Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Jak rozbitek z innej planety

Włodzimierz Zylbertal

Rys. Sigmablade

Robiąc już od wielu lat próby z technologiami opartymi na zjawiskach „psi” coraz bardziej nabieram wrażenia, że te technologie usiłuję zmusić do działania w środowisku bardzo dla nich nieprzyjaznym. To tak, jakby chcieć jeździć samochodem tam, gdzie w atmosferze nie ma tlenu – paliwo się nie zapali, auto nie ruszy.

Wszelkie znane mi rezultaty zastosowania zjawisk „psi”, czy też, jak kto woli, infoeneregtycznych, miały miejsce tam, gdzie w jakiś sposób udało się naszą zamkniętą II Prawem Termodynamiki rzeczywistość otworzyć – dzięki świadomemu i dobrze wytrenowanemu użyciu odmiennych stanów świadomości. Wtedy dzieją się rzeczy przeczące Fizyce Klasycznej, np. znikąd pojawia się energia, albo ginie nie wiedzieć gdzie.

Jednocześnie autorzy piszący o uzdrawianiu, radiestezji, czy domniemanej potędze starożytnych technologi, zdają się zupełnie nie zauważać faktu, że od ok. 300 lat żyjemy w psycho- i infosferze bardzo różnych od starożytnej – wydarzyła się rewolucja naukowo-techniczna. Nie wiemy, czy jest ona wynikiem działania jakichś przesłań z głębi kosmosu (czyli mitów), czy zaplanowały ją jakieś ufoludki, czy może jest rezultatem bezładnych działań Ewolucji. Znamy rezultat: świadomość wymagana przez naukę i dziś powszechna, zwana racjonalno-dyskursywną to taka, której działanie utrudnia, bądź w ogóle uniemożliwia zaistnienie zjawisk „psi”. W zamian za to daje niemal stuprocentowe bezpieczeństwo poznawcze, co z dumą podkreśla nauka, twierdząc, że odkrywa prawdy obiektywne.

Jednocześnie ta sama nauka wyraźnie dochodzi do granic wydajności poznawczej swego paradygmatu. Jej kolejne teorie są poznawczo coraz bardziej karkołomne, coraz większych łamańców logicznych wymagają dla zachowania jako-takiej przynajmniej ciągłości logicznej. Jako taka staje się niezrozumiała dla szerszych mas, co widzą także sami naukowcy. Stąd np. oszałamiająca kariera pokątnych uzdrowicieli, którzy mówią językiem zdecydowanie bliższym świadomości przeciętnego człowieka, niż język, jakim mówiłby wysoko wykształcany lekarz. Jeszcze się Nauka broni, jeszcze usiłuje nie przyjmować do wiadomości konieczności swojej własnej reformy – ale to już niedługo zapewne.

W takiej sytuacji odnowiona, wolna od przesądów psychotronika, dobrze znająca język nauki, byłaby dla Nauki wcale cennym sojusznikiem. Chwilowo jednak proponowana przez psychotronikę koncepcja zależności praw świata od świadomości prawa ustanawiającej – jest dla Nauki nie do przyjęcia, bo burzy bezpieczeństwo poznawcze, to samo, które Nauka dała ludziom jako swój największy dar…

I w takim to rzeczy stanie, kiedy u mnie coś zadziała, albo dowiem się, że zadziałało u innego psychotronika, a chwilę później dowiaduję się, że owszem zadziałało, ale ani tak, jakbym chciał ja, czy mnie podobni badacze-eksperymentatorzy, ani tak pewnie i powtarzalnie, jakbyśmy to sobie wyobrażali – czuję się jak rozbitek z odległej planety, który, znalazłszy się na Ziemi, zbiera co tu jest dla jego zastosowań dostępne – i z tych strzępów usiłuje odtworzyć to, co było naturalne na jego planecie ojczystej…


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Ezoteryka do szkół

Włodzimierz Zylbertal

Albrecht Dürer – De scientia motvs orbis, c. 1504

Były takie czasy, gdy ezoteryka nie była wcale taka tajemna, ale stanowiła po prostu element erudycji wyniesiony ze szkół powszechnych. No, może nie całkiem powszechnych, bo z uniwersytetów, które nie wszyscy kończyli – ale była w powszechnym obiegu wśród ludzi wykształconych. Tak działo się od „renesansu karolińskiego” (druga połowa IX w) do czasów burzliwej ekspansji nauki, czyli do połowy wieku XIX, kiedy to ezoterykę ostatecznie zepchnięto do niszowych zupełnie studiów raczkującej antropologii kultury.

Dziesięć wieków, tysiąc lat bytności w umysłach! Z owych umysłów – a mało kto z ich nosicieli był „zawodowym ezoterykiem”, mało kto liczył horoskopy, czy losował Tarota – wiele to były najwybitniejsze umysły swoich epok!

I tak sobie myślę: ezoteryka, a przynajmniej najbardziej znane jej systemy wiedzy, czyli astrologia, Tarot, teoria ciał subtelnych – są bardzo, ale to bardzo „wydajne poznawczo”, stanowią świetne i celne kody kulturowe. Słowem – ułatwiają porozumienie. Zapewne dlatego przetrwały swoje „wieki mroczne”, gdy tyleż zwycięska, co i barbarzyńska Nauka próbowała je wyrugować z obiegu powszechnego.

I tak się zastanawiam: czy nie byłoby sensowne wprowadzenie do nauczania powszechnego pewnych elementów terminologii i myślenia ezoterycznego?

Myślę, że pomogłoby ono – z jego uniwersalizmem i wydajnością poznawczą właśnie – scalić świat tego cholernego post-modernizmu, dekonstrukcjonizmu, po-nowoczesności, a ostatnio także post-prawdy? Bo od tych coraz liczniejszych „post”, bajzel się taki w kulturze zrobił, że już rzeczywiście tylko horoskopom wierzyć można.


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Obsesja czasu rzeczywistego

Włodzimierz Zylbertal

Rene Magrite – Magik

Jednym z tzw. odwiecznych marzeń ludzkości było – być jednocześnie w wielu miejscach i mieć o tych miejscach możliwie najpełniejszą informację. Marzył o tym i rycerz na wyprawie, nie mogący monitorować sytuacji w swej sypialni małżeńskiej, i żona owego rycerza, niepewna, czy mąż wróci. Marzyła się taka możliwość odciętym od świata więźniom, marzyła przemierzającym lądy i morza awanturnikom, marzyła i królom, na ogół znającym tylko swoje stolice. I oto na początku XXI stulecia mamy czegośmy przez wieki chcieli. SMS, GPS, łącza satelitarne, naziemne, podziemne, podwodne, przewodowe i nie. Ekrany, duże i małe stają się oknem na cały świat.

I co? I nic, proszę ja kogo! Bo technika poszła do przodu z szybkością promienia światła – a ludzie pozostali mniej więcej tam, gdzie przed nią byli, czyli w świecie marzeń. W to graj marketingowcom! Marzenie się nie spełniło? Twój smartfon/tablet/laptop/desktop nie daje Ci wrażenia wszechobecności? My wiemy dlaczego! Potrzebny Ci, człowieku silniejszy procesor, wyraźniejszy ekran, lepszy abonament – stać Cię na to! I tak oto do alko-, praco-, sekso- i tysiąca innych „holizmów” dochodzi kolejny, który nazwiemy tu obsesją czasu rzeczywistego. Polega on na obsesyjnej chęci bycia wszędzie naraz w jednym i tym samym ułamku czasu naszej egzystencji. Wyślij sms babci, sprawdź pocztę elektroniczną, zadzwoń do kumpla, zobacz nowości na http://www.coraznowsze.com – a wszystko to na czas, „na już”, bo babcia tęskni, bo kontrahent napisał, a tak w ogóle to procesor stygnie bez sensu.

Dla każdego osobnika gatunku Homo (podobno) Sapiens, zdolnego do użycia najsłabszego nawet z licznych w naszym mózgu procesorów naturalnych, jasnym jest, że obsesja czasu rzeczywistego służy głównie do nabijania kabzy producentom techniki, natomiast jej całkowite zaspokojenie – jak każdego nałogu – możliwe nie jest. Sęk w tym, że owa obsesja – jak każdy nałóg – w pierwszym swym ruchu nasze naturalne procesory wyłącza, usiłując zastąpić je wyrobami takiej czy innej korporacji walczącej o nasze względy i portfele. Efektem jest, owszem, bycie zawsze on-line i zawsze w realtimie, jednak produktem końcowym takiej obróbki jest… świetnie poinformowany kretyn. Niezdolny do niczego poza pobieraniem i wysyłaniem informacji bez jej weryfikacji, o zrozumieniu treści nie wspomniawszy.

Rewolucja teleinformatyczna, mająca w założeniach swych cele jak najszlachetniejsze, czyli spełnienie jednego z odwiecznych marzeń ludzkości, szybko zafundowała nam coś, o czym marzyciele radzi by zapomnieć: smutek spełnionych marzeń. Szybko się ta rewolucja wykonała, styl życia uległ znaczącej zmianie, ale człowiek tego nawet nie zauważył. Komputery internet, telefonia komórkowa, dostępność praktycznie całej informacji świata na ekranie domowego komputera, laptopa, tabletu, czy smartfona – wszystko to spowszedniało, zanim zdążyliśmy zauważyć, że już jesteśmy wszechobecni w czasie rzeczywistym. Rozpędzoną energię marzeń zagospodarowali producenci coraz to nowszych gadżetów…

Materializacja marzeń o byciu wszechstronnie poinformowanym w czasie rzeczywistym wykonała się po raz pierwszy jakieś dwanaście lat temu, wraz z pojawieniem się pierwszych dojrzałych technicznie systemów transmisji danych w każdy zamieszkały zakątek naszego globu. Wiele pierwszych takich urządzeń pracowałoby do dziś, gdyby nie marketingowa w swej istocie presja zastąpienia ich nowszymi – bo producenci muszą na czymś zarabiać. Wymogi, jakie miałby spełniać taki przedmiot też były znane na długo przed jego sukcesem rynkowym. Ale od czego energia niezauważenie spełnionych marzeń? Funkcje, zastrzeżone pierwotnie dla astronomicznie (wtedy) kosztownych komputerów małych i dużych ma dziś większość telefonów komórkowych, nawet niekoniecznie tych z najwyższej półki. Dziś właściwszym określeniem niż „telefon” jest termin „komunikator osobisty”; takie komunikatory mają w swej ofercie od przeszło 5 lat wszyscy liczący się wytwórcy telefonów komórkowych o producentach komputerów nie wspomniawszy. Ale w dalszym ciągu dodanie mniej lub bardziej przydatnego „bajeru” do modelu nowszego wymusza pozbycie się starszego. W tym to zgiełku ginie świadomość naszego już-i-teraz bycia online i w realtime, a wraz z nią i refleksja nad sensowniejszym niż tylko marketingowe zagospodarowaniem wyzwolonego tym stanem potencjału…