Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Utopie. Bolo’bolo. Rozdział 2

Hans Widmer (pseudonim P.M)
Tłumaczenie: Piotr Nadzieja
Korekta: Anna Roś i Wiesław Cupała

BOLO’BOLO. ROZDZIAŁ 1 – Implozja

Wszystko albo nic

Planetarna Maszyna Pracy jest wszechobecna. Jej działanie nie może być zatrzymane przez polityków. Czy więc ma ona być naszym przeznaczeniem, aż do czasu, gdy umrzemy na zawał czy raka w wieku 65 czy 71 lat? Czy musi być ona Naszym życiem? Czy aby na pewno tak to sobie wyobrażamy? Czy jedynym wyjściem jest cyniczna apatia i udawanie, że nic złego się nie dzieje, po to, by przetrwać jeszcze parę zabieganych lat? A może wszystko jest w porządku, a my po prostu panikujemy? Nie oszukujmy się. Nawet, gdy zmobilizujemy całego naszego ducha poświęcenia, całą naszą odwagę, nic nie osiągniemy. Maszyna wyposażyła się w broń także przeciwko politycznym kamikadze – jak Al Kaida, Państwo Islamskie, Separatyści Donieccy, Frakcja Czerwonej Armii, Czerwone Brygady czy Monteneros. Może ona współistnieć ze zbrojnym oporem, a nawet, jak to ma w zwyczaju – może przemieniać jego energię w motor swego własnego rozwoju. Nasza postawa nie jest tak na prawdę problemem moralnym – nie dla nas, a tym bardziej nie dla Maszyny.

Niezależnie od tego, czy się zabijemy, sprzedamy, wygramy na loterii, zachorujemy na stwardnienie rozsiane, będziemy rozrzucali na prawo i lewo koktajle Mołotowa, przyłączymy się do drużyny harcerskiej, do krisznaitów, przebijemy uszy albo wpadniemy w permanentny amok – jesteśmy skończeni. Rzeczywistość nie ma nam nic do zaoferowania. Oportunizm się nie opłaca. Kariery są niezdrowe – powodują raka, wrzody żołądka, psychozy, małżeństwa. Ucieczka oznacza samoeksploatację w gettach, żebraninę w brudnym metrze czy rozgniatanie pluskiew w ogródkach tej czy innej komuny. Mądrość stała się fatygująca. Głupota dokuczliwa. Byłoby logicznym, żebyśmy postawili sobie pytanie w rodzaju „jak naprawdę chciałbym żyć?”, „w jakim typie społeczeństwa (lub nie-społeczeństwa) czułbym się najlepiej?”, „jakie są moje potrzeby i pragnienia?”. Spróbujmy nie czynić tego w kontekście dalekiej i mglistej przyszłości (reformiści kochają sformułowania w stylu „następne pokolenia”), ale naszych obecnych czasów. Marzenia, idealistyczne wizje, utopie, tęsknoty za rajem, alternatywy. Czy nie są one kolejnymi iluzjami, mającymi zwieść nas na manowce spiskowania na rzecz „postępu”? Znamy je z neolitu, z XVII wieku, z science-fiction i literatury fantastycznej dzisiejszych czasów. Czy przypadkiem przyszłość nie jest główną sztuczką Maszyny? Czy pozostało nam wybierać jedynie pomiędzy ofertami Systemu, a odmową wszelkiego działania?

Istnieje rodzaj pragnień, które – gdy tylko pojawią się na widnokręgu, są cenzurowane pod względem naukowym, moralnym i politycznym. Dominująca rzeczywistość próbuje je usunąć. Chodzi o pragnienie innej rzeczywistości. Reformiści wmawiają nam, że krótkowzrocznością i egoizmem jest podążać tylko za własnymi życzeniami. Musimy walczyć o przyszłość naszych dzieci. Musimy odrzucić przyjemności (nowy samochód, wakacje, trochę więcej upału) i ciężko pracować, by naszym latoroślom żyło się lepiej. Bardzo ciekawe. Pozornie logiczne. Ale czy to nie wyrzeczenia i poświęcenie pokolenia naszych rodziców z lat 60′ i 70′ przyniosły bałagan, który mamy dziś? Jesteśmy tymi dziećmi, dla których tyle pracowali i cierpieli. To dla nas nasi dziadowie walczyli w 2 wojnach światowych i milionach mniejszych. Przeżyli bezlik małych i wielkich kryzysów. Nie byli egoistami – robili, co im kazano. Odejmowali sobie od ust, abyśmy dziś, także byli zmuszeni do wielkich poświęceń. Nasi rodzice zabijali swój egoizm i dlatego nie mogą respektować naszego.

Innej maści polityczni moraliści mogą mówić, że nie mamy prawa śnić o utopiach, dopóki miliony umierają z głodu, ludzie są torturowani w obozach, deportowani, masakrowani. Nie jesteśmy w stanie zapewnić respektowania choćby minimum praw człowieka. Podczas, gdy zepsute dzieci społeczeństwa konsumpcyjnego ustalają listę życzeń, inne nie umieją pisać lub nawet nie mają czasu myśleć o swoich pragnieniach. Ale – rozejrzyj się dookoła. Zapewne znasz kogoś, kto przesadził z narkotykami, kto ma siostrę w zakładzie dla psychicznie chorych lub u kogo w rodzinie popełniono samobójstwo. Czy ludzie Zachodu są szczęśliwsi od swoich ubogich przyjaciół? Czy może to być zmierzone? Gdyby jednak wokół nas nie było nieszczęść, czy nasze pragnienia byłyby mniej uprawomocnione, bo inni mają gorzej?

Gdy działamy ograniczając się jedynie do zapobiegania złu lub pomagamy tym, którzy są w gorszej sytuacji, czynimy nieszczęście możliwym. Pozwalamy mu zaistnieć. Znajdujemy się w defensywie. Reagujemy jedynie na inicjatywy i prowokacje Maszyny. Zawsze znajdzie się jakiś skandal lub dramat, który nie może zostać bez odpowiedzi. I tak mija nasze 70 lat – podobnie jak lata Innych. Maszyna chętnie nas tym zajmuje, gdyż powstrzymuje nas w ten sposób od uświadomienia sobie swoich niemoralnych żądań, by zacząć działać dla samych siebie. Działanie ze względu na „różnice nieszczęść” czyni nas bezsilnymi wobec silnika „postępu”. Gdy jesteśmy coraz słabsi, Maszyna zyskuje na mocy, by eksploatować Innych.

„Moralność” to jedna broń Maszyny. Realizm jest drugą. Maszyna ukształtowała naszą rzeczywistość, wytrenowała nas tak, że oglądamy świat jej oczyma. Od czasów Kartezjusza i Newtona zdigitalizowała nasze myśli i rzeczywistość. Narzuciła dychotomię tak/nie. Wierzymy w tą rzeczywistość, bo się do niej przyzwyczailiśmy. Jak długo będziemy ją akceptować, tak długo będziemy jej więźniami. Potrafi ona swoją cyfrową kulturą zamienić w bity nasze obawy, marzenia i myśli, choć w rzeczywistości wciąż pakuje nas w niezłe tarapaty. Każdego dnia przybywa kryzysów. Alternatywa tak/nie przypomina apokaliptyczne zagrożenie. Rzeczywistość Maszyny wiedzie nas do autodestrukcji.

Naszej wewnętrznej rzeczywistości nie da się złapać w sieć alternatywy tak/nie. Odrzuca ona zarazem apokalipsę i status quo. Apokalipsa czy Ewangelia, armagedon czy utopia – wszystko czy nic: to są „realistyczne” możliwości. W dominującej rzeczywistości wybieramy niefrasobliwie jedną bądź drugą. Postawy „pośrednie” takie, jak nadzieja albo cierpliwość są samooszukiwaniem się. Nie ma nadziei. Musimy wybrać teraz. Wszystko czy Nic?

Nicość stała się możliwością realistyczną, bardziej absolutną niż jakakolwiek wyśniona przez starego nihilistę. Ostatecznie przecież zostaniemy oddani Nicości. Nicość wykształciła swą własną filozofię (Cioran, Schopenhauer, buddyzm, Glucksmann), styl (niewygodna czerń), muzykę, wystrój domów, malarstwo. Apokaliptycy, nihiliści, pesymiści, mizantropowie – wszyscy oni mają mocne argumenty za swoją postawą. Czyniąc wartościami „życie”, „naturę”, „ludzkość” otrzymujemy jedynie ryzyko totalitaryzmu, biurokracji i ekofaszyzmu. Poświęcamy wolność przetrwaniu. Pesymiści są osobami prawdziwie wolnymi, szczęśliwymi i hojnymi. Nad światem już zawsze będzie wisieć widmo autodestrukcji tak, jak nad życiem jednostki. Zdecydowanie Nicość powinna z nami zostać.

Z drugiej strony Wszystko jest również całkiem pociągające. Jest, ma się rozumieć, mniej prawdopodobne niż Nic – śmieszne, megalomańskie, zarozumiałe. Może istnieje i kręci się dookoła tylko po to, by uczynić Nicość bardziej atrakcyjną…

background

Charlie Chaplin w filmie „Brzdąc” z 1920 roku

BOLO’ BOLO

bolo’bolo to część drugiej rzeczywistości… Jest skrajnie subiektywne, ponieważ rzeczywistość marzeń nie może być obiektywna. Czy jest ono wszystkim czy niczym? I tym, i tym, i żadnym z nich. Jest wyprawą w drugą rzeczywistość jak Tiutiuristan. Akademia Pana Kleksa, Biłogan i M.-SO. Znajduje się w nim mnóstwo komnat dla wielu marzeń. bolo’bolo to właśnie jeden z tych nierealnych, amoralnych, egoistycznych manewrów oddalającym nas od walk za sprawę słabszych (czy też rozwoju). bolo’bolo jest również nieśmiałą propozycją urządzenia „Statku zwanego Ziemią” po wyłączeniu Maszyny. Chociaż powstawało ono na zasadzie kolekcjonowania snów i życzeń. Nagromadziło się wokół niego sporo uwag na temat jego realizacji. Może ono zostać zrealizowane w ciągu 5 lat. Ten czas gwarantuje miękkie lądowanie w drugiej rzeczywistości. Nikt nie będzie za nią głodował, marznął czy ginął. Ryzyko jest więc malutkie.

Istnieje wiele koncepcji cywilizacji postindustrialnej. Mamy tu Erę Wodnika, zmianę paradygmatu, ekotopię, Internet, zdecentralizowane struktury, trzecią falę, nowy humanizm, globalizm, alterglobalizm, Occupy Wall Street… Równocześnie nowe społeczeństwo już rodzi się w komunach, sektach, obywatelskich inicjatywach, alternatywnych przedsięwzięciach, księżycowych asocjacjach. W owych eksperymentach i publikacjach znaleźć można wiele dobrych i użytecznych idei, gotowych do włączenia w bolo’bolo. Ale wiele z tych obrazów jawi się nieapetycznie: odstraszają wyrzeczeniami, moralizmem, nową pracą, męczącymi przemyśleniami, skromnością i samoograniczeniami. Oczywiście Granice istnieją, ale po co znowu limitować przyjemności i przygodę? Dlaczego alternatywiści grzmią o odpowiedzialności, a prawie nigdy nie wspomina o nowych możliwościach?

Jedno z alternatywnych haseł brzmi: myśl globalnie, działaj lokalnie. A nie lepiej myśleć i działać lokalnie i globalnie? Pomysłów i idei nie braknie. Gorzej z ich realizacją i znalezieniem wspólnego języka na ich temat. Musi powstać jakieś porozumienie co do pryncypiów, abyśmy nie wpadli na powrót w sidła Maszyny. Wyrzeczenia wiążą się z ryzykiem pozbawienia nas broni. Dlaczego mamy być skromni w obliczu katastrofy? bolo’bolo nie jest może najlepszą i definitywną propozycją organizacji naszego kosmicznego promu. Ale nie jest też najgorszą. Wiele osób jest w stanie ją przyjąć. Zróbmy w jej kierunku jeden mały krok i zobaczmy co się wydarzy…

METODA

Jeśli postanowimy wypróbować bolo’bolo zastanówmy się nad drogą jego realizacji. Nie może zostać ono zrealizowane przez politykę. Prowadzi do niego wiele innych ścieżek. Jak możemy wyeliminować kontrolę Maszyny nie niszcząc bolo’bolo na starcie? Planetarna Maszyna Pracy musi zostać unieszkodliwiona ostrożnie, jeśli nie chcemy sczeznąć wraz z nią. Nie zapominajmy, że stanowimy jej element, że jesteśmy nią. Chcemy zniszczyć Maszynę a nie samych siebie. Chcemy odrzucić nasze poddańcze funkcje i role. Oznacza to zmianę relacji wśród nas (trzech typów pracowników) i w stosunku do Maszyny, która obcuje z wszystkimi pracownikami jako z całym systemem. Jest to dekonstrukcja, a nie atak. Wciąż znajdujemy się w łonie Maszyny i musimy ją blokować niejako od wewnątrz. Nie skonfrontuje się ona z nami jak z zewnętrznym wrogiem – nie będzie w tej „walce” frontu, kwatery głównej, orderów ani mundurów.

Dekonstrukcja sama w sobie nie jest wystarczająca. Z jej pomocą możemy tylko sparaliżować główny sektor Maszyny i pozbawić ją części umiejętności. Każda wyzwolona przestrzeń musi zostać wypełniona w zamian czymś „nowym”, konstruktywnym. Nie ma co liczyć na to, że najpierw wyeliminujemy Maszynę, a później, w powstałej próżni „założymy” bolo’bolo. Zawsze przychodzilibyśmy zbyt późno. Podwaliny struktury bolo’bolo muszą zajmować wszelkie wolne obszary, aby zaczynać kształtowanie nowych relacji. Konstrukcja musi zostać połączona z dekonstrukcją w jeden proces. Konstrukcja nie może stać się pretekstem porzucenia dekonstrukcji, choć tworzy ona jedynie fakty, historyczne daty i „bohaterów” nie dając konkretnych wyników. Konstrukcja i dekonstrukcja są formami jawnej bądź sekretnej kolaboracji z Maszyną.

BŁĘDNY KRĄG

Jeśli chodzi o demontaż, jasnym jest, że każdy rodzaj pracy, który pozostaje w służbie Maszyny posiada swój dekonstrukcyjny potencjał. Jest wiele dróg pozbycia się Maszyny, lecz nie wszyscy mają równe możliwości. Sposoby można w skrócie opisać tak:

Sabotaż. Hakowanie hardware’u lub software’u. Kradzież czasu pracy dla gier czy innych prywatnych celów. Wadliwe wykonywanie i planowanie zadań Maszyny. Niedyskrecje, przecieki takie jak Snowdena w aferze inwigilacji przez NSA. Dezercje naukowców, żołnierzy i oficjeli. Odmowa ustalania hierarchii. Zdrada, szaleństwa w Internecie (4chan, Anonymous, sieć tor, chomikuj.pl…), dewiacje ideologiczne, oszukiwanie przełożonych, etc. Efekty mogą być zauważalne natychmiastowo lub dopiero po pewnym czasie.

Dysprodukcja. Zaniechanie pracy, wykonywanie produktów o niskiej jakości, strajki, permanentne zwolnienia lekarskie, tworzenie autonomicznych manufaktur, okupacje fabryk i wszelkich innych zakładów pracy. Efekty są raczej średnioterminowe.

Dezintegracja. Bunty, blokady ulic, akty przemocy, walki uliczne, happeningi, instalacje artystyczne, awantury domowe, grabieże, wojna partyzancka, masowy squatting, podpalenia (Sao Paolo, Miami, Soweto, El Salvador). Efekty są zdecydowanie krótkoterminowe.

Każdy z tych typów dekonstrukcji może naruszyć Maszynę, a nawet uziemić ją czasowo. Ale też każdy może być zneutralizowany przez brak dwóch pozostałych typów. Działanie każdego jest uzależnione od czasu, miejsca i synchronizacji z pozostałymi dwoma. Sabotaż pozostaje nieskuteczny, jeśli nie używa się go w produkcji czy cyrkulacji dóbr i usług. W innym wypadku staje się jedynie czysto intelektualną grą i jeśli cokolwiek niszczy to tylko samego siebie. Strajki zawsze mogą zostać stłamszone. Maszyna wie, że próby jej dekonstrukcji będą podejmowane zawsze. Będzie ona próbowała tak ustawić obronę, aby poszczególne rodzaje pracowników nie mogły się wzajemnie wspierać. Dziel i rządź. Ci, którzy właśnie wygrali strajk będą wściekli na bezrobotnych demonstrantów, którzy pozbawiają ich możliwości powrotu do pracy. Firma bankrutuje. Pracownicy skarżą się na kierowników i inżynierów… teraz biorą udział w zadymach bezrobotnych… przybywają pracownicy z policji… czynią swoją powinność… Maszyna przemienia pojedyncze ataki poszczególnych sektorów w próżny trud, ponieważ nic nie jest bardziej kształcące niż porażki. Długie okresy spokoju są groźne dla Maszyny, Nie trzyma wtedy ręki na pulsie i nie wie, co się szykuje. Maszyna nie może istnieć bez pewnego poziomu chorób i wadliwego funkcjonowania. Partykularne walki wszystkich z wszystkimi stają się najlepszym środkiem kontroli, rodzajem termometru do pomiaru gorączki. Jeżeli to konieczne, Maszyna może nawet prowokować takie walki, by przetestować i ewentualnie rozbudować swoje instrumenty kontroli.

Sabotaż, dysprodukcja i dezintegracja powinny zostać połączone na poziomie masowym, by stworzyć sytuację krytyczną dla Maszyny. Taka śmiertelna dla Maszyny koniunktura może powstać jedynie poprzez przełamanie barier dzielących trzy funkcje i trzy rodzaje pracowników. Musi się wyłonić rodzaj komunikacji, którego Maszyna nie byłaby w stanie sobie przywłaszczyć. Dyskomunikacja, ruch po spirali to finałowa gra z Maszyną.

Gdzie błędny krąg może zmienić się w ruch po spirali? Z pewnością nie w miejscu spotkań pracowników, nie w kieracie Maszyny. Fabryka zrodzić może jedynie twory takie jak związki zawodowe, będące zwierciadlanymi odbiciami jej samej. Nie przekraczają jej logiki. W pracy szczególnie akcentowane są sprawy płacowe, pozycje, hierarchie, przywileje, tytuły, a wszystko to buduje mury. W fabrykach, biurach, uniwersytetach pracownicy są zbyt wyizolowani, poziom hałasu (fizycznego, semantycznego, kulturowego) – zbyt wysoki a myśli o pracy zbyt absorbujące. Istnieją jeszcze na szczęście sfery życia, które dla Maszyny są marginalne, a przez to bardziej stosowne dla ruchu spiralnego. Maszyna nie zdigitalizowała i nie zracjonalizowała jeszcze wszystkiego. Poza jej zasięgiem są pewne obszary religii, seksualności, rozumu, mistyczne doświadczenia, język, uczucia do innych ludzi, miejsc, natura, wszystkie rodzaje smutku, szaleństwa, wyobraźni.

Samo życie też jakby wymyka się podstawowym matrycom Maszyny. Oczywiście od dawna zdaje ona sobie sprawę z braku swojej skuteczności na tych polach i usilnie stara się je skomercjalizować. Religia staje się fundamentalistycznym tworem i niezłym biznesem. Natura może być eksploatowana przez turystykę i sport. Miłość do ojczyzny można wykorzystać jako pretekst dla rozwijania przemysłu zbrojeniowego. Seksualność można opakować i sprzedać… W istocie nie ma pragnień, których nie można zaprząc w służbę rynku. Merkantylizacja degeneruje je, lecz transcendentny i wywrotowy rdzeń przenosi się w nieskalane automatyzacją rejony.

Autentyczne, osobiste doświadczenie jest mało kompatybilne z masową produkcją. Utowarowienie odniosło tylko częściowy sukces. Coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać resztę Wszechświata. Ruchy ekologiczne, pacyfistyczne, etniczne, regionalne, pastafarianie czy oburzeni są właśnie wynikiem tej nieskuteczności. Cokolwiek leżało ponad logiką ekonomii zostało odkryte przez ludzi. I tam właśnie, w miejscach, gdzie mur, zbudowany przez Maszynę jest szczególnie niski i kruchy należy należy szukać wyjścia z błędnego kręgu. W ruchu obdżektorskim intelektualiści spotkali się z pracownikami fizycznymi, mężczyźni z kobietami. Homoseksualiści także grupują się nie patrząc na względy zawodowe. Nawajowie, Baskowie i Ormianie walczą razem. Ten rodzaj nowego nacjonalizmu przekracza wszelkie zawodowe i edukacyjne bariery. W „Solidarności” robotnicy, intelektualiści i rolnicy walczyli ramię w ramię. Nieprzypadkowo to właśnie te typy sojuszu dają ruchom społecznym dużą moc. Ich dekonstrukcyjna siła opiera się na unii małych grup, takich, jakie mogły powstać w danych okolicznościach. Pierwszą reakcją Maszyny jest zawsze próba ich wzajemnego skłócenia, przywracająca wcześniejszy stan wzajemnej nieufności.

Wspomniane wyżej grupy zdołały stworzyć sztuczny i krótkotrwały spiralny ruch. W większości wypadków poszczególne typy pracowników związały się ze sobą we wspólnej walce o jakiś cel, by później na powrót się podzielić. Czasem nawet bardziej niż przed spotkaniem. Kreowały one raczej mitologie niż rzeczywistości. By istnieć dłużej i rozszerzyć swoje wpływy powinny być zdolne wypełniać swoje zadania poza Maszyną, czyli mówiąc innymi słowy – nie powinny porzucać konstrukcyjnej strony metody. Należy zorganizować w sąsiedztwie wspólnotowy system wzajemnej pomocy, samoobrony, uczciwej wymiany towarów i usług, niezależnych dostarczycieli jedzenia oraz konkretne wydarzenia kulturalne. Staną się one zalążkami bolo. Ideologie (czy religie) nie są wystarczająco silne, by przełamać bariery. Nie jest to zresztą ich celem. Pewien poziom samowystarczalności, niezależności od państwa i ekonomii musi zostać osiągnięty, by ustabilizować działanie. Nie da się pracować 40 godzin tygodniowo i znajdować czas i energię na inicjatywy lokalne. Działania nie mogą być jedynie kulturalnymi dekoracjami, muszą być w stanie zastąpić chociażby część funkcji państwowych. Jak takie działania mogą wyglądać praktycznie, można odkryć tylko je praktykując. Może będą to sąsiedzkie centra, sekretne monady, związki żywieniowe, rolniczo-rzemieślnicze unie, bractwa, gangi, kluby wymiany usług, łaźnie miejskie, kryte baseny… Wszystkie miejsca spotkań, zbierające do kupy wszystkie trzy typy pracowników są potencjalnymi niszami dla .przerwania błędnego kręgu.

Ogół takich działań dezintegruje Maszynę, tworząc nowe międzyludzkie sieci trzymające przy życiu wszelkie ukryte ruchy społeczne. Różnorodność, niewidzialność, elastyczność, brak nazw, flag czy etykiet, odrzucanie dumy i honoru, omijanie szerokim łukiem zachowań politycznych i pokus reprezentacji, po(d)stępu i reformizmu może uratować takie działania od oczu i macek Maszyny. Informacja, doświadczenia i pomoce materialne powinny być dzielone zgodnie z tymi zasadami. Działania muszą być laboratoriami nowych, intrygujących, zaskakujących form, mogą grać na wszystkich trzech funkcjach (i dysfunkcjach) Maszyny. Nawet jej mózg nie ma dostępu do tych wymiarów społecznej aktywności, bo nie może się uwolnić od podstawy swego działania – analitycznego myślenia. Ci, którzy rozrywają błędny krąg, to nie partia, ani nawet ruch społeczny, koalicja czy inna organizacja. Ruch po spirali to kumulacja pojedynczych walk o inną rzeczywistość. Działania mogą się w odpowiednim czasie spotkać sprawdzając swą siłę w masie, by później rozpłynąć się w życiu codziennym. Nie są Kontr-Maszyną, ale materialną bazą dla jej demontażu.

Charlie Chaplin w filmie "Charlie żołnierzem" z 1918 roku

Charlie Chaplin w filmie „Charlie żołnierzem” z 1918 roku

Zgodnie z świadomym brakiem planowania, działania zawsze są w stanie zaskoczyć. Niespodzianki są zbawienne, gdyż podczas obcowania z tak rozwiniętym organizmem jak Maszyna napotykamy na trudności, których nie sposób obejść stosując tradycyjne strategie. Planetarna Maszyna zawsze jest w stanie szantażować zagrożeniem autodestrukcji. Nie można zaprzeczyć, że walka partyzancka, jako dekonstruktywny środek, może być niezbędna w pewnych okolicznościach. Ale jednym z większych błędów, jakie można zrobić, to bohatersko, z gotowością do poświęceń stawić jej czoła. W jakiś sposób musimy pogodzić się z tym szantażem i w momencie gdy zacznie zabijać – wycofać się. Nie trzeba się jej bać. Śmierć jest w nią wpisana. Brzmi to wszystko może z lekka defetystycznie, ale to po prostu jedna z lekcji wyniesionych z Chile, Polski, Grenady, Egiptu, Ukrainy… Gdy dochodzi do walki, to najprawdopodobniej oznacza, że już przegraliśmy. Niezależnie od tego, po której stronie konfliktu jesteśmy. Zawsze wygrywa Maszyna, a nie my. Mamy do wyboru zrobienie kariery w rządzie jakiejś ohydnej dyktatury wojskowej lub przymusowe roboty w kopalni. Jeśli Maszyna zabiera się za zabijanie, to musimy się zastanowić, gdzie popełniliśmy błąd. Nie możemy zapomnieć, że to my jesteśmy tymi, którzy zabijają. Nie ma innego wroga prócz nas. Fakt ten niewiele ma wspólnego z ideologiami „non violence”. Najbardziej krwawe ideologie zazwyczaj odżegnują się od zabijania. Zniszczenia Maszyny także nie da się przeprowadzić nie używając przemocy. Nie zobowiązuje nas to jednak do wkładania kwiatów do butonierek mundurów i zbaczania z właściwej drogi. Żołnierze i gliniarze są podobni do nas. Być może policjant jest porządnym sąsiadem, generał gejem, a czołgista ma strajkującą siostrę. Im więcej węzłów sieci, tym lepsze mamy zabezpieczenie i tym mniej Maszyna jest skłonna ryzykować starć zbrojnych. Musimy być ostrożni, praktyczni i dyskretni. Jeśli Maszyna morduje – to znaczy, że nie ma wystarczającej liczby powiązań. Maszyny nie pokona się przypuszczając atak frontalny, ale może ją strawić rak, o którym dowie się, gdy już będzie za późno na operację. Zasada ta wydaje się być ogólnie obowiązująca i kto jej nie akceptuje niech lepiej się wycofa (chyba, że bardzo chce zostać bohaterem).

Metoda ta jako strategia jest rodzajem praktycznej medytacji. Może być przedstawiona za pomocą następującej mandali, łączącej ruch społeczny z bolo (przyszłą społecznością elementarną).

olobolo

TRIK

Maszyna Pracy ma charakter planetarny, więc udana strategia bolo’bolo także musi ten charakter podzielać. Sieci jedynie lokalne, regionalne czy narodowe nie wystarczą, aby rozgnieść naszego potwora. Zachód, Wschód i Południe muszą równolegle obalać poddańcze funkcje i kreować konstruktywne zalążki bolo. Potrzeba zjednoczenia trzech rodzajów pracowników na poziomie mikro ma swoją analogię w potrzebie zjednoczenia trzech części świata. Potrzebny więc byłby nam sposób do komunikacji pomiędzy sieciami w krajach wysoko uprzemysłowionych, rozwijających się i zacofanych. Troisty węzeł będący unią węzłów na poziomie globalnym.

Zalążki bolo’bolo muszą być zakładane poza rządami, z dala od istniejących międzynarodowych organizacji czy rozwiniętych grup pomocy. Kontakty muszą się odbywać bezpośrednio pomiędzy lokalnym społecznościami, pomiędzy codziennymi inicjatywami wszelkich rodzajów. Istnieje nić łączności pomiędzy pl. św. Marka w Nowym Jorku, parafią św. Brygidy z Gdańska i Mutum Biyu z Nigerii, Czelabinskiem 66, Antwerpią i Fumą z wysp Fiji. Takie związki rodzą się na bazie przypadkowych znajomości prywatnych (wycieczki turystyczne, facebook, youtube…). Potem mogą być mnożone dzięki już istniejącym połączeniom. Praktyczne użycie węzłów może być dość trywialne: wymiana dóbr, usług (leków, ubrań, wyposażenia, przypraw, nagrań…), wykonywana bez użycia pieniędzy lub przynajmniej tak tanio, jak to tylko możliwe. To, że podobne realizacje są możliwe świadczą już zaistniałe wymiany. Oczywistym jest, że warunki takowych wymian są dalekie od równych – trzecioświatowy partner potrzebuje większej ilości podstawowych produktów, aby móc wydobywać się spod kieratu światowego rynku. Społeczności takie potrzebują również wielu materiałów dla stworzenia podstawowej infrastruktury (fontanny, telefony, generatory). Nie oznacza to jednak, że jest to jedynie odmiana pomocy dla państw rozwijających się. Partnerzy muszą tworzyć wspólne projekty, kontakty muszą być osobowe. Pomoc przystosowana do rzeczywistych potrzeb i oparta na relacjach bezpośrednich. Mieszkańcy bogatego świata mogą dawać wiele dóbr materialnych (których mają pod dostatkiem), ale mogą dostać w zamian wiele dóbr kulturalnych i duchowych, na których akurat im nie zbywa. Mają okazję poznać inny styl życia, nauczyć się paru rzeczy o Naturze, mitologiach, innych formach ludzkich stosunków, co byłoby dla wielu rzeczą zbawienną.

Potrójne węzły pozwalają biorącym w nich udział sieciom pozbyć się wzajemnych złudzeń o sobie i uczestniczyć w zatrzymaniu alienującej je gry, którą prowadzi Maszyna Pracy. Zachodnie sieci poznają powszednie życie w krajach postkomunistycznych. Jedni pozbywają się zwierzęcego antykomunizmu, a inni naiwnej wiary w socjalizm. Wschodni partnerzy porzucają swe fantazje na temat Złotego Zachodu i równocześnie uodparniają się na jego subtelną indoktrynację. Sieci trzeciego świata mają szansę ominąć ideologię postępu, socjalistyczną demagogię i szantaż nędzą. Nie jest to podpięte pod żaden edukacyjny proces, stanowi raczej naturalną konsekwencję komunikacji. Zachodnie sieci mogą pomagać swym uboższym przyjaciołom dostać japońską konsolę do gier (potrzeby to potrzeby, nawet te sztucznie stworzone przez rynek). W procesie bliższej wymiany i rozwoju struktur bolo’bolo, autentyczne potrzeby staną się i tak dominujące. Tańce, egzotyczne baśnie i klechdy są przecież bardziej zajmujące niż gry-horrory telewizyjne. Mongolskie czy bułgarskie pieśni ludowe, free-jazz są sympatyczniejsze niż płaskie syntetyczne brzmienia pop-kultury. Chociaż znajdzie się pewnie milion osób widzących to inaczej. Nie szkodzi, to nawet lepiej.

Planetarność jest warunkiem koniecznym sukcesu strategii prowadzącej do bolo’bolo. Jeśli bolo’bolo miałoby być tworem jednego kraju czy regionu, będzie skazane na porażkę. Stanie się jedynie kolejnym bodźcem dla po(d)stępu. Dzięki współczesnej komunikacji do głosu dochodzą planetarne stosunki. dezintegrujące państwa narodowe i polityczne bloki. Zarówno na polu lokalnym, tak na arenie światowej węzły i połączenia tworzą sieć paraliżującą Maszynę Pracy. Mogą z tego wyłonić się uczciwe umowy handlowe (feno), zasada ogólnej gościnności (sila), nowo zdefiniowane kulturalne regiony (sumi) i planetarny punkt spotkań (asa’dala). Sieć mogłaby zablokować od środka także potencjał wojenny poszczególnych państw, udowadniając, że stanowi ona ruch prawdziwie pokojowy. Nie ograniczający się do „walki o pokój”, ale zajmujący się wspólnym, kreatywnym projektem.

PRZYKŁADOWY PLAN

bolo’bolo może być zrealizowane w ciągu 5 lat. Choć podanie tak krótkiego okresu może kogoś dziwić; w istocie sądzę, że jeśli miałoby ono w ogóle powstać to musiałoby zostać stworzone właśnie w bardzo niedługim czasie. Czas płynie na korzyść Maszyny. Poniżej przedstawiamy przykładowy plan. Można go traktować na zasadzie fantazji, ale tak naprawdę za każdą godzinę zwłoki odpowiedzialni jesteśmy my sami.

2014Sieci rozwijają się w wielu okręgach, miastach i regionach, zawiązywane są nowe kontakty; pojawiają się pierwsze troiste węzły. Niektóre wspólnoty przemieniają się w pionierskie, eksperymentalne bolo. Ludzie sprawdzają przydatność istniejących budowli i struktury przestrzeni publicznej dla bolo. Coraz więcej ulic zablokowanych jest przez gigantyczne korki samochodowe. Maszynę trawią liczne kryzysy, choroby i wojny, ma kłopoty z utrzymaniem kontroli. Organy państwowe wypełniają swe represyjne funkcje wolno, nieuważnie i okrutnie.

2015 – Powstają coraz to nowe wspólnoty i troiste sieci, spełniające coraz więcej praktycznych i codziennych zadań: Pomoc wzajemna w wyżywieniu. W pewnych regionach Maszyna traci wpływy i niezależne bolo zajmują jej miejsce. Aparaty państw i korporacji cierpią od ataków i niewydolności.

2016 – Widmo bolo’bolo staje przed światem (autonomiczne tereny – Oregon, Tadżykistan, Saksonia z Dolnym Śląskiem, Walia, niektóre kantony Szwajcarii, regiony Australii, Mozambiku, Paragwaj). Rolnictwo nastawione jest na samowystarczalność, a struktury bolo’bolo – wzmacniane. W grudniu mapa świata wygląda jak tygrysie futro autonomicznych krain (yudo), pojedynczych bolo, resztek Maszyny (okaleczonych, upadłych państw i baz wojskowych nie podlegających nikomu). Wzmaga się ogólny chaos, żołnierze dezerterują. Wszystkie byłe mocarstwa łączą się w ZSOS (Zjednoczone Siły Ocalenia Stabilności). ZSOS buduje nową, supernowoczesną bazę wojskową w Azji – Monomat.

2017 – Międzynarodowy system transportu i komunikacji pada. 237 autonomicznych regionów zwołuje pierwszą planetarną konferencję (asa’dala) w Bejrucie. Zgadzają się przebudować system komunikacyjny na nowych zasadach. ZSOS pozostaje zamknięty w Monomacie i reszta Wszechświata wymyka się jego kontroli. Powstaje planetarna sieć pomocy wzajemnej. Państwo, długi i głód znikają. Robotnicy z Monomatu uciekają do rejonów bolo’bolo. ZSOS przestaje istnieć bez formalnego rozwiązania (jego trzon ginie podczas wielkiej ucieczki w lawinie śnieżnej w Himalajach) i bez palenia swych czerwonobiałych flag z niebieską gwiazdą.

2018 – 2345 – Czas bolo’bolo.

2346 bolo’bolo traci swą „moc”, po tym, jak „niebiescy” (rodzaj cyber-kulturowej epidemii) rozprzestrzeniają się i niszczą inne typy bolo. Wiek chaosu i kontemplacji.

2764 Początek Trawścieńca. Wszelkie zapisy z przeszłości zaginęły. Ta#2& przelicza od nowa szansę na naprawę świata…

Reklamy


1 komentarz

Rzeźnia dla wszystkich. Bezczelna i ironiczna szuka anty-militarna napisana w 1947 roku

Boris Vian
Tłumaczenie Katarzyna Dragun
2322953_7_644x461_zolnierzyki-olowiane-od-delprado- (kopia)

Scena dzieje się rankiem 6 czerwca 1947 roku u bardzo miłego rzeźnika. Scenografia przedstawia wspólne pomieszczenie w domu rzeźnika w Arromanches. W rogu stół roboczy i szafa z narzędziami. Stoły, krzesła. Portret konia. Fosa na konie z trapem i uruchamiającą go dźwignią. Swoisty zapach. Ogólna wiejska atmosfera, aromanszowa ściślej mówiąc.

SCENA I OJCIEC, ANDRZEJ (Pracują przy stole roboczym nad przywróceniem do poprzedniego stanu olbrzymiego hebla)

OJCIEC – Obrzydlistwo. Ten ostatni koń doszczętnie spartolił hebel.

ANDRZEJ – Nie można tego jakoś naprawić?

OJCIEC – Tylko spójrz, metal poharatany jak sito.

ANDRZEJ – Może jednak będzie działać…

OJCIEC – Będzie musiał. (Chwyta za metal i spluwa nań ze zdegustowaną miną. Andrzej podaje mu szmatkę. Wyciera metal. Z zewnątrz przeróżne odgłosy: karabin maszynowy, wybuchy itp. Współbrzmiące militarne okrzyki.)

OJCIEC – A niech to, już tu zaczynają nam latać z tym ich lądowaniem. Jaki diabeł nas pokusił, żeby zamieszkać w Arromanches!

ANDRZEJ – No, niezbyt to było mądre.

OJCIEC – Ej, ej smarkaczu! Trochę szacunku dla mojego pradziadka! W końcu to on wpadł na ten pomysł.

ANDRZEJ – Przepraszam, to się już więcej nie powtórzy.

OJCIEC – Gdzie moja córcia?

ANDRZEJ – Która?

OJCIEC – Marysia.

ANDRZEJ – Obydwie tak mają na imię.

OJCIEC – A no tak, racja. Przyjmijmy, że nic nie mówiłem.

ANDRZEJ – Idę jej poszukać. (Wychodzi, ojciec zostaje sam.)

SCENA II OJCIEC, SĄSIAD

OJCIEC (sam) – Nikogo nie ma, trzeba z tego skorzystać. (Zakrada się do szafki z calvadosem i w momencie gdy wyciąga po niego rękę, rozbrzmiewa niesamowita eksplozja. Ojciec podskakuje.) Boże Przenajświętszy! Co za łajdaki! (Gwałtowne pukanie do drzwi.) Proszę!

SĄSIAD (wchodząc) – Cześć!

OJCIEC – Cześć. Żyjesz jeszcze?

SĄSIAD – Ty też?

OJCIEC – Ja to normalne. Jestem w końcu rzeźnikiem. Nigdy tu nie dotrą, za bardzo tu śmierdzi.

SĄSIAD – No tak, nieźle capi. Jak ci się udaje tak śmierdzieć?

OJCIEC – To tajemnica rodzinna. No dobra, powiem ci na ucho.

SĄSIAD – Mówiłeś mi to już setki razy.

OJCIEC (obrażony) – Sam prosiłeś.

SĄSIAD – Bo jestem uprzejmy, ale nie musisz mnie brać za kretyna.

OJCIEC – A jak tam lądowanie?

SĄSIAD – A dalej się piorą ile wlezie.

OJCIEC – Taka szkoda, że mają czołgi. Kiedyś to bym miał roboty, ile by mi koni dostarczyli!…

SĄSIAD – Doszli już do górnej plaży. Możesz ich stąd zobaczyć.

OJCIEC – Nie będę sobie tym głowy zawracać. (Podchodzi do okna.) Cię choroba! Co się tam dzieje! Niewyobrażalne!…

SĄSIAD – Na pewno jest ich ponad pięćdziesięciu.

OJCIEC – A co na to ci drudzy?

SĄSIAD – Szwaby? Niezbyt zadowoleni. Wyobraź sobie, że ktoś cię budzi o tej porze!

OJCIEC – To dlatego, że mają tam inną godzinę w Ameryce. Jakieś tam historie z południkami, trzeba coś tam według nich policzyć.

SĄSIAD – Nie musisz tego wspominać. Wiem, wiem, jesteś mechanikiem. A jak tam Marysia?

OJCIEC – A właśnie! Miałem zamiar cię się poradzić w ważnej sprawie.

SCENA III CI SAMI, ANDRZEJ

ANDRZEJ – Nie wiem gdzie jest Marysia.

OJCIEC – Mówiłem ci, żebyś jej nie szukał.

ANDRZEJ – No właśnie nie mogłem jej znaleźć, nie mogłeś mi wcześniej powiedzieć? (Zdenerwowany wzrusza ramionami.)

SĄSIAD – Najmocniej przepraszam, ale miałeś się mnie poradzić w jakiejś ważnej sprawie…

OJCIEC – A tak, oczywiście. No więc sprawa jest taka… Marysia kocha Heinza.

SĄSIAD – Tego Szwaba?

OJCIEC – Tak, tego co wynajmuje u nas pokój.

SĄSIAD – Ach! Sypia z nim?

OJCIEC (zażenowany) – Nie wiem. Sypia z nim, Andrzej?

ANDRZEJ (zażenowany) – Nie wiem.

OJCIEC – No widzisz, nie wiemy. W każdym bądź razie kocha go, co nie, Andrzej?

ANDRZEJ – O tak, to na pewno. Kocha go.

OJCIEC – Więc on też ją kocha.

SĄSIAD – Trzeba ich pożenić. Jak dwoje się kocha, muszą się pobrać.

OJCIEC – Genialne! A co ty sobie wyobrażasz, że o tym nie pomyśleliśmy?

SĄSIAD – No to dlaczego ich nie pożeniliście? Jak tego nie zrobiliście do tej pory, znaczy się nie pomyśleliście o tym. (Przeraźliwy hałas. Wszyscy kulą głowy w ramiona.)

OJCIEC – Mam!

ANDRZEJ – Co masz?

OJCIEC – Sam już nie wiem, w każdym razie miałem tego pełno przed chwilą. Ale wróćmy do naszej sprawy. Co mi radzisz?

SĄSIAD – No trzeba ich pożenić. Tak mi się wydaje, znaczy się to się rzuca w oczy.

OJCIEC – To taka metafora.

SĄSIAD (rozdrażniony) – Ech, do diaska z tymi twoimi cytatami!

ANDRZEJ – Kochają się, bez dwóch zdań.

OJCIEC – Nie wydaje mi się, że Heinz byłby dobrym rzeźnikiem, za chudy jest, ale mógłby ostrzyć hebel.

ANDRZEJ (zachwycony) – Super pomysł!

SĄSIAD – Co jak co, ale trzeba będzie się wywiedzieć czy sypiają ze sobą…

OJCIEC – Masz rację. Ale jak? (Do Andrzeja.) Idź poszukaj mojej córci.

ANDRZEJ – Dobrze, już idę.

SCENA IV OJCIEC, SĄSIAD

OJCIEC – Denerwuje mnie, że muszę myśleć o tylu sprawach. Jak mam spokojnie spać z tyloma zmartwieniami na głowie? (Silniejsza seria z karabinu maszynowego.)

SĄSIAD – Przede wszystkim, to nie godzina na spanie.

OJCIEC – Wiem dobrze, ale ta cała historia spędza mi sen z powiek. Chciałbym móc się zająć spokojnie tylko pracą. (Pukanie do drzwi.)

OJCIEC – Proszę. (Wchodzi Niemiec. Ma strzelbę i bazukę i strzela za siebie.)

NIEMIEC (z akcentem) – Mogę to tu zostawić? Przeszkadza mi w bieganiu.

OJCIEC – Jasne, proszę bardzo. Nikt tego nie dotknie.

NIEMIEC – Dzięki. Zabiorę to wracając. (Niemiec zamyka za sobą drzwi, a ojciec odwraca się do sąsiada.) Oby ten idiota Andrzej znalazł Marysię.

SĄSIAD – Którą?

OJCIEC – Tą, która ma poślubić Heinza.

SĄSIAD – A, tak. To niezbyt praktyczne nadać im to samo imię.

OJCIEC – Też tak sądzę. Zwłaszcza, że ich matka też ma na imię Marysia…

SĄSIAD – Jak ty się w tym wszystkim połapujesz?

OJCIEC – One się w tym połapują. Ja tam nie wiem jak to robią. (Andrzej wraca.)

SCENA V CI SAMI, ANDRZEJ

ANDRZEJ – Naprawdę nie wiem gdzie ona jest.

OJCIEC – Sprawdzałeś w jej pokoju?

ANDRZEJ – Nie mogłem. Heinz już tam jest.

OJCIEC – A więc wszystko jasne. Nie ma czasu do stracenia. Do diaska, to żenujące.

ANDRZEJ – O tak, bardzo żenujące.

SĄSIAD – Nie musisz się teraz dowiadywać.

OJCIEC – Lepiej będzie teraz. W każdym razie jedna rzecz jest pewna: trzeba zwołać naradę rodzinną. A to niestety nie będzie łatwe.

SĄSIAD – Cały czas przecież to robimy.

OJCIEC – Jak się ma kretyńskie dzieci, które się tłuką gdzieś po świecie zamiast uczyć się porządnego rzeźnickiego fachu…

SĄSIAD – No nie możesz nic złego o swoich dzieciach powiedzieć, przecież służą krajowi.

OJCIEC – Wiesz, sęk w tym, że jedno z nich, Jacek, jest Amerykaninem, a drugie, Kasia, Żydówką.

SĄSIAD – Myślałem, że masz dwóch chłopców.

OJCIEC – No wiesz, Kasia jest spadochroniarką w Armii Czerwonej, więc jest jak facet.

SĄSIAD – A, w takim razie wszystko jasne.

OJCIEC – Zresztą obydwoje są spadochroniarzami.

ANDRZEJ – Ale jak to się dzieje, że są z tylu różnych krajów?

OJCIEC – A nie zawracaj mi głowy tymi durnymi pytaniami, a skąd ja u diaska mam wiedzieć? Tak już jest i już. Nie kwestionuje się dzieci, które Bóg ci dał.

ANDRZEJ – A tata wtedy odpoczywał?

OJCIEC – Wtedy? Jakie „wtedy”?

ANDRZEJ – No wtedy kiedy Bóg dawał ojcu dzieci…

OJCIEC – Pracowałem w rzeźni rzecz jasna. Albo naprawiałem hebel. Jak nic, jedno albo drugie.

ANDRZEJ – A jak można tego uniknąć?

OJCIEC – Trzeba się w porę zorientować. Słuchaj, może byś tak poszedł poszukać… (Pukanie do drzwi.) Proszę.

SCENA VI CI SAMI, ŻOŁNIERZ AMERYKAŃSKI.

AMERYKANIN (wchodzi skacząc na skakance) – Dzień dobry! Można się czegoś napić?

OJCIEC – Tak, oczywiście. Jak leci?

AMERYKANIN – W porządku. Pić mi się chce. (Andrzej bierze szklankę, napełnia ją i podaje gościowi.

Następna Strona


Dodaj komentarz

Utopie. bolo’bolo. Rozdział 1

Hans Widmer (pseudonim P.M)
Tłumaczenie: Piotr Nadzieja
Korekta: Anna Roś

„Jeśli marzysz samotnie, to jedynie marzysz. Jeśli marzysz wspólnie z innymi to tworzysz rzeczywistość.” (brazylijska pieśń ludowa)

Implozja

Życie na naszej planecie nie jest tak przyjemne, jak mogłoby być. Coś ewidentnie nawaliło na „statku kosmicznym Ziemia”. Lecz co? Być może fundamentalny błąd popełniła Natura (lub ktokolwiek to był), wpadając na pomysł stworzenia „człowieka”. No, bo po cóż małpy brały się za myślenie? Cóż. Nie wydaje się abyśmy w tym wypadku mieli wiele do powiedzenia; musimy radzić sobie sami z tym „naturalnym” błędem. Z sobą. Po to są w końcu błędy, żeby się na nich uczyć.

W czasach prehistorycznych nasz kłopot nie przedstawiał się tak okazale. W epoce kamienia łupanego (50 000 lat temu) było nas tylko paru, jedzenia (zwierzyny i roślin) w bród, a przetrwanie wymagało minimalnego czasu pracy i umiarkowanych wysiłków. Na zbieranie korzeni, orzechów czy jagód (nie zapominajmy o grzybach!) czy zabijanie (łapanie w pułapki) zajęcy, kangurów, ryb, ptaków czy saren poświęcaliśmy 2-3 godziny dziennie. W obozowiskach dzieliliśmy się jedzeniem, a resztę dnia spędzaliśmy śpiąc, marząc, kąpiąc się, kochając czy opowiadając opowieści. Niektórzy z nas upodobali sobie malowanie ścian jaskiń, łupanie kości i patyków czy wymyślanie nowych pułapek i piosenek. Zwykliśmy włóczyć się po ziemskich krainach w grupach przeważnie +/- 25 osobowych targając ze sobą tak małą ilość bagażu i własności, jak to tylko możliwe. Preferowaliśmy oczywiście łagodny klimat i nie było jeszcze Cywilizacji, która wepchnęła by nas na pustynie, w tundry czy góry. Era kamienia łupanego wydaje się być czymś bajkowo wspaniałym, jeśli tylko zdobędziemy się na trochę zaufania wobec odkryć antropologicznych.

Po pewnym czasie ktoś zaczął bawić się ziarnami i wymyślił rolnictwo. Zrazu wydawało się ono być dobrym pomysłem: nie musieliśmy chodzić daleko, by zdobyć warzywa. Lecz życie stało się równocześnie bardziej złożone i męczące. Musieliśmy siedzieć w jednym miejscu co najmniej parę miesięcy, zachowywać ziarna na następny siew, planować i organizować pracę na polach. Żniwa musiały być też ochraniane przed naszymi kuzynami, trudniącymi się myślistwem i zbieractwem, którzy nie chcieli sobie jakoś wybić z głowy przekonania, że wszystko należy do wszystkich. Konflikty między rolnikami, myśliwymi i pasterzami narosły. Musieliśmy wytłumaczyć innym, że „zapracowaliśmy” sobie na nasze prowizje, a oni nie znali nawet słowa „praca”. Przez planowanie, magazynowanie jedzenia, obronę, grodzenie się, organizację i wymóg dyscypliny otworzyliśmy drogę wyspecjalizowanym organizmom społecznym – kościołom, władzy, armiom. Stworzyliśmy całe multum religii i rytuałów przekonujących do nowo wybranego stylu życia. Pokusa powrotu do wolnego życia zbieraczy i myśliwych zaczęła być traktowana jako zagrożenie. Byliśmy na, bądź to matriarchalnej, bądź patriarchalnej, lecz z pewnością prostej drodze do Państwa.

Wraz z rozwojem starożytnych cywilizacji w Mezopotamii, Indiach, Chinach czy Egipcie, równowaga pomiędzy człowiekiem a Naturą została zachwiana zupełnie. Przyszła implozja „naszego statku kosmicznego” została zaprogramowana. Scentralizowane organizmy społeczne wykształciły swą własną dynamikę; staliśmy się ofiarami naszego rodzonego dziecka. Miast 2 godzin dziennie pracowaliśmy co najmniej 10 na polach czy budowach faraonów i cezarów. Ginęliśmy w ich wojnach, żyliśmy w jarzmie niewolnictwa. Ci, którzy próbowali wrócić do wolności byli likwidowani.

Początki industrializacji nie przyniosły poprawy. System fabryczny zniszczył zarówno chłopów jak i niezależnych miejskich rzemieślników. Baty i majstrów zastąpiły maszyny. Nadały nam one swój własny rytm, karząc wypadkami przy pracy, więżąc w przygnębiających halach. Jeszcze raz „postęp” okazał się być wydłużeniem czasu pracy i pogorszeniem, i tak już morderczych warunków życia. Cała planeta zmieniła się w jedną wielką Maszynę Pracy. A była ona równocześnie Maszyną Wojny dla tych, którzy śmieli podnieść na nią rękę. Wojna uprzemysłowiła się tak, jak i praca. Istotnie – pokój i praca nigdy nie były kompatybilne. Nie możesz zgadzać się na bycie wykorzystywanym przez Maszynę i chronić innych przed jej mackami, nie możesz odmawiać swej wolności, nie zagrażając tym wolności innych. Wojna stała się tak absolutna jak Praca.

Wczesna Maszyna Pracy produkowała iluzje „lepszej przyszłości”. Skoro teraźniejszość nie przynosi nic dobrego, przyszłość musi wydawać się o niebo lepsza, aby ludziom nie odeszła ochota do życia. Nawet organizacje klasy robotniczej były przekonane, że industrializacja stworzy podwaliny społeczeństwa o większej wolności i dłuższym i przyjemniejszym czasie wolnym. Utopiści, socjaliści i komuniści uwierzyli w Przemysł. Marks twierdził, że z jego pomocą człowiek na powrót będzie zdolny rozkoszować się życiem… Lenin, Stalin, Castro i reszta bandy – wszyscy oni żądali Większego Poświęcenia dla budowy nowego społeczeństwa. Lecz nawet socjalizm okazał się być jeszcze jedną sztuczką Maszyny, podbijającą obszary, w których Maszynę wcześniej obejmował zakaz wstępu. Maszyna nie zwraca uwagi, czy obsługuje ją międzynarodowa korporacja czy państwowi biurokraci. W obu wypadkach cel jest taki sam: kraść nasz czas, aby go później sprzedać.

Przemysłowa Maszyna Pracy i Wojny definitywnie zrujnowała nasz „prom kosmiczny”: Wyposażenie (dżungle, puszcze, jeziora, morza) rozerwała na strzępy. Naszych przyjaciół (wieloryby, żółwie, tygrysy, orły) eksterminowała. Powietrze pozbawiła wszelkich znamion normy (smog, kwaśne deszcze, wyziewy przemysłowe). Spiżarnię (paliwa, węgiel, metale) łapczywie zdemolowała. A oprócz tego przygotowała autodestrukcję w postaci nuklearnego holokaustu. Nie jesteśmy nawet w stanie wykarmić wszystkich pasażerów „naszego rozbitego statku”. Staliśmy się tak nerwowi, że gotowi na najkrwawsze nacjonalistyczne, rasowe czy religijne wojny. Dla wielu z nas wizja absolutnej katastrofy z zagrożenia zmieniła się w wizję wyzwolenia od lęku, nudy, ucisku i harówy.

3000 lat cywilizacji i 200 lat uprzemysłowienia – ten poczęstunek spowodował niezłego kaca. „Ekonomia” stała się celem samym w sobie – zostaliśmy przez nią połknięci. Nasz hotel terroryzuje swych gości. Nawet, jeśli są oni równocześnie gospodarzami.

Imię potwora, którego osobiście wychowaliśmy, a który trzyma naszą planetę w swym uścisku brzmi: Planetarna Maszyna Pracy (Państwo, System, Władza, Rynek, Babilon, Spektakl, Rozum, Wielki Brat, …). Jeśli chcemy nasz pojazd uczynić znów sympatycznym, musimy usunąć ową Maszynę, naprawić szkody, które wyrządziła i ustalić jakieś podstawowe porozumienia, pozwalające nie dopuścić do zmartwychwstania potwora. Naszym pierwszym pytaniem powinno być to, w jaki sposób Planetarna Maszyna Pracy jest zdolna sprawować nad nami kontrolę? Jak jest zbudowana? Jak można zniszczyć jej maszynerię?

Nasza Planetarna Maszyna Pracy: żywi się w Afryce, trawi w Azji i defekuje w Europie. Jest programowana i regulowana przez międzynarodowe kampanie, system bankowy, rynek paliw, etc. Narody, państwa, bloki, Pierwsze, Drugie, Trzecie czy Czwarte światy to iluzje – wszystkie one wchodzą w skład tego samego piekielnego mechanizmu. Mamy tu wyraźne zębatki i pasy klinowe wywołujące tarcia i naciski. Maszyna jest bowiem oparta na wewnętrznych sprzecznościach: robotnicy – kapitał, własność prywatna – własność państwowa (kapitalizm – socjalizm), rozwój – brak rozwoju, bieda – marnotrawstwo, wojna – pokój, kobieta – mężczyzna itd. Maszyna nie stanowi więc struktury jednolitej; używa swych wewnętrznych sprzeczności, aby rozszerzyć kontrolę i specjalizować narzędzia tak, jak organizacja faszystowska, teokratyczna czy system z „1984” Orwella. Maszyna Pracy zezwala na „mieszczący się w granicach rozsądku” stopień oporu, prowokacji i rebelii. Trawi związki zawodowe, radykalne partie, ruchy protestu, demonstracje i demokratyczne zmiany reżimu. Jeśli demokracja nie funkcjonuje – używa dyktatury. Jeśli jej legitymacja jest w kryzysie, w zanadrzu ma jeszcze ostateczne argumenty w postaci więzień, tortur i obozów.

Pryncypium, które zarządza działaniem Maszyny to ekonomia. Czym jest ekonomia? Bezosobową, pośrednią wymianą utowarowionego czasu („sprzedajesz swój czas, aby kupić czas, który sprzedali inni”). Poświęcasz swój czas na produkcję jakiejś części, którą ktoś, kogo nie znasz użyje do zmontowania urządzenia, które kupi absolutnie nieznany ci jegomość w równie nieznanym celu. Obieg tych kawałków życia reguluje się zgodnie z czasem pracy, włożonym w materiały budulcowe, produkcję i w Ciebie. Środkiem miary są pieniądze. Taki mechanizm doprowadza do sytuacji, gdy np. do zbuntowanych robotników strzela się bronią, którą pomogli wyprodukować. Tak naprawdę każdy towar jest wymierzoną w nas bronią, każdy supermarket – arsenałem, a każda fabryka – polem bitwy. Strategia Maszyny to rozbicie społeczeństwa na wyalienowane jednostki, szantażowanie ich płacą i przemocą i używanie zgodnie ze swoimi planami. Ekonomia zaś to nic innego jak ekspansja kontroli Maszyny nad swymi częściami, czyniąca te części coraz bardziej i bardziej zależnymi od Systemu.

Wszyscy wchodzimy w skład Planetarnej Maszyny Pracy – jesteśmy nią. Reprezentujemy ją w kontaktach między sobą. Niezależnie od tego, czy jesteśmy „rozwinięci” – czy nie, opłacani – czy nie, czy pracujemy – czy nie jesteśmy zatrudnieni, służymy jej celom. Gdzie nie ma przemysłu, sztucznie tworzymy robotników do eksportu w rejony uprzemysłowione. Afryka tworzyła niewolników dla Ameryki, Turcja tworzy robotników dla Niemiec, Pakistan dla Kuwejtu, Ghana dla Nigerii, Maroko dla Francji, Meksyk dla USA.

Obszary nietknięte szponem Maszyny używane są jako sceneria dla międzynarodowego biznesu turystycznego: możemy pooglądać Indian w rezerwatach, Polinezyjczyków, brzydkich jak noc Aborygenów. Ci, którzy próbują wydostać się z rąk Maszyny pełnią funkcję malowniczych outsiderów (kloszardzi, punki, jogini). Tak długo, jak Maszyna będzie istnieć, będziemy jej mechanizmami. Zniszczyła prawie wszystkie tradycyjne społeczności, wyprowadzając je najczęściej na manowce demoralizacji i najprawdopodobniej zniszczy w ten sposób i nas. Kiedy próbujesz uciec w wyludnione góry, by cicho bytować na małym poletku, możesz być pewien, że w końcu odwiedzi cię policjant lub inny urzędnik (chyba, że bardzo upodobnisz się do leśnych zwierząt). Maszyna jest w stanie dosięgnąć swymi mackami każdego miejsca tej planety w ciągu paru godzin. Nawet w najbardziej odludnych częściach pustyni Gobi nie możesz się nazbyt spokojnie wysrać.

Charlie Chaplin w filmie "Dzisiejsze czasy" z 1936 roku

Charlie Chaplin w filmie „Dzisiejsze czasy” z 1936 roku

Podstawowe elementy Maszyny

Badając Maszynę bliżej możemy wyróżnić trzy podstawowe funkcje, trzy komponenty międzynarodowej siły pracy i trzy transakcje, które System oferuje różnym rodzajom pracowników. Owe trzy funkcje mogą być scharakteryzowane następująco :

Informacja – planowanie, projektowanie, poradnictwo, zarządzanie, nauka, komunikacja, polityka, produkcja idei, ideologii, religii, sztuki; kolektywny mózg i system nerwowy Maszyny.

Produkcja – przemysłowa i rolnicza produkcja dóbr, wykonywanie planów, wyalienowana praca, cyrkulacja energii.

Reprodukcja – produkcja i utrzymanie trzech typów pracowników, poczynanie dzieci, edukacja, prace domowe, usługi, rozrywka, seks, rekreacja, opieka medyczna, itd.

Wszystkie te funkcje są podstawowe – jeśli któraś z nich nawali, prędzej czy później Maszyna padnie. Owe trzy funkcje wymagają istnienia trzech typów pracowników, którzy zapewnialiby jej prawidłowe funkcjonowanie. Są oni podzieleni ze względu na płace, przywileje, wykształcenie, status społeczny, itd. Są to pracownicy:

techniczno-intelektualni: wykwalifikowani, dobrze opłacani, głównie biali mężczyźni. Obsługują oni głównie mechanizmy informacji i reprodukcji. Przykład: informatycy.

przemysłowi: umiarkowanie bądź słabo opłacani, z ogólnymi kwalifikacjami. Przykłady to kierowcy ciężarówek, elektromonterzy.

okresowi podejmujący się drobnych rolniczych i sezonowych prac, również gospodynie domowe, bezrobotni, kryminaliści, kieszonkowcy. Pozbawieni regularnych dochodów. Głównie kobiety, kolorowi. żyją często na granicy ubóstwa.

Powyższe typy pracowników występują na całym świecie, jednakowoż bardzo ogólnie możemy rozróżnić trzy obszary o przewadze odpowiedniego rodzaju pracowników:

Pracownicy techniczno-intelektualni żyją najczęściej w najbardziej rozwiniętych krajach (USA, Europa, Japonia)

Pracownicy przemysłowi w państwach bloku socjalistycznego (chociaż coraz więcej jest tam pracowników techniczno-intelektualnych), Tajwanie, itp.

Pracownicy okresowi zamieszkujący obszary nazywane III światem – rolnicze, słabo rozwinięte tereny Afryki, Azji i Ameryki Południowej a także slumsy wielkich metropolii całego świata (III świat spotykamy wszędzie, ale też są zasadnicze różnice pomiędzy np. Szwajcarią a Birmą).

Potęga Maszyny – jej mechanizm kontrolny – jest oparta na skłóceniu ze sobą owych trzech rodzajów pracowników. Wysokie płace i przywileje nie są dawane ze względu na jakieś szczególne upodobania Maszyny do obdarowywania. Chodzi tu o wyróżnienie, a więc poróżnienie ze sobą ludzi – społeczna stratyfikacja jest używana dla utrzymania całego Systemu. Poszczególnym typom pracowników wpaja się albo nienawiść albo strach w stosunku do pozostałych. Dzieli się ich uprzedzeniami, rasizmem, zazdrością, ideologiami, interesami ekonomicznymi. Pracownicy techniczno-intelektualni i przemysłowi obawiają się utraty swego standardu życia, samochodów, domów, miejsc pracy. Równocześnie stale uskarżają się na stres, depresję. Pracownicy okresowi marzą z kolei o blasku dóbr konsumpcyjnych, stałej pracy i tym, co jawi im się łatwym i przyjemnym życiem. Wszystkie te podziały, lęki i pragnienia są cynicznie wykorzystywane przez Maszynę. Maszyna nie potrzebuje już nawet specjalnej klasy panującej, by utrzymać swą władzę. Kapitaliści, burżuazja, arystokraci są jedynie pacynkami nie mającymi większego wpływu na kolei rzeczy. Maszyna poradziłaby sobie i bez nich, demonstruje to niedawno w państwach realnego socjalizmu. Owe względnie rzadkie i opasłe krówska nie stwarzają problemu. Prawdziwie opresywne organy Maszyny są kontrolowane przez innych pracowników: gliniarzy, żołnierzy, biurokratów. Zawsze stajemy w końcu twarzą w twarz z wygodnymi wariacjami na swój własny temat. Planetarna Maszyna Pracy to machineria składająca się z ludzi skłóconych ze sobą i generalnie nieszczęśliwych. Wszyscy gwarantujemy jej działanie. Następnym naszym pytaniem winna być więc kwestia: dlaczego ten stan trwa? Czemu akceptujemy życie, które tak trudno znieść? Co pozwala nam znosić nasze niezadowolenie?

Kryzys trzech ofert

Sprzeczności, które pozwalają Maszynie żyć są również wewnętrznymi sprzecznościami toczącymi każdego pracownika. Zdaje sobie ona sprawę, że nie przypada nam do gustu podobne życie i że nie byłoby mądrze wciąż zawodzić nasze oczekiwania. Nie może opierać się wyłącznie na represji, gdyż wydajność byłaby niska, a koszty kontroli zbyt wysokie. To dlatego zniesiono niewolnictwo. W rzeczywistości wszyscy po trosze przyjmujemy oferty Maszyny, a po trosze się przeciwko niej buntujemy.

Istotnie, System ma dla nas parę propozycji. Dajemy mu część naszego czasu, ale nie cały. W zamian on daje nam pewną ilość dóbr, ale nie tak dużą jakbyśmy sobie tego życzyli, a także nie dokładnie tych dóbr, które nas zadowalają. Dla każdego typu pracowników przeznaczona jest inna oferta, a dodatkowo dla każdego z pracowników Maszyna ma coś specjalnego (czym to jest, zależy od zawodu, sytuacji życiowej, …). Wszyscy wyobrażają sobie, że są od kogoś tam w lepszej sytuacji (zawsze ktoś taki się znajdzie) i trzymają się tej lepszej sytuacji kurczowo, porzuciwszy myśl o zmianach. Wewnętrzna inercja Maszyny chroni ją od reform i rewolucji.

Tylko w wypadkach, gdy oferty stają się diametralnie niesprawiedliwe, tzn. gdy pomiędzy poszczególnymi typami pracowników są zbyt wielkie różnice np. majątkowe, brak satysfakcji i czytelność sytuacji (My – Oni) mogą sprzyjać nastawieniu na zmianę świata. Obecny kryzys, dostrzegalny głównie na poziomie ekonomicznym, jest spowodowany tym, że wszystkie oferty Maszyny są zbyt mało satysfakcjonujące. Pracownicy wszystkich trzech typów protestowali ostatnio, każdy na swój własny sposób, przeciwko swym układom – transakcjom z Systemem. Nie tylko biedni – bogacze również są niezadowoleni. Maszyna nie jest w najlepszej formie. Zbiera jej się na wymioty.

Rozczarowanie konsumpcją

Jak wygląda konsumpcja? Steki, stereo, serfing, Tai-Chi, nouvelle cuisine, kokaina, dyskoteka + komórka z automatyczną sekretarką, narty w Alpach, Wyspy Kanaryjskie, Nirvana, Alfa Romeo, zamorskie trunki. Czyż to nie wspaniałe?

Tylko co z porannymi dojazdami do pracy? Godzinami złości, niesmaku i rozpaczy? Staramy się nie stawać twarzą w twarz z Pustką, ale w przerwach pomiędzy pracą a konsumpcją, zdajemy sobie sprawę, że czas po prostu się nam wymyka. Maszynę niepokoją te momenty. Nas także. Dlatego zawsze staramy się być pod presją, zajęci, wpatrzeni do przodu, jakbyśmy czegoś szukali. Nadzieja sama w sobie trzyma nas przy życiu. O poranku myślimy o wieczorze, w ciągu tygodnia śnimy o weekendzie, wolny czas spędzamy na planowaniu następnego wolnego czasu. W ten sposób uodparniamy się na rzeczywistość.

Konsumpcja nie stała się jeszcze dominująca ponieważ brakuje ilości i różnorodności konsumenckich dóbr. Masowa produkcja odstawiła na bok jakość i fascynacja „nowościami” maleje. Mięso jest bez smaku, warzywa wodniste, mleko to syntetyczny, biały proszek. TV – morderczo nudne, kierowanie już nie sprawia takiej radości, sąsiedztwo jest albo głośne, tłumne i niebezpieczne albo wymarłe i niebezpieczne. Tymczasem rzeczy wartościowe takie, jak natura, tradycje, żywe stosunki społeczne, sympatyczne fetysze kulturowe, prawdziwie miejskie krajobrazy giną – są niszczone. Wartki nurt dóbr konsumenckich płynie, a jakość życia się w nim topi. Życie zostaje standaryzowane, racjonalizowane, alienowane. Niektórym z nas oferuje się wakacje na egzotycznych plażach tysiące kilometrów stąd, ale w życiu codziennym nasze mieszkania maleją i maleją.

Co jeszcze istotne to, że dla pracowników intelektualno-technicznych praca wciąż pozostaje pracą: zużywaniem energii życiowych, stresem, nerwowym napięciem, wrzodami, atakami serca, deadline’ami, histeryczną konkurencją, alkoholizmem, hierarchiczną kontrolą i docinkami. Żadne dobra konsumenckie nie powetują strat, które spowodowała praca. Otępienie, izolacja, pustka. Nie uleczy ich nowy system klimatyzacyjny, szałowe wczasy, ćwiczenia relaksacyjno-medytacyjne, kursy kreatywności, seks z tajską siedemnastolatką czy narkotyczne kąpiele. Konsumpcja to trucizna; jej działanie objawia się rakiem, depresją, alergiami, uzależnieniami, kryzysami osobowości i samobójstwami. Pod perfekcyjnym makijażem, za fasadą społeczeństwa dobrobytu odkrywamy ludzką tragedię. Mnóstwo owych „uprzywilejowanych” pracowników umyka na wieś, odpływa do sekt, próbuje szczęścia walcząc z Maszyną magią, hipnozą, heroiną, wschodnimi religiami czy innymi iluzjami tajemnej mocy. Desperacko usiłują przywrócić swemu życiu strukturę, znaczenie, sens. Ale wcześniej czy później Maszyna zdybie ich na knowaniach i z ich pomocą doda jedynie impetu swemu Postępowi.

Naturalnie, za konsumpcją nie kryją się tylko i wyłącznie nieszczęścia. Pracownicy intelektualno-techniczni posiadają niewątpliwe przywileje – jako grupa mają dostęp do wszelkich dóbr, informacji i planów Maszyny. Mają szansę użyć tego bogactwa dla siebie, a nawet ku zgubie Maszyny, ale jeśli zdobędą się na to jedynie jako pracownicy intelektualno-techniczni, ich opór będzie częściowy i czysto defensywny. System szybko się uczy. Tego typu walka kończyć się musi porażką.

Frustracja etatyzmem

Etatyzm to klasyczna oferta przemysłowo-robotniczo-państwowa. Pozytywnym jej aspektem (z pracowniczego punktu widzenia) są gwarantowane prace i dochody, opieka społeczna. Jest reprezentowany przez państwa Układu Warszawskiego, Chiny i jest to jej reprezentacja w dość czystej formie. Ale równie dobrze możemy ją rozpatrywać na przykładach krajów kapitalistycznych (Szwecja, Francja, a także USA, Japonia, Niemcy).

W centrum etatyzmu znajduje się Państwo. Porównując je z anonimową dyktaturą rynku i pieniądza, scentralizowane Państwo wydaje się nas lepiej zabezpieczać. Wydawać się też może, że lepiej reprezentuje ono społeczeństwo (tzn. nas) i za jego pośrednictwem wielu pracowników może w większym czy mniejszym stopniu uważać się za swoich panów. Ponieważ Państwo wkracza w wiele sfer naszego życia (emerytury, służba zdrowia, opieka społeczna, policja) wielu uważa je za niezastąpione i wszelki atak na nie wyglądać może na samobójczy zryw. Ale Państwo to w swej istocie jeszcze jedno z obliczy Maszyny, a nie jej zniesienie. Podobnie jak Rynek modeluje swą anonimowość dzięki umasowieniu i izolacji. Ale używa do tego innych środków: Partii (jednej lub wielu), biurokracji i silnego aparatu administracyjnego (nie poruszamy tu kwestii demokracji i dyktatury – nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia fakt, że w państwach socjalistycznych panuje dyktatura, a na kapitalistycznym Zachodzie demokracja – równie dobrze mogłaby zachodzić sytuacja odwrotna. Każda forma państwa jest z punktu dyktaturą). Obcujemy z Państwem jako bezsilne jednostki, wyposażone w różnego rodzaju „gwarancje”, które są jedynie skrawkami papieru i nie muszą pociągać za sobą żadnej formy społecznej kontroli. Jesteśmy samotni. Uzależnienie od państwowej biurokracji to wyraz naszej prawdziwej słabości. W ciężkich okresach paru dobrych przyjaciół jest nieporównanie ważniejszych niż jakaś instytucjonalna opieka, czy konto bankowe. Zza tej opieki przeziera pan Bluff.

W krajach realnego socjalizmu, gdzie etatyzm obecny jest w sposób bardziej pełny, system ucisku – płacą i pracą – nie różni się zasadniczo od rynkowego. Coś w rodzaju „socjalistycznego” stylu życia, uznającego jakieś nowe nie-ekonomiczne wartości nigdy się nie wyłonił, ani nie miał wyłonić. Nawet motywacja do pracy wbrew powojennym pozorom nie odbiega w szczególny sposób od tej z Zachodu (samochód, telewizor, mieszkania prywatne, nuklearna rodzina, dacze, Coca-cola, dżinsy).. Etatyzm i realny socjalizm frustrują, gdyż pretendują do realizowania ideałów społeczeństwa konsumenckiego, a czynią to znacznie gorzej niż ono samo. Socjalizm ma też parę dobrych stron: nad pracownikami nie wisi widmo bezrobocia, istnieje za to dość przyjemne bezrobocie ukryte. Sabotaże wpisują się w porządek dzienny, a czarny rynek pięknie się rozwija. Ohyda tego systemu jest jednak niezaprzeczalna i przejawia się w głębokiej demoralizacji, miksturze z alkoholizmu, nudy, partyjnego wazeliniarstwa, waśni rodzinnych, internowań i walk ulicznych.

Pracownicy przemysłowi często buntują się przeciw etatyzmowi (wystarczy tu przywołać historię antykomunistycznych walk), jednak ich przywiązanie do Państwa i opieki społecznej okazuje się być wciąż dość duże, co pokazuje przykład częstych zamieszek pod hasłami, żądającymi większego interwencjonizmu państwowego. Faktem jednak jest, że państwa będą mogły zaspokajać rosnące etatystyczne apetyty swych obywateli w coraz mniejszym stopniu, co może gwałtownie zwiększyć frustrację. Trzeba tu jeszcze dodać uwagę podobną tej z opisu rozczarowania konsumpcją – w swym proteście pracownicy przemysłowi nie mogą się alienować od swych przyjaciół, czyli pracowników innego typu.

Rozkwit Nieszczęścia

Przed kolonizacją III świata przez przemysłową Maszynę Pracy panowała tam „nędza”. „Nędza” wyrażała się w tym, że ludzie posiadali jedynie parę materialnych dóbr i żadnych pieniędzy, choć mieli co włożyć do ust i czegokolwiek potrzebowali do życia – mogli to zdobyć. „Bogactwo” stanowiło „nadbudowę”. Nie objawiało się w rzeczach i ilości, ale raczej w istocie – w Jakości. Przykładami mogą być mity, festiwale, opowieści nie z tej Ziemi, maniery, erotyka, język, muzyka, taniec, teatr, itd. (jak widać to, jak „materialne” przyjemności są traktowane, determinuje kulturowa tradycja i koncepcje). Maszyna Pracy obróciła w puch większość z tych pozytywnych stron „nędzy”, pozostawiając w zamian Nieszczęście. Kiedy ekonomia styka się z „biedą”, rezultatem może być tylko postęp nieszczęścia (po prostu Postęp). Postęp może być kolonialny, niezależny (kierowany przez tubylcze elity, junty, biurokracje, kacyków), socjalistyczny (państwowo-kapitalistyczny), liberalistyczny albo zmiksowany. Wynik pozostaje jednak zawsze jednaki: spustoszenie lokalnych zasobów żywnościowych (dochodowe plantacje zajmują miejsce samowystarczalnego rolnictwa), szantaż światowego rynku (prowadzony w terminologii handlowej – pożyczki, itp.), eksploatacja, represje, wojny domowe pomiędzy rywalizującymi klikami, dyktatury wojskowe, interwencje zewnętrzne, masakry, głód.

Na poczesnym miejscu nieszczęścia stoją przemoc i groźby. Maszyna Pracy otwarcie i bez wstydu używa swoich mechanizmów kontroli z gatunku tych brutalnych. Rządząca klika ma za zadanie tworzenie scentralizowanego państwa i złożenie mu w ofierze wszelkich plemiennych, tradycyjnych, „zacofanych” tendencji i ruchów. Absurdalnie – często wytyczonych granic strzegą tubylcy jako granic swojego nowoczesnego państwa narodowego i ma to być dla nich powód do dumy. Globalny system musi mieć swoje części dobrze zdefiniowane, uregulowane i stabilne. Taki jest sens przymusowego „przystosowania” III świata do jakichś beznadziejnie kretyńskich norm i z tego właśnie powodu miliony cierpią i giną.

Narodowa niepodległość nie ukróca jednak powszechnego nieszczęścia i eksploatacji. Przystosowuje jedynie stary kolonialny system do nowych wymagań Maszyny. Kolonializm nie był wystarczająco efektywny. Rynek musiał ubrać narodowe pióra, sypnąć obietnicami rozwoju i modernizacji, by pracownicy okresowi byli w stanie go zadowolić. Pomimo dobrej woli wielu lokalnych elit (np. N’Krumah, Nyerere) rozwój i modernizacja znakomicie przygotowały grunt pod nowe ataki Maszyny. Zdemoralizowały i pozbawiły wszelkich złudzeń masy pracowników okresowych.

Rodzina jest centrum dla pracowników okresowych (ewentualnie – klan, wieś czy plemię). Nie mogą polegać na ekonomii pieniężnej, gdyż opłacana praca należy do rzadkości, a wysokość pensji nie skłania do entuzjazmu. Państwa nie stać na opłacanie żadnych gwarancji socjalnych. Dlatego też rodzina stanowi jedyną formę choćby najmniejszej opieki społecznej. Sama rodzina ma zaś charakter niejednoznaczny. Z jednej strony zapewnia pewną ochronę, lecz z drugiej stanowi jeszcze jeden instrument represji i uzależnienia. Ta prawda stosuje się do pracowników okresowych z całego świata (zwłaszcza dla kobiet). Maszyna Pracy niszczy rodzinne tradycje i równocześnie je wykorzystuje. Za pośrednictwem rodziny zmusza do niepłatnego mozołu (zwłaszcza kobiety). Dom to często miejsce pracy pracowników okresowych.

Pracownicy okresowi mieszkający w krajach rozwijających się znajdują się w sytuacji nie do pozazdroszczenia: są zobowiązani do utrzymania Starego (rodziny, wsi), a Nowe nie zapewnia mu wystarczających do tego środków. Przychodzi więc iść im do miast i żyć w slumsach. Tu ciągle słyszy się o nowych dobrach konsumenckich, ale oczywiście nie ma skąd wziąć na nie pieniędzy. Równocześnie nasza wioska i jej baza rolnicza upadają, stają się manipulowane – skorumpowane i znieważane przez rządzącą kastę… Nieszczęście ma przy całym swoim okrucieństwie zaletę braku ucisku w życiu codziennym. Nie wiąże nas praca ani Państwo, nie jesteśmy szantażowani emeryturami i innymi gwarancjami, jeśli już z czegoś korzystamy, to bez zobowiązań. W tym względzie dane nam jest coś z dawno porzuconej wolności myśliwych i zbieraczy. Zmiany możemy wprowadzać w każdej chwili i możliwość „powrotu do źródeł” – do wsi (lub tego, co z niej zostało) jest czymś czego pracownicy intelektualno-techniczni i przemysłowi są po prostu pozbawieni. Ta podstawowa wolność to także ciężar – ciężar codziennej walki, brak poczucia bezpieczeństwa, kłopoty z przetrwaniem. Bandy kryminalistów, polityczne kliki, dorobkiewicze bezwzględnie ów fakt wykorzystują werbując ludzi do brudnej roboty.

Mimo niekończących się reklam i wszechobecnej propagandy postępu, coraz więcej pracowników okresowych zdaje sobie sprawę, że to bliskie społeczeństwo dobrobytu zawsze pozostanie jedynie fatamorganą. Zarówno model socjalistyczny jak i kapitalistyczny przegrały, a powrót na wieś nie stanowi praktycznej alternatywy. Tak długo jak wyjście z sytuacji sprowadza się do wyboru różnych stylów nieszczęścia, nie ma dla pracowników okresowych żadnego ratunku. Z drugiej strony, to właśnie oni mają największą szansę na stworzenie nowego stylu życia opartego na samowystarczalności, ponieważ przemysłowe i państwowe struktury rosną tam dość wolno, a wiele problemów (energetycznych, mieszkaniowych, żywieniowych) w oczywisty sposób łatwiej rozwiązać lokalnie niż w kolonialnej metropolii. Ale jeśli pracownicy okresowi spróbują powrócić do swych ojczyzn zanim Planetarna Maszyna Pracy dostanie za swoje, zostaną wystawieni do wiatru. Rozwiązanie ich kłopotów może być tylko globalne.

Koniec realpolityki

Nędza Trzeciego świata, frustracja w krajach rozwijających się, choroby wywołane stresem na Zachodzie: wszystkie główne elementy Maszyny działają dzisiaj niezadowalająco. Jak możemy to wykorzystać? Reformistyczni politycy proponują szarpać się z Maszyną, próbując uczynić ją bardziej ludzką i przyjazną za pomocą środków, które ona sama nam udostępnia. Polityczny realizm każe nam posuwać się małymi krokami. Twierdzi, że dzisiejsza rewolucja mikroelektroniczna powinna dać nam do ręki środki konieczne do reform. Nędza przemieni się w mobilizację, frustracja w aktywność, a rozczarowanie stanie się bazą dla zmiany świadomości. Niektóre z reformistycznych propozycji brzmią całkiem apetycznie: 20-godzinny tydzień pracy, równa dystrybucja dóbr, gwarantowany dochód minimalny, eliminacja bezrobocia, poświęcanie wolnego czasu na miejski samorząd, pomoc wzajemna, zdecentralizowana administracja, kreacja sektora „autonomicznego” z nisko-produkcyjnymi, małymi przedsiębiorstwami, inwestycje w łagodne (soft) technologie (także dla III świata), redukcja prywatnych samochodów, recykling, inwestycje w energię słoneczną, zmniejszenie ilości białek zwierzęcych w naszej diecie, samowystarczalne krainy III świata, globalne rozbrojenie, itp. Propozycje te są rozsądne, a także w pewnej mierze realizowalne i bynajmniej nie ekstrawaganckie. Składają się one na programy mniej czy bardziej oficjalnych organizacji alternatywno-socjalistyczno-zielono-pacyfistycznego ruchu w Europie Zachodniej, USA i paru innych krajach. Gdyby choć część tych reform zrealizowano, Maszyna stałaby się bardziej znośna. Ale nawet owe „radykalne” reformistyczne zmiany pociągają za sobą nowe przystosowanie do Maszyny, a nie jej obalenie. Tak długo jak Maszyna (silny, samowystarczalny sektor) istnieje, samorządność i „autonomia” mogą służyć jedynie jako rodzaj rekreacyjnej sfery dla naprawy nadużytych pracowników – uzdatniacza do pracy. Ale kto może ci zapewnić, że po 20 godzinach pracy tygodniowo nie będziesz tak zmęczony jak po 40? Tak długo jak nasz potwór nie zostanie wypchnięty w przestrzeń kosmiczną, wciąż i wciąż i wciąż będzie nas pożerał.

Co więcej – system polityczny ma tendencję do blokowania podobnych – reformistycznych propozycji, a Maszyna nie jednokrotnie już wykorzystała reformy jako impuls dla dalszego swego rozwoju! Najlepszy tego przykład to polityka reformistycznych partii, które dostały się do parlamentu. Odkąd Lewica dzierży berło władzy (spójrz na Francję, Grecję, Szwecję, Boliwię, …) gubi się ona w kniei „szczegółów” i ekonomicznych konieczności i nie ma innego wyboru niż wspieranie tych „bezlitosnych” programów, które tak zażarcie atakowała, gdy za sterem stała Prawica. Zamiast Giscarda to Mitterand nasyła policję na strajkujących robotników. Miast Reagana Mondale zwalczał deficyt budżetowy. Socjaliści zawsze byli dobrzy w zabawie w policję. „Odkrycie praw ekonomii” (czyli Maszyny Pracy) jest nieuchronne dla każdej polityki narodowej. Reformiści zawsze starają się udowodnić, że zachęcają do zdrowych inwestycji, kreują miejsca pracy, zwiększają produktywność, etc. Im głębiej „nowe ruchy społeczne” wkraczają w arkana Realpolityki (jak Zieloni w Niemczech), tym bardziej pogrążają się w logice „praw ekonomii”, po to, żeby nie zginąć. Prócz niszczenia złudzeń, zwiększania ogólnej rezygnacji i apatii, politycy reformistyczni nie osiągają niczego. Maszyna Pracy jest planetarna. Wszystkie jej części są powiązane. Wszelka narodowa, reformistyczna polityka powoduje silniejszą konkurencję między narodami, jeszcze bardziej dzieląc ze sobą pracowników – tym razem jednego kraju z drugim.

To właśnie zetknięcie ludzi z realpolitykami i reformistami nagoniło wyborców neokonserwatystom w rodzaju Reagana, Thatcher czy Kohla. Najbardziej cyniczni reprezentanci logiki ekonomii są dziś wynoszeni ponad działaczy ruchów alternatywnych. Czynnik pewności siebie wyraźnie u Maszyny osłabł. Nikt nie przyznaje się do wiary w jej przyszłość, lecz mimo to wszyscy do niej lgną. Lęk przed eksperymentem przerósł wiarę w demagogiczne obietnice: na co nam reforma Systemu? – nie lepiej cieszyć się kilkoma pozytywnymi aspektami istnienia starej i „sprawdzonej” Maszyny? Dlaczego nie poprzeć zaufanych, konserwatywnych polityków? Tych, którzy nie bawią się w obietnice rozwiązania problemów takich, jak bezrobocie, głód, zanieczyszczenia środowiska, nuklearny wyścig zbrojeń. Ich nie wybiera się po to, aby te problemy zostały rozwiązane, lecz by reprezentowali ciągłość. Dla „odkrycia ekonomii” wystarcza jedynie ciupkę spokoju, stabilności i pozytywnej retoryki: gwarancja zainkasowania zysków z dzisiejszych inwestycji. Pod tymi warunkami wszelkie przyszłe odkrycie będzie gorsze niż dzisiejszy kryzys. Nikt nie musi na prawdę wierzyć Reaganowi czy Kohlowi. Śmiej się z nimi, zapominając o zmartwieniach i wątpliwościach. Poza nudną agitacją, złym humorem i wyrzutami sumienia Lewica nie ma dziś nic do zaoferowania. Lewicowi politycy muszą poczekać na jakąś katastrofę, by znowu przejąć władzę. Realpolityka nie będzie już realistyczna – rzeczywistość jest dziś w punkcie zwrotnym.