brak tchu, chrapliwie oddycha.

Nóż spod łopatki wystaje.
Krew plami kawał podłogi.
Pan Zygfryd ducha oddaje.
Śmiertelnie drgają mu nogi.

Światło w jadalni ciemnieje.
Pan Zygfryd, ciało wygina.
Wzrok mętny i twarz tężeje.
Dwunasta już bije godzina.

To zegar wieży kościelnej
nocną melodię wygrywa.
Lecz tej to nocy trumiennej
melodia jest dziwnie fałszywa.

Posępne echo skowytu
zakłóca gongu brzmienie.
Gong milknie lecz już do świtu
zostaje wichru dudnienie.

Rankiem wicher przygasa.
Zanika dudnienie diabelskie.
Już dzień. Na nadmorskich wczasach
życie wydaje się sielskie.

Nie widać zbrodni ni śladu.
Tak jakby wszystko się śniło.
Pan Zygfryd, w czasie obiadu,
Uśmiecha się do pań miło.

Trochę zszargane ubranie.
Uśmiechy jak przyklejone.
Lecz tego nie widzą panie
To pozostaje zamglone…

*

Obiad dobiegł końca, nikt nie zauważył, że oczy pana Zygfryda K. są przekrwione a wzrok dziwnie rozbiegany. Kuracjusze opuścili jadalnię i rozeszli się do swoich pokoi.

*

Pani Maja Ł. postanowiła uciąć małą drzemkę…

Głębina tego popołudniowego snu była niepojęta. Pani Maja Ł. już ładnych parę lat kładła się spać po obiedzie. Były to krótkie, co najwyżej godzinne, drzemki na pograniczu snu i jawy. Tym razem jednak, zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki, osunęła się w czarną odchłań…

*

Sen

Powoli odzyskiwała świadomość. Narastający ból w łokciach… Zimno. Ciemność, pleśń, piwniczna wilgoć. Leżała na jakimś cuchnącym barłogu. Ręce, wykręcone na plecy i mocno związane ze sobą w nadgarstkach.

Gruby czarny kot spojrzał na nią z pogardą.

Próbowała poruszać palcami. Zabolało.

Bolała ją dłoń. Leżała na lewym boku i całym swoim ciężarem tamowała dopływ krwi do wykręconej w tył lewej ręki. Przetoczyła się na brzuch i zrozumiała, że nogi w kostkach też ma skrępowane. Zmuszając palce dłoni do ruchu usiłowała przywrócić krążenie. Poczuła mrowienie, najpierw w czubkach palców, a następnie w całej dłoni… Krążenie wracało…

Razem z powracającym czuciem w rękach minęło pierwsze przerażenie. Rozejrzała się na tyle na ile pozwalała niewygodna pozycja. Nie było całkiem ciemno.

Gruby czarny kot spojrzał na nią z pogardą.

Siedziała na wygodnym fotelu w małej sali kinowej. Na ekranie widziała swoje alter ego szamoczące się na barłogu w jakiejś wilgotnej piwnicy…

Gruby czarny kot spojrzał na nią z pogardą.

Spojrzała w bok, obok siedział pan Zygfryd K. Wyglądał źle! Podarta odzież, twarz zielona i przemęczona. Rozbity nos. Siedzieli przy stoliku na tarasie kawiarni.

Pan Zygfryd K. pluł krwią i coś usiłował powiedzieć. Krew plamiła blat stolika, co najwyraźniej denerwowało potężnego kelnera.

Tak, ten kelner jest naprawdę groźny! Zaczęła uciekać. Gałęzie kosodrzewiny, wśród której panicznie biegła, usiłowały powstrzymać jej bieg.

Gruby czarny kot spojrzał na nią z pogardą.

Pan Zygfryd K. wymiotował do muszli klozetowej.

Upadła na barłóg w kącie wilgotnej piwnicy próbując wyplątać się z pochłaniającej ją tropikalnej roślinności.

Obudziła się spocona. Lewa ręka była ciężka i boleśnie sztywna. Straszliwie chciało jej się siku…

*

Dygresja – sny

Sny, senne mary, marzenia senne i koszmary.
Między rzeczywistościami szpary,
z których wypełza tuman szary
i pędzi przez różne wymiary.
Kolorów pełne i obrazów.
Zapominanych tak, od razu,
że to, co się w dzień przypomni
jest jak cień cienia jakichś wspomnień..
Jest echem echa.

Sny mają różną gęstość. Hipnagogi i omamy hipnopompiczne to sny bardzo ulotne. Mogą wybrzmieć rozpraszając się w emocji przywracającej jawę lub gęstniejąc mogą wprowadzać w coraz głębszy sen lub inną snu odsłonę. Człowiek śpi przez około jedną czwartą swego życia. Z tej ćwierci jakiś czas spędza w świecie sennych zjaw. Ten świat czasem bywa bardzo realny. Czasem miesza się ze światem jawy tak mocno, że trudno rozróżnić to co się przyśniło, od tego, co marą nie jest.

Indianie twierdzą, że „…tylko spać przyszliśmy, tylko śnić przyszliśmy…”.

Miałem kiedyś sen, że uciekam poprzez plątaninę korytarzy jakiegoś monumentalnego gmaszyska. Urzędu, Uniwersytetu,…? Na drzwiach, przed którymi przystanąłem, by odetchnąć i zorientować się trochę w sytuacji było na czerwonej tabliczce białymi literami, napisane „Tu można zasnąć, albo się obudzić”. Taka tabliczka, jedna z tych licznych „urzędowych tabliczek”… Wszedłem do tego pokoju i się obudziłem. Przez następne kilka dni nie byłem pewien czy jednak nie zasnąłem. Pytanie to powraca do mnie nadal, choć po latach, coraz rzadziej. Nie znam na nie odpowiedzi…

*

Psychopata zabójca (Gadające Głowy)

Nie mogę się pogodzić z faktami
Jestem spięta, zdenerwowana
I nie mogę się zrelaksować.
Nie mogę spać, bo moje łóżko płonie
Nie dotykaj mnie, jestem przewodem pod napięciem

Być psychopatą zabójcą
Jak to jest?
Od, od, od, od razu lepiej
Biegnij, biegnij, biegnij,
biegnij, biegnij, uciekaj stąd, och, och

Być psychopatą zabójcą
Jak to jest?
Od razu lepiej
Uciekaj stąd
jak najdalej

Rozpoczynasz rozmowę, której nie potrafisz zakończyć
Dużo mówisz, ale nie mówisz nic
Kiedy nie mam nic do powiedzenia, nie otwieram ust.
Raz wystarczy,
po co się powtarzasz?

Być psychopatą zabójcą
Jak to jest?
Od, od, od, od razu lepiej
Biegnij, biegnij, biegnij,
biegnij, biegnij, uciekaj stąd, och, och

Być psychopatą zabójcą
Jak to jest?
Od razu lepiej
Uciekaj stąd
jak najdalej

Co zrobię, dziś wieczorem?

A co ty powiedziałeś dzisiaj
Wiedząc o mojej nadziei
Dbam o swoją godność … OK
Jesteś próżny i ślepy
Nienawidzę ludzi kiedy są niemili

Być psychopatą zabójcą
Jak to jest?
Od, od, od, od razu lepiej
Biegnij, biegnij, biegnij,
biegnij, biegnij, uciekaj stąd, och, och

Być psychopatą zabójcą
Jak to jest?
Od razu lepiej
Uciekaj stąd
jak najdalej

*

Czarny gruby kot

Von Kiszka był wolnym kocurem. Miał doskonałe wyczucie ludzkich kobiet. Wiedział, co na którą i jak, działa. Dysponował aż dwudziestoma różnymi metodami oswajania ludzkich samic. Samców nie ruszał. Zbyt wielkie ryzyko, że trafi się na skończonego chama…

W sezonie letnim, gdy kurort był pełen przyjezdnych Pań, nie było trudno przysposobić sobie siedem do dziesięciu sztuk. Gorzej było jesienią.

A zimą… Brrr. Lepiej o tym nie myśleć…

Jesień dość wczesna – wczasowiczek jeszcze trochę jest.

W tym roku postanowił wypróbować pradawny koci czar – Oswojenie Ostateczne. Wiązało się to z dość znacznym ryzykiem, ale chodziły słuchy, że zima będzie bardzo ciężka. Mroźniejsza od zeszłorocznej, kiedy to mrozy o mało go nie zabiły, a jego mentor Mistrz Miu-Miu wyzionął ducha z głodu i zimna. Umierając, zdradził Von Kiszce tajemnicę Oswojenia Ostatecznego. Zwierzył się też, że nigdy nie miał w sobie tyle dzikości, by zastosować ten sposób na przetrwanie. Ryzyko było wielkie. Von Kiszka niezbyt dokładnie pamiętał szczegóły wskazówek Mistrza. Sam wtedy ledwo z zimna żył, gdy cichymi miauknięciami Miu-Miu wtajemniczał go w arkana ciemnej sztuki.

„Kto nie ryzykuje, ten nie je” – mruknął do siebie odpędzając lęk. Był zdecydowany. Schemat czaru oparto na starożytnej i bezdyskusyjnej prawdzie – „życie żywi się śmiercią, tak jak śmierć pożera życie”. Szczegóły można dopracować – SKAZANEGO już wybrał. KATA i OSWAJANĄ też.

Wybór SKAZANEGO nie był trudny. Ten chamowaty ludzki samiec nadawał się doskonale. Energię Kia marnował w bezrozumnej agresji skierowanej ku słabszym. Po takich osobnikach można się spodziewać, że jako starcy będą rozrzucać kawałki mięsa nafaszerowane małymi i ostrymi przedmiotami, by dzikie koty i bezpańskie psy umierały w strasznych mękach.

„Omal mnie nie kopnął” – wzdrygnął się i wygiął grzbiet.

Wybór KATA, to było trudne zadanie, rytuał wymagał, by zabicie Skazanego było zbrodnią doskonałą. Odpadały jednak wszystkie sztuczki z pozorowanymi wypadkami czy chorobami. KAT nie powinien być odkryty, choć morderstwo ewidentne.

– „Gruby czarny kot popatrzył na nią z pogardą” – Ha, ha, świetne! – uśmiechnął się zadowolony.

*

Chowaniec

Anna R. potrzebowała chowańca, prawdziwego wolnego chowańca. Wiedziała, że bez chowańca jej praktyka adwokacka ulegnie powolnemu uwiądowi i ona, czarownica paragrafu – jak mówiono o niej w środowisku, przegra najpierw jedną sprawę, a później coraz więcej klientów będzie z niej niezadowolonych. Dochody spadną. Prestiż zmaleje. Chowaniec mógł wszystko uratować. Wiedziała o tym. Bo Anna była wiedząca, była wiedźmą, czarownicą po prostu. Paragraf to tylko mentalna projekcja jej magicznej różdżki. Różdżki, z której zawsze, w odpowiednim momencie, potrafiła wydobyć zaklęcie.

Przepis normujący rzeczywistość społeczną po jej myśli. W interesie jej klienta. Ku chwale sprawiedliwości.

To nie żart czy ironia – Anna R. jako wiedząca musiała być prawdomówna. Selekcjonowała klientów poprzez dwa sita: godny zarobek i własne poczucie sprawiedliwości. Nie była tania, jej cennik ograniczał liczbę chętnych do korzystania z usług, wzbudzając jednocześnie podziw i zazdrość konkurencji. Była jednak sprawiedliwa. Znajdowała salomonowe rozwiązania najbardziej złożonych spraw. Potrafiła sądy przekonać do swoich rozwiązań w taki sposób, że sędziowie czy też sędziny traktowały te rozwiązania jak swoje.

Czarownica Paragrafu…

Była znużona i znudzona. Zanurzona w sądowej codzienności tysięcy stron, które należało przeczytać. Bez chowańca groziła jej ciężka melancholia…

*

Dygresja – Chowańce

W literaturze traktującej o magii, na temat chowańców, występuje wielkie pomieszanie pojęć. Różni autorzy pod te pojęcie podkładają rozmaite znaczenia. Czegoż tu nie ma… Od skrzatów domowych do duchów opiekuńczych. Od złośliwych chochlików do opętujących duszę demonów. Wszystko to sprawia, że im bardziej chce się chowańca odnaleźć tym głębiej on się chowa…

Wyjaśnienie jest bardzo proste, chowaniec musi sam zdecydować, że będzie związany z adeptem magii, a taką decyzję może podjąć każda istota – sylfid, salamandra, rusałka, gnom, konik polny i czarny kot…

Nic nie można przyspieszyć, nic spowolnić nie można. Ta chwila, gdy chowaniec się zjawia, może nastąpić, lecz wcale nie musi. Usiłowanie „zdobycia” tej magicznej istoty to pogoń za białym królikiem. Zdobycie przyjaźni czarnego kota, gdy goni się białego królika? Absurd!

CDN…


Dodaj komentarz

Wolność to komfort. Arystokraci

Wiesław Cupała

W 80 dni dookoła świata z Willy Fogiem

co pewien czas
ostatnio dość często
pojawiają się
w nowej postaci
arystokraci

gdybyż to byli
arystokraci ducha…

nie
z tym jest posucha

to arystokraci
frustraci