Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Syndrom wikipedysty

Włodzimierz Zylbertal

Louis Monziès – Czytanie u Diderota (encyklopedyści: filozofowie, pisarze i uczeni francuscy związani z Wielką encyklopedią. Diderot to postać w środku ryciny, stojąca za stołem)

Gdyby wielcy ludzie wieku Oświecenia żyli dziś i zobaczyli Wikipedię, zapewne w pierwszym odruchu oniemieliby z zachwytu. Uznaliby ją bowiem za spełnienie marzenia, któremu poświęcili swe twórcze i nieraz pełne wysiłku żywoty. Ale może to i dobrze, że jednak Wikipedii nie doczekali? Bo, zobaczywszy ją, po początkowych ochach i achach, mocno byliby zdziwieni…

Niewątpliwie jest Wikipedia poszukiwaną przez stu- i tysiąclecia znanej nam historii „księgą wiedzy wszelakiej”, w dodatku, dzięki szybkości działania internetu, na bieżąco aktualizowaną. Przypomnijmy, że w szlachetnych wizjach Woltera, Diderota, Condorceta, de Condillaca, d’Alemberta, i wielu innych znanych ludzi tamtych czasów – tworzona przez nich Encyklopedia, udostępniając każdemu rzetelną, naukową wiedzę, miała raz na zawsze rozprawić się z ciemnotą i panowaniem wtajemniczonych nad nieoświeconymi. Dziś wiemy już, jak naiwna to była wiara, bo encyklopedie dostępne są każdemu – a grupka ludzi dysponujących „lepszą wiedzą” jak rządziła resztą łatwowiernego świata, tak rządzi. Dzisiejsi wikipedyści pewnie też o tym wiedzą, co jednak nie zmniejsza ich oświeceniowego z ducha swego entuzjazmu.

Encyklopedia z wieku XVIII nigdy nie została ukończona. Na przeszkodzie stanął postęp wiedzy, szybszy (już wtedy!), niż możliwości aktualizacji wielotomowej księgi przez nieliczną w gruncie rzeczy grupkę entuzjastów. Tego akurat problemu Wikipedia nie ma; szybkość aktualizacji internetowej wciąż nadąża za istnym zalewem wiedzy, atakującej nas na okrągło z ekranów, szpalt i głośników. Jednak na tym różnice się kończą. A tym, co najsilniej upodabnia Wikipedię do jej starszej o niemal trzy stulecia poprzedniczki jest – stan umysłu twórców. W obu przypadkach mamy do czynienia ze świadomością, która, wyrażając rzecz językiem godnym Ery Informacji, nazwać by można p o f r a g m e n t o w a n ą.

Cóż to jest zatem owa „świadomość pofragmentowana”? – jest to przeświadczenie, że opisując, każde z osobna, wszystkie zjawiska świata, otrzymuje się całościowy jego obraz. Nauka podejście takie nazywa redukcjonizmem. Był on sztandarowym credo doby Oświecenia. Nie dziwota: ilość znanych wówczas zjawisk świata była nierównie mniejsza, niż dziś; sprawny umysłowo i wysoko wykształcony człowiek mógł je ogarnąć i przy dalszym (choć sporym) wysiłku, zsyntetyzować w całość. Z faktami i zjawiskami nie pasującymi do obowiązującego wówczas prostego i czytelnego racjonalnego oglądu świata (np. zjawiskami psychicznymi czy mistycznymi) poradzono sobie tyleż prosto, co brutalnie: określając je jako „nienaukowe”, czyli de facto rugując je z szerszej świadomości. Encyklopedysta nieświadomie zakładał, że każdy jego odbiorca, któremu wytłumaczy się analityczną część poruszanych zagadnień, z wytworzeniem całościowego obrazu da sobie radę. Tymczasem ów odbiorca niekoniecznie to umiał, za to wiedzy „naukowej” ufał, nieraz bezgranicznie. Za sprawą Encyklopedii i pochodnego od niej systemu edukacji, silnie akcentującego „racjonalne” nauki ścisłe przy atrofii „nieścisłej” (w domyśle: nieracjonalnej) humanistyki, świat przeciętnego konsumenta wiedzy rozpadł się na ogromną ilość „szufladek”, między którymi nie ma przejść. Już pod koniec czasów Encyklopedii widziano to niebezpieczeństwo, ale głosy myślicieli „antyracjonalnych” zostały zakrzyczane i potępione, jako… nieracjonalne właśnie. Tak oto fragmentacja umysłu rozpoczęła swój zwycięski, do dziś niepowstrzymany pochód.

Marzyciele i wizjonerzy, którzy w internecie radzi by widzieć nową Ziemię Obiecaną, naiwni okazali się jeszcze szybciej niż oświeceniowi redaktorzy Encyklopedii. Sądzili, że stworzyli nowy instrument – a coraz wyraźniej widać, że zbudowali zaledwie wzmacniacz. Niestety, wzmacniacz bardzo potężny. A zasada działania wzmacniacza jest prosta: co na wejściu, to na wyjściu, oczywiście odpowiednio zwielokrotnione. W przypadku internetu wzmacnia on do poziomu sprawiającego ból uszom wrzasku nasze treści nieświadome, nieracjonalne (stąd tyle w nim przemocy, i perwersyjnego seksu – bo to one właśnie stanowią większą część nieuświadomionej zawartości umysłu) oraz… rozkawałkowuje świadomy, racjonalny umysł właśnie. Studiując Wikipedię ma się nieodparte wrażenie, że jej setki tysięcy nieźle nieraz opracowanych haseł, to znajoma nam już fragmentacja umysłu, rozdęta z pełną pojemnością dysków i maksymalną szybkością łącz do planetarnego iście wymiaru…

Oczywiście, nie jest tak, że siedzą ludzie przed monitorami bezradni wobec zalewającej ich informacji. Przeciwnie, wytworzył się w e-cywilizacji jako-tako sprawny mechanizm przystosowawczy – kondensacja informacji do granic zrozumiałości. To popularne emotikonki, to sztuka „upchania” istoty przekazywanej informacji w kilkudziesięciosekundowym newsie, klikusłowowym bannerze, jednym ekranie tekstu z obrazkami, 160 znakach SMS-a. Jednak informacja najwyraźniej nie kompresuje się bezstratnie. Tym co cierpi w tak upakowanym przekazie, jest refleksja i krytycyzm, jak ogólnie wiadomo, dla szybkiego przyswojenia informacji wręcz przeszkadzające, ale dla jej ZROZUMIENIA niezbędne.

To, co Stanisław Lem nazwał niemal piętnaście lat temu „bombą megabitową” – niekontrolowany, chaotyczny rozrost informacji atakujących człowieka bez pardonu, odbierający wszelkie bezpieczeństwo poznawcze – jak w soczewce odbija się w Wikipedii. Czytając w niej hasła z działu „technika” i „humanistyka” ma się nieodpartą pewność, że to dwa różne i zupełnie ze sobą niepowiązane systemy wiedzy. Gdyby chcieć je powiązać, trzeba by porzucić monitor, klawiaturę i myszkę, przejść z otrzymaną faktografią w tryb offline i dłuższą chwilę pomyśleć. A to grozi wypadnięciem ze świata informacji wciąż na bieżąco aktualizowanej – bo a nuż po czasie niezbędnym do naszego namysłu pojawią się online nowe informacje, czyniące nasz namysł bezsensownym, zaś czasu straconego na ów namysł nikt i nic nam nie odda? – Tak oto na naszych oczach kona, poczęta trzysta lat temu z najszlachetniejszych natchnień, lecz dziś doprowadzona do absurdu wizja, która miała nas wyzwolić – a zafundowała tylko nową, bezrefleksyjną ciemnotę, kto wie, czy nie gorszą od poprzedniej.

Niniejszym ogłaszam zatem Syndrom Wikipedysty najcięższą internetową chorobą, przy której szeroko opisywane uzależnienia od gier sieciowych, poczty elektronicznej, komunikatorów i pornoportali wkrótce uznane będą za doprawdy niewinną drobnostkę…

Reklamy


1 komentarz

Zapiski dinozaura. Stara dobra inteligencja

Włodzimierz Zylbertal

Coraz bardziej tęsknię za tzw. starą dobrą inteligencją – zapewne dlatego, że na takich klimatach byłem wychowywany. To była grupa ludzi nieźle wykształconych, dowcipnych, samodzielnych umysłowo i ciekawych świata – a całość w nieco dusznawej atmosferze cenzurowanego PRL. Zbierało się kilkoro takich starych, dobrych inteligentów, i przy brydżyku-wódeczce-szyneczce dyskutowało o wielkich i małych świata tego sprawach, mając pełną świadomość, że wpływ na owe sprawy mają mniej niż niewielki. Ale jakaż z tego była radość! Jakaż uczta intelektualna!. No i – last but not least – taka niepowtarzalna, nie do podrobienia radość bycia razem, wspólnotowa świadomość „bycia kimś”!

Dawno już nie jestem małolatem dopuszczanym do rozmów dorosłych o świata tego sprawach wielkich i małych, wynaleziono comury, internety i weby społecznościowe – a TAMTE spotkania są wciąż nie do podrobienia… Marudzę? Starzeję się? Czy rzeczywiście „coś” niezwykle cennego nam się po światłowodach porozłaziło i tam umarło?

Myśląc o edukacji mojego najmłodszego Dziecięcia, instynktownie sięgam do własnej z tego okresu, czyli wierszy Juliana Tuwima, Jana Brzechwy, Tadeusza Kubiaka, Wandy Chotomskiej i innych autorów, których zapamiętałem z dzieciństwa. Nie było wtedy jutuba ani gugla, ale była Mama, które te wiersze znała na pamięć i mnie, wówczas kilkuletniemu, recytowała je z pamięci – i to jak! No i mnie w pamięć zapadły, na zawsze już chyba.

Teraz zaś, moja prawie siedmioletnia Małgosia, też je słyszy, czasem w mojej interpretacji, czasem z jutuba, recytowane przez mistrzów – Wiktora Zborowskiego, Piotra Fronczewskiego i innych im podobnych.

Małgośce nie brak wyobraźni, ale… powietrze chyba inne wokół. Jest gugle i jest jutub, czyli są dostarczyciele dosłowności zanadto już jednoznacznej. A przecież Tuwim, Brzechwa et consortes, swoje arcydzieła pisali – tak, tak, dla kapryśnej i niejednoznacznej wyobraźni, słowem pobudzanej. Takiej potrafiącej ze słów tworzyć obrazy. Moje pokolenie w te słowa wsiąkało, jak nie przymierzając, dzisiejsze dzieci w ekran tabletu, czy telewizora.

Nie od dziś wiadomo, że zbyt dosłowny ruchomy obraz to, co prawda morderca wyobraźni, ale i świetna elektroniczna niania dla wszelkich nudzących się ADHD. Sam wydałem walkę tej niani, próbując wdrożyć Małgosię w wyobraźnię słowną i przestrzenną niewymagającą wspomagania sprzętowego. Rezultat – cóż, pół na pół, dziecko wysłucha dwóch czy trzech bajek słownych, po czym żąda filmu. Czyli – walka trwa, ale jest nierówna, bo jutub i gugle atakują wściekle a opowieści i zabawy słowem w rodzinie mocno odstają od innych rodzin, w których tabletowa funkcja elektronicznej niańki ceniona jest wysoko.

Nie żebym się robił stary piernik, bezkrytycznie chwalący mityczne „stare, dobre czasy”. Ale tak sobie myślę, że jednak bardzo chciałbym, żeby moje Dziecię najmłodsze wygrało walkę z wszechobecnymi mordercami wyobraźni – i po latach umiało śmiać się perliście z nieprzebranych rzesz kalek, przykutych do tabletów i komputerów…


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Szaleństwo urażonej godności

Włodzimierz Zylbertal

Zemsta – reż. Jan Świderski, 1972 rok

Niezapomniany Tadeusz Boy-Żeleński, pisząc o twórczości Aleksandra hr. Fredry, wysunął tezę, że dobrze sytuowany i szanowany Fredro, tworząc liczne postaci pół- i całych głupków, chciwych i zacietrzewionych, zazwyczaj też nieporadnych erotomanów – świetnie się tą głupotą bawił. Zapewne takiej samej pysznej zabawy pragnął dla widzów swoich komedii.

Dziś zapewne nie miałby hr. Fredro szans… Od razu zebrałyby się liczne Komitety Urażonej Godności i uskuteczniły by one stosowne protesty. Sławne fredrowskie Zofije, przewracające się od lekkiego trącenia, zapewne wrzask podniosłyby dziki, że nie wolno się śmiać z romantycznej miłości. Durnowate samce z „Męża i żony”, w oryginale niemiłosiernie wykpione, też pewnie nie pozostałyby bierne i usłyszelibyśmy od nich coś o Świętej Tradycji, tej samej, która dziewczynie dawała wybór między wybranym przez rodziców mężem a wybranym przez nią klasztorem, zaś panu bratu życzliwie tolerowała młócenie dziewek na majdanie, że aż furczało. Chciwiec i prymityw Łatka z „Dożywocia”, na scenie wcale zabawny, ani chybi przedstawiłby się jako „urażona godność przedsiębiorcy, uczciwie (he,he!) płacącego podatki”. I tak dalej…

Gdzie jest kres tego godnościowego szaleństwa? Może właśnie w powrocie do lektury lekkich komedyjek Aleksandra Fredry, człeka mądrego, i obdarzonego spora dozą trzeźwości życiowej, prowadzącego przez wiele lat jedno z wzorcowych i powszechnie podziwianych w ówczesnej Europie gospodarstw rolnych, a po godzinach fundującego sobie luksus beztroskiego bawienia się głupotą współczesnej mu rzeczywistości?