Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 17

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

„Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.”
(Przepisane z Zaratustry na początku stanu wojennego,
w trakcie poszukiwań mistrza.)

Aleksandra Rost – Droga w górach

To był początek podróży, która miała zająć całe życie. Któż mógł to wtedy wiedzieć? Szukaliśmy wyjścia z matni stanu wojennego uciekając z domu w osiedlowy trójkąt Bermudzki. Tak myślałem o tym miejscu, bo było ono w środku, pomiędzy osiedlem A, B i C. Spotykaliśmy się przeważnie w kawiarni Teatru Małego, tam powstała idea ucieczki, nadbudowa, jak to się mówi. Wszystko zaczęło się od Filona, tekściarza grupy Dżem. Właściwie to on miał na imię Kaziu, ale to imię do niego nie pasowało. Studiował przez jeden semestr filozofię, a może tylko chciał studiować. Bardzo rzadko bywał trzeźwy i jak wszyscy nietrzeźwi miał swoją rację. Lubił nabijać się z naszego idealizmu. Miał rację, nie mieliśmy życiowego doświadczenia, a bardzo chcieliśmy zmieniać świat. – Odkryłeś już dzisiaj jakieś nowe kontynenty?! – Zawołał do mnie w pewien zimowy czwartek 1982 roku. Krzyczał zwykle z wysokiego pięterka kawiarni Teatralna w dół, do gości, a potem padał na blat stolika kawiarnianego. Był wielkim, osiedlowym poetą z trójkąta bermudzkiego osiedla A, B i C. Bełkotał bardzo umiejętnie, a my myśleliśmy, że to jest wena twórcza. – Szukajcie! Trzeba się udać w Drogę! Dopiero jak Droga się skończy, znajdziecie to, co najważniejsze. Doświadczenie Drogi! – Wmówił nam, że trzeba czytać Wojaczka, aby zrozumieć świat. Według jego wskazań zaczęliśmy szukać w realu Wojaczka. Zarażony był Poldi, zarażony był Mundi, zarażony byłem Ja i mój brat Tomek. W lato 1982 roku postanowiliśmy szukać Nowej Drogi, znaczy innego świata poza górniczym osiedlem A. Wtedy wszyscy byli zarażeni gigantem. Jedni jeździli po słomę makową, inni po sens życia, jeszcze inni uciekali przed bezpieką w Polskę. Nową ojczyzną mojego pokolenia był Jarocin, wydawał się wyspą wolności. Taka wolność sprowadzała się do ucieczki w muzykę i w maki. Ja takiej wolności nie chciałem. Miałem inne wychowanie. Wybrałem gigantyczne podróżowanie po Polsce, od gór do morza i odwrotnie. Chciałem, żeby było trochę pod Stachurę, ale ja śpiewałem życie, a nie śmierć.

Wędrówkę zacząłem od Sopotu, który stał się dla mnie symbolem odkrywania świata, który przeczuwałem. To w tym mieście urodził się Klaus Kiński, ten wariat, o przewróconych od szaleństwa świata, jasnych i proroczych oczach. Wylądowałem tam o piątej rano. Miałem plecak z własnoręcznie uszytym namiotem. To była innowacyjna konstrukcja. Podłoga, czyli dmuchany materac, sklejony był z wielką kwadratową pomarańczową płachtą. Na wypadek kontroli policji i wojska miałem podrobione zaświadczenie z uczelni, że zdałem w Katowicach na studia.

Na dworcu PKP były wojskowe kontrole. Nie można było sobie, ot tak, podróżować po Polsce. Udało mi się jednak jakoś wyjść z dworca.

Wokół stare poniemieckie wille. W uliczce w głębi, jakieś dwieście metrów ode mnie stali ZOMOwcy z karabinami na plecach, złapali właśnie jakichś kandydatów na maki i trawę. (Sporo młodzieży jeździło wtedy po Polsce na makowe żniwa.) Jeden z nich zauważył mnie i kiwnął do mnie ręką. Posłusznie idę w jego stronę. Pochylają się nad papierami tych makowych chłopaków i zaczynają się o coś spierać. Tracą mnie na sekund pięć z oczu. Zauważyłem po lewej małą uliczkę z domami w ogrodach. Wpadłem w tę uliczkę i dalej. Biegłem na ile można, bo mój plecak z namiotem ciążył mi strasznie. Z konserwami i bez skrzydeł ułudy na plecach miałem z 60 kilo. Potem płot, dziura w płocie, krzaki i stara willa, kiedyś poniemiecka albo żydowska, raczej nie polska. Pobiegli za mną, ale stracili ślad. Ktoś inny odwrócił ich odwagę. Usłyszałem jak przez mgłę: – Dokumenty do kontroli! – Ale to już nie do mnie, dzika zieleń mnie ochroniła. Byłem potwornie zmęczony tym biegiem. Ogród, w którym się znalazłem był dziki. W środku był mały staw i jasnoniebieska ławka. Farba na niej była stara i dawno morskim wiatrem wyblakła. Od tego wiatru stała się aż lekko zielononiebieska. Wybrałem ją do spania. Zostałem tam na kilka dni. Miałem bazę do czasu, aż pewnego ranka obudził mnie starzec. Dotknął moich długich włosów przeźroczystymi palcami starego człowieka. Potem puszku włosów na policzku. Były tak delikatne jak biel jego starości. Postawił butelkę z mlekiem, 3 bułki duże i kawałek żółtego sera. Otworzyłem oczy. – Zjedz śniadanie i idź. – Uśmiechał się łagodnie. Był jak anioł. Nic więcej nie powiedział i odszedł. Usiadłem i odprowadziłem wzrokiem jego lekko pochylone plecy. Była szósta rano. Zjadłem śniadanie i wymknąłem się z ogrodu. Opuszczałem arkadię. Chwila była piękna. Wiedziałem, że nigdy nie powróci do mnie.

Następne dwie noce spędziłem w lasku na gdańskiej Żabiance. Rozbiłem tam namiot niedaleko osiedla. Szybko odnalazły mnie tam osiedlowe chłopaki. Mieli po jakieś piętnaście lat. Przynosili mi jedzenie. Była w nich fascynacja moim wyrwaniem się z domu. Wieczorami opowiadałem im historie z podróży i z szerokiego świata. Słuchali z otwartymi ustami. Nie zabawiłem tam długo. Kończyły mi się pieniądze. Brak gotówki mógł być naprawiony tylko jakąś wakacyjną pracą.

Pojechałem do Bydgoszczy. Na dworcowej hali waletowałem 3 noce z przypadkowymi osobami. Dworce PKP w 1982 roku były jak azyl. Można było tam za grosze oddać bagaż do przechowalni, zjeść w dworcowym barze. Można było za nic znaleźć przyjaźń! Było lato, a lato niewiele kosztowało. W dzień wędrowałem bez celu po mieście zdumiony surową niemieckością centrum miasta i bez skutku szukałem pracy.

Jeździłem po okolicznych bogatych gospodarstwach, gdzie były sady z brzoskwiniami. (Cena kilograma tego owocu była wtedy monstrualne wysoka.) Zadzwoniłem do kolejnej furtki. Trochę dziwnie się czułem, bo dom otoczony był płotem z drutem kolczastym. Za płotem warczał pies i próbował zerwać się z łańcucha, by ugryźć. Wył tak, że nic nie było słychać. Wpuścili mnie na podwórze, a pies zmęczony szczekaniem zamilkł. Podszedłem do otwartego okna, w którym stała gruba gosposia. Zapytałem o pracę. Mówiłem, że student i że na wakacjach. Otaksowała mnie wzrokiem, wyceniła jak wieprzka na przedwojennym targu i odmówiła. Pożegnałem się grzecznie i zawróciłem, ale wkurwiło mnie to! Brzoskwinie dyndały nade mną na wyciągnięcie ręki. Miały iść pewnie na targ dominikański do Gdańska, a jedna sztuka kosztuje więcej niż tygodniówka robotnika. Ja cię pierdolę! Ten wściekły pies telepał mi się w głowie, aż mnie to zabolało nagle. Nie mogłem się oprzeć zemście, wyciągnąłem rękę i zerwałem 3 sztuki. A za mną wrzask tej grubej z okna. Kobieta skoczyła do parapetu ruchem psa na łańcuchu. Omal nie spadła na dół i się nakryła nogami. Dobiegły mnie grube przekleństwa i psa szczekanie. Poczułem się jak w zaklętym mieście z bajki. Nie było w nim ani jednego sprawiedliwego człowieka, dlatego będzie one skazane na żywioł i plagę.

Wędruję dalej… Drogą z Bydgoszczy na Poznań.

Czas i przestrzeń zmienia sekwencje miasteczek i wsi w emcekwadraty płotów w gospodarskich obejściach wokół mnie. Fizyka dnia w mojej letniej, gigantowej geografii przetrwania. Nowa kultura budowy płotów i zagród zdradza historię miejsca. To nie jest dawna kongresowa Polska, bo tu już Wielkopolska. Na wsi domy są w głębi podwórza, a płot musi zakrywać widok domu i jest tajemnicą gospodarza.

Nagle widzę dom inny. Większy i wypatroszony na zewnątrz. To pewno kresowy gospodarz. Jest traktor i maszyny przed domem, jest miasta pobrzeże i są pola żniwne. Wchodzę do środka, sień jest ciemna, chłodna, wiejska oraz zawsze otwarta. Pukam w otwarte drzwi kuchni kułakiem pięści i wchodzę, pachnie kwaśno, kartoflano, przaśnie. Przy stole siedzi cała rodzina. Ojciec rodziny – spalony słońcem, zmęczony wiecznym urabianiem się i podwójnym statusem, chłopa i robotnika. Obok jego żona. Już przejrzała. Nie wiekiem, ale ciemnym trudem. Widać, że dobry towarzysz życia i umierania. Na jej dłoniach grube żyły. Musiała prać ręcznie całe życie. Dalej trójka młodszych dzieci, ich twarze też spalone od słońca przy żniwach i szczerząca się do mnie córka.

Pytam, o pracę przy żniwach. Chłop patrzy się na mnie, potem na córkę.
– Nie, nie, nie trzeba. – Widzę, że chodzi o córkę, a nie o robotę. Córka na wydaniu i ma zostać dziewicą, a student to jest klasowe zagrożenie. Nici z roboty na polu.

Jadę dalej. Na wieś. Tam praca będzie na pewno, bo wszędzie żniwa. Wmawiam sobie, ale poczucie samotności rośnie.

Wsiadam do pociągu osobowego. Wygląda tak, jakby miał się rozpaść. Jadę bez planu, ale z mocnym postanowieniem znalezienia pracy. Inaczej nie przeżyję. W świetle nocnej latarni minąłem napis miejsca o nazwie Września. Jestem niedaleko wozu Drzymały i tych antyniemieckich historii. Czy istnieje jakiś świat poza ideologią?

Jest taki spokój, pociąg jest nocny, wiem, że nie wysiądę wcześniej niż przed zmrokiem. Zaczyna się umieranie krajobrazu w krajobrazie. Gdzieś trzeba rozbić namiot i pospać, a dworce wiejskie się nie nadają na nocleg. Wyglądam z okna pociągu, jest pusto, w oddali świeci światłami wioska. Skaczę po bagaż, już późno i trzeba się zdecydować. Wysiadłem na tej małej stacji bez świateł i daleko od domostw. Do wsi był kawałek, nawet nie znałem jej nazwy. Pola się kładły płasko, szeroko. Dech mi zaparło. Byłem zmęczony tak bardzo, że aż chyliłem się pod plecakiem. W kępie drzew i krzaków, w środku żniwnego pola rozkładam namiot, a raczej wślizguję się w pomarańczowy worek namiotu jak do śpiwora. Zasypiam szybko.

O czwartej nad ranem, ledwo świtało, ziemia zatrzęsła się pode mną i buczy. W malignie półsnu zobaczyłem potężne smoki. Huczą, świecą się i mielą. Posuwają się krok po kroku, są ciemno czerwone. Łapię plecak, w panice rzucam dobytek na materac dmuchany i ciągnę jak sanie za sobą do rowu. Aby tylko uciec w przyjazną ciemność. Półgoły jestem i śpię jeszcze. Moja dupa pokłuta ścierniskiem boli. Wpadam w rów i się przewracam. Reflektor daje mi snopem światła w ryja. Błyskiem instynktu nagle poznaję: to przodownicy pracy i ich zbożowe kombajny. Wyglądały jak księżycowe pojazdy. Kurwa, gdzie ja się znalazłem? Idę dalej spać.

Budzi mnie słońce. Jest siódma rano. W płucach zaduch żniwnego pyłu od tych pierdolonych kombajnów. Żółte pola pełne są tych czerwonych biedronek olbrzymek. Rozglądam się. Widzę tablicę drogowskazu przy drodze. Jestem w Żydowie. Kojarzę migawki z TV o wielkopolskiej wsi i o bohaterach pracy socjalistycznej. Ludzie z PGR-ów pracują w nocy i ranem, potem w dzień kradną zboże workami z magazynu. (To jak historia z Penelopą. Ona w nocy też pruła.) Z łupem wracają do swoich domów. Ekonomika. Jedna twarz wsi to ta z PGR-ami, a druga twarz, to gospodarze nazywani bambrami. Wieś ma tę drugą twarz bogatą i krzepką. Ona jest starsza niż socjalistyczny celofan w formie PGR-ów. Popracowałem tam trochę przy żniwach u Stasia Nowaczyka, chłopa na dwudziestu trzech hektarach. Była tam jego siostra Jadzia z mężem, co był kombajnistą z PGR-u, brat kulawy alkoholik Stefan i stary Nowaczyk, siwy olbrzym – Józef. Stary był jak mój Indianin z Kukułczego Gniazda, dlatego mi się zaraz spodobał. W Żydowie spotkałem też Marka Sokołowskiego.

Po skończeniu żniw u Stasia Nowaczyka w Żydowie pojechałem w Bieszczady. Raz w Ustrzykach Górnych w barze nie zapłaciłem za zupę ogórkową. Zostawiłem za to na talerzu wiersz-haiku napisany aluminiową łyżką. Kobiety z baru były tak zajęte plotkowaniem, że nie zauważyły mojego odejścia. Spałem w paśnikach wyłożonych sianem. Jak przyszyły wielkie deszcze – a takie zawsze przychodzą – włamałem się do budki przy skoczni narciarskiej. Złapano mnie w takiej budce. Było ich dwóch, ale miałem szczęście. Byłem naiwnym człowiekiem drogi, ale oni też z niej byli. Ludzie tutejsi pojmowali się przez wschód, nie przez zachód. Puścili mnie bez żadnych konsekwencji. Wróciłem z letniego gigantu na Śląsk pod koniec września 1982 roku.

Reklamy


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 16

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

W reakcji na stan wojenny zakochała się we mnie Aśka. Pracowała ze mną na wydziale automatycznego pakowania serków topionych. Ona miała 31 lat, ja 20 jakieś.

Przy byle okazji ocierała swoim kolanem o moje kolano, zaś przerwie papierosowej puszczała duże dymki. Wszystko w moją stronę. Poszło po całym zakładzie, że mnie kocha.

Nie mogłem się wybronić. Miała buskularne ciało, duże usta, lekko krwiste, dość wypukłe oczy i kręcone czarne włosy. Jej sterczący biust i sutki widoczne spod białego służbowego fartucha wyniosły mnie do roli sabotażysty.

Jacopo Tintoretto – Grzech pierworodny

Miłość w ramach sabotażu.

Kochaliśmy się w magazynku z kręgami surowego sera i składziku pełnym worków z topnikami do warzenia serów. Wymykaliśmy się do naszej kryjówki serowej tuż przed zakończeniem wieczornej zmiany. Tam był nasz tajemny azyl, zanim wygnają nas, niby Adama i Ewę, z gierkowskiej fabryki serów, zanim ludzie zginą tysiącami.

Byłem niezgrabny. Przeczuwałem nalot. Chciała ode mnie tu i teraz wielkiego sabotażu, chrztu i ofiary za naród. Ręką błądziłem w dół jak Kopernik szkiełkiem po majestacie nieba. Asia prowadziła mnie.

W oszalałym mózgu znikąd i nie wiem dlaczego zabrzmiały takty międzynarodówki, a potem druga zwrotka pieśni powstańczej, tej od bytomskich strzelców. To była, jakby ostatnia scena widzenia kochanków.

Byłem jak człowiek z obrazu Edwarda Muncha, krzyk na moście. Krzyk na serach. Dobra inwestycja Gierka. Jeszcze klasyki europejskiego malarstwa nie znałem, ale znałem jej przeciwności.

Jak nie pracowaliśmy na popołudniowe zmiany wpadałem na chatę do mojej serowej kochanki w czasie godziny policyjnej. Wymogi konspiracji narzucały rzadkie widywania się.

Nienasycenie. Pierwszy raz w życiu uderzyło we mnie w ten sposób to słowo.

Mieszkała na niskim parterze. To było na placu Bieruta, z matką, tuż koło przystanku zwanym Hotelowiec. Wchodziłem cichaczem przez okno. Łamałem nakazy sacrum konspiracji. Obuty w górskie pionierki zdzierałem jej sztywne od czekania majtki. Kładła głowę nisko, jakby kapłanowi i katu, płasko i bezwolnie. Byłem ponad, jakby nadczłowiek, jak przepowiedział kiedyś niejaki Friedrich Nietzsche. Ona była moja. Była moim narodem.

Polska, Polska, Polska!

Za oknem, ponad parapetem, widziałem mojego Fausta. Siedział na przystanku hotelowca. Czekał samotnie na opóźnioną nocną czwórkę. Ten autobus numer cztery zawoził go do domu, do Stalingrodu, do eksperymentu jego świata, do kolejnego chujowego górniczego osiedla. Taka przepustka od Losu. Trochę współczułem Faustowi ahistorycznie zadanej samotności.

Asia wyła cichym głosem tłumionym rytmem nocnych czwórek, jedenastek i czterdziestek piątek. Autobusy nocne też ruszały z nagła, stawały, tańczyły ze zbyt wysokim krawężnikiem. Rozwoziły z nocnych zmian klasę robotniczą dla doktora Los.

Godzina policyjna pomagała, otulała. Żołnierze byli ludzcy, uśmiechali się do ludzi, do prześladowanych. Bali się samej myśli, że będą musieli do nich strzelać.


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 15

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Tuż przed świętami, 16 grudnia 1981 roku, w trzeci dzień stanu wojennego, mój Ojciec Zygmunt wrócił z Katowic na górnicze osiedle A, w okolice Glinki. Był pochylony do ziemi, siny, sczerniały i gorzki. Był jak dawno upadły topolowy liść na placu Pstrowskiego na osiedlu A w Tychach. Wrócił ze strajku z huty Baildon w Katowicach.

W trzeci dzień wojny rozgromiono strajk na w zakładzie mojego ojca. Ojciec tam pracował już 30 lat. Dostał wpierdol od ZOMO, a poprawkę do wpierdolu dołożyło SB. Ci z ZOMO zrobili po strajku hutnikom i studentom ścieżkę zdrowia. Ojciec przezornie schował pod kombinezon na tyłek i plecy blachę dla ochrony. Blacha chroniła do połowy jego plecy przed uderzeniami pałek. Widziałem plecy ojca posiekane na biało-czerwono. Tam gdzie sięgała blacha było biało, a gdzie nie sięgała plecy były na czerwono.

Ojciec dał mi tę miedzianą blachę na pamiątkę w święta. Schowałem ją obok granatu gazu dymnego znalezionego przy kopalni „Wujek”. Opowiedział mi o Rudej Izie. To studentka ze strajku pobita przez SB. Nie wiem z jakiego powodu tak bardzo to pamiętam. Izolda dostała od SBka z pięści w twarz na beldońskich strajkach osiem jeden. Ruda krew zawiesiła się na jej białej twarzy, niby cień. Ta opowieść, to dziwna legenda. Nigdy nie potrafiłem tym z SB tego wybaczyć.

Ojciec nie chciał wierzyć w zdradę narodu, armii, kolegów. To było dla niego wszystko. Dla mnie to była ostatnia flaga Ludowej i Robotniczej. Nam osiemnastolatkom po maturze roku osiemdziesiąt został jeno popiół, a nie diament. Stan wojenny przyszedł jak porażenie prądem. Wielu moim rówieśnikom pozostało wtedy modlenie się do zdjęć gołych bab na przedostatniej stronie grudniowego wydania reżimowej Panoramy, w imię bożka Onana. To był ich bunt. Dokonywali cudów przed rozłożoną płachtą propagandy.

A Ja?

16 grudnia 1981, Kopalnia Wujek w Katowicach

Na górniczym osiedlu A, miasta ABC, w Tychach, w czasie stanu wojennego prawie czuć było dym z petard na Kopalni „Wujek”. Bulik, który pracował przy kopalni „Wujek” powiedział, że strzelają do robotników. Strach. Chciałem się zbroić! Kupiłem od Bulika granat gazowy za bon żywnościowy, taki na flaszkę wódki. Schowałem go pod kartofle jak relikwię. W ten sposób zacząłem zbierać broń.

ZOMO było zakwaterowane najlepszych hotelach Katowic-Stalinogrodu. Tak mówiłem z pragnienia zemsty na mieście: Hotel Katowice, Hotel Warszawa, Hotel Silesia. Kumple z Browarnika w Tychach – Mundek i Poldi pracowali tam jako kelnerzy na stażu po naszym browarnianym gastronomiku. Gadali ciągle o restauracji Hotelu Katowice. Nowa władza dawała duże napiwki, karabiny leżały stosami, a napiwki płacono opowieściami o śmierci górniczej i pacyfikacjach robotniczej braci!
– Trzeba od tego spierdalać! To miała być moja ojczyzna? Gówno, a nie ojczyzna. Gdzie jest nasza, polska armia?! – Kłóciłem się narodowo o poczucie sensu. Poczułem się opuszczony. Zostałem bez ojczyzny, bez narodu, bez państwa.

Postanowiłem zorganizować czwarte powstanie śląskie. Czwarte! – no, bo legenda rodzinna mówiła, że trzy inne robili moi dziadkowie. Zostało mi więc „Czwarte”. Zanim cokolwiek faustowskiego się stało utknąłem w brudno mroźnej przestrzeni grudniowego strachu. Była niedziela 13 grudnia 1981 roku i jeszcze wszystko było w opcji otwartej poza tym, że świadomość klasowa już poszła się jebać. Znaczy, docierało, że aresztują ludzi tysiącami.

Moją pierwszą ojczyzną i emigracją stała się Kolumbiada. To literatura mnie odkryła, a nie ja ją. Skoro Solidarka się rozpadła szukałem wzorów. Co do buntu kierowałem się literackimi opisami. Wojaczek Rafał, Zaratustra, Kolumb, Popiół i Diament, Lot nad Kukułczym Gniazdem. Zero praktyki.

Jest broń, jak broni nie ma. Jest sens w morzu bezsensu. Faust przestał się liczyć. Został już tylko Kolumb w grze i Wojaczek. Idę na pewną i bezsensowną śmierć. Bezsens ma sens. To najważniejsza nauka. Na tym polega cały dyskurs polskiego Kolumba z doktorem Faustem. Poprzez pochodzenie stąd miałem silny instynkt Kolumba w sobie, no i poza sobą. To czysta projekcja, że naród do buntu, że powstanie śląskie. Postanowiłem. Sam sobie będę narodem. Jeszcze nie wiedziałem, że Solidarność była domkiem z kart.

W niedzielę, w domu, w reakcji na Jaruzelskiego przypiąłem na kurtce odruchowo biało-czerwoną koloratkę z paskiem żałoby. To była moja parabelka. Kurde! Obywatel Kolumb się narodził! – polski wirus eksplodował.

Z żałobą narodową na klapie poleciałem do naszego Teatru Małego w Tychach. Teatr zamknięto ze względów bezpieczeństwa, bo był w tyskim trójkącie bermudzkim, znaczy pomiędzy osiedlem A, B, C. Co do tych osiedli: z dwóch różnych transportów kresowych przywieziono tam ludzi do bloków. Różnili się kulturami, ale stać ich było na współdziałanie.

Oczekiwałem fali buntów i strajków. Właśnie 13 grudnia 1981 oczekiwałem tytanicznego starcia, a tu nic. Na przystanku czerwonego autobusu do Katowic numer cztery panuje cisza, mróz i strach. Czuję zimno zimna. Zima jest głęboka. Z czasem mijam pierwszy patrol, jest pod kałasznikowami. A ja, jak głupi, czekam na ten bunt. Zbieram myślami broń.

Około 4-ej po południu robiło się ciemno, zimno. Jakby według planu tego dnia wszystko miało przestać się ruszać, więc się niewiele ruszało się. Stało parę taksówek na postoju, pomyślałem, że była tam policja. Autobusy miejskie działały planowo.

Idę dalej, wchodzę do restauracji Hawana, to koło kina Andromeda na osiedlu ”B”. Ostentacyjnie niosę żałobę na piersi. Lokalny gwiazdozbiór Kolumbów tam czekał.

Szatniarka w restauracji na widok mojej polskiej żałoby na tureckiej kurtce dżinsowej upuściła szydełka. Zabrzmiało metalem szydełka na marmurach socjalistycznego gmaszyska, zabrzmiało tak, jak szybka, niechlujna salwa. Ona robiła ciepłe skarpetki dla synów, ci byli na polsko–polskim froncie, czyli tam gdzie trzeba być, aby nie zostać Kolumbem. Znałem ją z widzenia. Wcześniej była babcią klozetową na starym dworcu PKP, tam gdzie kozioł pił piwo księżycowe w formie reklamy na fasadzie jeszcze starszego kasyna. Znałem jej syna z mojej szkoły. Cicha, pracowita rodzina. Łączyła nas tajemna nitka bezklasowego pochodzenia. Awans z dworca do kina. Ten stan wojenny to awans dla wielu. Szepnęła ostrzegawczo.
– Chłopcze, zabiją cię ci zbóje. Uciekaj, nie warto, bo wolność to ułudna rzecz.
Była tybetańskim oraklem i może miała rację.

Ja sam oddałem się sprawie. Zostawiłem kurtkę w szatni i udałem się w głąb restauracji. Chciałem walki. W środku siedziało tylko parę osób. Pustka oniemiała i była wokół. Szukałem Fausta wokół, nic i niczego nie znalazłem, a chwila była losowa, była faustowa i piękna. Nie miałem do Fausta pretensji, że się nie zjawił.

Kołatały się we mnie, w głowie i w trzewiach jakieś cytaty kolumbowe. Literatura szkolna przejmuje kontrolę nad życiem. Dla równowagi chodziłem dalej do pracy jak każdy. Nie było wyjątków. Nikt nie zamarzł, ani nie umarł z głodu.

W poniedziałek rano 14 grudnia 1981 roku zjadłem bardzo skromne śniadanie. Miałem na popołudniową zmianę, na 14.00. Rankiem pojechałem organizować strajk.

Na terenach przemysłowych wystawionych za kredyty Gierka chciałem znaleźć niejakiego Wasilewskiego, szefa związków zawodowych Solidarność. To człowiek legenda, szef. Pracował w nowych technologiach. Szukałem go, bo chciałem namówić go do strajku generalnego.

Koło godziny 11.00 jadę z moją żałobą na klapie autobusem na te tereny przemysłowe. Stoję w środku dużego przegubowca, na tym obrotowym kole pomiędzy, z boków są barierki. Można się szeroko oprzeć. Trzepie jak cholera. Żałoba narodowa na klapie, i w planie. Ludzie się odsuwają. Boją się tej mojej osiemnastoletniej i Kolumbowej demonstracji.

Trzęsie strasznie i jest w końcu kolejny przystanek. Wchodzi do autobusu gruby major z teczką skórzaną, z twarzą jak na kacu i z pistoletem w kaburze. Taki ruski major – myślę sobie. On staje naprzeciwko przy drugiej barierce. Też go trzęsie. Ja na klapie mam tę pierdoloną narodową żałobę i narażam się właśnie. On widzi, że czarna i cała biało czerwona ta wstążka i dumna.

Czułem się jak duńscy obywatele, co z dawidową gwiazdą na płaszczach, jak wychodzili w trzydziestym dziewiątym w obronie swoich hebrajskich sąsiadów.

On taksuje mnie wzrokiem, a nuż skoczę do gardła. Potem ocenia sylwetkę i fizyczną tężyznę, znaczy potęgę mojego Kolumba. Poprawia rękę przy kaburze. Byłem gotów na ofiarę. Trzeci dzień stanu wojennego, może ktoś strzeli z pukawy.

Boję się jednak i nie spuszczam go z oczu. Wszyscy spoglądali spode łba i czekali. Major czekał. Przegubowy autobus trząsł miłosiernie. Strach. Czy ruski major wyjmie pistolet i zastrzeli mnie jak psa? Tak było dotychczas w podręcznikach historii, że Rusek albo Niemiec strzela do bezbronnego Polaka.

Mierzymy się dalej wzrokiem. Napięcie rośnie. Jestem przerażony. Trzęsie nami wspólnie na tej autobusowej platformie. Autobus był wygodnym miejscem na nagły atak. On jest cięższy i starszy. Myślę błyskawicznie. Skoczę mu do gardła, jak autobus szarpnie na zakręcie za Hotelowcem. Wyrwę mu broń z kabury. Jest jakaś szansa na zostanę bohaterem. Dzieciaki powstańcze z Warszawy zastrzeliły wielu. Nie będę gorszy, też tak chciałem.

Nic się nie dzieje. Trzęsie, ale nie skaczę. Major wysiada pod szpitalem. Klasie robotniczej macha teczką z cielęcej skóry, jakby na pożegnanie. Nikt nie został ranny. Niedokończona cała ta sytuacja, ale jest dobrze.

Wyskakuję z autobusu, rzygam ze strachu w brudny śnieg.

Tereny przemysłowe. Są pogłoski o zakładach. Baby na serach opowiadały o swych mężach. Słyszałem, że w zakładach remontowych ZREMB ludzie zaspawali się w narzędziowni zakładu od wewnątrz. Brzmi strasznie nawet jak tych czołgów nie widać. Pewno pójdą na nich pancernie. Idę tam, ale spokój. Nic.

Wchodzę do budynku. Jest biuro Solidarności. Pukam i otwieram drzwi. Otwarte. Siedzą dwie kobiety. Jedna czarna, druga blondynka. Różnią się tylko w szczegółach, ale nie w treści. W siódmej sekundzie wiem już wszystko. Hmm, z naboru pań sekretarek dla wodzów narodu, kojarzy się złośliwie, ale mimowolnie. Przywódcy narodu zapuszkowani chyba, nie ślinią się do nich teraz jeno modlą, refleksja krótka w głowie. Siedzą przy kawie. Kawa przysłana w paczce z Niemiec. Jakże inaczej. Mówię, że szukam Wasilewskiego. Chcę namawiać do akcji protestacyjnej i strajków. Czas wołać naród do walki.

Mam osiemnaście lat i całą naiwność Kolumba. Jest we mnie instynkt ten polski i niepolski, i jest romantyzm pełną twarzą jakby wyrok już był.
– Co ty Chłopak, jakie strajki? – One do mnie – Posiedzimy do końca kawy, a potem do domu – powiedziały – Trzeba wracać do domu! Ty też wracaj. To nie ma sensu. – Mądrość jest kobieca, ogólna i uniwersalna. Zrozumiałem, że generalnego już nigdy nie będzie.

Lecę dalej w poprzek terenów przemysłowych. Dzień mija i robi się później, wszystko staje się zawieszone mrozem i martwe ciężarem zimnego błota. Autobusy roznoszą bryły brudnego śniegu po całym mieście, co znaczy ktoś ruszył w dalszą drogę. Nie wracam na plan kinowy, na Hotelowiec.