Spółki Miejskie


1 komentarz

Zapiski dinozaura. Stara dobra inteligencja

Włodzimierz Zylbertal

Coraz bardziej tęsknię za tzw. starą dobrą inteligencją – zapewne dlatego, że na takich klimatach byłem wychowywany. To była grupa ludzi nieźle wykształconych, dowcipnych, samodzielnych umysłowo i ciekawych świata – a całość w nieco dusznawej atmosferze cenzurowanego PRL. Zbierało się kilkoro takich starych, dobrych inteligentów, i przy brydżyku-wódeczce-szyneczce dyskutowało o wielkich i małych świata tego sprawach, mając pełną świadomość, że wpływ na owe sprawy mają mniej niż niewielki. Ale jakaż z tego była radość! Jakaż uczta intelektualna!. No i – last but not least – taka niepowtarzalna, nie do podrobienia radość bycia razem, wspólnotowa świadomość „bycia kimś”!

Dawno już nie jestem małolatem dopuszczanym do rozmów dorosłych o świata tego sprawach wielkich i małych, wynaleziono comury, internety i weby społecznościowe – a TAMTE spotkania są wciąż nie do podrobienia… Marudzę? Starzeję się? Czy rzeczywiście „coś” niezwykle cennego nam się po światłowodach porozłaziło i tam umarło?

Myśląc o edukacji mojego najmłodszego Dziecięcia, instynktownie sięgam do własnej z tego okresu, czyli wierszy Juliana Tuwima, Jana Brzechwy, Tadeusza Kubiaka, Wandy Chotomskiej i innych autorów, których zapamiętałem z dzieciństwa. Nie było wtedy jutuba ani gugla, ale była Mama, które te wiersze znała na pamięć i mnie, wówczas kilkuletniemu, recytowała je z pamięci – i to jak! No i mnie w pamięć zapadły, na zawsze już chyba.

Teraz zaś, moja prawie siedmioletnia Małgosia, też je słyszy, czasem w mojej interpretacji, czasem z jutuba, recytowane przez mistrzów – Wiktora Zborowskiego, Piotra Fronczewskiego i innych im podobnych.

Małgośce nie brak wyobraźni, ale… powietrze chyba inne wokół. Jest gugle i jest jutub, czyli są dostarczyciele dosłowności zanadto już jednoznacznej. A przecież Tuwim, Brzechwa et consortes, swoje arcydzieła pisali – tak, tak, dla kapryśnej i niejednoznacznej wyobraźni, słowem pobudzanej. Takiej potrafiącej ze słów tworzyć obrazy. Moje pokolenie w te słowa wsiąkało, jak nie przymierzając, dzisiejsze dzieci w ekran tabletu, czy telewizora.

Nie od dziś wiadomo, że zbyt dosłowny ruchomy obraz to, co prawda morderca wyobraźni, ale i świetna elektroniczna niania dla wszelkich nudzących się ADHD. Sam wydałem walkę tej niani, próbując wdrożyć Małgosię w wyobraźnię słowną i przestrzenną niewymagającą wspomagania sprzętowego. Rezultat – cóż, pół na pół, dziecko wysłucha dwóch czy trzech bajek słownych, po czym żąda filmu. Czyli – walka trwa, ale jest nierówna, bo jutub i gugle atakują wściekle a opowieści i zabawy słowem w rodzinie mocno odstają od innych rodzin, w których tabletowa funkcja elektronicznej niańki ceniona jest wysoko.

Nie żebym się robił stary piernik, bezkrytycznie chwalący mityczne „stare, dobre czasy”. Ale tak sobie myślę, że jednak bardzo chciałbym, żeby moje Dziecię najmłodsze wygrało walkę z wszechobecnymi mordercami wyobraźni – i po latach umiało śmiać się perliście z nieprzebranych rzesz kalek, przykutych do tabletów i komputerów…

Reklamy


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Szaleństwo urażonej godności

Włodzimierz Zylbertal

Zemsta – reż. Jan Świderski, 1972 rok

Niezapomniany Tadeusz Boy-Żeleński, pisząc o twórczości Aleksandra hr. Fredry, wysunął tezę, że dobrze sytuowany i szanowany Fredro, tworząc liczne postaci pół- i całych głupków, chciwych i zacietrzewionych, zazwyczaj też nieporadnych erotomanów – świetnie się tą głupotą bawił. Zapewne takiej samej pysznej zabawy pragnął dla widzów swoich komedii.

Dziś zapewne nie miałby hr. Fredro szans… Od razu zebrałyby się liczne Komitety Urażonej Godności i uskuteczniły by one stosowne protesty. Sławne fredrowskie Zofije, przewracające się od lekkiego trącenia, zapewne wrzask podniosłyby dziki, że nie wolno się śmiać z romantycznej miłości. Durnowate samce z „Męża i żony”, w oryginale niemiłosiernie wykpione, też pewnie nie pozostałyby bierne i usłyszelibyśmy od nich coś o Świętej Tradycji, tej samej, która dziewczynie dawała wybór między wybranym przez rodziców mężem a wybranym przez nią klasztorem, zaś panu bratu życzliwie tolerowała młócenie dziewek na majdanie, że aż furczało. Chciwiec i prymityw Łatka z „Dożywocia”, na scenie wcale zabawny, ani chybi przedstawiłby się jako „urażona godność przedsiębiorcy, uczciwie (he,he!) płacącego podatki”. I tak dalej…

Gdzie jest kres tego godnościowego szaleństwa? Może właśnie w powrocie do lektury lekkich komedyjek Aleksandra Fredry, człeka mądrego, i obdarzonego spora dozą trzeźwości życiowej, prowadzącego przez wiele lat jedno z wzorcowych i powszechnie podziwianych w ówczesnej Europie gospodarstw rolnych, a po godzinach fundującego sobie luksus beztroskiego bawienia się głupotą współczesnej mu rzeczywistości?


Dodaj komentarz

Zapiski dinozaura. Stephen Hawking

Włodzimierz Zylbertal

Stephen Hawking i jego żona Jane

Odszedł Stephen Hawking… Obok odruchowego „szkoda człowieka” wiadomość tę przyjąłem – tak, z pogodną wdzięcznością. A to dlatego, że życie i dzieło Stephena Hawkinga to jest taki dla nas, pozostałych pod naszym horyzontem zdarzeń, kosmiczny dar.

Astrofizyka, kosmologia czy tym bardziej kosmogonia to najbardziej spekulatywne, żeby nie rzec – fantastyczne – działy współczesnej nauki. Jednocześnie działy, kto wie, czy nie najbardziej inspirujące. Bo praca w astrofizyce, kosmologii, etc. to zajęcie najszlachetniej bezinteresowne, w żaden sposób nie przekładające się na miliardowe zyski korporacji, drapieżnie wciskających ludzkości średnio potrzebne jej produkty. To coś jak dopisywanie nowych „Dialogów” do tych znanych już od starożytności.

Stephen Hawking żył – nie wstydźmy się tego słowa – heroicznie. Zamknięty w niesprawnym ciele, nigdy tego heroizmu nie wykorzystał do wszechobecnego dziś lansu, ale, żyjąc nie do końca chyba na Ziemi, przekazywał nam, dla których nasze ciała i ich ciężar są oczywiste, wieści „stamtąd”. I to te wieści, które ubogacają Ludzkość w sposób tyleż szlachetny, co i bezinteresowny właśnie. Teraz, gdy wielki duch wolny jest już od więzienia kalekiego ciała, tym serdeczniej może się do nas uśmiechać, czy to w zbiorowej pamięci ateuszy, czy to z niebios ezoterycznych.

I tak sobie myślę, że do ważnych w naszej historii dat, np. dnia, w którym bogowie dali ludziom Platona, dodamy także 8 stycznia 1942, czyli dzień, w którym bogowie dali ludziom Stephena Hawkinga.