Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Miasto Szatana

Włodek Małkowski

Panie kochany!
Pan się śmiejesz?
Ludzie by tego nie zrobili,
bo ludzie tak nie robią,
no chyba, że Niemcy,
ale to ponoć dawno temu,
bo teraz wolą pisać wiersze.

Masz pan rację,
chyba, że ci z Warszawy,
bo to ponoć miasto Szatana.
Pan się śmiejesz,
a oni są do wszystkiego zdolni.
Tam ponoć diabeł nad kurią lata
i arcy-kurwa w magistracie,
ale portier i tak pisze wiersze.

Dzieci zbrodniarzy i morderców
w sądach i na urzędach,
ale co tam, i tak cieć pisze piękne wiersze.
I z czego pan się śmiejesz?
Czytał pan o tej biednej kobiecie,
co ją w lesie spalili,
gdy ludzi na bruk wyrzucali?

Ale panie nikt nie protestował,
bo oni wszyscy tam tolerancyjni,
a więc zbyt przyzwoici,
by do biznesu się wtrącać.
Bo ponoć wrażliwi celebryci,
a nie jakieś tam chamy jak my.

Oni to dopiero piszą wiersze,
a jakie śpiewają piosenki,
aż się kraje serce.
No i już jesteśmy na Centralnym.
A pan to skąd?
-Z Watykanu, tak tylko w odwiedziny.

Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha!

Marc Chagall – Paryż przez okno

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Sen grabarza

Włodek Małkowski

Miałem koszmarny sen, choć na początku, to nawet było wesoło.

Obraz Zdzisława Beksińskiego

Stałem sobie na buforze tramwajowym przed dziarskim motorniczym i mknąłem środkiem Piotrkowskiej w kierunku Placu Wolności. Za mną ktoś grał na organkach i jakaś kobieta z tylnego pomostu śpiewała przecudownie, że jest taki kraj, gdzie ktoś taki, jak ja, zwyczajnie, acz całkiem beztrosko, jedzie sobie na buforze jak żaglówką przez morze, bo może.

Wszyscy pasażerowie podnieśli się kołysząc do rytmu, a kanar rozdawał im bilety tramwajowe, te normalne i te ulgowe, a dla małych dzieci talony do zoo i lody z cukrowej waty. A kiedy w końcu zapadła cisza, pan dyrektor departamentu komunikacji ukłonił się i zadeklamował mój wiersz:

przed grobem
nieznanego pasażera
zapal bilety tramwajowe
ten glejt groteskowego życia
cyframi obłożony
a nie słowem

przed grobem
zapal bilety tramwajowe
tobie by tworzyć
może dosyć życia
on o poezji
będzie gadał z Bogiem

Zapanowała cisza i kanar posmutniał z tymi biletami. Motorniczy natomiast dodał gazu, tak się chłopina wzruszył. I tramwaj tylko przemknął przez deszczowy Plac Wolności, zatrzymał się dopiero naprzeciw cmentarza.

Opuściłem swój bufor i udałem się cmentarną aleją szukać mego przyjaciela. Nie udawało mi się go znaleźć, gdyż deszcz ustał i mgła utrudniała mi percepcję. Spytałem o drogę grabarza.

Ten mi rzekł szeptem zza nagrobka: – To wszystko na nic panie kochany. W Warszawie taka wilgoć od Wisły, że Pałac Kultury uległ cudownemu przemienieniu, nie słychać z salonów stuku szklanek, tylko łoskot metra. W dzień cisza. Na szczycie tylko czasami Adaś ostatnim numerem Wyborczej jakieś tajemne znaki czyni do zimnych gwiazd, recytując melancholijnie Manifest z Ventotene. Nocami zaś z piwnic dochodzi zgrzytanie i szloch elit. A na zaduszki to ponoć słychać było brzęk sądowych łańcuchów, szelest akt i skrzypienie szaf, ale ja nie wiem czy to prawda, bo czego to ludzie nie gadają na temat sądownictwa, kiedy sam pan wiesz, że to sól tej ziemi. A i tak, mało kto tam bywa, gdyż grunt się zrobił jakiś bagnisty i smród tam trupi w powietrzu się unosi. Nienawistny zachłanności jad. Ponoć panie drogi, właśnie taki, jak w koszmarnych snach. Upiorna to okolica, dzieciaków tam lepiej nie prowadzać, nawet na Pierwszego Maja.

Zawróciłem szybko do tramwaju i chwilę potem się obudziłem.

Może to był tylko sen grabarza? Ale ja tam nie wiem, bo nie znam się na snach.


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Miłego dnia

Włodek Małkowski

Kadr z filmu Ptaszysko, 2013, Reż. Paulina Wyrt

Poranek zapowiadał się cudownie. Obudziłem się dość wypoczęty, leniwie wodząc oczyma po ścianach i suficie. Leżąc na prawym boku starałem się rozciągnąć prawą stronę ciała tak, by biodro i noga, aż do wyciągniętej stopy, wydobyła się z sennego marazmu na światło dnia, gotowa na wszystkie przygody. Podobnie uczyniłem przewracając się na lewą stronę, potem na wznak. Dopiero leżąc na brzuchu zdałem sobie sprawę, że moje plecy są zbyt zbite w sobie, skurczone, może na skutek sennych koszmarów, po których nie pozostał ślad w mojej świadomości.

No, ale cóż, skoro nie stać mnie na masażystkę zdolną sprawnymi dłońmi rozwałkować plecy w szeroki życiodajny ocean, otwarty na to, by szumieć przyjemnie wszystkim tym, których mijam, to tylko przeciągnąłem się, na ile w łóżku to możliwe, z zamysłem udania się do kuchni, by wstawić wodę na kawę i spokojne pójść do łazienki, gdy tu nagle zza okna odezwała się skrzecząca wrona, a może gawron, ale tak uporczywie i nieustannie jakby mnie chciała o czymś powiadomić. Wystarczająco długo to trwało bym nabrał przekonania, że nie zamknie dzioba. A ja nie mam ochoty na wędrówkę do okna i wdawanie się z nią w awantury, kiedy poranek jest tak cudowny. Myślałem sobie: „a zamknij ty dziób, bo i tak nie będę z tobą gadał! Wszystkiego dowiem się z internetu już po śniadaniu.” Ale to ptaszysko było coraz głośniejsze. W końcu nie wytrzymałem i podszedłem dziarsko do okna zaopatrując się po drodze w popielniczkę, aby zrozumiała, że nie mam ochoty na jej wybryki.

Kiedy otworzyłem okno zmilkła, aż tu po chwili ciszy, nagle, setki wróbli eksplodowały mi śmiechem prosto w twarz. Omal nie straciłem równowagi. Na szczęście zdołałem uchwycić się skrzydła otwartego okna i uderzyłem plecami o szafkę. Pot spływał mi z czoła. Kiedy już odzyskałem spokojny rytm serca i oddechu, to zbliżyłem się ponownie do okna. Nabrałem powietrza i ile tylko we mnie sił rzuciłem popielniczką w gęstwinę drzewa.

Zakotłowało się i setka złośliwych ptaszysk wzniosła się nad dachy domów tworząc na niebie napis… MIŁEGO DNIA!!!

No cóż, uśmiechnąłem się do urwisów i pomachałem im dłonią.