Spółki Miejskie


Dodaj komentarz

Herzliya. Pod Osłoną Nocy (fr.)

Halina Birenbaum

fragment mojej książki o przeżyciach Shoa Soni i Abrama Hurman

Perec Willenberg (1874–1947) – Las

Jom Kipur w Lesie

Pewnego razu przybyła do nas grupa partyzantów, która działała na własna rękę. Komitet centralny nie chciał ich przyjąć do organizacji, gdyż opowiadano o nich wiele złego. Znani byli z brutalizmu i nieludzkich wyczynów. Dwie kobiety były wśród nich, jedna z nich ciężko ranna oraz ranny chłopak.

W grupie Abrama był lekarz z Czechosłowacji i czterech mężczyzn, którym udało się uciec z Treblinki w czasie powstania tam. W Treblince zatrudniano ich przy spalaniu zwłok zagazowanych.

Tylko jeden z nich, Abram Lancman doczekał końca wojny. Po wojnie zamieszkał w Argentynie. Jednak makabryczne przeżycia w Treblince doprowadziły go do pomieszania zmysłów. Niemal wszystkie lata od wyzwolenia przebywa w zakładzie dla umysłowo chorych.

Lekarz czeski opiekował się rannymi. Pomagałam mu opatrywać rany. Mimo braku lekarstw ranni powrócili do zdrowia. Grupa nowoprzybyłych została z nami w lesie dość długo.

Zbliżał się „Jom-Kipur”, Sądny Dzień u Żydów. W dniu tym Żydzi poszczą i modlą się do Boga o odpuszczenie grzechów.

Gotowaliśmy wieczerzę przed rozpoczęciem postu. Odprawiliśmy wielką modlitwę „Kol-Nidre”, która rozpoczął nasz ojciec. Modliliśmy się w ciągu całego dnia żarliwie i gorąco. Ojciec płakał gorzko. Kazał mnie i Staśkowi odmówić modlitwę za dusze matki i braciszka. Był to nasz pierwszy Jom-Kipur bez matki. Po raz pierwszy w życiu zmawialiśmy modlitwę „Izkor” (Pamięci) za dusze zmarłych, gdy nasza matka należała już do tych ostatnich. Wieczorem zasiedliśmy do wieczerzy.

Nagle przyszła do nas dziewczynka polska. Matka wysłała ją ostrzec nas, że Niemcy szykują na jutro zasadzkę na Żydów ukrywających się w tym lesie. Słyszała o tym we wsi. Ostatnio kręci się tam moc Niemców. Przybyły nowe posiłki hitlerowców do tego rejonu.

Las Dąbrowski zasłynął wielką liczbą partyzantów oraz kobiet, mężczyzn i dzieci żydowskich ukrywających się tam. Dlatego każda wiadomość o nowych posiłkach esesmanów komentowano bliską obławą. Każdej chwili spodziewano się, że wtargną do lasu, aby ich wyłowić i zabić.

Wiadomość, którą przyniosła dziewczynka, porwała wszystkich na nogi. Ludzie już nie dokończyli jedzenia po wielkim poście całodziennym. Zaczęli rozchodzić się.

Osobno odeszły grupy – osobno ludzie samotni. Każdy udał się w wiadomym mu kierunku, który uważał za bardziej bezpieczny i dający szansę ratunku. Jedynie ta ranna dziewczyna pozostała. Trzęsła się, jak w febrze, miała silną gorączkę. Była nieprzytomna.

Nagle mój ojciec obrócił się. Usłyszał stękanie i zauważył ją leżącą na ziemi. Odeszliśmy już spory kawał drogi od tego miejsca. Pragnęliśmy znów pójść do jakichś znajomych chłopów, na Koryczany do rodziny Beczków. Ale ojciec zatrzymał się i wykrzyknął: „Co, mąż i towarzysze tak zostawili na pastwę losu ranną kobietę?!”

Nakazał mi zostać przy niej, aż znajdzie kogoś we wsi, żeby ją zabrali stąd. Jak zwykle, nie odmówiłam ojcu posłuszeństwa. Zostałam sama w ciemnym lesie obok tej chorej. Trwało to kilka godzin. Płakałam. Bałam się okropnie. Czas wlókł się, jak wieki.

Wiedziałam, że ojciec przyjdzie po mnie, ale już nie wierzyłam. Wypełniła mnie gorycz i żal, że zostawił mnie tak samą w lesie. Zaczęłam nawet powątpiewać o jego miłości do mnie, skoro z taką łatwością poświęcił moje bezpieczeństwo dla obcej kobiety… Do serca wkradło się podejrzenie, że ojciec nie wróci więcej…

Przyszedł wreszcie ze swym znajomym Polakiem. Pojechaliśmy do domu we wsi, gdzie było pewne, że dadzą nam schronienie. Niektórzy znajomi polscy byli gotowi na ogół przyjąć nas do siebie, gdy nie odbywały się obławy niemieckie w ich okolicy.

Opiekowaliśmy się ranną, jak tylko mogliśmy. Reszta naszych ludzi znajdowała się również tutaj. Po kilku dniach kobieta wróciła do przytomności. Wyzdrowiała i przeżyła wojnę.

Wiadomość, którą przyniosła do lasu dziewczynka w Jom-Kipur, okazała się nieprawdziwa. Znów powróciliśmy do lasu.

Wacek, nasz przyjaciel został ciężko ranny w ramię w zasadzce. Lekarz czeski opiekował się nim. Pierwszej pomocy udzieliła mu Pola.

W ciągu długiego czasu rana nie goiła się. Przenosili Wacka od jednego wieśniaka do drugiego, żeby nie musiał leżeć na ziemi w lesie. Trudno było uciekać z nim, gdy zbliżali się Niemcy i strzelanina.

Później wykopali chłopcy specjalny bunker w lesie i tam umieścili Wacka. Maniek i Regina opiekowali się nim najwięcej. Trwało to całą zimę.

Gangrena w ramieniu rozprzestrzeniała się. W końcu lekarz postanowił amputować rękę. Nie mając koniecznych przyrządów lekarskich, dokonał operacji dobrze wyostrzoną brzytwą.

Wokół rany po amputacji powstały dzikie narosty. Lekarz usuwał je wyskrobywaniem naostrzoną łyżką…

Przeżył!


Dodaj komentarz

Herzliya. Z mojej książki „Szukam życia u Umarłych”

Halina Birenbaum

Okładka książki „Szukam życia u umarłych – wywiad z Haliną Birenbaum” Halina Birenbaum, Barbara Bochenek

Fragment wywiadu Barbary Bochenek z Haliną Birenbaum

Halina Birenbaum: Ludzkość uczy się historii, chce o niej wiedzieć, znać ją, ale nie uczy się z niej. A historia bardzo często się powtarza, jedynie formy czy sposoby działań zmieniają się, ulepszają i uzasadnianie ich w świadomości narodów. Zło i wojny nie znikają ze świata także po Holokauście. Holokaust nie był lekcją, był katastrofą, zwycięstwem największego zła. A z katastrof nie wychodzi się zdrowszym ani mądrzejszym. Niełatwo jest na nowo stawać się po nich jednostkom, narodom, państwom.

Uważam, że ogólnikowe porównanie nazizmu z komunizmem jest niedokładne i szkodliwe. Umniejsza fakt, iż niemieccy naziści – jako pierwsi i jedyni w historii ludzkości – zbudowali rękami ofiar industrię systematycznego mordowania bezbronnych, niewinnych ludzi, wyłącznie za ich pochodzenie. Jako pierwsi wykorzystywali ich ciała do rozmaitych eksperymentów, do hurtowego, codziennego użytku. Handlowali włosami, skórą, szkieletami i tłuszczem ludzkim… Mordowali na setki sadystycznych sposobów, ale zaskoczyła ich klęska Rzeszy i nie zdążyli, na szczęście, zrealizować do końca swych zbrodniczych planów.

Świat po wojnie nie chciał słyszeć o Holokauście, różne były powody…

Barbara Bochenek: Pojęcie „Holokaust” zaczęło funkcjonować w świadomości ludzi, społeczeństw stosunkowo późno, dopiero w latach osiemdziesiątych. Dlaczego Pani woli pisać, mówić „Szoa”?

Halina Birenbaum: Tak, świat nie chciał słyszeć ani uwierzyć w czasie, gdy się to działo, a tym bardziej później. Nie wiedziano nawet jak nazwać pierwsze w historii tego rodzaju bestialstwo i określano je słowem „kataklizm”. Znacznie później pojawiło się angielskie określenie „Holocaust”, jakby związane z czymś świętym, ofiarą całopalną, które przyjęło się na całym świecie. Jednak nie jest to słuszne określenie. Kataklizm określa wielkie katastrofy natury, ogromne epidemie. Miliony ludzi zginęło z rąk innych ludzi, Niemców, nie z powodu wiary czy różnych żywiołów natury.

Hebrajskie określenie mianem „Szoa” tego ideologicznie zamierzonego, realizowanego z premedytacją i gorliwością ludobójstwa jest właściwsze, oznacza całkowite wyniszczenie, spustoszenie, pełną zagładę. Jest najbliższe treści tych zdarzeń i mnie ono bardziej odpowiada. I może dlatego, że właśnie to słowo pochodzi od nas, Żydów, ze wznowionego języka naszych praojców, bo to przecież my, cały naród żydowski był skazany na całkowitą zagładę, najwięcej stracił i wycierpiał.

Często słyszę, że nie należy porównywać cierpień i strat, każde cierpienie jest straszne, boli. Nie myślę nigdy „konkurować” w wyliczaniu ich. Strata zawsze boli, jednak utracić na przykład jedną nogę czy dwie, jedno oko lub oba, to nie to samo, to różnica. Żydzi utracili wszystko i wszystkich! Uratowane z Szoa jednostki, strzępy rodzin nie miały do kogo i dokąd wracać. Ich domy były zajęte, mienie zabrane, gdy ich pognano do Auschwitz, na Majdanek, do Treblinki… nie cieszono się ich powrotem. Często witano ich słowami: „Ty jeszcze żyjesz? przecież wszyscy wasi zginęli?…”.

Ludzie nie mogli i nie mogą do dziś wyobrazić sobie, uwierzyć, że w obozach na terenie Polski zbudowali Niemcy komory gazowe, do których masowo wieziono Żydów z całej Europy, zdzierano z nich odzież, wszystko zabierano, duszono gazem, spalano ich ciała na popiół.

Nic dziwnego, bo przecież na szczęście normalny człowiek nie ma umysłu mordercy, aby móc zrozumieć przestępcze instynkty, nikczemną logikę działania.

Nie jesteśmy wszyscy jednakowi. Większość ludzi w ogóle nie lubi słuchać o cudzych nieszczęściach, tragediach, smutkach, boi się ich, tym bardziej, jeżeli to nie jest w ramach możności identyfikowania się z nimi. Wielu ludzi czuło się po wojnie winnymi, że nie pomogło, nie przyszło na ratunek zabijanym i dlatego wolało nie słuchać ocalonych, obwiniać ofiary, nie wiedzieć ile wycierpiały, czego były naocznymi świadkami. Dziś to się na ogół zmieniło. Coraz więcej ludzi na świecie chce wiedzieć czym był Auschwitz, Holokaust. Coraz więcej ludzi, w tym dużo młodzieży, uczy się o tym, przyjeżdża, by zwiedzić miejsca najstraszniejszych w historii kaźni.

Barbara Bochenek: O tym, że świat po wojnie nie chciał słyszeć o Holokauście napisała Pani artykuł.

*

Jeszcze jeden z tej książki fragment

„Dlaczego powinniśmy pamiętać o Holokauście?” zadawane mi jest ciągle przez rozmaite czynniki społeczne i osoby prywatne. Odkąd doczekałam cudem wolności po latach mąk w getcie warszawskim, obozach zagłady na Majdanku, w Auschwitz, w których straciłam swych najbliższych oraz wszystkich krewnych, są dodatkową raną na duszy, z którą od lat się zmagam. Sens tego pytania był i jest do dziś pewnego rodzaju niesprawiedliwym zarzutem wobec straszliwych cierpień i śmierci milionów ludzi, szczególnie Żydów.

Od samego początku, po wojnie, pojawił się niepojęty dla mnie brak zrozumienia i ogólna atmosfera sprzeciwu wobec tego tematu. Mówiono nam na każdym kroku: „Po co o tym mówić? Po co wspominać to czarne, tkwić w opowieściach i przekazach o nich? Po co odrywać zabliźnione rany? Czy to odwiedzie ludzi od zła, czy coś w nich poprawi?” (słyszałam to nawet od własnego syna), „Młodzież nabawi się kompleksów od tych opowiadań, nie będzie mogła spać po nocach”. Wszystko to zarzucali mi w latach sześćdziesiątych nauczyciele w szkołach izraelskich.

„Niezdrowo jest tkwić w przeszłości” – przestrzegali troskliwi znajomi czy rozmaite osoby wpływowe; „trzeba zapomnieć, żyć dniem dzisiejszym, tamtego i tak nie da się zrozumieć”, „tamto jest upokarzające, hańbiące, bo daliście się mordować, zagazować, spalić… nie broniliście się, nie walczyli… szliście jak owce na rzeź”. Wypominali (i wielu do dziś to czyni) Żydzi, Polacy i inni, którzy sami nie przeżyli tego piekła, którzy mieli szczęście urodzić się później i nie chcieli znać prawdy o milionach zagnanych tam i zgładzonych. Prawdy o ich zmaganiach o chwilę życia, o uczuciach i o reakcjach na krawędzi śmierci, oderwania od bliskich, od wszystkiego. O walce, by pozostać człowiekiem.

Ja mam w sobie to wszystko i tych, z którymi tam byłam i widziałam jak reagowali, jak do ostatniej chwili resztkami sił walczyli o swe życie i życie swych najdroższych, jak umierali.

Pamiętam ich miłość, nadludzkie zmagania, ich oczy umęczone, rozpaczliwie błagające, gdy wdeptani w oświęcimskie błoto, w drodze do komory gazowej, błagali o pamięć!

Opowiadam, bo tylko tyle mogę dla nich zrobić. Oni nie mają nigdzie grobu, nikogo z bliskich, nikogo kto by po nich zapłakał. Mówiąc o nich, przywracam ich na chwilę do życia i moi słuchacze poznają ich, może zatrzymają w sercach.

Nikt nie pyta dlaczego uczyć i przekazywać z pokolenia na pokolenie wszelkie inne zdarzenia w historii ludzkości, rozwoju świata, wojen, klęsk i zwycięstw, osiągnięć w nauce, sztuce, literaturze, technice? A wciąż trzeba na nowo tłumaczyć (czy tłumaczyć się) dlaczego powinniśmy pamiętać Holokaust.

Wciąż borykam się z uczuciami wokół tych pytań, dyskusji, zarzutów. A tyle wspomnień, obrazów Stamtąd, ustnych wyjaśnień, pisanych prozą, wierszem, w listach, mailach i nigdy do końca niewyczerpanych.

W pewnym wierszu napisałam: „pada pytanie jak kamień ciężkie/ po hebrajsku polsku niemiecku / czy moja książka opowiadanie wiersz/ znów?!… na temat zagłady?/ – bronię tłumaczę usprawiedliwiam/ cofam się jąkam/ bąkam jak przed wyrokiem/ że o ludziach wrażeniach chwilach podniosłych/ o nienawiści miłości lękach/ upragnieniu życia pamięci/ wtedy jak wszędzie jak zawsze/ ale/ temat niepożądany trudny/ potężny wszechstronny/ jak owa przeszłość/ jak owe zdarzenia/ jak tylko może być/ ludzkie życie pośród śmierci”(1987).

I w innym pod tytułem „Dlaczego”: „dlaczego/ muszę się zawsze tłumaczyć/ gdy mówię o Szoa/ usprawiedliwiać się/ zwalczać uprzedzenia/ zniżać głos/ siebie/ jakby te przeżycia były hańbą/ dlaczego?!” (1982).

To, co się zdarzyło w latach zagłady hitlerowskiej było czymś, czego ród ludzki nigdy przedtem nie doświadczył, nie mógł sobie nawet wyobrazić. Największe zło, z jakim ludzie musieli się zmierzyć, stało się normalne, legalne. Nie było ważne czy ktoś był profesorem, doktorem, miał wyższą rangę społeczną, był prominentem (których przedtem i dziś cenimy, i sami dążymy, aby takimi się stać). Dawne pojęcia stały się banalne, absurdalne. Wszystko, czego pragnęliśmy to trochę powietrza do oddychania, odrobiny miejsca, by położyć swe ciało, poczuć coś w ustach oprócz dymu z krematoriów, w których palono tysiące ludzi, zaledwie wypędzonych z wagonów, z dziećmi w ramionach.

Musimy pamiętać dla tych, którzy nie przeżyli. My wszyscy, cała ludzkość, jesteśmy im winni. Nazistowscy mordercy chcieli, żeby nikt na świecie nigdy nie dowiedział się co nam uczynili. Przemilczać te dzieje, to wypełniać ich wolę!

Celem pamiętania nie jest nienawiść, zemsta, uświadomienie do czego nienawiść i zemsty prowadzą. Trzeba pamiętać, aby zachować swe człowieczeństwo, by wiedzieć, jakim nie wolno być! Przekazać nie tylko okropności a niemniej to, co było najbardziej istotne i ludzkie w nieludzkim.

Często opowiadam o apelach na spotkaniach z młodzieżą. Nie raz opisywałam mękę apeli w obozach. Zwłaszcza ten jeden szczególny wieczorny apel, kiedy po dniu długim jak wieczność, kilkunastu godzinach katorżniczej pracy, o głodzie, w strachu, słysząc najgorsze wyzwiska, przy biciu, niemożności pójścia za potrzebą, zagnano nas na plac apelowy. Jeszcze nie luksus biegnięcia do latryn, do bloków na ciasne, zatłoczone, zawszone koje. Jeszcze nie dzielenie znikomych porcji chleba, nieprzytomnie wyczekiwanych. Tylko oszałamiające gwizdki i dalszy huragan przekleństw zwołujący na kolejne stanie na placu, liczenie nas…

Na dworze ulewa. Esesmanki z rewolwerami u pasa, w ciepłych, nieprzemakalnych pelerynach i funkcjonariuszki, więźniarki, uzbrojone w kije – wszystkie pilnują, abyśmy stały równo piątkami, w odległości wyciągniętych ramion jedna od drugiej. Mijają godziny. Zazwyczaj o tej porze panuje już Lagerruhe (cisza obozowa) i nie wolno znajdować się na dworze; ale nie wtedy, kiedy leje deszcz, kiedy sama natura sprzymierza się z oprawcami.

Tysiące oczu spoglądają błagalnie na nieosiągalne drzwi baraków. Ulewa wzmaga się wciąż. Na ustach nieme pytanie: jak długo jeszcze, do kiedy tak? Więźniowie mdleją, wpadają w to grząskie, nigdy niewysychające tu błoto. Pada rozkaz, żeby klęczeć: wszystkie na kolana! Ledwie można zgiąć zdrętwiałe nogi. Deszcz przenika do szpiku kości, wypłukuje wszystko wraz ze świadomością bycia człowiekiem. Za naelektryzowanymi drutami kolczastymi słup ognia z komina krematoryjnego, z palonych tam masowo ludzi i wokół zapach palących się ciał.

Nie widziałam już nic, nic nie czułam, jakbym wrosła w ten deszcz i błoto, zlała się z nimi w tym trupim ogniu. I nagle doszły do mnie słowa klęczącej obok kobiety: „Zobaczysz, będzie jeszcze świat i będą o nas pisać książki, robić filmy o nas…” Była to niemożliwa, absurdalna bajka, fantazja niebiańska. Gdzie jest świat?! Kim my jesteśmy tutaj, konający w tym błocie, naprzeciw ziejących ogniem krematoriów?! Nigdy więcej nie spotkałam tej kobiety, która wierzyła jeszcze wówczas w istnienie świata poza wszechpotęgą śmierci Auschwitz. Czy go doczekała?

Do opisu tego apelu chcę dodać jak wyglądał powrót do bloków, gdy znowu przeraźliwe gwizdki oznajmiały, że zezwalają nam rozejść się. Setki przemokłych do szpiku kości kobiet napierało i pchało się do wąskich drzwi baraków. A potem w zabłoconej, ociekającej wodą odzieży właziły na koje, depcząc zabłoconymi drewniakami po głowach kobiet na niższych kojach, wklejały się jedna w drugą, jak śledzie w beczce do spania. Zaś po kilku godzinach, gdy jeszcze ciemno na dworze, budziły gwizdki: „Kaffe hollen!”, „Zeil Apel!!!”. Następne pchanie się do wyjścia, zwykła, znana już bitwa o miejsce w rzędzie, a na ciele zmierzwiona i mokra, ciepła jeszcze odzież, od temperatury przywartych do siebie kobiet w ciasnocie więźniarskich nar, które chłoszcze okrutny wiatr na dworze…

A potem, po wyzwoleniu – obowiązek sumienia, aby pamiętać, potrzeba duszy, która błąka się wiecznie między Tamtym i dzisiejszym światem, a jeden nie potrafi zagłuszyć drugiego. I myśli o tym, nie pytanie, co złożyło się na to, że takie piekło na ziemi mogło zaistnieć, stało się normą, że można było legalnie, oficjalnie, zupełnie bezkarnie mordować ludzi, obdzierać ich ze wszystkiego, rabować ich mienie, stworzyć przemysł – z ich włosów, skóry, zębów, tłuszczu i niemalże z ich ekstrementów?!

A po tym wszystkim „naiwne” pytanie: dlaczego? po co pamiętać o Szoa?! Wydziwianie, że Żydzi się nie bronili, nie walczyli, nie byli patriotami, bohaterami… Mówienie, że Holokaust to wymysł żydowski, że w Auschwitz ginęli jedynie obywatele Polski, Belgii, Francji itp. Nadal te rozmaite teorie, interesy, często nikczemne, polityka, podsycanie świeżej nienawiści jednych do drugich różnymi sposobami, odgrzewanie dawnej przez zaprzeczanie tych strasznych tragedii, obwinianie, szkalowanie ofiar dla rozmaitych celów albo z braku chęci wczucia się w tragedie tych ludzi.

I jak o tym wszystkim milczeć?!

Od lat zauważa się bolesną „konkurencję pamięci”, licytację w ilości ofiar, w cierpieniu, mordowaniu, umieraniu…

*

Jeszcze jeden fragment

Halina Birenbaum: Bardzo bolesna jest licytacja cierpień. Wręcz ubliżające więźniom jest wyliczanie, licytowanie się w cierpieniach, w czasie, liczbie miesięcy, lat spędzonych w przeróżnych obozach koncentracyjnych, obozach zagłady, obozach „pracy” między ofiarami z rozmaitych krajów, różnego pochodzenia, narodowości. Licytowanie się, kto był w tym piekle za opór, bohaterskie, patriotyczne czyny – a kto nie z powodu walki i poświęcenia się dla ojczyzny – kto ginął wyłącznie za to, że urodził się Żydem. Kłótnie na temat o czyich cierpieniach i tragediach jest więcej mowy i opisów, a o czyich jest mniej…

Krzywdzące bardzo jest celowe pomijanie faktu, że przeważająca ilość zamordowanych to byli Żydzi, co jest nieporównywalne z niczym innym, gdyż Niemcy wydali wyrok śmierci na cały naród żydowski.

Jedni chcieliby zagłuszyć drugich, pomniejszyć ogrom cudzych tragedii a wywyższyć własne. Wynieść swoje przeżycia, straty, ból fizyczny i duchowy ponad doznania innych. Ciągły niedosyt „sprawiedliwej” oceny tych prześladowań, poczucia krzywdy w upamiętnianiu, opisywaniu, a nawet pewnego rodzaju zazdrości. Jakby historia jednych ofiar czy świadków umniejszała przeżycia innych, odbierała im ważność, unikalność, do których każdy z nich ma swe, niedające się obalić, w jego mniemaniu, pretensje, predyspozycje, powody.

Wszystkie te szkodliwe, raniące kłótnie między byłymi ofiarami, często dopełniają niektórzy historycy przez swą nadgorliwość. W ambicjach publikowania nowych odkryć wyszukują drobne, techniczne szczegóły, suche topograficzne dane, przenosząc ich ważność nad cierpienia ludzkie, emocje w obliczu nieprzytomnego strachu na krok od śmierci.

Zwłaszcza młodzi historycy, pragnąc wykazać się wiedzą, starają się robić nowe odkrycia techniczne, filozoficzne, co jest dobre i ważne, ale czasem za cenę pomijania najbardziej istotnych spraw życia jednostki i śmierci milionów. Podważając autentyczne zeznania ofiar i naocznych świadków tych zdarzeń, lekceważąc ich – wypaczają prawdę.

Wszak nie da się zaznaczyć długopisem ani komputerem „topografii” punktu w sercu, duszy i umyśle ofiar, w którym mieściło się odczuwanie głodu, strachu, zapadania się pod ciężarem pracy, rozpaczy odrywania od najbliższych, nadludzkiego bólu przedostatnich chwil życia, duszenia się w komorze gazowej – umierania za życia, najokropniejszych sekund czy godzin umierania! Umniejszając je, banalizując do granic absurdu, siłą rzeczy unieważniają je, jakby nie chodziło o człowieka, o jego duszę w tej męce, a o to jak, gdzie, którędy wiodła droga na śmierć, co do milimetra! I to całe niezmierzone zło staje się nagle ważne technicznie, jest na pierwszym planie, normalne, płytkie, banalne. I wtedy tak łatwo mu zaprzeczyć!

„Banalność zła” – taki tytuł dała swej książce Hanna Arendt, opisując proces Adolfa Eichmanna w Jerozolimie oraz swoje bardzo dogłębne spostrzeżenia i wnioski z niezliczonych faktów, przedstawionych przez świadków i sprawcę Eichmanna.

Barbara Bochenek: Powiedziała Pani kiedyś, że „…zapomnienie czy niewiedza, to ponowna śmierć dla zgładzonych i niebezpieczeństwo powtórzenia zbrodni dla żyjących”…

Halina Birenbaum: Każdy człowiek odczuwa lęk przed śmiercią, przed ostatecznym odejściem ze świata i pragnie coś po sobie zostawić w ludziach dla następnych pokoleń. Zgładzeni w Szoa nie mają nawet grobów, macew, na które przychodziliby co roku potomni, krewni i znajomi, aby ich wspominać, położyć kwiat, odprawić modlitwę za ich duszę, zapłakać… Ich krewnych i znajomych również zgładzono, spalono, zburzono ich domy, zatarto wszelkie ślady ich istnienia. Nie wiadomo nawet gdzie i kiedy zastała ich śmierć? Czy w jednym z gett, czy w jednym z nazistowskich obozów, rozsianych po całej okupowanej przez Niemców Europie? W którym obozie? Kiedy, w którym roku, miesiącu, dniu w tych okropnych latach 1939 -1945? Jak umierał każdy z nich? Co czuł i myślał w swych ostatnich chwilach cierpień i agonii, wciśnięty w niezliczony tłum ofiar dzielących ten sam los, pośród ogólnej wrogości, obojętności? Nie było komu zapłakać nad ich tragedią, oni sami nie mieli już więcej łez, bo wciąż było gorzej, ponad strach, ból, łzy!

Zapomnieć o tym wszystkim dziś czy kiedykolwiek – to ponowna ich śmierć przez wymazanie z ludzkiej pamięci, jedynego miejsca, w którym zamordowani, tak straszliwie zamęczeni mogą jeszcze dalej istnieć, gdy na ziemi nie zostało po nich nic. Mogą być obecni w świecie, w którym przestępstwa i zbrodnie nie są więcej receptą ideologiczną na „Nowy Porządek”, a przestępcy i zbrodniarze są powoływani przed sądy sprawiedliwości, skazywani na fizyczne i moralne kary.

Ofiary Holokaustu ginęły z obrazem triumfującego zła przed oczami, nie doczekały klęski katów. My jesteśmy im dłużni zadośćuczynienia sprawiedliwości – dla nich i dla siebie. Jest to możliwe tylko przez wdrążenie pamięci i szacunku dla nich.

Ludzkość, która zapomniałaby o zbrodniach Szoa, udowodniłaby możliwość bezkarnego zarażania nienawiścią, plugastwem całych społeczeństw, w imię szaleńczych idei kolejnych władców – potworów. Potwierdziłaby, że można zabijać, rabować, szczuć ludzi na siebie, wykreślać ich ze zbiorowej pamięci i nie odpowiadać za to przed ludźmi ani Bogiem, nie być potępionym. A przy obecnej technice, broni nuklearnej, biologicznej w rękach rozmaitych „poprawiaczy” porządków świata, jest tym bardziej zastraszające.


Dodaj komentarz

Herzliya. Z mojej książki „Każdy odzyskany dzień”

Halina Birenbaum

Rys. Feliks Topolski

 

…Fragment 1…

Jesień 1966

Wyjechałam na swój pierwszy w życiu urlop. Mąż i przyjaciele orzekli, że najwyższy czas oderwać się nieco od obowiązków domowych i „tego całego szumu w głowie”… Byłam pełna wahań i lęków. Nigdy dotąd nie opuszczałam domu, nigdy nie wyjeżdżałam bez męża.

I tak onieśmielona, ale ciekawa nowych wrażeń, stanęłam w oznaczonym dniu na progu domu wypoczynkowego kibucu Giwat-Brener. Była pora obiadu. Ludzie, przy których stole zasiadłam, zwracali się do mnie po hebrajsku, podczas gdy miedzy sobą rozmawiali po polsku, dorzucając chwilami coś w jidysz.

Wzięli mnie za młodą Sabrę (urodzoną w Izraelu). Zwróciłam od razu ich uwagę swym zażenowaniem i młodym wiekiem. Na ogół goście byli tu starsi, a ja wyglądam na młodszą, niż jestem w rzeczywistości. Natychmiast zaopiekowali się mną, podawali jedzenie, starając się dogodzić, co mnie krępowało jeszcze bardziej. Czułam się nieporadnie, jak smarkata…

Przesadnie ufryzowana szatynka zasypywała mnie pytaniami między jedną potrawą a drugą. Mówiła koślawym hebrajskim. Pragnęła wiedzieć o mnie od razu wszystko.

Oprócz mnie i dwóch kobiet siedział przy tym stoliku pewien starszy, otyły i łysy mężczyzna. Brat blondynki, także już niemłodej kobiety. Ewa i jej brat Staś przyjechali odprężyć się po wstrząsie spowodowanym śmiercią męża Ewy. Dowiedziałam się ich imion niemal w pierwszej chwili, gdyż zwracali się do siebie wciąż tkliwie: Ewuniu, Stasiu. O reszcie poinformowała szatynka.

Przy przeciwległym stoliku siedział jakiś wysoki mężczyzna o niebieskich, wesołych oczach i z fantazyjnie ostrzyżoną, spiczastą, siwą bródką. „To słynny artysta malarz”, szepnęła szatynka, przyjechał tu z Paryża na otwarcie swej wystawy, polski Żyd. Ewa jest z nim bardzo zaprzyjaźniona. Wokoło widać było rozmaitych, zbyt elegancko, jak na mój gust, ubranych ludzi i nie chciało mi się nic o nich wiedzieć ani zbliżać się do nich.

Wysilali się wciąż, aby rozmawiać ze mną po hebrajsku, robili pod moim adresem uwagi po polsku, sądząc, że ich nie rozumiem. W końcu odezwałam się tym samym językiem. Byli zdumieni. „Tak dobrze pani pamięta ten język? Musiała pani przyjechać tu jako mała dziewczynka? Przecież nie przeżyłaby pani wojny, dzieci żydowskie nie mogły się uratować?”

Śmieszyło mnie to wszystko. Wyjaśniłam im, że przetrwałam getto warszawskie, Majdanek, Oświęcim, do Izraela przyjechałam sama, gdyż rodzina nie przeżyła. Opowiedziałam niektóre szczegóły, w jakich okolicznościach zginęli. Moi nowi znajomi odeszli od stołu wstrząśnięci, pochmurni.

Omijali mnie po tej rozmowie. Ale potem wrócili do mojego towarzystwa. Ja także czułam się przy nich lepiej niż wśród innych gości. Większość zabijała tu czas graniem w karty albo opowiadaniem cudów o swych osiągnięciach materialnych, o genialności swego potomstwa…

Pani Ewa i jej brat posiadali więcej ogłady, a wiekiem przypominali moich rodziców. Wojnę przeżyli w Związku Radzieckim. Zamożni, kulturalni. Można było rozmawiać z nimi o książkach, sztuce. Nie grali w karty, nie przechwalali się.

Pan Staś zapowiedział, że nie życzy sobie, abym opowiadała w jego obecności o swych przeżyciach wojennych, gdyż nie może potem zasnąć w nocy… Czułam się winna, urażona, to było okropne.

Akurat w czasie mojego pobytu w Giwat-Brener nadeszła wiadomość z Polski, że przyjmują do druku moją książkę. Pani Ewa znajdowała się obok mnie, gdy mąż zakomunikował mi o tym telefonicznie – odniosło to piorunujące wrażenie. Zaczęli mi teraz wręcz nadskakiwać… Może ich przyjaźń z paryskim artystą malarzem zyskała na prestiżu, gdy można było pochwalić się znajomością młodej autorki. Widocznie powiedzieli mu coś o mojej książce, gdyż zaczął mnie obserwować.

Przed wyjazdem podszedł, podał mi rękę i życząc wiele dobrego pouczył: „Nie należy żyć przeszłością, to działa źle na zdrowie!”

A ja myślałam, naiwnie, że artysta okaże uznanie, iż pamiętam, piszę…

Nie odpowiedziałam, nie chciałam się tłumaczyć, że nie zapominam swych utraconych bliskich, nie wypieram się siebie. On maluje swe sławne, wielce podziwiane koronkowe miniaturki, judaiki wedle wątków zgładzonego żydostwa – czyż tylko sławnym ludziom wolno czerpać z tych źródeł, a u innych to znaczy tkwić chorobliwie w przeszłości?

Opuściłam Giwat-Brener przed czasem…

Niech drwią, że nie mogę utrzymać się z dala od domu, ale mnie w nim jest najlepiej. Mąż mnie wcale nie wyśmiewał. Dobrze nam razem, więc cieszył się, że położyłam kres tej narzuconej rozłące.

…Fragment 2…

6.09.66

Otrzymałam wreszcie upragniony list z Polski! Mój rękopis został w tym miesiącu oddany do składania. Piszą, że książka ukaże się na rynku w marcu lub kwietniu przyszłego roku. Nie mogę się wprost pomieścić w sobie ze wzruszenia. Może jestem bezczelna, ale ten termin wydaje mi się również zbyt daleki. Na Wielkanoc będę więc mogła posłać bratu wielką niespodziankę. Wyobrażam sobie jego zdumienie. Teraz już nie patrzę na ten drugi maszynopis tak krytycznie, jak przed kilkoma miesiącami. Atmosfera w domu poprawiła się również.

25.09.66

Mój brat w Ameryce i jego żona uważają mnie za człowieka, który zmarnował posiadane zdolności. Od roku przerwała się korespondencja między nami. A tu nagle „wyskoczę” z książką… Będzie to wielki dzień w moim życiu, jeden z największych. A na razie jestem kłębkiem nerwów, niepokoju.

Boję się, że wszystko okaże się pomyłką, złudą. Zło sprawdza się częściej. Sama też dłużej pamiętam złe nowiny, złe słowa – dobre ulatniają się szybko. Jestem podatna na działanie i atmosferę chwili. Zapominam, że życie płynie dalej, ma swą ciągłość, logikę i nie kończy się na tej jednej chwili, złej czy dobrej. Może dlatego, gdy kończę pisanie, natychmiast zaznaczam kolejny numer stronicy, aby upewnić się, że wrócę do tego.

Kuszą mnie puste kartki, ale z trudem zasiadam do nich. Potem żal mi oderwać się, chciałabym, aby stronica ciągnęła się bezkresnie wzdłuż i wszerz. Dobrze mi, gdy piszę. W chwili gdy pióro leci po czystych kartkach, czuję, że moje życie ma sens. Jestem sobą.

Ale nie zawsze mam na to czas, a kiedy już jestem znów wolna – nie mam śmiałości zacząć, jakbym się bała ubliżyć tym kartkom swym skłóceniem ze światem czy jałowością. Piszę więc dużo naraz, ale po ogromnych przerwach.

Piszę dużo o sobie, o własnych zaletach, wadach, oczekiwaniach, wątpliwościach. I tak płacząc nad sobą lub chwaląc się na przemian, zapisałam już dziś 22 stronice. Ale przynajmniej mogę uśmiechnąć się, pogodnie spojrzeć ludziom w oczy – i wziąć się do innej pracy. Ręka boli od naciskania pióra…

…Fragment 3…

Kilka osób przeczytało tymczasem mój drugi rękopis. Niektórzy krytykowali, że ośmieliłam się opisać swe intymne przeżycia oraz stosunek Izraelczyków do nas, nowo przybyłych. Nie trzeba prać brudów publicznie…

Czy prawda to brudy?! Ciężko mi słyszeć takie słowa, nieraz zatracam się pod ich ciężarem.

13.02.67

Ciągle to samo… Zamiary, pomysły, bezsilność wobec własnych zmiennych nastrojów, które jednak pchają do pisania, a jednocześnie utrudniają życie. Brak mi spokoju, beztroskiej chwili, nie obciążonej konfliktami i kłopotami materialnymi. Dręczy nie wykonana praca w domu, ale myślę i pragnę robić coś innego.

Jak zwykle, przesadzam. Zbyt wielu osobom zwierzam się ze swych kłopotów lub osiągnięć. Sama głupio rzucam się ludziom na pożarcie, a potem rozpaczam, że „zjadają” mnie z takim apetytem. Jestem zbyt bezpośrednia. Nie potrafię utrzymać dystansu, wzbudzić szacunku.

Pragnę wciąż wydostać się w jakiś szerszy nurt. Ciasno mi w sobie i w moim otoczeniu. Obecni znajomi i przyjaciele nie mają nic wspólnego z tym, czym zajmuję się ostatnio…

15.03.67

Zostało kilkanaście dni do ukazania się mojej książki! Trudno mi uwierzyć. A może to wcale nie jest takim ważnym wydarzeniem? Wydaje mi się to wciąż tak dalekie jeszcze i nieprawdopodobne!

W ciągu tego miesiąca napisałam dziewięć krótkich opowiadań. W spisie tematów planowanych jest jeszcze dwadzieścia. Niektóre będą długie i nie mam zamiaru zaczynać ich przed ukazaniem się książki. Ostatnie napisałam w ciągu kilku dni, po dwa dziennie, na kolanach, w ogrodzie.

Dwa już zostały opublikowane: jedno w tłumaczeniu na jidysz, drugie po hebrajsku. Z hebrajskiego jestem szczególnie rada. Pomogła mi Bracha, ale większość pracy wykonałam sama. Jednak bez niej nie odważyłabym się, a co najważniejsze, nie zostałoby opublikowane.

Wszędzie trzeba mieć kogoś, sama wartość utworu nie otwiera drogi. Mimo wszystko trzeba się zwracać do ludzi, ufać, a nie bać się ich, jak mnie nieraz ostrzegają.

Moi przyjaciele są na ogół ostrożniejsi. Są podejrzliwi. Może z powodu konspiracji, w jakiej zdołali przeżyć Shoah?

Tene wydał nowy tom wierszy w pięknej okładce. Otrzymałam od niego list z podziękowaniem za moje gratulacje… Pyta, czy piszę dalej?

Sara Ferber również wciąż pyta, czy już ukazała się moja książka i co robię dalej? Zaprosiła mnie do siebie. Były tam jej znajome dziennikarki. Pochwaliła się, że to ona mnie „odkryła”. Przeczytałam po hebrajsku fragment z polskiego maszynopisu, po raz pierwszy przed „prawdziwymi” Izraelczykami…

Już zamykałam pamiętnik, ale nagle przypomniałam sobie, jaką radość sprawiło mężowi opowiadanie „Kocham”. (Zupa wygotuje mi się doszczętnie…) Nie wiem, jak odważyłam się to napisać. Kilka tygodni skrywałam te kartki, aż wczoraj pokazałam mu.

No, a teraz już dosyć. Dam dzieciom jeść, a potem pójdę ze swą grypą do łóżka – czyli pisać coś mądrzejszego i bardziej konkretnego.

6.04.1967

Minął tydzień, odkąd otrzymałam książkę Nadzieja Umiera Ostatnia z Polski!

Patrzę na nią, czytam rozmaite fragmenty, ale stale jeszcze nie mogę sobie uświadomić, że to jest moje, że wyszło na świat i znajduje się już poza granicami mojego domu. Że ktoś jeszcze pozna zawartą w niej treść. Niebieska okładka, kontury postaci dziewczynki o czarnych, splątanych włosach, przerażonych oczach, z dziką grzywą włosów, opadającą bezładnie na czoło oraz cienka, różowa linia poprzez szyję, nadzieja. Imię i nazwisko wpisane nad tym wszystkim dziecinnymi, krzywymi literami.

Rozdaję autografy (wciąż się przy tym mylę, mimo że pragnę, aby wypadły równo i nieskazitelnie). Wszyscy znajomi teraz okazują wzruszenie – nawet ci, którzy dawniej ignorowali, bagatelizowali, zniechęcali do pisania. Gratulują, całują mnie.

Nie mogę wziąć się do niczego, z przejęcia nie mogę nawet spać. Jak zareagują w Izraelu na fakt, że w Polsce opublikowali te wspomnienia? A może nikt nie zareaguje, bo to tylko pamiętnik prywatnej, nieznanej kobiety?

Starszy syn dokucza. Nie odrabia lekcji. Obraża. Atmosfera popsuła się, o byle co wybuchają kłótnie. Znów jestem taka, jaką nie chcę być, mówię, czego nie powinnam. A może to wszystko z mojej winy? Ta książka zajęła zbyt wiele miejsca w moim życiu! Trudno mi to zmienić, zrównoważyć swe zainteresowania.

Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że warszawskie wyd. Czytelnik wyprowadzi mnie na świat i zmieni całe życie!