Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Z kolei. Klara w Nord-Orient Expressie

Wojtek Gorczyński „Kolejář“

Gościm – Wrocław – Milicz (2018-2019)

Bernard Buffet – Annabel, 1960

Licząca 35 lat panna Klara to osoba o dość kontrowersyjnej przeszłości. Po latach przejść zdobyła tytuł magistra pedagogiki specjalnej i podjęła pracę w jednym z wrocławskich hospicjów. Korzystając z urlopu na początku pięknie zapowiadającego się lipca, postanowiła odwiedzić przyjaciela z dawnych burzliwych czasów. Rysiek mieszka od lat w hippisowskiej dzielnicy Christiania w Kopenhadze.

Za radą kolegi – entuzjasty kolei Kuby – w powrotną drogę Klara zdecydowała się wyruszyć pociągiem. Niezwykłym pociągiem…

Pociąg

Pociąg o nawiązującej do tradycji nazwie „Nord-Orient Express” kursował na PKP już w czasach PRL, ale nie miał nic wspólnego z legendarnym „Orient Expressem”. Był to wówczas typowy dla krajów Europy Wschodniej międzynarodowy pośpieszny relacji Szczecin Główny – Budapest Keleti. Połączenie to upadło wraz z komunizmem i Murem Berlińskim. „Nord-Orient Express” powrócił jednak na kolejowe szlaki po przeszło ćwierćwiecznej przerwie w zupełnie odmienionym wcieleniu.

Do powrotu doszło dzięki powszechnemu w Europie i na świecie trendowi, by przywrócić podupadły transport kolejowy, a podróżom koleją nadać nowe wymiary.

Tak też doszło do kolejnej reaktywacji firmy CIWL (Compagne Internationale du Wagons Lits et Grand Express Internationales) o XIX-wiecznej tradycji. W latach 80′ ubiegłego wieku Firma CIWL posiadała sporą liczbę gustownie odrestaurowanych wagonów oryginalnego „Orient Expressu”, który w latach przed II wojną światową łączył Londyn ze Stambułem. Przepiękne wagony sypialne, restauracyjne, salonowe i służbowe z lat 20-30′ ub. wieku zostały gruntownie odnowione i zmodernizowane w latach 70′ i przez jakiś czas służyły w reaktywowanym „Orient Expressie” na trasie z Londynu do Wenecji, a także były wykorzystywane dla ekskluzywnych wycieczek kolejowych. Bogaci miłośnicy kolei podróżowali wagonami tego luksusowego pociągu po całej Europie, a nawet Azji. Przedsięwzięcie jednak upadło na początku lat 90′. Upadek nastąpił na tyle gwałtownie, że nagle w efekcie spora liczba zabytkowych wagonów przez lata znów niszczała na zarośniętej, szerokotorowej bocznicy stacji Terespol graniczącej z Koleją Białoruską (BCz). Przyczyną uwięzienia składu było zajęcie normalnotorowych wózków zabytkowych wagonów przez BCz za niespłacone przez operatora „Orient Expressu” długi. I tak przez szereg lat trwała patowa sytuacja…

Do kolejnej reaktywacji w nowej relacji doszło po przeszło 25 latach od upadku dzięki staraniom polskiego przewoźnika PKP-Intercity SA i funduszom europejskim.

Tak też nowy „Nord-Orient Express” wyruszył jako ekspres transeuropejski EN (Euro Noc) z Kopenhagi do… znów Stambułu. Trasa biegnie przez Trelleborg, skąd wagony są przewożone promem do Świnoujścia, by dalej przez Szczecin, Poznań, Wrocław, Opole, Budapeszt kontynuować jazdę aż do Stambułu.

Klara

– Klara, już dwudziesta, no to czas wracać do Wrocławia. Masz 20 minut, żebyśmy zdążyli z Christianii do tego twojego pociągu – pośpieszał Rysiek. Zaraz wsiedli do zabytkowego Citroena 2CV Ryśka i ruszyli w stronę dworca.

Na peronie Rysiek ucałował Klarę serdecznie i ze smutkiem odprowadził ją do drzwi wagonu. W drzwiach czekał konduktor w eleganckim mundurze kolejowym z lat 30-tych ubiegłego wieku. Sprawdził bilet i z gracją wprowadził Klarę do jej przedziału.

Wagon sypialny był wręcz szokująco wytworny. Całe wnętrze wyłożono ekskluzywnym drewnem różnych gatunków, podłogę wyścielały dywany, korytarz oświetlały staromodne plafoniery, a w przedziale sypialnym z sufitu zwisała finezyjna lampa na kształt secesyjnego żyrandola…

Po chwili pociąg delikatnie ruszył, a Klara żegnała w zadumie krajobrazy Kopenhagi, Danii…

Pułkownik Harald Olsen

Pułkownik Olsen wracał z uciążliwych spotkań służbowych w Ministerstwie Obrony Dani do swojej macierzystej jednostki w Szczecinie – 12. Międzynarodowej Dywizji Zmechanizowanej. Jako entuzjasta podróży koleją zdecydował się na znacznie dłuższy przejazd pociągiem zamiast służbowego przelotu samolotem. Niebagatelną rolę w tym wyborze odegrał też fakt, że pociąg był niezwykły, a pułkownik był człowiekiem ceniącym elegancję.

Zabytkowy wagon sypialny zdecydowanie przypadł mu do gustu. Z pietyzmem powiesił mundur w szafie, po czym założył eleganckie espadryle i jedwabną koszulę. Nagle zgłodniały udał się do wagonu restauracyjnego, gdzie zajął miejsce na pluszowej kanapie przy stole nakrytym gustownym obrusem z małą, ozdobną lampą koło okna i zagłębił się w lekturze menu. Gdy tylko odłożył menu, zjawił się kelner. Pułkownik zamówił pierś z kaczki z sosem pomarańczowo-imbirowym.

Klara

Zanim Klara zdążyła zadomowić się w przedziale, poczuła głód, a zarazem nieprzepartą chęć zwiedzenia pozostałych wagonów pociągu. Najbliższy był restauracyjny.

Gdy pociąg mijał Lufthavnen Klara zasiadała już w wagonie restauracyjnym i podziwiała jakiś wznoszący się z pasa samolot.

Kelner podał kartę dań, lecz Klara nie mogła się skupić, by dokonać wyboru, gdyż pociąg z pełną szybkością właśnie wpadł na wielki most kolejowo-autostradowy nad cieśniną Øresund. Za chwilę będzie już Szwecja…

„Czy uda się szczęśliwie dojechać na szwedzką stronę mostu?” – w głowie Klary zaświtało pytanie. Pamiętała przecież opowieść Kuby – miłośnika kolei – o tragicznej katastrofie w połowie mostu w roku 2018… Wtedy to szalejący huragan zdmuchnął z pociągu towarowego kontenery wprost na jadące równoległą do torów autostradą samochody. Były ofiary… Tym razem jednak pogoda była piękna i pociąg planowo pokonywał most.

Klara poruszona jak i przerażona wysokością mostu oraz widokami zauważyła eleganckiego mężczyznę, wiec odważnie przysiadła się, zagadując o pięknie tego miejsca. Rozmowa była raczej jednostronna, gdyż przystojniak nieco zdystansowany tylko przytakiwał, choć sam był zachwycony, gdyż kocha podróże koleją. Klara rozpięła guziczek w sweterku, ukazując fioletową koronkę zgrabnego biustonosza, bowiem tyle wrażeń naraz spowodowało nagły przypływ gorąca oraz wypieki na jej twarzy.

Kelner odbierał zamówienie, bo Klara wreszcie się zdecydowała na carpaccio z buraków z serem kozim oraz sałatą roszponką z włoskimi orzechami karmelizowanymi na słono w vinegret malinowym.

– Jak panu smakowała kaczka? – zagadnęła Klara.
– Całkiem dobra, w punkt wysmażona – odparł nieznajomy.
– No, muszę Panu powiedzieć, że carpaccio genialne, takie przystawki rozbudzają smaki – mówiąc to, Klara oblizała bordowe usta i wezwała kelnera.
– Poproszę białe wino. A co by pan sobie życzył?
– Francuski cognac, jeśli można.

Elegancki gentleman robił na Klarze coraz większe wrażenie, więc poszła o krok dalej:

– Jestem Klara, bardzo mi miło, że pana spotkałam.
– Harald Olsen jestem. Mnie również miło.
– Dokąd Pan jedzie? Bo ja do domu do Wrocławia.
– Ja do bazy – wyjaśnił Harald z lekkim uśmiechem na twarzy.
– Ho! Rozniecił Pan gorący płomień mojej ciekawości, do bazy? – odparła Klara poprawiając zalotnie płomienno-kasztanowe fale włosów.

Harald skonsternowany otwartością młodej damy westchnął, mówiąc, że jest duńskim oficerem i stacjonuje w bazie NATO w Szczecinie.

Nagle otworzyły się drzwi do salonu restauracyjnego i ukazały wybitnie przystojnego mężczyznę. Klara przykleiła wzrok uchylając lekko wargi na widok dojrzałego, około 40-letniego bruneta i zauważyła wyraźnie, że, gdy przechodził obok ich stolika, jego czarne oczy zgrabnie przechodząc od niej ostro wpatrują się w Haralda. Po chwili obustronnej z Haraldem konsternacji Klara postanowiła dalej kontynuować swoją grę:

– Ja jadę w zwykłym przedziale 1 klasy, ale słyszałam, że na pokładzie znajdują się też apartamenty lux z elegancką łazienką i osobnym gabinetem, ponoć bardzo komfortowe…

Harald lekko się ożywił i z półuśmiechem wyjawił, że właśnie takim dysponuje.

– Och, wręcz nie wierzę, czy byłby Pan taki miły i pozwolił choćby okiem rzucić na te luksusy? Doprawdy trudno byłoby mi nie skorzystać z takiej możliwości.

Po skonsumowaniu posiłków oboje ruszyli w stronę wagonów sypialnych. Wagon Haralda był następnym za wagonem Klary. Szli wyścielanymi dywanowymi chodnikami korytarzami, wzdłuż pięknych, zabytkowych okien i ścian oraz drzwi przedziałów sypialnych z wyraźnie drogocennego drewna. Wreszcie Harald otworzył drzwi od swojego przybytku…

Oczom Klary ukazał się przedział najpierw z pozoru identyczny jak jej – elegancki, wykończony mahoniem tylko nie było łóżka. Za to pod jedną ze ścian stało rozłożyste biurko ze staromodnym fotelem, a przy drugiej piękna szafka. Obok tych mebli po prawej i po lewej stronie znajdowały się drzwi.

– Po prawej jest sypialnia, a po lewej łazienka – objaśnił Harald.
– Och, w takim razie może skorzystam z toalety?

W łazience Klara rozpięła kolejny guziczek w sweterka, uchylając jeszcze bardziej fioletową koronkę biustonosza. Spojrzała na szlifowane lustro w pozłacanej ramie, poprawiła fryzurę, rozglądając się na wybitnie wysmakowany przybytek.

– Drinka Klaro? – zagaił pułkownik, gdy Klara wyszła z łazienki.
– Z miłą chęcią – odparła, przyglądając się meblom. Jej uwagę przykuło masywne biurko z dużą ilością szufladek i przepięknym, zabytkowym zestawem utensyljów z brązu do pisania ręcznego.

Popijając drinka Klara spogląda w szafirowe oczy pułkownika, nieśmiało chwyta go za łokieć, po czym przyciąga ku sobie. Ośmielony Harald kładzie dłoń na jej karku zbliżając się delikatnie. Jej ucho słyszy teraz wyraźnie jego podniecony oddech, a mlaśnięcia całujących, gorących ust przyprawiają o zawrót głowy. Serce wyrywa się, namiętność wielka szarpie Klarą. Dłonie Haralda, masując i ugniatając jej krągłe piersi, przesuwają się podniecająco w stronę pępka i niżej. Jej pragnąca łechtaczka nabrzmiewa i skomli o więcej pieszczot. Ciepła i lepka jej wilgoć pokrywa jego palce. Harald silnymi ramionami unosi Klarę, po czym sadza rozgrzaną i łaknącą na biurko, podciągając z kolan jej bordową spódniczkę. Klara opiera się łokciami o blat i ochoczo rozchyla swe zgrabne nogi. Namiętnie uchyla usta, rumień z twarzy nie znika. Harald w pośpiechu rozpina rozporek i wślizguje się dość niecierpliwie w jej gorące, mokre i drżące ciało. Trwa to raptem łapczywą chwilę.

– Dobranoc, miłych snów – po wszystkim żegna się Klara z lekka rozczarowana szybkością akcji.

„To tak bywa z żołnierzami” – śmieje się w duchu.

Statek

Pociąg cicho wyhamował w Trelleborgu. W mgnieniu oka wagony „Nord-Orient Expressu” są wtaczane na pokład pomalowanego w biało-niebieski wzór, wielkiego statku „Jan Heweliusz II” z dumnym logo PKP-IC na kominach.

To drugi prom kolejowy o tym samym imieniu. Pierwszy „Jan Heweliusz” jeszcze od czasów PRL przewoził wagony towarowe i TIR-y między Ystad a Świnoujściem. Przez prawie ćwierć wieku służby był jednostką wyjątkowo pechową – spotykały go różne groźne wypadki, a nawet pożar maszynowni, aż wreszcie pewnej lutowej nocy przy -20 stopniach mrozu i 12 stopniach Beauforta tragicznie i definitywnie zatonął w pobliżu Rugii.

Następca pojawił się dopiero po kolejnym ćwierćwieczu, gdy ucichły echa tamtej tragedii. Nowej jednostce nazwę „Jan Heweliusz II” zdecydował się nadać również nowy na bałtyckim szlaku armator… Zakład Żeglugi PKP-Intercity SA w Szczecinie.

Tym razem prom nie był już przeznaczony do transportu wagonów towarowych i TIR-ów. Powstał jako jednostka czysto pasażerska do przewozu wagonów osobowych i podróżnych na linii Świnoujście – Trelleborg.

Całkiem podekscytowana nową formą podróży Klara przez najbliższe 8 godzin rejsu do Świnoujścia kontemplować będzie morze oraz wszystko co rejs taką jednostką przynosi.

Agnieszka

Tuż przed wyjściem w morze na mostku „Jana Heweliusza II” na niespodziewanej kontroli pojawiła się Agnieszka – wicedyrektorka Zakładu Żeglugi PKP-IC SA. Szybko przejrzała przekazane przez Kapitana dokumenty i głośno przybiła pieczęć, że wszystko jest zgodne ze standardami. Spoglądając na zegarek zapięła guzik od firmowego żakietu ze znaczkiem PKP-IC i radując się w sobie, że szybko zakończyła obowiązki, zdecydowanym krokiem wyruszyła do restauracji pokładowej.

W tym czasie wysoki niczym ogromna kamienica, majestatyczny „Jan Heweliusz II” powoli odbił od przystani.

Klara

Statek na górnych pokładach oferuje pasażerom przede wszystkim przestrzeń do spacerów z widokiem aż po horyzont, a także przeróżne inne atrakcje jak sklepy wolnocłowe, bary i restauracje z wieczorkami rozrywkowymi.

Klara po odświeżeniu się w łazience wagonu sypialnego ubrała elegancką lecz zalotną sukienkę, by zwiedzić wreszcie statek.

Na pokładzie spacerowym miała ochotę trochę odsapnąć i przewietrzyć myśli. Za rufą widać było w świetle Księżyca w Pełni kilwater statku oraz znikające za horyzontem światła główek falochronów Trelleborga. Odgłos jednostajnie pracujących dwóch silników diesla wprowadzał pokład w lekkie, przyjemne wibracje. Orzeźwiająca bryza, jak i piękne, podświetlone srebrnym blaskiem Księżyca chmury wywoływały lekki błogostan.

Nagle zaskoczona Klara zauważyła Pułkownika, który, mocno gestykulując, żywo rozmawiał z elegancką damą w kwiecie wieku o pięknej blond urodzie, ubraną w jakby służbowy żakiet. Klara natychmiast schowała się za „beczkami” tratw ratunkowych, by dalej obserwować sytuację z ukrycia. I wtedy blondynka w uniesieniu uderzyła Pułkownika w twarz, po czym energicznie odeszła, a właściwie uciekła. Klara zdążyła zauważyć logo „PKP-IC” na jej żakiecie…

„Więc to ktoś z obsługi promu?” – pomyślała. – „Może Harald zgłaszał jakieś pretensje i ta dama, pewnie stewardesa, nerwowo nie wytrzymała?”

Klara zbulwersowana zdarzeniem postanowiła zejść pokład niżej do baru.

W barze gwar wielojęzycznych rozmów mieszał się z muzyką.

– Poproszę drinka – Klara zwróciła się do barmana i wskazała na flaszkę ginu.

Siedząc samotnie przy bufecie, rozejrzała się po sali. Nagle spostrzegła samotnego nieznajomego przy stoliku w ciemnym narożniku. To chyba był ten sam brunet, który parę godzin wcześniej przechodził przez wagon restauracyjny i wymownie spoglądał na Haralda.

– Poproszę jeszcze raz to samo podać do stolika – zadysponowała Klara i odważnie podeszła do stolika w ciemnym narożniku.
– Czy mogę się dosiąść? – grzecznie zapytała, na co nieznajomy skinął głową.

Zaraz też zjawił się kelner z drinkami.

– Chyba nie masz nic przeciwko? – Klara znów zwróciła się do nieznajomego, na co ten lekko się uśmiechnął.

Przez chwilę trwali w milczeniu, ale Klara znów nie wytrzymała:

– Podoba ci się ta muzyka?
– Przepraszam, ale to nie na tym poziomie. Słucham innej – nieznajomy odparł nieco podenerwowany. Klara zorientowała się, że jest jakby czymś zajęty i zmieszana wyszła do toalety, po drodze mijając stolik, przy którym żywo dyskutowało dwóch Arabów.

Kiedy wracała z toalety, zauważyła, że przy stoliku w rogu pojawił się kolejny nieznajomy – tym razem blondyn o sylwetce wysportowanego surfera.

– Hi, jestem Sven z Oslo – natychmiast się przedstawił, gdy Klara podeszła do stolika.
– Jestem Klara – odparła, po czym zwróciła się do mniej kontaktowego bruneta: – A tobie jak na imię?
– Jean – brunet oznajmił sucho.
– Ty Jean też jesteś z Oslo?
– Można w zasadzie tak powiedzieć, Jean pochodzi z Paryża, ale pracujemy w jednej firmie – Sven wyjaśnił ze śmiechem, zanim Jean zdążył się odezwać.
– To znaczy, że jesteście razem w podróży służbowej, jak się domyślam?
– Można to tak nazwać – znów odpowiedział Sven.
– A dokąd jedziecie?

Sven i Jean popatrzyli po sobie, po czym odezwał się Jean:

– Powiedzmy, że do Stambułu.
– Ja do Wrocławia, to super, będzie okazja, żeby się jeszcze spotkać – na to Klara.
– Ty też w sypialnym? – Jean jakby się ożywił.
– Tak, idę trochę się zdrzemnąć, jestem już wykończona. Dobranoc panowie.

Klara oddala się niezbyt pewnym krokiem w kierunku schodów prowadzących na pokład kolejowy i dalej do swego przedziału w wagonie sypialnym.

Rytmiczny, jednostajny dźwięk okrętowych silników wprowadza w głęboki sen.

Pociąg

Przed świtem na przystani promowej w Świnoujściu lokomotywa manewrowa w pośpiechu wyciąga wagony „Nord-Orient Expressu” z pokładu kolejowego promu, czyniąc to niezbyt delikatnie. Potem dołącza je do części składu oczekującej przy peronie stacji Świnoujście Port i odjeżdża. Jej miejsce za chwilę zajmie elektrowóz, by zabrać już dłuższy pociąg w dalszą drogę.

Podróżni wagonów sypialnych z Kopenhagi w tym czasie odpoczywają już w swoich przedziałach. Inni przechodzą z przystani promowej na położony obok peron Świnoujście Port, by zająć miejsca w dodatkowych wagonach relacji Świnoujście Port – Budapest Keleti.

Klara

Wstrząsy spowodowane niezbyt delikatnymi manewrami z wagonami w Świnoujściu zbudziły dotąd smacznie śpiącą Klarę. Początkowo była zaniepokojona – czyżby „Jan Heweliusz II” miał zatonąć jak jego poprzednik? Jednak, gdy tylko zauważyła, że jej wagon wyjeżdża z ładowni promu na pełną świateł i blasku wschodzącego Słońca przystań, uspokoiła się. Pomyślała wręcz, że pobudka nastąpiła w bardzo dobrym momencie, bo nie prześpi być może ciekawych chwil podróży. I raczej się nie zawiodła.

Klara w pośpiechu ubrała szlafrok i podeszła do okna. Szczęśliwie peron Świnoujście Port znajdował się po stronie przedziałów wagonu Klary, więc nie musiała wychodzić na korytarz w szlafroku, a przy tym ciemność przedziału umożliwiała w miarę dyskretną obserwację.

Najpierw zobaczyła korowód podróżnych zmierzających z przystani promowej w stronę końcowej części pociągu. Szli ludzie w każdym wieku i kolorze, każdej narodowości: różnokolorowi studenci, grupa pijanych, głośno przeklinających Rosjan, wracający z pracy obywatele Europy Wschodniej z mnóstwem tobołków, aż nagle… pod koniec korowodu pojawiło się dwóch Arabów z dużymi torbami podróżnymi. Klara nie miała wątpliwości, że to ci sami, których widziała w barze na promie. Zaintrygowana natychmiast odsunęła szybę i ostrożnie wyjrzała. Gdzie oni zamierzają wsiąść? Czy do jej wagonu?

Nie, wsiedli o dwa wagony dalej. Za wagonem Klary był restauracyjny, a potem, jak słusznie jej się wydawało, 1 klasa – już ze świeżo przyłączonej części składu. Poza Arabami nikt tam nie wsiadł, reszta podróżnych udała się do dalszych wagonów 2 klasy. Klara spojrzała w kierunku czoła pociągu, gdzie już szumiała i buczała swoimi agregatami właśnie podpięta do składu lokomotywa elektryczna – już polska, firmy PKP-IC. Do wagonu służbowo-bagażowego za nią zbliżał się gruby mężczyzna z dużą teczką i młoda dziewczyna ze sportową torbą na ramieniu – oboje w strojach PKP-IC. To niechybnie kierownik pociągu i konduktorka. I wtedy nagle z sypialnego tuż przed jej wagonem ktoś szybko wyskoczył na peron. Klara poznała go od razu. To był ten tajemniczy, ciemnowłosy Jean z Paryża, który podróżował razem z norweskim kolegą z firmy – Svenem. Jean, uważnie wpatrując się w okna wagonów, powoli ruszył w stronę końca pociągu. Klara nieco wystraszona możliwym nagłym spotkaniem w szlafroku szybko schowała się za oknem. Jean powoli minął okno jej przedziału, nie zauważył jej. Wtedy Klara znów dyskretnie wyjrzała na peron. Jean doszedł do końca wagonu 1 klasy i zawrócił. Klara znów się schowała. Po chwili nagle zaczął coraz głośniej rozbrzmiewać sygnał jej telefonu. Przerażona, że przez otwartą górną część okna Jacques usłyszy to na peronie, rzuciła się do aparatu. Na szczęście leżał blisko na szafce przy łóżku. Wyciszyła dzwonek, dyskretnie zamknęła okno i odebrała telefon od Kuby.

– Co tam Kubusiu? Jeszcze nie śpisz? Już świta.
– A tam coś sobie jeszcze piszę… – Kuba wahał się, co powiedzieć dalej – No, chciałem cię zapytać, jak tam podróż „Nord-Orient Expressem”?
– No, dotąd całkiem ciekawie.

Zapadła chwila milczenia, bo Kuba zastanawiał się, co i jak powiedzieć dalej.

Wreszcie się odezwał:

– Wszystko planowo?
– Podróż planowo, tylko mówię, że ciekawie – odparła Klara.
– To znaczy? – Kuba był zaintrygowany.
– W sumie nic, w pociągu i na promie poznałam trochę ciekawych ludzi… A czemu pytasz?
– Bo może być jeszcze ciekawiej!
– Znaczy? – Klara była zaskoczona nagłą stanowczością trochę ciapowatego Kuby.
– Słuchaj, widziałem w necie prognozy, znad Niemiec nadciąga groźny front, między Szczecinem a Poznaniem grożą nawet tornada, może nawet ktoś zginąć… – Kuba wymieniał jednym tchem.
– Nie histeryzuj, dojadę w całości – przerwała Klara. – Wyjdziesz po mnie na dworzec? To ci poopowiadam, jak było.
– Jasne!
– To do zoo!

Kuba

To dość dziwny 60-letni jegomość. Właściwie wręcz dziwak, jak oceniają go inni. Głównie zajmuje się pisaniem kryminałów, jednak są one na tyle dziwne jak sam autor, że dochody z publikacji ledwie starczają na przetrwanie. Kuba mieszka w dziwnej oczywiście „kawalerce” w zielonej dzielnicy Wrocławia. To w istocie duży, prawie cały zastawiony regałami bibliotecznymi pokój z małą kuchnią i łazienką w suterenie starej willi wśród ogrodu. Oprócz regałów z książkami Kuba ma tam wygodną kanapę do spania i swoje ukochane stanowisko komputerowe – rzecz strategicznie ważna nie tylko do pisania, ale także do wyszukiwania informacji w internecie. Rzadko i niechętnie opuszcza to miejsce. Większość czasu spędza pochłonięty lekturą książek lub przy komputerze w tej półmrocznej norze, a w ładne dni, jeśli akurat dnia nie prześpi, przesiaduje z książką lub laptopem w ogrodzie.

Kuba poznał Klarę dzięki sporo młodszej kuzynce Dorocie – wtedy początkującej policjantce w Policyjnej Izbie Dziecka, gdzie praktykę studencką odbywała Klara. Po prostu Dorota zaprzyjaźniła się z Klarą i obie zaprosiły Kubę na imprezę. Teraz Dorota jest już w Wydziale Kryminalnym KWP we Wrocławiu. Stąd też znajomości „policyjne” Kuby i Klary.

Klara

Ledwie Klara przestała rozmawiać z Kubą, za oknem rozległ się głośny gwizdek kierownika pociągu na odjazd. Odkładając telefon odruchowo otworzyła okno i wyjrzała na peron. I wtedy ze zdumieniem zobaczyła szczupłą blondynkę z eleganckim plecaczkiem, która niemal w ostatniej chwili wbiegła do wagonu służbowego zaraz za lokomotywą. Była pewna, że to ta sama, która spoliczkowała Haralda na pokładzie promu… Bo ten żakiet z logo „PKP-IC”…

Po chwili pociąg ruszył, a Klara zamknęła okno i zaczęła się zastanawiać, co robić dalej. Na zewnątrz wstawał świt, a ona mimo intensywnych przeżyć poprzedniego dnia i sporej dla niej ilości wypitych przy tym trunków wcale nie miała ochoty na dalszy sen. W końcu uznała, że najlepiej będzie udać się do wagonu restauracyjnego – swoistego centrum mikroświata, jakim jest pociąg dalekobieżny, które jest zarazem doskonałym miejscem do obserwacji wydarzeń w pociągu jak i kontemplacji krajobrazów na zewnątrz.

O świcie w restauracyjnym powinno nie być nikogo. Na to chociaż przez chwilę liczyła Klara. Jednak, gdy weszła, ujrzała siedzącego nad kuflem piwa Svena – znajomego z promu.

Klara nie miała wątpliwości, że musi przysiąść się do niego.

– Hej Sven! – powiedziało jej się samo.
– Hej! Siadaj Klaro! – odpowiedział Sven radośnie.

Ledwie Klara usiadła, otworzyły się drzwi od przedsionka i przez wagon przeszła szczupła blondynka w zgrabnym żakiecie „PKP-IC”. Klara już nie miała wątpliwości, że to ta sama, która spoliczkowała Haralda na pokładzie spacerowym promu i ta sama, co w ostatniej chwili wskoczyła do wagonu służbowego.

– Co ci Klaro? – zmieszanie przerwał Sven.
– Nie, nic takiego…
– Oj, widzę, że czujesz się nieswojo.
– A i owszem…
– Coś się stało? Zauważyłem, że dziwnie patrzyłaś się na tę dziewczynę w
mundurku… Znasz ją?
– Nie, nie, tylko była bardzo podobna do pewnej mojej kumpeli – tłumaczyła się Klara.

Naprawdę czuła coś zupełnie innego. To bliskie spotkanie z Pułkownikiem Haraldem Olsenem było niby banalną przygodą, ale niespodziewanie ta blondynka w służbowym żakiecie jakoś ukłuła Klarę wprost w serce. Wszystko przecież było tak ulotne, a jednak coś niezwykłego odzywało się gdzieś z najgłębszych warstw podświadomości Klary. A może z nadświadomości?

Dalsza rozmowa ze Svenem rozwijała się coraz bardziej ekscytująco. Opowiadał coś o swojej pracy z Jeanem – byli specjalistami w dziedzinie informatyki i jeździli po całej Europie jako serwisanci sieci komputerowych. Pracowali dla poważnych firm. Klara coraz bardziej zaczynała zazdrościć takiego życia…

W pewnym momencie Sven delikatnie spróbował zaprosić Klarę do swojego przedziału na kieliszek czegoś mocniejszego. Nie odmówiła. Była wręcz podekscytowana niespodziewaną propozycją.

Szybko przeszli do kolejnego wagonu. Karta podróżnego odblokowała drzwi. Wchodzą na wprost okna oprawionego mahoniem w stylu art deco. Po prawej stronie oczom Klary ukazuje się wspaniałe łóżko z wzorzystymi haftami wyobrażającymi historyczne logo firmy CIWL – Międzynarodowe Towarzystwo Wagonów Sypialnych i Wielkich Ekspresów Europejskich co chwilę rzuca się w oczy podróżnym tego niezwykłego pociągu.

Sven wyciąga z sekretarzyka dwa kryształowe kieliszki oraz butelkę z fioletową etykietą i podwójnym napisem – „Original Polish Slivovitz” i poniżej inskrypcja pismem hebrajskim… Narożnik etykiety ujawnia moc trunku – 70 % alkoholu!

– No to skol! – Sven wznosi toast.
– No to zdrowie! – odpowiada Klara.

Wypijają i zaczynają mówić dalej. W końcu Klara nie wytrzymuje narastającego napięcia jako pierwsza:

– Muszę ci powiedzieć, że jesteś strasznie pociągającym mężczyzną – tak, Klara powiedziała „strasznie”, bo czuła w osobie Svena coś tajemniczego a strasznego zarazem, coś, co zmuszało ją do odkrycia jakiejś mrocznej tajemnicy.

Sven jakby na to czekał… Przechyla lekko głowę z zadziornym uśmiechem i powoli zaczyna rozpinać koszulę… Klara spogląda na jego wyrzeźbiony tors i aż przełyka ślinę…

Nabrzmiały lubieżnie penis wręcz rozpruwa suwak modnych dżinsów. Klara zwinnie uwolniła potwora na światło dzienne. Obrzezany organ wyskoczył stojąc na baczność i kusząc namiętnie.

Klara bezwładnie osuwa się na łóżko, pozbawiając się przy tym spódniczki. Sven podciąga ją ku sobie. Pragnący spogląda z wielkim smakiem na intensywną różowość jej soczystego kwiatu. Pochyla się i głęboko zaciąga słodkim, pięknie odurzającym zapachem. Zaczyna całować jej cudowne płatki. Ciało Klary wzdryga się nieco zaskoczone tak nagłym, gorącym pocałunkiem, wzdycha rumieniąc się. Sven liże jak wygłodniałe zwierze, chce ją zjeść!

Potem delikatnie penetruje jej wilgotną szparę palcami. Przechodzi ją fala rozkosznie błogiej energii, gdy nagle wbija się ostro w jej nabrzmiały, gorący kwiat, by po chwili zwolnić i spokojnie a rytmicznie radować się tym wyjątkowym momentem. Jego jasno-ciemna skóra zaczyna lśnić od potu, pieprzy ją już teraz mocno, jakby się gdzieś śpieszył – jak Bóg i Diabeł zarazem. Klara czuje każdy ogromny centymetr rozkosznie drżącego przyrodzenia. Jego styl to teraz ostra dewastacja. Klara ma wrażenie, że ten piękny fiut ją morduje! Krzyczałaby do zdarcia strun głosowych, lecz z zaskakującego wrażenia nie może wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

„No i dobrze, te ścianki są takie cienkie” – przebiega jej przez myśl i tylko spływają spokojnie po policzkach miłe, ciepłe łzy erotycznego spełnienia.

– Słyszysz? Jesteśmy już na moście na Regalicy, zaraz Szczecin – wyszeptała ubierając się. Sven na to, w pośpiechu zapinając spodnie, wybiegł na korytarz…

Tymczasem Klara poczuła się bosko rozluźniona. Rozejrzała się szybko po przedziale i już miała wyjść, kiedy nagle jej wzrok spoczął na wiszącej niedbale na wieszaku marynarce Svena. Z wewnętrznej kieszeni wystawało coś na kształt paszportu. „Policyjna” wścibskość Klary nie pozwoliła jej nie skorzystać z okazji. Szybkim ruchem wyjęła czerwony dokument – jak można było się spodziewać, był faktycznie norweski, ale… za nim kryła się kolejna książeczka! Tym razem podejrzanie ciemno-niebieska! Klara wyjęła ją z kieszeni i ze zdumieniem odkryła na okładce złotą menorę! Zajrzała do środka. Było tam zdjęcie Svena oraz personalia: Zvi Cohen – przeczytała ze zdumieniem…

Mechanik Opaliński

Niedawno skończył 61 lat – statystycznie już dobrze ponad pół życia. Z tego ponad połowę poświęcił kolei. I tak z tej większej połowy chyba połowę spędził w kabinie maszynisty różnych lokomotyw, które prowadził.

Karierę kolejową zaczął natychmiast po studiach na Wydziale Mechanicznym Politechniki Wrocławskiej. Ma tytuł magistra inżyniera i z tym miał poważne problemy na PKP czasu PRL. Chciał jeździć maszynami, a nie siedzieć w biurze, a jeszcze gorzej – objąć funkcję naczelnika. Ale się udało! Wszystko dzięki wsparciu kolegów – entuzjastów kolei z ówczesnej Dyrekcji Generalnej PKP. Szybko uzyskał „Prawo Kierowania Elektrycznymi Pojazdami Trakcyjnymi PKP” i w Lokomotywowni Wrocław Główny dostał swoją stałą maszynę! No i wtedy upadł komunizm i PRL. Zaczęły się nie mające końca restrukturyzacje PKP, aż wreszcie Mechanik Opaliński został maszynistą Zakładu Zachodniego spółki PKP-INTERCITY SA w Poznaniu, Oddział Wrocław w starej Lokomotywowni Wrocław Główny.

Teraz znalazł się w miejscu zwanym SPC – to stary skrót od nazwy Szczecin Port Centralny. Przyprowadził tu niemal przed chwilą najukochańszego ze swoich „Anglików” – jedną z legendarnych już lokomotyw elektrycznych na angielskiej licencji z 1961 roku. Ta teraz wyglądała niezwykle – EP07-1051 w niebieskim malowaniu British Rails ze złotymi herbami Jej Wysokości Elisabeth II na bokach. W chińskim bufecie pracowniczym PKP-IC zjadł wieprzowinę alais Mao Dzeng-Dong, pozbierał się i ruszył na peron przystanku SPC, gdzie na moment miał się zatrzymać „Nord-Orient Express” w celu szybkiej zmiany obsługi lokomotywy.

Teraz Mechanik Opaliński obejmie kolejną maszynę niezwykłą – to super-nowoczesny Griffin. Nazwa nie jest przypadkowa – skojarzenia z Harrym Potterem są jak najbardziej prawidłowe. Griffin prowadzi „Nord-Orient Express” planowo od Świnoujścia Port do Budapest Keleti, po drodze zmieniają się tylko mechanicy – maszynę obejmują też Czesi, Słowacy i Węgrzy.

Mechanik Opaliński cieszy się całym sobą, że za chwilę znów pojedzie Griffinem, co jest przecież ucztą dla myślącego magistra inżyniera mechanika- elektryka-elektronika-informatyka.

Pociąg

Pociąg wyhamował z planowej szybkości 120 km/h do 40 km/h tuż pod nastawnią posterunku odgałęźnego Regalica, po czym ostrożnie wjechał na długi, żelazny most nad odnogą Odry o nazwie Regalica właśnie. Zaraz za mostem skręcił ostro w prawo i ze zgrzytem kół na spadającym łuku staczał się w leśne otchłanie stacji SPC.

To dziwna stacja rozsiana wśród lasu, gdzie nabrzeża portowe szczecińskiej dzielnicy Łasztownia są gdzieś daleko za lasem i nie widzą ich podróżni pociągów pasażerskich.

Po paru minutach niezdecydowanie ni tu leśnej, ni tu industrialnej jazdy „Nord-Orient Express” zatrzymał się na planowe 30 sekund przy peronie osobowym SPC – Szczecin Port Centralny tuż obok szczecińskiej bazy spółki PKP-INTERCITY, gdzie miała nastąpić szybka podmiana obsługi lokomotywy Griffin.

Mechanik Opaliński

„Nord-Orient Express” zjawił się rozkładowo. Na czele pociągu była też zgodnie z planem wyczekiwana maszyna Griffin.

Mechanik bezceremonialnie wszedł do kabiny. Spodziewał się, że ma zwyczajnie zmienić jakiegoś szczecińskiego kolegę, który jechał Griffinem ze Świnoujścia. Jednak osłupiał, jak na wstępie na lewym fotelu – przeznaczonym dla pomocnika maszynisty lub praktykanta – ujrzał piękną blondynkę w służbowym żakiecie PKP-IC.

Na widok Mechanika Opalińskiego Agnieszka (bo to ona była) natychmiast zerwała się z fotela:

– Pan siada panie mechaniku – rzuciła niedbale.
– Dzięki, nie trzeba, tylko się rozłożę z moją torbą, za dwie minuty siadam po prawej – wskazał fotel zajmowany przez młodego Szczeciniaka.

„Prawa strona” to na kolejach o ruchu prawostronnym w lokomotywie miejsce poważne, najpoważniejsze. Po prawej siedzi Mechanik, Majster, Mistrz, Maszynista, jak nazywana jest ta najważniejsza postać w pociągu. Mechanik, podobnie do kapitana na statku, jest „Pierwszym po Bogu”, ale tu – w pociągu pasażerskim – w sprawach technicznych. Czyli ktoś jakby Pierwszy Mechanik na statku, tymczasem najwyższą władzą ruchowo-handlową i w sumie społeczną jest Kierownik Pociągu.

Klara

Sven a właściwie raczej Zvi wybiegł bardzo nagle z przedziału Klary, ale ona na to nawet nie zwróciła uwagi. Cała wciąż roztrzęsiona ekstazą i niespodziewanym odkryciem sprzed chwili już przeniknięta była namiętnością ciekawości – co czeka ją za chwilę w Szczecinie?

Tak, nagle jej myśli zwróciły się w stronę eleganckiego Duńczyka – Haralda Olsena. Miał wysiąść w Szczecinie i chciała bardzo chociaż ostatni raz rzucić mu namiętne spojrzenie. Może tym bardziej po tym, jak ukryta za stertą tratw ratunkowych na promie oglądała jego scysję z tą dziwną, wciąż pojawiającą się blondynką z PKP-IC.

Pociąg na chwilę przystanął przy jakimś osamotnionym wśród morza torów peronie. Po prawej za oknem przedziału ukazał się cały zbiór wagonów, lokomotyw, pociągów wymalowanych w granatowo-niebiesko-szaro-białe barwy PKP-IC. Zauważyła nawet dziobaty pociąg dużych szybkości „Pendolino”.

„Kuba miałby tu ubaw” – przez moment pomyślała o swoim koledze-dziwaku w odległym Wrocławiu. A na peronie na wprost jej okna stała tablica z długą nazwą stacji: „Szczecin Port Centralny”. Tak, mówią na to miejsce w skrócie SPC – przypomniały jej się opowieści Kuby.

Pociąg ruszył i zaczął bardzo powoli pokonywać dwa mosty nad kanałami portowymi Odry dzielące stację SPC od Szczecina Głównego. Drugi z mostów wyglądał wręcz zachwycająco na polskie realia geograficzne – zwodzony z obrotowym środkowym przęsłem, takie widuje się w Holandii, czy Danii…

Tuż przed peronem Szczecina Głównego Klara wybiegła na korytarz, orientując się błyskawicznie, że peron wypada od tej strony. Odsunęła okno w korytarzu i patrząc na peron zaczęła rozglądać się za Haraldem. To może ostatni raz, kiedy rzuci mu namiętne spojrzenie?

Haralda nie było, za to z elektrowozu wysiadła blondynka w żakiecie z teczką, znów TA blondynka!, a zaraz za nią młody mężczyzna też w mundurze PKP-IC z torbą podróżną. Najwyraźniej to kończący służbę maszynista „Nord-Orient Expressu”. Oboje zrobili parę kroków, po czym blondynka podała mu plik dokumentów w aktówce. Potem zaraz wsiadła do wagonu służbowego.

Tymczasem Harald wciąż nie pojawiał się na peronie…

Ku zaskoczeniu Klary pojawił się za to na peronie Sven vel Zvi – jej przed chwilą namiętny kochanek. Chodził w tą i z powrotem, obserwując uważnie wagony i ignorując Klarę wychylającą się z okna. Na sygnał gwizdka kierownika pociągu w ostatniej chwili wskoczył do pociągu.

Dalsza podróż niemal natychmiast nabrała tempa. Klara nadal spoglądała przez okno korytarza na krajobraz przesuwający się niczym film w przyśpieszonym tempie. W oknie niczym na ekranie mignęła Elektrownia Pomorzany most długi, żelazny most nad Odrą, las, potem znów most na Regalicy, Szczecin Zdroje, Szczecin Dąbie…

Gdzie Harald? U siebie w przedziale? Zaspał i nikt go nie obudził? A ten dziwny Sven vel Zvi? Dlaczego ma dwa paszporty? Może to w istocie całkiem proste – jako poważny specjalista od komputerów obawia się ujawnienia swojego izraelskiego obywatelstwa?

Po chwili Klara wpadła w rozmarzenie wpatrzona w wypiętrzające się, piękne formacje chmur. Nagle zdała sobie sprawę, że to zjawisko atmosferyczne w istocie nie wygląda zbyt miło i że groźne zapowiedzi Kuby mogą się sprawdzić.

Mechanik Opaliński

Mechanik najpierw ostrożnie rozpędził pociąg do planowej szybkości 120 km/h. Tak minął Szczecin Wstowo, most na Odrze, potem znów most na Regalicy, gdzie zamknęła się pętla Szczecina. W Dąbiu bez zatrzymania, potem rozkładowa 160 km/h praktycznie do Poznania ze zwolnieniami do 120 km/h na większych stacjach.

Powoli minął Stargard Szczeciński, potem Choszczno, potem zbliżał się do Krzyża. Patrząc przez ogromną przednią szybę lokomotywy Griffina zaczął po prawej, zachodniej stronie dostrzegać coraz bardziej niepokojące zjawiska na niebie. Z każdą minutą i kilometrem jego zachwyt przechodził lekko w niepokój, gdy patrzył na mocno zarysowujące się zjawiska atmosferyczne. Pociąg przecinał planowo pola, lasy i łąki pasących się krów oraz żerujących bocianów. Niby normalnie, ale jakby przeczuwał, że gdzieś już niepostrzeżenie czaiło się TO, chociaż może jeszcze nie istniało i nie było nazwane.

Kolejne naciśnięcia żółtego guzika na wezwanie dużej, czerwonej lampki na środku pulpitu przed każdym sygnałem i do tego co około minutę losowo. Przed przejazdami drogowymi tarcze ostrzegawcze-przejazdowe z dwoma jaskrawo-białymi światłami – znów przycisnąć, uważać, uuu…tuuu.. – zatrąbić… Na ekranie ETCS czyli Europejski System Kontroli Pociągu wyświetla aktualne sygnały oraz z wyprzedzeniem stan zajętości szlaku i dozwoloną szybkość.

Z całkiem dużą szybkością 100 km/h przeleciał Krzyż – ważną stację, ale dla „Nord-Orient Expressu” bez postoju. Niebo stawało się coraz bardziej dziwne, a z nacierającej sino-czarnej chmury wysuwał się ku ziemi czarny lej…

Kiedy mijał Drawski Młyn, zauważył, że na wbudowanym w pulpit monitorze komputerowym dzieje się coś dziwnego. Wskazania systemu kontroli pociągu ETCS zdawały się pokazywać absurdalne informacje o zajętości szlaku, po czym w ogóle zniknęła z wyświetlacza następna stacja – Miały. Na to Mechanik natychmiast połączył się przez radio GSM-R z Lokalnym Centrum Sterowania – LCS w Krzyżu.

– Jedź, jedź mechaniku, wszystko zaraz będzie w porządku! – odpowiedział dyżurny ruchu z Krzyża.

Ale Mechanik Opaliński miał złe przeczucia. Lokomotywy elektryczne prowadził od wielu lat i wiele przeżył. Teraz przypomniała mu się sytuacja sprzed paru lat koło Strzelec Opolskich. Wtedy stanął z pośpiesznym TLK zablokowany w lesie powalonymi drzewami, a piorun uszkodził maszynę na amen. I tak miał szczęście, bo przez stację w Strzelcach przeszło tornado najwyższej kategorii F-5, co oznacza prędkość wiatru w wirze powyżej 200 km/h! Dworzec w Strzelcach został niemal totalnie zniszczony, a trąba powietrzna powyrywała z ziemi nawet semafory! Teraz niebo wyglądało podobnie…

Klara

Kiedy Klara stała przy korytarzowym oknie tak wpatrzona w coraz groźniejsze zjawiska na niebie, nagle odezwał się jej telefon. To Kuba.

– Cześć Kubusiu – odpowiedziała od razu.
– No cześć Klaro! Mam dla ciebie nie najlepsze informacje – niecierpliwym głosem dość szybko usiłował coś opowiedzieć. Jednak jakość połączenia stawała się coraz gorsza, co chwilę znikały połowy słów, całe słowa, połowy zdań… Typowe zakłócenia dla łączności cyfrowej GSM. Wreszcie połączenie urwało się całkowicie. Klara zaniepokojona wszystkim przez chwilę zupełnie nie wiedziała, co robić. Wtedy zabuczał telefon powiadomieniem sms. Otworzyła, wiadomość wysłał Kuba:

„Jak możesz, otwórz e-maila, wszystko opisałem” – sms był klasycznie dla Kuby napisany nienagannie językowo.

Zdziwiona jego zachowaniem natychmiast weszła do swojego przedziału, uruchomiła laptopa i otworzyła e-maila od Kuby:

„Prognoza pogody dla Klary.
W rejonie województw lubuskiego i wielkopolskiego prognozowana jest znaczna chwiejność atmosfery. Podczas przechodzenia superkomórek burzowych układu liniowego głównym zagrożeniem będą silne, niszczące porywy wiatru (lokalnie osiągać mogą 150 km/h) oraz opady dużego gradu. Nie jest wykluczone, że w czasie przechodzenia mezoskalowego konwekcyjnego układu pojawią się silne trąby powietrzne. Gdzie przejdą te zorganizowane struktury, do końca wiadomo. To się zaraz wydarzy w okolicy, którą przemierzasz, uważaj na siebie! Twój Hobbysta także meteorologii czasem – Kuba”

Mechanik Opaliński

Deszcz leje, dwie wielkie wycieraczki Griffina poruszają się nadzwyczaj szybko i niewiarygodnie skutecznie zsuwają wodę z wielkiej tafli przedniej szyby. Druty odgromowe nad siecią trakcyjną zaczynają coraz bardziej się kołysać. Wiatr, niepokojąco przybierając na sile, zrywa z drzew liście jak motyle, za chwilę już szarpie i łamie coraz grubsze gałęzie i jak pociski rozrzuca je wokół.

Pociąg zbliża się do stacji Miały. System kontroli pociągu ETCS już niczego nie wyświetla na ekranie pulpitu Griffina. W tej sytuacji mechanik zwolnił do dopuszczalnej szybkości 130 km/h, kiedy jest sam bez wsparcia drugiej osoby, ani też systemu kontroli elektronicznej. Wśród pogodowej zawieruchy dostrzega pomarańczowe światło semafora wjazdowego do Miałów. To oznacza sygnał „stój” na semaforze wyjazdowym stacji. Łagodnie, elegancko wyhamowuje i staje przy peronie stacji Miały pod czerwonym światłem.

– Osiem cztery jeden dwa zera dwa się zgłasza – mówi do radia, tak podając służbowy numer „Nord-Orient Expressu” na sieci PKP-PLK, czyli w Polsce.
– Mechaniku macie rozkaz „O”, 50-tka do Wronek, jechać ostrożnie. Zaraz macie „wolną” na zastępczy – odpowiedział dyżurny ruchu z Miałów.
– Dziękuję, do usłyszenia.

Bucząca elektroniką maszyna dostojnie ruszyła w kierunku Puszczy Noteckiej. Pachniało słodko lipami nawet przez klimatyzację.

Chwilę później mechanik zobaczył na horyzoncie TO. Wystraszył się, przeczuwał problemy. Pamiętając przeżycia spod Strzelec Opolskich, zaczął myśleć o możliwych procedurach awaryjnych.

„Wir, o mój Boże” – pomyślał. – „Jezu, to zakręca i zaczyna nas gonić!”

Przesuwając do przodu zadajnik jazdy, zwiększył moc maszyny.

„Uciekniemy!” – pocieszał się w myślach. Szczęśliwie prąd w sieci trakcyjnej wciąż był…

Maszyna rozpędza się, przekraczając dozwolone rozkazem szczególnym 50 km/h. Przewody odgromowe sieci trakcyjnej zaczynają wirować niczym skakanki. Co chwilę w pancerną przednią szybę uderzają coraz większe gałęzie. Urywa się jedna z wielkich wycieraczek. Jednak tuż przed przystankiem Mokrz przychodzi najgorsze…

Około 600 metrów przed czołem pociągu po prawej stronie pojawia się kolejne TO. Zniża się nad betonowym budynkiem podstacji zasilającej trakcję elektryczną i błyskawicznie wsysa w siebie słupy elektryczne, przewody, niemal wszystko. Przeżuwa niby pokarm i kurząc niemiłosiernie rozrzuca wkoło pogruchotane resztki… Napięcie w znikającej nagle sieci trakcyjnej oczywiście błyskawicznie spada do zera. Mechanik może już tylko w ostatniej chwili opuścić pantograf i uruchomić nagłe hamowanie, by pociąg nie wykoleił się na ścielących się po torach gałęziach, połamanych pniach drzew, szczątkach słupów, fragmentach dachu podstacji trakcyjnej…

Klara

Ledwie Klara zdążyła przeczytać e-maila od Kuby, w ciągu paru minut wszystko stało się faktem. Po krótkim postoju w Miałach pociąg wyjechał na leśny szlak Puszczy Noteckiej i wtedy także Klara z przerażeniem zobaczyła za oknem TO. Nie ujechali zbyt daleko. Nagle pociąg zatrzymał się wśród lasu…

„Co się dzieje?” – pomyślała. Wtedy jakaś potężna siła zaczęła kołysać ponad 50-tonowymi wagonami, wydawało się, że szyby wylecą z ram, a cały pociąg uniesie się w górę…

Kierownik Domański

Kierownik Domański w obliczu szalejących tornad zachowywał całkowity spokój, a przynajmniej jego pozory. Niemal całą swoją kolejową karierę spędził w Opolu, ostatnio w firmie Polregio, gdzie jeździł jednostkami elektrycznymi w ruchu lokalnym. I wtedy właśnie przeżył straszliwe tornado kategorii F-5 w Strzelcach Opolskich. Teraz też wyglądało na F-5… Dzięki temu tym razem działał niemal automatycznie – uruchomił agregat prądotwórczy w wagonie służbowym, następnie wraz z konduktorką obszedł, a raczej obleciał cały skład, bacząc, czy przypadkiem nie ma jakichś poszkodowanych, po czym zabrał się za wygłoszenie komunikatu dla podróżnych:

– Uwaga podróżni! Proszę o zachowanie spokoju, w wagonach mogą się państwo czuć całkowicie bezpiecznie. Jednak w żadnym przypadku proszę nie otwierać okien ani drzwi. W razie jakichkolwiek problemów prosimy powiadomić obsługę pociągu. Jesteśmy do państwa dyspozycji – zapowiedź nie zabrzmiała optymistycznie. – Niestety nie jest pewne jeszcze kiedy będziemy mogli kontynuować podróż, ponieważ wystąpiły znaczne utrudnienia komunikacyjne na szlaku. Na bieżąco poinformuję Państwa o rozwoju zdarzeń. W tej sytuacji wszystkich zapraszam do spędzenia miłego czasu w wagonie restauracyjnym, gdzie czeka na Państwa pełna oferta dań…

Zapowiedź kierownika nagle przerwał głos służbowego radiotelefonu w tle:

– Osiem, cztery, dwa zera, dwa! Macie jakichś poszkodowanych?
– Dotąd wygląda, że nie – odparł kierownik nieświadomy, że jego rozmowę z LCS (Lokalnym Centrum Sterowania) słychać w całym pociągu.
– Macie jakieś swoje zasilanie, zdaje się?
– Mamy w służbowym agregat, właśnie uruchomiłem. W sypialnych i restauracyjnym z Kopenhagi mamy prąd, działa klima, łazienki i kuchnia – raportował kierownik – reszta klas ze Świnoujścia bez zasilania.

Klara

Postanowiła ubrać się elegancko a stylowo, stosownie do aury pociągu i wybrała z walizki klasyczną małą czarną. Spodziewała się, że w tej niezwykłej sytuacji w wagonie restauracyjnym znajdzie się przynajmniej połowa podróżnych z całego składu, bo też akurat zbliżała się pora na śniadanie.

Wchodząc do wagonu restauracyjnego, Klara nagle spostrzegła Haralda siedzącego obok atrakcyjnej blondynki w służbowym żakiecie PKP-IC – tej samej znanej Klarze z incydentu na promie i widzianej później w Szczecinie. W konsternacji stanęła lekko zmieszana. Na widok Klary Harald uniósł się znad stolika i w nadzwyczaj luźny sposób zaproponował wspólne śniadanie.

– To panna Klara, poznaliśmy się w pociągu między Kopenhagą a Trelleborgiem – zwrócił się do swojej partnerki.
– A to moja żona Agnieszka panno Klaro – usiłował ukryć zmieszanie, jak i fakt, że jego znajomość z Klarą była bardziej zażyła niż oficjalna.

Klara nieco przestraszona sytuacją lekko się zarumieniła i odparła drżącym głosem:

– Miło mi. Teraz dopiero z trudem zaczęła sobie powoli układać wszystkie dotychczasowe wydarzenia w logiczną całość.
– Panie Haraldzie, sądziłam że miał Pan wysiąść w Szczecinie? – zapytała zdziwiona.
– Agnieszka pracuje w Szczecinie i została niespodziewanie wysłana na kontrolę promu, no i korzystając z okazji, że znaleźliśmy się w tym samym miejscu, wyszła nam romantyczna podróż… – objaśnił Harald.

Tymczasem w wagonie robiło się coraz tłoczniej. Rozluźniona już Klara zaczęła zauważać ludzi, których wcześniej już spotkała w podróży. Jajka po wiedeńsku z kajzerką, jajka po angielsku na bekonie, jajka w koszulkach, jajka na miękko, bułeczki, pieczywko takie i owakie, do tego serek taki czy owaki, szyneczka, kiełbaska… Kawka, cappucino, latte maciatto, herbata, drinki przeróżne, wina, a i kieliszek czystej kelnerzy podali ku radości zgłodniałych podróżnych, osadzonych niczym w złotej klatce luksusowego pociągu wśród dzikiej Puszczy Noteckiej.

– Wybaczcie, ale na mnie czeka jeszcze sporo papierkowej roboty – oznajmiła Agnieszka po skończonym śniadaniu.
– Też się zbieram, chciałbym jeszcze trochę odpocząć – odparł Harald. – Zapraszam cię Agnieszko do apartamentu, tam wygodnie popracujesz, a ja się zdrzemnę.
– Wybacz Haraldzie, ale już rozłożyłam papiery w wagonie służbowym u Kierownika Pociągu, ale… wpadnę za jakiś czas z jakimś przysmakiem dla ciebie.
– Będę umierał z ciekawości – zażartował Harald. A Klara na to z trudem powstrzymała się od śmiechu na tak staromodnie brzmiącą wymianę zdań.

Przyszło jej do głowy, że atmosfera w wagonie restauracyjnym zaczyna łudząco przypominać tę z „Morderstwa w Orient Expressie” Agathy Christie, tylko brakuje trupa i Herculesa Poirot, bo wagony chyba są te same.

Agnieszka i Harald wstali od stołu i oddalili się – każde w swoją stronę.

Tymczasem barman włączył radio z najświeższymi informacjami:

„Ogrom strat, który jest jeszcze szacowany, powstał w wyniku całej serii katastrofalnych tornad wygenerowanych przez superkomórki burzowe. Niektóre z nich osiągnęły kategorię 5 – najwyższą. Najdramatyczniejsza sytuacja panuje w województwie wielkopolskim i lubuskim w rejonie Puszczy Noteckiej. Są doniesienia o dużej liczbie ofiar – w tym śmiertelnych. W środku Puszczy uwięziony został międzynarodowy pociąg Euro-Noc „Nord-Orient Express”. Szczęśliwie nie ma doniesień o ofiarach w pociągu. Służby kolejowe wspierane przez jednostki Straży Pożarnej usiłują przedostać się do pociągu, jednak akcja może potrwać wiele godzin. Największe zniszczenia odnotowano dotąd…”

Klara zaczęła szukać telefonu. Przypomniało jej się, że zostawiła w przedziale, więc szybko tam pobiegła. Gdy wpadła zdyszana do przedziału, właśnie dzwonił Kuba. Był przerażony. Klara szybko zreferowała mu sytuację w uwięzionym pociągu, że wszyscy cali, nie ma żadnych bezpośrednich zagrożeń, a nawet zaczyna być ciekawie towarzysko i wręcz wesoło. Na to Kuba odetchnął i zaczął rzeczowo przedstawiać niedawną sytuację atmosferyczną:

„Od zachodu nadciągnął nad Polskę silny mezoskalowy układ konwekcyjny, w który wbudowana była linia silnych komórek burzowych, w tym niebezpiecznych superkomórek. Następnie powstała linia szkwału, która szybko zaczęła przybierać na pograniczu województw lubuskiego, zachodniopomorskiego oraz wielkopolskiego postać charakterystycznego, łukowatego wygięcia (bow echo). Taki układ jest zawsze groźny z uwagi na występowanie bardzo silnych i ekstremalnie silnych wiatrów prostoliniowych, jak również trąb powietrznych. Tornada mogą osiągać nawet kategorię 5.”

Ponieważ nic nie wskazywało na to, że pociąg szybko opuści miejsce uwięzienia, Klara postanowiła trochę się zrelaksować na luksusowym łóżku w przedziale. Nie mogła zasnąć, bo w głowie wirowały jej myśli wywołane mnóstwem wydarzeń ostatniej doby, jednak bardzo pragnęła pobyć sama ze sobą, by wszystko sobie racjonalnie poukładać. I tak minął jej czas do pory obiadowej.

Konduktorka Mania

Maria Orzeł, bo tak miała na imię i nazwisko, od początku swojej pracy na kolei jeździła w drużynie z Kierownikiem Domańskim. Przez długie lata pracowali w Opolu w firmie Polregio, by potem przejść do wrocławskiego Oddziału Zachodniego Zakładu PKP-IC SA w Poznaniu. W czasie pamiętnego tornada w Strzelcach Opolskich mieli służbę na osobowym Gliwice – Opole Gł. Gdy TO nadeszło właśnie stali w peronie stacji Strzelce Opolskie, dlatego dla Mani i Kierownika Domańskiego tornado nie było niczym nowym – nawet to kategorii F-5.

Klara

Minęło ładnych parę godzin, kiedy rozmyślania Klary przerwało wydobywające się z głośników zaproszenie na obiad.

W wagonie restauracyjnym zjawiało się coraz więcej podróżnych i nie było już żadnego wolnego stolika. W tej sytuacji Klara przysiadła się do Agnieszki – ta siedziała sama najwyraźniej oczekując na Haralda.

– Nie ma Haralda? – zapytała zdziwiona Klara.
– Och, pewnie mu się przysnęło, poczekajmy chwilę, jak się nie zjawi, pójdę go obudzić – odparła Agnieszka, studiując kartę dań.

Klara zaczęła rozglądać się po wagonie. Najpierw rzuciło jej się w oczy dwóch Arabów – tych samych, co ci żywo dyskutujący w barze na promie. Teraz byli podobnie ożywieni i rozglądali się naokoło.

„Oni są z 1 klasy doczepionej w Świnoujściu i teraz tam nie ma zasilania, pewnie nie działa klima, więc musi być niezły zaduch w przedziale, bo okna są w takich nowych wagonach hermetyczne i się nie otwierają” – Klara fachowo rozważyła sytuację.

Nagle uwagę Klary przykuł ktoś przy stoliku w rogu wagonu. Nie mogła dostrzec twarzy, bo skutecznie widok zasłaniała głośno zachowująca się, rosyjskojęzyczna rodzina – rodzice z dwójką hałaśliwych dzieci. Rozbawiło Klarę, że na ich stoliku oprócz napojów dla dzieci stała otwarta flaszka czystej wódki tradycyjnej, lwowskiej marki „Baczewski”. Jednak Klara nie dawała za wygraną i kombinowała, jak tu niepostrzeżenie zidentyfikować gościa siedzącego o stolik dalej.

Wreszcie udała, że się niecierpliwie przeciąga i rozgląda za Haraldem – odchyliła głowę do tyłu… Tak, miała przeczucie, że to poznany na promie Jean.

„Gdzie podział się Sven vel Zvi” – pomyślała i w tej samej chwili w drzwiach sali jadalnej pojawił właśnie ów Sven vel Zvi – obywatel norwesko-izraelski. Na widok Klary radośnie pomachał ręką…

„Ciekawe, że on zupełnie nie wygląda na Żyda, a ten jego kolega Jean przeciwnie… Może Jean też ma podwójne imię i podwójny paszport?” – Klara rozważała w duchu.

Wtedy odezwała się Agnieszka:

– Wiesz co… pójdę zobaczyć, co dzieje się z Haraldem – po czym wstała i powoli ruszyła w stronę wagonów sypialnych.

Nie było jej kilka minut, po czym od strony wagonów „świnoujskich” pojawiła się, biegnąc jak oszalała w stronę sypialnych, konduktorka. Klarę coś ścisnęło w żołądku, natychmiast wstała i powoli ruszyła śladem konduktorki.

Konduktorka Mania

Mania odpoczywała w przedziale służbowym w ostatnim, „świnoujskim” wagonie po ciężkim przeżyciu tornada piątej kategorii. Wtedy nagle obudził ją radiotelefon. Wzywał ją Kierownik Domański:

– Mania! Biegnij zaraz do sypialnych! I weź z półki apteczkę! – głos kierownika był bardzo nerwowy.

Pomyślała, że pewnie ktoś jednak doznał obrażeń, a raczej ciężkiego szoku po porannym przeżyciu ataku tornad. W mgnieniu oka przebiegła cztery wagony ze Świnoujścia, potem restauracyjny, sypialny i w kolejnym sypialnym natknęła się na zamieszanie.

Przed otwartymi drzwiami jednego z apartamentów stał Kierownik Domański, a z wnętrza dochodziło histeryczne wołanie:

– Haraldzie! Haraldzie! Obudź się! Obudź!…
– Wejdź i sprawdź, co mu się stało! – zakomenderował Kierownik Domański na widok Mani.

Wewnątrz apartamentu oczom Mani ukazała się poznana w czasie jazdy urzędniczka z Zakładu Żeglugi PKP-IC w Szczecinie, histerycznie szarpiąca za ramię człowieka leżącego twarzą na wytwornym biurku. Wokół był w nieładzie rozrzucony zestaw zabytkowych utensyliów do pisania, a pod głową leżącego człowieka kartka papieru – jakby w ostatniej chwili próbował coś napisać.

Mania stanowczo odsunęła histeryzującą urzędniczkę i pochyliła się nad ciałem. Leżący człowiek nie oddychał – o jego życiu mogły zadecydować najbliższe sekundy. Mania ujęła jego nadgarstek – puls nie był wyczuwalny, podobnie w okolicy tętnic szyjnych…

– On chyba nie żyje – wymamrotała przerażona Mania.
– Połóżmy go na dywanie! – zakomenderował Kierownik Domański.

Na to wszystko w drzwiach apartamentu ukazała się Klara.

Klara

W pierwszej chwili Klara zajęła się histeryzującą Agnieszką. W tym czasie Kierownik Domański i Konduktorka Mania próbowali reanimować ułożonego na dywanie Haralda.

– Spokojnie, spokojnie… Zrobimy wszystko, co możemy – Klara zwracała się do Agnieszki, sadzając ją na eleganckiej kanapie, po czym zwróciła się do reanimującej Haralda drużyny konduktorskiej:
– Może kogoś z was zastąpię, trzeba natychmiast wezwać pomoc!
– W apteczce są rękawiczki – rzuciła na to Mania.

Kierownik Domański wstał znad leżącego, chwycił mikrofon radiotelefonu i skontaktował się z Lokalnym Centrum Sterowania:

– Tu osiem-cztery-jeden-dwa zera-dwa! Mamy nieprzytomnego mężczyznę, potrzebna natychmiastowa pomoc!
– Dobra, przyjęłam, zobaczę, co da się zrobić – potwierdziła dyżurna ruchu z LCS.

Tymczasem Klara i Mania wytrwale próbowały reanimować Haralda, a Agnieszka siedziała blada i zesztywniała na kanapie. Spojrzał na nią Kierownik Domański i delikatnie zasugerował, że odprowadzi ją do wagonu służbowego, gdzie się nią zajmie. Agnieszka nie oponowała.

Po około kwadransie nad uwięzionym pociągiem zawisł helikopter Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Nie było z tym większych problemów, bo pogoda od paru godzin się uspokoiła. Zaraz na linie zjechali ratownik oraz lekarz.

W apartamencie Pułkownika Haralda nie mieli zbyt wiele do roboty – po prostu lekarz stwierdził zgon…

– Nic tu po nas, a denat musi na razie zostać, nie możemy go zabrać helikopterem – oznajmili. Za chwilę już odbierał ich helikopter do następnych wezwań.

Wstając znad zwłok Haralda, Klara mimo stanu roztrzęsienia przeżytym dramatem zauważyła kartkę wśród rozrzuconych utensyliów do ręcznego pisania. Podeszła i z osłupieniem odczytała niedokończone angielskie zdanie:

„they kill…”
czyli „oni zabi…”.

Szok! Klara natychmiast domyśliła się dalszej treści: „they killed me” – „oni mnie zabili”. A więc to było morderstwo!

Może to dziwne, ale w takich sytuacjach Klarę zazwyczaj ogarniał głęboki i smutny spokój, a uspokojony umysł zaczynał trzeźwo analizować zdarzenia i w niezwykle bystry sposób postrzegać, zdawałoby się błahe, szczegóły. Tak też zauważyła stojący na stoliku obok kanapy kryształowy kieliszek z resztką jakiegoś trunku o wiśniowej barwie. Tak, to była duńska cherry, jak wskazywała stojąca obok, na pół opróżniona butelka… Dla pewności Klara, nie dotykając kieliszka – potencjalnego dowodu w sprawie – wciągnęła nosem opary zawartości. Oczywiście poczuła silny zapach migdałów, a więc związków cyjanku, z czego słynie duńska cherry.

„Ale pomysł!” – krzyknęła w myślach. – „Ktoś załatwił go cyjankiem dodanym do cherry w nadziei, że obecność niewielkich ilości związków cyjanku w duńskiej cherry pochodzi z pestek wiśni i silny, migdałowy zapach nie wzbudzi żadnych podejrzeń”.

– To było morderstwo! – Klara zwróciła się do osłupiałej konduktorki. – Słuchaj, musimy teraz zamknąć apartament i kartę z szyfrem zabezpieczyć u kierownika do czasu, aż zjawi się Policja. Jasne?
– Tak – potwierdziła Mania.

Kierownik Domański

Gdy do biura Kierownika w wagonie służbowym weszła Klara, siedziała tam wciąż osłupiała Agnieszka.

– Proszę państwa! To było morderstwo! – bezceremonialnie obwieściła Klara. – Musimy natychmiast powiadomić Policję!

Agnieszka zbielała niczym papier i zaczęła się trząść.

– Może coś na uspokojenie? – zaproponował Kierownik.

Agnieszka skinęła głową i zaraz też Kierownik wygrzebał z wielkiej kolejowej apteczki jakieś krople na nerwy.

„Te może są bez trucizny” – Klara omal nie powiedziała tego na głos.

– No dobra – Kierownik, odmierzając krople do aptecznego kieliszka, zwrócił się do Klary – na jakiej podstawie uważa pani, że to morderstwo?
– Nie uważam, tylko mam uzasadnione podejrzenia. Niech pan nie dyskutuje tylko szybko łączy się z Policją! Tak, czy siak, ma pan taki obowiązek w razie niewyjaśnionej śmierci podróżnego! – stanowczy głos Klary zmroził Kierownika, więc natychmiast chwycił za radiotelefon i połączył się z linią alarmową. Kiedy zaczął mówić o morderstwie w uwięzionym wśród Puszczy Noteckiej pociągu, dyspozytorka przełączyła go do Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu.
– Komisarz Burski, słucham! – w głośniku radiotelefonu odezwał się ktoś groźnie, jak przystało na policjanta.

Słysząc komisarza Burskiego, Klara aż podskoczyła i bezwiednie zaczęła wyrywać z ręki Kierownika mikrofon:

– Pan mi to da! Komisarz Burski to mój stary znajomy!

Kierownik nie oponował.

– Komisarzu! Z tej strony Klara Issakowicz! Co pan robi w Poznaniu? Przenieśli?
– Kurde… Witam! Całą ekipę nas z Wrocławia tu dali przez te cholerne tornada. A co tam się stało?

Klara opowiedziała wszystko, co wie o sytuacji i czego się domyśla.

– No dobra, wystarczy – zawyrokował Komisarz. – Panno Klaro, niech pani dalej robi swoje, a my jak najszybciej wyślemy helikopter po denata i zrobi się sekcję. A kierownik pociągu mnie słyszy?
– Słyszę! – krzyknął Kierownik Domański.
– To słuchaj pan kierowniku! Masz pan we wszystkim pomagać pannie Klarze dopóki nie zajmie się wszystkim moja ekipa. To może trochę potrwać, aż was wyciągną z tej puszczy. Zrozumiano?
– Tak jest! – odszczeknął Kierownik Domański.

Tymczasem Klara miała już pierwszy pomysł, co robić dalej:

– Panie kierowniku! Jak zabiorą zwłoki, niech pan ogłosi, żeby wszyscy podróżni zebrali się w restauracyjnym. Ja im wtedy przedstawię sytuację i tak dalej coś… Przepraszam, teraz idę do siebie pomyśleć. A niech pan zaopiekuje się panią Agnieszką!

W międzyczasie Agnieszka po kroplach na uspokojenie zaczęła dochodzić do siebie, a wręcz zdobyła się na rodem z czarnego humoru ironię:

– To kiedy mnie przesłuchasz? – zwróciła się do Klary.
– Ach, przyjdzie czas… – odparła Klara równie ironicznie. – Ale uspokój się teraz… W czymś pomóc?
– Nie, nie… pójdę… mam przedział roboczy w tym wagonie i „jedynkę” jeszcze…
– Z tymi Arabami? – Klarze powiedziało się to odruchowo i zaraz się zmieszała, że to już o żart za daleko.
– Ha, tak! A żebyś wiedziała, tam nikogo więcej nie ma! – uśmiechnęła się nagle Agnieszka.

Klara

Po dramatycznych wydarzeniach Klara rozłożyła się na wygodnym posłaniu w swoim przedziale i zaczęła rozważać całą sytuację:

„Harald był moim chwilowym kochankiem, zdradził Agnieszkę, ale to akurat nieważne, wszak jest żołnierzem, a żołnierze chyba tak mają – długie rozłąki, koszarowe życie, żołnierskie obyczaje i takie tam. Najwyraźniej ktoś go otruł jakimś związkiem cyjanowym, dodanym do flaszki z duńską wiśniówką lub kieliszka. A to dlatego tak, żeby Haralda przypadkiem nie zaniepokoił zapach migdałów – charakterystyczny dla cyjankaliów. Więc kto mógł to zrobić?

Nie, Agnieszkę raczej wykluczam… W takim razie pozostają cztery opcje…

Po pierwsze to mogli być ci wciąż o czymś żwawo dyskutujący Arabowie. Wystarczy założyć, że są z jakiejś organizacji terrorystycznej, a Harald im podpadł jako ważny oficer nie tylko armii duńskiej, ale też międzynarodowej dywizji europejskiej w Szczecinie.

Po drugie to mogli być Jean i Sven, a raczej Zvi. Jean też może wcale nie być Jeanem… Podobno, jak twierdzą, pracują w jakiejś firmie informatycznej. Tylko to może być firma nie informatyczna, a raczej informacyjna – po prostu MOSAD! Niewykluczone, że Pułkownik mógł w czymś podpaść Izraelowi… Tak, obaj dziwnie się zachowywali… Ale też dziwnie przyglądali się Arabom, więc wracamy do opcji pierwszej? Może chcieli chronić Haralda przed Arabami?

Po trzecie mogli to być Rosjanie – chodzi o tą rosyjskojęzyczną rodzinę. Gościu mógł być agentem FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej) lub GRU (Główny Zarząd Wywiadu Federacji Rosyjskiej), a nieświadoma niczego żona z dziećmi była przykrywką. Zresztą trucie było specjalnością służb sowieckich, a teraz rosyjskich. To przy tym wcale nie przeczy dziwnym zachowaniom Jeana i Svena-Zvi – jako agenci MOSADu mogli mieć jakieś informacje o zagrożeniu życia Pułkownika…

Po czwarte zabójcą był ktoś zupełnie inny…”.

W sumie rozważania doprowadziły Klarę do poważnych wątpliwości, czy w ogóle powinna zajmować się tą sprawą, gdyż wiele wskazywało, iż wszystko było raczej w gestii ABW (Agencji Bezpieczeństwa RP), czy AW (Agencji Wywiadu RP), a nie Policji i Komisarza Burskiego.

Rozważania Klary przerwał odgłos nadlatującego helikoptera. Po chwili zobaczyła wiszącego na poziomie czubków drzew policyjnego „Black Hawka” i zjeżdżających na linie komandosów z AT-ki (Kompanii Antyterrorystycznej).

Kierownik Domański

Kierownik w swoim przedziale biurowym zajmował się roztrzęsioną Agnieszką. Ta wciąż zmieniała nastrój niczym w kalejdoskopie – raz niby uspokojona i z dystansem próbowała żartować, za chwilę znów osłupiała, ze wzrokiem wpatrzonym w jakąś niewidzialną przestrzeń. Co i raz Kierownik próbował ją zagadywać, ale rozmowa za każdym razem zmierzała do wspomnień o Haraldzie i kończyła się kolejnym osłupieniem. Taka sytuacja trwała, aż nadleciał policyjny helikopter i do pociągu weszli niczym kosmici zamaskowani kominiarkami komandosi Kompanii AT.

Kierownik szybko wybiegł z przedziału biurowego, by wskazać apartament, gdzie leżał denat. Kiedy zjawił się tam w towarzystwie funkcjonariuszy pod drzwiami czekała już Klara.

– A pani co tu robi? Proszę iść do swojego przedziału! – groźnie warknął dowódca grupy komandosów.
– Nazywam się Klara Issakowicz i jestem tu na prośbę komisarza Burskiego – odparła Klara – mam wam pomóc w zebraniu śladów.
– No dobra, niech pani będzie, tylko proszę nam nie przeszkadzać – dowódca skapitulował.
– Nie mam zamiaru przeszkadzać, jestem tu, żeby pomóc.

Kierownik w tym czasie ogłosił na cały skład pociągu:

– Jak państwo może zauważyli mamy wizytę służbową Policji, proszę w tym czasie nie opuszczać swoich przedziałów! Za chwilę podam następny komunikat. Dziękuję.

Klara

– Panowie! Koniecznie zabezpieczcie koronne dowody – Klara zwróciła się do komandosów. – Tu jest kartka, gdzie denat usiłował coś napisać, tu kieliszek, z którego pił, nawiasem mówiąc pewnie ze śladami trucizny, a tu flaszka, z której nalewał trunek, być może też z trucizną – wskazała przedmioty.
– Dobra, to dziękujemy pani – odezwał się dowódca.
– Dziękuję, nie ma za co. I chyba nie będę już potrzebna?
– Nie, może pani sobie stąd iść.

Po chwili nosze ze zwłokami Pułkownika Haralda Olsena poszybowały na linie do helikoptera, a Klara udała się do wagonu służbowego, by z Kierownikiem Domańskim ustalić plan dalszych działań.

Kierownik Domański

– Kierowniku, ja chciałabym pobyć trochę sama, może pójdę do swojego przedziału – Agnieszka przerwała kolejne milczące osłupienie.
– Dobrze, to może odprowadzę panią do pani biura obok, czy do przedziału w „jedynce”? – chętnie zgodził się Kierownik.
– Lepiej do biurowego… – wymamrotała Agnieszka.
– Ma pani rację, w „jedynce” siedzą ci Arabi… – niechcący zażartował Kierownik, a Agnieszka skinęła głową i podniosła się z fotela obok biurka Kierownika.

W drzwiach przedziału Kierownika Agnieszka minęła się z Klarą.

– Trzymaj się! – Klara delikatnie pogłaskała Agnieszkę po blond włosach i zajęła fotel obok Kierownika.
– Kierowniku! Musimy ustalić, co robimy dalej – zakomenderowała. – Pan w pociągu jest „Pierwszy po Bogu”.
– Tak, ale w sprawach ruchowo-handlowych, jak to się mówi, a w kryminalnych pani, Panno Klaro – zażartował Kierownik.
– Skoro tak, to niech pan teraz ogłosi zbiórkę wszystkich podróżnych w restauracyjnym, a ja im przedstawię sytuację.
– Tak jest!
– A potem prosiłabym o udostępnienie pana biura tu – kontynuowała Klara. – Chciałabym tu porozmawiać z niektórymi… Byłoby dobrze, jakby na rozmowy zapraszała dyskretnie pana konduktorka, pani Mania, jak pamiętam?
– Znaczy potrzebny pani pokój przesłuchań i doprowadzająca funkcjonariuszka? – Kierownika nie opuszczała naturalna skłonność do żartów.
– Można to tak nazwać…
– Dobra, zrobi się!

Klara

W wagonie restauracyjnym zajęte były wszystkie miejsca, a niektórzy nawet stali. Wszędzie panował gwar rozmów, ludzie snuli przeróżne domysły, co takiego mogło się wydarzyć. Prawie wszyscy widzieli akcję antyterrorystów i wjeżdżające na linie do helikoptera nosze – najprawdopodobniej ze zwłokami. Większość podejrzewała oczywiście zamach terrorystyczny i z paniką w oczach spoglądała na dwóch Arabów…

Klara stanęła przed bufetem i obrzuciła wzrokiem zebranych. Z najbardziej interesujących ją osób byli wszyscy: obaj Arabowie, Sven-Zwi z Jeanem oraz w komplecie rosyjskojęzyczna rodzina.

– Proszę Państwa! – zaczęła swoją przemowę. – Przede wszystkim proszę się niczego nie obawiać. Jak może niektórzy się domyślają, w naszym pociągu miało miejsce, powiedzmy zwyczajne, morderstwo i nie ma żadnych zagrożeń państwa bezpieczeństwa. Nazywam się Klara Issakowicz i zostałam upoważniona przez zajmującego się sprawą oficera Policji do przeprowadzenia rozmów z niektórymi z państwa, dopóki jesteśmy tu uwięzieni i nie może do nas dostać się ekipa śledcza z Komendy Wojewódzkiej w Poznaniu. Jak państwo wiedzą, przyczyną takiej sytuacji jest kataklizm meteorologiczny, który ogarnął znaczną część Wielkopolski. Aha, na rozmowy będzie niektórych zapraszała pani konduktorka. Proszę także wszystkich, którzy mają jakieś spostrzeżenia związane z okolicznością zbrodni, o zgłaszanie się do przedziału kierownika pociągu w wagonie służbowym na czele pociągu zaraz za lokomotywą.

Część podróżnych przyjęła oświadczenie Klary z ulgą, inni szeroko otworzyli oczy ze zdumienia. Ktoś krzyknął:

– Kogo zamordowano?
– Jak to się stało? – odezwał się ktoś inny.
– Mogę państwu zdradzić, że ofiarą jest pan Harald Olsen, pułkownik armii duńskiej – ujawniła Klara. – Więcej nie mogę państwu zdradzić ze względu na dobro śledztwa. No, może to, że prawdopodobnie morderca jest wśród nas.

Po sali restauracyjnej przebiegł szmer zdziwienia, grozy i niezdrowej sensacji. Klara na to szybko opuściła wagon restauracyjny i udała się do swojego przedziału, by w spokoju dokończyć swoje rozważania.

„Z kim porozmawiać najpierw?” – kołatało jej się w głowie. Mniej więcej po kwadransie miała już ideę, z kim porozmawiać najpierw, a reszta powinna rozwijać się sama.

Jewgienij Pietrow

Konduktorka Mania najpierw zapukała do przedziału sypialnego rodziny Pietrowów. Jewgenij przy szklaneczce wódki rozmawiał właśnie z żoną Jewdokią o morderstwie w pociągu, a dzieci wesoło baraszkowały po przedziale.

– Przepraszam pana bardzo, Panna Klara chciała z panem zamienić parę słów. Czy mogę pana poprosić do wagonu służbowego? – Mania zawsze była bardzo grzeczna wobec podróżnych.
– Dlaczego ja? Czego ode mnie chcecie, ja spokojny człowiek, nic mi do tego! – Jewgienij próbował oponować.
– Może pan odmówić, ja tylko bardzo proszę, może pan jednak w czymś pomóc… – Mania roztaczała cały swój ponętny urok.
– No dobra – zgodził się Jewgienij i ruszył za konduktorką.

Gdy do przedziału służbowego wszedł Jewgienij, Klara zamyślona siedziała za biurkiem Kierownika Domańskiego.

– Proszę, niech pan siada – wskazała fotel obok biurka.
– Nie wiem, czego pani chce ode mnie, ja niewinny, niczego nie wiem, nic nie widział – Jewgienij znów próbował oponować.
– Niczego panu nie zarzucam, nic nie podejrzewam, tylko chciałabym ewentualnie prosić pana o pomoc – to mówiąc, Klara usiłowała uwodzicielsko wniknąć w oczy Jewgienija, co szybko przyniosło oczekiwany skutek.
– No dobra, co pani chce wiedzieć.
– Na początek może niech pan się przedstawi.
– A muszę? Niby dlaczego? – Jewgienij usiłował się przekomarzać z Klarą.
– Mogę wezwać kierownika pociągu, a jemu musi pan przedstawić swoje dane – zablefowała Klara.

Fortel okazał się skuteczny – Jewgienij nadto dobrze wiedział, że na Kolejach Rosyjskich byle konduktorka jest władzą absolutną, a co dopiero kierownik pociągu!

– Jestem Jewgienij Pietrow i jadę z rodziną do Jekatierinburga – wyrecytował.
– Pan tam mieszka?
– Nie, mieszkamy w Kopenhadze i jedziemy odwiedzić rodziców mojej żony.
– Pracuje pan w Kopenhadze?
– No tak…
– To musi pan nieźle zarabiać, jak pana stać na podróż w takim luksusie – to pytanie Klary było kluczowe.
– Ja pracuję w porcie, jestem kierownikiem w bazie ładunków intermodalnych, znaczy kontenery i naczepy, tam dobrze płacą.
– Jasne, rozumiem… A czy zauważył pan coś dziwnego między śniadaniem a obiadem?
– Nie, nic. Cały czas byliśmy z żoną i dziećmi w przedziale.
– A wie pan co… Zdradzę panu, że Pułkownik Olsen został otruty – mówiąc to, Klara uważnie obserwowała mimikę Jewgienija. Nie drgnęła mu powieka, ani żadna zmarszczka.
– Dziwne… – odparł zaskoczonym głosem.
– A wie pan, że trucie to stara metoda służb sowieckich, a teraz rosyjskich – kontynuowała Klara.
– No tak, za Związku Sowieckiego truli, ale teraz w Rosji nie! – Jewgienij sprawiał wrażenie oburzonego.
– Dobrze, mówi pan, że służby Federacji Rosyjskiej nie trują, fakty są jednak trochę inne…
– To angielskie prowokacje! – przerwał Jewgienij.
– Ok, niech będzie, ale jeśli, jak pan twierdzi, nie ma nic wspólnego z otruciem pułkownika Haralda Olsena, to może pan kogoś podejrzewa?

Jewgienij jakby trochę się uspokoił i zniżył ton głosu:

– Jak o to chodzi, to widziała pani tych dwóch Arabów? Oni wciąż coś knują… To terroryści! U nas dawno FSB by ich zamknęła! A u was co się wyprawia? Ludzie giną i nic! Tylko Araby i ukraińscy faszyści, sama swołocz się panoszy.

Klara miała już dość tej dyskusji:

– Dobra, dziękuję za trop. Niech pan wraca do siebie.

Klara

Oczywiście Klara poważnie brała pod uwagę trop „arabski”, ale potrzebowała więcej informacji. Bardzo chciała teraz porozmawiać ze Svenem, znaczy Zvi Cohenem, jednak wciąż się zastanawiała, jak przeprowadzić tę rozmowę, by poznać prawdę o Zvi i jego koledze – Jeanie. Z tego przypomniała sobie, że przecież wciąż nie opowiedziała o morderstwie Kubie.

Szybko połączyła się z Kubą – telefony komórkowe mimo kataklizmu działały na szczęście w miarę normalnie, a w pociągu był zasięg wszystkich sieci dzięki transmisji przez kolejową sieć GSM-R. Podobnie w pociągu funkcjonowała pokładowa sieć WiFi.

Klara opowiedziała Kubie w szczegółach wszystko, co wiązało się z morderstwem, oczywiście z pominięciem pikantnych sytuacji romansowych. Na koniec zapytała, czy ma jakiś pomysł na rozmowę ze Svenem vel Zvi Cohenem.

– On się nazywa Zvi Cohen? – Kuba zapytał z niedowierzaniem. – Znasz przecież Leonarda Cohena?
– Wiesz, mój ojciec przyjaźnił się z Maćkiem Zębatym, a on tłumaczył pieśni Cohena…
– No właśnie! – wykrzyknął Kuba. – A wiesz, że Leonard Cohen w jesieni 1973 chciał wziąć udział w wojnie Jom Kipur? Po stronie Izraela oczywiście…
– Tak! Kiedyś obiło mi się to o uszy…
– A wiesz, kim był wujek Leonarda Baruch Cohen? – Kuba dalej pytał. – Nie…
– Baruch Cohen był wtedy szefem MOSADu! Po całym świecie prowadził akcję likwidacji terrorystów palestyńskich, jednego ludzie Cohena załatwili nawet w ówczesnym hotelu „Victoria” w Warszawie w 1981. W końcu Palestyńczycy zamordowali go w Norwegii…
– Kubusiu! Dzięki wielkie za rewelacje! – w głowie Klary już zaświtał pomysł na rozegranie rozmowy ze Zvi Cohenem.
– Nie ma za co, dla ciebie wszystko! Poszukam też czegoś o tym twoim denacie…

„Twoim denacie…” – Klara miała wrażenie, że Kuba posiada dar telepatii – zresztą nie pierwszy raz.

Zvi Cohen

Sven vel Zvi Cohen oraz Jean w swoim przedziale rozważali sprawę zabójstwa Pułkownika Haralda Olsena, kiedy do drzwi zapukała konduktorka Mania. Zaprosiła Svena do wagonu służbowego na rozmowę z Klarą.

– Hi Sven! Proszę, siadaj – Klara wskazała fotel obok biurka.
– Hi Klaro! W czym mogę ci pomóc?
– Słuchaj… jakby ci to powiedzieć… – Klara wahała się, jak zacząć rozmowę. – Chciałam się zapytać o pewnego człowieka…
– Słucham, o kogo chodzi?
– To nie ma bezpośredniego związku ze sprawą zabójstwa, chciałam tylko zapytać o… ten człowiek już nie żyje…
– Mów śmiało! – Sven odparł z uśmiechem.

Klara głęboko spojrzała mu w oczy i szybko zadała pytanie:

– Czy znałeś może Leonarda Cohena?

Sven przez chwilę osłupiał, ale zaraz znów się uśmiechnął i odpowiedział:

– Oczywiście, to mój stryj. A skąd wiesz?

Klara trochę zmieszana postanowiła zagrać w otwarte karty:

– Przyznaję się, że, jak byliśmy razem u ciebie w przedziale i nagle wybiegłeś na korytarz, to zauważyłam w kieszeni twojej marynarki taki dziwny, niebieski paszport ze złotą menorą, zupełnie nie norweski…
– I oczywiście zajrzałaś do środka – przerwał jej ze śmiechem już nie Sven, a odtąd Zvi.
– Tak było – przyznała Klara.
– To pewnie wiesz już wszystko, na przykład to, że Baruch Cohen to mój dziadek?
– Tak, i ty razem z tym niby Jeanem pracujecie nie w firmie informatycznej a raczej informacyjnej.
– Wyobraź sobie droga Klaro, że się nie mylisz – potwierdził Zvi. – A w sprawie morderstwa Pułkownika Olsena jesteśmy po tej samej stronie – dodał.
– A twój kolega z firmy Jean… – zagadnęła Klara.
– Ok, nie musisz niczego sprawdzać, to naprawdę mój kolega z Firmy, nazywa się Efraim Degani.
– A ta wasza Firma to oczywiście… – Nie mów! – przerwał ostro Zvi. – Tego nigdy głośno się nie mówi, to jest Firma przez duże „F” i tyle.
– Zupełnie jak u nas z naszymi ABW, czy AW – zauważyła Klara.
– Podobnie.
– Dobrze, mam więc pytanie – Klara znów miała wątpliwości. – Czy w ogóle jest jakiś sens, żebym mieszała się do tej sprawy? Nie lepiej, żeby zajęły się wszystkim odpowiednie służby Rzeczypospolitej?
– Zrobisz, jak zechcesz. Wiem już, że jesteś diabelsko ciekawska i nie odpuścisz łatwo… – zachęcał Zvi.
– No dobrze, spróbuję coś podziałać, ale zgodnie z propozycją musisz mi wyjawić, co ty wiesz.
– O czym?
– Raczej o kim, chodzi mi o Pułkownika Olsena – odparła Klara.
– Ok., ale muszę najpierw porozmawiać z Efraimem.
– No to mamy jakiś postęp w sprawie – Klara się uśmiechnęła, a Zvi udał się do swojego przedziału.

Klara

Ledwie Zvi opuścił przedział służbowy, odezwał się telefon Klary. Dzwonił Kuba z nowymi informacjami.

– Hi Kubusiu! Dobrze, że dzwonisz, bo mam do ciebie prośbę, żebyś coś sprawdził – ucieszyła się Klara.
– Jasne, poszukam, a na teraz mam parę ciekawych informacji.
– Słucham!
– Chodzi tego twojego denata… – zaczął Kuba.
– Kubusiu! Ty naprawdę masz dar telepatii! – Klara była zdumiona, wręcz przerażona, że Kuba jednak wie też o jej przygodzie z Pułkownikiem. – Dobra, mów co wiesz, właśnie o to chciałam cię zapytać.
– Zrobiłem małe dossier o Pułkowniku Haraldzie Olsenie i myślę, że jest tam parę ciekawych rzeczy.
– Zamieniam się w słuch!
– Raczej zamień się we wzrok, bo wszystko wysłałem ci mailem, żeby było jaśniej – poinformował Kuba. – Włącz laptopa i czytaj!
– Wielkie dzięki!

Laptop Klary leżał na biurku, a łącze internetowe dzięki kolejowej sieci GSM- R działało bardzo sprawnie. Szybko otworzyła maila od Kuby:

„Pułkownik armii duńskiej Harald Olsen urodził się… wstąpił do szkoły oficerskiej… promowany na podporucznika… ukończył Akademię Wojskową… awansował kolejno na porucznika, kapitana, majora…” – zwykła kariera oficerska. Ale dalej zaczynało dziać się ciekawie:

„Jako major brał udział w misji obserwacyjnej ONZ na Wzgórzach Golan”.

Wzgórza Golan to teren formalnie syryjski, a okupowany przez Izrael od wojny 6-dniowej w 1967. To może wyjaśniać, skąd i po co znaleźli się w pobliżu Pułkownika Zvi Cohen i Efraim Degani.

„Awansowany do stopnia podpułkownika dowodził misją pokojową ONZ w Libanie” – czytała Klara.

„No tak… MOSAD, a Liban tłumaczy obecność tych dwóch Arabów – pewnie Hezbollah z drugiej strony” – pomyślała.

Dalej też było ciekawie i napięcie rosło:

„Pułkownik Harald Olsen dowodził kontyngentem duńskim w ramach sił pokojowych IFOR w byłej Jugosławii”.

Potem w karierze Pułkownika Olsena następowała dziwna przerwa, aż do czasu objęcia stanowiska dowódcy pułku w 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie będącej częścią Korpusu międzynarodowego wojsk Unii Europejskiej i NATO. Klara zaraz przypomniała sobie skandaliczną bierność wojsk IFOR w czasie sławnego aktu ludobójstwa w Srebrenicy…

„Są tu Żydzi i Arabowie, brakuje jeszcze Serbów, Chorwatów, Bośniaków i diabli wiedzą kogo jeszcze” – myślała dalej.

Efraim Degani

Efraim w swoim przedziale dyskutował ze Zvi na temat Klary. Co jej opowiedzieć? W końcu uznali, że Klara nie stanowi zagrożenia, a potencjalnie może dużo pomóc w sprawie, chociażby biorąc na siebie całe dochodzenie, dzięki czemu Efraim i Zvi będą mogli pozostać w cieniu.

Jako dowódca misji MOSAD-u na rozmowę z Klarą wybrał się Efraim. Po chwili wszedł do biura kierownika pociągu w wagonie służbowym, gdzie Klara właśnie skończyła lekturę maila od Kuby.

– Hi Panno Klaro!
– Witam Pana Efraima! – odpowiedziała Klara i wskazała fotel obok biurka. – Mów mi po prostu Klara.
– A ja jestem Efraim Degani, jak już zapewne wiesz – Efraim usiadł wygodnie w fotelu i zapytał:
– Co chciałabyś wiedzieć?
– Po prostu wszystko o Pułkowniku Haraldzie Olsenie.
– A konkretnie?
– Konkretnie o jego udziale w misjach obserwacyjnych, pokojowych, czy stabilizacyjnych jak mówią – odparła Klara.
– O IFOR w byłej Jugosławii?
– No nie żartuj! Do tej pory nie stwierdziłam tu obecności Chorwatów, Bośniaków, czy Serbów – zaśmiała się Klara.
– Skąd wiesz, kto podróżuje w tych wagonach, co doczepili w Świnoujściu? – tajemniczy i zamknięty w sobie wcześniej Jean teraz jako Efraim okazał się całkiem towarzyski i skory do żartów.
– Dotąd wiem o dwóch Arabach i rosyjskiej rodzinie, i nie wiem, kto jeszcze – powiedziała Klara. – Ale naprawdę opowiedz mi coś o Pułkowniku i jego misjach na Wzgórzach Golan i w Libanie.
– Szkoda, że go nie było jeszcze w Rwandzie – Efraim dalej żartował.
– Bo jest Duńczykiem, a nie Belgiem – Klara wykazała swoją błyskotliwość, bo w Rwandzie jako byłej kolonii belgijskiej usiłowali zapobiec ludobójczemu konfliktowi plemion Tutsi i Hutu komandosi belgijscy, zresztą z miernym skutkiem. – Proszę, Efraim! Mów poważnie! – Klara w końcu dramatycznie zaapelowała.
– Dobra, poważnie o Wzgórzach Golan nic ciekawego ci nie powiem – Efraim zaczął już poważnie. – Po prostu był jednym z oficerów misji ONZ, tak samo służyli tam też Polacy jeszcze od czasów PRL.
– Nie mieliście żadnych bliższych informacji o jego służbie?
– Tylko rutynowe jak o każdym z żołnierzy ONZ.
– A potem był Liban? – Klara usiłowała drążyć temat.
– Tak… konkretnie stacjonował w Bejrucie razem z Polakami.
– I co? W Libanie było inaczej?
– Trochę… – Efraim cedził słowa. – Jakby to ująć… zrobił dużo dobrego.
– Pracował dla waszej Firmy? – Klara usiłowała to wydusić z Efraima. Ten jednak odparł dyplomatycznie:
– Nie zaprzeczam i nie potwierdzam.
– To zupełnie jak z waszą bronią jądrową, nie zaprzeczacie i nie potwierdzacie – Klara znów się zaśmiała.
– Sama sobie to oceń – Efraim znów uciekał od konkretów.
– Dobra, czy może się domyślasz lub wiesz, kim są ci dwaj Arabowie? – Klara ciągnęła dalej.
– Mogę się domyślać tak samo jak ty, że są z Hezbollahu.
– A czy Pułkownik Olsen mógł mieć jakieś kontakty z Hezbollahem? – Klarze nareszcie udawało się przejmować inicjatywę.
– Jako oficer misji stabilizacyjnej ONZ musiał je mieć – Efraim zaczynał być rzeczowy.
– A czy wiadomo ci coś o ewentualnych kontaktach Pułkownika z Rosjanami?
– Mógł takie mieć na Wzgórzach Golan, może w IFOR w byłej Jugosławii.
– Słuchaj Efraim, zapytam wprost – Klara przeszła do konkretu – czy domyślasz się, kto mógł otruć Pułkownika Olsena?
– Został otruty? – Efraim wyraził zdziwienie.
– Tak, najprawdopodobniej jakimś związkiem cyjanowym w duńskiej wiśniówce – Klara postanowiła ujawnić szczegóły. – Zwłoki zostały zabrane na Medycynę Sądową na sekcję, a kieliszek i flaszka z trunkiem na analizę kryminologiczną.
– Jeszcze nie ma wyników? – zapytał Efraim.
– Jeszcze nie, czekam na informację, ale obstawiam prawie na 100 %, że tak właśnie było.
– Podobno „prawie” jednak robi różnicę… – odparł Efraim.
– Dobra, może robi, ale powiedz mi jako pracownik Firmy, kogo podejrzewasz? – nacisnęła Klara.
– Po co pytasz, jak wiesz?
– No tak… Arabowie z Hezbollahu, a wy mieliście misję ochrony Pułkownika, cały czas obserwowaliście tych Arabów i daliście dupy! – krzyknęła Klara.

Efraim pierwszy raz wyglądał na zmieszanego. Faktycznie, jeśli mieli ochraniać Pułkownika i to się nie udało, to będą mieli poważne kłopoty w swojej firmie. W tej sytuacji w głowie Klary zaświtały inne koncepcje:

– A jak to nie Arabowie, tylko ktoś inny ich ubiegł?
– O kim myślisz? – Efraim odpowiedział pytaniem.
– Jest ten podejrzanie bogaty Rosjanin, pewnie z FSB, czy GRU… – Klara podsunęła jedną z możliwych wersji.
– Też o tym myślę…
– Masz jakiś trop?
– Jak dotąd nie – przyznał Efraim.
– A ja mam jeszcze jedną koncepcję – Klara postanowiła zaatakować.
– Słucham – zdumiał się Efraim.
– Wszystko jest proste! To wy sprzątnęliście Pułkownika! Działał na dwa fronty, dla was i dla Hezbollahu, czymś wam podpadł i tak go załatwiliście, żeby wyszło na Arabów!

Efraim okazał wręcz buddyjski spokój i powoli odpowiedział:

– Masz całkiem niezły pomysł. Na twoim miejscu miałbym podobny, ale chyba nie myślisz, że się przyznam.
– Nie, spodziewam się raczej odpowiedzi „nie zaprzeczam i nie potwierdzam”.
– No, nie żartuj, mogę tylko nie potwierdzić.
– Ale w sumie mógłbyś mi potwierdzić, przecież wiesz, że niczego ci nie udowodnię, pewnie nikt nie udowodni, nawet nasze ABW i AW niczego nie udowodnią, tylko umorzą sprawę, a ja mam duży sentyment do Państwa Izrael… – rozgadała się Klara.
– Do naszego Państwa masz sentyment, a do Haralda Olsena coś więcej – przerwał jej Efraim.
– Na jakiej podstawie tak sądzisz? – Klara była zaskoczona.
– Nieźle pieprzyliście się w jego apartamencie… – wyjaśnił Efraim.

Klara poczuła się zdruzgotana. O jej przygodzie ze Zvi pewnie też wiedział…

– Nie martw się, głowa do góry! – pocieszył ją Efraim – Ludziom czasem przytrafiają się dziwne rzeczy, uprawiają seks, umierają… A my chyba jesteśmy kwita?
– Pewnie musi tak być… – wymamrotała Klara.
– To chyba na razie wszystko? Powodzenia w śledztwie! – Efraim pożegnał Klarę.

Klara

Po wyjściu Efraima Klara poczuła przemożną chęć ponownego zastanowienia się nad sytuacją. Było to tym bardziej istotne, że teraz wypadało jej porozmawiać z dwoma Arabami prawdopodobnie z Hezbollahu lub innej organizacji terrorystycznej jak, nie daj Bóg, tak zwane Państwo Islamskie. Na myśl o tym przechodziły ją ciarki ze strachu, a jednocześnie czuła podniecenie przed spotkaniem z nieznanym.

„Sprawa jest na tyle intrygująca i zaszła tak daleko, że już nie mogę się z tego wycofać” – rozmyślała. – „Ale jak mam rozmawiać z tymi Arabami? Jak ich podejść?

Zaprosić obu, czy rozmawiać z każdym z osobna? Problem to tym większy, iż w kontekście rozmowy ze Zvi a zwłaszcza Efraimem wiele wskazuje, że to oni są zabójcami. Niebezpiecznymi zabójcami. Mogą mnie jakoś załatwić i zwiać z pociągu w Puszczę, i nikt ich nie znajdzie w sytuacji kataklizmu po przejściu tornad. Chyba, że… ochronią mnie Efraim i Zvi! Trzeba będzie zdać relację Kubie, jak to jest być pod ochroną MOSADu – ale się uśmieje!”

Rozmyślania Klary przerwał Kierownik Domański.

– Panno Klaro, czas zaprosić podróżnych na kolację, panią oczywiście też zapraszam – puścił oko do Klary.

To rozwiązywało problem z Arabami – Klara bowiem wpadła na pomysł, żeby niby przypadkiem się do nich przysiąść, bo wolała nie przebywać sam na sam z którymś z nich, czy oboma.

Kuba

Kuba wykorzystywał wszystkie swoje umiejętności „hakerskie”, by zdobyć jak najwięcej informacji o Pułkowniku Haraldzie Olsenie. W ten sposób wpadł na kolejny trop, który tłumaczył przerwę w informacjach o służbie Pułkownika pomiędzy misją w siłach IFOR w byłej Jugosławii a stanowiskiem dowódcy pułku w 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie. Zdumiony Kuba odkrył, iż w czasie tej luki w oficjalnych informacjach Pułkownik miał kontrakt z US Army i był oddelegowany do bazy Bagram w Afganistanie, gdzie stacjonował polski kontyngent. To dobrze tłumaczyło późniejsze stanowisko w Szczecinie. Mogło też tłumaczyć dużo więcej. Więc Kuba postanowił szukać dalej, by wysłać Klarze maila z maksymalnie kompletnymi informacjami.

Klara

Klara odczekała trochę czasu, by możliwie wszyscy już się zeszli w wagonie restauracyjnym, co dawało jej możliwość szybkiej obserwacji gości i swobodę wyboru stolika – do kogo ewentualnie się dosiąść. Oczywiście miała plan, żeby zająć miejsce przy stole z Arabami. Chodziło jej tylko o to, żeby być pod obserwacją Efraima i Zvi, bo oni zawsze obserwują Arabów.

Plan powiódł się praktycznie w całości. W wagonie przy każdym stoliku już ktoś siedział. Klara bystro rozejrzała się po całej sali. Była rosyjska rodzina, byli Efraim i Zvi – jak zwykle zajmowali miejsce dogodne dla obserwacji Arabów, a ci siedzieli tradycyjnie w kącie sali. Nie było nigdzie widać Agnieszki, co wcale nie dziwiło po tak ciężkim przejściu.

Klara zdecydowanym krokiem minęła zdecydowanym krokiem stolik Efraima i Zwi rzucając im w przelocie:

– Hi boys!
– Hi baby! – w ostatniej chwili odpowiedział zawsze bystry Zvi. Arabowie to zauważyli zgodnie z planem Klary.

Po chwili podeszła do stolika Arabów.

– Czy mogę usiąść? – zapytała trochę zalotnie.
– Oczywiście – odparł jeden z nich i obaj grzecznie się ukłonili.

„Oni zawsze są tacy nadskakująco grzeczni” – Klarze przyszła do głowy niesforna myśl – „jak strzelają, odpalają bombę, albo urzynają komuś głowę pewnie tak samo”.

– Jestem Klara – zagaiła.
– Muhammad.
– Abdul – przedstawili się po kolei.
– Skąd jesteście?
– Z Turcji – odparł Abdul.
– Ja jestem z Polski, ale wy jakoś nie wyglądacie na Turków?
– Bo pochodzimy z Palestyny, tam jest wojna i musieliśmy wyjechać – tym razem objaśnił Muhammad.
– To dobrze, że nie jesteście Turkami, bo ja jestem z pochodzenia Ormianką. Mój dziadek jako mały chłopak uciekł z Armenii do Polski przed Turkami – Klara zaryzykowała opowieść rodzinną.
– Też uciekał przed wojną? – zapytał Muhammad.

„Udaje, albo faktycznie nic nie wie o rzezi Ormian przez Turków w 1915” – pomyślała Klara i po krótkim namyśle odparła:

– Można tak powiedzieć, że uciekał przed wojną…

Rozmowę na chwilę przerwało wystąpienie kierownika pociągu w głośnikach w całym składzie pociągu:

– Proszę państwa! Sytuacja jest w tej chwili taka, że nasz pociąg będzie mógł wyruszyć w dalszą drogę najwcześniej jutro rano. Przechodzące tornada spowodowały w okolicy tak wielkie zniszczenia, że ewakuacja państwa z pociągu też nie jest możliwa. Przepraszamy, że w wagonach doczepionych w Świnoujściu nie działa klimatyzacja, bo wymaga ona zasilania z lokomotywy, a sieć trakcyjna uległa zniszczeniu. Jesteśmy jednak bezpieczni i zapraszam wszystkich państwa do korzystania z klimatyzowanego wagonu restauracyjnego, gdzie czeka miła obsługa, napoje i posiłki.

W reakcji na słowa Kierownika Domańskiego w wagonie restauracyjnym rozległ się pomruk, po czym nieśmiałe oklaski – pewnie dlatego, iż serwowane potrawy były przedniej jakości.

Klara wróciła do rozmowy z Palestyńczykami:

– Jedziecie do Stambułu, do Turcji?
– Nie, tylko do Wrocławia – odparł Abdul.
– Naprawdę? Bo sporo osób tu jedzie do Wrocławia, ja też tam wracam do domu – Klara była zdziwiona.
– My studiujemy we Wrocławiu na Politechnice – wyjaśnił Muhammad.
– Czy coś podać? – nagle przy stoliku pojawił się kelner. Klara przypomniała sobie, że z powodu zamieszania z morderstwem nie zjadła obiadu, jednak dalej nie miała ochoty na jedzenie.
– Dla nas może sandacz po żydowsku – zamówił Muhammad. – A co dla pani panno Klaro?

Najwyraźniej Palestyńczycy chcieli być przekorni. Klarze błysnął w głowie podobny pomysł:

– Czy mogłabym zamówić pitę wegetariańską? – zwróciła się do kelnera.
– Jak najbardziej, mamy tu znakomitą – kelner przyjął zamówienie. – Czy podać coś do picia?
– To co panowie, pijemy piwko? – sprowokowała Klara.
– Jasne! – pierwszy odezwał się Abdul.
– To może trzy duże Guinesy – zamówiła Klara, a Palestyńczycy z zadowoleniem skinęli głowami.

„Teraz przynajmniej wiem, że nie są z tak zwanego Państwa Islamskiego, bo piją piwo” – przemknęło Klarze.

Na stole niebawem pojawiły się trzy eleganckie kufle, a po chwili reszta zamówienia. Atmosfera zaczęła robić się na tyle luźna, że Klara zdobyła się na zasadnicze pytanie:

– Czy przypadkiem znaliście może zamordowanego Pułkownika Haralda Olsena?
– Pierwszy raz słyszeliśmy o nim dopiero tu, że został zamordowany – oznajmił Muhammad.
– Kolega też go wcześniej nie znał?
– Nie, nie znałem – oświadczył Abdul.
– Nie spotkaliście go przypadkiem na Wzgórzach Golan, czy w Bejrucie? – Klara próbowała ciągnąć dalej.

Wtedy zauważyła, że ukradkiem spojrzeli na siebie.

– A on tam był? – Muhammad udał zdziwienie.
– Był w Bejrucie w siłach ONZ, a wcześniej na Wzgórzach Golan.
– Nic nie wiemy, nas wojna nie obchodzi, boimy się wojny i dlatego wyjechaliśmy – tłumaczył Abdul.
– A nie macie jakichkolwiek podejrzeń, kto mógł być sprawcą? Nie zauważyliście niczego podejrzanego?
– Nie, niczego, byliśmy cały czas u siebie w 1 klasie – wyjaśnili zgodnie.

Klara całkiem straciła nadzieję, że cokolwiek uda się jej od nich wydobyć. Pozostało tylko dotrwać do końca kolacji i zająć się innymi aspektami sprawy. Zaraz też po kolacji udała się do swojego przedziału, by jeszcze raz przemyśleć sprawę.

Profesor Kaźmierczak

Profesor z zamiłowania był toksykologiem i wykładowcą na Akademii Rolniczej w Poznaniu, gdzie zajmował się roślinami trującymi. Poprzedniego popołudnia miał gościnny wykład o roślinach trujących na Wydziale Biologii Uniwersytetu Szczecińskiego. Po wykładzie zaproszono go na kolację, więc postanowił przenocować w Szczecinie i wyruszyć do Poznania z samego rana „Nord-Orient Expressem”, by zdążyć na zajęcia ze studentami w Poznaniu.

Jak zwykle podróżował skromnie 2 klasą – w tym przypadku w grupie wagonów dołączonych w Świnoujściu. Niestety, kataklizm pogodowy pokrzyżował mu wszystkie plany – został uwięziony w uwięzionym pociągu na czas zupełnie nieokreślony. Zaproszenie na posiłki w wagonie restauracyjnym w luksusowej części pociągu było zbawienne, bo też przebywanie w hermetycznej 2 klasie bez działającej klimatyzacji stawało się nieznośne. Tam też – w wagonie restauracyjnym zaraz po obiedzie – dowiedział się o zabójstwie w pociągu i prowadzącej dochodzenie Pannie Klarze. Już sam ten fakt był dla Profesora wstrząsający do głębi w kontekście wcześniejszego ciężkiego przeżycia ataku trąb powietrznych. Tymczasem podczas kolacji usłyszał, że podróżni przy sąsiednim stoliku mówią, iż denat jakoby został otruty cyjankiem… To zmusiło Profesora do działania.

Jak zawsze elegancki „Profesorek w okularkach” przed spotkaniem z Panną Klarą ubrał wytworny garnitur, który zawsze zabierał ze sobą na oficjalne wystąpienia, choćby to miał być zwykły wykład dla studentów.

Profesor udał się do przedziału biurowego kierownika pociągu w wagonie służbowym, tam jednak zamiast Klary zastał Kierownika Domańskiego. Ten z kolei poinformował Profesora, że Klara prawdopodobnie odpoczywa w swoim przedziale sypialnym. Profesor przez chwilę się namyślił, uznał jednak, że sprawa jest na tyle ważna, iż musi zaryzykować wizytę w przedziale Klary.

Ostrożnie zapukał do drzwi.

– Proszę! – odezwała się Klara.
– Przepraszam, że panią niepokoję, ale wydaje mi się, że prawdopodobnie mógłbym pani pomóc – nieśmiało oznajmił, wchodząc do przedziału.
– Proszę, niech pan usiądzie – Klara wskazała Profesorowi fotel naprzeciwko kanapy.
– Nazywam się Kaźmierczak, Profesor Kaźmierczak i jestem toksykologiem. Ośmieliłem się do pani zawitać, ponieważ słyszałem, że Pan Pułkownik został otruty cyjankiem.
– Skąd pan to wie? – zapytała Klara zdziwionym głosem. – Przecież niczego takiego nie mówiłam publicznie – dodała.
– Usłyszałem to przypadkiem podczas kolacji, jak ludzie przy sąsiednim stoliku rozmawiali o tym morderstwie.
– Mógłby pan Profesorze jakoś przybliżyć, kto to mógł być?
– To była jakaś rodzina, dwoje dorosłych, wyglądających na małżeństwo z dwojgiem dzieci, mówili po rosyjsku…
– Ach tak? – Klara udała zdumienie, bo przecież pamiętała, co i komu zdradziła w czasie bezpośrednich rozmów.
– Też mnie zdziwiło, skąd oni mogli to wiedzieć – odparł Profesor.
– Domyślam się, że ktoś się po prostu wygadał – oznajmiła Klara.
– Ale o cyjanku mogła wiedzieć tylko pani oraz morderca – Profesor próbował drążyć temat.
– Niestety, muszę pana a zarazem siebie zmartwić, to nie jest dowód, że zabójcą był ten Rosjanin, bo o cyjanku wiedziało jeszcze parę osób.
– No tak… – Profesor westchnął w zadumie. – Nic nie może być zbyt proste…
– Dziękuję panu bardzo, że pan przyszedł – Klara pocieszała Profesora. – W sumie informacja o tych Rosjanach jest ciekawa. I coś mi intuicja podpowiada, że będzie jeszcze potrzebna pana pomoc.

Klara

Zaraz po wyjściu Profesora Klara odebrała sms od Kuby: „Wysłałem ci maila o służbie Pułkownika i czymś jeszcze ciekawym”.

W mailu była informacja o kontrakcie Pułkownika u Amerykanów i jego służbie w bazie Bagram z Polakami, ale coś jeszcze… Kuba pisał:

„Odkryłem w necie reportaż o poszkodowanych w Afganistanie Polakach. Jednym z bohaterów był żołnierz, który w akcji przeciwko Talibom stracił nogę. Jego narzeczona też służyła w bazie Bagram w intendenturze jako księgowa. Żołnierz wrócił do Polski, a jego narzeczona dalej służyła w bazie. Oczywiście dzwonili do siebie i korespondowali. Jednak po paru miesiącach ta narzeczona wyszła za mąż za innego żołnierza, a jej dotychczasowy narzeczony na wieść o tym popełnił samobójstwo. Ona miała na imię Agnieszka i wyszła za mąż za… duńskiego oficera. To musiał być Pułkownik Harald Olsen. A ten żołnierz, który popełnił samobójstwo nazywał się Tomek Opaliński. Bardzo go opłakiwał ojciec – maszynista z Wrocławia. To tyle. Myślę, że może być ciekawe?”

Po lekturze Klara była wstrząśnięta. Dotąd sprawa szła ciężko i na dodatek Klara czuła się w tych uwikłaniach polityczno-wywiadowczych zupełnie nie na miejscu. Tymczasem teraz wszystkie misternie układane klocki zaczęły się rozsypywać i jednocześnie tworzyć zupełnie nową konstrukcję.

„Mamy tu Agnieszkę Olsen, czy maszynistą naszego pociągu jest może Mechanik Opaliński?” – pomyślała. Teraz musiała porozmawiać z drużyną konduktorską, a najlepiej z Kierownikiem Domańskim.

Kierownik Domański

Kierownik w swoim przedziale służbowym uzupełniał raport z jazdy, a właściwie postoju pociągu, kiedy nagle wpadła Klara.

– Panie kierowniku, muszę teraz porozmawiać z panem. Mam parę ważnych pytań – zakomunikowała na wstępie.
– Słucham.

Tym razem Klara usiadła na fotelu obok biurka.

– Po pierwsze muszę pana zapytać, jak nazywa się nasz mechanik?

Kierownik jakby dla pewności zajrzał do raportu z jazdy:

– Opaliński, Maciej Opaliński – odczytał.

Oczy Klary rozbłysnęły i aż zawirowało jej w głowie. Jednocześnie wewnętrzny głos podpowiadał jej, że teraz musi być maksymalnie ostrożna, bo sprawa robi się bardzo delikatna.

– Dzięki…
– Ależ proszę, a ma to jakieś znaczenie? – zapytał Kierownik.

Klara przez chwilę nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć, wreszcie rzuciła:

– Nie, chyba nie, to nieważne, tak mi się zapytało rutynowo z rozpędu… Poważnie to mam do pana parę innych pytań.
– Słucham uważnie!
– Jak pan myśli, czy w czasie, jak Pułkownik odpoczywał po śniadaniu, mógł ktoś wejść do jego apartamentu?

Kierownik przez chwilę się zastanowił nad odpowiedzią:

– …Wie pani… To zależy od zwyczaju człowieka, jedni się zamykają w swoich przedziałach, inni nie…

Klara dopytywała dalej:

– No dobrze, załóżmy, że drzwi były zamknięte od wewnątrz. Czy można je jakoś otworzyć od zewnątrz?
– To żaden problem, wystarczy mieć tak zwany kwadrat czyli taki klucz konduktorski – jednocześnie Kierownik pokazał Klarze przedmiot przypominający jakby pomniejszoną klamkę.
– Ach tak, rozumiem! Taki kwadrat czy klucz może mieć praktycznie każdy, jak się domyślam?
– Oczywiście.
– A czy przypadkiem pan albo pani Mania nie zauważyliście niczego podejrzanego w czasie między śniadaniem a obiadem? Mam na myśli coś podejrzanego w kontekście morderstwa, czy ktoś przechodził korytarzem przez wagon Pułkownika, może niepokojąco się zachowywał? – Klara usiłowała być wnikliwa.
– Nie… chyba nic takiego nie rzuciło mi się w oczy, Mania też o niczym nie wspominała, zresztą ona większość czasu przebywa w ostatnim wagonie, w 2 klasie ze Świnoujścia w przedziale konduktorskim.
– Ach, z panią Manią też by mi wypadało zamienić parę słów… A tak dla formalności, czy mechanik… jak mu…
– Opaliński.
– Tak, Mechanik Opaliński. Czy on może pojawiał się w wagonach? Bo ewentualnie zadałabym mu parę pytań… – zagadnęła Klara.
– Zaraz… – zastanowił się Kierownik – tak, był chwilę w restauracyjnym coś przekąsić, ale w ogóle to siedzi cały czas w maszynie, tam ma czajnik, a nawet toaletę.
– Jeszcze tak myślę, żeby ewentualnie porozmawiać z obsługą z restauracyjnego… – głośno pomyślała Klara.
– Zostawić tu panią samą? – zapytał Kierownik.
– Jak można… A jak pan idzie, to proszę może tak za pół godziny zaprosić do mnie Mechanika Opalińskiego, może coś ciekawego zauważył.
– Dobra, powiem mu. To ja idę, mamy tu jeszcze taki przedział niby socjalny, to pójdę tam posiedzieć – Kierownik zebrał swoje papiery i udał się do sąsiedniego przedziału, gdzie miał do dyspozycji czajnik i wygodną kanapę.

Klara

Klara chciała przez chwilę w samotności zastanowić się nad nowymi aspektami sytuacji. To, że Mechanikowi Opalińskiemu przypadkowo wypadła służba z pociągiem, którym podróżowali Pułkownik Harald Olsen oraz jego żona Agnieszka wyglądało zupełnie nieprawdopodobnie. Dzięki Kubie – hobbyście kolejowemu i znawcy kolei – wiedziała, że maszyniści nie obsługują stale jednego pociągu, tylko jeżdżą według planu za każdym razem z innym pociągiem, więc na ten sam trafiają raz na parę tygodni – tak przynajmniej jest we Wrocławiu. Tak więc Mechanik Opaliński mógł być głównym podejrzanym, bo i motyw – utrata syna – miał bardzo poważny.

Z drugiej strony obecność dwóch agentów MOSADu i Palestyńczyków też nie wyglądała na przypadkową. I jeszcze ten Rosjanin z rodziną – pewnie z FSB lub GRU.

W sumie każdy z nich mógł być zabójcą, bo każdy mógł mieć poważny motyw. Do tego jest jeszcze opcja – znana z powieści kryminalnych – że Pułkownik tak sobie u wszystkich „zasłużył”, że działali razem.

W powyższej sytuacji Klarze pozostawało wytypować bezpośredniego sprawcę – kogoś, kto najlepiej odpowiadałby profilowi zabójcy trującego ofiarę cyjankiem, a zarazem mającego odpowiednią okazję, by niepostrzeżenie wejść do przedziału śpiącego Pułkownika i dosypać mu cyjanku do duńskiej cherry. Wtedy Pułkownik, budząc się z drzemki przed obiadem, walnął sobie kieliszek „dla rozruchu” i sprawa załatwiona… To mógł być każdy, no, prawie każdy…

Mechanik Opaliński

W radiotelefonie w kabinie Griffina odezwał się głos Kierownika Domańskiego:

– Mechaniku, ta Klara, co tu prowadzi śledztwo z tym morderstwem, chciała z panem pogadać. Przyjdzie pan do służbowego?
– Chętnie, ale wiesz pan kierowniku, że nie powinienem zostawiać maszyny. Może lepiej niech ona przyjdzie do mnie?
– Dobra, powiem jej.

Klara

Pomysł rozmowy z Mechanikiem Opalińskim „na jego terenie”, czyli w kabinie elektrowozu Griffin, wzbudził w Klarze dreszcz emocji. Z jednej strony chciała zobaczyć, jak tam jest, bo wnętrza nowych w PKP-IC Griffinów jeszcze nie widziała w rzeczywistości, a tylko Kuba pokazywał jej zdjęcia i zapowiadało się ciekawie. Z drugiej strony spotkanie sam na sam z potencjalnym zabójcą było chyba skrajnie niebezpieczne. Klara jednak była pełna wiary, że w każdej sytuacji musi sobie poradzić albo nie zabierać się do rozwiązywania zagadek.

Po chwili zeskoczyła ze schodków wagonu służbowego w ciemność. Najpierw zaryła się swoimi nowymi trampkami w kamienistej podsypce toru, jednak szczęśliwie nic nie stało się jej stopom ani trampkom. Jednak, kiedy próbowała zrobić pierwszy krok, zaraz ugrzęzła w plątaninie połamanych gałęzi – to skutek bardzo bliskiego przejścia trąb powietrznych o wielkiej sile. Wyjęła więc telefon i włączyła latarkę. Chciała dzięki temu jakoś przedrzeć się do przedniej kabiny Griffina, jednak w tym samym momencie otworzyły się drzwi tylnej kabiny – tej od strony składu. Mechanik Opaliński już na nią czekał.

Mechanik Opaliński

– Dobry wieczór, zapraszam do mojego świata – Mechanik chciał kurtuazyjnie powitać Klarę.
– Dobry wieczór – cicho odpowiedziała, bo też forma zaproszenia zrobiła na niej dziwne wrażenie. Zaraz jednak urzeczona spojrzała na pulpit sterowniczy – faktycznie był to jakiś inny świat, całkiem inny i zupełnie nie pasujący do prawie 100-letnich, zabytkowych wagonów Nord-Orient Expressu.
– To jest komputerowy wyświetlacz systemu ETCS… to zadajnik jazdy… to sterownik hamulca zespolonego składu… tu radiotelefon systemu GSM-R… tu przełącznik… – Mechanik objaśniał niczym w transie. Klara słuchała zafascynowana. – Chciałaby pani zobaczyć przedział maszynowy? – Mechanik proponował dalszy ciąg zwiedzania Griffina.

Klara skinęła głową, bo lęk niemal zupełnie ustąpił ciekawości i zaraz też przyszła jej do głowy zabawna myśl:

„Przecież, gdyby groziło mi jakieś niebezpieczeństwo wewnątrz Giffina, to natychmiast zjawi się z pomocą Harry Potter na miotle!”

– Tu mamy toaletę – Mechanik otworzył drzwi do wysokiej, białej szafy zaraz obok drzwi do kabiny i objaśniał dalej wskazując kolejne obiekty w maszynowni: – Ta szafa to kontener pneumatyczny ze sprężarką i całą aparaturą hamulcową, jak się coś zepsuje, to szybko wymienia się cały kontener, a uszkodzony idzie na warsztat… a to wentylator silników trakcyjnych i aparatury elektrycznej i całej tu elektroniki… te szafy to falowniki tranzystorowe na węglikach krzemu czyli serce sterowania lokomotywą…
– Och… przecież mieliśmy porozmawiać o morderstwie w pociągu – nagle zmitygował się Mechanik. – To proszę, chodźmy usiąść do kabiny.

Fotel w kabinie okazał się dla Klary wprost niezwykle wygodny. Mechanik oczywiście wskazał jej kurtuazyjnie ten po prawej – za pulpitem sterowniczym, a sam usiadł po lewej, które to miejsce zajmują młodsi maszyniści lub praktykanci przy 2-osobowej obsłudze.

– Może kawki lub herbatki – zaproponował, włączając elektryczny czajnik.
– Jeśli, to poproszę o herbatę – odparła Klara.
– Czarną, czerwoną czy zieloną? – zapytał Mechanik.
– Jak można, to poproszę o czerwoną.

Po chwili przy herbacie rozmowa zeszła na konkretny temat – morderstwa w pociągu.

– W czym mogę pani pomóc? – pierwszy zagaił temat Mechanik Opaliński.
– Po pierwsze chciałabym zapytać, czy nie zauważył pan niczego podejrzanego w czasie między śniadaniem a obiadem, kiedy to doszło do zbrodni.
– Wie pani, ja tu siedzę cały czas, bo nie wolno mi w takiej sytuacji opuszczać maszyny.
– Rozumiem, ale Kierownik Domański mówił mi coś innego… – zaoponowała Klara.
– A tak, owszem, wpadłem na moment do restauracyjnego po jakąś przekąskę i Kierownik mógł mnie widzieć…
– Do restauracyjnego przedzierał się pan przez te wszystkie połamane gałęzie, czy może przeszedł pan od służbowego przez sypialne? – Klara zgłębiała temat.
– No tak, wszedłem do służbowego i dalej przez skład, ale naprawdę niczego nie zauważyłem – zapewnił Mechanik.
– Dobrze, to ja chciałabym zadać panu ostatnie pytanie – głos Klary zaczął drżeć z emocji. – Czy… czy… Chciałabym zapytać pana o syna – wreszcie wyrzuciła z siebie.

Mechanik Opaliński nagle w oczach posmutniał.

– Ja nie mam syna, mam tylko córkę – jego głos zaczął drżeć jak Klary, a po policzkach zaczęły ściekać łzy niczym srebrne gwiazdki w półmroku kabiny…
– Przepraszam… Miał pan syna…
– Tak, miałem…
– Nie musi pan nic mówić, chyba wiem, co się stało – Klara powiedziała to wyjątkowo delikatnie. Po dłuższej chwili milczenia zdecydowała się pytać dalej:
– Pan ma tę służbę akurat teraz z tym pociągiem chyba nie przypadkiem?
– Nie ma sensu, żebym coś zmyślał, pani i tak do tego dojdzie – zdecydowanie oświadczył Mechanik. – Zamieniłem się z kolegą i tyle.- Czyli pan wiedział, że tym pociągiem będzie podróżował Pułkownik Olsen z panią Agnieszką?
– Jaką tam panią! – Mechanik nagle się uniósł. – To wredna i przy tym durna baba i tyle.

Znów zapadło milczenie. Po dłuższej chwili rozmowę znów delikatnie podjęła Klara:

– Jak pan się dowiedział, że będą jechali akurat tym pociągiem.
– Po prostu dziś mieli wyznaczoną sprawę rozwodową w sądzie we Wrocławiu – Mechanik już był spokojny i mówił z beznadzieją w głosie. – Nie powiem skąd wiedziałem o sprawie ani o tym, którym pociągiem pojedzie ta Agnieszka, po prostu mam znajomych w Intercity w Szczecinie i tyle, to chyba bez znaczenia.
– Chyba bez znaczenia – przytaknęła Klara i po chwili dodała zdziwiona:
– To oni się rozwodzili?
– Tak, Pułkownik miał jej chyba dość. Doiła z niego kasę i jeszcze naciągnęła na zakup domu w Kotlinie Kłodzkiej.
– Rozumiem… Czyli pan raczej nie miał motywu… Ale po co pan wziął tę służbę?
– Po prostu planowałem we Wrocławiu pogadać z tym Pułkownikiem.
– Czy może raczej chodziło o Agnieszkę?
– Panno Klaro… Ja naprawdę nikogo nie zamordowałem – Mechanik zapewnił po dłuższej chwili milczenia.
– Jeśli nie, to niech pan będzie spokojny, bo prawda wychodzi na jaw prędzej czy później – Klara próbowała go uspokoić. – Czy mogę już pójść?
– Tak, niech pani wysiada prawymi drzwiami, mniej gałęzi i włączę pani reflektor, żeby było coś widać – Mechanik Opaliński po rozmowie z Klarą dziwnie się rozluźnił, jakby jakiś ciężki kamień spadł mu z serca.

Klara

Po ciężkiej rozmowie z Mechanikiem Opalińskim Klara udała się do swojego przedziału, żeby kolejny raz wszystko przemyśleć i ułożyć sobie w głowie.

„Po tej rozmowie mamy już siódmą osobę podejrzaną” – rozmyślała. – „Jest dwóch Palestyńczyków pewnie z Hamasu, czy tam Hezbollahu, do tego dwóch Izraelczyków z MOSADu, Rosjanin pewnie z FSB czy GRU, Mechanik Opaliński i ta Agnieszka na dodatek. Każdy z nich mógł mieć jakiś motyw i to niczego nie wyjaśnia. Kto z nich mógł wejść niepostrzeżenie do apartamentu Pułkownika, kiedy ten drzemał po śniadaniu, i wsypać cyjanek do flaszki lub kieliszka? Wątpliwe przy tym, żeby zabójca pozostawił jakieś jawne ślady w rodzaju odcisków palców na butelce czy klamce… Wypadałoby zadzwonić do Komisarza Burskiego, czy zdjęli jakieś odciski z flaszki i kieliszka, i czy jest już wynik analizy tej duńskiej wiśniówki i sekcji denata. Jakby nie było, trzeba porozmawiać z Agnieszką…”

W tym momencie odezwał się telefon Klary.

– Słucham!
– Tu Burski z tej strony. Panno Klaro, mam wyniki z daktyloskopii, z toksykologii i z sekcji.
– Zamieniam się w słuch!
– Na kieliszku są odciski tylko jednej osoby, pewnie denata, na flaszce zdjęliśmy jeszcze od drugiej osoby – wyliczał Komisarz – niestety, leży ta koncepcja z cyjankiem. Zawartość cyjankaliów w butelce i resztkach w kieliszku jest w normie dla duńskiej cherry. Do tego sekcja wstępnie sugeruje zawał serca, no to mogło w ogóle nie być zabójstwa…
– Zaraz, zaraz! – przerwała Klara. – Zróbcie na sekcji testy na toksyny! Ja mam pewność, że ktoś go sprzątnął! Tu jest za dużo niby przypadków. Sprawdźcie w treści pokarmowej i w krwi wszystko, polon, nowiczok, rycynę i w ogóle różne toksyny…
– No dobra, dobra… – tym razem Komisarz przerwał Klarze. – Przecież sprawdzają, mówiłem, że to wstępny wynik.
– To proszę o maks szybką informację, jak coś wyjdzie.
– Jasne, zadzwonię, a ma Panna Klara jakieś nowe ustalenia – Komisarz nieco ironizował.
– Tak, mam już siedmioro podejrzanych z poważnymi motywami! – odparła Klara nieco wzburzona.
– No dobra, proszę działać dalej, wracam do obowiązków, później zadzwonię – Komisarz chciał zakończyć rozmowę.
– Czekam!

Klara od dawna planowała rozmowę z Agnieszką, ale coś ją przed tym powstrzymywało. Teraz jednak, odkąd dowiedziała się, że Agnieszka jest po rozwodzie z Haraldem, sytuacja wyglądała inaczej, ale wcale nie łatwiej.

Agnieszka

Agnieszka siedziała zamyślona w swoim przedziale 1 kl., kiedy nagle wpadła Konduktorka Mania:

– Pani Agnieszko, Panna Klara chciała z panią porozmawiać.
– Dopiero teraz? Już pół doby czekam, aż mnie przesłucha – odparła Agnieszka ni to żartem, ni to poważnie i podniosła się z siedzenia.

Klara czekała na nią w swoim przedziale.

– To witam i przepraszam, że dopiero teraz, jak to mówiłaś, chcę cię przesłuchać. Proszę, siadaj – Klara wskazała siedzenie naprzeciwko łóżka. – Może coś do picia?
– Nie, dziękuję… A faktycznie długo się naczekałam, to pytaj, o co chcesz, chciałabym już mieć to za sobą – w głosie Agnieszki czuć było zniecierpliwienie.
– Wiesz, jeszcze raz przepraszam, po prostu nie wiedziałam, jak z tobą rozmawiać po tym wszystkim… – Klara próbowała się usprawiedliwić.
– Rozumiem, to pytaj…
– Powiem wprost – Klara zaczęła zdecydowanie – dowiedziałam się, że jechałaś na sprawę rozwodową z Haraldem…
– Kto ci to opowiadał? – Agnieszka wyglądała na całkowicie zaskoczoną.
– Nie mogę ci tego zdradzić.
– Domyślam się, że ten Opaliński ci na mnie nagadał.
– Opaliński? – Klara udała zdziwienie.
– No, ten mechanik z elektrowozu. Na pewno już go przesłuchałaś.
– Ach ten… Owszem rozmawiałam z nim. Ale mniejsza o to, opowiedz mi coś o Tomku…
– To też już wiesz? – tym razem zdziwienie Agnieszki było naprawdę wielkie. – Więc dobrze, byliśmy razem…
– To jak się stało, że wyszłaś za mąż za Haralda?
– Wszystko przez tego cholernego starego, znaczy Macieja Opalińskiego – Agnieszka zaczęła swoją opowieść. – On chciał mnie wykończyć, a wykończył Tomka. Znaczy, on od początku mnie nienawidził i robił wszystko, żebyśmy nie byli razem. Wtedy w tej bazie Bagram tylko Harald mnie wspierał. Potem, jak Tomek został ranny, wrócił do ojca i się zaczęło… Nie mam siły o tym wszystkim mówić…
– Ok., rozumiem – przerwała Klara. – Konflikt z ojcem Tomka był tak wielki, że chciałaś od tego uciec i wyszłaś za Haralda?
– Tak jakoś chyba było… Harald zawsze mnie wspierał… A ten Opaliński ubzdurał sobie, że biedny Tomek zabił się przeze mnie i przez Haralda. On wciąż groził, że nas kiedyś pozabija! – Agnieszka była wzburzona.
– A skąd mógł wiedzieć, że podróżujecie właśnie tym pociągiem?
– On kupę lat pracuje na kolei, zna wszędzie wszystkich…
– Rozumiem. A jak dostałaś tę pracę w Szczecinie? Chyba nie załatwił ci Opaliński? – dopytywała Klara.
– Pewnie, że nie! On wszędzie mi tylko robił koło dupy. A pracę w Intercity załatwił mi Harald przez wojsko, znaczy tą 12 Dywizję Zmech w Szczecinie.
– Dobra, jasne, ale, jeśli tak dobrze było ci z Haraldem, to dlaczego chcieliście się rozwieść?
– Wiesz… Harald był żołnierzem…
– I cię notorycznie zdradzał przy byle okazji? – tego Klara mogła się domyślać.
– Tak, ale przysiągł mi, że to się więcej nie powtórzy. Kochałam go przecież…

Jechaliśmy do Wrocławia, żeby wycofać sprawę z sądu, potem planowaliśmy romantyczną wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej…

– Harald kupił tam dom?
– To też wypaplał ci ten Opaliński? – Agnieszka się uniosła.
– Jeśli nawet, to co?
– Dom kupiliśmy wspólnie.
– Dobrze, zostawmy to może… – wycofała się Klara. – Lepiej powiedz mi, czy między śniadaniem nie zauważyłaś czegoś podejrzanego?
– Widziałam tego Opalińskiego, jak kręcił się po restauracyjnym.
– Zaglądałaś w tym czasie do Haralda? Jak sobie przypominam, obiecałaś, że przyniesiesz mu jakąś miłą niespodziankę?
– Ach, chodzi o flaszkę duńskiej cherry z cyjankiem – Agnieszka zdawała się ironicznie żartować. – Jak mu ją podrzuciłam, drzemał na kanapie.
– Skąd wiesz, że chodzi o otrucie cyjankiem? – Klara zablefowała.
– Już cały pociąg o tym mówi.
– Powiedz zupełnie poważnie, czy kogoś podejrzewasz? – Klara chciała zadać ostatnie, klasyczne w śledztwach pytanie.
– W zasadzie to mógł być każdy, Harald miał mnóstwo wrogów jeszcze z czasów służby na misjach pokojowych.
– Ale najbardziej podejrzewasz tego Opalińskiego?
– A czy ja wiem… – Agnieszka zaczęła się zastanawiać. – Tych dwóch Arabów jakoś dziwnie wygląda…
– Ok., przyjmijmy, że to ci Arabowie albo Opaliński, to jak mogli zatruć flaszkę cyjankiem?
– Mogli po prostu dodać czegoś do kieliszka – Agnieszka rzuciła pomysł.
– No dobra, pewnie masz rację – Klara chciała już zakończyć rozmowę. – Przepraszam, wielkie dzięki i idź dalej odpoczywać.

Klara

Rozmowa z Agnieszką wniosła wiele, a zarazem nic. Zarysował się wyraźny front na linii Agnieszka versus Mechanik Opaliński – oboje z chęcią wzajemnie się oskarżali. Podobnie linia frontu rysowała się pomiędzy Palestyńczykami a parą specjalistów z Firmy od informacji (i nie tylko informacji). Problem Klary polegał na tym, że wciąż nie było jasne, co było przyczyną śmierci Pułkownika, a jeśli nawet został czymś otruty, to nie wiadomo w jaki sposób. Klarze przypomniała się zbrodnia, o której czytała przed laty.

Chodziło o zabójstwo szefa OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) Stepana Bandery w Monachium w latach 50′ ubiegłego wieku. Zwłoki denata znaleziono na klatce schodowej kamienicy, gdzie mieszkał. Stwierdzono zawał serca.

Dopiero po latach wyszło na jaw, że sprawcą był agent KGB, który strzelił denatowi w twarz ze specjalnej strzelby miotającej cyjanowodór. Gaz ten powoduje paraliż serca i mięśni oddechowych, co daje obraz zawału, a przy tym nie pozostawia śladów w organizmie… Tak więc sprawcą zgonu Pułkownika mógł być Rosjanin z FSB lub GRU. Tylko czy ktoś widział go na przykład z parasolem? Zresztą narzędzie zbrodni mogło być dużo mniejsze…

Tradycyjnie rozważania Klary przerwał telefon. Dzwonił niecierpliwie wyczekiwany Komisarz Burski.

– Słucham Komisarzu! Pewnie ma pan jakieś nowości dla mnie? – Klara odezwała się pierwsza.
– Pani chyba ma rację Panno Klaro, że ktoś go otruł.
– Jednak jakieś trudne do wykrycia cyjankalia?
– Nie – Komisarz zrazu zaprzeczył – mamy coś innego.
– Niesamowite! Co? – wykrzyknęła Klara.
– Ja się na tym słabo znam, chemicy powiedzieli, że to jakieś glikozydy. Jak tu do was dotrzemy, to może znajdziemy jakieś ślady.
– Dobra, dzięki, zastanowię się nad tym – wypaliła Klara.
– Niech pani już niczego nie szuka! Proszę zostawić wszystko, jak było i czekać na nas! – zarządził Komisarz.

„Dobrze, że nikt tego nie słyszy” – pomyślała Klara, bo wcale nie miała zamiaru dostosowywać się do poleceń Burskiego.

– Tak jest! Yes Sir! – odkrzyknęła Komisarzowi.

Profesor Kaźmierczak

Profesor siedział w dusznym z braku klimatyzacji przedziale 2 klasy zagłębiony w lekturze jednej ze swoich ulubionych książek z zakresu toksykologii. Szczęśliwie był sam w przedziale i nikt mu nie przeszkadzał, tylko z sąsiedztwa dobiegały odgłosy głośnej libacji.

„Cóż innego mają robić ci ludzie w takiej sytuacji? Pewnie wracają z pracy do rodzin, a tu już niemal dobę taki bezsensowny postój w środku lasu” – pomyślał.

W tym momencie w drzwiach przedziału pojawiła się Klara.

– Przepraszam panie profesorze, ale mam problem… – powiedziała na wstępie.
– Pani usiądzie, słucham – kurtuazyjnie odparł Profesor podnosząc wzrok znad książki.
– Panie profesorze, jak rozmawialiśmy poprzednio, miałam jakieś przeczucie, że będzie pan niezbędnie potrzebny – Klara referowała sprawę. – Otóż mam informację, że w ciele ofiary odkryto związki chemiczne o nazwie glikozydy, o ile dobrze zapamiętałam.
– Och! – westchnął Profesor.
– Ma pan jakąś koncepcję, o co tu może chodzić?
– Kochana! Jestem przecież biologiem, a ściślej botanikiem i zajmuję się w pracy roślinami trującymi.
– Czyli te glikozydy pochodzą z jakiejś rośliny trującej? – Klara pytała dalej.
– Najprawdopodobniej mamy do czynienia z Digitalis purpurea znaną jako naparstnica purpurowa.
– ??? – Klara z rosnącej ciekawości szeroko otworzyła oczy.
– Te glikozydy to digitoksyna i digitalina – objaśniał Profesor – występują w liściach naparstnicy, a dawka śmiertelna to 2 gramy liści, u denata daje obraz zawału serca.
– To mamy trop! – radośnie wykrzyknęła Klara, po czym nagle popadła w zadumę. – Tylko nie wiemy jak i kto podał tę naparstnicę denatowi…
– Jeśli użyte były liście naparstnicy, to musiały być dodane do jakiejś potrawy, w innym przypadku sprawca musiałby wyekstrahować substancje toksyczne, żeby dodać je do napoju – Profesor rozważał w odpowiedzi.
– Użycie ekstraktu wskazywałoby na działanie profesjonalne, czyli raczej kogoś z tak zwanych służb – kontynuowała Klara. – A specjalistami i miłośnikami trucizn były służby sowieckie, a teraz rosyjskie.
– Dobrze pani myśli! Ja bym jednak nie rezygnował z opcji dodania liści do jakiejś potrawy. Poza tym Rosjanie pewnie użyliby czegoś bardziej wyszukanego…
– Jak rycyna, polon, czy nowiczok? – dopowiedziała Klara.
– Właśnie, chociaż użycie dobrze dobranego zestawu glikozydów też byłoby ciekawym eksperymentem FSB lub GRU.
– Ma pan profesorze jakieś pomysły, co powinniśmy dalej robić?
– Na teraz pozostaje nam jednak poszukać jakiejś potrawy z dodatkiem liści.
– Na śniadanie niczego podobnego nie jedliśmy, a siedziałam przy stole z Pułkownikiem i jego żoną… – głośno zastanawiała się Klara. – To wskazuje, że Pułkownik musiał coś spożyć między śniadaniem a obiadem, a więc powinny gdzieś pozostać jakieś ślady…
– Też tak myślę.
– Jak odkryliśmy zwłoki Pułkownika w jego apartamencie, nie było żadnych śladów po potrawach, tylko kieliszek i flaszka z duńską cherry… – Klara dalej głośno myślała. – Ale zapewne sprawca posprzątał ślady po jedzeniu… Powinniśmy więc… przeszukać śmietnik!
– Ale ma pani pomysły panno Klaro! – zaśmiał się Profesor.
– Mówię poważnie… Jeśli Pułkownik spożył potrawę z liśćmi naparstnicy, to powinna gdzieś być resztka tej potrawy, bo zakładam, że najprościej byłoby dodać liści do… sałatki warzywnej! – wymyśliła Klara.
– Ciekawe – Profesor już się nie śmiał – to gdzie zaczniemy poszukiwania?
– Pierwszy ruch to powinien być śmietnik w apartamencie Pułkownika, ale drzwi zaplombowała Policja i jak tam wejdę, to Komisarz Burski się wścieknie i mnie jeszcze zamknie.
– To musimy zaczekać na Policję?
– Niekoniecznie… Jeśli sprawca usuwał ślady, to raczej wyrzucił to gdzieś indziej.
– To gdzie szukamy?

Klara przez chwilę myślała, wreszcie przedstawiła pomysł:

– Śmietniki są w przedsionkach na końcach wagonów i w wagonie restauracyjnym.
– Dobry pomysł – uznał Profesor. Zaraz też obydwoje wyruszyli na przegląd śmietników…

Niestety, śmietniki na końcach wagonów okazały się być puste, podobnie też te w wagonie restauracyjnym. Po prostu najwyraźniej były świeżo opróżnione. Klara miała jednak kolejny pomysł. Podeszła do bufetu w restauracyjnym:

– Przepraszam, czy mogłabym porozmawiać z szefem kuchni?

Szef Kuchni Li U-fa

Firmie CIWL bardzo zależało na zatrudnieniu do wagonu restauracyjnego możliwie wybitnego szefa kuchni. Takim okazał się wielokrotnie nagradzany za niezwykłe pomysły kulinarne Li U-fa – urodzony w Polsce Chińczyk, którego specjalnością było łączenie tradycyjnych przepisów kuchni chińskiej oraz polskiej. To on jako pierwszy zaczął przyrządzać polski bigos z dodatkiem ananasa i chińskich przypraw. Był też znanym specjalistą od sałatek… Co ciekawe, zmiennikami Li U-Fa również byli Chińczycy, co nie powinno dziwić w kontekście powstającego Nowego Jedwabnego Szlaku, w którego trasę Nord-Orient Express idealnie się wpisywał łącząc Stambuł z Kopenhagą.

Na prośbę Klary barman poprosił do bufetu Szefa. Po krótkiej rozmowie Li U-fa zaprosił Klarę na zaplecze.

Profesor Kaźmierczak

Profesor wyposażony w dwie pary rękawiczek laboratoryjnych (dla siebie i dla Klary), dużą próbówkę oraz dwie pensety czekał na Klarę pod drzwiami kuchni wagonu restauracyjnego. Po mniej więcej dziesięciu minutach pojawiła się z zadowoloną miną w towarzystwie Szefa Kuchni Li U-fa.

Szef zaprowadził ich pod tajemnicze drzwi w przedsionku wagonu. Po ich otwarciu ukazała się komórka ze stertami różnokolorowych, plastikowych worów z napisami: papier, szkło, plastik oraz zmieszane. Klarę i Profesora interesowała ta ostatnia sterta. Zaraz też ubrali rękawice i wzięli się do pracy.

Pierwsze dwa wory okazały się mało interesujące, bowiem wypełnione były włoskim makaronem, który nie udał się w kuchni, bo Mistrz Li U-fa chyba nie był mistrzem kuchni włoskiej. Kolejne wymagały jednak dokładnego sprawdzenia, gdyż zawierały resztki przeróżnych potraw serwowanych w wagonie, a także obierki kartoflane oraz z innych warzyw i owoców, pestki, kaczany, rybie ości, kawałki kości, resztki mięs i co tam jeszcze może się zdarzyć – nawet skorupy małży i ślimaków winniczków. Resztki przeróżnych sałatek z warzywami i ziołami też się zdarzały, ale Profesor nigdzie nie mógł rozpoznać purpurowych liści Digitalis purpurea. Oprócz dwóch worów z nieudanym makaronem przekopali trzy pełne oślizgłych szczątków kuchennych bez rezultatów.

Przez długie minuty jedynym efektem ciężkiej pracy Klary i Profesora było niepomierne zdumienie oraz ironiczne uśmiechy podróżnych od czasu do czasu mijających przedsionek. W połowie czwartego wora zrezygnowanym już poszukiwaczom ukazał się sukces – kawałki potłuczonego talerzyka oraz resztki pięknie wyglądającej sałatki warzywno-ziołowej z drobno posiekanymi purpurowymi listkami! Z nagłym zapałem oboje ruszyli do akcji, bo wszystko wskazywało, iż jest to TA sałatka i TE liście!

Najpierw Klara i Profesor zaczęli starannie wybierać pensetami purpurowe fragmenty i umieszczali je w próbówce. Większość pozostawili w sałatce i zabrali się za zabezpieczenie wora jako koronnego dowodu rzeczowego. Li U-Fa zaproponował, by umieścić go w zamykanej toalecie dla personelu kuchennego. Tak też zrobili.

Ledwie „przedmiotowy” worek znalazł się zamknięty w toalecie, na zewnątrz pociągu rozległ się gwar rozmów i warkot pił spalinowych, a za oknami szybko wstawał świt…

Komisarz Burski

Wraz ze wstającym świtem do pociągu zbliżyła się ekipa ratunkowa, usuwająca z toru powalone pnie drzew, sterty gałęzi, powalone słupy trakcyjne, resztki sieci… Wraz z ekipą ratunkową do Nord-Orient Expressu dotarła ekipa policyjna z Komisarzem Burskim na czele.

Na wstępie Komisarz rozstawił dyskretnie obstawę wokół pociągu, po czym w towarzystwie dwóch policjantek i dwóch policjantów z Wydziału Kryminalnego wszedł do wagonu służbowego i zapukał do drzwi przedziału Kierownika Domańskiego.

– Dzień dobry, Policja, jestem komisarz Burski – przedstawił się Kierownikowi pokazując legitymację i od razu zadał pytanie. – A gdzie nasza Panna Klara?
– Ostatnio grzebała w śmietniku w restauracyjnym razem z jakimś profesorem.

Cały pociąg rży ze śmiechu.

– Co? – komisarz też wybuchnął śmiechem. – To idę zobaczyć.

Na miejscu, w przedsionku wagonu restauracyjnego Klara i Profesor właśnie zakończyli akcję i zamykali drzwi od toalety służbowej, gdzie umieścili worek z resztkami sałatki i potłuczonym talerzykiem.

– Co tam macie? – zapytał Komisarz wciąż się śmiejąc.
– Może najpierw przedstawię panów sobie – wtrąciła Klara. – To Komisarz Burski, a to Profesor Kaźmierczak.
– A pan Komisarzu niech się tak nie śmieje, bo mamy koronne dowody rzeczowe – zwróciła się do Komisarza.
– No to słucham.

Klara szybko zdała dokładną relację z przebiegu swoich działań, nie ujawniła jednak rzeczy najważniejszej – kto zamordował Pułkownika Haralda Olsena?

– To kogo w końcu pani podejrzewa? – Komisarz domagał się wyjaśnienia.
– A nie zdradzę panu teraz, tylko zrobimy to publicznie w tym wagonie – zaprotestowała Klara. – Zbierzemy w sali restauracyjnej wszystkich zamieszanych w sprawę i wtedy sprawca sam się ujawni.
– Zamieszanych niczym w kradzież zegarka w Moskwie – bąknął pod nosem Komisarz.
– Niech pan nie żartuje, bo po pierwsze nie w Moskwie tylko w Petersburgu, po drugie nie kradzież zegarka tylko roweru, a po trzecie nie ukradł, tylko jemu ukradli, jak pan chce już wszystko wiedzieć – wzburzyła się Klara.
– No dobra, niech będzie, jak pani sobie życzy – Komisarz się poddał.
– W takim razie poproszę Kierownika Domańskiego i panią Konduktorkę Manię, żeby zaprosili wszystkie potrzebne osoby do restauracyjnego – zdecydowała Klara.
– Niech będzie, najwyżej pani się skompromituje, a nie ja – Komisarz wciąż był bardzo sceptyczny.

Klara

Do wagonu restauracyjnego zostali zaproszeni dwaj Palestyńczycy Muhammad i Abdul pewnie z Hezbollahu, Efraim Degani i Zvi Cohen z tajemniczej firmy informatyczno-informacyjnej, Rosjanin Jewgienij z FSB lub GRU, który mimo bardzo wczesnej pory pojawił się z żoną i dziećmi, Mechanik Opaliński z elektrowozu, Agnieszka Olsen, w sali obecni też byli Kierownik Domański, Konduktorka Mania, Szef Kuchni Li U-fa, Profesor Kaźmierczak i oczywiście Komisarz Burski ze swoimi funkcjonariuszkami i funkcjonariuszami. Gdy tylko wszyscy zajęli miejsca, przed barem stanęła Klara i rozpoczęła swój śledczy benefis.

– Proszę państwa! – zaczęła Klara. – Jak zapewne wszystkim wiadomo, w naszym pociągu doszło do zabójstwa. W swoim apartamencie w wagonie sypialnym zamordowany został pan Pułkownik Harald Olsen z armii duńskiej, który ostatnio służył w międzynarodowej 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie. Pułkownik w ostatnich chwilach swego życia usiłował zostawić list, jednak zdołał napisać tylko parę słów: „Oni mnie zabili…”. Tak więc mamy wręcz klasyczną sytuację, że jesteśmy w odciętym od świata pociągu, a wśród nas jest morderca.

Klara na chwilę przerwała i wymownie rozglądnęła się po sali. Wszyscy milcząco spojrzeli po sobie.

– Okoliczności śmierci wskazywały, że Pułkownik został otruty – kontynuowała Klara. – Początkowo podejrzewaliśmy, że trucizną był jakiś związek cyjanku, gdyż przy zwłokach Pułkownika znaleziony został kieliszek oraz napoczęta butelka duńskiej cherry, której charakterystyczny, migdałowy zapach mógł skutecznie zamaskować przed Pułkownikiem dodane cyjankalia. Prawda okazała się jednak inna, bo ani w butelce, ani w kieliszku nie odkryto żadnych związków cyjanowych oprócz tych występujących naturalnie w tym trunku. Ale zostawmy to teraz, bo głównym pytaniem było, komu mogło zależeć na śmierci Pułkownika?

Klara znów przerwała na moment i znów wszyscy spojrzeli po sobie…

– Proszę państwa, zapewne wiecie od dawna, że trucizny jako narzędzie zbrodni mają długą, nieprzerwaną tradycję od czasów Księstwa Moskiewskiego, przez Carstwo Rosyjskie, Związek Sowiecki aż po dzisiejszą Rosję…
– Pani! Nie rób tu polityki! – przerwał Klarze wzburzony głos Rosjanina Jewgienija. – Że ktoś Ruskij, to nie znaczy, że truje! Truli w Związku Sowieckim, a teraz za Putina u nas praworządny kraj!
– Przepraszam, ale nie powiedziałam, że podejrzewam akurat pana, tylko stwierdzam historyczne fakty – Klara odparła stanowczo.
– Jak z Rosji to zaraz morderca? – Jewgienij dalej wrzeszczał. – Tu masz pani dwóch Arabów, oni to mordercy!
– Właśnie zamierzam coś powiedzieć o tropie palestyńskim szanowny panie Jewgieniju – Klara zwróciła się grzecznym głosem, po czym podjęła dalszy wywód:
– Proszę państwa! Tak, jest wśród nas dwóch panów pochodzących z Palestyny…

Palestyńczycy nie zareagowali, tylko wnikliwie wpatrywali się w Klarę. A ta mówiła dalej:

– Pułkownik Olsen miał za sobą bogatą karierę wojskową, brał udział w misji pokojowej na Wzgórzach Golan, gdzie miał kontakty z rosyjskimi doradcami prezydenta Asada, następnie służył w Bejrucie, gdzie siłą rzeczy miał kontakty z Hezbollahem i tak dalej można wymieniać. Nie bez powodu budził też zainteresowanie służb pewnego zaprzyjaźnionego z Rzecząpospolitą państwa, o którym nie wspomnę. Nie jest moją ani Policji sprawą, z kim i jak Pułkownik współpracował, bo to domena odpowiednich służb Rzeczypospolitej. Mamy jednak do czynienia z zabójstwem i powinniśmy ustalić bezpośredniego sprawcę. W każdym razie śmiercią lub życiem Pułkownika mogło być zainteresowanych parę osób z tu obecnych i na pewno został skrytobójczo otruty.
– Jak go otruli, to w takim razie czym, bo można podejrzewać, że dostał zawału z lęku, jak wszystkich się bał – odezwał się Muhammad.
– Otóż w czasie sekcji zwłok Pułkownika odkryto silnie toksyczne związki, a my wspólnie z obecnym tu Profesorem Kaźmierczakiem z Akademii Rolniczej w Poznaniu odkryliśmy sposób podania trucizny – objaśniła Klara.
– Ciekawe jaki? – prowokacyjnie zapytał Jewgienij, a Muhammad i Abdul mu przytaknęli.
– Proszę państwa – Klara kontynuowała swoją relację – zauważyłam, jak niektórzy śmiali się, jak razem z Profesorem Kaźmierczakiem grzebaliśmy w śmieciach. No i wygrzebaliśmy tam resztki sałatki warzywno-ziołowej… Może oddam na chwilę głos panu Profesorowi.
– Otóż proszę państwa – zaczął Profesor – w resztkach sałatki znaleźliśmy drobno siekane liście silnie toksycznej rośliny Digitalis purpurea, czyli naparstnicy purpurowej. Zawiera ona glikozydy o nazwach digitalina i digitoksyna. Związki te w małych ilościach są stosowane jako leki nasercowe, natomiast spożycie 2 gramów liści powoduje zgon o obrazie zawału serca. Tych siekanych liści było w resztkach sałatki sporo więcej niż 2 gramy… Pozostaje więc pytanie, kto i w jaki sposób podał zatrutą sałatkę denatowi, ale to już problem dla Panny Klary.
– Tak więc musimy się zastanowić, kto i jak podał Pułkownikowi sałatkę? – głos ponownie zabrała Klara. – Już w tej chwili mamy tu kilka podejrzanych osób, ale sprawa jest pozornie bardziej zawikłana. Na sali znajduje się ktoś jeszcze związany z Pułkownikiem, oprócz jego żony pani Agnieszki oczywiście.
– To chyba o mnie chodzi – nagle odezwał się siedzący w kącie sali Mechanik Opaliński.
– Tak, oczywiście chodzi o pana mechanika Opalińskiego – podjęła Klara. – Niestety, tu muszę wspomnieć o pana synu…
– Proszę, niech pani mówi, prawda i tak musi wyjść na jaw – Mechanik nie oponował.
– Pana syn Tomek służył w polskim kontyngencie w Afganistanie, gdzie poznał panią Agnieszkę i jeszcze tam zaręczyli się – Klara zwróciła się do Mechanika Opalińskiego. – Pan od początku był przeciwny temu związkowi…
– Tak, byłem przeciw! – usiłował przerwać Mechanik.
– Nie zaprzeczam, że mógł pan mieć jakieś swoje powody, ale proszę pozwolić mi dokończyć – Klara powróciła do swojego wywodu. – Bliski związek pana syna z panią Agnieszką trwał do momentu, kiedy pana syn został ciężko ranny, w wyniku czego został zwolniony z wojska. Potem pani Agnieszka wyszła za mąż za służącego w tej samej bazie Pułkownika Olsena, co skończyło się samobójstwem Tomka. W ten sposób Pułkownik Olsen mógł się stać winnym wszelkiego zła, bo nie dość, że miał podejrzane relacje, nazwijmy to, wojskowo-polityczne, to na dodatek odbił narzeczoną pana syna, przez co doprowadził go do samobójstwa…
– Przecież… jak ja i po co… – na policzkach Mechanika Opalińskiego znów pojawiły się łzy, jak w czasie wcześniejszej rozmowy w kabinie elektrowozu.
– Mechaniku, przecież jeszcze pana nie oskarżam, tylko staram się przedstawić wszystkie fakty – przerwała mu Klara. – Teoretycznie mógł pan poczęstować Pułkownika trującą sałatką, bo w krytycznych godzinach między śniadaniem a kolacją był pan widziany w wagonie restauracyjnym i z pewnością przechodził pan przez wagony sypialne, bo na zewnątrz trudno byłoby przedzierać się przez te wszystkie połamane pnie i gałęzie.
– Tak, byłem przez chwilę w restauracyjnym – potwierdził Mechanik – ale nie miałem żadnej sałatki!
– Być może… – Klara ciągnęła dalej – bo pozostaje nam jeszcze pani Agnieszka…
– Co?! – Agnieszka wykrzyknęła oburzona.
– Przecież jechaliście na sprawę rozwodową i ten domek w Kotlinie Kłodzkiej… – odparła Klara.
– Czego chcesz ode mnie, wszystko ci opowiedziałam! – Agnieszka była jeszcze bardziej uniesiona.
– Tak, wszystko, ale pan Mechanik Opaliński też mi wszystko opowiedział, tylko problem w tym, że obu waszych relacji nijak nie da się pogodzić – spokojnie wyjaśniła Klara.
– To w takim razie, gdzie jest prawda? – smutno zapytał Mechanik.
– Nie udawaj draniu biednego niewiniątka! – Agnieszka wrzasnęła do Mechanika.
– Proszę państwa! Proszę o spokój! – teraz Klara podniosła głos i spokojnie ciągnęła dalej swoją opowieść:
– Teoretycznie rzecz biorąc wszystkich siedmioro z państwa mogło być zainteresowanych śmiercią Pułkownika Olsena i można sobie wyobrazić, że działali państwo w zmowie…

Przez salę restauracyjną przebiegł szmer i zaraz odezwał się Komisarz Burski:

– Panno Klaro, niech pani tu nie fantazjuje, mamy poważną sprawę do rozwiązania.
– Właśnie do tego zmierzam – odparła Klara – dlatego hipotezę o zmowie odrzucam jako mało prawdopodobną także dlatego, że podobna sytuacja jest już nazbyt dobrze znana z literatury, a sytuacje idealnie się powtarzają tylko w formie farsy. Wzięłam poważnie pod uwagę, że sprawcą jest ktoś z wymienionej na wstępie piątki panów, ale wtedy musiałabym natychmiast wycofać się z wszelkich działań i domysłów, pan Komisarz Burski zresztą też, a sprawę musiałaby przejąć Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i pewnie Agencja wywiadu. Po prostu choćby z powodu, że sprawa dotyczyłaby obywateli innych państw.
– W takim razie ja albo ten Opaliński? – odezwała się Agnieszka.
– Pani, pani Agnieszko – spokojnie ogłosiła Klara.

Agnieszkę na chwilę zamurowało, ale zaraz wybuchnęła złością:

– Co ja?! To ten mściwy łajdak Opaliński chciał zabić mnie i Haralda! Nie masz na mnie żadnych dowodów!
– Niestety, mylisz się Agnieszko – Klara wciąż zachowywała spokój i zwróciła się do Szefa Kuchni:
– Panie Li U-fa, niech pan opowie, o czym rozmawialiśmy w kuchni?
– Panna Klara pytała mnie, czy ktoś oprócz personelu korzystał z kuchni. Zaraz po śniadaniu weszła tu pani Agnieszka. Musiałem ją wpuścić jako ważną wice-dyrektorkę w Zakładzie Żeglugi Intercity w Szczecinie, bo my tu też jej podlegamy jak ci na promie. No i ona chciała zmiksować jakąś sałatkę dla męża. Zaskoczyło mnie, że dodała jakichś posiekanych purpurowych liści. Robię różne sałatki od lat, ale to mnie zdziwiło. I wtedy ona, znaczy pani wice-dyrektorka, powiedziała, że to liście z czerwonych buraków. Trochę to dziwne było, ale więcej nie pytałem.

Agnieszka zbladła, po czym zaczęła szlochać.

– Pani Agnieszka Olsen nie mogła dopuścić do rozwodu. Być może chodziło o kupiony przez Pułkownika dom w Kotlinie Kłodzkiej… – usiłowała wyjaśnić Klara.
– Kłamiesz wredna suko! On mnie ze wszystkimi zdradzał na prawo i lewo, z tobą też! Miałam tego dość, dość, dość!!! – Agnieszka wykrzykiwała przez łzy.

Zaraz też na gest Komisarza Burskiego podeszły do niej dwie funkcjonariuszki i wyprowadziły z salonu restauracyjnego.

W tym samym momencie wagon restauracyjny lekko drgnął. To do czoła pociągu dopięła się przysłana na pomoc lokomotywa spalinowa. Za chwilę „Nord-Orient Express” po niemal równej dobie postoju miał wyruszyć w dalszą drogę w stronę Poznania, Wrocławia, Budapesztu, Stambułu…

Tymczasem Klara poczuła się skrajnie wyczerpana. Dobrze, że Komisarz Burski tylko zdawkowo jej podziękował i oczywiście zapowiedział czekającą ją konieczność opowiedzenia wszystkiego przed Prokuratorem, a potem Sądem…

Kuba

Wraz ze wstającym świtem Kuba coraz bardziej niepokoił się o Klarę, a interesowały go też postępy śledztwa, wszak nie rozmawiali już od paru długich godzin. Najpierw z niecierpliwości zajrzał do internetu, żeby na stronach kolejowych znaleźć jakąś informację, co dzieje się z pociągiem. Szybko wpadł na relację z ostatniej chwili, że „Nord-Orient Express” właśnie wyruszył w drogę i do Wrocławia Głównego przybędzie o planowej godzinie, tylko z dobowym opóźnieniem. W takim razie pozostało zadzwonić do Klary z pytaniem o śledztwo.

– Tu Kuba, podobno już jedziecie?
– Tak, właśnie przysłali na pomoc jakąś spalinówkę i wyciąga nas z lasu na Poznań – odparła Klara.
– A co ze śledztwem?
– Wszystko jasne! Wiesz, kto zabił? – Klara odpowiedziała pytaniem.
– A skąd mam wiedzieć?
– Jak to? Przecież piszesz kryminały – drażniła się Klara.
– Ja tylko piszę, a ty prowadzisz śledztwa…
– No dobra – Klara dała za wygraną – morderczynią okazała się Agnieszka. Szczegóły opowiem, jak tylko się spotkamy, a były jaja!
– Wyjść po ciebie na dworzec? – Kuba się niecierpliwił.
– Jak wiesz, o której dojedziemy…
– Wiem!
– To do zoo! – Klara tak często mawiała Kubie na koniec rozmowy.
– Będę czekał na peronie!

Klara

Po rozmowie z Kubą Klara postanowiła pozostałą część drogi spędzić na wypoczynku w swoim przedziale. Od Wronek był już prąd w nieuszkodzonej dalej sieci trakcyjnej i maszyna Griffin prowadziła skład z pełną szybkością 160 km/h.

Jazda była monotonna, ale Klara nie mogła zmrużyć oka mimo wielu godzin spędzonych bez snu. Wciąż nachodziły ją myśli na temat wszystkich zdarzeń z minionych dwóch dni. Pożegnanie z Ryśkiem, Pułkownik Harald Olsen, Zvi Cohen, Agnieszka i wszyscy inni, tornado, zabójstwo… W sumie żal jej było Agnieszki… Że zaborczość i chciwość mogą doprowadzić do takich czynów.

A pociąg mknął prawie bez zatrzymania – tylko 3 minuty w Poznaniu i dalej do Wrocławia z krótkim, jednominutowym postojem w Lesznie.

W Lesznie Klara zauważyła przez okno, jak Efraim i Zvi ze swoimi torbami wsiadają do taksówki przed dworcem. Dziwne, że nie jechali dalej – do Stambułu.

Za Lesznem – zaraz po minięciu Rawicza coś się wyjaśniło… Nagle ktoś zaczął się dobijać do drzwi przedziału Klary. To była Konduktorka Mania. Cała roztrzęsiona z trudem zaczęła mówić:

– Szłam przez skład z końca do służbowego… No i w pierwszej klasie w przedziale, gdzie tych dwóch Arabów… I oni tak jakoś nie wiadomo czy siedzą, czy leżą…

Klara popatrzyła na Manię zdumionymi oczami, ale jakoś podświadomie wcale się nie dziwiła.

– Chodźmy tam – rzuciła do Mani i szybko się pozbierała z sypialnej kanapy.

Na miejscu zastały obu Palestyńczyków – Abdula i Muhammada z opuszczonymi głowami i nienaturalnie wygiętymi szyjami.

– Biegnę po apteczkę! – krzyknęła Mania.
– Daj spokój, im nic już nie pomoże – machnęła ręką Klara. – Lepiej biegnij do kierownika i oficjalnie zawiadomcie Policję, że mamy kolejne dwa trupy w pociągu, a ja spróbuję zadzwonić do Komisarza Burskiego.
– Panno Klaro! Nie mam teraz czasu, proszę dzwonić później – odebrał telefon zirytowany Komisarz.
– Komisarzu! Mamy podwójne zabójstwo w pociągu! – meldowała Klara.
– Proszę nie żartować…
– Nie żartuję! W pierwszej klasie Konduktorka Mania odkryła zwłoki tych dwóch Palestyńczyków i chyba wiem kto i jak ich załatwił.
– Poważnie? – Komisarz nie mógł uwierzyć. – To gdzie i jak to się stało?
– Zabójstwo miało miejsce gdzieś między Poznaniem a Lesznem, a zwłoki Mania odkryła zaraz za Rawiczem – referowała Klara. – No i chyba wiem, jak zginęli, bo obaj mają przetrącone kręgi szyjne…
– Dobra, pogadamy we Wrocławiu – przerwał jej Komisarz.

Klara nie miała żadnych wątpliwości, kto i jak uśmiercił Palestyńczyków. Po prostu sprawcami byli Efraim Degani oraz Zvi Cohen, a bezpośrednią przyczyną śmierci ofiar były fachowo zadane ciosy Krav maga – izraelskiej sztuki walki używanej przez siły specjalne tego państwa. Motyw też nie budził wątpliwości. Klara zaczęła się domyślać, że Abdul oraz Muhammad niechybnie byli bojownikami Hezbollahu, co zdarzało się wśród arabskich studentów Politechniki Wrocławskiej, i mieli bardzo złe zamiary wobec Pułkownika Olsena. Pułkownik zginął – nieważne jak i z czyich rąk – potencjalni sprawcy byli tak czy siak na liście MOSADu. A Efraim i Zvi mieli ochraniać Pułkownika, ale się nie udało – zaskakująco w grę wmieszała się osoba całkowicie z zewnątrz – Agnieszka. Tylko Rosjanin Jewgienij wychodzi ze wszystkiego czysto – jak to Rosjanie…

„Teraz pewnie mnie ktoś zechce sprzątnąć, ale… uratuje mnie Kuba mimo wszystko!” – Klara zaśmiała się w duchu.

Na peronie 3 Dworca Głównego na przybycie pociągu „Nord-Orient Express” czekało paru mało podejrzanych mężczyzn oraz grupa w czarnych kombinezonach z białymi literami „ABW” na plecach. Gdy tylko pociąg się zatrzymał, pojawili się w środku.

Klara i Konduktorka Mania pilnowały przedziału 1 klasy ze zwłokami Abdula i Muhammada, kiedy w korytarzu pojawili się funkcjonariusze.

– Szukamy Panny Klary Issakowicz – oznajmili.
– To ja – odezwała się Klara – chciałabym porozmawiać z oficerem, mam coś bardzo ważnego do powiedzenia.
– To pani pozwoli z nami i proszę zabrać swoje rzeczy.

Klara posłusznie udała się w towarzystwie funkcjonariusza do swojego przedziału, spakowała, co było jej i po chwili była już na peronie.

– Proszę teraz szybko udać się do domu – polecił jej jakiś cywil.
– Ale ja chciałabym zeznać, co się stało… po prostu wiem, kto i dlaczego zabił!
– Klara próbowała porozmawiać.
– Proszę natychmiast stąd iść do domu! Pani tu nigdy nie było i pani nic nie wie, Panno Issakowicz! – cywil był groźnie stanowczy.

Klara odruchowo pomyślała o Kubie i zaczęła się nerwowo rozglądać.

– Niech pani tam idzie – cywil wskazał schody do głównego tunelu pod peronami – tam ktoś na panią czeka.

Kuba

Kuba wybrał się na Dworzec Główny po Klarę. Wiedział niby, na który peron miał przyjechać „Nord-Orient Express”, ale ogólnie wszystkie pociągi po ataku frontu atmosferycznego z tornadami i ciężkimi zniszczeniami były tak poopóźniane, że zamiany torów i peronów były czymś oczywistym.

Kuba nagle usłyszał z megafonów dworcowych, że: „Opóźniony pociąg Euro-Noc „Nord-Orient Express” wiedzie na tor 6 przy peronie 3”. Niby planowo… tylko to już doba opóźnienia…

Kuba poszedł przejściem w kierunku peronu 3. Wejście na górę było obstawione przez oddział funkcjonariuszy w czarnych mundurach. Zwolnił, przystanął, by zorientować się w sytuacji. Napisy „POLICJA” na plecach kombinezonów go nie zdziwiły. Ale niektórzy mieli też inne: „ABW”. To znaczy „Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego”.

„Coś ty Klaro nawywijała?” – pomyślał.

Kuba się nie przejął i zaczął bohatersko atakować wejście na peron 3.

Natychmiast zatrzymali go funkcjonariusze w kombinezonach.

– Tu jest wejście zamknięte – poinformowali służbowym tonem, patrząc jak na typowego menela dworcowego. Kuba jednak po ostatnich wydarzeniach wpadł w tak wielkie poczucie mocy, że nie zamierzał się poddawać.
– Ale ja mam prawo tu wejść! – niemal krzyknął. W następnej chwili chciał już powiedzieć, że jest z AW – Agencji Wywiadu, albo w ogóle z SKW – Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jednak do takiej eskalacji odjazdu Kuby nie musiało dojść. Bo niemal w tej samej chwili na szczycie schodów peronowych pojawił się jakiś młody koleś ubrany całkiem po cywilnemu i krzyknął do Kuby:

– Już idzie do ciebie!

Klara z ciężką torbą podróżną na ramieniu niemal sfrunęła po schodach, rzuciła torbę na posadzkę, po czym rzuciła się w ramiona Kuby. Chwila bliskości zdawała się trwać wieczność.

– To co? Wołamy taksówkę? – Kuba zapytał wyjmując telefon z kieszeni. Jakoś nie czuł się pewnie z Klarą w miejscu publicznym jak dworzec.
– Jasne, zadzwonisz?
– Już się robi.

Pięć minut później siedzieli już w taksówce.

– Dokąd państwo sobie życzą? – zapytał kierowca.

Zanim Kuba zdążył zareagować, Klara szybko podała jego adres. Mimo porannej pory podróż przez miasto nie trwała długo – były wakacje. Przez większość drogi Kuba rozmyślał, jak by zaprosić Klarę do siebie. To niby oczywiste, ale z niewiadomych powodów czuł w sobie jakąś blokadę. Czy bał się odmowy?

Wreszcie taksówka zatrzymała się przed posesją w romantycznej dzielnicy Wrocławia, gdzie mieszkał Kuba.

– No, wysiadamy! – Klara trąciła Kubę w łokieć, jednocześnie podając kierowcy kartę płatniczą.

„Wysiadamy!!!” – zahuczało w głowie Kuby – „i będziemy zaraz razem!”.

Dom, w którym mieszkał Kuba był niezwykle nastrojowy. To poniemiecka willa z lat 20′ ubiegłego wieku z pnączami na murach, cała tonąca w dziko rosnących krzewach, zacieniona wielkimi, starymi drzewami. Kuba mieszkał w przyziemiu – najniższej kondygnacji, ni to w suterenie, ni to na niskim parterze.

Kuba wyjął z bagażnika taksówki torbę Klary i ruszył pierwszy. Minęli zabytkową, żelazną furtkę i przeszli pod pnącym się po zgrabnej, drewnianej pergoli krzewem róży. Po paru krokach niezbyt szerokim chodnikiem misternie ułożonym ze starych cegieł stanęli przed masywnymi drzwiami.

Kuba przekręcił klucz w zgrzytającym zamku. Znaleźli się w środku. Minęli drewniane schody prowadzące do wyższych kondygnacji i długim, mrocznym korytarzem dotarli do całkiem sporej kuchni Kuby. Przez zacienione zielenią okno wpadało niewiele światła, więc Kuba zapalił siedem świec w starej, zaśniedziałej menorze. Blask płomieni odbił się od butelki czerwonego wina i dwóch kryształowych kieliszków. Kuba nalał wina.

Milcząco wznieśli toast.

– To opowiadaj! – pierwszy odezwał się Kuba.
– Wiesz… nie mogę pozbierać myśli… Nie mogę tak zaraz o wszystkim… – Klara oczywiście nie chciała zrażać Kuby opowieściami o intymnych przygodach z Pułkownikiem Haraldem Olsenem i Zvi Cohenem, ale blokował ją też cały wątek tak zwanej gry służb specjalnych, czego podświadomie się bała.
– No dobrze, to nie mów, rozluźnij się, to może samo ci przyjdzie – Kuba nie naciskał.
– Tak, masz rację… – Klara skinęła głową.

Wypili po kolejnej lampce wina, znów kolejnej… otworzyli następną butelkę…

– Kubusiu, jakoś jestem zmęczona, już prawie dwie doby nie śpię, czy mogłabym wziąć szybki prysznic? – nagle zapytała Klara.
– Oczywiście – Kuba wskazał na drzwi łazienki.

Szum prysznica, plusk wody… Klara nie wzięła żadnych ubrań na zmianę – zauważa Kuba. Wreszcie po napiętym oczekiwaniu w drzwiach łazienki pojawia się Klara owinięta w ręcznik. Stoi z tajemniczą twarzą przed osłupiałym Kubą. Nagle ręcznik opada. Kuba delikatnie podchodzi i zlizuje pocałunkami kropelki wody z pięknych piersi Klary.

– Kubusiu, zaprowadź mnie teraz do sypialni – szepcze Klara. Kuba usiłuje mocno ją przytulić, a ona zgrabnymi ruchami rąk rozpina mu spodnie…

Do sypialni wchodzą już oboje nadzy. W uścisku toną w wielkim łóżku. W uniesieniu rozkoszy Kuba staje się Klarą, a Klara Kubą. Ich umysły i ciała stapiają się w jedność doskonałą, niedoścignioną przez żadną najbardziej nawet szaleńczą przygodę.

Czas tylko pozornie stanął w miejscu. Było już koło południa, kiedy nie wiadomo który spazm rozkoszy przerwał im dzwonek do drzwi. Oboje popatrzyli sobie w zdziwione oczy. Oboje to samo poczuli w podświadomości. Kuba szybko się ubrał i pobiegł do drzwi domostwa.

Koło furtki stało dwóch około trzydziestoletnich, sportowo ubranych jegomości.

– Czy przebywa może u pana Panna Klara Issakowicz? – zapytał jeden z nich.

Zaskoczony Kuba przytaknął. Wtedy jegomość pokazał legitymację ABW…

– To prosimy ją tu do nas.

Kuba nieco wystraszony wpadł do sypialni:

– Klara! Bezpieka, znaczy ABW, coś chce od ciebie!
– Ach, wiedziałam, już idę – Klara zaczęła szybko się ubierać.

Klara i Kuba

Funkcjonariusze grzecznie zaprosili Klarę do samochodu. Kuba chciał ją pożegnać, jednak usłyszał:

– Pan też z nami pozwoli.

Usiedli na tylnym siedzeniu niczym w taksówce. Gdy tyko auto ruszyło, Kuba zmieszany zapytał:

– A o co chodzi, jak można zapytać?
– Wszystkiego dowiecie się na miejscu – odparł jeden z funkcjonariuszy.

Jazda nie trwała długo – zupełnie jak na Dworzec tylko w nieco inne miejsce. Zatrzymali się przed znanym, poniemieckim budynkiem przy ulicy Łąkowej. Tablica na murze obok drzwi głosiła: „Delegatura Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego”.

– To jesteśmy na miejscu – zauważyła Klara.
– Tak jest – potwierdził funkcjonariusz, a drugi dodał, gdy tylko wysiedli:
– Państwo pozwolą z nami.

Weszli do dużego holu, minęli dyżurkę, potem schodami na pierwsze piętro, dalej korytarzem, aż w końcu funkcjonariusze wskazali krzesła naprzeciwko nieskończonego, wydawałoby się, rzędu drzwi.

– Proszę, siadajcie, zaraz ktoś was poprosi.

Klara i Kuba nie zdążyli ochłonąć, jak drzwi się otworzyły i ukazał się w nich jegomość w średnim wieku – jak tu wszyscy, ubrany w sportowym stylu.

– Panno Klaro, pani pozwoli jako pierwsza, a pan Kuba niech chwilę poczeka – odezwał się grzecznie.

Gdy Klara weszła do środka, jegomość podał jej rękę:

– Jestem Kapitan Kowalczyk, bardzo mi miło – przywitał się elegancko.
– A mi trochę mniej miło, jestem Klara Issakowicz – odparła ironicznie Klara.
– Proszę, niech pani siada – Kapitan wskazał fotel naprzeciwko wielkiego biurka, a sam usiadł z drugiej strony.
– W jakim celu tu mnie sprowadzono? – zapytała Klara.- Proszę się nie denerwować, chodzi nam o pewną formalność…
– Słucham.
– W pociągu „Nord-Orient Express” była pani świadkiem, a nawet uczestniczką pewnych zdarzeń…
– Byłam świadkiem morderstwa i brałam udział w śledztwie – wtrąciła Klara.
– No właśnie… – kontynuował Kapitan Kowalczyk – Była pani świadkiem morderstwa, jednego morderstwa, rozumie pani?
– Czyli, jak rozumiem, zamordowany został Pułkownik Harald Olsen, a tych Palestyńczyków nigdy nie było?
– Dokładnie! Tych Izraelczyków, a też Rosjanina z rodziną tak samo nigdy nie
było. Mam nadzieję, że się rozumiemy?
– Ależ oczywiście, domyślałam się tego, że mam o tym nikomu nie wspominać. Chodzi o globalną sytuację strategiczną i takie tam? – Klara znów odpowiedziała pytaniem.
– Widzę, że świetnie pani wszystko pojmuje. Pozostaje nam tylko jedna formalność – Kapitan był wyraźnie zadowolony, sięgnął do biurka i położył przed Klarą kartkę papieru oraz długopis.
– Proszę to podpisać i jest pani wolna – dodał.

Klara szybko rzuciła okiem na krótki tekst, który miała podpisać. Było to coś takiego: „Ja Klara Issakowicz oświadczam, że zobowiązuję się pod odpowiedzialnością karną do zachowania tajemnicy państwowej RP”.

– Czy mam może dopisać klauzulę „tak mi dopomóż Bóg” – zażartowała.
– A jak pani sobie życzy – Kapitan udawał powagę.

Klara złożyła podpis bez dodatkowej klauzuli. Kapitan Kowalczyk schował kartkę do biurka i zwrócił się do Klary:

– Jest jeszcze jedna sprawa. Domyślam się, że już wszystko zdążyła pani opowiedzieć panu Kubie. On tu, zdaje się jest z panią. W takim razie jego podpis też byłby potrzebny. Niech pani go tu poprosi.

Natychmiast po wyjściu z gabinetu Kapitana Kowalczyka Klara konfidencjonalnie zwróciła się do Kuby, zanim zdążył o cokolwiek zapytać:

– Kubusiu, teraz ty. Proszę, podpisz, co ci ten Kapitan Kowalczyk każe, to ci wszystko opowiem, co było w pociągu!


Dodaj komentarz

Z kolei. Żółty dom

Wojtek Gorczyński Kolejář

frag. jeszcze nie złożonej książki „Tramwaj na wyspę umarłych 2″

Katarzyna Watkowska - Domki krasnoludków

Katarzyna Watkowska – Domki krasnoludków

Wyrzućmy z astrologii to, co da się wykazać jako fałsz. Zostanie jakaś mądrość. Weźmy też inne mądrości. Nie bójmy się taoizmu, ani mistyki ojców kamedułów, czy tybetańskich buddystów – one przecież nie zburzą nam naszej matematyki. Matematykę i inne nasze mądrości też weźmy, a daleko przekroczymy granice wyznaczone w najbardziej fantastycznych legendach o największych mędrcach dawnych wieków. I co się wtedy stanie?

Rewolucja psychiczna. Ona już się powoli zbliża. Ona już jest. To jest czas Czerwonego Kapturka, poetów, wariatów, książąt i szalonych doktorów matematyki.

Szalonym doktorem został Wu Tsy. Oprócz studiów matematycznych zajmował się też magią, astrologią, sztukami dywinacji – czyli przepowiadania przyszłości oraz wieloma innymi dziedzinami myśli ludzkiej. Ta olbrzymia wszechstronność umożliwiła mu podjęcie próby stworzenia Ogólnej Teorii Wszystkiego.

Trudno przewidywać jaki stosunek do jego poczynań mogą mieć ludzie z tramwaju elektrycznego, ale faktem jest, że część swojej pracy Wu Tsy przedstawił jako rozprawę doktorską, co też przyniosło mu stopień naukowy doktora matematyki.

Podstawą myśli Doktora Wu Tsy jest prastary, chiński system filozoficzny Tao i badania nad cyklami przemian tzw. heksagramów wyroczni I-Cing. Dla szalonego matematyka I-Cing jest nie tylko opisem świata, ale światem w ogóle – algebrą. Operatory Schrödingera – cykle heksagramów chińskiej wyroczni – były tematem doktoratu Wu-Tsy. Z obroną pracy nie miał większych problemów, bo – jak mówił – nikt z obecnych na sali naukowców nie zajmował się tym działem algebry i nikt nie potrafił zadać żadnego sensownego pytania.

Magia, astrologia, sztuki dywinacyjne i matematyka są dla Doktora tylko narzędziami w pracy nad Ogólną Teorią Wszystkiego – i to znacznie tańszymi od naukowych laboratoriów, a przy tym dającymi lepsze efekty poznawcze.

A ludzie rządzący światem materialnym sprawowali się coraz gorzej. Dzięki coraz wspanialszemu rozwojowi środków przekazu publicznego wszyscy wystawieni zostali na codzienne wysłuchiwanie doniesień o straszliwych wojnach, klęskach i katastrofach, które wywołała ludzka głupota, pycha, próżność oraz inne niemiłe przymioty.

– Proszę państwa, tu chodzi tylko o władzę – mawiał kiedyś Wielki Elektryk i już dawno stało się oczywiste, że tę władzę każdy jest w stanie sprawować lepiej niż komuniści. Bo zło wszelkie staje się przez zimno i komunizm.

Powyższe fakty już przed laty stały się oczywiste dla Doktora Wu Tsy – paradoksalnie i dla przekory, bo był przecież synem oficera Wojskowych Służb Informacyjnych, co przyjaźnił się z samym generałem Czesławem K.

Któregoś z wieczorów w pełni psychotycznej jesieni Doktora Wu Tsy odwiedził Berth. Obaj rozłożyli się na dywanie w ciepłym, przytulnym wnętrzu sutereny pięknej, poniemieckiej willi. Popijali aromatyczną herbatę – Berth zieloną, a Doktor czarną.

– Skąd wiedziałeś, że lubię zieloną? – zapytał mile zaskoczony Berth. W odpowiedzi Doktor uśmiechnął się tajemniczo. Berth też się uśmiechnął, po czym dalej kontynuowali delektowanie się herbatą – każdy swoją.
Chwilę później Doktor Wu Tsy obwieścił swój zamiar:
– Dziś w nocy przejmuję władzę nad światem!
– To piękne, ale w jaki sposób? – zapytał Berth po raz drugi tego wieczoru mile zaskoczony.
– Tej nocy mam zamiar ukończyć obliczenia konstrukcji siedemnastokąta foremnego, a to jest znacznie lepszy symbol władzy niż pentagram, czyli pięcioramienna gwiazda.
– I to wystarczy?
– Powinno – odparł Wu Tsy – zresztą mogę też opanować reakcje kwarkowe, to wtedy załatwię sprawę armii i głowic jądrowych.
– A czy nie sądzisz, że mogą być potrzebne jakieś próby laboratoryjne, o ile nawet nie instalacje w rodzaju akceleratora albo tokamaka? – Berth dalej miał jakieś wątpliwości.
– Wiesz, istnieją cztery sposoby poruszania się po tym bagnie, jakim jest świat materialny: naukowy, artystyczny, religijny i magiczny – opowiadał dalej Wu Tsy. – Naukowy polega na tym, że bagno zalewa się betonem i dopiero później po nim chodzi. Artyści przebiegają przez bagno tak szybko, że nie zdążą się nigdy zamoczyć. W sposób religijny lata się ponad bagnem i spogląda na nie z góry, a sposobem magicznym idzie się powoli, stąpając ostrożnie po kępach.
– Teraz rozumiem, wszystko jest OK – Berth stracił już ostatnie wątpliwości i jego miłe zaskoczenie zaczęło graniczyć z osłupieniem katatonicznym. Tymczasem Doktor spokojnie zadał całkiem rzeczowe pytanie:
– Czy w związku z tym wszystkim masz jakieś specjalne życzenia: domek, samochód?
– Tak – Berth odpalił bez namysłu – dom wolnostojący w ładnej okolicy, duży, z miejscem na studio muzyczne, oddalony przynajmniej trzysta metrów od sąsiedztwa, tak, żeby można było w nim głośno grać, bardzo głośno grać.
– W porządku, masz to załatwione. Dla pewności zapiszę sobie na kartce.

Oczywistość Doktora Wu Tsy była tak przytłaczająca, że Berth momentami zapominał nawet o istnieniu Czerwonego Kapturka.

Później, kiedy noc trwała już w całej pełni, Księżyc rozpoczął swą ulubioną zabawę i muskał delikatnie srebrnymi promieniami śpiącą, piękną królewnę, którą serce Bertha kazało nazywać Czerwonym Kapturkiem. Wtedy to właśnie nagłe przepalenie się 63 amperowego bezpiecznika głównego zabezpieczenia budynku przerwało Berthowi nocną medytację. Nie miał żadnych wątpliwości – to z pewnością Wu Tsy ukończył swoje obliczenia. Berth kolejny raz był mile zaskoczony. Po omacku znalazł zapasowy bezpiecznik i udał się do piwnicy. Zgrzytające drzwi od komórki pod schodami, gdzie znajduje się skrzynka z elektrycznością, zmąciły nieco sen Czerwonego Kapturka. Piękna, przyprószona srebrem Księżyca, jasnowłosa królewna westchnęła głęboko – pewnie przyśnił jej się właśnie jakiś piękny królewicz zza siedmiu gór i siedmiu rzek…

Nadpęknięcia w niewzruszonym dotąd monolicie rzeczywistości okazały się jednak znacznie poważniejsze, niż by można sądzić po pierwszych objawach. Następnego dnia wybuchła nagła wiadomość, że w pobliżu Leśniczówki Pranie Mózgu stoi sobie samotnie pusty, pomalowany na żółto, drewniany dom – zwany Żółtym Domem – i co więcej dom ów odpowiada idealnie kryteriom postawionym Doktorowi Wu Tsy. I w każdej chwili można tam przyjechać, być, grać, bardzo głośno grać…

Wyjazdy do Leśniczówki Pranie Mózgu odbywały się regularnie od wczesnej jesieni. Jeździliśmy tam z Dzidkiem, Dymasem, Kozą, Prezesem i za każdym razem było piękno, spokój, w miarę czysta woda ze strumienia w kranach, w miarę czyste powietrze, góry, las, łąki i nawet Święte Grzyby zdarzyło się kiedyś znaleźć w pobliżu.

Miejsce, gdzie wzniesiono biały, kanciasty domek ze stromym dachem, w którym mieściła się Leśniczówka, było nie tylko urocze, ale i urokliwe. Coś dziwnego unosiło się w powietrzu nad podmokłą łąką i rozlewiskami górskiego potoku. Przed laty stał tu podobno młyn wodny, który spłonął, a w młynie – jak to w młynie – powinno straszyć. I było jakoś niesamowicie pośród nocy, kiedy wiał halny, szumiał strumień i szumiały drzewa…

Biały Dom – jak nazwana została siedziba Leśniczówki – zbudowany był z betonowych prefabrykatów – sposób typowy dla budowli okresu późnego komunizmu. Jego ciasne wnętrza przypominały bardziej mieszkanie w szarym, betonowym bloku na którymś z osiedli Miasta Tramwajów Elektrycznych, niż dom wolnostojący w pięknej, górskiej okolicy. Gospodarze – Ilonka oraz Zbyszek – włożyli mnóstwo wysiłku, by zatrzeć to niezbyt dobre wrażenie i przynajmniej w pewnym stopniu im się to udało.

Najprzyjemniej było w małym saloniku z kominkiem. Z głośników płynęła muzyka, trzeszczało płonące drewno, a złocisty blask ognia rozświetlał ponurą ciemność starych, olejnych obrazów na ścianach. Było spokojnie, przytulnie i ciepło. Każda chwila spędzona w tym miłym otoczeniu była dla mnie błogosławieństwem i wyzwoleniem od wszechobecnej Milicji, Służby Bezpieczeństwa, komunizmu, lęku, szarości, miejskiego huku, smrodu, zagubienia. Z daleka od uczęszczanych dróg, wśród górskich lasów zagubienie stawało się pełne – niczym w podziemnych komorach Lochów – tylko spokój panował tu większy, aż zbyt wielki, bo w ciasnocie Białego Domu nie było już miejsca na swobodne uprawianie sztuki – zwłaszcza ekstatycznej.

Brak odpowiednich warunków dla nieskrępowanej ekstazy twórczej był istotnym mankamentem, gorsze jednak było to, że wyprawy do Leśniczówki trwały najwyżej kilka dni. Czasu starczało zaledwie na chwilę spokoju i parę spacerów. Później nieuchronnie nadchodziła pora powrotu do miasta, a wraz z nią znów wracał paraliżujący nagłym uciskiem splotu słonecznego lęk.

Podczas spacerów wokół Leśniczówki mijaliśmy nieraz położony wśród lasu, duży, pomalowany na żółto dom z drewna. Nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi – stał sobie nad strumieniem, między bukami i sosnami, samotny, oddalony o dobre trzysta metrów od Białego Domu. Był już listopad, kiedy wspomniała o nim Ilonka. I okazało się, że Żółty Dom – bo od tej pory tak był nazywany – należy do Prania Mózgu i przez większą część roku stoi pusty – jedynie w czasie wakacji oraz ferii zimowych jest wynajmowany na letniska i zimowiska. Natychmiast też wpadliśmy na pomysł, żeby w Żółtym Domu zacząć grać. Leśniczy Zbyszek podchwycił tą genialną myśl, a w ślad za tym rozpoczęły się wielkie przygotowania do wielkiego czasu sztuki. Ekstatycznej oczywiście.

Wyprawa do Żółtego Domu zapowiadała się ogromna i tak też przygotowania do niej musiały mieć siłą rzeczy ogromny zakres. Zbiorowym wysiłkiem uczestników udało się jednak wszystko szybko i sprawnie zgromadzić w suterynie Prezesa – gdzie mieściło się centrum przygotowań. Czekały gotowe do załadowania śpiwory, materace, zapasy żywności, jakieś alkohole, Święte Ziele, instrumenty muzyczne… Problem był tylko z odpowiedniej mocy sprzętem nagłaśniającym, ale w końcu i z tym poszło nadspodziewanie gładko – ekspedycją zainteresował się Zbigniew – lider i basista dekadenckiej kapeli Fin Fatal. W zamian za możliwość pobytu w Żółtym Domu Zbigniew bez oporu zgodził się wypożyczyć wzmacniacze swojego zespołu, a miały one na tamte warunki moc potężną…

W przeddzień wyjazdu w zawalonym sprzętem pokoju Prezesa odbyło się ostatnie zebranie uczestników. Wszyscy w dobrych nastrojach omawiali ostatnie szczegóły ekspedycji – co i kto pojedzie którym samochodem, a kto z braku miejsca część drogi będzie musiał pokonać koleją – tylko Eva była jakaś smutna… I ten jej smutek jakoś dziwnie działał na Kozę – wyraźnie zaczynał się czymś coraz bardziej denerwować.

– A tobie Ewcia co się stało? – w końcu zapytał.
– Nic, tylko ja chyba jutro nie będę mogła nigdzie pojechać, bo nie mam z kim zostawić dziecka.

Koza zbladł.

– No, jak to nie masz? Nie możesz nic zrobić? – zapytał z wyrzutem.
– Nie mogę. Dopiero za parę dni i wtedy zaraz do was dojadę.
– To po co ja się tak starałem z tym wyjazdem?! Po co w ogóle mam tam jechać?! – Koza wyraźnie wpadał we wściekłość.
– Koza, bądź chociaż trochę poważny – próbowała się bronić Eva.
– To ty jesteś niepoważna! Ja zawsze się starałem, żeby nie mieć dzieci i teraz nie robię nikomu problemów! – pokojem Prezesa targnął dziki ryk, po którym Koza poderwał się i wybiegł na zewnątrz trzaskając drzwiami. Pozostali przez kilka długich, ciężkich minut trwali w niemym osłupieniu.

Cała ta sytuacja z Evą i Kozą wydawała się być jakaś niezrozumiała.

„Z Ewcią tak się umówiliśmy, żeby nie mieć wobec siebie żadnych zobowiązań. To jest taki czysty układ. Najważniejsze jest, żeby nie było żadnych wzajemnych zależności” – przypomniały mi się nie tak dawne pouczenia Kozy. Później wściekał się na mnie, że jakoby jestem o nią zazdrosny.

Zazdrość?

Nie, nie byłem nigdy zazdrosny o Evę – czułem się tylko jakoś dziwnie zgorszony tym ich jakoś bezdusznie mechanicznym podejściem do czegoś, co oni nazywali miłością, a co w ich wydaniu nią na pewno nie było.

W dniu wyjazdu do Żółtego Domu sytuacja okazała się być jeszcze bardziej przekrętna. Wyszło bowiem na to, że Kozie nagle wypadło coś ważnego do załatwienia i będzie mógł pojechać dopiero za kilka dni. Tymczasem Eva… Udało jej się komuś upchać pod opiekę małego Filipka i pojechała ze mną Črveną Zastavą…

W pierwszych dniach grudnia poprzedzającego Rok Kota z krętej szosy wśród gór skręcał w las bardzo nadmiernie wyładowany samochód. To była Črvena Zastava Bertha. Pięła się mozolnie pod górę stromą, leśną drogą, minęła leżący w jej połowie mostek nad strumieniem, dalej wznosiła się ponad ukrytą w cieniu drzew przepaścią, aż w końcu oczom jej pasażerów – Evy i Bertha – ukazał się w całej krasie Biały Dom. Jeszcze tylko krótki odcinek grobli z okropnymi wertepami, a ucieczkę z zatłoczonego tramwajami miasta można było uznać za zakończoną sukcesem. Zastava wypluła z siebie całą zawartość – Evę, Bertha i prawie pół tony sprzętu, po czym zapadła na podwórzu Białego Domu w sen zimowy.

Parę dni później przyjechali swoimi autami Koza i Zbigniew z resztą sprzętu oraz ludzi. Wyjątkowo w tym roku późny śnieg spadł niebawem i szybko pokrył wszystko grubą warstwą, a jakikolwiek odwrót na czas jakiś przynajmniej uczynił niemożliwym.

Gospodarze Prania Mózgu – Zbyszek oraz Ilonka – dobrze przyjęli nowych sąsiadów i lokatorów dotąd opustoszałego Żółtego Domu.

A Żółty Dom?

Też pozwolił przytulnie rozgościć się w swych obszernych wnętrzach. Jedyny wyjątek stanowiła kuchnia kaflowa z podkową ogrzewającą bojler na ciepłą wodę – ta nigdy nie pozwoliła się w pełni okiełznać – woda w podkowie w niewyjaśniony sposób krążyła w tą tylko stronę, w którą akurat chciała i bojler ogrzewała lub nie.

W Żółtym Domu poczułem się bardzo dobrze. Byłem daleko od Miasta Tramwajów Elektrycznych oraz jego wszystkich ciemnych spraw – urzędów, służb wiadomych i niewiadomych. Wokół był las, góry, szumiał strumień… Miałem swój własny pokój – o dziwo taki sam jak przy ulicy Braci Grimm… Też był na pierwszym piętrze, miał około 2,5 na 4,5 metra i drzwi, i okno w tym samym miejscu – tylko na zewnątrz szumiał las i górski strumień zamiast drzew owocowych w miejskich ogródkach.

Był czas Adwentu – zbliżały się święta Bożego Narodzenia i jakby pomimo tego, a może właśnie dzięki temu zaczął się czas wielki. Kolejne dni przestały mieć jakiekolwiek szczególne znaczenie, bo każdy następny przerastał poprzedni. Kolejne dni przestały w ogóle wyróżniać się między sobą, bo był jeden czas wielki, poprzedzielany jedynie nieregularnymi okresami zdrowego snu.

Perkusja, perkusja, bas, bas, gitara, trąba, waltornia, vocal… Chorus, fuzz, flanger, reverb, delay i stuwatowe głośniki… Drewniana konstrukcja Żółtego Domu dobrze to zniosła, tylko gdzieś niezauważenie nadpękał czasem tynk. A w pokoju nad studiem materac ze śpiącą Amanitą skacze w rytm gitary basowej Zbigniewa o pół metra w górę.

– Uwierz w śmierć! – ryczy do mikrofonu z pogłosem Zbigniew – lider Fin Fatal. Fatalny koniec – nikt się tego nie boi. Łyk z piersiówki – koniec przecież nie może być fatalny.

A czy jakakolwiek fatalność może w ogóle być fatalna?

Berth gdzieś się właśnie odnalazł w tym zgiełku, choć chyba nie za bardzo, bo czy jest poetą?

– Somebody closed your eyes and you are dead, you are really dead! – może czasem jest tylko wokalistą rockowym, kiedy już się odnajdzie. Łyk z półlitrówki – z gwinta.
– Uwierz w śmierć! – ktoś znów się w tym odnalazł. Powoli, powoli, a odnajdą się wszyscy. I ty też Ewuniu.

Najbliższe sąsiednie zabudowanie jest oddalone o trzysta metrów i to jest zadziwiające, ale już sto metrów od Żółtego Domu nic nie słychać, a wewnątrz sadzi pełną mocą kilkaset watów. Tylko szum strumienia. Można głośno grać, można bardzo głośno grać.

– A głosy słyszy? Świętych pańskich widuji? – pytał ponoć kiedyś stary psychiatra ze Lwowa diagnozując pacjentów. Tak, głosy usłyszy, a Świętych z pewnością zobaczy. To ten poeta – Berth, który tak bardzo chciał i dostał koronę książęcą, ale nie objął jeszcze swej władzy…

Każde zadęcie przez kamerę pogłosową brzmi dobrze, ale może już pora trochę się przespać. Każdy będzie spał tak, jak mu jest sądzone: razem lub osobno, samotnie, godnie, z Bogiem lub bez Niego, albo z głową przy drzwiczkach od pieca…

Amok dnia następnego przerósł znacznie to, co wydarzyło się wcześniej.

– Czy wiecie, że amok jest anagramem słowa koma – zauważył Leśniczy Zbyszek – a to w sensie medycznym daje również zupełnie przeciwne znaczenie?

Zbyszek może coś o tym powiedzieć – kiedyś był pielęgniarzem psychiatrycznym. Wyrzucili go z kliniki za to, że samowolnie, bez wiedzy lekarzy zahipnotyzował pacjenta ze schizofrenią paranoidalną. Może dzięki temu został później leśnikiem.

Wokół Żółtego Domu wznoszą się góry, rośnie sobie las, szumi strumień, mróz trzeszczy, śnieg trzeszczy od mrozu, a wewnątrz amok wydawał się sięgać szczytu. Eva już się chyba odnalazła, wszyscy się odnaleźli. Berth już całkiem zapomniał, że jest poetą – teraz w ogóle już nie jest. Nie może mówić. Trąbi. Nie ma go. Jest tylko jakiś bliżej niesprecyzowany wokalista rockowy i trębacz. Rytm i szalony taniec. Nawet powściągliwy dotąd Koza nie odmówił sobie ryknięcia do mikrofonu z pogłosem.

Gdy już zupełnie nie można mówić, bardzo pomaga owinięcie szyi szalikiem. Trzeba go mocno zacisnąć na krtani, tak, żeby się prawie dusić. Mówić co prawda dalej nie można, ale partie wokalne wychodzą lepsze niż kiedykolwiek. Poza tym najlepsza na wszystko jest cebula. Trzeba jeść dużo surowej cebuli.

Czas grania limitowany jest jedynie wydolnością układu oddechowego i trwałością takich wyrobów jak kostki do gitar, struny i skórzany pasek od perkusyjnej centrali. Spuchnięte wargi nie mają większego znaczenia – wystarczy trochę pograć na waltorni i znów jest możliwy powrót do trąbki.

Muzyka ryczy, drze się, woła, szaleje. Tego jeszcze nie było. Każdy albo jest wielki, albo zapomniał, że w ogóle jest – wtedy zresztą może być jeszcze większy.

Sen. Koma. Razem we dwoje. Osobno samotnie. Z Bogiem lub bez Niego, ale Jego Anioł i tak z pewnością czuwa, by spanie z głową przy drzwiczkach od pieca nie groziło zaczadzeniem. Ani też żaden termowentylator nie spowodował przypadkiem pożaru.

Muzyki nie da się opisać słowami. Szczególnie wtedy, gdy się w niej w jakikolwiek sposób uczestniczy. Zawsze będzie to tylko bardzo nieudolna recenzja. Tym bardziej niemożliwa jest do opisania muzyka ekstatyczna – taka, która zawiera w sobie kawałek duszy i ciała tworzących ją muzyków. To jest coś, co nadaje się tylko do przeżywania.

Berth coś marudził o swoich opuchniętych strunach głosowych.

– Jesteś hipochondrykiem – wychrypiał na to z wielkim trudem Zbigniew.
– To chodźmy poamokować odpowiedział na to równie zachrypnięty głos i obaj zniknęli za drzwiami studia muzycznego.

Czy ktoś z nich był największy?

To pytanie nie ma sensu, bo gwiazda wokalna – Eva jest wielka, bo gitarzysta Karaś jest wielki, bo Młody mu zaraz dorówna w tej sztuce, bo Koza jest wielki, bo znów Młody, Kąkol, Wacek i Zbigniew są wielkimi bębniarzami – chociaż każdy gra inaczej. I nawet cicha, zawsze schowana gdzieś na uboczu Amanita stać się ma wielkim objawieniem.

I co z tego?

Ta wielkość naprawdę nie ma większego znaczenia, bo stać się mogą za chwilę rzeczy o wiele większe. Choćby ta kaszka manna z mózgu, która sprawia, że w każdej minucie sypie się sens całej, mozolnie budowanej opowieści.

Komandorze Scobee! Jeśli pan i pańska załoga usłyszeliście te słowa:

– Time T plus 72 seconds – i te kotły, i talerze, i gitarę z chorusem niczym dzwon brzmiącą, to… to dla Was…

A później ktoś wziął farby fluoroscencyjne i pomalował nimi cały Wszechświat.

Berth oddawał się właśnie wyjątkowo głębokiej medytacji w studio muzycznym. Jego ciało spoczywało bezładnie porzucone na nadmuchiwanym materacu z gumy. W studio zalegała cisza, ale jednocześnie całe pomieszczenie wypełnione było przestrzenią. Cisza nie tyle zalegała, co raczej panowała – przestrzenna i wielowymiarowa. Cisza, która poprzedza. Cisza zawsze musi coś poprzedzać – choćby hałas. Hałas w żadnym wypadku nie wydawał się być stanem pożądanym, ale na szczęście jakikolwiek byt został mu odebrany przez niespodziewane wejście Evy.

Jej postać na tle półmroku studyjnego oświetlenia wyraźnie emanowała jakąś tajemniczą poświatą. Eva śmiała się, tańczyła i z coraz bardziej szaloną rozkoszą bawiła się tysiącem innych rzeczy. Widok zwłok Bertha na materacu wprowadził ją w chwilowe zdumienie, które niemal natychmiast obróciło się w stan totalnego rozbawienia. Zwiewnie podpłynęła do materaca, nachyliła się nad ciałem i zaczęła go delikatnie dotykać, tak, jakby chciała sprawdzić, czy nie ma do czynienia z halucynacją. Tymczasem właściciel zwłok cały czas w nich przebywał, choć od jakiegoś czasu już go w nich nie było, ponieważ nikomu nie wolno dotykać chwilowo opuszczonych ciał.

Berth spojrzał na Evę. Nachylała się nad nim, czuł jej dotyk, ale – i to było zupełnie bez sensu – była gdzieś w nieskończoności. Jej ręka sięgała go stamtąd. Bezsens urósł do takich rozmiarów, że jedynym wyjściem pozostał śmiech.

Śmiali się oboje, a za oknem stał Księżyc w pełni i wysyłał na nich swój blask tajemniczy, co przenika umysł, ciało i ducha…

…o popatrz
jak blisko są gwiazdy
a jak ty jesteś daleko
twoja ręka sięga
nieskończoności

o popatrz
jak za oknami
czają się zjawy
z zielonymi
schizooczami

i na ekranie
w schizowizorze
coś tam się mieni
w zielonym
schizokolorze…

Śmiali się oboje. I były rzeczy jeszcze śmieszniejsze – choćby twarz Evy. Śmiertelnie biała – brakowało tylko plam opadowych, okolona aureolą lśniących niewiarygodnym blaskiem, kasztanowych włosów. Jej oczy – chociaż zdawałoby się, że brązowe – wysyłały upiornie zielone, mrożące promienie…

…zielenią się twoje oczy
błękitem
opalizuje twoja twarz…

Przy tym wszystkim cała twarz i oczy śmiały się, i dusza, i cała Eva śmiała się tak czysto oraz absurdalnie, że razem nie miało to najmniejszego sensu i było absurdalną piramidką śmiechu. Oboje bez chwili zastanowienia schowali się w jej wnętrzu, a geometria tego absurdosłupa natychmiast rozpoczęła właściwe piramidkom działanie.

I co stało się dalej? Jakie były efekty działania absurdalnej piramidki?

Efektów nie było żadnych, bo wnet stało się coś przerażającego. Jakiś potworny wstrząs rozwalił jedną ze ścian piramidki i do jej wnętrza wlał się rozdzierający ludzkie ciała łomot. Potężne wibracje zaczęły wstrząsać pozostałymi ścianami, aż cała budowla popękała i rozpadła się w nicość.

Wehikuł eksplodował w czasie T + 72 sekundy. Wehikuł nie jest Bogiem i jego eksplozja nie jest eschatologiczną klęską. Wehikuł był bezczelny, zuchwały i pyszny, bo ośmielał się rzucać wyzwanie. Rozpadł się, ale nie martwmy się o nikogo, bo nie może stać się nic złego Dzieciom Bożym.

W miejscu przytulnych ścian absurdalnej piramidki ujawniła się dudniąca tupotem buciorów, hucząca ciosami pałek szturmowych, półmroczna głębia. Krzyki. ZOMO wtargnęło do wnętrza budynku. Biegali jak opętani po długich, akustycznych korytarzach. Jakaś postać pochyla się nad Berthem. Zomowski mundur – zaraz niechybnie spadnie cios. Ciało skurczyło się w niemym oczekiwaniu bólu.

Zaraz, ale zomowiec ma twarz Evy!

Nie, to tylko Eva – ona ma kurtkę podobną do zomowskiej.

Zaraz, ale skąd się wzięła Eva na strajku?

Nie, to tylko bardzo mało istotne pytanie – Eva ma grymas na twarzy – zaraz ją uderzą. Nie!!!

Nie, Eva dalej się śmieje.

To nie jest główny budynek Politechniki, nie ma strajku, zomowców i pacyfikacji. To tylko przyszedł Zbigniew, Karaś, Kąkol i Leśniczy. Nie ma dudniących, bitych i krzyczących przerażeniem korytarzy – to tylko studio muzyczne, mikrofony z pogłosem, pijackie wrzaski tych, którzy weszli i śmiech mrożących zielonymi promieniami, brązowych oczu Evy. Efekt nagłego rozpadu absurdalnej piramidki – absurd piramidalny i przerażający trochę czasem rozpłynął się w opalizującej mgle. Pozostał tylko śmiech.

Berth odpłynął w stronę kuchni.

Zbigniew i Leśniczy przyprowadzili jakąś dziewczynę z gitarą. Siadła na materacu, na którym poprzednio Berth zaistniał w samadhi. Wzięła do ręki mikrofon, a inni swoje instrumenty. Impreza rock’n’rollowa. Totalna impreza rock’n’rollowa.

Ktoś kopniakiem zatrzasnął białe drzwi z płyt pilśniowych pomiędzy studiem a kuchnią. W kuchni natężenie dźwięku nieco opadło i subiektywna sytuacja wydawała się być opanowana. Wszystko tańczyło w nieco wolniejszym rytmie. Eva śmiała się już teraz jakby spokojniej. Zmiany układów współrzędnych, w jakich rozgrywały się wydarzenia, również przestały być zbyt dramatyczne – chociażby nagłe stwierdzenie faktu, iż tocząca się impreza obejmuje swym zasięgiem wszystko w promieniu kilkuset kilometrów (!), nie było przyczyną najmniejszego lęku. Po prostu wszechogarniająca Prawda dawała poczucie wielkiej mocy, a moc owa gwarantowała pełne bezpieczeństwo.

Prawda, moc i bezpieczeństwo były najprawdopodobniejszymi przyczynami gwałtownych zmian obrotów Evy. Po okresie spowolnienia zaczynała znów wirować z ogromną szybkością. Mieniła się przy tym wszelkimi odcieniami kolorów – taki żywy kalejdoskop. Jej mrożące zielenią, brązowe oczy miotały na wszystkie strony wysokoenergetycznym promieniowaniem śmiechu. Jej kolory zmieniały się tak szybko, że trudno było się w czymkolwiek połapać. Przez moment pozwalała wejrzeć w swoją przyszłość, by zaraz znów zapłonąć jakąś nową, potężną emocją. Szaleństwo.

…zielenią się twoje oczy
błękitem
opalizuje twoja twarz
czy tak będziesz wyglądała
kiedy będziesz miała
siedemdziesiąt lat…

Drzwi do studia co chwilę otwierały się i za każdym razem ktoś wchodził lub wychodził. Karuzela postaci. Za drzwiami uparcie grano, a nieznajoma kobieta z gitarą nie odrywała się od mikrofonu.

– Patrzcie, na obcym terenie… – z podziwem skomentował jej zapał Zbigniew w czasie krótkiej wizyty w kuchni. Nie przerwał przy tym ani na moment gry na basie, którego długi kabel dawał mu sporą swobodę ruchu.

Tymczasem Karaś i Kąkol już jakiś czas temu rozpoczęli swój wielki benefis. Jeden drugiemu – jeden trąbą, drugi waltornią – usiłowali trąbić sobie do uszu. Jeden za drugim ganiali po całej kuchni, po całym domu. Potem wpadali na siebie, walili się jak kłody na podłogę i to w miejscu, gdzie stało akurat mnóstwo różnych przedmiotów. Karaś podnosił się, wskakiwał na rozżarzoną płytę kuchni, wywijał na niej kilka podskoków i spadał z góry na Kąkola. Za chwilę obaj lądowali na zastawionym naczyniami stole. Każda ich ewolucja nieuchronnie musiała powodować oparzenia, złamania kości i wstrząsy mózgów. Nie powodowała. Każdemu kolejnemu skokowi powinien towarzyszyć brzęk tłuczonych naczyń, trzask łamanych sprzętów i druzgotanych co delikatniejszych przedmiotów. Nie towarzyszył.

To jest sztuka – z całej siły rzucić pięciokilowym młotem w szybę… i jej nie stłuc… Pełna kontrola sytuacji w ogóle niemożliwej do opanowania.

W pełni tego teatrum do kuchni wpadł Leśniczy i ogłosił coś strasznego:

– Jestem w szale opilczym i muszę zaraz coś zrobić, albo… powypierdalam wszystkie szyby… albo spalę ten dom!

To brzmiało poważnie. Przez porażony nagłym strachem mózg Bertha zdołała jeszcze przemknąć ostatnia złota myśl.

– Zbyszku, może połam to krzesło – powiedział z przekonaniem i wskazał na solidnie wyglądający mebel ze stalowych rurek. Leśniczy przez moment jakby się zawahał, po czym chwycił oburącz krzesło i zaczął z całej siły walić nim o podłogę, giąć, deptać… Walka trwała parę minut, ale mimo rosłej postury i siły drwala Leśnik w końcu ją przegrał – krzesło było wprawdzie fantastycznie powyginane, jednak wciąż stanowiło jednolitą całość. Klęska. Biedny Zbyszek nie był już w stanie tego znieść. Był wściekły, bo pokonany. Wzbierała w nim straszliwa energia…

Po długiej, zapowiadającej najgorsze chwili eksplodował z siłą małej głowicy jądrowej. Znów rzucił się na krzesło, podniósł je, wziął wielki zamach, wydał z siebie potężny ryk… i cisnął!

Krzesło przeleciało w powietrzu przez całą kuchnię i z hukiem wbiło się wszystkimi czterema nogami w białe drzwi od studia muzycznego. Stalowe rurki, które jeszcze niedawno były nogami, ukazały się po drugiej stronie.

W studio nikt niczego nie zauważył – niewzruszenie dalej grali, a nieznajoma kobieta z gitarą – chociaż na obcym sobie terenie – amokalnie oddawała się sztuce wydawania dźwięków.

Tymczasem Leśniczy wreszcie zaczął wyglądać na w miarę usatysfakcjonowanego i jego szał przeszedł w błogie osłupienie. Tylko krzesło już nie było krzesłem, albowiem stało się nie budzącą żadnych wątpliwości rzeźbą. Wielką rzeźbą.

Epizod z rzeźbą w niczym nie zakłócił benefisu Karasia i Kąkola – przedstawienie rozgrywało się dalej. Więcej, zyskała tylko na tym nieco już podupadająca inwencja artystów i wszystko mogło trwać dalszych parę godzin bez większego ryzyka niespodziewanej katastrofy. W końcu jednak jej czas nieubłaganie musiał nadejść.

W pewnym momencie do gonitwy Karasia i Kąkola włączył się Zbigniew, któremu najwyraźniej już znudziła się gra na gitarze basowej. Ktoś komuś znów usiłował trąbić waltornią do ucha, ktoś uciekał, ktoś kogoś popychał, a ktoś gonił. W ogólnym zamieszaniu akcja przeniosła się z kuchni na schody, a następnie na piętro. Dobiegał stamtąd coraz głośniejszy rumor i wrzaski. Nagle do tych najzupełniej w owym czasie normalnych dźwięków dołączył się nowy – tajemniczy i niepokojący. Coś jakby syk pękniętej rury wodociągowej. Dźwięk ów wyraźnie miał swoje źródło na piętrze Żółtego Domu i był tym bardziej zastanawiający, że na górze nie było żadnej instalacji wodnej. Na domiar złego tajemniczemu syczeniu zaczęły towarzyszyć coraz bardziej przeraźliwe krzyki. I były one całkiem inne od dotychczasowych – wyraźnie wyczuwalny stał się autentyczny strach krzyczących… To dział się kataklizm.

Zaniepokojony groźnymi dźwiękami Berth wyszedł z kuchni na korytarz. Widok, jaki ukazał się jego oczom, był dziwny – schodami spływała rzeka biało-żółtej, śmierdzącej rzygowinami piany. Wszystko było w pianie – i ściany, i sufit… Nim Berth zdołał wspiąć się na górę, syk ucichł, a wrzaski zastąpiło żałosne zawodzenie. Na piętrze, przed otwartymi drzwiami pokoju Amanity i Młodego poruszały się niemrawo jakieś dwa jęczące, pianowe bałwany. Też śmierdziały rzygowinami. W pokoju było podobnie – w powietrzu unosił się smród, a pozostawione tam rzeczy – śpiwory, plecaki, odzież, jakieś książki, elektryczny termowentylator – pływały w grubej warstwie biało-żółtej piany. Całość zakrawała na grubą halucynację.

Niestety, to nie były żadne halucynacje – pianowe bałwany okazały się być Zbigniewem oraz Karasiem, a leżąca na środku pobojowiska, bezpośrednia przyczyna kataklizmu odebrała ostatnią nadzieję. Gaśnica pianowa.

Gaśnicę uruchomił Karaś, żeby postraszyć Zbigniewa. Nieszczęśnik nie wiedział, że tego paskudztwa już żadną siłą nie da się zatrzymać – aż do wyczerpania całego ładunku środków pianotwórczych. Po oblaniu Zbigniewa w przerażeniu rzucił sikającą gaśnicę na podłogę. Zbigniew nie chciał być dłużny – podniósł ją i wymierzył w Karasia. Ten z kolei w panice uciekł do pokoju Amanity i Młodego. Zbigniew z ciągle czynną gaśnicą wpadł tam za nim…

Tak oto doszło do kataklizmu, który był przejawem wyczerpania się inwencji twórczej oraz zmęczenia całonocną, totalną imprezą.

W studio muzycznym również doszło do wyczerpania się zasobów inwencji twórczej. Niestrudzona nieznajoma odłożyła mikrofon i spakowała swoją gitarę.

– Panie Leśniczy, Gajowa już jest zmęczona – powiedziała na koniec do Zbyszka, po czym odeszła w mroźny, śnieżny poranek. Mieszkała w hotelu pracowników leśnych, była faktycznie gajową, a Leśnik Zbyszek jej szefem…

Totalna impreza rock’n’rollowa dobiegła końca, a nadchodzący czas snu poprzedzony został czasem sprzątania, prania i zmywania biało-żółtej, wżerającej się we wszystko substancji pozostałej po pianie z gaśnicy.

Karaś i Zbigniew obmyli się jakoś ze żrącej piany, po czym zaraz padli nieprzytomni. Sprzątanie pobojowiska spadło na innych.

Najbardziej ucierpiała Amanita. Zalany pianą był jej pokój, materac, śpiwór, obuwie, odzież… Wyglądała na zrozpaczoną, bo wszystko wskazywało, że większości ubrań nie da się już uratować – substancja gaśnicza weszła w reakcje z włóknami tkanin, porobiły się plamy, odbarwienia, a nawet dziury. Dla dopełnienia obrazu klęski od paru dni była przeziębiona i miała chyba gorączkę. Nie pamiętałem, by kiedykolwiek Amanita wywoływała u mnie wrażenie szczególnego piękna, ale oglądanie jej w takim stanie było wręcz przykre.

W czasie, gdy Amanita wciąż biegała z wiadrami, szmatami, odzieżą pomiędzy pokojem na piętrze a łazienką na parterze, jadłem w kuchni śniadanio-kolację. Posiłek przerwał mi nagły rumor. Coś głośno przewróciło się na piętrze, a następnie z jeszcze większym hałasem stoczyło się po schodach na parter i ciężko uderzyło w drzwi kuchni. Podniosłem się zza stołu i poszedłem zobaczyć, co znów się stało.

Tym razem widok był tyleż przykry, co nieapetyczny. Na progu kuchni leżało jakieś wiadro, chyba jeszcze miednica oraz potłuczona, mokra, zasmarkana, kaszląca i zapłakana Amanita. Już nie była zrozpaczona – z jej oczu płynęły łzy bezsilnej wściekłości, a przez zaciśnięte zęby cedziła jakieś przekleństwa.

– Czy nic sobie, nie daj Boże, nie złamałaś? – zapytałem osłupiały.
– Nie – odpowiedziała i z powrotem wróciła do mamrotania przekleństw. Nie wiedziałem, co dalej począć, ale na szczęście zaraz zjawił się Młody i niezwłocznie podjął próby uspokojenia Amanity.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Żółty Dom na krótko opustoszał, bowiem wszystkim jego lokatorom wypadało spędzić Wigilię w swoich własnych domach w Mieście Tramwajów Elektrycznych. Ale ten krótki pobyt w mieście nie upłynął jednak niezauważenie, a wprost przeciwnie – był zapowiedzią tego, co dziać się miało później.


Dodaj komentarz

Z kolei. Kolaps

Wojtek Gorczyński Kolejář

frag. jeszcze nie złożonej książki „Tramwaj na wyspę umarłych 2”

Wraz z nastaniem jesiennych chłodów dramatycznie pogorszyła się sytuacja w salonie Danki na Clausewitza. Renatka nie miała prawie w ogóle koksu na zimę i jak mogła, tak unikała palenia w kotle do centralnego. W jej salonie od ulicy dało się jeszcze jakoś wytrzymać. W salonie Danki, niestety, już nie. Ani ona, ani Pomocnik nie wiedzieli, co robić. Wtedy Berth wpadł na pomysł, że w salonie można postawić nawet całkiem spory namiot. Po wakacjach został mu jeszcze czteroosobowy – pożyczony od Lilki. Mieścił się idealnie. Berth i Pomocnik przybili wszystkie niezbędne odciągi gwoździami do podłogi, co w efekcie dało konstrukcję znacznie stabilniejszą, niż mocowana do ziemi za pomocą śledzi. Namiot był z tropikiem i bez problemu utrzymywała się w nim całkiem znośna temperatura.

Pewnego jesiennego dnia, kiedy namiot już stał, a Danki akurat nie było, Pomocnik i Berth przeżyli mistyczny dramat.

Święte Grzyby rzeczywiście wydawały się być wielkie i potężne. Ten duch obiecywał Mądrość. I oczywiście piękno, którego tak bardzo na każdym kroku brakowało.

Mądrość można odkryć tylko w sobie.

Wpadliśmy z Pomocnikiem na pomysł, że dobrze będzie, jak tajemniczy duch znów nam pokaże trochę piękna i może wskaże przy tym trochę mądrości. Umówiliśmy się na piątkowy wieczór na Clausewitza. Czas był odpowiedni, bo zapowiedział się też Prototyp, który właśnie wrócił z gór, gdzie podobno znalazł mnóstwo Świętych Grzybów. Później zamierzaliśmy udać się na mistyczny spacer wokół Wyspy. Na zakończenie miała być herbata u Kozy.

Magdalena Walulik - Wzięcie

Magdalena Walulik – Wzięcie

Prototyp przyniósł trzy jogurty owocowe. Nasypał do nich brązowego proszku i wymieszał.

– Są wysuszone i pokruszone – wyjaśnił. Słodki jogurt o smaku grzybowym nie był najlepszy.

Już po kwadransie wszystko zaczęło się robić absurdalnie śmieszne, a pod podłogą pojawiły się jakieś tajemnicze, świetliste linie. W ścianach też były znaki. W ubikacji były na ścianach – Berth, kiedy tam wszedł, zauważył ze zdziwieniem rzędy hieroglifów na wysokości lamperii.

Przyszła Lilka. Była w skórzanej kurtce motocyklowej, krążyła po salonie i cała szeleściła, trzeszczała, szumiała tą skórą.

Lilka jest przekomiczna. Berth i Pomocnik śmieją się.

– Co się tak głupio śmiejecie? – pyta się Lilka.
– Bo tak śmiesznie trzeszczysz… – Berth ze śmiechu aż płacze.
– Sam jesteś śmieszny! – Lilka nic nie rozumie i wychodzi z salonu absurdalnie urażona. A Pomocnik przypomina, że czas już chyba wyruszyć na spacer na Wyspę.

Na dworze zapanował straszliwy ziąb. Berth, Pomocnik i Prototyp z trudem przebili się podwórkami z Clausewitza na Plac św. Maurycego. Lodowaty, wschodni wiatr wiał im prosto w twarze.

– Jak jest zimno, to trzeba biegać!!! – zaryczał Prototyp i dzikim galopem znikł w ciemności. Berth i Pomocnik zostali na środku Placu. Wschodni wiatr nie pozwalał im na żaden ruch w stronę Wyspy. Pozostał odwrót na Clausewitza.

Zimno, mróz, wiatr, obskurne kamienice, wykrzywione, sine twarze przechodniów… Korowód upiorów… Panika… Ucieczka… Wreszcie brama i znów lokal na Clausewitza – zimny, ale przynajmniej chroniący przed wiatrem.

W salonie Danki wszystko się poodkształcało. Salon stał się Wszechświatem, a Wszechświat salonem. Salon transgalaktyczny. Rozpada się.

– Idę zalec do namiotu – mówi Pomocnik. Berth poszedł do kuchni. Też się rozpadała. Usiadł na krześle i zaległ na stole. Też się rozpadał.

Raishi - Grzybki halucynki po wybuchu bomby

Raishi – Grzybki halucynki po wybuchu bomby

Wszystko się rozpadło. Plazma. Szara, galaretowata masa. Bezkształt. To jest Diabeł. Szara galareta się rozpościera, wszystko oblepia, pokrywa. Snuje się, rozpełza. Są w niej drzewa. Bezmiar, szarych drzew, tajga. I jakieś zabudowania w równych rzędach, baraki, łagier. Tajga. Szara, galaretowata masa. Tajga. Silosy, rakiety, głowice jądrowe. Tajga, łagier, szara, galaretowata masa. Dokąd? Dość!

Przyszedł wirujący krąg. Wciąga bladym, trupim światłem. Wsysa. Wszystko się kręci. Robi się bardzo niedobrze. Diabeł! Od szalonych obrotów zbiera się na wymioty. Nie ma ciała – nie można nawet się wyrzygać. Krąg wiruje i błyskają w nim twarze. Adolf, twarze, twarze, Soso Dżugaszwili, twarze, twarze w upiornym uśmiechu, Lenin, twarze w trupim blasku, Feliks, twarze, Beria, Bierut, twarze – całe Gestapo, Urząd Bezpieczeństwa, NKWD i prokurator Wyszyńskij.

– Wyjdź stąd! Popatrz, tam leży porzucone ciało, możesz wrócić.

Ciało zalegające na stole wygląda żałośnie i śmiesznie z wysokości sufitu. Sterta brudnych naczyń w zlewie jest absurdalna – już lepszy byłby Księżyc i gwiazdy…

– Już nadszedł czas! Wracaj!

Bertha nie ma, bo się rozpadł, ale wie, że to jest ciało Pomocnika. To śmieszne, ale chyba nie powinien tu być – taka głupia pomyłka. Trzeba będzie coś odkręcić… Nie, nic nie trzeba – to tylko Pomocnik był podobnie ubrany, a ciało jest właściwe i w porządku.

Berth wchodzi do salonu. Siada w fotelu. Wszędzie unosi się opalizujący dym. Słychać łomot i straszliwe krzyki. Dymu jest coraz więcej. To chyba pali się kamienica i trzeba uciekać… Nie, nic nie trzeba – to tylko było tak strasznie zimno, że aż Renatka zdecydowała się rozpalić w centralnym, ale coś jej nie wychodzi i dym leci do wnętrza lokalu. Tylko łomot i krzyki są realne – to ZOMO włamuje się do meliny pijackiej w lokalu za ścianą… Wszystko jest w porządku. Spokój. Z namiotu wyszedł Pomocnik.

– Pomocniku, wyszedłem z ciała i widziałem Diabła…
– Ja też… To był…
– Tak, wiem…

Popatrzyli się na siebie i pokiwali głowami w niemym zrozumieniu. On się musi rozpaść – Związek Sowiecki…

Niedługo po tym dramacie mistycznym poszliśmy z towarzystwem z Clausewitza na projekcję filmu w DKF-ie. Wyświetlano Lokatora Polańskiego. Akcja toczyła się w starej kamienicy. Klimaty trochę jak z Clausewitza. Oniemiałem, kiedy zobaczyłem scenę z hieroglifami na ścianie w ubikacji. Inni też widzieli to wszystko?

– Pięknie to chyba nie było, ale czy ten tajemniczy duch Świętych Grzybów wskazał ci Mądrość?
– Tak.
– Ale przecież mogłeś znaleźć ją tylko w sobie.
– Była we mnie. Dowiedziałem się tylko z całą pewnością, że ona tam jest i co nią jest.
– Że Związek Sowiecki to Diabeł?
– Tak. I że musi się rozpaść w dymie i smrodzie palonej siarki. I jeszcze to, że stamtąd bierze się zimno.
– Komunizm to zimno uczuć?
– Nie tylko – to też po prostu zimno fizyczne – mróz, lodowaty wiatr ze wschodu…
– Od takich diabelskich objawień można chyba zwariować?
– Można i niektórym to się nawet zdarzyło, ale nie sądzę, żeby coś specjalnie złego mogło się stać mi albo Pomocnikowi, bo jednak umieliśmy znaleźć w sobie i uwierzyć do końca w jakąś Mądrość.
– Wcześniej nie wierzyliście?
– To, że Związek Sowiecki jest reżymem zbrodniczym i do niczego, było zawsze prawdą oczywistą, ale dopiero dzięki tej podróży w zaświaty stała się ona prawdziwą, życiową Mądrością przez duże M i drogowskazem. Już wcześniej śniło mi się, że ścigają mnie czarne limuzyny i ktoś z nich do mnie strzela… Święte Grzyby wywołały kolaps. Wszystko zapadło się w siebie. Zaraz potem napisałem kolejne wariackie opowiadanko w klimacie kolejowym – nazywało się Kolaps i było połączeniem wszystkich tych doświadczeń – sennych oraz grzybowych – w jedno. Teraz myślę, że to może nie była najgenialniejsza literatura, ale wtedy wszystkim, którzy to czytali, bardzo się podobało.

Sky 23 - Magical Mushrooms I

Sky 23 – Magical Mushrooms I

KOLAPS

Pomocnikowi
dla otuchy w trudach życia
i wspomnienia wielkiej wyprawy

Towarzyszom z Kremla
jako memento

Siedzę w miękkim fotelu elektrowozu. Przebijamy się przez ciemność nocy. Połykamy pod siebie kolejne setki metrów panoramicznie oświetlonego szlaku. Nad nami wije się zygzakiem podwójny przewód sieci trakcyjnej. Zielono opalizująca tarcza szybkościomierza i wskazówka na 120 km/h, tuż przed czerwoną kreską. Gładko prześlizgujemy się przez łagodne łuki. Zielone, zielone, zielone, mijamy kolejne białe słupy semaforów blokady samoczynnej. Świt powitam w swoim pokoju z widokiem na ogród przy ul. Braci Grimm. Pomocnik siedzi zamyślony. Kładziemy się w prawym, wyprofilowanym łuku. Po obu stronach ciemne ściany lasu. Szeroki, zakręcający korytarz, ujawniający w szybkim tempie swój ciąg dalszy. Zza ściany lasu wyskakują nagle dwa czerwone światła. Chwila wahania. Nie, to chyba nie…

– Pomocnik! Spierdalaj!!!

Zrywam klapę Ackermanna, pantograf w dół, otwieram drzwi korytarza maszynowni, opieram się o ścianę. Czekam. Pomocnik chyba też.

Kakofonia dźwięków. Rozpadam się na atomy. Gdzie właściwie jestem? Kim jestem? Ogarniam świadomością cały Wszechświat. Rozsypałem się po Wszechświecie. Prawda absolutna? Gdzie jest Prawda i co jest Prawdą? Wielkie Co. Kręcę się w kółko. Trzeba z tego wyjść. Tylko jak? Muszę się czegoś chwycić. Nic nie pamiętam, przenikam się nawzajem ze Wszechświatem. Cudowne. Tak, jasne, stąd nie ma wyjścia. Tylko przestać się kręcić. Wychodzę z jednego punktu i po zrobieniu tysięcznej pętli wracam do tego samego. Gdzie jest Prawda? Ona jest tuż, niedaleko, tylko nie mogę się do niej przebić. Prawda – tylko ona jest ważna. Nie można, ale i nie ma po co i dokąd wracać. Spoglądam wkoło. Sprężarka jest ze wszystkich stron, raz z prawej, raz z lewej, raz przede mną. Chyba się urwała i mnie przygniotła. Wyciągam rękę. Niesamowite, ręka jest dalej niż sprężarka. Co to jest sprężarka? Nie wiem, ale to jest po prostu sprężarka w elektrowozie. Abstrakt, zresztą to i tak nie ma żadnego znaczenia. Kim jestem? Patrzę na swoje ciało. Jestem Pomocnikiem. To pewne, ale kto to jest Pomocnik? Jest zresztą rzeczą problematyczną, czy to ciało jest moje, ale ja jednak w tym jestem. Nogi są wklęsłe. Tak, krzywizna kolan się zapadła. Poza tym, co to jest „ja”? Ja – Wszechświat. Zaprzeczenie jest istotą Szatana. Szatan to wielkie NIE. I jego pomiot – to on, czuję go. Car Mikołaj II. Stalin. Związek Sowiecki. Jaruzelski. Lenin. Wielka Tajemnica – odgradza ją ode mnie pomiot Szatana. Związek Sowiecki? Co to jest Związek Sowiecki? To jest coś, co się rozciąga, rozpościera. To coś jest niematerialne. To jest i tego nie ma zarazem. Przestrzeń staje się wklęsła. Rozpadają się atomy Wszechświata i mojej świadomości, która nim jest i którą on jest. KOLAPS. Tak, to nastąpił kolaps. Fascynujące. Nie ma czasu, przestał istnieć. Wszystko, cała czasoprzestrzeń zapadła się w siebie.

Siedzę na krześle. Z sufitu zwisa żarówka na drucie, dająca jasne światło z zieloną aureolą. Spoglądam na sprężarkę. Stoi na miejscu… kredens z kupą brudnych naczyń. Na stole nieład. Kuchnia gazowa, brudny zlew. Wiem, że on jest za ścianą, w sąsiednim mieszkaniu. Przynajmniej jeszcze chwilę temu tam był. Wiem też, że stało się coś strasznego. Może nie tyle strasznego, ile wielkiego. Coś na wymiar gargatuiczny. Wchodzę do pokoju. Pomocnik siedzi przy stole z głową wspartą na rękach. Muszę mu powiedzieć, że to się stało, ale nie umiem zwerbalizować tego, co czuję, co jest i ma wymiar materialny. W końcu odzywam się:

– Stalin – powiedziało mi się to samo.
– Kolaps – odpowiada Pomocnik. Spoglądam na podłogę: mnóstwo różnych znaków. Nie wiem, co one znaczą, ale wiem, że to coś ważnego. Trzeba stąd wyjść.
– Pomocniku, czy on jest za ścianą?
– Nie, chyba się rozpadł.
– Jak się rozpadł, to idę zobaczyć, co jest na zewnątrz.
– Powodzenia.

Wychodzę chyłkiem przez przedpokój pełen opalizującego dymu.

Jestem na szutrowej drodze oświetlonej latarniami rtęciowymi z niebieskimi aureolami. Światło fluoroscencyjne daje niebieską aurę, a żarowe zieloną. Po jednej stronie drogi osiedle szaro otynkowanych bloków w stylu lat trzydziestych. Na tynkach i wokół okien znaki jak na podłodze w pokoju. Asfaltowe uliczki osiedla oświetlone latarniami żarowymi – zielone otoczki. W niektórych oknach mdłe, żółte światło. Po drugiej stronie drogi bagna wypełnione kumkaniem żab. Za bagnami łuna wielkiego miasta. Jakieś dźwigi portowe, zakłady. To wielka aglomeracja. Wydaje z siebie dźwięk, jaki zwykle wydają duże, portowo-przemysłowe miasta w porze nocnej. Wiem, że mogą mnie zastrzelić. Muszę uciekać, tylko gdzie? Do osiedla nie pójdę, bo tam mnie prędzej czy później znajdą. Muszę biec szutrową drogą i to szybko – oni mnie ścigają samochodem, dużą, czarną limuzyną. Prędzej, prędzej. Oglądam się za siebie: nie ma ich jeszcze. Brak tchu. Muszę tam zdążyć zanim się zjawią i zaczną strzelać. Już niedaleko. Znów się oglądam: wielkie, zielone oczy. To reflektory ich limuzyny. Zaraz strzelą. Jeszcze parę metrów do kładki nad mokradłem dzielącym szutrową drogę od drewnianej furtki – tam nic mi nie grozi. Wbiegam na kładkę, ktoś otwiera furtkę. Za furtką ciepło oświetlony, zielony ogródek i przytulny domek. Zdążyłem! Teraz nic mi już nie zrobią i też się rozpadną.

Ktoś rzuca mi się w objęcia. W ustach czuję jej smak, jej włosy oplatają się wokół mojej szyi. Czuję jej delikatne ciało, przytulamy się do siebie.

– Tak bardzo bałam się o ciebie – mówi do mnie słodkim głosem.
– Wiesz, on był za ścianą, nastąpił kolaps i chyba się rozpadł.
– Tak, wiem. Mówili już w radiu. Rozpadł się Związek Sowiecki i… poza tym… kocham cię!
Ze szczęścia nie wiem, co odpowiedzieć. Przypomina mi się Pomocnik.
– A gdzie Pomocnik? – pytam się z niepokojem.
– Siedzą z Danką w pokoju i ona nic a nic nie może zrozumieć, jak to się stało.
– A reszta?
– Są wszyscy. Czekamy na ciebie.