Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Perspektywa normalnej nocy

Włodek Małkowski

Rys. Bernard Buffet

Po koszmarnej nocy dzień miałem nie najgorszy. Leżąc w łóżku czekałem jak sąsiadka z sąsiadem przybędą, aby mnie rozciągnąć do rozmiarów pozwalających mi bez wysiłku dosięgnąć z siodełka pedałów rowerowych. Tak, bym nie musiał się zatrzymywać w czasie niedzielnej wycieczki i dokonywać koniecznych korekt. Ona ciągnie za ręce, a on za nogi. Ja w zamian za to opiekuję się ich kotem, gdy przebywają poza domem.

Zabiegu tego dokonujemy tylko w niedzielny poranek. Ale tym razem, mimo że byłem solidnie rozciągnięty, z wycieczki nic nie wyszło. Ktoś zaproponował mi pracę.

Nie odmówiłem myśląc, że potrwa to ze dwie godziny. Ale za każdym razem, gdy już skończyłem, on jeszcze czegoś chciał i tak aż do zmroku. A i tak na jutrzejszy poranek została mi jeszcze z godzina pracy.

Kiedy byłem już u siebie znów się pojawił i poprosił bym pomógł mu pionowo postawić motorówkę. Nie znam się na motorówkach, ale nie odmówiłem. Nie obejrzałem przez to meczu, lecz jestem zadowolony. Wreszcie sobie uczciwie popracowałem, zamiast wypisywać na fb te głupoty, których mądrzy ludzie nie są wstanie zrozumieć.

Mimo zmęczenia jestem podekscytowany perspektywą normalnej nocy, bez duchów, kosmitów, rozmów z księżycem, teleportacji na pustynię Egiptu, i takich tam, jakiś bliżej nie określonych dziwadeł.

W przeświadczeniu, że zasłużyłem na normalny sen, po którym wreszcie napiszę coś normalnego. Jestem tak tym podekscytowany, że chyba nie zasnę. DOBRANOC.


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Brzęczenie

Włodek Małkowski

Bernard Buffet – Sowa

Oglądałem sobie mecz siatkówki, a tu wchodzi do mnie taki sobie wariat – muzyk i pyta, czy może ze mną obejrzeć, wyraziłem zgodę, zastrzegając, że owszem, ale bez tej jego wariatki, która zawsze w czasie meczu uskutecznia jakieś głupie gadki nie mające nic wspólnego z prawdą siatki. Po chwili, korzystając z tego, że wariatka została na ganku, wyjął z kieszeni malutką buteleczkę koniaku. Wypiliśmy po 50-ce i pomyślałem, że to dobrze mi zrobi na sen.

Kiedy już przyszedł czas na spoczynek i zgasiłem światło, okazało się to nieprawdą. Wibrujące brzęczenie, do którego jestem przyzwyczajony, tym razem gęstniało nieznośnie przenikając ciemność, ale nie to było najgorsze, lecz ból sprawiający, że miałem wrażenie, jakby moje ciało oddzielało się od kości, trwając niczym aura w mętnej poświacie.

Czegoż ja nie próbowałem: przewracałem się z boku na bok, wychodziłem na zewnątrz, by pooddychać pod gwiazdami, obmywałem twarz w deszczowej wodzie, którą gromadzę w pojemniku do mycia włosów i prania bielizny. Najgorszy był krzyżujący się na plecach ból, przez który drętwiały mi barki i to, że nie byłem wstanie stworzyć żadnego słownego konstruktu myślowego.

Uznałem, że skoro tak reaguje mój system obronny na próbę dostania się do mojego mózgu przez nieupoważnionych pasożytów, to postaram się tylko spokojnie oddychać, starając się o niczym nie myśleć, a jeśli już, to każdy taki niezdarny konstrukt traktować będę jak niewydarzony obłok na niebie, nie poświęcając mu uwagi.

Stworzyłem obraz tych, którzy są mi drodzy i tak widziałem twarz siostry i szczęśliwe twarze jej dzieciaków, lecz obraz ten zanikał, więc ponawiałem próbę, za każdym razem czując przez chwilę ciepło, w którego jasności ból się rozpływał. Tym sposobem w końcu chyba zasnąłem i po dwóch godzinach, w chwili przebudzenia wiedziałem, że się udało.

Brzęczy sobie w tle i nawet się do tego brzęku uśmiecham. Krzyżujący się ból na plecach ustąpił.

Zaparzyłem kawy i włączyłem komputer. Na ekranie ukazała się kobieta rozwodząca się nad problemem kontroli umysłu, ale nie chciało mi się tego słuchać, mimo że wszystko wskazywało na to, że początek tego zdarzenia nastąpił właśnie podczas jej wykładu i nawet nie zauważyłem jak w połowie jej ostrzegawczych wywodów komputer sam się wyłączył.

No cóż, brzęczy sobie przyjemnie w kącie, a ja piję kawkę, słucham muzyczki i mam nadzieję, że zapowiada się piękny brzęczący dzień.


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Towarzystwo patriotyczne

Włodek Małkowski

Rys. Claire Wendling

Kochani, od razu na wstępie zaznaczam, że jestem patriotą, więc jeśli ktoś czuje się obrażony to trudno. Musi z tym żyć.

Wyszedłem dziś o poranku udając się do przychodni lekarskiej, bo stary już jestem i może będę tego potrzebował, aby jakaś patriotka mnie pocieszyła.

A tam taka blondynka o włosach wzburzonych popatrzyła na mnie i zapytała o coś, ale jej nie odpowiedziałem, dając do zrozumienia, że jestem z polecenia do doktora patrioty od tej patriotki mojej sąsiadki, wybitnej artystki.

„Tak, tak!” – przytaknął jakiś brodaty facet, dając mi do zrozumienia, że wszystko ze mną w porządku. Możliwe, że też patriota.

Na co ona mi daje kwestionariusz do wypełnienia.

Wypełniam, a ona coraz piękniejsza, i tak główkę przechyla i tak się nachyla, a brodaty dyskretnie się uśmiecha. Więc pytam ją, czy mam wpisać numer swojego telefonu zastrzeżony nawet dla Reptilian?

A ona na to: „Jak pan chce”.

I patrzę na nią i wiem, że chcę, bo piękna z niej Polka. Co będę się wygłupiał. A może kiedyś w samotności sobie przypomni jak wypełniałem ten kwestionariusz, zadzwoni do mnie i powie: „Włodku pieprz to wszystko, jedziemy na koncert do Gwadalupy, a jak coś nie tak, to ja ci u doktora zwolnienie załatwię”.

Pojąłem, że w towarzystwie patriotycznym jestem, pojąłem w mgnieniu oka, że wielka z niej patriotka.

Potem udałem się do Polskiego sklepu, gdzie wszystko droższe niż w sklepach okupantów, od makaronu do buraków. A następnie na złość okupantom wszedłem jeszcze do małego monopolowego i przepłaciłem za moją ukochaną wiśniówkę.

I teraz siedzę w domu i zastanawiam się, jaką to taksówkę wezwać, aby było, że po naszemu, do naszych chłopaków na piwo.

Proszę o odpowiedź. Ale szybko, nim mi zahuczy nad głową helikopter. I nie będę miał nic do powiedzenia.

Z OSTATNIEJ CHWILI: Przyjaciel do mnie zadzwonił i poprosił bym odwołał taksówki, bo on odwołuje ten helikopter. Świnia z niego, a nie patriota. A ja mu wierzyłem jak przyjacielowi.