Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Niebieskie ptaki PRL-u

Włodzimierz Zylbertal

W moje ręce, a raczej w pamięć mojego Kindla wpadła rzecz pt. „Niebieskie ptaki PRL-u”. Opowieści o ówczesnych kontestatorach Jedynie Słusznego Ustroju: Hłasce, Tyrmandzie, Himilsbachu, Maklakiewiczu, Stachurze, Osieckiej, etc. Autorem rzeczonego dziełka jest Wojciech Kałużyński, daleki krewny sławnego Zygmunta.

I cóż o dziełku? No, mocno niejednoznacznie. Sam jestem na tych postaciach wychowany, moje pokolenie do dziś mówi Tyrmandem, czy Himilsbachem – ale w dążeniu do analizy mitu mocno Kałużyński przesadził. Przegadał swe dzieło niemiłosiernie, do soczystych anegdot dodając niekoniecznie równie soczyste analizy. Jakby to skomprymować do połowy istniejącego tekstu, książka byłaby zapewne bestsellerem. W obecnej postaci jest zakalcem, w którym jest jednak sporo rodzynek.

Ale mimo tych mankamentów, chwała Wojciechowi Kałużyńskiemu! Bo odcisnąwszy z jego tekstu zawiesinę niestrawnego „silenia się na obiektywizm” (a takie silenie się skutecznie zabija każdy dowcip i każdą z życia wziętą poezję), ma się piękną inspirację do kontestowania Systemu – także obecnego, dziwnie zresztą w stronę PRL szybko dziś ewoluującego.

Z zastrzeżeniami zatem – ale mogę polecić. Dla początkującego starucha, jakim się się powoli staję, sentymentalne przypomnienie młodości, dla młodszych ode mnie – klasyka nie do ominięcia!

Reklamy


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Karczemne kłótnie o ideały piękna

Włodzimierz Zylbertal

Henryk Siemiradzki – Chopin grający na fortepianie w salonie u księcia Antoniego Radziwiłła, 1887

„Kto ma palce krzywe, ten zdoła je etiudami temi naprostować, jednakowoż szkód słuchu i gustu słuchaniem tych kompozycyj spowodowanych, nic naprawić nie zdoła”. – tak napisał współczesny Szopenowi krytyk o jego etiudach.

Nazwiska owego krytyka, historia litościwie nie przechowała, anegdotę zaś cytuję na odpowiedzialność Jerzego Waldorffa.

A piszę o tym publicznie, bo spora część mojego dzieciństwa i młodości upłynęła już to na snuciu mało realnych marzeń o byciu konstruktorem rakiet, już to na studiowaniu karczemnych zaiste kłótni odklejonych od realu pięknoduchów o nieistniejące ideały piękna.

No, ale w końcu dojrzałem i ja, życie uświadomiło mi, że z piękna nie zapłacę rachunków i podatków, a jak się ma dzieci, to już wielu innych rzeczy się nie ma. W dodatku lewicowe tradycje mego domu nakazywały mocno podejrzliwie traktować francowatych hrabiów, którzy się o etiudy Szopena kłócą, zamiast uczciwie wytwarzać – jak to się wtedy mawiało – wartość dodaną, dziś nazywaną potocznie PKB.

I tak mi upłynęła młodość dojrzała, i kawał wieku średniego – między podziwem dla niepotrzebnego zdrowemu, przaśnemu i prostemu „zwykłemu człowiekowi” kunsztu artystów a jednak podziwem dla tych wyrzutków i outsiderów, co pod prąd Systemu długie lata płynąć umieli.

Dziś mam mniej wątpliwości: Nie potępiam Baudelaire’a, który – na wieść, że tym samym lustrze, w którym przegląda się on, Artysta, przegląda się także znienawidzony filister, bankier, czy inny tam księgowy – lustro owo z wściekłością potłukł na kawaluchy. Rozumiem także samobójcze nieraz autokreacje literatów, aktorów, piosenkarzy, malarzy i fotografów, co więcej – kibicuję im, namiętnie, choć raczej nie chciałbym być z nimi za blisko.

W międzyczasie z rykiem tryumfu wywalono ze szkół powszechnych te elementy edukacji artystycznej, które tam jeszcze były. Zdrowy zaś element Narodu, owa pospolitość, która w masie swej umie tylko żreć, wydalać i żądać wciąż więcej żarcia do wydalania, na przemian fascynuje mnie i odrzuca. Fascynuje, wiadomo, ślepą siłą masy, odrzuca zaś tąż samą ślepą siłą…

Niechże tedy będzie, żem ja antyspołeczny inteligencik-impotencik. Nawet i więcej niech będzie: że piskliwym głosikiem inteligencika-impotencika mam czelność w czasie, gdy Zdrowy Element Narodu radośnie popierdując i pobekując idzie w ślady osławionego Kazimierza Witaszewskiego, bardziej znanego jako „Generał gazrurka” (na jakimś plenum KC otwartym tekstem zaproponował, żeby robotnikom rozdać gazrurki i tak uzbrojonych hegemonów wypuścić na wykształciuchów jebanych), upomnieć się o prawo wrażliwców do kłótni w zamkniętych kręgach – o piękno. Tak, o piękno. To aspołeczne, antynarodowe, szkodliwe ideologiczne, neurotyczne, przewrażliwione, przerafinowane, dla szerokich mas niezrozumiałe, ale jednak czasem potrzebne. W skali PKB, w skali Istotnych Stref Wpływów, w skali Żywotnych Interesów Narodowych, dobrej jakości kultura, nawet ta politykująca i gorsząca na potęgę, jawnie i bezczelnie kpiąca ze szpicli i cenzorów, to dwudzieste piąte zero po przecinku w bilansach Państw i Korporacji…

Sprzeczajmy się zatem, niechby i karczemnie, o etiudy Szopena i symfonie Szostakowicza. Deliberujmy z upierdliwością księgowego nad spektaklami Lupy, czy Wyrypajewa. Miejmy tę małpią uciechę, gdy przytomny krytyk sztuki obnaży lichotę jakiegoś kiepsko uduchowionego wernisażu albo nadmiernie państwowotwórczego filmidła. Bo, żeby zrozumieć owo obnażanie, czy zabawę reżysera teatralnego konwencją kulturową, sami musimy wiedzieć co sztuka, a co konwencja. Wtedy – nasze wojny się ucywilizują a Zdrowy Element Narodu wysubtelnieje i naprawdę zdrowy się stanie.


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Strach przed następnym rokiem

Włodzimierz Zylbertal

Jan Rembowski – Weteran

Jako dziecko, krążąc między domem a szkołą, często widywałem Weterana. Znałem go, czasem przychodził do naszej szkoły na Akademie Ku Czci. Zawsze był ubrany w nienagannie skrojony mundur, chodził wyprostowany, sprężystym krokiem. Wydawał się wieczny, rok w rok wyglądał tak samo.

Aż któregoś-tam-roku przyjrzałem mu się bliżej i… zadrżałem. Zobaczyłem nie eleganckiego żołnierza, ale z trudem kroczącego, pomarszczonego starca. Uśmiechnął się do mnie, jak zawsze, przecież widywaliśmy się setki razy. Ale nie tylko on zdał mi się inny. Ja też – wtedy trzynastoletni – stałem się inny. Zacząłem bać się następnego roku.

Nie pomyliłem się. Następnego roku już nie zobaczyłem Weterana na trasie między moim domem a szkołą. Któregoś dnia tegoż roku zobaczyłem za to jak czterej ludzie wynoszą z mieszkania dwa piętra niżej od mojego – trumnę.

No i od tego czasu zawsze w przededniu Nowego Roku, najpierw wraz nadzieją chłopaka na wielkie przygody, potem z nadzieją mężczyzny na pomyślność jego dzieci, teraz z nadzieją człowieka bardzo już dojrzałego na ostateczne życiowe spełnienie, zawsze mam ten jakiś dygot, ten sam, który tak mocno przeżył trzynastolatek, widząc ruinę Weterana…

Czy na tym polega ta smutna mądrość życiowa, często nazywana też pogodzeniem?