Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Dalajlama, Troja i wojownicy o wolność

Włodzimierz Zylbertal

Od czasu do czasu bywam zapraszany, aby zamanifestować słuszne oburzenie z powodu, że brzydki okupant najechał ładny naród miłujący pokój. Pod szantażem zostania nieczułym socjo- i psychopatą, czynię to, a jakże, bom sam wychowany w tradycji, która wolność ceni wysoko. Aliści, gdy się już należycie i słusznie naoburzam, a potem głębiej zastanowię – niewesołe mam refleksje…

Ot, choćby modna na bogatym do obrzydliwości, pobekującym z przeżarcia i niezdolnym do czynu Zachodzie, sprawa chińskiej okupacji Tybetu. Wydawałoby się, klarowna ona i przejrzysta: Chińczycy są najeźdźcami, siłą narzucającymi Tybetańczykom obcą im kulturę i takiż model życia.

Aliści, gdy przyjrzeć się sprawie bliżej, zobaczymy, że i Chińczycy, to nie tylko kaci i żandarmi, i Tybetańczycy nie wszyscy się podpalają w proteście.

Prawda to dla bojowników o wolność nieprzyjemna, ale jakoś tak jest, że jeśli najeźdźca nie dąży do bezwzględnej eksterminacji najechanych, a jeszcze przynosi wcale atrakcyjną dla tych ostatnich kulturę i osiągnięcia cywilizacyjne – nie bywa powszechnie znienawidzony, ba! bywa, o zgrozo, postrzegany jako dobroczyńca!

Np. Chińczycy zbudowali do stolicy Tybetu linię kolejową, będącym istnym arcydziełem inżynierii. I ta linia kolejowa szybko uświadomiła wielu Tybetańczykom, że o kilka godzin drogi jest inny świat, który na nich czeka. Świat, gdzie życie jest łatwiejsze, gdzie dobrodziejstwa cywilizacji szybko wciągają, i równie szybko rozpuszczają nostalgię za utraconą wolnością.

Powie ktoś: rozpuszczają u ludzi miałkich, sprzedajnych – i będzie miał rację. Ale w prawdziwym życiu rzadko istnieje jakaś uniwersalna racja. Bo większość ludzi, dla których dobra walczą bojownicy, to właśnie owi miałcy-sprzedajni. Ich mądrość wyraża się w zdaniu: wolnością brzucha nie napełnisz.

Wie o tym także przywódca owych miałkich-sprzedajnych, Dalajlama XIV. Sam wyrasta wysoko ponad swoich wyznawców, a o jego inteligencji świadczy właśnie to, że krytycznie patrzy na otwarta walkę z okupantem. Za to wyraźnie pilnie przestudiował literaturę i mitologię Zachodu. Zna zapewne Wergiliusza i stworzoną przez niego na użytek augustiańskiej propagandy opowieść o Eneaszu, z płonącej Troi unoszącym ideę, która po wiekach miała powołać do bytu największą potęgę starożytnego świata – Rzym.

Dalajlama, uchodząc ze swej ojczyzny, uniósł z niej ideę nie mniejszą, która też staje się potęgą. Ta idea – głoszący pokój i pojednanie wszystkich istot buddyzm – jest w samym Tybecie w odwrocie, nie tylko z powodu tępienia go przez chińskiego okupanta. Także i dlatego, że duchowe centrum buddyzmu, za sprawą między innymi działalności Dalajlamy przeniosło się na Zachód. A warunki do rozwoju ma tu wspaniałe, bo na tej pustyni duchowej, jaką sobie wśród kwantów, genów i bajtów zafundowaliśmy, idee buddyjskie koją poczucie bezsensu i część przynajmniej uczestników jałowej cywilizacji od szaleństwa chronią.

W świetle bezlitosnej logiki Historii, Tybet, z którego idea buddyjska wyszła w szeroki świat, jest już po prostu zbędny, już opuścił go heglowski Duch Dziejów…

Tak zatem, daremne są najpewniej marzenia romantycznych bojowników, że ONI wyzwolą jakichś tam biednych-uciskanych i jeszcze słodkiej zemsty zaznają, okupantom czaszki rozbijając. Bo przywołani tu, jako „ci brzydcy” Chińczycy to nie banda prymitywnych zabijaków, ale społeczność in gremio mądra.

Oni wiedzą, że na krótką metę wojny wygrywają żołnierze, ale na długą – przywódcy, twórcy i nauczyciele. Tych w Chinach nie brak, dwa i pół tysiąca lat bez mała trwania tej kultury, zdolnej jeszcze oswajać i na swoją modłę przerabiać każdego najeźdźcę, to na jej żywotność dowód aż nadto wystarczający.

Drugim dowodem niechże będzie fakt, że reżim chiński, choć dla przeciętnego europejskiego pro-demokraty odrażający, jednak dla dobra swego kraju i jego obywateli robi naprawdę sporo. I jest mocno przez swoich poddanych popierany, bo – wbrew propagandzie popularnej w niektórych mediach – siły prodemokratyczne są w Chinach w zdecydowanej mniejszości.

Tak, tak to nie pomyłka: od czasu wygaśnięcia osławionej „rewolucji kulturalnej”, komunizm w wydaniu chińskim jest prostym przedłużeniem odwiecznej tam myśli konfucjańskiej. Tak jest, tej samej, która nie ceni zbytnio wolności indywidualnej, wartość jednostki mierząc jej użytecznością dla zbiorowości. Tak jest, tej samej, za której sprawą Chiny były przez niemal dwa tysiące lat najlepiej rządzonym krajem świata. Była tam (i jest do dziś) potężna korupcja, ale nigdy w wymiarze zagrażającym funkcjonowaniu państwa; były (i są nadal) skandaliczne nadużycia sądowe i urzędnicze, ale nigdy takie, żeby się Chiny miały zawalić. Gdyby nie europejska i późniejsza japońska polityka kolonialna, zapewne i przez słabość wieków XVII – XX przeszłoby Państwo Środka względnie suchą stopą.

A tego właśnie – fundamentalnych różnic kulturowych i ich implikacji politycznych, o wędrówce idei nie wspominając – nie rozumieją dzielni bojownicy o wolność. Im się wydaje, że walczą o Jedynie Słuszną Sprawę… W gruncie rzeczy są nieodrodnymi dziećmi imperializmu równie drapieżnego, jak chiński, tylko odmiennego ideologicznie, nakazującego wszędzie i za każda cenę zaprowadzać Świętą Własność Prywatną, Świętą Wolność Bogacenia Się, Świętą Religię Oddawania Czci Boskiej Mamonie, etc. cnoty. Daru, jaki umierający Tybet dał światu, buddyjskiej idei pokoju i współodczuwania, żadne imperializmy nie cenią sobie wysoko.

A dlaczego piszę o odległym Tybecie ja, który żyję w bezpiecznej od niego odległości, syty, z dachem nad głową i jakąś tam perspektywą dla moich dzieci? – A dlatego, że i wokół mnie (i wokół Was, Czytelnicy, także) niepokojąco dużo wyroiło się bojowników coraz to bardziej chcących się bić za tych którym to średnio potrzebne, lekceważących naukę w starych mitach zawartą, głoszącą, że od niemożliwej często do utrzymania niezależności zewnętrznej, ważniejsze jest utrzymanie niezależności duchowej. A tę wśród dzielnych bojowników widać coś słabo, dziwnie oni pod jeden sztrychulec myśleniem i odczuwaniem samodzielnym gardzą, pokoju i współodczuwania trudno się u nich dopatrzeć, za to do walki rwą się gwałtem.

Casus Tybetu, który w nieszczęściu utraty suwerenności politycznej ma niewyobrażalne szczęście posiadania mądrego przywódcy niechże będzie dla tyleż szlachetnych, co bezrozumnych bojowników o wolność lekcją do przyswojenia najpilniejszą, inaczej – jak mawiali starzy enkawudziści – III wojna światowa pewnie już nie wybuchnie ale za to będzie taka walka o pokój, że kamień na kamieniu się nie ostanie…


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Corrida z ręką na myszce

Włodzimierz Zylbertal

Henri Ibara – Tauromachie nr 8

Jak ogólnie wiadomo, widowiska w stylu tytułowej corridy, meczu piłkarskiego, czy choćby pojedynku mistrzów bokserskich wagi ciężkiej pełnią ważną funkcję społeczną – umożliwiają (w miarę) kontrolowane odreagowanie agresji zbiorowej. Jednak to nie zawsze wystarcza. Gdy poziom owej agresji rośnie ponad pewną miarę, wylewa się ona z aren i stadionów na ulice naszych miast.

Aby temu fatalnemu stanowi rzeczy zapobiec można wymyślać nowe technologie odreagowania, na przykład informatyczne. A możliwości jest coraz więcej: coraz potężniejsze są procesory, coraz pojemniejsze dyski, coraz bardziej realistyczne krwawe jatki na ekranach coraz lepszych monitorów.

Tak, tak: do bardzo wydajnej pracy biurowej wystarczy maszyna sprzed 10 lat. Ale kto powiedział, że komputery są do pracy biurowej? One są do odreagowania zbiorowej agresji właśnie!

Awangarda dzisiejszych komputerów osobistych służy do gier. I to, nie czarujmy się, nie do tych „pozytywnych”, logicznych; do obsłużenia programu szachowego ogrywającego raz za razem mistrza okręgu wystarczy dawno już zapomniana konfiguracja sprzed lat bez mała dwudziestu. Jednak aby rozkoszować się realistycznym odstrzeliwaniem faszystów w podziemiach zamku Wolfenstein, albo odnosić podniebne zwycięstwa wcieliwszy się w „Czerwonego Barona” von Richthoffena – bez zapłacenia ceny wcale przyzwoitego auta ani rusz. Tak oto kupuje się iluzję spokoju, jaki miałaby osiągnąć ludzkość info-odreagowana…

Równie dobrze do całkiem skutecznego odreagowania służy Internet, na przykład wypełnione nienawiścią witrynki www albo bezsensowne, denerwujące posty na forach dyskusyjnych. Można poczytać sobie mniej i bardziej udane dowcipy o nielubianych politykach, lub nawet postrzelać do nich z myszki/klawiatury/joysticka.

To oczywiście nie wszystko: można agresywny blog pisać, można bezsensownie, ale za to aż nadto wyraziście komentować artykuły na popularnych portalach internetowych.

Dla kompletu dodajmy jeszcze rozsyłanie zainfekowanych plików, zjawisko cyber-agresji marketingowej czyli spamerstwo, albo coś, co można by nazwać info-pieniactwem – bombardowanie Bogu ducha winnych ludzi mailami z urojonymi i rzeczywistymi pretensjami o cokolwiek.

Osobliwą formą cyber-odreagowania jest korzystanie w pracy ze służbowych komputerów do celów zupełnie nie związanych z pracą, czasem „na złość szefowi”, czasem, aby choć na chwilę wyrwać się z biurowego stresu.

Wirtualność Sieci i związane z nią tyleż powszechne, co błędne przekonanie o anonimowości agresywnego osobnika, dalej nakręcają spiralę agresji.

Jak prawie wszystko w życiu i absolutnie wszystko w technice, także i cyber-odreagowanie ma swoje dwie strony medalu.

Pierwsza, ta jaśniejsza, to próby zastosowania specjalnie spreparowanej rzeczywistości wirtualnej do celów terapeutycznych. Już dość dawno psychoterapeuci zauważyli, że komputer z odpowiednim softem świetnie wspomaga ich pracę. Ów soft to właśnie wymagające sprzętowo gry, dzięki którym pacjent może poznać i zrozumieć własne mechanizmy destrukcji, co stanowi podstawę do ich opanowania. Tylko patrzeć jak powstanie jakaś “infopsychologia” z wcale poważnymi katedrami i instytutami – i zajmie się problemem cyberagresji oraz jej odniesień do świata pozainformatycznego.

Strona ciemniejsza coraz lepszej imitacji rzeczywistości w infoprzestrzeni, to świadoma produkcja info-rekwizytów napędzających agresję nabywców i tą drogą nabijających kabzę producentom. Jak zawsze w takich przypadkach znajdują się „obiektywne badania naukowe”, które „nie wykazują związku między graniem w grę X / oglądaniem witryny Y a wzrostem agresywności graczy/internautów”. Cóż, nie od dziś wiadomo, że w nauce obiektywne wyniki ma ten, kto finansuje badania.

Na naszych oczach rodzi się nowa przestrzeń wyrażania ludzkich frustracji i niespełnień. Wydaje się zbawienna, bo agresji przybywa i nic nie wskazuje na to, by miało jej być mniej, więc wszelkie sposoby rozładowania są wysoce pożądane. Optimum, to zapewne byłaby „rzeczywistość podwójnie wirtualna”, czyli komputer dający siedzącemu przy nim osobnikowi do wyboru, albo wciągające gry, i/lub pełne wrażenie obecności w Internecie, jednak bez fizycznego podłączenia i bez szkód nim wywołanych.

I tak trwa ten wyścig: czy prędzej powstanie „wirtual” doskonalszy od realu, bezpiecznie grzebiący swoich oszalałych wyznawców w świecie sztucznych doznań wywołujących prawdziwe emocje – czy może aktualna i przyszła niedoskonałość owego wirtualu zachęci osobników naładowanych agresją przy komputerze do wyjścia z nią w świat realny, na ulice naszych miast?


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Jak rozbitek z innej planety

Włodzimierz Zylbertal

Rys. Sigmablade

Robiąc już od wielu lat próby z technologiami opartymi na zjawiskach „psi” coraz bardziej nabieram wrażenia, że te technologie usiłuję zmusić do działania w środowisku bardzo dla nich nieprzyjaznym. To tak, jakby chcieć jeździć samochodem tam, gdzie w atmosferze nie ma tlenu – paliwo się nie zapali, auto nie ruszy.

Wszelkie znane mi rezultaty zastosowania zjawisk „psi”, czy też, jak kto woli, infoeneregtycznych, miały miejsce tam, gdzie w jakiś sposób udało się naszą zamkniętą II Prawem Termodynamiki rzeczywistość otworzyć – dzięki świadomemu i dobrze wytrenowanemu użyciu odmiennych stanów świadomości. Wtedy dzieją się rzeczy przeczące Fizyce Klasycznej, np. znikąd pojawia się energia, albo ginie nie wiedzieć gdzie.

Jednocześnie autorzy piszący o uzdrawianiu, radiestezji, czy domniemanej potędze starożytnych technologi, zdają się zupełnie nie zauważać faktu, że od ok. 300 lat żyjemy w psycho- i infosferze bardzo różnych od starożytnej – wydarzyła się rewolucja naukowo-techniczna. Nie wiemy, czy jest ona wynikiem działania jakichś przesłań z głębi kosmosu (czyli mitów), czy zaplanowały ją jakieś ufoludki, czy może jest rezultatem bezładnych działań Ewolucji. Znamy rezultat: świadomość wymagana przez naukę i dziś powszechna, zwana racjonalno-dyskursywną to taka, której działanie utrudnia, bądź w ogóle uniemożliwia zaistnienie zjawisk „psi”. W zamian za to daje niemal stuprocentowe bezpieczeństwo poznawcze, co z dumą podkreśla nauka, twierdząc, że odkrywa prawdy obiektywne.

Jednocześnie ta sama nauka wyraźnie dochodzi do granic wydajności poznawczej swego paradygmatu. Jej kolejne teorie są poznawczo coraz bardziej karkołomne, coraz większych łamańców logicznych wymagają dla zachowania jako-takiej przynajmniej ciągłości logicznej. Jako taka staje się niezrozumiała dla szerszych mas, co widzą także sami naukowcy. Stąd np. oszałamiająca kariera pokątnych uzdrowicieli, którzy mówią językiem zdecydowanie bliższym świadomości przeciętnego człowieka, niż język, jakim mówiłby wysoko wykształcany lekarz. Jeszcze się Nauka broni, jeszcze usiłuje nie przyjmować do wiadomości konieczności swojej własnej reformy – ale to już niedługo zapewne.

W takiej sytuacji odnowiona, wolna od przesądów psychotronika, dobrze znająca język nauki, byłaby dla Nauki wcale cennym sojusznikiem. Chwilowo jednak proponowana przez psychotronikę koncepcja zależności praw świata od świadomości prawa ustanawiającej – jest dla Nauki nie do przyjęcia, bo burzy bezpieczeństwo poznawcze, to samo, które Nauka dała ludziom jako swój największy dar…

I w takim to rzeczy stanie, kiedy u mnie coś zadziała, albo dowiem się, że zadziałało u innego psychotronika, a chwilę później dowiaduję się, że owszem zadziałało, ale ani tak, jakbym chciał ja, czy mnie podobni badacze-eksperymentatorzy, ani tak pewnie i powtarzalnie, jakbyśmy to sobie wyobrażali – czuję się jak rozbitek z odległej planety, który, znalazłszy się na Ziemi, zbiera co tu jest dla jego zastosowań dostępne – i z tych strzępów usiłuje odtworzyć to, co było naturalne na jego planecie ojczystej…