Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Obsesja czasu rzeczywistego

Włodzimierz Zylbertal

Rene Magrite – Magik

Jednym z tzw. odwiecznych marzeń ludzkości było – być jednocześnie w wielu miejscach i mieć o tych miejscach możliwie najpełniejszą informację. Marzył o tym i rycerz na wyprawie, nie mogący monitorować sytuacji w swej sypialni małżeńskiej, i żona owego rycerza, niepewna, czy mąż wróci. Marzyła się taka możliwość odciętym od świata więźniom, marzyła przemierzającym lądy i morza awanturnikom, marzyła i królom, na ogół znającym tylko swoje stolice. I oto na początku XXI stulecia mamy czegośmy przez wieki chcieli. SMS, GPS, łącza satelitarne, naziemne, podziemne, podwodne, przewodowe i nie. Ekrany, duże i małe stają się oknem na cały świat.

I co? I nic, proszę ja kogo! Bo technika poszła do przodu z szybkością promienia światła – a ludzie pozostali mniej więcej tam, gdzie przed nią byli, czyli w świecie marzeń. W to graj marketingowcom! Marzenie się nie spełniło? Twój smartfon/tablet/laptop/desktop nie daje Ci wrażenia wszechobecności? My wiemy dlaczego! Potrzebny Ci, człowieku silniejszy procesor, wyraźniejszy ekran, lepszy abonament – stać Cię na to! I tak oto do alko-, praco-, sekso- i tysiąca innych „holizmów” dochodzi kolejny, który nazwiemy tu obsesją czasu rzeczywistego. Polega on na obsesyjnej chęci bycia wszędzie naraz w jednym i tym samym ułamku czasu naszej egzystencji. Wyślij sms babci, sprawdź pocztę elektroniczną, zadzwoń do kumpla, zobacz nowości na http://www.coraznowsze.com – a wszystko to na czas, „na już”, bo babcia tęskni, bo kontrahent napisał, a tak w ogóle to procesor stygnie bez sensu.

Dla każdego osobnika gatunku Homo (podobno) Sapiens, zdolnego do użycia najsłabszego nawet z licznych w naszym mózgu procesorów naturalnych, jasnym jest, że obsesja czasu rzeczywistego służy głównie do nabijania kabzy producentom techniki, natomiast jej całkowite zaspokojenie – jak każdego nałogu – możliwe nie jest. Sęk w tym, że owa obsesja – jak każdy nałóg – w pierwszym swym ruchu nasze naturalne procesory wyłącza, usiłując zastąpić je wyrobami takiej czy innej korporacji walczącej o nasze względy i portfele. Efektem jest, owszem, bycie zawsze on-line i zawsze w realtimie, jednak produktem końcowym takiej obróbki jest… świetnie poinformowany kretyn. Niezdolny do niczego poza pobieraniem i wysyłaniem informacji bez jej weryfikacji, o zrozumieniu treści nie wspomniawszy.

Rewolucja teleinformatyczna, mająca w założeniach swych cele jak najszlachetniejsze, czyli spełnienie jednego z odwiecznych marzeń ludzkości, szybko zafundowała nam coś, o czym marzyciele radzi by zapomnieć: smutek spełnionych marzeń. Szybko się ta rewolucja wykonała, styl życia uległ znaczącej zmianie, ale człowiek tego nawet nie zauważył. Komputery internet, telefonia komórkowa, dostępność praktycznie całej informacji świata na ekranie domowego komputera, laptopa, tabletu, czy smartfona – wszystko to spowszedniało, zanim zdążyliśmy zauważyć, że już jesteśmy wszechobecni w czasie rzeczywistym. Rozpędzoną energię marzeń zagospodarowali producenci coraz to nowszych gadżetów…

Materializacja marzeń o byciu wszechstronnie poinformowanym w czasie rzeczywistym wykonała się po raz pierwszy jakieś dwanaście lat temu, wraz z pojawieniem się pierwszych dojrzałych technicznie systemów transmisji danych w każdy zamieszkały zakątek naszego globu. Wiele pierwszych takich urządzeń pracowałoby do dziś, gdyby nie marketingowa w swej istocie presja zastąpienia ich nowszymi – bo producenci muszą na czymś zarabiać. Wymogi, jakie miałby spełniać taki przedmiot też były znane na długo przed jego sukcesem rynkowym. Ale od czego energia niezauważenie spełnionych marzeń? Funkcje, zastrzeżone pierwotnie dla astronomicznie (wtedy) kosztownych komputerów małych i dużych ma dziś większość telefonów komórkowych, nawet niekoniecznie tych z najwyższej półki. Dziś właściwszym określeniem niż „telefon” jest termin „komunikator osobisty”; takie komunikatory mają w swej ofercie od przeszło 5 lat wszyscy liczący się wytwórcy telefonów komórkowych o producentach komputerów nie wspomniawszy. Ale w dalszym ciągu dodanie mniej lub bardziej przydatnego „bajeru” do modelu nowszego wymusza pozbycie się starszego. W tym to zgiełku ginie świadomość naszego już-i-teraz bycia online i w realtime, a wraz z nią i refleksja nad sensowniejszym niż tylko marketingowe zagospodarowaniem wyzwolonego tym stanem potencjału…

Reklamy


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. O beznadziejnej banalności zakupów

Włodzimierz Zylbertal

Józef Pankiewicz – Targ na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy w Warszawie, 1888

Na moim osiedlu – jak na większości osiedli – jest Biedronka. Rzeczona Biedronka nie ma większej konkurencji, bo najbliższy Lidl jest odległy o prawie cztery kilometry, a w mniejszych sklepach są rzeczy droższe. W dodatku Biedronka jest zaopatrywana bardzo inteligentnie, czyli nie kupimy tam nic, co by nie „schodziło” masowo. Nici z ulubionego przez moje najmłodsze Dziecię humusu, nici z lepszych serków, nici z cydru nawet – bo osiedle pszenno-buraczane raczej, burżujskich wynalazków nie weźmie.

Także i personel Biedronki wykorzystywany jest zgodnie najnowszymi osiągnięciami organizacji. Jak pracownik nie ma chwilowo zajęcia na kasie, to suwa ciężkie pudła z zaplecza na sklep. Na kasie ów pracownik, zeskanowawszy klientowi zakupy, rzuca w przestrzeń „dziękuję, zapraszam ponownie”. Klient, niezależnie od wpojonej treningiem uprzejmości, przyjdzie ponownie, bo gdzie miałby pójść?

Trzecim elementem kultu wydajności i racjonalności jest w Biedronce rozkład towarów. Spożywka w głębi, towary średnio przydatne, ale machinalnie przez klientów brane, bliżej kas. I tak się interes kręci…

Aliści, owa racjonalność i wydajność, choć zapewne sprawnie mnoży zyski właścicieli Biedronki, jednak zabija coś nieracjonalnego, niewydajnego i niedzisiejszego, mianowicie ceremoniał zakupów. Bo codzienne czynności – zakupy, przyrządzanie i spożywanie posiłków, prowadzenie dzieci do przedszkola/szkoły, odbieranie ich stamtąd – choć robione na wpół instynktownie, jednak mają i inną funkcję, wyraźnie przez wyznawców wydajności i racjonalności zapomnianą: rytuału.

Tak jest, rytuału! Takiego, który codziennym czynnościom nadaje nadspodziewanie głęboki, uroczysty sens, który je ożywia i – tak jest – uświęca. A w rzeczywistości wydajnościowo-racjonalnej rytuał i tym samym sens jest zabijany. Do Biedronki wchodzi się bez rytualnej uważności a wychodzi z niej też bez świadomości odprawiania rytuału, za to z cięższą siatą i lżejszym portfelem. Nie rejestruje się wnętrza sklepu, nie ogląda towarów, ot bierze się z półki to, co wcześniej wynotowało się na karteczce, płaci, i tyle nas w sklepie widzieli.

Co ciekawe, stojący często obok Biedronki dostawcy wędlin, warzyw i jaj – rytuał rozumieją świetnie. Nie mają żadnej w ruchach nerwowości, swoje towary podają z pewnym namaszczeniem, rytualnie, jak należy, oznajmiają cenę i równie rytualnie liczą pieniądze. Nie trzeba chyba dodawać, że tak jakość ich towarów, jak i jakość zrytualizowanej obsługi klienta „robią gębę” przemysłowemu, bezdusznemu handlowi wielkopowierzchniowemu uprawianemu kilkanaście metrów dalej.

Spostrzeżenie takie, jak powyższe dotyczy nie tylko Biedronki na prowincjonalnym osiedlu. Bo pamiętam jeszcze wielkie targowisko w centrum wielkiego miasta, gdzie znało się i piekarza, i ogrodnika, i rzeźnika. Każdy z nich był kimś charakterystycznym, niepowtarzalnym a zatem i rytualnym w swym działaniu. Przynoszone z targowiska chleby, ogórki, czy kiełbasa miały wartość nie tylko spożywczą, ale i społeczną – bo piekarz, czy ogrodnik znali klienta, umieli się do niego odezwać i tworzyło się coś takiego, że głupio było piekarzowi wyłożyć chleb którejś-tam-świeżości i wciskać go znanemu od lat klientowi jako najświeższy.

A gdy na miejscu targowiska postawiono kolejną galerię handlową – magia zakupów znikła, wszystko zrobiło się przemysłowe-plasticzane i nawet gimnazjalistki z pobliskiej szkoły, tracące w galerii cnotę i tą metodą zdobywające swoje pierwsze pieniądze, wszystkie stają się jedna do drugiej przemysłowo-plasticzanie podobne…

Zakupy, podczas których opowiedziało się lub usłyszało najnowszy kawał, albo pokazało najnowszą fotografię dziecka, mają jednak znacząco wyższy – bo rytualny – komfort, niż podobne zakupy, robione bez rozmów, a tylko przy akompaniamencie kolejnych piśnięć skanera kodów kreskowych.

Czepiam się, mógłby ktoś mnie zrugać, tanim sentymentem za starymi dobrymi czasami uwodzę, a tu trzeba zarabiać i współczesności sprostać. I to prawda, ale dlaczego, do cholery jasnej, ma być ta współczesność bezduszna, odrytualniona, mało uroczysta? Dlaczego z małpią uciechą odzieramy ją z jej drobnych świętości – a potem Zatroskani Dziennikarze nie rozumieją, biedaczyny, dlaczego cierpią ludziska na deprechy i paranoje, napędzające wszawą kasę producentom rozmaitych „tabletek szczęścia”? – Od drobiazgów to się zaczyna a na znieczulicy powszechnej kończy. Od derytualiacji i desakralizacji naszej codzienności, od zamienienia jej kunsztownej struktury uroczystych czynności codziennych w ogłuszająco-ogłupiająco huczący młyn bezsensownej zadaniowości.

O taką się codzienność biliśmy?


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Herod Wielki

Włodzimierz Zylbertal

Herod Wielki w latach 39 – 4 p.n.e. król Judei

Przyznaję się niniejszym publicznie: ja, Żydowin, kocham Heroda Wielkiego. A za co kocham Heroda? – Nie za rzeź niewiniątek, bo nigdy nic takiego nie miało miejsca – tę insynuację dodali redaktorzy Nowego Testamentu przeszło pół wieku po narodzinach Jezusa z Nazaretu. Wszyscy ówcześni królowie i królewiątka co jakiś czas kazali mordować dzieci, które, podrosnąwszy, mogły im zagrozić. Herod też to robił i nie ma w tym nic w tamtych czasach nadzwyczajnego.

Więc za co kocham Heroda? – Za mądrość. A tak, tak, proszę Katolictwa Nawiedzonego. Herod, zwany Wielkim, był jednym z najlepszych władców, jakich miał Izrael. Wiedział, kto rządzi i wiedział, że z Rzymianami nie wygra. Ale i wiedział, że Rzymianie nie ingerowali w życie podbitych prowincji, dopóki z prowincji regularnie spływały podatki. Herod Wielki o regularny spływ podatków dbał i tą metodą zapewniał Judei pokój – także religijny. Bo Żydzi nie uznawali pogańskich bóstw Rzymu, co groziło w każdej chwili konfliktem z udziałem rzymskich legionów, z którego raczej nie Żydzi wyszliby zwycięsko. Dzięki umiejętnemu lawiranctwu Heroda – tej smutnej mądrości wasalnych królów – Judea, opanowana przez co tu dużo ukrywać, fanatyków religijnych, żyła względnie spokojnie. Ta sama umiejętność Heroda pozwalała trzymać żądny władzy Sanhedryn, bardziej znany jako “faryzeuszowie obłudni”, w bezpiecznej odległości od rzymskich podejrzeń. Wreszcie to Herod a nie kto inny, zbudował Żydom najwspanialszą świątynię, jaką kiedykolwiek mieli, w dodatku w większości za pieniądze rzymskich podatników.

Jak wszyscy mądrzy politycy, Herod nie był lubiany. W jego przypadku ani przez coraz bardziej fanatyzujących się Żydów, ani przez coraz bardziej żądnych pełni władzy w Judei Rzymian. W tej sytuacji jego wcale długie utrzymanie się na tronie i jeszcze rządzenie, w wyniku którego poprawiały się warunki życia Judejczyków – graniczyło z cudem.

Podobno katolicy lubią cuda? A czy zrozumienie skomplikowanej i okrutnej nieraz Historii też lubią? Czy może tylko lubią z bezpiecznych po latach i stuleciach pozycji, bezbronnym nieboszczykom po swojemu rozumianą sprawiedliwość wymierzać?

Jestem zatem pewien, że moja miłość do mądrego i tragicznego zarazem króla Judei pozostanie ekskluzywna. Szybciej zapewne usłyszę o kolejnych zarzutach pod adresem kolejnych kandydatów na prezy-dęta. Albo wygłaszane przez rozmaitych dzisiejszych obłudników grzmiące prawdy o wyzwalającej sile ipeenowskiego gówna usłyszę.

Herodzie Wielki, królu Judei! Gdyby na Sądzie Ostatecznym w składzie orzekającym jednak nie było żydowskich faryzeuszy ani polskich dyplo- i lustro-matołków, tylko Tobie podobni, głęboko ludzcy mędrcy, pamiętaj, że byłem z Tobą…