Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Z kolei. Żółty dom

Wojtek Gorczyński Kolejář

frag. jeszcze nie złożonej książki „Tramwaj na wyspę umarłych 2″

Katarzyna Watkowska - Domki krasnoludków

Katarzyna Watkowska – Domki krasnoludków

Wyrzućmy z astrologii to, co da się wykazać jako fałsz. Zostanie jakaś mądrość. Weźmy też inne mądrości. Nie bójmy się taoizmu, ani mistyki ojców kamedułów, czy tybetańskich buddystów – one przecież nie zburzą nam naszej matematyki. Matematykę i inne nasze mądrości też weźmy, a daleko przekroczymy granice wyznaczone w najbardziej fantastycznych legendach o największych mędrcach dawnych wieków. I co się wtedy stanie?

Rewolucja psychiczna. Ona już się powoli zbliża. Ona już jest. To jest czas Czerwonego Kapturka, poetów, wariatów, książąt i szalonych doktorów matematyki.

Szalonym doktorem został Wu Tsy. Oprócz studiów matematycznych zajmował się też magią, astrologią, sztukami dywinacji – czyli przepowiadania przyszłości oraz wieloma innymi dziedzinami myśli ludzkiej. Ta olbrzymia wszechstronność umożliwiła mu podjęcie próby stworzenia Ogólnej Teorii Wszystkiego.

Trudno przewidywać jaki stosunek do jego poczynań mogą mieć ludzie z tramwaju elektrycznego, ale faktem jest, że część swojej pracy Wu Tsy przedstawił jako rozprawę doktorską, co też przyniosło mu stopień naukowy doktora matematyki.

Podstawą myśli Doktora Wu Tsy jest prastary, chiński system filozoficzny Tao i badania nad cyklami przemian tzw. heksagramów wyroczni I-Cing. Dla szalonego matematyka I-Cing jest nie tylko opisem świata, ale światem w ogóle – algebrą. Operatory Schrödingera – cykle heksagramów chińskiej wyroczni – były tematem doktoratu Wu-Tsy. Z obroną pracy nie miał większych problemów, bo – jak mówił – nikt z obecnych na sali naukowców nie zajmował się tym działem algebry i nikt nie potrafił zadać żadnego sensownego pytania.

Magia, astrologia, sztuki dywinacyjne i matematyka są dla Doktora tylko narzędziami w pracy nad Ogólną Teorią Wszystkiego – i to znacznie tańszymi od naukowych laboratoriów, a przy tym dającymi lepsze efekty poznawcze.

A ludzie rządzący światem materialnym sprawowali się coraz gorzej. Dzięki coraz wspanialszemu rozwojowi środków przekazu publicznego wszyscy wystawieni zostali na codzienne wysłuchiwanie doniesień o straszliwych wojnach, klęskach i katastrofach, które wywołała ludzka głupota, pycha, próżność oraz inne niemiłe przymioty.

– Proszę państwa, tu chodzi tylko o władzę – mawiał kiedyś Wielki Elektryk i już dawno stało się oczywiste, że tę władzę każdy jest w stanie sprawować lepiej niż komuniści. Bo zło wszelkie staje się przez zimno i komunizm.

Powyższe fakty już przed laty stały się oczywiste dla Doktora Wu Tsy – paradoksalnie i dla przekory, bo był przecież synem oficera Wojskowych Służb Informacyjnych, co przyjaźnił się z samym generałem Czesławem K.

Któregoś z wieczorów w pełni psychotycznej jesieni Doktora Wu Tsy odwiedził Berth. Obaj rozłożyli się na dywanie w ciepłym, przytulnym wnętrzu sutereny pięknej, poniemieckiej willi. Popijali aromatyczną herbatę – Berth zieloną, a Doktor czarną.

– Skąd wiedziałeś, że lubię zieloną? – zapytał mile zaskoczony Berth. W odpowiedzi Doktor uśmiechnął się tajemniczo. Berth też się uśmiechnął, po czym dalej kontynuowali delektowanie się herbatą – każdy swoją.
Chwilę później Doktor Wu Tsy obwieścił swój zamiar:
– Dziś w nocy przejmuję władzę nad światem!
– To piękne, ale w jaki sposób? – zapytał Berth po raz drugi tego wieczoru mile zaskoczony.
– Tej nocy mam zamiar ukończyć obliczenia konstrukcji siedemnastokąta foremnego, a to jest znacznie lepszy symbol władzy niż pentagram, czyli pięcioramienna gwiazda.
– I to wystarczy?
– Powinno – odparł Wu Tsy – zresztą mogę też opanować reakcje kwarkowe, to wtedy załatwię sprawę armii i głowic jądrowych.
– A czy nie sądzisz, że mogą być potrzebne jakieś próby laboratoryjne, o ile nawet nie instalacje w rodzaju akceleratora albo tokamaka? – Berth dalej miał jakieś wątpliwości.
– Wiesz, istnieją cztery sposoby poruszania się po tym bagnie, jakim jest świat materialny: naukowy, artystyczny, religijny i magiczny – opowiadał dalej Wu Tsy. – Naukowy polega na tym, że bagno zalewa się betonem i dopiero później po nim chodzi. Artyści przebiegają przez bagno tak szybko, że nie zdążą się nigdy zamoczyć. W sposób religijny lata się ponad bagnem i spogląda na nie z góry, a sposobem magicznym idzie się powoli, stąpając ostrożnie po kępach.
– Teraz rozumiem, wszystko jest OK – Berth stracił już ostatnie wątpliwości i jego miłe zaskoczenie zaczęło graniczyć z osłupieniem katatonicznym. Tymczasem Doktor spokojnie zadał całkiem rzeczowe pytanie:
– Czy w związku z tym wszystkim masz jakieś specjalne życzenia: domek, samochód?
– Tak – Berth odpalił bez namysłu – dom wolnostojący w ładnej okolicy, duży, z miejscem na studio muzyczne, oddalony przynajmniej trzysta metrów od sąsiedztwa, tak, żeby można było w nim głośno grać, bardzo głośno grać.
– W porządku, masz to załatwione. Dla pewności zapiszę sobie na kartce.

Oczywistość Doktora Wu Tsy była tak przytłaczająca, że Berth momentami zapominał nawet o istnieniu Czerwonego Kapturka.

Później, kiedy noc trwała już w całej pełni, Księżyc rozpoczął swą ulubioną zabawę i muskał delikatnie srebrnymi promieniami śpiącą, piękną królewnę, którą serce Bertha kazało nazywać Czerwonym Kapturkiem. Wtedy to właśnie nagłe przepalenie się 63 amperowego bezpiecznika głównego zabezpieczenia budynku przerwało Berthowi nocną medytację. Nie miał żadnych wątpliwości – to z pewnością Wu Tsy ukończył swoje obliczenia. Berth kolejny raz był mile zaskoczony. Po omacku znalazł zapasowy bezpiecznik i udał się do piwnicy. Zgrzytające drzwi od komórki pod schodami, gdzie znajduje się skrzynka z elektrycznością, zmąciły nieco sen Czerwonego Kapturka. Piękna, przyprószona srebrem Księżyca, jasnowłosa królewna westchnęła głęboko – pewnie przyśnił jej się właśnie jakiś piękny królewicz zza siedmiu gór i siedmiu rzek…

Nadpęknięcia w niewzruszonym dotąd monolicie rzeczywistości okazały się jednak znacznie poważniejsze, niż by można sądzić po pierwszych objawach. Następnego dnia wybuchła nagła wiadomość, że w pobliżu Leśniczówki Pranie Mózgu stoi sobie samotnie pusty, pomalowany na żółto, drewniany dom – zwany Żółtym Domem – i co więcej dom ów odpowiada idealnie kryteriom postawionym Doktorowi Wu Tsy. I w każdej chwili można tam przyjechać, być, grać, bardzo głośno grać…

Wyjazdy do Leśniczówki Pranie Mózgu odbywały się regularnie od wczesnej jesieni. Jeździliśmy tam z Dzidkiem, Dymasem, Kozą, Prezesem i za każdym razem było piękno, spokój, w miarę czysta woda ze strumienia w kranach, w miarę czyste powietrze, góry, las, łąki i nawet Święte Grzyby zdarzyło się kiedyś znaleźć w pobliżu.

Miejsce, gdzie wzniesiono biały, kanciasty domek ze stromym dachem, w którym mieściła się Leśniczówka, było nie tylko urocze, ale i urokliwe. Coś dziwnego unosiło się w powietrzu nad podmokłą łąką i rozlewiskami górskiego potoku. Przed laty stał tu podobno młyn wodny, który spłonął, a w młynie – jak to w młynie – powinno straszyć. I było jakoś niesamowicie pośród nocy, kiedy wiał halny, szumiał strumień i szumiały drzewa…

Biały Dom – jak nazwana została siedziba Leśniczówki – zbudowany był z betonowych prefabrykatów – sposób typowy dla budowli okresu późnego komunizmu. Jego ciasne wnętrza przypominały bardziej mieszkanie w szarym, betonowym bloku na którymś z osiedli Miasta Tramwajów Elektrycznych, niż dom wolnostojący w pięknej, górskiej okolicy. Gospodarze – Ilonka oraz Zbyszek – włożyli mnóstwo wysiłku, by zatrzeć to niezbyt dobre wrażenie i przynajmniej w pewnym stopniu im się to udało.

Najprzyjemniej było w małym saloniku z kominkiem. Z głośników płynęła muzyka, trzeszczało płonące drewno, a złocisty blask ognia rozświetlał ponurą ciemność starych, olejnych obrazów na ścianach. Było spokojnie, przytulnie i ciepło. Każda chwila spędzona w tym miłym otoczeniu była dla mnie błogosławieństwem i wyzwoleniem od wszechobecnej Milicji, Służby Bezpieczeństwa, komunizmu, lęku, szarości, miejskiego huku, smrodu, zagubienia. Z daleka od uczęszczanych dróg, wśród górskich lasów zagubienie stawało się pełne – niczym w podziemnych komorach Lochów – tylko spokój panował tu większy, aż zbyt wielki, bo w ciasnocie Białego Domu nie było już miejsca na swobodne uprawianie sztuki – zwłaszcza ekstatycznej.

Brak odpowiednich warunków dla nieskrępowanej ekstazy twórczej był istotnym mankamentem, gorsze jednak było to, że wyprawy do Leśniczówki trwały najwyżej kilka dni. Czasu starczało zaledwie na chwilę spokoju i parę spacerów. Później nieuchronnie nadchodziła pora powrotu do miasta, a wraz z nią znów wracał paraliżujący nagłym uciskiem splotu słonecznego lęk.

Podczas spacerów wokół Leśniczówki mijaliśmy nieraz położony wśród lasu, duży, pomalowany na żółto dom z drewna. Nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi – stał sobie nad strumieniem, między bukami i sosnami, samotny, oddalony o dobre trzysta metrów od Białego Domu. Był już listopad, kiedy wspomniała o nim Ilonka. I okazało się, że Żółty Dom – bo od tej pory tak był nazywany – należy do Prania Mózgu i przez większą część roku stoi pusty – jedynie w czasie wakacji oraz ferii zimowych jest wynajmowany na letniska i zimowiska. Natychmiast też wpadliśmy na pomysł, żeby w Żółtym Domu zacząć grać. Leśniczy Zbyszek podchwycił tą genialną myśl, a w ślad za tym rozpoczęły się wielkie przygotowania do wielkiego czasu sztuki. Ekstatycznej oczywiście.

Wyprawa do Żółtego Domu zapowiadała się ogromna i tak też przygotowania do niej musiały mieć siłą rzeczy ogromny zakres. Zbiorowym wysiłkiem uczestników udało się jednak wszystko szybko i sprawnie zgromadzić w suterynie Prezesa – gdzie mieściło się centrum przygotowań. Czekały gotowe do załadowania śpiwory, materace, zapasy żywności, jakieś alkohole, Święte Ziele, instrumenty muzyczne… Problem był tylko z odpowiedniej mocy sprzętem nagłaśniającym, ale w końcu i z tym poszło nadspodziewanie gładko – ekspedycją zainteresował się Zbigniew – lider i basista dekadenckiej kapeli Fin Fatal. W zamian za możliwość pobytu w Żółtym Domu Zbigniew bez oporu zgodził się wypożyczyć wzmacniacze swojego zespołu, a miały one na tamte warunki moc potężną…

W przeddzień wyjazdu w zawalonym sprzętem pokoju Prezesa odbyło się ostatnie zebranie uczestników. Wszyscy w dobrych nastrojach omawiali ostatnie szczegóły ekspedycji – co i kto pojedzie którym samochodem, a kto z braku miejsca część drogi będzie musiał pokonać koleją – tylko Eva była jakaś smutna… I ten jej smutek jakoś dziwnie działał na Kozę – wyraźnie zaczynał się czymś coraz bardziej denerwować.

– A tobie Ewcia co się stało? – w końcu zapytał.
– Nic, tylko ja chyba jutro nie będę mogła nigdzie pojechać, bo nie mam z kim zostawić dziecka.

Koza zbladł.

– No, jak to nie masz? Nie możesz nic zrobić? – zapytał z wyrzutem.
– Nie mogę. Dopiero za parę dni i wtedy zaraz do was dojadę.
– To po co ja się tak starałem z tym wyjazdem?! Po co w ogóle mam tam jechać?! – Koza wyraźnie wpadał we wściekłość.
– Koza, bądź chociaż trochę poważny – próbowała się bronić Eva.
– To ty jesteś niepoważna! Ja zawsze się starałem, żeby nie mieć dzieci i teraz nie robię nikomu problemów! – pokojem Prezesa targnął dziki ryk, po którym Koza poderwał się i wybiegł na zewnątrz trzaskając drzwiami. Pozostali przez kilka długich, ciężkich minut trwali w niemym osłupieniu.

Cała ta sytuacja z Evą i Kozą wydawała się być jakaś niezrozumiała.

„Z Ewcią tak się umówiliśmy, żeby nie mieć wobec siebie żadnych zobowiązań. To jest taki czysty układ. Najważniejsze jest, żeby nie było żadnych wzajemnych zależności” – przypomniały mi się nie tak dawne pouczenia Kozy. Później wściekał się na mnie, że jakoby jestem o nią zazdrosny.

Zazdrość?

Nie, nie byłem nigdy zazdrosny o Evę – czułem się tylko jakoś dziwnie zgorszony tym ich jakoś bezdusznie mechanicznym podejściem do czegoś, co oni nazywali miłością, a co w ich wydaniu nią na pewno nie było.

W dniu wyjazdu do Żółtego Domu sytuacja okazała się być jeszcze bardziej przekrętna. Wyszło bowiem na to, że Kozie nagle wypadło coś ważnego do załatwienia i będzie mógł pojechać dopiero za kilka dni. Tymczasem Eva… Udało jej się komuś upchać pod opiekę małego Filipka i pojechała ze mną Črveną Zastavą…

W pierwszych dniach grudnia poprzedzającego Rok Kota z krętej szosy wśród gór skręcał w las bardzo nadmiernie wyładowany samochód. To była Črvena Zastava Bertha. Pięła się mozolnie pod górę stromą, leśną drogą, minęła leżący w jej połowie mostek nad strumieniem, dalej wznosiła się ponad ukrytą w cieniu drzew przepaścią, aż w końcu oczom jej pasażerów – Evy i Bertha – ukazał się w całej krasie Biały Dom. Jeszcze tylko krótki odcinek grobli z okropnymi wertepami, a ucieczkę z zatłoczonego tramwajami miasta można było uznać za zakończoną sukcesem. Zastava wypluła z siebie całą zawartość – Evę, Bertha i prawie pół tony sprzętu, po czym zapadła na podwórzu Białego Domu w sen zimowy.

Parę dni później przyjechali swoimi autami Koza i Zbigniew z resztą sprzętu oraz ludzi. Wyjątkowo w tym roku późny śnieg spadł niebawem i szybko pokrył wszystko grubą warstwą, a jakikolwiek odwrót na czas jakiś przynajmniej uczynił niemożliwym.

Gospodarze Prania Mózgu – Zbyszek oraz Ilonka – dobrze przyjęli nowych sąsiadów i lokatorów dotąd opustoszałego Żółtego Domu.

A Żółty Dom?

Też pozwolił przytulnie rozgościć się w swych obszernych wnętrzach. Jedyny wyjątek stanowiła kuchnia kaflowa z podkową ogrzewającą bojler na ciepłą wodę – ta nigdy nie pozwoliła się w pełni okiełznać – woda w podkowie w niewyjaśniony sposób krążyła w tą tylko stronę, w którą akurat chciała i bojler ogrzewała lub nie.

W Żółtym Domu poczułem się bardzo dobrze. Byłem daleko od Miasta Tramwajów Elektrycznych oraz jego wszystkich ciemnych spraw – urzędów, służb wiadomych i niewiadomych. Wokół był las, góry, szumiał strumień… Miałem swój własny pokój – o dziwo taki sam jak przy ulicy Braci Grimm… Też był na pierwszym piętrze, miał około 2,5 na 4,5 metra i drzwi, i okno w tym samym miejscu – tylko na zewnątrz szumiał las i górski strumień zamiast drzew owocowych w miejskich ogródkach.

Był czas Adwentu – zbliżały się święta Bożego Narodzenia i jakby pomimo tego, a może właśnie dzięki temu zaczął się czas wielki. Kolejne dni przestały mieć jakiekolwiek szczególne znaczenie, bo każdy następny przerastał poprzedni. Kolejne dni przestały w ogóle wyróżniać się między sobą, bo był jeden czas wielki, poprzedzielany jedynie nieregularnymi okresami zdrowego snu.

Perkusja, perkusja, bas, bas, gitara, trąba, waltornia, vocal… Chorus, fuzz, flanger, reverb, delay i stuwatowe głośniki… Drewniana konstrukcja Żółtego Domu dobrze to zniosła, tylko gdzieś niezauważenie nadpękał czasem tynk. A w pokoju nad studiem materac ze śpiącą Amanitą skacze w rytm gitary basowej Zbigniewa o pół metra w górę.

– Uwierz w śmierć! – ryczy do mikrofonu z pogłosem Zbigniew – lider Fin Fatal. Fatalny koniec – nikt się tego nie boi. Łyk z piersiówki – koniec przecież nie może być fatalny.

A czy jakakolwiek fatalność może w ogóle być fatalna?

Berth gdzieś się właśnie odnalazł w tym zgiełku, choć chyba nie za bardzo, bo czy jest poetą?

– Somebody closed your eyes and you are dead, you are really dead! – może czasem jest tylko wokalistą rockowym, kiedy już się odnajdzie. Łyk z półlitrówki – z gwinta.
– Uwierz w śmierć! – ktoś znów się w tym odnalazł. Powoli, powoli, a odnajdą się wszyscy. I ty też Ewuniu.

Najbliższe sąsiednie zabudowanie jest oddalone o trzysta metrów i to jest zadziwiające, ale już sto metrów od Żółtego Domu nic nie słychać, a wewnątrz sadzi pełną mocą kilkaset watów. Tylko szum strumienia. Można głośno grać, można bardzo głośno grać.

– A głosy słyszy? Świętych pańskich widuji? – pytał ponoć kiedyś stary psychiatra ze Lwowa diagnozując pacjentów. Tak, głosy usłyszy, a Świętych z pewnością zobaczy. To ten poeta – Berth, który tak bardzo chciał i dostał koronę książęcą, ale nie objął jeszcze swej władzy…

Każde zadęcie przez kamerę pogłosową brzmi dobrze, ale może już pora trochę się przespać. Każdy będzie spał tak, jak mu jest sądzone: razem lub osobno, samotnie, godnie, z Bogiem lub bez Niego, albo z głową przy drzwiczkach od pieca…

Amok dnia następnego przerósł znacznie to, co wydarzyło się wcześniej.

– Czy wiecie, że amok jest anagramem słowa koma – zauważył Leśniczy Zbyszek – a to w sensie medycznym daje również zupełnie przeciwne znaczenie?

Zbyszek może coś o tym powiedzieć – kiedyś był pielęgniarzem psychiatrycznym. Wyrzucili go z kliniki za to, że samowolnie, bez wiedzy lekarzy zahipnotyzował pacjenta ze schizofrenią paranoidalną. Może dzięki temu został później leśnikiem.

Wokół Żółtego Domu wznoszą się góry, rośnie sobie las, szumi strumień, mróz trzeszczy, śnieg trzeszczy od mrozu, a wewnątrz amok wydawał się sięgać szczytu. Eva już się chyba odnalazła, wszyscy się odnaleźli. Berth już całkiem zapomniał, że jest poetą – teraz w ogóle już nie jest. Nie może mówić. Trąbi. Nie ma go. Jest tylko jakiś bliżej niesprecyzowany wokalista rockowy i trębacz. Rytm i szalony taniec. Nawet powściągliwy dotąd Koza nie odmówił sobie ryknięcia do mikrofonu z pogłosem.

Gdy już zupełnie nie można mówić, bardzo pomaga owinięcie szyi szalikiem. Trzeba go mocno zacisnąć na krtani, tak, żeby się prawie dusić. Mówić co prawda dalej nie można, ale partie wokalne wychodzą lepsze niż kiedykolwiek. Poza tym najlepsza na wszystko jest cebula. Trzeba jeść dużo surowej cebuli.

Czas grania limitowany jest jedynie wydolnością układu oddechowego i trwałością takich wyrobów jak kostki do gitar, struny i skórzany pasek od perkusyjnej centrali. Spuchnięte wargi nie mają większego znaczenia – wystarczy trochę pograć na waltorni i znów jest możliwy powrót do trąbki.

Muzyka ryczy, drze się, woła, szaleje. Tego jeszcze nie było. Każdy albo jest wielki, albo zapomniał, że w ogóle jest – wtedy zresztą może być jeszcze większy.

Sen. Koma. Razem we dwoje. Osobno samotnie. Z Bogiem lub bez Niego, ale Jego Anioł i tak z pewnością czuwa, by spanie z głową przy drzwiczkach od pieca nie groziło zaczadzeniem. Ani też żaden termowentylator nie spowodował przypadkiem pożaru.

Muzyki nie da się opisać słowami. Szczególnie wtedy, gdy się w niej w jakikolwiek sposób uczestniczy. Zawsze będzie to tylko bardzo nieudolna recenzja. Tym bardziej niemożliwa jest do opisania muzyka ekstatyczna – taka, która zawiera w sobie kawałek duszy i ciała tworzących ją muzyków. To jest coś, co nadaje się tylko do przeżywania.

Berth coś marudził o swoich opuchniętych strunach głosowych.

– Jesteś hipochondrykiem – wychrypiał na to z wielkim trudem Zbigniew.
– To chodźmy poamokować odpowiedział na to równie zachrypnięty głos i obaj zniknęli za drzwiami studia muzycznego.

Czy ktoś z nich był największy?

To pytanie nie ma sensu, bo gwiazda wokalna – Eva jest wielka, bo gitarzysta Karaś jest wielki, bo Młody mu zaraz dorówna w tej sztuce, bo Koza jest wielki, bo znów Młody, Kąkol, Wacek i Zbigniew są wielkimi bębniarzami – chociaż każdy gra inaczej. I nawet cicha, zawsze schowana gdzieś na uboczu Amanita stać się ma wielkim objawieniem.

I co z tego?

Ta wielkość naprawdę nie ma większego znaczenia, bo stać się mogą za chwilę rzeczy o wiele większe. Choćby ta kaszka manna z mózgu, która sprawia, że w każdej minucie sypie się sens całej, mozolnie budowanej opowieści.

Komandorze Scobee! Jeśli pan i pańska załoga usłyszeliście te słowa:

– Time T plus 72 seconds – i te kotły, i talerze, i gitarę z chorusem niczym dzwon brzmiącą, to… to dla Was…

A później ktoś wziął farby fluoroscencyjne i pomalował nimi cały Wszechświat.

Berth oddawał się właśnie wyjątkowo głębokiej medytacji w studio muzycznym. Jego ciało spoczywało bezładnie porzucone na nadmuchiwanym materacu z gumy. W studio zalegała cisza, ale jednocześnie całe pomieszczenie wypełnione było przestrzenią. Cisza nie tyle zalegała, co raczej panowała – przestrzenna i wielowymiarowa. Cisza, która poprzedza. Cisza zawsze musi coś poprzedzać – choćby hałas. Hałas w żadnym wypadku nie wydawał się być stanem pożądanym, ale na szczęście jakikolwiek byt został mu odebrany przez niespodziewane wejście Evy.

Jej postać na tle półmroku studyjnego oświetlenia wyraźnie emanowała jakąś tajemniczą poświatą. Eva śmiała się, tańczyła i z coraz bardziej szaloną rozkoszą bawiła się tysiącem innych rzeczy. Widok zwłok Bertha na materacu wprowadził ją w chwilowe zdumienie, które niemal natychmiast obróciło się w stan totalnego rozbawienia. Zwiewnie podpłynęła do materaca, nachyliła się nad ciałem i zaczęła go delikatnie dotykać, tak, jakby chciała sprawdzić, czy nie ma do czynienia z halucynacją. Tymczasem właściciel zwłok cały czas w nich przebywał, choć od jakiegoś czasu już go w nich nie było, ponieważ nikomu nie wolno dotykać chwilowo opuszczonych ciał.

Berth spojrzał na Evę. Nachylała się nad nim, czuł jej dotyk, ale – i to było zupełnie bez sensu – była gdzieś w nieskończoności. Jej ręka sięgała go stamtąd. Bezsens urósł do takich rozmiarów, że jedynym wyjściem pozostał śmiech.

Śmiali się oboje, a za oknem stał Księżyc w pełni i wysyłał na nich swój blask tajemniczy, co przenika umysł, ciało i ducha…

…o popatrz
jak blisko są gwiazdy
a jak ty jesteś daleko
twoja ręka sięga
nieskończoności

o popatrz
jak za oknami
czają się zjawy
z zielonymi
schizooczami

i na ekranie
w schizowizorze
coś tam się mieni
w zielonym
schizokolorze…

Śmiali się oboje. I były rzeczy jeszcze śmieszniejsze – choćby twarz Evy. Śmiertelnie biała – brakowało tylko plam opadowych, okolona aureolą lśniących niewiarygodnym blaskiem, kasztanowych włosów. Jej oczy – chociaż zdawałoby się, że brązowe – wysyłały upiornie zielone, mrożące promienie…

…zielenią się twoje oczy
błękitem
opalizuje twoja twarz…

Przy tym wszystkim cała twarz i oczy śmiały się, i dusza, i cała Eva śmiała się tak czysto oraz absurdalnie, że razem nie miało to najmniejszego sensu i było absurdalną piramidką śmiechu. Oboje bez chwili zastanowienia schowali się w jej wnętrzu, a geometria tego absurdosłupa natychmiast rozpoczęła właściwe piramidkom działanie.

I co stało się dalej? Jakie były efekty działania absurdalnej piramidki?

Efektów nie było żadnych, bo wnet stało się coś przerażającego. Jakiś potworny wstrząs rozwalił jedną ze ścian piramidki i do jej wnętrza wlał się rozdzierający ludzkie ciała łomot. Potężne wibracje zaczęły wstrząsać pozostałymi ścianami, aż cała budowla popękała i rozpadła się w nicość.

Wehikuł eksplodował w czasie T + 72 sekundy. Wehikuł nie jest Bogiem i jego eksplozja nie jest eschatologiczną klęską. Wehikuł był bezczelny, zuchwały i pyszny, bo ośmielał się rzucać wyzwanie. Rozpadł się, ale nie martwmy się o nikogo, bo nie może stać się nic złego Dzieciom Bożym.

W miejscu przytulnych ścian absurdalnej piramidki ujawniła się dudniąca tupotem buciorów, hucząca ciosami pałek szturmowych, półmroczna głębia. Krzyki. ZOMO wtargnęło do wnętrza budynku. Biegali jak opętani po długich, akustycznych korytarzach. Jakaś postać pochyla się nad Berthem. Zomowski mundur – zaraz niechybnie spadnie cios. Ciało skurczyło się w niemym oczekiwaniu bólu.

Zaraz, ale zomowiec ma twarz Evy!

Nie, to tylko Eva – ona ma kurtkę podobną do zomowskiej.

Zaraz, ale skąd się wzięła Eva na strajku?

Nie, to tylko bardzo mało istotne pytanie – Eva ma grymas na twarzy – zaraz ją uderzą. Nie!!!

Nie, Eva dalej się śmieje.

To nie jest główny budynek Politechniki, nie ma strajku, zomowców i pacyfikacji. To tylko przyszedł Zbigniew, Karaś, Kąkol i Leśniczy. Nie ma dudniących, bitych i krzyczących przerażeniem korytarzy – to tylko studio muzyczne, mikrofony z pogłosem, pijackie wrzaski tych, którzy weszli i śmiech mrożących zielonymi promieniami, brązowych oczu Evy. Efekt nagłego rozpadu absurdalnej piramidki – absurd piramidalny i przerażający trochę czasem rozpłynął się w opalizującej mgle. Pozostał tylko śmiech.

Berth odpłynął w stronę kuchni.

Zbigniew i Leśniczy przyprowadzili jakąś dziewczynę z gitarą. Siadła na materacu, na którym poprzednio Berth zaistniał w samadhi. Wzięła do ręki mikrofon, a inni swoje instrumenty. Impreza rock’n’rollowa. Totalna impreza rock’n’rollowa.

Ktoś kopniakiem zatrzasnął białe drzwi z płyt pilśniowych pomiędzy studiem a kuchnią. W kuchni natężenie dźwięku nieco opadło i subiektywna sytuacja wydawała się być opanowana. Wszystko tańczyło w nieco wolniejszym rytmie. Eva śmiała się już teraz jakby spokojniej. Zmiany układów współrzędnych, w jakich rozgrywały się wydarzenia, również przestały być zbyt dramatyczne – chociażby nagłe stwierdzenie faktu, iż tocząca się impreza obejmuje swym zasięgiem wszystko w promieniu kilkuset kilometrów (!), nie było przyczyną najmniejszego lęku. Po prostu wszechogarniająca Prawda dawała poczucie wielkiej mocy, a moc owa gwarantowała pełne bezpieczeństwo.

Prawda, moc i bezpieczeństwo były najprawdopodobniejszymi przyczynami gwałtownych zmian obrotów Evy. Po okresie spowolnienia zaczynała znów wirować z ogromną szybkością. Mieniła się przy tym wszelkimi odcieniami kolorów – taki żywy kalejdoskop. Jej mrożące zielenią, brązowe oczy miotały na wszystkie strony wysokoenergetycznym promieniowaniem śmiechu. Jej kolory zmieniały się tak szybko, że trudno było się w czymkolwiek połapać. Przez moment pozwalała wejrzeć w swoją przyszłość, by zaraz znów zapłonąć jakąś nową, potężną emocją. Szaleństwo.

…zielenią się twoje oczy
błękitem
opalizuje twoja twarz
czy tak będziesz wyglądała
kiedy będziesz miała
siedemdziesiąt lat…

Drzwi do studia co chwilę otwierały się i za każdym razem ktoś wchodził lub wychodził. Karuzela postaci. Za drzwiami uparcie grano, a nieznajoma kobieta z gitarą nie odrywała się od mikrofonu.

– Patrzcie, na obcym terenie… – z podziwem skomentował jej zapał Zbigniew w czasie krótkiej wizyty w kuchni. Nie przerwał przy tym ani na moment gry na basie, którego długi kabel dawał mu sporą swobodę ruchu.

Tymczasem Karaś i Kąkol już jakiś czas temu rozpoczęli swój wielki benefis. Jeden drugiemu – jeden trąbą, drugi waltornią – usiłowali trąbić sobie do uszu. Jeden za drugim ganiali po całej kuchni, po całym domu. Potem wpadali na siebie, walili się jak kłody na podłogę i to w miejscu, gdzie stało akurat mnóstwo różnych przedmiotów. Karaś podnosił się, wskakiwał na rozżarzoną płytę kuchni, wywijał na niej kilka podskoków i spadał z góry na Kąkola. Za chwilę obaj lądowali na zastawionym naczyniami stole. Każda ich ewolucja nieuchronnie musiała powodować oparzenia, złamania kości i wstrząsy mózgów. Nie powodowała. Każdemu kolejnemu skokowi powinien towarzyszyć brzęk tłuczonych naczyń, trzask łamanych sprzętów i druzgotanych co delikatniejszych przedmiotów. Nie towarzyszył.

To jest sztuka – z całej siły rzucić pięciokilowym młotem w szybę… i jej nie stłuc… Pełna kontrola sytuacji w ogóle niemożliwej do opanowania.

W pełni tego teatrum do kuchni wpadł Leśniczy i ogłosił coś strasznego:

– Jestem w szale opilczym i muszę zaraz coś zrobić, albo… powypierdalam wszystkie szyby… albo spalę ten dom!

To brzmiało poważnie. Przez porażony nagłym strachem mózg Bertha zdołała jeszcze przemknąć ostatnia złota myśl.

– Zbyszku, może połam to krzesło – powiedział z przekonaniem i wskazał na solidnie wyglądający mebel ze stalowych rurek. Leśniczy przez moment jakby się zawahał, po czym chwycił oburącz krzesło i zaczął z całej siły walić nim o podłogę, giąć, deptać… Walka trwała parę minut, ale mimo rosłej postury i siły drwala Leśnik w końcu ją przegrał – krzesło było wprawdzie fantastycznie powyginane, jednak wciąż stanowiło jednolitą całość. Klęska. Biedny Zbyszek nie był już w stanie tego znieść. Był wściekły, bo pokonany. Wzbierała w nim straszliwa energia…

Po długiej, zapowiadającej najgorsze chwili eksplodował z siłą małej głowicy jądrowej. Znów rzucił się na krzesło, podniósł je, wziął wielki zamach, wydał z siebie potężny ryk… i cisnął!

Krzesło przeleciało w powietrzu przez całą kuchnię i z hukiem wbiło się wszystkimi czterema nogami w białe drzwi od studia muzycznego. Stalowe rurki, które jeszcze niedawno były nogami, ukazały się po drugiej stronie.

W studio nikt niczego nie zauważył – niewzruszenie dalej grali, a nieznajoma kobieta z gitarą – chociaż na obcym sobie terenie – amokalnie oddawała się sztuce wydawania dźwięków.

Tymczasem Leśniczy wreszcie zaczął wyglądać na w miarę usatysfakcjonowanego i jego szał przeszedł w błogie osłupienie. Tylko krzesło już nie było krzesłem, albowiem stało się nie budzącą żadnych wątpliwości rzeźbą. Wielką rzeźbą.

Epizod z rzeźbą w niczym nie zakłócił benefisu Karasia i Kąkola – przedstawienie rozgrywało się dalej. Więcej, zyskała tylko na tym nieco już podupadająca inwencja artystów i wszystko mogło trwać dalszych parę godzin bez większego ryzyka niespodziewanej katastrofy. W końcu jednak jej czas nieubłaganie musiał nadejść.

W pewnym momencie do gonitwy Karasia i Kąkola włączył się Zbigniew, któremu najwyraźniej już znudziła się gra na gitarze basowej. Ktoś komuś znów usiłował trąbić waltornią do ucha, ktoś uciekał, ktoś kogoś popychał, a ktoś gonił. W ogólnym zamieszaniu akcja przeniosła się z kuchni na schody, a następnie na piętro. Dobiegał stamtąd coraz głośniejszy rumor i wrzaski. Nagle do tych najzupełniej w owym czasie normalnych dźwięków dołączył się nowy – tajemniczy i niepokojący. Coś jakby syk pękniętej rury wodociągowej. Dźwięk ów wyraźnie miał swoje źródło na piętrze Żółtego Domu i był tym bardziej zastanawiający, że na górze nie było żadnej instalacji wodnej. Na domiar złego tajemniczemu syczeniu zaczęły towarzyszyć coraz bardziej przeraźliwe krzyki. I były one całkiem inne od dotychczasowych – wyraźnie wyczuwalny stał się autentyczny strach krzyczących… To dział się kataklizm.

Zaniepokojony groźnymi dźwiękami Berth wyszedł z kuchni na korytarz. Widok, jaki ukazał się jego oczom, był dziwny – schodami spływała rzeka biało-żółtej, śmierdzącej rzygowinami piany. Wszystko było w pianie – i ściany, i sufit… Nim Berth zdołał wspiąć się na górę, syk ucichł, a wrzaski zastąpiło żałosne zawodzenie. Na piętrze, przed otwartymi drzwiami pokoju Amanity i Młodego poruszały się niemrawo jakieś dwa jęczące, pianowe bałwany. Też śmierdziały rzygowinami. W pokoju było podobnie – w powietrzu unosił się smród, a pozostawione tam rzeczy – śpiwory, plecaki, odzież, jakieś książki, elektryczny termowentylator – pływały w grubej warstwie biało-żółtej piany. Całość zakrawała na grubą halucynację.

Niestety, to nie były żadne halucynacje – pianowe bałwany okazały się być Zbigniewem oraz Karasiem, a leżąca na środku pobojowiska, bezpośrednia przyczyna kataklizmu odebrała ostatnią nadzieję. Gaśnica pianowa.

Gaśnicę uruchomił Karaś, żeby postraszyć Zbigniewa. Nieszczęśnik nie wiedział, że tego paskudztwa już żadną siłą nie da się zatrzymać – aż do wyczerpania całego ładunku środków pianotwórczych. Po oblaniu Zbigniewa w przerażeniu rzucił sikającą gaśnicę na podłogę. Zbigniew nie chciał być dłużny – podniósł ją i wymierzył w Karasia. Ten z kolei w panice uciekł do pokoju Amanity i Młodego. Zbigniew z ciągle czynną gaśnicą wpadł tam za nim…

Tak oto doszło do kataklizmu, który był przejawem wyczerpania się inwencji twórczej oraz zmęczenia całonocną, totalną imprezą.

W studio muzycznym również doszło do wyczerpania się zasobów inwencji twórczej. Niestrudzona nieznajoma odłożyła mikrofon i spakowała swoją gitarę.

– Panie Leśniczy, Gajowa już jest zmęczona – powiedziała na koniec do Zbyszka, po czym odeszła w mroźny, śnieżny poranek. Mieszkała w hotelu pracowników leśnych, była faktycznie gajową, a Leśnik Zbyszek jej szefem…

Totalna impreza rock’n’rollowa dobiegła końca, a nadchodzący czas snu poprzedzony został czasem sprzątania, prania i zmywania biało-żółtej, wżerającej się we wszystko substancji pozostałej po pianie z gaśnicy.

Karaś i Zbigniew obmyli się jakoś ze żrącej piany, po czym zaraz padli nieprzytomni. Sprzątanie pobojowiska spadło na innych.

Najbardziej ucierpiała Amanita. Zalany pianą był jej pokój, materac, śpiwór, obuwie, odzież… Wyglądała na zrozpaczoną, bo wszystko wskazywało, że większości ubrań nie da się już uratować – substancja gaśnicza weszła w reakcje z włóknami tkanin, porobiły się plamy, odbarwienia, a nawet dziury. Dla dopełnienia obrazu klęski od paru dni była przeziębiona i miała chyba gorączkę. Nie pamiętałem, by kiedykolwiek Amanita wywoływała u mnie wrażenie szczególnego piękna, ale oglądanie jej w takim stanie było wręcz przykre.

W czasie, gdy Amanita wciąż biegała z wiadrami, szmatami, odzieżą pomiędzy pokojem na piętrze a łazienką na parterze, jadłem w kuchni śniadanio-kolację. Posiłek przerwał mi nagły rumor. Coś głośno przewróciło się na piętrze, a następnie z jeszcze większym hałasem stoczyło się po schodach na parter i ciężko uderzyło w drzwi kuchni. Podniosłem się zza stołu i poszedłem zobaczyć, co znów się stało.

Tym razem widok był tyleż przykry, co nieapetyczny. Na progu kuchni leżało jakieś wiadro, chyba jeszcze miednica oraz potłuczona, mokra, zasmarkana, kaszląca i zapłakana Amanita. Już nie była zrozpaczona – z jej oczu płynęły łzy bezsilnej wściekłości, a przez zaciśnięte zęby cedziła jakieś przekleństwa.

– Czy nic sobie, nie daj Boże, nie złamałaś? – zapytałem osłupiały.
– Nie – odpowiedziała i z powrotem wróciła do mamrotania przekleństw. Nie wiedziałem, co dalej począć, ale na szczęście zaraz zjawił się Młody i niezwłocznie podjął próby uspokojenia Amanity.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Żółty Dom na krótko opustoszał, bowiem wszystkim jego lokatorom wypadało spędzić Wigilię w swoich własnych domach w Mieście Tramwajów Elektrycznych. Ale ten krótki pobyt w mieście nie upłynął jednak niezauważenie, a wprost przeciwnie – był zapowiedzią tego, co dziać się miało później.

Reklamy


Dodaj komentarz

Z kolei. Kolaps

Wojtek Gorczyński Kolejář

frag. jeszcze nie złożonej książki „Tramwaj na wyspę umarłych 2”

Wraz z nastaniem jesiennych chłodów dramatycznie pogorszyła się sytuacja w salonie Danki na Clausewitza. Renatka nie miała prawie w ogóle koksu na zimę i jak mogła, tak unikała palenia w kotle do centralnego. W jej salonie od ulicy dało się jeszcze jakoś wytrzymać. W salonie Danki, niestety, już nie. Ani ona, ani Pomocnik nie wiedzieli, co robić. Wtedy Berth wpadł na pomysł, że w salonie można postawić nawet całkiem spory namiot. Po wakacjach został mu jeszcze czteroosobowy – pożyczony od Lilki. Mieścił się idealnie. Berth i Pomocnik przybili wszystkie niezbędne odciągi gwoździami do podłogi, co w efekcie dało konstrukcję znacznie stabilniejszą, niż mocowana do ziemi za pomocą śledzi. Namiot był z tropikiem i bez problemu utrzymywała się w nim całkiem znośna temperatura.

Pewnego jesiennego dnia, kiedy namiot już stał, a Danki akurat nie było, Pomocnik i Berth przeżyli mistyczny dramat.

Święte Grzyby rzeczywiście wydawały się być wielkie i potężne. Ten duch obiecywał Mądrość. I oczywiście piękno, którego tak bardzo na każdym kroku brakowało.

Mądrość można odkryć tylko w sobie.

Wpadliśmy z Pomocnikiem na pomysł, że dobrze będzie, jak tajemniczy duch znów nam pokaże trochę piękna i może wskaże przy tym trochę mądrości. Umówiliśmy się na piątkowy wieczór na Clausewitza. Czas był odpowiedni, bo zapowiedział się też Prototyp, który właśnie wrócił z gór, gdzie podobno znalazł mnóstwo Świętych Grzybów. Później zamierzaliśmy udać się na mistyczny spacer wokół Wyspy. Na zakończenie miała być herbata u Kozy.

Magdalena Walulik - Wzięcie

Magdalena Walulik – Wzięcie

Prototyp przyniósł trzy jogurty owocowe. Nasypał do nich brązowego proszku i wymieszał.

– Są wysuszone i pokruszone – wyjaśnił. Słodki jogurt o smaku grzybowym nie był najlepszy.

Już po kwadransie wszystko zaczęło się robić absurdalnie śmieszne, a pod podłogą pojawiły się jakieś tajemnicze, świetliste linie. W ścianach też były znaki. W ubikacji były na ścianach – Berth, kiedy tam wszedł, zauważył ze zdziwieniem rzędy hieroglifów na wysokości lamperii.

Przyszła Lilka. Była w skórzanej kurtce motocyklowej, krążyła po salonie i cała szeleściła, trzeszczała, szumiała tą skórą.

Lilka jest przekomiczna. Berth i Pomocnik śmieją się.

– Co się tak głupio śmiejecie? – pyta się Lilka.
– Bo tak śmiesznie trzeszczysz… – Berth ze śmiechu aż płacze.
– Sam jesteś śmieszny! – Lilka nic nie rozumie i wychodzi z salonu absurdalnie urażona. A Pomocnik przypomina, że czas już chyba wyruszyć na spacer na Wyspę.

Na dworze zapanował straszliwy ziąb. Berth, Pomocnik i Prototyp z trudem przebili się podwórkami z Clausewitza na Plac św. Maurycego. Lodowaty, wschodni wiatr wiał im prosto w twarze.

– Jak jest zimno, to trzeba biegać!!! – zaryczał Prototyp i dzikim galopem znikł w ciemności. Berth i Pomocnik zostali na środku Placu. Wschodni wiatr nie pozwalał im na żaden ruch w stronę Wyspy. Pozostał odwrót na Clausewitza.

Zimno, mróz, wiatr, obskurne kamienice, wykrzywione, sine twarze przechodniów… Korowód upiorów… Panika… Ucieczka… Wreszcie brama i znów lokal na Clausewitza – zimny, ale przynajmniej chroniący przed wiatrem.

W salonie Danki wszystko się poodkształcało. Salon stał się Wszechświatem, a Wszechświat salonem. Salon transgalaktyczny. Rozpada się.

– Idę zalec do namiotu – mówi Pomocnik. Berth poszedł do kuchni. Też się rozpadała. Usiadł na krześle i zaległ na stole. Też się rozpadał.

Raishi - Grzybki halucynki po wybuchu bomby

Raishi – Grzybki halucynki po wybuchu bomby

Wszystko się rozpadło. Plazma. Szara, galaretowata masa. Bezkształt. To jest Diabeł. Szara galareta się rozpościera, wszystko oblepia, pokrywa. Snuje się, rozpełza. Są w niej drzewa. Bezmiar, szarych drzew, tajga. I jakieś zabudowania w równych rzędach, baraki, łagier. Tajga. Szara, galaretowata masa. Tajga. Silosy, rakiety, głowice jądrowe. Tajga, łagier, szara, galaretowata masa. Dokąd? Dość!

Przyszedł wirujący krąg. Wciąga bladym, trupim światłem. Wsysa. Wszystko się kręci. Robi się bardzo niedobrze. Diabeł! Od szalonych obrotów zbiera się na wymioty. Nie ma ciała – nie można nawet się wyrzygać. Krąg wiruje i błyskają w nim twarze. Adolf, twarze, twarze, Soso Dżugaszwili, twarze, twarze w upiornym uśmiechu, Lenin, twarze w trupim blasku, Feliks, twarze, Beria, Bierut, twarze – całe Gestapo, Urząd Bezpieczeństwa, NKWD i prokurator Wyszyńskij.

– Wyjdź stąd! Popatrz, tam leży porzucone ciało, możesz wrócić.

Ciało zalegające na stole wygląda żałośnie i śmiesznie z wysokości sufitu. Sterta brudnych naczyń w zlewie jest absurdalna – już lepszy byłby Księżyc i gwiazdy…

– Już nadszedł czas! Wracaj!

Bertha nie ma, bo się rozpadł, ale wie, że to jest ciało Pomocnika. To śmieszne, ale chyba nie powinien tu być – taka głupia pomyłka. Trzeba będzie coś odkręcić… Nie, nic nie trzeba – to tylko Pomocnik był podobnie ubrany, a ciało jest właściwe i w porządku.

Berth wchodzi do salonu. Siada w fotelu. Wszędzie unosi się opalizujący dym. Słychać łomot i straszliwe krzyki. Dymu jest coraz więcej. To chyba pali się kamienica i trzeba uciekać… Nie, nic nie trzeba – to tylko było tak strasznie zimno, że aż Renatka zdecydowała się rozpalić w centralnym, ale coś jej nie wychodzi i dym leci do wnętrza lokalu. Tylko łomot i krzyki są realne – to ZOMO włamuje się do meliny pijackiej w lokalu za ścianą… Wszystko jest w porządku. Spokój. Z namiotu wyszedł Pomocnik.

– Pomocniku, wyszedłem z ciała i widziałem Diabła…
– Ja też… To był…
– Tak, wiem…

Popatrzyli się na siebie i pokiwali głowami w niemym zrozumieniu. On się musi rozpaść – Związek Sowiecki…

Niedługo po tym dramacie mistycznym poszliśmy z towarzystwem z Clausewitza na projekcję filmu w DKF-ie. Wyświetlano Lokatora Polańskiego. Akcja toczyła się w starej kamienicy. Klimaty trochę jak z Clausewitza. Oniemiałem, kiedy zobaczyłem scenę z hieroglifami na ścianie w ubikacji. Inni też widzieli to wszystko?

– Pięknie to chyba nie było, ale czy ten tajemniczy duch Świętych Grzybów wskazał ci Mądrość?
– Tak.
– Ale przecież mogłeś znaleźć ją tylko w sobie.
– Była we mnie. Dowiedziałem się tylko z całą pewnością, że ona tam jest i co nią jest.
– Że Związek Sowiecki to Diabeł?
– Tak. I że musi się rozpaść w dymie i smrodzie palonej siarki. I jeszcze to, że stamtąd bierze się zimno.
– Komunizm to zimno uczuć?
– Nie tylko – to też po prostu zimno fizyczne – mróz, lodowaty wiatr ze wschodu…
– Od takich diabelskich objawień można chyba zwariować?
– Można i niektórym to się nawet zdarzyło, ale nie sądzę, żeby coś specjalnie złego mogło się stać mi albo Pomocnikowi, bo jednak umieliśmy znaleźć w sobie i uwierzyć do końca w jakąś Mądrość.
– Wcześniej nie wierzyliście?
– To, że Związek Sowiecki jest reżymem zbrodniczym i do niczego, było zawsze prawdą oczywistą, ale dopiero dzięki tej podróży w zaświaty stała się ona prawdziwą, życiową Mądrością przez duże M i drogowskazem. Już wcześniej śniło mi się, że ścigają mnie czarne limuzyny i ktoś z nich do mnie strzela… Święte Grzyby wywołały kolaps. Wszystko zapadło się w siebie. Zaraz potem napisałem kolejne wariackie opowiadanko w klimacie kolejowym – nazywało się Kolaps i było połączeniem wszystkich tych doświadczeń – sennych oraz grzybowych – w jedno. Teraz myślę, że to może nie była najgenialniejsza literatura, ale wtedy wszystkim, którzy to czytali, bardzo się podobało.

Sky 23 - Magical Mushrooms I

Sky 23 – Magical Mushrooms I

KOLAPS

Pomocnikowi
dla otuchy w trudach życia
i wspomnienia wielkiej wyprawy

Towarzyszom z Kremla
jako memento

Siedzę w miękkim fotelu elektrowozu. Przebijamy się przez ciemność nocy. Połykamy pod siebie kolejne setki metrów panoramicznie oświetlonego szlaku. Nad nami wije się zygzakiem podwójny przewód sieci trakcyjnej. Zielono opalizująca tarcza szybkościomierza i wskazówka na 120 km/h, tuż przed czerwoną kreską. Gładko prześlizgujemy się przez łagodne łuki. Zielone, zielone, zielone, mijamy kolejne białe słupy semaforów blokady samoczynnej. Świt powitam w swoim pokoju z widokiem na ogród przy ul. Braci Grimm. Pomocnik siedzi zamyślony. Kładziemy się w prawym, wyprofilowanym łuku. Po obu stronach ciemne ściany lasu. Szeroki, zakręcający korytarz, ujawniający w szybkim tempie swój ciąg dalszy. Zza ściany lasu wyskakują nagle dwa czerwone światła. Chwila wahania. Nie, to chyba nie…

– Pomocnik! Spierdalaj!!!

Zrywam klapę Ackermanna, pantograf w dół, otwieram drzwi korytarza maszynowni, opieram się o ścianę. Czekam. Pomocnik chyba też.

Kakofonia dźwięków. Rozpadam się na atomy. Gdzie właściwie jestem? Kim jestem? Ogarniam świadomością cały Wszechświat. Rozsypałem się po Wszechświecie. Prawda absolutna? Gdzie jest Prawda i co jest Prawdą? Wielkie Co. Kręcę się w kółko. Trzeba z tego wyjść. Tylko jak? Muszę się czegoś chwycić. Nic nie pamiętam, przenikam się nawzajem ze Wszechświatem. Cudowne. Tak, jasne, stąd nie ma wyjścia. Tylko przestać się kręcić. Wychodzę z jednego punktu i po zrobieniu tysięcznej pętli wracam do tego samego. Gdzie jest Prawda? Ona jest tuż, niedaleko, tylko nie mogę się do niej przebić. Prawda – tylko ona jest ważna. Nie można, ale i nie ma po co i dokąd wracać. Spoglądam wkoło. Sprężarka jest ze wszystkich stron, raz z prawej, raz z lewej, raz przede mną. Chyba się urwała i mnie przygniotła. Wyciągam rękę. Niesamowite, ręka jest dalej niż sprężarka. Co to jest sprężarka? Nie wiem, ale to jest po prostu sprężarka w elektrowozie. Abstrakt, zresztą to i tak nie ma żadnego znaczenia. Kim jestem? Patrzę na swoje ciało. Jestem Pomocnikiem. To pewne, ale kto to jest Pomocnik? Jest zresztą rzeczą problematyczną, czy to ciało jest moje, ale ja jednak w tym jestem. Nogi są wklęsłe. Tak, krzywizna kolan się zapadła. Poza tym, co to jest „ja”? Ja – Wszechświat. Zaprzeczenie jest istotą Szatana. Szatan to wielkie NIE. I jego pomiot – to on, czuję go. Car Mikołaj II. Stalin. Związek Sowiecki. Jaruzelski. Lenin. Wielka Tajemnica – odgradza ją ode mnie pomiot Szatana. Związek Sowiecki? Co to jest Związek Sowiecki? To jest coś, co się rozciąga, rozpościera. To coś jest niematerialne. To jest i tego nie ma zarazem. Przestrzeń staje się wklęsła. Rozpadają się atomy Wszechświata i mojej świadomości, która nim jest i którą on jest. KOLAPS. Tak, to nastąpił kolaps. Fascynujące. Nie ma czasu, przestał istnieć. Wszystko, cała czasoprzestrzeń zapadła się w siebie.

Siedzę na krześle. Z sufitu zwisa żarówka na drucie, dająca jasne światło z zieloną aureolą. Spoglądam na sprężarkę. Stoi na miejscu… kredens z kupą brudnych naczyń. Na stole nieład. Kuchnia gazowa, brudny zlew. Wiem, że on jest za ścianą, w sąsiednim mieszkaniu. Przynajmniej jeszcze chwilę temu tam był. Wiem też, że stało się coś strasznego. Może nie tyle strasznego, ile wielkiego. Coś na wymiar gargatuiczny. Wchodzę do pokoju. Pomocnik siedzi przy stole z głową wspartą na rękach. Muszę mu powiedzieć, że to się stało, ale nie umiem zwerbalizować tego, co czuję, co jest i ma wymiar materialny. W końcu odzywam się:

– Stalin – powiedziało mi się to samo.
– Kolaps – odpowiada Pomocnik. Spoglądam na podłogę: mnóstwo różnych znaków. Nie wiem, co one znaczą, ale wiem, że to coś ważnego. Trzeba stąd wyjść.
– Pomocniku, czy on jest za ścianą?
– Nie, chyba się rozpadł.
– Jak się rozpadł, to idę zobaczyć, co jest na zewnątrz.
– Powodzenia.

Wychodzę chyłkiem przez przedpokój pełen opalizującego dymu.

Jestem na szutrowej drodze oświetlonej latarniami rtęciowymi z niebieskimi aureolami. Światło fluoroscencyjne daje niebieską aurę, a żarowe zieloną. Po jednej stronie drogi osiedle szaro otynkowanych bloków w stylu lat trzydziestych. Na tynkach i wokół okien znaki jak na podłodze w pokoju. Asfaltowe uliczki osiedla oświetlone latarniami żarowymi – zielone otoczki. W niektórych oknach mdłe, żółte światło. Po drugiej stronie drogi bagna wypełnione kumkaniem żab. Za bagnami łuna wielkiego miasta. Jakieś dźwigi portowe, zakłady. To wielka aglomeracja. Wydaje z siebie dźwięk, jaki zwykle wydają duże, portowo-przemysłowe miasta w porze nocnej. Wiem, że mogą mnie zastrzelić. Muszę uciekać, tylko gdzie? Do osiedla nie pójdę, bo tam mnie prędzej czy później znajdą. Muszę biec szutrową drogą i to szybko – oni mnie ścigają samochodem, dużą, czarną limuzyną. Prędzej, prędzej. Oglądam się za siebie: nie ma ich jeszcze. Brak tchu. Muszę tam zdążyć zanim się zjawią i zaczną strzelać. Już niedaleko. Znów się oglądam: wielkie, zielone oczy. To reflektory ich limuzyny. Zaraz strzelą. Jeszcze parę metrów do kładki nad mokradłem dzielącym szutrową drogę od drewnianej furtki – tam nic mi nie grozi. Wbiegam na kładkę, ktoś otwiera furtkę. Za furtką ciepło oświetlony, zielony ogródek i przytulny domek. Zdążyłem! Teraz nic mi już nie zrobią i też się rozpadną.

Ktoś rzuca mi się w objęcia. W ustach czuję jej smak, jej włosy oplatają się wokół mojej szyi. Czuję jej delikatne ciało, przytulamy się do siebie.

– Tak bardzo bałam się o ciebie – mówi do mnie słodkim głosem.
– Wiesz, on był za ścianą, nastąpił kolaps i chyba się rozpadł.
– Tak, wiem. Mówili już w radiu. Rozpadł się Związek Sowiecki i… poza tym… kocham cię!
Ze szczęścia nie wiem, co odpowiedzieć. Przypomina mi się Pomocnik.
– A gdzie Pomocnik? – pytam się z niepokojem.
– Siedzą z Danką w pokoju i ona nic a nic nie może zrozumieć, jak to się stało.
– A reszta?
– Są wszyscy. Czekamy na ciebie.


Dodaj komentarz

Z kolei. Operacja Ksenia

Wojtek Gorczyński Kolejář

Od autora: Niniejsze opowiadanie powstało na motywach autentycznej operacji przeprowadzonej w roku 2001 przez ówczesny Wydział Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa (obecnie Agencja Wywiadu), w której miałem zaszczyt uczestniczyć. W związku z tym wszystkie fakty i osoby są całkowicie zmyślone.

pomnik

Ksenia to wysoka, szczupła, wręcz trochę wychudzona z pewnych przyczyn niedojedzeniem, długowłosa i długonoga blondynka. Taka klasycznie zwiewna, ulotna i na swój wiedźmowsko-tajemny sposób emocjonalna. Mogłaby może na pierwszy rzut oka uchodzić za super modelkę, gdyby nie ten trochę ciekawy, piękny, może zbyt piękny strój, wyraźnie niemarkowy, wyraźnie daleki od supermarketów, chociaż wyprzedzający w czymś najnowsze trendy mody. Czasem wytarte dżinsy i wełniany, szary sweter z golfem, czasem czerwona suknia kontrastująca z rozwianymi blond-włosami, czasem stare trampki, a czasem buty niejasnego, pewnie chińskiego pochodzenia, o fasonie modnym tu dopiero za pół roku. Ksenia niebieskooka, trochę niedowidząca lub porażająco spostrzegawcza w srebrno-metalowych okularach może już niezbyt modnego modelu. Ksenia licząca dwadzieścia i troszkę lat, studentka Instytutu Fizyki ze specjalnością radiologii w pewnym dużym, paromilionowym mieście.

Pewnego wrześniowego wieczoru zadzwoniła do mnie Agnieszka. Dotąd nie miała w zwyczaju tego robić. Wpadała czasem na imprezy w towarzystwie znajomych, ale nagły telefon mógł oznaczać tylko to, że czegoś nagle ode mnie potrzebuje – ona sama, czy ktoś inny?

– Wiesz, mam do ciebie pewną dość pilną sprawę… – zaczęła z wahaniem.

Agnieszka to podróżniczka. W każdym sensie. Odjechana podróżniczka. Grywa na saksofonie. Spotykaliśmy się czasem na jam-sessions.

– No, mów, o co chodzi – chciałem wszystko szybko wyjaśnić.

Spodziewałem się, że pewnie potrzebuje jakiejś pomocy w problemach z komputerem, o co najczęściej zwracają się do mnie znajomi.

– Pojechałbyś ze mną na wycieczkę? – propozycja była zupełnie zaskakująca.
– Kiedy i dokąd? Mam nadzieję, że nie zaraz – byłem przekonany, że moje „zaraz” jest żartem i że chodzi o jakiś drobny wyjazd na drugi koniec miasta.

Ale Agnieszka zupełnie mnie zszokowała:

– No wiesz… nie zdziw się za bardzo… Bo chodzi o wyjazd do Mińska…
– Mazowieckiego? – zapytałem odruchowo.
– No nie, nie żartuj…

To już wiedziałem prawie wszystko poza szczegółami celu wyprawy i terminem. Spodziewałem się, że w najgorszym razie wyjazd planowany jest za parę dni.

– To kiedy? Tylko nie mów, że za pół godziny – zapytałem znów żartem.

Niestety, ten żart też okazał się nietrafiony:

– No, trochę przepraszam… Jutro rano…
– Ojej, ale po co w ogóle mamy tam jechać i tak nagle? Poza tym przecież chyba nas tam tak nie wpuszczą bez niczego – miałem więcej niż poważne wątpliwości.
– Ale naprawdę musimy tam jechać! Jesteśmy zaproszeni na międzynarodową super imprezę studencką, to jest jedyna okazja, żeby tam być. Zwłaszcza ciebie zapraszają, żebyś im coś opowiedział o Krasnalach. Nie pękaj, wpuszczą nas na pieczątki służbowe, to jest załatwione! – Agnieszka nie dała za wygraną.

Skutecznie.

Do odjazdu pośpiesznego z Wawy Zachodniej do Mińska było jeszcze jakieś pół godziny. Agnieszka raczyła się herbatą w dworcowej knajpce, a ja spacerowałem po podziemnym peronie Dworca Centralnego, oglądając przewijające się co parę minut pociągi dalekobieżne z jednego końca Polski na drugi, z jednego końca Europy na drugi. Zagapiłem się na jakiegoś kolejnego Inter-City i wtedy niespodziewanie podeszło do mnie dwóch mundurowych policjantów.

– Możemy prosić o jakiś dokument? – zagadnęli.
– A proszę – podałem im paszport ze służbową pieczątką na którejś z kartek. Zauważyli jakoś dziwnie natychmiast.
– A… dziękujemy, dziękujemy…

Mieliśmy z Agnieszką zarezerwowany przedział w wagonie sypialnym Warsu – jedynym „europejskim” w składzie wielkogabarytowych „ryflaków” kolei Bcz. Przed wejściem zaczepili nas jacyś starsi państwo.

– Czy to może pani Agnieszka i pan Wojtek? – zapytali nieśmiało.

Z całą pewnością nigdy wcześniej nie widziałem tych ludzi. Agnieszka wyglądała na równie zaskoczoną.

– Tak – potwierdziliśmy ze zdziwieniem.

Po chwili nasze zaskoczenie stało się jeszcze większe, kiedy starsi państwo zwrócili się do nas z niezwykłą propozycją. Chodziło o dostarczenie jakiejś drobnej przesyłki do Mińska. Po odbiór miał się zgłosić na mińskim Dworcu Centralnym kurier umówiony na hasło. Ludzie z racji wieku i zachowania wyglądali na godnych zaufania, więc mimo zaskoczenia zgodziliśmy się bez większego namysłu. Wtedy starszy gość wyjął spod palta zwykłą, szarą kopertę z 15000 USD w środku. Wyjaśnili nam, że to przekaz „z Brukseli”- w tym momencie wszystko stało się oczywiste!

Krótko przed mostem na Bugu wyszedłem na korytarz na papierosa, żeby nie smrodzić w przedziale niepalącej Agnieszce. Przy sąsiednim oknie też palił jegomość w dość dobrze wyglądającym garniturze w drobną, szaro-czarną kratkę. Spojrzeliśmy na siebie, on się jakoś radośnie uśmiechnął i niemal natychmiast zagaił rozmowę:

– Można ciebie zapytać, dokąd jedziesz?
– Do Mińska.
– Ja też do Mienska. Wracam z Warszawy. Ja tam byłem w delegacji.

Tak, gość z pewnością prawdę mówił, bo ewidentne rusycyzmy w pierwszych zdaniach nie nasuwały żadnych wątpliwości. Wtedy wypadało mi przejąć inicjatywę:

– Aha, jakaś firma cię wysłała?
– No tak, firma – zaśmiał się – ty się nie zrażaj, że ja pracuję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Miensku i ja byłem w delegacji w Warszawie w naszej ambasadzie. Ja nie popieram rieżyma Łukaszenka, ja chcę, żeby było dobrze nam i tobie…

Gość jednak mówił całkiem dobrze po polsku. A ja pomyślałem sobie, że… może nie gorzej mówię po rosyjsku i mnie też przecież do tego „Mienska” pewna Firma wysłała… Może taka sama, może jeszcze „gorsza”… Pewnie, jaka ona by tam nie była, to jednak chyba nie gorsza… Zacząłem się też zaraz zastanawiać, czy on nie jest z tej realnie gorszej a bardzo konkurencyjnej Firmy, ale rozważania przerwał mi przejazd naszego pociągu przez most na Bugu i zatrzymanie na stacji Bug zaraz za mostem.

Nie znałem panujących tu zwyczajów, więc zatrzymanie w Bugu było dla mnie zaskoczeniem – spodziewałem się kipiszu dopiero na Dworcu Brest Litovsk. A tu tymczasem stanęliśmy wcześniej.

Noc. Mało było widać, ale wieże podobne do tych zwykłych, oświetleniowych na towarowych stacjach rozrządowych były w czymś inne. Nie świeciły się reflektory, a na tle nocnego nieba na ich wierzchołkach majaczyło coś jeszcze – coś jakby uśpione ciężkie karabiny maszynowe wycelowane w nasz pociąg. Nie miałem wątpliwości, że to naprawdę ckm-y…

Człowiek w mundurze i czapce-naleśniku na głowie przyszedł dopiero po ok. 30 minutach. Kipisz był idiotyczny – nie rewidował bagaży, ale za to skwapliwie grzebał pod legowiskami i je obmacywał. 15000 USD i tak miałem w kieszeni, a poza tym najzupełniej legalnie wpisałem taką posiadaną sumę do tzw. deklaracji celnej wydrukowanej grażdanką rosyjską. Potem wreszcie wjechaliśmy na Dworzec Brest Litovsk i wepchnęli nasze wagony na dwie godziny w scenerię sławnego filmu Marcela Łozińskiego „89 mm do Europy”. Tak… my EUROPA! Więc żegnamy Europę.

Po „przestawce” na tor „carski” z normalnego przywitał nas już zupełnie nieeuropejski peron Brest Litovsk – po drugiej, szerokotorowej stronie Dworca.

Na peronie Mińska Centralnego zgodnie z planem zjawił się kurier. Hasło było ok., tak też odebrał bez przeszkód i w całości 15000 USD „z Brukseli”.

Pozostało udać się na imprezę.

Impreza zapowiedziana była jako trzydniowa. Miejsce nieznane. Punkt kontaktowy mieścił się w siedzibie Związku Studentów.

Zanim udało się załatwić jakąś taksówkę, mogliśmy pooglądać trochę pejzaży przed mińskim Dworcem. Widok nasuwał skojarzenia z naszą „ścianą wschodnią” w czasach junty jaruzelskiej. Może nie do końca, bo oprócz mnóstwa mundurowych z naszywkami na ramionach „Milicja” albo wręcz „OMON” co znaczy prawie dokładnie tyle co ZOMO – Otdielenije Milicji Specjalnoho Naznaczenija), babć sprzedających byle co, szarego tłumu byle jakiego, byli też czasem jacyś inni, trochę już podobni do nas? Bo to jednak tylko 89 mm od Rzplitej, od Europy…

Dworzec

Taksówka w postaci totalnie zdezelowanej „Wołgi” zawiozła nas wreszcie na miejsce, gdzie czekał tłumek studentów, a wśród nich jakaś zagubiona para z Gliwic. Po godzinie dezorganizacji zapakowaliśmy się wreszcie do autobusu „Ikarus” w stanie na pierwszy rzut oka lekko naruszającym przepisy obowiązujące w Rzplitej – choćby pęknięta malowniczo przednia szyba, bez wspominania o stopniu zużycia oraz marce opon. Po drodze mińskie obrazki tramwajów z archaicznymi odbierakami prądu „w kształcie liry”, niemal lubelskie trolejbusy sowieckiej marki ZIU, autobusy MAZ i cała plejada mocno używanych aut osobowych z „Zachodu”. Dalej coś na kształt autostrady, jakieś drogi, swojskie wsie, las, po dwóch godzinach przystanek. Wysiedliśmy w środku lasu i zaczęto nas prowadzić ścieżką wgłąb. Wtedy gość z gliwickiej pary pierwszy raz odezwał się do mnie:

– Przepraszam kolego, widzę, że ty z koleżanką też jesteście z Polski… Czy tobie czasem coś się nie kojarzy… No wiesz… przepraszam, ale ja czuję, że za tym lasem są już dla nas doły…

Chłopak nie musiał się wysilać – też poczułem Katyń i Miednoje, i Ostaszków… Autobus, las, nigdzie… Nie, zegarków i komórek nie odbierali, a na końcu leśnej ścieżki pojawiła się polana bez dołów. Zamiast nich wyrastała jakaś betonowa budowla na kształt ni to komunistycznego hotelu, ni to więzienia, gdzie nas wkrótce zakwaterowano.

Wśród międzynarodowych uczestników imprezy byli głównie miejscowi, sporo Ukraińców i nasza czwórka z „rdzennej” Rzplitej – może lepiej po prostu Korony? Inaczej sama Rzplita, bo ponoć zaproszeni Czesi nie przybyli – z obaw o domniemane doły w lesie?

Przebieg trzydniowych zdarzeń okazał się bardzo formalnie usystematyzowany. Śniadanie z ryżem, nudne referaty, obiad z kaszą, nudne referaty, kolacja z ryżem, dyskoteka, krótki sen, śniadanie z kaszą, nudne referaty, obiad z ryżem, nudne referaty, kolacja z kaszą, dyskoteka, krótki sen… Jednak realne życie i zaistniała sytuacja nie pozwoliły na skończoną nudę. Już pierwszego dnia nudnych referatów mimo całkowitego mojego zaspania podróżą gdzieś mi wzrok z nudy i senności uciekał? W Błękit? Błękit niedowidząco zaczął się skrycie objawiać w czasie wieczornej dyskoteki. Chyba już wtedy złapał mnie za ręce?

Dnia drugiego usiłowali przynudzać Ukraińcy. Drugiemu z kolei referentowi nie wyszło nudzenie. Chłopak okazał się być całkiem równoletnim mi, znaczy sporo pozastudenckim weteranem z OUN – Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Tego mi trzeba było do lekkiego przebudzenia? Moja Miłość JULKA? Tak, Blok Julii Tymoszenko… Zaatakowałem swoim AK-owskim pochodzeniem jego UPA z pochodzenia (Ukraińską Powstańczą Armię). Rozmawialiśmy o krwi wzajemnie wylanej naszych przodków, o Bośni-Hercegowinie dzisiaj… O przyszłości Rzplitej w dawnym kształcie? Tak – o Unii Europejskiej. I o Julce też. Było pięknie tylko… Błękit gdzieś błądził…

Poobiednią sjestę przerwał nagły alarm!

– Agnieszka! Wojtek! Polacy! Natychmiast na dół, do świetlicy!!!

Pomyślałem, że przyjechało już po nas KGB. Poszliśmy. Przez okna klatki schodowej zauważyliśmy czarne limuzyny przed drzwiami naszego obiektu z betonu. Przyjrzeliśmy się bliżej – miały znaki „CD”. W świetlicy czekało już na nas paru gości w eleganckich garniturach. Pierwszy się przedstawił:

– Jestem Ambasadorem Rzplitej w Mińsku. Miło mi Państwa poznać.

Potem były pytania od wszystkich „garniturowców”:

– „Jak wam tu?” – itd.

Ktoś na boku szczególnie zwrócił się do Agnieszki i do mnie:

– Bardzo specjalnie wam dziękujemy. Wiecie za co…

Tak, wiedzieliśmy, że za te 15000 USD „z Brukseli”…

Pożegnanie:

– Trzymajcie się! Pilnujemy was!

Wieczorem Błękit w pełni się ujawnił. Ksenia. Dalszego ciągu imprezy nie trzeba opisywać. Tylko tak, że i owszem, opowiedziałem Dnia Trzeciego o Krasnalach jako o Zmartwychwstaniu. „Standing ovation”. „No comments”. Błękit już był razem. Ksenia… Łapki ściśnięte razem, ciała promieniejące Błękitem też moim niedowidzącym wśród mroku na cały ten łagier betonowy wśród lasu dziewiczego. Wszyscy powaleni? Ukraińcy od Julki też? Klęska agenta? Kto jest kto?

Odwieźli nas „Ikarusem” do Mińska. Ksenia pomogła kupić bilety na Euro-Nuit „Moskva – Berlin Express” na kwadrans przed odjazdem. Dwa litry wódki „Akvadiv” też pomogła kupić w przydworcowych „Delikatesach” w stylu PRL. Rozdałem pozostałe „zajączki” (ruble tow. Łukaszenki) Siostrom i Braciom – zwłaszcza Siostrze Kseni. Ukraińcy z OUN darli się na cały Dworzec , że „Procz s Moskwu!”, „Szcze ne smerła Polszcza!” i „Szcze ne smerła Ukraina!”. OMON gromadził się na peronie. Do „prowodniczki wagona” zwróciłem się:

– Waszyje Błogodarenije – wg etykiety z czasów Cara. Babę zamurowało.

Nie było wspólnego przedziału dla mnie i Agnieszki. Drzwi zamknęły się z sykiem, a elektrowóz Skoda serii CzS4T kolei BCz powoli wywlókł długi skład w kierunku stolicy Rzplitej – Wawy!

Trafiłem do przedziału z wystrojoną, ufarbowaną, młodą damą i jakimś podejrzanym jegomościem. Dama była całkiem rozmowna – opowiadała, że pochodzi z Moskwy, była tam u rodziny i teraz wraca do Berlina do pracy. Jej wygląd zdawał się zdradzać profesję. Z kolei jegomość przypominający mafiosa milczał jak zaklęty. Po trzydniowej, ciężkiej imprezie czułem się na tyle zmęczony, że wraz z zapadającym zmrokiem walnąłem się na przysługującą mi pryczę pod sufitem i mimo nachalnie dmuchającej prosto w twarz klimatyzacji natychmiast głęboko zasnąłem.

Po nieokreślonym czasie zbudził mnie ostry strumień światła z sufitowej świetlówki i na wysokości oczu zobaczyłem czyjąś twarz w czapce-naleśniku. Domyśliłem się, że to już Brest Litovsk. Tym razem kipisz odbywał się w hali „przestawek” – w czasie wymiany wózków na normalnotorowe. Zrobiło się okropnie. Jako, że wagon był nowy, z klimatyzacją, nie otwierały się okna, a w czasie „przestawki” agregaty pozbawione zostały niezbędnego zasilania z elektrowozu. Podróżni pocili się ze strachu i niemal natychmiast w hermetycznie zamkniętym pudle zapanował powalający zaduch. W miarę zbliżania się do mojego przedziału ekipy „naleśników” zastanawiałem się, co im opowiedzieć w razie pytań na temat mojej deklaracji celnej. Chodziło o to, że w drodze do Mińska wpisałem posiadane 15000 USD, a teraz, w czasie powrotu po trzydniowym pobycie ZERO. Jednak, co by nie było, realnie nie mogli mi nic za to zrobić. Co najwyżej w przyszłości groziło mi zawrócenie z granicy w razie próby ponownej podróży. Teraz jednak milczeli – ani słowa na ten temat, żadnych pytań, tylko natychmiast mnie i tą odstawioną damę wyrzucili na korytarz, po czym zamknęli się w przedziale z „mafiosem”.

Negocjacje trwały jakieś 10 minut. Po wszystkim mafioso stał się nagle wyluzowany i dziwnie rozmowny… Kolejny kipisz Euro-Nuit „Moskva – Berlin Express” przechodzi w Terespolu – tym razem ze strony służb Rzplitej.

W czasie przejazdu przez most na Bugu zacząłem czuć lekki dreszcz całkiem przyjemnych emocji – czy i jakie będzie powitanie? Chwilę po zatrzymaniu w Terspolu w wagonie rozległ się głośny tupot nóg i czyjś ryk:

– Kurwa! Co za chujowe zimno! – faktycznie jak na wrzesień noc była wyjątkowo chłodna.

Otworzyły się drzwi przedziału i stanął w nich rosły osobnik w mundurze Straży Granicznej Rzplitej z dystynkcjami majora.

– Nu, dawajtie pasporty – rzucił.

Na widok mojego znów wrzasnął:

– No, dobrze, że jesteś!

Potem zaczął nerwowo rozglądać się po przedziale i zapytał z jakimś niepokojem w głosie:

– A gdzie Agnieszka?
– Na drugim końcu wagonu. Nie było miejsca w jednym przedziale.
– Dobra! – zatrzasnął drzwi przedziału i pobiegł korytarzem rycząc – Agnieszka! Agnieszka!

Mieszkam od urodzenia w mieście, gdzie jest siedziba Delegatury Firmy. Nigdzie nie pracuję. Oczywiście.

Po paru miesiącach od wyprawy do Mińska, ktoś mi powiedział, że niebawem mam spodziewać się czyjejś wizyty.

Pewnego zimowego wieczoru zadzwonił telefon.

– Wojtek! Ja dzwoniu z komórki od koho tu s pojezda. Poznajesz mnie?
– Tak, poznaję, to ty Ksenia? Gdzie jesteś?
– Ja nie znaju… Oni mi tu mówią, że Ostrów…
– Aha, jedziesz „Bohemią”. Zaraz idę po ciebie.
– Ale ja z podrugoj.
– Idę po was.

One były… Ksenia była piękniejsza niż ją znałem, sobie wyobrażałem, a jej koleżanka Tania jeszcze bardziej. Zaprowadziłem je do Klasztoru Jezuitów, gdzie miały przez parę dni zamieszkać.

Czas wizyty minął szybko, wręcz błyskawicznie. Było mile, tylko trochę chaosu i jakiś dziwny lęk?

Po pożegnalnej imprezie odprowadziłem je w stanie oniemiałego zachwytu moim miastem do Klasztoru. Następnego ranka miały wyruszyć w powrotną drogę do Mińska.

Wracałem sam wśród mroźnej i śnieżnej nocy „z buta” w stanie euforii. W pewnym momencie zauważyłem, że od dłuższego czasu drugą stroną ulicy podąża za mną dwóch rozbawionych kolesi. Też mi się śmiać zachciało. Wreszcie zachciało się też zwyczajnie lać po imprezowych piwach. Właśnie mijałem park nad Fosą – dobre miejsce… Wybrałem chyba złe drzewo, bo zbyt blisko brzegu Fosy i drzemiących kaczek. Łomot ptasich skrzydeł, plusk wody. Spokojnie lałem… Wtedy za plecami tupot ludzkich nóg. Bandyci?

– O kurwa! Jesteś??? – ktoś ryczy mi za plecami.
– A co mam nie być? Przepraszam, teraz leję, za chwilę pogadamy – odpowiedziałem spokojnie, by odwlec spotkanie z ewentualnymi bandytami w ciemnym, nocnym parku na brzegu lodowatej Fosy.
– O kurwa, dobrze, dobrze… – odezwał się głos z tyłu.
– Bo myśmy już myśleli, że ty w Fosie pływasz, bo coś tak chlupnęło – tłumaczył drugi.
– To tylko kaczki, a ja tylko leję. Czemu miałbym zaraz pływać w Fosie? – wyjaśniłem.
– No wiesz, nigdy nic nie wiadomo.

Wtedy zaczęło do mnie już zupełnie nie imprezowo, a poważnie docierać, że ci goście są chyba z Firmy. Poczułem potrzebę skruchy za moją nierozważność i właśnie skończyłem lanie, więc się grzecznie do nich odwróciłem:

– Przepraszam was, chyba rzeczywiście niezbyt mądrze się tu odlewałem…
– Nie, nie, nic się nie stało, my tylko naprawdę się przestraszyliśmy, że ci się coś złego stało.
– Ale to moja wina, chciałem tak sobie tędy pójść przez ten park na skróty, to chyba niezbyt może mądre, to pójdę ulicą dookoła…
– Nie, no co ty? Idź sobie jak chcesz.
– Ale ja naprawdę nie chcę wam robić stresów.
– No co ty! Się nie wygłupiaj!

Rozstaliśmy się w pokoju. Kawałek dalej koło mnie pojawił się regularny, granatowy VW Policji z kogutami. Jechali wolno i znów, i znów tak krążyli wokół mnie przez następne 40 minut mojej drogi do domu. Śmiałem się do nich z myślą, że przecie powinni odwieźć mnie do chaty i byłoby po sprawie. Ale nie. Dotoczyliśmy się tak do końca. Dobrze – mimo zimna dawno tak dobrze mi się nie szło. Dla zdrowia fizycznego a psychicznego.

W domu wszystko jakby puściło. Ogarnął mnie stan błogiego odprężenia. Postanowiłem zaraz wszystko porządnie odespać – szykowałem się do przynajmniej dobrych kilkunastu godzin niebytu w kojących objęciach Morfeusza. Przed zaśnięciem pomyślałem jeszcze, że dziewczyny rano wsiądą do pośpiesznego do Wawy, popołudniu powinny być w Terespolu, a kiedy o świcie dotrą do Mińska, pewnie właśnie będę się przeciągał i powoli powracał do rzeczywistości z sennych światów astralnych. Z wielkich, sennych planów niewiele wyszło. Popołudniu przeszkodził mi telefon.

– Słucham, czego? – burknąłem zaspany i zły, że ktoś śmie mi przeszkadzać.

Szloch i łkanie.

– Ksenia! To ty?
– Da, tak… – szloch i łkanie.
– Co się stało?
– Ja… Ja nie choczu… Ja nie chcu wracać doma…
– Gdzie jesteś?
– W Terespolu…
– To słuchaj! Jak nie chcesz, to wracaj zaraz tu! Czekam…

I niech nikt nie wie, co się zdarzyło wcześniej, czy później. Niech będzie wszystko zapomnieniem, niebytem, tajemnicą. Dla dobra Rzplitej!

Ciąg dalszy nastąpi, albo nie.