Herzliya. Szarlota-Halinka

Halina Birenbaum
Z mojej książki „Wołanie o Pamięć”

Georges De Feure (1868 – 1943) French Art Nouveau Artist and Designer

W jednym ze swych listów pisze Szarlota czy Halina według papierów aryjskich (później zwana przez swą przybraną rodzinę polską, Kruszyną) do swej wybawicielki, p. Wandy Domińskiej z Warszawy:

„Droga mamo, Domińska! … wspomniałam właśnie niedawno Boże Narodzenie 1943. To była pierwsza i ostatnia wigilia spędzona razem z Wami, Lalką i Stefanem. Mimo grozy wojennej, mimo niebezpieczeństw, wspominam ten okres z radością i romantyzmem. To będą dla mnie niezapomniane święta. Przejęłam od Was pokorę poddania się woli Bożej i to jest mi pomocą w znoszeniu wszystkich cierpień”.

Przeglądam w zamyśleniu listy Szarloty przysłane mi przez moją przyjaciółke, Esterę, z kibucu Miszmar-Haszaron. Estera, jak i ja pochodzi z Warszawy, lata wojny przeszła w getcie warszawskim, na Majdanku i w obozie w Skarżysku. Cala jej rodzina zginęła. Łączą nas dziś szczere, dogłębne rozmowy, podobne poglądy na życie, wzajemne zrozumienie i troska o dalszy przekaz naszych wojennych wspomnień.

Losy Szarloty, przyjaciółki Estery z getta, którą kochała i niezmiernie ceniła, pamięć o nich i jej cudownym ocaleniu przez szlachetną rodzinę polską w Warszawie, szczególnie leżą Esterze na sercu. Często opowiadała mi o nich.

Serdeczny, wieloletni kontakt siostry Szarloty, Nehamy z kibucu Bejt-Haszyta, w którym żyje jeszcze sprzed wojny 1939, a mieszkająca w Australii p. Jadwiga, córka Domińskich zaowocował na prośbę Nehamy spisaniem przez p. Jadwigę wspólnie przeżytych lat okupacji niemieckiej.

W ciągu wszystkich lat po wojnie kontakt Szarloty, a potem także i jej siostry z Izraela z rodziną Domińskich trwał. We wszystkich listach wyrażana jest wzajemna miłość, przywiązanie, tęsknota, ból rozstania i niemożności spotkania. W listach Szarlota zawsze powierzała p. Domińskiej swoje radości i zmartwienia, prosiła o rady w problemach życiowych, szukała, jak u prawdziwej matki pociechy i jak prawdziwa córka radziła i pocieszała w potrzebie nawzajem. P. Domińska zwykła opowiadać o Szarlocie z dumą jako o swej najstarszej córce, wprawiając nie raz w zazdrość swą pierworodną Jadzię…

Kiedy Niemcy zajęli Warszawę we wrześniu 1939 roku mieszkała Estera i Szarlota w tym samym domu na ulicy Kupieckiej (Majzelsa) 16. Podczas zarządzonej przez okupanta godzinie policyjnej co wieczór zbierała się około 20 osobowa grupa młodzieży w domu Szarloty i jej męża, Stefana. Razem wypełniali sobie jakoś czas w tym przymusowym zamknięciu. Od tych dni datuje się też ich wieloletnia przyjaźń oraz zafascynowanie Estery osobowością Szarloty.

Zafascynowały i mnie. Po poznaniu tych niezwykłych ludzi poprzez powierzone mi listy Szarloty, p. Domińskiej, jej starszej córki Jadzi, a zwłaszcza z opisu tych zdarzeń przez p. Jadwigę, postanowiłam dopomóc w utrwaleniu tych wspomnień. Zasługują na to jak najbardziej. Tak wiele mówią nam o ludziach, o ich zachowaniu się w niewyobrażalnie trudnych sytuacjach o poświeceniu, tolerancji, czystej wierze, miłości w czasach piekielnych – a także, niestety i o ludzkiej głupocie, złu.

Złożona przez Szarlotę jednoznaczna deklaracja w konsulacie polskim w Tel Avivie, w Jad Waszem w Jerozolimie, a potem Medal Sprawiedliwych wśród Narodów Świata wręczony uroczyście p. Wandzie w obecności jej młodszej córki Wandzi i wnuka Jacka (syna p. Jadwigi) stanowią odpowiedź dla tych, co wątpia w czystość intencji i czynów.

W swej deklaracji pisze Szarlota:

…”Panią Wandę Domińską poznałam w 1943. Miałam wtedy 24 lata, uchodziłam według aryjskich papierów za Halinę Piotrowską. Mieszkałam u niej jako sublokatorka. Płaciłam bardzo niski czynsz w porównaniu do przyjętych cen. Rodzina Domińskich nie wiedziała nic o moim żydowskim pochodzeniu. Uciekłam z getta ciężko chora. Pani Domińska, znając mój upadły stan zdrowia, natychmiast zaopiekowała się mną troskliwie. Zimą 1944 stan ten pogorszył się i nie mogłam wstać z łóżka w ciągu pięciu miesięcy. W tym okresie bardzo zbliżyłyśmy się. Poznałam jej charakter i poglądy, a słuchając głosu swej intuicji, wyznałam jej prawdę o sobie. Od tej chwili rodzina Domińskich stała się moją własną. Miłość, opieka, zrozumienie, poświecenie i bezgraniczne oddanie stały się moim codziennym udziałem. Ani razu w ciągu mojego trzyletniego pobytu w tym domu nie było mowy o podwyższeniu opłaty. Należałam do rodziny, byłam trzecią córką Domińskich, którą trzeba się było opiekować ze szczególna uwagą, bo byłam chora.

[Z listu Estery do mnie wiem, że Szarlota wyszła z getta ze swym mężem, chora na nerki, spuchnięta. Przenocowała na otrzymanym adresie po stronie polskiej jedną noc, poczem udała się do szpitala, gdzie trzymano ją około 9 miesięcy. Polubiła ją i opiekowała się nią szczególnie siostra Lalka, z którą pozostała w przyjaźni do końca. Męża swego przedstawiała jako szwagra. Stefan przenosił w konspiracji broń do getta. Pracował tam jako polski specjalista w tokarni należącej przedtem do… jego ojca. Przynosił Szarlocie pieniądze na utrzymanie. Pani Domińska przyszła pewnego razu odwiedzić chorą znajomą, sąsiadkę Szarloty w szpitalnym pokoju. Wszyscy tu lubili ją. Domińska zwierzyła się z trudności utrzymania domu. Znajoma poleciła jej gorąco przyjąć do siebie Szarlote na sublokatorkę, na co zgodziła się, mimo, że środki utrzymania Szarloty-Haliny były b. ograniczone. Jedyny syn p. Domińskiej został złapany na początku okupacji za działalność polityczną i zawleczony do Auschwitzu, gdzie zginął. Podobno śniło się p. Domińskiej, że prosił by pomagała prześladowanym ofiarom… Decydując się na wzięcie do domu Szarloty, pani Domińska, głęboko wierząca katoliczka, poczuła, że wywiązuje się z obowiązku nałożonego przez utraconego tragicznie syna. – Przyp. H.B.]

…Nie wiele ludzi wie o nieprzespanych nocach pani Wandy czuwającej przy moim łóżku, gotowej w każdej chwili nieść mi pomoc, ulżyć w moim cierpieniu. Możliwe, że dziś trudno zrozumieć to i niektórzy tłumaczą sobie takie postępowanie sumą otrzymanych dolarów. Zawdzięczam swe życie tylko Pani Domińskiej i jej opiece. Może bym przezwyciężyła sama niebezpieczeństwa zewnętrznego zagrożenia, ale nie dałabym sobie rady w wojnie z wrogiem wewnętrznym – chorobą, osaczona wokoło przez bestie w ludzkim ciele. Nie znalazłabym w sobie sił do tej podwójnej walki. Jedynie rodzinna atmosfera w tym domu pozwoliła mi wytrwać w piekle wojny, dała mi chęć do życia i wiarę w przyszłość.

Dzięki tej rodzinie przetrwałam powstanie w Warszawie w 1944 i dzięki niej dopięłam celu wyjazdu do Izraela w 1947, połączenia się z siostrą. Można zapłacić za kryjówkę, żywność, obsługę, ale nie można zapłacić za uczucia i nie można ich kupić. Pieniądze posiadają moc, ale nie aż tak wielką, aby p. Domińska miała narażać życie swoje, męża i dzieci. A ona narażała siebie i swych bliskich w szlachetnym celu ratowania człowieka przed mordercami spragnionymi krwi. Do dziś utrzymuje z nią kontakt, przechowuję jej listy, a nasza przyjaźń jest mocna i głęboka, bo nie pieniądze ją stworzyły. Wiąże nas dużo więcej i obie lekceważymy tych, co o nich jedynie myślą. Nasza przyjaźń ma inne podstawy. Nie myślę tu przytaczać wszystkich faktów i szczegółów z tej walki o życie, celem tego świadczenia jest udowodnić, że pani Domińska może służyć przykładem humanizmu z pokolenia na pokolenie. Nie ma wielu tak czystych, jak ona. Moje życie jest tego świadkiem i zawsze będę się czuła dłużna pani Domińskiej nie tylko za ocalenie, ale także i to głównie za zastąpienie mi rodziny”.

W roku 1984, niemal u kresu życia, otrzymała pani Domińska z Jad Waszem z Jerozolimy medal Sprawiedliwych. I oto niektóre zdania o tym zaszczytnym zdarzeniu z listu jej do córki i zięcia:

„Warszawa, 19.X.1984 Kochani Moi, Jadziu, Zbyszku, … dziś nareszcie otrzymałam medal, była to piękna uroczystość, przemowy, uznanie dla bohaterów, którzy szczęśliwie przeżyli i dla tych, którzy zginęli, poświęcając się dla ratowania życia ludzi, a nazwiska ich nie są znane… Moje nazwisko rozpoznałam w mosiądzu. Jakie mam uczucie – chyba jedno, wdzięczność Bogu za Jego Opatrzność nad nami. Dziś sobie zdaję sprawę z tego, co zrobiłam i co mi groziło. Przypominam sobie, kiedy Niemcy biegli i wybierali ludzi od klatki schodowej do klatki schodowej, a ja z Haliną stałyśmy wyczekująco… Dla nas szczęśliwie się skończyło, a więc była Opatrzność Boża nad nami i dlatego nie czuję się bohaterką, ale narzędziem wykonania Woli Bożej”.

Szczegóły tych zdarzeń czytamy w opowieści pani Jadwigi Ruszkowskiej, aktywnej współuczestniczki w nich, spisanych przez nią po latach w dalekiej Australii, miejsca jej zamieszkania po wojnie. Są one czynnikiem nieustannie działającym na Nehame i jej bliskich. Mają ciągły wpływ również na Esterę, a w pewnym stopniu i na jej bliskich. Pozostają częścią ich bieżącej rzeczywistości. Ale oddam głos p. Jadwidze czyli Jadzi Domińskiej:

…”Tamtego dnia przyszła po raz pierwszy do naszego domu. Była drobna, raczej średniego wzrostu, włosy miała ciemne i bardzo blada twarz.

– To jest Halina, powiedziała moja matka. Będzie od dzisiaj u nas mieszkać.

– Bardzo mi przyjemnie, odpowiedziałam grzecznie, ale z rezerwą.

Matka energicznie zaczęła jej pokazywać wszystkie zakamarki naszego domu, objaśniała, gdzie będzie spać, gdzie może ulokować swoje rzeczy, jak korzystać z łazienki, jak włączać gaz w kuchni, gdzie leżą zapałki, które klucze są od skrzynki pocztowej, jak otwierać okno. Halina słuchała uważnie, uśmiechając się. Moja matka była niestrudzona w odsłanianiu naszych domowych zwyczajów i sekretów. Do tego pudełka kładziemy chleb, mówiła, tutaj mniej czerstwieje, a ten garnuszek jest tylko do gotowania mleka, na tamtej półce sól, tutaj leżą noże, a tam łyżki i widelce. Była drobiazgowa do przesady.

– Zrobię herbatę, powiedziała krótko. Matka ochłonęła nieco.

– Pani jest zmęczona, a ja zanudzam tylko. Zapominam, że od dziś będziemy mieszkać razem i później będzie dużo czasu na rozmowy. Przeszliśmy do pokoju.

– Jaki piękny pokój, wykrzyknęła Ona z nieukrywanym zachwytem.

Poczułam się bardzo dumna. Poprzedniego dnia sprzątaliśmy dokładnie mieszkanie. Pastowaliśmy podłogi, przestawiliśmy meble. Mama kierowała pracami, ale właściwie wszystkie zmiany w tym pokoju, jak przesuniecie mebli, ułożenie różnych drobiazgów, wybór obrusa na stół, usunięcie rozlatującego się fotela, przyniesienie figusa były moim pomysłem. To właśnie ja stworzyłam nastrój i efekt. Teraz odbierałam radość z dobrze zrobionej roboty. Moja nieśmiałość i nieufność w stosunku do nieznajomej, która miała wejść w nasze życie, prysły jak bańka mydlana. Rozluźniłam się i roześmiałam.

Rozmowa popłynęła gładko przy herbacie. Nie pamiętam o czym się mówiło, może o toczącej się wojnie, o trudnościach aprowizacyjnych, a może Halina opowiadała o swojej chorobie. Siedziałam naprzeciw niej, jej szwagier naprzeciw matki. Na niego nie zwróciłam uwagi tamtego dnia, nie zapamiętałam jego twarzy nawet. Dowiedziałam się, że jest bratem męża Haliny, nazywa się Stefan i to mi wystarczyło. Byłam pochłonięta obserwowaniem Haliny. Była tak drobna, że okulary zakrywały jej pół twarzy. Włosy krótkie, odsłaniające czoło, były ciemne, prawie czarne. Oczy miała również ciemne, a cienie pod oczyma sprawiały wrażenie, jakby je miała głęboko osadzone. Na oczy zwróciłam uwagę najbardziej. Były, jakby bezbarwne, wyzierał z nich smutek, a może odzwierciadlała się przebyta choroba czy lęk przed niewiadomym. Były to oczy dojrzałe, chwilami wystraszone, dziecinnie niewinne, pytające i jakby proszące.

Nigdy nie potrafiłam szybko akceptować i przyzwyczajać się do nowo poznanych ludzi. Chciałam ją przejrzeć. Oceniałam ją uważnie, ostrożnie, czujnie. Moje myśli biegły szybko, a że miałam 16 lat nie umiałam sobie poradzić z tą obserwacją, czułam coś, czego nie potrafiłam sobie wytłumaczyć.

Halina przyszła wprost z oddziału urologicznego szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Nowogrodzkiej. Tam poznała ją moja matka odwiedzając dawną znajomą sprzed wojny, p. Drożkiewicz, sparaliżowaną częściowo, cierpiącą na nerki. Pani Drożkiewicz nie miała rodziny, jedyny syn przebywał do wybuchu wojny na Wilenszczyźnie i nie wiedziała, gdzie jest obecnie. Ponure myśli o losie syna doprowadzały ją do rozpaczy. Polubiła swą sąsiadkę z pobliskiego łóżka. Wiedziała o niej, że przybyła nielegalnie przez zieloną granicę z Wilna, ciężko chora na nerki, aby się leczyć w Warszawie. Nie miała rodziny, prócz szwagra, który się nią opiekował. Nie mogła wracać na rosyjską stronę do Wilna i szukała mieszkania w Warszawie. Może nieszczęśliwa pani Drożkiewicz myślała o losie syna i Haliny, o Wilnie, w którym oboje mieszkali? Może syn potrzebował pomocy, jak ta młoda kobieta? Dlatego też biedna staruszka chciała bardzo pomoc Halinie. Wiedziała, że mój ojciec nie pracuje w swoim zawodzie, że są trudności i braki finansowe. Zaproponowała matce, aby przyjąć Halinę na sublokatorkę. Mówiła, że jest to spokojna, inteligentna osoba, nie zrobi żadnych kłopotów. Argumenty były przekonywujące, a matka była urodzoną społecznicą. Chciała ulżyć sobie finansowo, ale myśl, że może opiekować się żywą istotą górowała.

Teraz nasza sublokatorka siedziała przy stole pijąc herbatę i jedząc ciasto, które matka wprost wyczarowała z mąki, melasy i marchwi, bez jajek i cukru. Halina rozpięła sweterek, na jej szyi połyskiwał złoty łańcuszek z krzyżykiem. Po herbacie szwagier pożegnał nas, zostawiając ją wśród nas, obcych ludzi, z którymi miała dzielić radości i smutki życia rodzinnego, strach okupacji i nadzieje przetrzymania wojny. Tak wiec w ten piękny dzień wczesnej jesieni 1943 nasz dom stał się jej domem, a my jej przyjaciółmi. Nieświadomie wkraczaliśmy całą naszą rodziną w kolejny etap jej życia.

Halina, zwana ostatnio Kruszyną, zadomowiła się na dobre. Wbrew moim obawom okazała się miłą, spokojną i przyjazną współtowarzyszką naszego pokoju. Jej łóżko, jeśli nie leżała, zawsze było starannie zasłane, ubranie i różne drobiazgi poukładane na miejscu. Zauważyła szybko, że jestem pedantką, pomagała mi w strofowaniu siostry, która w przeciwieństwie do mnie była okropną bałaganistką.

Z matką zawsze miały o czem mówić. Mama była nadzwyczajną gawędziarą. Opowiadała ciekawie. Godzinami mówiła jej o swojej młodości, mężu, córkach, o przeczytanej książce, rozmowie z sąsiadką, aprowizacji, o swej pracy w RGO. Opowiadała o pewnym człowieku z sąsiedniej działki, który ją skrytykował, że sadzi kwiaty zamiast kartofli… „On myśli, że tylko ziemniakami można żyć, zapomina o duszy, o pięknie. Kartofel lepiej smakuje, gdy widzisz kwiaty w wazonie, ciemniaku!… Czy nie mam racji, Kruszyno?” Koniecznie chciała znać jej zdanie.

Mama była też bardzo ciekawska. Wypytywała o przyczyny jej choroby, o wszystko. I Halina opowiedziała, jak bardzo spuchnięta została odwieziona do szpitala, jak ją tam ratowano, spędzano opuchliznę lekarstwami. Któregoś dnia siostra dyżurna zaskoczona zmianą jej wyglądu po opadnięciu opuchlizny, wykrzyknęła: „to ta gruba pacjentka?! Nie mogę uwierzyć, toć to kruszyna!…” Bardzo się nam spodobała ta historia i odtąd Halina stała się Kruszyną. Zwłaszcza, że to określenie doskonale pasowało do niej. Wieczorem przy kolacji mama informowała ojca o tej zmianie imienia. Odpowiedział: dobrze, może być. Halinka, Kruszynka, dziewczynka… Powiedział wiele, bo ojciec w przeciwieństwie do mamy mówił bardzo mało.

Moja siostra już od dzieciństwa wykazywała zainteresowanie sprawami kulinarnymi. Lubiła pomagać w kuchni, robić zakupy. Denerwowała się, gdy ją nazywałam Dziudzią.

Mama prócz swych codziennych obowiązków domowych, pracy społecznej w RGO codziennie zasiadała do szycia. Było to jej hobby. Odpoczywała, szyjąc. Przerabiała nasze zużyte, wyrośnięte sukienki na nowe. Kruszyna pomagała matce i prawdę mówiąc, miała lepsze pomysły od niej.

– Pani Domińska, zawsze tak się do niej zwracała – z tych dwóch sukienek zrobimy jedną. Wstawimy godety, będą wyglądać fantastycznie, a kołnierzyk zrobimy orginalnie nietuzinkowy, błękitny z różowym. Chłopcy będą się za nią oglądać, a dziewczyny zazdrościć…

Rzeczywiście z jej rąk wychodziły cuda. Nie mogłam wprost uwierzyć, że z tak nielubianej sukienki miałam elegancką, modną, nową.

Przebywałyśmy razem całymi dniami. Często Kruszyna chodziła z mamą po zakupy. Kuchnie prowadziła codziennie. Z powodu nerek jej jadłospis był bardzo ubogi. Zawsze rano odmierzała naparstkiem porcję soli, która mogła zużyć. Wyobrażałam sobie, jak niesmaczne i mdłe musiały być jej zupy, kartofle i jarzyny.

Stefan przychodził często. My opuszczaliśmy wtedy pokój, pozostawiając ich samych. Była to niepisana umowa, bo i ona zawsze usuwała się, gdy nas ktoś odwiedzał. Czasami jednak pozostawała cały dzień w łóżku nic nie jedząc, tłumaczyła, że taka głodówka dobra jest dla jej nerek. Z początku mama uwierzyła jej, ale gdy głodowe dni powtarzały się częściej, zaczęła podejrzewać, że coś nie jest w porządku. I miała rację.

Któregoś dnia odkryła przyczynę odchudzania. Zauważyła, że gdy Stefan nie przychodził w umówiony dzień, następnego dnia zaczynało się odchudzanie. Mama myślała początkowo, że Kruszyna martwi się o niego, czasy były niepewne i nigdy nie było wiadome, co mogło się zdarzyć. Ale, gdy po zjawieniu się Stefana, Kruszyna biegła od razu po zakupy i przygotowywała sobie jedzenie, nietrudno było się domyślić przyczyn jej praktyk.

Mama postawiła jasno sprawę. Upomniała, że ona sama wpędza się do grobu. I Halina przyznała się. Matka dała jej zupę, usmażyła placki kartoflane i była wyraźnie zadowolona z siebie. Ten epizod sprawił, że patrzałam na nią teraz inaczej, dojrzalej. Rozmyślałam o dumie człowieka, o zależności jednego człowieka od drugiego. Byłam wdzięczna Stefanowi, że on, brat jej męża, choć nie musi, pamięta o niej, pomaga jej finansowo.

Odważyłam się raz zapytać Kruszynę (na ogół nie lubiłam się wtrącać do nie swoich spraw i nie lubiłam, jak wtrącają się do moich), jak wyglądał jej mąż? Opisywała jego sylwetkę i charakter, mówiąc wolno, z zastanowieniem.

– On był podobny do Stefana?

Halina potwierdziła i dodała, że są bliźniakami. Byłam podniecona, to wyglądało bardzo romantycznie. Moja wybujała fantazja naszpikowana przeczytanymi romansami natychmiast zareagowała.

– Stefan ciebie kocha, gdyby tak nie było, nie troszczyłby się o ciebie, powiedziałam jej wprost. Kruszyna pokryła swoje myśli i uczucia głośnym śmiechem.

Ostatnio kuchnia była miejscem naszych spotkań rodzinnych. Nie dlatego, że była najwygodniejsza, przeciwnie. Była mała, ciasna i długa, jak kiszka. Trudno było przejść z miejsca na miejsce. Miała jednak tą zaletę, że trzaskał w niej wesoło ogień w piecu i rozpływało się od niego miłe ciepło. Drugą zaletą była gruba, szczelna roleta w oknie nie przepuszczająca światła. W tamtym okresie miasto tonęło w ciemnościach, wszystkie okna musiały być zasłonięte szczelnie, aby przez żadną szczelinę nie wydostawało się światło na ulicę.

Każdy miał w kuchni swoje miejsce na taboretkach, na stołeczkach – na czym się dało. Taboret przy oknie był ojca, Kruszyna zajmowała skrzynkę od węgla, która stała blisko pieca i tu było najcieplej. Ja ulokowałam się na niskim stołeczku w kącie, aby mi nikt nie przeszkadzał w czytaniu. Matka siadywała przy zlewie, stawiając dwa stołeczki jeden na drugim. Właściwie nie umiała nigdy znaleźć sobie miejsca, kręcąc się miedzy nami i przeszkadzając.

Tamtego pamiętnego dnia nie czytałam książki, nikt nie śmiał się, nie żartował, a nawet Wandzia siedziała cicho w kącie. Byliśmy bardzo przygnębieni. W nocy odbyła się wielka obława. Niemcy wyciągali ludzi z okolicznych domów. W sąsiednim domu, gdzie młodzież zebrała się na potańcówkę, aresztowali wszystkich. Uciekającego młodego człowieka zastrzelono na ulicy. Dowiedzieliśmy się o aresztowaniu Jurka i Mietka, wysportowanego, przystojnego chłopaka, zabrali też Lidkę z całą jej rodziną, rodziców, brata.

Byliśmy przerażeni tymi wypadkami. Zwłaszcza, że tej samej nocy, kiedy Niemcy wdzierali się do mieszkań, popychając kolbami karabinów swe ofiary, odrywając mężów od żon, dzieci od rodziców, rodziców od dzieci – w naszym domu tańczono również.

– Tak chciałam sprawić Jadzi przyjemność! – mówiła mama. – Imieniny, dorosła panna, pragnęłam by miała swój pierwszy bal, jak dawniej przed wojną.

Mama pamiętała ciągle swój pierwszy bal, były to inne czasy, powiedziała w skupieniu z powagą. Na jej twarzy odbijało się zmęczenie z tej nieprzespanej nocy.

– Tylu młodych ludzi na stracenie, na śmierć, jak mój Rysiu (mowa o synie Domińskich), ciągle ofiary! Kiedy to się skończy?! I ta zabawa tutaj, hałas, muzyka. Cud, że nie przyszli do nas, Pan Bóg czuwał nad nami – mówiła.

Powiedziałam potem do Kruszyny, że powinna być królową walca angielskiego. Henek szalał nie za walcem, przekomarzałam się z nią.

Siedziałam w kącie i liczyłam swych gości. Było kilkanaście osób, wolałam nie myśleć, co mogło się stać, gdyby weszli Niemcy!

Ojciec uspakajał mamę. Kruszyna odliczała krople na serce.

– Pani Domińska, mówiła, proszę nie płakać, szczęście, że to już za nami. Opatrzność czuwa nad nami, nad tym domem. Ja wierzę w Opatrzność i w szczęście tego domu – głos jej drżał lekko, choć była spokojna i opanowana.

– Opatrzność czuwa nad nami, powtarzała za nią we łzach, mama. Tak chciałam, żeby Jadzia miała swój pierwszy bal i zapamiętała go na całe życie!

Ogień w piecu już prawie wygasał, gdy powtarzaliśmy za matką słowa modlitwy: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie.” Nie zasnęłam tamtej nocy. W uszach grała mi muzyka. Słyszałam tupot podkutych butów, stukanie do drzwi, głosy niemieckie i histeryczny krzyk matki, kiedy zabierali z domu mojego brata w 1940 roku. Sceny te sprzed trzech lat wymieszane z melodiami tang i walców mojego pierwszego balu rozsadzały mi czaszkę. Zapamiętałam ten bal na zawsze, ale nie tak, jak tego pragnęła mama.

Wzmagały się aresztowania i obławy na Polaków. Rozporządzenia rozklejane na ulicach oraz podawane przez megafony uliczne „o zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnej Gubernii”. W masowych łapankach ludzie nie byli wysyłani na roboty do Niemiec czy obozów koncentracyjnych, lecz traceni w jawnych egzekucjach na miejscu w samej Warszawie. Niemal codziennie jedna z ulic była miejscem rozstrzeliwań zakładników, więźniów Pawiaka, albo wprost schwytanych na ulicach ludzi. Nikt nie był bezpieczny. O każdej porze mogli Niemcy wtargnąć do domów, szukając ukrywających się Żydów oraz osób nie zameldowanych, ukrywających się z racji działalności konspiracyjnej.

W dwa dni po moich imieninach została ogłoszona pierwsza egzekucja uliczna i zapowiedziano następne przez rozklejenie na plakatach do wiadomości publicznej imion przyszłych zakładników. Mieli odpowiadać życiem za każdy zamach na Niemca. W zasadzie też nic nie chroniło, ani „dobre” dokumenty, ani wiek, kalectwo czy zameldowanie należyte w domu. Wyciągali ludzi z restauracji, sklepów, tramwajów, kościołów, z własnych mieszkań. Codziennie na murach domów pojawiały się nowe listy zakładników, codziennie ktoś odnajdywał tam nazwiska bliskich, ludzi przeznaczonych na rozstrzelanie.

W takim klimacie zastała nas późna jesień 1943, ale pozornie nic w naszym domu nie zmieniło się. Każdy z nas miał swoje zajęcie, prace lub szkołę, tylko mama z Kruszyną całe dnie spędzały razem. Kruszyna prawie nie wychodziła z domu. Źle się czuła, jesienne deszcze i zimno odstraszały ją od opuszczania ciepłego mieszkania. Nie wiem dokładnie, co robiła wówczas. Wracałam do domu tuż przed godziną policyjną i wtedy dopiero spędzałyśmy razem czas, często tradycyjnie w ciepłej kuchni przy rozmowach, czytaniu książek, szydełkowaniu. Czasem jednak siadywałam w nogach jej łóżka i, jak sama mówiła, umilałam jej czas opowiadaniem rzeczy ważnych lub mniej – żartów, ploteczek.

Stefan często przychodził do nas. Przyzwyczailiśmy się do niego i polubiliśmy jego wizyty. Ostatnio miałam mniej sposobności widywania go, bo chodziłam do szkoły po południu. Był on średniego wzrostu, szczupły, blondyn, o energicznych ruchach, uprzejmy, miły, grzeczny. Zawsze spieszył się dokądś, ale znajdywał czas na rozmowę z ojcem, mamą. Zawsze mamie coś miłego powiedział, a ona odwdzięczała się kieliszkiem wina, herbatą, a czasami obiadem.

Na ulicy Górskiego był lekarz Kruszyny o specjalnych metodach. Oglądając ręce i oczy stawiał diagnozę i dawał specjalnie spreparowane zioła. Kruszyna bardzo wierzyła w jego nietradycyjną metodę.

W jej smutne dni choroby starałam się opowiedzieć coś wesołego, śmiesznego, aby ją rozweselić. Najczęściej były to historie o moich koleżankach, kolegach, randkach i kawałach, jakie robiłyśmy chłopcom. Była więc, w pewnym sensie powiernikiem mojego życia podlotka. Obie byłyśmy także zafascynowane Ordonówną. Jej piosenki o szczęściu i zdradzie, miłości i rozczarowaniu płynęły do nas z nastawionej płyty, a my wtórowałyśmy jej, fałszując. Jednak wolałam popisową piosenkę Kruszyny, trochę śmieszną:

… chce mieć męża z podbródkiem
mały domek z ogródkiem
w nim nagietki, astry, bzy
chce podlewać nagietki
i cerować skarpetki
i spokojnie, spokojnie
spędzać noce dnie
mężuś w rannym szlafroku
pantoflami człap, człap
ja zaś radość mam w oku
i sporządzam mu szal
mężuś czyta gazetę
no i z fajki pyk, pyk
ja zaś smażę kotlety
takie wielkie jak byk…

Może właśnie w tej żartobliwej piosence zawarte były jej pragnienia własnego domu, szczęścia, miłości, stabilizacji, spokojnego codziennego życia. Śpiewała ją bardzo często. Nie zawsze jednak były takie spokojne, swojskie wieczory. Jeden szczególnie pozostał mi w pamięci.

Jechałam do szkoły. Na Nowym Świecie Niemcy wygarnęli wszystkich pasażerów z tramwaju. Ustawili nas w grupę, okrążyli kordonem. Stałam wśród ludzi wystraszona. Nie sprawdzali dokumentów, ani nie było ciężarówek „bud”, którymi zwykle zabierali złapanych. Czas się dłużył, sekundy zamieniały się w godziny, pustka w głowie – koniec z tobą! -myślałam.

Sytuacja wyjaśniła się jednak. Nadjechały ciężarówki z zakładnikami. Usta zagipsowane, ręce związane. Pod ścianą, szybko, strzały, upadek ciał, krew na ulicy, a my na widowni z zaciśniętymi wargami i pięściami, z nienawiścią w oczach wymieszaną z lękiem – musimy patrzeć!

Dopiero w domu rozpłakałam się. Dostałam mdłości, czułam się bardzo chora. Cala rodzina uspokajała mnie, a Kruszyna tuliła w swych ramionach, jak małe dziecko.

– Nie płacz, mówiła mi, człowiek to chyba najsilniejsza istota i wiele potrafi znieść, musi znieść… Nie widziałam jej twarzy, ale jej głos był silny, stanowczy, zdecydowany. A ja przytulona do jej ramienia liczyłam bezmyślnie guziczki przy jej bluzce i nie mogłam doliczyć się do szesnastu, ciągle zaczynałam od początku.

W domu naszym była wielka, dębowa szafa ozdobiona rzeźbami i z wymyślnymi zamkami. Patrzyliśmy w nią teraz, jak w sezamowe wrota. W jej „czeluściach” matka wyszukiwała rzeczy, które by mogła zamienić na rybę, mięso, mąkę, mak.

– Ten kapelusz już mi nie jest potrzebny, piękny pilc i ta torebka skórzana, kupiona przed samą wojną do popielatego kostiumu. Kostium dawno poszedł do ludzi, niech pójdzie torebka, o i ta bluzka niebieska.

– Nie, pani Domińska, Kruszyna jako członek Rady Rodzinnej wyrwała mamie bluzkę. Ta bluzka nie może być sprzedana, jest z pięknej angory i przerobi się dla Jadzi. Poszukajmy coś innego.

W szafie były nie tylko nasze rzeczy, a też Kruszyny, jej kuzynek, a nawet Stefana. Szafa spełniała rolę składu, przechowalni rzeczy pozostawionych przez różnych ludzi. Kruszyna wyjęła pantofle, czółenka. Są za małe dla mnie, puchną mi nogi i nie będę w nich chodziła… A ojciec, nic nie mówiąc, dołożył jeszcze cygara. Ocenialiśmy wyłożone rzeczy, przeliczaliśmy je na wartość potrzebnych produktów żywnościowych. Pierwsza część przygotowań była za nami.

Zbliżała się wigilia. W kuchni już mama miała i mąkę i rybę, mięso i mak, nawet miód. Trudności były w zdobyciu drożdży do ciasta i olejku migdałowego do klusek z makiem. Jednak w ostatniej chwili i to zdobyła.

Wszyscy byli bardzo zajęci. Ojciec ubierał choinkę. Kruszynę, Wandzię i mnie zatrudniono w kuchni. Wandzia przygotowywała sałatki, ubijała jajka, krajała skórkę pomarańczową. Kruszyna zajęła się śledziami, kręciła mak. Mama piekła ciasta i mięso, mnie powierzono zrobienie klusek do maku. Kluski wolała matka zrobić sama, nie dowierzając moim zdolnościom kulinarnym.

Zabrałam się ochoczo do roboty. Mieszałam w misce dokładnie wszystkie składniki. Jeszcze dołożyłam trochę miodu, wanilii, trochę olejku migdałowego, potem z kluskami mieszałam – chyba dosyć. Z satysfakcja patrzałam na półmisek przysmaku.

Następnie już z Kruszyną nakrywałyśmy do stołu. Zastawa porcelanowa wyciągnięta z kredensu na tą uroczystość i kryształowe kieliszki, stół okryty białym, nakrochmalonym obrusem. Przy każdym talerzu gałązka jodełki. Na półmiskach smakowite potrawy. Nasi zaproszeni goście też się już zjawili. Przyszła Lalka, przyjaciółka Kruszyny i Stefan.

Zgodnie z tradycją, gdy się ukazała pierwsza gwiazda na niebie, zasiedliśmy do stołu. Matka wzięła opłatek w dłonie. Dzisiaj jest wielki dzień, Narodzenie Jezusa, Syna Bożego. Zawsze w ten dzień życzymy sobie szczęścia, powodzenia, ale ja chciałabym wszystkim tu obecnym, mojej rodzinie i moim przyjaciołom życzyć przede wszystkim spokojnych i zdrowych Świąt, nie zakłóconych łapankami, aresztowaniami, strachem. Abyśmy szczęśliwie mogli dożyc następnych Świąt Bożego Narodzenia. Mówiła jeszcze długo, miała łzy w oczach, a my byliśmy wszyscy głęboko wzruszeni. Dożyć następnych świąt spokojnie, czy to się nam wszystkim uda? Nikt przecież nie był bezpieczny w tym okrutnym czasie pogardy dla uczciwych, pragnących wolności ludzi! Łamaliśmy się opłatkiem z wszystkimi. Spokojnych Świąt, abyśmy mogli spotkać się razem za rok, aby nikogo nie zabrakło z nas!

Później już rozmowy nasze potoczyły się, jak to zwykle bywa w towarzystwie. Ryba, kapusta z grzybami, śledziki były znakomite. Alkohol dodawał humoru, czuliśmy się świetnie, rodzinnie. Ostatnią potrawą miały być kluski z makiem. Mama nakładała je na talerzyki.

– To moja córka samodzielnie zrobiła, koniecznie chciała, aby były dzisiaj też kluski.

– Fantastycznie, całą wojnę nie jadłam, zawsze w moim domu rodzinnym były na wigilię kluski z makiem – Lalka mlaskała ustami z zachwytu. – Pani pozwoli, że już zacznę jeść.

Nagle twarz jej wykrzywiła się, Stefan też zrobił dziwną minę. Kruszyna zaczęła mrugać oczami, mama milczała w bezruchu. Po spróbowaniu klusek zamarłam z przerażenia. Były niejadalne, gorzkie, piekły język, podniebienie!

– A mówiłam mamie, żeby jej nie dawać tego robić, bo ona wszystko zepsuje – moja siostra była wyraźnie oburzona.

Kruszyna stanęła w mojej obronie.

– Nic się nie stało, ona dała tylko za dużo tej esencji migdałowej, tobie, Wandziu też się to mogło zdarzyć.

Wszyscy zaczęli się śmiać. Śmiałam się również, ale czułam się skompromitowana. Taka porażka, a tak się starałam! Humory nasze osiągnęły zenit. Na naszej choince paliły się świeczki, błyszczały bombki i kolorowe ozdoby.

„Wśród nocnej ciszy” – Kruszyna pierwsza zaintonowała kolędę, którą chwyciły nasze głosy i pieśń o Narodzeniu wzniosła się wysoko.

Lalka i Stefan nocowali w naszym domu. On spał w kuchni a Lalka ze mną. Lalka dostała czkawki ze śmiechu, śmiała się z moich klusek. Dam jej wody, zaproponowałam. Kruszyna poradziła, że najlepiej ją czemś przestraszyć. Ale czem? Odpowiedziała, że chyba moimi kluskami. Teraz już nie tylko Lalka, a Kruszyna i ja tarzałyśmy się ze śmiechu. Rodzice przybiegli ze swego pokoju, Stefan stal w drzwiach w piżamie…

Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia także zapowiadał się przyjemnie. Po śniadaniu postanowiliśmy pójść na spacer. Lalka, Stefan, rodzice i ja usilnie namawialiśmy Kruszynę na te przechadzkę. Pogoda była piękna, słońce. Nie ma wiatru – dobrze ci to zrobi, nalegaliśmy. Nie miała ochoty, ociągała się. Spór rozstrzygnęła Lalka: „idziesz z nami, jesteś pod moją opieka, moja pacjentka, blada i niedotleniona. Musisz wyjść na powietrze, ubieraj się!”

Lalka rzeczywiście miała wpływ na nią. Ich przyjaźń datowała się od pobytu Kruszyny w szpitalu Dzieciątka Jezus, gdzie Lalka była pielęgniarką. Były sobie bardzo oddane. Lalka przyglądała się, jak się ubiera, mama poprawiała troskliwie szal na jej szyi. Rozcieraj sobie dobrze policzki na mrozie, żebyś nie odmroziła, może lepiej postaw sobie kołnierz, mało mów, nie wdychaj zimnego powietrza – mama zachowywała się, jakby wyprawiała Kruszynę na Biegun północny.

Wyszliśmy z domu. Było mroźnie i słonecznie. Zbliżaliśmy się małymi uliczkami Marymontu do Wisły i lasku Bielańskiego. Lasek wyglądał urzekająco, dookoła biały śnieg na konarach drzew i pod naszymi stopami. Cisza. Biegaliśmy po lesie, śmiejąc się, jak beztroskie dzieci. Obrzucaliśmy się kulami ze śniegu, co raz ktoś przewracał się w zaspę śnieżną puszystą, jak pierzyna.

Wracaliśmy do domu. Stefan obejmował Kruszynę ramieniem i ona jego. Śmieli się, wyglądali szczęśliwie. Szlam za nimi z Lalką.

– Widzisz, tego im potrzeba, zwróciła się do mnie Lalka. Ona od razu byłaby zdrowa.

Nie zrozumiałam. Nie znałam jeszcze prawdy o Kruszynie. Myślałam jedynie, że szwagier ją darzy chyba głębokim uczuciem, że kiedyś, jak skończy się wojna, może się pobiorą, bo i ona go lubiła. Potem, już w domu Kruszyna nie przestawała zachwycać się nasza eskapadą:

– To było wspaniale, cudowne! Nie zapomnę nigdy w życiu tego Bożego Narodzenia! Uroczystego nastroju, kolacji wigilijnej, serdeczności i troski o mnie! Jestem szczęśliwa, że tutaj jestem, czuję się tu jakbym była z moją najbliższą rodziną.

– Bo jesteś – odpowiedziała mama z wielką serdecznością.

Kruszyna szla na uginających się nogach. Stefan silnie podtrzymywał jej ramię jedną ręką, w drugiej trzymał koc i teczkę. Ja prowadziłam ją z drugiej strony, niosąc ciężką torbę. Szliśmy ulicami Warszawy oglądając się na wszystkie strony. Na ulicy było pełno ludzi i wielu Niemców, gdyż przechodziliśmy obok Dworca Głównego. Bałam się, że wpadniemy w jakąś łapankę. Na ulicy Żelaznej tuż przy Al. Jerozolimskich fotograf, mimo naszych protestujących gestów, zrobił nam zdjęcie.

– Jeszcze trochę, Kruszyno, zaraz będzie postój taksówek – Stefan łagodnie wyjaśniał – stawiaj śmiało nogi, trzymamy cię mocno.

Kruszyna, jakby wracała znowu ze szpitala. Powietrze i słońce odurzyły ją zupełnie. Była słaba, głowę przekrzywiła na bok, jakby jej nie mogła udźwignąć, potykała się na swych cienkich nogach. Mówiła, że my robimy z niej chorą, chcąc w taki sposób zatuszować swą bezradność. Uśmiechała się lekko – jest taki piękny dzień słoneczny, cieszę się, że i Ty, Jadziu, jesteś przy mnie, powiedziała. Moja obecność przy niej w tej chwili była naprawdę szczególna. Pragnęłam jej sprawić przyjemność, udowodnić, że nic się miedzy nami nie zmieniło…

To była pewna głupia historia. Pewnego razu wróciłam do domu już po godzinie policyjnej. Drzwi domu były zamknięte, a za drzwiami usłyszałam głosy rodziny: „nie otwieraj, niech postoi za drzwiami, niech się pomartwi, trzeba ją ukarać, powinna przychodzić do domu na czas!” Pukałam coraz mocniej i natarczywiej.

– „Niech czeka, nic jej nie będzie! Kolacji też nie dostanie! Pani ma rację, ona sobie z niczego nic nie robi, denerwuje tylko wszystkich!…”

Tego miałam już dosyć. Spóźniłam się zaledwie 5 minut, byłam w sąsiednim domu u Lusi, przebiegłam do domu boczną, małą uliczką, którą żadne patrole nie chodzą nigdy i o to cała awantura. Mam nocować na klatce schodowej, aby nikogo nie denerwować. Wszyscy przeciwko mnie, zadecydowałam szybko, więc poradzę sobie w inny sposób.

Wybiegłam z klatki schodowej, mala uliczka do ul. Krasińskiego, przeskoczyłam ją, oglądając się na wszystkie strony i znów małymi uliczkami do ul. Mierosławskiego.

– Pani Morawska, to tylko ja, tłumaczyłam zziajana matce Baśki, mojej koleżanki. Mamy gości, przyjechali krewni, nie mam gdzie spać, proszę mnie przenocować, mama nigdy Pani tego nie zapomni. Wyrzuciłam z siebie jednym tchem, kłamiąc obrzydliwie.

Co miała zrobić pani Morawska? Musiała mnie przyjąć na noc, dziwiąc się na pewno, jak mogli mnie rodzice puścić o tej porze szukać noclegu.

Prawdziwa awantura była dopiero nazajutrz. Mama dostała ataku histerii, ojciec krzyczał głośno na mnie, Kruszyna oskarżała mnie o doprowadzenie matki do choroby, Wandzia płakała. Nie spali całą noc, gdybym była jej córką, wzięłaby mnie na kolano, zbiłaby, że trzy dni „nie mogłabyś siedzieć na…” tu wymówiła Kruszyna brzydkie słowo, jedynie nadające się do tej sytuacji.

Było mi nieprzyjemnie i głupio. Zdawałam sobie sprawę z tego wszystkiego, gdy biegłam ulicami po godzinie policyjnej. Mogłam natrafić na patrol niemiecki i zabiliby mnie. Wstydziłam się mojego wyskoku, nie mniej uwagi Kruszyny denerwowały. Zamiast jakoś załagodzić sprawę, zajątrzała ją jeszcze bardziej. Matka wróciła po szoku do równowagi, a ona ciągle miała jakieś uwagi. Siedziałam nadęta i zła.

– Jedz śniadanie, powiedziała, matka upiekła dla ciebie specjalnie ciasto wczoraj! Taka córkę mieć, to dopiero!…

Nie dałam jej dokończyć. Przede mną na talerzyku leżała smakowita szarlotka.

– Kruszyno, zapytałam złośliwie, czy ty lubisz szarlotkę?

– Lubie, dlaczego pytasz? Dlatego, ze ja nienawidzę, nie mogę patrzeć na nią. Poderwałam się od stołu, rzuciłam się na tapczan z płaczem.

Wylewałam łzy złości na piękną narzutę Kruszyny, która po raz pierwszy jawnie wystąpiła przeciw mnie. Byłam zdenerwowana już nie tylko tym, że Kruszyna nie przestawała zwracać mi uwagi, że chciała mnie wychowywać, ale tym, że zdradziłam się używając podstępnie niewinną, pyszną szarlotkę jako broń przeciwko jej prawdziwemu imieniu… Nie chciałam tego zrobić, ale ona mnie sprowokowała. Wiedziałam, kim jest. Znałam jej prawdziwe imię, historię jej życia, powiązanie ze Stefanem.

Kilka miesięcy przed tym nieszczęsnym incydentem opowiedziałam matce, że do sklepu, w którym pracuję przyszła Lesia, koleżanka Kruszyny ze swoim mężem. Zauważyłam, że ten przyjemny, kulturalny pan nie wygląda na aryjczyka, a wybitnie przedstawia typ semicki.

– Mamusiu, to na pewno są Żydzi! Dlaczego on w ogóle wychodzi na ulice? Pierwszy niemiecki patrol go zaczepi, ludzie zadenuncjują.

– Może jesteś tylko przewrażliwiona?

– Jestem pewna. Przypatrywałam mu się dokładnie, twarz, nos, włosy, cała postać, nawet ruchy zdradzają go. Lesia blondynka może zmieszać się w tłumie, nikt jej nie rozpozna, ale on? Dziwię się, że wychodzi na ulicę, jakby mu na życiu nie zależało.

– Lesia? Koleżanka Kruszyny? Mamie coś się zaczęło kojarzyć w głowie. Jesteś przewrażliwiona tylko, zapomnij o tej całej sprawie. Więcej nie rozmawiałyśmy na ten temat. Ale też nie zapomniałam i nie przestawało mnie to wszystko nurtować.

Nadal siadywałam w nogach łóżka Kruszyny powierzając jej moje problemy dziewczęce, nadal śmiałyśmy się i parodiowałyśmy moich kolegów i koleżanki. Czasami zadawałam jednak jakieś pytania dotyczące jej, jej rodziny, szkoły. Wyciągałam ją na spacery, a nawet do kościoła.

Obserwowałam przychodzących do niej ludzi, kwalifikując ich według swego mniemania na podejrzanych i nie podejrzanych.

– Jadziu, nie wyciągaj Kruszyny na spacery, lepiej, jak będzie przebywała w domu, po jakimś czasie zaczęła prosić mama.

– Wiec, mamo, ty też tak myślisz? Patrzyłyśmy na siebie długo nic nie mówiąc. Obserwowałam wnikliwie oczy matki, chciałam wiedzieć jej zdanie, przecież zawsze umiała ocenić ludzi.

– Nie, nie wiem. Nie mogę w to uwierzyć. Ostatnio rozmawiałam z Kruszyną wiele na tematy religijne. Nie, to chyba niemożliwe.

– To przynajmniej powiedz jej, mamo, aby przestała przychodzić ta młodsza siostra Stefana. Ona jest wyraźnie podobna do Żydówki.

– Ty wszystkich podejrzewasz, matka była już denerwowana i niepewna.

– Co my zrobimy, jeśli to jest prawda? Co powie ojciec na to wszystko? Starałam się myśleć logicznie, analizować wszystkie fakty i osoby, za i przeciw.

– Najlepiej zapytaj ją, mamo. Traktujesz ją, jak członka rodziny, darzysz ją zaufaniem, powinna i ona mieć do ciebie zaufanie. Jeżeli to prawda, to będzie łatwiej i nam i jej, gdy będziemy wiedzieli. Zawsze lepiej wiedzieć na czym się siedzi, zakończyłam swoim powiedzonkiem.

Wkrótce matka powiedziała mi, że rozmawiała z Kruszyną. Kruszyna to Szarlota, a Stefan jest jej mężem. Przeszli przez piekło getta. Rodzice zginęli w Treblince.

– Żal mi jej, jest taka samotna i chora. Lubię ją, jak córkę, musimy pomóc. Los przyniósł ją do naszego domu, teraz nasz dom musi być jej. Musimy zastąpić jej rodzinę. Z pomocą Boską przetrwamy ten straszny czas. Mój Boże, nie mam odwagi powiedzieć o tym ojcu, ty też nie mów jej o tym, że wiesz.

Czułam pewne odprężenie od swych podejrzeń, ale jednocześnie narastał niepokój, jak to się wszystko ułoży. Okupacja ciągle trwała, codziennie aresztowano ludzi, codziennie padały nowe ofiary, nikt nie był pewny następnego dnia.

Po tym odkryciu pozornie nic się nie zmieniło w naszym domu. Ja czułam się dojrzalsza, mądrzejsza. Nie dawałam poznać po sobie, że znam jej tajemnicę. Aż do tej eskapady z moim noclegiem i nieszczęsną szarlotką z jabłkami. Żałowałam moich słów, ale było za późno. W kwietniu Kruszyna miała pójść do szpitala na badania kontrolne. Obawiałam się, że przeze mnie może być bardziej chora.

Dochodziliśmy do postoju taksówek. Akurat nadjechał jakiś pociąg na dworzec i zaroiło się od ludzi. Stefan zostawił mnie z Kruszyną, aby poszukać jakiegoś środka lokomocji. Dwóch żandarmów niemieckich stanęło obok nas. Kruszyna drżała cała, a pode mną ugięły się kolana. Po kilku minutach dłużących się jak wieki dorożka wiozła nas do domu. Uśmiechałam się do niej przyjaźnie.

– Lubię, jak się uśmiechasz, twój uśmiech jest, jak słońce, jak wiosna – Kruszyna była miła, serdeczna. Roześmiałam się szczęśliwa.

Czułam wiosnę w sobie. Nic się nie zmieniło miedzy nami, kiełkująca przyjaźń mocno zapuszcza korzenie.

Mniej ludzi przychodziło teraz do domu. Przychodził do mnie teraz tylko Zbyszek i moja najlepsza przyjaciółka, Lusia. Wykręcałam się od zapraszania przyjaciół brakiem czasu. Przestała przychodzić Lesia i jedna z sióstr Stefana. Matka unikała chodzenia do sąsiadek i zapraszania sąsiadek do siebie. Natomiast Stefan stal się stałym bywalcem. Właściwie to chyba był traktowany przez rodziców na równi z Kruszyna, rodzinnie. Znikł zwyczaj usuwania się z pokoju, gdy przebywał w domu, atmosfera była bardziej przyjazna. Nawet pamiętam, że Stefan pomagał rodzicom na działce. Często też nocował w kuchni na polowym łóżku. Był kiedyś zaziębiony i matka postawiła mu banki.

Kruszyna trzymała się dzielnie, była ożywiona, weselsza, ale mało wychodziła na ulicę. Wszelkie zakupy robiła dla niej mama, ja też przestałam wyciągać ją na spacery.

Matka, jak zwykle była bardzo zajęta. Teraz robiła zapasy. Suszyła chleb na suchary, przetapiała słoninę na smalec. Piekła makarony, suszyła nawet skórki od jabłek na herbatę, a także przygotowywała Wandzię do wyjazdu na kolonie letnie.

– Niech dziecko użyje swobody i powietrza, bo kto wie, co będzie potem, mówiła.

Któregoś dnia ojciec wrócił do domu pobity przez Niemców. Wstrząsnęło to mamę niezmiernie. Stała się nerwowa, wybuchowa i niecierpliwa, a jednocześnie bardzo religijna. Modliła się godzinami do późnej nocy.

Stefan znowu miał u nas nocować.

– Jestem zaziębiony, czy można mi znów postawić bańki?

– Oczywiście, zaraz przygotuję.

– Dziękuje pani Domińska, ale pani jest zmęczona bardzo, Jadzia mi je postawi.

– Ona nigdy tego nie robiła.

– Nie szkodzi nauczy się.

Dużo musiał przekonywać mamę, że tylko bańki postawione przeze mnie pomogą mu. W kuchni potem niepewnie zabierałam się do tych pielęgniarskich zabiegów, gdy Stefan odsłonił ranę mówiąc: zostaw to, jestem ranny, zrobisz mi opatrunek. Poczułam się nieswojo. Rana była okropna. Wspólnie wyciągaliśmy pincetą kulę tkwiąca w ramieniu. Dezynfekowaliśmy ranę, robiliśmy opatrunek.

– Nie mów tego mamie i Kruszynie też nie.

Patrzyłam na niego zaskoczona. Wciągał mnie w swoje tajemnice. Nie wiedział, co ja wiem o nim. Kruszyna myślała, że ja nie wiem, o czem jest poinformowana mama. A matka z kolei nie wiedziała, co tylko ja wiem ze Stefanem. Cały dom pełen konspiracji. Ile osób, tyle tajemnic. A poza domem?

Niemcy ponosili porażki w Rosji, cofali się na wszystkich frontach. Zostało zdobyte Monte Casino, dywersja wysadzała pociągi, blokowała szosy, wykonywała wyroki na Niemców, a Niemcy urządzali łapanki, blokady, aresztowania, rozstrzeliwania na ulicach Warszawy. Za ukrywanie Żydów w domach mordowali całe rodziny.

Z aprowizacją stało się bardzo ciężko. W sklepie, w którym pracowałam, prócz towarów przydziałowych na kartki, nie było nic. Wyciągnęliśmy z magazynu dwa worki suszonych jarzyn, które leżały tam od kilu lat, bo nie było popytu na nie i w ciągu kilku godzin zaledwie ludzie je teraz rozkupili. Ja także kupiłam.

Front wschodni posuwał się szybko. Lublin był już wyzwolony. Okolice Garwolina, gdzie Wandzia przebywała na koloniach letnich były miejscem walk frontowych. Matka szalała z niepokoju o jej los.

Codziennie oglądaliśmy teraz, jak od Pragi przez wszystkie mosty warszawskie ciągnęli rozbici Niemcy, samochody, działa, czołgi. Cofali się. Ludzie na ulicach przypatrywali się cofającej się, znienawidzonej armii niemieckiej, jej wyczerpanym, zmęczonym, chorym i rannym żołnierzom, leżącym często na zarekwirowanych wozach od polskich wieśniaków. Rosjanie byli już pod Warszawą. Stali na prawym brzegu Wisły. Nocami bombardowali niemieckie pozycje w Warszawie. Przypomniałam sobie naloty z 1939. Ten okropny świst i potem wybuch. Podczas takiego jednego nalotu w nocy Kruszyna wskoczyła ze strachu do łóżka rodziców, wciskając się miedzy nich. Ona bała się najbardziej spośród nas.

Niemcy ogłosili apel o zgłaszanie się do robienia okopów na Pradze. Wyznaczyli kilka punktów zbiorki. Jednym punktem był pl. Wilsona, gdzie pracowałam. Obserwowałam ze sklepu to miejsce. Stały tam ciężarówki, łopaty, sprzęt. Czekali kilka godzin na ochotników, nikt z Polaków się nie zgłosił. Ludzie ożywili się. Wstąpił w nich duch nadziei, czuli zbliżające się wyzwolenie. Każdy myślał tylko, o tym, że Niemcy przegrywają, że wkrótce skończy się ta okrutna wojna. Dni były upalne. Resztki rozbitej armii niemieckiej podążało na Zachód przez Warszawę. Od Pragi słychać było odgłosy artylerii rosyjskiej. Zbliżał się sierpień 1944.

Dochodziła 3 godz. po pół. Usłyszeliśmy w pobliżu odgłos karabinów maszynowych. Spłoszeni przechodnie wbiegli do sklepu. Wyjrzałam przez wystawę. Z samochodu wyskakiwali Niemcy, po chwili był wystawiony kolo naszego sklepu karabin maszynowy. Teraz już było słychać całą kanonadę ze wszystkich stron. Sypało się szkło z okolicznych domów i sklepów. Kolegę spuszczającego żaluzje w drzwiach sklepu drasnęła kula. Rzuciliśmy się na podłogę zdezorientowani. Po kilkugodzinnej strzelaninie nastala cisza. Niemcy odjechali na swych ciężarówkach.

Ostrożnie opuszczaliśmy sklep. Ja miałam bliską drogę do domu, przez podwórko. placyk i małą uliczkę koło kotłowni. Właśnie na tej uliczce zobaczyłam pierwszego zabitego człowieka. Był zmierzch, myślałam, że leży ranny, schyliłam się – jelita były na wierzchu, krew. Na klatce schodowej Janka wykrzykiwała w podnieceniu: Jadziu, nareszcie, powstanie, wojsko polskie! Ale prali chłopaki Niemców!

W domu pełno obcych ludzi. Był także Stefan i jego dwóch braci, moi rodzice i Kruszyna zdenerwowani moją nieobecnością. Rzucili się mnie na szyję, o mało nie dusząc. Wszyscy razem mówili. A w domu, jak po trzęsieniu ziemi – szyby wybite, podłoga stratowana. W naszym pokoju pełno powstańców. Karabin maszynowy ustawiony w oknie. Zaczęło się wiec powstanie.

Urządziliśmy się nieźle. Pod okienkiem stało łóżko polowe rodziców. Prostopadle do ich łóżka na kojcu kartofli postawiono nasze. Przekonaliśmy się znów, że zapobiegliwość ojca w ciułaniu niepotrzebnych szpargałów i tym razem się przydała. Na kojcu po ziemniakach ojciec położył deski, przedłużył skrzynki, a na wierzchu umieścił materac zdjęty z łóżka Kruszyny. Było nawet wygodnie spać. W zasięgu ręki znajdowała się półka pełna słoików z przetworami, trochę dalej stały butelki wina domowej roboty. Sufit podpierały dwie belki, gdzie na umieszczonych hakach wisiały wyciągnięte z szaf ubrania. Tylko najlepsze miały być chronione przed atakiem Niemców. Niedaleko ściany na wysokości głów ustawiono rury centralnego ogrzewania, grube, uszeregowane podwójnie. Mieszkał na nich nasz sublokator, ale o nim później.

Niemcy ulokowani w Burakowie codziennie ostrzeliwali pozycje powstańców. Nasz dom był usytuowany w otwartym terenie naprzeciwko Burakowa. Każdy ruch mieszkańców Niemcy kwitowali serią karabinów maszynowych i pocisków artylerii. Przenieśliśmy się do piwnic. Każdy organizował, jak mógł we własnej piwnicy swój „dom”. Stały tam łóżeczka dziecinne i fotele, posłania ze skrzynek i materaców, a nawet hamaki umocowane na belkach sufitu, które wzbudzały ogólną zazdrość, bo dawały więcej wolnej przestrzeni. Marzyłam o takim hamaku, ale Kruszyna wolała spać we dwoje, jak mi wyznała. Uważała, że jest to bezpieczniejsze, jakby wspólne spanie chroniło od bomb i pocisków.

Początkowo panował w piwnicach półmrok. Przez okienka wpadały nikle promienie światła. Snuły się po zakurzonych ścianach pokrytych pajęczyną, po naszych zmęczonych, niedomytych twarzach. Po kilku dniach niemiecki pocisk wdarł się w okienko, rozrywając kawał ściany i raniąc dwie osoby, matkę i córkę. Powstał popłoch. Wszystkie okienka zasypano ziemią i w piwnicach zapanowała ciemność.

Matka już w kilka dni po wybuchu powstania zgłosiła się do pracy w komitecie naszej kolonii. Z właściwą sobie energią zorganizowała pomoc sąsiedzką, czuwała nad rozdziałem żywności, lokowała uciekinierów z innych domów w naszych piwnicach, organizowała zbiórkę odzieży dla powstańców i cywilnej ludności. Roztaczała swe opiekuńcze skrzydła nad nami.

– Dziewczynki – mówiła, otwórzcie ten słoik, dzisiaj nie mogę nic ugotować, niemożliwe jest wejść do kuchni. Kruszyno, źle się czujesz? Te boróweczki przywrócą ci siły… Jadziu, nie kręć się po podwórku, bo możesz oberwać…

Złościłam się, nie chciałam siedzieć w piwnicy. Wyrywałam się co chwila z tych podziemi na świeże powietrze. Mówiłam jej, że dusze się, muszę coś robić. Matka po prostu drżała o nas. Denerwowała się sytuacją, a przede wszystkim bała się o Wandę, która nie zdążyła wrócić z kolonii. Odgłosy frontu z drugiej strony Wisły wzmagały w niej lęk, że jej dziecko jest w niebezpieczeństwie. Dlatego chyba chciała nas trzymać w ukryciu. Z Kruszyną się jej najbardziej to udawało. Ona właściwie tylko przebywała w piwnicy. Bała się, nie czuła się najlepiej. Nerki znów dawały znać o sobie. Wciąż myślała o Stefanie.

Stefan z braćmi następnego dnia po wybuchu powstania postanowił przedostać się do Śródmieścia. Wyszli o świcie udając się w kierunku Dworca Gdańskiego. Nie wiedzieliśmy o nich nic. Czy udało się im? Na Dworcu Gdańskim stał pociąg i ostrzeliwał cały Żoliborz, Powązki, Muranów i Stare Miasto. Dochodzące wieści mówiły nam o masakrach i zabitych w tamtych okolicach.

Dni Kruszyny były niemal jednakowe. Siedziała skulona na naszym posłaniu nigdy się nie skarżąc ani nie narzekając. Czasem tylko zachodziła do sąsiedniej piwnicy.

– Pani Domińska, czy mogę wziąć trochę konfitur dla małego Pawełka? On tylko je zupę z komitetu. Matka nie zrobiła żadnych zapasów.

– Oczywiście, weź także trochę pomidorów. Jutro porozmawiam z komendantem, może dostanę trochę mleka dla niego.

Niezastąpiony Zbyszek, to on zawsze przynosił z działek trochę kartofli, pomidorów, cebuli.

– Tyle kwiatów tam! Mam ochotę urwać dla ciebie, ale bardziej potrzebne są teraz jarzyny. Przyjmij je, jako kwiaty… Jego troskliwość wzruszała nas. Po latach, w listach z Anglii wspominała Kruszyna te dziwne a zarazem piękne wiązanki cebuli i marchewki wyrażające chyba więcej uczuć i przywiązania niż czasem najpiękniejsze kwiaty. Bawiła mnie zazdrość Zosi, pisała Kruszyna, krytykowała twojego chłopca za te bukiety jarzyn, bo nie były dla niej. Tak bardzo pragnęłam wtedy waszego szczęścia!

Kiedy wracałam z kolejnej zbiórki odzieży czy środków opatrunkowych dla rannych, Kruszyna witała mnie słowami: to dobrze, że jesteś już!

– Jestem, a ty, gdzie byłaś dzisiaj z wizytą?

Była u staruszki z drugiego pietra. Staruszka opowiadała jej o swej młodości, o majątku, w którym mieszkała i jak po raz pierwszy zobaczyła dźwiękowe kino.

– Kruszyno, i ty w tej zgniecionej sukience składałaś dziedziczce wizytę?!…

– Nie śmiej się ze mnie, Jadziu, twoja też nie jest lepsza. Zaraz zrobimy prasowanie – mówiąc to wsunęła się na nasze ciasne wyrko do spania. Widzisz, to nowoczesne prasowanie, nawet nie trzeba się rozbierać, bez żelazka. Jak skończy się powstanie, opatentujemy ten wynalazek i staniemy się bogate po wojnie… Już wymyśliłam nazwę dla naszego wspólnego przedsiębiorstwa, ale Kruszyna przerwała: powiedz, gdzie byłaś dziś?

Co jej miałam opowiedzieć? O zrujnowanych domach, o ulicach pociętych okopami i barykadami, o ludziach stłoczonych w podziemiach kościoła, którzy stracili domy i bliskich, o jęczących rannych w prymitywnych szpitalach polowych, o grobach rozsianych na podwórkach i ulicach?!

– Nakarmiłaś szczura? – zmieniłam temat.

Tak, to był najprawdziwszy szczur z długim ogonem i świdrującymi, małymi oczkami. Spacerował po naszej rurze centralnego ogrzewania. Początkowo bali się go wszyscy, aż ktoś wpadł na pomysł, aby go dokarmiać. Najedzony nie atakuje, rozważaliśmy. Potem regularnie zjawiał się na obiad. Przywykł do nas.

– Nie zmieniaj tematu, opowiadaj, prosiła Kruszyna.

– Zbierałam żywność. Taka jedna pani pułkownikowa nie chciała nic dać, powiedziała, że sama nie ma. Aż pocisk rozwalił jej willę. Paliło się. Chłopcy zaczęli ratować jej majątek. Nie wyobrażasz sobie, Kruszyno, ile miała zapasów! Worki mąki, cukru, garnki przetopionej słoniny. Chłopcy wszystko zabrali. Potem jeszcze dziękowała w imieniu własnym i męża, który jest w Anglii. Inna kobieta z małym dzieckiem chciała się z nami podzielić swoimi zapasami, dając nam paczkę płatków owsianych i mydło. Nie wzięliśmy od niej, bo jej zapasy były naprawdę niewielkie.

Nie często opuszczała Kruszyna piwnicę. Wyjście na dziedziniec było dla niej prawdziwym bohaterstwem.

– Pani Halino, taka ładna pogoda i szkopy nie walą teraz, namawiała stara Machniewska, słoneczko dobrze zrobi i buzia nie będzie taka przezroczysta.

– Nie, dziękuję, tutaj jest zupełnie dobrze.

Raz się dała namówić. Nieśmiało wyszła z piwnicy. Zalała ją jasność słońca. Mrużąc oczy wdychała głęboko powietrze i rozglądała się wokoło. Dzieci na podwórku bawiły się w powstanie. Kije służyły im za karabiny, kamyczki za granaty. Mała dziewczynka siedziała na schodkach i głośno płakała.

– Co się stało, Marylko? Nie płacz, pobaw się lepiej z dziećmi.

Dziecko spojrzało na Kruszynę zapłakanymi oczami.

– Przecież bawię się i Niemcy zabili mojego męża! Co oni z nami wyprawiają, wszystkich nas zabiją. Tam leży mój mąż – wskazała ręką w kierunku krzaku bzu. Kruszyna spojrzała we wskazanym kierunku. Pod krzakiem leżał, udając zabitego, mały Tomek, syn sąsiadów.

– Kiedy się to skończy? Dlaczego dzieci nie mogą mieć swojego dzieciństwa, dlaczego ludzie muszą występować przeciwko sobie, drżeć o swe życie? Kruszyna płakała wtulona w ramiona mojej matki.

Komunikaty nadchodziły coraz gorsze. Niemcy zamykali w kotle wciąż inne dzielnice. Po Ochocie i Woli przyszła kolej na Starówkę. Widocznie tam skierowali Niemcy swe wszystkie siły, bo u nas panował względny spokój. Ludzie mogli wyjść ze swych nor, obserwować płonące niebo nad Starówka i krążące, jak jastrzębie nad swą ofiarą, samoloty rzucające bomby. Bez przerwy dochodziła nas kanonada dział artyleryjskich. Powracaliśmy do swoich piwnic. Tutaj było spokojnie. Ale ludzie byli coraz bardziej wyczerpani, zabrakło żywności.

– Chcecie sucharów? Dostałam od żołnierzy – Janka roześmiała się dumna ze swej zdobyczy. Ale tylko po jednym, a tu są szpilki…

– Po co nam szpilki?

– Jak to, chyba nie chcecie jeść z robakami?!

Nie wypadało nie przyjąć sucharów. Jeść ich nie mogłyśmy. Zjadł je stary uciekinier z Marymontu, którego cała rodzina zginęła w zbombardowanym domu. Padła Starówka.

Wzrósł niepokój wśród ludności. Jaka dzielnica będzie następna, może nasza? Nie czekaliśmy długo na odpowiedź. Rozpoczęło się istne piekło. Miotacze min, zwane „krowy” rozszalały się na dobre przy akompaniamencie granatników i pocisków artyleryjskich. „Krowy” napełniały przerażeniem, była to najbardziej irytująca broń. Skrzypiącym rykiem uprzedzały o serii nadchodzących wybuchów. Ludzie słysząc to, szukali na gwałt schronienia. Zatykali uszy i zamierali w oczekiwaniu śmierci. Wybuchające miny burzyły całe piętra domów i wzniecały pożary. Kruszyna nie rozstawała się z poduszką. Na dźwięk „Krów” rzucała się na swoje łóżko przykrywając głowę. Po każdym wybuchu patrzyliśmy na siebie ze zdziwieniem, że jeszcze żyjemy. Skończyły się zupy z kuchni polowej. Granatnik zlikwidował kuchnię i pracujące tam kobiety. Zbyszek ze swoim plutonem został przeniesiony na inną placówkę i tak skończyły się jarzyny z działek. Zapasy nasze też się wyczerpały. Matka dzieliła je z ludźmi, którzy nie mieli nic do jedzenia, a nam co dzień dawała kieliszek wódki. Musiałyśmy pić, bo ludzie w piwnicach chorowali na biegunkę, a środków sanitarnych nie było żadnych. Trudno nawet było zdobyć wodę do picia. Ojciec zwykle dostarczał wodę z kotłowni, ale od kilku dni stało się to niewykonalne. Niemcy atakowali z wszystkich stron, chcieli nas zrównać z ziemią.

Reakcja ludzi na to piekło była różna. Jedni szukali pocieszenia w modlitwie, inni wpadali w panikę, byli podejrzliwi, zaczepni. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że ta wolność okupiona krwią bliskich i zniszczeniem miasta, kończy się. Bali się ponownego spotkania z Niemcami. Usuwali prasę konspiracyjną, broń, wszystkie ślady związane z powstaniem. Niektórzy mówili o Żydach przebywających w piwnicy. W korytarzu piwnicznym powieszono mały obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej. Ludzie zbierali się tam do modlitwy. Matka wymawiała słowa: „Święta Boża Rodzicielko, Matko Królowo Polski”.

– Módl się za nami, odpowiadali wszyscy.

A potem spłynęła pieśń „Pod Twoja Obronę”. Glosy wznosiły się niemal do nieba. Ludzie nie śpiewali – błagali Boga, aby od powietrza, głodu, ognia i wojny ich ochronił. Kruszyna siedziała na małym stołeczku. – „Módl się za nami”, słychać było jej głos. Gorzej było przy śpiewie. Otwierała tylko bezgłośnie usta. Jedna z sąsiadek, najbardziej lubiąca plotki obserwowała ją wnikliwie.

– Śpiewaj, szepnęłam do niej. Ona tylko nadal otwierała usta. – Śpiewaj, syczałam jej niemal do ucha. Poczułam coś niedobrego.

Zdawało mi się, że wszyscy patrzą na Kruszynę, że wisi nad nią niebezpieczeństwo. Nagle też zrozumiałam: ona nie znała słów tej pieśni! W korytarzu piwnicznym migotała mdłym światłem świeczka, jakieś niemowlę płakało. Przysunęłam się jeszcze bliżej do niej i w przerwie miedzy słowami pieśni dla nabrania powietrza do następnego refrenu, szybko podpowiadałam jej dalsze słowa. Kruszyna śpiewała je głośno i wyraźnie.

Od kilu dni spaliśmy w ubraniach. Nie wiem, czy było to w dzień czy w nocy. Chyba kiedy słyszało się mniej detonacji, wybuchów rozrywających się bomb. Ojciec leżał w piwnicy ranny w głowę. Mama dostała rozstroju nerwowego, wybiegła podczas bombardowania z piwnicy prosto na niemieckie pozycje. Chyba cud ją uratował. Żołnierze zawrócili ją z drogi, klnąc przy tym siarczyście. Nasz szczur stale przychodził na obiad. Teraz nie tylko my, a wszyscy mieszkańcy lochów dokarmiali go. Był naszą maskotką. Podobno szczur ucieka z tonącego statku. Wierzyliśmy, że dopóki szczur przychodzi, jesteśmy bezpieczni, nasz dom nie zostanie zbombardowany.

Nagle zawisła dziwna cisza dookoła. Ludzie wybiegli z piwnic. Jedni, aby zaczerpnąć trochę powietrza, inni po wodę czy zdobyć trochę żywności. Rozkoszowałam się jasnością dnia, ale ta cisza była dziwna i groźna. Jak przed burzą, pomyślałam. Burza nadeszła po południu. „Krowy” ryczały siejąc zniszczenie, rozrywały się pociski. Dom trząsł się w posadach. Panika w piwnicach, jakaś kobieta krzyczała, dzieci płakały, ktoś zemdlał, inny przeklinał Niemców i wojnę – słychać też było histeryczny śmiech. Trwało to do wieczora.

– Dom się pali! Do piwnicy wpadł jakiś mężczyzna. Wychodzić! Ratować!

Kto mógł, wybiegał z piwnicy. Sąsiedni dom rozłupany przez bombę wpół jak orzech stał w płomieniach. Języki ognia strzelały wysoko w górę. Gryzący dym. Paliły się też inne domy w pobliżu. Nasz, na szczęście, stał jeszcze cały. Rano natarli Niemcy na nasz dom. Ktoś wywiesił białą flagę. Kazano nam wychodzić. Opuszczaliśmy schronienie przerażeni, złamani, brudni.

Natychmiast po wyjściu ludzi wrzucili Niemcy do piwnicy miotacze ognia. Jakaś kobieta krzyczała: „tam leży mój sparaliżowany ojciec! Pomóżcie go wynieść, on się spali!” Niemcy nie słuchali, odepchnęli ją brutalnie w stronę ustawionej kolumny. Potem popychani i popędzani zostaliśmy zaprowadzeni do działek żoliborskich. Tam zatrzymaliśmy się. Patrzałam na działki, na grządki niepotrzebnych nikomu, więdnących kwiatów – na zagony upragnionych, marniejących jarzyn. Cisza umierającej natury na progu konającego w huku bomb miasta. Przyroda rodzi się i umiera w ciszy, a człowiek rodzi się i umiera z jękiem. Kolumna ruszyła. Za nami pozostawały gruzy pokonanego miasta – przed nami nieznane.

Obóz znajdował się na terenie remontowanych zakładów kolejowych w Pruszkowie. Stłoczono tam niemal całą ludność stolicy, która zdołała przeżyć koszmar Powstania Warszawskiego. Na betonowej podłodze między rowami kolejowymi, gdzie wjeżdżały pociągi do remontu, leżeli zmęczeni ludzie. Na walizkach, przeróżnych tobołkach i betonie skulili się starzy i młodzi, kaleki, dzieci. Jedni odziani w lekkie, jak na upały ubrania, inni w zimowych futrach i butach, ale wszyscy brudni, wyczerpani, wystraszone dzieci i ich bezradne matki. Przykucnęliśmy na skrawku wolnego miejsca. W naszej grupie byli wszyscy sąsiedzi z piwnic. Stara Machniewska bez przerwy przesuwała paciorki różańca, wtrącając słowa: „Sodoma i Gomora przyszła, koniec z nami!”

– Przestań krakać, jak wrona i posuń się trochę – sąsiad z drugiego pietra z plecakiem, przywiązanymi do pasa torbami, manierką i miską walczył o skrawek betonu.

Matka z ojcem cicho coś szeptali. Kruszyna blada i wystraszona siedziała na swoim tobołku.

Co będzie teraz? Co z nami zrobią? – myślałam.

Mieliśmy za sobą kilkugodzinny marsz. Niemcy prowadzili nas od Żoliborza przez spalone miasto. Mijaliśmy wraki zniszczonych domów, ulice pełne kraterów od bomb, trupów, stąpaliśmy po rozbitym szkle, gruzach. Zapach spalenizny wgryzał się w płuca i ta cisza wokoło przerywana niemieckimi rozkazami, aby iść prędzej, nie łamać kolumny, przyspieszać. Pochód posuwał się Powązkami, Wolą. Ludzie nie mogli podołać marszu, kolumna łamała się. Każdy coś dźwigał, dziecko, walizki, tobołki – silni słabszych lub chorych. Ojciec z obandażowaną głową uginał się pod ciężarem walizki. Każdy z nas miał jakiś tobołek. Mieliśmy na sobie zimowe palta, swetry. Robiło się aż słabo od nadmiaru odzieży przy słonecznej pogodzie. Na Woli minęliśmy posterunek niemiecki. Zabierali tu ludziom biżuterię, złote łańcuszki, pierścionki. Wyciągali z tłumu młode dziewczyny.

– Załóżcie chustki na głowy i skulcie się jak stare kobiety – matka była jak zwykle, pełna energii. Minęliśmy szczęśliwie grupę Niemców i następne posterunki. Teraz byliśmy zamknięci w obozie.

– Rozejrzę się – postanowiłam.

– Uważaj na siebie, matka poprawiła mi starannie chustkę na głowie, chowając moje kręcone włosy. Ale spacer po obozie nie przyniósł wiele nadziei. Jedyną zdobyczą był bochenek chleba, które rozdawał Polski Czerwony Krzyż.

– Na placu można otrzymać zupę, opowiadałam po powrocie, trzeba tylko mieć własne naczynie. W tamtej hali urzęduje lekarz, jest do niego kilometrowa kolejka.

– Siedźcie tutaj, nigdzie nie odchodźcie, ja z Jadzia pójdę po zupę – mama zwróciła się do ojca i Kruszyny. Wydostałyśmy się na plac przed blokiem.

– Jadziu, musimy oddalić się od naszych sąsiadów, zmienić miejsce. Plotkują, że są wśród nas Żydzi. Boję się, mogą nas denuncjować.

Huczało mi w głowie, jakby mi ktoś walił młotem, serce miałam w gardle. Byłam zmęczona i rozdrażniona.

– W piwnicy już plotkowali, wybuchłam na matkę. Ale ty byłaś zajęta swoją pracą społeczną i niczego nie widziałaś. Zawsze innym pomagasz, a zapominasz o nas! Już dawno powinniśmy byli się od nich odłączyć. Była taka okazja, gdy Niemcy nas tu pędzili, ale ty znów byłaś samarytanką, po co pomagałaś tamtej nieznajomej kobiecie?! Mamusiu, Kruszyna musi zasłabnąć. Zabierzemy ją do lekarza. Powiedz jej, ona zrozumie. Wróciłyśmy bez zupy i chleba, ale z gotowym planem oderwania się od sąsiadów. Wokół nas hałas, zgiełk. Na balkonie w hali ukazał się człowiek, coś mówił.

– Bydło, cicho, ryknął potężnym głosem. Gwar umilkł. Wszyscy muszą wyjść przed blok, kobiety z dziećmi na prawo, mężczyźni na lewo. W tłumie zafalowało. Ludzie szykowali się do wyjścia na plac.

– Teraz, oczy matki mówiły, a raczej rozkazywały Kruszynie, teraz musisz, mdlej!

Zrobiła to klasycznie. Osunęła się w ramiona tej, najbardziej plotkującej sąsiadki. Niemal przygniotła ją.

– Zabierzcie ją ode mnie, krzyczała, ona zemdlała.

Pierwszy etap naszego planu był wykonany. Oderwaliśmy się od naszych sąsiadów. Cala nasza rodzina stała teraz w bardzo długiej, kłócącej się kolejce do lekarza. Reszta potoczyła się w rekordowym tempie. Matka zemdlała naprawdę. Ojciec dźwigał nieprzytomna mamę prosto do lekarza. Ja i Kruszyna torowałyśmy mu drogę przepychając się wśród tłumu krzycząc: rozstąpić się, niesiemy ciężko chorą! Polski lekarz badał i wystawiał zaświadczenia, które podpisywał niemiecki lekarz. Matka była naprawdę chora, Kruszyna też, ojciec ranny, ale ja?

– Nazwisko, wiek, co dolega tobie? – Nie chcę jechać do Niemiec, chcę zostać z rodziną… Moje zaświadczenie było wspaniale: gruźlica płuc i skóry. Przydało mi się później bardzo. Niemcy wieźli nas na odkrytych wagonach w nieznanym kierunku. Padał drobny, gesty deszcz. Przemoczeni do ostatniej nitki pocieszaliśmy się, że nie jedziemy do Niemiec. W wagonach byli przeważnie sami starsi ludzie i dzieci. W naszym wagonie tylko dwie młode dziewczyny, Kruszyna i ja. Wyładowali nas w Końskim, woj. kieleckie. Nasze samopoczucie i humor poprawiły się. Groźba wysyłki do Niemiec odpadła.

Ulokowano nas tymczasowo w jakiejś szkole, skąd mieliśmy zostać przydzieleni na kwaterę do wsi. Na razie mieliśmy przez kilka dni dach nad głową w tej szkole, co było bardzo wiele. Wraz z jesienią przyszły szare, zimne, deszczowe dni. Spaliśmy na podłodze w sali, w której przedtem uczyły się dzieci.

– Spójrz, Jadziu, ten sam motyw na każdym rysunku: mama, tata, dom, kwiaty, słońce – rodzina, ognisko domowe.

– Kiedy już nam zaświeci słońce, kiedy odzyskamy dom? – odpowiedziałam.

– Ty masz rodzinę.

– A ty należysz do nas, Kruszyno.

Zerwała się gwałtownie, ukrywając wzruszenie i nadmiar przeżyć z ostatnich tygodni.

– Chodźmy na spacer. Ubranie paruje na nas, może na powietrzu prędzej wyschnie. W ów wczesny ranek błądziłyśmy po polach, po zaoranych bruzdach, nasiąkniętych deszczami łąkach. Mgła wisiała nisko nad ziemią. Zdejmowałam z siebie palto, sweter, sukienki jedna po drugiej. Jakbym obierała cebulę, śmiałam się. Zrób to samo, Kruszynko!

– Nie, jest za zimno, nie miała ochoty. Po chwili jednak zaczęła też się rozbierać, bo zobaczyłyśmy wszy w odzieży. Było ich dużo, obrzydliwe, ogromne. Biegłyśmy z pasją po polu, trzepałyśmy sukienki, ze wstrętem wyzbywając się niepożądanych sublokatorów. W pewnej chwili popatrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy serdecznym śmiechem. Co to był za widok! Skaczemy po polu jak zające, wytrzepując z siebie wszy… To była nasza wojna z robactwem, Kruszyno, chyba wygrałyśmy ją – wciąż się śmiałam.

– Nie jestem pewna, Jadziu. Ono tak szybko nie przegrywa. Trzeba użyć na to specjalnej broni – wrzątku i mydła… Przestała się śmiać. Kruszyna wiedziała, przeszła getto warszawskie.

W dolinie świętokrzyskiej poprzecinanej strumykami spadającymi z gór – mała osada, Oblegor. Domy rozrzucone wśród łąk i pól, z daleka ciemny las. W tej osadzie właśnie znalazła nasza rodzina schronienie.

Mieszkałam z Kruszyną. Nasi gospodarze nie byli bogaci. Ich chata chyliła się ze starości. Ale wewnątrz, choć klepisko zastępowało podłogi były jednak pierzyny i wielki, stale gorący piec. Nie było bezpiecznie spacerować po okolicy. Niedaleko stała jednostka niemiecka i dlatego całymi dniami siedziałyśmy w domu. Także zima była ciężka, a nasze pantofelki nie nadawały się do chodzenia po śniegu i grudzie. Chodziłyśmy tylko do domu rodziców, którzy znajdowali się w tejże osadzie, w chacie oddalonej od naszej o kilka minut drogi. W izbie było ciepło. Kruszyna siedziała koło pieca na szerokiej ławie i nuciła swą ulubioną piosenkę: „chce mieć męża z podbródkiem, mały domek z ogródkiem”, zwijając wełnę w wielkie motki. Ja przędłam len. Z mojej ręki wychodziła cienka nitka… Podpatrzyłam gospodynię, jak się to robi i spróbowałam. Miałam przynajmniej zajęcie, a gospodyni była zadowolona. Władek 22 letni syn gospodarzy obserwował nas bacznie.

– To co, Władek do miasta pójdzie na swoje? – zaczęła Kruszyna.

– Tak, jak się ożenię, to wyjadę do miasta, sklep sobie założę, będę szewcował, a żona będzie rachunki prowadzić.

– Która dziewczyna ze wsi zechce prowadzić rachunki?

– Chciałbym z miasta dziewczynę, uczoną.

– Najlepiej, Kruszynie uśmiechały się filuternie oczy – weź taką, co się na rachunkach zna i umie len prząść.

– Tak, ale czy zechce? – Władek ciężko wzdychał.

– Będzie chciała, będzie na pewno! Zrobisz jej prezent, ładne buty, przecież umiesz!

Nudziłyśmy się i Władek był obiektem naszych żartów, dokuczałyśmy mu. Biedny chłopak wracał z pracy przy wyrębie lasu i klepał dla mnie buty na kopycie wieczorem.

Miałyśmy także świetną zabawę w każdy wtorek i piątek. Były to dnie wróżb. Ja stawiałam karty, a Kruszyna spełniała rolę mojej sekretarki. Dyskretnie wyciągała z moich klientek wszystkie wiadomości, czy kocha, czy zdradza, blondyn czy brunet. Sława moich kart rosła z dnia na dzień. Przychodziły nawet kobiety z innych wiosek na to wróżenie.

Uzbrojone w kije odpędzałyśmy się od atakujących gęsi w drodze do rodziców. Kruszyna codziennie przyrzekała sobie, że tam więcej nie pójdzie, bo gęsi syczały i szczypały. Bałyśmy się ich panicznie. Ale zaraz następnego dnia pierwsza przypominała:

– Jadziu, zostaw to przędzenie, chodźmy do mamy.

– A gęsi?

– Co tam gęsi! Stęskniłam się za mamą.

Mama niepoprawna, jak zwykle, musiała coś robić. Leczyła ludzi ziołami. Znosili jej zioła, a ona suszyła, segregowała, robiła mieszanki. Ludzie miejscowi nazywali ją „doktorka z Warszawy”.

Wieczory były nasze, nikt nam nie przeszkadzał. Przytulone do siebie pod ciepłą pierzyną mogłyśmy swobodnie rozmawiać. Dopiero tu, na tułaczce, w tej zapadłej wsi kieleckiej Kruszyna opowiedziała o wszystkim, czego przedtem nie mówiła. O sobie, mężu, rodzicach, o getcie. Zwierzenia te zaczęły się już pierwszej nocy, kiedy przywiozły nas furmanki do tej osady ze wsi Przyjmo.

Przyjmo było naszym pierwszym miejscem zatrzymania po szkole w Końskim. Nie przebywaliśmy tam długo. Za dużo warszawiaków, a wieś biedna, nie mogla wyżywić wszystkich. Część ludzi wobec tego przesłano do innych wsi.

Kiedy siedzieliśmy na furmankach przed opuszczeniem Przyjma, zajechali Niemcy. Wyskoczyli z ciężarówki przyglądając się dokładnie każdemu z nas. Wyciągnęli kilka osób z wozów. Znalazłam się wśród nich. Dwaj Niemcy wyprowadzili mnie za stodołę.

– Co to za kobieta, która siedziała koło ciebie? – Niemiec pytał kalecząc język polski. To Żydówka.

– Nie, to kuzynka.

– Powiedz prawdę.

– Mówię prawdę, to kuzynka i opisywałam mu szczegółowo pokrewieństwo. Jej matka to moja ciotka, umarła przy urodzeniu jej. Moja matka wychowuje ją od dziecka. W zdenerwowaniu recytowałam linię pokrewieństwa wymyśloną przez mamę jeszcze w obozie pruszkowskim.

– Kłamiesz.

– Nie, moja babka i jej babka były rodzonymi siostrami. Odkąd pamiętam ona była u nas w domu. Woziła mnie w wózku, gdy byłam małym dzieckiem, jest, jak moja siostra.

– Kłamiesz, Niemiec stracił cierpliwość i krzyczał – ona jest Żydówką, przyznaj się, bo zastrzelę jak psa! Jego ręka, jak kleszcze zaciskała się na moim ramieniu, a pistolet dotykał mi szyi.

– Nie, nie kłamie! Teraz i ja krzyczałam, trzęsąc się cała, ona uczyła mnie czytać, jej babka i moja babka… Ochrypłam, zachłysnęłam się kaszlem. – Jeśli ona jest Żydówką, to ja też jestem, strzelaj – znowu kaszel. Strzelaj, wkrótce i tak umrę, pluję krwią, gruźlica mnie toczy, strzelaj!

Ucisk na moim ramieniu zelżał. Mój prześladowca coś powiedział do swego wspólnika i zmienił ton. Możemy ci pomoc, mamy dobrego lekarza. Wyleczy cię. Damy ci dobrą pracę w browarze, mieszkanie, dobre jedzenie w kantynie, odżywisz się, będziesz miała własne pieniądze. Namawiał, tłumaczył, zachwalał.

– Ja nie wierzę, że się wyleczę, płakałam teraz naprawdę. Zobaczcie moje ręce. I pokazałam ręce obsypane alergiczną wysypką. To też gruźlica, mam nawet zaświadczenie od niemieckiego lekarza. Wyciągnęłam zaświadczenie drżącymi rękami.

Po chwili już siedziałam z powrotem na furze. Furmanka podskakiwała na wybojach. Wszyscy milczeli, zdawało mi się, że każdy mnie obserwuje. Czułam jeszcze zimne żelazo na szyi i uparty, pytający wzrok matki i Kruszyny. Ale nie patrzałam w ich stronę. Dopiero już na miejscu, po załatwieniu formalności z sołtysem, kiedy byłyśmy zupełnie same opowiedziałam mamie swoje przeżycie.

Wieczorem położyłyśmy się spać w prawdziwym łóżku po 3 miesiącach ze zgrzebnym, lnianym prześcieradłem i puchowymi poduszkami.

– Jadziu, muszę ci coś powiedzieć – szepnęła do mnie Kruszyna.

– Jutro mi powiesz, byłam wyczerpana, miałam uczucie, że lecę gdzieś w przepaść – jutro, śpij!

– Nie, muszę to zrobić dzisiaj.

– Dobrze, mów.

– Jestem Żydówką.

– Wiem o tym od dawna, Kruszyno.

Zwierzenia płynęły niemal każdej nocy. Jakby pękła jakaś tama. Jej tragedie, samotność, lęk o życie.

… Leżałam chora w zamurowanym pokoju, było wąsko, same łóżko, wchodziło się do niego specjalnie zamaskowanym wejściem, byłam spuchnięta, jak balon.
… Stefan wywiózł mnie z getta.
… Ludzie w getcie wyglądali, jak szkielety, skóra i kości. Umierali z głodu i tyfusu.
… Kazika żonę zastrzelili Niemcy.
– Stefan jest moim mężem. Gdy leżałam w szpitalu na ul. Nowogrodzkiej bałam się zasypiać, żeby się nie zdradzić, kim jestem.
… Znowu przyszli Niemcy po Żydów na transport do obozu. Nikt nie chciał iść na ochotnika. Ponaglali. Zgłosił się ojciec. Jestem już stary – pójdę ja. Mama skoczyła do ojca – pójdę z tobą! Nikt ich nie zatrzymał.
… Miałam siostrę, pojechała przed wojną jako pionierka do Palestyny.
… Nie dawałam zaścielać łóżka w szpitalu, bo Stefan często ukrywał w nim broń.
… Codziennie obserwowałam dwóch ludzi ciągnących drewniany wózek na kółkach. Zabierali trupy na naszej ulicy.

Najbardziej czułym tematem był dla niej Stefan. Jemu przypisywała wszelkie nieszczęścia i niepowodzenia życiowe. Miała do niego tysiączne pretensje, jakby to on rozpętał tą okropną wojnę. Byłam jeszcze młoda i niedoświadczona. Czułam jednak, że ona go kocha stale. Jej urażona ambicja zdradzała to.

– Kruszyno, niedługo skończy się wojna i wszystko wróci do normalnego stanu, zapomnisz o wszystkich urazach, będzie na pewno dobrze, zaczniecie od początku nowe życie.

– Nowe życie… szeptała z wyrzutem. Czy doczekam końca wojny? Niemcy są ciągle tutaj, muszę stale wcielać się w obcą Halinę, chyba już nigdy nie będę Szarlotą. Co my znaczymy dla Niemców? Widziałaś, nawet świnie nasz gospodarz trzyma w ukryciu, aby ich nie zarekwirowali.

Czasami była w lepszym humorze i snuła w swoich marzeniach jasną przyszłość. Mówiła o domku z kremowymi firankami, o wygodnym fotelu i o Nim, nie wymawiając nigdy jego imienia. „On” był w jej marzeniach troskliwy, sentymentalny i kochający.

Dni wlokły się ospale. Męczyło oczekiwanie końca wojny. Niemcy przegrywali na wszystkich frontach, jednak mogło się wydarzyć jeszcze wiele złego.

Zbliżało się Boże Narodzenie. Wróciły wspomnienia z ubiegłego roku.

– Wiesz, mówiła Kruszyna, zapomniałam wtedy kim jestem. Byłam szczęśliwa, nie chciałam pamiętać o ukrywającej się Szarlocie. Należałam do was całą duszą i sercem. Pamiętasz, jak śpiewałam kolędy? Uczyłam się ich w ukryciu przed świętami. Było ich tak dużo, nie wiedziałam, które powinnam znać. Poszło mi łatwo, podchwyciłam melodię gdy cała rodzina zaczęła śpiewać.

W ostatni dzień roku poszłyśmy do kościoła na specjalne Nabożeństwo Noworoczne – Pasterkę. Gospodyni ubrała nas w regionalne stroje, szerokie, pasiaste spódnice, zapaski, haftowane bluzki, chustki, sznurowane wysokie buty.

– Kruszyno, czy ty wierzysz w Boga? – spytałam, gdy wracałyśmy z kościoła.

Była piękna, mroźna noc. Konary drzew uginały się pod śniegiem, wszędzie biało. Śnieg skrzypiał pod naszymi stopami i ciągle go przybywało, opadał na ziemie, jak puch. Na niebie skrzyły się gwiazdy i księżyc, który rozświetlał tą ostatnią noc roku 1944.

– Czy wierzysz w Boga, powtórzyłam pytanie.

– Wierzę, że Bóg stworzył niebo i ziemię, te gwiazdy i ten księżyc, tą urzekającą, baśniową noc, ale dnie bywają inne od nocy…

Żegnaliśmy Olegor. woj, kieleckie, gdzie spędziliśmy tą zimę – było już wolne! Wolna była już Warszawa. Front rosyjski posuwał się na Berlin. Droga przed nami daleka, trzeba było pokonać do Kielc pieszo ponad 30 km. Szliśmy łąkami doliny oblegorskiej w kierunku szosy. Śnieg leżał jeszcze na polach i łąkach. Był mróz, dął zimny, porywisty wiatr. Pożegnaliśmy się z gospodarzami, tylko Kruczek, czarny kundel gospodarzy odprowadzał nas. Jeszcze raz obejrzeliśmy się za siebie, chcąc utrwalić w pamięci miejsce i ludzi, gdzie spokojnie przetrwaliśmy zimę, dostaliśmy gorącą strawę i miejsce do spania. Ciężka to była droga. Zapadaliśmy w zaspach śnieżnych, ślizgaliśmy się po wypolerowanej, jak szkło od kół pojazdów szosie, ręce marzły nam od bagaży, a stopy w niezimowych pantoflach sztywniały z zimna.

Pod wieczór dotarliśmy do Kielc. Na dworcu dowiedzieliśmy się, że nie ma stałych pociągów do Warszawy. Jakiś towarowy pociąg jechał do Skarżyska. Dobre i to. Byle bliżej Warszawy. Odcinek od Kielc do Skarżyska jechaliśmy „tylko” dwa dni. Na odkrytej platformie, bez ścian bocznych skuleni ludzie. Po kilku godzinach jazdy wyglądaliśmy, jak śnieżne bałwany.

Na jakimś kolejnym kilkugodzinnym postoju przenieśliśmy się do innego wagonu. Było to coś w rodzaju cysterny, która miała na dachu wejście przez podnoszącą się klapę. Nie wiem do dziś, jak pokonaliśmy te wszystkie trudności. Najważniejsze, że byliśmy w środku, nie wiał więcej zimny wiatr, nie sypał w oczy zlodowaciały śnieg. Nie ważne, że leżeliśmy w tym żelaznym pudle stłoczeni, jak śledzie w beczce. Wracaliśmy przecież do domu.

W Skarżysku przesiadka, potem jeszcze dwie przesiadki i wreszcie po trzech dniach podróży zmęczeni i zmarznięci ujrzeliśmy Warszawę. Zaskoczyła mnie swym wyglądem. Wrzało w niej życie. Na gruzach ulic, wśród ulicznych mogił – moc ludzi. Stragany na ulicach: kaszanka gorąca, głosił napis, trochę dalej dymiący piecyk i głos sprzedawcy zapraszający na świeże placki prosto z patelni. Obnażone mieszkanie, ściany pokoju i kawałek podłogi. Ściany były kiedyś różowe, teraz suszy się świeżo uprana bielizna. Jest znów życie!

– Dość naszej tułaczki, mama była podniecona, znowu będziemy we własnym domu, będziemy pracować i żyć normalnie. Ale raptem posmutniała, przypominając sobie scenę sprzed kilku miesięcy jak to Niemcy wrzucają miotacze ognia w nasz dom i ogarniające go płomienie. – My przecież nie mamy domu, co ja z wami zrobię?! Jesteście tacy zmęczeni wszyscy, Kruszyna ledwie się trzyma na nogach. Ojciec ma odmrożone ręce, muszę odszukać i sprowadzić Wandzię…

Usiadła załamana na stercie gruzów. Miała łzy w oczach, wyglądała mizernie, była blada, pomarszczona. Myślałam o jej wyblakłych oczach, o tym, że zawsze jednakowo martwi się o innych, o nas.

– Nie martw się mamusiu, powiedziałam, tyle ludzi jest tutaj i żyje, my też się jakoś urządzimy.

Szukałam słów pocieszenia, zachęty. Czułam jednak beznadziejność sytuacji. Przyszła mi z pomocą Kruszyna.

-Nie płacz, mamo, odezwała się, uspokój się. Zawsze wierzyłam w szczęście twego domu i wierzę nadal. Zaufaj Opatrzności, tak jak dotychczas ufałaś podczas wojny i powstania! Wierz, i nie płacz. Głaskała ją po twarzy, wycierała łzy. Po kilku minutach mama wstała ociężale.

– Chodźmy, bo noc wkrótce zapadnie, powiedziała rzeczowo.

Ruszyliśmy w drogę przez miasto. Potykaliśmy się na górach gruzów, omijaliśmy podminowane ulice, grzęźliśmy w brudnym, topniejącym śniegu. Nareszcie Żoliborz. Znajomi rzucali się nam w ramiona z okrzykiem: „więc żyjecie!” Płacz i radość na przemian. Niemal podświadomie skierowaliśmy swe kroki w stronę naszego domu. Straszył wypalonymi oczodołami okien, powykręcanymi rurami, osmolonymi cegłami. Znaleźliśmy tylko napis na wypalonej ścianie zostawiony przez Edka, brata Stefana: jestem w Ursusie.

Mieszkanie, które zajęliśmy znajdowało się na drugim pietrze. Okna powybijane, ściany pokryte lodem, ale były tu solidnie zamykane drzwi i trochę mebli. Nie łóżka, czy tapczany – ale znalazła się na to rada. Przewrócona szafa doskonale je zastąpiła. Była szeroka z potrójnymi drzwiami, z łatwością zmieściliśmy się w niej wszyscy. Z kocem były kłopoty, był tylko jeden i każdy go ciągnął dla siebie. Następnego dnia zaczęliśmy organizować nasze życie od nowa. Chodziłam z Kruszyną po spalonych, opuszczonych domach i piwnicach. Zbierałyśmy potrzebne drobiazgi, szukałyśmy rur, bo mama budowała piec w środku pokoju. Ojciec pokrywał deskami i dyktą powybijane okna.

Wieczorem buchnął ogień w piecu. W znalezionym garnku na blacie „kozy” mama ugotowała zupę. Była wyśmienita, gorąca, pachnąca! Jedliśmy na wyszczerbionych i opalonych znalezionych w piwnicach talerzach. Ogień trzaskał wesoło, na ścianach rozpuszczał się lód i spływała woda. Nareszcie we własnym domu.

Kruszynę gnębiło coś od kilku dni. Nie chciała jeść, rozmawiać.

– Źle się czujesz? – zaniepokoiła się matka, już zorganizowano Ośrodek Zdrowia, powinnaś tam pójść.

– Nie, nie pójdę.

– Co cię gnębi?

– Wojna się skończyła i ja nie mogę siedzieć tak bezczynnie. Nie mogę być na twoim i ojca utrzymaniu. Muszę was opuścić.

– Dokąd pójdziesz? Przeżyliśmy razem okupację, powstanie, tułaczkę, a teraz chcesz uciekać? Jak się skończy wojna i wszystko się unormuje nie będę cię trzymała, ale teraz? Hitler jeszcze wojuje. Czy ci jest źle z nami?

– Ja muszę iść, nie mam prawa być dłużej ciężarem dla was.

– Nie byłaś i nie jesteś dla nas ciężarem, nie zniosłabym, żebyś się poniewierała. Mamy ciepły dom, co jeść, starczy i dla ciebie. Poczekaj jeszcze, miej nadzieję, że Stefan przeżył i wkrótce wróci. Poczekaj, wszystko ułoży się dobrze.

– Nadzieja to matka głupich. Pójdę do Ursusa, tam jest Edek.

– Nie mów tak Kruszyno, nadzieja to wielka siła, ona pozwoliła ci przetrwać ten koszmar okupacji, z nadzieją bierzesz swoje lekarstwa, bo chcesz być zdrowa, teraz znów masz nadzieję, że w Ursusie będzie ci lepiej… Bądź cierpliwa, zostań z nami, jesteś przecież dla mnie jak córka, i zaufaj, wierz w Nadzieję i w Opatrzność. Na wszystko musi przyjść odpowiedni czas.

Długo jeszcze rozmawiały. Nie pomogły matki perswazje. Kruszyna przeniosła się do Ursusa, ja ją odprowadziłam. W małym, ciasnym pokoju mieszkało tam z piętnaście osób, w tym jedna z sióstr i brat Stefana.

– Kruszyno, prosiłam, wracajmy na Żoliborz, przecież nie ma tu miejsca dla ciebie. Ale uparła się i nie chciała wracać.

Spotkałyśmy się jeszcze dwukrotnie. Raz, gdy jechałyśmy do Pruszkowa, do mojej koleżanki Lusi, która wróciła z Niemiec i widywała się ze Stefanem. Potem, kiedy ona jechała do Niemiec. Kruszyna chciała dowiedzieć się od Lusi wszystko o Stefanie, o miejscu jego pobytu. Przed wyjazdem była bardzo podniecona. Chciała koniecznie mieć wspólne zdjęcie. Z trudem znaleźliśmy jakiegoś fotografa i zdjęcie wyszło okropnie. Fotograf nie potrafił zrobić retuszu, wyglądaliśmy jak manekiny.

– Jesteś dla mnie wszystkim, mówiła w łzach Kruszyna, żegnając się z mamą. Nigdy, do końca życia nie zapomnę tego, co dla mnie uczyniłaś! Dziękuję z głębi serca za wszystko, a szczególnie za dom rodzinny i serce. Jesteś i będziesz dla mnie zawsze, jak matka.

Płakaliśmy wszyscy, nawet ojciec. Znowu ją odprowadzałam.

– Jedziesz do niego jednak?

– Tak, jadę, objęła mnie w serdecznym uścisku.

Pani Jadwiga podaje w zakończeniu:

… gdy przystąpiłam do spisywania tych wspomnień, zdałam sobie dopiero sprawę, jaka odpowiedzialność na mnie ciąży. Miały to być wspomnienia o Szarlocie, którą wtedy, jak wszystkich ludzi żydowskiego pochodzenia, czekała zagłada. Los skierował ją do domu moich rodziców, gdzie stała się ich przybraną córką, a moją najbliższą siostrą.

W pierwszych latach wojny fascynował mnie człowiek. Dlatego w opisach z tego czasu można znaleźć dokładniejsze określenie postaci Szarloty. Później przyszły trudniejsze wydarzenia i opis faktów. Dużo miejsca poświęciłam wspomnieniom o moim domu rodzinnym, bo nie umiałabym pisać o Szarlocie w oderwaniu od niego. Wiąże się to w całość. Jeśli udało mi się przywołać postać Szarloty, odtworzyć miejsca i czas, które ona dzieliła z moją rodziną – będę szczęśliwa.

Kartki tych wspomnień przekazuję siostrze Szarloty, pani Nehamie Even-Nur, która mnie do tej pracy zachęciła i namówiła.

Jadwiga Ruszkowska, Melbourne, luty 1985

Dotąd opowieść p. Jadwigi przekazanej mi przez Esterę za zgodą i gorącą nadzieją siostry Szarloty, Nehamy, że znajdę drogę do opublikowania jej. Po przeczytaniu rękopisu poczułam się związana niewidzialną nicią przynależności do tych ludzi. Daleka i nieznana stałam się dziwnym zbiegiem okoliczności powiązana z nimi.

Może jest to jeszcze jednym dowodem, że ludzie różnych narodowości, z rozmaitych środowisk mogą sobie być bliscy, myśleć, czuć i reagować podobnie, nawet gdy się osobiście nie znają oraz popierać się wzajemnie. Jest w tym chyba ręka przeznaczenia, a głównie ludzkich serc, które stykają i łącza to, co wydaje się niemożliwe, a powinno się spotkać i zostać połączone dla ogólnego pożytku i dobra.

I tak musiał ten wstrząsający zapis dziejów polskiej i żydowskiej rodziny złączonej wspólnym losem w najcięższych latach okupacji i zagłady hitlerowskiej, poprzez Australię, kibuce Miszmar-Haszaron i Bejt-Haszyta trafić do moich rąk. Przepisałam, opracowałam nieco – i przekazuje je, napotkanym szczęśliwym przypadkiem paniom Krystynie Marszałek – Młyńczyk i Katarzynie Nowak z Fundacji Pamięci Ofiar Nazizmu, członkom redakcji Pro Memoria z wdzięcznością, że mogę przyczynić się dzięki nim do utrwalenia tej, tak pełnej wielostronnego znaczenia, relacji.

Na zakończenie załączę niektóre fragmenty listów Mamy Domińskiej i Jadzi do Haliny oraz do jej siostry Nehamy. Estera była zawsze wtajemniczana również w ich treść, dzieląc ich wzruszenie. Dodam też, że w ostatnich eskapadach młodzieży izraelskiej w przeszłość do Polski, znalazła się wnuczka Nehamy. Odbyło się wzruszające spotkanie w Warszawie w domu Jacka, wnuka p. Domińskiej, z nim, jego żona i dziećmi. Pani Domińska żyła jeszcze, ale już nie widziała na oczy. Dotykała Szarone jakby chciała poprzez tą młodą dziewczynę z dalekiego Izraela poczuć bliskość Szarloty. Prosiła, żeby odezwała się, bo choć nie mogla zrozumieć jej hebrajskiej mowy, pragnęła usłyszeć dźwięk głosu! Niestety, drugiej wnuczki, która przyjechała do Polski nieco później nie było danym Domińskiej spotkać – leżała konająca w szpitalu i zmarła w czasie jej pobytu.

Medal z Jad Waszem pozostał w domu Jacka, w jego sercu i w sercach jego bliskich. Nie trzeba zaznaczać, jak bardzo są dumni z niego.

Z listu p. Domińskiej do Izraela:

„Halinka droga moja! Twój list sprawił mi wielką radość. Nigdy nie spodziewałabym się, że będę mieć bodaj małą cząstkę w Twoim szczęściu, w cudzie połączenia się z rodziną. Piszesz, że masz dom i spoglądasz na rzeczy pochodzące z domu rodziców. Jak to dobrze moc je widzieć i dotykać… Jestem szczęśliwa, że moje wysiłki nie były daremne. Dziś cieszę się razem z Tobą i Twoją rodziną, że jesteście znów razem. Rozmyślam chwilami o tym, jak się spotkałyśmy. Wzięłam Cię wtedy do siebie, jakby pod wpływem niesłyszalnego rozkazu. Nie mogłam się oprzeć Twemu spojrzeniu, było w nim tyle tragizmu i bólu! Droga moja, dziś jest u Was Dzień Pojednania i pragnę uczestniczyć w rodzinie narodów w życzeniu, aby już więcej nie lała się krew niewinnych, jak w tamtej wojnie. Kochana moja, nie mogę mieć nadziei, że się kiedyś jeszcze spotkamy, ale pamięć pozostanie na zawsze, bo łączy nas tak wiele! Wszyscy pozdrawiamy Cię gorąco, ja, tatuś, Jadzia i Wandzia.”

… z listu do Nehamy, którą w dzieciństwie w Polsce zwano Haliną:

„Droga Pani Halu! Bardzo Pani dziękuję za wyrażone uznanie i za kilka słów do mnie. Ja również jestem szczęśliwa, że Pani siostra, nasza Halinka, dopięła upragnionego celu. Kiedy myślę o tym wszystkim, co ona przeszła, a zwłaszcza o jej chorobie w 1944, nie mogę uwierzyć, że ona przetrwała. … Ja pozdrawiam serdecznie Panią i Jej męża, życząc Pani lekkiego i szczęśliwego porodu. Oby radość i szczęście gościło w Waszym domu, bo z powodu Halinki Wasz dom jest bardzo bliski mojemu sercu. Przyjmijcie moje gorące pozdrowienia, W. Domińska.

I od Jadzi: … Kochana Halinko! List Twój otrzymałam, który mnie do głębi serca wzruszył. Nasze myśli zbiegły się jednocześnie. Otóż wieczór wigilijny był poświęcony wspomnieniom 1943 roku. Mówiliśmy dużo o Tobie, ale jest wielka różnica, bo mówiliśmy na głos, z serdecznym uczuciem dla Ciebie, jak leżałaś chora i stół przysunięto do łóżka, żeby nam nie zabrakło Ciebie przy nim. … Ty, kochana, sama zagłębiałaś się w cichości duszy w tych wspomnieniach. … Wiem, co to jest tęsknota. … Zgódź się z rzeczywistością. Zauważyłam, że pokochałaś swój kraj i jego obyczaje, wiec nie powinnaś poddawać się smutkowi. … Nie ma u Was spokoju, słyszę wiadomości z radia. Kochana Halinko, zawsze w trudnej chwili, pisz do mnie. To przynosi ulgę. Ja też mam takie chwile. Listy od Ciebie, kochana, tak pełne uczucia, są jak zastrzyk na wszelką dolegliwość człowieka. … Tak, Halinko, wkradłaś się w moje serce i zawsze pragnę tych paru słów od Ciebie.

… Widzę wciąż naszą Halinkę smutną, zamkniętą w sobie, a to znów śmiejącą się i pełną nadziei… Pełną nadziei i sił moralnych, mimo choroby i słabości fizycznej we wszelkich, trudnych przedsięwzięciach po totalnych zniszczeniach tej wojny, a zwłaszcza w żmudnej, nielegalnej drodze do Izraela, w której Szarlota przeważnie dzielnie przewodniczyła grupie swych koleżanek – pamięta ją także Estera.

W czasie wojny, kiedy Estera męczyła się w obozie pracy w Skarżysku, Szarlota przesłała jej przez pewnego Polaka trochę odzieży. Ta niespodzianka wielce pomogła jej wtedy, bo przecież nie miała ani co ubrać, ani co jeść, a pracowała nad siły przy czterech maszynach w fabryce… Przyniosła jej tyle otuchy! Nawet nie wiedziała, że to od Szarloty, bo właściwie zwróciła się o pomoc do Stefana. Przesłała przez zaufanego Polaka karteczkę na aryjskie nazwisko Stefana, które podał jej jeszcze w getcie. Stefan przyrzekł wtedy, że zawsze postara się jej pomoc. Podał adres na Marszałkowskiej. Namawiał, żeby również uciekła z getta, ale Estera nie mogła się zdecydować, miała semicki, „zły” wygląd i nie chciała się rozstać z rodziną. Jej kartka dotarła do Szarloty, nie do Stefana, jak dowiedziała się już po wojnie. Serdeczny kontakt Jadwigi i Estery z Nehama trwa do dziś. Już bez Szarloty, ale wciąż wokół jej niezapomnianej postaci. Szarlota zmarła 17.2.1970 roku w Anglii, gdzie mieszkała w ostatnich latach.

Halina Birenbaum, Herzliya, październik 1996

Herzliya. Czyż można wyzwolić się z własnej duszy i serca?

Halina Birenbaum
Barbara Bochenek
Fragment z książki „Szukam Życia U Umarłych”

Halina Birenbaum

Barbara Bochenek: W artykule „Literatura – a okres zagłady” zarzuca Pani specjalistom umniejszanie roli i znaczenia wspomnień pisanych przez byłych więźniów, polemizuje Pani z nimi.

Halina Birenbaum: Dla specjalistów, krytyków od współczesnej literatury opisy owych tragicznych doświadczeń Holokaustu są tylko masą raczej znanych dokumentów, i to też nie zawsze miarodajnych. Utwory te nie pochodzą z wyobraźni twórcy, są jedynie nieszczęsną, przeżytą osobiście prawdą – więc co to ma wspólnego ze sztuką, z literaturą? Słyszałam też wypowiedzi rozmaitych historyków, że opisy naocznych świadków owych zdarzeń, nie uznane przez literatów za literaturę z powodu charakteru dokumentacyjnego, nie są również dokumentem, gdyż brak w nich wielu statystycznych danych, nie są one wolne od uczuć, a przez to wszystko nieobiektywne… Wedle podobnych koncepcji, książki te nie są więc ani literaturą, ani historią – czym więc są? A może owa niesamowita przeszłość żąda jakiegoś nowego, odpowiedniego miana oraz narzędzi, aby móc zmierzyć się z jej ogromem, a te znane nam nie dorosły do nich dotychczas i krytycy nie mają pojęcia, jak je oceniać? Ich edukacja polega wszak na normalnych zasadach życia, nie takich jak w Auschwitz.

Nie wiem już do czego zaliczyć umiejętność autentycznego odtworzenia ludzkich przeżyć i to takich jeszcze, jak te z lat Szoa?

Ale wiem, że nikt nie nauczył mnie Wtedy, jak żyć i jak umierać w warszawskim getcie czy na Majdanku, lub w Birkenau. Nikt nie powiedział, jak postępować w komorze gazowej, w której przesiedziałam całą noc, i z której nad ranem wyprowadzili mnie, bo zabrakło im chwilowo gazu. Kto może dziś nauczyć mnie, jak taką noc opisać, żeby to było literacko pięknie i dokumentalnie dokładne?…

W jaki sposób opisać oderwanie od matki posłanej do gazu? – aby to brzmiało literacko i artystycznie, czyli z wyobraźni nie z doświadczenia?!

B.B: Te pytania – to krzyk, to wyzwanie dla krytyków, aby przywrócić należną rangę wspomnieniom więźniów, zauważyć je i docenić właściwie. Wiele razy mówiła Pani, pisała o problemach związanych z publikowaniem swoich książek, artykułów, wierszy.

H.B: Nie chciano publikować – i właściwie bardzo wielu nie chce do dziś naszych wspomnień z lat Holokaustu. Gardzono nami, ocalałymi, zarzucano – dzisiaj też, ale mniej – brak bohaterstwa, czynnego sprzeciwu wobec nazistowskich prześladowców i tak samo a właściwie jeszcze bardziej lekceważąco odnoszono się i odnosi do pamiętników i książek o tych wspomnieniach. Przede wszystkim dlatego ponoć, że „antybohater” nie jest komercyjny. Ludzie uwielbiają siłę, nawet siłę zła – ono jest bardziej fascynujące, lepiej sprzedające się. Nie to zło z lat Zagłady, prawdziwe, najgorsze, którego zaznały miliony zwykłych, szarych śmiertelników i na miejscu których mógłby się znaleźć każdy, ale takie, którego doznały pewne bardzo wykolejone, wypaczone jednostki pobudzające w czytelniku instynkty, dziką, prostacką wyobraźnię.

Zło Szoa przekracza wszelką wyobraźnię, każdy mógł być mu poddany, a to przeraża zamiast fascynować i bawić…Tego ludzie wolą nie czytać, jeśli nie muszą i takie książki nie sprzedają się łatwo, nie przynoszą dochodów. A to, co nie daje zysku, prawie się nie liczy w dzisiejszym świecie.

Jednak istnieją też inne powody tych trudności publikacji książek na temat Szoa. Prestiż słowa – literatura, sztuka – mają ogromne, choć zmienne w różnych epokach znaczenie, wymyślane, między innymi przez wpływowych krytyków czy po prostu snobów, żądań szczególnych form, stylu itd. Niemal żadnemu genialnemu artyście nie łatwo było wstąpić do tego olimpu. A jeśli jeszcze wzgardzony „antybohater” – ocalała ofiara czasów pieców porywa się na miano literata, to już w ogóle bezczelna niedorzeczność, chucpa – obraza olimpu. Jednak wspomnienia te są tak żywe i potężne, że nikt ich nie potrafi zagłuszyć ani zahamować wciąż nowej fali publikacji.

B.B: Dowodem na to, że jednak przyszedł moment chęci spisania swych przeżyć, jest Pani książka „Wołanie o pamięć”. Opisała Pani w niej dwadzieścia losów polskich Żydów i jeden Żyda greckiego, czy ostatnio spisanie losów Soni i Abrama „Pod osłoną nocy”.

H.B: Każdy z tych, któremu dane było doczekać końca koszmarów Holokaustu, nosi w sobie ich liczne następstwa, a przede wszystkim ból i tęsknotę za zgładzonymi bliskimi, za krajobrazami swej zrabowanej młodości, dzieciństwa. Ale nie każdy jest w stanie pisać o nich czy opowiadać, nie każdy potrafi nawet mówić o nich. Wielu powierzało mnie ten ból, ciężar swych wspomnień. Ufali, że ich ja ich dokładnie zrozumiem, że zapamiętam. Czułam w ich zwierzeniach nadzieję i prośbę, żeby opisać, przekazać, utrwalić w pamięci przyszłych. Powierzali mi swe pamiątkowe listy od swych drogich zmarłych, przedwojenne pocztówki, zdjęcia, książki szczególnie im bliskie.

W rozmowach o bieżących sprawach czy problemach codzienności z moimi przyjaciółmi i znajomymi uratowanymi z Szoa zawsze na jakimś etapie musiał pojawić się temat naszych przeżyć z lat Zagłady. O czymkolwiek by się nie mówiło, w końcu przechodziło się w różnych kontekstach na opowieści, porównaniach teraźniejszości z dramatycznymi sytuacjami z Wtedy, czy szczęśliwymi sytuacjami Sprzed. Przekazywaliśmy sobie wspomnienia o utraconych bliskich, których imiona dawano dzieciom urodzonym w Izraelu, aby choć w ten sposób czuć ich i zachować pamięć o nich. Opowiadaliśmy sobie jak żyli, w jakich okolicznościach utraciliśmy ich, jak, w której kaźni nazistowskiej zginęli, gdy nam udało się cudem ujść śmierci. Moje gettowe i oświęcimskie opowieści – pisane i ustnie przekazywane, wyzwalały w innych ich własne. Obrazy te wciąż były i są przed oczami, słowa są za „biedne” aby je wyrazić, ale same rwą się na usta, i często nieudolnie.

Znając moją książkę, przeważnie zwracali się właśnie do mnie, ze swoimi wspomnieniami. W ich opowiadaniach czułam błagający nakaz – prośbę – zapamiętaj, napisz! To zaufanie, pokładana we mnie paląca nadzieja, stanowiły niewypowiedzianie trudny do spełnienia, narzucany mi nieustannie obowiązek. Jak mam zapamiętać to wszystko? Zapamiętać czyjeś historie, opowiadane w towarzyskiej rozmowie, w późne wieczory, złym językiem hebrajskim, polskim, wymieszanym słowami ojczystego jidisz ze sztetli, albo raczej wszystkimi tymi językami na przemian, w zależności od stopnia poniesienia wzruszeniami, dramatem. Jak zapisać cudzy ból, skamieniałe w grozie łzy – tą całą ich oraz ich zgładzonych bliskich ogromną przeszłość? Z Wilna, Żelechowa, Woli Okrzejskiej, Salonik, Gorlic…Dlaczego akurat ja? Ledwie dźwigam swe dzieje, życie i śmierć swoich bliskich. Mówiłam sobie na uspokojenie sumienie, że nie potrafię, nie znajdę słów, czasu, nie będę w stanie zapamiętać tego wszystkiego i odtworzyć wiernie… Jestem zajęta domem, dziećmi i tysięcznymi sprawami, z którymi ledwie sobie radzę – i własnymi wspomnieniami przeżyć!

Okazało się, wbrew temu co myślałam o sobie i swoich możliwościach, że zapadł mi w pamięci każdy szczegół ich opowieści, jakbym sama je przeżyła i nic dziwnego: „smak” Holokaustu, sposoby hitlerowskiego polowania i zabijania Żydów jest mi przecież taki znany! Również te cudze wspomnienia wpierały się we mnie mimo woli i zmuszały by je zapisać i w pewnym sensie przywrócić do życia zgładzonych. Tak powstała książka „Wołanie o pamięć”. Przelałam te opowieści na papier w krótszych lub dłuższych opowiadaniach, wierszach, czy teraz, niedawno wydanej po hebrajsku książce i po polsku (w moim tłumaczeniu) –„Pod osłoną nocy –wspomnienia 1939 – 1945”. Historia cudownego ocalenia Soni i Abrama, brata Soni i siostry Abrama oraz kilku ich przyjaciół, dzięki pomocy i poświęceniu sąsiadów polskich, biednych, prostych, dobrych ludzi na wsi. Niektórzy tak zżyli się przed wojną z rodzinami Soni i Abrama, że nawet nauczyli się mówić po żydowsku, znali ich żydowskie tradycje, żarty.

B.B: A historia Żako Polikera, Żyda greckiego? Jego los, to też wołanie o pamięć.

H.B: Znajomość z Żako Polikerem nawiązałam przez naszych synów – mojego Yakowa i Jehudę Polikera. Pewnego dnia powiedział mi Yakow, że zaczął pracować z młodym muzykiem, którego rodzice pochodzą z Salonik.

– Mój ojciec był więźniem Auschwitz, na jego ramieniu jest wytatuowany numer, jak u ciebie – powiedział Jehuda, gdy po raz pierwszy odwiedził nasz dom. Odtąd wciąż słyszałam o „ojcu Jehudy”, a Żako dowiadywał się o „matce Yakowa”.

– Ojciec Jehudy – mówił mi Yakow – podobnie jak ty, wciąż przeżywa tamte zdarzenia z okresu Zagłady oraz związane z tym powikłania życiowe w powojennym bieżącym życiu. Nie przestaje o nich opowiadać burzliwie przy każdej okazji, cierpieć. Jest niezwykle przewrażliwiony z powodu tych straszliwych przeżyć. Ty napisałaś o tym wszystkim, a on nie znajduje żadnego ujścia dla nękającego ciężaru tych wspomnień.

Słuchałam z zainteresowaniem, ale też z powątpiewaniem. Miałam przed oczami koszmar, który przeżyłam i nie wierzyłam, że ktoś kto wówczas nie był w Polsce, w Warszawie, w warszawskim getcie jak ja – mógł doświadczyć choć odrobinę z tego, co było moim udziałem. Podobnie jak Żako byłam przekonana, że właśnie ja przeżyłam najwięcej i to najgorsze, że moje cierpienia były największe, najtrudniejsze. Widocznie niemal każdy z nas uratowanych tak myśli… Jeśli zaś mówią o tym, że ja wyzwoliłam się z ciężaru wspomnień przez ich opisanie, dowodzi to tylko, jak mało rozumieją i wiedzą na ten temat moi bliscy i ci, którzy nas otaczają.

Czyż można wyzwolić się z własnej duszy i serca? Lata tych cierpień stały się wszak nierozłączną częścią osobowości, oderwanie się od nich byłoby – pewnego rodzaju zatraceniem samego siebie!

Herzliya. Życie do ostatka sił

Halina Birenbaum
Barbara Bochenek
z książki Szukam Życia u Umarłych

Ilustracja: Antoniewicz Mirek & René Pascal

Halina Birenbaum: …a jednak życie w każdej niemal postaci jest wszystkim drogie i każdy o nie walczy do ostatka sił.

W obozie, po jakimś czasie siły człowieka kończyły się, ale to zależało od wielu czynników. Od wytrzymałości danej osoby, od siły duchowej, zdolności zbliżenia się do drugiego człowieka po stracie bliskich i wszystkiego, dzielenia się z drugim ostatnim okruchem chleba, zdolność wiary w sens życia i możliwość lepszego jutra.

Zadawane dziś na ten temat pytania, pochodzą z innego wymiaru, z innej proporcji i logiki. Dlatego tak trudno sobie wyobrazić – jak można było trwać parę lat w obozie? Jak można było przeżyć zimę, mrozy, deszcze i śniegi w marnej, mokrej, gnijącej odzieży, bez możności schronienia się w ciepłym pomieszczeniu. Naprzeciw ognia z krematoriów, w których palono ludzi, najbliższych, krewnych; świadomość, że za chwilę i ty możesz tam się palić…

Jest najwyższą łaską, że jeszcze tam cię nie wepchnęli, że jeszcze pozwalają ci czuć mróz, śnieg, deszcz, czekać aż wiatr rozwieje chmury, przyjdzie słońce, otrzymasz upragnioną pajdkę chleba, porcję zupy, doczekasz końca długiego jak wieczność apelu, końca dnia – i zapomnisz na moment o zimnie, o wszystkim! Drętwiejesz w tym cierpieniu nad siły, kamieniejesz a reszta – to sprawa siły twego organizmu.

Każdy ma swoją, jakąś niewiadomą, nieprzewidzianą granicę. Bywa, że siły ludzkie wzmagają się w miarę niedostatków i cierpień. Może to cud? Szczęście w nieszczęściu, szereg przypadków. Żyje się chwilą, jakby nigdy nie było niczego przedtem i potem, bo ta obecna chwila jest ogromna, ona trwa jak wieczność, wypełnia sobą wszystko i kto wie, czy darują ci następną. Cierpienie bieżącej chwili i strach wdychany z dymem palonych ciał stępia myśli, zagłusza pamięć poprzednich cierpień, wszystkiego! A tlące się jeszcze ciągle gdzieś na dnie duszy człowieczeństwo, trzyma cię jednak przy życiu – i trwasz w tym piekle, w tej bezradności, bez zbytecznych uczuć, myśli, słów, porównań, żalów. Bo to co jest, tutaj jest normalne, jedyne. W każdej sekundzie może być jeszcze straszniejsze.

Trudno odpowiedzieć na pytanie – „jak przeżyłaś w Birkenau zimę, jak przetrwałaś więcej niż kilka tygodni, niż rok?” itp. Tam, czas mierzył się czymś innym – krokami w błocie, biciem pejcza, gwizdkami na apele, selekcje, do pracy, wszystko to równało się przeważnie śmierci. Kto tam Wtedy myślał o całej zimie, o całym tygodniu, miesiącu?! Trwała zawzięta walka o przeżycie chwili, godziny! A człowiek, kiedy walczy o życie i o to co mu jest najdroższe, wydobywa z siebie niepojęte wręcz siły fizyczne i psychiczne, o których w normalnych warunkach nie wie, że takie istnieją i że są także w nim.

Barbara Bochenek: Historia Holokaustu to fakty, wydarzenia, liczby, daty, setki ludzi, tysiące, miliony…W tym wszystkim, w tej masie ludzkiej ginie pojedynczy człowiek – jego indywidualny los, jego myśli, uczucia, ból, cierpienie. Pani pisze o konkretnych ludziach, o swojej mamie, ojcu, braciach, bratowej, o koleżankach z getta, z więźniarskiej koi w obozie.

Halina Birenbaum: Te ogromne liczby, mówiące o niezliczonych zbrodniach, faktach, wydarzeniach – słusznie stanowią historię tego czasu. Nic dziwnego, że zbierano i dokumentowano fakty, aby na ich tle pokazać i lepiej zrozumieć los jednostki, tragedię pojedynczego człowieka.

Wojna zawsze pochłania i niszczy wszystko, zwłaszcza ta ostatnia, która zgładziła tyle milionów ludzi, sprowadziła do absurdu pojęcia, słowa, takie jak: moralność, sumienie itd. Niczym okazały się ludzkie wartości, wpajane od pokoleń humanizm – one raczej „pomagały” szybciej zginąć tym, którzy nie potrafili dość szybko zrozumieć ich nieaktualności wobec absolutnego zła jedynie panującej rzeczywistości.

W przeogromnej ciasnocie w gettach, w wagonach, a potem w barakach, na kojach lagrowych, na apelach, w łaźniach aż po komory gazowe – w każdym kącie tych piekieł – po śmierć, człowiek był wiecznie popychany, wtłaczany w tłum; przestawał być sobą, samoistną jednostką. Stawał się cząstką tego niepodobnego już do ludzi tłumu. Zatracał swą twarz, wygląd, imię. Zgolone włosy, zgniła, bezbarwna odzież, bezkształtne drewniaki na nogach – u wszystkich takie same – jednaki tłum w błocie, nieustannie głodny, zmaltretowany, przerażony, ogłuszony, odarte z wszystkiego Numery. Gdzie tu jednostka, poczucie własnego ja, chyba jedynie gdy palec esesmana wskazał bezpośrednio na ciebie, by wyznaczyć cię na jakąś straszliwą karę czy śmierć w komorze gazowej, wtedy czułeś nagle rozpaczliwie tylko siebie, swą bezsilność wobec przemocy i porażającą samotność.

Pytają mnie czasem ludzie, czy znałam w getcie, na Majdanku lub w Birkenau kogoś o takim a takim nazwisku, kogoś kto był tam w tym samym czasie czy bloku co ja? Pytający, nie zdają sobie sprawy z owej rzeczywistości, bo kto tam Wtedy w ogóle pytał, czy chciał wiedzieć, jak komu na imię w tej masie ludzkiej, w tym tłumie, napierającym na siebie, tratującym się nawzajem w braku miejsca, wszystkiego… Jakie miało znaczenie czyjeś imię? Kto by je zapamiętał, odróżnił twarz? Nawet twarzy najbliższych osób, znajomych, coraz bardziej pobladłych, wychudzonych, spuchniętych, stających się trupimi za życia, po krótkim czasie nie można było rozpoznawać. Pozostawały jedynie zmysły, instynkty, wyostrzona intuicja, którymi trzymano się strzępów czegoś, co chyba trudno by nazwać życiem ludzkim. Ale i to było bezcenne dla większości, godne najcięższych zmagań o trwanie, o nadzieję przetrwania choćby do następnego dnia!

I jeśli ktoś, szczęśliwym przypadkiem, miał jeszcze przy sobie bliską osobę, siostrę, czy inną krewną, lub był w stanie z kimś się tam zaprzyjaźnić – walczył tak samo o jej przetrwanie, jak o własne. Pomagało to przeżyć, ale często zwiększało ciężar cierpienia przez bezradność wobec męki także tej jedynie bliskiej osoby – jej śmierć. Jednak nie dotyczyło to ogółu. Nie każdy był zdolny w takich warunkach przyjaźnić się, dzielić się czymś w tej walce o wszystko – o trochę przestrzeni na koi, o odzież, jedzenie, wodę – o garnuszek na wodę, zardzewiałą miską na zupę…Każdy zmagał się z tym ogromem zła w miarę swych nikłych możliwości, zwłaszcza fizycznych, a te wciąż w piekielnych warunkach obozu wyczerpywały się wprost błyskawicznie.

Historycy i badacze nie mogliby opierać swych badań wyłącznie na opisach jednostki wśród tych milionów ofiar i niepojętych faktów wszelkiego rodzaju, dlatego nie można lekceważyć statystyki, liczb, cyfr. Te „suche”, niezliczone dokumenty, nieemocjonalne opisy faktów mają olbrzymią wartość. One nie wzruszają jak los pojedynczego człowieka, ale porażają wymową tych niewyobrażalnych faktów okropności i wzbudzają zainteresowanie człowiekiem zdanym na uwięzienie w nich, na istnienie w tak nieludzkiej rzeczywistości.

Biorąc to wszystko pod uwagę, tym bardziej było mi trudno zabrać się do napisania osobistych przeżyć i ocenić wartość zapisywanych kartek. Wydawały mi się marne i błahe wobec ogromu zapamiętanej grozy. Czytając książki o ogromie danych historycznych i politycznych z okresu wojny, myślałam, czym my Wtedy tam byliśmy, my zwykli, szarzy ludzie, maleńkie, bezsilne pionki w bezkresnym wymiarze niepojętych zdarzeń? O czym ja tu piszę – że ja, że mój ojciec, moja mama, brat, bratowa? Kogo to może obchodzić, przecież były miliony takich!

Dlaczego ktoś miałby chcieć czytać i wiedzieć, że Marek, Chilek, Hela?…że o mało nie zginęłam w komorze gazowej, gdy nie dałam odebrać sobie wychudzonej bratowej Heli, wyznaczonej w selekcji na śmierć, że nie jadłam i zbierałam swe porcje chleba, aby ją ratować, a później to samo robiłam z Prajsową, gdy ona pomagając chorym na tyfus oparzyła sobie rękę i musiała iść na rewir… Porcja zupy i porcja chleba, na które czekało się w ciągu całej doby – były jednak własne, każdy mógł z nimi zrobić co uważał za konieczne, w tym wiecznym, potwornym głodzie. Oddać komuś, kogo mogło to uratować, wymienić na buty, lekarstwo, łyżkę, sweter – albo po prostu ukraść innemu, zwłaszcza słabszemu… Nazywało się to w języku oświęcimskim „organizowanie”.

Jednak czułam, że muszę to napisać dokładnie tak jak to jest zakodowane we mnie z lat mojego dzieciństwa i dojrzewania Tam. Okazało się, mimo wielkich trudności w opublikowaniu tych wspomnień, że dodałam pewną niebagatelną cząstkę do dokumentowania tych dziejów, dając aspekt osobisty, mogący wyjaśnić w pewnej mierze tą niepojętą rzeczywistość.

Wielu byłych więźniów, do których dotarła moja książka, napisało mi, że mogliby się pod nią podpisać, że ona dokładnie określa ich własne doznania Stamtąd, i jeśli w ogóle można je opisać, to ja tą książką dokonałam tego. Stanowi to ukoronowanie moich wszystkich wysiłków.