Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 19 (Więzienie w Wojkowicach)

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Do więzienia w Wojkowicach przywieźli mnie 15 sierpnia 1983 roku. Nie jestem już aresztantem. Jestem skazanym więźniem.

Na gliwickim zamku nie przebywałem długo. Wyprowadzili mnie (sześć tygodni po wyroku, wydanym przez dwóch tenisistów zaplątanych w historię świata tenisowo ułożonym kalendarzem) zaszczanym podwórkiem do więziennej nyski. Wywieźli skrętem w prawo.

Po 20 minutach z wąskiego okna żandarmeryjnej nyski migały mi zielone i zielone pola. To pola pomiędzy Gliwicami a Bytomiem. Bytom jest mi jakoś bliski, poprzez cmentarz żydowski, o którym kiedyś czytałem. Pod Siewierzem drzewa były pokryte białym pyłem z cementowni. Przykryte nim były też zielone pola. To piętno tych okolic. W bajkach pojawia się symbol wyschniętej studni, umarłego drzewa, ludzi zmienionych w kamienie. To nie bajki. To jest opowieść o życiu i o psychice zbiorowej. Może to właśnie nasz czas? Nikt tego nie chce słuchać. Na tej drodze nie ma śladów życia, ale są symbole. One nas prowadzą w chwilach, kiedy władza daje nam wybór, a nie ma wyboru.

Zostałem pomówiony o zdradę stanu ze względu na mój idealizm. To on teraz mierzy czas! Łudzi mi się życie, widzę i czuję jak tam, na wolności, trawa sobie rośnie. Co będzie jak odsiedzę wyrok? Czy znowu powołają mnie do wojska i zapuszkują jak odmówię? Myślę – patrząc na blaszany dach ciemno musztardowej suki na czterech kołach.

Podjechaliśmy tuż pod więzienie. Przed moim autem otwiorzyła się olbrzymia brama więzienna. Wjechaliśmy do środka i poczułem, że nie ma nadziei. Więzień Kolumb, a nie były aresztant, został dostarczony do Zakładu Karnego na odsiadkę. Czuję ten czas intensywnie. Nie uciekam.

Wchodzę do nowego kręgu piekła i w nowy rytm. Piekło jest zawsze nowe i innowacyjne w kwestiach zła. Więzienie wewnątrz sprawia wrażenie rozległych koszar otoczonych wysokim murem. Wokół murów pustka. Czyżby, mieszkańców wysiedlono?

Z wewnętrznej alei na wzniesieniu widać całą strukturę mojego miejsca odosobnienia. Struktura składa się z 3 części. Po prawej ręce budynki administracyjne i gospodarcze, kwietniki ładne, bo w socjalistycznym porządku. Tak jest pewno dlatego, że to pod te zachodnie delegacje z ONZ. Komuchy chcą pokazać, że prawa człowieka są w Polsce przestrzegane. Ktoś powiedział, że to pokazowy ośrodek dla delegacji Czerwonego Krzyża oraz ONZ. Mówią, że przywozi się tutaj zachodnie delegacje, aby udowadniać piętno realnego humanizmu w tym stanie wojennym. Humanizm był i to mnie zdumiało. Więźniowie polityczni nie są tutaj represjonowani, tylko uwięzieni. Myślę, że podobnie było z obozem w Auschwitz i z Teresinstadt w filozofii państwa terroru. Czasy inne jednak, Polacy bardzo nieżyciowi, aby skonstruować taki Auschwitz albo też Teresinstadt. Nie miałem prawa tak porównywać, ale kojarzyło się jedno z drugim mimowolnie! Małe, łagodne TeresinStadt na schodach dyktatury stanu wojennego.

W strukturze więzienia można było wyróżnić zamek przedni, tylny oraz śródmieście. To były dwa więzienia skonstruowane razem jak średniowieczny zamek (znaczy pomysł był prastary, ale architektura była stalinowska). Z lewej strony od głównej alei więziennej znajdowało się więzienie z lżejszym rygorem. Ono było przeznaczone dla inspekcji ONZ. Drugie więzienie wewnętrzne, znajdowało się na wprost od nitki głównej alei. Odgrodzone było od całości więzienia kolejnym wewnętrznym murem. To był system cebuli. Z czasem dowiedziałem się, że siedzą w nim głównie kierowcy, synowie aparatczyków na długich wyrokach. Była to elita. Wielu z nich było pieszczochami systemu. Niejeden po pijaku rozjechał kogoś na drodze. Po lewej stronie rozciągało się moje więzienie. Składało się z kilkunastu płaskich baraków. W baraku było 10 cel, pięć po każdej stronie korytarza. Oprócz tego był pokój Starszego Baraku i zawsze zamknięta świetlica z nadajnikiem TV dla wybitnie zresocjalizowanych więźniów. Każda cela była 12 osobowa. 6 piętrowych łóżek organizowało przestrzeń każdej celi. Każdy barak był z zewnątrz zamykany kratą na noc przez strażnika.

W czasie dnia kratę otwierał z wczesnego rana strażnik. To było konieczne ze względu na grupę Ceglarzy. Oni startowali do roboty przymusowej już o piątej. Wpuszczał i wypuszczał nas Starszy Baraku. To był zawsze jakiś zasłużony złodziej. Warunki były południowoamerykańskie. Daleko od domostw, wokół baraków strażnicze wieże z karabinami. Psy biegały w strefie zero. To strefa pomiędzy murem, a drutem kolczastym. Tutaj można wyć i krzyczeć do woli, jest pustka. Płaskie jasne baraki rozrzucono łańcuszkiem wzdłuż muru w solidnej odległości. Mur był oddzielony od baraków szerokim pasem betonu i trawy. Widać było, duże auto ciężarowe wraz z Atandą lub plutonem wojska mogło szybko przejechać wokoło więzienia. W środku tego obszaru, ale raczej w tyle, za chodnikowymi drogami i kwietnikami znajdowała się więzienna szkoła zawodowa. W budynku szkoły był psycholog, pani nauczycielka, resocjalizator i lekarz. Na dolnym segmencie i od lewej strony od wejścia skraju barakowego łańcuszka była więzienna biblioteka, pralnia, szwalnia oraz fryzjer.

Inną część więzienia stanowiła kuchnia i zaplecze administracyjne. Kuchnia z olbrzymią betonową jadalnią była umieszczona w budynkach administracyjno gospodarczych. To była oddzielna część. Nikt sobie tam nie mógł wejść ot tak. Cały kosmos był zatem jak na dłoni. Świat tutaj jest surowy i prosty – mówiono. Jak idziesz do lekarza, to przepisuje jedynie tabletki na grzybicę i mówi:

– Co kurwa? Więzień symuluje? No, wracać do pracy. – I się wraca.

Praca jest ulgą, zbawieniem i macht frei. Ciężarowe stary wożą nas więźniów do kamieniołomów, cegielni i do budowy dróg. Wieczorem więźniowie wracają. Cieszą się, że minął jeden dzień. Wychodzą sznurkiem z ciężarowych samochodów niosąc małe zawiniątka pod pachami. Chleb, szampon, butelkę mleka. Kontrola jest szczegółowa. Wszyscy są tak samo ubrani – fioletowo-granatowe drelichy z napisem – Zakład Karny Wojkowice – na plecach. W wypadku odmowy pracy bez uzasadnienia, miejscem na leczenie wszelkich przypadłości jest karna izolatka.

Głód i dieta pomagają szybko wyzdrowieć. Młode organizmy bronią się dobrze. Jak ktoś nie jest w stanie wytrzymać, jest zawsze wyjście na zewnątrz. Śmierć samobójcza lub ucieczka poprzez mur. Jako więźniowie z nowego transportu, pierwsze tygodnie spędziliśmy pod obserwacją. Wywożono nas w miejsca pod specjalnym nadzorem, znaczy na stadion. Testowano nas czy nie chcemy gdzieś uciec. A ucieczki były częste. Czasami tam i z powrotem. Były takie, że więźniowie uciekli, a potem ze strachu próbowali wracać do celi przez mury.

W sierpniu 1983 roku załapałem się na kompanię pracy przy żniwach. Praca w PGR-erze była przygotowaniem do przymusowej pracy w cegielniach, kopalniach i drogówkach. Dowiedziałem się o tym później. Wiezień musiał stać się więzieniem samego siebie, aby był zdatny do pracy. PGR to był taki system wypuszczania więźnia w kolejne pierścienie bezpieczeństwa. Oni tak stopniowali system kontroli więźnia. Przygotowywano nas w ten sposób do pracy na zewnątrz. To było wyróżnienie. Od zabijania czasu pod celą można zwariować.

W pierwszym pierścieniu kontroli więźnia było zadanie obierania kartofli i przerzucanie węgla w więziennej kuchni z tyłu działu zaopatrzenia. To pierwsze dwa tygodnie i jeden mur mniej. Strażnicy i tak sterczeli na wieżyczkach. Potem wywozili nas na pobliski stadion i obserwowali czy żaden nie ucieknie. Tam był jeszcze jeden mur mniej i następne dwa tygodnie. Na końcu wywozili nas do karnej pracy na wolnościówkę.

Pojawialiśmy się w pobliskim PGR-erze rano przywożeni więziennym starem. Kierownik PGR-u litował się nad nami. Wystawiał nam 2 bańki ze świeżym, krowim mlekiem na środku podwórza. Piłem je. To był raj. Zrozumiałem jego smak pierwszy raz. Dopiero poprzez krajobraz smaku mleka z karnego PGR zrozumiałem kim jestem i co mnie ochroni. Ziemia!

Jak strażnik dał się przekonać, skakało się czasem do drzew owocowych na bok. On dawał nam trzy minuty, a my jemu trzy paczki papierosów „Sport”. Barter był prosty, minuta za kartonik. Strażnik miał papierosy, był to towar bardzo deficytowy. Strażnik wypuszczał dwie osoby. Delegacja! Zrywaliśmy w te 3 minuty we dwójkę w porywie radości śliwki, jabłka, gruszki. Pakowaliśmy w więzienne kurtki lub w związane na ramiączkach białe, więzienne podkoszulki. Było w tym szaleństwo nagle uwolnionych od więzienia dłoni. Szły do owoców i drzew jak rwące potoki. Drzewa tryskały owocem, sokiem, moim pragnieniem lata. Smak kradzionych jabłek był boski. Smakował jak obszar od gór polskich do samego polskiego morza. Taka przestrzeń w ustach, jak niekontrolowany seks. Pierwszy raz w życiu tak zrywałem owoce, tak świeże piłem mleko i tak odczuwałem pełnię, wolność smaku i natury wokół. To był dar, jak na moje puszkowanie i bunt. Był w tym czas i przestrzeń razem.

Żegnałem się z płodnością ziemi, jak już siedzieliśmy w więziennej budzie w czasie drogi powrotnej. Przypominało mi to dziadka Roberta i jego opowieść. To było takie opowiadanie, że niepodległość jest jak ziemia, a ziemia jest jak niepodległość.

Rodzina nasza była duża, sześcioro dzieci. Matka pracowała jako majster budowlany. Dziadek Robert przychodził do nas w niedzielę i zabierał nas na wander, znaczy na śląskie wędrowanie. Wołałem go w myślach Dziadke, po to, aby go odróżnić od wszystkich innych dziadków.

Zabierał nas do krainy duchów i przodków. Ubierał się do tego w kapłańskie szaty, znaczy w kapotę z brunatno zielonego grubego drelichu i podobne gacie. Kapota była wyprana deszczami, słońcem i zachodnim wiatrem. Była jak pory roku pisane w moich atlantowskich lasach.

Szliśmy na wander wzdłuż płotu umarłego stadionu górniczego. Płot był ze stalowych prętów. Pamiętam tę drogę. Idąc przesuwałem palcami po metalu prętów, aż w palcach pojawiał się prąd. Potem dalej do starego dworca PKP. Tam przechodziliśmy obok kozy, wymalowanej u szczytu plafonu przydworcowego kasyna. Koza była przedwojenna, piła mocne, księżycowe piwo.

Ziemia pod nowym-starym tyskim browarem należała kiedyś do moich pradziadków. To znaczyło tyle, że jesteśmy stąd i mieliśmy prawo do wandrowania tutaj.

Szliśmy dalej w lasy i łąki oddychać przestrzenią. Dziadke Robert brał bańkę z pomidorami, ogórkiem kwaszonym, chlebem cienko smarowanym smalcem, obłożonym cieniutko krojoną kiełbasą. Szliśmy w Atlanowe lasy, w otchłań, czerwoną lub czarną drogą. Szliśmy w zapachy lata lub gorzko-cierpkiej jesieni, palonej trawy lub to osikanego szczawiu.

Dziadke Robert nigdy nie mówił Polak, Niemiec, Żyd. Nigdy nie padło z ust słowo nacjonalizm, ani takie, co wykluczało innych z dziedzictwa lasu. Robert Cipa był orłem i wilkiem. Ramionami i skrzydłami kapoty z drelichu szeroko zataczał przestrzenie. Robił kręgi i bezgłośnie po atlantowsku mantrował:

– To Twoje mój Synek. To zawsze będzie Twoje. Synek, du Kunde, du Lojfer.

To moje! Boże! Jak ja wypełniam się! To moje! To więzienie jest moje? Ten PGR jest mój! Świat jest mój! Wolność pełna słońca i strudzona, o ustach spierzchniętych z gorąca jest mną. Ziemia jest sierpniowa, płodna, a ja jestem jej częścią!

Poprzez PGR darowano mi tajemnicę ucieczki przed totalitarnym systemem. Uciekało się przez i za pomocą sił natury. To jest istota świata.

Reklamy


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 18. Więzienny Makbet

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

Plakat Rafał Olbiński

„Bo Makbetowi nikt klęski nie zada, zanim na zamek Dunsinane uderzy Las Birnam!” Głos tego, który wie niesie się cicho i dobitnie w przestrzeni… Jestem w więzieniu w Wojkowicach Śląskich. Siedzę w barakowej sali TV dla dobrze sprawujących się więźniów i oglądam Makbeta w teatrze telewizji. Udało mi się przechytrzyć system przekupując starszego blokowego. Wpuścił mnie za łapówkę na salę z telewizorem i teraz kuli się pewno jak głodny pies. Wie, że zdradził ludową i robotniczą dla mnie. Co noc przychodzi kontrola wartownicza. Zawsze słychać wcześniej głośny szczęk klucza w kracie zamykającej barak na noc. Kli, kla, klak – tak brzmi klucz do kraty za dnia! Cyk, cyk. Cak, cak! – Ten dźwięk jest inny. Echa są różne. To jest nocne. On mnie ostrzega waleniem w drzwi. Znajomość procedur to fizyka i emcekwadrat gliwickiego zamku! Zamki. Tak mówią na cięższe wiezienia! Inna fizyka, chemia, matematyka, geografia. Wszystkie przedmioty ścisłe są inne tutaj.

Wiem jak się szybko schować. Gdyby mnie złapali teraz byłaby izolatka albo transport do innego więzienia, za karę. Nie mogę się zdradzić. Znikam za krzesłami. Leżę na gumolicie. Przestrzeń pokoju wbija się we mnie jak nóż. Rzędy prostych krzeseł. Dwadzieścia miejsc. Polski telewizor kolorowy. Na ścianach sceny z budowania nowej Polski jak święte obrazki. Długie, grube firany z taniego materiału na oknach chronią przed światem z zewnątrz. Czekam aż przejdą ci z kontroli wartowniczej. W głowie widy, widzenia, majaki:

– Pamiętasz las Birnam z „Makbeta” Szekspira? Pamiętasz Króla?!
– Króla?
– Tak.
– Króla Olch?
– Nie.
– Nie pamiętam Króla! Pamiętam tylko archetyp Króla. To byłem ja, mój ojciec, brat, przyjaciel, kumpel z konspiry i dziadek Robert.

Czy ja zwariowałem? W pierdlu słyszę głos Makbeta! To jakaś paranoja stanu wojennego? Po projekcji w reżimowym teatrze telewizji dygotał we mnie głos „Trzeciej Zjawy”! Ja sam zamieniłem się w słup! „Możesz się czuć jak lew, niezwyciężony: nic z twojej głowy nie strąci korony, żadne zamachy, ni bunty, ni zdrada, bo Makbetowi nikt klęski nie zada, zanim na zamek Dunsinane uderzy Las Birnam.” To jest dyktatura, taka jak komuna. Ale co z komuną? – Pytam samego siebie i jakby staję się częścią wielkiego dramatu. Siedzę w więzieniu nocy i myślę o wolności. Słowo tli się martwo. Jeszcze dmucham, jeszcze iskrę ratować próbuję! Późno jest. To wygasłe miejsce. Jest iskra, ale i tak zgaśnie. A więc nigdy? Bo jak wierzyć, że drzewa ruszą do ataku? Któż by wymógł to na nich? To tylko wspaniałe wróżby? Las z ludzi! To jest wilczy ślad kukułczego gniazda! Nie zgub go! Muszę stworzyć ludzki Las Birnam. Pozwolić mu wyjść na zamek komuny. Dopiero wtedy wygram z królem tego świata. Tym królem duńskim był Edward Gierek. U nas nigdy nie rządził książę Hamlet. Bezpieka działała w królestwie Edwarda.

Oddech od czubka głowy poprzez kręgosłup, lędźwie, łydki, przechodzi w stopy tak, jakbym unosił się nad ziemią. Potem znikam i wydycham siebie.

Co ja robię, przecież zbliża się trzecia nad ranem! Czterokrotnym stukaniem w drzwi miałem dać znać na zewnątrz, że chcę wyjść z zamknięcia. Kontrola wartownicza już dawno wyszła z baraku numer trzy. A tu ciągle… „Dopóki las Birnamski nie powstanie, bunt mi nie grozi; moje panowanie jest niewzruszone, podlegam jedynie prawom natury: czasowi, co płynie i niesie ku ludzkiemu przeznaczeniu, gdy duch opuszcza nas w ostatnim tchnieniu.” Czułem się, jakbym odwiedził wyrocznię w Delfach.


Dodaj komentarz

Piaskowy Chrystus. Mała trylogia śląska. Część 17. Gigant

Wojtek Jaroń
(fragmenty)

„Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.”
(Przepisane z Zaratustry na początku stanu wojennego,
w trakcie poszukiwań mistrza.)

Aleksandra Rost – Droga w górach

To był początek podróży, która miała zająć całe życie. Któż mógł to wtedy wiedzieć? Szukaliśmy wyjścia z matni stanu wojennego uciekając z domu w osiedlowy trójkąt Bermudzki. Tak myślałem o tym miejscu, bo było ono w środku, pomiędzy osiedlem A, B i C. Spotykaliśmy się przeważnie w kawiarni Teatru Małego, tam powstała idea ucieczki, nadbudowa, jak to się mówi. Wszystko zaczęło się od Filona, tekściarza grupy Dżem. Właściwie to on miał na imię Kaziu, ale to imię do niego nie pasowało. Studiował przez jeden semestr filozofię, a może tylko chciał studiować. Bardzo rzadko bywał trzeźwy i jak wszyscy nietrzeźwi miał swoją rację. Lubił nabijać się z naszego idealizmu. Miał rację, nie mieliśmy życiowego doświadczenia, a bardzo chcieliśmy zmieniać świat. – Odkryłeś już dzisiaj jakieś nowe kontynenty?! – Zawołał do mnie w pewien zimowy czwartek 1982 roku. Krzyczał zwykle z wysokiego pięterka kawiarni Teatralna w dół, do gości, a potem padał na blat stolika kawiarnianego. Był wielkim, osiedlowym poetą z trójkąta bermudzkiego osiedla A, B i C. Bełkotał bardzo umiejętnie, a my myśleliśmy, że to jest wena twórcza. – Szukajcie! Trzeba się udać w Drogę! Dopiero jak Droga się skończy, znajdziecie to, co najważniejsze. Doświadczenie Drogi! – Wmówił nam, że trzeba czytać Wojaczka, aby zrozumieć świat. Według jego wskazań zaczęliśmy szukać w realu Wojaczka. Zarażony był Poldi, zarażony był Mundi, zarażony byłem Ja i mój brat Tomek. W lato 1982 roku postanowiliśmy szukać Nowej Drogi, znaczy innego świata poza górniczym osiedlem A. Wtedy wszyscy byli zarażeni gigantem. Jedni jeździli po słomę makową, inni po sens życia, jeszcze inni uciekali przed bezpieką w Polskę. Nową ojczyzną mojego pokolenia był Jarocin, wydawał się wyspą wolności. Taka wolność sprowadzała się do ucieczki w muzykę i w maki. Ja takiej wolności nie chciałem. Miałem inne wychowanie. Wybrałem gigantyczne podróżowanie po Polsce, od gór do morza i odwrotnie. Chciałem, żeby było trochę pod Stachurę, ale ja śpiewałem życie, a nie śmierć.

Wędrówkę zacząłem od Sopotu, który stał się dla mnie symbolem odkrywania świata, który przeczuwałem. To w tym mieście urodził się Klaus Kiński, ten wariat, o przewróconych od szaleństwa świata, jasnych i proroczych oczach. Wylądowałem tam o piątej rano. Miałem plecak z własnoręcznie uszytym namiotem. To była innowacyjna konstrukcja. Podłoga, czyli dmuchany materac, sklejony był z wielką kwadratową pomarańczową płachtą. Na wypadek kontroli policji i wojska miałem podrobione zaświadczenie z uczelni, że zdałem w Katowicach na studia.

Na dworcu PKP były wojskowe kontrole. Nie można było sobie, ot tak, podróżować po Polsce. Udało mi się jednak jakoś wyjść z dworca.

Wokół stare poniemieckie wille. W uliczce w głębi, jakieś dwieście metrów ode mnie stali ZOMOwcy z karabinami na plecach, złapali właśnie jakichś kandydatów na maki i trawę. (Sporo młodzieży jeździło wtedy po Polsce na makowe żniwa.) Jeden z nich zauważył mnie i kiwnął do mnie ręką. Posłusznie idę w jego stronę. Pochylają się nad papierami tych makowych chłopaków i zaczynają się o coś spierać. Tracą mnie na sekund pięć z oczu. Zauważyłem po lewej małą uliczkę z domami w ogrodach. Wpadłem w tę uliczkę i dalej. Biegłem na ile można, bo mój plecak z namiotem ciążył mi strasznie. Z konserwami i bez skrzydeł ułudy na plecach miałem z 60 kilo. Potem płot, dziura w płocie, krzaki i stara willa, kiedyś poniemiecka albo żydowska, raczej nie polska. Pobiegli za mną, ale stracili ślad. Ktoś inny odwrócił ich odwagę. Usłyszałem jak przez mgłę: – Dokumenty do kontroli! – Ale to już nie do mnie, dzika zieleń mnie ochroniła. Byłem potwornie zmęczony tym biegiem. Ogród, w którym się znalazłem był dziki. W środku był mały staw i jasnoniebieska ławka. Farba na niej była stara i dawno morskim wiatrem wyblakła. Od tego wiatru stała się aż lekko zielononiebieska. Wybrałem ją do spania. Zostałem tam na kilka dni. Miałem bazę do czasu, aż pewnego ranka obudził mnie starzec. Dotknął moich długich włosów przeźroczystymi palcami starego człowieka. Potem puszku włosów na policzku. Były tak delikatne jak biel jego starości. Postawił butelkę z mlekiem, 3 bułki duże i kawałek żółtego sera. Otworzyłem oczy. – Zjedz śniadanie i idź. – Uśmiechał się łagodnie. Był jak anioł. Nic więcej nie powiedział i odszedł. Usiadłem i odprowadziłem wzrokiem jego lekko pochylone plecy. Była szósta rano. Zjadłem śniadanie i wymknąłem się z ogrodu. Opuszczałem arkadię. Chwila była piękna. Wiedziałem, że nigdy nie powróci do mnie.

Następne dwie noce spędziłem w lasku na gdańskiej Żabiance. Rozbiłem tam namiot niedaleko osiedla. Szybko odnalazły mnie tam osiedlowe chłopaki. Mieli po jakieś piętnaście lat. Przynosili mi jedzenie. Była w nich fascynacja moim wyrwaniem się z domu. Wieczorami opowiadałem im historie z podróży i z szerokiego świata. Słuchali z otwartymi ustami. Nie zabawiłem tam długo. Kończyły mi się pieniądze. Brak gotówki mógł być naprawiony tylko jakąś wakacyjną pracą.

Pojechałem do Bydgoszczy. Na dworcowej hali waletowałem 3 noce z przypadkowymi osobami. Dworce PKP w 1982 roku były jak azyl. Można było tam za grosze oddać bagaż do przechowalni, zjeść w dworcowym barze. Można było za nic znaleźć przyjaźń! Było lato, a lato niewiele kosztowało. W dzień wędrowałem bez celu po mieście zdumiony surową niemieckością centrum miasta i bez skutku szukałem pracy.

Jeździłem po okolicznych bogatych gospodarstwach, gdzie były sady z brzoskwiniami. (Cena kilograma tego owocu była wtedy monstrualne wysoka.) Zadzwoniłem do kolejnej furtki. Trochę dziwnie się czułem, bo dom otoczony był płotem z drutem kolczastym. Za płotem warczał pies i próbował zerwać się z łańcucha, by ugryźć. Wył tak, że nic nie było słychać. Wpuścili mnie na podwórze, a pies zmęczony szczekaniem zamilkł. Podszedłem do otwartego okna, w którym stała gruba gosposia. Zapytałem o pracę. Mówiłem, że student i że na wakacjach. Otaksowała mnie wzrokiem, wyceniła jak wieprzka na przedwojennym targu i odmówiła. Pożegnałem się grzecznie i zawróciłem, ale wkurwiło mnie to! Brzoskwinie dyndały nade mną na wyciągnięcie ręki. Miały iść pewnie na targ dominikański do Gdańska, a jedna sztuka kosztuje więcej niż tygodniówka robotnika. Ja cię pierdolę! Ten wściekły pies telepał mi się w głowie, aż mnie to zabolało nagle. Nie mogłem się oprzeć zemście, wyciągnąłem rękę i zerwałem 3 sztuki. A za mną wrzask tej grubej z okna. Kobieta skoczyła do parapetu ruchem psa na łańcuchu. Omal nie spadła na dół i się nakryła nogami. Dobiegły mnie grube przekleństwa i psa szczekanie. Poczułem się jak w zaklętym mieście z bajki. Nie było w nim ani jednego sprawiedliwego człowieka, dlatego będzie one skazane na żywioł i plagę.

Wędruję dalej… Drogą z Bydgoszczy na Poznań.

Czas i przestrzeń zmienia sekwencje miasteczek i wsi w emcekwadraty płotów w gospodarskich obejściach wokół mnie. Fizyka dnia w mojej letniej, gigantowej geografii przetrwania. Nowa kultura budowy płotów i zagród zdradza historię miejsca. To nie jest dawna kongresowa Polska, bo tu już Wielkopolska. Na wsi domy są w głębi podwórza, a płot musi zakrywać widok domu i jest tajemnicą gospodarza.

Nagle widzę dom inny. Większy i wypatroszony na zewnątrz. To pewno kresowy gospodarz. Jest traktor i maszyny przed domem, jest miasta pobrzeże i są pola żniwne. Wchodzę do środka, sień jest ciemna, chłodna, wiejska oraz zawsze otwarta. Pukam w otwarte drzwi kuchni kułakiem pięści i wchodzę, pachnie kwaśno, kartoflano, przaśnie. Przy stole siedzi cała rodzina. Ojciec rodziny – spalony słońcem, zmęczony wiecznym urabianiem się i podwójnym statusem, chłopa i robotnika. Obok jego żona. Już przejrzała. Nie wiekiem, ale ciemnym trudem. Widać, że dobry towarzysz życia i umierania. Na jej dłoniach grube żyły. Musiała prać ręcznie całe życie. Dalej trójka młodszych dzieci, ich twarze też spalone od słońca przy żniwach i szczerząca się do mnie córka.

Pytam, o pracę przy żniwach. Chłop patrzy się na mnie, potem na córkę.
– Nie, nie, nie trzeba. – Widzę, że chodzi o córkę, a nie o robotę. Córka na wydaniu i ma zostać dziewicą, a student to jest klasowe zagrożenie. Nici z roboty na polu.

Jadę dalej. Na wieś. Tam praca będzie na pewno, bo wszędzie żniwa. Wmawiam sobie, ale poczucie samotności rośnie.

Wsiadam do pociągu osobowego. Wygląda tak, jakby miał się rozpaść. Jadę bez planu, ale z mocnym postanowieniem znalezienia pracy. Inaczej nie przeżyję. W świetle nocnej latarni minąłem napis miejsca o nazwie Września. Jestem niedaleko wozu Drzymały i tych antyniemieckich historii. Czy istnieje jakiś świat poza ideologią?

Jest taki spokój, pociąg jest nocny, wiem, że nie wysiądę wcześniej niż przed zmrokiem. Zaczyna się umieranie krajobrazu w krajobrazie. Gdzieś trzeba rozbić namiot i pospać, a dworce wiejskie się nie nadają na nocleg. Wyglądam z okna pociągu, jest pusto, w oddali świeci światłami wioska. Skaczę po bagaż, już późno i trzeba się zdecydować. Wysiadłem na tej małej stacji bez świateł i daleko od domostw. Do wsi był kawałek, nawet nie znałem jej nazwy. Pola się kładły płasko, szeroko. Dech mi zaparło. Byłem zmęczony tak bardzo, że aż chyliłem się pod plecakiem. W kępie drzew i krzaków, w środku żniwnego pola rozkładam namiot, a raczej wślizguję się w pomarańczowy worek namiotu jak do śpiwora. Zasypiam szybko.

O czwartej nad ranem, ledwo świtało, ziemia zatrzęsła się pode mną i buczy. W malignie półsnu zobaczyłem potężne smoki. Huczą, świecą się i mielą. Posuwają się krok po kroku, są ciemno czerwone. Łapię plecak, w panice rzucam dobytek na materac dmuchany i ciągnę jak sanie za sobą do rowu. Aby tylko uciec w przyjazną ciemność. Półgoły jestem i śpię jeszcze. Moja dupa pokłuta ścierniskiem boli. Wpadam w rów i się przewracam. Reflektor daje mi snopem światła w ryja. Błyskiem instynktu nagle poznaję: to przodownicy pracy i ich zbożowe kombajny. Wyglądały jak księżycowe pojazdy. Kurwa, gdzie ja się znalazłem? Idę dalej spać.

Budzi mnie słońce. Jest siódma rano. W płucach zaduch żniwnego pyłu od tych pierdolonych kombajnów. Żółte pola pełne są tych czerwonych biedronek olbrzymek. Rozglądam się. Widzę tablicę drogowskazu przy drodze. Jestem w Żydowie. Kojarzę migawki z TV o wielkopolskiej wsi i o bohaterach pracy socjalistycznej. Ludzie z PGR-ów pracują w nocy i ranem, potem w dzień kradną zboże workami z magazynu. (To jak historia z Penelopą. Ona w nocy też pruła.) Z łupem wracają do swoich domów. Ekonomika. Jedna twarz wsi to ta z PGR-ami, a druga twarz, to gospodarze nazywani bambrami. Wieś ma tę drugą twarz bogatą i krzepką. Ona jest starsza niż socjalistyczny celofan w formie PGR-ów. Popracowałem tam trochę przy żniwach u Stasia Nowaczyka, chłopa na dwudziestu trzech hektarach. Była tam jego siostra Jadzia z mężem, co był kombajnistą z PGR-u, brat kulawy alkoholik Stefan i stary Nowaczyk, siwy olbrzym – Józef. Stary był jak mój Indianin z Kukułczego Gniazda, dlatego mi się zaraz spodobał. W Żydowie spotkałem też Marka Sokołowskiego.

Po skończeniu żniw u Stasia Nowaczyka w Żydowie pojechałem w Bieszczady. Raz w Ustrzykach Górnych w barze nie zapłaciłem za zupę ogórkową. Zostawiłem za to na talerzu wiersz-haiku napisany aluminiową łyżką. Kobiety z baru były tak zajęte plotkowaniem, że nie zauważyły mojego odejścia. Spałem w paśnikach wyłożonych sianem. Jak przyszyły wielkie deszcze – a takie zawsze przychodzą – włamałem się do budki przy skoczni narciarskiej. Złapano mnie w takiej budce. Było ich dwóch, ale miałem szczęście. Byłem naiwnym człowiekiem drogi, ale oni też z niej byli. Ludzie tutejsi pojmowali się przez wschód, nie przez zachód. Puścili mnie bez żadnych konsekwencji. Wróciłem z letniego gigantu na Śląsk pod koniec września 1982 roku.