Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Senne perypetie

Włodek Małkowski

Teresa Pągowska – Klucz – z cyklu „Przedmioty”, 1996

Miałem sen tak głupi, że postanowiłem się obudzić. To dziwne, ale śnił mi się Donald Tusk. Siedziałem sobie gdzieś w podcieniach na ławeczce, a on podjechał na komicznym rowerze o ogromnym przednim kole w tandetnej, wypłowiałej kurtce z kapturem, pod którym ujrzałem jego blado-szarą twarz.

Przywitał się podając rękę akurat w chwili, gdy byłem zajęty dłubaniem w nosie. Przez co poczułem się niezręcznie. Przysiadł się jakby mnie znał.

Wstałem i po chwili odszedłem idąc ulicą Piotrkowską, jednak co jakiś czas się oglądałem, mając wrażenie, że jedzie za mną na tym kretyńskim rowerze o wielkim przednim kole.

Po przebudzeniu wyszedłem w pidżamie przed dom zaczerpnąć powietrza. Co za ulga: żadnego Tuska, a jedynie stary dziecięcy wózek spoczywający tu od lat. Już nikt nie pamięta komu służył. Obecnie korzystają z niego koty w słoneczne dni, więc nikomu on nie przeszkadza.

Popracowałem trochę, potem zjadłem ruskie pierogi i uznałem, że czas na drzemkę.

Jak tylko zasnąłem, to od razu poszedłem na spacer. Na pobliskim polu natknąłem się na gromadę dzieciaków grających w dziwaczną grę, w której wygranym był ten, który złapawszy rzucone w górę jabłko zdołał dobiec z nim do własnego domu. Tak jak w rugby, wszyscy inni starali się mu je odebrać.

Pomyślałem, że nic mnie to nie obchodzi, lecz pewna dziewczynka o twarzy córki mojej siostry rzuciła jabłko w moją stronę. Nie miałem serca jej odmówić. Rzuciłem się szczupakiem i je pochwyciłem. I wtedy wszyscy z wrzaskiem ruszyli przeciw mnie. Ale biegłem bardzo szybko, jak w żadnym innym śnie. Przeskakiwałem rzeczki i żywopłoty, i nawet przedarłem się przez jakiś stóg siana.

Wbiegłem do budynku taranując dwóch gówniarzy, którzy zagrodzili mi schody, a już na samym szczycie jednego przyczajonego na mnie przy poręczy zrzuciłem z pięciu metrów w dół. Gdy stanąłem przed drzwiami zapanowała cisza znamionująca, że pogodzili się z moim sukcesem. I wtedy poczułem się głupio uświadomiwszy sobie, że klucz został w mieszkaniu, w którym zasnąłem.

Spojrzałem w dół na tę szczęśliwą dziewczynkę, o twarzy córki mojej siostry i jej brata. I nagle ruszyłem w dół, skacząc jak w dzieciństwie po kilka schodów. Nim się połapali byłem już na zewnątrz, ale nie zrezygnowali goniąc mnie z wrzaskiem i piskiem.

Mijałem kolejne przeszkody. W mieście nie czekałem na pociąg tylko biegłem torami metra. Kiedy w końcu dobiegłem do domu i sięgnąłem po klucz uświadomiłem sobie, że jestem wyjątkowym idiotą, bo klucz jest od tego mieszkania, w którym zasnąłem, a tamtego to już od dawna nie mam. Tymczasem ich wrzaskliwe krzyki i śmiech był coraz bliżej, już tupali po schodach.

Musiałem się obudzić, nie chcąc wyjść na głupka. Wiedziałem, że nie uznają mnie za wygranego, skoro na początku snu pobiegłem do tamtego domu z przeszłości. Nie zrozumieją, że to pomyłka. Dzieciaki pomyślą, że jak każdy dorosły coś tam kombinuję.

Obudziłem się i wyszedłem na prawdziwy spacer. Zamiast na dzieci, natknąłem się na wybitnego fotografa, który akurat wyprowadzał swojego kota na spacer na dwudziestometrowej smyczy.

Rozpoznał mnie, chwilę pogadaliśmy o niczym. Kiedyś, gdy byłem w totalnych tarapatach i nie miałem na czym pisać swoich wierszy z czterech laptopów złożył mi jeden. Wcale mnie nie znał, dostał tylko informację, że jestem poetą. Do końca życia mu się nie odpłacę!

Reklamy


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Poemat o topieniu

Włodek Małkowski

Edmund Bartomiejczyk – Topienie Marzanny

Cześć kochani, chyba zdajecie sobie sprawę, że jesteśmy w stanie wojny z plagą tolerancji, postępowości i wszechogarniającej patologii. I pomyśleć, że całe to zło pochodzi głównie z Warszawki. Uważam, że Warszawka w trybie natychmiastowym powinna zostać odizolowana od świata ludzi, co najmniej na trzy miesiące. W tym czasie odpowiednie służby wytępiłyby wszelkie plugastwo.

Przede wszystkim trzeba by potopić w Wiśle wszelkich sędziów, artystów, lekarzy, dziennikarzy i polityków. Topić przez cały boży dzień i noc – dla dobra społecznego! – jak rzekł Robespierre do Dantona, chyba w sztuce Przybyszewskiej, ale nie pamiętam i mam to gdzieś.

Potopić należałoby także na wszelki wypadek kapele popowe, punkowe oraz podwórkowe, bo nigdy nic nie wiadomo. A żeby nie pozostawały już żadne wątpliwości, podtopić trzeba każdego mającego styczność z tą patologią, która jest ogromnym zagrożeniem dla świata i okolicy. Może nawet warto by było pomyśleć o tym, żeby topienie celebrytów stało się imprezą cykliczną.

Relacje z pławienia powinniśmy transmitować na całą galaktykę, tak aby nawet w dalekiej Antarktydzie Eskimos był zdumiony tym, jak ci cudowni Polacy topią swe niewdzięczne „elity”.

Podtopionych artystów, co się nadal wstydzą, że są Polakami należy wygnać z kraju do światłej Europy zwyrodnialców, gdzie już na nich czekają i gdzie nic nie śmierdzi, a więc pełna kultura. Ha, ha, ha, ha! Niech się tam zastanowią nad winami wobec Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, a może będzie im wybaczone, jak się ukorzą i zagrają w Kołobrzegu dziewiątą symfonię Beethovena na organkach.

Najjaśniejsza nie może sobie pozwolić na takie plugastwo, w końcu patrzą na nas Węgrzy i Słowacy, Czesi i Hercegowina oraz inne postępowe narody walczące z ciemnotą Brukselską. Topić! – i tyle mam do powiedzenia w tym poemacie!

A tak na poważnie kochani, to się opamiętajcie, bo przede wszystkim jesteśmy Polakami i mogę się na was, od czasu do czasu, wkurzyć. A mimo wszystko lubię was, choć czasem trochę podtopię jak wam się należy. Tak, że Boguś nie fikaj, nie fikaj!


Dodaj komentarz

Wesołe miasteczko. Jak pięknie być polskim poetą…

Włodek Małkowski

Jak pięknie być polskim poetą
nikt cię nie rozumie
i właśnie dlatego czujesz się dumnie

Bernard Buffet – Portret artysty, 1954

Nie mam ojca ani matki. Nie mam dziadka i prababki. Nie mam syna, nie mam domu. Więc oprócz wierszy już nie macie do czego się dopierdolić…

*

Jasny Panie wstałem dziś tak, jak mi przykazane. Przy pierwszej kawie coś tam napisałem i obiecałem sobie, że ten dzień przyzwoicie spędzę. Wyruszyłem na zakupy bladym świtem, skasowałem bilet w autobusie, aby spokojnie już tylko wiersz o miłości pisać na telefonie. Tak lubię wiersze o miłości napisane w środkach komunikacji miejskiej i podmiejskiej.

A tu podchodzą do mnie folksdojcze i o bilet proszą. Okazuje się, że nie pasuje im moja legitymacja: bo to, bo tamto, owamto, pierdnięcie i stempelek, bo powinienem mieć walizkę dodatkowych dokumentów, aby im się spodobała i każą mi zapłacić mandat, uprzedzając, że w dyrekcji komunikacji miejskiej i podmiejskiej zawsze mogę sobie nieścisłości wyjaśnić.

Tłumaczę im, że po to wyrobiłem legitymację, by nie wozić walizki dokumentów, gdyż chcę mieć spokój podczas pisania miłosnych wierszy w komunikacji miejskiej i podmiejskiej, ale oni mają w dupie moją polską poezję o miłości w komunikacji miejskiej i podmiejskiej, i każą podpisać wyrok na samego siebie.

Odmawiam, bo podpisuję się tylko pod wierszami pisanymi w komunikacji miejskiej, a tym oni akurat nie są zainteresowani. Ostrzega mnie taka gruba, że robię sobie krzywdę nie godząc się na to, by mnie pod byle pretekstem okradano tylko dlatego, że jestem Polakiem, który pisze wiersze w komunikacji miejskiej i podmiejskiej. To tacy jak oni chcą mnie skrzywdzić wysługując się złodziejom. Wiem, bo gdy ludzie świtem wstają, to aż są przerażeni, że za chwilę będą musieli za coś zapłacić okupantom, tylko dlatego, że są na tej ziemi Polakami. Za przekroczenie szybkości, za to, że na ścieżce rowerowej lub obok ścieżki, na przejściu dla pieszych lub obok przejścia, za PITY, VATY, sraty, byle tylko płacić! Za miłość i za brak miłości!

Macie chamy za darmo moje wiersze o miłości napisane w komunikacji miejskiej i podmiejskiej, poznajcie pańskie serce! Gdybym nie był Polakiem, to zapłaciłby za mnie jakiś Polak. Nieważne ja i tak jeszcze nieraz o miłości pięknej wam napiszę w komunikacji, choć tramwaj mój nie jest pożądaniem, jedynie wierszem, za który nie mam czym zapłacić.