Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Dziewczyna z biało-czarnej fotografii

Wspomnienie o Agacie Michałek-Budzicz

Marcin Mamoń

Agata Michałek–Budzicz

Patrzę na fotografie rodzinne. Stare, ale i te nowsze. Najwięcej na nich kobiet. Żyły dłużej od mężczyzn. Teraz żyją na fotografiach. Młode i powabne, potem dojrzałe i pewne siebie, a w końcu dostojne w swojej starości. Mężczyźni odchodzili pierwsi. Ginęli w pojedynkach, w okopach, w podróżach, w górach i na morzach, w wypadkach samochodowych, w bójkach albo zwyczajnie na serce, wylew, raka płuc czy wątroby… Odchodzili zazwyczaj szybko, a kobiety wydawały się „wieczne” i musiały żyć bez nich. Nigdy nie poznałem swoich dziadków. Moja Babcia dożyła setki, a prababcia zmarła w 102 roku życia. Seniorką mojej rodziny i dzisiaj jest kobieta. To starsza siostra mojej mamy, pamiętająca jeszcze przedwojenny Lwów i ucieczkę przed bolszewikami do Generalnej Guberni. Po niej … Długo, długo nic…

Agata nie będzie mieć już takiego zdjęcia: portretu, twarzy wyrzeźbionej zmarszczkami staruszki. To dlatego, że Agata była inna. Nie była wdową w żałobie po mężu, synu, co zginęli za Polskę w Powstaniu Styczniowym. Nie była też Matką Polką wychowującą synów, by kiedyś i oni poszli się bić za Ojczyznę. Agata wolała bić się sama, jak Emilia Plater w 1830 roku, Anna Henryka Pustowójtówna w 1863 roku albo biec na pomoc rannym jak Danuta Sidzikówna „Inka”, która w 1943 wstąpiła do AK.

I Agata poszła na swoją wojnę. Z domu wyprowadziła się na początku studiów, był to początek lat 80. Nie chciała żyć pod jednym dachem z ojcem, wysokim oficerem LWP, który wprowadzał w Małopolsce Stan Wojenny. Musiała sama się utrzymać, więc uczyła dzieci w szkołach na prowincji. Konspiracja, knucie, akcja. To był jej świat.… I w nim tylko umiała odnaleźć smak życia. Doświadczała go tylko pomiędzy: pomiędzy ponad sześćdziesięcioma zatrzymaniami przez komunistyczne służby, dwoma miesiącami spędzonymi w areszcie WUSW w Krakowie, pobiciami, zastraszaniem, torturowaniem przez bezpiekę; pomiędzy wieszaniem za ręce na długie godziny, miażdżeniem palców szufladą, przypalaniem papierosami dekoltu, pomiędzy zwolnieniami z pracy, brakiem możliwości zatrudnienia i na koniec, jak zawsze dokuczliwą biedą.

I wtedy, w najgorszych beznadziejnych czasach, zaraz po Stanie Wojennym, w maju 1985 roku, wbrew wszelkiej logice, wbrew instynktowi zachowawczemu, który przecież każdy z nas ma, Agata po kolejnym porwaniu z ulicy i znęcaniu się na komendzie milicji wytoczyła proces bezpiece. Najlepsze, że go wygrała. Ona tylko mogła to zrobić. Nie znam innego takiego przypadku w PRL-u.

W maju 1988 roku, gdy strajkowała Huta im. Lenina w Nowej Hucie zgarnęli nas z przed Collegium Witkowskiego UJ… Byliśmy we trójkę: Agata, Paweł Chojnacki i ja. Trafiliśmy wszyscy na dołek na ulicę Mogilską (Gmach WUSW w Krakowie). Agata trafiła pod celę razem z moją siostrą, którą zawinęli w tym samym czasie, ale w innym miejscu w Krakowie. Siostra (Agata Mamoń-Prokop) do dzisiaj ma przed oczyma właśnie taki oto obraz: „Agata zdejmuje szpilkę z nogi i wali obcasem w żelazne drzwi celi na Mogilskiej.”

To był jej chyba najlepszy czas. Najgorsze miało dopiero przyjść potem, po walce, którą przecież Agata Michałek wygrała. W wolnej już Polsce, ktoś, kogo wszyscy znaliśmy oskarżył ją o współpracę z SB. Zrobił to przekonująco. Sam omal nie uwierzyłem… Lata 90. IPN-u albo nie było, albo ledwie powstał. Status pokrzywdzonego, sprawdzenie teczki, lustracja etc. to była daleka przyszłość. Pomówienie, oskarżenie o agenturę, mogło zabijać. I zabijało.

„Agatę bolało, że oszczerca bezczelnie funkcjonuje w środowisku dawnej opozycji antykomunistycznej, a Ona sama usunęła się, tracąc wielu przyjaciół. Nie mogła zrozumieć dlaczego tak się dzieje – sponiewierany się chowa, a opluwacz bryluje. Powiedziała słusznie – albo ja, albo on, ponosząc tej postawy smutne konsekwencje. (…) Ciężko to odchorowała, i moralnie, i fizycznie. (…) Ostatni raz zadzwoniła 5 lutego. Musiała ciągle leżeć po kolejnej operacji kręgosłupa; zapowiadało się na wielomiesięczną rekonwalescencję. Nie kłębiły się wokół Niej tłumy przyjaciół i znajomych, dyskretnie o tym wspominała.” Paweł Chojnacki

I w końcu w nocy 11 lutego 2020 roku, kiedy nie miała nawet 56 lat, jej serce pękło.

Niech dobry Bóg, za wszystkie cierpienia, których doznałaś, za Twoje trudne chwile, kiedy nie było nas przy Tobie zaprowadzi Cię tam, gdzie poczujesz się znów szczęśliwa, jak wtedy w 85’, kiedy przeczołgałaś bezpiekę. Bywaj!